Tag Archives: Zbigniew Ziobro

Kaczyński i Ziobro uczynili z Polski prywatne państwo

12 Wrz

Tego jeszcze nie było… To, że zwykły poseł w osobie Jarosława Kaczyńskiego zabiera w Sejmie głos, kiedy tylko mu się podoba, czyli jak pamiętamy „bez żadnego trybu” – to jedno, to że przekracza progi Parlamentu tam gdzie chce i jak chce to jeszcze jedno ale, że wprowadza ze sobą uzbrojone indywidua, to już zwykła granda.

Stosowny moment nagrał poseł PO Cezary Tomczyk.

Na filmiku, który wywołał szczere oburzenie w sieci, widać wyraźnie jak lider PiS korzysta z wejścia dla Marszałka Sejmu, a wraz z nim wchodzi do gmachu parlamentu dwóch facetów pod bronią.

Jest to niedopuszczalne. Przepisy kategorycznie zabraniają wnoszenia broni i wszelkiego rodzaju materiałów niebezpiecznych do budynku Sejmu. Mogą ją nosić jedynie dwie służby – funkcjonariusze Służby Ochrony Państwa oraz Straż Marszałkowska i kropka.  Jak widać są równi i równiejsi, bo nie pierwszy to raz…

Kiedyś poseł PO Sławomir Nitras nagrał telefonem ochroniarza Jarosława Kaczyńskiego, który chodził w kuluarach Sejmu, choć nie mogą się tam znajdować osoby postronne, a prywatna ochrona polityka właśnie do takich należy. A żeby jeszcze z bronią..?

„Gazeta Wyborcza” informuje o nowych kontrowersjach wokół osoby Zbigniewa Ziobry. Stowarzyszenie Prokuratorów Lex Super Omnia złożyło zawiadomienie ws. popełnienia przez ministra przestępstwa. Ziobro – zdaniem stowarzyszenia – wydał niezgodne z prawem rozporządzenie; dzięki niemu prokuratorzy z Prokuratury Krajowej pobierali miesięcznie 2,7 tys. zł dodatku do wynagrodzenia.

Prokuratorom chodzi o rozporządzenie „ws. delegowania prokuratorów do Prokuratury Krajowej” z drugiego kwartału 2016 r. Dzięki niemu prokuratorzy pobierali 2,7 tys. zł dodatku mieszkaniowego. Dodatkowe pieniądze otrzymała ścisła wierchuszka Prokuratury Krajowej i wierni stronnicy Zbigniewa Ziobry, w tym Bogdan Święczkowski, Robert Hernand, Marek Pasionek i Krzysztof Sierak. Prokuratorzy – według informacji „Gazety Wyborczej” – otrzymali łącznie 2,3 mln zł.

Stowarzyszenie Prokuratorów Lex Super Omnia zgłosiło swoje zawiadomienie do Kancelarii Premiera. Dlaczego? Bo „nie potrafili określić właściwego do rozpoznania sprawy prokuratora – to jest prokuratora niezależnego, który mógłby zdecydowanie, szybko i bezstronnie podjąć niezbędne czynności”.

Według grupy prokuratorów Ziobro przekroczył swoje uprawnienia, gdyż naruszył przepisy zawarte w Ustawie Prawo o prokuraturze z marca 2016 r., które definiują zasady wypłacania dodatków mieszkaniowych. Zbigniew Ziobro, wydając rozporządzenie „ws. delegowania prokuratury do Prokuratury Krajowej”, miał przekroczyć uprawnienia prawotwórcze – tak przynajmniej uważają przedstawiciele Lex Super Omnia.

Sprawą kiedyś zajmowały się już organy śledcze. Pomimo tego, w 2017 r. warszawski Prokurator Okręgowy Paweł Blachowski odmówił rozpoczęcia śledztwa.

Sejm, który zbierze się 15 października nie będzie tym wybranym na nową kadencję przez obywateli, ale tym, który odchodzi i właściwie nie powinien już uchwalać żadnego prawa – a jednak uchwali, choć nie wiemy jakie.

PiS chce coś ukryć tak bardzo, że nie zdecydował się przegłosować tego i pokazać opinii publicznej dziś, przed wyborami, chce to zrobić już po, kiedy, jak ma nadzieję, wygraną będzie już miał w kieszeni. Nawet jeśli ta niespodzianka bardzo się ludziom nie spodoba i nawet, jeśli niektórzy po jej ujawnieniu mieliby ochotę cofnąć swoje poparcie dla PiS, nic już nie będą mogli zrobić. Stawiam tezę, że o to właśnie w tej bardzo nieobywatelskiej i niedemokratycznej sztuczce chodzi.

Stała się rzecz bez precedensu – ostatnie posiedzenie Sejmu, które miało odbyć się w piątek, 13 września, przełożono na 15 października, czyli… po wyborach. Marszałkini Sejmu Elżbieta Witek przyznała bez cienia zażenowania, że poprosił o to klub PiS, nie przedstawiając żadnego uzasadnienia, a Prezydium Sejmu rzecz jasna tak po prostu, bez dociekania przyczyn, udzieliło zgody.

Oznacza to, że posłowie obecnego parlamentu, którzy 15 października być może nie będą już posłami (formalnie będą, ale mogą nie zostać ponownie wybrani, niektórzy zresztą w ogóle nie kandydują) i którzy właśnie dlatego nie powinni już podejmować żadnych wiążących dla następców decyzji, takie decyzje podejmować będą.

To brak szacunku dla obywateli i dla własnych następców. To nadużycie społecznego zaufania, złamanie bardzo ważnego, respektowanego w każdym państwie prawa obyczaju, że niczego nie uchwala się w ostatniej chwili.

Nie chodzi o już nawet to, że PiS pokazał, że traktuje Sejm jak urząd obsługi własnej partii, bo takie są standardy tej kadencji i do tego się (wielka szkoda!, ale jednak) już przyzwyczailiśmy. Tym razem chodzi o coś znacznie ważniejszego, a mianowicie o to, co przed wyborcami ukrywa PiS? Ujawnienia czego boi się tak bardzo, że nie chce zaryzykować głosowania tego przed wyborami, bo wie, że mogłoby to zachwiać jego poparciem, a nawet, być może, udaremnić zwycięstwo?

Stawiam tezę, a jeśli się pomylę, z prawdziwą przyjemnością przyznam się do błędu, że Elżbieta Witek skłamała i w październiku posłowie nie będą głosować według dokładnie tego samego co dziś porządku obrad. Idę o zakład, że do tej listy coś zostanie dopisane. Coś, czego pokazanie w tej chwili postawiłoby PiS w trudnej sytuacji, jeśli nie skompromitowało.

Trawestując Jarosława Kaczyńskiego: doświadczenie ostatnich czterech lat uczy, że PiS jeśli coś robi, to po coś to robi. Bo nie było w ostatniej kadencji ani jednego ruchu, głosowania, wypowiedzi, przepisu czy złamania prawa, które by tej partii do czegoś konkretnego nie służyły. Ta precyzja i dalekowzroczność bywa nawet przedmiotem zazdrości posłów i wyborców opozycji, którzy chcieliby, żeby szefowie ich partii tak dobrze wiedzieli, co, jak i po co robią.

PiS ma plan i to jest jasne – dąży do osiągnięcia celu, jakim jest dyktatura wszelkimi możliwymi prawnymi i pozaprawnymi metodami. Udaremnić go można, jak zresztą każdy plan, tylko w jeden sposób: przewidując ruchy PiS, a nawet je wyprzedzając.

Jest kilka możliwości, jeśli chodzi o październikowe głosowanie, ale nie będę zgadywać, to nie moja rola, zresztą, niezależnie od wyniku wyborów przekonamy się już wkrótce. Jak zawsze, na własnej skórze. Jedyne, co w tej sytuacji zależy ode mnie i od Państwa, to zareagować na to, jak jako obywatele jesteśmy traktowani i wyrazić swoją opinię przy urnie wyborczej.

To jednoosobowa maska Jarosława Kaczyńskiego, który ma szalony plan po wyborach – tak opozycja ocenia decyzję prezydium Sejmu o przerwaniu posiedzenia i dokończeniu go dopiero po wyborach w październiku. – Rząd PiS zastanawia się nad tym, jak ukraść Polakom wolne wybory – uważa Cezary Tomczyk

Jak ukraść Polakom wybory

– Dzisiaj trzeba postawić polityczną tezę, że rząd PiS szykuje się na przegraną lub szykuje się na to, że straci samodzielną większość w polskim parlamencie – mówił na konferencji prasowej Cezary Tomczyk z PO-KO, komentując decyzję prezydium.

To sytuacja bez precedensu. We wtorek wieczorem na posiedzeniu prezydium Sejmu podjęto decyzję, że rozpoczęte w środę rano ostatnie posiedzenie Sejmu zostanie przerwane i kontynuowane dopiero po wyborach 13 października.

Stary Sejm ma się zebrać ponownie 15-16 października.

– Rząd PiS zastanawia się nad tym, jak ukraść Polakom wolne wybory – uważa Cezary Tomczyk.

Niedemokratyczne działania

Marszałek Witek tłumaczyła na konferencji prasowej, że decyzja jest podyktowana tym, że posłowie masowo zgłaszali się do niej z prośbą, aby posiedzenie przełożyć. Powodem miałaby być kampania wyborcza.

– Kampania wyborcza jest krótka, posłowie chcą być między swoimi wyborcami, bo im służą, więc być może to jest uzasadnienie – tłumaczyła Witek.

– Wszyscy Polacy muszą mieć świadomość, że dzieją się rzeczy dramatyczne – mówił Sławomir Nitras.

– Na samym końcu jest plan wymyślony w głowie Jarosława Kaczyńskiego, który może się skończyć bardzo źle, który może zakładać niedemokratyczne działania – dodaje Cezary Tomczyk.

Po co stary Sejm po wyborach

– Istnieje poważne niebezpieczeństwo, że zostanie podważony wynik demokratycznych wyborów, bo ktoś wpadł na pomysł, żeby w poniedziałek powyborczy odbyło się posiedzenie Sejmu, gdzie będzie stary parlament – uważa Sławomir Nitras i dodaje: – To jednoosobowa maska Jarosława Kaczyńskiego, który ma szalony plan po wyborach.

Zdaniem posłów opozycji powodem przesunięcia posiedzenia mogą być sondaże. Część z nich nie daje PiS-owi samodzielnej większości, którą ma dziś. – Dziś na czele państwa stoi szeregowy poseł, która zarządza prezesem TK, marszałkiem Sejmu, prezydentem i premierem. To sytuacja nie tylko bez precedensu, ale też sytuacja, która stawia nas gdzieś miedzy Mozambikiem a Białorusią – mówił Cezary Tomczyk.

– To nie jest scenariusz demokratyczny, scenariusz, na który zgodził się Sejm. Nikt posłów nie pytał, czy my ten scenariusz akceptujemy. Przyjechaliśmy na posiedzenie Sejmu i dowiadujemy się, że tego posiedzenia nie będzie i odbędzie się po wyborach – dodaje Sławomir Nitras.

Posłowie przypomnieli też w tym kontekście scenariusz turecki, gdzie gdy wybory nie szły po linii władzy, były rozpisywane ponownie.

Ani rząd, ani #CBA nie przecięły jednoznacznie spekulacji na temat obecności systemu #Pegasus w Polsce. Tymczasem pojawia się wiele wypowiedzi, jak choćby posła #PiS Tomasza #Rzymkowski.ego, że ten system w Polsce działa. I to być może działa NIELEGALNIE.

Reklamy

Narodowo-katolicką dyktaturę zapowiedział Kaczyński po wygranych wyborach przez PiS

9 Wrz

Miał być bez deficytu, a tu nagle okazuje się, że będzie nowelizowany. Wszystko dlatego, iż zauważono, że w projekcie budżetowym na 2020 rok próżno szukać 13 emerytury… Duże koszty realizacji tego flagowego programu PiS, czyli ok. 10 mld zł nie pozwoliłyby domknąć budżetu bez deficytu – czytamy w INNPoland.

Mamy jednak w najbliższej perspektywie wybory, PiS pali się do władzy, więc bez względu na wszystko będzie nowelizacja i to głównie po to, by umożliwić w 2020 r. wypłatę 13 emerytury. Na antenie radiowej jedynki Joachim Brudziński zapewnił, że dodatkowa wypłata dla emerytów „będzie zachowana”.  „Mało tego, rozszerzyliśmy ją w zapowiedzi Jarosława Kaczyńskiego: w 2021 r. ta trzynasta emerytura będzie zwiększona o kolejną, czyli czternastą” – zapowiadał.

Na antenie Radia Zet podobną deklarację złożył szef KPRM Michał Dworczyk: „Trzynastka będzie zapisana w przyszłorocznym budżecie. Jeżeli PiS wygra wybory, będzie oczywiście trzynastka (…). Środki są nawet w obecnym budżecie w ramach Funduszu Ubezpieczeń Społecznych na to zagwarantowane” – obiecywał.

I tylko PAP, dodał w swoim komunikacie, że żaden z polityków nie wskazał ani który budżet – na rok 2019 czy 2020 – miałby być nowelizowany, ani kiedy może to nastąpić.

Polacy i tak nie dowierzają tym deklaracjom. Według sondażu przeprowadzonego dla „Rzeczpospolitej” tylko 20 proc. ankietowanych wierzy w skuteczność tego projektu. Z kolei połowa badanych jest przekonana, że rząd deficyt budżetowy zamierza ukryć.

W „Gazecie Wyborczej” pojawiły się kolejne informacje o „małej Emi”, która zdecydowała się powiedzieć nieco więcej o swojej hejterskiej działalności dotyczącej szkalowania sędziów niewygodnych dla partii rządzącej.

Zapewnia, że nie należała do grupy „Kasta”, ale świetnie wiedziała, o czym piszą jej członkowie, bo i mąż, i jej kochanek, Arkadiusz Cichocki, aktywnie uczestniczyli w działalności tej grupy i chętnie dzielili się z nią wszelkimi informacjami.

Nie ukrywa też, że materiały oraz informacje, mające na celu niszczenie sędziów, przesyłała Wojciechowi Biedroniowi z portalu wPolityce.pl, szefowi programu TVP „Alarm!” Przemysławowi Wenerskiemu i Michałowi Rachoniowi z TVP Info. O tym, którego sędziego miała zaatakować, a którego wychwalać decydował właśnie wiceminister Piebiak i Jakub Iwaniec.

Przyznaje, że początkowo była przekonana, iż postępuje słusznie. Wierzyła w sens tego, co robi i nawet ją to wciągało, bo „zaczyna się od czegoś dobrego, a później się to ciągnie, choć już tak dobre nie jest. Bo dostaje się za to pochwałę. Bo mąż awansuje. Bo sam wiceminister sprawiedliwości chwali”. Jednak w 2018 roku, gdy jej życie osobiste mocno się skomplikowało, zaczęła zastanawiać się nad słusznością własnych działań. Zaczęła się stopniowo wycofywać, licząc jednak na wsparcie i pewnego rodzaju ochronę ministerstwa, gdy jej kochanek założył przeciwko niej sprawę w sądzie. Niestety, przeliczyła się. Dotychczasowi zleceniodawcy i sprzymierzeńcy nie kiwnęli nawet palcem, by jej pomóc. Mało tego, nawet nie zareagowali, gdy śledczy zajęli jej laptopa i telefon.

Dzisiaj czuje się nikim i jak mówi „jestem uczciwsza i świadoma, że ludzie popełniają błędy, a my możemy je oceniać, ale nie oceniać ludzi”.

Internauci nie szczędzą ostrych słów. „Tak to jest jeżeli nie ma się w życiu żadnych zasad. Jeżeli ktoś rozróżnia dobro, od zła, to nigdy przez nikogo nie zostanie wykorzystany. Resztę sobie dośpiewajcie.”, „PIS ją otumanił i porzucił gdy wyssał z niej wszystko co mogła mu dać, typowa dehumanizacja człowieka, wykorzystać i zostawić, Emi robiła to z przekonania i dla pieniędzy to tak jak większość wyborców PIS popiera z przekonania i dla pieniędzy jak Polska zbiednieje to PIS przegra, programem PIS jest rozdawnictwo” czy też „Zła kobieta, cwaniara, która z pełną świadomością niszczyła ludzi a teraz robi z siebie ofiarę! Stopień zepsucia tej pani powinien skazać ją na długą, społeczną banicję…” i trudno się z nimi nie zgodzić.

Jak ustalił „Wprost” Małgorzata Kidawa-Błońska zostanie kandydatką na prezydenta Polski, jeśli tylko osiągnie w Warszawie lepszy wynik wyborczy niż Jarosław Kaczyński. Tygodnik informuje, że wiadomość ta będzie ogłoszona oficjalnie zaraz po wyborach parlamentarnych.

Dla polityków PO nominacja Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na kandydatkę na premiera i jedynkę na liście wyborczej w Warszawie była pozytywnym zaskoczeniem. Trudno było o lepszą decyzję – komentują. Grzegorz Schetyna podjął ją w efekcie niekorzystnych dla niego fokusowych badań izraelskiej firmy doradczej. Poradziła ona Schetynie, żeby usunął się w cień w czasie kampanii.

Wcześniej propozycję kandydowania do Pałacu Prezydenckiego lider PO miał składać obecnemu prezydentowi stolicy – Rafałowi Trzaskowskiemu. Ten jednak skutecznie się temu oparł.

Teraz informator „Wprost” zapewnia, że prezydent Warszawy, gdy tylko upora się z problemami ze ściekami, będzie wspierać kandydaturę Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na najwyższy urząd w państwie.

Program Koalicji Obywatelskiej tutaj >>>

Za czasów rządów PO-PSL, tzw. ubóstwo relatywne systematycznie malało, natomiast już rok po objęciu władzy przez PiS zaczęło wyraźnie rosnąć

To nie będzie normalna kampania wyborcza. PiS nie chodzi przecież o żadne ideały, ani o „dobrą zmianę”, która okazuje się dobra głównie dla tej partii. Ludzie władzy walczą o przetrwanie, o przedłużenie władzy, o prolongatę wysokich pensji dla swoich i o niebotyczne premie, które „się należą” wykonawcom woli prezesa i ich pomagierom, świadczącym usługi nowym właścicielom Polski. Ludziom, którzy zachowują się jak okupanci, którzy ukradli nam budżet państwa oraz przywłaszczyli sobie państwowe media, państwową administrację i państwowe organy ścigania, chodzi dzisiaj o pełnię władzy. Zniszczyli fundamenty demokratycznego państwa, zastąpili prawo bezprawiem, a teraz walczą o bezkarność – i będą się bić do upadłego, by po przegranych wyborach nie stanąć przed wciąż jeszcze niezawisłym sądem.  Dlatego nie spodziewajmy się po nich uczciwej kampanii. Będą się imać brudnych chwytów, będą nadal szkalować, zniesławiać, pomawiać, szczuć armią swoich trolli, a przede wszystkim kłamać.

Wielu Polaków jest już skażonych toksyczną propagandą. Większość okazała się jednak odporna i wciąż jeszcze wierzy, że polityka nie jest sztuką oszukiwania wyborców. Co z tego, skoro przyzwoici ludzie stają często bezradni wobec zalewu fejkniusów, w obliczu bezczelnej, krzykliwej hucpy.  Wiedzą, że nie wolno zostawiać Prawdy w rękach tych, którzy będą z niej drwić i pomiatać nią tak, jak pomiatają Konstytucją. Nie zawsze jednak wiedzą, że z pisowską propagandą nietrudno walczyć, a i zwyciężyć można. Nie wszyscy wierzą, że pisowską prawdę da się odrzeć z kolorowych fatałaszków i świecidełek, kryjących pokraczne, nieprzyzwoicie gołe kłamstwo. Zadaniem opozycji, misją niezależnych mediów i obowiązkiem każdego przyzwoitego i myślącego człowieka jest zatem dostarczanie rodakom amunicji pozwalającej niszczyć osaczający ich fałsz. Zainfekowanym ludziom trzeba dostarczać odtrutkę – proste argumenty i łatwe do zweryfikowania fakty, którymi pacyfikować można PiS-owskie łgarstwa. Przećwiczmy to na kilku konkretnych przykładach:

PIS POKONAŁ BIEDĘ?

Jednym z sukcesów, o których najdonośniej trąbi PiS w swojej kampanii, jest niemal całkowita likwidacja biedy. Cztery lata temu, gdy Polska była w ruinie, PiS widział nędzarzy na każdym rogu ulicy i biadał nad tym wniebogłosy. Dzisiaj głosi, że polska bieda została pokonana. Podczas konwencji Prawa i Sprawiedliwości w Bydgoszczy Premier Morawiecki zaliczył ograniczenie ubóstwa do największych osiągnięć rządu PiS. Jednym tchem pochwalił się również zmniejszeniem nierówności między bogatymi i najbiedniejszymi.  W tweecie @pisorgpl opublikowanym trakcie trwania konwencji czytamy: „Premier @MorawieckiM na #KonwencjaPiS w #Bydgoszcz: Zmniejszyliśmy skrajne ubóstwo i nierówności społeczne. Zwiększamy spójność i solidarność. #DobryCzasPL #DobryCzasDlaPolski”.

Na oko wiadomość wydaje się prawdziwa, bo przecież dobra koniunktura światowa skutkowała również w Polsce znacznym zmniejszeniem bezrobocia, a ponadto do ludzi trafiły spore pieniądze, które zasiliły budżety najbiedniejszych dotąd rodzin wielodzietnych oraz (jednorazowo na razie) emerytów.  Według PiS – niedawnym „nędzarzom” żyje się dziś kolorowo, a będzie jeszcze lepiej, bo już w 2021 roku PiS obiecuje zwiększyć płacę minimalną aż o 750 zł. Co więcej – do końca 2024 roku najniższa płaca ma wynosić 4 tys. zł. A więc – żegnaj, polska biedo?

Sprawdźmy w najnowszych opracowaniach GUS. I tu zaskoczenie. Okazuje się, że począwszy od 2008 r., czyli za czasów rządów PO-PSL, tzw. ubóstwo relatywne systematycznie malało, natomiast już rok po objęciu władzy przez PiS zaczęło wyraźnie rosnąć. Odsetek osób ubogich przekroczył obecnie 14 proc. W ciągu ubiegłego roku wzrosła również stopa ubóstwa skrajnego – do 5,4%. GUS informuje też, że „znacząco zwiększyło się ubóstwo wśród gospodarstw domowych utrzymujących się głównie ze świadczeń społecznych” – czyli tych, które PiS otacza rzekomo szczególną troską.

500+ WYCIĄGA RODZINY Z UBÓSTWA?

PiS trąbi, że program 500+ znacząco zmniejszył rozmiary polskiej biedy. To takie samo kłamstwo jak opowieść, że program ten przyczynił się do zwiększenia liczby urodzin (aktualny wskaźnik przyrostu naturalnego na 1000 ludności wynosi w Polsce – minus 0,8). Statystyka dowodzi, że wśród gospodarstw domowych z dziećmi do lat 18 odsetek ludzi ubogich znacząco wzrósł!  Zasięg ubóstwa dzieci i młodzieży rośnie o 1 proc rocznie, przekraczając właśnie 8 proc populacji, a stopa ubóstwa skrajnego wsród dzieci do lat 18 wyniosła w ubiegłym roku aż sześć procent!

Najbardziej wzrosła stopa ubóstwa w gospodarstwach wielodzietnych, z co najmniej trójką dzieci. Takie gospodarstwa to już ponad 10 procent wszystkich rodzin.  Wynika stąd, że 500+ coraz częściej idzie „na przemiał”, a nie na zaspokojenie potrzeb dzieci. Co na to władza? – Wyprawka szkolna 300+ i świadczenie 500+ to najlepsza inwestycja w przyszłość Polski – zapewnił premier Mateusz Morawiecki na spotkaniu wyborczym w Józefowie.

EMERYCI MAJĄ SIĘ CORAZ LEPIEJ?

Funkcjonariusze PiS nie ustają w wysiłkach, by przekonać emerytów, że ich los i dobrobyt jest przedmiotem wyjątkowej troski rządzących. Nic dziwnego, to przecież ogromna rzesza potencjalnych wyborców. Władza wabi ich trzynastą emeryturą. Prezes Kaczyński obiecuje w 2021 roku aż dwie trzynastki.   Premier Morawiecki opowiada o dodatkowych bonusach w postaci obniżenia podatku PIT, które ma dotyczyć szczególnie tej grupy społecznej.  – To już trzeci impuls finansowy w tym roku dla wszystkich emerytów. Pierwszy – przypomnę – to była waloryzacja kwotowa, drugi – emerytura plus, wypłacana w maju dla około 10 milionów emerytów i rencistów…  Na wyborczych spotkaniach upowszechniana jest radosna wiadomość, że emerycka bieda to już przeszłość, bo przeciętna miesięczna emerytura i renta brutto z pozarolniczego systemu ubezpieczeń społecznych to obecnie aż 2330 zł. Nieważne, że ta średnia jest wypadkową najniższej emerytury, która wynosi… 4 grosze i najwyższej, przekraczającej 20 tys. zł…

Do prawdy zbliżają nas opracowania ZUS, zawierające aktualne informacje, których nie usłyszymy od prawicowych kandydatów do parlamentu. Prominenci PiS nie powiedzą nam, że za emeryturę niższą niż minimalną (888 zł na rękę!) żyć musi dzisiaj aż 234 tys. Polaków. A już na pewno nie usłyszymy, że kiedy PiS sięgnął po władzę, takich bieda emerytur było niespełna 100 tysięcy.  Natomiast prognozy ekspertów przewidujących, że w 2030 roku ponad 700 tys. Polaków pobierać będzie emeryturę mniejszą niż głodowa „minimalna”, to już zapewne pilnie strzeżona tajemnica państwowa.

PIS TROSZCZY SIĘ O NIEPEŁNOSPRAWNYCH?

Po sejmowym proteście matek osób niepełnosprawnych, gdzie funkcjonariusze PiS wykazali się kompromitującym brakiem empatii, przez dłuższy czas można było odnieść wrażenie, że władza obraziła się na tę grupę społeczną. Budżetowe środki przeznaczano na wszystko i wszystkich, tylko nie na wsparcie dla ludzi najbardziej skrzywdzonych przez los. Coś drgnęło dopiero przed rozpoczęciem wyborczego maratonu. Zapewne nie dlatego, że PiS liczy na głosy niepełnosprawnych, a raczej ze względu na negatywny społeczny odbiór demonstracyjnego ostracyzmu władzy wobec ludzi budzących powszechne współczucie. Dziś PiS chwali się zrealizowanym już finansowym wsparciem i licznymi deklaracjami zwiększania tej pomocy.  W wielu wystąpieniach słychać, że za rządów PiS niepełnosprawni mają się dzisiaj całkiem nieźle i że niedługo będzie jeszcze nieźlej.

Łatwo to sprawdzić w aktualnych opracowaniach GUS. Do czynników zwiększających zagrożenie ubóstwem należy także zaliczyć obecność osoby niepełnosprawnej w gospodarstwie domowym. Stopa ubóstwa skrajnego w gospodarstwach domowych z co najmniej jedną osobą niepełnosprawną wyniosła ok. 8%, w tym z przynajmniej 1 dzieckiem do lat 16 posiadającym orzeczenie o niepełnosprawności – ok. 6%.” – czytamy w dokumencie pt. „Zasięg ubóstwa ekonomicznego w Polsce w 2018 r.”.

 PIS LIKWIDUJE NIERÓWNOŚCI SPOŁECZNE?

Na forum ekonomicznym w Davos premier Morawiecki ogłosił, że rząd PiS zmniejszył nierówności społeczne w Polsce. Od tego czasu powtórzył tę tezę wielokrotnie. Niwelowanie różnic między najbogatszymi a najbiedniejszymi Polakami zyskało rangę jednego z najważniejszych sukcesów tej władzy. Informacja, że Polacy są coraz „równiejsi”, a Polska coraz bardziej egalitarna i że pod tym względem plasuje się w ścisłej czołówce europejskiej, głoszona jest na wielu spotkaniach wyborczych prawicy, zjednoczonej wokół Kaczyńskiego. Założę się, że jest to kłamstwo w pełni świadome, bo propagandyści PiS muszą znać aktualny raport francuskich naukowców opisujący rozwarstwienia dochodowe w krajach Europy. Wynika z tego opracowania, że nierówności dochodowe w Polsce są najwyższe w Europie!  Najwyższe – i zbliżają się do poziomu obserwowanego w Stanach Zjednoczonych!

W lipcu przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wynosiło 5182,43 zł, ale aż dwie trzecie pracujących Polaków dostaje pensje niższe od średniej krajowej. 10 proc. najlepiej zarabiających Polaków ma aż 40 proc udział w dochodzie narodowym – największy spośród wszystkich europejskich państw, gdzie średnia to ok. 34 proc. I w tej oto sytuacji 500+ pobiera zarówno rodzina żyjąca z minimalnej pensji czy zasiłków dla niepełnosprawnych, jak i taka, gdzie tato ma milionowe dochody w spółce skarbu państwa, a mama zarabia w NBP kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie. Tę samą trzynastą emeryturę pobierają zarówno ludzie żyjący za kilkaset złotych, jak i pobierający ponad 20 tysięcy zł emerytury (a są tacy).

Kraj kwitnie, władza nam dogadza, a w kategorii dochodów jesteśmy tak samo równi jak wobec prawa. Czy „ciemny lud” to kupi, zależy od nas. Od każdego przyzwoitego i myślącego człowieka, któremu nie jest wszystko jedn

Ziobry, Kaczyńskiego i ich ludzików zabawy w krasnoludków

3 Wrz

„W związku z nieprawdziwymi informacjami na temat rzekomego zaginięcia korespondencji hejterki Emilii Sz. sugerującymi, że miałyby one zaginąć w prokuraturze, wobec onet.pl i adwokata, który tego rodzaju insynuacje przekazuje – zostanie wytoczony pozew” – napisał na Twitterze Jan Kanthak, rzecznik Zbigniewa Ziobry.

O sprawie w artykule „Ważne pliki, mające związek z aferą hejterską w resorcie Ziobry, „wyparowały” w prokuraturze?”. – „Pozew się składa, wytacza się proces. PS Porada gratis…” – podsumował Borys Budka, były minister sprawiedliwości w rządzie PO-PSL.

„Kanthaku, ja nie sądziłem, że waść taki interdyscyplinarny jest. Przedwczoraj o ściekach, wczoraj o IIWŚ, dzisiaj o papierach Emi. Fiu, fiu. Jeśli pozew będzie, proszę go pokazać. Macierewicz Piątka też miał pozywać i finał wszyscy znamy”; – „Prom, elektryczne auta, mierzeja przekopana i miliard pozwów. A wszystko „zostanie wytoczone”;

„Borze zielony… Wytoczyć można proces. Pozew się wnosi. Na podstawie wniesionego pozwu, zostanie wytoczony proces, o ile prokuratura uzna pozew za zasadny. To są elementarne wiadomości z dziedziny prawa, panie niedoszły asystencie. I pan się dziwi, że pana na uczelni nie chcieli?” – komentowali internauci. A wspomniana uczelnia to Uniwersytet Gdański, gdzie „Rzecznik Ziobry „dostał linijką po magisterskich łapkach od profesora Zajadło”.

Zdumienia wpisem Kanthaka nie kryli też dziennikarze: – „Nie bardzo rozumiem – rzecznik ministra sprawiedliwości zapowiada pozew, który ma wytoczyć prokuratura?” – Patryk Słowik z „DGP”. – „Zazwyczaj, jak się pyta pana rzecznika o sprawy związane z prokuraturą, to pan rzecznik odsyła do prokuratury, bo jest rzecznikiem ministerstwa. Coś się zmieniło?” – Patryk Michalski z RMF FM.

 „Jest liderem większości parlamentarnej, miał prawo tam siedzieć. Nie jest żadnym szeregowym posłem, tylko liderem większości” – tak o usadzeniu Jarosława Kaczyńskiego na uroczystościach 1 września wypowiedział się wicepremier rządu PiS Jacek Sasin w TVN24. O tym w artykule „Złamano protokół, żeby prezes PiS siedział w pierwszym rzędzie na obchodach rocznicy wybuchu II wojny światowej?”. Z takiego rozumowania można wysnuć tylko jeden wniosek – to miejsce się Kaczyńskiemu… po prostu należało.

Na tym Sasin nie poprzestał. Odniósł się także do nieobecności podczas tych uroczystości przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska.

Przypomnijmy, że zaproszenie dotarło do niego trzy dni przed obchodami. Sasin upierał się, że Tusk dostał je wcześniej. – „Może nie chciał go zauważyć, być może go ta rocznica nie interesuje” – tokował Sasin. Poza tym – zgodnie z pisowskim przekazem – stwierdził, że Tusk był „niemieckim kandydatem” do RE.

„Taśma ocaliła produkt stoczni, ścieki popłynęły na południe, a po awarii prawie czarnobylskiej zaczęły zdychać szczury, w prokuraturze ponoć giną dowody, a Tusk to kandydat niemiecki, a Sasin zapewne jest z Marsa. I Wy się potem dziwicie, że bijemy polskie rekordy w piciu alkoholu?” – podsumował Janusz Piechociński z PSL.

Rafał Wojaczek to jeden z najważniejszych polskich poetów powojennych – poeta buntu, wyobcowania. Porównuje się go do wielkich francuskich twórców: Charlesa Baudelaire’a i Arthura Rimbauda. Ale dla radnej PiS Stanisławy Hajduk-Bies to przede wszystkim alkoholik, narkoman i samobójca.

„Uważam, że każdy myślący musi mieć zastrzeżenia do tego poety. A teraz jeszcze Instytut Mikołowski chce się nazywać jego imieniem! Jak można być bohaterem z takim życiorysem?” – stwierdziła radna PiS.

Wojaczek urodził się właśnie w Mikołowie na Górnym Śląsku. Istniejący w mieście Instytut zajmuje się m.in. promowaniem twórczości Wojaczka, wydaje zbiory jego poezji, ale także prozy.

Dyrektor Instytutu Mikołowskiego Maciej Melecki w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” nie krył zdziwienia wypowiedzią radnej PiS. – „Ostatnio z takimi argumentami spotkałem się w latach 90., gdy zaczynaliśmy działalność. Od 20 lat zajmujemy się Wojaczkiem, ale nie grzebiemy w jego biografii. Skupiamy się na twórczości. Byłem pewien, że większość mikołowian wie, jaką wartość mają jego dzieła. Wydaje mi się, że wypowiedź radnej jest emanacją polityki uprawianej przez PiS. To drobnomieszczańskie postrzeganie ludzi poprzez stereotypy” – stwierdził Melecki.

Kaczyński upodlił Polskę

2 Wrz

„Widzę, że zachowano protokół dyplomatyczny i zasady precedencji. Szeregowy poseł między szefami rządów, ministrami i kierownikami najważniejszych instytucji państwa. Niby w jakiej roli?” – zapytał na Twitterze Patryk Wachowiec z FOR.

Jarosław Kaczyński podczas obchodów 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej siedział bowiem w pierwszym rzędzie trybuny honorowej. Obok niego ulokowano jego „odkrycie towarzyskie”, czyli Julię Przyłebską, a po drugiej stronie – wicepremiera Piotra Glińskiego.

„Precedencja w Polsce nie przewiduje specjalnego traktowania szefa partii rządzącej. Protokół dyplomatyczny jest trochę jak z plasteliny, ale tutaj jednak ktoś przesadził. Nie ma to żadnego uzasadnienia protokolarnego. Kogo reprezentował Kaczyński?” – dziwił się w natemat.pl dr Janusz Sibora, specjalista ds. protokołu dyplomatycznego i ceremoniału państwowego. Wspomniana precedencja reguluje porządek pierwszeństwa zajmowania miejsc podczas oficjalnych spotkań władz państwowych.

Na dodatek prezes PiS otoczony był prawie wyłącznie przez polityków swojej partii. – Oprócz tego, że organizatorzy nie uszanowali zagranicznych gości, to samych przedstawicieli instytucji państwowych usadzili nie tak, jak trzeba. Mamy do czynienia z protokołem partyjnym, a nie dyplomatycznym. Porządek na trybunie ma się nijak do hierarchii dostojników państwowych. To potwierdza, że stan faktyczny w państwie jest inny, aniżeli ten zapisany w Konstytucji. Dotykamy tym samym tego, w jaki sposób funkcjonuje demokracja w państwie” – dodał Sibora w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.

Ameryka kocha Polskę, Ameryka kocha Polaków. Dziś – jako wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki – jest moim wielkim zaszczytem, że mogę stanąć tu w imieniu Amerykanów w Polsce, która jest wolna, silna i bezpieczna. Historia Polski jest historią narodu, który nigdy nie utracił nadziei, który nigdy nie dał się złamać, który nigdy nie zapomniał kim jest. Dzisiaj w samym sercu Warszawy, stając tutaj przed Grobem Nieznanego Żołnierza, zebraliśmy się, żeby dać świadectwo odwadze wielkiego narodu” – mówił na placu Piłsudskiego w Warszawie podczas obchodów 80. rocznicy wybuchu II Wojny Światowej wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Mike Pence.

Gdyby choć jedna rzecz spośród tych, które dziś się z sądami i sędziami wyczynia, wydarzyła się, gdy nie rządził PiS, Jarosław Kaczyński i jego ludzie byliby pierwsi w głośnym protestowaniu i żądaniach wszelkich możliwych dymisji i retorsji.

Obywatelska Polska nie posiada się z oburzenia, poznając nowe szczegóły związane z funkcjonowaniem w Ministerstwie Sprawiedliwości grupy sędziów zajmujących się ordynarnym szkalowaniem i zniesławianiem za pośrednictwem anonimowej korespondencji sędziów krytykujących politykę Zbigniewa Ziobry, opartą na politycznym sterowaniu sądami i prokuraturą oraz szykanowaniu prokuratorów i sędziów, których działania są nie po myśli władzy.

Kilkuosobowa grupa „Kasta”, jak się okazuje, była jedynie częścią większej grupy „Zespół”, organizującej w resorcie tzw. hejt przeciwko niepokornym sędziom. Stan wiedzy o tym procederze (na 29 sierpnia) podsumowuje w swym artykule na Wyborcza.pl Wojciech Czuchnowski.

Jan Woleński: Kto odpowie za aferę z trollami?

Degrengolada obyczajów

Groteskowe w swej wulgarności wydarzenia w każdym przyzwoitym kraju doprowadziłyby do upadku rządu – a właściwie by nie doprowadziły, bo w ogóle nie byłyby możliwe, podobnie jak niemożliwa byłaby afera KNF czy afera Kaczyńskiego i spółka Srebrna. Ale skoro niemożliwe u nas akurat jest jak najbardziej i możliwe, i rzeczywiste, to czyż nie trzeba się z tym pogodzić? Bo czy np. w PRL byliśmy jacyś tacy „niepogodzeni”?

Jest, jak jest – człowiek się przyzwyczaja. I na tym właśnie polega degrengolada obyczajów i upadek kultury politycznej. Podobne procesy zachodzą zresztą nie tylko w Polsce – pewna w tym pociecha, lecz i wskazówka, że przyczyn trzeba szukać gdzieś głębiej niż w fenomenie PiS i właściwościach jego elektoratu. Czy moglibyśmy przed paroma laty przypuszczać, że w USA czy w Wielkiej Brytanii wydarzy się to, co właśnie się wydarza? No właśnie. Coś niedobrego dzieje się w całym świecie.

Dlaczego Ziobro powinien odejść

PiS śmieje się Polsce w nos

W niedawnych, niesłusznie minionych czasach niemożliwa byłaby taka działalność, jaką prowadzi Zbigniew Ziobro, niemożliwe byłoby, aby ten człowiek, z taką polityczną przeszłością, był ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym. W ogóle nie miałaby szansy takiej przeszłości (a nie tylko przyszłości) mieć. Zresztą gdyby choć jedna rzecz spośród tych, które dziś się z sądami i sędziami w Polsce wyczynia – na poziomie ustaw i w bieżącym zarządzaniu resortem – wydarzyła się kiedykolwiek wcześniej, gdy nie rządził jeszcze PiS, Jarosław Kaczyński i jego ludzie byliby pierwsi w głośnym protestowaniu i żądaniach wszelkich możliwych dymisji i retorsji.

Gdy teraz rządzą – moralne złachmanienie swych rządów poczytują sobie niemal za tytuł do dumy. Śmieją się w nos demokratycznej Polsce, bo wiedzą, że ci, którzy już dwa razy wynieśli ich do władzy, a zapewne zrobią to po raz trzeci, w najgorszym razie są na bezprawie obojętni, a w najlepszym – bardzo im się ono podoba.

A demokratyczna opinia? Po każdej aferze coraz bardziej bezsilna i zniechęcona, patrzy tylko na własną narastającą obojętność, domyślając się tego, jak coraz bardziej ekscesy władzy nic nie znaczą dla ogółu społeczeństwa. Schamienie naszego życia zaszło tak daleko, że żadna afera nie może mieć decydującego znaczenia dla losów rządu. Każda afera, każdy skandal jest już tylko „tak zwany”. Mając na co dzień wgląd do kuchni wydarzeń, widząc pospolitość i prostactwo ludzi na stanowiskach, którzy nic sobie nie robiąc z powagi swych urzędów, bez żadnych hamulców popisują się głupotą, stajemy się najpierw cokolwiek cyniczni, a potem już tylko amoralni i obojętni. Oto w jakim puncie się dziś znaleźliśmy. I żadne wybory tego z dnia na dzień nie zmienią.

Kaczyński z sercem na dłoni. Ratuj się, kto może!

Głupstwo, nie afera?

Bardzo ciekawym przypadkiem bezczelności władzy, lecz jednocześnie jej jakże poprawnej, by nie powiedzieć: wytrawnej samowiedzy, jest odpowiedź, jakiej udzielił na pytanie redaktorki TVN Justyny Dobrosz-Oracz o wpływ afery Piebiaka na sondażowe notowania PiS oraz odpowiedzialność polityczną Ziobry jako ministra sprawiedliwości wicemarszałek Sejmu prof. Ryszard Terlecki. Odpowiedział jej (i innym dziennikarzom) następująco: „Nie powinniśmy tracić. Czemu? Zostało to rozstrzygnięte, przecięte. […] To jest przedmiot zainteresowania, nie wiem, pięciuset osób w Polsce. Co to obchodzi wyborców? […] O czym my rozmawiamy? Rozmawiamy o głupstwie, jakie popełnił jeden z wiceministrów, i został za to zdymisjonowany. No, to poważne głupstwo. Bardzo poważne głupstwo”.

Tak jak zwykle pytany o jakiś kolejny skandal (jak niedawno ten z marszałkiem Kuchcińskim), Terlecki odpowiada z dobrotliwie wyższościowym uśmieszkiem, cynicznie bagatelizując sprawę, za każdym razem niby to będącą czyimś osobistym błędem, którego konsekwencje powinna ponieść konkretna osoba, złapana za rękę.

Rzecz jasna Terlecki wie doskonale, że w danym wypadku proceder „hejtu” uprawiają kumple Ziobry ściągnięci do ministerstwa właśnie po to, by parać się różnego rodzaju „mokrą robotą”. Obrzydliwie protekcjonalne i amoralne wypowiedzi są dowodem osobistego cynizmu i bezczelności marszałka. Przymioty te doskonale konweniują z jego wizerunkiem i historią. Nic specjalnego.

Afera demaskuje nie tylko zepsucie, ale też słabość państwa

Terlecki diagnozuje własny elektorat

Godna uwagi jest wszelako osobliwa mądrość i słuszność słów Terleckiego oraz sam fakt, że ma on czelność je wypowiadać również do własnego elektoratu. Należy wszak przyznać mu rację – sprawą Piebiaka, podobnie jak aferami z Krajową Radą Sądownictwa czy wcześniej z Trybunałem Konstytucyjnym, interesuje się bardzo niewielu wyborców PiS. Owszem, interesuje się nimi bardzo wielu przeciwników tej władzy – tych jednakże Terlecki i całe PiS może ostentacyjnie ignorować.

Politologiczna diagnoza Terleckiego jest słuszna, a ogólna demoralizacja życia publicznego, jak również utrwalony (może nie najgorszy) zwyczaj, by mówić w przestrzeni publicznej to, co się myśli, sięgając do nieformalnych kulis wydarzeń i manifestując makiawelizm, sprawia, że bezczelność, z jaką się tę diagnozę wypowiada, nie niesie z sobą żadnego ryzyka.

Możemy się bezsilnie oburzać, jak to Terlecki pogardza własnym elektoratem, dając do zrozumienia, że upadek moralny środowiska władzy nie obchodzi i nie przeszkadza jej zwolennikom, ale czym bardziej my jesteśmy bezsilni, tym bardziej bezczelny uśmieszek Terleckiego jest na miejscu. Mogę sobie tylko wyobrażać, z jaką satysfakcją będzie czytał ten artykuł lub inny podobny komentarz do jego kolejnego popisu cynizmu i amoralizmu.

Adam Szostkiewicz: Piebiak i hejterka, czyli dramat państwa polskiego

>>>

Sędziowie nie chcą orzekać z bohaterami afery farmy trolli w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Jest takie powiedzenie, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Wydaje się, że właśnie sprawdza się w przypadku polskich sędziów. Im silniejsza jest opresja ze strony władzy politycznej, tym bardziej otwarcie stawiają opór. I tym silniej utrwala się w środowisku postawa godnościowa i przywiązanie do sędziowskiego etosu.

Dzisiaj podczas rozprawy w X Wydziale Karnym Sądu Okręgowego w Warszawie zdarzyła się rzecz bez precedensu: sędzia Anna Bator-Ciesielska odmówiła orzekania z sędzią i rzecznikiem dyscyplinarnym Przemysławem Radzikiem. Rzecz dotyczyła odwołania od wyroku w sprawie karnej. Sędzia Bator-Ciesielska jako przewodnicząca składu orzekającego, w którym oprócz niej i sędziego Radzika zasiadł sędzia Grzegorz Miśkiewicz, odroczyła rozprawę z powodu niemożności ustalenia miejsca pobytu oskarżonego.

Drugim powodem odroczenia są jej wątpliwości co do możliwości wypełniania obowiązków sędziowskich przez Radzika, jednego z bohaterów afery zorganizowanego hejtu, wspieranego dokumentami z akt w resorcie sprawiedliwości i w biurze rzecznika dyscyplinarnego przy ministrze. Niezbędnym przymiotem sędziego jest bowiem nieskazitelność charakteru, bezstronność i niezawisłość.

Sędzia powołała się na:
– art. 6 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka gwarantujący każdemu prawo do rzetelnego procesu przed niezawisłym sądem
– art. 7 konstytucji: „Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa”, art. 32 (prawo do równego traktowania) i art. 45 (prawo do rzetelnego procesu przed niezawisłym sądem)
– art. 66 ustawy o ustroju sądów powszechnych zawierającego rotę ślubowania sędziowskiego: „Ślubuję (…) stać na straży prawa, obowiązki sędziego wypełniać sumiennie, sprawiedliwość wymierzać zgodnie z przepisami prawa, bezstronnie według mego sumienia, dochować tajemnicy prawnie chronionej, a w postępowaniu kierować się zasadami godności i uczciwości”.

Zaznaczyła, że czuje się związana tym przyrzeczeniem, które składała najpierw przed prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, a potem przed prezydentem Lechem Kaczyńskim, „gdy obejmowałam urząd sędziego Sądu Okręgowego w Warszawie, gdzie mam zaszczyć – jeszcze – pełnić służbę” – powiedziała.

To nie koniec. Zarządziła przekazanie akt sprawy z jej zarządzeniem przewodniczącej wydziału Moniki Jankowskiej w celu przedstawienia innym sędziom pod rozwagę, czy Przemysław Radzik i Michał Lasota (kolejny bohater afery hejterskiej) powinni dalej orzekać w tym wydziale. W razie gdyby sędziowie uznali, że nie powinni – sędzia Bator-Ciesielska rekomenduje rozważenie zwrócenia się do „ministra sprawiedliwości, szanownego pana Zbigniewa Ziobry” o odwołanie z delegacji sędziów Lasoty i Radzika. Obaj zostali delegowani z sądów rejonowych.

Sędzia Anna Bator-Ciesielska zapowiedziała też, że 2 września poinformuje, czy w związku ze sprawą skieruje do Trybunału Sprawiedliwości UE pytanie prejudycjalne. Można się domyślać, że chodzi o możliwość odmowy – w obronie prawa podsądnego do bezstronnego sądu – orzekania z sędzią, który sprzeniewierzył się zasadzie bezstronności i niezawisłości.

To, co zrobiła sędzia Bator-Ciesielska, to pierwszy publicznie znany przypadek, gdy sędzia formalnie odmówił sądzenia z człowiekiem, co do którego nieskazitelności ma wątpliwości.

Sędziowie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie także nie chcą orzekać z bohaterem afery hejterskiej: Tomaszem Szmydtem. Najpierw prezes NSA Marek Zirc-Sadowski odwołał go z delegacji do biura neo-KRS, a teraz Wojciech Mazur, prezes WSA, gdzie „dobra zmiana” obsadziła Szmydta, odsunął go od orzekania „do czasu wydania przez sąd dyscyplinarny uchwały w przedmiocie zawieszenia sędziego w czynnościach służbowych, nie dłużej niż do dnia 28 września 2019 r.”.

W uzasadnieniu napisano, że wymaga tego „powaga sądu i istotne interesy służbowe”. W poniedziałek rzecznik dyscyplinarny NSA poinformował, że podjął czynności wyjaśniające w sprawie sędziego Szmydta i sędziego NSA Rafała Stasikowskiego, także wymienianego w kontekście afery hejterskiej.

Do orzekania mają za to wrócić „Herszt” – jak go nazywali członkowie hejterskiej grupy – czyli zdymisjonowany wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak, oraz jego najbliższy współpracownik w ministerstwie, sędzia Jakub Iwaniec.

Piebiak prawdopodobnie wróci do swojego macierzystego sądu: Rejonowego dla m.st. Warszawy, natomiast Iwaniec do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa. Nie od razu, bo musi im zostać wyznaczony przez prezesa – po zaopiniowaniu przez Kolegium Sadu – zakres obowiązków. Pytanie, czy ich także nie spotka front odmowy? Wszystkich sędziów – bohaterów afery – jest dwunastu.

Wreszcie na aferę zareagowała nawet neo-KRS. Najpierw jej prezydium, a potem przewodniczący Leszek Mazur wydali pryncypialne oświadczenia, stwierdzając, że jeśli doniesienia o aferze „potwierdzą się”, to sędziowie, którzy w takim zorganizowanym hejcie brali udział, nie mogą być uważani za osoby mające przymiot nieskazitelnego charakteru, powinni złożyć urząd w KRS i zostać wydalonymi z zawodu.

Wczoraj zaś KRS zawiesiła przesłuchania kandydatów na sędziów do Sądu Najwyższego. Wśród oceniających jest trzech bohaterów hejterskiej afery: sędziowie Dariusz Drajewicz, Jarosław Dudzicz i Maciej Nawacki. W dodatku Drajewicz zgłosił swoją kandydaturę do SN.

Kilka dni wcześniej – co jest zaskoczeniem – prezydium neo-KRS wezwało jego i innego członka neo-KRS, sędziego Rafała Puchalskiego, do wycofania kandydatur: „Prezydium Krajowej Rady Sądownictwa negatywnie ocenia fakt zgłoszenia się członków KRS: Pana Dariusza Drajewicza i Pana Rafała Puchalskiego – sędziów sądów rejonowych, na stanowiska sędziów Sądu Najwyższego, dokonane z pominięciem dwóch szczebli sądownictwa powszechnego. Prezydium oczekuje, że wskazani sędziowie wycofają zgłoszenia na stanowiska sędziów SN albo niezwłocznie zrzekną się mandatów członków KRS”.

To, że sędziowie z prezydium neo-KRS stali się wrażliwi na kwestie etyki sędziowskiej, jest zaskakujące, zważywszy na dotychczasową działalność neo-KRS i sposób jej powołania. Ale może to być też sygnał, że władza polityczna naprawdę przesadziła. Że ugodziła w jakiś fundament sędziowskiej godności. Albo że sędziowie z neo-KRS czują wiatr politycznej zmiany.

Lada tydzień spodziewany jest wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE – ma się odnieść do legalności powołania neo-KRS i tego, czy jej działalność może być uznana za działanie na rzecz niezawisłości sędziów i niezależności sądów. A także w sprawie zgodności z tymi zasadami działalności Izby Dyscyplinarnej SN. Jeden z jej członków, Konrad Wytrykowski, też jest bohaterem afery hejterskiej.

Wszyscy wymieniani w kontekście afery zaprzeczają, że brali w niej udział.

Samorządom wydaje się, że mają do czynienia z jakąś tam zwykłą reformą, a tymczasem jest to wielki cywilizacyjny projekt, w dodatku realizowany na wyraźne żądanie elektoratu!

Przed trzema laty, u zarania „dobrej zmiany” w polskich szkołach, opublikowałem w tym miejscu felieton o identycznym tytule. Napisałem w nim, że projekt reformy jest kumulacją bezmyślnej głupoty, której nie wykorzeniła taka sama szkoła, do jakiej chce wrócić Kaczyński, jego wyznawcy i ludzie bezrefleksyjnie wspierający chorą zmianę. Dziś wydaje mi się, że może przesadziłem, że prawdziwą i bardziej prozaiczną przyczyną koszmarnego zamieszania w oświacie jest buńczuczne przekonanie, że wszystko co było przed PiS-em jest złe, bo nie wymyślił tego PiS.

Minister oświaty Dariusz Piontkowski, podobnie jak jego poprzedniczka, zachwyca się dzisiaj stanem oświaty po reformie, ale czyni to inaczej, nie reklamując usług swojego stomatologa. W pocie czoła produkuje oświadczenia, pisma i listy, które dowodzą głównie tego, że premier Morawiecki może nie zasługiwać na laur niedoścignionego mistrza w konkurencji „rzut kłamstwem”. Pan premier miota w tłum bujdy ssane na bieżąco z dużego palucha, czyniąc to na pełnym luzie, z radosnym rozbawieniem i chłopięcą nonszalancją. Natomiast minister Piontkowski przeciwnie, dokleja sobie poważną minę, marszczy czoło i wbija wzrok w rozmówców, podkreślając głębię swoich nieprawd, głoszonych hipnotyzującym tonem współczesnego Kaszpirowskiego.  Kto z nich lepszy – nie wiadomo.

Pan minister często nie dorównuje swemu szefowi ciężarem i rozmiarami głoszonych bredni, ale przerasta go rozmachem i wyobraźnią. – Rekrutacja do szkół ponadpodstawowych i ponadgimnazjalnych na rok szkolny 2019/2020 przebiegała sprawniej niż dotychczas – napisał Dariusz Piontkowski w odpowiedzi na wystąpienie RPO Adama Bodnara w sprawie tzw. podwójnego rocznika. No pewnie! Poszło jak z płatka, a jeśli jeszcze coś nie gra, jeśli są jakieś pretensje, to proszę się czepiać samorządów. Opanowane przez opozycję nie dość, że sabotują fantastyczną reformę, to jeszcze okazują się pazerne, żądając obiecanego zwrotu wydatków. Co z tego, że rząd miał opłacić koszty nakazanych zmian? Miał, ale nie ma. Nie ma z czego, po prostu. Przecież przed wyborami trzeba dać ludziom jakiś kolejny „plus”, a poza tym już obiecano Polakom, że nowy budżet dopnie się bez zadłużenia…

Zdaniem pana Piontkowskiego samorządom wydaje się, że mają do czynienia z jakąś tam zwykłą reformą, a tymczasem jest to wielki cywilizacyjny projekt, w dodatku realizowany na wyraźne żądanie elektoratu! Pisze o tym minister do prezydenta Warszawy wyjaśniając, że „poprzedni system edukacyjny był negatywnie oceniany przez społeczeństwo”. Warto zatrzymać się na chwilę przy tym argumencie, bo nie wiedzieć czemu nawet przytomni dziennikarze i łebscy politycy opozycji łykają owo fundamentalne łgarstwo jak roztargniony bocian żmiję. Po raz kolejny, zresztą.  To prawda, że społeczeństwo domagało się zmian w sądach i że do reformy upoważniło PiS. Tyle że PiS zamiast skrócić procedury i wprowadzić inne zmiany przez suwerena oczekiwane, dokonał zmian nieoczekiwanych, służących jedynie umocnieniu swojej władzy, pogarszających jeszcze sytuację wyjściową. Również twierdzenie, że sytuacja w oświacie, którą oglądamy obecnie i którą w pełnej krasie zobaczymy niedługo, jest realizacją oczekiwań zbulwersowanych dzisiaj rodziców i znerwicowanych dzieci, przekracza granice zwykłego kłamstwa: jest bezczelnym oszustwem.

Minister Piontkowski dwoi się i troi, by usprawiedliwić demolkę polskiego systemu oświatowego. W tym celu występuje na licznych konferencjach i spotkaniach, gdzie przekonuje, że za poprzedników oświata miała się fatalnie, przy obecnej władzy sytuacja jest znakomita, a będzie jeszcze świetniej, bo „celem wprowadzanych zmian jest stworzenie szkoły nowoczesnej, a jednocześnie silnie zakorzenionej w naszej tradycji, szkoły dającej solidne fundamenty wiedzy i wspierającej rodzinę w jej wychowawczej funkcji”. Jego zdaniem wdrażaną u nas reformę oświaty można bez fałszywej skromności nazwać modelową i życzyć należy krajom zachodnim, by swoje lewackie, niesprawne i przestarzałe systemy co prędzej wymieniły na polski nowoczesny model oświaty.  A jaka jest prawda? Jeszcze pięć lat temu prestiżowy ranking Pearsona wykazywał, że Polska ma jeden z najlepszych systemów edukacji na świecie. W trakcie drugiej kadencji rządów PO-PSL awansowaliśmy z 14 na 10 miejsce na świecie i piąte w Europie. A potem, po rozpoczęciu deformy PiS,  prestiż polskiej oświaty runął na łeb, na szyję. W roku ubiegłym, w rankingu Worldwide Educating For the Future  (Edukacja dla przyszłości), Polska zajęła dopiero 27 miejsce wśród 50 analizowanych krajów. Wyprzedziła nas nie tylko Rosja, ale również Ghana.

Wiem, że z obecną władzą nie wygra się na statystyki i rankingi, bo tajne badania i sondaże rządzących zawsze będą, lepsze, dokładniejsze, prawdziwsze i mniej lewackie. Jednak różnice między polskim a jakimś zachodnim systemem oświatowym łatwo wykazać na konkretnych przykładach. Tak się złożyło, że dwoje dzieci z mojej rodziny zamieniło na rok podstawówkę w powiatowym mieście Polski centralnej na „równoległą”, usytuowaną w niemieckim mieście średniej wielkości. Rok szkolny rozpoczął się tam w połowie sierpnia – o dziwo – bez apelu, bez podniosłych przemówień, bez powitań przedstawicieli władz i parafii. Na „dzień dobry” dzieci otrzymały „dzienniczek” z rzeczową wiadomością na pierwszej stronie, że w szkole nie ma miejsca na obelgi, przemoc, seksistowskie komentarze i rasizm – i zakaz ten rzeczywiście jest bezzwłocznie i bezwarunkowo egzekwowany.

W polskiej szkole na początku roku cytowano dzieciom górnolotne i średnio zrozumiałe fragmenty statutu o „podtrzymaniu poczucia tożsamości narodowej, etnicznej, językowej i religijnej poprzez: a) organizowanie i udział w uroczystościach z okazji świąt państwowych i kościelnych; b) eksponowanie i szanowanie symboli narodowych w pomieszczeniach szkolnych; c) organizowanie lekcji religii…”. A w obecnej szkole, zamiast troski o „tożsamość narodową i religijną” dzieci otrzymały zapewnienie, że szkoła dba o życzliwą atmosferę” oraz pragnie wspierać uczniów „w nauce życia społecznego opartego na szacunku i wzajemnej odpowiedzialności”. Rodzice natomiast dostali list, w którym tamtejszy minister oświaty (nawiasem mówiąc profesor doktor habilitowany) przypomniał, ze głównym zadaniem szkoły, oprócz przekazania niezbędnej wiedzy, jest wychowanie dzieci i młodzieży „w duchu demokracji i poszanowania konstytucji”.

W nowej szkole klasy są kilkunasto-, najwyżej 20-osobowe. Nie ma tam świetlicy, ale po lekcjach dzieci są pod opieką wychowawców odpowiedzialnych za zajęcia popołudniowe i mogą samodzielnie korzystać ze wszystkich zawsze otwartych pomieszczeń szkoły lub bawić się zewnątrz, na ogrodzonym terenie. Mogą też wybrać sobie nawet po kilka spośród kilkunastu bezpłatnych zajęć, realizowanych po lekcjach na terenie szkoły. W ofercie zajęć dodatkowych znaleźć można np. ratownictwo i pierwszą pomoc, ochotniczą straż pożarna oraz szkolenie w zakresie „negocjacji i rozwiązywania konfliktów”. Absolwenci tego kursu otrzymują odznakę i mediują między skłóconymi uczniami, którzy sami zwracają się do nich o rozstrzygnięcie sporu. Ba, wsparcia u młodych negocjatorów szukają również nauczyciele!

W szkole polskiej na zajęciach wychowania fizycznego chłopcy i dziewczynki ćwiczyły osobno, przy czym dziewczynki nie biegały, żeby się nie spocić, i nie trenowały zbyt intensywnie, bo – jak mówiła nauczycielka – od tego mięśnie rosną, a umięśniona dziewczynka nie wygląda dobrze. W szkole obecnej dzieci ćwiczą wspólnie i razem grają w koedukacyjnych drużynach. W polskiej szkole do sprzątania klasy angażowane były tylko dziewczynki, a zdarzyło się, że nauczycielka kazała im zrobić porządki w piórnikach chłopców z uzasadnieniem, że przecież będą niedługo żonami i matkami… W obecnej szkole sprzątają po sobie wszyscy, a na obowiązkowych lekcjach gotowania i nauki szycia z równym zapałem pracują zarówno chłopcy, jak i dziewczynki . W szkole polskiej odbywały się regularne uroczystości religijne z obowiązkowym udziałem wszystkich uczniów, opiekunem samorządu była katechetka, rekolekcje traktowane były jak planowe zajęcia szkolne (nauczyciele prowadzili dzieci do kościoła i pilnowali, by odbyły tam wielkopostną spowiedź), a w miejsce Halloween ogłoszono szkolny „dzień aniołka” podczas którego dzieci przebierały się za świętych, w tym za o. Kolbego w pasiaku. W obecnej szkole podczas obowiązkowych lekcji religii (lub etyki) nie uczy się pobożności, lecz przekazuje wiedzę religioznawczą z wyraźnym przesłaniem, by wdrażać i umacniać szacunek dla ludzi innych wyznań lub osób bezwyznaniowych.

A na koniec jeszcze jedna różnica między świetnym, zreformowanym i na wskroś nowoczesnym systemem szkolnictwa polskiego, a zdegenerowanym i skażonym polityką gender modelem zachodnim.  Moje przykładowe (chociaż najprawdziwsze) dzieci nie otrzymują w obecnej szkole zadań domowych, nie wkuwają wieczorami tego, czego nie zdążyli ich nauczyć w czasie lekcji. Z niezrozumiałych powodów udaje się tam zrealizować program nauczania wyłącznie w szkole. Jeden Pan Bóg wie dlaczego we wspomnianym już rankingu „Edukacja dla przyszłości” Niemcy zajmują 7 miejsce ze stratą ledwie 6 pkt. do zwycięzcy (Finlandia), a Polska uplasowała się 20 miejsc niżej, poniżej średniej światowej, ze stratą aż 29 punktów.

Trump robi pisowców w bambuko

30 Sier

Prezydent USA Donald Trump odwołał wizytę w Polsce. Oficjalny powód – zbliżające się do Florydy tornado. Trump miał wziąć udział w obchodach 80 rocznicy II wojny światowej. Do Warszawy przyleci wiceprezydent Mike Pence.

Wiadomość wywołała falę komentarzy. Niektórych, jak Tomasza Lisa z „Newsweeka” nie do końca przekonał podany powód: – „Podróż Trumpa do Polski odwołana pod pretekstem huraganu, który może, podkreślić – może uderzyć we Florydę. Tia… Karczewski niech dzwoni do swego kumpla, ciepłego człowieka z Białorusi”. A jeden z internautów dodał: – „Trump również mógł powiedzieć, że pies zjadł mu paszport”.

Inni internauci zwracali uwagę na inny aspekt zagadnienia: – „Tymczasem gdzieś z okolic Nowogrodzkiej słychać pewnie wycie, bo kampania z Trumpem i kampania bez Trumpa to nie to samo…”;

„I w tym momencie sztab PiS musi przepisać scenariusze klipów wyborczych i wyliczyć naprędce, czy Pence przebija Czajkę czy jednak wciąż rozkręcamy shitstorm w przekazie dnia”; – „Kaczyński jest dla Trumpa niewygodnym partnerem, zwłaszcza jeśli chce wywalczyć reelekcję. Amerykanie wszelkie kontakty z dyktaturami oceniają negatywnie”.

Każdy dzień przynosi nowe dowody, że Honor to jedno z tych pojęć, które już dawno podzieliły los „demokracji”, „sprawiedliwości”, „prawdy” i jeszcze kilku pojęć, gruntownie przedefiniowanych przez partię pana prezesa.

Chyba powoli zaczyna się nam objawiać ukryty sens bojowego zawołania zbrojnych w bejsbole szwadronów z Białegostoku: „Bóg – Wyp..lać – Honor – Wyp..lać – Ojczyzna – Wyp…lać!”. Pierwszy posłuchał Honor, o którym w otoczeniu pana prezesa słuch zaginął dobrych kilka lat temu, więc teraz próżno by go szukać w najciemniejszych nawet zakamarkach Ministerstwa Sprawiedliwości. O obu Pałacach to już nawet nie wspominając.

Wszyscy znają sytuację, a każdy dzień przynosi coraz to nowe dowody, że Honor to jedno z tych pojęć, które już dawno podzieliły los „demokracji”, „sprawiedliwości”, „prawa” „prawdy” i jeszcze kilku pojęć, gruntownie przedefiniowanych przez partię pana prezesa.

Teraz honorowe jest utrzymywanie (ostatnio uczynił to publicznie premier Morawiecki), że „minister Ziobro o niczym nie wiedział”, bo przecież ministerstwo – wiadomo – pełne jest sędziów wyjątkowo zdemoralizowanych. Wezwania do jego dymisji są więc – co oczywiste – zupełnie bez sensu. Sam zainteresowany milczy, zapewne z przepracowania, jako że redaguje teraz po nocach… kodeks etyczny, „regulujący zasady zachowania sędziów w sieci”. Szkoda tylko, że premier przy okazji nie podał aktualnie obowiązującej wykładni pojęcia „etyka”.

W zasadzie nie musiał, bo uczynił to za niego były już zastępca ministra Ziobry, zapewniając Małą Emi, że „dobra zmiana” nie wsadza za „dobro”. Zatem dobre jest – co skądinąd oczywiste – to, co służy interesom partii pana prezesa – w tym wypadku przeprowadzenie dowodu na degenerację moralną i zawodową „kasty sędziowskiej”.

Tak jak w przypadku legendarnego „układu”, tropionego przez ministra Ziobrę za poprzedniej kadencji PiS-u, „dobre” są otóż wszystkie środki, które prowadzą do celu. Toteż w sytuacji, kiedy „kasty” – podobnie jak wzmiankowanego wcześniej „układu” czy „spisku smoleńskiego” – pomimo licznych starań i wysiłków nie udaje się zdemaskować, trzeba ją (kastę, znaczy) po prostu stworzyć od podstaw. Bo przecież partia, a zwłaszcza jej prezes, nie mogą się mylić lub – co gorsza – kłamać w żywe oczy. I tym właśnie – kreatywną pracą u owych podstaw – zajmowała się grupa towarzyska, znana pod pseudonimem KastaWatch. Taka praca zlecona po godzinach, ku chwale „naszych kolegów”.

 

Chociaż nie – w działalności owej grupy towarzyskiej zdarzały się też zachowania karygodne i – potencjalnie – kompromitujące. Rzecznik nowej KRS Maciej Mitera, zapytany o to w programie Konrada Piaseckiego, za największą skazę moralną jednego z domniemanych członków KastaWatch sędziego Tomasza Szmydta (prywatnie męża Małej Emi) uznał „błąd w wyborze żony”. Jak to mówią rodacy prezydenta Trumpa – no comment.

Co do Boga – to ten jeszcze się waha, ale już wkrótce uda się chyba w ślady Honoru. Po wypowiedziach członków Episkopatu, popierających wypowiedź biskupa Jędraszewskiego na temat „tęczowej zarazy” będzie chyba musiał abdykować z polskiego tronu na Jasnej Górze i – w proteście – przejść na protestantyzm.

Ważą się także, choć może mniej dramatycznie, losy Ojczyzny, bo z jednej strony grozi nam, że – w wyniku usilnych starań partii aktualnie rządzącej – w pociągu do Brukseli będziemy musieli podróżować drugą klasą, a z drugiej, kto wie, czy nie czeka nas kolejny cichy rozbiór Polski. A to za sprawą grupy „reparacjonistów”, przy każdej nadarzającej się okazji podnoszących publicznie kwestię odszkodowań od Niemiec za straty wojenne. Ostatnio wspominał o tym pan premier, deklarując publicznie zamiar rewizji powojennych traktatów, bo – jako zawierane przez komunistów – teraz nie są ponoć dla nas nic a nic wiążące.

Tyle że Niemcy, upewniwszy się co do intencji rządu, są – zdaje się – gotowi ubić z nami ten interes. Coraz częściej politycy zza Odry przyznają więc, że owszem, traktaty można, ba – trzeba renegocjować i cóż – niech będzie, że zapłacą nam fortunę. No, ale skoro zaczynamy wszystko od nowa, to pozostaje jeszcze mały drobiazg. Zwrot pozostawionych nam w depozycie (jak rozumiemy – tylko do czasu zaspokojenia roszczeń finansowych) Ziem Odzyskanych. Z Breslau na czele.

Cóż – Breslau, nie Breslau, ale nieruchomości w okolicach obwodnicy będą wtedy warte górę euro. A pan premier, właściciel licznych działek i lokali we Wrocławiu, co jak co, ale do interesów, to jednak głowę ma.

Więc i Ojczyzna może wkrótce spełnić postulat bojówkarzy z Białegostoku, dzieląc losy Honoru i Boga. I wtedy niech Bóg ma nas w swojej opiece.

Czy wybory będą sfałszowane?

29 Sier

„Wszcząłem postępowania dyscyplinarne przeciwko Waldemarowi Z., SSO w Krakowie i Olimpii B.-M., SSR w Gorzowie Wlkp., w związku z niestosowaniem się do zasady powściągliwości w mediach społecznościowych” – napisał na Twitterze Przemysław Radzik, zastępca rzecznika dyscyplinarnego sędziów sądów powszechnych. – „To próba odreagowania po tym, co ujawniły media w sprawie afery Ministerstwa Sprawiedliwości, nowej KRS i nominowanych przez Ziobrę rzeczników? Ważne, by zapamiętać to trio: Radzik, Lasota, Schab” – skomentował Marek Tatała z FOR. Te trzy nazwiska to sędziowie, którzy na stanowiska rzeczników dyscyplinarnych zostali powołani przez Zbigniewa Ziobrę.

Radzik w piśmie, które dołączył do tweeta, zarzuca rzecznikowi dawnej KRS oraz sędzi z Sądu Rejonowego w Gorzowie Wlkp. „niestosowanie się do nakazu powściągliwego korzystania z mediów społecznościowych”.

Nie wiadomo, dlaczego postanowił nie używać nazwisk publicznie znanych sędziów, którzy od wielu lat krytycznie odnosili się do pisowskich zmian w sądownictwie.

„Ci Sędziowie mają nazwiska i NIE są przestępcami. Ale panie Radzik, KIEDY będzie wszczęte postępowanie przeciwko kastusiom?”; – „Kiedy będzie Pan wszczynał postępowanie przeciwko Kaście? Ale zapomniałem „za dobre uczynki nie wsadzamy”; – „Powiedziałbym, co sądzę o Pana działaniach, ale połowa jest niecenzuralna, a za drugą będziecie grozić procesami” – komentowali internauci.

A skąd pani wie, że wybory nie będą fałszowane? Proszę zwrócić uwagę, co się wydarzyło w ostatnich wyborach. Nagle polski chłop ruszył do urn między 19.00 a 21.00. Mam tu wielkie podejrzenia, że coś jest nie tak. Moim zdaniem afera w Ministerstwie Sprawiedliwości jest czubkiem góry lodowej i w każdym ministerstwie prawdopodobnie są podobne komórki jak ta Piebiaka. Jedni zajmują się nauką, inni policjantami, jeszcze inni żołnierzami, nauczyciele mieliby wiele do powiedzenia, jak się z nimi rozmawia politycznie itd. Niektórzy doświadczają licznych kontroli swych prac niemal permanentnie, urzędy czepiają się drobiazgów, selektywnie, a systematycznie nachodzeni są ludzi i firmy krytyczne wobec budowanej nowej klientelistyczno-autorytarnej rzeczywistości – mówi prof. Radosław Markowski, politolog, dyrektor Centrum Studiów nad Demokracją Uniwersytetu SWPS. – Być może po prostu te 30 lat – “Solidarność”, Okrągły Stół, jakościowa demokracja lat 1990-2015 – były historycznie tylko krótkim dewiacyjnym wyskokiem, a tak naprawdę teraz wracamy do niedemokratycznej normalności. Do naszej katolicko-autorytarnej, nacjonalistycznej atmosfery, która przez większą część naszej historii unosiła się nad nami – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Czy afera hejtu w Ministerstwie Sprawiedliwości z udziałem wiceministra jeszcze pana zaskoczyła?

RADOSŁAW MARKOWSKI: W ogóle nie jestem zaskoczony. Od lat staram się przekonywać rodaków, że mamy do czynienia z zamysłem systemowym, a nie z niedoskonałościami poszczególnych ludzi. To nie jest afera Piebiaka, tak jak nie było afery Chrzanowskiego i innych podobnych przypadków. To są przejawy cynicznie zaplanowanego systemu. Jeszcze dwa, trzy lata temu można było domniemywać, że odkrywając przypadki łamania prawa czy obyczaju politycznego przez rządzących mamy do czynienia  po prostu – co się zdarza w wielu krajach – z “normalną patologią”. Obecnie nie powinniśmy mieć złudzeń, że żyjemy w “patologicznej normalności”. To, co dzieje się w polityce, to nie są wybryki, czyjeś uchybienia, w polityce, która w gruncie rzeczy funkcjonuje zgodnie z normami i procedurami, a tylko czasami zdarza się, jak wszędzie od Skandynawii po Chile, że władza wykonawcza próbuje naginać prawo.

TO JEST REALIZACJA PLANU BUDOWY ALTERNATYWNEGO ŁADU POLITYCZNEGO WZGLĘDEM KRĘGU KULTUROWEGO, DO KTÓREGO WIĘKSZOŚĆ Z NAS ASPIRUJE.

Wróćmy do obserwacji poczynionej prawie pół wieku temu przez mojego nauczyciela akademickiego, prof. Adama Podgóreckiego, który był wybitnym, światowej klasy socjologiem prawa: upraszczając jego teorie trójstopniowego działania prawa – zawsze kiedy ocenia się działania ludzi, trzeba się wznieść o jeden poziom i zapytać, czy system, w którym ludzie działają, jest patologiczny, czy nie (tzw. dewianci w patologicznym systemie nie są dewiantami, lecz – zazwyczaj – przyzwoitymi obywatelami).

NIEMAL WSZYSCY SOCJALDEMOKRACI CZY SOCJALIŚCI W FASZYSTOWSKICH NIEMCZECH BYLI ZDEFINIOWANI PRZEZ SYSTEM JAKO DEWIANCI, A BYLI NORMALNYMI LUDŹMI.

Brzmi, jakby nie było dla nas ratunku…
Tak źle nie jest, ale trzeba przede wszystkim pilnować, jak opowiadamy o tych patologicznych zachowaniach przedstawicieli władzy (nie powielać narracji relatywizujących czy “symetrycznych” – jaki ten Piebiak to był dobry człowiek, sędzia i coś z biedakiem złego się stało etc.). Także dlatego, że to po prostu nieprawda. Wystarczy zrobić analizę socjologiczno-profesjonalną, kto jest zatrudniony na świeczniku w tym ministerstwie. Na czele z ministrem to – nie wszyscy, ale w większości – profesjonalni nieudacznicy; w przeszłości dyscyplinarnie karani, o nikłych osiągnięciach zawodowych, bez powodzenia próbowali awansować, na egzaminach mieli ledwo tróje. W normalnej rzeczywistości, gdzie merytoryczne kryteria są brane pod uwagę, nigdy by takiego awansu nie osiągnęli. Taka zawodowa frustracja się kumuluje i gotowość do tego, żeby za wszelką cenę utrzymać się u władzy, eliminując merytorycznie przygotowaną konkurencję, broniącej wartości zapisanej w konstytucji, skłania do korzystania z nielegalnych środków, łamania prawa i – tak po ludzku – etycznie obrzydliwego zachowania względem własnej grupy zawodowej.

NASZĄ NARRACJĘ TRZEBA DOSTOSOWAĆ DO TEJ RZECZYWISTOŚCI, WŁAŚNIE DO TEGO, CO NAZYWAM “PATOLOGICZNĄ NORMALNOŚCIĄ”, A NIE ZACHOWYWAĆ SIĘ, JAKBYŚMY MIELI DO CZYNIENIA Z ODOSOBNIONYMI PRZYPADKAMI “NORMALNEJ PATOLOGII”.

Czy to, co się dzieje, jest zrozumiałe dla przeciętnego Kowalskiego?
Musze przyznać, że owa “patologiczna normalność” nie jest możliwa bez – choćby biernego – przyzwolenia (części) owych Kowalskich, którzy chcieliby być nazywani obywatelami, choć nie spełniają wielu konstytutywnych cech takowych. W tym miejscu mówię nawet nie tyle o tych 5-6 milionach, którzy dali się uwieść konfabulacjami tej władzy, częściowo przekupić, częściowo zradykalizować względem iluzorycznych zagrożeń (migranci, gender, LGBT) – ich w większości trudno winić, znając ich cechy, zarówno te społeczno-demograficzne, jak i kulturowe orientacje, słabe zakorzenienie w faktach, oświeceniowych wartościach, rzetelnej wiedzy o rzeczywistości, poziomie ich czytelnictwa etc. (służę danymi empirycznymi).

JEDNAK TO, CO JEST NIEPOKOJĄCE, TO ZADOWOLONA KLASA ŚREDNIA. SĄDZĘ, ŻE GDYBY W NIEMIECKIM, SZWEDZKIM CZY HOLENDERSKIM MINISTERSTWIE SPRAWIEDLIWOŚCI WYKRYTO SZAJKĘ HEJTERSKĄ, KTÓRA NA ZLECENIE ALBO ZA PRZYZWOLENIEM MINISTRA SPRAWIEDLIWOŚCI NARUSZA SZEREG PRZEPISÓW OD KODEKSU KARNEGO POPRZEZ CYWILNY PO NARUSZENIE REGULACJI ODNOSZĄCYCH SIĘ DO DANYCH OSOBOWYCH, TO OPINIA PUBLICZNA BY ZAREAGOWAŁA CAŁKIEM INACZEJ.

Nie 20-30 osób, jak to widzimy, tylko setki tysięcy wyszłoby na ulice. Wymieniłem kraje, do których warto się porównywać, ale nie dalej jak parę miesięcy temu wielka afera korupcyjna i próba zmiany prawa pojawiła się w Rumunii i społeczeństwo wyszło na ulice w liczbie setek tysięcy i protestowało. Coś zatem u nas jest nie tak. Oczywiście, gdyby sprawa pozostawała tylko w sferze podejrzeń i domniemań, to można by zrozumieć tę bierność, ale w tym przypadku niemalże za rękę zostali złapani ci, co to robili. Tym bardziej, że akurat hejtowanie jest zrozumiałe, bo każdy przeciętny użytkownik Internetu tego doświadcza.

Próbowałem tłumaczyć na świecie tę sprawę. Przyznam, że pomimo względnej sprawności językowej trudno mi było się dokładnie wysłowić, bo brakuje słów; na marginesie, nawet po polsku mam problem, żeby dokładnie opowiedzieć, co tu się stało. Za granicą ludzie często myślą, że zmyślam, że to po prosu nie jest możliwe. To jest pytanie, które często w odniesieniu do tej patologicznej normalności Polski od 2015 roku zadają mi koledzy na Zachodzie. “Przecież jest konstytucja, jak premier mogła nie opublikować orzeczenia TK, jak to możliwe, że podejmuje się próbę usunięcia Pierwszego Sędziego Sądu Najwyższego, skoro nie byle gdzie, bo w Konstytucji, jest zapisane, że kadencja ta jest nienaruszalna?”.

ONI KOMPLETNIE TEGO NIE ROZUMIEJĄ, JAK MOŻNA WBREW KONSTYTUCYJNEMU ZAPISOWI DZIAŁAĆ I CHCIEĆ POZOSTAĆ WE WSPÓLNOCIE POLITYCZNEJ PAŃSTW EUROPEJSKICH. W KAŻDYM INNYM KRAJU EUROPEJSKIM TA AFERA ZGROMADZIŁABY SETKI TYSIĘCY LUDZI NA ULICACH.

Dlaczego? Co jest z nami nie tak? Mówi się, że to lata komuny…
Proszę pani, zwalanie niedemokratycznego rozwoju Polski na to, że pozostał w nas homo sovieticus, jest nieprawdziwe. Jeżeli w czymś możemy upatrywać niskich kwalifikacji polskiego obywatela, jego słabego kapitału społecznego, to w specyficznym typie katolicyzmu; w tradycji, w której się wyrasta: zdrowaśkach, odpuszczaniu win, spowiedzi i korupcjogennym dawaniu na tacę za wszystkie grzechy, połączonym z przekonaniem, że to załatwia sprawę. Mówiłem wielokrotnie i pisałem, głównie na podstawie badań, że

NAJBARDZIEJ ODPOWIEDZIALNY ZA TEN STAN RZECZY JEST WŁAŚNIE BRAK TRADYCJI OŚWIECENIOWEJ I PURYTAŃSKIEJ, PROTESTANCKIEJ, GDZIE GRZECH JEST GRZECHEM, A ODPOWIADA SIĘ ZA NIEGO BEZPOŚREDNIO PRZED BOGIEM.

To ten kulturowy sos, w którym wrastamy w życie, sprawia, że mamy ułomne kwalifikacje demokratyczne. Podobnie jest na południu Włoch – to ten sam produkt socjalizacji do niemoralnego familiaryzmu, nepotycznych związków, nierozumienia, czym jest dobro publiczne, czym kultura kontraktu, kultura respektowania formalnych instytucji, bo większość spraw załatwia się między parafią a rozszerzoną rodziną – kuzyni, różni pociotkowie, siostry cioteczne. To jest ta familijna społeczność, która zazwyczaj akceptuje i wybacza zło, no bo w niedzielę idzie się do kościoła, spowiada z grzechów i jest się czystym. To jest klimat, w którym rodzi się i kwitnie brak poszanowania dla demokracji i jakości życia publicznego.

Oczywiście z drugiej strony mamy rozwój gospodarczy; w ostatnim 30-leciu Polska dokonała ogromnego skoku cywilizacyjnego i ekonomicznego, jak żaden inny kraj regionu.

NADAL JESTEŚMY BIEDNYM KRAJEM, ALE TO ZAMAZUJE OBRAZ RZECZYWISTOŚCI TEJ ZADOWOLONEJ Z SIEBIE KLASIE ŚREDNIEJ, SIEDZĄCEJ W PÓŁCIĘŻARÓWKACH, CO PALĄ KILKANAŚCIE LITRÓW. TO PIERWSZE POKOLENIE NUWORYSZY, KTÓRYM SIĘ UDAŁO I KTÓRYM SIĘ WYDAJE, ŻE DOBROSTAN I ZAGRANICZNE WYCIECZKI NA KUBĘ CZY MALEDIWY WYSTARCZĄ.

Wydaje im się, że to wszystko może funkcjonować w tym quasi-autorytarnym sosie i niedemokratycznym kontekście. Niech nie mają złudzeń – nie będzie funkcjonować, choć niektórym z nich “się uda”. Ci, co chcą, widzą już początki zapaści – umiera nas znacznie więcej, niż w latach poprzednich, do lekarza dostać się nie można, apteki nie mają leków, przestępczość rośnie, podobnie zatrważająco szybko samobójstwa młodzieży, a co najważniejsze – wbrew tezom Pinokia – nierówności społeczne, zwłaszcza zaś skrajne ubóstwo w latach 2015-2018 rośnie, a nie maleje. O modernizacji przemysłu, budowie infrastruktury nie wspomnę… Ale dla niecałych 20 proc. jest OK, bo do osobistej kieszeni wpływają pieniądze…

I jeszcze jedno, chyba najgorsze w tym wszystkim, a w każdym razie to, co przyczyniło się moim zdaniem do potężnej demobilizacji obozu demokratycznego – symetryzm. Liczna kasta strojących się w piórka publicznych intelektualistów osób, która przez 4 lata codziennie – najgorsze w tym, że względem części obywateli skutecznie – uprawiała propagandę równych win – “tamci też tak robili”.

Ta władza nie publikuje orzeczeń TK, ale tamci też przecież przy Trybunale majstrowali. I fakt, że “tamci” natychmiast po orzeczeniach przepraszali, posypywali głowy popiołem, mówiąc wprost uznawali orzeczenia TK za ostateczne, w niczym im nie przeszkadza, by zrównywać te czyny z niepublikowaniem orzeczeń TK czy atakiem na kadencyjność sędziów oraz rozmontowywaniem trójpodziału władz.

UWAŻAM SYMETRYZM ZA FELER INTELEKTUALNY I PRZYZNAM, ŻE OSTATNIO NAWET ODMÓWIŁEM UDZIAŁU W KONFERENCJI, KTÓRĄ MIAŁO PROWADZIĆ DWÓCH SYMETRYSTÓW, BO NIE MAM CZASU NA NIEEKWIWALENTNĄ WYMIANĘ MYŚLI.

Zło w ten sposób czynione po stronie obozu liberalno-demokratycznego zniechęca i demobilizuje elektorat, który powinien stać na straży konstytucyjnego porządku kraju, ale został zneutralizowany, zagadany przez wpływowe, finansowane z budżetu państwa ośrodki, przez Ministerstwo Kultury, które nie ma wątpliwości, komu obiektywnie służy (część) ich działalności. To ważny, a najczęściej pomijany aspekt tej układanki.

Jesteśmy przed wyborami. Czy możemy mówić, że będą one w pełni demokratyczne? Nie mówię o fałszerstwach, ale np. o równym dostępie do mediów.
A skąd pani wie, że nie będą fałszowane? Proszę zwrócić uwagę, co się wydarzyło w ostatnich wyborach. Nagle polski chłop ruszył do urn między 19.00 a 21.00. Mam tu wielkie podejrzenia, że coś jest nie tak. Moim zdaniem afera w Ministerstwie Sprawiedliwości jest czubkiem góry lodowej i w każdym ministerstwie prawdopodobnie są podobne komórki jak ta Piebiaka. Jedni zajmują się nauką, inni policjantami, jeszcze inni żołnierzami, nauczyciele mieliby wiele do powiedzenia, jak się z nimi rozmawia politycznie itd. Niektórzy doświadczają licznych kontroli swych prac niemal permanentnie, urzędy czepiają się drobiazgów, selektywnie, a systematycznie nachodzeni są ludzi i firmy krytyczne wobec budowanej nowej klientelistyczno-autorytarnej rzeczywistości.

Stąd ta desperacka chęć przejęcia i ustawienia PKW czy nowe rozwiązanie dotyczące organu orzekającego o formalnej poprawności przeprowadzonych wyborów. Między innymi po to, aby mieć możliwość kwestionowania ich wyników. Zatem

KAŻDY, KTO DZIŚ MÓWI, ŻE NADCHODZĄCE WYBORY NA PEWNO BĘDĄ RÓWNE I UCZCIWE, JEST NAIWNY. POWIEDZIAŁBYM TAK – ZAPEWNE BĘDĄ RÓWNE. TU NIKT NIKOGO NIE BĘDZIE USTAWIAŁ W CZWÓRKI, ŻEBY MASZEROWAŁY GŁOSOWAĆ, ALE ŻE UCZCIWE NIE BĘDĄ – TO JEST PEWNE.

Żadna agenda oceniająca uczciwość wyborów, jak Freedom House czy Bertelsmann Index, w sytuacji takiej monopolizacji i upartyjnienia propagandowego telewizji publicznej nie uzna ich za uczciwe. I ten jeden fakt wystarczy. Wszystko zatem w rękach opozycji, która powinna mieć mnóstwo mężów zaufania, którzy będą patrzeć na ręce liczących w komisjach oraz pilnować, co się będzie działo z kartami do głosowania. Należy zapewnić liczną obecność międzynarodowych obserwatorów. Niestety, takich czasów doczekaliśmy.

Opozycja złożyła wniosek do NIK w sprawie afery w MS. Czy w dzisiejszej rzeczywistości ta sprawa może być wyjaśniona?
Niestety nie. Przecież nie po to minister sprawiedliwości jest jednocześnie prokuratorem generalnym. Nie po to wprowadzono rozwiązania, które są zamachem na instytucjonalne podziały, które w demokracjach służą niezależności. W każdym demokratycznym kraju pan Ziobro podałby się do dymisji lub został zdymisjonowany. To dotyczy także np. Słowacji. Tam premier zrezygnował, bo mafia zastrzeliła dziennikarza, w Rumunii podobnie. Jest wiele krajów, na które patrzymy z góry, gdzie pewne standardy są wciąż utrzymywane. Jeśli było to za jego przyzwoleniem, a wiele na to wskazuje, to powinien zostać zdymisjonowany. W drugiej wersji – że nie wiedział – także powinien zostać zdymisjonowany, bo nie może być tak, że pod nosem ministra takie rzeczy się dzieją.

JEDYNYM SPOSOBEM, ABY TĘ KWESTIĘ I DZIESIĄTKI INNYCH, O KTÓRYCH JESZCZE SIĘ NIE DOWIEDZIELIŚMY, WYJAŚNIĆ, CO SIĘ W TEJ “PATOLOGICZNEJ NORMALNOŚCI” DZIEJE, TO NOWE WYBORY, NIEZALEŻNY PROKURATOR, MOŻE KOMISJA SEJMOWA.

Pytanie, czy po wyborach ten układ się zmieni.
Do wyborów chodzi połowa Polaków. Jeżeli rodacy uznają, że to jest coś, co im się nie podoba, to zdmuchną te 5-6 mln, które popiera PiS. Może się też stać tak, że rodacy nie podzielają mojego zdania na temat tej “patologicznej normalności” i podoba im się to, co się dzieje. Wtedy wracamy do niezbyt przyzwoitego, ale politologicznie zdroworozsądkowego powiedzenia, że każdy naród ma taką władzę, na jaką sobie zasłużył. Widocznie ten styl uprawiania polityki im nie przeszkadza.

Być może po prostu te 30 lat – “Solidarność”, Okrągły Stół, jakościowa demokracja lat 1990-2015 – było historycznie tylko krótkim dewiacyjnym wyskokiem, a tak naprawdę teraz wracamy do niedemokratycznej normalności. Do naszej katolicko-autorytarnej, nacjonalistycznej atmosfery, która przez większą część naszej historii unosiła się nad nami.

W OKRESIE MIĘDZYWOJENNYM TYLKO PARĘ LAT WYTRZYMALIŚMY W DEMOKRATYCZNYCH RYZACH. MOŻE TAK JEST TEŻ I TERAZ. MOŻE NASTĘPNE POKOLENIA MUSZĄ SIĘ PRZYGOTOWAĆ, ŻE ZAWSZE BĘDĄ ŻYĆ W NIEDEMOKRATYCZNYM USTROJU. PEWNIE NIE BĘDZIE TO REŻIM MASOWYCH REPRESJI CZY MORDERSTW POLITYCZNYCH, ALE BĘDZIE MNIEJ LUB BARDZIEJ SELEKTYWNIE OPRESYJNY.

Może odpowiada nam życie w państwie scentralizowanym, odgórnie sterowanym przez uzurpatora rodem z XIX wieku, który chce rządzić krajem w XXI wieku. Kolejna wersja ucieczki od wolności? W każdym razie faza akceptacji i/lub obojętności względem owej “patologicznej normalności” to niezbędna podstawa, swoista trampolina zachęcająca politycznych złoczyńców do eskalacji autorytarnych zapędów.

Ludzie starzy i młodzi, różnej orientacji seksualnej, i hetero, i homo, LGBT i heilujący, kibice różnych drużyn, sportowych i politycznych. Każdego dnia, 3 miliony Polek i Polaków jednoczy się ponad podziałami.

Małpka, czyli „Atka” to @, „a” z długim zakręconym ogonkiem. Codziennie wpisujesz małpkę w adres mailowy wysyłając pocztę. W firmie załatwiasz korespondencję służbową. I prywatną, jeśli szef nie ustawił w twoim laptopie blokady, jak surowy rodzic dzieciom na porno. Modne wśród urzędników funkcyjnych stało się rozsyłanie aktów! Ujawniają osobom wynajętym do hejtowania nie tylko dane wrażliwe kolegów sędziów, lecz także własne organy wrażliwe. Niektórzy nie tylko mailują, ale i hejtują. Bo lubią. Za darmo albo za pieniądze. Wysocy urzędnicy, nawet sędziowie z Ministerstwa Sprawiedliwości zauroczeni Małą Emi toną w bagnie hejtowania. Hejtują osoby płci obojga, Polki i Polacy. Politycy przyzwyczaili się do tej zbitki. Zwłaszcza przed wyborami przypominają sobie, że Polki też mają prawo głosu a także startu w wyborach. Jak się Polka uprze to może nawet dostać się na partyjną listę. OK., jest super. Skończyłaś studia, masz doktorat. Jednak startując na dobrze płatne stanowisko mniej kumatego kolesia nie przeskoczysz. Kwestia płci. Kłania się „hierarchia dziobania u kur”, badana w kurniku przez norweskiego zoologa. Musisz czekać, aż kogucik się nasyci, wtedy sobie podziobiesz.

A jeśli już dojdziesz do władzy, to zaczyna cię obowiązywać „prawo wrony”, to nowa, stworzona przeze mnie kategoria. Znamy przysłowie: „Jeśli wejdziesz między wrony musisz krakać jak i ony”. Jest stare, wskazuje na to forma „ony”. A więc wchodzisz i kraczesz jak „i  ony”, czyli faceci, którzy nadają ton krakania. A Mała Emi wykonuje zadanie. Do czasu. Gdy psuje się małżeństwo lub romans, potrafi nieźle się zemścić. Upubliczni wizerunek genitaliów na fejsie, a stamtąd krok do publikacji w gazetach. Zraniona kobieta, Mała Emi zatrzęsła państwem Prawa i Sprawiedliwości. Jej „mentorzy” doznają ataku paniki. Lądują w szpitalach, ukrywają się. Chcą się bronić, chcą mówić, Zamienić się w świadków koronnych. To nie jest łatwe, gdy na czele stoi wszechwładca Ziobro. Jak bóstwo albo bóg jeden w trzech osobach

Elektorat tym politycznym krakaniem się nie przejmuje. Z badań wynika, że połowa ludzi nie zna sprawy, mają te walki głęboko w czarnej dziurze. To woda na młyn rządzących. Nie wiedzą, czy nie chcą wiedzieć, będą na nas głosować! Trzeba tylko zapchać im dzioby! Wrzucimy od czasu do czasu zastrzyk hajsu, różne 500+ oraz inne donacje. Trzeba dawać dużym grupom chodzącym do urn. Małe, jak niepełnosprawni, w krakaniu wron się nie liczą, w domach siedzą, do urny nic nie wrzucą. Zdrowy elektorat od czasu do czasu wspomoże jakieś chore dziecko pokazane w telewizji, raz do roku da kasę na WOŚP i jest spoko. Na kłopoty, chandrę, chorobę czy zawiść jaką odczuwa, gdy widzi, że ktoś jest od niego lepszy i ma więcej dóbr, suweren znajduje pociechę w małpkach. Innych niż @.

Wiadomo, że naszym problemem jest pęknięcie kraju na pół. Połowa ludności woli władzę prawicową z autorytarną włącznie, połowa zaś liberalną z lewicową. Wydawałoby się, że nie ma nic co jednoczy te dwa obozy. A jednak okazuje się, że jest! To małpka!

Otóż każdego dnia, 3 miliony Polek i Polaków jednoczy się ponad podziałami. Są różnej płci, w różnym wieku, mogą być innego wyznania, katolicy od Rydzyka, chrześcijanie ekumeniczni oraz wszelkie inne wiary. Ludzie starzy i młodzi, różnej orientacji seksualnej, i hetero, i homo, LGBT i heilujący, kibice różnych drużyn, sportowych i politycznych. Trzy miliony ludzi codziennie udaje do monopolowego sklepu lub mieszczących się w baraczku, delikatesów czynnych 24 g/dobę, żeby nabyć małpkę.

Tam czekają na nich buteleczki wódki czystej lub kolorowej. 200 ml to małpka, 100 ml – małpeczka. Producenci zacierają ręce i sprawdzają konta. Buteleczki małe, kasa wielka! Liczy się w miliardach. Małpki stały się rynkowym hitem. Badacze z firmy Synergion ręce załamują, bo z tych 3 milionów, milion kupuje małpki RANO! Garniturowiec jedzie taxi, podaje adres wielkiej korporacji. Po drodze prosi kierowcę, żeby zatrzymał się na chwilę. Biegnie do monopolowego. – Nie będzie panu przeszkadzało? – pyta i nie czekając na odpowiedź przechyla buteleczkę, słychać gul, gul, gul. Ten przynajmniej sam nie prowadzi, chwali go taksówkarz. Często widzi łykających małpki na światłach. Kobiety? Nie, one piją w ukryciu. Małpkę łatwo schować w torebce. Słodka małpeczka przyjęła się też w damskich kręgach. Piją młode ambitne i starsze. Jest ich jednak jeszcze ciągle mniej niż facetów.

Badanie „Dokąd płynie mała wódka” przeprowadzono na zlecenie przemysłu piwowarskiego, pewnie dlatego, że odbiera im klientów. Bada się paragony w różnych sklepach. Klientki i klienci, Polki i Polacy, fizyczni i umysłowi, alkoholicy i pijacy. Szacuje się, że kilkaset tysięcy odwiedza sklep więcej niż raz. Kupują tylko małpkę, czasem jakiś sok. Pierwsza tura kupujących zjawia się rano, druga po południu, trzecia po 18.00. A teraz jeszcze dodatkowo wchodzi ustawowe przyzwolenie na produkcję bimbru, no bo może na wsiach małpki się nie przyjęły. Naród pijany łatwiejszy do prowadzenia jest.

Czy może dziwić nas to, że Polki i Polacy odurzeni od rana do wieczora, nie interesują się polityką, niszczeniem państwa prawa, walką między Morawieckim a Ziobrą? Nie wiedzą nic o dziwnych „samobójstwach”. Nie obchodzi ich traktowanie państwa jak feudalnego majątku, szczucie na różne grupy. Nie dziwi nas także to, że Polki i Polacy przodują w Europie w przejeżdżaniu Polek i Polaków oraz ich dzieci na pasach. Straszne to żniwo! A posłanki i posłowie od lat nie mogą wprowadzić przepisu zatrzymywania się auta przed pasami. Pewnie też serwują sobie małpkę albo i dwie.

Kaczyński będzie premierem, gdyby PiS miało wygrać wybory

28 Sier

120 tys. zł – tyle właśnie wynosi koszt postawienia stoiska podczas pikniku Rodziny Radia Maryja w Toruniu. Taką kwotę na trwającą kilka godzin imprezę przeznaczyło Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej – dowiedział się onet.pl.

To już jedenasta edycja pikniku Radia Maryja. Odbędzie się on 7 września pod hasłem „Dziękczynienie w Rodzinie”. I to podczas takiej właśnie imprezy resort zamierza promować… unijny program „Rybactwo i morze” na lata 2014-2020. To, że Toruń dzieli od morza 179 km też nie ma znaczenia dla resortu kierowanego przez Marka Gróbarczyka.

„Państwowe pieniądze, żeby na jakimś świętym pikniku się pokazać…”; – „Wypromować program na lata 2014-2020. Po co promować taki program? Przecież on już się kończy!”;

„Znając pisowskie „umiejętności i możliwości” mogliby przecież za 120 tysięcy naszych, czyli podatników złotych promować rybactwo i morze na lata 1947-1953”; – „A czy Ministerstwo Sprawiedliwości też będzie miało tam stoisko? Z łatwymi do złożenia nawet dla seniora zestawami „Trollownia dla każdego” – komentowali internauci.

„Mam wrażenie, że zaczynamy żyć w państwie, które jest zbudowane na potrzeby pewnej grupy. We Włoszech nazwaliby to mafią. Minister Ziobro mówi „mieliśmy rację, że to środowisko, które chcieliśmy zreformować okazało się zdemoralizowane i ci sędziowie, którzy z nami współpracowali też są zdemoralizowani”.

Jest dokładnie odwrotnie. Ci ludzie dlatego współpracują z Ziobrą, że przez środowisko sędziowskie byli eliminowani jako nieudacznicy, jako ludzie nieetyczni, jako ludzie, którzy mieli jakieś wady charakteru, które powodowały, że nie byli w stanie być dobrymi sędziami. Z tego powodu zaczęli współpracę z PiS-em, licząc na to, że uzyskają karierę i ją uzyskali” – powiedział Roman Giertych w TVN 24.

Dodał, że jeśli Ziobro nie wiedział o akcji szkalowania niektórych sędziów przez pracowników resortu sprawiedliwości, to powinien odpowiedzieć za to, że mianował niewłaściwych ludzi.

Odniósł się do apeli wielu środowisk o zdymisjonowanie Ziobry po ujawnieniu afery hejterskiej w kierowanym przez niego resorcie. – „Jarosław Kaczyński nie może odwołać pana Ziobry, dlatego, że ten układ jest pozamykany. Wyciągnięcie jednego poważnego klocka może spowodować efekt domina.  To jest klocek „Zbigniew Ziobro” i cztery lata w Ministerstwie Sprawiedliwości, wszystkie informacje ze wszystkich ważnych postępowań, które do niego trafiały. Liczą się informacje, które on posiada i możliwości, które są związane z tymi informacjami” – stwierdził Giertych.

Poruszona została też kwestia niewszczęcia przez prokuraturę postępowania w sprawie zawiadomienia Geralda Birgfellnera. Austriacki biznesmen twierdzi, że został oszukany przez prezesa PiS, bo nie otrzymał wynagrodzenia za pracę przy projekcie budowy dwóch wieżowców na działce zajmowanej przez związaną z PiS spółkę Srebrna. Od złożenia tego zawiadomienia minęło ponad pół roku. Prokuratura nie przesłuchała nikogo poza Birgfellnerem. Nie zabezpieczono też żadnych dowodów. Na pytanie: – „Kto decyduje, czy i kiedy przesłuchać Jarosława Kaczyńskiego”, Giertych odpowiedział krótko i dosadnie: – „On”.

Nie tylko taka, jakiej nie było w Polsce od kilkudziesięciu lat, ale taka, jakiej nie było również w żadnym kraju Unii. Nigdzie nie zdarzyło się, żeby szajka złożona z urzędników państwowych, celowo i systemowo nękała i niszczyła ludzi za to, że krytykują władzę.

Ale oprócz afery w Ministerstwie Sprawiedliwości jest jeszcze coś – to nękanie. To nie jest pierwsza sprawa tego typu, choć słuchając komentarzy w mediach, można by tak pomyśleć. Prawda jest taka, że atakowanie i oczernianie ludzi, łamanie karier i rujnowanie życia osobistego Prawo i Sprawiedliwość przekształciło w regularną metodę walki z krytykami i przeciwnikami politycznymi.

Ponieważ zbyt wielu dziennikarzy i polityków zdaje się mieć pamięć złotej rybki, pozwólcie, że przypomnę. Towarzystwo Dziennikarskie policzyło dziennikarzy zwolnionych z pracy, głównie, choć nie tylko z TVP, za krytykę rządu. Wiecie, że tylko w 2016 roku było ich ponad 100 – wszyscy za krytykę rządu? Na niektórych trzeba było robić zbiórki, bo stracili pracę z dnia na dzień, mając rodziny, dzieci i kredyty do spłacenia i gdyby nie pomoc kolegów, ich sytuacja byłaby bardzo ciężka.

Pamiętam rozmowy, jeszcze na antenie Superstacji, z sędzią Waldemarem Żurkiem, który opowiadał, jaką gehennę mu zgotowano, jak CBA wpadało na posiedzenia sędziów rzekomo po to, żeby poprosić sędziego o jakieś wyjaśnienia – tyle, że były to sprawy tak błahe, że można by je spokojnie wyjaśnić, wzywając go do CBA, a nie próbując zastraszyć jego samego i jego środowisko.

Pamiętam zatrzymywanie i legitymowanie ludzi, których jedyną winą było wejście na spotkanie z politykiem PiS i zadawanie niewygodnych pytań. Szarpanie ludzi podczas protestów przed Sejmem, absurdalne miesięcznice, w czasie których policja była agresywna wobec ludzi, którym się one nie podobały. Kobiety skazane za puszczanie baniek mydlanych podczas wystąpienia rasisty i nacjonalisty Międlara, którego nienawistne i antysemickie hasła policji nie przeszkadzały, choć są złamaniem prawa i są w Polsce penalizowane. Spoliczkowanie „Rudej”, po której wielu sympatyków PiS uznało, że „się jej należało”. Regularne, porównywalne z faszystowskimi gadzinówkami, uporczywe szczucie najpierw na prezydenta Pawła Adamowicza, później na Aleksandrę Dulkiewicz, teraz na Krzysztofa Brejzę. Wieszanie na szubienicy wizerunków europosłów PO, które pisowska prokuratura uznała za „wyrażanie poglądów”. Skopanie dziewczyny na marszu nacjonalistów, które także uznano za „wyrażanie poglądów”. Akty agresji na marszach równości w Płocku i Białymstoku. Nękanie Obywateli RP. Że nie wspomnę o atakowaniu i oszczerstwach w prorządowej prasie na każdego, komu nie podoba się cokolwiek, co robi PiS.

Mogłabym wymieniać jeszcze długo, ale sami Państwo znają to doskonale. Afera Ziobry jest wielka i wyjątkowa przez fakt, że zamieszani są w nią urzędnicy państwowi, wiceminister i sędziowie Sądu Najwyższego oraz pisowskiej neo-KRS, ale nie jest wyjątkowa ze względu na metodę działania. Wręcz przeciwnie, jest bardzo typowa dla tej partii.

Wielu ludzi przymykało na to oczy, bo te różne sprawy były rozproszone i nie działy się od razu, tylko w pewnych odstępach czasu, przez co nie były tak uderzające, w przeciwieństwie do szajki działającej w rządzie, niemniej są faktem. To nie jest odosobniony wypadek przy pracy, to jest celowo i świadomie stosowana metoda. I jeśli dłużej będziemy na to pozwalać, poniesiemy tego bardzo bolesne konsekwencje.

Więcej komentarzy Elizy Michalik w wersji Video na YouTube  – Eliza Michalik

– Nie ma żadnych dowodów na to, że minister Ziobro wiedział o tym procederze, wiedział o czymś takim, co się tam miało dziać – powiedział premier Mateusz Morawiecki, komentując aferę hejterską w Ministerstwie Sprawiedliwości.

– W dużej bardzo instytucji, tam gdzie są tysiące ludzi, dziesiątki tysięcy ludzi, nie zawsze jest pani w stanie jako szefowa tej instytucji (…) określić w którym miejscu się dzieje coś złego. Trzeba po prostu wyciągać konsekwencje – mówił Morawiecki w rozmowie z Anitą Werner w TVN24.

Komentując sondaże dotyczące dymisji Zbigniewa Ziobry szef rządu wykluczył w tym momencie taką możliwość. – Będzie postępowanie sprawdzające. Będą podjęte odpowiednie kroki, będę podjęte odpowiednie decyzje. Teraz na razie trzeba wyjaśnić – przekonywał. – Pan minister Ziobro powiedział, że wyłączy się z tej sprawy – zaznaczył, oceniając, że rząd zareagował we właściwy sposób.

– Z tej sprawy zostały wyciągnięte konsekwencje. Jeżeli się będą pokazywać fakty dotyczące innych osób zamieszanych w tę sprawę, w tę niedobrą, brudną sprawę, to oczywiście będą wyciągnięte również konsekwencje – zastrzegł.

Morawiecki był pytany w TVN24 także o to, kto będzie szefem rządu, jeśli Prawo i Sprawiedliwość ponownie wygrywa wybory parlamentarne. – Skupiamy się teraz na tym, żeby rzeczywiście te wybory wygrać, bo trzeba z pokorą powiedzieć, że przeciwnik jest bardzo silny i my szanujemy wszystkich naszych konkurentów politycznych – odpowiedział premier.

– A jeżeli Prawo i Sprawiedliwość wygra i będzie miało większość parlamentarną – co mam nadzieję, że nastąpi, bo pokazujemy, że można łączyć politykę społeczną z polityką rozwojową i ze zrównoważonym budżetem – to wtedy kierownictwo polityczne podejmie odpowiednie decyzje w swoim czasie – mówił szef rządu.

– Dzisiaj nie ma decyzji, co będzie po wyborach, ponieważ wtedy jeszcze werdykt swój dopiero wydadzą wyborcy i odpowiednie decyzje zapadną w kierownictwie politycznym, tak jak to się odbywa we wszystkich krajach na całym świecie, we wszystkich partiach – mówił Morawiecki. Pytany o to, czy lepszym szefem rady ministrów byłby on, czy prezes PiS Jarosław Kaczyński, Morawiecki stwierdził, że ten drugi „byłby znakomitym i najlepszym premierem”. – Pokazał zresztą to, jak był premierem (w latach 2006-2007 – red.) – ocenił. – Jestem przekonany i pewny o tym, że tutaj pan prezes byłby lepszym premierem – podsumował Mateusz Morawiecki.