Tag Archives: wybory samorządowe 2018

Pisowski festiwal afer Rok 2018

29 Gru

Jak rządzi PiS? Afera za aferą, pazurki i inne szumidła

W 2018 r. pozycja obozu PiS w oczach opinii publicznej dwa–trzy razy się zachwiała w wyniku afer. Zaczęło się w marcu, kiedy poseł PO Krzysztof Brejza dostał w końcu odpowiedź na pytanie o zarobki premier Beaty Szydło i jej ekipy w 2017 r. Okazało się, że ministrowie dostawali w premiach drugą pensję. W sumie bonusy kosztowały prawie 2 mln zł, rekordzista Mariusz Błaszczak zebrał ponad 80 tys. zł, sama premier 60 tys., a najniższe premie wynosiły po 50 tys. zł na osobę.

Wybuchła afera. Jarosław Kaczyński, jak sam przyznał, powiedział wtedy Szydło, żeby „pokazała pazurki” i – była już wówczas – premier poszła na całość. „Te nagrody nam się po prostu należą” – te słowa z sejmowej mównicy musiały nieźle wkurzyć wyborców, bo PiS zaczął tracić poparcie. Wyborcom nie podobała się pazerność władzy, która obiecywała przecież służyć skromnie Polakom. Kryzys musiał przeciąć sam Kaczyński, który ogłosił, że jak suweren chce taniego państwa, to je dostanie. I obiecał obciąć pensje nie tylko ministrom, ale też posłom, samorządowcom oraz szefom państwowych i samorządowych firm. Członkowie rządu mieli zaś oddać pieniądze z nagród na Caritas. Kryzys wygasł, choć do dziś nie wiemy, czy wszyscy ministrowie pieniądze rzeczywiście oddali, a ograniczyć pensji prezesom za bardzo się nie udało.

Kolejne problemy przyszły na początku października, kiedy okazało się, że w trakcie afery podsłuchowej nagrano też Mateusza Morawieckiego, wtedy prezesa banku BZ WBK. W opublikowanej przez Onet rozmowie z marca 2013 r. późniejszy premier szczycił się świetnymi kontaktami z ludźmi Donalda Tuska, naśmiewał z wypadku Roberta Kubicy i opowiadał niejasne historie o „pracy za miskę ryżu” czy „odpychaniu, strzelaniu do” imigrantów.

Morawiecki miał też oferować „pięć dych czy siedem, czy stówkę” dla Aleksandra Grada, byłego ministra skarbu w rządzie PO-PSL, i interweniować w sprawie pracy dla syna Ryszarda Czarneckiego, pisowskiego europosła. PiS nie do końca wiedział, jak reagować. Z jednej strony oficjalny przekaz dnia brzmiał, iż nagrania to „odgrzany kotlet”, z drugiej rzecznik PiS Beata Mazurek mówiła o „skoordynowanym ataku” na premiera i że „dobrze wiadomo, jaki nadawca” za tym stoi (czyli „niemieckie media polskojęzyczne”).

Największa afera przyszła w połowie listopada. Bankowiec Leszek Czarnecki ujawnił nagranie rozmowy z marca 2018 r. z szefem Komisji Nadzoru Finansowego Markiem Chrzanowskim. Urzędnik próbował ją zagłuszyć za pomocą urządzenia nazwanego „szumidłem”. Miał ku temu zapewne powody, bo prawdopodobnie zażądał od finansisty łapówki (mowa o 40 mln zł) za zostawienie w spokoju jego banków. W każdym razie postawiono mu zarzut korupcji.

PiS wciąż próbuje wygasić aferę, zaufany człowiek prezesa NBP Adama Glapińskiego, znany odtąd jako Marek Ch., został aresztowany. Przykryć całą sprawę miało zatrzymanie siedmiu osób z poprzedniej ekipy w KNF, z czasów PO, za rzekome niedopatrzenia w sprawie SKOK Wołomin. Problem w tym, że to PiS przez lata wspierał Kasy.

Przy okazji Zbigniew Ziobro spostponował jednego z urzędników Wojciecha Kwaśniaka, który został przed laty ciężko pobity przez wynajętego bandytę właśnie za dociekliwość w sprawie SKOK Wołomin. W efekcie pod koniec roku PiS znowu zaczął słabnąć w sondażach. I wciąż nie wiadomo, czy i tym razem ekipie rządzącej uda się wykaraskać z kryzysu.

Życie partyjne. Raz na wodzie, raz pod wodą

Jan Kaczmarek z kabaretu Elita śpiewał o jeziorach, które na powierzchni „są takie cudowne”, a w głębi „śmiertelna wre walka”. Jak w życiu partyjnym.

Na powierzchni widać stabilne sondaże i wciąż te same partie na najwyższych pozycjach. Jeśli jednak zajrzeć głębiej, to w 2018 r. działo się całkiem sporo i trwała ostra rywalizacja

Lewicowo-liberalna część wyborców czekała na to, co im zaproponuje Robert Biedroń, który pod koniec roku wyruszył w trasę po kraju. Po serii mityngów jego ugrupowanie pod roboczą, enigmatyczną nazwą Kocham Polskę w szczegółach ma się pokazać dopiero w lutym przyszłego roku.

Z drugiej strony sceny z politycznej piany zaczął się wyłaniać Ruch Prawdziwej Europy, zarejestrowany przez związanego z Tadeuszem Rydzykiem posła Mirosława Piotrowskiego. Czy oznacza to, że redemptorysta z Torunia na serio będzie chciał rzucić wyzwanie Jarosławowi Kaczyńskiemu, czy to tylko straszak, który ma pomóc w zdobyciu funduszy na projekty przedsiębiorczego księdza z Torunia?

Nową partię można dość łatwo stworzyć, ale trudniej utrzymać, co pokazują losy dwóch najmłodszych ugrupowań w Sejmie: Kukiz ’15 i Nowoczesnej. Oba traciły w ciągu roku pozycję polityczną i posłów, w obu kłopoty przeżywali ich założyciele – Paweł Kukiz i Ryszard Petru. Ten ostatni zdążył zresztą z założonej rok wcześniej partii wyjść i założyć nową – pod nazwą Teraz!

Trudno przesądzić, czy Nowoczesna i Kukiz ’15 przetrwają do przyszłorocznych wyborów do Sejmu, obie wciąż trzymają głowę nad wodą. Dla Partii Razem to też nie był dobry rok, w wyborach samorządowych osiągnęła śladowe poparcie. Na dalszej prawicy trwały z kolei przepychanki przed wyborami europejskimi, narodowcy łączą się i dzielą, licząc na sukces w wyborach europejskich, a przywódcze aspiracje zgłasza uciekinier z Kukiz ’15, do niedawna piwowar Marek Jakubiak.

Swoje pięć minut miała Barbara Nowacka z Inicjatywy Polskiej, która wraz z Katarzyną Lubnauer z Nowoczesnej dała trochę świeżości kampanii samorządowej Koalicji Obywatelskiej. Koalicja pod koniec roku stanęła jednak pod znakiem zapytania po transferze Kamili Gasiuk-Pihowicz z grupą posłów z Nowoczesnej do PO, co złośliwi określili jako pożeranie przystawki przez Grzegorza Schetynę.

Najspokojniej, przynajmniej na powierzchni, było w PiS. W obozie prawicy wciąż mówi się o ostrych wewnętrznych sporach, zwłaszcza między Mateuszem Morawieckim a Zbigniewem Ziobrą, ale na razie niewiele z nich w sensie politycznym wynika.

Wielka improwizacja, czyli świętujemy 100-lecie niepodległości

Państwowe obchody 100-lecia odzyskania niepodległości miały przyćmić wszystkie dotychczasowe święta i być triumfem „biało-czerwonej drużyny” PiS. Miały, ale nie przyćmiły, tylko ugrzęzły w organizacyjnym chaosie. Dwóch pełnomocników ds. organizacji obchodów – po stronie prezydenta i rządu – nie dało rady. Z budżetu na obchody przeznaczono 240 mln zł, ale nie wiadomo, na co dokładnie je wydano.

Warszawski marsz, a właściwie dwa – jeden z władzami na czele oddzielony od drugiego, w którym maszerowali też narodowcy – był masowy i bardziej spokojny niż te z lat ubiegłych. Choć oczywiście nie obyło się bez incydentów, faszystowskich znaków, rac. Święto 100-lecia niepodległości uratowały dziesiątkach lokalnych pikników, festynów, parad, biegów organizowanych w całym kraju przez władze samorządowe. Były też akcje międzynarodowe, jak podświetlenie na biało-czerwono kilkudziesięciu słynnych światowych zabytków, w tym wieży Eiffla. Antoni Macierewicz jako minister obrony narodowej chciał stawiać na 100-lecie „kolumny niepodległości”, ale został odwołany. A jego następca sfinalizował inny projekt – „ławki niepodległości”. Można się na nich rozsiąść od kilku dni, a każda kosztuje 30 tys zł.

Niestety nie przyjechali na polskie obchody światowi liderzy, a jedyny, który przyjechał, czyli przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk, został przez władze państwowe zignorowany. Wygłaszając w Łodzi swoje przemówienie, w którym zachęcał do „pokonania współczesnych bolszewików”, potwierdził, że po stronie antyPiSu wciąż jest jedynym politykiem zdolnym przeciwstawić obozowi władzy kompletnie odmienną i spójną wizję polityczną.

Niestety również opozycyjne partie oddały Dzień Niepodległościwalkowerem. Kiedy z dnia na dzień coraz bardziej okazywało się, że władza prawie niczego nie przygotowała, większość polityków opozycyjnych deklarowała, że 11 listopada spędzą prywatnie.

Nie otwarto żadnego spektakularnego obiektu, aby uczcić tę naszą niepodległość. Ale za to odsłonięto pomnik Lecha Kaczyńskiego na pl. Piłsudskiego. Padły też zapowiedzi odbudowy Pałacu Saskiego oraz stworzenia muzeum Lecha Kaczyńskiego. Trudno było się oprzeć wrażeniu, że na 100-lecie mieliśmy do czynienia z naszą polską improwizacją i „jakoś to będzie”. Niestety nie było.

Protest osób z niepełnosprawnościami i ich rodziców

Przez 40 dni (18 kwietnia–27 maja) na sejmowej posadzce mieszkało najpierw 16, a potem 9 osób. Karol, Wiktoria, Katarzyna i Magda Milewiczowie, Iwona i Jakub Hartwichowie, Marzena Stanewicz, Anna i Adrian Glinka – oni zostali do końca.

Postulaty były dwa. Pierwszy, dotyczący zrównania renty socjalnej z minimalną rentą z tytułu niezdolności do pracy, został spełniony, a renta wzrosła z 865,03 zł do 1029,80 zł. Drugi – wprowadzenia dodatku „na życie”, zwanego też „rehabilitacyjnym” – już nie. Zamiast niego rząd zaproponował dodatek rzeczowy, którego wartość wycenił na 520 zł. Nie przyjął żadnej z kompromisowych propozycji protestujących rozłożenia wypłaty tego dodatku na kilka lat (od września 2018 r. – 250 zł, od stycznia 2019 – dodatkowo 125 zł i od stycznia 2020 r. – kolejne 125 zł).

Z protestującymi rozmawiali premier Mateusz Morawiecki, prezydent Andrzej Duda, pierwsza dama, Rzecznik Praw Obywatelskich i jego zastępczyni Sylwia Spurek, minister Elżbieta Rafalska. To na początku. Później budynek Sejmu został otoczony barierkami, a wejścia do niego pilnowała policja. Kamery stacji telewizyjnych i radiowych usunięto z Sejmu. Dziennikarze bez stałych przepustek nie mogli wejść do parlamentu. Podobnie jak Wanda Traczyk-Stawska, uczestniczka powstania warszawskiego, czy Janina Ochojska, szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej. Odwołano obrady Sejmu Dzieci i Młodzieży i Noc Muzeów w Sejmie. Polski parlament został zabarykadowany.

Marszałek Sejmu Marek Kuchciński konsekwentnie odcinał protestujących od świata.Wprowadzał (i odwieszał) zakaz wychodzenia na spacery, zakaz odwiedzin, zakaz otwierania okien, zakaz dostarczania poczty. 24 maja, kiedy w Sejmie odbywały się obrady Zgromadzenia Parlamentarnego NATO, nie pozwolił na wywieszenie transparentu „Polish Disabled Children Beg for a Decent Life” („Polskie niepełnosprawne dzieci błagają o godne życie”). Straż Marszałkowska użyła wówczas wobec protestujących siły.

Wychodząc z Sejmu 27 maja, Iwona Hartwich, nieformalna liderka protestu, mówiła: „udało nam się sprawić, że problem niepełnosprawności stał się w Polsce tematem numer jeden”. Adrian Glinka i Jakub Hartwich, którzy należeli do najbardziej rozpoznawalnych uczestników sejmowego protestu, wystartowali w wyborach samorządowych z list Koalicji Obywatelskiej. Jakub Hartwich z powodzeniem od listopada jest radnym w Toruniu. Jest się więc z czego cieszyć, choć rząd niewiele nauczył się z protestu. Dowodem jedna z ostatnich decyzji kierownictwa resortu rodziny: po trwających rok przygotowaniach i konsultacjach 18 grudnia zdecydowano o tym, że środowiskowe domy samopomocy dla dorosłych niepełnosprawnych jednak nie powstaną.

Symbolem prezydentury Andrzeja Dudy w 2017 r. były weta do ustaw sądowych, symbolem 2018 r. – selfie z koniem

W zeszłym roku wydawało się, że prezydent na poważnie próbuje się wybić na niepodległość i zdobyć samodzielną pozycję w obozie władzy. Ten rok przyniósł w tej dziedzinie regres, choć warto odnotować dwa prezydenckie weta. Pierwsze – do tzw. ustawy degradacyjnej, która taśmowo odbierała stopnie wojskowym z czasów PRL. Drugie – do ordynacji do wyborów europejskich, mającej de facto ograniczyć naszą reprezentację w Brukseli i Strasburgu do dwóch partii.

Poza tym to był rok słabnącej pozycji Dudy, czego dobitnym przykładem był los jego sztandarowego projektu – referendum konstytucyjnego planowanego na stulecie odzyskania niepodległości. PiS dystansował się od tego pomysłu, ostatecznie utopili go senatorzy tej partii, wstrzymując się od głosu (i próbując nieudolnie zwalić winę na PO).

O słabnięciu prezydenta świadczyły też dymisje jego współpracowników, porzucił go m.in. rzecznik Krzysztof Łapiński, który wybrał karierę w PR. Prezydent poza dwoma wymienionymi wyjątkami grzecznie podpisywał pisowskie ustawy, w tym te najbardziej szkodliwe, jak nowelizacja ustawy o IPN, która wpędziła nas w konflikt z USA i Izraelem, czy kolejne nowelizacje ustaw sądowych kontestowane przez środowiska prawnicze, organizacje pozarządowe i Brukselę.

Brak sukcesów w kraju Andrzej Duda próbował rekompensować sobie za granicą, ale tam też średnio mu szło. W samolocie do Australii dowiedział się, że rząd pozbawił jego wizytę na antypodach jakiegokolwiek znaczenia, kasując zakup fregat od rządu w Canberze. Z wizyty w Waszyngtonie wszyscy zapamiętali lizusowski „Fort Trump” i zdjęcie z podpisywania umowy przy biurku prezydenta USA, ale na stojąco, wbrew jakiemukolwiek protokołowi.

Prezydentowi zebrało się też sporo innych gaf, wpadek czy po prostu wypowiedzianych bzdur. Pamiętne były słowa o UE jako „wyimaginowanej wspólnocie, która nic nam nie daje”, czy o energooszczędnych żarówkach. Pod koniec roku media społecznościowe obiegło zaś zdjęcie prezydenta, który robi sobie zdjęcie z koniem. Nic dodać, nic ująć.

Wybory samorządowe: wszyscy przegrali, wszyscy zwyciężyli

Po wyborach samorządowych i PiS, i opozycja ogłosiły swoje zwycięstwa. Ale to częściowe wygrane: opozycji w dużych miastach, a PiS-u w sejmikach (jednego w poprzedniej kadencji zmienił na osiem w nowej).

Jednym z największych przegranych okazał się Patryk Jaki, który oddał Rafałowi Trzaskowskiemu stolicę już w pierwszej turze (56 proc. vs 28 proc.). Drugiej tury nie trzeba było organizować też w Łodzi (Hanna Zdanowska 70 proc. vs Waldemar Buda z PiS 23 proc.); w Białymstoku (Tadeusz Truskolaski, KO, 56 proc. vs Jacek Żalek, PiS, 20 proc.); we Wrocławiu (Jacek Sutryk, KO, 50,2 proc. vs Mirosława Stachowiak-Różecka, PiS, 27 proc.); w Lublinie (Krzysztof Żuk 62 proc. vs Sylwester Tułajew, PiS, 31 proc.), a także w Gdyni (wygrał Wojciech Szczurek – 70 proc.) iSopocie (Jacek Karnowski – 59 proc.). Kandydaci PiS przegrali II tury w Gdańsku, Kielcach, Krakowie, a także w Radomiu i Nowym Sączu.

Jeśli chodzi o sejmiki, to dobre nastroje opozycji z wieczoru wyborczego szybko opadły wraz z podaniem przez PKW oficjalnych wyników wyborów. W całym kraju do obsadzenia było 552 foteli w 16 sejmikach, z czego najwięcej otrzymał PiS – 254, Koalicja Obywatelska – 194, PSL – 70, Bezpartyjni Samorządowcy – 15, SLD – Lewica – razem 11 mandatów. Swoich ludzi wprowadzili też: Mniejszość Niemiecka – 5, komitety Dutkiewicza dla Dolnego Śląska – 2 oraz Bogdana Wenty dla świętokrzyskiego – 1. Dla partii Kaczyńskiego to rekordowy wynik, bo wygrała w 9 sejmikach (województw lubelskiego, łódzkiego, małopolskiego, podkarpackiego, podlaskiego, świętokrzyskiego, dolnośląskiego, mazowieckiego i śląskiego). W dolnośląskim Kaczyński wywalczył sobie koalicjanta – Bezpartyjnych Samorządowców, a w śląskim wyłowił z KO radnego Kałużę i też ma większość.

Wygrali przede wszystkim głosujący, którzy ustanowili rekord frekwencji – 54,96 proc. Z 30 115 896 osób uprawnionych do głosowania z tego prawa skorzystało 16 552 627, o blisko 2 mln więcej niż w poprzednich wyborach. Najbardziej wyborami zainteresowani byli mieszkańcy woj. mazowieckiego – 61,02 proc., z czego największe kolejki ustawiały się w stolicy (66,81 proc. frekwencji), a najmniej w województwie opolskim – 48,72 proc.

Wybory samorządowe nie przyniosły politycznego przełomu. Pokazały, że jest jakiś potencjał do zmiany władzy, choć bardzo chwiejny. Koalicja demokratyczna powinna przyjrzeć się symulacji, którą przeprowadził dr Tomasz Jurkiewicz z Uniwersytetu Gdańskiego. Wynika z niej, że gdyby Polacy zagłosowali w wyborach do Sejmu tak samo jak w tych do sejmików, to PiS straci władzę. Jest jeden warunek: biorąc pod uwagę mechanizm d’Hondta, KO musi poszerzyć się o minimum jeszcze jedną partię. Jurkiewicz wyliczył, że KO wspólnie z PSL i SLD zdobyłaby 243 mandaty. Jest i drugi mechanizm, czyli myślenie życzeniowe polityków oraz przekonanie o własnej sile i że tym razem się uda. Na razie udało się, ale Jarosławowi Kaczyńskiemu.

To był pod wieloma względami rekordowy rok dla polskiej gospodarki

Bezrobocie utrzymuje się poniżej 6 proc., a wynagrodzenia rosną. Boom na rynku nieruchomości napędza wzrost gospodarczy i pozwala bankom zarabiać na kredytach. Oczekiwane w połowie roku spowolnienie gospodarcze nie nadeszło. Wydatki socjalne rosną, a finanse publiczne nigdy nie były w tak dobrej formie – tegoroczny deficyt budżetowy może spaść poniżej 1 proc. PKB. W październiku agencja S&P podniosła rating Polski do poziomu A-, tym samym przyznając, że kryzys praworządności nie odbił się na polskiej gospodarce.

Nad tym optymistycznym obrazkiem wiszą jednak czarne chmury: przedsiębiorcy skarżą się na brak pracowników i rosnące koszty pracy, rosnące zatory płatnicze zaczynają doprowadzać do upadłości najmniej płynnych graczy, a rynek kapitałowy jest w najgorszej formie od czasu kryzysu.

Spadek bezrobocia cieszy zarówno społeczeństwo, jak i rząd, który dzięki temu dostaje więcej podatków i składek, a wypłaca mniej świadczeń socjalnych. Wciąż mamy jednak jeden z niższych wskaźników aktywności zawodowej w Europie, a to dzięki wczesnym emeryturom i polityce społecznej, od lat systemowo nastawionej na świadczenia, a nie aktywizację, i dotyczy to zarówno rodziców małych dzieci, osób z niepełnosprawnościami, osób starszych, jak i opiekunów.

Niski deficyt cieszy tak długo, jak długo nie rozejrzymy się wokoło. Mimo niższej dynamiki wzrostu nadwyżki budżetowe notują nie tylko Niemcy, ale też Bułgarzy, Czesi czy Litwini. Wkrótce trzeba też będzie porównać koszty i korzyści z uszczelnienia podatkowego. Tylko w tym roku uchwalono dwie nowelizacje VAT, trzy CIT i dwie ordynacji podatkowej. Z roku na rok firmy potrzebują więcej czasu na nadążanie ze zmianami w prawie i rozliczanie podatków, a podzielona płatność VAT obniża płynność firm.

To był zły rok dla rynku kapitałowego. Główne indeksy na GPW straciły od kilku do 25 proc. Giełda w zadyszce: brak kapitału odstrasza debiutantów i zachęca do schodzenia z parkietu (zdecydowały się na to 22 spółki, najwięcej w historii warszawskiej giełdy), brak debiutów zniechęca inwestorów. Tych, którzy liczyli na Pracownicze Programy Kapitałowe, czeka rozczarowanie. Nowe fundusze będą kupować akcje głównie na WIG20, gdzie królują spółki Skarbu Państwa. Nie wiadomo też, ile osób skusi się na dodatkowe oszczędności emerytalne – rząd najpierw mówił o 80, a teraz już o 50 proc. uprawnionych. W rynek uderzyły też dwie głośne afery: GetBacku i KNF.

Przyszły rok może być trudny dla polskiej gospodarki. Nie wykorzystaliśmy koniunktury do budowy rezerw na gorsze czasy. Przedsiębiorcy mają długi, ale nie mają inwestycji. Rynek pracy, a razem z nim system ubezpieczeń społecznych, opiera się na niestałych migrantach. Biznesowi życie skomplikują kolejne nowe regulacje i wyższe koszty napędzane drożejącą energią, a wkrótce też dodatkowymi składkami na PPK. Nie jesteśmy gotowi na światowe spowolnienie ani na kolejny kryzys w Europie.

Wokół PiS gromadzą się postaci wprost z Tworek

18 Gru

Chcieli unieważnienia wyborów w Warszawie z powodu… zbyt wysokiej frekwencji

Tego domagał się Ruch Kontroli Wyborów – stowarzyszenie założone m.in. przez Ewę Stankiewicz i Jerzego Targalskiego. Skargę do Sądu Okręgowego złożyła właśnie Stankiewicz. – „Należy wezwać i przesłuchać wszystkich wyborców z komisji, w których frekwencja przekroczyła 65 proc. Wybory prezydenta Warszawy należy unieważnić i przeprowadzić na nowo” – napisała w swoim wniosku.

Sąd Okręgowy oddalił skargę Stankiewicz i jej Ruchu. – „Z faktu wysokiej frekwencji w niektórych obwodach skarżąca z góry wyprowadza wniosek o matactwach wyborczych i wnosi o sprawdzenie autentyczności podpisów. Wnoszący protest ma obowiązek w pierwszej kolejności przedstawić zarzut, a następnie przedstawić dowody. Do skargi dołączyła wykaz komisji z frekwencją powyżej 65 proc. To nie jest dowód, który dowodzi zarzutu naruszenia przepisów” – napisali sędziowie Tomasz Jaskłowski, Magdalena Kubczak i Małgorzata Sobkowicz.

Stwierdzili także, że reszta zarzutów RKW ma charakter ogólnikowy. – „Subiektywne przypuszczenie skarżącej o nieprawidłowościach, uzasadniających ponowne przeprowadzenie wyborów nie zawiera konkretnych zarzutów do konkretnych organów wyborczych”. Stankiewicz i jej Ruch – oczywiście – zamierza odwołać się od wyroku.

Złoty słupek Kaczyńskiego, który kosztował przeszło 4 mln zł

25 List

4,3 mln zł wydano już z kasy państwa na PiS–owską inwestycję, jaką ma być przekop Mierzei Wiślanej – wynika z informacji przekazanych posłom przez ministra gospodarki morskiej Marka Gróbarczyka.

Najbardziej spektakularnym efektem dotychczasowych działań w tej sprawie jest słynny, biało czerwony słupek wkopany osobiście przez lidera partii Jarosława Kaczyńskiego.

Jak dotąd nie ma natomiast jeszcze pozwolenia na budowę ani decyzji środowiskowej. Nie słychać o przetargu na realizację inwestycji, która zgodnie z założeniami ma być sfinalizowana do 2022 roku.  Gróbarczyk uspokaja i twierdzi, że wszystkie formalności będą załatwione jeszcze w tym roku sprawiając wrażenie, iż zapomniał, że Jarosław Kaczyński o przekopie mówi od 2006 roku i już przynajmniej dwukrotnie symbolicznie rozpoczynano „dzieło”.

Pomysł nie cieszy się powodzeniem na mierzei. Przeciwko przekopowi protestują już nie tylko ekolodzy, ale władze samorządowe, których grunty miałyby być przecięte przez szeroki na ponad 20 metrów szlak wodny.

Zgodnie z oficjalnymi komunikatami, przekop ma powstać w miejscowości Nowy Świat. Jego długość wyniesie 1300 m, a głębokość – 5 m. W przyszłości, ma umożliwić wpływanie do portu w Elblągu jednostek o zanurzeniu do 4 m. Przez kanał będą mogły przepływać statki o długości 100 metrów i szerokości 20 metrów.

PiS na równi pochyłej do porażki

9 List

Więcej >>>

Duda wchodzi w buty nacjonalizmu. W czym pójdzie dalej?

8 List

— ANDRZEJ DUDA NACJONALIZUJE MARSZ – Paweł Wroński w GW: “Nie padła jasna deklaracja, ale rozumiem, że prezydent Duda i premier Morawiecki 11 listopada na czele marszu pójdą. Przyznam, że nie interesują mnie rozterki narodowców. Oni mogą się czuć sfrustrowani tym, że po zakazie wprowadzonym przez prezydent Warszawy prezydent Duda „znacjonalizował” ich święto. To, czy będą się zachowywali poprawnie, będzie zależało już wyłącznie od policji, za którą premier 11 listopada bierze odpowiedzialność”.
wyborcza.pl

— MICHAŁ SZUŁDRZYŃSKI O BŁĘDACH PIS W ORGANIZACJI ŚWIĘTA – pisze w RZ: “Problemem jest to, że nikt z obozu PiS wcześniej nie pomyślał o tym, że w obchodach 100-lecia odzyskania niepodległości musi być jakieś wydarzenie kulminacyjne. A czegoś takiego nie zdołano zorganizować. Problemem jest to, że ani ośrodek prezydencki, ani rząd nie przygotowały wcześniej czegoś, co byłoby uroczystym zwieńczeniem obchodów, co by wzmocniło dumę Polaków. Koncert na Stadionie Narodowym z Marylą Rodowicz to świetne uzupełnienie, ale nie nadaje się na imprezę kulminacyjną”.
rp.pl

— DR JAROSŁAW FLIS: W SAMORZĄDACH PIS BĘDZIE MIAŁ MNIEJ REALNEJ WŁADZY NIŻ PO W 2010 – mówi Agnieszce Kublik w GW: “Prezes podkreśla, że to najlepszy wynik partii do sejmików od czasów AWS. Ale przypominam, że Platforma Obywatelska w 2010 r. dostała 31 proc. głosów, czyli nieco mniej niż teraz partia Kaczyńskiego, ale te 31 proc. głosów przełożyło się na 12 marszałków województw i 50 miejsc w zarządach. A 34 proc. PiS na razie ma przełożyć się na sześciu marszałków i trzydziestu paru członków zarządów. Więc choć PiS dostał o 3 pkt proc. więcej niż Platforma, to na końcu liczy się realna władza. Tej PiS ma mniej niż PO w 2010 czy 2014 r.”.

— TERAZ SPÓR W SAMORZĄDACH JEST WYWAŻONY – DALEJ FLIS: “PiS mówi o sukcesie i jakoś to rozumiem, bo jak ktoś nie miał nic i trochę zarobił, to ma więcej i ma się z czego cieszyć. Jednak pakiet kontrolny to to nie jest. Bez wątpienia PiS był w sejmikach niezwykle słaby, a teraz toczy się tam wyrównany pojedynek dwóch obozów. Podział mandatów, ważonych wielkością województwa, wygląda tak: PiS ma ich 47 proc., a Koalicja Obywatelska i PSL 48 proc. Pozostałe 5 proc. jest w rękach SLD, mniejszości niemieckiej i Bezpartyjnych Samorządowców”.

— FLIS OPOWIADA ANEGDOTĘ: “Odpowiadam na to anegdotą, którą usłyszałem od znajomej dentystki. Ma ona całą ścianę w gabinecie z rysunkami dzieci. Gdy przyszła pani z urzędu skarbowego, zapytała: „Specjalizuje się pani w dzieciach?”. „Nie, dorośli nie zostawiają rysunków!”. I tak jest z tymi wyborcami niezaangażowanymi. Oni w sieci „nie zostawiają rysunków” w przeciwieństwie do tych z PiS i anty-PiS. Oni zostawiają rysunek dopiero w wyborach. I w tych wyborach na lokalnych włodarzy zagłosowali przeciwko PiS”.
wyborcza.pl

— TWARDY PIS TO RECEPTA NA PORAŻKĘ, W MIĘKKI NIKT JUŻ NIE UWIERZY – MACIEJ GDULA w Polityce: “Bycie twardym PiS to recepta na porażkę. A w miękki PiS nikt już nie uwierzy. Dziś PiS to po prostu PiS. Partia rządząca pragnąca zagarnąć jak najwięcej władzy. Centrowi wyborcy wiedzą, że PiS nie toleruje pluralizmu w państwie, podporządkowuje sobie kolejne instytucje i urządza je na swoją modłę. Kiedyś skrajny język PiS mógł uchodzić za ton w całym przekazie, dziś to po prostu ich zwyczajny język, który dominuje w publicznych mediach. Nie wyjdzie zatem manewr z 2015 r., gdy dla centrum był Duda i Szydło, a dla twardego elektoratu Macierewicz. Dowodem na to jest porażka Jakiego. Gdy był miękki i robił ukłony w stronę centrum, nikt mu nie ufał. Gdy grał twardo, ludzie się od niego odsuwali”.

— GDULA POWTARZA TEZĘ O WĄSKIM KORYTARZU PIS: “Kaczyński wchodzi coraz głębiej w wąski korytarz, gdzie ma coraz mniej pola manewru. Bycie twardym PiS to recepta na porażkę. A w miękki PiS nikt już nie uwierzy”.
polityka.pl

Po drugiej turze wyborów Jarosław Kaczyński podczas konferencji prasowej przekonywał opinię publiczną, że PiS jednak wygrał wybory. Pokazując część prawdziwych wyników z pierwszej tury, chciał osłabić prawdziwy wynik drugiej. A tę PiS po prostu przegrał. W miastach, gdzie odbywały się dogrywki wyborów na prezydentów miast, ostatecznie tylko w czterech na 107 udało się partii Kaczyńskiego pokonać przeciwników.

Polska po wyborach – coś drgnęło?

Stare chwyty PiS już nie zadziałają

Oczywiście nie oznacza to, że PiS jest w rozsypce, a jego przegrana w przyszłorocznym dwuboju wyborczym jest pewna. Na pewno jednak wybory samorządowe ujawniły, że zmieniły się reguły gry i PiS nie będzie mógł wygrać, stosując stare chwyty.

W 2015 r. Kaczyński wygrał, ponieważ udało mu się zrobić trzy rzeczy: zorganizował twardych przeciwników PO, przekonał do siebie część umiarkowanego elektoratu, ale także wykorzystał demobilizację tych, którzy głosowali wcześniej na PO. Ostatnie wybory pokazały, że ta konfiguracja to już przeszłość.

Przeciwnicy PiS się zmobilizowali

Po pierwsze, nie ma już efektu demobilizacji przeciwników PiS. Pokazała to niezwykle wysoka frekwencja (niemal 55 proc.), która w przypadku wyborów samorządowych jest bezprecedensowa, a jeśli chodzi o wszystkie wybory z ostatnich lat, można ją porównać wyłącznie z drugą turą wyborów prezydenckich z 2015 r. (nieco powyżej 55 proc.). Nie znaczy to, że przeciwnicy PiS będą głosować na Koalicję Obywatelską, ale na pewno nie zostaną w domu i wyrażą głosowaniem swój sprzeciw wobec rządzących.

PiS to po prostu PiS. Zniknął efekt świeżości

Po drugie, przekaz PiS raczej nie trafi do umiarkowanych wyborców. Przegrana w wielu wyścigach prezydenckich pokazuje, że partia Kaczyńskiego straciła coś, co było jej siłą w wyborach z 2015 r. Wtedy Prawo i Sprawiedliwość oznaczało wiele rzeczy, które mogły przyciągnąć różnorodnych wyborców łącznie z centrowymi. PiS to była zmiana, nowe twarze w polityce, naprawa państwa, odwrócenie niekorzystnych reform, odsunięcie od władzy skorumpowanych polityków czy program 500+.

Wielkie miasta nie lubią PiS

Dziś PiS to po prostu PiS. Partia rządząca pragnąca zagarnąć jak najwięcej władzy. Centrowi wyborcy wiedzą, że PiS nie toleruje pluralizmu w państwie, podporządkowuje sobie kolejne instytucje i urządza je na swoją modłę. Kiedyś skrajny język PiS mógł uchodzić za ton w całym przekazie, dziś to po prostu ich zwyczajny język, który dominuje w publicznych mediach. Nie wyjdzie zatem manewr z 2015 r., gdy dla centrum był Duda i Szydło, a dla twardego elektoratu Macierewicz. Dowodem na to jest porażka Jakiego. Gdy był miękki i robił ukłony w stronę centrum, nikt mu nie ufał. Gdy grał twardo, ludzie się od niego odsuwali.

To rząd odpowiada za niepowodzenia

Po trzecie, swój twardy elektorat ciężko będzie mobilizować niechęcią wobec PO. Dużo łatwiej było to zrobić, wykorzystując opozycyjnego ducha i potknięcia rządu Kopacz. A prócz tego oferować nadzieję na zmianę. Dziś partia Kaczyńskiego to obóz rządzący ze wszystkimi atutami tej pozycji, ale też ze wszystkimi wadami. Do atutów należy oczywiście możliwość działania politycznego przez rząd, a także pieniądze z budżetu i wpływ na media. Wady jednak wcale nie są do pozazdroszczenia. Jeśli coś nie działa, to odpowiada za to PiS, jeśli miały być mieszkania, a nie ma – to winna jest partia Kaczyńskiego. Jeśli zmiany powodują chaos, jak np. w edukacji, to rozliczać z tego trzeba partię rządzącą.

Partia Kaczyńskiego nie ma zdolności koalicyjnych

Dochodzi do tego jeszcze coś. W 2019 r. PiS będzie musiał przekonać ludzi, że głosując na nich, głosuje się na partię, która ma szansę zachować władzę. Wybory samorządowe pokazały nie tylko, że PiS ma kłopot z przyciągnięciem centrowych wyborców, ale także to, że logika polaryzacji pozbawia go zdolności koalicyjnych. Atak na PSL pozbawił PiS możliwości zawierania koalicji w sejmikach. Wygrana ma zatem gorzki smak, bo chociaż uzyskało się niezły wynik, będzie się tylko w opozycji. Dla części wyborców będzie to sygnał, że partia Kaczyńskiego jest skazana na odsunięcie od władzy, bo nie ma z kim zawiązać w przyszłym Sejmie koalicji, zwłaszcza w obliczu kłopotów Kukiz ′15.

Kaczyński wchodzi coraz głębiej w wąski korytarz, gdzie ma coraz mniej pola manewru. Bycie twardym PiS to recepta na porażkę. A w miękki PiS nikt już nie uwierzy.

Skończyła się kampania, zaczyna się kampania

>>>

Więcej >>>

PiS swoją ksenofobię przerabia na słynne „wina Tuska”. Matoły winią innych za swoje matołectwo

8 List

Wczoraj wieczorem Rzeczpospolita – powołując się na własne ustalenia – poinformowała o kulisach decyzji prezydenta i premiera w sprawie organizacji marszu. Z podanej informacji wynika, że polskie służby otrzymywały od pewnego czasu sygnały o planach środowisk neofaszystowskich z wielu krajów Europy, które wybierały się na organizowany przez narodowców Marsz Niepodległości. Rząd zastanawiał się co zrobić, by nie doszło do sytuacji z zeszłego roku, gdy na marszu pojawiły się hasła rasistowskie, które później obiegły światowe media. Dlatego błyskawicznie po decyzji Hanny Gronkiewicz-Waltz podjęto decyzję o przejęciu imprezy masowej.

Z informacji dziennika wynika również, że na nogi zostały postawione wszystkie służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo państwa, by nie dopuściły do udziału w marszu środowisk radykalnych. Nie wiem jak podchodzić do tego wiekopomnego odkrycia, ponieważ od dwóch tygodni media informowały o przyjeździe do Warszawy neofaszystów z Włoch czy Szwecji. Wystarczyło czytać gazety, żeby mieć obraz tego, co szykuje się 11 listopada. Jak dobrze rozumiem, gdyby prezydent Warszawy nie zakazała marszu, to te środowiska bez żadnego problemu dojechałyby do stolicy i dumnie paradowały ze skrajnymi hasłami.

Drugą stroną medalu jest to, że w ogóle pojawiają się newsy o neofaszystach ściągających masowo na obchody. Przez ostatnie lata nigdy nikt nie alarmował o takich skrajnościach wizytujących święto narodowe. Słowo “neofaszyści” do tej pory to było tabu, to było coś, co nikomu przez gardło nie przechodziło i nawet o tym nie myślał. Dzisiaj po trzech latach rządów Prawa i Sprawiedliwości neofaszyści stają się czymś naturalnym. Rok temu również gościli w Polsce, ale rząd i politycy PiS-u zbywali ten wątek, gdy byli o tę sytuację pytani. W zeszłym roku organizatorzy Marszu Niepodległości zaprosili członków neofaszystowskiej włoskiej partii Forza Nuova. Wizyta była szeroko relacjonowana w mediach społecznościowych przez narodowców.

Teraz możemy przeczytać o służbach postawionych na nogi, a co było w ubiegłym roku? Pies z kulawą nogą się tym nie zainteresował. Pomijam już to, że do dzisiaj nie ustalono personaliów osób, które niosły rasistowskie hasła na marszu. Nikt nie zareagował na neofaszystów na marszu, a nawet można się pokusić o stwierdzenie o pogłaskaniu ich po głowie. Dzisiaj służby są zdziwione tym, że jeszcze więcej ma ich przybyć na obchody. Gdyby rok temu ktoś z rządu stanowczo się temu sprzeciwił, teraz nie puszczano by informacji o najeździe na stolicę i ratowaniu z ogromnym poświęceniem przez prezydenta i premiera imprezy.

Nie ma lepszego przykładu na kierunek, w jakim poszła władza flirtując i prawie stając na ślubnym kobiercu ze skrajnymi środowiskami. Dzisiaj bawią się w strażaka, który podpalił las i pierwszy biegnie do gaszenia. Zresztą październikowe wydarzenia w Lublinie pokazały – gdzie doszło do zamieszek na Marszu Równości – że prawicowi radykałowie czują się bezkarni. Za trzy dni w Warszawie pojawią się pewnie jeszcze większe ekstremizmy i tylko czekać, aż władza zacznie robić z siebie ofiarę.

Timothy Snyder – Dwadzieścia przykazań wolnych ludzi

Unia Europejska znalazła się pod ostrzałem z wielu stron. Sprawcami ataku są m. in. Polska naruszająca zasady praworządności i Włochy prowokujące kryzys finansowy – ocenia „Sueddeutsche Zeitung”:

„UE znajduje się pod presją tak silną, jak nigdy dotąd. Przeciwnicy Unii niszczą ją od wewnątrz. Jeszcze są w mniejszości. Większość musi się bronić, jeżeli nie chce być pożarta” – pisze Stefan Kornelius, szef działu zagranicznego dziennika „Sueddeutsche Zeitung”. Niemiecki dziennikarz zaznacza, że Wspólnotę nadal popiera większość obywateli i rządów, gdyż spodziewa się po niej korzyści. „Ta większość kruszy się jednak, ponieważ UE jest obiektem co najmniej trzech ataków równocześnie” – pisze Kornelius.

Atak Polski i Węgier na UE

Na pierwszym miejscu wymienia Brexit, który może, w przypadku złego pokierowania procesem wyjścia Wielkiej Brytanii, stać się wzorem dla naśladowców. Za drugi atak na Wspólnotę uważa naruszenie zasad praworządności i demokracji przez Polskę i Węgry. Trzecim zagrożeniem jest natomiast „celowy atak Włoch na wspólną walutę”. „Unia Europejska od początku borykała się z kryzysami. Jednak tak wiele problemów na raz w sytuacji, gdy świat przestał być stabilny ze względu na pewne siebie i agresywne Chiny, wrogą Rosję i pozbawioną orientacji, destruktywną Amerykę, może okazać się zbyt ciężkim balastem dla Unii” – czytamy w „SZ”.

Cel: zniszczenie Unii

„Nowa jakość” problemów wynika z tego, że ich autorom nie chodzi tylko o narodowe korzyści, lecz rzeczywiście stawiają sobie za cel zniszczenie Unii. „Dla polskiego PiS-u czy węgierskiego Fideszu UE jest symbolem wszelkiego zła” –   pisze Kornelius. Hasłem bojowym, za pomocą którego populiści zapewniają sobie większość, jest to, że „inni decydują o naszych sprawach”. W Wielkiej Brytanii taki sposób myślenia doprowadził do Brexitu. Zdaniem Korneliusa reakcja na sytuację we Włoszech będzie testem na zdolność UE do poradzenia sobie z siłami zmierzającymi do zniszczenia Europy.

Włoska prowokacja

„Podczas gdy postępowanie dot. naruszenia traktatów przeciwko Polsce i Węgrom może powoli dojrzewać i być pozostawione przez jakiś czas bez rozstrzygnięcia, to włoski projekt budżetu jest prowokacją , która nie może pozostać bez odpowiedzi” – uważa „SZ”. Kornelius zwraca uwagę, że Bruksela była w stanie stawić czoła „fanatyzmowi” swoich przeciwników w Wielkiej Brytanii.  Jego zdaniem Unia powinna wysłać prawicowym populistom we Włoszech „jasny sygnał”. „Ten, kto dostrzega w UE wartość, musi jej teraz ze wszystkich sił bronić. Epoka lodowcowa w Europie dopiero się zaczęła” – pisze w konkluzji dziennikarz „Sueddeutsche Zeitung”.

Co wyniknie z marszu Duda-Morawiecki? Burdel. Nie dziwię się, że straciliśmy niepodległość. Ta sytuacja pokazuje dlaczego

7 listopada 1918 Rada Regencyjna ogłosiła powstanie: ‚Polski ZJEDNOCZONEJ i niepodległej.’ Bezpośrednim źródłem niepodległości było ‚zawarcie POKOJU’. Mowa o ‚woli narodu JEDNOMYŚLNEJ’, działaniu ‚jak jeden mąż’. Ostrzega się przed ‚podziałami’.

Prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz zakazała Marszu Niepodległości w Warszawie. – Podjęłam taką decyzję, którą osobiście podpisałam – powiedziała prezydent stolicy. Organizatorzy marszu mają 24 godziny na odwołanie się od decyzji do sądu. Dziś już zapowiedzieli, że marsz i tak się odbędzie. W Sejmie decyzja prezydent Warszawy wywołała burzliwą awanturę. Tymczasem prezydent po pilnej naradzie z premierem ogłosił, że rząd zorganizuje masz o charakterze uroczystości państwowej, trasa przemarszu ma być ta sama co Marszu Niepodległości.

Warszawa dość już wycierpiała

O swojej decyzji prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz poinformowała na konferencji prasowej w ratuszu. – Warszawa dość już wycierpiała przez agresywny nacjonalizm – argumentowała prezydent, ale swoją decyzje motywowała szerzej. – Po pierwsze, bezpieczeństwo. Przy obecnych kłopotach policji trudno uwierzyć, że uda się je zapewnić podczas marszu 11 listopada – tłumaczyła.

Gronkiewicz-Waltz przypomniała, że w niektórych komisariatach już połowa funkcjonariuszy jest na zwolnieniach lekarskich. Policjanci, którym nie przysługuje prawo do strajku, protestują w ten sposób, bo domagają się lepszych warunków płacowych.

Prezydent tłumaczyła też, że w czerwcu skierowała pismo do ministra spraw wewnętrznych Joachima Brudzińskiego w sprawie wspólnego zabezpieczenia uroczystości 11 listopada, jednak nie uzyskała żadnej odpowiedzi od ministra.

– Przez rok nie sporządzono aktu oskarżenia dotyczącego wydarzeń na Marszu Niepodległości w 2017 roku, chociaż prokuratura, co wiemy z prasy, dysponuje opinią biegłego o zakazanych ideologiach na marszu – tłumaczyła również Gronkiewicz-Waltz.

Przywołała też rezolucję Parlamentu Europejskiego z 25 października, która wzywa państwa członkowskie do podjęcia kroków przeciwko mowie nienawiści i przemocy. Rezolucja jest skutkiem wzrostu liczby neofaszystowskich aktów przemocy w Europie.

Gronkiewicz-Waltz przypomniała też, że dwukrotnie pisała do ministra Ziobry w sprawie delegalizacji ONR-u – Wiemy, że przewodniczący marszu jest osobą, która pełni funkcje w pruszkowskim ONR-ze. I on podpisał się pod wnioskiem do wojewody o zorganizowanie marszu – tłumaczyła prezydent stolicy.

– Zakazałam Marszu Niepodległości. Podjęłam taką decyzję, którą osobiście podpisałam. Uważam z całą odpowiedzialnością, że nie tak powinno wyglądać stulecie odzyskania niepodległości. Stąd moja decyzja o zakazie marszu – tłumaczyła Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Wcześniej z udziału marszu zrezygnowali prezydent i rząd.

– To jest bardzo trudna decyzja, bo moim zdaniem każdy w Polsce powinien mieć prawo do zgromadzeń. Rozumiem, że skoro pani prezydent podjęła taką decyzję, to przeanalizowała wszystko i doszła do wniosku, że nad tym marszem nie da się zapanować i zapewnić bezpieczeństwa mieszkańcom Warszawy i uczestnikom marszu – komentuje wicemarszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska z Platformy Obywatelskiej.

Marsz i tak się odbędzie

Organizatorzy zapowiedzieli, że odwołają się do sądu, ale marsz i tak się odbędzie.

Tak decyzje skomentował Wiceprezes Stowarzyszenia Marsz Niepodległości z  Zarządu Głównego Ruchu Narodowego Robert Winnicki:

Ziemowit Przebitkowski, prezes Młodzieży Wszechpolskiej, także zapowiada, że marsz się odbędzie:

Zarząd Główny Młodzieży Wszechpolskiej wydał podobne oświadczenie: „Choćby miasto zakazało organizacji Marszu, choćby się waliło i paliło, »choćby na smokach wojska latające«, Marsz Niepodległości w setną rocznicę jej odzyskania i tak się odbędzie! Najwyżej w formie zgromadzenia spontanicznego! Pokażcie, że nie ma siły, która byłaby zdolna nas zatrzymać!”.

„Ty idioto” w Sejmie

Jeszcze zanim decyzja Hanny Gronkiewicz-Waltz dotarła do parlamentarzystów poseł UED Jacek Protasiewicz, mówił: – 11 listopada będą obchody stulecia niepodległości, w tym niebezpieczny, organizowany przez nacjonalistów i rasistów marsz w Warszawie i nielegalny marsz we Wrocławiu. Kto zabezpieczy manifestujących?

Odpowiedział mu poseł niezrzeszony, do niedawna z Kukiz ’15, Marek Jakubiak: – Ja sobie wypraszam, nie jestem rasistą, jestem obywatelem Rzeczpospolitej Polskiej, zamilcz. Przed chwilą Hanna Gronkiewicz-Waltz wydała zakaz Marszu Niepodległości. Chcę powiedzieć, że stolica Polski nie jest pani Gronkiewicz-Waltz, że Polska nie jest tylko w rękach Platformy Obywatelskiej – krzyczał z mównicy.

Następny na mównicę wyszedł Dominik Tarczyński z PiS, który odniósł się do słów Jacka Protasiewicza: – Ten idiota przed chwilą obraził Polaków, mówiąc o nich, że są rasistami – mówił. – Dumni Polacy, którzy będą szli w marszu, to nie są rasiści, a ten idiota od dwóch winek na lotnisku obraził Polaków. Panie marszałku, wnioskuję o ukaranie tego idioty.

Zgromadzenie cykliczne, czyli kto może zabronić marszu

Zgromadzenie jest marszem cyklicznym. Oznacza to, że według nowej ustawy autorstwa PiS Marsz Niepodległości jest uprzywilejowany: ma pierwszeństwo w organizacji, także w wyborze miejsca. Władze Warszawy mają obowiązek zakazania innych zgromadzeń, które zostałyby zgłoszone w tym samym miejscu i czasie. W odległości 100 metrów nie mogą odbywać się żadne inne wydarzenia.

Marsz Niepodległości zarejestrował jeszcze w lutym wojewoda, czyli przedstawiciel rządu w samorządzie Zdzisław Sipiera.

– Rzeczywiście wojewoda ma kompetencje do wydawania zezwoleń na zgromadzenia cykliczne, i tyle. Ale nadzór nad przebiegiem zgromadzenia i z tym, co może nieść takie zgromadzenie, to są kompetencje urzędu miasta – tłumaczyła na konferencji Ewa Gawor, dyrektor Biura Bezpieczeństwa w ratuszu.

Hanna Gronkiewicz-Waltz dodała: – Mamy odpowiedzialność przed mieszkańcami, mamy zapewnić bezpieczeństwo.

Policja chowa głowę w piasek

Głos w sprawie zabrała warszawska Policja: „Prezydent m. st. Warszawy nie kontaktowała się z Komendantem Stołecznym Policji na temat absencji chorobowej policjantów oraz planowanych działań. Jeszcze dzisiaj rozmawialiśmy z organizatorami wszystkich zgromadzeń o ich zabezpieczeniu” – czytamy na profilu stołecznej Policji na Twitterze.

Policja mówi także o wciąganiu ich w grę, która „w części zakazu wydanego przez Prezydent m. st. Warszawy może być odebrana jako próba wciągnięcia Policji w grę, w której stanowi ona jedynie przedmiot usprawiedliwiający zaskakującą także dla nas decyzję”.

Spotkanie prezydent-premier

W trybie pilnym, po ogłoszeniu decyzji o zakazie Marszu Niepodległości, premier Mateusz Morawiecki przyjechał na konsultacje do Pałacu Prezydenckiego.

Po spotkaniu rzecznik prezydenta Bartosz Spychalski poinformował, że będzie zorganizowany państwowy marsz, który przejdzie tą samą trasą, którą miał iść marsz narodowców. Organizacją zajmie się rząd.

– Marsz będzie miał charakter uroczystości państwowych, w związku z tym wszystkie inne marsze, które ewentualnie mogłyby przebiegać tą samą trasą, nie mogą mieć miejsca – ogłosił rzecznik. Patronat nad marszem obejmie prezydent.

– Zapraszamy Polaków i Polki – mówił Spychalski.

– Trudno mi sobie wyobrazić, jak ten marsz zostanie zorganizowany w 3 dni. To bardzo nieprofesjonalne. Sam pan prezydent stwierdził, że nie da się zapewnić bezpieczeństwa podczas Marszu Niepodległości, teraz organizuje marsz sam. Nie rozumiem tego – komentuje Małgorzata Kidawa-Błońska.

– Jeżeli pan prezydent objął patronatem ten marsz, to on bierze za niego odpowiedzialność. To są bardzo histeryczne ruchy. W zeszłym roku zdjęcia z 11 listopada pokazują, jak to wyglądało: był race i ksenofobiczne hasła. Wiemy, że narodowcy zawsze robią, co chcą, nie oglądają się na nikogo – dodaje.

Wrocław też bez Marszu

Warszawa to nie pierwsze miasto, w którym prezydent zakazał Marszu Niepodległości. Wczoraj taką samą decyzje podjął Rafał Dutkiewicz odnośnie do marszu we Wrocławiu.

Na początku października, jeszcze przed wyborami samorządowymi, podobną decyzję, tylko w sprawie Marszu Równości, wydał prezydent Lublina Krzysztof Żuk. On również tłumaczył swoją decyzję brakiem możliwości zapewnienia bezpieczeństwa. Sprawa skończyła się w sądzie, który orzekł, że Marsz jednak się odbędzie. Prezydent Żuk został skrytykowany za podbawianie podstawowego prawa demokracji, jakim jest manifestowanie poglądów.

W efekcie 13 października ulicami Lublina przeszedł Marsz Równości, na drodze którego stanęli kibole, chuligani i środowiska narodowe. Policja musiała użyć armatek wodnych i gazu, a także granatów hukowych.

Ze strony kontrmanifestantów leciały wyzwiska, a także kamienie i butelki. Kilku policjantów zostało rannych.

A wiecie, że są kraje, gdzie w święto niepodległości organizowane są festyny, parady, koncerty, kiermasze, występy artystów? Że spotykają się rodziny,znajomi, przyjaciele na wspólnej zabawie, przy dobrym jedzonku, flaszce wina, kufelku piwka, kielonku wódeczki?

Faszyzm. Czy nam grozi?

8 List

Umberto Eco – „Ur-faszyzm”

Krzysztof Bosak odniósł się zarówno do zakazu Marszu Niepodległości, jak również do planów Andrzeja Dudy, by zorganizować marsz państwowy. – Będziemy organizować Marsz Niepodległości dokładnie tak, jak to zostało zapowiedziane – powiedział Bosak przekonany, że sąd pozwoli na marsz narodowców.

Krzysztof Bosak był gościem „Popołudniowej rozmowy” w RMF FM. Na początku, wiceprezes Ruchu Narodowego, odniósł się do zakazania Marszu Niepodległości przez Hannę Gronkiewicz-Waltz. – Przez zespół prawny stowarzyszenia Marsz Niepodległości przygotowywane jest odwołanie. Jutro o godzinie dziewiątej złożymy je w sądzie – powiedział Bosak.

Krzysztof Bosak: Będziemy organizować Marsz Niepodległości

W trakcie audycji pojawiła się jednak informacja o tym, że Andrzej Duda wspólnie z Mateuszem Morawieckim podjęli decyzję, by zorganizować państwowy „biało-czerwony marsz” pod patronatem prezydenta. Miałby on przebiegać tą samą trasą, co Marsz Niepodległości. – To jest zdumiewający ruch, zupełnie zaskakujący. Podobnie jak zaskakująca decyzja pani prezydent – powiedział Krzysztof Bosak.

Bosak stwierdził, że „organizatorzy ani złotówki z tych 200 milionów (które przeznaczono na organizację obchodów 100-lecia niepodległości – red.) nie zobaczyli, nie powąchali”. – Nigdy nie zostali zaproszeni przez prezydenta do komitetu obchodów stulecia niepodległości. Jedyne na co mogli liczyć, to słowa potępienia ze strony tych urzędników wysokich. W tej chwili, jeżeli tak rzeczywiście jest, wyglądałoby to jak próba przejęcia marszu. Politycy mieli na to apetyt od dawna – stwierdził Bosak.

Wiceprezes Ruchu Narodowego jest przekonany, że sąd uchyli zakaz Gronkiewicz-Waltz. – Z pewnością nie będziemy się z nikim przepychać. Będziemy organizować Marsz Niepodległości dokładnie tak, jak to zostało zapowiedziane. Straż Marszu Niepodległości będzie zabezpieczać, niezależnie od tego, jak politycy będą próbowali zdezorganizować to oddolne zgromadzenie – stwierdził. i zapewnił, że „Marsz Niepodległości na pewno swojej trasy nie zmieni”. – Jutro spodziewamy się wyroku sądu, który spowoduje, że marsz będzie ponownie legalny.

„Dla sądu nie ma znaczenia, co robi prezydent czy premier”

Na uwagę gospodarza programu Marcina Zaborskiego, że decyzja o państwowym marszu komplikuje sprawę, Bosak odrzekł: – Dla sądu nie ma znaczenia, co robi prezydent czy premier. Dla sądu liczy się ocena tego, czy pani prezydent wydając zakaz miała rację. Sytuacja, z jaką możemy mieć do czynienia jutro jest taka, że prezydent, na 4 dni przed 11 listopada, zaczyna coś organizować, a sąd cofa zakaz pani prezydent i narodowcy mają prawo przemaszerować swoją trasą.

Już po audycji Krzysztof Bosak napisał na Twitterze: „Marsz Niepodległości spotyka się zgodnie z ustaleniami: o 14:00 na Rondzie Dmowskiego”

Czy dojdzie do ruchawki między nacjonal-faszystami i PiS-em, za którym stoi zdewastowane państwo?

5 groszy Rydzyka ws. Marszu Niepodległości

Tadeusz Rydzyk wypowiedział się ws. decyzji Hanny Gronkiewicz-Waltz dotyczącej zakazu Marszu Niepodległości w Warszawie. „Naród dostał nóż w plecy”, „Zaborcy tak postępowali” – powiedział ks. Rydzyk.

W środę Hanna Gronkiewicz-Waltz poinformowała, że Marsz Niepodległości organizowany w Warszawie przez środowiska skrajnie prawicowe się nie odbędzie. Decyzję tę skomentował ojciec Tadeusz Rydzyk.

Ojciec Rydzyk o zakazie Marszu Niepodległości

Kiedy usłyszałem informację o tym, że prezydent Warszawy zakazała Marszu Niepodległości, poczułem się tak, jakby naród dostał nóż w plecy

– czytamy w przytoczonych przez Radiomaryja.pl słowach ojca Rydzyka.

Tadeusz Rydzyk mówi, że zakazanie Marszu Niepodległości to wyraz pogardy dla młodych ludzi, którzy są „nadzieją, są patriotyczni, którzy kochają Polskę”. „To niewyobrażalne” – dodaje.

Porównał również decyzję Hanny Gronkiewicz-Waltz do decyzji, które podczas zaborów podejmowali okupanci, a same czasy, w których obecnie żyjemy do komunizmu.

Zaraz mi się skojarzyły zabory. Kto tu chce zawładnąć nami? Zaborcy tak postępowali.

W tej chwili kojarzy mi się czas komunizmu. Jak coś się budziło w Polsce, to zaraz było to niszczone. Ile było takich oddolnych rewolucji w czasie komunizmu? Zawsze to niszczyli

– powiedział.

Zaapelował jednak o rozsądek. Dodał, że rozczarowani decyzją ustępującej prezydent Warszawy nie mogą dać się sprowokować, ponieważ w jej kroku można podejrzewać prowokację. Tadeusz Rydzyk nie wyklucza również „działań z zewnątrz z różnych stron globu”.

Hanna Gronkiewicz-Waltz zakazała Marszu Niepodległości

Hanna Gronkiewicz-Waltz na konferencji prasowej poinformowała, że zakazuje Marszu Niepodległości, który miał się odbyć 11 listopada, i wymieniła kilka kilka powodów tej decyzji. Wśród nich znalazła się m.in. obawa o to, że podczas zgromadzenia zapewnienie bezpieczeństwa nie będzie możliwe.

Prezydent zwróciła uwagę, że przez rok nie sporządzono aktu oskarżenia, dotyczącego Marszu Niepodległości w ubiegłym roku, „chociaż prokuratura dysponuje opinią biegłego o zakazanych ideologiach na marszu”.

Organizatorzy Marszu Niepodległości już zapowiedzieli, że będą odwoływać się od decyzji prezydent Warszawy. – Nikt nie zabroni Polakom dumnym z odzyskania niepodległości manifestować swojego patriotyzmu. Próbowano tego wcześniej, próbowano w poprzednim ustroju, nigdy się to nie udało. Teraz też się nie uda – mówi portalowi Gazeta.pl Witold Tumanowicz, wiceprezes Stowarzyszenia Marsz Niepodległości.

We wtorek decyzję o zakazaniu marszu środowisk narodowych z okazji Święta Niepodległości podjął ustępujący prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz. Wcześniej skonsultował się z prezydentem-elektem Jackiem Sutrykiem. Jako powód tej decyzji podali liczne incydenty, do których dochodziło podczas poprzednich edycji wydarzenia (m.in. przepychanki i szarpaniny).

Rydzyk swoje pięć groszy wtrąca. Staje po stronie nacjonal-faszystów. Nie powinno to dziwić u tego tchórza.

Spaprali państwo – Kaczyński i jego przydupasy Duda oraz Morawiecki

8 List

Na kilka dni przed setną rocznicą odzyskania niepodległości przez Polskę doszło do kolejnego zwrotu akcji. Decyzja o organizacji marszu zapadła po dzisiejszym spotkaniu prezydenta Andrzeja Dudy i premiera Mateusza Morawieckiego. Zdaniem Błażeja Spychalskiego, prezydenckiego rzecznika, państwowe uroczystości eliminują możliwość organizacji innych demonstracji, czyli także Marszu Niepodległości.

Marsz Niepodległości nie dla PiS

Fiasko rozmów z narodowcami

Andrzej Duda w październiku zapraszał przedstawicieli opozycji i wszystkich Polaków do wspólnego uczestnictwa w Marszu Niepodległości. To miał być symboliczny gest pokoju dla uczczenia stulecia odzyskania niepodległości. Wystąpili z nim też premier Mateusz Morawiecki i prezes Jarosław Kaczyński: „Chcemy, żeby 11 listopada, w Święto Niepodległości, był jeden, wspólny, wielki marsz. Widzę siebie w takim marszu razem z tymi wszystkimi, którzy reprezentują istotne kierunki polityczne” – mówił Kaczyński w Polsat News.

Pod koniec miesiąca sam Duda niespodziewanie poinformował, że nie weźmie udziału w marszu. Przedstawiciele prezydenta informowali, że toczyli negocjacje z organizatorem marszu Stowarzyszeniem Marsz Niepodległości, ale zakończyły się one niepowodzeniem. Poszło m.in. o obecność w marszu emblematów partyjnych. Organizatorzy marszu to środowiska skrajnej prawicy powiązane z Obozem Narodowo-Radykalnym i Młodzieżą Wszechpolską.

Zakazany marsz

Tegoroczny Marsz Niepodległości zaplanowany był na niedzielę i miał odbyć się pod hasłem „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Uczestnicy planowali się zebrać o godz. 14:00 przy rondzie Dmowskiego, a następnie przejść Alejami Jerozolimskimi, mostem Poniatowskiego, Wybrzeżem Szczecińskim i ul. Siwca na błonia Stadionu Narodowego. Marsz odbywa się co roku 11 listopada, od 2010 r.

Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz podjęła jednak dziś decyzję o zakazie marszu. „Warszawa dość już wycierpiała przez agresywny nacjonalizm” – tłumaczyła. Dodała, że w czerwcu skierowała pismo do szefa MSWiA Joachima Brudzińskiego w sprawie wspólnego zabezpieczenia uroczystości organizowanych w Warszawie 11 listopada. Pismo to zostało zignorowane.

Organizatorzy zakazanego marszu zapewne odwołają się od decyzji Gronkiewicz-Waltz do sądu, a jeśli ten nie uwzględni ich wniosku, to jest bardzo prawdopodobne, że narodowcy i tak przejdą z racami przez Warszawę.

W ubiegłorocznym Marszu Niepodległości pod hasłem „My chcemy Boga” według policji wzięło udział 60 tys. osób. Wśród transparentów znalazły się hasła: „Wszyscy różni, wszyscy biali” czy „Europa tylko dla białych”. Media donosiły też o skandowaniu haseł „Sieg Heil”, „Biała siła” czy „Żydzi won z Polski”.

W sprawie marszu z 2017 r. toczy się śledztwo

Sprzeciw wobec „tolerowania przez władze państwowe zachowań rasistowskich i ksenofobicznych” przyjęła Rada Warszawy. Śledztwo dotyczące publicznego propagowania faszystowskiego ustroju państwa i nawoływania do nienawiści na tle różnic rasowych, etnicznych i wyznaniowych podczas marszu prowadzi warszawska prokuratura okręgowa.

Wczoraj demonstracji środowisk skrajnej prawicy 11 listopada zakazał prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz, powołując się na opinię policji.

Rzecznik prezydenta, Błażej Spychalski ogłosił, że w wyniku konsultacji premiera z prezydentem postanowiono, iż 11 listopada odbędzie się w Warszawie oficjalny marsz, zorganizowany przez rząd, a tym samym, zgodnie z nowym prawem o zgromadzeniach publicznych, w tym samym czasie i miejsc nie będzie się mogła odbyć żadna inna manifestacja.

Rozwiązywać, nie zakazywać

Czy prezes kontroluje sytuację?

To kuriozalne, aby władze organizowały tak poważną imprezę ad hoc, pod wpływem bieżących wydarzeń, na cztery dni przed świętem. Świadczy to o panice i braku odpowiedzialności rządzących. Wypada zapytać: czy prezes jeszcze kontroluje sytuację?

Wątpię. Wygląda na to, że los najważniejszego polskiego święta i najpiękniejszej rocznicy w naszym życiu znalazł się w rękach ludzi niedojrzałych, z asystą intrygantów, a w dodatku najsilniejsze karty trzymają tzw. narodowcy. Nieaktualne jest już pytanie o polską kompromitację na stulecie niepodległości – pytać trzeba, czy unikniemy hańby.

Jakże dogodną ma dziś sytuację ONR i pan Bosak, który może całkiem wiarygodnie ustroić się w piórka najpierw ofiary bezprawnego zakazu marszu, wydanego przez prezydent Gronkiewicz–Waltz, a następnie taniej i wątpliwej prawnie oraz etycznie zagrywki władz RP. Pełen troski o stan praworządności w Polsce lider neofaszystów (powiedzmy, że „neo”) ucieknie się pod obronę sądu. Cóż za komedia!
I niezależnie od wyroku, faszyści i tak wygrają. Bo po pierwsze będą w Warszawie i zrobią, co zechcą, a po drugie świat się zakręcił wokół nich. I jeśli opinia publiczna w ogóle dowie się o polskim święcie, to tylko tego właśnie – jak to narodowcy okręcili sobie Polskę wokół palca. Co za wstyd!

We Wrocławiu faszyzm nie przejdzie

Rozliczać faszystów

Dopuszczenie do corocznych burd narodowców w Warszawie jest wspólną winą i dowodem tchórzostwa – jeśli nie cynizmu – zarówno poprzedniego, jak obecnego rządu. A zakazywanie marszu przez prezydenta Warszawy (a wcześniej przez prezydenta Wrocławia) to niemądra prowokacja, mająca uderzyć w PiS, lecz rykoszetem bijąca w opozycję. I w Polskę. Faszystów trzeba było rozliczać z przestępstw i wykroczeń w czasie dotychczasowych „marszy”, a nie kalać demokratycznych świętości, do których należy wolność zgromadzeń, prewencyjnymi zakazami. To cios w demokrację i skrajna nieroztropność. Przecież wiadomo, że oni i tak przyjdą, a nielegalny marsz będzie tym trudniej kontrolować. Cóż, złośliwość wobec PiS zwyciężyła z interesem Polski. Zabrakło dojrzałości i powagi – PO do spółki z PiS bawią się dziś zapałkami. Czy podpalą Warszawę na święto niepodległości? To się jeszcze okaże – łaska ONR o tym zdecyduje. Jeśli będą mieli taki kaprys, to nie będą rozrabiać. Jeśli zaś im się zachce poswawolić, to nic ich nie zatrzyma. Tak czy inaczej, znów, tak jak to bywało w II RP, jesteśmy zakładnikami agresywnych szowinistów. To będzie ich dzień. I to się nazywa chichot historii.

Marsz Niepodległości: trzeba stanąć przeciw nacjonalistom

„Listopad, dla Polaków niebezpieczna pora”. Co trzeci policjant chory, prezydent i premier wycofują się z marszu, w którym jeszcze kilka dni temu mieli maszerować, narodowcy, mający podobno zaledwie 1-2 % poparcia, okazują się na tyle silni, że nie wiadomo jak im odebrać inicjatywę i centrum stolicy. Rząd okazał się nieprzygotowany do rocznicy stulecia. Prezydent Warszawy znalazła się w pułapce – albo zakaże marszu i pogwałci Konstytucję, albo zezwoli na marsz i na nieuchronne zadymy, które mogą się źle skończyć. Sam zakaz także nie gwarantuje, iż do awantur nie dojdzie. W powietrzu już czuje się woń świec dymnych i gazu łzawiącego. Skompromitowana władza usiłuje przekupić policjantów (1000 złotych za przyjście do pracy 11 listopada) i całe społeczeństwo , ogłaszając (w ostatniej chwili) 12 listopada dniem wolnym od pracy. Pogłębia to tylko chaos, ponieważ nikt dnia wolnego nie planował, nie wiadomo co z planowanymi rozprawami w  sądach, wizytami i zabiegami lekarskimi, zajęciami w szkołach i uczelniach, kierowcami w TIR-ów itd. itp.

Po wydaniu około ćwierci miliona złotych na obchody setnej rocznicy odzyskania niepodległości, mamy kompromitację. Żeby minister Sellin, spec-pełnomocnik rządu do spraw obchodów, zaklinał się na wszystkie świętości, recytując bogaty plan imprez, faktem jest, że prezydent i premier, by uniknąć kompromitacji, w ostatniej chwili usiłują przejąć Marsz Niepodległości, ponieważ ogłaszają własny marsz państwowy, dokładnie na trasie zatwierdzonego przez władze Marszu Niepodległości. Narodowcy odwołali się do sądu od decyzji HGW zakazującej marszu i całkiem prawdopodobne, że sąd weźmie ich stronę w imię wolności zgromadzeń gwarantowanej przez Konstytucję. Z braku lepszych pomysłów, prezydent apeluje o wspólne śpiewanie Mazurka Dąbrowskiego w samo południe 11 listopada. Nie ma w tym nic złego, gdyby nie fakt, że jest to inicjatywa „last minute”, zamiast wspólnego marszu albo wiecu z udziałem obecnych i byłych członków najwyższych władz, gości zagranicznych i dziesiątków tysięcy obywateli. Hymn narodowy ma zagłuszyć porażkę.

Zamiast podniosłego nastroju mamy niepewność co zrobią narodowcy – przyjdą mimo zakazu? Przejmą manifestację zapowiadaną przez Dudę i Morawieckiego? Spotkają się w innym miejscu i pójdą inną trasą? Co zrobią policjanci – wyzdrowieją czy zostaną w domu?

W normalnych warunkach opozycja powinna wystąpić o wotum nieufności, marszałek powinien zwołać posiedzenie Sejmu, minister spraw wewnętrznych zamiast błagać policjantów, żeby wyzdrowieli – powinien się pakować, a minister Sellin powinien już być na zielonej trawce. W Sejmie premier powinien się tłumaczyć, jak można było oddać inicjatywę narodowcom, a w loży prezydenckiej Andrzej Duda powinien się rumienić ze wstydu – wszak to on odrzucił swoje własne zaproszenie, przyznając tym samym, że nie on decyduje kto, z kim i dokąd maszeruje, a marsze niepodległości to nie są niewinne spacery rodzin z dziećmi . PiS tolerował marsze, hołubił kiboli, i teraz stal się ich zakładnikiem.

Na kilka dni przed świętem, mamy chaos i kompromitację, zamiast wspólnych obchodów – fiasko, które umocni tylko stereotyp, że Polacy nie potrafią nawet świętować. Ciekawe, na kogo teraz władza zwali winę? Chyba na Tuska, bo po to tu był i zapowiadał, że 11-go wróci. Panie, zmiłuj się nad nami.

Fragment z Waldemara Mystkowskiego.

„Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę”.

Jakie podłe nastroje muszą być w PiS po wyborach samorządowych – zwłaszcza po drugiej turze – że prezes Jarosław Kaczyński zdecydował się z chorym kolanem robić za frontmana. Prezes chwycił za mikrofon, wyszukał wzrokiem, która kamera transmituje i ogłosił: „Zwyciężyliśmy”.

(…)

Polacy! Trzymajcie się za szczęki, bo prezes przystępuje do kontrofensywy: – „Nikt nam nie powie, że białe jest białe…”. Gdyby chcieć snuć analogie (w stanie wojennym Kaczyńskiego nie internowali, a nawet milicja nie wiedziała, kto to zacz), w następnym roku 2019 po przegraniu – wykopaniu jak na wspomnianym przeze mnie obrazku – też nie jest zagrożony Trybunałem Stanu, to raczej zarezerwowane dla Dudy i Szydło. Prawnicy jednak uważają, że prezes może odpowiadać za podżeganie i współsprawstwo, a na to są odpowiednie paragrafy w Kodeksie karnym. Wówczas wreszcie zwyciężyłoby prawo i sprawiedliwość.

Pisowskie kosmiczne przyspieszenie. Smród Dudy i Morawieckiego, tak działa strach

7 List

Video tutaj >>>

Jak wynika z zapowiedzi polityków PiS, wojewoda łódzki z niecierpliwością czeka na ślubowanie Hanny Zdanowskiej, by rozpocząć procedurę usunięcia jej ze stanowiska, w związku z tym, że została wcześniej prawomocnie skazana na karę grzywny. Prezydent Łodzi ma złożyć ślubowanie 21 listopada. Wojewoda jest głęboko przekonany o swoich racjach i powołuje się na stosowne opinie oraz ekspertyzy mówiące, iż osoba skazana prawomocnym wyrokiem nie może w sposób trwały być wójtem, burmistrzem i prezydentem miasta.

Lecz miasto nie daje za wygraną, mimo że słychać prawniczy dwugłos.

Część prawników uważa, że wojewoda ma rację, wielu jednak, jest odmiennego zdania – w tym np. szef PKW Wojciech Hermeliński. Odwołują się do kolizji przepisów między kodeksem wyborczym, a ustawą o pracownikach samorządowych. Jest teraz pytanie jakimi opiniami prawnym operuje wojewoda i czy one w ogóle istnieją.

Z urzędu Wojewódzkiego padła nawet szokująca na to pytanie odpowiedź, z której wynika, że odrębnych opinii prawnych zwyczajnie nie ma.

Również Urząd Miasta Łodzi zamówił opinię prawną na temat sytuacji pani prezydent. Wynika z niej, że „osoba skazana prawomocnym wyrokiem na karę grzywny za przestępstwo umyślne ścigane z oskarżenia publicznego może kandydować na urząd prezydenta miasta, a także, w razie uzyskania mandatu, może pełnić tę funkcję oraz otrzymywać wynagrodzenie prezydenta miasta”. W podobnym duchu swoje opinie sporządzili prof. Marek Chmaj i dr hab. Sabina Grabowska z Uniwersytetu Rzeszowskiego (obie przygotowane na zlecenie Fundacji Państwo Prawa).

To nie pierwsza sytuacja, w której politycy partii rządzącej w ważnych kwestiach powołują się na ekspertyzy, których potem albo nie chcą udostępnić, albo nie są w stanie udowodnić, że w ogóle istnieją.

Dziennik Gazeta Prawna przypomina, że niemal rok temu głośno było o analizach, na jakie powoływał się ówczesny minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski. Twierdził, że jego resort posiada ekspertyzy mówiące o tym, że Donald Tusk został wybrany na szefa Rady Europejskiej w sposób, który można zakwestionować na poziomie prawa europejskiego. Sieć obywatelska Watchdog zażądała ich ujawnienia, ale MSZ odmówiło. Dopiero wojewódzki sąd administracyjny w październiku 2017 r. uznał, że ekspertyzy to informacja publiczna, która musi zostać udostępniona, a po licznych korowodach wyszło na jaw, że skoro MSZ żadnych ekspertyz nie posiada, trudno je zmusić, by takowe udostępniło.

Bożena Chlabicz-Polak pisze o mniemanym zwycięstwie Kaczyńskiego.

„Miejskość” to nie tyle wielkość populacji, ile – okazuje się – stan ducha

Po pierwszej turze opozycja rozsiewała złośliwe plotki, że w partii władzy trwa polowanie na winnych wyborczej klęski. Krążyły słuchy, że pan prezes zlecił nawet audyt kampanii pod kątem odpowiedzialności jej autorów. Ale teraz już wiadomo, że jeśli nawet ustalano jakieś personalia, to tylko po to, żeby wręczyć aktywistom medale za zwycięstwo. Bo partia aktualnie rządząca poniosła druzgocący… sukces, poprawiając swój dotychczasowy rekord, czyli 1:27. Teraz PiS wygrał wybory wynikiem 4:103 (w sejmikach 6:10).

Zdaniem pana prezesa, który właśnie ogłosił światu zwycięstwo, to fantastyczny prognostyk przed kolejnymi wyborami i zapowiedź dalszego bicia rekordów przy urnach.

Owszem, wyszło na to, że polityka formacji władzy niespecjalnie przypada do serca mieszczuchom, no ale – jak skwapliwie zapewniał we wszystkich możliwych mediach poseł Sasin – mieszczanie, czyli burżuje, to w zasadzie zaledwie niewielki margines naszego wspaniałego, karnie głosującego na partię pana prezesa społeczeństwa. Bo cóż znaczy tych marnych 15 procent liberałów i lewaków z Lemingradu i innych enklaw złodziejskiej urbanizacji, wobec reszty Narodu, żyjącego – patriotycznie – wśród pól rozmaitych, gdzie bursztynowy świerzop i pała. Znaczy – dzięcielina pała…

Ile to jest 15 procent wobec 40 milionów Polaków? Otóż to jest te same 6 milionów, co poszło na „Kler”. Tyle mamy – znaczy – obywateli gorszego sortu w ich wielkomiejskich matecznikach. Ale reszta kraju jest – Bogu dzięki – wolna od europejskich miazmatów, co daje partii aktualnie rządzącej solidnie poparte nadzieje na kolejne zwycięstwa wyborcze.

Ale w tym miejscu wypada nieco ostudzić entuzjazm pana posła, bo wyraźnie nie doczytał czegoś w rocznikach GUS-u, z których wynika, że w tak zwanych dużych miastach (powyżej 100 000 mieszkańców) żyje już w Polsce niemal 30 procent obywateli. Niezależnie od stuprocentowego niedoszacowania mieszkańców największych metropolii, z „miejskością” Polaków jest nawet większy problem. Bo w pozostałych, czyli tych trochę mniejszych miastach i miasteczkach mieszka kolejne 1/3 rodaków, co daje solidną średnią europejską. Podobnie jak na Zachodzie, ludność miejska to i u nas ponad połowa, a ściślej 60,7 procent populacji.

Inna sprawa, że poseł Sasin miał prawo się pomylić, bo do wyborów zwykło się uważać, że Polska powiatowa, czyli właśnie małomiasteczkowa, to ciągle elektorat wiejski. Wprawdzie żyjący po sąsiedzku z supermarketem, przystankiem, urzędem i przychodnią, ale jednak sielsko-anielski mentalnie.

A tu „prowincja” urządziła wszystkim wyborczą niespodziankę. Bo może i bruki w małych miasteczkach bywają krzywe, a jedyne, co łączy takie miejsca z wielkomiejskim stylem życia to autobus (lub pociąg) do najbliższej metropolii, ale „miejskość” to nie tyle wielkość populacji, ile – okazuje się – stan ducha. Przeciwko kandydatom z partii aktualnie rządzącej głosowała nie tylko Ostrołęka (która tak bardzo chciała obejrzeć „Kler”, że aż pogoniła burmistrza-katechetę) oraz Świebodzice, bo – choć to rodzinne miasto minister Zalewskiej – coś nie przepadają za jej reformą oświaty.

To jeszcze nie koniec złych wiadomości dla formacji rządzącej. Bo nie dość, że mieszczanie gremialnie podziękowali formacji władzy za „dobrą zmianę”, to jeszcze „miejskość”, niestety, szerzy się jak – nie przymierzając – odra na Mazowszu. Ludność miast, w przeciwieństwie do mieszkańców terenów wiejskich, ciągle rośnie.

Prognozy wskazują, że za pół wieku większość cywilizowanych społeczeństw będzie zurbanizowana, co oznacza, że życie w metropoliach (ewentualnie na suburbiach) stanie się udziałem zdecydowanej większości populacji. Jeszcze chwila, a wszyscy będziemy mieszczanami. I kto wtedy będzie głosował na PiS???

Biorąc pod uwagę tę dramatyczną dla partii władzy perspektywę, dopiero teraz przy okazji pierwszych wyborów epoki „dobrej zmiany”, można docenić dalekowzroczność autorów jednej z pierwszych ustaw nowej władzy – „ustawy o ziemi”. Bo czemu surowo zakazano sprzedaży choćby małych wiejskich działek mieszczuchom? Otóż po to, żeby włościanie nie oddali ojcowizny w ręce czytelników „GW”, zapewniając partii rządzącej stabilne trzydzieści kilka procent poparcia.

A jak wyborca Trzaskowskiego czy innego Sutryka nie zbuduje sobie daczy wśród „pól malowanych zbożem rozmaitem”, to i nie przywlecze między świerzop i dzięcielinę zgubnych dla tradycyjnego stylu życia (oraz wyników wyborczych PiS) miazmatów liberalizmu i lewactwa. Co otwiera drogę do dalszych druzgocących sukcesów partii pana prezesa.

>>>

PiS składa się z samych sromotnych postaci, prezes Kaczyński to Sromotnik Trujący.

vald2

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

„Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę”.

Jakie podłe nastroje muszą być w PiS po wyborach samorządowych – zwłaszcza po drugiej turze – że prezes Jarosław Kaczyński zdecydował się z chorym kolanem robić za frontmana. Prezes chwycił za mikrofon, wyszukał wzrokiem, która kamera transmituje i ogłosił: „Zwyciężyliśmy”.

Żeby nie było ten tego, że Koalicja Obywatelska tudzież pozostali obsadzili prezydentami niemal wszystkie miasta. Nie! – „Nasze zwycięstwo nie podlega najmniejszej wątpliwości” – prezes zaśpiewał glorię i wiktorię.

Może prezes wybudził się, podobnie jak w stanie wojennym w południe 13 grudnia, oszołomiony. Nie zdążył do sztabów wyborczych Kacpra Płażyńskiego albo Małgorzaty Wassermann, a nawet do Nowego Sącza, gdzie startowała żona Arkadiusza Mularczyka (tego harcownika od reparacji wojennych) Iwona Mularczyk – i w jednym z tych miejsc w niedzielę nie ogłosił wiktorii.

Prezes wybudził się po dwóch dniach, a jeszcze nie mamy zimy…

View original post 1 072 słowa więcej

Tusk jest nie do przecenienia, przy nim fiksują umysły Kaczyńskiemu i komentatorów

7 List

Lud opozycyjny łaknie Donalda Tuska. Chętnych, by przyprowadzić mu białego konia, na którym odwojuje Polskę z rąk PiS, jest wielu. Szef Rady Europejskiej jednak kolekcjonuje opcje, by móc w przyszłym roku mieć z czego wybierać. – Ma zbyt silny temperament, żeby pójść na emeryturę – śmieje się polityk z jego kręgu.

Fakt, że w Polsce rządzi Prawo i Sprawiedliwość, de facto zamyka teraz Donaldowi Tuskowi drogę do objęcia jakiegoś wysokiego stanowiska w Unii Europejskiej, NATO czy ONZ. Bo nie będzie miał poparcia macierzystego kraju.

Skazuje to byłego premiera na większe zainteresowanie krajowym poletkiem. Nieprzypadkowo budował napięcie najpierw wokół swojej (niepotwierdzanej do samego końca) obecności na przesłuchaniu przed komisją śledczą ds. Amber Gold, a potem już w czasie spięć z jej członkami. Wyraźnie widać, że krajowa emerytura go nie interesuje.

Sondowanie opcji ze skróceniem kadencji szefa RE

Wedle naszych rozmówców Donald Tusk miał sondować w Brukseli, czy nie byłoby problemem, gdyby jego kadencja szefa Rady Europejskiej skończyła się o trzy miesiące wcześniej, a więc jeszcze przed wyborami parlamentarnymi 2019 r. w Polsce.

Jak mówi jeden z naszych rozmówców z szeregów opozycji, to jest jeden z elementów kolekcjonowania możliwości. Szef Rady Europejskiej chciałby mieć otwartą furtkę do tego, aby opuścić swój brukselski gabinet już we wrześniu 2019 r., a nie z końcem listopada. Taki scenariusz przyspieszonego pożegnania z Brukselą otwierałby drogę do silnego patronatu Tuska nad blokiem opozycyjnym w kolejnych wyborach do Sejmu (między 12 października a 12 listopada) – oczywiście jeśli taki front mógłby odsunąć PiS od władzy, bo Tusk lubi rozwiązania, które dają mu pewność wygranej.

„Wiecie, jak długa trwa moja kadencja”

– Zakulisowo konsultował już, czy możliwe byłoby szybsze przekazanie obowiązków szefa Rady Europejskiej, bo choć kadencja formalnie kończy się w listopadzie 2019 r., ale faktycznie jego następca będzie wybrany najpóźniej we wrześniu – słyszymy od osoby zorientowanej w sprawie. Tu warto przypomnieć, że do zbudowania porozumienia wokół kandydatury Tuska do fotela szefa RE szukano w Brukseli już w połowie roku 2014, choć obowiązki przejął dopiero 1 grudnia.

Tusk na pytanie o zaangażowanie w sprawy krajowe odpowiedział na około. – Jestem szefem Rady Europejskiej i wiecie, jak długa trwa moja kadencja – podkreślił. Po tych słowach jego zausznik, Paweł Graś, już chciał kończyć konferencję.

Szef RE nie powinien bezpośrednio wikłać się w politykę krajową, choć oczywiście Tusk umiejętnie balansuje tu na granicy. Szybsze zakończenie kadencji szefa RE uwolniłoby go od konieczności hamowania się w konfrontacji z PiS-em w finale przyszłorocznej kampanii do Sejmu.

A o tym, że Donald Tusk ma ciąg do takiej konfrontacji, nikogo nie trzeba przekonywać. Mówi znany polityk opozycji: – Uniki nie byłyby zgodne z jego politycznym temperamentem.

Tusk liczy na siebie

Wedle naszych rozmówców Donald Tusk ma przekonanie, że nie ma dziś na opozycji nikogo, kto miałby wystarczającą charyzmę i siłę argumentacji, a wreszcie także chęci, aby energicznie wziąć w obronę 8 lat rządów PO, które Polakom jednoznacznie kojarzą się z Tuskiem. A skoro Tusk nie może liczyć na Grzegorza Schetynę, Katarzynę Lubnauer czy – ostatni nabytek Koalicji Obywatelskiej – Barbarę Nowacką, to musi liczyć na siebie.

– Nie chce dać się wdeptać w ziemię narracją PiS-u o najgorszym premierze III RP i nieudolnych rządach, o „Polsce w ruinie”, którą dopiero obecna władza podnosi z upadku. Jeśli Tusk tylko ma okazję, żeby skonfrontować PiS ze swoimi osiągnięciami, to to robi. Tusk uważa, że należy się z PiS-em bić na każdym polu – mówi osoba znająca się z byłym premierem.

I trzeba oddać Tuskowi, że z takich konfrontacji na słowa jak na przesłuchaniu przed komisją śledczą wychodzi on z tarczą. A nawet z uśmiechem na twarzy.

Podsycanie głodu

Były premier cały czas podsyca tak wśród wyborców opozycji głód swojej obecności na krajowym podwórku. Zabiera na przykład głos niby broniąc Andrzeja Dudy albo rządu PiS, a w rzeczywistości wbija szpile. Albo podczas spotkań z dziennikarzami, albo na Twitterze.

Dwa przykłady.

– Nie dołączę się do złośliwości i szyderstw pod adresem polskiego prezydenta. Andrzej Duda, kiedy wydaje się pogubiony w argumentacji, potrzebuje raczej naszego wsparcia, a przynajmniej jakiejś takiej życzliwej cierpliwości – to Tusk z 24 października.

– Ja nie będę komentował tego, co się stało z tą rocznicą czy z organizacją jej obchodów. Bardzo boleję, że rzeczywiście marsz z tymi bardzo złymi znakami może stać się negatywnym symbolem tej rocznicy w Polsce i na świecie. Ale bardzo bym nie chciał, żeby było takie wrażenie, że Polska jest kompletnie osamotniona, bo tutaj nikt nie przyjedzie z zagranicznych gości – a to z 5 listopada.

Teraz w szeregach Platformy Obywatelskiej politycy nie mogą się nachwalić, jak to Tusk swoją obecnością na oficjalnych uroczystościach 100. rocznicy odzyskania niepodległości zogniskuje uwagę mediów. Tym, że w ogóle będzie – tym bardziej, że najprawdopodobniej będzie najwyższym rangą VIP-em na zagranicznym czy też międzynarodowym stanowisku.

– Tusk uważa, że nie wolno odpuszczać PiS-owi i nie można dać im zawłaszczyć tego święta – podkreśla jeden z naszych rozmówców. Nawet jeśli zostanie wybuczany podczas składania kwiatów pod pomnikiem Józefa Piłsudskiego i Grobem Nieznanego Żołnierza, co zresztą jeszcze mocniej może przyciągnąć uwagę mediów i opinii publicznej.

Tusk bez wiary w wygraną KO w obecnej formie

Wedle naszych informacji, Tusk będąc w Warszawie bardziej wprost niż na konferencji prasowej wyciągał wnioski z wyników wyborów samorządowych.

Do kamer mówił, że „nikt nie ma powodu do euforii” z powodu wyników I tury, choć PiS wygrało w głosowaniu do sejmików, Koalicja Obywatelska w dużych miastach, a PSL „w niektórych wsiach, w niektórych regionach”. Na konferencji I turę przeciwstawił II, którą uznał za „porażkę PiS-u”. Podkreślił, że obóz rządzący uległ w średnich i mniejszych miastach, gdzie „wynik jest jednoznaczny i na pewno dzisiaj władze PiS-u mają o czym myśleć”. W sumie uznał wyniki wyborów za „jeden wielki znak ostrzegawczy dla PiS” i „znak nadziei dla opozycji”.

Podstawowa różnica między I a II turą była taka, że po dwóch stronach stanęli: kandydat PiS i kandydat całego bloku opozycyjnego, a najczęściej wygrywał opozycjonista – wymuszona namiastka „zjednoczonej opozycji”. – Chyba po raz pierwszy tak wielu wyborców w Polsce – tych, którzy chcieliby zmiany – uwierzyło, że taka zmiana jest możliwa – podkreślał Tusk.

Już poza kamerami, opisuje nasz rozmówca,Tusk miał mówić, że Koalicja Obywatelska i duże miasta to zdecydowanie za mało, żeby myśleć o wygranej z PiS-em, a nadzieją opozycji może być budowanie jeszcze szerszego bloku. Zresztą w samych szeregach opozycji dominuje przekonanie, że jak tak dalej pójdzie, to PiS ma w kieszeni wygraną w kolejnych wyborach do Sejmu, a pytaniem jest to, czy zdobędzie znów samodzielną większość.

***

Mówi polityk opozycji znający się osobiście z Tuskiem: – Jeśli swoją kadencję w roli szefa RE zakończy terminowo, to potem ma pół roku na kampanię prezydencką, gdyby chciał wystartować w tych wyborach. Kandydowanie do Pałacu Prezydenckiego to jest jedna z opcji. Nie sposób dziś przesądzać, co zdecyduje. Tusk podejmuje decyzje, gdy przychodzi na to czas, najwcześniej dopiero za pół roku.

— KE BĘDZIE DĄŻYŁA DO ROZSTRZYGNIĘCIA, KTÓRE ZABOLI – piszą autorzy DGP: “Temperatura sporu o praworządność nieco opadła. Według naszego źródła z Komisji nie oznacza to jednak, że Bruksela odpuszcza Warszawie. – Będzie dążyła do rozstrzygnięcia, które zaboli. Inaczej jej postawa zostanie odebrana jako porażka – mówi nasz rozmówca”.
dziennik.pl

— 2 TURA PODCIĘŁA SKRZYDŁA BARDZIEJ NIŻ WYNIKA ZE STATYSTYK – ZUZANNA DĄBROWSKA W RZ: “Druga tura podcięła skrzydła PiS bardziej niż wynika to nawet ze statystyk powyborczych. Pokazała, że mimo ogromnej wiary partii w to, że jest kochana przez lud, wiary w swoją misję czy też polityczne posłannictwo uczucia te nie udzielają się bardzo wielu mieszkańcom miast: dużych, średnich i małych. Zresztą zaraz po głosowaniu politycy PiS z pierwszej linii propagandowego frontu starali się uczynić z nich oszustów, złodziei i nie-Polaków. Te głosy jednak wyciszono”.
rp.pl

— PIS MYLI TRADYCJONALIZM ZE ZWYKŁYM CHAMSTWEM – MICHAŁ SZUŁDRZYŃSKI W RZ: “Problemem PiS jest nie to, że jest za mało konserwatywny, ale to, że myli tradycjonalizm ze zwykłym chamstwem. Szef MON piszący o „marszu sodomitów”, obraźliwe wobec osób niepodzielających poglądów wpisy na Twitterze Krystyny Pawłowicz czy Dominika Tarczyńskiego, są przejawem czegoś, co kiedyś w „Plusie Minusie” nazwałem konserwatyzmem zdziczałym. Wątpię, by był on w stanie przyciągnąć do PiS konserwatystów. Jedną z cech konserwatyzmu jest umiar. PiS zaś (powtarzając błędy z lat 2005– 2007) osobom umiarkowanym coraz bardziej zaczyna kojarzyć się obciachem czy zwykłym zakłamaniem niż konserwatyzmem”.
rp.pl

— PIS ZMOBILIZOWAŁO PRZECIWNIKÓW – DR JAROSŁAW FLIS: “Gdyby chcieć podsumować obie tury wyborów, można by powiedzieć, że porażkę poniosła strategia Jarosława Kaczyńskiego, by postawić polityczny spór na ostrzu noża; przekonanie, że do wygrania jest mecz „PiS kontra reszta świata”. Tak właśnie opisywali polską politykę przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości, tak też prowadzili kampanię. Strategia ta okazała się zgubna: jeśli partii władzy udała się mobilizacja przez polaryzację, to była to głównie mobilizacja… przeciwników”.
tygodnikpowszechny.pl

— POGŁOSKI O ŚMIERCI PIS SĄ PRZESADZONE – MAREK MIGALSKI W RZ:“I tak jak 1 nie jest większe od 27, tak 27 nie jest większe od 34. Koalicja Obywatelska została pokonana przez partię Kaczyńskiego i nic na razie nie wskazuje, by za rok miało się to zmienić. Bez radykalnego załamania nastrojów społecznych PiS na jesieni 2019 roku wygra. Zwłaszcza że nie będzie próżnował i zapewne zadba o kolejne grupy społeczne”.
rp.pl

— SAMI ZAŚPIEWAJCIE SOBIE HYMN – PIOTR BENIUSZYS Z LIBERTE O OBCHODACH – pisze w GW: “Państwo oddało setną rocznicę niepodległości Polski faszyzującym ekstremistom z politycznego marginesu. A prezydent proponuje milionom obywateli, by w południe sami sobie zaśpiewali hymn”.
wyborcza.pl

Więcej >>>

>>>

Tusk powoduje, że Kaczyński robi w galoty. Tak było, jest i będzie

Nie jest tajemnicą, że rozwiązania obecnych problemów w Polsce opozycja i jej zwolennicy upatrują w powrocie do kraju Donalda Tuska. Przewodniczący Rady Europejskiej też specjalnego wyboru nie ma, bo fakt, że w Polsce rządzi Prawo i Sprawiedliwość, zamyka mu drogę do objęcia jakiegoś wysokiego stanowiska w strukturach Unii Europejskiej, NATO czy ONZ. Nie będzie miał –  potrzebnego w takich razach – poparcia macierzystego kraju. Emerytura? W żadnym wypadku.

„Wedle naszych rozmówców Donald Tusk miał sondować w Brukseli, czy nie byłoby problemem, gdyby jego kadencja szefa Rady Europejskiej skończyła się o trzy miesiące wcześniej, a więc jeszcze przed wyborami parlamentarnymi 2019 r. w Polsce” – pisze porta gazeta.pl.

„Jeśli swoją kadencję w roli szefa RE zakończy terminowo, to potem ma pół roku na kampanię prezydencką, gdyby chciał wystartować w tych wyborach. Kandydowanie do Pałacu Prezydenckiego to jest jedna z opcji” – mówi polityk opozycji znający się osobiście z przewodniczącym Rady Europejskiej.

>>>

Gdyby jednak zakończył kadencję przed terminem, otworzyłoby to furtkę do silnego patronatu Tuska nad blokiem opozycyjnym, w kolejnych wyborach do Sejmu między 12 października a 12 listopada 2019 r.

Ponadto szybsze zakończenie kadencji szefa RE uwolniłoby go od konieczności hamowania się w konfrontacji z PiS-em w finale przyszłorocznej kampanii do Sejmu.

„Nie chce dać się wdeptać w ziemię narracją PiS-u o najgorszym premierze III RP i nieudolnych rządach, o „Polsce w ruinie”, którą dopiero obecna władza podnosi z upadku. Jeśli Tusk tylko ma okazję, żeby skonfrontować PiS ze swoimi osiągnięciami, to to robi. Tusk uważa, że należy się z PiS-em bić na każdym polu” – mówi osoba znająca się z byłym premierem.

Teraz w szeregach Platformy Obywatelskiej politycy nie mogą się nachwalić, jak to były premier swoją obecnością na oficjalnych uroczystościach 100. rocznicy odzyskania niepodległości zogniskuje uwagę mediów. Tym, że w ogóle będzie – tym bardziej, że najprawdopodobniej będzie najwyższym rangą VIP-em na zagranicznym czy też międzynarodowym stanowisku.

„Tusk uważa, że nie wolno odpuszczać PiS-owi i nie można dać im zawłaszczyć tego święta” – podkreśla jeden z naszych rozmówców portalu. Nawet jeśli zostanie wybuczany podczas składania kwiatów pod pomnikiem Józefa Piłsudskiego i Grobem Nieznanego Żołnierza, co zresztą jeszcze mocniej może przyciągnąć uwagę mediów i opinii publicznej.

Oceniając wynik niedawnych wyborów samorządowych uznał go podczas ostatniego pobytu w Warszawie za „jeden wielki znak ostrzegawczy dla PiS” i „znak nadziei dla opozycji”.

„Chyba po raz pierwszy tak wielu wyborców w Polsce – tych, którzy chcieliby zmiany – uwierzyło, że taka zmiana jest możliwa” – podkreślał Tusk.

Jak informuje portal, Tusk poza kamerami miał mówić, że Koalicja Obywatelska i duże miasta to zdecydowanie za mało, żeby myśleć o wygranej z PiS-em, a nadzieją opozycji może być budowanie jeszcze szerszego bloku.

Nie sposób dziś przesądzać, co ostatecznie zdecyduje. Tusk podejmuje decyzje, gdy przychodzi na to czas, najwcześniej dopiero za pół roku – powiedział portalowi polityk opozycji znający się osobiście z Tuskiem.

Sam Tusk mówi na razie – „Jestem szefem Rady Europejskiej i wiecie, jak długa trwa moja kadencja…”.