Tag Archives: Zbigniew Ziobro

Morawieckiego polityka oparta na dyrdymałach, Ziobro nie pojmuje wyroku TSUE

20 List

Premier Mateusz Morawiecki przed rozpoczęciem exposé musiał wiedzieć o porannym wyroku TSUE ws. forsowanych przez PiS zmian w sądach. Jednak – co zdumiewające – nie odniósł się do niego ani słowem. Bił za to w opozycję, powtarzając oklepaną narrację o „donoszeniu na swój kraj

„Lepsze państwo to też lepszy wymiar sprawiedliwości. Będziemy kontynuować reformę w tym obszarze” – zapowiedział w exposé 19 listopada 2019 premier Mateusz Morawiecki. To echo wypowiedzi prezesa PiS z początku października. Jeszcze przed wyborami parlamentarnymi Jarosław Kaczyński obiecywał, że jego partia wróci do reformowania sądów „jeżeli społeczeństwo jej zaufa”.

Ale reformy sądownictwa prowadzone przez resort sprawiedliwości pod egidą Zbigniewa Ziobry były wielokrotnie krytykowane przez instytucje Unii Europejskiej jako zagrażające polskiej demokracji i trójpodziałowi władz. Trybunał Sprawiedliwości UE już dwukrotnie uznał elementy ziobrowskiej rewolucji za niezgodne z unijnym prawem.

We wtorek 19 listopada, tuż przed exposé premiera, TSUE wydał kolejny kluczowy wyrok: odniósł się to statusu powołanej przez PiS Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego oraz, pośrednio, Krajowej Rady Sądownictwa.

Jak pisała w OKO.press Anna Wójcik, Trybunał polecił polskiemu SN, by ten zbadał niezależność nowej Izby za pomocą konkretnych kryteriów.

Premier nie skomentował wyroku wprost, choć z pewnością został o nim poinformowany, a exposé zaczęło się z 10-minutowym opóźnieniem. Skorzystał natomiast z okazji, by – po raz kolejny – wygłosić połajanki dla opozycji, która „donosi na Polskę do instytucji międzynarodowych” i bronić rządowych reform. Które – według niego – są tak niewinne, jak za zachodnią granicą.

Niby nic o wydarzeniach w Luksemburgu, a jednak.

Zahaczając o TSUE

„Niezawisłość jest bardzo ważna, ale ona nie oznacza braku odpowiedzialności. Podział władz, ale też ich równowaga. Demokratycznie wybrany parlament ma wpływ na obsadę sądów w każdym kraju. W USA, Francji, Hiszpanii, wszędzie. W Niemczech np. czynny polityk CDU został rok temu wybrany na wiceprezesa federalnego Trybunału Konstytucyjnego” – zapewniał Mateusz Morawiecki.

Słowa premiera to jasne odniesienie do reformy Krajowej Rady Sądownictwa, której m.in. dotyczył dzisiejszy wyrok TSUE.

Po nowelizacji przeprowadzonej przez PiS 15 członków-sędziów Rady w marcu 2018 roku wybrali posłowie, a nie środowisko sędziowskie. Zdaniem licznych ekspertów prawnych doprowadzono tym samym do upolitycznienia Rady. Przez co nie jest ona w stanie skutecznie stać na straży niezawisłości sędziów.

Opinia KRS jest kluczowym elementem postępowań konkursowych na wszystkie stanowiska sędziowskie. Upolityczniona KRS to zatem upolitycznione sądy, w tym np. Izba Dyscyplinarna SN, której wszystkich członków powołano już po zmianach PiS.

Choć TSUE nie orzekł dziś wprost, czy Izba Dyscyplinarna spełnia wymagania niezależnego sądu, to nakazał Sądowi Najwyższemu zbadanie tej sprawy. Przedstawił szereg kryteriów, które musi spełniać sąd, by gwarantować obywatelom prawo do rzetelnego procesu.

Robimy to, co inni

Słowa premiera w exposé to echo ulubionego argumentu PiS, gdy trzeba bronić zamachu na sądy: polskie reformy niczym nie różnią się od rozwiązań funkcjonujących m.in. w Niemczech czy Hiszpanii. Kilkakrotnie demaskowaliśmy go w OKO.press.

Jak pisaliśmy, podobieństwo między ustawami Ziobry a systemem hiszpańskim jest pozorne. A Hiszpania, która dołuje w europejskich rankingach niezależności władzy sądowniczej, to niezbyt dobry wzór do naśladowania.

Przywołany przez Morawieckiego system niemiecki należy do najbardziej upolitycznionych w UE. Ale na korzyść Niemców działa długa tradycja, obecność opozycji w komisji rekrutacyjnej, opinia sędziów i dobry obyczaj. W Niemczech nie do pomyślenia jest na przykład, by do sądu wybrano kandydata bez doświadczenia i kompetencji.

Problemem, jak słusznie zauważyli międzynarodowi politycy, jest całokształt polskiej reformy, nie jej wyrwane z kontekstu elementy.

Przypomnijmy:

PiS upolityczniło KRS. Podporządkowało sobie Trybunał Konstytucyjny. Próbuje przejąć Sąd Najwyższy. Ściga sędziów, którzy ośmielą się krytykować te pomysły. Do tego dochodzi czystka w prokuraturze.

Żeby było „normalnie”

„Czy opozycja w tych krajach chodzi do instytucji międzynarodowych ze skargą, że tam nie ma praworządności? Nie. Bo oni rozumieją, że mocno szkodzi to ich krajom. Bardzo bym sobie życzył, żeby w Polsce było pod tym względem normalnie. Jak w dojrzałych krajach Zachodu. Nie osłabiajmy Polski, skarżąc się na nią, tylko razem Polskę wzmacniajmy” – apelował Morawiecki w exposé.

Premier zarzuca politykom opozycji, że „donosząc” unijnym instytucjom o posunięciach PiS, szkodzą własnemu krajowi. Ale do osłabienia pozycji Polski na świecie doprowadziły właśnie reformy sądownictwa partii Kaczyńskiego. To one zaowocowały m.in. rekordowym spadkiem oceny stanu polskiej demokracji w rankingu Freedom House.

Trybunał Sprawiedliwości UE dwukrotnie potwierdził, że próba przeprowadzenia czystki w sądach, była niezgodna z unijnym prawem. „Donosy” opozycji nie były zatem bezpodstawne.

Z Morawieckim nie zgadza się także większość polskiej opinii publicznej.

58 proc. badanych w najnowszym sondażu OKO.press odpowiedziało, że unijny Trybunał ma prawo zatrzymać „reformę” PiS, jeśli uzna, że narusza ona zasady UE. Przeciw było 1,7 raza mniej – 35 proc. Nawet wśród wyborców PiS 25 proc. daje takie prawo TSUE, wśród pozostałych osób aż 78 proc.

Poparcie dla działań Trybunału w Luksemburgu rośnie, a narracja PiS, powtórzona w exposé Morawieckiego, słabnie. Półtora roku temu „za” opowiedziało się 54 proc. respondentów. Wśród wyborców PiS było ich wyraźnie mniej niż dziś.

Mateusz Morawiecki jest baronem Münchausenem polskiej polityki. Jego specjalnością są różnego rodzaju niestworzone historie i zapowiedzi podlane patetycznym sosem. Kiedy się okazuje, że prawie nic nie zostało zrealizowane, płynnie przechodzi się do następnych wielkich zapowiedzi, obietnic i kolejnej porcji sosu – mówi OKO.press Marek Borowski

Pamiętam wypowiedzi premiera Morawieckiego sprzed kilku lat, gdy próbował zawładnąć umysłami Polaków, wygłaszając płomienne obietnice dotyczące wielkich projektów, które wprowadzą Polskę do świata innowacji i wprawią w zachwyt cały świat. Pamiętam auta elektryczne, promy, lukstorpedy, drony… Mieliśmy mieć też znaczący wzrost inwestycji w ciągu kilku lat i szybko doganiać średnią europejską, jeśli chodzi o PKB na głowę mieszkańca.

To były wspaniałe perspektywy i plany, problem w tym, że akurat te, które wymieniłem, nie zostały zrealizowane nawet w pięciu procentach. Mijają cztery lata rządów PiS, pan premier znów wychodzi na mównicę i nie mówi o tym słowa. Słyszymy za to o 9 tys. km linii kolejowych, którymi można opasać trzykrotnie polskie granice. Słyszymy o wielkiej transformacji z gospodarki papierowej do cyfrowej.

Państwo dobrobytu? Morawiecki kompromituje tę ideę

Gdybyśmy Mateusza Morawieckiego usłyszeli po raz pierwszy, pewnie robiłby jakieś wrażenie. Teraz rozczarowuje. Nie łączyłem z nim wielkich nadziei, ale myślałem, że stać go na więcej. Gdyby premier odniósł się także chociaż w paru słowach do rzeczy, które się nie udały, to by ociepliło jego wizerunek. Pokazałby, że stoi na czele rządu, który boryka się także z problemami. Ale nic takiego nie usłyszeliśmy.

Rząd Morawieckiego znów objawił się jako ekipa, który preferuje rozwiązania indywidualne, zaniedbując rozwiązania zbiorowe. Mamy 500 plus, bardzo ładnie, bardzo dobrze, ale przecież za 500 złotych żadna rodzina nie kupi dobrej edukacji i dobrego lekarza.

W państwie dobrobytu, o którym Morawiecki cały czas opowiadał, interes indywidualny jest równoważony z interesem grupowym, społecznym. Te zaniedbania, które mają miejsce w zdrowiu, w edukacji, w administracji publicznej, w polityce senioralnej, to zaniedbania dramatyczne, które ideę państwa dobrobytu kompromitują.

I co pan premier miał w tej sprawie do powiedzenia?

Jeśli chodzi o edukację, premier stwierdził, że przeznaczy na nią więcej pieniędzy. Z tym że chodzi raczej o pieniądze samorządów. Coś wspomniał o nauczycielach, że „inwestujemy w edukację”, co było tak śmieszne, że aż nie wierzyłem w to, co słyszę. Dowiedzieliśmy się też, że nauczyciele dostaną podwyżki w skali takiej jak sfera budżetowa – problem w tym, że nauczyciele spadli poniżej jakichkolwiek sensownych wskaźników płac i należą im się te podwyżki znacznie wyższe. Ze słów Morawieckiego wynika, że nic z tego nie będzie.

Zdrowie? Dramat. Pan premier, zwracam uwagę, już nie wspomniał, że Polska w ciągu czterech lat osiągnie pułap wydatków na ochronę zdrowia w wysokości 6 proc. w relacji do PKB. Stwierdził natomiast, że już bardzo dużo na zdrowie przeznaczyliśmy, a prawda jest taka, że w rzeczywistości wzrost jest minimalny, jeśli chodzi o stosunek do PKB.

Nie usłyszeliśmy też ani słowa, jak rząd chce sobie poradzić z problemem gigantycznego zadłużenia szpitali.

Puste słowa o zgodzie

A poza tym oczywiście praworządność w Polsce kwitnie, jesteśmy też w czołówce demokracji. Morawiecki powiedział też, że sądownictwo musi być niezawisłe, ale musi być też odpowiedzialne.

To mi przypomina taką tezę, którą słyszałem ponad 40 lat temu, że krytyka, jak najbardziej, jest dopuszczalna, ale musi być konstruktywna. Jeżeli krytyka będzie niekonstruktywna, to takich krytykantów my tutaj potraktujemy odpowiednio.

To pokazuje, jak bardzo pewne stereotypy peerelowskie są ciągle żywe i obecne w PiS. Sądownictwo ma być po prostu niezawisłe i koniec!

I wreszcie mieliśmy wyciąganie ręki do opozycji, w patetycznym sosie, że są pewne sprawy, że trzeba razem, że wspólnie. Jak trzeba razem i wspólnie, to już wysłuchaliśmy w exposé pana Antoniego Macierewicza jako marszałka seniora,  ale o to mniejsza.

Natomiast gdyby premier powiedział, że podejmie działania, by media publiczne stały się naprawdę mediami publicznymi, że to, co było do tej pory, teraz się skończy, to bym rozumiał, że wyciąga rękę. Bez tego jego słowa są puste. On swoje, prezes będzie swoje mówił, a Jacek Kurski swoje. Za chwilę pamięć o exposé przeminie i zderzymy się z rzeczywistością. I wtedy się okaże, że ile warte były te zapowiedzi.

Premier nie zająknął się również o tym, że mamy na świecie spowolnienie gospodarcze, powiedział natomiast, że chcemy utrzymać tempo wzrostu o 2, 3 pkt. proc. wyższe niż w Europie Zachodniej. Cóż, muszę powiedzieć, że to nie jest żaden ambitny program. Europa się będzie rozwijać w tempie, załóżmy, 1, 1,2, 1,3 proc. W takim wypadku polskie PKB będzie rosnąć ledwie o 3 proc. z kawałkiem.

Nie słyszymy już  także, że w dziesięć lat dogonimy Niemcy. Nie było zapowiedzi wzrostu poziomu inwestycji, bo premier już się zorientował, że to jest łatwy cel do krytyki. Wspomniał tylko o budżecie zrównoważonym – wspaniale, natomiast Morawiecki doskonale wie, że ten budżet jest zrównoważony jednorazowymi przychodami, a także sztuczkami księgowymi.

Zapewne trudno byłoby oczekiwać od premiera, by mówił, że jak będzie źle, to przytniemy to, czy tamto, ale widać było wyraźnie, że znacznie przycichło chwalenie się sukcesami polegającymi na szybkim tempie wzrostu.

Wsi spokojna, wsi wesoła…

Pan premier jest elokwentny, kocha poezję, odwoływanie się do ekonomistów, cytatów – od Norwida do Dmowskiego. A jeszcze przy okazji oczywiście postraszył LGBT i nowinkami z Zachodu. Znowu jakbym słyszał peerelowską propagandę. Na całym świecie te sprawy się zwyczajnie rozwiązuje, ale u nas? Wsi spokojna, wsi wesoła, my tu przedmurze chrześcijaństwa, gdzie absolutnie nie wpuścimy żadnych nowych prądów.

Zwłaszcza – jakżeby inaczej – przed nowinkami chronić będziemy dzieci. Gdy Morawiecki powiedział „kto podniesie rękę na nasze dzieci…”, to myślałem, że za chwilę usłyszymy „…tę rękę mu odrąbiemy”. Ale premier był łagodny i zamiast odrąbywania usłyszeliśmy, że się przeciwstawimy. Inna sprawa, że jak Morawiecki mówił o dzieciach, to każdemu muszą przyjść do głowy księża i problem pedofilii w Kościele. On oczywiście nie o tym myślał, zabrakło mu po prostu wyczucia.

Co właściwie orzekł europejski sąd? Jakie są skutki wyroku dla Izby Dyscyplinarnej i neo-KRS? Czy rację ma triumfujący Ziobro? Tłumaczy to wszystko sędzia TSUE Marek Safjan i ośmioro wybitnych ekspertów. Polecamy lekturę zwłaszcza rozczarowanym, że Luksemburg nie zmiażdżył „deformy sądów”

Niewątpliwie wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE wydany dziś (19 listopada) w odpowiedzi na pytania prejudycjalne zadane przez Izbę Pracy Sądu Najwyższego (C-585/18, C-624/18 i C-625/18) okazał się rozczarowaniem dla wszystkich, którzy oczekiwali, że Wielka Izba TSUE powtórzy miażdżącą krytykę Izby Dyscyplinarnej SN i KRS,  jaką w czerwcu wygłosił rzecznik generalny TSUE prof. Jewgienij Tanczew.

Tanczew ocenił wówczas wprost, że Krajowa Rada Sądownictwa i powołana przez nią Izba Dyscyplinarna w SN nie spełniają wymogu skutecznej ochrony sądowej w rozumieniu prawa unijnego, o której mówi art. 19 ust.1 Traktatu o Unii Europejskiej i art. 47 Karty Praw Podstawowych UE.

TSUE nie poszedł tak daleko.

W wyroku z 19 listopada Trybunał zachował się podobnie jak w sprawie pytań prejudycjalnych zadanych przez sąd irlandzki (a dokładniej, przez sędzię Aileen Donnelly): przedstawił kryteria, na podstawie których to sąd krajowy ma ocenić, czy sąd, do którego odsyła sprawę, jest niezawisły i niezależny w rozumienia prawa unijnego.

O co pytał SN i co odpowiedział Trybunał

Izba Pracy SN zapytała TSUE, „czy niezawisłym i niezależnym sądem w rozumieniu prawa Unii Europejskiej jest sąd, który z uwagi na ustrojowy model jego ukształtowania oraz sposób działania, nie daje rękojmi niezależności od władzy ustawodawczej i wykonawczej?”.

Odpowiedź na to pytanie jest Izbie Pracy potrzebna, aby ocenić, czy sąd, do którego chce odesłać rozpatrywaną sprawę – czyli utworzona za rządów PiS Izba Dyscyplinarna SN – jest niezawisły i niezależny w rozumieniu prawa unijnego.

Wielka Izba TSUE wydała wyrok, w którym nie odpowiedziała wprost na to pytanie, ale przedstawiła przekrojowe i szczegółowe kryteria tej oceny.

Sędzia TSUE prof. Marek Safjan podkreślił, że w odpowiedzi na pytanie prejudycjalne zadane przez sądy krajowe, TSUE podaje kryteria niezbędne do rozstrzygnięcia sprawy, ale nie „wyręcza” sądu krajowego, w tym wypadku Izby Pracy SN, od dokonania samodzielnej oceny.

Pytania zadane przez Izbę Pracy SN nie dotyczyły wprost Krajowej Rady Sądownictwa.

Ale w orzeczeniu TSUE są dwa nowatorskie elementy, które sprawiają, że Izba Dyscyplinarna SN ma jasne kryteria także oceny KRS.

Po pierwsze, TSUE orzekł, że istnieje relacja między niezawisłością sędziowską a mechanizmami wyłaniania kandydatów na sędziów. W Polsce w procesie wyłaniania kandydatów na sędziów kluczową rolę odgrywa Krajowa Rada Sądownictwa.

Po drugie, TSUE wskazuje, że należy dokonać oceny funkcjonowania całego systemu, który determinuje niezawisłość sądów. To znaczy, że przy ocenie organu, który wyłania sędziów (KRS), należy wziąć pod uwagę cały kontekst jego działania (cała analiza prof. Safjana w nagraniu Inicjatywy Wolne Sądy).

Piłka po polskiej stronie boiska, ale według europejskich zasad gry

Orzeczenie TSUE zostało z entuzjazmem przyjęte przez Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobro:

„Bardzo dobre orzeczenie. Trybunał Sprawiedliwości orzekł to, czego się spodziewałem.

Czyli, że nie jest właściwy do oceniania spraw związanych z organizacją polskiego sądownictwa i przesunął piłeczkę z powrotem na polskie podwórko”.

Nie sposób zweryfikować prawdziwości pierwszej części wypowiedzi ministra Ziobry, ponieważ nie wiadomo, jakie były jego przewidywania.

Druga część rozmija się z prawdą.

Owszem TSUE „przesunął piłeczkę na polskie podwórko” w tym sensie, że nie dokonał wprost oceny Izby Dyscyplinarnej SN i KRS.

Rozwijając metaforę Ziobry: piłka jest po polskiej stronie boiska, ale arbiter wyraźnie powiedział, że gra toczy się według europejskich reguł. I precyzyjnie je opisał.

Zupełnym wymysłem jest stwierdzenie, że Trybunał Sprawiedliwości powiedział,  że nie jest sądem właściwym do oceniania spraw związanych z organizacją polskiego sądownictwa.

Przeciwnie, podkreślił, że kwestie niezawisłości i niezależności sądów są materią prawa europejskiego.

Tę kwestię wyjaśnia prof. Marek Safjan:

„TSUE potwierdził, że jest kompetentny do oceny sądownictwa w państwie członkowskim UE. Kwestie związane z niezależnością i niezawisłością sądów są objęte prawem europejskim, należą do materii traktatów i Karty Praw Podstawowych. To nie jest sprawa wewnętrzna prawa krajowego. To sprawa, która wymaga oceny na podstawie przepisów prawa unijnego.

Art. 2 Traktatu o UE, wskazujący na rządy prawa, zawiera zarazem wymagania odnośnie wymiaru sprawiedliwości.

TSUE mówi: to prawda, że każde państwo członkowskie zachowuje autonomię co do organizacji wymiaru sprawiedliwości, mechanizmów powoływania sędziów, trybu funkcjonowania sądów. Tych wyborów dokonuje państwo członkowskie. Ale owe wybory muszą być podporządkowane temu, by funkcjonowanie sądów zapewniało skuteczną ochronę praw jednostek.

Taką ochronę może zapewnić tylko niezawisłe sądownictwo i niezawiśli sędziowie. Stąd wywodzimy wymaganie dotyczące niezawisłości sądów.”

Luksemburski Trybunał podał szczegółowe kryteria oceny niezawisłości i niezależności sądów

TSUE w liczącym aż 172 paragrafy wyroku przedstawił przekrojowe, rozbudowane i szczegółowe kryteria, które musi wziąć pod uwagę sąd krajowy (czyli Izba Pracy SN) przy dokonywaniu oceny, czy odsyła sprawę do sądu spełniające wymogi niezależności i niezawisłości w rozumieniu prawa unijnego (Izba Dyscyplinarna SN).

Sednem wyroku TSUE jest to, że organizacja sądownictwa podlega ocenie pod względem wpływu na niezależność i niezawisłość sądów. Dotyczy to także organów powołujących sędziów.

Co więcej, obowiązkiem sądów jest oceniać ten wpływ nie tylko na podstawie przepisów obowiązującego prawa, ale również tego, jak te przepisy są stosowane i jak rzeczywiście funkcjonują instytucje, które powinny stać na straży niezawisłych sądów.

Trybunał podał kryteria oceny KRS. „Wyrok instrukcyjny”

W komunikacie prasowym wydanym rano przez biuro Trybunału Sprawiedliwości UE położono nacisk na te elementy wyroku TSUE, które odnosiły się do kryteriów oceny przez Izbę Pracy SN sądu, do którego ta izba chce odesłać rozpatrywaną przez siebie sprawę czyli Izby Dyscyplinarnej SN.

Nie powinno to jednak przesłaniać kwestii kluczowej z punktu widzenia oceny stanu praworządności w Polsce: TSUE podał kryteria dotyczące organu biorącego udział w powoływaniu sędziów. Takim organem w Polsce jest Krajowa Rada Sądownictwa.

Prof. Marek Safjan:

„Wyrok na ogromne znaczenie. Zawiera podsumowanie wszystkich najważniejszych tez w orzecznictwie TSUE związanych z niezawisłością. Wskazuje też na pośrednie zagrożenia, jakie mogą wpływać na niezawisłość sędziowską. Te pośrednie zagrożenia są związane ze sposobem, trybem powoływania sędziów i funkcjonowania takiego organu, jakim w Polsce jest KRS.

TSUE mówi, że przesłanki związane z niezawisłością sędziowską mogą być zagrożone w sytuacji, gdy istnieją nieodpowiednie mechanizmy związane z powoływaniem sędziów, przede wszystkim chodzi tutaj o funkcjonowanie takiego ciała jak KRS.

Krajową Radę Sądownictwa Trybunał ocenia (w Motywach wyroku) jako instytucję niespełniającą – prawdopodobnie – pewnych przesłanek gwarantujących niezależność kandydatów powoływanych na podstawie opinii KRS. Ta ocena KRS będzie wymagała potwierdzenia przez Sąd Najwyższy. Ale istotne jest to, że TSUE dokładnie wskazał, jakie są najbardziej wątpliwe punkty w powołaniu i funkcjonowaniu KRS.”

Podobnie widzi to dr Maciej Taborowski, zastępca Rzecznika Praw Obywatelskich:

„Trybunał Sprawiedliwości UE potwierdził, że KRS jako organ odpowiedzialny za nominacje sędziów jest objęta przez prawo unijne. Dał sądom wskazówki, jak oceniać takie organy. TSUE zasiał też ziarno niepokoju w ocenie funkcjonowania KRS w Polsce. Do tego orzekł, że proces nominowania sędziów nie może budzić w zewnętrznym obserwatorze wątpliwości, co do bezstronności i niezawisłości tak wybranego sądu”.

Prawniczka Maria Ejchart-Dubois z Inicjatywy Wolne Sądy podkreśla, że

„Trybunał Sprawiedliwości UE wydał dzisiaj wyrok instrukcyjny.

Określił standardy, jakie ma spełniać niezawisły i niezależny w rozumieniu prawa unijnego sąd. Zrobił to w sposób przekrojowy i szczegółowy. TSUE orzekł m.in. jakie cechy powinien mieć organ opiniujący sędziów – takim organem w Polsce jest KRS. Czyli od tego momentu jest jasne, jakich według TSUE należy używać kryteriów do oceny KRS. Według kryteriów przedstawionych w wyroku TSUE, przy tej ocenie trzeba wziąć pod uwagę nie tylko okoliczności prawne, ale też faktyczne funkcjonowania organu biorącego udział w powoływaniu sędziów. Czyli sposób i okoliczności powołania, a także rzeczywiste funkcjonowanie KRS i sposób, w jaki wypełnia – bądź nie – konstytucyjnie powierzoną mu rolę stania na straży niezawisłości sądów w Polsce. To ma kolosalne znaczenie dla oceny KRS”.

Wyrok siódemkowy Izby Pracy SN. A może wcześniej?

Dr hab. Piotr Bogdanowicz, adiunkt w Katedrze Prawa Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego precyzyjnie wskazał, że Trybunał Sprawiedliwości UE w punktach 140, 143, 144 i 145 wyroku podał pięć elementów kluczowych do oceny KRS. Są to:

  • skrócenie kadencji poprzedniej KRS przed terminem;
  • fakt, że członkowie KRS są z nadania politycznego,
  • nieprawidłowe powołanie KRS,
  • sposób funkcjonowania KRS oraz
  • brak skutecznej procedury odwoławczej od decyzji KRS.

Adwokat Paulina Kieszkowska-Knapik, również z Inicjatywy Wolne Sądy, wskazuje na znaczenie wyroku dla organów państwa, ale też dla sędziów adwokatów w całej Europie. „Kryteria podane przez Trybunał Sprawiedliwości UE musi zastosować każdy sędzia, który ma wątpliwości, co do niezawisłości sądu, do którego odsyła sprawę. Adwokaci  w całej Europie będą świadomi konieczności przeprowadzenia takiego testu i na pewno będą to uwzględniać w strategiach procesowych, przy reprezentowaniu swoich klientek i klientów. To może wpłynąć na przebieg wielu spraw. Z punktu widzenia ochrony interesów obywateli najważniejsze jest jednak, aby Izba Pracy SN oceniła nie tylko Izbę Dyscyplinarną SN pod kątem niezależności, ale też organ biorący udział w procesie powoływania do Izby Dyscyplinarnej sędziów, czyli KRS.

Mam nadzieję, że Izba Pracy SN zdecyduje się powziąć uchwałę w składzie siedmiu sędziów, co sprawi, że ta uchwała będzie miała moc zasady prawnej i będzie obowiązywać wszystkie sądy.”

Adwokat Michał Wawrykiewicz, kolejny współtwórca Inicjatywy Wolne Sądy, który wraz z adwokat Sylwią Gregorczyk-Abram reprezentował sędziego NSA, którego sprawa stała się dla Izby Pracy SN przyczynkiem do zadania pytań TSUE, uważa jednak, że sądy nie muszą czekać na „uchwałę siódemkową” SN, ponieważ wyroki TSUE są wykonywane niezwłocznie i obowiązują wszystkie organy polskiego państwa. Wawrykiewicz twierdzi, że

„już dziś na podstawie tego wyroku, organy polskiego państwa – w tym sądy i KRS –  powinny doprowadzić do wstrzymania orzekania przez sędziów, którzy zostali powołani z udziałem nowej KRS”.

Uzasadnienie lepsze niż komunikat. Pełne konkretów

Sędzia Waldemar Żurek, rzecznik prasowy poprzedniej KRS:

„Uzasadnienie wyroku jest bardzo precyzyjne, o wiele lepsze niż komunikat prasowy. W punkcie 143 wyroku TSUE wyraźnie wskazuje np., że nowa KRS została utworzona w drodze skrócenia czteroletniej kadencji poprzedniej KRS.

Ponadto, TSUE wskazuje, że sędziowie, którzy zasiadają obecnie w KRS, byli desygnowani przez organy władzy ustawodawczej.

TSUE zwrócił nawet uwagę na ewentualne nieprawidłowości, jakimi mogą być dotknięte procesy powoływania niektórych członków KRS.

TSUE wyraźnie wskazuje na zagadnienie utajniania list poparcia kandydatów do KRS. Kancelaria Sejmu ich nie publikuje pomimo wyroku NSA.

Oczywiście, sam wyrok każe sądowi pytającemu – czyli Izbie Pracy SN – ocenić wszystkie te przesłanki i ich wpływ na niezależność samej KRS. Kwestia niezależności KRS ma bezpośredni wpływ na prawidłowość wyborów sędziów izb SN, ale i sądów powszechnych, którzy zostali rekomendowani przez KRS”.

Jeżeli SN rozstrzygnie o statusie KRS w składzie rozszerzonym, składzie siedmiu sędziów, jego rozstrzygnięcie będzie miało moc zasady prawnej obowiązującej wszystkie składy sędziowskie w Polsce.

„Nie można panu odmówić wyobraźni, czasami bujnej. Nie można opierać polityki na dyrdymałach” – zwracał się do Morawieckiego Grzegorz Schetyna, wytykając mu kłamstwa i niespełnione obietnice. Władysław Kosiniak-Kamysz i Adrian Zandberg szachowali premiera własnymi projektami – o klimacie, równych płacach i emeryturach. Pytali, czy PiS je poprze.

Po expose premiera Morawieckiego usłyszeliśmy trzy wystąpienia polityków opozycji. Każde inne – nie tylko w treści. Obrazowały bowiem różne strategie różnych odłamów opozycji:

  • Grzegorz Schetyna mówił w imieniu klubu Koalicji Obywatelskiej.

Rząd Morawieckiego nazwał rządem kontynuacji i może dlatego przemówienie lidera PO też było przemówieniem kontynuacji – niezłomnej opozycji, która będzie bronić państwa prawa. Schetyna nazywał Morawieckiego kłamcą, wytykał niespełnione obietnice. Nie dowiedzieliśmy się wiele o tym, jaka jest kontrpropozycja KO.

Przemówienia liderów PSL i Lewicy roiły się od zapowiedzi projektów, które zgłoszą, w przemówieniu szefa PO takich deklaracji nie było. Zrobił to później Borys Budka, zapowiedział złożenie dwóch projektów – o bezpieczeństwie pieszych oraz in vitro.

  • Adrian Zandberg – to pierwsze wystąpienie polityka Lewicy z trybuny sejmowej w tej kadencji Sejmu.

Zrobiło wrażenie porównywalne z występem Zandberga w telewizyjnej debacie w 2015 roku. Dobitne, merytoryczne, wygłoszone z pasją. Komentatorzy pisali o „expose Zandberga” albo o „kontrexpose”.

Polityk Lewicy odniósł się bowiem niemal do wszystkich obszarów, w których wcześniej coś obiecywał Morawiecki. I odpowiadał kontrpropozycjami. Siła jego krytyki nie polegała na epitetach, ale na pokazaniu możliwych rozwiązań problemów społecznych, które PiS pomija.

I na łapaniu PiS za słowo: „Jesteście tacy prospołeczni? To zobaczmy, czy poprzecie prospołeczne ustawy Lewicy. „Przemówienie na miarę kandydata w wyborach prezydenckich?” – pytali dziennikarze.

  • Władysław Kosiniak-Kamysz – tu też komentowano, że szef PSL wygłosił przemówienie prezydenckie.

Silne nie tyle szczegółowością krytyki, ile próbą budowania porozumienia. Lider ludowców docenił obecną na sali Lewicę.

A jako motyw przewodni lekarz Kosiniak-Kamysz wybrał temat, który najbardziej chyba interesuje dziś polskie społeczeństwo – opłakany stan systemu ochrony zdrowia.

Kosiniak-Kamysz przedstawił PSL jako inicjatora wspólnych projektów – przypomniał, że „Pakt na rzecz zdrowia” podpisali liderzy czterech innych ugrupowań. Mówił przede wszystkim do przedsiębiorców i mieszkańców małych miejscowości.

Poniżej szczegółowe omówienie trzech przemówień.

Schetyna: Polityczne science fiction Morawieckiego

Platforma Obywatelska przez całe expose punktowała je w mediach społecznościowych pod hasztagiem #exposeKłamstw. I właśnie kłamstwo było głównym motywem wystąpienia Grzegorza Schetyny.

Zresztą PiS nie pozostawał dłużny, Schetynie raz po raz przerywały okrzyki „kłamstwa” – krzyczał tak z ław rządowych m.in. Mariusz Błaszczak, na co szef PO odkrzyknął: „Prawda boli!”. I przypomniał, że Mateusz Morawiecki dwukrotnie przegrał przed sądem – właśnie za kłamstwo. „To jest prawda o pańskiej polityce” – mówił.

Gdy Schetyna zaczął przemawiać, z sali plenarnej wyszedł Jarosław Kaczyński. A przewodniczący PO wykorzystał okazję, by wytknąć Morawieckiemu, że nie jest on samodzielnym premierem:

„Faktycznym twórcą tego rządu jest prezes Kaczyński. Widzieliśmy to na Nowogrodzkiej. Suflował przez rzecznika rządu premierowi wskazówki personalne”.

Upomniał się o oświadczenie majątkowe premiera i zaapelował o ujawnienie majątku również żony Morawieckiego. Schetyna zapytał też, czy premier dostał od służb notę ostrzegającą przed Marianem Banasiem.

Morawiecki nie zdefiniował, czym jest „normalność”, Schetyna – tak: „Normalność to prawda, uczciwość, rządy prawa i gospodarność”. „A wy wszystko to łamiecie dzień w dzień”.

Schetyna mówił: „Z tym się zgodzę [że nowy rząd będzie rządem kontynuacji]. Będzie kontynuował waszą pisowską nieudolność, łamanie prawa, zasad demokracji, brutalną propagandę i kłamstwo. To słyszeliśmy i to zapowiedź tego. Widzieliśmy to przez ostatnie 4 lata i rozumiem, że będziemy widzieć te próby przez następne 4, a może krócej”.

Stwierdził, że pomysł PiS na politykę to „ciągłe obietnice”. I przypomniał obietnicę miliona aut elektrycznych, prom, przemysł stoczniowy – „stępka została”, oddłużenie szpitali.

„Ochrona zdrowia nigdy nie była tak zadłużona jak za waszych czasów”- mówił. Zwrócił uwagę na fatalną sytuację na SOR-ach i „inwestycje porośnięte krzakami”. „Dalej pan nakręca spiralę politycznego science fiction” – punktował Schetyna.

Mówił o rozbieżności między słowami Morawieckiego a rzeczywistością: „Nie można panu odmówić wyobraźni, czasami bujnej. Nie można opierać polityki na dyrdymałach”. „Państwo nie jest bytem wirtualnym, tu mieszka 38 milionów ludzi. O ich interes trzeba walczyć.

Schetyna zdefiniował zadania opozycji na najbliższe cztery lata:

„Będziemy pilnować praworządności, demokracji, wreszcie zdrowego rozsądku. Będziemy pokazywać wasze błędy, wasze zaniechania, wasze niespełnione obietnice”.

O Senacie: „nie będzie nocnego procedowania w Senacie, Senat nie będzie na wasze usługi. Tego już nie będzie. Będzie normalnie”.

Zandberg: Polska PiS nie jest państwem dobrobytu

To wystąpienie zelektryzowało komentatorów.

Adrian Zandberg po raz pierwszy stanął na mównicy sejmowej oko w oko z premierem Morawieckim. I przemawiał tak, jakby prowadził z premierem rozmowę – poważną debatę o Polsce, jak równy z równym. A jednocześnie pokazywał, że premier RP nie ma pojęcia, o czym mówi.

Zandberg dowodził, że Polska ani państwem dobrobytu nie jest, ani się nim nie stanie pod rządami Prawa i Sprawiedliwości. Wymieniał kolejne dziedziny, w których PiS nie dotrzymał obietnic: mieszkalnictwo, szkolnictwo, ochrona zdrowia. Upomniał się o lokatorów, lekarzy-rezydentów, osoby starsze, małych przedsiębiorców, pracowników budżetówki.

Zandberg:

„Polska po czterech latach pańskich rządów nie jest państwem dobrobytu. Młodzi nauczyciele zarabiają tyle, że nie da się za to przeżyć. Ludzie uciekają z budżetówki, bo państwo staje się najgorszym z pracodawców. Nadal kwitną śmieciówki i łamane jest prawo pracy”.

Polityk Lewicy postanowił wytłumaczyć Morawieckiemu i PiS-owi, na czym faktycznie polega „państwo dobrobytu”:

„Porozmawiajmy zatem o tym, czym jest państwo dobrobytu. To tanie mieszkania na wynajem, dostępne dla każdego. To dobrze dofinansowane szpitale. Naprawdę bezpłatna ochrona zdrowia i edukacja.

To państwo, w którym każdy czuje się bezpiecznie na ulicy. A nie jest ofiarą bicia i wyzwisk ze strony prawicowych radykałów. Nowoczesne państwo dobrobytu szanuje pracowników, związki zawodowe i dialog.

Państwo dobrobytu wreszcie to takie państwo, w którym podatki płacą wielkie korporacje, a nie tylko pracownicy i mali przedsiębiorcy”.

Premier nie zna Polski – podkreślał Zandberg. A nie zna, bo nie rozmawia między innymi  z pracownikami: „Szkoda, bo może by Pan usłyszał o problemach polskich pracowników. O problemach, które dotykają milionów Polaków. To bardzo znaczące i chciałbym zwrócić na to uwagę – w pańskim expose prawie nie mówił Pan o pracy. A to z pracy, nie z pana puszenia się, bierze się dobrobyt”.

Program „mieszkanie plus” Zandberg nazwał „totalną kompromitacją”: „opowiadaliście bajki”, „Przez cztery lata zbudowaliście 900 mieszkań. Mydliliście oczy, że da się budować mieszkania bez pieniędzy”.

Czasem Zandberg zaznaczał, że PiS niektóre problemy odziedziczył po poprzednich rządach, ale ich nie rozwiązał. Tak jest na przykład w przypadku zapaści w ochronie zdrowia: „Żeby była jasność, to nie jest tylko pana wina. Ochrona zdrowia zapada się od lat. Teraz po prostu przechodzą na emerytury kadry medyczne, które wykształciła Polska Ludowa.

W Polsce ten, kto jest bogaty, żyje nawet kilkanaście lat dłużej niż biedny. Tak jest też pod waszymi rządami i niczego z tym nie zrobiliście”.

„Powie Pan: porządne usługi publiczne, podwyżki dla budżetówki – to wszystko kosztuje. To prawda. Tyle, że przez cztery lata, zamiast zbudować nowoczesny system podatkowy, po prostu administrowaliście tym, co wam zostawił Tusk. Fakt – pogoniliście paru VAT-owskich złodziei. To wystarczyło na 500+. Ale w sprawie kluczowej, w sprawie wielkich korporacji – stchórzyliście”.

Wytknął wycofanie się rządu z podatku cyfrowego: „Szczerze mówiąc dziwię się, że poruszył Pan temat unikania opodatkowania. Przecież za każdym razem od interesu polskich obywateli ważniejszy był telefon z ambasady USA. Gdzie jest podatek od platform cyfrowych? Wycofaliście się, bo kazał wam to zrobić Mike Pence. Tak samo było z Uberem czy z listą leków refundowanych. I tak samo było z reprywatyzacją. A to sprawa wyjątkowo haniebna”.

Zandberg zwrócił też uwagę, że idzie spowolnienie gospodarcze, a rząd nie ma pomysłu, co z nim zrobić: „Skąd weźmie Pan pieniądze, skoro boi się Pan sięgnąć po podatki od wielkich korporacji?”

O polityce zagranicznej: „Bezpieczeństwo Polski to Europa. To dobra współpraca z naszymi sąsiadami z zachodu i północy.

Dlatego, proszę wybaczyć, śmieszą mnie dziś, Panie premierze, pańskie słowa o polityce europejskiej. Przecież wy tę współpracę od kilku lat niszczycie. Lewica widzi w Europie przyjaciół – wy wrogów.

My chcemy wspólnie budować politykę obronną. Wy skłócacie nas z naszymi sąsiadami. To, co robicie, Panie premierze, jest nieodpowiedzialne. Żeby przypodobać się Trumpowi, wystawiacie na ryzyko naszą przyszłość. Jeżeli ktoś uważa, że prezydent Trump jest gwarantem czegokolwiek, niech przyjrzy się Kurdom”.

O normalności i rodzinie: „Lewica chce Polski, która jest krajem wolności. Nowoczesne państwo dobrobytu jest gwarancją wolności. Wolności od biedy, od bezdomności, wolności od strachu i przemocy – ale też wolność wyboru. Polacy i Polki nie chcą żeby jakakolwiek władza mówiła im jak mają żyć, kogo wolno im kochać, z kim wolno im zakładać rodziny”.

O nietykalnych dzieciach: „Dzieci są nietykalne – mówi premier. Szkoda, że pan premier chce dzieci chronić przed jakąś wyimaginowaną ideologią, a nie ma problemu z pedofilią i jej ukrywaniem wśród kleru. Zamiast o kolejnych skazanych księżach, z mediów cały czas napływają kolejne wiadomości o umorzonym postępowaniach przeciwko pedofilom w sutannach”.

Zandberg zapowiedział, że Lewica będzie sprawdzać PiS – ale nie wytykając niedotrzymywanie obietnic, tylko zgłaszając konkurencyjne projekty:

„My nie będziemy czekać. Już teraz, w tym Sejmie powiemy wam: sprawdzam. Mówicie, państwo z PiSu, że jesteście prospołeczni? Damy wam szansę to udowodnić”.

Tu padła propozycja ustawy „która podniesie wydatki na publiczną ochronę zdrowia do europejskiego poziomu, do 7.2% produktu krajowego brutto” oraz drugiej „która wprowadzi leki na receptę za 5 złotych”.

„Te ustawy, ustawy naprawiające sytuację w ochronie zdrowia, trafią do tego Sejmu. I oczekuję, że za nimi Państwo zagłosujecie. Jeżeli pani marszałek Elżbieta Witek zapakuje te prospołeczne propozycje do zamrażarki, to sami wydacie sobie świadectwo” – mówił Zandberg.

Ale to nie wszystko. Lider Lewicy obiecał „projekt podwyższenia płac w całej budżetówce”, zwiększenie uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy i ustawę o płacy minimalnej: „Lewica zaproponuje nowy mechanizm: powiązanie płacy minimalnej ze średnim wynagrodzeniem”.

Wytknął też Morawieckiemu hipokryzję w sprawie równości kobiet: „To, że w Pańskim rządzie zasiadają tylko trzy kobiety, dobrze pokazuje, jak traktujecie większość społeczeństwa”.

Kosiniak-Kamysz: Expose, czyli Wszystkiego najlepszego dla wszystkich

Kosiniak-Kamysz zaczął od metafory lekarskiej: expose to powinno być postawienie diagnozy i zaproponowanie odpowiedniego leczenia. A tak nie jest: „Premier przedstawił koncert życzeń: wszystkiego najlepszego dla wszystkich”.

„Może jest i dobra wola, ale nie ma konkretów” – mówił. Zwracał uwagę, że nie raz premier zapraszał opozycję do współpracy, a potem „zamrażarka albo niszczarka”.

O ile Adrian Zandberg tłumaczył Morawieckiemu, czym jest państwo dobrobytu, o tyle lider ludowców zmierzył się z pojęciem „normalności”:

  • „Czy normalnym jest państwo, w którym emerytka odchodzi z apteki, bo nie może wykupić wszystkich leków?
  • Czy normalnym jest państwo, w którym asystentka prezesa z waszej nominacji zarabia więcej w miesiąc niż pielęgniarka w ciągu roku?
  • Czy normalnym jest państwo, w którym rolnik na dopłaty do modernizacji gospodarstwa czeka miesiącami, a nawet latami?
  • Czy normalnym jest państwo, w którym dzieli się Polki i Polaków na lepszy i gorszy sort?”

Przewodniczący PSL dużo mówił o przedsiębiorcach, m.in, że składki na ZUS wzrosną z 1100 do 1500 zł, wzrosną też opłaty za prąd dla małych i średnich przedsiębiorstw.

„Jest prawda przedwyborcza i prawda PiS-owska – powyborcza”. „Państwo dobrobytu za dnia, a po nocy sięganie do kieszeni. Obłuda do kwadratu”.

Premier Morawiecki lubi się powoływać na liczby i zagraniczne rankingi, w swoim expose przywołał kilka z nich. Kosiniak-Kamysz zrobił rzecz prostą i efektowną – sprawdził, jak Polska wypadła w rankingu Banku Światowego Doing business, o którym mówił premier: „Kiedy przejmowaliście władzę, byliśmy na 25. miejscu, jesteśmy na 40. miejscu, wyprzedza nas Azerbejdżan, Ruanda, Kazachstan i Mauritius. Nie jest to zbyt wielki powód do dumy”.

Wielkim korporacjom przeciwstawił małe i średnie przedsiębiorstwa „polskich rzemieślników”:

„Ręce precz od polskich przedsiębiorców!” – zawołał lider ludowców, dodając, że to zawołanie „trochę w waszym [PiS] stylu”.

Kosiniak-Kamysz wykorzystał sytuację, by zadbać o dobre stosunki z Lewicą. Nawiązał do głośnej wypowiedzi Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i stwierdził: „My się możemy różnić, my się możemy spierać, ale ja nigdy nie powiem, że jesteście nic nie warci. Wasz głos też jest potrzebny i my go bardzo potrzebujemy.” Chodziło o ochronę zdrowia.

Mówił, że kluczowa jest dostępność do specjalistów i to, by mogli oni pracować w godnych warunkach. O pracownikach ochrony zdrowia mówił „są niedofinansowani, są zmęczeni, jest za dużo biurokracji”.

„Żeby nie było tak jak w Barlinku, Mrągowie, Głupczycach czy Cieszynie, gdzie są zamknięte oddziały pediatryczne, czy jak w Zakopanem i Kamieniu Pomorskim, gdzie gdzie zamknięte są oddziały ginekologiczno-położnicze, czy Wodzisławiu Śląskim, gdzie jest zamknięta chirurgia albo w Rzeszowie, gdzie są przyjmowani tylko pacjenci w trybie nagłym, w stanach zagrożenia życia.”

Właśnie w sprawie ochrony zdrowia Kosiniak-Kamysz zapowiadał porozumienie ponad podziałami: „Potrzeba współpracy wszystkich sił politycznych”. Domagał się natychmiastowej realizacji paktu na rzecz zdrowia.

Zapowiedział, że zgłosi poprawkę, by pieniądze z podniesionej akcyzy przeznaczyć na walkę z chorobami onkologicznymi.

Inny ważny temat wystąpienia Kosiniaka-Kamysza to współpraca z partnerami społecznymi, konsultacje i dialog. Jest to od pewnego czasu jeden z głównych motywów wystąpień szefa ludowców. „Pięknie pan mówił: wolność, solidarność, dialog społeczny, ze wszystkim trzeba się zgodzić, ale czy wszystko jest realizowane? Jak traktowaliście partnerów społecznych? Nie tylko związkowców, ale też przedsiębiorców”.

Zadeklarował współpracę w podnoszenia bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Ale jednocześnie pytał, dlaczego PiS zapowiedział konsultacje tylko w tym obszarze.

Kosiniak-Kamysz obiecał, że zgłosi ustawy Pawła Kukiza – m.in. o zmianie ordynacji i sędziach pokoju. Chodzi o „zmiany ustrojowe, które doprowadzą do pełnej demokratyzacji państwa polskiego”.

„Jak nie będzie demokracji bezpośredniej, to wcześniej czy później w Polsce będą żółte kamizelki” – ostrzegał.

Sporą część przemówienia poświęcił klimatowi. Zapowiedział Pakt na rzecz klimatu – przechodzenie na energię odnawialną: „to jest prawdziwe bezpieczeństwo energetyczne”.

„Zrobimy wszystko, żeby kolejnym pokoleniom naszą planetę Ziemię, nasze środowisko przekazać w lepszym stanie niż zastaliśmy” – deklarował.

Nie odmówił sobie złośliwości: PiS tak zabiegał o odebranie PSL poparcia na wsi, a nie wiele dla rolników zrobił. „30 sekund było o rolnictwie w tym expose. No ja wiem, że nie ma się czym pochwalić”. „Najlepszy obraz, jaki bałagan, jaki syf zrobiliście w rolnictwie, to jest stajnia w Janowie i Michałowie”. Zauważył też, że Morawiecki zapomniał o samorządach.

W finale Kosiniak-Kamysz mówił o wspólnocie narodowej, w której jest miejsce dla wszystkich.

Waldemar Mystkowski pisze także o expose Morawieckiego.

Rządy PiS znalazły się w oblężeniu, w sytuacji, w której nie mogą liczyć nawet na siebie. To rodzi obawy nie tylko o skuteczność rządzenia, przede wszystkim powoduje chaos – zarówno w sferze publicznej, jak i gospodarczej.

Każdy dzień dla PiS wydaje się być krytyczny, permanentny stan załamania, dołowanie za dołowaniem. Publiczność jest zaskakiwana nowymi aktami korupcji, dewastacji demokracji, a następnego dnia nie ma szans na sensowne rozliczenie ostatniego kryzysu, bo zostały ujawnione nowe kompromitujące fakty.

Jak to się dzieje, że ciągle utrzymuje się wysoki stan poparcia dla partii Kaczyńskiego? Wszak to nie tylko działanie propagandy mediów, zwanych kiedyś publicznymi, od których nauki mogłyby pobierać bardziej zaawansowane rządy autorytarne.

Dzień, w którym następuje polityczna inauguracja kadencji PiS, też należy do bardzo nieudanych. Z rana z Trybunału Sprawiedliwości UE dochodzą wieści o orzeczeniu tej nadrzędnej instytucji prawa – mianowicie Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego została powołana z naruszeniem unijnych norm. Czytać to należy, iż ustawy sądownicze PiS są złamaniem prawa unijnego, w istocie w Polsce mamy do czynienia z aktami bezprawia.

Co na to najwyżsi politycy PiS? Raczej spłynie po nich, jak po kaczce, bo wałkują najważniejszy dla siebie lokalny akt polityczny, mianowicie expose premiera Mateusza Morawieckiego.

Politycy i komentatorzy wsłuchali się w półtoragodzinną orację Morawieckiego, który w swoim stylu – przejętym od prezesa Jarosława Kaczyńskiego – chwalił się, że jest najlepszy, a jeszcze będzie lepszy w przyszłości.

Niewiele można było usłyszeć konkretów, za to pełno przeinaczeń, półprawd. Morawiecki uprawia fikcję polityczną, której narracja jest wzięta z alternatywnej rzeczywistości. Można w niej przyczepić się do każdego elementu, wykazać szalbierstwo polityczne. Morawiecki nawet nie zająknął się o rzeczywistych problemach, które już są albo pojawią się jutro.

A dramaty mają miejsce w służbie zdrowia, w szkolnictwie, sądownictwo jest w rozkwicie degrengolady (niejaka aluzja pojawiła się w stwierdzeniu, iż „opozycja donosi na własny kraj”), a także mamy do czynienia ze zjazdami we wszelkich rankingach, co uświadamia, iż wizerunek Polski na zewnątrz jest postrzegany bardzo źle. Polak już nie brzmi dumnie, a durnie.

Prześmiesznie w tym kontekście wygląda wycofanie się z szumnie zapowiadanego projektu znoszącego limit 30-krotności składki na ZUS. Ta ostatnia wiadomość to woda na młyn na egalitarne idee lewicy, która niewątpliwie wykorzysta pisowski projekt do zadawania politycznych ran PiS.

Opozycja ma coraz więcej narzędzi, aby powstrzymać partię Kaczyńskiego w degradacji kraju, a także w perspektywie – nie tylko wyborczej – odsunąć ją od władzy. Senat jest wszak „nasz”, bo marszałkuje mu prof. Tomasz Grodzki. Rusza do tego prezydencka kampania. Co prawda wycofał się z tej walki najważniejszy polski polityk Donald Tusk (co dla mnie było oczywiste, w każdym razie zdziwiłbym się, gdyby chciał zasiadać w Belwederze), właśnie w tym dniu dowiedzieliśmy się, że największa partia opozycyjna – Platforma – wyłoniła już swego kandydata, a jest nim koncyliacyjna Małgorzata Kidawa-Błońska.

Opozycja tej sytuacji nie może spaprać, jak w wyborach parlamentarnych. Już wówczas przy odpowiedniej konsolidacji PiS dziś nie rządziłby.

W obozie władzy nie ma żadnej osoby, którą można by obdarzyć chociaż minimalnym szacunkiem i zaufaniem. Wszyscy oni tworzą jakąś alternatywną rzeczywistość przy pomocy nowomowy.

Moim zdaniem zbyt łatwo daliśmy się wziąć pod but „dobrej zmiany”, wykorzystując niewiele możliwości, chociażby prawnych, żeby przeciwstawić się jej zapędom zmierzającym do utworzenia autorytarnej dyktatury. I w tym wypadku, niestety, niedawna historia niczego nas nie nauczyła.

Casus Leppera

Pierwszym po 1989 roku osobnikiem, który wypowiedział wojnę prawu i zaczął podważać demokratyczny ład państwa był Andrzej Lepper. Prosty chłopek-roztropek kreował się na obrońcę „uciśnionego ludu” i wręcz jego trybuna. Niestety, od początku z rozmysłem łamał przy tym prawo, przekraczając kolejne granice, sondując, dokąd może się posunąć. Nielegalne, wielogodzinne blokady dróg, połączone niekiedy ze „szturchaniem” kierowców, którzy chcieli je ominąć, polewanie bardzo niemrawo próbujących interweniować policjantów gnojówką itp. ekscesy nie spotykały się praktycznie z żadnym przeciwdziałaniem władzy, więc eskalował przemoc, np. wysypując importowane podobno ziarno z wagonów kolejowych stojących na bocznicach. Te wybryki uchodziły mu praktycznie bezkarnie, a z drugiej strony był to show dla dziennikarzy, którzy zbiegali się tłumnie na wszystkie takie wydarzenia, co robiło z pokazywanego w mediach Leppera bohatera sporej części społeczeństwa. Wjechał on potem na tym do Sejmu, gdzie już ubrany w garnitur, bezkarnie polewał z mównicy sejmowej gnojówką – tym razem werbalną – wszystkich, z najważniejszymi przedstawicielami władz włącznie i ciągle pozostawał nietykalny.

Nie wiem, w jakim stopniu Kaczyński wzorował się na Lepperze, ale poszedł tą samą drogą, tyle tylko, że wyrabiając sobie status nietykalnego nie miał już żadnych zahamowań w  kłamstwach, pomówieniach i obrzucaniu całych grup społecznych i zawodowych błotem, rozwijając jednocześnie parasol ochronny nad swoimi lokajami, którzy starali się naśladować swego wodzusia. Obserwując przez kilka lat to środowisko, nabrałem pewności, że to służalczość wobec niego i jak największa zdolność do bezgranicznej podłości wobec przeciwników politycznych, decydują o pozycji w hierarchii PiS.

Prezes generalnie nienawidzi ludzi (dlaczego tak jest, to już pole popisu dla psychologa lub psychiatry), co bardzo łatwo zauważyć, a swoich partyjnych lokajów tylko toleruje, bo mu są potrzebni do utrzymania władzy, ale nie waha się też przed publicznym poniżaniem ich od czasu do czasu, żeby ich zastraszyć.

Nie miał nigdy żadnych przyjaciół, od śmierci brata nie ma również praktycznie rodziny, otoczony od lat tylko ochroniarzami i służącymi – klakierami ma całkowicie wypaczony obraz świata, nie ma pojęcia o życiu, jest skrajnie niesamodzielny, powiedziałbym nawet, iż niezdolny do normalnej egzystencji. I te wszystkie swoje kompleksy i frustracje przekłada na politykę, dążąc w niej do dyktatorskiej władzy, która jest jego jedynym celem bez względu na wszystko.

Każdy reżim, który obejmie władzę dąży do zniszczenia zastanej struktury społeczeństwa, żeby na jej miejscu zbudować „nowy ład”. Najczęściej odbywało się to poprzez fizyczną eliminację dotychczasowych elit, tak jak wtedy, gdy Stalin pragnął stworzyć „nowego socjalistycznego człowieka”, co skończyło się wielomilionowym ludobójstwem.

Wodzuś otwarcie mówi, że w Polsce „trzeba stworzyć nowe elity”. Ponieważ jednak fizyczna likwidacja obecnych jest na szczęście niemożliwa, próbuje tego dokonać poprzez zniszczenie wszystkich autorytetów, ludzi zasłużonych dla niepodległości Polski, zdobytej w 1989 roku, czy też obecnych przeciwników politycznych obrzucanych fekaliami przez hordę bezwzględnych, prymitywnych pałkarzy pióra i mikrofonu (bo przecież nie można nazwać ich dziennikarzami). Wydawałoby się, że problemem będzie znalezienie kogokolwiek, kogo można postawić na ich miejsce – ale nie dla prezesika. Tak ogłupił i przekupił naszymi pieniędzmi plebs, że dla nich PO to komuchy, Wałęsa zdrajca Bolek (chociaż nikt tego nigdy nie udowodnił), Tusk to hitlerowiec na usługach Niemiec, a na bohatera wyniósł swojego brata, najgorszego do czasów Dudy prezydenta. Choć w tym wypadku tak naprawdę jest to kreacja własnej osoby, bo tak „przy okazji” najchętniej na pomnikach Lecha widziałby napis „Brat Jarosława Kaczyńskiego”. Nie miał żadnych hamulców, żeby forsować na wysokie funkcje w Sejmie komunistycznego prokuratora stanu wojennego, iście parszywą postać polityczną i dziesiątki innych miernot „lepszego sortu”.

Czy opozycja, będąc co prawda w Sejmie w mniejszości, zrobiła cokolwiek, żeby powstrzymać tę eskalację nienawiści? Czy wystarczająco protestowała przeciw obrzydliwym oskarżeniom sędziów, czy stanęła na wysokości zadania, gdy Kaczyński nazywał setki tysięcy protestujących „elementem animalnym”, „komunistami i złodziejami”? Czy nie można było wnieść oskarżeń przeciw tym pomówieniom, a przynajmniej nagłaśniać je do granic możliwości?

A zaczęło się wszystko od tego, że człowiek w zniszczonych, brudnych butach z podartymi sznurowadłami ogłosił się wraz ze swoimi lokajami „lepszym sortem”, co świadczyło oczywiście o ogromnym kompleksie niższości i frustracji wobec ludzi na poziomie, których zaczęto nazywać „gorszym sortem”. W normalnej demokracji osobnik wygłaszający takie poglądy byłby politycznie skończony, ale naszemu swojskiemu motłochowi się to podobało.

Dlaczego posłowie opozycji tak łatwo przeszli do porządku dziennego nad tym, jak dyktatorek wpadł w furię, dorwał się do mikrofonu i zaczął wykrzykiwać, że są „kanaliami i zdradzieckimi mordami”? Zresztą – tak przy okazji – kamera pokazał go kilkadziesiąt sekund później, gdy wrócił już do ław poselskich i siedział z uśmiechem na twarzy, najwidoczniej zadowolony z siebie. Czy to jest normalne zachowanie?

„Dobra zmiana” w akcji

PiS sprowadził życie polityczne w Polsce do poziomu szamba, a jego funkcjonariusze z „lepszego sortu” bezkarnie przekraczali kolejne granice niewyobrażalnego chamstwa, prymitywizmu i prostactwa. No cóż, klasyczne zachowanie, takie samo, jakie prezentowali bolszewiccy komisarze zaraz po wojnie w Polsce, często niepiśmienni chłopi, w stosunku do ludzi inteligentnych, bogatszych i wykształconych, poniżając ich na każdym kroku, aby podnieść swoje ego. Sfrustrowana, prymitywna „dobra zmiana” (chociaż niektórzy z jej członków legitymują się nawet jakimiś tytułami naukowymi) dopchała się wreszcie do żłoba i zaczęła uważać za właścicieli Polski.

O „poziomie” „lepszego sortu” świadczy wymownie żałosne zachowanie, poniżej wszelkiej krytyki i zwykłej godności jej czołowego, przynajmniej jeśli chodzi o sprawowaną funkcję, przedstawiciela – byłego już marszałka Senatu Karczewskiego, który od tygodnia jest w szoku, że na skutek demokratycznych procedur został oderwany od senackiego żłobu – luksusowej willi, służbowego samochodu, darmowej wyżerki i innych przywilejów i w żaden sposób nie może się z tym pogodzić, o czym pisaliśmy kilka dni temu.

W kraju rozkwitła nowomowa, prawie jak ta u Orwella – „dobra zmiana” znaczyła w rzeczywistości rządy dążące do totalitaryzmu, łamiące filary demokracji, jak niezawisłość sądownictwa, nazywaną dla kpin „reformą wymiaru sprawiedliwości”, a której twarzą został skompromitowany prokurator komunistyczny stanu wojennego, odznaczony przez PRL-owskie władze za zasługi dla PZPR niejaki Piotrowicz. Zaczęto posługiwać się nic nieznaczącymi zbitkami słów, ale stygmatyzującymi przeciwników politycznych, takimi jak „totalna opozycja” i wieloma innymi podobnymi terminami.

Łajdactwa „dobrej zmiany” są powszechnie znane i nie sposób opisać tutaj nawet drobnej ich części, ale czy musieliśmy na wszystkie biernie się zgadzać? Oto niejaki poseł Tarczyński, zwykły prymityw, co dowiódł wielokrotnie swoim zachowaniem, pisze do Lecha Wałęsy te oto słowa: „Bolek mówi przez media do posła na sejm RP, że wyrwie mnie z korzeniami. Zapraszam Cię na solo bydlaku!”.

I co? Właściwie nic, trochę głosów oburzenia w tzw. mediach społecznościowych i na tym koniec. Wyobrażają sobie państwo, co by się działo, gdyby któryś z posłów opozycji napisał coś podobnego do Kaczyńskiego? W swoim czasie ów pan poseł, żeby sobie dodać powagi i patriotyzmu pojechał „metodą na dziadka” – oświadczając, że ten był w NSZ, nie precyzując jednak tej informacji. Na jego miejscu byłbym ostrożny z takimi deklaracjami, bo a nuż się okaże, że przodek był w tzw. Brygadzie Świętokrzyskiej, grupie zdrajców i kolaborantów hitlerowskich, którzy wypowiedzieli posłuszeństwo Komendzie Głównej AK, a tym samym jedynemu wówczas legalnemu polskiemu rządowi w Londynie i byli jedynym oddziałem polskich sił zbrojnych, który poszedł na taką współpracę. O przepraszam, według historii obowiązującej od 2015 roku byli to „żołnierze wyklęci”, na których grobach w Niemczech kwiaty składał premier Morawiecki, historyk (!) z wykształcenia, a honorowy patronat nad obchodami jej powstania objął sam prezydent Duda – dwa wyjątkowo haniebne zdarzenia z udziałem najwyższych władz polskich. I znowu – zamiast jakichś zdecydowanych protestów, ciche popiskiwanie opozycji i jedynie wyraźny głos sprzeciwu ze strony niektórych środowisk kombatanckich.

Inny funkcjonariusz PiS, niejaki Joachim Brudziński, ponoć druga persona w PiS, wielotysięczne demonstracje w obronie sądów skwitował w TV „wierszykiem”: „Cały świat się z was śmieje, komuniści i złodzieje”. Może pan Jojo sądzi po sobie – do tej pory w internecie można znaleźć teksty na temat jego młodzieńczych „wyczynów”, a w 2006 roku tygodnik „Nie” pisał: „”Jojo” [szkolna ksywka Brudzińskiego] wyleciał ze szkoły za rozbój i kradzież, której dokonał na torach przed budynkiem szkoły – opowiadał były wicedyrektor szkoły Czesław Hinc. Według relacji matki poszkodowanego chłopca Joachim Brudziński miał okraść jej syna”. Nie wiem, czy to prawda, ale jeśli jest sporo doniesień na ten temat i ludzie piszą to pod swoimi nazwiskami, powołując się na świadków, którzy też nie ukrywają swojej tożsamości, to może jednak coś   jest na rzeczy?

Dlaczego nikt nie zaprotestował, chociażby podając sprawę do sądu, przeciwko takim chamskim pomówieniom, gdzie byli posłowie opozycji, którzy mają wielokrotnie większe możliwości działania w takich momentach od przeciętnego obywatela?

Zupełnym uwiądem w działaniu wykazuje się opozycja w sprawie tzw. telewizji publicznej, zwanej już powszechnie „Kurwizją”. Takiego szamba, jakie stworzył z niej prezes Jacek Kurski nie było od czasów stanu wojennego, a czasem nawet odnoszę wrażenie, że może telewizja tamtego okresu była bardziej obiektywna. Ja rozumiem, że babranie się w fekaliach tworzonych przez prezesa i jego pałkarzy mikrofonu, skądinąd osobnika, który nie cofnie się przed żadną podłością, nie sprawia nikomu przyjemności, ale – na Boga – nawet w początkach totalitarnego reżimu są jakieś granice, których przekroczenie powinno skutkować adekwatną reakcją – twierdzę, że stek brudów, kłamstw, pomówień mógłby być wielokrotnie zatrzymany przez sąd, tylko trzeba by do niego wnieść sprawę przeciw „Kurwizji”. Sądzę, że kilka przegranych procesów z wysokimi nawiązkami na cele charytatywne skutecznie powstrzymałoby bezwzględnych pisowskich pałkarzy z Woronicza od następnych „wybryków”. Tylko trzeba chcieć i wykazać chociaż trochę zaangażowania, a nie tkwić w opozycji i spać snem zimowym – bo zaczynam coraz bardziej nabierać przekonania, że rola niemrawej opozycji coraz bardziej przypada jej posłom do gustu.

Strach przed Macierewiczem, czyli „perełka” zaniechania

W 2007 roku opublikował on raport z likwidacji WSI, który podano do publicznej wiadomości, łącznie z aneksem nr 16, który zawierał m.in. imienną listę agentów i współpracowników tych służb na Bliskim Wschodzie, co doprowadziło do całkowitej dekonspiracji polskiej siatki wywiadowczej w tamtym regionie i – prawdopodobnie, o czy donosiły nieoficjalne źródła – śmierci kilku zdradzonych agentów. Macierewicz twierdził, że byli to jednocześnie agenci Moskwy, co nie przeszkodziło mu, jak donosiła potem prasa, pobiec z raportem – przed pokazaniem go komukolwiek z polskich władz – do tłumaczki Iriny O. (nawiasem mówiąc, żony polskiego dyplomaty pracującego długo m.in. w Moskwie) zamieszkałej w enklawie rosyjskiej w Warszawie przy ulicy Sobieskiego, żeby przetłumaczyła go na rosyjski. Ciekawe, prawda?

Raport był rzeczą bez precedensu – w nowożytnej historii nie zdarzyło się, aby jakikolwiek kraj zdradził swoich agentów, podając ich listę do powszechnej publicznej wiadomości, skazując ich na śmiertelne niebezpieczeństwo i dobrowolną likwidację własnego wywiadu na dużym, do tego zapalnym terenie świata. Nawet po bolszewickiej rewolucji w Rosji nowi władcy nie zdekonspirowali publicznie agentów carskiej Ochrany.

Po publikacji raportu wszczęto śledztwa w sprawie domniemanych przestępstw WSI w nim ujawnionych, większość jednak umorzono. Osoby wymienione w raporcie jako agenci wytoczyły MON ponad 20 procesów. MON przeprosiło większość z nich, a koszty z tego wynikające przekroczyły 1,2 mln zł.

W 2008 r. Trybunał Konstytucyjny uznał za sprzeczne z Konstytucją m.in. pozbawienie osób z raportu prawa do wysłuchania przez komisję przed ujawnieniem dokumentu, prawa dostępu do akt sprawy oraz odwołania do sądu od decyzji o umieszczeniu w raporcie. Po tym prezydent Kaczyński zdecydował nie ujawniać przygotowanego przez Macierewicza aneksu do raportu.

Jeżeli zdekonspirowanie własnego wywiadu nie jest zdradą, to co nią jest? I oczywiście jego likwidatorowi nie spadł włos z głowy.

Od 2007 roku toczyło się co prawda w warszawskiej Prokuraturze Okręgowej niemrawe śledztwo w sprawie możliwości popełnienia przestępstwa przez Antoniego Macierewicza przy likwidacji WSI, ale dopiero  prokurator Krzysztof Kuciński, który prowadził sprawę od 2009 do jesieni 2013 roku wystąpił do prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta o uchylenie mu immunitetu, bo po zbadaniu sprawy planował postawienie wielu zarzutów byłemu przewodniczącemu Komisji Weryfikacyjnej WSI. Zwierzchnik jednak po naradzie w Prokuraturze Apelacyjnej, na której skrytykowano zamiar stawiania zarzutów Macierewiczowi, dwukrotnie odmówił odebrania immunitetu wiceprezesowi PiS. Wtedy prokurator Kuciński zrezygnował z dalszego prowadzenia śledztwa.

Umorzenie śledztwa było umotywowane wręcz kuriozalnymi powodami, które po prostu kompromitowały Prokuraturę Apelacyjną. I tak na przykład wyjaśniano, że art. 231 Kodeksu karnego o karaniu do 3 lat więzienia za niedopełnienie obowiązków bądź ich przekroczenie odnosi się tylko do pojęcia „funkcjonariusza publicznego”. Prokuratura uznała, że Macierewicz jako szef komisji weryfikacyjnej nie był takim funkcjonariuszem publicznym, bo był jedynie „osobą pełniącą funkcję publiczną”, zaś komisja weryfikacyjna nie była instytucją państwową, której szef podlega odpowiedzialności z art. 231 Kk, lecz „innym organem państwowym”, powołanym na mocy ustawy do załatwienia konkretnej sprawy.

Według PA nie można też uznać, by raport był „dokumentem” w myśl art. 271 Kk. Stanowi on, że „funkcjonariusz publiczny lub inna osoba uprawniona do wystawienia dokumentu, która poświadcza w nim nieprawdę co do okoliczności mającej znaczenie prawne, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”. Według tej prokuratury raport nie ma takiego „znaczenia prawnego” w myśl prawa karnego.

No cóż, przechodził sobie jakiś zupełnie prywatny pan, w tym wypadku o nazwisku Macierewicz, koło budynku zawierającego archiwa WSI i zaciekawiony wstąpił je zobaczyć, i tak go one wciągnęły, że się bidulek zasiedział kilka miesięcy przy ich wertowaniu. Broń Boże, nie był on oczywiście żadną osobą urzędową, ot społecznik – hobbysta, a to co sobie tam z nich wynotował i ujawnił, nie miało przecież w ogóle znaczenia prawnego.

Przypomnijmy – był to przełom 2013 i 2014 roku, gdy u władzy była koalicja PO-PSL. Dlaczego zwierzchnicy Seremeta dopuścili do umorzenia śledztwa w tak ponurej i haniebnej sprawie, jak denuncjacja agentów przez Macierewicza, do tego umotywowanego tak pokrętnymi i wręcz żałosnymi tłumaczeniami? Już wtedy się go bali, chcieli mieć święty spokój czy kierowały nimi jakieś inne przesłanki, o których nie wiemy?

Nie mam wystarczającej wiedzy, by ocenić, na ile zarzuty wobec funkcjonariuszy WSI były zasadne – sądząc jednak po przegranych ponad 20 sprawach i wypłacanych odszkodowaniach,  można przypuszczać, iż większość z nich była wyolbrzymiona, kłamliwa albo wręcz idiotyczna – jednemu z agentów, niejakiemu Makowskiemu, zarzucono, że nie rozliczył się z sum, które płacił swoim arabskim informatorom za współpracę. Czy Macierewicz chciał dostawać faktury przez nich wystawiane? Oczywiście, prawdopodobnie mogły być jakieś sprzeniewierzenia i przywłaszczanie pieniędzy, ale działania wywiadowcze na obcym terenie i pozyskiwanie do nich miejscowej ludności zawsze są grą nieprzejrzystą i trzeba się z tym liczyć, ważne są ich efekty. A WSI miała akurat dobrze rozpracowany teren Bliskiego Wschodu, o czym świadczy chociażby ewakuacja przez te służby agentów amerykańskich z Iraku i była za to wysoko ceniona przez USA.

Drugim, jeszcze ważniejszym dowodem na miałkość oskarżeń jest to, że chyba na ich podstawie nikt ze służb nie został skazany przez sąd. WSI miało być w koncepcji PiS-u największym złem w Polsce po 1989 roku i do tej tezy Macierewicz dopasował swoje oskarżenia.

Gdyby wtedy „społeczny” likwidator Antoni został surowo ukarany za to oczywiste zniszczenie polskiego wywiadu, uniknęlibyśmy pewnie w dużej mierze szaleństw tego pana przy okazji jego przewodnictwa w tzw. podkomisji smoleńskiej, która jest jednym wielkim skandalem i wprost hucpą kompromitującą nie tylko jej członków, a szczególnie Macierewicza, ale także całe państwo polskie. Realne w tej „komisji” są tylko miliony złotych przelewane na konto jej „badaczy”, z których kilku sami się ośmieszyli, porównując katastrofę samolotu do pękających parówek i miażdżenia puszek po piwie. Może te kiełbaski i puszki po piwie, a również stan umysłu zostały im jeszcze po jakimś grillu „integracyjnym”?

W styczniu 2018 roku Macierewicz ujawnił, że koszt działania podkomisji przekroczył 6 mln złotych, rok później jednak oddzielny budżet podkomisji został skasowany i jest ona w tej chwili po prostu w budżecie MON i nie sposób już będzie dociec, ile nas to kosztuje. Tajne są także umowy z zagranicznymi „badaczami”, często nawet nie wiadomo z kim personalnie są zawierane.

I jeszcze taka oto ciekawostka: za sekretarza komisji podaje się niejaka Magda Palonek, na której temat jeden z dzienników napisał: „Wtajemniczeni twierdzą, że tak naprawdę to blogerka Martynka, która wielokrotnie pisała dla sprzyjającego rządowi portalu „wPolityce.pl”. Spytaliśmy Palonek, czy blogerka Martynka to faktycznie ona. Poprosiła, by „zwolnić ją z odpowiedzi”. Cóż, 10 tys. zł miesięcznie pensji za samo członkostwo w komisji smoleńskiej piechotą nie chodzi”.

Rozochocony bezkarnością Macierewicz dokonał całkowitej destrukcji MON, z którego wyrzucił ponad 200 pułkowników i kilkunastu najważniejszych generałów, już po uczelniach amerykańskich, mających doskonałe kontakty w NATO pod pretekstem… dekomunizacji kadry. Po dopuszczeniu do bezkarnego zniszczenia kilkanaście lat wcześniej polskiego wywiadu to następny klasyczny przykład całkowitej bierności ze strony opozycji, lenistwa albo wprost niewiarygodnej głupoty. Czy naprawdę nie można było zrobić nic więcej, żeby uratować polską armię przed totalną dewastacją ze strony tego niszczyciela, który do tego poniżał najwyższych dowódców przy pomocy jakiegoś pętaka aptekarza, swojego faworyta?

Swoją drogą pomyślałem sobie w tym kontekście o czasach przedwojennych – gdyby do któregoś z ówczesnych generałów „podskoczył” w jego gabinecie jakiś cywilny gnojek, zostałby pewnie solidnie wypłazowany szablą, a potem wyrzucony sążnistym kopniakiem jego adiutanta…

Banaś i inni…

Bezczelność i arogancja podłej zmiany rośnie niemal w postępie geometrycznym. Najnowszym tego przykładem jest zachowanie szefa NIK-u, obszernie ukazywane przez media, z czego on sobie zupełnie nic nie robi. Niestety, opozycja też niewiele robi – rozumiem, że nowy Sejm i Senat nie rozpoczęły jeszcze na dobre działalności, ale obawiam się, że aktywność opozycji w tej sprawie znowu skończy się na niczym… A przecież w normalnym kraju działalność tego osobnika mogłaby doprowadzić do upadku rządu. Ale jak powiedział kiedyś niejaki Marcin Wolski, wieloletni członek PZPR, nawrócony teraz na pisowską religię, „przegraliście wybory, więc morda w kubeł”.

W obozie władzy nie ma, nie tylko moim zdaniem, żadnej osoby, którą można by obdarzyć chociaż minimalnym szacunkiem i zaufaniem. Wszyscy oni tworzą jakąś alternatywną rzeczywistość przy pomocy nowomowy i monstrualnych kłamstw – kto zajmuje wyższe stanowisko, tym bardziej – nazwijmy rzecz po imieniu – łże. Nie używajmy eufemizmów w rodzaju „kontrowersyjna wypowiedź”, „mija się z prawdą”, czy nawet „kłamie”. Oni po prostu monstrualnie łżą. I znowu – chyba tylko w dwóch przypadkach podano Morawieckiego (który dorobił się już pseudonimu „Pinokio”) do sądu i musiał za kłamstwa przepraszać. Dlaczego nie można wytykać ich za każdym razem i głośno protestować, chociażby w Sejmie, jeśli ktoś nie chce wstępować na drogę sądową?

O hipokryzji rządzących można pisać opasłe tomy, ale warto zwrócić uwagę na jedną rzecz, którą można nazwać okradaniem państwa „w majestacie prawa”. Pamiętacie pewnie sejmowe przemówienie pani sołtysowej w Sejmie, gdy bredziła, że „wystarczy nie kraść”. Nie wiem, kogo miała na myśli, bo przez cztery lata PiS nawet nie próbował oskarżyć kogokolwiek z opozycji o jakieś przestępstwa finansowe. Kiedy indziej, po rozdaniu bardzo wysokich nagród swoim kumplom, skrzekliwym głosem niemal krzyczała „im te pieniądze się po prostu należą”. I to jest właśnie kwintesencja rządu „dobrej zmiany” – wpychanie niekompetentnych, ale swoich ludzi na wysokie, świetnie płatne stanowiska w spółkach skarbu państwa, przyznawanie im wysokich nagród, obsypywanie przywilejami, „bo im się to po prostu należy”.

Jaskrawym tego przykładem jest sytuacja w NBP, gdzie dwie panie, „dwórki” pana prezesa, jak się je eufemistycznie nazywa, zarabiają przy zupełnie niejasnym oficjalnym zakresie obowiązków po kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie (co do roli, jaką te panie pełnią w rzeczywistości nikt nie ma złudzeń – wystarczy poczytać internetowe opinie na ten temat). I co dalej? Ano nic, prezes NBP i jego „dwórki” mają się dobrze, opozycja trochę poszumiała, prasa pokpiła z sytuacji, a ta została bez zmian.

Ciekawe, czy w obecnej, już mocno zmienionej sytuacji politycznej chociażby ze względu na przewagę głosów w Senacie opozycja weźmie się wreszcie do roboty, żeby walczyć z takimi patologiami?

Jak Kaczyński został świętym Bałwanem

10 List

Myślę, że największe zniszczenia na przestrzeni ostatnich lat dokonały się w tkance mentalnej społeczeństwa. Niszczenie norm, autorytetów, prawa, przyzwoitości pozostawia po sobie truciznę wpuszczoną w umysły i sumienia. Truciznę, którą niezwykle trudno jest później usunąć i bardzo długo to trwa – pisze Krzysztof Łoziński

Czytałem dość dawno opowiadanie, niestety nie pamiętam autora, które zrobiło na mnie duże wrażenie. Bohater budzi się rano ze świadomością, że coś się stało – umarł Bóg. Ja nie jestem wierzący, nie o to chodzi. To pewna przenośnia. Umarł Bóg, czyli przestały obowiązywać normy. Normy wszystkie, moralne, prawne, prawa fizyki, logika, matematyka…

W PIERWSZEJ CHWILI NIC NIE WIDAĆ, ALE NAGLE SAMOCHODY RUSZAJĄ NA CZERWONYM ŚWIETLE, OD BUDYNKÓW ZACZYNAJĄ ODPADAĆ GZYMSY, RANNYM NIKT NIE UDZIELA POMOCY, KAŻDY ZEGAR POKAZUJE INNĄ GODZINĘ, GOTUJE SIĘ ZIMNA WODA… ŚWIAT SIĘ PO PROSTU ROZPADA.

Dlaczego to wspominam? Dlatego, że powoli zaczynamy żyć w podobnej sytuacji. Dawno już opisano fakt, że przykład, jaki daje państwo, nieświadomie zaczyna być przez społeczeństwo przyjmowany jako wzorzec. To nie przypadek, że gdy państwo staje się brutalne, to i stosunki społeczne też takie się stają. Gdy państwo wprowadza karę śmierci i zaczyna ją stosować, najczęściej rośnie liczba zabójstw. Pozornie powinno być odwrotnie, ale nie jest. Państwo daje sygnał, że odebranie komuś życia jest rozwiązaniem, coś załatwia.

Jeżeli państwo poniewiera sędziów i nie wykonuje wyroków, to czemu ja mam je wykonywać? Jeżeli państwo poniewiera ludzi wykształconych i kulturalnych, to i każdy tak może. Mamy to, co już się dzieje. Obserwujemy to na Facebooku i na ulicy.

LUDZIE ODNOSZĄ SIĘ DO SIEBIE BEZ SZACUNKU. I TO DO WSZYSTKICH. NIE LICZY SIĘ ŻADNA POZYCJA ROZMÓWCY, JEGO WIEK, WYKSZTAŁCENIE, DOKONANIA. ROZMOWA JEST W STYLU: „TE, REKTOR, CO TY TAM WIESZ?”. ALBO „TE, PAPIEŻ, NO WEŹ SIĘ POSUŃ”.

No jasne – wszyscy ludzie są równi. Tylko że normalnie są równi wobec prawa, a tu są równi dosłownie – każdy może każdemu naubliżać. Każdy może kwestionować czyjąś wiedzę, dorobek, uczciwość.

To bardzo źle rozumiana równość, równość rozumiana jako jednakowość. Urawniłowka sprowadzająca wszystkich na poziom zero. Na zero moralne, intelektualne, każde. Tylko zastanówmy się, czy nam z tym dobrze.

Obserwuję ten narastający rozpad norm z niepokojem, bo jest coraz gorzej. Uświadommy sobie, że to nie jest tylko u „onych”, u „naszych” też.

LEKCEWAŻENIE NORM PRAWNYCH I MORALNYCH PRZEZ RZĄDZĄCYCH SPŁYWA NA DÓŁ. POJAWIA SIĘ POKUSA, ŻE MOŻE BY TAK… NORMA MÓWI, ŻE KADENCJA TO OKRES, W KTÓRYM NIE MOŻNA KOGOŚ ODWOŁAĆ, ALE… ALE MOŻE „ZNAJDZIEMY SPOSOBA”.

No bo przecież ta norma przeszkadza, no bo sytuacja jest wyjątkowa, no bo jest jeszcze ludowa sprawiedliwość. A przecież „sprawiedliwość jest ważniejsza, niż prawo”. Zaraz, zaraz, gdzieś to już słyszeliśmy… Adolf Hitler, „Main Kampf”, no ale przecież my w dobrej sprawie. Że co? Że on też uważał, że w dobrej sprawie? No ale on źle uważał, a my…

No tak, kraść nie wolno, ale jak nikt nie widzi… Prawda jest prawdą, ale jak się ją trochę nagnie, to co to szkodzi…?

AUTORYTET ZASTĘPUJE SIĘ KULTEM. JAKIŚ TAM BARTOSZEWSKI, JAKIŚ TAM MAZOWIECKI, JAKAŚ TAM TOKARCZUK. A Z DRUGIEJ STRONY BÓSTWO, JAROSŁAW ZBAWICIEL, AŻ ŚWIATŁOŚĆ OD NIEGO BIJE, A STALIN BYŁ „BATIUSZKA”, „OJCIEC NARODU”, „WIELKI UCZONY”. KIM IL SUN (KIM IR SEN) TO ZNACZY KIM „BYĆ SŁOŃCEM”, KIM DŻONG IL TO ZNACZY KIM „PO PROSTU SŁOŃCE”.

Tu nie chodzi o tytuły. Chodzi o to, że wielcy mądrzy ludzie mogą być lekceważeni, poniewierani, wybuczani, postponowani. Wódz jest uwielbiany. Gdy zniszczono autorytet wiedzy, nauki, kultury, sztuki, norm moralnych, pojawia się nowy wzorzec, kult wodza. Świętego Graala zastąpił Święty Bałwan. Bałwan w znaczeniu bożka. Nasza nowa „krynica mądrości” może kraść, kłamać, ubliżać, bekać, wszystko może, a i tak jest święta.

Prawo jest szalenie ważne. To system operacyjny państwa. Ale elity, autorytety to druga część tego systemu. Elity i autorytety tworzą normy. Wyznaczają normy. Tworzą jakby regulamin naszych codziennych ruchów, wyborów, decyzji. Bez prawa i norm zaczyna być tak, jak w tym opowiadaniu, które wspomniałem na początku. Wszystko się rozpada.

ZOBACZMY, GDZIE JESTEŚMY. CO SIĘ DZIEJE W INTERNECIE I NA CO DZIEŃ MIĘDZY NAMI. WSZYSTKO MOŻNA PODWAŻYĆ, KAŻDEGO MOŻNA OBRAZIĆ, DO NIKOGO NIE MOŻNA MIEĆ ZAUFANIA. WSZYSTKO MOŻNA ZAŁATWIĆ, JAK SIĘ MA „CHODY”. WSZYSTKO MOŻNA PRZEGŁOSOWAĆ, GDY SIĘ ZBIERZE ODPOWIEDNIĄ „KUPĘ”. NIE LICZĄ SIĘ NORMY I PRZYZWOITOŚĆ, TYLKO TO, CZY MA SIĘ ODPOWIEDNIO DUŻĄ „KUPĘ” SWOICH.

Kochani, zobaczmy, gdzie jesteśmy. Nie tylko niszczone jest państwo. My się zaczynamy rozpadać jako społeczeństwo. Przestajemy być wspólnotą połączoną normami, a zaczynamy być zbiorem walczących jednostek. Co najwyżej łączących się w odpowiednie „kupy” do załatwienia czegoś.

Pora otrzeźwieć.

Przepowiednia się sprawdziła.

Ale… Czy naprawdę tacy jesteśmy? Nie? To dlaczego takich wybieramy!!!

Mateusz Morawiecki ostatnio bardzo udziela się na swoim profilu facebookowym. Tym razem premier odniósł się do niedawnej 30 rocznicy obalenia Muru Berlińskiego.

„To Solidarność rozpoczęła podkopywać mur, także Berliński Mur, który runął. Niestety, kiedy w Polsce elity polityczne nawzajem sobie gratulowały grubej kreski i „rewolucji bez rewolucji”, to w Niemczech trwał proces dekomunizacji. W dawnym NRD zwolniono około 70 procent prokuratorów i sędziów z czasów komunistycznych. U nas pozostawiono niemal wszystkich” – napisał Morawiecki.

Na tym jednak nie poprzestał. – „Dziś, po latach, wiadomo jak bardzo przydała się Niemcom weryfikacja komunistycznego aparatu wymiaru sprawiedliwości. U źródeł innej drogi III RP stało przyzwolenie na silną i rosnącą w pierwszej dekadzie wolnej Polski rolę postkomunistów. Tych samych, którym dziś zdarza się pouczać naród w kwestiach demokracji” – dodał premier.

Wpis Morawieckiego wywołał falę komentarzy w internecie. – „Mocne słowa o Piotrowiczu i Pawłowicz!”; – „Swoi postkomuniści go nie ruszają”; – „Dlatego twarzą prowadzonych przez PiS reform jest były komunistyczny prokurator Piotrowicz, śmieszni jesteście”; – „A sami tymczasem wstawiają do TK prokuratora z PRL Pana Piotrowicza”; – „Taka otwarta krytyka PiS i jego członków? Czy prezes wyraził na to zgodę?” – pisali internauci.

Część z nich kpiła: – „30 rocznica obalenia Muru Berlińskiego. Czy Morawiecki poinformował już, który odcinek muru demontował?”; – „Mateusza nie widziałam, ale on pewnie jakimś kilofem wówczas torował drogę dla mieszkańców Berlina Wsch. Był na pierwszej linii, a berlińczycy wyli z zachwytu i skandowali: Mateusz, Mateusz”.

Jak informuje lokalny portal z Suchej Beskidzkiej, młodzież z I Liceum Ogólnokształcącego im. Marii Skłodowskiej-Curie napisała list do dyrekcji szkoły i kurii krakowskiej w sprawie prowadzenia lekcji religii przez proboszcza z parafii Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Skarżyli się m.in., że ksiądz jest nietolerancyjny, miał szydzić z uczniów, komentować życie prywatne uczennic.

– „Młodzież miała wymienić m.in. to, że ksiądz przekazuje im wiedzę „nierzetelną i sprzeczną z faktami naukowymi”. Tu jako przykład podają krytykę i wyśmiewanie przez katechetę pomysłu przeprowadzenia w szkole „Strajku klimatycznego”. Katecheta miał powiedzieć, że w jego trakcie najbardziej zaszkodziła planecie farba w sprayu, której użyto do pisania haseł na transparentach strajkujących” – czytamy na stronie portalu.

Licealiści napisali również, że zdaniem księdza proboszcza to nie zdrada jest grzechem, ale przyznanie się do niej, a tym samym doprowadzenie do cięższego grzechu, jakim jest rozwód. Ponadto katecheta miał wykazywać się całkowitym brakiem szacunku wobec uczniów i publicznie komentować ich życie prywatne.

Proboszcz Wiesław Popielarczyk – bo o nim mowa – sam zrezygnował. Zaprzecza przedstawionym zarzutom i twierdzi, że bardzo lubi kontakt z młodzieżą.

Sąd Okręgowy w Krakowie nakazał „Prokuraturze Regionalnej w Krakowie wstrzymanie delegowania powoda Mariusza Krasonia do wykonywania czynności w Prokuraturze Rejonowej dla Wrocławia-Krzyki Zachód we Wrocławiu na czas trwania postępowania w sprawie„. Oznacza to, że na czas trwania procesu Krasonia z jego najwyższymi przełożonymi ma on natychmiast wrócić do pracy w Krakowie.

Przypomnijmy, sprawa dotyczy lipcowej decyzji zastępcy Ziobry prokuratora krajowego Bogdana Święczkowskiego, który wysłał Krasonia do pracy oddalonej o blisko 300 km od miejsca zamieszkania. Dla prokuratora Mariusza Krasonia była to prawdziwa tragedia, bo sam opiekuje się ciężko chorymi rodzicami. – „Mama ma stwierdzoną przez ZUS niepełnosprawność i niezdolność do samodzielnej egzystencji. Jest po neurologicznej operacji kręgosłupa, choruje także na cukrzycę. Ojciec nie jest w stanie zapewnić żonie opieki, bo sam jej wymaga z powodu licznych schorzeń, przeszedł parę operacji, terapię radiologiczną, jest pod stałą opieką onkologów. Oboje rodzice muszą regularnie stawiać się na badaniach” – mówił reporterom TVN 24 Krasoń.

Czym Mariusz Krasoń zasłużył sobie na takie „wyróżnienie” ze strony pierwszego zastępcy prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry? Najprawdopodobniej Krasonia ukarano za obronę niezależności sądów.

Ponadto w maju tego roku na posiedzeniu Zgromadzenia Prokuratorów w Prokuraturze Regionalnej w Krakowie, Krasoń przedstawił projekt uchwały, w której śledczy pisali m.in. o zagrożeniach niezależności prokuratury, o wywieranych naciskach.

Otwarcie mówił o złym traktowaniu pracowników i łamaniu przepisów w celu wpływania na decyzję prokuratorów. – „Prokurator Mariusz Krasoń wskazał, iż znane mu są przypadki wydawania poleceń dokonania pewnych czynności z pominięciem bezpośrednich przełożonych lub prokuratorów nadrzędnych. […] Uchwała Krasonia mocno zdenerwowała ministra sprawiedliwości, który zarzucił krakowskim prokuratorom nieznajomość prawa. Następnie rzecznik dyscyplinarny wszczął postępowanie wyjaśniające i zaczął przesłuchiwać prokuratorów z Krakowa w sprawie punktu mówiącego o ograniczaniu niezależności śledczych” – opowiadał TVN 24 jeden z prokuratorów.

Oficjalnie stanowisko Prokuratury Krajowej w sprawie przeniesienia Krasonia mówi o konieczności podniesienia efektywności pracy wrocławskiej prokuratury. – „Decyzja o tymczasowej delegacji do jednostki prokuratury we Wrocławiu była podyktowana potrzebą zapewnienia efektywności pracy tamtejszej prokuratury i ma na celu optymalizację dynamiki prowadzonych tam śledztw” – twierdziła rzeczniczka Prokuratury Krajowej Ewa Bialik.

Sprawa chłopca zatrzymanego przez księży w Bełchatowie za wyjęcie hostii z ust jest złym prognostykiem dla katolicyzmu w naszym kraju.

Przypadek chłopca z Bełchatowa, zatrzymanego przez księży za wyjęcie hostii z ust, demaskuje prawdziwą naturę stosunków między Kościołem a społeczeństwem polskim. Nieprawdziwa jest bowiem idealistyczna wizja Kościoła jako wspólnoty wiernych, w myśl której Kościół to po prostu wszyscy ludzie wyznający wiarę katolicką i uznający władzę Watykanu i Episkopatu. Na początku XXI wieku Kościół w Polsce to instytucja odrębna od społeczeństwa, a stosunki między nią a ogółem obywateli, także wiernych, cechują się napięciem, nieufnością, by nie rzec – wrogością.

Przypomnijmy, co się stało w Bełchatowie. 13-letni chłopiec po przyjęciu komunii wyjął hostię z ust i włożył do kieszeni. Ksiądz to zauważył, schwytał dziecko i zamknął je w zakrystii, a następnie wezwał policję. Takie potraktowanie małego chłopca – zastraszenie go, sterroryzowanie i bezprawne uwięzienie – wywołało oczywiście skandal i powszechne oburzenie.

Kościół jednak, zamiast się pokajać, stanął w obronie kapłanów – Episkopat wydał oświadczenie podkreślające, jaką świętością jest hostia, co trudno odczytywać inaczej niż jako rozgrzeszenie bełchatowskich duchownych. Sterroryzowali 13-letnie dziecko, bo zdaniem biskupów bronili zagrożonej świętości.

Czy rzeczywiście była ona zagrożona? Ksiądz z Bełchatowa mówi, że chłopiec „wypluł” hostię i że stało się to bezpośrednio przed Halloween, co wskazywało na zamiar zbezczeszczenia jej. Dzieciak zaś tłumaczył, że nie „wypluł”, tylko wyjął z ust i włożył do kieszeni, bo go bolał ząb.

Krytycy Kościoła widzą w zachowaniu bełchatowskich duchownych manifestację buty i pogardy dla praw jednostki. Oburzenie budzi też symbioza Kościoła i państwa – księża, by wymusić posłuch i szacunek dla katolickich rytuałów, wzywają państwową policję, a ta karnie stawia się na żądanie. W dodatku ofiarą tej przemocy kościelno-państwowej pada 13-letnie dziecko, najwyraźniej przebywające w świątyni bez dorosłego opiekuna, który mógłby stanąć w jego obronie i uchronić je przed terrorem.

Taka interpretacja bełchatowskiego incydentu jest uprawniona. Wejdźmy też jednak w rolę adwokata diabła i spróbujmy zrozumieć, co myśleli i co czuli zatrzymujący chłopca księża. Jakie były ich intencje i motywacje? Wątpliwe wydaje się bowiem, że po prostu chcieli go zastraszyć i siłą wymusić posłuch. Ich opowieści o hostii wyplutej i schowanej w przeddzień Halloween wskazują raczej na paranoiczny, wyolbrzymiony strach przed potężnymi siłami zła, czającymi się we współczesnym świecie, które osaczają ich ze wszystkich stron. W tej wizji Kościół jest oblężoną samotną twierdzą, atakowaną przez nieprzeliczone zastępy demonów, takich jak geje i lesbijki, feministki i heavy metalowcy, szczerzące się dynie, kolorowe skarpetki zakładane przez uczniów w Tęczowy Piątek, kotek Hello Kitty, Harry Potter, zły Dżender, no i ma się rozumieć – Jurek Owsiak.

Brzmi to humorystycznie, ale chyba naprawdę wielu kapłanów nosi w głowach taką wizję rzeczywistości. Dla osoby postronnej świat paranoika zawsze jawi się jako karykatura. Sam paranoik jednak jest święcie przekonany, że ta karykatura to prawda. I dlatego się boi, wprost umiera ze strachu. W samoobronie przed urojonym atakiem gotów jest do czynów desperackich, takich choćby jak sterroryzowanie 13-letniego dziecka, które wyjęło opłatek z ust. „Fear, she’s the mother of Violence” – śpiewał Peter Gabriel. Strach jest matką przemocy.

Mądrzy hierarchowie mogliby ten strach rozładować, klarując przerażonym kapłanom, że świat współczesny nie sprzysiągł się przeciw religii. Że kultura masowa nie jest wymierzona w Jezusa. I że wzywanie policji i zamykanie wiernych w zakrystii nie jest najlepszym sposobem głoszenia Dobrej Nowiny.

Sęk w tym, że takich mądrych hierarchów w dzisiejszym Kościele polskim jest jak na lekarstwo, a ich głos ginie w chórze biskupów pokroju Sławoja Leszka Głódzia czy Marka Jędraszewskiego. Obserwując poziom nauczania w seminariach duchownych i intelektualny format ich absolwentów, wydaje się wątpliwe, by sytuacja mogła się poprawić w przyszłości. Zła to wróżba dla katolicyzmu w Polsce.

Duda, Macierewicz, Jędraszewski, Ziobro – pisowska groteska grozy

8 List

Posłowie KO zaapelowali do prezydenta, aby ten zmienił swoją decyzję i wyznaczył kogoś innego na stanowisko marszałka seniora niż Antoniego Macierewicza. – Wierzę w to, że prezydent Duda, kierując się zgodą w Sejmie i odpowiedzialnością za polską demokrację, tę decyzję zmieni – tłumaczył wiceprzewodniczący PO Tomasz Siemoniak. Podobne pismo do prezydenta złożyła też Lewica.

Jest czas na zmianę decyzji

Posłowie Koalicji Obywatelskiej wysłali do prezydenta specjalne pismo w sprawie Antoniego Macierewicza, który ma w nowym Sejmie pełnić rolę marszałka seniora.

– Ma pan kolejny raz szansę być prezydentem nie tylko jednej partii, ale wszystkich Polaków. Do tego wymagana jest zmiana tej decyzji. Nie może być tak, że człowiek, który w ostatnich latach szkodzi polskiej racji stanu, jest nominowany na takie stanowisko – mówił Marcin Kerwiński.

Wiele powodów, aby decyzję zmienić

W obszernym, 3-stronicowym piśmie posłowie opozycji argumentują, dlaczego były szef MON nie powinien piastować tej funkcji.

Posłowie przypominają w nim niejasne powiązania Antoniego Macierewicza z obcymi służbami, miliony wydane na komisję smoleńską i budowanie kapitału politycznego na kłamstwie smoleńskim, a także demolowanie polskiej armii.

– Antoni Macierewicz kłamał z mównicy sejmowej o rzekomych “mistralach za dolara”, a teraz kilka metrów dalej ma otwierać uroczyście pierwsze posiedzenie Sejmu jako marszałek senior. To zła decyzja i żadne zasługi Macierewicza, wokół których i tak są kontrowersje, tego nie usprawiedliwią – tłumaczył Tomasz Siemoniak.

Politycy przypomnieli, że jako szef MON chciał zdegradować major zasłużoną na misjach w Afganistanie. Oskarżył kłamliwie o szpiegostwo byłych szefów SKW, a prezydenckiego generała Kraszewskiego wręcz “niszczył”. To m.in. ten konflikt doprowadził to tego, że prezydent wypowiedział się, że Antoni Macierewicz używa “ubeckich metod”.

– Prezydent zaprzecza swojej ocenie i podejmuje fatalną decyzję dla polskiego parlamentaryzmu. Prosimy, apelujemy i wzywamy do zmiany tej decyzji. Jest jeszcze czas, są godne osoby w Sejmie do tego, aby sprawować funkcję marszałka seniora – komentuje Tomasz Siemoniak.

Upokorzenie Sejmu

– To decyzja, która obraża nas wszystkich – komentuje wybór na marszałka seniora Antoniego Macierewicza Joanna Kluzik-Rostkowska. – Ta decyzja to próba upokorzenia Sejmu i posłów i tej znaczącej części opinii publicznej, która ma wyrobione zdanie o Macierewiczu – mówił także Tomasz Siemoniak. – Wierzę w to, że prezydent Duda, kierując się zgodą w Sejmie i odpowiedzialnością za polską demokrację, decyzję zmieni – dodaje.

Podobne pismo do prezydenta złożyła też Lewica.

Macierewicz to hańba – więcej >>>

„237 osób na 100 tys. umarło z powodu raka w 2017 w Polsce. To jeden z najwyższych wskaźników wśród krajów OECD, dla których średnia wyniosła 201 osób” – poinformowała na Twitterze Alicja Defratyka z ciekaweliczby.pl.

A tak do podanych przez Defratykę informacji odniósł się były wiceminister zdrowia w rządzie PiS: – „Szanowna Pani. Na coś ludzie muszą umierać. Jeśli nie umierają na choroby serca to będą umierać na raka. Sukces polskiej kardiologii musi się przełożyć na pogorszenie surowego współczynnika umieralności w onkologii. Potrzeba standaryzowanych współczynników umieralności” – napisał Krzysztof Łanda. W latach 2015-2017 był on podsekretarzem stanu w Ministerstwie Zdrowia.

„Czy mamy się cieszyć, że umieralność na raka wzrosła, bo umieralność na choroby serca spadła? Czy według Pana mamy się cieszyć, że w innych krajach ten wskaźnik spada, a w Polsce rośnie?” – zapytała Łandę Defratyka.

Ale nie tylko ją oburzył wpis byłego wiceministra zdrowia. – „Czy Pan przeczytał to, co napisał? Choć raz?”; – „Wypowiedź w stylu „żywność zdrożała, ale za to lokomotywy staniały”!”; – „To jeżeli pan kiedyś (czego nie życzę), zachoruje na raka, może się pan na łożu śmierci pocieszać, że za to sąsiad z zawałem przeżyje”; – „Szanowny Panie” gdyby ludzie umierali na głupotę to w PiS nie miałby kto rządzić!”; – „Co za chamskie odzywki. Nic dziwnego, że polska służba zdrowia jest najgorsza w UE skoro odpowiedzialni za nią potrafią tylko bezczelnie pyskować”.

Jeden z internautów w odpowiedzi Łandzie napisał o swojej sytuacji rodzinnej: – „Na chemioterapii dziennej Onkologii Szpitala MSWiA w Wa-wie zostało 2 lekarzy! Przerwali chorym chemioterapię. Za 2 tygodnie mają pytać, kiedy będzie wznowiona. Wiem, bo moja mama też czeka. Nowych pacjentów się nie rejestruje. Mogą umierać!”.

Z wielką pompą na Zamku Królewskim w Warszawie wręczane były nagrody prawicowego tygodnika „Do Rzeczy” „Strażnik pamięci 2019”. Podczas uroczystości przyznano także nagrodę specjalną Instytutu Współpracy Polsko-Węgierskiej im. Wacława Felczaka „Strażnik Wartości”. Otrzymał ją arcybiskup Marek Jędraszewski.

Laudację ku czci metropolity krakowskiego wygłosił dyrektor tego Instytutu Maciej Szymanowski. – „Takim kurierem z Krakowa, posłańcem, a zarazem strażnikiem wartości, jest także nasz laureat, którego wygłoszone w rocznicę Powstania Warszawskiego słowa sprzeciwu wobec destrukcyjnych względem człowieka, rodziny i rodziny rodzin – czyli narodu pseudo-prawd, zabłysnęły w tym roku niczym światło latarni morskiej” – powiedział Szymanowski. Chodzi o skandaliczne słowa metropolity krakowskiego: „Abp Jędraszewski znów bulwersuje – mówi o „nowej zarazie”: już nie czerwonej, a tęczowej”.

Na gali na Zamku w pierwszych rzędach zasiedli m.in. Mateusz Morawiecki, Piotr Gliński, Ryszard Terlecki, Zbigniew Ziobro. Uroczystość została objęta patronatem narodowym (!?) przez Andrzeja Dudę.

„W następnym odcinku naszej bajki: pani prof. Krystyna Pawłowicz i pan prof. Piotr Gliński dostają ex aequo nagrodę „Strażnika/strażniczki kultury”; – „Nagroda za tuszowanie skandali. Obrzydliwość”; – „Strażnik Wartości abp Paetza?”; – „Strażnik Szczucia, Obłudy i Nienawiści. Takich w Polsce PiS się nagradza” – komentowali oburzeni internauci.

A nowo mianowany „Strażnik Wartości” w wieczornym wywiadzie dla Telewizji Republika powtórzył swoje słowa o „tęczowej zarazie”. – „Fikcyjna ideologia przeczy wizji urojonego bytu – taki sens mają słowa hierarchy, który znów powtarza nawiązujący do repertuaru nazistów refren o „tęczowej zarazie”. Być może wierzy, że powtórzony tysiąc razy objawi prawdę – w to również wierzyli naziści” – podsumował jeden z internautów.

Coraz głośniej mówi się o narastającym konflikcie między Zbigniewem Ziobro a Mateuszem Morawieckim. Obaj panowie zdecydowanie za sobą nie przepadają i jak informują media, premier stara się za wszelką cenę powstrzymać zapędy Ziobry do kontrolowania jak największej liczby spółek skarbu państwa.

Ostatnio też słyszymy o tym, że Ziobro wynegocjował przejęcie przez Solidarną Polskę dodatkowego ministerstwa. Ma je objąć bliski współpracownik ministra i prokuratora w jednym, 28-letni Michał Woś.

Możliwe, że to właśnie jest powodem, dla którego Zbigniew Ziobro unika posiedzeń rządu. We wrześniu opuścił dwa spotkania, w październiku cztery i na tym ostatnim, 6 listopada, również go nie było. Ministra sprawiedliwości reprezentuje jego wiceminister i uważa on, że to nic dziwnego, bo pan minister – jak twierdzi Sebastian Kaleta – jest na bieżąco „o wszystkim poinformowany i jest w bieżącym kontakcie z premierem, jak i innymi ministrami”, a że nie przychodzi na posiedzenia rządu? No cóż, nie ma czasu, bo jako prokurator generalny ma mnóstwo zajęć, niecierpiących zwłoki.

Wiceminister Kaleta zapomniał dodać, że mimo licznych obowiązków, Ziobro znalazł czas, by aktywnie prowadzić własną kampanię wyborczą i gościć, ile się da, w siedzibie Prawa i Sprawiedliwości, gdzie walczył o stołki dla swoich ludzi.

Ewidentnie więc widać, że to nie kwestia braku czasu, ale jednak chyba właśnie ta wzajemna niechęć. Czy ta wojenka osłabi PiS? Podejrzewam, że nie, bo w odpowiednim momencie, panowie zjednoczą siły, byle tylko utrzymać się przy władzy i dalej razem demolować Polskę.

Chyba nie ma już powodu, by zajmować się składem TK (Trybunałem Kaczyńskiego), chyba że kogoś interesują najnowsze „odkrycia towarzyskie” pana prezesa.

Słychać wycie? Owszem, słychać. Ale to niekoniecznie znakomicie. Bo protesty podniosły się nie tylko w okopach opozycji. Decyzja o nominacjach partii pana prezesa do TK nie spodobała się nie tylko „totalsom”. Wzbudziła też ponoć spore kontrowersje w „Dużym Pałacu”. No i Jarosław Gowin, jeśli ją nawet poprze, bo nie ma zbyt wielkiego wyboru, to cieszył się raczej nie będzie. Ba, pomysł, że na straży Konstytucji mają stanąć Stanisław Piotrowicz i Krystyna Pawłowicz skonsternował również część… wyborców PiS-u. Ma on poparcie zaledwie jednej trzeciej głosujących na „dobrą zmianę”. Okazuje się, że nawet Pięćset Plus to dla części z nich za mało, jak na Trybunał dla pana Staszka oraz pani Krysi…

No, ale z drugiej strony, zrozumcie prezesa. Przecież państwo P&P to żywe symbole rewolucji moralnej, jaka dokonuje się właśnie między Odrą a Bugiem. Trudno o bardziej oczywiste wzorce osobowe „dobrej zmiany”, co zresztą pięknie zaprezentowano w uzasadnieniu tych szczególnych nominacji.

To osoby, które – jak podsumował to sam pan Stanisław – mają „piękną przeszłość”, on w peerelowskiej prokuraturze, a ona przy Okrągłym Stole. Mają też nieocenione zasługi w utrwalaniu władztwa PiS w wymiarze sprawiedliwości i pacyfikacji opozycji („Cicho! Teraz ja mówię!”). Nikt nie potrafił tak skutecznie przeciwstawiać się atakom lewactwa w komisji sprawiedliwości, jak pan Stanisław właśnie, ani pacyfikować „myszek-agresorek”, jak pani Krystyna.

Ale nie tylko te merytoryczne talenty zdecydowały – zapewne – o wyborze nominatów. Znalazłoby się przecież kilku profesorów prawa z większym dorobkiem i budzących mniej – delikatnie mówiąc – kontrowersji. Niemniej w aktualnym Trybunale obok kompetencji liczą się też inne przymioty, w tym wyrobione gusty kulinarne oraz umiejętność eleganckiej i dyskretnej konsumpcji sałatek z tuńczykiem na sali rozpraw, w czym nikt nie sprosta przecież pani Pawłowicz. Tymczasem nie wiadomo wprawdzie, jaki dorobek naukowy ma za sobą pani prezes Julia, ale wiadomo za to, że świetnie gotuje…

Ważna jest także odporność nominatów na takie lewackie wynalazki, jak fakty, logika i racjonalna argumentacja, a też ich naturalna umiejętność recytacji z pamięci partyjnego „przekazu dnia” tonem nieznoszącym wątpliwości ani sprzeciwu, tak charakterystycznym dla przodowników „dobrej zmiany”. Nie bez znaczenia jest też zapewne ironiczno-pogardliwy grymas, jaki w niewymuszony sposób pojawia się na twarzach prawdziwych patriotów (w tym także państwa P&P) w relacjach z lewactwem. Ale najważniejsza jest lojalność w stosunku do partii, a w szczególności jej prezesa. Tej zaś obojgu nominatom nie można wszak odmówić. Bo przecież, jak ujęła to sama pani Krystyna – „Konstytucja jest martwa”, w przeciwieństwie do interesów PiS.

Dlaczego to ważne? Cóż – łaska suwerena na pstrym koniu jeździ, więc nigdy nie wiadomo, kiedy partii aktualnie rządzącej przyda się absolutna przychylność Trybunału. Była posłanka Pawłowicz ma już zresztą za sobą dowód lojalności w postaci głosowania za wnioskiem, który sama uznała za niekonstytucyjny. Była jednak „za”, bo „takie były partyjne uzgodnienia”. Czyż trzeba lepszego przykładu jej bezstronności i obiektywizmu?

Prokurator Piotrowicz jako niedościgły wzór praworządności dał się z kolei poznać, firmując tak zwaną reformę sądownictwa. Był w tym lepszy nawet od samego ministra Ziobry, więc taki talent nie mógł pozostać niezauważony, a zasługi – nienagrodzone.

No i jest jeszcze coś. Praca w Trybunale to praca zespołowa. Nowi sędziowie nie powinni zatem za bardzo odstawać od reszty nominatów partii aktualnie rządzącej, co – zważywszy na dotychczasowe awanse – nie było łatwe. Wypada więc zrozumieć pana prezesa, który musiał znaleźć aż trójkę chętnych do orzekania pod kierownictwem aktualnej szefowej Trybunału i jej zastępcy. Dobrze, że zgłosili się sami, bo inaczej trzeba by chyba urządzać łapankę pod jakąś prokuraturą rejonową na Podkarpaciu.

Inna sprawa, że w tej chwili nie ma już żadnego powodu, by zajmować się składem TK (Trybunałem Kaczyńskiego). No, chyba że kogoś interesują najnowsze „odkrycia towarzyskie” pana prezesa.

Kaczyński chce, aby Polska zdechła razem z nim. Psychologia, nie tylko inżynieria społeczna

7 List

„Jarosław Kaczyński lubi oglądać rodeo i takie rodeo zrobił w Polsce: Macierewicz w Sejmie, a Pawłowicz i Piotrowicz w TK. Pani Pawłowicz jest czynnym, frontowym politykiem i przez ostatnie 4 lata pokazywała nam, jaki ma stosunek do prawa, obywateli, Konstytucji czy koleżanek i kolegów z Sejmu” – powiedział europoseł PO Bartosz Arłukowicz w TVN24.

Według Arłukowicza na tym ma polegać zapowiedziana przez prezesa PiS wymiana elit. – „To jest elita zbudowana przez Jarosława Kaczyńskiego: p. poseł Pawłowicz, wypowiadająca różne straszne słowa, Piotrowicz, prokurator PRL w TK, wcześniej dewastujący polski system prawny i Macierewicz, który skłócił miliony Polaków” – stwierdził.

Przewiduje, że Jarosław Gowin i inni posłowie jego ugrupowania poprą kandydatury Pawłowicz i Piotrowicza do TK. – „Pan Jarosław Gowin wielokrotnie pokazał nam wszystkim, że jest człowiekiem, który z całą pewnością może trafić do podręczników ortopedii, gdyż tak ma giętki kręgosłup. Najpierw mówi, że coś mu się nie podoba, a potem grzecznie to akceptuje” – stwierdził Arłukowicz.

Europoseł PO uważa, że „Kaczyński odczuwa perwersyjną satysfakcję z drwienia z Polaków”. – „Szef wielkiej partii, wielkiego obozu politycznego w sposób świadomy niszczy struktury państwa” – podkreślił Arłukowicz.

Pawłowicz i Piotrowicza próbował nieudolnie bronić europoseł PiS Ryszard Czarnecki, który też był gościem w TVN24. Np. nazywanie przez Pawłowicz flagi unijnej szmatą czy jej inne skandaliczne słowa i zachowania w Sejmie Czarnecki nazwał „wypowiedziami politycznymi, które można oceniać różnie”…

„Dziękuję wszystkim, którzy rozumieją moją decyzję, przepraszam wszystkich nią zawiedzionych. Mnie też jest trochę smutno, ale od emocji i własnej ambicji ważniejsze są odpowiedzialność i uczciwa ocena sytuacji” – napisał na Twitterze Donald Tusk.

To pierwszy komentarz przewodniczącego Rady Europejskiej po ogłoszeniu przez niego decyzji o niekandydowaniu w nadchodzących wyborach prezydenckich w Polsce.

Na tweet Tuska natychmiast zareagowali internauci. – „Z bólem serca to piszę, ale rozumiem Pana decyzję. Proszę chociaż podpowiedzieć KO kogo powinni zaproponować na kandydata do wyborów prezydenckich. To musi być dynamiczna, energiczna osoba, która przyciągnie młody elektorat!”; – „Rozumiem, choć jestem zawiedziony. Nie widać nikogo, kto z równym powodzeniem mógłby stanąć w szranki i wygrać..”; – „Ja zasadniczo Pana Premiera rozumiem, ale dopóki ma Pan wpływ na swoich kolegów może Pan Im wyjaśnić, ze czas się wziąć do roboty i czym to grozi? Będę wdzięczny – bo czuję się rozczarowany ugrupowaniem, na które oddałem głos, a które jest Panu bliskie”; – „Dziękuję za rozwagę w działaniu i uczciwe postawienie sprawy”.

„Słusznie. Chociaż w pewnym sensie szkoda. Mógł Pan zrobić w debacie „komisję Horały bis”…. Zacierałem ręce” – napisał jeden z internautów. Chodzi oczywiście o kompromitujące wpadki posła PiS w trakcie przesłuchania Donalda Tuska przed sejmową komisją śledczą ds. VAT.

„Wolne media są fundamentem demokracji i praworządności, dlatego trzeba szczególnie chronić dziennikarzy” – to konkluzja z wysłuchania o wolności mediów i swobody wypowiedzi w UE. Odbyło się ono w komisji wolności obywatelskich Parlamentu Europejskiego w Brukseli.

Podczas spotkania poruszono wątki dotyczące sytuacji w naszym kraju. – „W Polsce Tomasz Piątek ujawnił informacje na temat powiązań ministerstwa obrony z mafią rosyjską. Są też inne dochodzenia wobec dziennikarzy, którzy zajmowali się kwestią wątpliwych inwestycji Jarosława Kaczyńskiego w projekty nieruchomościowe” – powiedziała Julie Majerczak, szefowa brukselskiego biura organizacji Reporterzy bez Granic.

Europosłanka PO Magdalena Adamowicz stwierdziła, że w Polsce istnieje problem z wolnością mediów. – „Dziennikarze, którzy znajdują i odkrywają różne afery dokonywane przez polityków i kolegów polityków partii rządzącej, niestety bardzo często są prześladowani, ograniczana jest ich wolność” – mówiła. Adamowicz dodała, że w Parlamencie Europejskim trzeba znaleźć odpowiedź  na pytanie, co zrobić, by chronić wolne media, wolność słowa, a jednocześnie nie ulegać mowie nienawiści i dezinformacji.

Dziennikarz śledczy z Węgier Peter Erdelyi mówił o sytuacji w jego kraju pod rządami Wiktora Orbana. – „Władze ograniczają dziennikarzom swobodę poruszania się po parlamencie, maile wysłane posłom rządzącej partii Fidesz są ignorowane, a niezależni dziennikarze nie mają szans na rozmowy z przedstawicielami rządu. Walka z niezależnymi mediami oznacza budowanie własnego imperium medialnego przez rząd. Prorządowa machina jest wykorzystywana do krytyki antyrządowych protestów” – powiedział Erdelyi.

Podczas wysłuchania była też mowa o zabójstwach dziennikarzy na Malcie, Słowacji i w Bułgarii. – „Zostali zabici, ponieważ pracowali nad dochodzeniami dotyczącymi korupcji” – przypomniała Julie Majerczak. Dodała, że we Włoszech dziennikarze muszą być chronieni przez policję.

„Trzeba walczyć z językiem nienawiści i chronić dziennikarzy. Media to kamień węgielny naszych społeczeństw. To podstawowa reguła praworządności” – podsumowała europosłanka z Malty Roberta Metsola.

O jedną niewiadomą mniej. Czas zatem na decyzję PO i jej władz. Już wiemy, że rycerz na białym koniu nie przyjedzie. Koń chyba zresztą też nie – mówi o decyzji rezygnacji Donalda Tuska prof. Marek Migalski, politolog. Nie tylko o wyborach prezydenckich, ale też o wyborze Macierewicza na marszałka seniora i ostatnich nominacjach PiS-u do TK. – Może to oznacza, że Jarosław Kaczyński dopuszcza możliwość, że Andrzej Duda nie wygra wyborów. Być może Kaczyński zakłada, że po maju dyskomfort rządzenia PiS może spaść, bo w Pałacu Prezydenckim może się znaleźć kandydat opozycji. Dlatego z przejmowaniem do końca takich instytucji jak TK trzeba się śpieszyć – mówi.

JUSTYNA KOĆ: Donald Tusk nie wystartuje w wyborach prezydenckich. To dobra decyzja?

MAREK MIGALSKI: O jedną niewiadomą mniej. Czas zatem na decyzję PO i jej władz. Już wiemy, że rycerz na białym koniu nie przyjedzie. Koń chyba zresztą też nie. A tak serio to bardzo rozsądna decyzja. Przy tak ogromnym elektoracie negatywnym pokonanie najpopularniejszego obecnie polityka w Polsce, jakim jest Andrzej Duda, byłoby bardzo ciężkie.

Prezydent Andrzej Duda powierzył Antoniemu Macierewiczowi prestiżową misję marszałka seniora Sejmu. Jest pan zaskoczony?
Ta decyzja musiała zostać wymuszona na prezydencie, bo oczywiście nie on ją podjął, tylko Jarosław Kaczyński.

PREZYDENT MIAŁ FATALNE RELACJE Z MACIEREWICZEM, WYSTARCZY PRZYPOMNIEĆ, CO SIĘ DZIAŁO, GDY BYŁ MINISTREM OBRONY NARODOWEJ. ZASTANAWIA MNIE TYLKO, CZY JAROSŁAW KACZYŃSKI NIE CHCE PORAŻKI ANDRZEJA DUDY W WYBORACH MAJOWYCH, BO TYM RUCHEM ODCINA GO OD WYBORCZEGO CENTRUM.

Zresztą podobnie jak wystawienie Stanisława Piotrowicza i Krystyny Pawłowicz na sędziów do TK.

No właśnie. Co możemy wyczytać z tych nominacji?
To może oznaczać, że Jarosław Kaczyński po 2 tygodniach wahań, w którą stronę pójść w ciągu najbliższego pół roku, a może i 4 lat, wybrał jednak prawą stronę. Bedzie tak samo jak było, tylko że bardziej. To z kolei oznacza, że większym zagrożeniem jest według niego pojawienie się Konfederacji w parlamencie. To uderzenie w jego modus operandi – po prawej stronie nic nie może istnieć, czy to była LPR, czy właśnie narodowcy, on starał się anihilować te podmioty.

Jedna z teorii mówi, że jeżeli rządzący chcą zrobić coś kontrowersyjnego, to najlepszy czas jest właśnie po wyborach, ale my właśnie wkraczamy w kampanię prezydencką. Ciężko o lepszy prezent dla opozycji, niż zdjęcie obecnego prezydenta zaprzysięgającego Stanisława Piotrowicza, prokuratora stanu wojennego.
To prawda i dopuszczałem możliwość, że przez pół roku PiS będzie udawać normalną partię. Koncepcja, o której pani mówi, czyli Miltona Friedmana, zakłada, że najlepiej przeprowadzać trudne reformy zaraz po wyborach, bo później słabnie entuzjazm i dynamika. Rzeczywiście wydawało się, że majowe wybory złamią tę zasadę i PiS będzie udawać normalną partię po to, aby prezydent Andrzej Duda mógł udawać normalnego prezydenta. Okazało się, że jednak nie i sądzę, że to zdjęcie z nowymi sędziami TK – z Piotrowiczem po lewej stronie i panią Pawłowicz po prawej – może być druzgocące dla prezydenta. A może to oznacza, że Jarosław

KACZYŃSKI DOPUSZCZA MOŻLIWOŚĆ, ŻE ANDRZEJ DUDA NIE WYGRA WYBORÓW.

Być może Kaczyński zakłada, że po maju dyskomfort rządzenia PiS może spaść, bo w Pałacu Prezydenckim może się znaleźć kandydat opozycji. Dlatego z przejmowaniem do końca takich instytucji jak TK trzeba się śpieszyć.

Ale dlaczego takie nominacje? Na pewno w znalazłoby się kilku innych wiernych a mniej kontrowersyjnych kandydatów.
Może tak, a może ta ławka jest tak krótka, że Jarosława Kaczyński miałby jednak kłopot. Może też chce w ten sposób obsłużyć prawicowy elektorat, a może po prostu im to obiecał. Nie doceniamy faktu, że prezes potrafi zachowywać się lojalnie. Przecież nie da się inaczej wytłumaczyć niektórych karier politycznych, np. marszałka Kuchcińskiego, panów Krasulskiego czy Jasińskiego. Może ten najbardziej banalny powód jest prawdziwy. My próbujemy jakoś zracjonalizować tę decyzję, a być może tu zadziałały względy czysto osobiste. Przyznam, że nie czuję, aby moja odpowiedź była w pełni satysfakcjonująca dla czytelników – mnie też nie satysfakcjonuje – ale tę decyzję trudno racjonalnie zrozumieć.

A kandydatura Elżbiety Chojny-Duch? To nagroda na zeznania na komisji VAT-owskiej?
Nie znam tej pani, ale wszystko na to wskazuje.

Ale dlaczego nie stanowisko w spółce Skarbu Państwa, tylko w TK?
Być może pani Elżbieta Chojna-Duch uznała, że spółka Skarbu Państwa zapewnia jej tylko pieniądze, a tutaj jeszcze będzie mieć prestiż i 9 lat spokoju. Może chodzi o to, że chce być nie tylko bogata, ale i szanowana, chociaż ten drugi element nie zostanie spełniony przynajmniej przez połowę społeczeństwa.

Władysław Kosiniak-Kamysz ogłosił, że wystartuje w wyborach prezydenckich. Twierdzi się, że jest jedynym, który może odebrać głosy Andrzejowi Dudzie. To prawda?
Moim zdaniem tylko ktoś taki jak Władysław Kosiniak-Kamysz może pokonać Andrzeja Dudę. Ktoś o podobnym profilu ideologicznym, podobnej zdolności zyskiwania sympatii, podobnej koncyliacyjności nawet wobec osób, które mają inne poglądy polityczne. Tyle tylko, że

TO MUSI BYĆ KTOŚ TAKI JAK WŁADYSŁAW KOSINIAK-KAMYSZ, A NIE SAM WŁADYSŁAW KOSINIAK-KAMYSZ.

Dlaczego?
Najpoważniejszą jego wadą jest to, że jest prezesem PSL. Jakkolwiek byłyby przeprowadzone prawybory – i nawet jeśli wygrałby w nich – to trudno sobie wyobrazić, żeby działacze PO, która dostała ponad 3 razy więcej niż PSL, przeznaczyli swój czas i pieniądze na promowanie prezesa konkurencyjnej partii. Tak samo jak nie wyobrażam sobie, aby działacze Lewicy, która uzyskała lepszy wynik niż PSL, pracowali na szefa ludowców. Polityka ma swoje wymogi i jednym z nich jest to, że partie polityczne w wyborach prezydenckich popierają swoich kandydatów w pierwszej turze.

Czyli prawybory to nie najlepszy pomysł?
A jak one miałyby wyglądać? Kto miałby brać w nich udział? Członkowie partii politycznych? Jeżeli tak, to Władysław Kosiniak-Kamysz wygrywa bezapelacyjnie, bo PSL ma najwięcej członków. Można Schetynie wiele zarzucać, ale nie to, że nie potrafi liczyć. Druga możliwość to otwarte prawybory powiedzmy na jakiejś platformie internetowej, gdzie ludzie będą mogli głosować. W tym wariancie powstaje z kolei problem, jak odsiać wyborców PiS-u. Na jedno skinienie Jarosława Kaczyńskiego wyborcy PiS-u mogliby się zarejestrować na takiej platformie i wybrać kogoś, kogo z łatwością mógłby pokonać Andrzej Duda. W ogóle prawybory w Polskich warunkach na 6 miesięcy przed wyborami to banialuki. Jedyna szansa na “prawybory” byłaby wówczas, gdyby liderzy partii opozycyjnych usiedli przy zielonym stoliku i zdecydowali, ale to, przyzna pani, z prawyborami ma niewiele wspólnego. Ironicznie mogę dodać, że gdyby się na to jednak zdecydowali, to polecam salki katechetyczne Kościoła św. Katarzyny, bo na pewno są wolne, a proceder wyglądałby pewnie podobnie jak 20 lat temu wybieranie wspólnego kandydata prawicy.

Czyli każda partia wystawi swojego kandydata. Lewica Zandberga albo Biedronia, PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza, a Koalicja Obywatelska?
To jest kluczowe pytanie. Wiemy już, że to nie będzie Donald Tusk.

OCZYWISTE JEST TO, ŻE KANDYDAT KO W I TURZE UZYSKA NAJWIĘCEJ GŁOSÓW WŚRÓD KANDYDATÓW OPOZYCYJNYCH, BO W I TURZE DZIAŁA LOJALNOŚĆ PARTYJNA.

Notabene moim zdaniem wystawienie jednego kandydata opozycji już w I turze daje w niej wygraną obecnemu prezydentowi, ponieważ wspólny kandydat zniechęciłby cześć elektoratu prawicowego lub lewicowego, w zależności kto by to był. Ważne jest co innego. Jeżeli KO myśli o pokonaniu Andrzeja Dudy w II turze, to musi wystawić kandydata bardziej centroprawicowego niż centrolewicowego, ponieważ większość wyborców w Polsce jest centroprawicowa i opozycja musi się z tym pogodzić, że jej wyborcy to Polacy, a nie np. Czesi. To musi być  “Duda Plus”, a nie “anty-Duda”. Także dlatego, aby udało mu się podkraść głosy Andrzejowi Dudzie, a być może nawet Konfederacji.

Kandydat musi być też pozapartyjny, oczywiście musi być polityczny, ale nie może być partyjniakiem. Jeżeli KO wystawi członka aparatu partyjnego, to zmniejsza szanse pozyskania głosów, np. wyborców PSL. I trzeci warunek – to musi być osoba lubiana. To nie może być arogant, ktoś, kto jest znany z tego, że ma problemy z rozmową z ludźmi, bo jeśli ma wygrać w II turze, to muszą na niego zagłosować nie tylko wyborcy KO, ale też PSL-owcy, lewicowcy i cząstka elektoratu Konfederacji, a może nawet wyborców Dudy. Jeżeli to będzie wyrazista postać, to nie ma szans.

Adam Bodnar?
To fantastyczny człowiek, ale niestety przez wielu postrzegany jako “lewak”. On podziała na Konfederatów i PSL jak płachta na byka.

Zatem kto?
Im mniej znana osoba, tym mniejszy elektorat negatywny. Nie przywiązując się do nazwisk, tylko mówiąc o pewnym modelu kandydata, to np. prof. Marcin Matczak i prof. Krystian Markiewicz. Wybitni prawnicy, potrafiący zachować się w studiu telewizyjnym, mający temperament, potrafiący dyskutować, kojarzeni z obroną tego, co łączy wszystkich wyborców opozycji – obrony demokracji, proeuropejskości, wolności słowa, trójpodziału władzy, a jednocześnie niebędący funkcjonariuszami partyjnymi. Idealny byłby prof. Strzembosz, tylko młodszy. To byłby ideał kandydata, ale nie przywiązuje się do tych nazwisk, bo być może oni by nie chcieli kandydować, ale trzeba szukać kandydata wśród takich nazwisk.

Niezależność Trybunał stracił w chwili, gdy nie opublikowano orzeczenia. To, co potem się działo, było tylko konsekwencją tamtego zdarzenia. W PRL nie mieliśmy Trybunału Konstytucyjnego i jakoś żyliśmy, tyle tylko, że nie w standardach państwa prawa – mówi były prezes TK Jerzy Stępień. – Co do pani prof. Pawłowicz, z formalnej strony wymogi zostały spełnione, natomiast dała się poznać jako osoba kłótliwa, arogancka i używająca niecenzuralnego słowa i krytykująca konstytucję. Jeśli chodzi o pana Piotrowicza, to zważywszy na jego przeszłość i to, co robił teraz, to mam wątpliwości, czy on w ogóle jest osobą, która wyróżnia się poziomem wiedzy prawniczej. Mam tu spore wątpliwości – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Ostanie nominacje na sędziów TK to upolitycznianie czy kompromitowanie Trybunału?

JERZY STĘPIEŃ: Przyznam, że te nominacje mnie jednak zaskoczyły, bo nie przyszło mi do głowy, że kiedykolwiek komuś wpadnie do głowy taki ruch. Z drugiej strony, jak widać, pan prezes nagradza synekurami osoby, które szczególnie się zasłużyły dla obozu władzy. To dotyczy także pani prof. Chojny-Duch, która złożyła bardzo korzystne dla obozu władzy zeznania przed komisją VAT-owską. Prawdę mówiąc, nie będę specjalnie darł szat z powodu tych nominacji, bo musimy po prostu sobie po raz kolejny uświadomić, że Trybunału Konstytucyjnego już nie ma. On z chwilą, kiedy rząd zakwestionował wyrok Trybunału i odmówił jego publikacji, w zasadzie przestał istnieć. On oczywiście wydaje jakieś orzeczenia, jest budynek, pensje, czyli właśnie synekury dla osób zasłużonych, ale

TRYBUNAŁU JAKO ORGANU NIEZALEŻNEGO, KTÓRY JEST W STANIE SKUTECZNIE KONTROLOWAĆ KONSTYTUCYJNOŚĆ DZIAŁAŃ WŁADZY, NIE MA.

Czyli to, co się już teraz dzieje z Trybunałem, jest bez większego znaczenia?
Chciałbym przypomnieć wypowiedź jednego z twórców europejskiego sądownictwa konstytucyjnego jeszcze z lat 20., Hansa Kelsena: dopóki w państwie nie ma niezależnego organu, który jest w stanie uchylić niekonstytucyjną ustawę, to tak długo konstytucja pozostaje zbiorem pobożnych życzeń. Jeżeli coś jest zbiorem pobożnych życzeń, to nie jest aktem normatywnym i nie jest konstytucją. Tak było w PRL, gdzie nikt się konstytucją nie przejmował, bo nie było niezależnego organu, który byłby w stanie kontrolować konstytucyjność ustaw czy rozporządzeń.

Niezależność Trybunał stracił w chwili, gdy nie opublikowano orzeczenia. To, co potem się działo, było tylko konsekwencją tamtego zdarzenia. W PRL nie mieliśmy TK i jakoś żyliśmy, tyle tylko, że nie w standardach państwa prawa.

Niektórzy te nominacje interpretują jako chęć skompromitowania instytucji, co znane jest z historii rodzących się autorytaryzmów, np. z czasów II RP po przewrocie majowym.
Być może, chociaż ja mam na ten temat inne zdanie.

TK ZOSTAŁ SKOMPROMITOWANY JUŻ DAWNO I DUŻO CZASU MINIE ZANIM PODNIESIE SIĘ Z TEGO UPADKU. BĘDZIE BARDZO TRUDNO ODBUDOWAĆ JEGO POZYCJĘ, ETOS TRYBUNAŁU ZOSTAŁ ZNISZCZONY.

Wiele składów przez lata pracowało na wysoką rangę TK na arenie międzynarodowej. Jako prezes, ale i sędzia wielokrotnie tego doświadczałem, a polski Trybunał był instytucją do naśladowania. Nasze orzecznictwo specjalne było nawet publikowane w innych językach, aby je popularyzować. To już niestety czas przeszły dokonany. W koncepcji państwa pana Kaczyńskiego jakakolwiek niezależna instytucja się nie mieści. To system autorytarny czy półautorytarny, w którym nie ma miejsca na niezależne instytucje.

Gdy PiS straci władzę, to będzie można usunąć tych sędziów z TK? Pamiętajmy, że ciągle są wybrani zgodnie z konstytucją trzej sędziowie, od których prezydent nie odebrał przysięgi.
Od tego trzeba będzie rozpocząć. Sadzę, że niektórzy będą nawet sami chcieli przenieść się w stan spoczynku, ale proces odbudowy TK to będą lata. To przekonanie społeczeństwa, a w szczególności prawników, że Trybunał potrafił jednak kwestionować ustawy niekonstytucyjne i miał pozycję niezależną, nawet poprzez pewien czas był w konflikcie z establishmentem rządzącym, szczególnie w latach 2005-07, ale nikt nie kwestionował jego niezależności i pozycji. Nigdy nie było przypadku, że orzeczenia TK były kwestionowane.

TA WŁADZA W 2015 ROKU ZDECYDOWAŁA SIĘ NA UNICESTWIENIE TRYBUNAŁU. TERAZ TO TYLKO MIEJSCA DO ROZDANIA I WĄTPLIWE ZASZCZYTY.

W Trybunale niewiele się dzieje, niewiele się też pracuje. Tych orzeczeń prawie nie ma. Prasa pisze, że pani prezes dwa razy w tygodniu lata do Berlina i ma na to czas, zatem ma niewiele do roboty. Ja nie mogłem sobie pozwolić na prywatne wycieczki w takim rozmiarze, a często nawet urlopy nie były wykorzystywane, było tak dużo pracy. Każdego roku było wydawanych ponad 100 orzeczeń.

Elżbieta Chojna-Duch to dobra kandydatka do TK?
Formalne kompetencje pani profesor ma. Nikt nie odmówi jej także doświadczenia w sferze finansów publicznych. Była wielokrotnie wiceministrem, członkiem Rady Polityki Pieniężnej, więc od tej strony wątpliwości nie ma. Natomiast w jej życiorysie zdarzały się przypadki, wydarzenia, które ciążą.

MAM WĄTPLIWOŚCI, CZY TA OSOBA DAJĘ RĘKOJMIĘ NALEŻYTEGO WYKONYWANIA I CZY JEST OSOBĄ NIESKAZITELNEGO CHARAKTERU, A TEGO OD KAŻDEGO SĘDZIEGO KONSTYTUCJA WYMAGA.

A Krystyna Pawłowicz, doktor habilitowana prawa?
Znowu z formalnej strony wymogi zostały spełnione, natomiast dała się poznać jako osoba kłótliwa, arogancka i używająca niecenzuralnego słowa i krytykująca konstytucję. Jeśli chodzi o pana Piotrowicza, to zważywszy na jego przeszłość i to, co robił teraz, to mam wątpliwości, czy on w ogóle jest osobą, która wyróżnia się poziomem wiedzy prawniczej. Mam tu spore wątpliwości.

Rzecznik dyscyplinarny Michał Lasota ściga trzech sędziów z Gdańska za wydany wyrok. To kolejna sprawa dyscyplinarna dla sędziów za wykonywanie swoich obowiązków orzeczniczych. Dyscyplinarki za wyroki mogą nie tylko zastraszać sędziów, ale naruszają też ich niezawisłość

Zastępca głównego rzecznika dyscyplinarnego Michał Lasota zażądał właśnie wyjaśnień od trzech sędziów Sądu Apelacyjnego w Gdańsku. Wśród nich jest Włodzimierz Brazewicz, który angażuje się w obronę niezależności sądów i w działania edukacyjne m.in. dla młodzieży. Zastępca rzecznika Michał Lasota chce, by tłumaczyli mu się z wyroku, jaki wydali w marcu 2018.

Sędziowie mają się tłumaczyć z uchylonego wyroku

W 2018 roku trzyosobowy skład orzekający, w którym był też sędzia Brazewicz, uchylił wyrok Sądu Okręgowego w Elblągu. Sprawa dotyczyła oskarżenia prokuratury za przywłaszczenie mienia w jednej z firm. Sąd Okręgowy w Elblągu skazał za to oskarżonych na karę więzienia w zawieszeniu. Ale Sąd Apelacyjny w Gdańsku wyrok uchylił, bo orzekł, że w materiale dowodowym są braki. Sąd zakwestionował wyliczenia dotyczące szkody, jaką miała ponieść w wyniku niedozwolonego czynu poszkodowana firma. A wysokość szkody ma znaczenie dla kwalifikacji czynu.

Sąd Apelacyjny uznał, że braki dowodowe są na tyle poważne, że ich uzupełnienie zajmie dużo czasu. Dlatego zwrócił sprawę do sądu okręgowego, by ten je uzupełnił jako sąd pierwszej instancji (to na tym poziomie przeprowadza się postępowanie dowodowe, apelacja może je jedynie uzupełnić) lub żeby zwrócił sprawę prokuraturze.
Kasację od tego wyroku złożyła jednak prokuratura, która uważa, że Sąd Apelacyjny nie powinien uchylać wyroku, tylko sam wyliczyć szkodę i dopuścić opinię biegłych sądowych. Prokuratura uważała, że Sąd Apelacyjny powinien przeprowadzić uzupełniające postępowanie dowodowe.

Sąd Najwyższy uchylił wyrok Sądu Apelacyjnego z marca 2018. SN ocenił, że sprawy nie trzeba zwracać do pierwszej instancji, bo robi się to, gdy trzeba uzupełnić cały materiał dowodowy. SN uznał, że w tej sprawie będzie można wykorzystać w procesie część zgromadzonych już dokumentów.

Sprawa ponownie wróciła więc do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku i inny skład orzekający uzupełnił brakujące dowody oraz wydał prawomocny wyrok. I teraz zastępca rzecznika dyscyplinarnego Michał Lasota z wyroku SN wywodzi, że sędziowie z Gdańska, zwracając sprawę do pierwszej instancji, źle zastosowali przepisy kodeksu postępowania karnego. Kwalifikuje to jako możliwe przewinienie dyscyplinarne w postaci „oczywistej i rażącej obrazy przepisów”.

Sędzia Brazewicz na celowniku rzecznika dyscyplinarnego

Uchylanie wyroków przez sądy wyższej instancji to normalna procedura. Po to są wyższe instancje, by kontrolować prawidłowość wyroków i ich zasadność. I nikt do tej pory tego nie kwestionował.

Zmieniło się to za obecnej władzy. Powołany rok temu przez ministra Zbigniewa Ziobrę główny rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab i jego dwaj zastępcy Michał Lasota i Przemysław Radzik zaczęli ścigać sędziów za wydawane orzeczenia. Dotyczy to sędziów znanych z obrony niezależności sądów.

To raczej nie przypadek, że rzecznik czepia się teraz wyroku sądu gdańskiego, bo sędzia Włodzimierz Brazewicz, który go wydał, już wcześniej był wzywany przez rzecznika dyscyplinarnego.

Najpierw był wzywany do złożenia wyjaśnień za to, że prowadził w Gdańsku spotkanie sędziego Igora Tulei z obywatelami. Potem rzecznik dyscyplinarny sprawdzał jakość pracy Brazewicza, między innymi to, czy pisał uzasadnienia wyroków po terminie. A teraz grozi mu dyscyplinarka za ten wyrok.

Co ciekawe, jest to jedyny w ostatnich latach uchylony przez Sąd Najwyższy wyrok, w którego wydaniu brał udział Brazewicz. I wygląda to tak, jakby rzecznik Lasota chwytał się teraz tego wyroku jako szansy na postawienie niepokornemu sędziemu zarzutów.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że sędzia Brazewicz w kilku sprawach jest obrońcą innych niepokornych sędziów ściganych przez rzeczników Ziobry, m.in. znanej z obrony wolnych sądów sędzi Doroty Zabłudowskiej z Gdańska.

Brazewicz angażuje się również w działania edukacyjne. Brał np. udział w procesie Wilka z bajki o Czerwonym Kapturku. To była lekcja prawa dla dzieci zorganizowana w Sądzie Najwyższym.

Sędziowie ścigani przez rzeczników dyscyplinarnych za orzeczenia

Sędzia Brazewicz nie jest pierwszym sędzią, którego rzecznicy dyscyplinarni ścigają za wydane orzeczenia i wyroki. Do złożenia wyjaśnień wezwano trzech sędziów z Sądu Okręgowego w Krakowie, bo chcieli sprawdzić, czy asesor, którego wyrok mieli ocenić w instancji odwoławczej, został powołany prawidłowo. Czyli: czy został powołany przez legalną, starą KRS, którą wbrew Konstytucji rozwiązał PiS, czy przez nową KRS powołaną w niekonstytucyjny sposób przez posłów PiS i Kukiz’15.

Pisma wysłane do krakowskich sędziów przez głównego rzecznika dyscyplinarnego Piotra Schaba zawierały ostrzeżenie o poważnych konsekwencjach za dozwoloną działalność orzeczniczą, bo Schab pisał o przekroczeniu przez nich uprawnień.

Za wydany wyrok dyscyplinarkę ma sędzia Sławomir Jęksa z Poznania, który uniewinnił żonę prezydenta Poznania Joannę Jaśkowiak. Rzecznikowi dyscyplinarnemu nie spodobało się ustne uzasadnienie do tego wyroku, bo sędzia odniósł się w nim do zmian w wymiarze sprawiedliwości wprowadzonych przez władzę PiS.

Dyscyplinarka za orzeczenie grozi też sędzi Ewie Mroczek z Działdowa. Jej też zarzuca się, że wydała orzeczenie o umorzeniu jednej ze spraw z uwagi na duże braki formalne w oskarżeniu prokuratury. To orzeczenie uchylił sąd odwoławczy. I za to teraz ściga ją rzecznik dyscyplinarny.

W tle tej sprawy są relacje sędzi Mroczek z Michałem Lasotą, który mieszka w Działdowie. Sędzia na jednym ze spotkań nie podała mu ręki. Chłodno przyjęła też nowego prezesa sądu w Działdowie z nominacji resortu ministra Ziobry.

Jak dotąd najgłośniej było o sprawie sędzi Aliny Czubieniak z Gorzowa Wielkopolskiego, którą ściga rzecznik dyscyplinarny za to, że w orzeczeniu ujęła się za niepełnosprawnym intelektualnie chłopakiem podejrzewanym o napastowanie seksualne dziewczynki.

Sędzia miała pecha, bo sprawą zainteresował się resort ministra Ziobry. I zrobiono sędzi dyscyplinarkę za sprawiedliwe orzeczenie, w którym zdaniem rzecznika dyscyplinarnego sędzia powołała się na zły przepis. Została za to ukarana upomnieniem przez Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego. Izbę tę powołał PiS do szybkiego usuwania z zawodu niepokornych sędziów, prokuratorów i prawników.

Sędziowie ścigani za orzeczenia przez prokuraturę

Za działalność związaną z orzecznictwem sędziowie są też ścigani przez prokuraturę.
Zarzuty grożą sędziemu Igorowi Tulei, który nakazał śledztwo w sprawie głosowania nad budżetem przez posłów PiS w Sali Kolumnowej Sejmu w grudniu 2016 roku. Uzasadnienie tego orzeczenia było dla PiS-u miażdżące. A teraz specjalny zespół do ścigania sędziów i prokuratorów w Prokuraturze Krajowej sprawdza, czy mógł wpuścić na salę dziennikarzy i czy nie ujawnił tajemnicy śledztwa podczas wygłaszania uzasadnienia do swojego orzeczenia.

Zarzuty grożą też sędzi Irenie Majcher z Opola. Orzeka ona w Krajowym Rejestrze Sądowym. Zdaniem Prokuratury Krajowej nie dopełniła ona obowiązków, bo nie wezwała jednej ze spółek do przerejestrowania się. Choć przepisy ustaw obowiązek przerejestrowania nakładały na spółki. Teraz prokuratura chce uchylić sędzi immunitet, by postawić jej zarzuty.

Lasota i Radzik sami mają problemy z jakością pracy jako sędziowie

Sędziów za wydawane orzeczenia ścigają dwaj zastępcy rzecznika dyscyplinarnego, którzy sami mają problemy z jakością pracy jako sędziowie. To Michał Lasota i Przemysław Radzik. Obu groziły za to dyscyplinarki, ale nie będą ich mieć, bo ich szef Piotr Schab uznał, że nie można mieć zastrzeżeń do ich pracy.

Wobec Radzika, który już ma w swoim życiorysie wyrok dyscyplinarny sprzed lat, były zastrzeżenia do tego, że oddaje uzasadnienia do wyroków po terminie. Zaś Michał Lasota sam ma uchylane wyroki przez sąd odwoławczy. Rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab sprawdzał też, czy prawidłowo przesłuchał dziewczynkę w sprawie karnej.

Ponadto jak ujawniliśmy w OKO.press, Lasota ma w swoim macierzystym sądzie stos zaległych spraw do załatwienia. W jednej ze spraw stwierdzono zaś przewlekłość postępowania i państwo ma zapłacić obywatelowi 2 tys. zł odszkodowania. Sędziowie z Elbląga, którzy orzekli przewlekłość byli już wezwani do złożenia wyjaśnień u rzecznika dyscyplinarnego.

Radzik i Lasota korzystają jednak na współpracy z resortem ministra Ziobry. Radzik jest prezesem Sądu Rejonowego w Krośnie Odrzańskim, a Michał Lasota w Nowym Mieście Lubawskim. Obaj dzięki decyzji resortu Ziobry orzekają też na delegacji w Sądzie Okręgowym w Warszawie.

„Żyjemy w kłamstwie. I nie potrafimy wyjaśnić, na czym właściwie to kłamstwo polega. Państwo staje się reżimem klientelistycznym, los jednostki jest całkowicie zależny od woli władzy” – tak prof. András Sajó diagnozował rządy Orbána. Dr hab. Bodnar mówił o polsko-węgierskiej wspólnocie zagrożeń. Prof. Łętowska o tym, by zobaczyć świat poza tekstem prawa

Więcej >>>

Dojrzały człowiek większą uwagę niż na słowa zwraca na czyny, wie, że one zawsze mówią prawdę. Nie ufa obietnicom, rozlicza z efektów.

Zgadzam się z tezą Anny Mierzyńskiej, że historia Donalda Tuska, jego zawoalowanych sygnałów, że może wystartuje w wyborach prezydenckich, a następnie wycofanie się i pozostawienie rzeszy wielbicieli nieutulonych w żalu i osamotnionych, z poczuciem, że zostali porzuceni, to tak naprawdę historia naszego dojrzewania. Świetna historia! Bo prawdziwa.

I jak każda taka historia, stanowi wielką szansę, żebyśmy wreszcie społecznie dojrzeli i zaczęli zachowywać się jak dorośli. Bo w Polsce nie tylko politycy zachowują się jak dzieci. Infantylni politycy są efektem tego, że jak dzieci (straumatyzowane i z PTSD) zachowują się wyborcy.

Miotamy się od emocji do emocji, od uczucia do uczucia, głodni uznania i pochwały, łaknący obietnic i łatwych rozwiązań, demonstrujący swoją bezradność, lęk i złość. Wysyłamy więc sygnały bez pudła odczytywane przez rasowych politycznych uwodzicieli: zaopiekuj się mną, spraw, żebym był/była bezpieczna, przyjdź i powiedz, co mam zrobić ze swoim życiem i jak mam to zrobić. I daj na to pieniądze.

Oczywiście populistom w to graj – natychmiast i z wielką wprawą odpowiadają na takie wołanie, prezentując zestaw tyleż głupich, nieskutecznych i nierealnych, co efektownych rozwiązań.

A my się na nie łapiemy, bo jesteśmy niedojrzali. I głodni bezpieczeństwa. Tylko nie dorośliśmy i nie zrozumieliśmy, że bezpieczeństwo to nie jest coś, co ktoś daje w prezencie, tylko coś, co się wypracowuje samemu, szeregiem mądrych decyzji i rozważnych wyborów.

Dojrzały człowiek rozumie, że nie ma szybkich i dobrych rozwiązań skomplikowanych problemów. Że na to, co wartościowe, trzeba zapracować, że jeśli coś przychodzi łatwo, to znaczy, że nie jest wiele warte. Że czasami nikt nie ma racji, a czasem ma ją wiele osób i po prostu trzeba wybrać rozwiązanie – nie jedynie słuszne, ale takie, które jest najbardziej wartościowe, wziąwszy pod uwagę nasze dzisiejsze konkretne problemy i potrzeby.

Dojrzały człowiek większą uwagę niż na słowa zwraca na czyny, wie, że one zawsze mówią prawdę. Nie ufa obietnicom, rozlicza z efektów. Nie czeka (to a’propos Tuska), że zjawi się książę na białym koniu i zrobi porządek w jego życiu – wie, że tę robotę musi zrobić sam.

I wie, że rzeczy rzadko dzieją się same mocą pobożnych życzeń – żeby coś zadziałało, demokracja, praworządność, system polityczny, trzeba na to zapracować, ciężko i bez chodzenia na skróty.

Politycy tacy jak Kaczyński, Piotrowicz, Gowin i wielu innych nie są żadną chorobą polskiej demokracji, są zaledwie objawem. Zmiany polityczne musimy zacząć nie od nich, lecz od siebie. Bo gwarantuję, że w dojrzałym, myślącym, racjonalnym społeczeństwie, pragmatycznym i logicznym, kłamcy, fanatycy i populiści nie będą mieli racji bytu.

Po decyzji Tuska. Władysław Kosiniak-Kamysz za bardzo podobny do Dudy. Nawet mówi podobnie.

Oskarżenie polityków PiS i Kościoła kat.

27 Paźdź

Arcybiskup Leszek Sławoj Głódź, to jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy polskiego duchowieństwa. Hierarcha, który co miesiąc otrzymuje od 10 do 17 tysięcy złotych emerytury, jest właścicielem 20-hektarowego rancza we wsi Bobrówka na Podlasiu.

Tam też znajduje się pałac arcybiskupa. „To odnowiony budynek starej szkoły, który duchowny odkupił od gminy za 60 tys. zł. Teraz jest warty kilka razy więcej.” Na co dzień duchowny mieszka i urzęduje w rezydencji w Gdańsku.

Od lat krążą legendy o wydawanych przez niego biesiadach, podczas których alkohol leje się strumieniami. „On ma taka głowę, że nigdy nie potrafiliśmy się zorientować, jak dużo wypił. Nic po nim nie widać. Picie przerywał tylko po to, by rzucić niewybrednym żartem o polityku, którego nie lubił, albo żeby kogoś skląć” – komentują współpracownicy arcybiskupa w artykule na portalu wp.pl.

To również oni zwrócili uwagę na zachowanie przełożonego. Przemoc, publiczne poniżanie, znęcanie się, ubliżanie – to tylko część zarzutów pod adresem metropolity, które znalazły się w listach księży do watykańskiego nuncjusza w Polsce. O sprawie informowali również dziennikarze TVN24. „Publiczne poniżanie – on jest w tym naprawdę niezły”.

Będący w bliskim otoczeniu Głodzia księża wolą pozostać anonimowi. Przełożony nie raz miał grozić im zniszczeniem kariery. „On ma takie wpływy, że zesłaliby mnie do jakiejś wiejskiej parafii. Po co mi to? Mogę tylko powiedzieć, że wszystko, co o nim piszą, to tylko część prawdy. Reszta jest jeszcze gorsza. Wszyscy jednak wiemy, że nic mu nie grozi. Będzie żył w luksusie tak jak do tej pory” – wyznaje na łamach wp.pl, jeden z księży bywający w rezydencji arcybiskupa.

To nie pierwsze oskarżenia wobec metropolity gdańskiego. Podobne pojawiły się już sześć lat temu na łamach tygodnika „Wprost”. Czy nieprawdopodobna buta i chamstwo zostaną ukarane, czy hierarcha nadal będzie pokrzykiwał na podwładnych: „Co ty, k…, nawet nalać nie potrafisz!”.

Akt oskarżenia

Oskarżam

Andrzeja Sebastiana Dudę, urodzonego 16 maja 1972 w Krakowie, o to, że, pełniąc funkcję Prezydenta RP, dopuścił się bezprawnej zmiany konstytucyjnego ustroju Rzeczypospolitej Polskiej, podważając zasadę podziału i równoważenia władz (Konstytucja RP Art. 10 ust. 1), a w szczególności podpisując liczne ustawy zmieniające ustrój państwa w drodze niekonstytucyjnej, m.in. ustawę o ustroju sądów powszechnych, o Sądzie Najwyższym i o Krajowej Radzie Sądownictwa, czym popełnił delikt konstytucyjny, a także naruszył art. 127 kodeksu karnego (zamach stanu), a ponadto dopuścił się licznych przestępstw przekroczenia uprawnień funkcjonariusza publicznego m.in. usiłując ułaskawić osoby przed wydaniem wobec nich prawomocnego wyroku, a także przestępstw niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariusza publicznego, m.in. przez uporczywą odmowę odebrania przyrzeczenia od prawidłowo wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, czym popełnił delikt konstytucyjny i przestępstwo z art. 231 kodeksu karnego (przekroczenie uprawni eń przez funkcjonariusza);.

Beatę Marię Szydło, urodzoną 15 kwietnia 1963 roku w Oświęcimiu, o to, że pełniąc funkcję Prezesa Rady Ministrów wstrzymała publikację powszechnie obowiązujących orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego o sygnaturach K 47/15, K 39/16 i K 44/16, a następie uporczywie wstrzymywała się od decyzji o opublikowaniu tych orzeczeń, czym popełniła delikt konstytucyjny z Art. 190 ust. 2 Konstytucji RP, a także nie wypełniła ciążących na sobie obowiązków, popełniając przestępstwo z art. 231 kk (przekroczenie uprawnień przez funkcjonariusza);

Mateusza Jakuba Morawieckiego, urodzonego 20 czerwca 1968 roku we Wrocławiu, o to, że pełniąc funkcję Prezesa Rady Ministrów, nie doprowadził do natychmiastowej publikacji orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego o sygnaturach K 47/15, K 39/16 i K 44/16, czym popełnił przestępstwo z art. 231 kk niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariusza publicznego; ponadto o to, że w trakcie kampanii wyborczej poprzedzającej wybory samorządowe w dniu 21.10.2018, wielokrotnie obiecywał preferencje rządowe w rozdziale środków publicznych dla tych samorządów, w których większość zdobędzie partia pod nazwą „Prawo i Sprawiedliwość”, czym dopuścił się przestępstwa czynnego łapownictwa wyborczego, zatem czynu zabronionego przez art. 250a par. 2 k.k.

 

Zbigniewa Tadeusza Ziobrę, urodzonego 18 sierpnia 1970 roku w Krakowie, o to, że pełniąc funkcję Ministra Sprawiedliwości, działając w porozumieniu z podległymi sobie funkcjonariuszami publicznymi, wpływał bezprawnie na sposób funkcjonowania i obsadę Krajowej Rady Sądownictwa, Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego i sądów powszechnych, co stanowi przestępstwo przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków, o którym mowa w art. 231 kodeksu karnego; także o to, że wielokrotnie, samodzielnie lub za pośrednictwem podporządkowanych sobie prezesów sądów powszechnych, wpływał przy pomocy groźby bezprawnej na czynności urzędowe sądów, czym dopuścił się przekroczenia art. 232 kk (wpływanie na czynności sądu w drodze zastosowania przemocy lub groźby bezprawnej); także o to, że dopuścił się fałszywych publicznych oskarżeń innych osób o popełnienie przestępstwa, w tym w trakcie wykonywania przez te osoby czynności medycznych, czym popełnił przestępstwo z art. 238 kk (fałszywe zawiadomienie o przestępstwie); także o utrudnianie lub udaremnianie postępowania karnego, a zatem o przestępstwa z art. 239 kk (poplecznictwo) przez to, że pełniąc funkcję Prokuratora Generalnego wywarł presję nad podporządkowanych sobie prokuratorów by zakończyli dochodzenie w sprawie przemocy bezprawnej dokonanej w dniu 10 listopada 2017 przez grupę uczestników tzw. Marszu Niepodległości w stosunku do pokojowo protestujących kobiet;

Julię Annę Przyłębską, urodzoną 16 listopada 1959 roku w Bydgoszczy, o to, że mimo zawinionych przez siebie nieprawidłowości w tzw. „wyborze” na stanowisko Prezesa Trybunału Konstytucyjnego, polegających m.in. na celowo spowodowanej przez siebie nieobecności niektórych sędziów TK w posiedzeniu Zgromadzenia Sędziów TK, a także braku formalnej rezolucji w sprawie przedstawienia kandydatów na to stanowisko Prezydentowi RP, w sposób uporczywy i w trybie ciągłym podawała się za Prezesa Trybunału Konstytucyjnego, czyli podawała się za funkcjonariusza publicznego o uprawnieniach, których nie ma, czym naruszyła art. 227 kk (oszukańcze podanie się za funkcjonariusza publicznego); ponadto o to, że wielokrotnie zmieniała bezprawnie już wcześniej ustalone składy sędziowskie orzekające w TK, czym popełniła przestępstwo z art. 231 kk. (niedopełnienie obowiązków lub przekroczenie uprawnień przez funkcjonariusza publicznego); ponadto w trybie pomocnictwa przestępczego opisanego w art. 18 par. 3 kk umożliwiała udział w orzekaniu w TK osobom do tego nieuprawnionym, czym pomogła w popełnieniu przestępstwa ciągłego z art. 227 kk (podanie się za funkcjonariusza publicznego);

Jarosława Aleksandra Kaczyńskiego, urodzonego 18 czerwca 1949 w Warszawie, o to, że kierując wykonaniem czynów zabronionych przez inne osoby, w szczególności pełniące funkcje Prezydenta RP, Premiera, ministrów, Prezesa Trybunału Konstytucyjnego oraz posłów i senatorów wybranych z list partii pod nazwą „Prawo i Sprawiedliwość”, dopuścił się sprawstwa kierowniczego nakierunkowanego na zmianę ustroju konstytucyjnego RP przez obalenie zasad demokratycznego państwa prawnego (Art.2 Konstytucji RP) i podziału i równoważenia się władz (Art. 10 ust. 1 Konstytucji), skupiając całą władzę publiczną w swoich rękach, a zatem sprawstwa kierowniczego dotyczącego zbrodni zamachu stanu, o której mowa w art. 127 kodeksu karnego, w powiązaniu z kierownictwem zorganizowaną grupą przestępczą mającą na celu zamach stanu, a zatem przestępstwem z art. 258 kk (kierowanie lub branie udziału w zorganizowanej grupie przestępczej); ponadto o publiczne znieważenie grupy ludzi przez ogłoszenie, że potencjalni imigranci są nosicielami groźnych zarazków, czym popełnił przestępstwo z art. 257 kk (publiczne znieważenie grupy ludzi).

Wobec wszystkich tych osób domagam się sprawiedliwej kary, zgodnej z obowiązującym prawem, choć w przypadku Julii Marii Przyłębskiej będę wnioskował o nadzwyczajne złagodzenie kary ze względu na uprawdopodobnione niskie rozpoznanie znaczenia i szkodliwości popełnionych przez siebie czynów.

Suweren
(Żądania Suwerena spisał i własnoręcznym podpisem poświadczył: Wojciech Sadurski)

Fałszywe konta na Twitterze i Facebooku czyszczą wizerunek prezesa TVP, prowadzą kampanie wyborcze politykom, lobbują na rzecz firm zbrojeniowych. Docierają do milionów odbiorców. Współfinansuje ten biznes państwowy fundusz. Tropy z farmy trolli prowadzą do podejrzanego o korupcję Bartłomieja Misiewicza

Publicysta oraz były minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego – Waldemar Kuczyński wypowiedział się na temat bieżących tematów politycznych.

O protestach wyborczych PiS-u: Izba pisowskich mianowańców, którzy togi zamienili na liberie rozstrzygnie o ważności wyborów. Nie mamy rodacy wyborów wolnych, lecz koncesjonowane, regulowane przez hołotę, której oddaliście Ojczyznę w pacht. Już po raz drugi. Dla PiS głównym dowodem, że wybory mogły być sfałszowane jest to, że nie wygrał ich kandydat. W wolnych bowiem wyborach, wedle PiS, działa wręcz biologiczne prawo, że PiS jest w nich zawsze wygranym.”.

Kaczyński. Tylko ślepy lub zakochany w PiS może nie widzieć, że Polska pogrąża się w dyktaturę, w nie kontrolowane rządy stojącego ponad prawem szaleńca, paranoika władzy i dominacji. Jeśli kiedyś straci władzę, to nie w wyniku wyborów, bo ma pachołków, którzy zdecydują o ich wyniku. Kaczor, przez lata ty i twoi lokaje wrzeszczeliście, że PO ukradła miliardy. Piąty rok twe psy gończe, w które zmieniłeś służby RP tropią złodziei z PO. A kogo znajdą to Twój. Jedyna mafia VAT to jak się okazuje od Ciebie. To co, przeprosisz PO czy podwiniesz ogon? Jest jeden człowiek w Polsce, którego żaden prokurator nie odważy się wezwać na przesłuchanie bez jego zgody. To jest dziś największa u nas patologia. Tą patologią jest Kaczyński. Dopóki ta patologia nie zniknie od władzy Polska nie wróci do normalności”.

O Adamie Bielanie. Jak słucham Bielana, to zastanawiam się, jak czułbym się w jego roli. Czy mógłbym szczerze przyznać, że jestem takim zafałszowanym wobec samego siebie badziewiem? Chyba bym od siebie zwiał jak cień od czarnego Piotrusia Pana”.

Służba zdrowia. To, co dzieje się ze służbą zdrowia, to drastyczny skutek podporządkowania całej polityki finansowej 4 lat rządu PiS kupieniu, za bezprecedensowe rozdawnictwo o cechach politycznej korupcji, głosów dla utrzymania samowładztwa Kaczyńskiego. To społeczny koszt jego paranoi władzy”.

Tęczowy Piątek. W krajowej akcji zastraszania nauczycieli, rodziców i dzieci przed tęczowym piątkiem, kler i organy państwa ujawnili pokazowo jeden z filarów pisowskiej i kościelnej władzy, zastraszanie, mikro-terror. Panuje dziś wszędzie, gdzie sięga ręka państwa i proboszcza”.

Marszałek Senatu Stanisław Karczewski podczas jednej z wrześniowych konferencji w Gnieźnie oświadczył, że dobrze zna skompromitowanego szefa NIK Mariana Banasia od wielu lat, często się z nim spotyka i rozmawia. Jest człowiekiem kryształowym, niezwykle uczciwym, bardzo solidnym, twardym politykiem” – zapewniał.

„Coś” jednak musiało się wydarzyć, skoro marszałek nagle zmienił zdanie i w programie „Gość Wydarzeń” telewizji Polsat News wycofał się z niedawnej jeszcze opinii.

Oświadczył terazNa pewno bym nie użył takiego określenia, tłumacząc swoje wcześniejsze stanowisko dodał: „Wiem, że on pracował po kilkanaście, po 20 godzin na dobę. Byłem pełen podziwu dla niego. I w tamtym momencie, kiedy dla takiego człowieka niezwykle poświęconego sprawom Polski – bo słyszałem, że są tego typu zarzuty – to tak zareagowałem” – wyjaśniał i stwierdził, że zarzuty wobec szefa Najwyższej Izby Kontroli budzą jego bardzo duże wątpliwości. „One muszą być wszystkie wyjaśnione” – zaznaczył podkreślając, że cała ta sprawa jest niemałym obciążeniem dla całej partii rządzącej.

„Byłbym nieuczciwy, gdybym powiedział: „nie, no banalna sprawa, nic się nie stało”.

Marszałek skomentował też ostatnie doniesienia „Rzeczpospolitej” w publikacji „Przestępczy skandal w resorcie finansów”, ujawniającej że jeden z najbliższych współpracowników Mariana Banasia z czasów jego pracy w Ministerstwie Finansów miał kierować mafią VAT-owską, i pod takim zarzutem siedzi w areszcie:

„Tutaj służby zadziałały. Idealnie zadziałały, bardzo szybko, sprawnie, i one – te osoby są aresztowane” – powiedział z satysfakcją Karczewski.

Przypomnijmy: TVN we wrześniowej edycji „Superwizjera” ujawnił, że były minister finansów i szef Służby Celnej Marian Banaś zaniżył w oświadczeniach majątkowych dochody z wynajmu kamienicy, zarzucił mu też powiązania ze światem przestępczym.

W odpowiedzi Banaś zaprzeczył treściom przekazanym przez „Superwizjera” komentując je „jako próbę manipulacji, szkalowania i podważania dobrego imienia”. Pozwał TVN SA i autora materiału Bertolda Kittela, żądając przeprosin, sprostowania i wpłaty na cel społeczny.

16 października CBA poinformowało, że zakończyło trwającą od kwietnia kontrolę oświadczeń majątkowych Banasia, lecz nie ujawniło jakiego rodzaju zastrzeżenia sformułowało. Jak informuje RMF FM kontrola CBA miała wykazać co najmniej dwie nieprawidłowości związane z kwestiami skarbowymi i niejasnym sposobem rozliczania podatków przez obecnego szefa NIK.

Podziękujmy działaczom Ordo Iuris, biskupom, politykom PiS. Osiągnęli to, co przez lata nie udawało się tysiącom innych: poruszyli i zaktywizowali młodzież.

Chyba możemy pogratulować i podziękować biskupom oraz politykom „dobrej zmiany” – wspólnymi siłami wypromowali temat, który wreszcie poruszył apolityczną i obojętną wcześniej młodzież. Nagonka na środowiska LGBT, której ukoronowaniem był oficjalny zakaz organizowania Tęczowego Piątku w szkołach, doprowadziła do przebudzenia i aktywizacji tłumów młodych ludzi w szkołach, jak Polska długa i szeroka.

„Kuratorium przysłało do szkoły list, że nie wolno organizować Tęczowego Piątku” – zakomunikowała mi kilka dni wcześniej córka licealistka. Gdy w odpowiedzi poinformowałem ją, gdzie kuratorium może ją i jej kolegów pocałować (tutaj tego nie powtórzę, bo nie każde słowo użyte w prywatnej rozmowie nadaje się do publicznego użycia), okazało się, że oni sami o tym doskonale wiedzą i nie potrzebują moich rad. „Ludzie robią konspiracyjny Tęczowy Piątek” – odpowiedziała mi córka. Wprawdzie w szkole nie odbyły się oficjalne lekcje ani spotkania dyskusyjne, ale wielu uczniów demonstracyjnie nosiło tęczowe elementy garderoby i znaczki.

Ten ruch ogarnął szkoły w całej Polsce, zwłaszcza w dużych miastach, które w takich sprawach zawsze są pionierami i wyznaczają trendy – po jakimś czasie standard przyjęty w dużych ośrodkach ogarnia też mniejsze miasteczka, a w końcu i wieś. Z różnych zakątków kraju napłynęły informacje o tym, że młodzież nosi tęczowe znaczki, wiesza w szkołach plakaty, organizuje wspólne wyjścia z budynków w czasie przerw. W Warszawie grupa młodych ludzi poszła demonstrować pod ministerstwo edukacji.

Napływały też krzepiące informacje, że na szczęście wśród księży katechetów i ludzi „dobrej zmiany” znaleźli się tacy, którzy postanowili wzmocnić ten trend, wywierając na młodzież naciski czy przeciwstawiając się jej. Pojawiły się więc doniesienia o zdejmowaniu powieszonych przez uczniów tęczowych plakatów czy o „lotnych brygadach” z kuratoriów, które kontrolowały szkoły i kazały uczniom zdejmować tęczowe przypinki.

Super! Nic lepszego nie mogło się zdarzyć. Nic tak nie ożywia wyobraźni młodych ludzi, jak konspiracja i świadomość, że uczestniczą w masowym, oddolnym ruchu pokoleniowym, który buntuje się przeciw władzy zgredów i jest przez nich zwalczany. To ekscytuje młodych ludzi, daje im poczucie misji, nasyca ich ruch szczyptą rewolucyjnego romantyzmu i powoduje, że sprawa, o którą walczą, jest „sexy”.

W dekadach po upadku komunizmu tylko raz mieliśmy do czynienia z takim pokoleniowym zrywem, gdy młodzi ludzie w całym kraju protestowali przeciw planom przyjęcia ustawy ACTA. Ruch ten jednak wygasł, bo władza (najpierw polska, a potem także w innych krajach UE) ustąpiła pod naciskiem demonstrujących i wycofała się z wcześniejszych planów. Na szczęście władza PiS jest zbyt głupia, by to zrozumieć, i zamiast rozładować napięcie tylko je podsyca. Dolewa oliwy do ognia, w którym sama spłonie.

Podziękujmy więc działaczom Ordo Iuris, biskupom, politykom i urzędnikom PiS w rodzaju małopolskiej kuratorki oświaty Barbary Nowak, osobom o ograniczonych horyzontach umysłowych i zaczadzonym prostacką ideologią, którzy mimo tych intelektualnych ograniczeń (a może właśnie dzięki nim) osiągnęli to, co przez lata nie udawało się tysiącom innych: poruszyli i zaktywizowali młodzież. Młodzi ludzie, którzy obojętnie przechodzili obok naruszania konstytucji, niszczenia niezawisłych sądów, łamania praw opozycji, wprowadzania w mediach cenzury, nagle się ocknęli i założyli tęczowe przypinki. Teraz już tak łatwo ich nie zdejmą.

Przegrana PiS w sprawie protestów wyborów do Senatu to zjazd Kaczyńskiego w dół pochylnią na śmietnik

24 Paźdź

Państwowa Komisja Wyborcza przeanalizowała jeden z sześciu – bliźniaczo do siebie podobnych – protestów wyborczych PiS i uznała, że nie zasługuje na uwzględnienie. – Wnosimy o pozostawienie go bez dalszego biegu – wystąpiła do Sądu Najwyższego.

Protesty wyborcze komitetu PiS ujawniło Oko.press. Serwis wydobył skargi z Sądu Najwyższego. W sześciu podobnych pismach komitet PiS kwestionuje wyniki wyborów do Senatu w sześciu okręgach wyborczych. We wszystkich wygrali kandydaci opozycji lub niezależni. Przewaga nad kandydatami PiS wyniosła od 320 głosów do 3 tys.

Rządząca partia liczy, że uwzględnienie protestów pozwoli jej na odbicie izby wyższej, w której większość będzie mieć opozycja i senatorowie niezależni.

„Wyniki wyborów niemal po połowie dzielą Senat pomiędzy partię sprawującą władzę a opozycję. W tym stanie rzeczy w interesie społecznym jest podjęcie dodatkowych działań weryfikujących” – napisał w uzasadnieniu protestów pełnomocnik komitetu PiS Krzysztof Sobolewski.

PiS myli artykuł kodeksu

„Zgłaszam protest wyborczy przeciwko ważności wyborów do Senatu RP” – czytamy w każdym z dokumentów. Sobolewski podnosi w nich identyczny zarzut naruszenia art. 227 Kodeksu wyborczego. Określa on sposób głosowania i warunki uznania głosu za ważny. Reguluje m.in. w którym miejscu należy postawić znak „X”.

Problem w tym, że przepis nie dotyczy wyboru senatorów, ale posłów, co jako pierwsza zauważyła Wirtualna Polska. Sposób głosowania w wyborach do Senatu określa zupełnie inny przepis. – Do Sądu Najwyższego wpłynęło już sprostowanie podstawy prawnej, która znalazła się w protestach komitetu PiS – poinformował w czwartek sędzia Michał Laskowski, rzecznik SN.

Według prawników protesty wyborcze PiS są obciążone inną wadą. „Powinny zostać pozostawione bez biegu jako niespełniające wymogów formalnych” – uważa prof. Uniwersytetu Łódzkiego Anna Rakowska-Trela, która zajmuje się prawem wyborczym. Swoją analizę na temat dwóch pierwszych protestów PiS zamieściła w serwisie „Konstytucyjny”.

PiS: zarzuty są zasadne

By protest mógł zostać rozpoznany, muszą w nim zostać postawione konkretne zarzuty naruszenia przepisów kodeksu wyborczego albo popełnienia przestępstwa przeciw wyborom określonego w Kodeksie karnym. Tymczasem protesty PiS oparte są na ogólnikach i przypuszczeniach.

„Naruszenie polegało nam niewłaściwym zakwalifikowaniu jako nieważnych głosów, które powinny zostać uznane za ważne” – to zarzut postawiony przez Sobolewskiego. Pełnomocnik PiS uzasadnia go różnicą głosów pomiędzy kandydatami (przypomnijmy: od 320 do 3 tys.) zestawioną z liczbą głosów nieważnych (od 1,4 do 6,2 tys. w zależności od okręgu). „Ustalenie, że część głosów zostało nieprawidłowo uznane za nieważne, gdy w rzeczywistości powinny one zostać uznane za głosy poparcia dla kandydata PiS decyduje o tym, że to on uzyskał najwięcej głosów” – czytamy w pismach PiS.

Jakie partia ma dowody na to, że głosy nieprawidłowo uznano za nieważne? Żadnych, bo w protestach ich nie przedstawia. Wskazuje jedynie, że np. w okręgu koszalińskim liczba głosów nieważnych z powodu postawienia więcej niż jednego znaku „x” przekraczała różnicę głosów między zwycięzcą a przegranym. „Potencjalnie powyższa przyczyna jest najczęstszym i najprostszym sposobem ewentualnych naruszeń w kwalifikowaniu głosów” – napisał Sobolewski.

Na naruszenie przepisów – wg PiS – ma wskazywać również wzrost liczby głosów nieważnych odnotowany w dwóch okręgach w porównaniu z wyborami w 2015 r. „Jest to zjawisko przeciwne do ogólnej tendencji mniejszej ilości głosów nieważnych” – napisał Sobolewski. Na naruszenie kodeksu ma jeszcze wskazywać niewielka różnica głosów pomiędzy kandydatami w okręgu koszalińskim – 320 głosów. Bo „jest na tyle znikoma, że może uchodzić za pewien margines błędu w klasyfikowaniu głosów, błędów pisarskich w protokołach czy omyłek rachunkowych”.

„Wnoszę o ustalenie, że zarzuty są zasadne a naruszenia miały wpływ na ważność wyborów – napisał Sobolewski, prosząc o oględziny kart do głosowania na rozprawie, porównanie ich z protokołami oraz ponowne przeliczenie głosów. – Należy z całą pewnością wykluczyć możliwość wpłynięcia błędów proceduralnych na ich wynik”.

PKW: podnoszone zarzuty są niezasadne

„Sam fakt, że w oprotestowanych okręgach różnica głosów pomiędzy kandydatami była niewielka, a liczba głosów nieważnych znaczna nie stanowi nawet cienia podstawy do przypuszczenia, że doszło do naruszenia prawa – uważa Rakowska-Trela. – Sam fakt, iż skarżącemu nie podoba się wynik wyborczy, przy braku dowodu na zasadność naruszenia konkretnego przepisu kodeksu wyborczego, czy w ogóle przy braku wykazania konkretnych naruszeń, nie może stanowić podstaw do ponownego liczenia głosów”.

Prawniczka podkreśla, że SN nie jest „super-komisją wyborczą”, która ma ponownie liczyć głosy, gdy wynik jest niesatysfakcjonujący, a różnice niewielkie: „Sąd Najwyższy bada konkretne zarzuty, konkretne naruszenia, poparte konkretnymi dowodami. A w omawianych sprawach takich konkretów brak. Tym samym protesty, oparte na takich jedynie podstawach, powinny zostać pozostawione bez dalszego biegu”.

Do podobnego wniosku doszła Państwowa Komisja Wyborcza, która opiniuje protesty wyborcze dla Sądu Najwyższego. W czwartek oceniła jeden z bliźniaczo podobnych do siebie protestów PiS.

– Wnosimy o pozostawienie go bez dalszego biegu. Uznajemy podnoszone zarzuty za nieznajdujące podstaw do tego, aby należało wybory w okręgu powtórzyć – mówił w Sejmie sędzia Wiesław Kozielewicz, szef PKW. – Okoliczności wskazane w proteście nie uprawniają do podjęcia decyzji o powtórzenia wyborów – dodał.

Czy Polska byłaby bogata jak Niemcy i Francja, gdyby nie było komunizmu >>>

Protesty wyborcze, które zgłosiła partia rządząca, nie mają merytorycznego uzasadnienia. PiS złożył je tam, gdzie liczy na łut szczęścia. Albo tam, gdzie chce zmanipulować wyniki na swoją korzyść.

Protesty dotyczą tych okręgów, w których kandydatom tej partii do Senatu zabrakło do wygranej niewiele, a głosów nieważnych padło na tyle dużo, że ich ponowne przeanalizowanie może coś zmienić. W jednym z tych okręgów o zwycięstwie kandydata opozycji zadecydowało 320 głosów.

Protest wyborczy powinien wyraźnie wskazywać, do jakich naruszeń mogło dojść i jakie dowody mogą służyć na poparcie tych podejrzeń. Do treści złożonych przez PiS protestów dotarła redakcja OKO.press. Nie ma w nich mowy o dowodach. Zamiast tego pojawiają się hipotetyczne rozważania na temat tego, co mogłoby się zmienić, gdyby okazało się, że nieprawidłowości doszło.

Sam fakt, że w danym okręgu oddano wiele głosów nieważnych, nie jest wystarczającym powodem do ich powtórnego przeliczenia ani do powtórki głosowania. Ale nawet gdyby PiS protestował wszędzie tam, gdzie odsetki głosów nieważnych są wyjątkowo wysokie, to w pierwszej kolejności złożyłby pewnie protest w Nowym Sączu – tam było ich ponad 10 proc. Ale akurat w Nowym Sączu kandydat PiS wygrał z dużą przewagą.

Relatywnie dużo nieważnych głosów oddano też w Stargardzie i Zabrzu (po niespełna 4 proc.). Tam jednak PiS także nie protestuje.

Tegoroczne wybory odznaczały się wyjątkowo niskim odsetkiem głosów nieważnych. W wyborach do Senatu uznano za nieważne tylko 2,55 proc. Cztery lata temu było ich 3,88 proc.

Merytoryczne podstawy mają mniej liczne protesty, które składa opozycja. Jej zdaniem PiS zgłosił po ustawowym terminie kandydata w miejsce zmarłego tuż przed wyborami Kornela Morawieckiego. W innym okręgu jednego z kandydatów oznaczono logotypem innego komitetu wyborczego niż ten, z którego startował, co mogło wprowadzić wyborców w błąd.

Na co liczy PiS? W scenariuszu optymistycznym – na to, że podczas liczenia doszło do błędów, a na ich odkryciu stracić może jedynie opozycja. W scenariuszu pesymistycznym – na to, że podczas ponownego liczenia uda się zmanipulować wyniki. Protesty wyborcze rozpatrzy izba Sądu Najwyższego powołana na skutek „reformy” przeforsowanej przez partię rządzącą i prezydenta. Liczenie może się odbywać albo w tej izbie, albo w sądach niższego szczebla.

Przede wszystkim jednak, jeśli PiS nie uzasadnia swoich podejrzeń co do rzetelności wyborów i liczenia głosów, to protesty tej partii nie powinny zostać uwzględnione.

Komitet Wyborczy PiS w sześciu niemal jednobrzmiących protestach złożonych w Sądzie Najwyższym nie podał dowodów na nieprawidłowości, które podważałyby wynik wyborów do Senatu. Przeprowadza za to hipotetyczne rozważania, co by było, gdyby takie błędy były. OKO.press publikuje wszystkie sześć protestów PiS. Zobaczcie je sami

OKO.press uzyskało w Sądzie Najwyższym kopie wszystkich sześciu protestów wyborczych PiS. Dostaliśmy je legalnie, zwracając się do SN o ich udostępnienie. Zresztą w tak ważnej dla obywateli sprawie nie powinno być żadnych tajemnic.

We wszystkich sześciu protestach powtarza się sformułowanie, że

„ustalenie, iż ok. 10 proc. głosów zostało nieprawidłowo uznanych za nieważne, zaś w rzeczywistości powinny być one uznane jako głosy poparcia dla kandydata Komitetu Wyborczego PiS, decyduje o tym, że najwięcej głosów uzyskał kandydat PiS”.

To stwierdzenie robi wrażenie, jakby były jakie powody do takiego „ustalenia”, ale nie zostały one nigdzie podane. Uzasadnienie jest de facto rozumowaniem hipotetycznym, że gdyby tak było, to PiS by wybory w danym okręgu wygrał. Trudno się spodziewać, by nawet najbardziej przychylny PiS sąd mógł uznać takie „uzasadnienie” za wystarczające.

Wnioski zawierają czasem dodatkowy argument, że „różnica w ilości głosów w całym okręgu jest na tyle znikoma, iż może uchodzić za pewien margines błędu” co jest niezbyt poprawnym po polsku wyrażeniem ogólnej hipotezy, bez żadnych dowodów. Podobnie jak spekulacje o

„postawieniu znaku x obok nazwiska dwóch lub więcej liczby kandydatów (..) Wiadomym jest, że potencjalnie, powyższa przyczyna nieważności głosu jest najczęstszym i najprostszym sposobem ewentualnych naruszeń w kwalifikowaniu głosów jako ważnych lub nieważnych”.

Informacja o tym, że PiS podważa wybory do Senatu w sześciu okręgach, zelektryzowała całą Polskę. Bo opozycja minimalnie wygrała te wybory i ma teraz w Senacie większość. PiS nie chce się z tym pogodzić, więc protesty wyborcze komitetu wyborczego tej partii odebrano jako próbę zmiany wyniku wyborów. Pisaliśmy o tym w OKO.press tutaj.

Opublikowane przez nas skargi w sześciu okręgach (patrz niżej) dowodzą, że intencja PiS, by odwrócić los Senatu, przeważa nad racjonalną argumentacją. I nie spełniają one wymogów art. 241 § 3 Kodeksu wyborczego, który stwierdza, że

„wnoszący protest powinien sformułować w nim zarzuty oraz przedstawić lub wskazać dowody, na których opiera swoje zarzuty”.

Wybory do Senatu zakwestionowane zapisem o wyborach do Sejmu

Protesty musiałby być przygotowywane na kolanie, bo wszystkie podnoszą jako główny zarzut „naruszenia przepisu art. 227 Kodeksu [Wyborczego] polegające na niewłaściwym zakwalifikowaniu głosów nieważnych, podczas gdy głosy te powinny zostać uznane za ważne”.

Rzecz w tym, że jak zauważył portal wp, art. 227 Kodeksu odnosi się do z rozdziału 5 „Sposób głosowania i warunku uznania głosu” odnosi się do wyborów do Sejmu.

Portal stwierdza, że „co najmniej dwa protesty zawierają ten błąd”, widocznie wp miała dostęp do dwóch dokumentów. Jak widać w dokumentach załączonych niżej, błąd powtarza się we wszystkich sześciu skargach.

R. V. Sposób głosowania i warunki ważności głosu

Art. 227

§ 1. Wyborca głosuje tylko na jedną listę kandydatów, stawiając na karcie do głosowania znak „x” w kratce z lewej strony obok nazwiska jednego z kandydatów z tej listy przez co wskazuje jego pierwszeństwo do uzyskania mandatu.

§ 2. Za nieważny uznaje się głos, jeżeli na karcie do głosowania postawiono znak „×” w kratce z lewej strony obok nazwisk dwóch lub większej liczby kandydatów z różnych list kandydatów albo nie postawiono tego znaku w kratce z lewej strony obok nazwiska żadnego kandydata z którejkolwiek z list, z zastrzeżeniem § 4.

§ 3. Za nieważny uznaje się głos, jeżeli na karcie do głosowania znak „×” postawiono w kratce z lewej strony wyłącznie obok nazwiska kandydata umieszczonego na liście kandydatów, której rejestracja została unieważniona.

§ 4. Jeżeli na karcie do głosowania znak „×” postawiono w kratce z lewej strony wyłącznie obok nazwiska kandydata z jednej tylko listy kandydatów, a nazwisko tego kandydata zostało z tej listy skreślone, to głos taki uznaje się za ważny i oddany na tę listę.

§ 5. Jeżeli na karcie do głosowania znak „×” postawiono w kratce z lewej strony obok nazwisk dwóch lub większej liczby kandydatów z tej samej listy kandydatów, to głos taki uważa się za głos ważnie oddany na wskazaną listę kandydatów z przyznaniem pierwszeństwa do uzyskania mandatu kandydatowi na posła, którego nazwisko na tej liście umieszczone jest w pierwszej kolejności.

[/tab]

PiS protestuje tam, gdzie przegrał nieznaczną ilością głosów

Wszystkie protesty wyborcze PiS zawierają taką samą treść i argumentację, opierającą się na tym, że komisje wyborcze mogły źle zakwalifikować nieważne głosy. A gdyby przypadły one kandydatom PiS – Komitet Wyborczy chce, by SN zaliczył na ich korzyść po 10 proc. unieważnionych głosów. Wtedy to partia Kaczyńskiego wygrałaby w sześciu okręgach, a to dałoby PiS większość w Senacie.

Można odnieść wrażenie, że był gotowy wzór protestu wyborczego. Bo kolejne protesty różnią się tylko numerem okręgu wyborczego, którego dotyczą, nazwiskami kandydatów w tych okręgach i liczbą oddanych na nich głosów.

Możesz zresztą sam/sama zobaczyć wszystkie sześć dokumentów. PiS skarży wyniki wyborów do Senatu w następujących okręgach:

1. Okręg numer 100. Obejmuje Koszalin i okolice. Wygrał tu kandydat Stanisław Gawłowski. Startował jako niezależny i uzyskał 44 956 głosów. Przegrał z nim kandydat PiS Krzysztof Nieckarz, który dostał 44 636 głosów. Nieważnych głosów oddano tu 3344 (2,44 proc. wszystkich głosów).

Zobacz protest dotyczący okręgu 100

2. Okręg 75. Obejmuje m.in. Tychy i Mysłowice. Wygrała tu Gabriela Morawska – Stanecka z SLD, dostała 64 172 głosów. Przegrał z nią Czesław Ryszka z PiS, który dostał 61 823 głosów. Liczba głosów nieważnych – 3749.

Zobacz protest dotyczący okręgu 75

3. Okręg 12. Obejmuje Grudziądz i okolice. Wygrał tu Ryszard Bober z PSL z wynikiem 52 619 głosów. Przegrał z nim Andrzej Mioduszewski z PiS z wynikiem 50 168 głosów. Nieważnych głosów oddano tu 2844.

Zobacz protest dotyczący okręgu 12

4. Okręg 92. Obejmuje m.in. Gniezno, Wrześnię i okolice. Wygrał tu Paweł Arntd z Koalicji Obywatelskiej – 76 897 głosów. Przegrał Robert Gaweł z PiS z wynikiem 75 413 głosów. Nieważnych głosów było 3064.

Zobacz protest dotyczący okręgu 92

5. Okręg 95. Obejmuje powiaty krotoszyński, kępiński, ostrzeszowski, ostrowski. Wygrała tu Ewa Matecka z Koalicji Obywatelskiej z wynikiem 80 084 głosów. Przegrał z nią Łukasz Mikołajczyk z PiS z wynikiem 77 780 głosów. Nieważnych głosów oddano tu 6221.

Zobacz protest dotyczący okręgu 95

6. Okręg 96. Obejmuje Kalisz i okolice. Mandat dostał tu Janusz Pęcherz z Koalicji Obywatelskiej, który dostał 72 579 głosów. Przegrał z nim Andrzej Wojtyła z PiS z wynikiem 70 993 głosów. Nieważnych głosów było tu 5444.

Zobacz protest dotyczący okręgu 96

KW PiS chce ponownego liczenia głosów. W Sądzie Najwyższym

Wychodząc z wyżej opisanej spekulacji o możliwych błędach w liczeniu głosów, Komitet Wyborczy PiS chce, by sędziowie z Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego, w ramach rozpoznawania protestów, dokonali na rozprawie oględzin kart do głosowania oraz porównali te karty z protokołami z komisji wyborczych. Komitet chce również ponownego przeliczenie głosów, też na rozprawie.

Przedstawiciele PiS domagają się, by „na rozprawie mogli się wypowiedzieć w szczególności co do kart do głosowania, które zostały zakwalifikowane jako nieważne”.

Poprzez takie czynności dowodowe Komitet Wyborczy PiS chce najwyraźniej sprawdzić, czy komisje wyborcze dobrze zakwalifikowały głosy nieważne, a nawet sugeruje, że było inaczej. Ale – powtórzmy to – żadnych dowodów nie przedstawia. Protesty zawierają jedynie przypuszczenia czy podejrzenia. PiS sugeruje, że mogły zdarzyć się omyłki pisarskie w protokołach lub błędy rachunkowe.

Podkreśla też, że mandaty w Senacie są podzielone po połowie na opozycję i PiS. Więc w „słusznym interesie społecznym” jest podjęcie dodatkowych działań weryfikujących poprawność wyników głosowania . Bo różnica w liczbie zdobytych głosów pomiędzy wygranymi kandydatami z opozycji, a przegranymi z PiS, nie była duża.

Co do dwóch okręgów pada dodatkowo argument, że w poprzednich wyborach w 2015 r. liczba oddanych tam nieważnych głosów była mniejsza niż obecnie.

Jakby to dowodziło, że cztery lata później były nieprawidłowości w komisjach.

Co zrobi nowa Izba powołana przez PiS

Kodeks wyborczy jasno mówi, że to wnoszący protest wyborczy ma udowodnić, jak doszło do naruszeń i wykazać, że  miały one wpływ na wynik wyborów. Komitet Wyborczy PiS przerzuca jednak ciężar udowodnienia naruszeń na Sąd Najwyższy, chcąc wykorzystać procedurę skargi do ponownego liczenia głosów.

Protesty PiS zbadają trzyosobowe składy z Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Mogą dopuścić ponowne przeliczenie głosów jeśli uznają to za zasadne. Ponowne liczenie jest rzadkością w procesach o ważność wyborów.

Izba ta może też pozostawić protesty PiS bez rozpoznania, jako nie spełniające warunków określonych w artykule 241 Kodeksu Wyborczego. Przepis ten mówi, że protest wyborczy ma zawierać zarzuty i dowody na ich poparcie.

Badanie protestów przez skład trzyosobowy kończy się wydaniem opinii, która potem trafia do całego składu tej Izby. Bo to cały skład – 20 sędziów – decyduje o ważności wyborów i o tym, czy w danym okręgu SN podważa wynik wyborów, czy też nie.

Pisaliśmy w OKO.press o tym kto zasiada w Izbie Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, którą powołał PiS. Izba ta wydawał już wyroki nie pomyśli obecnej władzy:

Powołany przez Zbigniewa Ziobrę rzecznik dyscyplinarny nie ustaje w ściganiu poznańskiej sędzi Moniki Frąckowiak. Postawił jej kolejne zarzuty, nie prosząc nawet o wyjaśnienia.

Monika Frąckowiak to poznańska sędzia, która orzeka w sądzie rejonowym Nowego Miasta i Wildy. Należy do stowarzyszenia sędziów Iustitia. Jest znana, bo angażowała się w protesty przeciwko zmianom wprowadzonym w wymiarze sprawiedliwości przez PiS. Na demonstracjach mówiła, że „Trybunał Konstytucyjny jest farsą”, a minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro powołuje na prezesów sądów „osoby o dość wątpliwej reputacji”.

Ludzie Zbigniewa Ziobry polują na sędzię

Na celownik wzięli ją rzecznicy dyscyplinarni powołani przez ministra Ziobrę. Do sądów dyscyplinarnych skierowali już dwa wnioski o ukaranie poznańskiej sędzi. Teraz dokładają trzeci.

Chodzi o opóźnienia w pisaniu uzasadnień wyroków. Zgodnie z prawem sędziowie mają na to dwa tygodnie. Na ich prośbę prezes sądu może przedłużyć ten termin, ale sędziowie i tak się spóźniają. Twierdzą, że dostają do prowadzenia zbyt dużo spraw.

Rzecznicy dyscyplinarni wzięli pod lupę wszystkie sprawy prowadzone w ostatnich czterech latach przez sędzię Monikę Frąckowiak. Opóźnień dopatrzyli się najpierw w ponad 170 sprawach. Teraz dokładają do tego kolejnych 37 opóźnień z ostatnich miesięcy. – Nie biorą pod uwagę, że w tym czasie prowadziłam 500-600 spraw – mówi nam sędzia Monika Frąckowiak.

Sędzia ścigana, bo krytykuje działania władzy

Frąckowiak nie kwestionuje, że spóźniała się z pisaniem uzasadnień wyroków. Wskazuje, że to nie tylko jej problem. – Nie chcę, by odebrano to jak donoszenie na kolegów, ale problem jest powszechny. W moim wydziale tylko przewodniczący pisze wszystkie uzasadnienia w terminie, ale on ma cztery razy mniej spraw niż ja – zauważa Frąckowiak.

Dlaczego zatem tylko ją wzięli na celownik rzecznicy dyscyplinarni? Frąckowiak nie ma wątpliwości, że powodem są krytyczne wypowiedzi o działaniach obecnej władzy.

Przemysław Radzik, rzecznik dyscyplinarny powołany przez ministra Ziobrę, o zarzutach dla sędzi Frąckowiak poinformował w internetowym komunikacie. „Opisane w przedstawionych zarzutach przewinienia służbowe obwinionej spowodowały ewidentny uszczerbek dla szeroko rozumianego dobra wymiaru sprawiedliwości, godząc w jego powagę, a ponadto narażając strony na negatywne skutki związane z koniecznością oczekiwania na ostateczne zakończenie postępowania” – napisał.

Frąckowiak zauważa jednak, że w sprawach, w których uzasadnienie napisała po terminie, żadna ze stron się na to nie skarżyła. Rzecznik dyscyplinarny z własnej inicjatywy zaczął przeglądać sprawy prowadzone przez sędzię Frąckowiak.

Rzecznicy dyscyplinarni idą na skróty

Poznańska sędzia mówi nam, że o nowych zarzutach dyscyplinarnych też dowiedziała się z internetu. – Nie dostałam żadnego pisma w tej sprawie – mówi. I zarzuca rzecznikom, że znów poszli na skróty. Zgodnie z prawem powinni byli przeprowadzić najpierw postępowanie wyjaśniające. Sędzia, którego to dotyczy, ma prawo złożyć wyjaśnienia, wnosić o przesłuchanie świadków.

– Zostałam tego prawa pozbawiona. Rzecznicy dyscyplinarni popełniają ewidentne błędy proceduralne – mówi sędzia Frąckowiak.

Z powodu takich błędów sąd dyscyplinarny w Lublinie nie rozpoczął procesu sędzi Frąckowiak za opóźnienia w uzasadnieniach ponad 170 spraw. Postanowił za to zwrócić akta rzecznikowi dyscyplinarnemu, by uzupełnił postępowanie. Rzecznik to zaskarżył. Sprawa czeka na rozpatrzenie w Izbie Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego.

PiS wie, że jeśli zachowa Senat, wprowadzi dyktaturę, a jeśli nie, to może być początek jego końca.

Na początek powiedzmy sobie jasno – Kodeks wyborczy określa prosto i bez cienia wątpliwości, w jakich przypadkach można składać protesty wyborcze. A można to robić zgodnie z prawem tylko wtedy, gdy składający wniosek o ponowne przeliczenie głosów potrafi udowodnić, że doszło do przestępstwa, które wpłynęło na ważność wyborów, ich wynik lub/i przebieg głosowania. Przestępstwa zaś uprawniające do złożenia protestu wyborczego precyzyjnie opisuje rozdz. XXXI Kodeksu karnego (do którego w tej sprawie odsyła Kodeks wyborczy) w rozdziale zatytułowanym „Przestępstwa przeciwko wyborom”.

Wśród prawnych przesłanek pozwalających na uznanie protestu wyborczego nie ma ani jednego powodu wymienianego publicznie przez znanych polityków PiS. Nie można więc przeliczać głosów „z ciekawości”, z powodu „dużej nieważnej liczby głosów oddanych w danym okręgu” albo dlatego, że „może po ponownym przeliczeniu odzyskamy większość w Senacie”. Każdy z powodów jest bezprawny i wniosek na nim oparty powinien zostać przez sąd oddalony.

Inną kwestią jest problem podnoszony przez stowarzyszenie Obserwatorium Wyborcze, które wydało oświadczenie wyjaśniające, jak łatwo jest zmanipulować w Polsce ponowne liczenie głosów i dlaczego stosowanie tej procedury w obecnym kształcie i okolicznościach zagraża demokracji. Cytuję fragment: – „Od 14 października br. karty do głosowania przechowywane są bez żadnego szczególnego nadzoru: ani obserwatorzy społeczni, ani poszczególne komitety wyborcze nie mają możliwości skontrolowania, gdzie i w jaki sposób są one przechowywane lub przewożone, kto ma do nich dostęp, czy nie dochodzi do ich podmiany lub do manipulowania nimi”.

Dalej Obserwatorium Wyborcze zauważa: – „Karty do głosowania przechowywane są w paczkach zapieczętowanych pieczęciami obwodowych komisji wyborczych, ale to nie daje gwarancji bezpieczeństwa: nierzadko możliwe jest otwarcie i ponownie zamknięcie paczki tak, by nie było tego widać. Ponadto od 14 października pieczęcie obwodowych komisji wyborczych są przechowywane przez urzędników wyborczych, bez żadnej szczególnej kontroli. Nie można więc wykluczyć, że oryginalne pieczęcie zostaną użyte do ponownego zamknięcia i opieczętowania paczek z kartami, po manipulacji ich zawartością”. Całe oświadczenie dostępne jest tu: https://ow.org.pl/2019/10/22/latwo-jest-zmanipulowac-ponowne-liczenie-glosow/

Działania PiS w tej sprawie, już w tej chwili na granicy prawa, pokazują determinację tej partii, aby „odbić” Senat i brak szacunku dla wyborców i ich werdyktu. Powód jest oczywisty – z punktu widzenia PiS stawka jest ogromna.

Większość opozycyjna w Senacie umożliwi przeniesienie blokowanej przez PiS w Sejmie debaty poselskiej do Senatu, a więc odzyskanie głosu w debacie przez polityków, a za ich pośrednictwem także wyborców opozycji. Marszałek Senatu, trzecia osoba w państwie, może wygłaszać do narodu telewizyjne orędzia i w znacznym stopniu kształtować świadomość społeczną, może także jeździć za granicę i rozmawiać o polskich sprawach, a nawet podejmować pewne decyzje wpływające na politykę zagraniczną. Senat ma wpływ na obsadę kierowniczych funkcji w wielu ważnych państwowych instytucjach, które PiS uznał już za własne, prywatne i zdobyte, jak NIK, IPN, KRS, KRRiTV, NIK, RPP, Rzecznik Praw Dziecka, Rzecznik Praw Obywatelskich, UKE, Urząd Ochrony Danych Osobowych.

Determinacja, na granicy bezprawia, z jaką PiS próbuje przejąć Senat, pokazuje, jak ważna jest ta instytucja dla utrzymania polskiej demokracji. PiS wie, co oznacza Senat w rękach opozycji i próbuje zmienić wyniki wyborów, zanim ta świadomość dotrze także do opinii publicznej. A oznacza bardzo wiele: jeśli PiS zachowa Senat, wprowadzi dyktaturę, jeśli nie, to może być początek końca tej partii.

Tokarczuk, Tusk, Sterczewski, a naprzeciw pisowski rynsztok. Kto wygra?

19 Paźdź

Dzisiaj mija 2 rocznica jak pod Pałacem Kultury w Warszawie podpalił się w akcie protestu przeciw polityce PIS Piotr Szczęsny – szary człowiek, który kochał wolność ponad wszystko. Trzeba pamiętać o tym wydarzeniu, dlatego przypominam jego list – testament.

Patriotyczni eksperci od turystyki i krajoznawstwa oferują Oldze Tokarczuk atrakcyjne destynacje.

Ze współczuciem trzeba przyznać, że Akademia Szwedzka sprawiła Oldze Tokarczuk wielki problem. Laureatka Nagrody Nobla musi sobie teraz łamać głowę, jaki kraj jako miejsce osiedlenia wybrać. Rodacy, którzy wpisują się na forach internetowych, życzliwie podsuwają jej niezliczone pomysły. Warto kilka wymienić, z szacunku zachowując oryginalną pisownię komentatorów portalu tygodnika „Sieci”.

„Jedź do iSSraela. Idealne państwo dla bydła antypolskiego”.

„Wracaj na Wzgórza Golan”.

„i ona ma taką nagrodę może powinna wyprowadzić się do niemiec”

„Proponuję wyjazd na Krym”.

„Proponuję wyjazd do KRLD”.

„Wyjazd do państw arabskich”.

Propozycji jest tak dużo, że niektórym osobom trudno coś nowego wymyślić. Stąd i taki kategoryczny wpis, bez wskazywania kierunku: „Wstyd, wstyd, wstyd. Jak pani to nie odpowiada, to niech pani wyjedzie z kraju, który pani nie odpowiada!!!!! Żegnam panią”.

Co w patriotach obudziło taką inwencję w dziedzinie turystyczno-krajoznawczej? Przede wszystkim niewiara w to, że prawdziwa Polka mogłaby odebrać wyróżnienie tej rangi, zwłaszcza że „Nikt nie zna szczegółów regulaminu przyznawania nagród”. Stąd mnogie próby zrozumienia tej podejrzanej intrygi.

„Pisz Pani do starszych braci w wierze. Może ci Chazarowie to przeczytają”.

„Tokarczuk wracaj do swoich bo Polską ty nie jesteś”.

„Kim ona jest? Jakie są jej korzenie?”

„Warto zbadać korzenie noblistki”.

„Ona nie jest Ukrainką tylko Niemką”.

„Jude-asze tak mają – Noble, Oskary dostają za pochodzenie”.

„Ukraińska czerń – H. Sienkiewicz”.

„Z tej dziuni taka Polka jak z Tuska, Holland czy Thun. Obywatelstwo nie zawsze określa narodowość”.

„Przecież ukrainka nie będzie popierać Polski. Tylko się zastanawiam po co tu mieszka. Żeby pluć na Polskę?

Niektórzy, bardziej oblatani w kwestii antypolskich spisków, jasno zdają sobie sprawę z istoty rzeczy:

„Czyli jednak coraz bardziej wygląda to na ustawkę – Nobel dla zwolenniczki »totalnej opozycji« na trzy dni przed wyborami w Polsce. Czysty przypadek”.

„Soros dał kasę na tę nagrodę Nobla. Niemra oskarżająca Polaków”.

Rodzi się poważny narodowy problem: jak z tym całym Noblem teraz żyć? I tu cieszy optymizm nielicznych niestety autorów wpisów, którzy nie załamali się do końca i jednak widzą światełko w tunelu:

„Na pewno nie kupię i nie przeczytam żadnej z jej książek. Nie moje klimaty, a dużo czytam”.

„My się otrząśniemy i taką szarańczę jak Tokarska strząśniemy ze zdrowego drzewa jakim jest Polska”.

I na koniec najbardziej szczery, swojski wpis czy wiele wyjaśniające żądanie: „może podzieli się kasą z ludźmi”.

Posłowie Koalicji Obywatelskiej domagają się zwołania Komisji Kontroli Państwowej w sprawie Mariana Banasia. – Komisja jest najwyższym organem kontrolnym w kraju. Musi wyjaśnić swoje oświadczenia i powiązania z przestępcami. Polacy muszą wiedzieć, co się wokół niego dzieje – mówił w Sejmie Sławomir Nitras z PO

Trzeba wyjaśnić sprawę

Posłowie opozycji żądają wyjaśnień ws. oświadczenia majątkowego prezesa NIK Mariana Banasia.

– Nie możemy w tej sprawie czekać. Jak stwierdziła pani marszałek Witek, Sejm może pracować po wyborach, mimo poważnych wątpliwości. Skoro tak, to może też pracować Komisja Kontroli Państwowej. Przypomnę, że to ona kontroluje Najwyższą Izbę Kontroli. Żądamy tego w imieniu klubu PO-KO – mówi na konferencji prasowej Sławomir Nitras.

– Mamy do czynienia z kryzysem państwa. Od kilku tygodni wiemy, że pan Marian Banaś ma problemy, jeżeli chodzi o kontrolę Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Od kilku dni wiemy nieformalnie, że trwają próby nakłonienia pana Banasia do złożenia dymisji – mówił Marcin Kierwiński.

– Pan Banaś jest najwyższym organem kontrolnym w Polsce. Wokół najważniejszej instytucji kontrolnej w Polsce toczy się jakaś dziwna gra. Jeżeli NIK ma działać w sposób transparentny, Polacy muszą wiedzieć, co się dzieje wokół Mariana Banasia. Narosło zbyt wiele podejrzeń, że ta sprawa była zamiatana pod dywan przez służby specjalne – dodaje Kierwiński.

Banaś wraca do NIK-u

Wybrany głosami PiS-u Marian Banaś poinformował w czwartek, że wraca z bezpłatnego urlopu do pracy na stanowisku szefa NIK-u. Na urlop poszedł w wyniku dziennikarskiego śledztwa, które ujawniło, że Banaś wynajmował kamienicę w Krakowie po zaniżonej cenie osobom znanym z krakowskiego półświatka. W kamienicy prowadzono wynajem pokoi na godziny.

W środę zakończyła się trwająca od kwietnia kontrola oświadczeń majątkowych Banasia, prowadzona przez CBA. Niestety, służby nie poinformowały o wynikach kontroli, jednak jak podało RMF FM, kontrola CBA miałaby wykazać co najmniej dwie nieprawidłowości związane z kwestiami skarbowymi i niejasnym sposobem rozliczania podatków przez obecnego szefa NIK.

– Afera Banasia nie jest tylko aferą Banasia, ale jest aferą PiS-u. To PiS zrobił tego pana ministrem finansów i to PiS wybrał go na szefa NIK mimo informacji o prowadzonych przez CBA sprawdzeniach – uważa Marcin Kierwiński.

Zbigniew Ziobro i jego ludzie żądają, by PiS szybko przykręcił śrubę. Ale z otoczenia Jarosława Kaczyńskiego słychać, że przelicytowali

Powyborczy wtorek, na stronie Państwowej Komisji Wyborczej coraz więcej podliczonych głosów. Pierwsza zdjęcie do sieci wrzuca Solidarna Polska. To galeria 18 nowych posłów partii Ziobry, jego fotografia jest największa i w centrum. Dzień później swoją reprezentacją chwali się Porozumienie Jarosława Gowina. I tu też 18 posłów.

Prezes PiS o wyniku wyborów wypowiada się wstrzemięźliwie, ale partie koalicyjne triumfują. To już nie są koalicjanci wzięci na pokład po przegranych wyborach do europarlamentu w 2014 r. Teraz decydują o parlamentarnej większości. – Bez nas PiS nic nie zrobi – cieszą się ziobryści i gowinowcy.

Bo Zjednoczona Prawica wprowadziła do Sejmu 235 posłów, tyle samo co cztery lata temu. A bezwzględna większość to 231. – To będzie trudna kadencja. Takie zwycięstwo przyprawia Kaczyńskiego o potężny ból głowy. Bo to on będzie musiał za każdym razem rozstrzygać nawet najmniejszy spór w obozie władzy – mówi nam polityk PiS.

Jaki harcuje

Polityk PiS sięga po „Rzeczpospolitą”, spogląda na wywiad z byłym wiceministrem sprawiedliwości Patrykiem Jakim i krzywi się. „Naszym zdaniem najlepszym kandydatem na premiera jest zawsze pan prezes Jarosław Kaczyński – osoba o ogromnej wiedzy, doświadczeniu i sukcesach w polskiej polityce. To właśnie prezes Kaczyński był głównym architektem Zjednoczonej Prawicy” – zachwala Jaki.

Dziś jest europosłem i najbardziej zaufanym człowiekiem Ziobry. W kampanii mocno wspierał kandydatów Solidarnej Polski, zachwalał w wyborczych klipach, pozował z nimi do zdjęć. Teraz domaga się zmiany premiera.

– Te wybory zmieniły sytuację polityczną. Porozumienie i Solidarna Polska są pełnoprawnymi koalicjantami, którzy walnie przyczynili się do zwycięstwa. To dziwne, gdy w rządzie są obaj partyjni przywódcy, a kieruje nimi podwładny lidera innej partii – komentuje żądania Jakiego polityk Solidarnej Polski.

Nasz rozmówca twierdzi, że celem nie jest rozbijanie koalicji, ale powyborcza refleksja i „zapobieżenie sytuacji, w której dobra zmiana ugrzęźnie i przekształci się w prawicową wersję PO”.

Wieczorem wiceprezes PiS Adam Lipiński w TVN przestrzega: – Ważne, żebyśmy sami nie przyczyniali się do tego, by potwierdziła się stara żeglarska prawda, że ci, którzy najmocniej bujają łódką, mogą pierwsi z niej wypaść.

Bo w PiS na wymianę szefa rządu zgody nie ma. – Ziobro przelicytował. Miał mocną wyjściową pozycję negocjacyjną, ale niepotrzebnie pozwolił swoim ludziom, by publicznie podważali mandat Morawieckiego – mówi ważny polityk obozu władzy.

Ziobryści grają nie na powołanie Kaczyńskiego, ale na odwołanie Morawieckiego. – Myśleli, że uwikłają PiS w podwójne negocjacje, ale jeśli Kaczyński czegoś nie znosi, to stawiania go pod ścianą. Ziobro tylko straszy, by w końcu wycofać się ze zmiany premiera i ugrać coś w zamian – twierdzi polityk, który zna kulisy rozmów.

Niechęć Ziobry do Morawieckiego jest legendarna. Zaczęła się w czasach, gdy obaj politycy jako ministrowie zabiegali o wpływy w spółkach skarbu państwa. Wybrzmiała przy rekonstrukcji rządu, gdy Morawiecki zastąpił Beatę Szydło. Wtedy nieufny Ziobro zabezpieczył się przed utratą resortu. Zaproponował aneks do umowy zjednoczeniowej, a w nim konkrety: Ministerstwo Sprawiedliwości dla ziobrystów, resort nauki i szkolnictwa wyższego dla gowinowców. Dodatkowo dla obu sojuszników jeszcze jeden minister w rządzie, niekoniecznie resortowy.

Nocna narada

Rządowa willa przy Parkowej w Warszawie. Wtorkowy wieczór upamiętniają fotografowie „Faktu”. Na jednym ze zdjęć Morawiecki ze sztućcami w ręku siada do kolacji. Chwilę później przed drzwiami parkuje limuzyna Kaczyńskiego. Lider PiS naradza się z premierem. To jasny sygnał, że szef rządu cieszy się pełnym zaufaniem prezesa, nie jest krytykowany za kampanię wyborczą. I że to z nim konsultowane są pierwsze decyzje po wyborach.

Deklarację lojalności złożył już Gowin. – Premierem będzie Mateusz Morawiecki, to poza dyskusją. Tego kandydata wskazała główna partia naszego obozu, czyli PiS – zapewnił w TVN 24.

Kaczyński spotyka się z Gowinem dzień po rozmowie z Morawieckim. – Na gruncie neutralnym – słyszymy w PiS. Rozmawiają długo, kończą nad ranem. W środku nocy dołącza do nich premier.

Kaczyński stosuje starą zasadę „dziel i rządź”. Widać wyraźnie, że to spotkanie było wymierzone w aspiracje Ziobry. Rano poinformował o nim sam Gowin w Wirtualnej Polsce, podkreślając, że co do personaliów zgadza się z prezesem PiS w 100 proc., a co do programu – w 90 proc.

To powtórzenie wcześniejszych deklaracji, że Gowin na rozgrywki personalne razem z Ziobrą się nie pisze. Chciałby jednak ze strony PiS koncesji, które zawierają się w owych 10 proc. różnic w kwestiach programowych.

Na koniec na stronie prawicowego tygodnika „Do Rzeczy” pojawiają się wypowiedzi polityków PiS prosto z partyjnej centrali przy Nowogrodzkiej. Wyrażają głębokie oburzenie i niesmak akcją ze strony polityków Solidarnej Polski, która godzi w jedność Zjednoczonej Prawicy.

Ziobro radykał

Solidarną Polskę i Porozumienie łączy sojusz taktyczny – wspierają się, gdy PiS próbuje kogoś z nich ograć. Stoją jednak na dwóch biegunach ideowych.

Gowin to zwolennik złagodzenia polityki PiS, skierowania jej w stronę politycznego centrum i wspierania innowacyjnej gospodarki rynkowej, a tym samym sojusznik Morawieckiego.

– Jesteśmy pozytywistami. Uważamy, że trudniej, ale efektywniej jest przekonywać do swoich racji, niż odgórnie narzucać model i schemat życia – mówi „Wyborczej” Marcin Ociepa, wiceminister przedsiębiorczości, poseł Porozumienia. Jego zdaniem Polska musi gonić świat gospodarczo. – Nikt na nas nie poczeka, aż się wygrzebiemy z naszych sporów światopoglądowych. Kwestie wolności gospodarczej i podejścia do wolności w ogóle są decydujące dla przyszłości prawicy w Polsce.

Ziobro jest radykałem. Chce dokończyć reformę systemu sprawiedliwości, którą firmował. Spieszy się, by zdążyć przed wyborami prezydenckimi. Ale z obozu Gowina dochodzą sygnały, że to nie jest najlepszy pomysł. – Prawie wszystkie reformy Ziobry wyprowadzały Polaków na ulicę. Tym razem też tak będzie, a to na pewno nie pomoże wygrać Dudzie drugiej kadencji, bo jeśli marzy o reelekcji, musi sięgać do centrum – mówi polityk Porozumienia.

We wtorek, tuż po wyborach, Jaki publikuje w mediach społecznościowych manifest. „Trwa proces wrogiej socjalizacji społeczeństwa – zamiany flagi biało-czerwonej na tęczową , społeczeństwa wolnościowo-konserwatywnego na lewackie. Świat wartości społeczeństwa w większości kształtują media liberalno-lewicowe oraz lewicowe uniwersytety. I smutną puentą tego procesu było oświadczenie rektorów polskich uczelni, że trzeba karać za krytykę ideologii LGBT. Jeżeli prawica nie zareaguje na te procesy u fundamentów, to po tej kadencji, za cztery lata, kolejne kilka milionów ludzi skończy ten proces socjalizacji i prawica nie będzie miała czego szukać w Sejmie”.

– Niech każdy reformuje państwo tymi instrumentami, które uważa za najwłaściwsze. Ja za właściwszy uważam skalpel chirurgiczny, a nie maczugę – odpowiedział mu Gowin, minister nauki i szkolnictwa wyższego. I zapewnił, że nie odnajduje się w retoryce dzielenia uczelni na „lewicowe” czy „prawicowe”, bo każda z nich jest pluralistyczną wspólnotą. – Nawet jeśli któraś uczelnia jest bardziej lewicowa, są na niej również uczeni i studenci o poglądach konserwatywnych.

Rozprawić się z mediami

Jaki twierdzi, że ziobrystom nie chodzi o stanowiska, ale o „gwarancje, że nowy rząd nie przegapi spraw najważniejszych”.

Polityk z obozu władzy: – Oni chcą Fideszu nad Wisłą. Uważają, że teraz jest czas rewolucji, że wszystkie reformy musimy zrobić do wiosennych wyborów prezydenckich. Z dwóch powodów – to pomoże w reelekcji Dudy, a jeśli jednak zmieni się lokator w Pałacu Prezydenckim, żadnych reform już nie zrobimy. Opozycja zyska prezydenckie weto.

Inny polityk z klubu PiS: – Powielenie węgierskich wzorców to szansa na przetrwanie prawicy.

Z Węgier ziobryści chcieliby przenieść do Polski rozprawę z mediami, przede wszystkim tymi z kapitałem zagranicznym. Na Węgrzech media przejmują oligarchowie bliscy Orbánowi. Jak miałoby to wyglądać w Polsce, ziobryści nie zdradzają.

Z podziwem patrzą na orbánowską reformę samorządów, która uzależniła regiony od rządu. Według naszych rozmówców ludzie Ziobry chcą, by kierunki zmian zostały wskazane i zapisane w nowej umowie zjednoczeniowej. Ale z PiS dochodzą pomruki niezadowolenia.

Politycy Solidarnej Polski uważają, że to właśnie przez fatalną, „skierowaną do centrum” i „przeekonomizowaną” kampanię nie udało się osiągnąć celów – 276 głosów w Sejmie pozwalających odrzucić weto prezydenta i postawić Tuska przed Trybunałem Stanu. Jako jeden z przykładów podają pomysł 4 tys. płacy minimalnej w 2023 r. zgłoszony przez Kaczyńskiego i Morawieckiego na ostatnim zakręcie kampanii.

– Najpierw był entuzjazm, ale później ludzie przyszli do pracy i dowiedzieli się od pracodawcy, że to nie prezes Kaczyński im da te pieniądze, ale właściciel, który twierdzi, że pieniędzy nie ma, i albo ich zwolni, albo zamknie interes – wyjaśnia nasz rozmówca z Solidarnej Polski.

Jako kontrprzykład udanej kampanii podaje właśnie polityków Solidarnej Polski, którzy startowali z dalszych miejsc, ale wspierani na plakatach przez Ziobrę i Jakiego przebojem wdarli się na szczyty. To np. Sebastian Kaleta, wiceminister sprawiedliwości. – Byli ideowi, radykalni, dynamiczni. Głosowali na nas ludzie młodzi, którzy chcieli zmian. Przez taką kampanię, jaką prowadził w tych wyborach PiS, ludzie młodzi głosowali na Konfederację.

Solidarna Polska przypomina, że Jaki jako kandydat na prezydenta miasta miał w Warszawie więcej głosów niż teraz Kaczyński, a Ziobro, startując ze Świętokrzyskiego, miał podobne notowania jak Morawiecki w Katowicach.

Jeden z polityków PiS cieszy się: – Procentowo wynik Morawieckiego jest taki, jaki cztery lata temu zrobił w Katowicach PiS bez niego. A w kampanii nawet święto narodowe na Śląsk przenieśliśmy – drwi z obchodów 15 sierpnia w Katowicach.

Rządu szybko nie będzie

Gra toczy się dalej, jednak już nie o stanowiska premiera, ale o stołki ministrów. Tuż po wyborach z centrali PiS dochodziły wieści, że rząd będzie szybko. Plany pokrzyżowały jednak wyniki wyborów do Senatu, w którym PiS straciło większość. Teraz słychać, że „rząd powstanie w najpóźniejszym możliwym terminie”. Według konstytucji prezydent musi desygnować premiera najpóźniej dwa tygodnie po pierwszym posiedzeniu Sejmu. Nazwisko przyszłego premiera musi więc być znane najpóźniej 26 listopada.

– Dopóki jest stary rząd, mamy szereg różnych możliwości, żeby przekonać osoby, które nie wierzą w geniusz PiS, by jednak nas poparły – mówi polityk PiS.

Ponieważ nie ma żadnych politycznych decyzji, mnożą się spekulacje. Są już pierwsze nazwiska na rządowej giełdzie. Rządową karierę kończy Witold Bańka, wybrany na szefa Światowej Agencji Antydopingowej. Ziobryści chcą tego resortu dla byłego wiceministra sprawiedliwości Michała Wosia, dziś pełnomocnika ds. pomocy humanitarnej. Gowin chce wzmocnić szefową resortu przedsiębiorczości i technologii Jadwigę Emilewicz. W partii spekulują, że mogłaby stanąć na czele Ministerstwa Energii, którym dziś kieruje Krzysztof Tchórzewski kojarzony z Szydło.

W grze jest też Ministerstwo Środowiska – tym zarządza Henryk Kowalczyk, to również zaufany człowiek byłej premier. – Szydło też będzie miała coś do powiedzenia w rządowej układance. Niech się Gowin tak nie spieszy do wycinania jej ludzi – komentują w PiS.

W Porozumieniu też analizują wyborcze wyniki i niektóre wnioski są podobne do tych, jakie przedstawiają ziobryści – utrata głosów przedsiębiorców. Stąd zapowiedź Gowina, że jego posłowie nie zagłosują za zniesieniem 30-krotności składek ZUS. To oznacza konieczność zmiany budżetu, który PiS przyjął we wrześniu, głosząc, że jest to pierwszy budżet od 30 lat bez deficytu. Bo 30-krotność miała dać 5,1 mld zł.

Gowin w Wirtualnej Polsce: – Myślę, że ten temat zostanie zdjęty z agendy. To uderzenie w wysoko wyspecjalizowanych specjalistów, najbardziej kreatywną część społeczeństwa. Do takiego uderzenia Porozumienie nie przyłoży ręki.

O tej kandydaturze spekulowano od kilku dni. Właśnie została oficjalnie zgłoszona, a pismo w tej sprawie podpisał Grzegorz Schetyna.

O sprawie jako pierwsza informowała Polityka Insight. „Wyborcza” potwierdziła te doniesienia w Platformie Obywatelskiej. Schetyna zgłosił Tuska podczas szczytu EPL.

Europejscy chadecy wybierają swoje władze pod koniec listopada na zjeździe w Zagrzebiu. – Jest wielka mobilizacja. Jedziemy tam, żeby wybrać Tuska i jestem przekonany, że jego kandydatura przejdzie – mówi „Wyborczej” jeden z europosłów PO. Do tej pory szefem EPL był Francuz Joseph Daul.

Sam Tusk sugerował już, że może zostać szefem EPL.

– Niewykluczone, że tak będzie. Rozstrzygnięcie zapadnie w listopadzie. Zaangażowanie w EPL nie wyklucza zaangażowania w sprawy krajowe, inaczej niż w przypadku szefa Rady Europejskiej. Nie mówię tu o wyborach prezydenckich, ale o powrocie do aktywności w życiu publicznym w Polsce. Ewentualne przywództwo w EPL nie powstrzyma mnie przed pełnym zaangażowaniem w sprawy Polski – powiedział Tusk w rozmowie z dziennikarzami już po wyborach w Polsce.

Na większą swobodę działań Tuska zwracają też uwagę politycy PO, z którymi rozmawiała „Wyborcza”. Podkreślają, że jako szef Rady Europejskiej Tusk musiał zachować dystans do sytuacji w Polsce, bo reprezentował całą Unię Europejską. Jeśli zostanie wybrany, będzie nadal ważną figurą w Europie, ale już z pełnym mandatem do angażowania się w polskie sprawy jako szef chadeków.

Europejska Partia Ludowa to ugrupowanie zrzeszające chadeków, ludowe i konserwatywno-liberalne partie z krajów UE. Jej członkami w Polsce są PO i PSL.

Wyniki wyborów 2019. Ekscytacja czymś normalnym pokazuje tylko, jak bardzo nienormalne jest nasze życie publiczne.

Czwartek wieczorem. Moi znajomi udostępniają na Facebooku najnowszy post Franka Sterczewskiego, nowego posła Koalicji Obywatelskiej z Poznania. Franek to bohater tego tygodnia: z ostatniego miejsca na liście zrobił trzeci wynik, poparło go 25 tys. ludzi, telewizje robią o nim materiały, zapraszają do dyskusji w studiu. A Franek czaruje, zapowiada, że będzie posłem w trampkach, a nie lakierkach, że chce łączyć, a nie dzielić, że marzy mu się wspólne pieczenie pizzy pod Sejmem.

Wybory parlamentarne 2019. Franciszek Sterczewski odrzuca propozycję Kancelarii Sejmu

Czym zachwycił tym razem? Pani z Kancelarii Sejmu zaprosiła go na szkolenie dla nowych posłów. Chciała zarezerwować miejsce w samolocie, ale Franek odmówił. Woli jechać pociągiem i to drugą klasą. Pani w szoku, a internauci zakochani: „Można? Można!”, „Dobrze oddany głos!”, „Nowa klasa polityczna”, „Taki kierunek przywraca nadzieję”. Tysiące lajków, setki udostępnień.

Moja pierwsza myśl: czy naprawdę jest się czym zachwycać? Podróż pociągiem z Poznania do Warszawy, z centrum do centrum, zajmuje niecałe trzy godziny w warunkach dość komfortowych. Samochodem do stolicy jedzie się dłużej. A samolot co prawda leci tylko godzinę, ale trzeba doliczyć odprawę, dojazd na lotnisko i z lotniska.

Poznań to nie Szczecin czy Wrocław, gdzie wybór samolotu mógłby mieć sens, bo zauważalnie skracałby czas podróży. To, że nowy poseł zdecydował się na pociąg, jest zatem racjonalnym wyborem, a nie żadnym heroicznym czynem. Tak podróżują tysiące ludzi.

Wybory parlamentarne 2019. Wyciągali od Sejmu pieniądze na paliwo, choć nie mieli nawet samochodu

Ale potem przychodzi druga myśl – ta ekscytacja czymś normalnym pokazuje tylko, jak bardzo nienormalne jest nasze życie publiczne i jak nisko upadła tzw. klasa polityczna.

Pamiętamy słynne małżeństwo Łyżwińskich, posłów Samoobrony, którzy wyciągali od Sejmu pieniądze na paliwo, choć nie mieli nawet samochodu.

Pamiętamy prezydenta Andrzeja Dudę, który jako poseł nocował za publiczne pieniądze w poznańskich hotelach. Ponoć miało to związek z jego poselskimi obowiązkami, choć dziwnym trafem w tych samych terminach prowadził zajęcia na prywatnej uczelni pod Poznaniem.

Pamiętamy „aferę madrycką”, gdy trzech posłów PiS poleciało do stolicy Hiszpanii tanimi liniami lotniczymi, jednocześnie biorąc z Sejmu pieniądze za podróż samochodem.

Pamiętamy wreszcie marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, który rządowy samolot zamienił w podniebną taksówkę, zabierając do niej rodzinę i znajomych.

To wszystko sprawia, że dla wielu osób coś zwykłego urasta nagle do rangi czegoś niezwykłego. Ekscytuje, budzi szacunek. To dobrze, że Franek Sterczewski już nie w randze ulicznego happenera, lecz posła na Sejm pokazuje nam, że podróż pociągiem to nie powód do wstydu, lecz racjonalny wybór. Spółka Intercity już powinna biec z podziękowaniami. Ale chyba wszyscy byśmy chcieli, by Franek Sterczewski zapisał się w historii parlamentaryzmu jeszcze czymś więcej.

Prezydent Austrii chwalił się podróżą pociągiem na Szczyt Klimatyczny w Katowicach, tak jak nowa prezydentka Słowacji  Zuzanna Czaputova, która koleją wybrała się na szczyt Grupy Wyszehradzkiej. W Nowym Jorku Czaputova szła na Szczyt Klimatyczny pieszo, bo stwierdziła, że nie będzie wsiadać do limuzyny tylko po to, żeby przebyć dystans kilkuset metrów. Teraz do tego grona dołączył pan, chyba jako pierwszy polityk, publikując zdjęcie z wagonu Wars i historię o tym, jak odmówił pan lotu do Warszawy i poprosił o bilet na pociąg.

Franek Sterczewski: – Jestem zaskoczony, że ten wpis przyciągnął aż tyle uwagi. Widocznie jeszcze nasza klasa polityczna jest uważana za odklejoną od społeczeństwa. Ale ważne jest, żebyśmy zwracali uwagę na to, czym się poruszamy po mieście na co dzień i na dłuższych dystansach.

Chcę iść za ciosem i zachęcać innych posłów i posłanki, by publikowali swoje zdjęcia w transporcie publicznym. Niech nas wszyscy zobaczą, przecież nie jestem jedyny. Wiceprezydent Poznania Mariusz Wiśniewski też jeździ tramwajem. Pokażmy, że jest nas więcej, i spróbujmy stworzyć modę na transport zbiorowy. Zaproponowałem nawet hasło, „make zbiorkom [skrót od transportu zbiorowego] great again” [uczyńmy transport zbiorowy znowu wspaniałym].

Zastanawiam się, jaka to oszczędność czasu dla polityków – latanie samolotem zamiast jazdy pociągiem.

Z Poznania do Warszawy jeszcze nie leciałem, ale podejrzewam, że byłbym z 30 minut szybciej niż pociągiem. Nie jest to warte kosztów dla środowiska. Nie wiem, dlaczego tak wielu posłów decyduje się na samolot. W Poznaniu mamy jednak czołówkę lotników sejmowych, polityków latających do Warszawy rekordowo często. Nie chcę demonizować latania, ale powinno ono być ostatecznością.

Poza tym uważam, że gdyby posłowie częściej jeździli pociągami, więcej by wiedzieli o mankamentach kolei i rozumieli wyzwania. Bo transport zbiorowy zasługuje na swoje miejsce wśród priorytetów zamiast autostrad i transportu indywidualnego. Bo jest bardziej ekologiczny i wydajny.

Ale nie skończy się u pana na wpisach w mediach społecznościowych?

Chcę dostać się do komisji infrastruktury i działać w kierunku zwiększenia środków na komunikację zbiorową. Chcę stać się rzecznikiem zbiorkomu. Na kolei połączeń musi być więcej. A w przestrzeni miejskiej? Trzeba postawić na drogi rowerowe, autobusy, tramwaje. Musimy myśleć o komunikacji miejskiej jako o systemie naczyń połączonych. Trzeba liczyć, ile zajmuje mieszkańcom dojście z domu na dany przystanek, ile trwa podróż autobusem i ile jest stojaków rowerowych koło dworca kolejowego, bo część z nas przesiada się z roweru na pociąg. O transporcie trzeba myśleć kompleksowo.

Cieszę się, że  zbiorkom zaczął funkcjonować w kampanii wyborczej. PiS chce powrotu PKS-ów i choć źle się do tego zabiera, zwrócił uwagę na ogromny problem zanikania połączeń autobusowych.

Bo transport to dostęp do normalnego życia, do usług. Jeśli ktoś jest z małej miejscowości, transport to dostęp do lekarza, edukacji, korzystania z kultury. Nie wszyscy mają prawo jazdy, połowa kobiet go nie ma. Są wykluczone nie z przywilejów, tylko z załatwiania zwykłych codziennych spraw, choćby korzystania ze świadczeń zdrowotnych.

Podczas kampanii wyborczej rozdawałem na dworcu kawę wcześnie rano i spotkałem jednego dnia dwie kobiety z Koszalina. Okazało się, że przyjechały do Poznania do lekarza, bo w Koszalinie nie było akurat tego specjalisty, którego potrzebowały. Zdziwiłem się, że były zmuszone podróżować aż pięć godzin, żeby iść do lekarza. To pokazuje, że jak myślimy o dostępie do transportu, to tak naprawdę myślimy też o dostępie do opieki zdrowotnej, szkół czy innych instytucji. Dyskusja o transporcie jest dyskusją o demokracji w państwie: na ile jest ono dostępne równo dla wszystkich, także dla osób biedniejszych, których nie stać na auto?

Dyskusja o transporcie to też dyskusja o smogu i relacjach międzyludzkich. Czy spotykając się z ludźmi w tramwaju, nie jesteśmy bardziej otwarci na drugiego człowieka, niż gdy odizolowani jedziemy samochodem?

Znowu, nie mam pretensji do kierowców i nikogo nie chcę na siłę przesadzać do autobusu. Ale jest masa ludzi, która chce mieć alternatywę.

Czy po nowym rozdaniu, z napływem nowych posłów i posłanek, w tym z list Lewicy, transport zbiorowy ma większą szansę, by stać się priorytetem?

Jest na to szansa, ale nie łączyłbym tego z barwami politycznymi, a bardziej ze zwiększającą się  świadomością posłów i posłanek. W ramach jednego ugrupowania poglądy mogą być bardzo różne. Pamiętajmy, że to konserwatyści, jak Michael Bloomberg czy Boris Johnson, przeprowadzali rewolucje transportowe w Nowym Jorku i Londynie i na przykład wprowadzili drogi rowerowe na wielką skalę. Więc to nie do końca kwestia światopoglądu, tylko umiejętności nowoczesnego zarządzania transportem.

Kurz bitewny opadł, emocje się wyciszyły i można wreszcie ze spokojem podejść do wyników wyborów Roku Pańskiego 2019. Czas więc na pewną refleksję, wolną od skoków adrenaliny. Czas na ocenę.

Zacznijmy od PiS. Choć partia prezesa wygrała i ma większość parlamentarną, to jakoś nie widać euforii wśród polityków i chyba słusznie, bo postawiony cel nie został osiągnięty. Miała być większość konstytucyjna, która pozwoliłaby na demolkę Konstytucji. Miała być większość, która mogłaby zablokować weto prezydenckie w sytuacji, gdy jednak pan Andrzej Duda nie zostanie ponownie prezydentem. Miał być też Senat w odpowiednich rękach, by nie przeszkadzać i wspomagać rujnowanie Polski. Skończyło się tylko na marzeniach, a to bardzo zabolało.

A przecież PiS władował tyle energii i sił w kampanię wyborczą. Korzystając z uprzywilejowanej pozycji partii rządzącej, rozpoczął ją już wtedy, gdy trwał wyścig do ław w Europarlamencie, czyli w okolicach stycznia 2019 roku. Jak pamiętam, na spotkaniach w terenie PiS umiejętnie wplatał w agitację wyborczą do Brukseli wątki polityki wewnętrznej. Spotkania były zdominowane przez sukcesy socjalne, gospodarcze, finansowe i to tylko cud lub zwykły przypadek, że znalazło się tam malutkie miejsce na tematykę związaną z Unią Europejską.

Po wyborach do UE PiS pod pozorem spotkań władzy z wyborcami znowu ruszył w Polskę. Niby chciał pokazać, jak to jest blisko zwykłego obywatela, pogadać o osiągnięciach, wbić do głowy wszystkie sukcesy, na które Polak może liczyć tak długo, jak długo prezes będzie rządził, a tak naprawdę była to nieźle zakamuflowana forma kampanii wyborczej do rodzimego parlamentu. Dzięki pomocy Dudy, który ogłosił termin wyborów na ostatnią chwilę, partia zyskała dobre 3 miesiące przewagi nad pozostałymi partiami i spokojnie, bez zakłóceń mogła prowadzić tę swoją agitkę. Nie ukrywam, że miałam duży problem z tym rozjazdem rządzących po Polsce. Zastanawiałam się, w jakim stopniu za te spotkania płacę ja jako podatnik, a w jakim partia prowadząca już kampanię. Odnoszę wrażenie, że zostałam zrobiona w konia i dołożyłam sporo kasy do tej gierki.

Dodatkowym atutem PiS-u, który miał dać oszałamiające zwycięstwo, to media publiczne, które śmiało możemy nazwać reżimówkami. Złamane zostały wszelkie zasady dotyczące publikowania materiałów i organizowania spotkań z poszczególnymi komitetami wyborczymi. Proporcje totalnie zaburzone, co zauważyli nawet obserwatorzy OBWE, wskazując na te nieprawidłowości.

Nie zapominajmy też o roli Kościoła. Przyglądając się wyborcom PiS, wiemy, że to przede wszystkim mieszkańcy wsi, miasteczek i miast poniżej 500 tys. Wiadomo, kto w tak małych społecznościach odgrywa największą rolę, cieszy się największym zaufaniem. Oczywiście ksiądz… Agitacja z ambony, oddawanie głosu politykom PiS, by mogli przemówić do zgromadzonych na mszy, oplakatowanie parafii, no i wielkie wsparcie ludzi pokroju Jędraszewskiego, którzy mają w nosie, iż złamali artykuł 1 konkordatu. Sytuację mamy więc jasną – Kościół plus reżimówka (bo innej telewizji raczej wyborcy PiS nie oglądają) dają nam taki właśnie wynik PiS-u.

Tyle pracy, tyle wysiłku, tyle kasy partyjnej i naszej, podatników, a efekt daleki od zamierzonego. Mało tego, sojusznicy PiS urośli w siłę, co prezesowi zapewne też spędza sen z oczu. W wyborach 2015 roku partia Gowina zdobyła 12 mandatów, a Ziobry 8, co oznacza, że PiS miało 215 posłów ze swojej formacji. Teraz Gowin ma 18 mandatów, Ziobro 17, a PiS 200, co znacznie umacnia obu panów i zmusza biednego prezesa do większego wysiłku koalicyjnego. A wszyscy świetnie wiemy, że nie cierpi on dzielić się władzą i to dla niego wielka, sromotna wręcz, porażka. O przegranej walce o Senat to już nawet nie wspominam…

Nie można więc dziwić się prezesowi i jego ludziom, że nie tryskają energią, robią dobrą minę do złej gry. No, nie udało się. Na dodatek, na opozycyjne partie zagłosowało w sumie więcej obywateli niż na PiS, co dla Kaczyńskiego zupełnie niezrozumiałe i równie bolesne. Ech, biedny prezes. A już się widział w roli jednowładcy…

Czas teraz na podsumowanie partii opozycyjnych. Czy mają powód do radości i mogą być dumne ze swoich kampanii? Skupmy się na PO, bo PSL jednak może się cieszyć, podobnie jak i Lewica, która wróciła do Sejmu.

Tłumaczenie, że partia Schetyny nie miała możliwości rozwinięcia skrzydeł, bo kampania była bardzo krótka, wydaje mi się bezzasadnym usprawiedliwieniem własnej niemocy. 4 lata! 4 lata miało PO, by dobrze się przygotować, mieć już opracowany dokładnie program, zmobilizowanych członków, którzy na dany sygnał ruszają w teren, świetnie i merytorycznie przygotowani do rozmów z wyborcami. Cała logistyka kampanii powinna być dopracowana do najmniejszego szczegółu, podobnie jak pakiet propozycji czy materiały wspomagające w pełnej gotowości.

A tu co? Hasło do ruszenia z kampanią rzucone, a tu dopiero pierwsze, dość nieporadne próby zbudowania wspólnej koalicji, tworzenie programu, wrzucanie haseł o charakterze antyPiS, które chyba miały zastąpić brakujące ogniwa, wskazanie osoby na premiera na krótko przed samymi już wyborami, jakiś taki marazm w terenie i przegrane bitwy na ulotki, plakaty czy banery. Odniosłam wrażenie, jakby ta kampania przerosła liderów PO, zabrakło na nią pomysłu. Było dużo chaosu, jakiegoś bałaganu, co na pewno odbiło się na wyniku końcowym.

Tak naprawdę największą robotę dla PO zrobili ludzie, członkowie opozycji ulicznej, stowarzyszeń obywatelskich i ci, dla których rządy PiS-u to wielka porażka Polski. To oni biegali z ulotkami, rozmawiali na ulicach miast i miasteczek z ich mieszkańcami. Wszędzie ich było pełno, nawet tam, gdzie polityków PO praktycznie nie widziano. To oni wzięli na swoje barki całkowitą odpowiedzialność za kampanię PO i tylko zastanawia mnie jedno. Co by było, gdyby nie ten ogromny wysiłek samych obywateli? Ludzi, którzy wzięli sprawę w swoje ręce i nie tyle wsparli PO, ile przejęli na siebie większy ciężar jej kampanii? Jakoś nie widzę i nie słyszę, by politycy PO zdawali sobie sprawę, kto tak naprawdę wypracował ich wynik w wyborach. Idealnie wykorzystali ludzi, by móc ogłosić SWÓJ sukces. A czy zdobycie nieco ponad 27% poparcia to rzeczywiście powód do dumy?

No i na koniec chciałabym słów kilka o nas, Polakach, mieniących się obrońcami demokracji, którzy chcą zbudować nową, demokratyczną Polskę, w oparciu o odpowiednie zasady i nową jakoś
w polskiej polityce, wolną od hejtu, agresji i wręcz chamstwa. Hm… uważam, że przegraliśmy na całej linii i to na własne życzenie.

Demokratów portret własny pokazany w mediach społecznościowych aż zmusza do zastanowienia się, czy to rzeczywiście grupa, której Polska leży bardziej na sercu niż własne wizje i prawdy. Przypominam, że media społecznościowe odgrywają wielką rolę opiniotwórczą, a ten pokaz, jaki sami sobie Polacy zafundowali, wołał o pomstę do nieba. Były ostre kłótnie z niewybrednymi epitetami, obrażanie się, dowalanie. Była bezpardonowa walka z każdym, kto miał inne zdanie czy też obstawiał inną partię opozycyjną. Było blokowanie dotychczasowych znajomych, z którymi spędziło się wiele czasu na protestach i manifestacjach ulicznych, a nawet wywalanie ich z grupy swoich znajomych. Piętnowanie za samodzielne myślenie i niewpisywanie się w jedyną „słuszną” prawdę.

Opozycja pokazała swoją twarz, która do najładniejszych nie należy. Czemu miała służyć ta jazda po kandydatach do parlamentu czy ostra krytyka liderów? To czarnowidztwo z góry zakładające, że opozycja partyjna nie ma szans, bo i tak przegra z kretesem? Ta retoryka, często rodem z szamba? Totalne skłócenie, wzajemna niechęć, na siłę forsowanie własnych racji, dzielenie opozycji na tę lepszą i gorszą, rynsztokowe wielokrotnie słownictwo… czy to miało zachęcić do udziału w wyborach, czy przyciągnąć tych niezdecydowanych? Kto poprze tak zwalczające się środowisko, pełne wzajemnych pretensji, chwilami wręcz nienawiści?

Ech… czas na podsumowanie. Ani PiS, ani PO nie mogą odtrąbić swojego zwycięstwa, bo żadna z tych partii nie osiągnęła zamierzonego celu. Warto też uzmysłowić sobie, że za wyniki wyborów odpowiadamy my wszyscy, tylko nie każdy ma odwagę dostrzec, jaką rolę odegrał w tym spektaklu i woli szukać winnych wśród liderów partyjnych. Opozycji przez 4 lata nie udało się zjednoczyć sił i stanąć ponad swoją prywatą. Nie udało się na tyle przesiąknąć demokracją, by móc z otwartą przyłbicą o nią powalczyć. Partie opozycyjne, choć udało im się dostać do parlamentu, nie przełamały przewagi PiS, bo również nie wykorzystały tych 4 lat, by wyciągnąć wnioski z popełnionych błędów, solidnie przygotować się do wyborów, zrozumieć, że to one są dla obywateli, a nie odwrotnie.

Nikt nie wygrał 13 października, ale za to jest jedna wielka przegrana. To Polska.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>