Tag Archives: Zbigniew Konwiński

Zbuki Kuchcińskiego

6 Sier

Podczas wczorajszej komedii, szeroko nazywanej oświadczeniem marszałka Marka Kuchcińskiego, zapowiedziano publikację wykazu lotów. Późnym wieczorem na stronach Sejmu dumnie umieszczono listę 85 połączeń z datami, przebytą trasą, celem podróży i liczbą pasażerów. Wykaz zawiera informacje o podróżach marszałka od marca 2016 r. do lipca 2019 r. Farsa jaka się odbyła na naszych oczach miała prawdopodobnie w zamyśle zamknąć sprawę, bo Kuchciński zadeklarował nawet wpłatę 28 tys. na Fundusz Modernizacji Sił Zbrojnych, która ma pokryć jeden z jego lotów. Zapewnienia o ciężkiej pracy i urwaniu głowy jakie ma marszałek z konsultowaniem w terenie przyjmowanych ustaw, miały dopełnić obrazu praktycznie nieskazitelnego polityka.

Miało być pięknie i cudownie, wszyscy rozeszli się do domów, a Marek Kuchciński udał się do prorządowej TVP, gdzie zapewniał o swojej boskości. Komentatorzy w studiu pletli o ataku na marszałka kochanego i opozycji, która nie ma nic ciekawszego do roboty tylko patrzy władzy na ręce. Sęk w tym, że dziennikarze zaczęli się przyglądać sejmowej publikacji i cała idylla oraz przeświadczenie o załatwieniu sprawy za kilka godzin pryśnie i pojawi się jeszcze więcej pytań.

W nocy na stronach Rzeczpospolitej ukazał się szczątkowy i pobieżny opis tego co opublikowano. Zapewne głębsza analiza znajdzie swoje ujście w ciągu dnia, jednak nawet powierzchowne porównanie publikacji z tym co otrzymali posłowie Platformy Obywatelskiej, sprawia po prostu wrażenie jednego wielkiego kantowania opinii publicznej. Nie powinno to generalnie dziwić ponieważ Centrum Informacyjne Sejmu już kilka razu dało próbkę swoich możliwości, ogłaszając wszem i wobec, że np. nie było żadnych lotów. Było ich 6, następnie 23, media i opozycja ujawniły ponad sto i tak to się kręci od ponad ponad tygodnia wokół kłamstw i kłamstewek.

Nałożenie na siebie dokumentacji z bazy Lotnictwa Transportowego pozyskanej przez posłów PO, z zamieszczonym na stronach Sejmu wykazem lotów okazuje się w wielu miejscach nieprawdziwe. Rzeczpospolita podaje kilka przykładów rozbieżności, a to jeden z nich – “31 maja ub.r. Kuchciński przyleciał z Warszawy do Rzeszowa – w sumie aż w cztery osoby. Jak uzasadniono cel? Czytamy, że 29 maja odbyła się oficjalna wizyta Marszałka Sejmu w Szwecji, potem spotkania w Sejmie i rozmowy międzynarodowe m.in. z Przewodniczącym Parlamentu Republiki Czeskiej. Nie ma ani słowa o tym, że spotkania te miały miejsce na Podkarpaciu do którego przyleciał marszałek” – czytamy. To się chyba samo komentuje.

Albo w dokumentach jest olbrzymi bałagan, albo były sztukowane na ostatnią chwilę, byleby cokolwiek pokazać po wczorajszych doniesieniach o niszczeniu dokumentacji.Nieubłaganie kończy się skala kompromitacji marszałka i Centrum Informacyjnego Sejmu, ale w innych sprawach jest widoczny postęp. Na konferencji marszałka nie było straszenia pozwami, więc demokracja kwitnie, a Polska jest nadal wyspą wolności.

Zamiast obiecanych dokumentów o lotach – opracowanie. Naciągane, w wielu miejscach nieprawdziwe.

Szczegółowy wykaz lotów za cztery lata jaki w poniedziałek wieczorem opublikowały służby marszałka zawiera zaledwie 85 służbowych lotów, choć posłowie PO wykazali, że w ciągu zaledwie ostatnich 16 miesięcy było ich ponad sto i to tylko na trasie do Rzeszowa lub Huwnik, gdzie Kuchciński ma ziemię. Część wylotów w ogóle  nie pokrywa się z listą jaką z Bazie Lotnictwa Transportowego pozyskali posłowie PO.

70 lotów między Rzeszowem a stolicą. Sejm opublikował wykaz lotów marszałka

Centrum Informacyjne Sejmu wieczorem, zgodnie z obietnicą opublikowało „Wykaz krajowych podróży służbowych drogą powietrzną Marszałka Sejmu w czasie VIII kadencji”. Andrzej Grzegrzółka, szef Centrum Informacyjnego Sejmu przed poniedziałkowym wystąpieniem marszałka Kuchcińskiego zapewnił, że na stronie internetowej zostaną opublikowane „kompletne szczegółowe informacje” o wszystkich lotach od 12 listopada 2015 r. Co zobaczyliśmy?

Zamiast twardych dowodów poznaliśmy opracowany przez służby marszałka wykaz oficjalnych imprez, w których… daty nie zgadzają się z terminami jego wylotów a wiele imprez jest naciąganych. Poza tym brakuje w nich imiennych list pasażerów – dowiadujemy się jedynie ile osób leciało z marszałkiem na pokładzie. Kto? Kancelaria Sejmu już nie ujawnia.

Seria półprawd o lotach marszałka Kuchcińskiego

Tabelka z wymienionymi oficjalnymi spotkaniami marszałka ma potwierdzać, że 85 lotów na Podkarpacie to „misje oficjalne”, które uzasadniają przelot wojskowymi samolotami. W wielu z nich nie tylko nie zgadza się data imprezy z datą wylotu. Część po prostu w ogóle nie wiąże się z miejscem do którego leciał marszałek z rzekomo oficjalną wizytą.

Np. 31 maja ub.r. Kuchciński przyleciał z Warszawy do Rzeszowa – w sumie aż cztery osoby. Jak uzasadniono cel? Czytamy, że 29 maja odbyła się oficjalna wizyta Marszałka Sejmu w Szwecji, potem spotkania w Sejmie i rozmowy międzynarodowe m.in. z Przewodniczącym Parlamentu Republiki Czeskiej. Nie ma ani słowa o tym, że spotkania te miały miejsce na Podkarpaciu do którego przyleciał marszałek.

Komentarz Tomasza Krzyżaka: Jak kłamstwo łasi się do prawdy

W punkcie 14 na liście, z datą 14 lipca 2018 r. przy locie z Warszawy do Rzeszowa są wpisane aż 3 imprezy… przed tą datą: 12 lipca III Szczyt Przewodniczących Parlamentów Państw Europy Środkowej i Wschodniej i 13 lipca Zgromadzenie Narodowe z okazji 550-lecia Parlamentaryzmu Rzeczypospolitej na Zamku Królewskim w Warszawie. Po co więc marszałek leciał do Rzeszowa? 14 lipca na Podkarpaciu wpisano spotkanie w samorządowcami – „narada robocza na temat możliwości dofinansowania remontu kolei krzesełkowej przy stoku narciarskim”. Takich spotkań z anonimowymi samorządowcami z Podkarpacia jest wiele na tej liście.

Zabawnie brzmią zapewnienia o celach służbowych podróżach (głównie śmigłowcem) do Huwnik na Podkarpaciu, gdzie Kuchciński ma ziemię. Np. 13 sierpnia 2018 r. celem marszałka miał być „Wielki Odpust w Kalwarii Pacławskiej z udziałem Przewodniczącego KEP Abp. Stanisława Gądeckiego, spotkania w sprawie poparcia wniosków o uzyskanie środków na renowację kompleksu w Kalwarii”.

Co Kaczyński mówił o lotach Tuska do Sopotu w 2011 roku?

Podobnie wątpliwie brzmi wylot 15 czerwca 2018 r. – marszałek wziął wtedy udział w rodzinnym ślubie na Podkarpaciu. Zamiast tego wpisano „spotkanie z prezydentem Przemyśla oraz narada robocza z samorządowcami na temat rozpoczęcia starań o ustanowienie Przemyśla oraz Twierdzy Przemyśl pomnikami historii, rozmowy o podjęciu starań o włączenie szefów parlamentów Europy Środkowej do tej inicjatywy oraz objęcie przedsięwzięcia patronatem, propozycja utworzenia trasy turystycznej fortami I wojny światowej”. Jeszcze zabawniej brzmi informacja, że 15 czerwca doszło do „spotkania w Przemyślu” i „rozmów o trudnej sytuacji Szpitala Wojewódzkiego”. Kto z kim, a może przy weselnym stoliku? Nie wiadomo.

2 listopada marszałek, w trybie pilnym zleca przelot HEAD z Warszawy do Rzeszowa z trzema osobami na pokładzie – w wykazie Kancelarii Sejmu takich osób jest już cztery. Oficjalny cel? „Spotkania środowiskowe w powiecie przemyskim” – podaje CIS.

Kuchciński: Dymisja? Nie widzę podstaw. Wola Sejmu jest wolą narodu

Są i wpadki poważniejsze. Np. w wykazie dokumentów jakie z Bazy Lotnictwa Transportowego pozyskali posłowie PO-KO 22 grudnia był lot marszałka z Warszawy do Rzeszowa odrzutowcem G550 z trzema osobami na pokładzie. Ale na liście ujawnionej przez CIS nie ma w ogóle takiego kursu.

To jest właśnie kwintesencja nadużywania władzy, miało być skromne państwo, a jest jaśniepaństwo, i to dla pewnej części wyborców PiS-u, jak i tej potencjalnej, może być nie do zaakceptowania. Dlatego moim zdaniem ta decyzja jest błędna z punktu widzenia partii – mówi prof. Marek Migalski, politolog. I dodaje: – To nie oznacza, że jest to game changer, czyli coś, co wywali dynamikę kampanii wyborczej, ale można powiedzieć, że dzisiaj opozycja ma dobry dzień i jeżeli ktoś napije się zimnego szampana, to raczej będą to gabinety opozycji, niż gabinet marszałka i pokój prezesa na Nowogrodzkiej

JUSTYNA KOĆ: Niekiedy słowo “przepraszam” brzmi jak “s…” – skomentował pan ostro na Twitterze oświadczenie marszałka Kuchcińskiego. Rozumiem, że nie czuje się pan przeproszony.

MAREK MIGALSKI: Nie, chociaż i tak słowa nie były skierowane do mnie, ani do pani, one były wypowiedziane do wyborców PiS-u. Czy oni poczują się tak samo jak ja się poczułem, czyli raczej urażeni czy ośmieszeni, czy nie, dowiemy się wkrótce. Wiadomo, że cokolwiek marszałek by zrobił, to wyborcy PO czy Lewicy do siebie nie przekona, nawet gdyby popełnił seppuku przy stole konferencyjnym. Pytanie, ilu potencjalnych wyborców PiS-u te przeprosiny usatysfakcjonują, podobnie jak już obecnych wyborców tej partii.

TE PRZEPROSINY POKAZUJĄ, ŻE MARSZAŁEK NIC NIE ZROZUMIAŁ I NIE CHCE PRZYJĄĆ DO WIADOMOŚCI, ŻE JEGO ZACHOWANIE JEST BULWERSUJĄCE.

Jak rozumiem, Kuchciński zrobił to za pozwoleniem Jarosława Kaczyńskiego, zatem prezes też uznał, że koszty odwołania marszałka i zastąpienia go kimś innym byłyby wyższe, niż kilkanaście następnych dni, gdy sprawa będzie żyła w mediach. Moim zdaniem ta kalkulacja jest błędna, ale może prezes wie coś więcej o swoim elektoracie, niż ja. Rzeczywiście zakładać można, że ci wyborcy wybaczyli już tyle, że wybaczą i to, tyle tylko, że na 70 dni przed wyborami najlepszym sposobem na rozwiązanie problemu było pozbycie się marszałka i zastąpienie go kimś innym, równie wiernym, ale niewzbudzającym takich emocji.

Wielu komentatorów, nawet przychylnych PiS-owi uznało, że dzisiejsze zachowanie marszałka było bezczelne.
Liczba lotów, sposób i obraz marszałka wysyłającego w podróż swoją żonę – dobrze, że nie wysłał owcy albo kozy albo worka ziemniaków (bo skoro ten samolot i tak wraca, to dlaczego nie miałby przewieźć marszałkowi swojskich ziemniaków z rodzinnych stron do piwnicy w Warszawie) – jest druzgocący.

SZCZEGÓLNIE DLA EKIPY, KTÓRA GŁOSIŁA SANACJĘ OBYCZAJÓW PUBLICZNYCH, KTÓRA OSKARŻAŁA PO O JEDZENIE OŚMIORNICZEK I NADUŻYWANIE WŁADZY.

To jest właśnie kwintesencja nadużywania władzy, miało być skromne państwo, a jest jaśniepaństwo, i to dla pewnej części wyborców PiS-u, jak i tej potencjalnej, może być nie do zaakceptowania. Dlatego moim zdaniem ta decyzja jest błędna z punktu widzenia partii.

Gdy ogłoszono, że o 13.00 będzie oświadczenie marszałka, spekulowano o jego dymisji, tym bardziej, że w tej sprawie kancelaria także w oficjalnych pismach nie mówiła prawdy. Co się więc stało?
Taką sytuację nazywa się rozwojową, bo z każdym niemalże dniem mieliśmy nowe kompromitujące marszałka informacje. Dziś także dowiedzieliśmy się, że wysłał w drogę powrotną swoją żonę. Jeszcze wczoraj nikt o tym nie wiedział. Za chwilę możemy się dowiedzieć, że wysyłał psa czy owcę, a proszę pamiętać, że mamy środek sezonu ogórkowego. To pokazuje, że

TA SPRAWA MOŻE BYĆ ISTOTNIEJSZA, NIŻ WSZYSCY MYŚLĄ.

Moja koleżanka wracała wczoraj znad morza 12 godzin, bo korki, bramki itd. Jeżeli w takiej sytuacji w aucie przeczyta się informację, że pan marszałek lata co tydzień prawie prywatną taksówką – samolotem, a miał do dyspozycji codziennie kilka rejsowych lotów – i to ze swoją żoną, dziećmi i ze świtą, to mówiąc delikatnie, można się zirytować. Dlatego tym bardziej dziwię się PiS-owi, że tego nie rozumie.

Może to pycha krocząca przed upadkiem?
Byłby to klasyczny przykład przekonania o własnej “teflonowości”, która sprawdzała się przez 3 lata i 9 miesięcy, ale może się okazać, że nagle trzy miesiące przed wyborami ten słuch społeczny zawodzi, teflon zostaje starty i słychać skrobanie noża po patelni. Być może właśnie z czymś takim mamy dziś do czynienia. Prawdą jest, że do tej pory marszałkowi Kuchcińskiemu uchodziły na sucho gorsze rzeczy: przemoc wobec protestujących rodziców osób niepełnosprawnych, organizowanie alternatywnych obrad w Sali Kolumnowej, odbieranie głosu opozycji, katastrofalna dla ustroju państwowego praktyka nocnych głosowań, albo w porze popołudniowej, żeby naczelnik państwa mógł się wyspać.

To wszystko, okiem politologa, jest dużo bardziej druzgocące dla państwa, niż nadużycie władzy w postaci polatania niczym Himilsbach z Maklakiewiczem w słynnym filmie „Wniebowzięci”. Tylko jeżeli tamte rzeczy uchodziły na sucho, to może powstać w głowie decydentów takie poczucie, że wszystko im wolno.

TYMCZASEM MOŻE OKAZAĆ SIĘ, ŻE WŁAŚNIE TAKA „PIERDOŁA” PRZEŁOŻY SIĘ NA EMOCJE WYBORCÓW.

I o ile zmuszanie ludzi do głosowania w Sali Kolumnowej czy fałszerstw w trakcie tego głosowania, niedopuszczanie do niej opozycji, w jakimś sensie nie dotyka wyborców, to świadomość, że oni muszą się cisnąć w tanich liniach lotniczych, latając na zagraniczne delegacje, czy stoją w korkach na Mazury, nad morze czy w góry, w porównaniu z tym, co wyprawiał marszałek Kuchciński, może być czymś detonującym. To nie oznacza, że jest to game changer, czyli coś, co wywali dynamikę kampanii wyborczej, ale można powiedzieć, że dzisiaj opozycja ma dobry dzień i jeżeli ktoś napije się zimnego szampana, to raczej będą to gabinety opozycji, niż gabinet marszałka i pokój prezesa na Nowogrodzkiej.

Marszałek tłumaczył, że “ogromna aktywność legislacyjna Sejmu wymaga uczestnictwa obywateli w procesie tworzenia prawa”. Posłowie opozycji przekonują, że marszałek latał do domu, bo do innych okręgów tak często nie latał konsultować się z obywatelami. To dobra strategia?
Opozycja ma absolutną rację eksploatując ten wątek.

DLA WYBORCÓW MILIARDY NA BUDOWĘ CENTRALNEGO PORTU LOTNICZEGO NIE DZIAŁAJĄ TAK DOBRZE JAK LOTY MARSZAŁKA.

Wyborcy potrafią to zobaczyć, zrozumieć i się wkurzyć. Słowa marszałka, że latał, aby się konsultować z ludem, pokazują, że opinie o tym, iż marszałek Kuchciński ma poczucie humoru, są prawdziwe. Liderzy opozycji mają rację dociskając, bo poczuli krew. Te interpelacje, które składają, wizyty w poszczególnych instytucjach pokazują, że to może być kłopotliwe dla obozu władzy.

Paradoksem jest, że nieopublikowanie przez marszałka list poparcia do neo-KRS, mimo wyroku sądu, mniej szkodzi marszałkowi niż loty?
Zdecydowanie! To jak 1 do 100; gdyby przejść dziś po plaży we Władysławowie i zapytać się o to, czy ktoś słyszał o tym, że marszałek nie opublikował list z kandydatami do KRS i co o tym sądzi, to oburzyłby się tym jeden na stu. Gdyby zapytać o marszałka, który latał sobie do domu ze statusem HEAD, czyli z gotowością śmigłowców do wzniesienia się w każdym momencie, gdyby była zagrożona druga osoba w państwie, a on sobie latał tam i z powrotem, to myślę, że

POŁOWA PLAŻOWICZÓW POWIEDZIAŁABY COŚ NIECENZURALNEGO NA TEN TEMAT O PANU MARSZAŁKU.

Losy marszałka są przesądzone, nawet jeśli doczeka do końca kadencji, potem Kaczyński go gdzieś na jakiś czas ukryje?
Ależ skąd, doczeka do końca kadencji, a potem będzie stał przy prezesie, tak jak stał przez ostatnie 30 lat. To jest jeden z najbardziej zaufanych i ulubionych przez prezesa polityków. Bądźmy pewni, że

JEŻELI PIS WYGRA JESIENIĄ, TO BĘDZIE ON NA RÓWNI EKSPONOWANYM STANOWISKU.

Jeżeli PiS wygra wybory, to będzie to oznaczać, że loty marszałka nie zaszkodziły tej partii, zatem marszałek Kuchciński może nas dalej cieszyć swoją obecnością w życiu publicznym.

A możliwe jest, że tak bardzo zmienią się nastroje społeczne, że za tydzień wyjdzie prezes i Kuchcińskiego odwoła?
Raczej już nie. Oczywiście takie prawdopodobieństwo istnieje, ale jest niewielkie. Jeśli się rozwiązuje kryzys, to trzeba to zrobić od razu i to dzisiaj był ten moment. Jeśli dymisja nastąpiłaby za tydzień, to by oznaczało zwycięstwo opozycji. Nie dałoby się ukryć, że jest ona wymuszona przez opinię publiczną, media i opozycję. Tego Kaczyński nie znosi.

JEŻELI PODJĘLI DECYZJĘ, ŻE “IDĄ NA TWARDO”, TO ŻADNE NOWE REWELACJE TEGO NIE ZMIENIĄ, CHYBA ŻE WYJDĄ JAKIEŚ NOWE SPRAWY POZA KWESTIAMI LOTÓW.

To bardzo ryzykownie zagrał PiS…
To prawda, i każdy racjonalny doradca podpowiedziałby, żeby to dzisiaj zakończyć. Być może naprawdę jest tak, że Kaczyński wie coś o swoim elektoracie, czego my nie wiemy, skoro podjął taką decyzję.

Zdążył zrobić badania?
Nie sądzę, żeby to chodziło o badania, bo takowe niewiele by pokazały. Sądzę, że raczej coś czuje, to jakaś, mówiąc żartem, “tajemna metafizyczna więź” prezesa ze swoim elektoratem.

Zaczynamy się znajdować w sytuacji, kiedy Polska zaczyna wypowiadać konwencję praw człowieka. O wielu sprawach zaczyna decydować nie sąd, a prokurator. To oznacza, że mamy do czynienia z sytuacją, kiedy odchodzimy od największego osiągnięcia współczesnej cywilizacji, czyli praw człowieka i praw wolności. To jest zagrożenie naszego istnienia cywilizacyjnego – mówi mecenas Jacek Dubois. Rozmawiamy o działaniach prokuratury w sprawie Marka Falenty i Geralda Birgfellnera, pytamy też o zmiany w Kodeksie karnym, które wprowadził minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, i o nowe prawo wyborcze. – My zajmujemy się śpiewaniem piosenek harcerskich, budowaniem totemów i odszukiwaniem demonów przeszłości, a intelektualny pociąg, w którym Europa zajmuje się innymi problemami, odjeżdża – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: Listy poparcia neo-KRS ciągle nie zostały ujawnione mimo wyroku  Naczelnego Sądu Administracyjnego. To kolejny niebezpieczny precedens?

JACEK DUBOIS: Sami sędziowie muszą być chyba zawstydzeni, skoro nie chcą pokazać twarzy. Zachowanie rządu i przede wszystkim marszałka podchodzi pod kategorię odpowiedzialności karnej. Upublicznienie jest obowiązkiem nałożonym przez NSA.

Co grozi za niewykonanie wyroku?
Mamy tu dwa elementy: kwestie odpowiedzialności konstytucyjnej i karnej, ponieważ niedopełnienie obowiązku przez urzędnika państwowego wypełnia znamiona art. 231 KK, zatem ta sprawa powinna być zbadana z punktu widzenia odpowiedzialności karnej.

Na ile to jest niebezpieczne z punktu widzenia istnienia państwa?
Proszę pamiętać, że

WŁADZA PRZESTAŁA WYKONYWAĆ SWOJE OBOWIĄZKI OD 2016 ROKU, KIEDY PREMIER BEATA SZYDŁO NIE OPUBLIKOWAŁA WYROKU TRYBUNAŁU KONSTYTUCYJNEGO. PRECEDENS POWSTAŁ JUŻ WTEDY.

Jednocześnie powstała sytuacja, kiedy prokuratura przestała wykonywać swoje obowiązki, czyli pociągać do odpowiedzialności urzędników związanych z klasą rządzącą, którzy naruszają prawo. To, co dzieje się teraz w związku z listami poparcia do KRS, to tylko potwierdzenie, że powstała grupa osób, której prawo nie dotyczy. Po drugie, że pewne przepisy stają się martwe, bo interes klasy rządzącej jest ponad obowiązującymi przepisami, a prawo zaczyna być stosowane tylko, gdy dla rządzących jest to wygodne. Oceniam to jako powrót do czasów mojej młodości, bo widzę tę samą metodologię działania, która była w czasach komunistycznych.

Co jest w tych listach, że władza tak bardzo broni się przed ich opublikowaniem?
Możemy zakładać, że z listami jest coś nie w porządku. Być może osoby, które podjęły decyzję, aby złożyć swój podpis, teraz się tego wstydzą. Wiemy już, że niektórzy kandydaci popierali sami siebie, i to już stawia te wybory bardziej w kategorii komedii, niż rzeczywistej rekrutacji do jednego z najważniejszych organów wymiaru sprawiedliwości.

JEŻELI KANDYDACI SAMI SOBIE UDZIELAJĄ POPARCIA, TO MAMY TU SURREALIZM, KTÓRY RACZEJ POWINIEN MALOWAĆ DALI LUB OPISYWAĆ KTÓRYŚ Z SURREALISTÓW FRANCUSKICH.

Obecna władza nie potrafi przestrzegać nawet stworzonych pod siebie przepisów. To himalaje absurdu?
Kwestię legalności neo-KRS rozsądzi TSUE i jestem głęboko przekonany, że te wszystkie kwestie, które były podnoszone przez prawników przez ostatnie lata znajdą odzwierciedlenie w orzeczeniu, które wykaże nielegalność tego organu.

Prokuratura uznała, że nie będzie przesłuchiwać Marka Falenty w sprawie listu do prezydenta, w których szantażuje głowę państwa. Co gorsza, wydaje się, że już na nikim to nawet nie robi wrażenia, a prokuratura robi, co chce.
Na pewno nie można się przyzwyczajać do zła, tylko trzeba za każdym razem wykazywać, gdzie naruszono prawo i władza funkcjonuje w sposób nieprawidłowy.

Pan Marek Falenta został skazany w jednej z największych afer uderzających w demokratyczny rząd, która doprowadziła poniekąd do obalenia demokratycznego rządu. Marek Falenta w trakcie procesu wykazywał lojalność wobec swoich mocodawców, to spowodowało, że postępowanie w dalszym zakresie zostało umorzone, ponieważ brak było jakichkolwiek dowodów wskazujących na udział innych osób. W tej chwili pan Falenta zdecydował się mówić, co oznacza, że pojawiły się nowe informacje, nowe dowody. To, czy pan Falenta jest wiarygodny, powinno się ustalić po przesłuchaniu jego i osób przez niego wskazanych. Sytuacja która nastąpiła – ten dowód został zlekceważony – jest tylko potwierdzeniem, że

POWSTAŁ KLOSZ, POD KTÓRYM PROKURATURA CHRONI OSOBY Z KLASY RZĄDZĄCEJ I NIEZALEŻNIE OD FAKTÓW, DOWODÓW I TEGO, CO SIĘ DZIEJE, PRAWO PRZESTAŁO OBOWIĄZYWAĆ RZĄDZĄCYCH.

Marka Falenty prokuratura nie chce przesłuchać, Jarosława Kaczyńskiego też nie chce, a Geralda Birgfellnera przesłuchiwała wielokrotnie. Co się dzieje w sprawie “dwóch wież”?
Pani prokurator prowadząca sprawę awansowała, co oznacza, że niewywiązywanie się ze swoich obowiązków w tej sprawie wiąże się z korzyściami osobistymi. Po drugie, prokuratura przegrała wszystkie potyczki sądowe z pełnomocnikami Birgfellnera. Wszystkie postanowienia ukarania grzywną pana Birgfellnera, które nakładała prokuratura, były uchylane przez sąd. To oznacza, że wykazaliśmy, że prokuratura działa w tej sprawie w sposób bezprawny. Natomiast nie jesteśmy w stanie zmusić prokuratury środkami prawnymi do działania. Moim zdaniem oznacza to, że prawo jest w tym zakresie skonstruowane w sposób wadliwy. Sądzę również, że będzie to przesłanka do ustawodawcy w przyszłości, aby w większym stopniu działania prokuratury, która nie wykonuje swoich obowiązków, były poddane kontroli sądowej.

WARTO SIĘ ZASTANOWIĆ, CZY NIE POWINNY POWSTAĆ MECHANIZMY, KTÓRE POZWOLIŁYBY ZMUSIĆ PROKURATORÓW DO WYKONYWANIA SWOICH OBOWIĄZKÓW.

Obecnie pan Birgfellner będzie przesłuchiwany w Wiedniu, w drodze prawnej, po raz siódmy. Jestem bardzo ciekaw pytań pani prokurator, które padną, bo do tej pory niczym w kołowrotku powtarzane były te same. Działanie prokuratury jest tu dla mnie jasne; ma doprowadzić do tego, aby przed wyborami nic się nie stało w tej sprawie, żeby w jakiś sposób skompromitować pana Birgfellnera, i podejrzewam, że w przypadku wygrania wyborów przez PiS prokuratura już jasno odmówi wszczęcia postępowania.

Co wtedy?
Na każdą decyzję prokuratury przysługuje zażalenie do sądu i oczywiście jeżeli tak się stanie, to będziemy to skarżyć.

JEŻELI PROKURATURA W OBECNYM KSZTAŁCIE NIE ZACZNIE PRACOWAĆ, TO PODEJRZEWAM, ŻE KIEDYŚ W PRZYSZŁOŚCI, KIEDY ZASADY DEMOKRATYCZNE ZNÓW ZACZNĄ OBOWIĄZYWAĆ, TA SPRAWA WRÓCI.

Sejm zmienił zasady wyborcze. Teraz o legalności wyborów będzie orzekać niekonstytucyjna, wybrana przez obecną władzę Izba Dyscyplinarna. Trochę straszno?
Bardziej śmieszno, bo Izba Dyscyplinarna jest kolejnym tworem, którego legalność jest kwestionowana przez instytucje unijne. W momencie, gdy ID będzie stwierdzać legalność wyborów, a okaże się, że sama jest tworem nielegalnym, to znajdziemy się w kolejnym „pasztecie prawnym”. Ja traktuję to już jednak bardziej w kategoriach humorystycznych. Dla mnie większym problemem jest kwestia nowych kodyfikacji prawa karnego, które zostały rozszerzone. Moim zdaniem zaczynamy się znajdować w sytuacji, kiedy Polska zaczyna wypowiadać konwencję praw człowieka. O wielu sprawach zaczyna decydować nie sąd, a prokurator. To oznacza, że mamy do czynienia z sytuacją, kiedy odchodzimy od największego osiągnięcia współczesnej cywilizacji, czyli praw człowieka i praw wolności. To jest zagrożenie naszego istnienia cywilizacyjnego.

Smutna puenta.
Bo myślę, że

DOCHODZIMY DO SYTUACJI, KIEDY PRZESTANIEMY BYĆ AKCEPTOWANI.

Każdy kraj może wprowadzać pewien indywidualizm, ale jeśli zaprzecza się całemu dorobkowi myśli intelektualnej Europy, to przestaje się być w tym środowisku akceptowanym. W pewnym momencie zostaniemy, jako wyborcy, postawieni pod ścianą, czy chcemy tworzyć plemię, które będzie odosobnione, które kieruje się własnymi prawami, daleko od osiągnięć współczesności, czy chcemy być Europejczykami. Jeżeli chcemy, to nie jesteśmy w stanie połączyć tego z władzą, która staje się władzą plemienną, bojącą się zetknięcia z problemami. Nasza władza to kult harcerski, który uprawia zadowolony z siebie prezydent i premier, która jednocześnie odchodzi od większych pytań współczesności; o klimat, ekonomię, przyszłość, o zagrożenia, pytania z zakresu sztucznej inteligencji. My zajmujemy się śpiewaniem piosenek harcerskich, budowaniem totemów i odszukiwaniem demonów przeszłości, a intelektualny pociąg, w którym Europa zajmuje się innymi problemami, odjeżdża.

Portal ciekaweliczby.pl zestawia budżetowe wydatki na Kancelarię Premiera rządu Platformy Obywatelskiej wraz z Polskim Stronnictwem Ludowym z obecnym rządem Prawa i Sprawiedliwości.

Przewaga Tuska nad ancymonkami z PiS

18 Czer

Wiemy nie od dziś, że komisje śledcze są dla wielu polityków szansą zaistnienia. Częściej przypominają show niż prawdziwe rozwiązywanie problemów.

Poniedziałkowe posiedzenie komisji śledczej również nie było wolne od żartów czy uszczypliwości. Przyznać jednak trzeba, że przebiegało w dość kulturalnej atmosferze.

Przed komisją śledczą ds. VAT stanął szef RE Donald Tusk. Przesłuchiwany był nie tylko przez posłów z obozu władzy, ale również przez członka komisji z PO, Zbigniewa Konwińskiego. Podczas przesłuchania poseł Platformy przypomniał politykom PiS, że oskarżając jego formację o sprzyjanie przestępcom VAT-owskim, zapomnieli, że sami głosowali za nowelizacją ustawy, o której dziś mówią, że sprzyjała przestępcom.

Chodzi o przyjętą w 2008 roku nowelizację, zgodnie z którą zniesiono tzw. 30 proc. sankcje VAT. Do czasu przyjęcia tej nowelizacji możliwe było nakładanie kar na podatników, którzy naruszali przepisy czy też się pomylili. Dziś PiS uważa, że właśnie ta nowelizacja przyczyniała się do powiększenia luki VAT.

Podczas przesłuchania Konwiński zauważył, że: „za tym projektem, który miał się przyczynić do grabieży, mówiąc językiem paskowym z TVP Info, 250 miliardów, głosowali pan minister Błaszczak, Antoni Macierewicz, Beata Szydło, Tchórzewski Krzysztof, Ziobro Zbigniew. I dalej dodał: „Można wyciągnąć z tego wniosek, że np. Beata Szydło uczestniczyła w grabieży 250 mld zł”.

Na to Donald Tusk, będący w dobrej formie intelektualnej, stwierdził:

„Jestem przekonany, że TVP zgodnie z wysokimi standardami przekaże te informacje dokładnie, jak wygląda sprawa sankcji”. A po chwili dodał„Żartuję sobie trochę”.

Na koniec jednak z ust szefa RE padły mniej śmieszne słowa:

„Dzisiaj ofiarami mogą być wasi poprzednicy, jutro ofiarami takiego myślenia będziecie wy, a tak naprawdę ofiarą będzie Polska. Takiego nieustannego ścigania się nawzajem. A pretekst zawsze się znajdzie. I to jest moja uwaga, którą dedykuję wszystkim”.

Więcej Tuska >>>

O innym łajdaku nie możemy zapominać – o Ziobrze.

Zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że obecna władza co rusz łamie granice normalnej debaty politycznej, jednak to, co działo się w ostatnich dniach w kwestii szykowanego przez Ministerstwo Sprawiedliwości pozwu przeciwko profesorom Uniwersytetu Jagiellońskiego przeszło wszelkie oczekiwania. Abstrahując już od faktu, że przeciwko prawniczym autorytetom stają często marni magistrzy, którzy z trudem ukończyli aplikacje prawnicze, sam zamiar pozwania naukowców za napisanie subiektywnej opinii prawnej na temat fatalnej nowelizacji kodeksu karnego jest wydarzeniem bez precedensu.

Na resort Zbigniewa Ziobry spadły gromy ze strony środowisk naukowych i mediów. Jeszcze dziś rano wydawało się, że buta jednak wygra i pozew zostanie złożony. Przecież w Polsce PiS nie wolno władzy krytykować, ani publicznie podważać jej prawdziwych motywów.

Minister sprawiedliwości i prokurator generalny musiał sobie jednak przypomnieć, że w procesie przejmowania kolejnych instytucji państwa nie udało się jednak zdobyć kontroli nad orzecznictwem sądów, a ewentualna przegrana w sprawie mogłaby mieć miejsce w gorącym przedwyborczym okresie. Poinformował właśnie media, że w zasadzie to on tylko tak sobie żartował a resort wcale żadnych kroków prawnych przeciwko profesorom z UJ podejmować nie zamierza.

Kolejny raz siła Zbigniewa Ziobry okazuje się iluzoryczna…

I co najważniejsze. Naukowcy chcą pozwać Ziobrę.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Obecnie widzimy, jak wciry dostaje Marcin Horała, który szefuje komisji ds. VAT. Tusk punktuje go i posyła na dechy. Spektakl jest jednostronny i gdyby to był boks, Horała odesłany zostałby do narożnika już w pierwszej rundzie.

Przesłuchanie Tuska uzmysławia, że mamy dwie Polski. Nie tylko polityczne, jedną Polskę otwartą, ambitną, z różnymi mniej i więcej zdolnymi ludźmi. A z drugiej strony Polskę załganą, której patronuje prezes Jarosław Kaczyński, lgną do niego postaci, które nie mają większych talentów, acz chcieliby przeszwarcować się przez politykę i życie, jak wspomniani Wassermann i Horała.

Horała może i przygotował się do przesłuchania Tuska, lecz w nocy musiały dopaść go koszmary. Zapamiętamy go, iż do Unii Europejskiej zaliczył Lichtenstein i Andorę. Niespecjalnie to różni się od wiedzy Beaty Szydło, który nie wiedziała, kiedy to Polska wstąpiła do Unii Europejskiej.

Precyzyjnie Tusk wyłożył, o co chodzi w tych spektaklach: „Tu nie chodzi o żadne szukanie sprawiedliwości. Oni nawet nie wierzą w to, co mówią, w te zarzuty, które formułują. Wszystko podporządkowane jest wyłącznie propagandzie”.

Z pewnością Tusk to postać wybitna, ale także inne osoby pokonałyby takich ludzi jak Horała i Wassermann, czy też Mateusz Morawiecki. Albowiem kłamstwa obnażają ich mierność. Tusk: „Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Po PiS – czy to na jesieni, czy później – cały kraj będzie długo wychodził z tej traumy. Będziemy na nowo uczyli się, czym jest praworządność, co to Konstytucja, a w mediach publicznych dziennikarze na nowo formułować prawdę o faktach politycznych.

PiS przykrywa swoją aferę KNF

30 List

Dwa miesiące aresztu dla Marka Chrzanowskiego, byłego szefa KNF. Zdaniem prokuratury jest obawa matactwa ze względu na zagrożenie wysoką karą. Były szef KNF nie przyznaje się do winy, zapowiedział też, że odwoła się od decyzji sądu o areszcie. Tymczasem PiS zapowiada złożenie zawiadomienia do prokuratury na byłego wicepremiera i ministra finansów Jacka Rostowskiego. Zdaniem Zbigniewa Konwińskiego z PO to kuriozalna sytuacja, iż PiS składa wniosek do prokuratury i skarży się na to, że w 2008 roku w Sejmie zostały przegłosowane rozwiązania, o które PiS sam wnioskował.

Areszt dla byłego szefa KNF

Marek Chrzanowski, były szef Komisji Nadzoru Finansowego, został aresztowany na dwa miesiące. Zdecydował o tym w nocy katowicki sąd, który uzasadnia decyzję obawą matactwa i grożącą Chrzanowskiemu karą do 10 lat więzienia.

Obrońcy Chrzanowskiego zapowiedzieli zaskarżenie decyzji o areszcie.

Prokuratura postawiła mu zarzut przekroczenia uprawnień przez funkcjonariusza publicznego w celu osiągnięcia korzyści osobistej i majątkowej przez inną osobę.

Zdaniem Prokuratury Marek Chrzanowski zaproponował Leszkowi Czarneckiemu zatrudnienie Grzegorza Kowalczyka w charakterze prawnika w Getin Noble Bank S.A. na okres 3 lat oraz przekazał Leszkowi Czarneckiemu informację, że zatrudnienie to będzie skutkować przychylnością Komisji Nadzoru Finansowego w czasie realizacji programu naprawczego Getin Noble Bank S.A.

KNF kontra VAT

PiS, w który afera KNF bezpośrednio uderza, najwyraźniej znalazł sposób, aby przykryć kłopoty, w które wpędził go Marek Chrzanowski, którego na to stanowisko mianowała premier Beata Szydło.

Posłowie PiS zapowiedzieli złożenie zawiadomienia do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa przez byłego wicepremiera Jacka Rostowskiego. Jak tłumaczył przewodniczący komisji śledczej ds. VAT Marcin Horała z PiS, chodzi o możliwość przekroczenia uprawnień przez ministra.

Sprawę skomentował Jacek Rostowski

PO: Porozmawiajmy o faktach

Z oskarżeniami komisji VAT-owskiej i oskarżeniami posła PiS Marka Horały rozprawia się Izabela Leszczyna z PO.

Opozycja: To propagandowa akcja

Zdaniem opozycji to działanie propagandowe, mające przykryć aferę KNF, a formułowanie tak poważnych zarzutów na tym etapie jest kuriozalne.

– Formułuje się ten wniosek w momencie, kiedy zaplanowane są przesłuchania zarówno ministra Rostowskiego, jak i ministra Nowaka. Rodzi się teraz pytanie o status prawny tychże świadków w momencie przesłuchania – uważa poseł Mirosław Pampuch z Nowoczesnej.

– Według naszej oceny to jest działanie czysto propagandowe – uważa Genowefa Tokarska z PSL – dlatego że chociażby moglibyśmy zrobić konfrontację w ramach komisji śledczej między Elżbietą Chojną-Duch a panem ministrem Jackiem Rostowskim, ale nie mamy takiej możliwości. Wniosek już zaistniał dzisiaj, a minister Rostowski ma gdzieś w pierwszych dniach grudniach stanąć przed komisją – tłumaczyła Tokarska.

Zdaniem Zbigniewa Konwińskiego z PO to kuriozalna sytuacja, iż PiS składa wniosek do prokuratury i skarży się na to, że w 2008 roku w Sejmie zostały przegłosowane rozwiązania, o które PiS sam wnioskował.

– PiS złożył projekt ustawy w Sejmie w 2008 roku, likwidujący sankcję 30 procent. Mało tego, posłowie PiS występowali z interpelacjami, żeby tę sankcję zlikwidować. W 2006 roku rząd PiS również przyjął projekt likwidacji sankcji 30 procent, po czym dziś PiS składa zawiadomienie do prokuratury, że ta sankcja została zlikwidowana – podkreślił Konwiński.

PiS domaga się przeprosin i straszy sądem dziennikarza „Gazety Wyborczej” Wojciecha Czuchnowskiego za jego wpis na Twitterze zawierający sformułowanie „mafia z PiS”. Wezwanie oraz związane z nim roszczenie są tak absurdalne, że nie można już nawet określać go w kategoriach „tłumienia krytyki” czy „zamykania ust dziennikarzom” – mówi Czuchnowski.

Chodzi o wpis Czuchnowskiego z 18 listopada: „Właśnie się dowiedziałem od prezesa Glapińskiego, że razem z Kublik zachwiałem systemem finansowym w Polsce. Jeśli tak to przepraszam. Już więcej nie będę opisywał mafii z PiS…”.

Dziennikarz „GW” otrzymał wezwanie przedsądowe ze strony PiS. W razie braku przeprosin PiS – jak poinformował PAP jeden z polityków partii – wystąpi na drogę sądową.

– Kiedy dowiedziałem się od dziennikarza PAP o tym wezwaniu PiS, myślałem, że to jakiś żart lub pomyłka – komentuje Czuchnowski. – Uważam, że wezwanie oraz związane z nim roszczenie jest tak absurdalne, że nie można już nawet określać go w kategoriach „tłumienia krytyki” czy „zamykania ust dziennikarzom”. Obrażanie się poważnej partii za żartobliwy wpis na Twitterze, nie nadaje się do poważnego skomentowania – dodaje.

Dziennikarz „GW” zapowiada, że nie wycofa się z tych twierdzeń tak samo jak nie zaprzestanie opisywania nieprawidłowości w działaniach władzy.

PiS domaga się również, by Czuchnowski opublikował na własnym profilu na Twitterze oświadczenia o treści: „Przepraszam partię Prawo i Sprawiedliwość za to, że w dniu 18 listopada 2018 r., na portalu Twitter bezprawnie nazwałem partię Prawo i Sprawiedliwość mafią. Oświadczam, że brak było podstaw do sformułowania takich twierdzeń i sugestii. Ubolewam, że w wyniku moich bezprawnych działań bezpodstawnie naruszyłem dobre imię partii Prawo i Sprawiedliwość”. Ponadto PiS domaga się od Czuchnowskiego wpłaty 15 tys. zł na na hospicjum.

Rząd wpadł na nowy genialny pomysł. Władza zgodnie z retoryką wstawania z kolan zacznie bowiem reprezentować (po trzech latach rządów) interesy polskiego biznesu w Brukseli. Jednak jest jeden haczyk, dyplomacja PiS spojrzy łaskawie tylko na tych, którzy za to zapłacą. Losu licznych, którzy się na to nie zdecydują, można się zaś łatwo domyślić.

Resort przedsiębiorczości postanowił bowiem znacjonalizować kolejny sektor życia gospodarczego. Tym razem przyszedł czas na przejęcie przez rząd samorządu przedsiębiorców. Jakkolwiek absurdalnie powyższe brzmi, to jednak staje się faktem. Resort przedsiębiorczości buduje bowiem organizację, która ma w zamyśle ułatwić polskim pracodawcom lobbowanie w Brukseli. Organizacja ma działać jako podmiot od władzy niezależny, jednak to urzędnicy rozsyłają maile zachęcające do dołączenia do Business Poland House, którego warunki działania rozsierdziły wielu przedsiębiorców. Jak donosi Dziennik Gazeta Prawna, wsparcie rządu obłożone jest absurdalnie wysokim haraczem. Firmy o rocznych przychodach powyżej 1 mln zł miałyby płacić od 83 do 180 tys. zł miesięcznie. To oznacza, że niektóre na roczną składkę musiałyby wydać więcej, niż zarabiają.

Możemy mieć do czynienia z poważnym skandalem, ponieważ w ofercie skierowanej do firm, do której dotarł DGP, mówi się o prezentacji swojego stanowiska i uczestnictwie w unijnym procesie legislacyjnym. Dodatkowo wskazuje się, że “budowana będzie sieć relacji z decydentami” i “stałej współpracy z ministerstwami“. Innymi słowy, rząd wysłał do firm ofertę o charakterze cennika usług polskiej dyplomacji. Nie interes narodowy i analizy rozwoju gospodarki, ale pokaźne sumy pieniędzy będą decydowały o tym, co i jak będzie wspierać rząd w Brukseli. Zakrawa to wręcz na korupcję w biały dzień. Mamy do czynienia z sytuacją, kiedy urzędnicy uzależniają realizację obowiązków ustawowych od wpłaty określonej sumy na konto. Lobbing na rzecz polskich firm jest zaś nie przysługą, ale obowiązkiem rządu, na który to cel są przeznaczone w budżecie państwa konkretne środki.

Nieodpłatne wsparcie firm ma podstawowy cel mający zagwarantować przejrzystość motywów działania polityków. Wprowadzając barierę wejścia na poziomie setek tysięcy złotych, PiS wyklucza z reprezentacji większość polskich firm, a zamiast nich promuje nową oligarchię, rodem z Ukrainy i Rosji.

Jest to kolejny przykład dążenia władz do ręcznego sterowania każdą dziedziną życia. Przedsiębiorcy mają bowiem własne organizacje, a działania PiS mają na celu tylko ich marginalizację na rzecz struktury będącej jego polityczna pacynką.

Resort w tym aspekcie można niemal podejrzewać o złe intencje, ponieważ nie jest to pierwszy tego typu manewr, ale utarty schemat, którym upolityczniono m.in. system finansowania organizacji pozarządowych w Polsce. W wyborach samorządowych Polacy usłyszeli narrację, “wybierzcie PiS – dostaniecie środki z budżetu na inwestycje, nie posłuchacie – będziecie mieli problem”. Zakładana przez polityków organizacja przedsiębiorców jest kolejną odsłoną tej skandalicznej zagrywki.

W całej sytuacji poza olbrzymią arogancją władzy zadziwia jednak także nie mniejsza jej naiwność. Zagrywki, które rząd stosuje z powodzeniem nad Wisłą, są całkowicie nieskuteczne w Europie. PiS nie kontroluje europejskiej prokuratury, sądów i mediów, przez co nie może uczynić instytucji i obywateli ślepymi na łamanie podstawowych zasad. Tak toporna metoda nie ma szans przynieść oczekiwanych rezultatów. Rząd pokazał już dobitnie, że na dyplomacji europejskiej zupełnie się nie zna. Tymczasem skuteczny lobbing wymaga sprawiania choćby pozorów wspólnotowego interesu, o co PiS nigdy się nawet nie starał. Wróży to inicjatywie rządu poważne ryzyko dołożenia kolejnej do i tak pokaźnej liczby afer polskiej dyplomacji ostatnich trzech lat.

Panie Tchórzewski.! Taka jest prawdziwa pańska obietnica, że nie będzie podwyżek prądu, jak to, żeś święty i robisz razem z Piotrowiczem za kombatanta walki z komuną.?/!