Tag Archives: Zbigniew Ziobro

Faszyzm zbliża się wielkimi krokami. Z życia pasqud 7

2 Lip

Jestem pełen uznania dla administracji IKEA, nie dlatego, że zwolnili pracownika, ale że nie pozwolili na wykorzystanie agresji wiary przeciwko innym ludziom.

Jeśli pracownik chowa się za Biblią i nawołuje do karania śmiercią za preferencje seksualne, szkaluje innych obywateli naszego kraju i nawet po zwróceniu mu uwagi, nie zaprzestał nawoływania do przemocy, to znaczy, że wyznacza on, a w zasadzie wymusza na pracodawcy nowe granice ludzkiej nietolerancji.

Czy to nie jest tak, że „przymykanie oka” administracji sieci sklepów dla jego agresji światopoglądowej podzieliłoby klientów na tych, którzy mogą korzystać z usług sklepowych bez problemów i tych, którzy mogą spotkać się z agresją, a nawet śmiercią w imię Boga?

Każdy powinien czuł się szanowany i doceniany za to, kim jest i ceniony za swój wyjątkowy wkład, niezależnie od jego orientacji seksualnej lub tożsamości płciowej. Każdy współpracownik ma prawo do obrony swojej indywidualności, ale jednocześnie szanując ją u innych.

Wszyscy pracownicy powinni dbać o zespół, jego atmosferę i sprawność w działaniu dla dobra firmy. W IKEA wydano oświadczenie, w którym podkreślono, że „zachęcamy też naszych pracowników LGBT+ do bycia sobą i nie akceptujemy żadnego rodzaju dyskryminacji”.

Okazuje się, że za nagłośnienie sprawy i narzucenie atmosfery zaszczuwania IKEA stoi osławiona organizacja światowej ciemnoty Ordo Iuris, która ujawniła, co napisał i nie chciał usunąć zwolniony pracownik powołując się na Pismo Święte:

„Biada temu, przez którego przychodzą zgorszenia, lepiej by mu było uwiązać kamień młyński u szyi i pogrążyć go w głębokościach morskich”. 

A także:

„Ktokolwiek obcuje cieleśnie z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą, popełnia obrzydliwość. Obaj będą ukarani śmiercią, a ich krew spadnie na nich”.

Mam wiele tolerancji dla każdej odmienności, ale jeśli to prawda, że od prezesa począwszy, większość kierownictwa partii rządzącej i biskupów katolickich w Polsce prezentują niejednoznaczne preferencje seksualne, to czy ten zwolniony człowiek, całe to Ordo Iuris i medialni agresorzy państwa nie atakują w istocie obecnie radzących?

Medialna nagonka PiS-agresywnej propagandy na pracodawcę, to kolejny dowód na budowę rasizmu w Polsce przez kościelno-partyjne „elity” ciemnoty. Ten dumny wsparciem PiS-faszyzmu, podły człowiek i rasista nie zasługuje na uwagę mediów, a co najwyżej prokuratury, która z urzędu powinna wszcząć postępowanie za nawoływanie do przemocy i obiecywanie śmierci innym obywatelom naszego kraju.

A na zakupy pójdę z przyjemnością do szanującej wszystkich ludzi – IKEA.

Eliza Michalik też skomentowała głośną aferęzwolnienia mężczyzny ze sklepu IKEA.

Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych:

Prawica manipuluje faktami. Pracownik nie został zwolniony z powodu swojej wiary w Boga, lecz z powodu nawoływania do nienawiści. Odwróćmy sytuację: jeśli muzułmanin powołując się na cytaty z hadisów napisałby, że chciałby mordować katolików, to także minister Ziobro broniłby jego prawa do wyznawania wartości religijnych?

Żadne wartości religijne nie mogą usprawiedliwiać zła czynionego innym ludziom. Tak samo islamscy ekstremiści nie mają prawa strzelać do satyryków za karykatury Mahometa, jak i katolicy zasłaniać się wyznaniem w celu znieważania osób nieheteroseksualnych.

Nie poglądy stanowiły problem, ale sposób wyrażania swoich opinii, który wyklucza inne osoby. Podobne działania podjęlibyśmy w przypadku naruszenia godności każdej innej grupy (np. katolików) – brzmi fragment oświadczenia IKEA.

W biurze Ośrodka stoją meble z IKEA. I pozostaną tam. Bo podzielamy wartości takie jak zakaz dyskryminacji. Nawet jeśli rząd PiS uważa, że to prawo nie dotyczy osób LGBT.

Miliony złotych z Funduszu Sprawiedliwości na całkowicie nieuzasadnione zadania, marginalizacja podstawowych celów funduszu oraz dotowanie organizacji bez doświadczenia. To niektóre z ustaleń kontroli Najwyższej Izby Kontroli, do których dotarło OKO.press. NIK potwierdziła wiele rażących nieprawidłowości w Funduszu, które ujawniamy od roku.

Najwyższa Izba Kontroli, w ramach corocznej analizy wykonania budżetu państwa, przeprowadziła kilkaset kontroli instytucji, które wydają publiczne pieniądze. Badanie objęło także Fundusz Sprawiedliwości, nadzorowany przez ministra Zbigniewa Ziobrę.

Fundusz przyznaje dotacje organizacjom i innym podmiotom (w 2018 roku ponad 106 mln zł). Oficjalnie pieniądze idą przede wszystkim na pomoc ofiarom przestępstw.

OKO.press jako pierwsze dotarło do wyników kontroli przeprowadzonej w Funduszu Sprawiedliwości przez NIK. Dla ministra Ziobry są one miażdżące.

Kontrolerzy krytykują zasadność przyznawania milionów złotych na projekty, które nie mają żadnego związku z celami Funduszu.

NIK ustalił także, że wiele organizacji dostało milionowe dotacje mimo braku odpowiedniego doświadczenia. O wielu takich przypadkach pisaliśmy w OKO.press, przypominamy je w dalszej części tekstu.

W raporcie pokontrolnym opisane zostały szczegółowo krytyczne wyniki kontroli czterech konkursów.

Jeden z nich dotyczył słynnych już kamizelek odblaskowych z logo Funduszu Sprawiedliwości. Na ten projekt Fundacja Komitetu Obchodów Narodowego Dnia Życia dostała z Funduszu aż 24 mln 123 tys. złotych.

Dziś opisujemy szczegółowo jak przebiegała realizacja tego projektu oraz ujawniamy związane z nim zarzuty NIK.

Jutro przedstawimy historię ministra ds. pomocy humanitarnej Michała Wosia, który jako nadzorca Funduszu Sprawiedliwości szczególnie mocno dbał o to, by pieniądze z Funduszu – nie zawsze na uzasadnione cele – płynęły w jego rodzinne strony. Zwłaszcza wtedy, gdy w wyborach samorządowych w 2018 roku startował do śląskiego sejmiku.

Niecelowo, niegospodarnie

NIK skontrolowała 14 konkursów i naborów ofert o łącznej wartości 39 mln 754 tys. zł.

Izba oceniła jako działanie „niecelowe i niegospodarne” udzielenie 33 mln 272 tys. zł dotacji. To 86 proc. kwoty skontrolowanych wydatków. 

Niecelowo i niegospodarnie wydane pieniądze dotyczyły dotacji przyznanym czterem podmiotom na tzw. przeciwdziałanie przyczynom przestępczości. To nowa kategoria zadań finansowanych z Funduszu Sprawiedliwości wprowadzona przez Ziobrę w 2017 roku.

W OKO.press wielokrotnie pisaliśmy o tym, że miliony złotych z tej właśnie kategorii wędrują

  • do organizacji katolickich (m. in. Fundacji Lux Veritatis ojca Tadeusza Rydzyka oraz związanej z redemptorystą Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu),
  • a także do fundacji i stowarzyszeń powstających naprędce, które mają personalne związki z Solidarną Polską, partią Zbigniewa Ziobry oraz z PiS.

Opisywaliśmy także, jak pieniądze na przeciwdziałanie przyczynom przestępczości przeznaczane są na imprezy promujące polityków obozu władzy.

NIK: Miliony na całkowicie nieuzasadnione działania

NIK zwraca uwagę, że chociaż minister Ziobro w 2017 roku rozszerzył kategorię zadań finansowanych z Funduszu, nie zbudowano „adekwatnych struktur organizacyjnych służących weryfikacji celowości i gospodarności wydatkowanych środków publicznych. ”Nawet mimo tego, że w czerwcu 2018 roku Ziobro powołał w ministerstwie odrębny departament Funduszu Sprawiedliwości. 

Tymczasem poszerzenie zadań FS skutkowało prawie dziesięciokrotnym wzrostem liczby dotacji – z 241 w 2017 roku do 2 365  2018 roku. Jak czytamy w wynikach kontroli NIK,

„Minister sprawiedliwości nie miał wiedzy na temat prawidłowości realizacji zadań oraz celowości i gospodarności wydatkowania większości środków przekazanych beneficjentom w 2018 roku”.

NIK wskazuje także, że rozszerzenie przez Ziobrę w 2017 roku kategorii, które finansuje Fundusz „skutkowało marginalizacją podstawowych celów Funduszu”, czyli pomocy ofiarom przestępstw.

Zamiast tego Fundusz w 2018 roku finansował przede wszystkim przeciwdziałanie przyczynom przestępczości, czyli

„zadania, których związek z celami Funduszu był całkowicie nieuzasadniony (np. prace modernizacyjne w obiektach sportowych, konferencje i opracowania naukowe dotyczące współpracy międzynarodowej, tematyki społecznej, religijnej i filozoficznej)”.

Kontrolerzy krytykują także to, o czym od roku alarmuje OKO.press oraz inne media – miliony złotych trafiają do organizacji z wątpliwym lub wręcz zerowym doświadczeniem.

„W przypadku wszystkich otwartych konkursów ofert na realizację zadań w 2018 roku

nie wymagano od potencjalnych beneficjentów szczególnego doświadczenia w realizacji działań podlegających finansowaniu, co skutkowało przyznawaniem dotacji podmiotom bez adekwatnego doświadczenia” – pisze NIK.

Ekspresowy konkurs, jeden chętny

NIK przyjrzał się między innymi konkursowi dotyczącemu bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Chodzi  o czwarty konkurs na przeciwdziałanie przyczynom przestępczości z lipca 2018 roku.

Konkurs, chociaż opiewał gigantyczną kwotę – 25 mln złotych, przebiegł ekspresowo. Ogłoszenie o nim ukazało się na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości 29 czerwca 2018 roku, a oferty można było składać do 13 lipca. Organizacje miały więc zaledwie 2 tygodnie na przygotowanie szczegółowej oferty kampanii.

Po kolejnych 17 dniach resort Ziobry ogłosił zwycięzcę. Do konkursu przystąpiła tylko jedna organizacja – Fundacja Komitetu Obchodów Narodowego Dnia Życia(dalej nazywamy ją w skrócie Fundacją). I to ona zgarnęła 24 mln 123 tys. złotych.

Zresztą nie po raz pierwszy. W poprzednim, trzecim konkursie z czerwca 2018 roku ta sama Fundacja dostała 867 240 zł. Prawdopodobnie na kampanię informacyjno-promocyjną “Rodzina – źródło postaw i relacji”. A prawdopodobnie – bo ministerstwo Ziobry nie ujawniło, na co dało pieniądze.

Fundacja ma bardzo dobre stosunki z władzą. Od kilkunastu lat organizuje kampanie związane z obchodami Narodowego Dnia Życia. W marcu 2018 organizowała Narodowy Kongres Rodziny, na Stadionie Narodowym w Warszawie. Prelegentami byli: wicepremier Beata Szydło, ministrowie Rafalska i Ziobro, a także senator Michał Seweryński. Głównym sponsorem było kontrolowane przez państwo PZU.

Za 24 mln z czwartego konkursu Fundacja zorganizowała kampanię „Dobrze Cię Widzieć”. Za te pieniądze:

  • stworzyła stronę internetową;
  • przygotowała scenariusze lekcji o bezpieczeństwie w ruchu drogowym;
  • stworzyła animacje i spoty (z udziałem aktora Cezarego Pazury, twarzy kampanii),
  • a przede wszystkim miała dostarczyć do wszystkich uczniów szkół podstawowych (ponad 3 mln) w Polsce kamizelki odblaskowe z logo Funduszu Sprawiedliwości.

Kampanię zainaugurowano 15 października 2018 w szkole w Kuźni Raciborskiej. W wydarzeniu wzięli udział ówczesna minister edukacji Anna Zalewska, minister Zbigniew Ziobro i Michał Woś (ówczesny pełnomocnik ds. Funduszu Sprawiedliwości, obecnie wiceminister sprawiedliwości).

Trzy miliony kamizelek w pięć miesięcy? Nie, dziękuję

Z realizacją zadania od początku były problemy. Termin realizacji był bardzo krótki, zgodnie z ogłoszeniem konkursowym wszyscy uczniowie podstawówek mieli dostać kamizelki odblaskowe do końca 2018 roku.

30 sierpnia 2018 na swojej stronie internetowej Fundacja opublikowała ogłoszenie o przetargu na realizację zadania: „przygotowanie kamizelek odblaskowych dla 2 863 026  uczniów szkół podstawowych w całej Polsce oraz ich dostarczenie do wszystkich szkół podstawowych w Polsce (z wyłączeniem uczniów szkół podstawowych woj. śląskiego)”.

O tym, skąd wyjątek dla woj. śląskiego, napiszemy w jutrzejszym tekście.

Potencjalni oferenci nie mogli uwierzyć, że chodzi o wyprodukowanie tak dużej liczby kamizelek w pięć miesięcy, do 20 grudnia 2018.

Jeden z zainteresowanych oferentów pytał Fundację: „Czy zamawiający zdaje sobie sprawę z tego, że realizacja zamówienia wg podanych wyżej kryteriów (bardzo duża ilość w bardzo krótkim czasie) nie jest możliwa, nawet dla największych producentów tego typu asortymentu na świecie?”.

Do przetargu nikt się nie zgłaszał. Z tego powodu Fundacja kilka razy przesuwała termin składania ofert. W końcu unieważniła postępowanie. Uzasadnienie: do 22 października 2018 roku nie wpłynęła ani jedna oferta.

O opóźnieniach projektu pisała pod koniec grudnia 2018 roku „Rzeczpospolita”. Jak mówił wtedy gazecie prezes Fundacji Jacek Sapa, przetargu nie rozstrzygnięto, więc wybrano producenta z wolnej ręki. Sapa nie chciał ujawnić jego nazwy ani tego, ile kamizelek już rozdano.

Dziennikarze zadzwonili wtedy do 20 losowo wybranych szkół, żeby zapytać, czy dotarły do nich kamizelki. Żadna z zapytanych placówek kamizelek nie dostała.

NIK: ministerstwo bez analiz, fundacja bez doświadczenia

W połowie stycznia 2019 zapytaliśmy Ministerstwo Sprawiedliwości o opóźnienia w realizacji kampanii „Dobrze Cię widzieć” oraz o to, czy w związku z nimi resort wyciągnie jakieś konsekwencje wobec Fundacji.

Urzędnicy nie chcieli nam zdradzić, kogo ostatecznie wybrała Fundacja jako dostawcę kamizelek. Pisali, że jeśli chodzi o ewentualne konsekwencje, to ministerstwo najpierw musi ocenić wykonanie projektu (co miało mieć miejsce pod koniec I kwartału 2019 roku) Nie wiemy, czy w końcu do takiej kontroli doszło i jakie były jej wyniki.

Wiemy za to, co w sprawie kamizelek ustalił NIK. Izba skrytykowała zarówno przyznanie dotacji, jak i realizację programu „Dobrze Cię widzieć”. Kontrolerzy stwierdzili m.in., że:

  • przyznanie dotacji „nie zostało poprzedzone rzetelną analizą wskazującą na zasadność przeprowadzenia tego rodzaju akcji”;
  • ministerstwo nie przeprowadziło żadnych konsultacji z podmiotami zajmującymi się bezpieczeństwem w ruchu drogowym, np. z Policją;
  • minister Ziobro nie oszacował precyzyjnie wartości planowanej kampanii informacyjnej;
  • podobne akcje profilaktyczne w 2018 roku przeprowadzały wszystkie komendy wojewódzkie Policji, co – zdaniem NIK – oznacza, że kampania sfinansowana z Funduszu Sprawiedliwości była powieleniem tych działań.

Izba ustaliła także, że ministerstwo przyznało ponad 24 mln złotych Fundacji, która nie była w stanie wykazać doświadczenia w organizacji przedsięwzięć będących przedmiotem konkursu ofert”. W związku z czym dostarczenie kamizelek i innych materiałów do szkół nie zostało zrealizowane w terminie.

Pierwsze informacje o wynikach kontroli konkursu z kamizelkami pojawiły się na prorządowym portalu wPolityce.pl, niedługo potem także na portalu Wirtualna Polska. Obydwa teksty mocno krytykowały… NIK. Broniły za to Ministerstwa Sprawiedliwości i finansowanego przez niej projektu.

W Wirtualnej Polsce kontrolę NIK komentował Marcin Romanowski, wiceminister sprawiedliwości, który wcześniej nadzorował Fundusz Sprawiedliwości. „NIK dla osiągnięcia doraźnych politycznych celów totalnej opozycji jest w stanie zakwestionować akcje mające na celu zapewnienie ochrony życia dzieci” – grzmiał.

O wiceministrze pisaliśmy niedawno w tekście „Numerariusz Opus Dei i twórca kuźni kadr Ziobry. Kim jest nowy wiceminister sprawiedliwości„.

Nie wiemy, czy portale miały dostęp jedynie do fragmentów publikacji NIK czy – tak jak OKO.press – do kilkustronicowego szczegółowego opracowania.

Organizacji bez doświadczenia było więcej

Jak wynika z raportu NIK, nie tylko Fundacja Komitetu Obchodów Narodowego Dnia Życia nie miała odpowiedniego doświadczenia, by zrealizować zadania finansowane z Funduszu Sprawiedliwości.

Przypomnijmy jeszcze raz – NIK pisze w swoim raporcie, że „w przypadku wszystkich otwartych konkursów ofert na realizację zadań w 2018 roku nie wymagano od potencjalnych beneficjentów szczególnego doświadczenia w realizacji działań podlegających finansowaniu, co skutkowało przyznawaniem dotacji podmiotom bez adekwatnego doświadczenia”.

W OKO.press opisaliśmy m. in.. Fundację Altum, która wygrała Konkurs Funduszu na pomoc pokrzywdzonym i otrzymała na to 4 mln 234 tys. zł.

Fundacja została zarejestrowana w KRS 30 stycznia 2019 roku, dwa dni przed ogłoszeniem konkursu. Mimo to wygrała z kilkoma doświadczonymi organizacjami.

Opisaną przez nas organizację łatwo pomylić z Fundacją „Altum” (nazwy różni tylko cudzysłów) – dużym i prężnym NGO’sem z Poznania. Nasza Altum jest zarejestrowana w Warszawie. Pod tym samym adresem zarejestrowanych jest co najmniej kilkanaście firm. Po kilku telefonach dowiedzieliśmy się, że Altum ma tam po prostu wirtualne biuro.

Fundacja nie ma swojej rady, a zarządza nią (jednoosobowo) Karol Pietrzyk. To związany z Łodzią historyk, były sekretarz PiS w okręgu piotrkowskim. Pietrzyk działa też w stowarzyszeniu Ziemia Łódzka XXI, które w 2008 roku założyli dysydenci z PiS, później wielu z nich zostało ważnymi lokalnymi politykami. 

Zadaliśmy Pietrzykowi kilka pytań dotyczących jego fundacji i konkursu. Mimo zapewnień, że odpowie na nasze pytania, nigdy tego nie zrobił.

30 maja 2019 Fundacja Altum znowu wygrała konkurs Funduszu Sprawiedliwości. Tym razem na przeciwdziałanie przyczynom przestępczości. Zapytaliśmy ministerstwo na jaki projekt i ile pieniędzy tym razem dostała fundacja. Resort Ziobry nie chciał jednak zdradzić o jaki projekt chodzi. Kwoty dotacji też nie podał, bo będzie ona znana dopiero po podpisaniu umowy z Altum.

OKO.press opisało także Stowarzyszenie Patria Et Lex, które wygrało konkurs opiewający na 4 mln 137 tys. zł na pomoc pokrzywdzonym w Łodzi.

Stowarzyszenie zostało zarejestrowane na początku 2018 roku, przed wygraniem konkursu Funduszu nie zrealizowało żadnego zadania publicznego. Dlaczego więc wygrało konkurs?

Jak sprawdziliśmy, na siedem osób związanych od początku ze stowarzyszeniem trzy to byli i obecni pracownicy biura poselskiego posła Tadeusza Woźniaka, jednego z liderów Solidarnej Polski (partii ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry).

Liberałowie poszli za daleko. Trudno mi to mówić, sam mam poglądy wyraźnie progresywne, jestem zwolennikiem prawa do aborcji czy małżeństw jednopłciowych, jednak uważam, że od lat 60. poszliśmy za szybko, a konserwatyści poczuli się zaszczuci. Teraz się odgrywają – z prof. Maciejem Kisilowskim rozmawia Grzegorz Sroczyński.

Grzegorz Sroczyński: Cztery minuty w „Wiadomościach”. Bolało?

Prof. Maciej Kisilowski: Nie bardzo. Mam doktorat Yale i etat na dobrej zachodniej uczelni, więc pisanie analiz dla polskiej opozycji nie wymaga ode mnie wyjątkowej odwagi. Ale gdybym siedział na etacie na UW, to myślę, że byłbym dziś mocno przerażony.

Bo?

No, wiadomo. Naukowiec zależy od rozmaitych grantów rozdzielanych przez państwo, a tu nagle w „Wiadomościach” mówią, że spiskujesz z opozycją w celu „osłabienia Polski” i wprowadzenia „nowego rozbicia dzielnicowego”. Pokazali mnie palcem.

Im tak naprawdę chodzi o to, żeby opozycję zagłodzić.

Zagłodzić?

Intelektualnie. Żeby każdy, komu przez myśl przejdzie wspieranie opozycji, w tym przypadku radą, dobrze się zastanowił.

Półtora roku temu stu naukowców i ekspertów o bardzo różnych poglądach politycznych postanowiło wspólnie przygotować program „Zdecentralizowana Rzeczpospolita”. W marcu tego roku zrobiliśmy oficjalną konferencję, ogłosiliśmy szczegóły tego pomysłu, zaczęliśmy chodzić po mediach i o tym opowiadać. Kilka partii się zainteresowało, niedawno w Sejmie bardziej konserwatywni koledzy z naszej grupy mieli konferencję z PSL i Kukiz’15. Dla Platformy napisałem społecznie analizę pokazującą, jak nasz pomysł decentralizacji można wcielić w życie w wariancie bardzo szerokiej koalicji –  od lewicy do konserwatystów. A potem nagle fotografię mojej notatki pokazały „Wiadomości”, przedstawiając to jako tajny plan rozbioru Polski.

Przecież ja jestem politycznie nikim, outsiderem! Napisałem jeden kwit dla PO na temat czegoś, o czym publicznie mówię od dawna. I jest z tego raban. To co nas spotkało, ta fala hejtu, że jesteśmy „zdrajcy Polski”, to nieprawdopodobne.

I co z tego wynika?

Że trudno do prawicy wyciągać rękę, bo istnieje jakiś rodzaj bezwzględności po tamtej stronie.

„Zdecentralizowana Rzeczpospolita” miała być taką wyciągniętą do zgody ręką. Przecież nie ma lepszej propozycji dla prawicy, niż nasz pomysł! Bawaria, Austria, Stany Zjednoczone – tylko w krajach mocno zdecentralizowanych wartości konserwatywne są obecne w życiu publicznym i dobrze współistnieją z demokracją.

Państwa centralistyczne w kwestii wartości mogą iść w dwóch kierunkach: konserwatywnego zamordyzmu, jak w Turcji, albo totalnej liberalnej rewolucji, jak w Irlandii. Jeśli ktoś jest przyzwoitym krakowskim konserwatystą i nawet dostrzega, że PiS szybkimi krokami zmierza w stronę modelu tureckiego, a jednocześnie druga strona proponuje mu liberalną rewolucję na wzór irlandzki, to niestety może wybrać Turcję. Nasz pomysł polega na tym, żeby konserwatyście polskiemu dać jakąś trzecią drogę – na przykład Bawarię.

Tyle że oni nie chcą rozmawiać, wolą nas utopić w szambie.

Dlaczego nie chcą rozmawiać?

Bo kierownictwo PiS już wybrało: chce iść w kierunku autorytaryzmu. I nie podobają im się żadne kompromisowe pomysły, które pozwoliłyby obu stronom sporu jakoś się dogadać i ułożyć w ramach demokracji konstytucyjnej.
W Polsce trwa obecnie transformacja ustrojowa. Jeżeli nastąpi dokończenie tego procesu po wygraniu przez PiS wyborów na jesieni, to będziemy musieli kiedyś na nowo przepisać podręczniki historii. Na lata 1989-2015 będziemy patrzeć jako na kolejne polskie XX- lecie między czymś a czymś. W tym przypadku między peerelem a wyborczym autorytaryzmem.

Wyborczy autorytaryzm, czyli co?

To jest niesamowicie skuteczna innowacja polityczna, która kiełkuje w wielu miejscach na świecie. Polega na szerokim wykorzystywaniu form demokratycznych przy takim ułożeniu struktur państwa, żeby wygranie wyborów przez opozycję było w zasadzie niemożliwe. Połączenie aparatu państwa z aparatem partyjnym staje się tak ścisłe, że cała machina państwowa prowadzi nieustanną kampanię wyborczą. I nie ma jak z tym skutecznie konkurować. Wszyscy, którzy mówią: „O, to wina tego złego Schetyny, brak mu charyzmy i dobrego programu” nie doceniają elementów strukturalnych nowego systemu. W wyborczym autorytaryzmie jest tak, że Schetyna, czy nie-Schetyna – w zasadzie wszystko jedno. Nie sposób z władzą wygrać.

No ale niby na czym polega ta innowacja?

Poprzednie autorytaryzmy, po pierwsze, bały się wyborów – w ogóle ich nie organizowały, albo je fałszowały, a po drugie, bały się emigracji. Zabierały ludziom paszporty. Wyborczy autorytaryzm zrozumiał, że w czasach facebooka i mediów społecznościowych obie te rzeczy – wybory i emigracja – mogą służyć utrwalaniu władzy. Wyjeżdżają ci, którzy są niepewni, a wybory z kolei można wygrywać dzięki wspomaganej technologicznie propagandzie.
Media społecznościowe dużo bardziej działają na korzyść sił antydemokratycznych.

Dlaczego?

Bo tworzą bańki, które promują ludzi bezwzględnych. Takich ludzi, którzy są w stanie powiedzieć i napisać wszystko. Tymczasem istotą liberalnej demokracji była pewna powściągliwość i poczucie odpowiedzialności.
W wyborczym autorytaryzmie będzie inaczej, niż nam to podsuwają rozmaite analogie historyczne. Innowacje systemowe trudno opisać dotychczasowymi kategoriami i dlatego tak wielu ludzi nie widzi, że są niebezpieczne.

Niezależne media w tym nowym systemie będą istnieć?

Będą. Są nawet pomocne, bo legitymizują system. Ale nie mogą być to media zbyt masowe. Jeśli PiS wygra kolejne wybory, to dni TVN-u są policzone, ale „Wyborcza” pewnie może zostać.
Internetowe bańki działają jak kabiny pogłosowe, czyli każdy w nich słyszy mocniejsze i bardziej brutalne wersje własnych poglądów. Jeśli jakieś wydarzenie budzi ogromne oburzenie w jednej bańce, to do drugiej nie dociera, a jeśli nawet dociera, to na zasadzie: „Słychać wycie? Znakomicie!”. Skoro „oni” są wkurzeni, to na pewno działania władzy są słuszne. Jeśli „Wyborcza” o czymś źle pisze, to najbardziej wiarygodny znak, że to coś jest dobre.
Internetowe bańki powodują, że w wyborczym autorytaryzmie władza może stworzyć getto ludzi niezadowolonych, na przykład wokół „Wyborczej”. I będą to coraz bardziej zacieśniać, zmniejszać, a jednocześnie zachęcać do emigracji tych, którym władza się nie podoba.

Mnie to się wydaje naciągane. W Polsce jest podział mniej więcej pół na pół. Nie da się żadnej połówki zmarginalizować.

Da się. W tym innowacyjnym systemie ważna jest marchewka. W Polsce marchewka dla miejskiej klasy średniej na razie jest nieco ograniczona, bo Kaczyński ma lewicowe poglądy ekonomiczne i chce dawać kasę swojej bazie z klasy ludowej. Ale już pokolenie pisowskich 50-latków to są bezwzględni ekonomiczni neoliberałowie. Oni tylko czekają, żeby zrobić to co Orban, czyli zmienić kraj w tanią strefę ekonomiczną dla robienia biznesów. Klasie ludowej dajemy głównie nienawiść i strach, natomiast pieniądze wydajemy na to, żeby przekonać miejskie elity do życia w niskokosztowym państwie autorytarnym: PIT 15 proc., niskie koszty pracy, a pracowników za mordę. I moim zdaniem to przeważy. Ekipa Morawieckiego tylko na to czeka, bo Orban i Trump pokazali, że jeśli dostatecznie ludzi przestraszysz uchodźcami, LGBT albo Sorosem, to wcale nie musisz im dużo dawać.

Ziarna wyborczego autorytaryzmu kiełkują w całej Europie i USA, to nie jest nasza specyfika. Nie pierwszy też raz, kiedy liberalna demokracja na Zachodzie przechodzi kryzys. Tylko zazwyczaj w polskiej historii było tak, że Zachód się z kłopotów otrząsał, a myśmy zostawali gdzieś z tyłu. Na Zachodzie ta cała populistyczna rewolucja już zaczyna dostawać zadyszki, a my możemy zostać z innowacyjnym modelem władzy na dekady. Już parę razy było w historii tak, że prawie doganialiśmy Zachód i nagle coś się rozsypywało. Jesteśmy w podobnym momencie.

Dlaczego liberalna demokracja na całym świecie ma kłopoty?

Bo liberałowie poszli za daleko. Trudno mi to mówić, sam mam poglądy wyraźnie progresywne, jestem zwolennikiem prawa do aborcji czy małżeństw jednopłciowych – bo to są dla mnie po prostu prawa człowieka. A jednak uważam, że od lat 60. poszliśmy za szybko, a konserwatyści poczuli się zaszczuci. Teraz się odgrywają.

Ale co znaczy, że liberałowie poszli za daleko?

Przede wszystkim udało nam się z niemal żelazną konsekwencję wprowadzić w dyskusji publicznej prymat racjonalnego argumentu. Eksperci, naukowcy, liczby – to rozstrzygało w liberalnej demokracji. Bardzo trudno racjonalnie uzasadnić, dlaczego dwóch gejów nie może adoptować dziecka. Konserwatywne think tanki wydały miliony dolarów na przekonywanie, że u dzieci w takich związkach występują problemy rozwojowe. W końcu zrobiono badania naukowe, które są dla konserwatystów bezlitosne: nie ma żadnych różnic w przystosowaniu społecznym między dziećmi wychowanymi przez pary homoseksualne i heteroseksualne.
Istnieje mocna tradycja w świecie zachodnim – tradycja konserwatywna. I ona nie uznaje zasady, że każdy argument wywiedziony racjonalnie jest słuszny. Bo ważniejsza jest na przykład tradycja, nawet irracjonalna, albo słowo boże. Tymczasem stronie postępowej udało się tak ustawić zasady gry, że racjonalny argument stał się jedynym, który ma prawo rozstrzygać w polityce. Nawet konserwatyści musieli się do tego dostosować i zamiast powiedzieć, że w coś wierzą, to tworzą teorie naukowe. Te zasady gry faworyzują naszą stronę.

Faworyzują?

Konserwatyści już na starcie stają na przegranej pozycji, bo jeżeli twoje poglądy wynikają z przesłanek religijnych, a musisz je uzasadniać naukowo, no to wychodzą z tego potworki, takie jak „bruzda dotykowa” u dzieci z in vito. Dlatego wśród konserwatystów pojawił się pomysł, żeby zmienić zasady, wywrócić stolik i z liberalną demokracją w ogóle zerwać.
Uważam, że decentralizacja jest najlepszym wyjściem z tego pata. Sprawy, w których odejście od racjonalności nie spowoduje katastrofy na skalę globalną, a w polskich warunkach nie spowoduje utraty niepodległości, trzeba po prostu zdecentralizować. Niech będą decydowane na niższym poziomie. I wtedy w systemie może funkcjonować mnóstwo sprzeczności, które nie zagrażają istnieniu państwa, ani spójności społecznej.
Michał Kulesza i Jerzy Regulski, ojcowie polskiej reformy samorządowej, zawsze twierdzili, że decentralizować należy sprawy najmniej kontrowersyjne – drogi i chodniki. A tymczasem trzeba robić odwrotnie – zdecentralizować sprawy budzące największe spory.

Zdecentralizować aborcję?

Też. Chociaż w tej sprawie są istotne różnice wsród twórców projektu „Zdecentralizowana Rzeczpospolita”, więc wypowiem się tutaj we własnym imieniu. Moim zdaniem im więcej oddamy samorządom spraw, które dziś rujnują życie polityczne na poziomie państwa i powodują nieustanną wojnę o wszystko, tym dla państwa będzie lepiej. Chodzi o to, żeby nie było dyktatu, że wszystko wiedzą eksperci, a obywatel nie ma nic do powiedzenia.

Czyli Rzeszów przegłosowuje sobie zakaz aborcji, a Warszawa pełną liberalizację?

Zakaz aborcji na Podkarpaciu akurat już mamy, w 2017 roku w Polsce wykonano niewiele ponad tysiąc legalnych aborcji, w tym ani jednej na Podkarpaciu. A w całym kraju dzieli nas od całkowitego zakazu jedno orzeczenie tzw. „Trybunału Konstytucyjnego”. Także zostawmy już tę aborcję i popatrzymy systemowo: chodzi nie tylko o przeniesienie znacznej części prawodawstwa do województw, ale i o stworzenie mechanizmów, by nie przenieść do stolic województw patologii z ulicy Wiejskiej. Żeby wojewódzkie prawo miejscowe nie było tworzone, tak jak nowelizacje ustaw, w jedną noc.

Aby mieszkańcy mieli wpływ na ten proces, chcemy stworzyć senat wojewódzki, w którym zasiadają prezydenci, burmistrzowie oraz wójtowie z głosem ważonym do reprezentowanej populacji. Zgoda tego senatu byłaby potrzebna do wejścia w życie każdej uchwały wojewódzkiej. W ten sposób osiągamy równowagę między liberalnymi prezydentami dużych miast, a bardziej konserwatywnymi wójtami i burmistrzami z mniejszych ośrodków.

I niech się kłócą?

Niech decydują i szukają kompromisów. Dzisiaj prawie całe prawo jest ogólnopolskie i stanowione w Sejmie na Wiejskiej. Tymczasem Konstytucja wymienia tzw. akty prawa miejscowego, które – obok ustaw – są źródłem prawa w państwie. My proponujemy, żeby prawo miejscowe znacznie szerzej wykorzystać. Żeby duża część prawa powstawała w sejmikach województw pod mocną kontrolą obywatelską.

Na przykład prawo aborcyjne?

Owszem. Ale to moje zdanie.

A kto by decydował, czy w szkołach jest edukacja seksualna?

Sejmik i senat wojewódzki.

Religia w szkole?

Sejmik i senat wojewódzki.

Czyli w Warszawie religia znika ze szkół, a w świętokrzyskim nie ma w szkołach edukacji seksualnej?

Owszem, jeśli tak zdecydują lokalne władze. Przy czym może się zdarzyć, że wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast zrzeszeni w senacie wojewódzkim wymogą zróżnicowanie w ramach jednego województwa. Na przykład religii nie ma w Poznaniu, a w Wielkopolsce – jest. Bo marszałek województwa, chcąc zdobyć poparcie prezydenta Poznania w senacie wojewódzkim, namówi mniejsze ośrodki, żeby w stolicy regionu religię odpuściły.

A centralnie na poziomie całego państwa co zostaje?

Emerytury, ubezpieczenie zdrowotne, obrona narodowa, bezpieczeństwo wewnętrzne, polityka energetyka i ekologia, infrastruktura, sprawy zagraniczne i przede wszystkim efektywniejszy głos w Unii Europejskiej, policja, sądy i inne niezależne instytucje. A także rodzaj krajowej polityki spójności, wyrównującej szanse między województwami. Nawet w najbardziej ambitnym wariancie naszego pomysłu, aż 60 proc. wydatków publicznych zostaje w centrum.

Płacę minimalną kto ustala?

Sejmik i senat wojewódzki.

Wysokość podatku PIT?

Tak samo.

No to zaraz będziemy mieli podatkowy wyścig do dna. Województwa będą konkurować między sobą w obniżkach, żeby ściągnąć inwestorów.

Zgoda. Wyścig do dna to realne zagrożenie. Dlatego obowiązywałaby zasada, że województwo może podatki podnieść, ale nie może ich obniżyć. Dzisiaj funkcjonuje tzw. wieloletnia prognoza finansowa jednostek samorządu terytorialnego. Więc można ustalić, że sejmik i senat wojewódzki nie może obniżyć swoich wpływów poniżej tych zaakceptowanych w prognozie. Niech województwa wprowadzą bardziej progresywne podatki, bo dziś mamy absurdalną sytuację, że bogaci płacą niższe stawki niż biedni.

Lewica też totalnie skrytykowała wasz pomysł. „To ostatnie podrygi zdychającego neoliberalizmu” – ktoś napisał.

Nie cała lewica. Ale rzeczywiście, niektórzy się obawiają, że decentralizacja pogłębi nierówności, czyli że zamożniejsze regiony będą sobie lepiej radzić, a biedniejsze zostaną bez kasy, infrastruktury i inwestycji.

No i?

Nasz projekt dałby lewicy szansę, żeby oprócz publikowania bardzo słusznych tekstów w „Krytyce Politycznej”, mogła przejąć w jakimś województwie np. regionalne ministerstwo polityki społecznej. Bo rośnie nam całe pokolenie Polaków, którzy nie widzieli nawet, jak w praktyce wyglądają rządy lewicy.

A kto miałby odpowiadać za jakość służby zdrowia?

Ubezpieczenie zdrowotne zostałoby na poziomie centralnym, bo to jest ważny aspekt redystrybucji w państwie. Już teraz algorytm rozdzielający pieniądze na zdrowie dosypuje biedniejszym regionom kosztem bogatszych. I tak by zostało. Natomiast za jakość usług zdrowotnych będą odpowiadały województwa. Powstałaby instytucja, która działa w Niemczech i Szwajcarii – kolegium województw. W ramach tego kolegium ministrowie zdrowia z poszczególnych regionów ustalaliby wspólnie standardy zdrowotne. Dlaczego mieliby to robić gorzej, niż minister Szumowski zza biurka w Warszawie?

Premier Cameron w Wielkiej Brytanii w ramach projektu „Big Society” zepchnął masę zadań na głowy samorządów, za czym nie poszły wystarczające pieniądze z budżetu. Więc skończyło się cięciami, kolejkami w przychodniach, szpitalach, tłokiem w szkołach, a po paru latach wkurzeniem obywateli na całą klasę polityczną i brexitem.

Dobrze, zgoda. Takie rzeczywiście są zagrożenia decentralizacji, ale przecież można uniknąć tych błędów. Tyle że o detalach „Zdecentralizowanej Rzeczpospolitej” ani lewica, ani prawica nie chcą dyskutować, tylko odpowiadają obelgami lub sloganami. Istnieją przykłady systemów mądrze zdecentralizowanych – Szwecja, Niemcy oraz Unia Europejska – które większą swobodę polityczną regionów przekuły na większą skłonność do solidaryzmu społecznego. Dlaczego Zachód chce płacić na Polskę albo Bułgarię w ramach Unii? Bo było to połączone z ważnymi dla Zachodu kwestiami politycznymi.
Dla progresywnych Polaków ważna jest wolność i swoboda obyczajowa. Jeśli więc im powiemy, że spójność społeczna jest podatkiem za tę wolność, to przynajmniej mamy jakiś argument.

Czyli ja sobie miło mieszkam w Warszawie, gdzie w szkołach są lekcje tolerancji i nie ma szczucia na gejów, a w Świętokrzyskiem zakazuje się teorii ewolucji i wprowadza obyczajowy zamordyzm.

Właśnie nie! To jest pańska wizja konserwatystów jako troglodytów, nieprawdziwa. W konserwatywnych regionach państw, które są mądrze zdecentralizowane, wcale tak się nie dzieje. W Bawarii, owszem, jest bardzo konserwatywnie, i to może niektórym doskwierać, ale nie ma zakazywania teorii ewolucji i nie ma oszołomstwa. Bo w zdecentralizowanym systemie jest dużo mniejsza skłonność do radykalizmu. To co obecnie powoduje radykalizm, to zbliżona wielkość dwóch obozów i konieczność pełnej mobilizacji. W państwie centralistycznym walka toczy się o wszystko. A jak nie walczymy o wszystko – bo w liberalnej Warszawie może być jedno prawo, a na konserwatywnym Podlasiu inne – to nie ma powodu do radykalizmu.

Czyli żebym dobrze zrozumiał: pomysł jest taki, że w jednym województwie aborcja jest zakazana i grożą za nią trzy lata więzienia, a w innym mamy kliniki aborcyjne?

Pan znowu o aborcji! W Polsce przy obecnym systemie prawnym raczej tak się nie da zrobić. Ale owszem, mogłoby to tak wyglądać – według mnie. Natomiast większość członków stowarzyszenia „Zdecentralizowana Rzeczpospolita” mówi tak: spróbujmy zwiększyć rolę prawa miejscowego w sprawach spornych, ale mniej emocjonujących, niż aborcja. W kwestii gimnazjów, szkół dla sześciolatków, może związków partnerskich. I zobaczmy, jak to będzie działać. Jesteśmy przekonani, że będzie działać lepiej, bo w systemie zdecentralizowanym radykalizmu będzie mniej niż obecnie.

Sytuacja, że w jednym województwie aborcja jest zakazana, a w Warszawie dopuszczalna, nie zadowoli konserwatystów.

Ależ konserwatyści będą mogli przekonywać do zakazu aborcji we wszystkich województwach! Podobnie jak progresywiści do prawa do aborcji. Argumentacja, że akurat w kwestii aborcji czy związków partnerskich powinniśmy bezwzględnie stosować logikę „wszystko albo nic”, prowadzi do absurdalnych wniosków. Bo dlaczego z tą logiką mielibyśmy zatrzymać się na Polsce? Może konserwatysta powinien powiedzieć: jeśli zakaz aborcji, to tylko ogólnoeuropejski? A progresywista powinien odparować: ponieważ prawa człowieka są powszechne, to żadnego wprowadzania małżeństw jednopłciowych tylko we Francji, dopóki ostatnie państwo nie uzna praw osób LGBT!

Tak czy siak obie strony ideowego sporu z waszych pomysłów są niezadowolone.

A ja uważam wręcz przeciwnie! Uważam, że w sytuacji obecnego klinczu i obiektywnych różnic między Polakami, nasza propozycja to wręcz jedyna alternatywa dla autorytaryzmu. Oczywiście kluczem do zmiany jest to, czy Polacy uwierzą, że bez jakiegoś rozsądnego kompromisu między postępowcami i konserwatystami, naprawdę możemy mieć tu państwo autorytarne. To jest ostatni dzwonek.

Ostatni?

Być może PiS już nigdy nie przegra wyborów. Na to się zanosi.

Bez przesady.

Tak samo mówili na Węgrzech moi studenci za pierwszej kadencji Orbana: bez przesady, niech się opozycja ogarnie i wygra z Orbanem. Nie rozumieli istoty wyborczego autorytaryzmu. On się instaluje powoli i sprytnie.

W Polsce nie będzie żadnego autorytaryzmu, wyborczego czy niewyborczego, bo jest podział pół na pół. Większość miast jest antypisowska, elity są mocno antypisowskie, istnieją duże środowiska, gdzie bycie pisowcem jest wręcz obciachem. Owszem, PiS rządzi i zagarnia coraz więcej, ale ta druga strona też ma ogromną siłę. I władza nie może zepchnąć opozycji do żadnego getta.

Nie docenia pan siły oportunizmu. Na Węgrzech wszystko się zmieniło w drugiej kadencji. Owszem, na razie każdy może sobie kalkulować, że jak będzie nawalał w PiS, a za chwilę wszystko się odwróci, to zostanie bohaterem. Dostanie medal kombatancki i to mu w czymś pomoże. Jeżeli ta nadzieja zniknie, to mnóstwo ludzi zacznie zmieniać zdanie. Oczywiście nie będzie tak, że przyjdą do pana znajomi i nagle powiedzą, że Kaczyński jest wspaniały. Będą mówić tak samo, jak dziś mówią elity w Budapeszcie: „Oh, ten naród jest tak głupi, że tylko nacjonalistyczny zamordyzm na niego działa”. Będą się podśmiewać z Kaczyńskiego czy Orbana, a potem brać od nich kontrakty. Bo w demokratycznym autorytaryzmie władza nie potrzebuje aplauzu, tylko oportunizmu. Pragmatycznej kooperacji. To zresztą już się dzieje. Jak wygląda sytuacja sędziów powoływanych do sądów powszechnych przez tzw. „KRS”? Zostali powołani przez ewidentnie niekonstytucyjne ciało, ale nie wszystkich spotyka negatywna ocena środowiska. Nawet liberalne media mówią co najwyżej o “wątpliwościach dotyczących ich wyboru”.
Elity społeczne to są ludzie, którzy maja dużo do stracenia. I nie mogą za bardzo z kraju wyjechać. Elity tak naprawdę są mało mobilne.
.
Elity są mało mobilne? Przecież to elity znają języki, jeżdżą na Zachód, mają kontakty i nie muszą się bać.

I co z tego, że znają języki? Pan jest mobilny? Napisze pan po angielsku ten wywiad tak samo sprawnie jak po polsku? Pozna pan tak dobrze brytyjską albo amerykańską politykę, żeby dobry felieton dla Anglika o tym napisać? Facet pracujący w fabryce przy taśmie jest bardziej mobilny od pana.
Elity mają tu swoją pozycję, znajomości, zasługi, historię. A tam musiałyby sobie wyrabiać nazwiska do zera. I to elity będą się dostosowywać do wyborczego autorytaryzmu najszybciej. Oczywiście będą to robić tak, żeby dysonans poznawczy nie był zbyt duży.
To wielki mit, że Polska jakoś świetnie się broni przed zmianą systemu politycznego. W Turcji strona progresywna trzymała się mocniej, tureckie sądy przez prawie dekadę nie dawały się złamać, a u nas już po trzech latach mamy rozszczelnienie. W styczniu nowe stanowiska będą do obsadzenia w Trybunale, za chwilę Gersdorf pójdzie na emeryturę…

No dobrze, ale jak by pan wytłumaczył normalnemu obywatelowi, że ma się tej zmiany systemu politycznego bać? Co w wyborczym autorytaryzmie będzie takiego dotkliwego? Czy niepisowski obywatel będzie mógł nadal czytać opozycyjną gazetę? Tak. Czy będzie mógł wyjść na ulicę i protestować? Owszem. Więc w zasadzie co on traci?

Najważniejszym problemem jest to, że wyborczy autorytaryzm sprzyja nadużyciom władzy. W pewnym momencie pojawia się zięć Erdogana, który zostaje ministrem finansów. Początkowo władza musi się trochę hamować, a później te hamulce puszczają, bo brakuje mechanizmów kontrolnych, a do dyspozycji są instrumenty, których być może na początku władza nawet nie chciała używać, ale jak na przykład przyjdzie jakiś kryzys i niezadowolenie społeczne, to użyje. „Powiem pani sędzi przy kolejnym obiedzie, jaki wyrok będzie w interesie Narodu Polskiego” – tak to działa. Władza pozbawiona kontroli zaczyna szaleć i pojawiają się działania nawet kompletnie niezwiązane z ich oficjalną ideologią, tylko z walką o wpływy i pieniądze.

No ale co to obchodzi obywatela, który nie pisze felietonów, nie bierze grantów od państwa, nie prowadzi teatru, nie zależy od dotacji?

Nie pisze felietonów, nie bierze dotacji, ale na przykład jego nieruchomość sąsiaduje z nieruchomością teściowej sekretarza PiS-u, który bardzo chce tę nieruchomość tanio przejąć. Albo wybudować obok fermę norek. Albo jest pan lekarzem i miał niefart operować żonę wiceprezesa. Z punktu widzenia życia w takim kraju każdy może mieć przechlapane. Przecież 99 proc. ludzi w peerelu też żyło bez specjalnych zatargów z władzą, a jednak mieli dość tego systemu i totalnej bezkarności władzy.

A jak się kończy wyborczy autorytaryzm? Od czego upada?

Tego nie wiemy. Od momentu, kiedy ta innowacja ustrojowa dostała do dyspozycji media społecznościowe i inne narzędzia technologiczne, nie było jeszcze przypadku definitywnej przewrotki. W Istambule mamy jaskółkę nadziei, ale nie wiadomo, jak to się dalej potoczy. Dlatego tak bardzo się o Polskę boję. Być może gdyby Urban z Jaruzelskim mieli do dyspozycji media społecznościowe, to by rządzili do dziś.

***

Maciej Kisilowski jest profesorem prawa i zarządzania publicznego na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie (Jeszcze! Wkrótce Uniwersytet – z powodu szykan Orbana – przeprowadza się do Wiednia), jest też członkiem Rady Programowej Archiwum Osiatyńskiego.

Reklamy

Z życia pasqud (4): Klęski PiS nie mogą być klęskami Polski. Trzeba cofnąć degradację kraju

29 Czer

Jednym z największych wyzwań XXI wieku przed którymi stoi Polska jest transformacja energetyczna. Odejście od węgla i włączenie się w walkę z globalnym ociepleniem jest obowiązkiem stojącym przed całym obecnym pokoleniem. Jest to także duża bitwa gospodarcza, ponieważ tania i dostępna energia stanowi atut w rywalizacji z innymi graczami światowej gospodarki. Nie bez znaczenia jest także cena energii dla samych konsumentów, co szczególnie pokazało desperackie dążenie rządu do refundacji podwyżek cen prądu. Do realizacji wszystkich powyższych celów potrzeba zatem wydajnego źródła energii. Tymczasem strategia rządu staje się na tle świata coraz bardziej zacofana. Głównym problemem polskich władz jest bowiem opóźnienie w czasie odchodzenia od węgla w celu zadowolenia licznego grona wyborców lobby węglowego, oraz zwalczanie z przyczyn ideologicznych energetyki wiatrowej na lądzie. Absurd obu założeń widać  szczególnie mocno na tle raportu Międzynarodowej Agencji Odnawialnych Źródeł Energii (IRENA) o kosztach produkcji odnawialnych źródeł energii.

Okazuje się bowiem, że te dynamicznie maleją. Tylko w zeszłym roku o aż 13 proc. w przypadku fotowoltaiki (PV) oraz elektrowni wiatrowych na lądzie (onshore). W efekcie OZE stały się najtańszym źródłem energii w wielu miejscach świata. Autorzy doszli przy tym do wniosku, że ponad trzy czwarte lądowych wiatraków i cztery piąte elektrowni słonecznych, które zostaną oddane do użytku w tym roku będą produkować taniej niż nawet najtańsze technologie oparte o węgiel czy gaz.

W 2020 roku koszt produkcji kWh w przypadku elektrowni wiatrowych ma spaść do 4,5 centa za kWh, a w przypadku fotowoltaiki do 4,8 centa. Eksperci szacują, że powyższe mogą docelowo spaść nawet do 3-4 centa za kWh. Wszytko dzięki dynamicznemu rozwojowi nowych technologii.

Innymi słowy energia ze źródeł odnawialnych staje się tańsza od węglowej. W przypadku Polski zaś jest to szczególnie aktualne w stosunku do wiatraków, ponieważ elektrownie słoneczne przy naszych warunkach nasłonecznienia nie osiągają optymalnej wydajności. Tymczasem zgodnie z przegłosowaną na początku rządów PiS ustawą w praktyce uniemożliwiono budowę nowych farm wiatrowych, a istniejące skazano na rozbiórkę. Był to cios w najdynamiczniej rozwijający się sektor OZE w Polsce. Rząd wprawdzie deklaruje swoje poparcie dla energetyki odnawialnej, ale jak wynika z przekazów medialnych widzi przyszłość w budowie wiatraków na morzu (offshore), które jednak generują znacznie droższy prąd niż ich odpowiedniki na lądzie. Równocześnie kiedy technologie lądowe tanieją, to koszt wspomnianych farm morskich spadł w badanym okresie zaledwie o 1%.

Do omawianego dochodzi w Polsce również problem budowy nowych bloków węglowych w Ostrołęce, które zdaniem ekspertów nie są opłacalne ekonomicznie, jednak inwestycja idzie do przodu dzięki poparciu polityków.

Widać zatem wyraźnie, że Polska może przegapić swoją szansę w trwającej na świecie transformacji energetycznej. Cenę za to zapłacą zaś konsumenci i przedsiębiorcy. W energetyce potrzeba zatem więcej zdrowego rozsądku niż polityki.

Pomimo wzrostu płac, rośnie też w Polsce ubóstwo. Według GUS, ponad 5 proc. Polaków żyło w ubiegłym roku w skrajnym ubóstwie, czyli poniżej minimum egzystencji. To o ponad 1 pkt. proc. – czyli jedną czwartą – więcej niż rok wcześniej. Przybyło też osób żyjących w ubóstwie relatywnym, których nie stać nawet na połowę przeciętnych wydatków gospodarstw domowych.

Osoby słabo wykształcone, które mieszkają na wsi utrzymując się głównie z rent i emerytur, a także rodziny wielodzietne – to oni stanowią większość Polaków żyjących w skrajnym ubóstwie mierzonym poziomem wydatków gospodarstw domowych. W zeszłym roku ta grupa zwiększyła się do 5,4 proc. z 4,3 proc. w 2017 r. Co więcej miniony rok przełamał widoczny od 2015 r. spadkowy trend zasięgu ubóstwa ekonomicznego.

Ile dziś warte jest 500+? Inflacja zjadła jego sporą część 

W 2018 r. wzrósł zarówno odsetek osób żyjących na poziomie minimum egzystencji, jak też tych uprawnionych do pomocy społecznej, a także osób relatywnie ubogich, których miesięczny budżet nie sięgał 50 proc. przeciętnych wydatków gospodarstw domowych (co wynika także z wzrostu tych wydatków i ogólnej poprawy sytuacji dochodowej Polaków).

W praktyce oznaczało to, że relatywnie ubodzy samotnie gospodarując mieli pod koniec zeszłego roku do wydania co najwyżej 810 zł, zaś czteroosobowa rodzina (z dwójką dzieci do 14 lat) mogła wydać 2187 zł, czyli niespełna 547 zł na osobę. Ci skrajnie ubodzy żyjąc samotnie mieli do wydania odpowiednio 595 zł, a w rodzinie 1,6 tys. zł. Najwięcej z nich mieszkało na wsi, gdzie zasięg skrajnego ubóstwa wzrósł w zeszłym roku do 9,4 proc. (o ponad 2 pkt proc.).

W podobnym tempie rosło też skrajne ubóstwo rodzin wielodzietnych (z co najmniej trójką dzieci do 17 lat) – prawie co dziesiąta z nich żyła na poziomie minimum egzystencji (albo poniżej). Pomimo programu 500+ odsetek dzieci do 17 roku życia powiększył się w zeszłym roku do 6 proc. (z 4,7 proc. rok wcześniej).

Nie od dziś wiadomo, że Prawo i Sprawiedliwość jest jedną z najpotężniejszych partii na polskiej scenie politycznej od 1989 roku. Tajemnicą poliszynela jest jednak fakt, że wokół gromadzonego przez otoczenie Kaczyńskiego majątku narosło wiele kontrowersji.

Obecnie, gdy PiS od prawie 4 lat sprawuje niczym nieskrępowaną władzę, potencjał finansowy partii rośnie jeszcze bardziej, a to za sprawą bezprecedensowego skoku na spółki Skarbu Państwa, szerzącego się kolesiostwa i nepotyzmu. Prawo i Sprawiedliwość otrzymuje również co roku gigantyczną subwencję, w samym 2017 roku wyniosła ona 18,5 miliona złotych.

Jeszcze więcej pytań i kontrowersji narosło wokół sposobu, w jaki Kaczyński i spółka zgromadzili tak ogromny majątek w latach 90. Te środki stały się w ocenie wielu komentatorów podwaliną pod budowę obecnej potęgi PiS.

W tej kwestii niewygodne pytania oraz mocną tezę stawia Piotr Kupś, bloger, publicysta i twórca fan page “Ruch Wkurwionych” na portalu Facebook. Zdaniem Kupsia partia Kaczyńskiego jak nikt inny uwłaszczyła się na majątku upadłej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. 

Według poniższej teorii, paradoks całej sytuacji miał polegać na tym, że podczas gdy Kaczyński spał do 12 w dniu wybuchu stanu wojennego, inni ludzie bili się o wolność, zaś to prezes PiS i jego otoczenie ostatecznie najbardziej skorzystali na upadku tak znienawidzonej przez nich komuny. 

O ile powyższa hipoteza nie została nigdy potwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu, czy ostatecznie udowodniona, to wiele wskazuje na to, że nie ma dymu bez ognia. Wielu polityków i dziennikarzy węszyło swego czasu wokół afery FOZZ, a także spółki Srebrna oraz nieruchomości, jakie zgromadziło otoczenie Kaczyńskiego w Warszawie. Wszystkie te sprawy mocno śmierdzą…

Jednocześnie, trudno nie uznać całej ekipy dobrej zmiany za największych hipokrytów polskiej polityki. Bo jak inaczej nazwać całą tę sytuację?

Minister Michał Dworczyk tłumaczy, że zapomniał ujawnić udziałów w nieruchomości przez „szereg dokonywanych czynności prawnych”

😂

. Oodpowiedź na oświadczenie szefa @PremierRP

To zdecydowanie nie jest dobry tydzień dla obozu władzy, na którą właśnie spadły bolesne konsekwencje przeprowadzonego wbrew Konstytucji i naczelnym zasadom Unii Europejskiej skoku na władzę sądowniczą. Nie tylko zanosi się na spektakularną porażkę Krajowej Rady Sądownictwa przed Trybunałem Sprawiedliwości UE w kontekście utraty ich niezależności od władzy wykonawczej, co przecież wywraca całą tę pseudoreformę do góry nogami, ale na dodatek dziś marszałek Sejmu Marek Kuchciński prawomocnie przegrał przed Naczelnym Sądem Administracyjnym sprawę zatajenia przed opinią publiczną list poparcia dla kandydatów do nowej upolitycznionej KRS.

Jak donosi portal RMF FM, Kancelaria Sejmu niezwłocznie musi opublikować imiona i nazwiska tych, którzy zdecydowali się wesprzeć kandydatów do KRS w myśl nowych przepisów ustawy uchwalonej przez Prawo i Sprawiedliwość.

Pozostaje w mocy ocena, że informacja zawarta w załącznikach obejmujących wykazy sędziów popierających kandydatury członków do KRS jest informacją publiczną. Jak powiedział sąd pierwszej instancji, nie ma tu zastosowania wyłączenie, zatem informacja ta podlega udostępnieniu– powiedział w uzasadnieniu piątkowego orzeczenia sędzia Wojciech Jakimowicz. Sąd podkreślił, że te okoliczności muszą być brane pod uwagę przy rozpatrywaniu spawy przez szefa Kancelarii Sejmu.

Jeśli rządzący zastosują się do decyzji NSA, lada moment może się okazać, że wybrani do KRS sędziowie w jeszcze mniejszym stopniu są reprezentantami swojego środowiska, niż starają się regularnie przekonywać. To także kolejna szpilka w Prawo i Sprawiedliwość i deklaracje tej partii o dążeniu do transparentności życia publicznego.

Decyzja sądu w pełni wynagrodziła trud, jaki Patryk Wachowiec, analityk z Forum Obywatelskiego Rozwoju włożył w wydobycie od urzędników Marka Kuchcińskiego tak skrzętnie ukrywanych nazwisk. Zaraz po jej ogłoszeniu wezwał polityka PiS do upublicznienia przedmiotowych list.

Wtórowali mu politycy opozycji, dla których wyrok NSA jest potwierdzeniem słuszności opinii rzecznika TSUE.

Jeśli okaże się, że podpisy poparcia pod kandydaturami należą albo do podwładnych Zbigniewa Ziobry, albo do podwładnych kandydatów to byłaby kolejna kompromitacja tej całej procedury i obecnej KRS. Jednocześnie chyba nikt nie ma wątpliwości, że takie skrupulatne ukrywanie przez polityków PiS od wielu miesięcy list poparcia oznacza, że albo członkowie KRS wstydzą się kto ich poparł, albo ci którzy podpisali listy wstydzą się kogo poparli – napisała na Twitterze posłanka klubu PO-KO Kamila Gasiuk-Pihowicz.

PiS ma zatem nie lada zagwozdkę, bowiem cała misternie tworzona reforma wymiaru sprawiedliwości może obrócić się w gruz. A stąd już tylko krok do utraty wiarygodności i wrażenia bycia nie do pokonania, a to na kilka miesięcy przed wyborami może być na wagę złota.

Andrzej Duda skierował do Trybunału Konstytucyjnego Kodeks karny, przygotowany przez Zbigniewa Ziobrę. – „Tryb postępowania z przedmiotową ustawą wzbudza poważne zastrzeżenia, co do dochowania konstytucyjnych standardów procesu legislacyjnego” – napisano w komunikacie Kancelarii Prezydenta. Jednak tylko to budzi zastrzeżenia Dudy. – „Ustawa stanowi obszerną nowelizację wprowadzającą istotne zmiany w zakresie polityki karnej. W tym zakresie ustawa nie budzi wątpliwości Prezydenta RP, ponieważ zrozumiałe jest dążenie ustawodawcy do stanowienia prawa karnego odpowiadającego wymogom sprawiedliwości” – podkreślono w komunikacie KPRP.

„Jestem rozczarowany decyzją prezydenta Andrzeja Dudy. Po raz kolejny pokazał, iż samodzielność nie jest jego mocną cechą. To żaden heroizm, bo ten Trybunał Konstytucyjny nie spełnia żadnych europejskich standardów kontroli konstytucyjnej. Wyrok zostanie napisany na Nowogrodzkiej” – skomentował były minister sprawiedliwości poseł Borys Budka z PO. – „Gdyby prezydent RP rzeczywiście dbał o przestrzeganie Konstytucji to – jako były poseł – na pierwszy rzut oka widziałby, że regulamin Sejmu i Senatu został w sposób rażąco naruszony i w związku z tym cała nowelizacja nadaje się do kosza” – dodał.

Zdaniem Budki, jedynym wyjściem „było zawetowanie noweli”. – „Nie wchodząc nawet w meritum. Regulamin Sejmu i Senatu został tak naruszony, że jedynym wyjściem dla strażnika Konstytucji było zawetowanie tej ustawy. Tu nie trzeba doktoratu z prawa, który ma pan prezydent. Tu student prawa, po prześledzeniu ścieżki legislacyjnej wie, że ta ustawa jest niezgodna z Konstytucją. Od prezydenta oczekiwałbym jasnej decyzji, a nie oddania ustawy pod osąd pani Julii Przyłębskiej i jej kolegów” – powiedział Budka.

Opozycja nie ma szans wygrać z PiS-em konkurencji o względy Kościoła, bo PiS wszystko już mu daje. Opozycja powinna myśleć, jak zneutralizować ten wpływ Kościoła i proboszczów, co jest trudne, ale nie niemożliwe. Na pewno nie da się tego zrobić, gdy opozycja lub opozycyjni publicyści będą atakować działaczy LGBT i obwiniać ich o swoje porażki – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych. Rozmawiamy o strategii rządu na wyboru i sojuszu tronu z Kościołem. Pytamy też o konsekwencje wyroków TSUE. – Bardzo ważny morał tego sporu o rządy prawa od 2015 roku i zamachu na Trybunał Konstytucyjny jest taki, że ten spór i działania KE i TSUE nie powodują, że Polacy stają się antyeuropejscy. To moim zdaniem bardzo ważne przesłanie, które trzeba ciągle powtarzać – mówi nasz rozmówca. – Populiści zyskują na podziałach opozycji i są zresztą bardzo sprawni w podsycaniu tych podziałów – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Negatywne orzeczenie TSUE może zaszkodzić rządom PiS?

JACEK KUCHARCZYK: Dotychczasowe badania pokazujące, jak Polacy do tej pory reagowali na spór polskiego rządu z Unią w kwestii rządów prawa, dowodziły, że oceny były silnie skorelowane z preferencjami wyborczymi i politycznymi. Wyborcy PiS-u kupowali narrację tej partii, że Unia wtrąca się w nasze wewnętrzne sprawy i narusza naszą suwerenność, jest podżegana przez opozycję, lewaków i środowiska LGBT. Co do wyborców opozycji, to wyraźnie wybrzmiało uznanie, że Unia nie tylko ma prawo reagować w kwestii naruszeń zasady rządów prawa, czyli wartości traktatowych, ale też, że racja jest po stronie Unii. Nadal będziemy mieć do czynienia z tym podziałem społeczeństwa, chociaż trzeba powiedzieć, że PiS-owi udawało się dotąd rozbroić narrację opozycji, choć to trudne i niewygodne dla PiS-u.

Badania wyraźnie pokazują, że także wśród wyborców PiS-u jest duże poparcie dla członkostwa w UE, dlatego ta partia nie może pozwolić sobie na otwarty spór z Brukselą.

Stąd ta próba przerzucenia odpowiedzialności na opozycję, że to wszystko wina jej „donosów do Brukseli na Polskę”. Widzieliśmy to dokładnie podczas kampanii do PE, gdzie PiS rozbroił tę bombę, pozycjonując się jako partia proeuropejska, ale jednocześnie bardzo mocno widać było, że PiS się boi UE. Wiedzą, że to dla nich problem, bo art. 7 to wciąż tykająca bomba, podobnie postępowania przed Trybunałem Sprawiedliwości UE. To ważna informacja dla opozycji, która musi konsekwentnie się trzymać tej linii, że PiS łamie wartości europejskie i że krytyka zmian w wymiarze sprawiedliwości to nie tylko głos opozycji i Komisji Europejskiej, ale też niezależnego Trybunału unijnego.

Bardzo ważny morał tego sporu o rządy prawa od 2015 roku i zamachu na TK jest taki, że ten spór i działania KE i TSUE nie powodują, że Polacy stają się antyeuropejscy. To moim zdaniem bardzo ważne przesłanie, które trzeba ciągle powtarzać.

Jak to wpłynie na niezdecydowanych? Wiemy, że frekwencja w wyborach europejskich i samorządowych była wyższa, niż zazwyczaj, ale wciąż jest kilkadziesiąt procent wyborców niezagospodarowanych. Czy to może podziałać na nich?
To zależy, jak będzie działać opozycja. Wiadomo, że wszystkich się nie zmobilizuje, na cuda nie ma co liczyć. Chociaż oczywiście

gdy porównamy wybory europejskie sprzed 5 lat i te ostatnie, to widać wyraźnie, że jednak w pewnych warunkach można zmobilizować wyborców.

Z tych samych wyborów do PE wynika też, że ważne jest, kogo zmobilizujemy i gdzie. W wyborach europejskich skuteczniejsza okazała się partia rządząca. Oczywiście miała ku temu mocniejsze instrumenty,  dziś widzimy, że największy przyrost był wśród emerytów, zatem można doszukiwać się przyczyny w wypłaceniu trzynastej emerytury. Pewnie też dodatkowo zostali zmobilizowani przez księży proboszczów, którzy przekonywali, że opozycja z gejami chce zniszczyć polską rodzinę. To zmobilizowało nie tylko emerytów, ale i mieszkańców wsi, którzy wcześniej specjalnie nie chodzili na wybory europejskie.

Dlatego też trzeba mieć dokładny plan, kogo się chce zmobilizować. Opozycja musi umieć przełożyć to, co wynika z orzeczeń TSUE, na język zrozumiały dla swoich obecnych i potencjalnych sympatyków. Opozycja musi wykorzystać tę szansę.

Słyszałam opinię, że mamy w Polsce trzecią siłę, „partię proboszczów”, czyli dużą grupę wyborców, która głosuje nie na PiS czy KO, tylko tak jak powie proboszcz. Prawdą jest, że od zawsze w Polsce mówi się, że nie można wygrać wyborów w jawnym sporze z Kościołem. Ten sojusz ołtarza z tronem jest kluczowy?
Można powiedzieć nawet mocniej, że

to Kościół wygrał ostatnie wybory dla PiS-u.

Natomiast nie tu jest pies pogrzebany, że opozycja wojuje z PiS-em, bo gdybym miał sobie pozwolić na śmiałą metaforę, to raczej Kościół wypowiedział wojnę nie tyle opozycji, co tej części społeczeństwa, która bardzo szybko i systematycznie osłabia swoją więź z Kościołem. To, co wydarzyło się z Kościołem w ciągu ostatniej dekady, to moim zdaniem taka próba kontrreformacji, to reakcja Kościoła na zmianę społeczeństwa w kierunku społeczeństw zachodnich. Mimo że statystyczny procent katolików w Polsce się nie zmienia, to wyraźnie widać, że mamy inne obyczaje; coraz mniej ślubów kościelnych, chrztów, rodzice wypisują dzieci z lekcji religii. Myślę, że możemy mówić wręcz o rewolucji w tym kontekście, która dokonała się w ciągu dwóch dekad. Do tego dochodzi sprawa tuszowania licznych przypadków pedofilii, która jest długofalowym zagrożeniem dla pozycji Kościoła. Dlatego

polscy biskupi nie chcieli czekać, aż spełni się scenariusz irlandzki, tylko przeszli do ofensywy.

Zatem to nie opozycja wywołała wojnę z Kościołem, a wręcz chodziła na paluszkach wokół biskupów i proboszczów. To Kościół postanowił urządzić w Polsce krucjatę i znalazł sobie sojusznika w PiS-ie. To nie zaczęło się w 2015 roku, tylko w 2010, gdy po raz pierwszy Kaczyński walczył z Komorowskim o prezydenturę. To wtedy Kościół tak wyraźnie opowiedział się politycznie, a Palikot powiedział słynne słowa, że Polska to „republika proboszczów”. To Kościół wymyślił wojnę z „ideologią gender”, którą sprzedał prawicy.

Faktycznie Kościół stał się uczestnikiem debaty politycznej i wyraźnie zawarł sojusz z PiS-em. Nie sadzę, że to, co mówią teraz politycy PSL, że nie można wojować z Kościołem, to dobra diagnoza sytuacji.

Popierając PiS, Kościół jest de facto stroną politycznego sporu.

Co zatem powinna robić opozycja?
Opozycja nie ma szans wygrać z PiS-em konkurencji o względy Kościoła, bo PiS wszystko już mu daje. Opozycja powinna myśleć, jak zneutralizować ten wpływ Kościoła i proboszczów, co jest trudne, ale nie niemożliwe. Na pewno nie da się tego zrobić, gdy opozycja lub opozycyjni publicyści będą atakować działaczy LGBT i obwiniać ich o swoje porażki. To będzie tylko uwiarygodnianie dyskursu PiS-u.

Powinna niczym prezydent Trzaskowski w Warszawie znaleźć w sobie odwagę, aby stanąć po ich stronie?
Myślę, że to, co zrobił Trzaskowski, jest najlepszą metodą. Proszę zobaczyć, że w warszawskiej Paradzie Równości wziął udział nie tylko Trzaskowski, ale też ambasady naszych sojuszników, np. Wielkiej Brytanii. Ostatnio ambasada USA wywiesiła tęczowe flagi. Różne wielkie firmy szły w paradzie. Sam widziałem ekipę JP Morgan z tęczowymi balonami, a przecież to firma, której ściągnięciem do Polski chwalił się Mateusz Morawiecki.

Zatem

jedyny sposób to ucieczka do przodu.

Ten temat jest dla niektórych wyborców toksyczny i trzeba znaleźć sposób, aby przestał takim być, stał się czymś normalnym. To zadanie nie tylko dla polityków, ale też działaczy organizacji społecznych, którzy może powinni więcej energii poświęcać na zmianę postaw społecznych, niż walenie w polityków opozycji za to, że nie do końca popierają wszystkie ich postulaty. Wszyscy tu mają ważną rolę do odegrania. Na pewno

nie warto konkurować z PiS-em na homofobię, bo tej konkurencji się nie wygra, podobnie jak konkurencji na gorliwość wiary.

Media, Kościół, pieniądze z budżetu – wszystko po stronie PiS-u. Opozycja jest na przegranej pozycji?
Absolutnie nie. Zresztą biskupi zaczną się zastanawiać nad tym sojuszem, gdy stanie im przed oczami możliwa przegrana PiS-u. Wtedy ta miłość do Kaczyńskiego zacznie spadać, ale dopóki wydaje się pewnym zwycięzcą, opozycja nie ma tu szans, aby przyciągnąć biskupów na swoją stronę. Może natomiast minimalizować wpływ proboszczów na wyborców.

W Turcji Istambuł został odbity przez opozycyjnego burmistrza, a Pradze 250 tys. protestuje przeciwko rządom Andreja Babisza, w USA Donald Trump zapowiada ubieganie się o reelekcję, ale na razie przegrywa z demokratami, na Słowacji prezydentem zostaje liberałka Zuzana Čaputová. Czy czas populistów się kończy?
Te skuteczne przykłady oporu przeciwko autorytarnym populistom pokazują, że

populiści nie muszą wygrywać cały czas, ale nie cieszyłbym się przedwcześnie.

Na Słowacji poprzednie wybory prezydenckie też wygrał liberał, może nie tak spektakularny, ale jednak prezydent Kiska był mainstreamowym, staroświeckim politykiem w stylu naszej Unii Wolności i starał się tamować populistyczne zapędy rządu.

Moim zdaniem te przykłady pokazują, że gdy opozycja dobrze się zmobilizuje, to potrafi osiągać zwycięstwa. Na razie jednak nie widać spektakularnych zwycięstw. Babisz dalej jest premierem, a w Turcji rządzi prezydent Erdogan, Trump jest prezydentem i zobaczymy, jak skończy się jego wyścig o reelekcję. W Stanach Zjednoczonych Demokraci są bardzo podzieleni i mam wrażenie, że dla części demokratów, która sama siebie określa mianem socjalistów, większym wrogiem są liberałowie w Partii Demokratycznej niż Trump. Nie dzielmy zatem skóry na niedźwiedziu.

Populiści zyskują na podziałach opozycji i są zresztą bardzo sprawni w podsycaniu tych podziałów.

Widzimy to w USA czy w Wielkiej Brytanii, gdzie większość społeczeństwa ma dość brexitu, a główna siła opozycyjna, czyli Partia Pracy, która mogłaby zakończyć brexit, gdyby chciała, jest podzielona w tej kwestii. Dzięki temu wybory europejskie  wygrywa totalnie oszołomska partia Brexit i to wszystko dzieje się w kolebce demokracji, jaką jest Wielka Brytania.

To, o czym pani mówi, to oczywiście bardzo optymistyczne wydarzenia. Ta mobilizacja w Czechach jest fantastyczna, zresztą wielu Czechów mówi wprost, że nie chce, żeby Czechy poszły tą samą drogą, co Polska. Babisz jest jednak aksamitnym populistą w porównaniu do Kaczyńskiego czy Orbána.

Najważniejszy wniosek moim zdaniem jest taki, że społeczeństwa potrafią się zmobilizować przeciwko populistom, więc ta walka nie jest z góry przegrana, nawet gdy populiści mają wszelkie instrumenty władzy do swojej dyspozycji. Jednak też nie przesadzajmy z optymizmem, po prostu opozycja musi brać się do roboty.

Nie pamiętam takiej władzy, która po 1989 roku musiała tak często poprawiać własne buble jak właśnie PiS.

Już tylko trzy miesiące i znowu staniemy przed wyborem, komu oddać władzę nad nami i Polską. PiS jest pewne wygranej i jedyne, co mu spędza sen z oczu to obawy, czy uda się zdobyć większość w parlamencie i móc wreszcie ostro zaszaleć ze zmianą Konstytucji.

Trzeba przyznać, że mamy teraz „powtórkę z rozrywki”. Partia rządząca znowu usiłuje nas przekonać, podobnie jak 4 lata temu, że ma świetnie opracowane lekarstwo na wszystkie bolączki Rzeczpospolitej, chwali się sukcesami i kusi obywateli niezła kasą za nic. Eksperci już w akcji, w pięknej teczce leżą gotowe projekty „dobrych zmian” i gdy tylko znowu prezes Kaczyński i reszta opanują korytko, to natychmiast zaczną działać, realizować genialne pomysły, a wszystko to ku ogólnej chwale i szczęśliwości wszelakiej.

No to popatrzmy może, jak wyglądało to „świetne przygotowanie” PiS-u, jak te perfekcyjnie opracowane projekty z poprzedniej kampanii zostały zrealizowane. Czy przyniosły ze sobą ład i porządek, czy też niezły chaos…

Zacznijmy od Sądu Najwyższego. Ustawa o SN została uchwalona przez Sejm 8 grudnia 2017 roku. Ponoć była dopracowana w każdym szczególe i całkowicie zgodna z zasadami demokracji. Ponoć miała wreszcie rozwiązać problem z tymi sędziami, co to są złodziejami i komuchami. Miała przywrócić „wiarę w sprawiedliwość, wiarę w polskie sądy, wiarę w wymiar sprawiedliwości”. Tyle prawd głoszonych przez pisowskich ekspertów, a jak to wypadło w rzeczywistości? Minęły niecałe dwa lata i ustawa ta musiała być już dziewięciokrotnie nowelizowana. Dziewięciokrotnie!!! Dlaczego? Okazało się, że w wielu swoich zapisach jest ona niekonstytucyjna, niezgodna z prawem unijnym, naruszająca zasadę trójpodziału władzy. „Pieszczoszek” ministra Ziobry okazał się totalnym niewypałem. Podobnie ze zmianami w KRS czy zasadami pracy sądów powszechnych. PiS musiało z podkulonym ogonkiem dokonać pewnych poprawek, a to jeszcze nie koniec, bo wciąż toczy się sprawa polskiego sądownictwa przed TSUE i spokojnie możemy oczekiwać kolejnych poprawek.

Słynna już ustawa o IPN, wprowadzająca kary grzywny lub 3 lata więzienia za przypisywanie polskiemu narodowi lub państwu odpowiedzialności m.in. za zbrodnie III Rzeszy Niemieckiej oraz zapisy o zbrodniach ukraińskich nacjonalistów. Mija kilka miesięcy i… już 17 lipca 2018 r. weszła w życie nowelizacja wcześniej znowelizowanej ustawy, w której odchodzi się od wymierzania kar. Skąd ta zmiana? Pojawił się zarzut, że to ograniczenie wolności debat i dyskusji historycznych, co wywołało wielki protest m. in. Izraela i USA. Pod naciskiem światowej opinii publicznej i polityków, PiS musiało zmienić zdanie.

Ustawa dezubekizacyjna, uchwalona w grudniu 2016 roku, miała być pięknym przykładem sprawiedliwości społecznej, karzącym tych wstrętnych panów w mundurach i panie, zatrudnionych w instytucjach „hańby” nawet, gdy przepracowali tam tylko jeden dzień. Po niecałych dwóch latach okazało się, że artykuł obniżający emeryturę lub rentę za pracę w policji po roku 1990 nie jest zgodny z konstytucyjną zasadą równości obywateli wobec prawa (art. 32 ust. 1 Konstytucji RP) i politycy PiS zmuszeni byli wycofać się z tego zapisu. Warto przypomnieć, że po wejściu tej ustawy w życie zmarło 37 osób objętych nowymi przepisami (część popełniła samobójstwo, część zmarła bezpośrednio po otrzymaniu decyzji o obcięciu dochodów).

Do wyborów 2015 roku PiS szło ze wspaniałym pakietem zmian dla rolników. Najbardziej skuszono mieszkańców wsi obietnicą ochrony ich ziemi przed obcokrajowcami. Ależ super, rolnicy ucieszyli się niebywale, a tu dostali obuchem w głowę, bo pojawiła się w kwietniu 2016 roku ustawa, która całkowicie zlikwidowała swobodny obrót ziemią rolną. Teraz w roku wyborczym 2019, gdy toczy się walka o stołki w parlamencie, ustawę tę znowelizowano, ułatwiając obrót ziemią. Ma być łatwiej, milej i przyjemniej. Zmieniono nieco restrykcyjne zasady dziedziczenia ziemi, ułatwiono postępowanie egzekucyjne i upadłościowe oraz wprowadzono pewne ułatwienia w sprzedaży gruntów. Aż trzech lat pisowski rząd potrzebował, by zrozumieć, że zaproponowane wcześniej  zmiany, są niewiele warte.

W ubiegłym roku PiS wziął się też za nauczycieli. Wydłużył im ścieżkę awansu zawodowego z 10 do 15 lat, dzięki czemu w 2019 roku oszczędności MEN miały wynieść 23 mln zł, w 2020 – 69 mln, a w 2024 już ponad miliard zł. Niestety, niedoceniający wspaniałej pracy pani minister, nauczyciele zastrajkowali i w tej sytuacji nastąpił powrót do poprzedniej procedury. Oczywiście, partia rządząca nazwała to swoim wielkim sukcesem, udała, że to nie oni przedłużyli ścieżkę awansu, licząc, że nikt już nie pamięta, jak chciała załatwić pedagogów.

Wciąż mam przed oczami Beatę Szydło, która w poprzedniej kampanii parlamentarnej, pokazywała nam tajemniczą teczkę, wypchaną gotowym pakietem ustaw. Obiecywała, że po zdobyciu władzy biegusiem wprowadzi je w życie i będzie super. Gwarantowała ich najwyższą  jakość, pełen profesjonalizm i oparcie się na wybitnych ekspertach. Miały być fantastyczne zmiany wszędzie, gdzie się da. Tymczasem popatrzmy, podałam raptem kilka  przykładów na to, jak PiS zmagało się z własnymi ustawami, przepychanymi w tempie błyskawicznym i często pod osłoną nocy. W praktyce okazały się one nieprzemyślane, niedopracowane, pełne błędów. Trudno więc dzisiaj uwierzyć, że ktokolwiek w tej partii jest rzeczywiście na tyle kompetentny, znający się na rzeczy, by warto było zainwestować swój szacunek i zaufanie właśnie w tę formację polityczną. Pamiętajmy o tym, gdy jesienią będziemy wrzucać swój głos do urn wyborczych.

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Z życia pasqud (3): Patologiczne PiS i patologie Kościoła kat.

28 Czer

„Powinien powstrzymać swój antysądowy temperament, bo to może odwrócić się przeciwko niemu. Od polityka wymagamy wyważenia, a jak on już nie ma co do powiedzenia na temat łamania Konstytucji przez ustawy przez niego firmowane, to nie może stale mówić o tym, że to są zbrodnie komunistyczne i to jest powód tej zmiany. To nie godzi się politykowi” – skomentowała wypowiedź Zbigniewa Ziobry Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf w RMF FM. Minister sprawiedliwości stwierdził bowiem, że dzisiejsza opinia rzecznika generalnego TSUE jest „obroną patologii w polskim sądownictwie”.

Przypomnijmy – rzecznik generalny Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w swojej opinii uznał, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego – nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej. Poza tym według rzecznika TSUE „sposób powoływania członków KRS ujawnia nieprawidłowości, które mogą zagrozić jej niezależności od organów ustawodawczych i wykonawczych”. Wyrok unijnego Trybunału spodziewany jest jesienią – najczęściej opinia wydana przez rzecznika jest zbieżna z werdyktem TSUE.

Prof. Gersdorf stwierdziła, że gdyby Trybunał uznał, że obecna KRS została nieprawidłowo powołana, może czekać nas gigantyczny chaos. – Wybór członków Rady przez polityków to grzech pierworodny, który wpływa na wymiar sprawiedliwości. Wszystkie decyzje wydane przez Radę mogłyby być kwestionowane – w tym opinie dotyczące awansów sędziowskich czy członków Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego – powiedziała I Prezes SN w RMF FM. Prof. Małgorzata Gersdorf dodała, że jeżeli wyrok TSUE będzie podobny do opinii rzecznika Trybunału, to zmiany w prawie wydają się nieuniknione.

Prokuratura Okręgowa w Gdańsku nie przeprowadzi śledztwa w sprawie tuszowania pedofilii księży przez hierarchów Archidiecezji Gdańskiej. Po emisji filmu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” zbadania sprawy w zawiadomieniu do prokuratury domagała się Anna Górska z partii Razem.

W dokumencie „Tylko nie mów nikomu” jest mowa m.in. o wykorzystywaniu seksualnym dziecka przez ks. Franciszka Cybulę, spowiednika Lecha Wałęsy. Cybula przed kamerą przyznał się do molestowania chłopca, wkrótce potem zmarł. O wykorzystaniu przez ks. Andrzeja Srebrzyńskiego z Kartuz opowiadał w filmie Marek Mielewczyk, który jako dziecko był przez niego gwałcony.

„Należy domniemać, że urzędnicy, funkcjonariusze i hierarchowie Archidiecezji Gdańskiej i Kurii Metropolitalnej w Gdańsku nie informowali stosownych organów ścigania o przestępstwach pedofilskich. Dodatkowo, w świetle informacji zawartych w filmie pt. „Tylko nie mów nikomu”, w Archidiecezji Gdańskiej i Kurii Metropolitalnej w Gdańsku miał miejsce proceder tuszowania wykorzystywania seksualnego małoletnich przez księży, poprzez przenoszenie ich między parafiami lub skłaniania ofiar do milczenia” – napisała w swoim zawiadomieniu Górska. W przesłanej do niej odpowiedzi prokuratura poinformowała w jednym zdaniu, że „odmówiono wszczęcia śledztwa w sprawie podejrzenia popełnienia przestępstw przez urzędników, funkcjonariuszy i hierarchów Archidiecezji Gdańskiej i Kurii Metropolitalnej w Gdańsku”.

„Bardzo dziękuję za wszystkie wyrazy wsparcia i modlitwy!!! Jestem pewny, że udowodnię swoją niewinność przed Sądem. Tymczasem… carpe diem! 🙂 Ps. Nazywam się Misiewicz, Bartłomiej Misiewicz. A nie Bartłomiej M… ;)” – tak brzmi jego pierwszy wpis po wczorajszym wyjściu z aresztu. – „Sugeruje pan, że Polska rządzona przez PiS jest państwem bezprawia, w którym niewinni siedzą pół roku w areszcie?” – kąśliwie zapytał jeden z internautów.

Pod wpisem Misiewicza pojawiło się mnóstwo komentarzy: – „Ale jak to. Kaucja była w złotówkach czy modlitwach?”; – „A ja jestem pewny, że nie udowodnisz… Carpe diem Bartłomieju, carpe póki czas”;

„Wierzymy tobie jak Macierewiczowi mówiącemu o zamachu w Smoleńsku”; – „A trzeba było iść do normalnej szkoły… i nie kozaczyć: „Czołem panie ministrze”; – „M. pozwala na zapomnienie, że ktoś taki w ogóle istniał. Apteka chyba nadal czeka na powrót ;-)”; – „Pisałeś już do Andrzeja o ułaskawienie?”.

„Ten Trybunał Konstytucyjny przestał posługiwać się prawem, tylko uprawia politykę. 8 lat byłem I Prezesem Sądu Najwyższego. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać z ministrem sprawiedliwości, premierem, jakimś innym przedstawicielem organów władzy poza sytuacjami oficjalnymi” – tak prof. Adam Strzembosz w TVN24 skomentował bliskie kontakty niektórych obecnych sędziów TK z politykami PiS. A o zażyłości z Julią Przyłębską mówił przecież prezes tej partii Jarosław Kaczyński. – „Kiedy byłem przewodniczącym KRS i jeden z moich zastępców zaczął się bardzo przyjaźnić z politykami, postawiłem sprawę ostro. Albo złożę rezygnację z przewodnictwa, albo on odejdzie ze stanowiska mojego zastępcy. Jego KRS zwolniła” – dodał prof. Strzembosz.

Były I Prezes Sądu Najwyższego skomentował opinię wydaną przez rzecznika generalnego Trybunału Sprawiedliwości UE, który uznał, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej, a sposób powoływania członków KRS ujawnia nieprawidłowości, które mogą zagrozić jej niezależności od organów ustawodawczych i wykonawczych. – „Wszystkie ostrzeżenia, jakie były kierowane do ministra sprawiedliwości, rządu, prezydenta były puszczane obok uszu, bo uważano, że to jest taka sprawa, którą we własnym zakresie się załatwi. Nie chcę myśleć, co się stanie, jeśli TSUE podzieli stanowisko rzecznika, a to wydaje mi się w wysokim stopniu prawdopodobne. Dla mnie Izba Dyscyplinarna nie jest częścią SN – jest sądem specjalnym, zakazanym w naszej Konstytucji poza sytuacją wojenną. Jeżeli będzie ostateczne orzeczenie TSUE, należałoby natychmiast znowelizować ustawę o KRS – wybrać do niej sędziów w sposób dotychczas nie tylko praktykowany, ale wynikający wprost z Konstytucji” – powiedział prof. Strzembosz.

Prof. Strzembosz odniósł się również do słów Zbigniewa Ziobry, który skrytykował opinię rzecznika TSUE, twierdząc, że jest ona „wewnętrznie niespójna i niekonsekwentna; sprowadza się do obrony patologii w polskim sądownictwie”. – „To niech on to wykaże. Od ministra sprawiedliwości można oczekiwać, że będzie się posługiwał metodami, instrumentami, których używa prawnik, a nie historyk czy geograf. To są takie opowiadania, za którymi nie stoi żadna analiza prawnicza. Opowiadania w Polsce i poza Polską, nie tylko przez ministra sprawiedliwości, że się próbuje naprawić wymiar sprawiedliwości. On nie jest naprawiany, on jest psuty” – uważa prof. Adam Strzembosz.

Obawiam się, że będzie tu głęboka przepychanka. I rząd będzie robił wszystko, żeby nie wykonać tych orzeczeń. I musimy mieć świadomość, że będzie w tym przypadku tak jak w sprawie wycinki Puszczy – albo wykonujecie postanowienia TSUE, albo płacicie ogromne kary i wtedy politycy pójdą po rozum do głowy – mówi sędzia Waldemar Żurek, były rzecznik i członek Krajowej Rady Sadownictwa, której kadencja została zakończona ze złamaniem konstytucji. Rozmawiamy nie tylko o opinii rzecznika TSUE, ale też o poziomie praworządności w Polsce. Pytamy też, czy opinię przyjął z satysfakcją. – Przyznam, że tak, bo to znaczy, że miałem rację i walczę w słusznej sprawie i te wszystkie koszty, które ponoszę, zwłaszcza te, które ponosi moja rodzina, nie idą na marne. Moja żona, dzieci, moi dziś starzy i schorowani rodzice bardzo martwią się tym, co oglądają. Moja rodzina, gdy słucha tych orzeczeń TSUE, też wie, że miałem rację, i dla mnie to bardzo ważne – mówi

JUSTYNA KOĆ: „Sposób powoływania członków KRS ujawnia nieprawidłowości, które mogą zagrozić jej niezależności od organów ustawodawczych i wykonawczych” – stwierdził w opinii rzecznik TSUE. Spodziewał się pan takiego orzeczenia?

SĘDZIA WALDEMAR ŻUREK: Przewidywaliśmy, że takie będzie stanowisko rzecznika. Mamy zresztą ostatnio ciąg zdarzeń, które dotyczą polskiego wymiaru sprawiedliwości w TSUE. Ostatnio o sędziach SN, które poprzedziły działania przedstawicieli rządu i które dodatkowo skompromitowały nasz kraj. Te wypowiedzi mające wyłączyć przewodniczącego Trybunału, które miały miejsce, nie mieszczą się w ramach kultury prawnej UE. To wszystko plasuje nas na mapie Europy jako kraj nieprzewidywalny. To wyjątkowo przykre dla mnie, bo przez wiele lat mieliśmy dobrą opinię, na równi ze starymi państwami Unii. Mimo tych kuriozalnych zachowań przedstawicieli polskiego rządu okazało się, że

TSUE nie dał się ograć i kolejne nowelizacje ustawy o SN nie zamydliły oczu sędziom w Trybunale.

Dla mnie to było oczywiste, że każde państwo może regulować wewnętrzne prawo, o ile nie wkracza w zagadnienia niezawisłości sędziowskiej, bo sędzia polski jest sędzią europejskim. Trybunał wyraźnie to powiedział i podkreślił, jak ważna jest gwarancja  niezawisłości sędziego. Sędzia w Polsce jest także sędzią unijnym, zatem nie sądzi tylko Polaków, ale i każdego obywatela UE, który się przemieszcza, ma swobodę zamieszkania, podejmowania pracy na terenie całej Unii.

Podobną opinię rzecznik TSUE wydał odnośnie do Izby Dyscyplinarnej, która jego zdaniem nie spełnia wymogów sądu.
Tu także nie ma żadnego zdziwienia co do tego opinii rzecznika generalnego. Ewidentnie Izba Dyscyplinarna jest powołana przez jedną opcję polityczną. To organ dramatycznie upolityczniony. Nie ma tu mowy nie tylko o równowadze władz konstytucyjnych, ale także władzy sądowniczej, bo przecież Izba Dyscyplinarna została wyłączona spod normalnej administracyjnej władzy I Prezesa SN. Mamy nadzwyczajną Izbę z politycznymi nominatami jednej partii, która ma na celu szykanowanie sędziów broniących niezawisłości. Co prawda ten pomysł poparł też Kukiz ’15; pamiętam wypowiedź posłanki Ścigaj z tej partii, która tłumaczyła, że ich kandydaci do KRS „to są ci, którzy będą realizować program Kukiz ’15”, co oznacza całkowite niezrozumienie tego, o co chodzi w sądownictwie. Środowiska prawnicze łapały się za głowę, jak to słyszały.

W KRS muszą być niezależni sędziowie, którzy będą umieli i mogli postawić tamę upolitycznianiu sądownictwa i będą dokonywać merytorycznych wyborów najlepszych kandydatów na sędziów. Inaczej wchodzimy w model państw autorytarnych. Przecież w państwach autorytarnych też jest sądownictwo, ale całkowicie podporządkowanie jednowładzy.

Wprowadzone u nas zmiany szły w tym kierunku i trzeba się tylko cieszyć, że jesteśmy członkiem UE, która te zakusy blokuje.

Rząd podporządkuje się wyrokowi TSUE, jeśli będzie zgodny z opinią rzecznika?
Na razie słyszałem pana Piotrowicza, byłego prokuratora stanu wojennego, który pokrzykiwał, że będą bronić neo-KRS i nie będą respektować orzeczenia. Takie sugestie to całkowite niezrozumienie sytuacji. Albo jesteśmy członkiem Unii, albo nie. Tu nie ma półśrodków. UE na pewno nie pozwoli, żeby w środku wspólnoty jakieś państwo miało upolitycznione sądownictwo. Nie może być tak, że jeden z krajów bierze tylko pieniądze unijne, ale nie respektuje wartości UE i zapisów traktatowych.

Zatem trzeba będzie zmienić zasady powoływania członków do KRS i wymienić obecny skład, a może najprostszym sposobem będzie przywrócenie starej KRS?
Ja napisałem kiedyś taki artykuł „Nie dzielmy skóry na niedźwiedziu”, więc odsyłam po szczegóły do niego. Są różne scenariusze naprawy. Jest np. projekt społeczny sędziów z Iustitii, który mówi o tym, jak można zgodnie z konstytucją zreformować KRS. Jest tam mowa m.in. o parytecie liczby sędziów sądów rejonowych i to jest moim zdaniem jedyny temat do dyskusji.

Według mnie warto przywrócić starych członków KRS, zwłaszcza że większość członków KRS, w którym ja zasiadałem, kończyło kadencję. Mnie skrócono jedynie o kilkanaście dni i nie byłem tu jedyny. Tu chodzi o zasady przywracania ładu konstytucyjnego.

Należy przywrócić starą KRS, aby zadość stała się prawu, i przygotowywać zmiany w zgodzie z konstytucją.

Gdy naturalnie zwolnią się miejsca w KRS w ciągu 1-2 miesięcy, można je będzie obsadzić według nowego prawa.

Projekt Iustitii zakłada też wprowadzenie tzw. Rady Społecznej, czyli grupy obywateli, która będzie mogła zasiadać przy Radzie z głosem doradczym. Dzięki temu byłaby też większa dostępność społeczeństwa do wiedzy, do tego, co robi KRS, dlaczego i według jakich przepisów i zasad. Jestem za pełną otwartością. Jedyny przepis, który udał się ministrowi Ziobrze, to transmisje obrad w sieci. Niestety, neo-KRS utajnia wybrane przez siebie kandydatury. Czyżby ukrywano nepotyzm? Jasne, że w kwestii stanu zdrowia czy dóbr osobistych tę jawność można wyłączyć, ale nie przy procedurze wyboru. Wprowadziłbym także jawność z przesłuchań kandydatów, bo to pokazuje poziom tych osób, dlaczego wybieramy Kowalskiego, a nie Nowaka.

Ten neo-KRS w mojej ocenie jest nie do uratowania i zreformowania. Ponadto osoby, które brały czynny udział w łamaniu konstytucji, nie mają moralnego prawa do piastowania takich funkcji w demokratycznym państwie prawa.

Gdyby dostał pan propozycję dokończenia kadencji i powrotu do KRS, to by się pan zgodził?
Ten okres w KRS to czas bardzo ciężkiej i stresującej pracy. Ja nie tęsknię za funkcjami, natomiast uważam, że jeżeli stanie się to koniecznością, to jestem gotowy, mimo że mam różne plany zawodowe i prywatne.

Należy wrócić do tego punktu wyjścia po to, aby pokazać, że przywracamy stan praworządności. To się da zrobić zwykłą ustawą.

Wystarczy wrócić na przerwane kadencje członków Rady, w moim przypadku to 12 dni. Potem w zgodzie z konstytucją powołać nowych członków na zasadach nowej ustawy, ale to musi odbyć się według zasad państwa prawa. Procedowanie musi być normalne, a nie jakiś niby projekt pseudoposelski, choć wiadomo, że napisany został w ministerstwie, tylko dlatego, żeby przepchnąć go bez konsultacji społecznych.

Niestety, obawiam się, że będzie tu głęboka przepychanka. I rząd będzie robił wszystko, żeby nie wykonać tych orzeczeń. I musimy mieć świadomość, że będzie w tym przypadku tak jak w sprawie wycinki Puszczy – albo wykonujecie postanowienia TSUE, albo płacicie ogromne kary i wtedy politycy pójdą po rozum do głowy.

Długo był pan na pierwszej linii frontu walki o niezależne sądy. Spotkał się pan z ogromną falą hejtu i pomówień. Czy w tym zakresie będzie się pan domagał sprawiedliwości?
Prowadzę kilka spraw, które są sprawami o zasady i dotyczą nie tylko mnie, ale szeregu sędziów. To m.in. sprawa o mobbing i bezprawne odwoływanie z pomięciem różnych opinii niezbędnych organów sądów i przerzucenie mnie do innego wydziału. Takich przypadków jest wiele i z mojej strony nie będzie ustępstwa, bo prawo nie może ustępować bezprawiu. Pozostałe to sprawy w Sądzie Najwyższym, m.in. sprawa odwołania do neo-KRS z tytułu przeniesienia, i wreszcie sprawy dyscyplinarne, których mam dwie.

Nie odpuszczę, chociaż mam świadomość, że żyjemy obecnie w kraju, w którym prawo nie jest respektowane.

Podjąłem też sprawę w kwestii ukrócenia najbardziej hejtujących, kłamliwych tekstów na portalach społecznościowych.

Jest też wypowiedź pani prof. Pawłowicz przy okazji problemów z kołem jednego z członków neo-KRS. Pani Pawłowicz skomentowała, że dokonano zamachu na sędziego i że ja jestem odpowiedzialny za ten „zamach” i mam „krew na rękach”. To skandaliczna wypowiedź naruszająca w sposób ewidentny moje dobra osobiste. Minister Jaki nawiązał też w jednym z  wywiadów do moich spraw osobistych w sposób kłamliwy. Poszło wezwanie do przeproszenia i zobaczymy, jak ta sprawa się rozwinie, ale szczerze powiem pani, że gdybym reagował na wszystkie tego typu hejterskie i kłamliwe zachowania, to nie miałbym czasu na nic innego.

Czuje pan satysfakcję po opinii rzecznika TSUE?
Przyznam, że tak, bo to znaczy, że miałem rację i walczę w słusznej sprawie i te wszystkie koszty, które ponoszę, zwłaszcza te, które ponosi moja rodzina, nie idą na marne. Moja żona, dzieci, moi dziś starzy i schorowani rodzice bardzo martwią się tym, co oglądają. Moja rodzina, gdy słucha tych orzeczeń TSUE, też wie, że miałem rację, i dla mnie to bardzo ważne.

Czy „lepszy sort” zdaje sobie sprawę, że po orzeczeniu TK w niektórych sklepach, instytucjach i urzędach także i on może się spotkać z odmową obsługi?

Dopiero co pan prezydent na wizycie „czwartej kategorii” w USA promował tam Polskę jako światowego lidera wolności. Nieco na wyrost, ale w sumie cóż znaczą te niespełna dwa tygodnie różnicy. Bo nareszcie „mamy to”! Mamy orzeczenie tak zwanego Trybunału Konstytucyjnego w sprawie wolności dla każdego Kowalskiego. Wolności sumienia, mianowicie.

Do tej pory taka wolność była tylko dla elit, a konkretnie to wyłącznie dla lekarzy ginekologów. Ale teraz to już każdy może poczuć się wolny we własnym kraju.

Prosta magister, a przecież tak zwana prezes tak zwanego TK dała radę naprawić błędy wszystkich poprzednich składów sędziowskich i uwolniła od kary pewnego drukarza, któremu sumienie nie pozwoliło obsłużyć klienta ze względu na treść jego zamówienia. Fakt, że prawo było dotąd dla takich Kowalskich po prostu nieludzkie, nakładając na usługodawców, pracodawców i w ogóle na wszystkich, w tym drukarzy, obowiązek równego traktowania klientów, petentów, pacjentów i w jakiej tam jeszcze roli nie występujemy w urzędach, sklepach czy instytucjach publicznych.

No, a przecież do sklepu mógł wejść taki – z przeproszeniem – muzułmanin i zakupić fajerwerki, płacąc petrodolarami. Skromna panienka, co wyskoczyła z Mordoru na szybki Seks na Plaży. Jakiś lewak po „Newsweek” albo liberał po „Politykę”. Ewentualnie – po ocet i zapałki – Nowak „gorszego sortu”. I co wtedy? Zbyć albo nie zbyć, oto jest pytanie! Teraz dzięki pani tak zwanej prezes nareszcie nastały czasy prawdziwej wolności. Więc wolno już (chyba?), jak w Ameryce, wywiesić na drzwiach tabliczkę: „Psom i Irlandczykom wstęp wzbroniony!”?

Fakt, że za oceanem takie tabliczki wieszano przed stuleciem, więc każdy może sobie łatwo policzyć, ile to konkretnie lat jesteśmy – względem wolności – „za Murzynami”, ale lepiej późno, niż wcale. Poza tym Amerykę nie tylko dogoniliśmy, ale i prześcignęliśmy, bo u nich za taką tabliczkę można teraz trafić do paki. Więc to tu, nad Wisłą, bije teraz prawdziwe źródło wolności! A przy tym nasze tabliczki są znacznie bogatsze w treści. Miejsce „psów i Irlandczyków” może bowiem na nich zająć dobrych kilka kategorii osób nieobsługiwalnych, od LBGT po Żydów, ateistów, przyjaciół Sorosa, właścicieli mediów polskojęzycznych i wyznawców Latającego Potwora Spaghetti.

Niestety, istnieje niebezpieczeństwo, że w niektórych sklepach, instytucjach i urzędach z odmową obsługi może się również spotkać „lepszy sort”. Bo ta wolność – cóż poradzić – dla wszystkich. No ale z drugiej strony dotyczy ona – jak wskazuje nazwa – sumienia, tymczasem liberałowie, lewacy i gorszosortowcy sumienia nie posiadają z definicji. Podobnie jak prawdziwej wiary, a przecież prawo do „klauzuli” ma – w założeniu – chronić wyłącznie sumienia ludzi wierzących. Tak to – przynajmniej – wyjaśnił przedstawiciel Ministerstwa Sprawiedliwości w programie Moniki Olejnik.

Drukarz – jego zdaniem – miał prawo odmówić wykonania zlecenia, jest bowiem żarliwym katolikiem, a według KK – LGBT to grzech. No, a zmuszać człowieka do grzechu, to trzeba nie mieć sumienia… Jak rozumiemy, podstawą do bezkarnego korzystania z prawa do wolności jest tu kategoria grzechu właśnie. Znaczy – mamy prawo powiedzieć nasze stanowcze „nie”, ale wyłącznie grzesznikom.

Problem, co z wierzącymi z obozu „anty-PiS”, a są i tacy. Bo weźmy – na przykład – „mówienie fałszywego świadectwa”. Kłamstwa wprost zakazuje ósme przykazanie. Kłamca to grzesznik, niemiły sumieniu prawdziwego chrześcijanina. Jako takiemu, w myśl wykładni tak zwanego TK, wolno mu – chyba – odmówić obsługi? Bo wszak każdy kłamca to – według Pisma – uczeń największego z nich – Szatana.

Tylko więc patrzeć, jak na kancelariach, gabinetach, muzeach i kawiarniach na Krakowskim Przedmieściu pojawią się tabliczki – polityków partii rządzącej nie obsługujemy (podstawa prawna: orzeczenie tzw. TK).

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Z życia pasqud: Pislam

27 Czer

Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej ustanowionych prawem Unii – głosi opinia rzecznika generalnego unijnego Trybunału Sprawiedliwości.

Opinia rzecznika generalnego unijnego Trybunału Sprawiedliwości jest odpowiedzią na pytania Sądu Najwyższego, który wyrażał wątpliwości co do niezależności KRS i wyłonionej przez nią Izby Dyscyplinarnej.

Analiza prawna rzecznika generalnego to tylko sugestia dla Wielkiej Izby Trybunału. Może ona wziąć ją pod uwagę, ale nie musi. W większości przypadków sędziowie posiłkują się opiniami przygotowując werdykty. Orzeczenia w tej konkretnej sprawie należy się spodziewać za kilka, kilkanaście tygodni.

Izba nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej

„Istnieją uzasadnione podstawy do tego, by obiektywnie wątpić w niezależność Izby Dyscyplinarnej” – napisał rzecznik generalny unijnego Trybunału Sprawiedliwości. W jego opinii czytamy, że Izba nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej, ponieważ organ ją powołujący, czyli Krajowa Rada Sądownicza, jest w całości uzależniony od władzy wykonawczej i ustawodawczej. Takie argumenty podnosiła podczas dwóch rozpraw w Trybunale także Komisja Europejska, oraz adwokaci inicjatywy „Wolne Sądy”, pełnomocnicy sędziów Sądu Najwyższego, negatywnie zaopiniowanych przez Izbę Dyscyplinarną.

Argumentowali oni, że Krajowa Rada Sądownictwa jest wybierana przez większość sejmową, a nie przez środowiska sędziowskie, co nie gwarantuje niezależności. Z tymi zarzutami nie zgadzali się pełnomocnicy polskiego rządu, przedstawiciele Krajowej Rady Sądownictwa i Prokuratury Krajowej. Nazwali je kuriozalnymi i podkreślali, że KRS została wybrana zgodnie z prawem, że nie ma wątpliwości co do legalności, czy niezawisłości i to samo dotyczy Izby Dyscyplinarnej.

Falę gniewnych komentarzy wywołał poranny wpis Lecha Wałęsy na Facebooku. Były prezydent RP opublikował zdjęcie zniszczonej szyby w jego biurze, komentując krótko: „poranek z kamieniem”.

Lech Wałęsa ma swoje biuro na drugim piętrze Europejskiego Centrum Solidarności. Szyba została zniszczona w pomieszczeniu, zajmowanym zwykle przez pracowników jego biura. Były prezydent przyjmuje gości w sąsiednim pomieszczeniu.

„Prowadzone są czynności wyjaśniające m.in. z ochroną budynku” – powiedział Onetowi – Marek Kaczmar z Instytutu Lecha Wałęsy.

„Takie klimaty są teraz w Polsce, brak szacunku do wszystkich którzy inaczej myślą”; „Panie Prezydencie. To znaczy że nadal jest Pan ważną figurą której trzeba sie bać” – piszą m.in. użytkownicy Facebooka.

Niektórzy zastanawiają się: „Ciekawe czy na Żoliborzu też latają kamienie? Ale podejrzewam, że nim taki kamień doleci, to już leci grupa policjantów i kilkunastu ochroniarzy”.

Filmy Patryka Vegi słyną z brutalnego języka i wstrząsających scen. Jego nowy film „Polityka” – co chętnie sam sugeruje poprzez stopniowe ujawnianie ściśle strzeżonych informacji – może przekroczyć wszelkie granice, bo pokazuje postacie wzorowane na politykach z pierwszych stron gazet. Jak ujawnił portal Fakt24, reżyser sugeruje np. erotyczne fascynacje postaci wzorowanych na Antonim Macierewiczu i szefie jego gabinetu Bartłomieju M. Premiera filmu planowana jest na 6 września. Postać wzorowaną na Macierewiczu zagra Janusz Chabior, Bartłomieja M. natomiast Antek Królikowski.

Wielką zażyłość filmowego szefa MON ze swym podwładnym, pokazaną w filmie, Vega opiera na rzetelnym riserczu. – Przez 18 miesięcy prowadziłem dokumentację, rozmawiałem z wieloma politykami. Oni opowiedzieli mi o kulisach tej relacji. Dlatego pokażę w filmie fascynację między ministrem a jego podwładnym – mówi reżyser. Jak pamiętamy, relacja Bartłomieja M. i Macierewicza od początku wywoływała wiele plotek. Młodzieniec z podwarszawskiej apteki stał się nagle jedną z najważniejszych postaci w polskiej polityce. Do czasu. Ostatecznie został wyrzucony z PiS, potem stanowisko stracił jego promotor, a w końcu Misiewicz trafił do aresztu, podejrzany o przestępstwa korupcyjne.

Tadeusz Cymański, poseł klubu PiS z przecieków wysnuwa wniosek, że film Vegi to „przekroczenie pewnego Rubikonu”. Jak deklaruje, sfera intymna ludzi polityki nie powinna być przedmiotem takich filmowych działań i broniłby w tej sprawie dobra polityka, niezależnie od przynależności partyjnej. Aneta Wrona, specjalistka do spraw wizerunku, pytana przez portal Fakt24 nie ma wątpliwości, że taktyka, przyjęta przez reżysera jest genialna. Oto dzięki niej o filmie pisze się i mówi, choć ten jeszcze nie powstał. Jej zdaniem wcale nie jest oczywiste, jaki będzie wpływ filmu na życie polityczne kraju.

Jarosław Kaczyński jest natomiast przekonany, że film został zaplanowany jako cios w jego partię. – Mamy do czynienia z przygotowaniem do wielkiego hejtu. Ma nas pokazać jako złych. W nieoficjalnych rozmowach politycy PiS nie krył przekonania, że „ktoś Vegę kupił”.

„Idziemy w zupełnie innym kierunku niż reszta państwa europejskich. Co to jest, jak nie Polexit w faktach czy zachowaniach? Do takich myśli skłania mnie to orzeczenie” – tak postanowienie Trybunału Konstytucyjnego ws. drukarza, który odmówił wydrukowania plakatów fundacji LGBT, skomentowała w TOK FM prof. Ewa Łętowska. Trybunał orzekł, że „karanie za odmowę świadczenia usług umyślnie bez uzasadnionej przyczyny stanowi ingerencję w wolność podmiotu świadczącego usługi, w szczególności w prawo do postępowania zgodnie z własnym sumieniem”. TK uwzględnił tym samym wniosek złożony przez Zbigniewa Ziobrę.

Była Rzecznik Praw Obywatelskich i sędzia Trybunału Konstytucyjnego stwierdziła, że jest „zasmucona takim rozstrzygnięciem TK”. – „W praktyce oznacza to mniej więcej tyle, że przyznaliśmy klauzule sumienia wszystkim usługodawcom. Boję się, że za chwilę powstaną apteki tylko dla katolików czy hotele tylko dla ludzi rasy białej. Bo każdy usługodawca powie, że nie będzie obsługiwać tych, którzy mu się nie podobają, mają inny kolor skóry, inaczej mówią” – podkreślała w TOK FM.

Według prof. Łętowskiej, „mamy do czynienia z obniżeniem standardów walki z dyskryminacją”. – „Takie orzeczenie TK może doprowadzić do tego, że osoby nietolerowane czy społecznie nielubiane, będą spotykały się odmową udzielenia świadczeń, których inne osoby nie miałyby problemy uzyskać. Ubolewam nad tym, bo prawo powinno minimalizować liczbę tego typu konfliktów, a takie rozstrzygnięcie tylko je zwiększy. Więcej spraw będzie trafiać do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu” – podsumowała była sędzia TK.

Kilka dni temu Waldemar Mystkowski pisał o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

PiS argumentował, że organizacja wymiaru sprawiedliwości należy do kompetencji krajów unijnych. Owszem, twierdzi TSUE, ale musi być zachowane dotrzymanie zobowiązania wynikające z prawa unijnego, mianowicie prawo do skutecznej ochrony sądowej, czyli niezależności sądownictwa. TSUE rozumie nieusuwalność sędziów jako gwarant ich niezawisłości.

Zauważmy, że TSUE wydał wyrok po skardze wniesionej przez Komisję Europejską, która dotyczy polskiej ustawy z lipca 2017. PiS z części zarzutów KE się wycofał, zmienił przepisy, ale mimo to wyrok TSUE podtrzymuje zarzuty KE, bo nie wszystkie problemy zostały rozwiązane.

Dlaczego TSUE wydaje taki wyrok? Po pierwsze, to bojaźń, iż dojdzie do recydywy i ponownego złamania prawa unijnego w kwestii niezależności sędziów w Polsce, a po wtóre opinia TSUE o władzy PiS jest fatalna. Można to porównać z wyrokiem dla recydywisty, któremu odwiesza się wyrok za poprzednie przestępstwo.

Ważny jest inny kontekst tego wyroku, mianowicie za trzy dni wydana zostanie opinia przez rzecznika generalnego TSUE w sprawie neo-KRS, która w obecnym kształcie jest batem na sędziowską niezależność.

Można zatem stwierdzić, iż polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom. Wiemy jednak, że Jarosław Kaczyński chce je podporządkować sobie. Jakie zatem ma wyjście? Jeżeli prezes PiS nie podporządkuje się wyrokom TSUE i będzie postępował z ustawami tak, jak dotychczas, stanowiąc prawo wbrew unijnym standardom, zapisanym w Traktacie o UE, to będzie oznaczało faktyczny Polexit.

A może jest tak, iż Kaczyński już zadecydował o Polexicie? Kwestią pozostaje jego forma i za pomocą jakiej argumentacji Polska ma być wyprowadzona z UE.

Upisowienie mediów, czyli krętactwo z repolonizacją

23 Czer

Kiedy Rzecznik Praw Obywatelskich, Adam Bodnar wskazał na nieprawidłowości, które miały miejsce podczas zatrzymania Jakuba A., 22-latka podejrzanego o zamordowanie kilkuletniej Kristiny, spotkał się krytyczną oceną ze strony prawicowych polityków.

Wśród nich znalazła się szefowa MSWiA, Elżbieta Witek, która stwierdziła m.in., że „sąd, decydując o areszcie dla oskarżonego, nie dopatrzył się żadnych naruszeń ze strony policji.”

Sedno tkwi w tym, że zgodnie z art, 246 kpk. są wydając nakaz aresztowania nie poddaje ocenie prawidłowości zatrzymania, o czym nowa minister nie zdążyła pewnie doczytać.

Prof. Magdalena Środa wypowiada się ws. Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara, który jest atakowany przez środowisko prawicowe, rządowe.

„Jeśli te przepisy wejdą w życie, nikt o zdrowych zmysłach nie zaryzykuje swojej wolności, by pomóc pacjentowi. Nam, położnikom, będzie groziło 15 lat więzienia, jeśli umrze matka i dziecko. To może się przydarzyć mnie albo mojemu koledze, to jest loteria” – tak między innymi mówił lekarz, Wojciech Chróściel, o rządowych poprawkach Kodeksu karnego.

Poprawiony kodeks, który w tej chwili czeka na podpis prezydenta Dudy, został w pośpiechu przegłosowany przez Sejm i wszystko wskazuje na to, że posłowie nie zapoznali się dokładnie ze zreformowanym tekstem. W założeniu większość naniesionych poprawek dotyczy zaostrzenia kar dla przestępców. „Po zmianach sądy mają karać surowiej i częściej wysyłać za kraty. By osiągnąć cel, resort sprawiedliwości rozszerza podstawowy wymiar kary więzienia z 15 do 30 lat i zaostrza sankcje za liczne przestępstwa.”

Reforma Kodeksu karnego wzbudziła wiele kontrowersji w środowisku prawniczym, które wskazuje na wiele błędów. Sprzeciw wyrazili także lekarze, którzy nie zgadzają się ze zmianami w art. 155 kk, który dotyczy nieumyślnego spowodowania śmierci. Do tej pory „za takie przestępstwo kodeks przewiduje karę od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia. W swojej reformie Ziobro podwyższył ją dwukrotnie – kara ma wynieść od roku do 10 lat, a jeśli umrze więcej niż jedna osoba – do 15 lat.”Środowiska lekarskie twierdzą, że przy tych zmianach żaden z lekarzy nie zaryzykuje własnej wolności w walce o życie pacjenta.

Naczelna Izba Lekarska skierowała pisemny protest do ministra sprawiedliwości i prezydenta: „nie dostaliśmy projektu do konsultacji, a ta sprawa może mieć bardzo negatywne skutki dla całego systemu ochrony zdrowia.”

Pod naciskiem lekarzy minister Ziobro zdecydował się na wprowadzenie autopoprawki do jeszcze nie podpisanej przez prezydenta nowelizacji Kodeksu karnego. Być może nie będzie to jedyna poprawka do zreformowanego Kk, który według prawników pełen jest „błędów i niespójnych sankcji.” Jedna ze zmian wprowadza bezwzględne dożywocie, które Europejski Trybunał Praw Człowieka uznaje za nieludzkie traktowanie, a zdaniem papieża Franciszka jest to „ukryta kara śmierci.” Sędzia upolitycznionej KRS Leszek Mazur wyraził nadzieję, że prezydent Duda podda tę nowelizację konstytucyjnej kontroli, bo jego zdaniem podczas pośpiesznego przyjmowania jej przez Sejm, doszło do złamania regulaminu.

Do końca 2020 r. 44 proc. pielęgniarek będzie miało prawo przejść na emeryturę. Z danych Naczelnej Izby Pielęgniarek wynika, że sytuacja ta będzie dotyczyć prawie 103 tys. osób w całym kraju! Nasz system ochrony zdrowia osiągnął zatem moment, kiedy w praktyce oparty jest na pracy w znacznej mierze emerytów. Oznacza to, że każdego roku przejście choćby części uprawnionych  na emeryturę doprowadzi do zapaści systemu. Nie mamy bowiem fizycznie możliwości zastąpienia opuszczających rynek pracy pielęgniarek. Jak podkreśla Zofia Małas, prezes Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych: “Co roku dyplomy otrzymuje ok. 5 tysięcy pielęgniarek i położnych, a żeby je zastąpić, musielibyśmy co roku na studia pielęgniarskie przyjmować 8 tysięcy osób”. Sytuacja w kolejnych latach będzie się zatem pogarszać do tego stopnia, że moment krytyczny możemy osiągnąć już w ciągu najbliższych dziesięciu lat. Bez radykalnych działań jesteśmy zatem na prostej drodze do katastrofy.

Wśród lekarzy sytuacja nie jest jednak istotnie lepsza. Już dziś aż 17%  pracujących lekarzy osiągnęło wiek emerytalny, podczas gdy blisko 31% pielęgniarek skończyło 60 lat.

W wyniku emigracji i rosnącego niedoboru kadr doszło do tego, że w 2017 r. średnia wieku lekarza osiągnęła 52 lata. W systemie wciąż pracuje 4400 lekarzy w wieku od 66 do 70 lat, oraz aż 6,5 tys. w wieku powyżej 71 lat.

Powyższe dane mają odzwierciedlenie w nastrojach pracodawców. Przygotowany na zlecenie Polskiej Federacji Szpitali raport Manpower Life Science pokazał, że 72% szpitali zgłosiło, że brakuje im pielęgniarek wszystkich specjalizacji, a 68%,  że potrzebują lekarzy.

Widać zatem wyraźnie, że kryzys kadrowy w systemie ochrony zdrowia nie jest pieśnią przyszłości, ale jest już teraz i to w skali wręcz ogromnej. Tymczasem mimo ewidentnego zagrożenia dla podtrzymania jakości opieki nad polskim pacjentem w debacie publicznej temat jest nieobecny. Pieniędzy na reformę nie ma, rząd stosuje nawet sztuki statystyczne, aby zaniżać budżet NFZ, co zabrało z funduszu w tym roku aż 7 mld zł. Kiedy w obliczu kampanii wyborczej PiS okazuje się, że mamy środki na festiwal obietnic i “piątkę Kaczyńskiego”, to mało osób zdaje sobie sprawę, że za programy socjalne płacimy w znacznej mierze zdrowiem naszych rodziców i dziadków. Życie bowiem nie znosi próżni. Każda wydana złotówka na jeden cel oznacza złotówkę mniej na inne potrzeby. Niski standard usług publicznych jest tym wymiarem, który najwięcej mówi o błędnych priorytetach naszego państwa, za które jednak przyjdzie nam zapłacić wysoką cenę.

W tej kadencji rządzącym nie udało się spacyfikować i przejąć wszystkich prywatnych mediów. Zapowiadają, że zrobią to po wyborach.

Nie odkrył wielkiej tajemnicy wicepremier Jarosław Gowin, zapowiadając, że tzw. „repolonizacja” mediów jest zadaniem na następną kadencję. Dla uważnych obserwatorów jest oczywiste, że gangsterskie metody sprawowania władzy i przekształcanie Polski w państwo mafijne, czego przedsmak mieliśmy w minionych czterech latach, nasili się po ewentualnym (nie daj Boże!) przedłużeniu przez partię Jarosława Kaczyńskiego mandatu na kolejne cztery lata. Gowin powiedział więc rzecz dość banalną, ale wywołał tym zakłopotanie w szeregach „dobrej zmiany”, która ze względów taktycznych przed wyborami próbuje dziś udawać łagodną i praworządną owieczkę.

„Dzisiaj nie ma w ogóle mowy na ten temat, nie ma takich planów, nie ma żadnego projektu ustawy”– zakomunikował szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michał Dworczyk. „Zwracam uwagę na to, że uczciwość mediów, obiektywność mediów jest fundamentem demokracji. Ja bardzo lubię być krytykowany, ale to szaleństwo, które dzieje się w niektórych mediach jest godne ubolewania” – żalił się Morawiecki na antenie radia RMFUspokajająco dodał jednak, że „Nie ma dzisiaj konkretnych planów dotyczących repolonizacji mediów w Polsce”. Szef kancelarii premiera Marek Suski był nieco ostrożniejszy w zaprzeczeniach. „Repolonizacja mediów to jest kwestia dyskusji” – oświadczył i dodał: „To jest jednak sprawa dobrych stosunków z innymi krajami, które inwestują w Polsce. W Unii Europejskiej jest pewien procent ograniczenia zagranicznej prasy w danych krajach. Jesteśmy w UE i chcemy mieć podobne przepisy i podobną strukturę mediów jak w innych krajach Unii. To nie jest nic nadzwyczajnego”.

Suski oczywiście skłamał, ponieważ Unia jest jednolitym obszarem gospodarczym i nie ma w niej żadnych ograniczeń dla prowadzenia biznesu medialnego przez podmioty z jednego kraju UE w innym kraju UE. Przeciwnie: sprzeczne z prawem unijnym byłyby jakiekolwiek restrykcje. Dlatego nawet we Francji, gdzie prawo ogranicza udział właścicieli zagranicznych w prowadzeniu mediów, podmioty z UE są z tych przepisów wyłączone.

W licznych wystąpieniach publicznych członkowie PiS-owskiej „rodziny” pomstują, że zagraniczni, czyli w praktyce niemieccy właściciele polskich gazet rzekomo ręcznie nimi sterują. Np. Suski kłamał w TVP tak: „Zagraniczne koncerny, które wykupiły naszą prasę, z zagranicy dostawały instrukcje, w jaki sposób atakować rządzących”. Jednak nawet gdyby to łgarstwo PiS-owskiego aparatczyka było prawdą, to i tak rządzący nie mogliby wyrugować z polskiego rynku prasowego obecnych tu niemieckich koncernów. Prawo unijne na to nie pozwala.

Celem „repolonizacyjnego” ataku mogłyby zatem być tylko media znajdujące się w ręku właścicieli spoza UE, czyli w praktyce TVN będąca własnością amerykańskiej Discovery. Tu jednak problemem są dwustronne stosunki reżimu Kaczyńskiego z administracją Trumpa. To właśnie miał na myśli Suski, wypowiadając cytowane powyżej zdanie: „To jest sprawa dobrych stosunków z innymi krajami, które inwestują w Polsce”. Już w tej kadencji rządzący przymierzali się do zamachu na TVN, ale interwencja amerykańskiej ambasador Georgette Mosbacher przywołała ich do porządku.

Zapewne więc, tak jak poprzednio, pomysł „repolonizacji” mediów zostanie zastąpiony ideą ich „dekoncentracji”, czyli przymusowego podziału i przejęcia.

Pod koniec września posłanka PiS, członkini Rady Mediów Narodowych Joanna Lichocka stwierdziła, że „Ministerstwo Kultury opracowuje projekt, który zakłada dekoncentrację własności mediów w poszczególnych segmentach. Chcę zapewnić, że z tego projektu nie rezygnujemy. Dekoncentracja mediów jest w programie PiS. Natomiast to, kiedy projekt wejdzie pod obrady rządu, jest decyzją polityczną. Nie łudźmy się, to oznacza kolejny duży konflikt. Również może oznaczać konflikt na linii Polska – Unia Europejska” – powiedziała. Dlatego „moment, kiedy będzie można wyjść z tym projektem, musi być szczególnie starannie wybrany”.

Wszystko jasne?

Dla sprawującej władzę „rodziny” medialnym ideałem jest dyspozycyjna TVP, która łamiąc ustawę medialną spełnia polityczne zamówienia i uczestniczy w propagandowych kampaniach na rzecz władzy. Ostatnim przykładem był jej udział w widowisku, jakie zrobiono z zatrzymania człowieka podejrzanego o zamordowanie 10-letniej Kristiny. Gdy rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar skrytykował policję za stosowanie nieproporcjonalnych środków i nierespektowanie praw ludzkich podejrzanego, TVP przypuściła na niego atak według najlepszych wzorów propagandy moczarowskiej czy bolszewickiej.

Celem, jaki PiS stawia sobie na drugą kadencję, jest doprowadzenie do sytuacji, w której także prywatne telewizje, stacje radiowe oraz gazety biorą udział w takich kampaniach i wykonują instrukcje płynące od „rodziny”.

O tym, jak to może w praktyce wyglądać, napisał węgierski socjolog Bálint Magyar w książce „Węgry. Anatomia państwa mafijnego”. Jej polskie wydanie zawiera w podtytule pytanie: „Czy taka przyszłość czeka Polskę?”.

Idąc jesienią do urn, musimy zrobić wszystko, by odpowiedź na to pytanie brzmiała: „Nie!”.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Więcej >>>

Jak pokonać PiS i Kaczyńskiego?

18 Czer

Dlaczego nikt nie rozważa takiego scenariusza?

A dlaczego nikt nie rozważa takiego scenariusza, na zwycięstwo demokratów w wyborach parlamentarnych?

Donald Tusk już teraz, jutro, za tydzień, składa swoj urząd w Radzie Europejskiej, wraca do Polski i przejmuje kierownictwo polityczne nowej Koalicji Demokratycznej (PO, Nowoczesna, miejmy nadzieję że też PSL i Wiosna). Jeździ po całym kraju, wygłasza swe świetne, energetyzujące przemówienia. Hasła wyborcze:

1. Porządek i nowoczesność w oświacie. Język angielski dla wszystkich, w zwiekszonym zakresie. Bałagan szkolny wprowadzony przez PiS – do ogarnięcia tylko przez opozycję.

2. Ochrona zdrowia – priorytetem.

3. Demokratyczna Polska w silnej Europie – tylko rząd Koalicji Demokratycznej odkręci zmiany, które prowadzą nas na margines Europy, skąd żadnych przyzwoitych dotacji nie dostaniemy.

Dla samego Tuska to oczywiście duże ryzyko osobiste. Jeśli Koalicja przegra – naderęży to (choc nie zniweczy) jego szanse prezydenckie. Ale co nam po Prezydencie Tusku przy rządzie PiS? A poza tym, chwila jest taka, że osobiste koszty należy odłożyć na dalszy plan.

Niesmak w UE? Nie będzie. Wszyscy zrozumieją, że nadzwyczajny czas wymaga nadzwyczajnych działań.

– Zbigniew Ziobro chce mieć swoją sędziowską policję polityczną do tego, aby wnioskować o kary dla sędziów, którzy orzekają niezgodnie z linią partii – ostrzega poseł PO Robert Kropiwnicki. Chodzi o nowych, powoływanych przez ministra rzeczników dyscyplinarnych i stosowanie wobec niepokornych sędziów represji. Jakich? M.in. przenoszenie do innego wydziału bez zgody zainteresowanego. – Nie godzimy się na zastraszanie sędziów – dodają posłowie PO. Chcą, aby sprawą zajęła się komisja sprawiedliwości.

„Kolejne podporządkowanie sędziów”

– Do tej pory rzecznicy dyscyplinarni byli poważnymi autorytetami w środowisku sędziowskim. Dzisiaj okazuje się, że stają się komisarzami partyjnymi Zbigniewa Ziobry do musztrowania sędziów w rejonach i okręgach. To jest bardzo niebezpieczna rzecz – mówił na konferencji prasowej Robert Kropiwnicki.

Poseł PO oskarża ministra sprawiedliwości o stworzenie sędziowskiej „policji politycznej” i w ten sposób kolejne podporządkowanie sędziów. – To jest rzecz niebywała, aby sędziowie mieli bać się prokuratora generalnego czy każdego innego prokuratora, który przychodzi na salę rozpraw – dodaje.

Poza tym nie ma wątpliwości, że „Zbigniew Ziobro nie dba o jakość orzecznictwa, tylko o wymiar osobistego wpływu na linię orzeczniczą poszczególnych sędziów”. A to jest niebezpieczne dla całego systemu wymiaru sprawiedliwości.

Posłowie PO będą wnioskować do komisji sprawiedliwości, aby w ramach kontroli Sejmu nad władzą wykonawczą przyjrzała się „przestrzeganiu zasady niezawisłości sędziowskiej”.

Zbigniew Ziobro stosuje represje

Powołują się na konkretny przykład sędziego, który został ukarany, bo nie zastosował się do wytycznych Zbigniewa Ziobry i jego politycznych popleczników.

To sprawa sędziego Łukasza Bilińskiego, który został przeniesiony z wydziału karnego do wydziału rodzinnego. To on orzekał w takich sprawach jak protest przed Sejmem 16 grudnia 2016 roku. Powołując się na konstytucję i międzynarodowe akty prawne uniewinnił uczestników tego zgromadzenia. Poza tym uznał, że miesięcznice smoleńskie były „prywatnymi spotkaniami”.

– Przenoszenie sędziów bez ich zgody to praktyka znana bezpośrednio z PRL-u – mówi poseł Michał Szczerba. I dodaje: – Wyrażamy nasz stanowczy sprzeciw wobec praktyk zastraszania sędziów. To niedopuszczalne. To jest też przykład tego, po co potrzebna była ministrowi możliwość powoływania własnych prezesów i wiceprezesów, aby ręcznie sterować tym, gdzie dany sędzia ma orzekać.

Jak można zaszkodzić na arenie międzynarodowej Polsce i Polakom? Prezentując ignorancję i tromtadrację jako rację stanu – pisze o zachowaniu Andrzeja Dudy Henryk Szlajfer, ekonomista i politolog, mianowany przez premiera RP Jerzego Buzka ambasadorem ad personam, były ambasador-szef Stałego Przedstawicielstwa RP przy OBWE, MAEA i innych organizacjach międzynarodowych w Wiedniu, w 1968 roku wraz z Adamem Michnikiem relegowany z uczelni za działalność opozycyjną

Wśród wielu ekspertów w takiej działalności, wyłonionych przez „dobrą zmianę”, znajdujemy również panów Andrzeja Dudę, prezydenta RP, oraz Mateusza Morawieckiego, premiera rządu polskiego. O działalności drugiego innym razem, wystarczy tylko przypomnieć, że w swoim wystąpieniu na prestiżowym New York University zapewnił publiczność, że w trakcie II wojny światowej Polacy uratowali ok. 300 tys. Żydów. Że ten szacunek, aby zbliżyć się do historycznej rzeczywistości, należy podzielić co najmniej przez 5, to już detal. Reakcja była do przewidzenia: wzruszenie ramion. Zaś kilka dni temu w retorycznym zapale premier zapisał Polaków (tylko tych z PiS-u i PiS popierających) do grona spadkobierców starożytnych Greków (powstrzymujących, w domyśle, jak pod Salaminą, barbarzyńskich Persów, czytaj: nie-PiS).

Prezydent Duda jest zdecydowanie bardziej kreatywnym politykiem, gdy chodzi o kształtowanie na nowo już nie tylko historii Polski, ale również historii porównawczej. Jakiś czas temu błyskotliwie zinterpretował w trakcie wizyty w centrum im. M. Begina w Izraelu historię Powstania w Getcie Warszawskim, nie wymieniając w ogóle nazwy głównego organizatora oporu, tj. ŻOB. Już w Warszawie, 19 kwietni 2018 r., stanął natomiast bez jakichkolwiek problemów czy wahań przed pomnikiem żydowskich powstańców (głównie z ŻOB), na placu ograniczonym z jednej strony ulicą noszącą imię przywódcy ŻOB – Mordechaja Anielewicza. Stał wspólnie z dyrektorem Muzeum Polin, a jakże, którego sekuje jego ideowy i polityczny komiliton – minister kultury. Elastyczność godna podziwu. Natomiast kilka dni temu, w trakcie wspólnej konferencji prasowej z prezydentem Donaldem Trumpem, w krótkim bryku z historii stosunków polsko-rosyjskich zawarł również i taką myśl tyczącą komparatystki historycznej: wśród wielu przewag Rosji nad Polską brakuje jednej, mianowicie „uważam, że jest w nas więcej męstwa, my po prostu jesteśmy odważniejsi. Potrafimy walczyć do końca, niezależnie od wszystkiego. Pokazaliśmy to w czasie II wojny światowej pod Monte Cassino, pokazaliśmy to w Powstaniu Warszawskim, w wielu innych miejscach na świecie” (cyt. wedle portalu wPolityce.pl).

Co można powiedzieć na takie dictum? Idiotyzm, ignorancja, arogancja? Zapewne mieszanka wszystkich. Notabene, jak na skali odwagi pan Andrzej Duda, prezydent RP, umieściłby Anglików, Amerykanów, Chińczyków, Serbów, Czarnogórców, ale także Niemców i Japończyków? O Żydów nie pytam, aby nie pogłębiać konfuzji. Jak oceniać poziom odwagi polskich asów lotnictwa, Stanisława Skalskiego i Witolda Urbanowicza, z 18-19 zestrzeleniami w porównaniu z sowieckim asem Iwanem Kożedubem (62 zestrzelania), Amerykaninem Richardem I. Bongiem (40), Brytyjczykiem Jamesem Edgarem Johnsonem (38) czy Francuzem Pierre Clostermannem (33)? O niemieckich i japońskich asach już nie wspominam. Podpowiadam: niech pan, panie prezydencie, raczej nie odpowiada na te pytania i nie pogarsza sytuacji.

Natomiast nie ulega wątpliwości, że Rosjanie, a w istocie Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini i inne nacje, które składały się w latach II wojny na sowiecką armię, jedyne, co mogą zrobić, to popukać się, symbolicznie, w czoło. Z uprzejmości amerykańscy dziennikarze, którzy uczestniczyli w konferencji, milczeniem zbyli rewelacje polskiego gościa. Ci, którzy mają jakie takie pojęcie o dziejach Rosji i Polski, a przede wszystkim o II wojnie światowej, nie kupią takiej beznadziejnie głupiej retoryki. O Stalingradzie czy zapiekłej wręcz obronie Leningradu wie każdy, kto dotyka dziejów wielkiej wojny. Zaś Niemcy testowali na własnej skórze poziom „odwagi” sowieckiego sołdata. Nie trzeba kupować nachalnej poststalinowskiej, putinowskiej propagandy na temat II wojny, aby wiedzieć, że to właśnie odwaga i determinacja tych sołdatów i niedoszkolonych młodych oficerów, którzy ostali się po „czystce” z okresu 1937-39, łagodziła katastrofalne skutki stalinowskiej polityki i dowództwa w pierwszej fazie wojny z Niemcami.

Odwaga, czasami szaleńcza, polskich żołnierzy w armiach na Zachodzie i Wschodzie, w AK i innych ugrupowaniach partyzanckich, nie wymaga potwierdzenia za pomocą nadętych, wręcz żenujących porównań.

Dziś, gdy większość polityków i wyborców opozycji jest zawiedziona jej wynikiem w wyborach do europarlamentu, lider PO Grzegorz Schetyna nadal się nie poddaje. „Newsweek” informuje, że partia ma plan na to, jak odbić Sejm i Senat, a także pomysł awaryjny, na wypadek jakby się to nie udało.

Komentatorzy są podzieleni. Część uważa, że Koalicja Europejska poniosła druzgocącą porażkę i na pewno przegra też jesienią. Inni widzą subtelne światełko w tunelu. To samo tyczy się członków największej partii opozycyjnej. Jedna z parlamentarzystek ze Śląska rozpowiada ponoć w kuluarach, że zgodzi się na kolejny start w wyborach do Sejmu, ale tylko pod jednym warunkiem. „Schetyna albo ja!” – mówi ponoć buńczucznie w prywatnych rozmowach. Inny polityk – tym razem z Nowoczesnej – mówi “Newsweekowi”, że trzeba postawić na “Scheta”, bo nikt inny nie podoła temu zadaniu.

Marzenia a rzeczywistość

Jasne, że lepiej byłoby gdyby obecna opozycja miała lidera, który porywa tłumy. Młodego, dobrze wyglądającego, będącego skrzyżowaniem gwiazdy filmu z uczniem Sun Tzu, twórcy słynnej „Sztuki wojny”. Rafał Trzaskowski? Nowe sondaże prezydenckie pokazują, że jego gwiazda lśni mocno, ale tylko w Warszawie. Cała Polska chce jednak kogoś bardziej swojskiego.

Z drugiej strony robienie dziś w PO przewrotu pałacowego byłoby szaleństwem i skazaniem ugrupowania na pewną klęskę. Co więc zostało? Granie tymi figurkami, które pozostały na planszy, szukanie nowych sojuszników i… przygotowywanie planu B.

Jak odbić Senat?

W obozie PO jest ponoć plan na sukces w Senacie. Sam Sejm jest ponoć nieosiągalny, więc Schetyna myśli o zbudowaniu jak najsilniejszej ekipy kandydatów do izby wyższej. W jego głowie pojawił się pomysł zaangażowania samorządowców, np. Wadima Tyszkiewicza, prezydenta Nowej Soli, Zygmunta Frankiewicza (prezydent Gliwic), Tadeusza Ferenca (prezydent Rzeszowa) czy prezydenta Sopotu Jacka Karnowskiego. Ten ostatni ponoć aktywnie pomaga liderowi PO w budowaniu tej listy.

Wspólna lista

To jednak nie wszystko. Schetyna chce, by Koalicja Obywatelska nadal istniała i to w jeszcze szerszej formule, niż miało to miejsce jesienią. Chciałby dalszej współpracy z SLD, a nawet Wiosną. Jest otwarty na PSL, ale ludowcy, jak widać po ich ostatnich ruchach, licytują bardzo wysoko. Ponoć chcą do nowego Sejmu wprowadzić aż 30 posłów, ale też obawiają się, że PO ostatecznie wchłonie wszystkich sojuszników.

Plan B

Schetyna buduje podobno też plan B, rozpisany jednak na parę aktów. Zakładając, że opozycja przegra wyścig do Sejmu, ale wygra do Senatu, może tym samym zbudować ostatni bastion do kontrataku. Jeśli do tego prezydentem zostałby ktoś z jej obozu (np. Donald Tusk), można byłoby skutecznie blokować rządy PiS. Tym samym zmusić po kilkunastu miesiącach Jarosława Kaczyńskiego do wywieszenia białej flagi i ogłoszenia nowych wyborów. To z kolei byłyby trzecią połową meczu o władze. Tym razem może ze sporą szansą na sukces zjednoczonej opozycji.

Europoseł PiS Zdzisław Krasnodębski zdaje się, że usiłował zająć pierwsze miejsce w uczczeniu Jarosława Kaczyńskiego z okazji jego urodzin. Rano na Twitterze oznajmił światu: – „Dzisiaj 70 urodziny najwybitniejszego żyjącego polskiego polityka”.

„No nie może być, Donald Tusk jest przecież młodszy!” – odpowiedział mu Bartłomiej Sienkiewicz, były minister spraw wewnętrznych w rządzie PO-PSL.

Pozostali internauci również kpili z Krasnodębskiego: – „Nie tylko polskiego. Co tam! Pieśni o nim śpiewają nawet delfiny w oceanie. Makaki zaś przywdziewają odświętne ubranka z palmowych pnączy…”; – „Słońce galaktyki, no po prostu kryształ”; – „Dziś wszystkie ptaki, wszystkie kwiaty, wszystkie zioła, cała przyroda o Kaczyńskim głośno woła. A ty maszeruj, głośno krzycz: Niech żyje nam Wołodia Iljicz”; – „Proszę Pana. Cóż za niedoszacowanie! Może być potraktowane jako obelga! Powinno być w historii świata i okolic!”.

Krasnodębski miał sporą konkurencję, bo z życzeniami spieszyli bliżsi i dalsi współpracownicy prezesa PiS. Konta poszczególnych regionów PiS na Twitterze także pełne były życzeń dla Jarosława Kaczyńskiego. Nikt jednak „nie przebił” europosła PiS.

Przewaga Tuska nad ancymonkami z PiS

18 Czer

Wiemy nie od dziś, że komisje śledcze są dla wielu polityków szansą zaistnienia. Częściej przypominają show niż prawdziwe rozwiązywanie problemów.

Poniedziałkowe posiedzenie komisji śledczej również nie było wolne od żartów czy uszczypliwości. Przyznać jednak trzeba, że przebiegało w dość kulturalnej atmosferze.

Przed komisją śledczą ds. VAT stanął szef RE Donald Tusk. Przesłuchiwany był nie tylko przez posłów z obozu władzy, ale również przez członka komisji z PO, Zbigniewa Konwińskiego. Podczas przesłuchania poseł Platformy przypomniał politykom PiS, że oskarżając jego formację o sprzyjanie przestępcom VAT-owskim, zapomnieli, że sami głosowali za nowelizacją ustawy, o której dziś mówią, że sprzyjała przestępcom.

Chodzi o przyjętą w 2008 roku nowelizację, zgodnie z którą zniesiono tzw. 30 proc. sankcje VAT. Do czasu przyjęcia tej nowelizacji możliwe było nakładanie kar na podatników, którzy naruszali przepisy czy też się pomylili. Dziś PiS uważa, że właśnie ta nowelizacja przyczyniała się do powiększenia luki VAT.

Podczas przesłuchania Konwiński zauważył, że: „za tym projektem, który miał się przyczynić do grabieży, mówiąc językiem paskowym z TVP Info, 250 miliardów, głosowali pan minister Błaszczak, Antoni Macierewicz, Beata Szydło, Tchórzewski Krzysztof, Ziobro Zbigniew. I dalej dodał: „Można wyciągnąć z tego wniosek, że np. Beata Szydło uczestniczyła w grabieży 250 mld zł”.

Na to Donald Tusk, będący w dobrej formie intelektualnej, stwierdził:

„Jestem przekonany, że TVP zgodnie z wysokimi standardami przekaże te informacje dokładnie, jak wygląda sprawa sankcji”. A po chwili dodał„Żartuję sobie trochę”.

Na koniec jednak z ust szefa RE padły mniej śmieszne słowa:

„Dzisiaj ofiarami mogą być wasi poprzednicy, jutro ofiarami takiego myślenia będziecie wy, a tak naprawdę ofiarą będzie Polska. Takiego nieustannego ścigania się nawzajem. A pretekst zawsze się znajdzie. I to jest moja uwaga, którą dedykuję wszystkim”.

Więcej Tuska >>>

O innym łajdaku nie możemy zapominać – o Ziobrze.

Zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że obecna władza co rusz łamie granice normalnej debaty politycznej, jednak to, co działo się w ostatnich dniach w kwestii szykowanego przez Ministerstwo Sprawiedliwości pozwu przeciwko profesorom Uniwersytetu Jagiellońskiego przeszło wszelkie oczekiwania. Abstrahując już od faktu, że przeciwko prawniczym autorytetom stają często marni magistrzy, którzy z trudem ukończyli aplikacje prawnicze, sam zamiar pozwania naukowców za napisanie subiektywnej opinii prawnej na temat fatalnej nowelizacji kodeksu karnego jest wydarzeniem bez precedensu.

Na resort Zbigniewa Ziobry spadły gromy ze strony środowisk naukowych i mediów. Jeszcze dziś rano wydawało się, że buta jednak wygra i pozew zostanie złożony. Przecież w Polsce PiS nie wolno władzy krytykować, ani publicznie podważać jej prawdziwych motywów.

Minister sprawiedliwości i prokurator generalny musiał sobie jednak przypomnieć, że w procesie przejmowania kolejnych instytucji państwa nie udało się jednak zdobyć kontroli nad orzecznictwem sądów, a ewentualna przegrana w sprawie mogłaby mieć miejsce w gorącym przedwyborczym okresie. Poinformował właśnie media, że w zasadzie to on tylko tak sobie żartował a resort wcale żadnych kroków prawnych przeciwko profesorom z UJ podejmować nie zamierza.

Kolejny raz siła Zbigniewa Ziobry okazuje się iluzoryczna…

I co najważniejsze. Naukowcy chcą pozwać Ziobrę.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Obecnie widzimy, jak wciry dostaje Marcin Horała, który szefuje komisji ds. VAT. Tusk punktuje go i posyła na dechy. Spektakl jest jednostronny i gdyby to był boks, Horała odesłany zostałby do narożnika już w pierwszej rundzie.

Przesłuchanie Tuska uzmysławia, że mamy dwie Polski. Nie tylko polityczne, jedną Polskę otwartą, ambitną, z różnymi mniej i więcej zdolnymi ludźmi. A z drugiej strony Polskę załganą, której patronuje prezes Jarosław Kaczyński, lgną do niego postaci, które nie mają większych talentów, acz chcieliby przeszwarcować się przez politykę i życie, jak wspomniani Wassermann i Horała.

Horała może i przygotował się do przesłuchania Tuska, lecz w nocy musiały dopaść go koszmary. Zapamiętamy go, iż do Unii Europejskiej zaliczył Lichtenstein i Andorę. Niespecjalnie to różni się od wiedzy Beaty Szydło, który nie wiedziała, kiedy to Polska wstąpiła do Unii Europejskiej.

Precyzyjnie Tusk wyłożył, o co chodzi w tych spektaklach: „Tu nie chodzi o żadne szukanie sprawiedliwości. Oni nawet nie wierzą w to, co mówią, w te zarzuty, które formułują. Wszystko podporządkowane jest wyłącznie propagandzie”.

Z pewnością Tusk to postać wybitna, ale także inne osoby pokonałyby takich ludzi jak Horała i Wassermann, czy też Mateusz Morawiecki. Albowiem kłamstwa obnażają ich mierność. Tusk: „Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Po PiS – czy to na jesieni, czy później – cały kraj będzie długo wychodził z tej traumy. Będziemy na nowo uczyli się, czym jest praworządność, co to Konstytucja, a w mediach publicznych dziennikarze na nowo formułować prawdę o faktach politycznych.