Tag Archives: wybory parlamentarne 2019

Kaczyński, przed sąd! Ty amoralny człeku

27 Mar

„Weryfikacja” – pod takim tytułem ukazał się najnowszy spot wyborczy Platformy Obywatelskiej. Przypomina on kontrowersyjne wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego z ostatnich lat i tym sposobem zachęca Polaków do pójścia na wybory oraz „należytego” głosowania.

Całość zaczyna się od „gołębiej” postawy prezesa, przypominającego o tym, że „rządzący nie dzielą Polaków”, a potem już tylko z górki:

„my jesteśmy tu, gdzie wtedy, oni tam gdzie stało ZOMO”- słyszymy. Dalej tylko gorzej i gorzej: „to nie są ludzie, którzy mają sprawne głowy”; „bo jesteśmy panami, w przeciwieństwie do innych”; „najgorszy sort Polaków”; „mordy zdradzieckie, kanalie, aferzyści, gangsterzy” itd.

W tak czytelnej formie Platforma kieruje jasny przekaz do liberalnego wyborcy: „Nie daj się oszukać. Przed nami wielki wybór”- woła.

Kiedyś było może trochę oględniej, ale do historii przeszły negatywne spoty „Oni pójdą na wybory, a ty?”, „schowaj babci beret” itp…

Wszystko dla mobilizacji swojego własnego elektoratu i przyciągnięcia do siebie choć części wyborców niezdecydowanych.

W mediach społecznościowych politycy Koalicji Europejskiej mają używać od dziś hashtagu #WielkiWybór.

„JK nie odebrał wezwania do zwrotu 50 tysięcy. Pomimo dwukrotnego awizo. W przyszłym tygodniu kierujemy sprawę do sądu” – napisał na Twitterze Roman Giertych. Do wpisu dołączył zdjęcie nieodebranej przez Jarosława Kaczyńskiego przesyłki.

Chodzi o zwrot 50 tysięcy złotych, które austriacki biznesmen Gerard Birgfellner przekazał prezesowi PiS. W prokuraturze pod przysięgą Austriak zeznał: – 7.02.2018 r. w godz. 15-17 przekazałem kopertę, a pan Kaczyński z kopertą wszedł do swojego pokoju, gdzie pan Sawicz już siedział. 50 tys. zł w 100 zł banknotach”. Sawicz to ksiądz, członek Rady Fundacji Instytut im. Lecha Kaczyńskiego. Jego zgoda była niezbędna, aby spółka Srebrna mogła rozpocząć przygotowania do budowy dwóch wież w Warszawie. 50 tys. zł pochodziło z prywatnych środków Birgfellnera.

 „Może trzeba było napisać Jaśniepan? Dajcie sobie spokój z polskim wymiarem sprawiedliwości pod kierownictwem Zbigniewa ZERO”; – „Na kaczystowskie sądy nie ma co liczyć. Lepiej było od razu zwrócić się do prokuratury w Wiedniu”; – „Należy dostarczyć list przy pomocy gońca. Może odbiorca pomyśli, że to znowu jest kasa i odbierze. Najlepiej w świetle kamer”;

„Miejcie litość dla ,,słońca ” narodu. Chłopina taki ,,niematerialny”, podarte buty, wytarty garnitur… Dajcie spokój, z czego Jarosław ma oddać?”; – „Nie odbiorę Pańskiej przesyłki i co Pan mi zrobisz?” W takim świecie żyje Jarek” – komentowali internauci.

A majowe i jesienne wybory nie będą walką do pierwszej krwi, ale wojną totalną.

Politycy PiS nie atakują osób LGBT i nie wracają do kultu smoleńskiego, bo są nienormalni czy też nagle zwariowali. Pomijając pojedyncze przypadki, nie ma w tym odrobiny szaleństwa i fanatyzmu, wyłącznie czysty pragmatyzm. To strategia – bo zwycięstwo PiS w majowych i jesiennych wyborach zależy głównie od tego, czy PiS uda się przekonać Polaków, żeby zapomnieli o aferach, a skupili na tym, że zagraża nam wojna cywilizacji, najazd zdegenerowanych barbarzyńców, im bardziej mglistych, tym lepiej, przed którymi może obronić nas tylko partia Kaczyńskiego.

Podprogowy przekaz wtłaczany nam już od jakiegoś czasu do głów brzmi w związku z tym mniej więcej tak: „może i nie jesteśmy doskonali, może mamy na sumieniu grzeszki, a nawet duże grzechy, może dopuściliśmy się nepotyzmu, korupcji, załatwialiśmy poza konkursami posady naszym rodzinom i kochankom, ale wciąż tylko my, jesteśmy w stanie obronić Polskę przed demonami, które nadciągają ze zgniłego Zachodu (zwróciliście uwagę jak bardzo ta retoryka przypomina przekaz Putina?). Jeśli na nas nie zagłosujecie, Polska jaką znacie i kochacie przestanie istnieć”.

Oczywiście owi barbarzyńcy za wszelką cenę nie mogą być konkretni, a przeciwnie, bardzo niedookreśleni i mgliści, podobnie jak powodowane przez nich zagrożenia.

Dlatego osoby LGBT, a wcześniej „gender”, „feministki”, „zdrajcy” czy „lewacy” nadają się do tego wręcz idealnie – nie można wskazać nikogo konkretnego, ani żadnej konkretnej rzeczy, którą ten ktoś miałby zrobić. Bo jak się wskaże konkret, to już nie jest tak wesoło. Bo popatrzcie: geje są przecież krwiożerczy i straszni, ale już konkretny Robert Biedroń wydaje się przecież normalnym, miłym facetem i nikt się go nie boi. Feministki niby zgroza, ale jak się spojrzy na jedną czy drugą, to się okazuje, że to miłe babki, mają rodziny, hobby, są kreatywne i wygadane. Zdrajcy i lewacy – niby brzmi groźnie, ale jak się zacznie dociekać kto kogo konkretnie zdradził i co to znaczy lewak i dlaczego ten lewak, nawet gdyby istniał, miałby komuś szkodzić i kto miałby tę szkodę ocenić – to już jakoś trudno sprecyzować.

I o to właśnie chodzi: zagrożenie ma być przerażające, lęk wyborców PiS wszechogarniający i jak to z lękiem bywa, bardzo niekonkretny, bo przy skonkretyzowaniu okazałoby się, jak zawsze, że nie ma się czego bać, oprócz samego strachu.

Prawda jest oczywiście taka, że w Polsce – wyjąwszy rządy PiS – nic nietypowego się nie dzieje. Ludzie żyją, jak żyli, myślą, co myśleli, chodzą do kina, oglądają seriale, wyjeżdżają za granicę, kłócą się i godzą, rodzą, umierają, rozwodzą i żenią. Jest jak było, a nawet coraz bardziej liberalnie, bo kilka ostatnich badań opinii społecznej pokazało, że więcej niż połowa Polaków jest za uzyskaniem przez kobiety prawa do aborcji na życzenie do 12 tygodnia ciąży. Pod wpływem tego co wyprawiają księża pedofile i chroniący ich biskupi spada także zaufanie do kościoła. Nie toczy się u nas rzecz jasna również, żaden „spór cywilizacyjny”. Nie istnieje podział na cywilizację życia i śmierci ani obrońców i przeciwników rodziny. To całkowicie sztuczne problemy wymyślone przez zdolnych PR-owców na użytek kampanii wyborczej PiS.

I teraz: przegrana lub zwycięstwo PiS w wyborach zależą od tego, czy opozycja sprawi, że Polacy to dostrzegą, zobaczą kłamstwo, które się im wciska.

Opinia publiczna powinna zrozumieć, że w interesie Jarosława Kaczyńskiego jest odwrócenie uwagi opinii publicznej od jego własnych podejrzanych biznesów, dwóch wież, przywilejów i nieudolności władzy, nepotyzmu, łamania prawa i afer finansowych i korupcyjnych i skierowanie ją na sprawy obyczajowe, które z politycznego punktu widzenia nie są w tym momencie istotne, ale od zawsze wzbudzają ogromne emocje.

Jego determinacja, żeby tak się stało jest ogromna, bo ta kampania wyborcza, to nie tylko dla opozycji, ale także dla PiS wojna o wszystko. Bo majowe i jesienne wybory nie będą wcale, jak sobie to wciąż wielu co bardziej naiwnych komentatorów i polityków  wyobraża, walką do pierwszej krwi, ale wojną totalną.

Wygra ją ten, kto narzuci przeciwnikowi temat kampanii i na kilka miesięcy zawładnie wyobraźnią Polaków, narzuci im o czym mają myśleć, czym ekscytować i czego się bać, w taki sposób, że nawet tego nie zauważą.

Sprawa jest prosta. Opozycja zwycięży, jeśli wyborcy skupią się na aferach finansowych PiS, pedofilii w kościele, która pośrednio uderza też w formację Kaczyńskiego, dwórkach Glapińskiego, domniemanej korupcji Chrzanowskiego, dwóch wieżach Kaczyńskiego, zniknięciu Falenty, przywilejach i bezczelności władzy i olbrzymim deficycie budżetowym. przegra, jeśli pozwoli by w nieskończoność prowadzić głupie dyskusje o LGBT i tym podobnych.

Dlatego z ciekawością obserwuję pojedynek obu partii i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że na razie lekko prowadzi PiS.

Owszem, pojedyncze nadużycia PiS budzą oburzenie opinii publicznej, ale opozycja nie potrafi skonstruować z niej spójnej, ciągłej opowieści, którą można by snuć miesiącami. Nie jest w tym, w przeciwieństwie do PiS konsekwentna.

Obserwując dziś scenę polityczną, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wygra nie ten, który ma słuszność, tylko ten, kto lepiej sprzedaje swoją wersję Polski. A przede wszystkim: jest w tym bardziej konsekwentny i ma silniejsze nerwy.

Waldemar Mystkowski o związkach PiS i Kościoła katolickiego.

Nie od dzisiaj Kościół katolicki ma problem sam ze sobą. Stosuje sprawdzoną metodę, najstarszą dialektykę świata. To nie my, pasterze, mamy problem, ale wy, wierni.

Pasterze z Konferencji Episkopatu Polski w poniedziałek zaprezentowali list społeczny w sprawie „głębokich podziałów społecznych, które podzieliły Polaków”. Biskupi w liście „O ład społeczny dla wspólnego dobra” apelują „o dialog o Polsce z udziałem polityków, samorządowców i przedstawicieli klubów parlamentarnych”. W liście biskupi podkreślają wagę dialogu między rządzonymi (wiernymi) a rządzącymi, między sprawującymi władzę a opozycją.

Szybko przyszedł sprawdzian listu biskupów apelujących „O ład społeczny…” Episkopat przyjął oficjalne stanowisko w sprawie strajku nauczycieli. Nauczyciele religii nie mogą brać udziału w proteście, nie mogą angażować się politycznie i „rezygnować z głoszenia ewangelii ze względów ekonomicznych”.

W ten oto sposób biskupi zaprzeczają sami sobie. Apelują o dialog między rządzonymi i rządzącymi, aby następnie stanąć po stronie rządzącego PiS, rządzonym zaś proponować „zrezygnowanie ze strajku ze względów ekonomicznych”.

Troska biskupów apelujących o ład jest nieodmiennie traktowana ewangelicznie, „co cesarskie cesarzowi”, a że w kraju cesarzem jest prezes, więc należy strawestować tę słynną maksymę „co cesarskie prezesowi”.

Nie da się ukryć, że w Polsce mamy sojusz ołtarza z tronem, a dokładnie: sojusz ołtarza z prezesem.

>>>

Reklamy

Marek Suski i kolejny jego wpis do księgi „Złotych myśli cymbała”

11 Mar

Jeden z czołowych polityków PiS Marek Suski, szef Gabinetu Politycznego Premiera krytykuje protest nauczycieli dowodząc, że ich zarobki niewiele różnią się od pensji posłów. „Posłowie mają 8 tys. zł brutto pensji podstawowej, więc jeśli nauczyciel dyplomowany ma z kawałkiem 5 tys. zł brutto to jest to nieduża różnica” – dowodził w rozmowie z „Super Expressem”

Podkreślając polityczny charakter zapowiadanego strajku dodał, że „każdy chciałby więcej zarabiać. (…) Chociaż posłowie sami sobie obniżyli pensję, ale bez przyjemności”.

Minister szybko spotkał się z ripostą szefa Związku Nauczycielstwa Polskiego. „To skandaliczne. (…) Który to nauczyciel tyle zarabia według Marka Suskiego?” – odpalił Sławomir Broniarz podkreślając, że polscy nauczyciele są jednymi z najgorzej zarabiających w Europie, a ich wynagrodzenie zasadnicze waha się od 2,5 do 3,5 tys. zł., co nie sposób porównywać z wynagrodzeniami parlamentarzystów.

Mimo, że w poprzednim roku Sejm ustawą obniżył im pensje do 8 tys. zł brutto, to jednak pobierają dodatkowo – w dużej części nieopodatkowaną – dietę rzędu 2,5 tys. zł i różne dodatki do uposażenia.

Przysługują im również bezpłatne przejazdy środkami publicznego transportu zbiorowego, kilometrówka na paliwo, 12 tys. zł na prowadzenie biura poselskiego i inne podobne – w wymiarze finansowym – korzyści.

Pięć wypasionych prezentów skierowało wreszcie uwagę opinii publicznej na właściwe i słuszne tory

Ludzkie panisko, ten nasz prezes. Już – już zdawało się, że apanaże i konfitury dzielić będzie tylko między swoich, a tu proszę – i o prostaczkach gorszego sortu pomyślał. Wychynął ze swojej kryjówki, gdzie przeczekiwał skumulowane ostatnio przeciwności losu, i wyciągając rękę do narodu postanowił przybić piątkę ze społeczeństwem. Pięć wypasionych prezentów skierowało wreszcie uwagę opinii publicznej na właściwe i słuszne tory. Czym prędzej należało je rozpakować.

Wszelkie prognozy ekonomiczne wskazują, że gospodarcza koniunktura i na świecie i w Polsce ma się już ku końcowi, ale – nic to! Najwyżej zwiększy się deficyt. Mało kto to zauważy, a jeszcze mniej zaprotestuje. Prezes słusznie założył, że uczestnicy przekrętu na ogół nie robią rabanu , jeśli tylko lewą kasę rozdziela się im po równo. W pamięci beneficjentów pozostać winno przekonanie, że miliardy na sfinansowanie nowych obietnic zostały wygospodarowane, zaoszczędzone, odebrane mafii, albo wręcz spadły z nieba, ale z budżetem nie mają nic wspólnego.  Zaraz by podniósł się krzyk, że dobrodziejstwa prezesa sfinansowane będą z naszych podatków. Nie tylko wyszłoby na jaw, że sami sobie fundujemy te atrakcje, ale co gorsza, okazałoby się, że władza ubezwłasnowolniła naród i znowu, tak jak w komunie, decyduje za nas na co mamy ochotę i czego potrzebujemy.

PiS perfekcyjnie opanowało sztukę stawiania drogowskazów na bezdrożach i otwierania sklepów wędkarskich na bezrybiu. „Piątkę Kaczyńskiego” porównać można do efektu wizyty w sklepie, jedynym w naszym zasięgu, gdzie przy kasie wywalili nam z wózka wszystko co się spodobało i kazali zapłacić tylko za produkty, które kierownik sklepu przeznaczył na dziś do sprzedaży. Cena nie gra roli. A tymczasem kolejne grupy zawodowe stają w kolejce po podwyżki swoich biedapłac, NFZ nie jest w stanie zrefundować refundowanych leków na nowotwory, polska armia nie ma czym latać ani pływać, a Polacy wydają coraz więcej pieniędzy na teoretycznie bezpłatną oświatę i służbę zdrowia.

Prezenty pana prezesa na oko wydają się atrakcyjne, ale po rozpakowaniu wyglądają jak gadżety reklamowe, w dodatku trafione równie precyzyjnie, jak telewizor dla niewidomych. W kraju normalnym na przykład niezbędne wydatki nadzwyczajne finansuje się podnosząc podatki. W Polsce prezes z premierem – obecnie najwybitniejsi ekonomiści europejscy – uznali, że dla sfinansowania nowych ogromnych wydatków budżetowych podatki należy obniżyć. W worku z prezentami znalazła się nie tylko redukcja Pit, ale również całkowite zwolnienie z podatku najprężniejszych i najbardziej rzutkich obywateli, w okresie ich najwyższej aktywności.  A na dokładkę – w normalnym kraju świadczenia socjalne kierowane są do najuboższych i najbardziej bezradnych, natomiast w Polsce dodatkowe 500 plus dostanie również dwórka prezesa NBP, która więcej zarabia miesięcznie, niż dyplomowany nauczyciel przez cały rok. Zdaniem prezydenckiego ministra Krzysztofa Szczerskiego ma to jednak uzasadnienie, bo – jak zrozumiałem – 500 plus jest projektem prokreacyjnym, a nauczyciele słabo wywiązują się z obywatelskiego obowiązku podnoszenia dzietności narodu, ponieważ prokreują rzadko i niechętnie. Podobnie chyba uważa Minister Ewakuacji Narodowej Anna Zalewska, zaskoczona tym, że ktoś domaga się podwyżki wynagrodzeń, nic w zamian nie oferując.

Innym z wątpliwych prezesowych darów dla coraz bardziej zniesmaczonych wyborców jest przywrócenie komunikacji autobusowej w terenie. Już wcześniej premier Morawiecki obiecywał publicznie, ze na autobusy skieruje dwa razy więcej pieniędzy, niż poprzednio. Ponieważ jednak poprzednio państwo nie dokładało do tej formy komunikacji ani grosza, więc można przyjąć, że pan premier wziął teraz zero i pomnożył je przez dwa, a wynik przekazał do realizacji fachowcom ministra Adamczyka, zajmującym się dotąd likwidowaniem połączeń.

Kaczyński ogłosił, że wszyscy emeryci, a może nawet renciści, otrzymają niedługo najniższą emeryturę. Wiadomość ta początkowo wzbudziła popłoch, ale po wyjaśnieniu, że to tylko jeden raz i że dodatkowo, napięcie opadło i rozpoczęła się publiczna debata. Jedni uważają, że Kaczyński wymyślił prezent dla siebie, bo sam jest emerytem i dostaje tylko 6,4 tys. miesięcznie, a jak słyszeliśmy na taśmach nie lubi rozstawać się z pieniędzmi. Inni uważają, że trzynastka emerytalna to kiełbasa wyborcza i że cena kupna jednego głosu na PiS jest stanowczo wygórowana. Według jeszcze innych transakcja jest całkiem chybiona, bo naiwnością jest liczyć, że kiedy 9,7 miliona ludzi dostanie łapówkę, to wszyscy pobiegną głosować na PiS. Zdaniem owych sceptyków ludzie wezmą co im dali, a i tak zagłosują na tych, którzy w ostatnich latach mniej ich wkurzyli. W debacie nie zabrakło też głosów niezadowolenia, bo w rzeczy samej nie jest sprawiedliwe, gdy ci z najniższą emeryturą dostają sto procent „trzynastki”, a ci, którzy mają 10 tysięcy emerytury otrzymają dodatkowo zaledwie 10 procent swojego dochodu…

Wygląda na to, że te krytyczne głosy dotarły do Kaczyńskiego, który zrozumiał, że do wygrania wyborów „piątka” może nie wystarczyć. Stąd ogłoszona właśnie wielka kampania obrony rodziny i prawa rodziców do wychowania dzieci według swego uznania. Popieram ją zdecydowanie i zarazem żądam, by władza nie przeszkadzała mi w wychowaniu moich dzieci w duchu tolerancji, empatii i przyjaznej otwartości na świat i ludzi oraz nie ograniczała im prawa do wzgardy wobec zawiści, nienawiści, ogłupiającej ciemnoty i Ordo Iuris.

PiS wyhodował tabun Niewiadomskich, jak glisty wychodzą na powierzchnię, to ich pogoda

6 Mar

Przemysław M., 28-latek, zatrzymany przez policję w związku z podejrzeniem, o wysłanie listów z pogróżkami do kilku prezydentów miast oraz byłego prezydenta Lecha Wałęsy, mówił w prokuraturze o planowanym na połowę marca wtargnięciu do Sejmu. Zamierzał mieć ze sobą atrapę broni. Liczył się z tym, że może zostać zabity przez funkcjonariuszy ochraniających budynek.

Do tej pory przeszukano już mieszkanie, które Przemysław M. wynajmował w Warszawie. Okazało się, że mężczyzna kolekcjonował naboje oraz atrapy broni maszynowej i krótkiej. Znaleziono tam także listy zaadresowane do wielu polityków oraz substancję, którą mężczyzna chciał wsypać do kopert. Jak podaje RMF FM, proszek mógł poparzyć adresatów po otworzeniu przesyłki. Obecnie substancja jest badana.

Przypominamy, że w piątek prezydenci Szczecina, Lublina, Łodzi, Rzeszowa, Torunia, Koszalina, Kielc i Krakowa oraz były prezydent Lech Wałęsa otrzymali podejrzane przesyłki. W kopercie znajdowały się łuska z karabinu maszynowego, nabój bez prochu, zdjęcia kilkunastu prezydentów miast oraz list.

Bezrobotny mężczyzna z Krakowa, przesłuchany w Prokuraturze Okręgowej w Krakowie, usłyszał trzy zarzuty:

– zmuszanie groźbą bezprawną funkcjonariusza publicznego do przedsięwzięcia określonego działania – wydania oświadczenia co do zrzeczenia się funkcji prezydenta miasta;

– podejmowanie przygotowań do realizacji zamiaru dotyczącego usunięcia Sejmu RP jako konstytucyjnego organu Rzeczypospolitej Polskiej, poprzez gromadzenie niebezpiecznych przedmiotów, mogących mieć charakter militariów;

Metody osiągania celów przez polityków PiS nie są metodami akceptowalnymi z punktu widzenia prawa i norm społecznych.

Ze źródeł w PiS wiem, że politycy i działacze tej partii bardzo się boją, że przegrają wybory. Uważają taki wariant za całkowicie realny i prawdopodobny i zupełnie nie są na niego gotowi. Gdzie podzieją się ich rodziny, pozatrudniane po znajomości w spółkach skarbu państwa i państwowych instytucjach? Co z nimi będzie? Co się stanie z partią i jej ważnymi postaciami, jeśli zwycięska Koalicja Obywatelska rzeczywiście zacznie ich rozliczać z łamania prawa?

Politycy PiS są zaniepokojeni, ba, boją się, ale mało który z nich sądzi, że droga do odzyskania społecznego zaufania wiedzie po prostu przez poprawę własnych standardów, zachowań, jakości publicznych wypowiedzi, szacunku do politycznych oponentów. Mało który ma refleksję, że może trzeba było nie łamać prawa i Konstytucji, nie robić kuriozalnych miesięcznic, nie odbierać ludziom pełnej wolności demonstrowania, nie poszerzać zakresu inwigilacji obywateli, nie znosić trójpodziału władzy.

Skąd! Większość uważa, że demokratycznych polityków z opozycji i popierających ich ludzi trzeba trzymać jeszcze bardziej krótko, za pysk!, bo inaczej zacznie im się wydawać, że państwo jest dla nich, że mają jakieś prawa. A od tego, jak wiadomo, już tylko krok do rokoszu i buntu. Jasno wyraził to marszałek Terlecki, nazywając ludzi, którzy nie uważają żołnierzy „wyklętych” za bohaterów – „szmaciarzami”.

„Szmaciarze”, to słowo, które wzbudziło oczywiście oburzenie i niesmak u wyborców liberalnego centrum, ale wyborcom Terleckiego i PiS się spodobało, i to bardzo.
Tak jak spodobało im się, gdy posłanka PiS Bernadetta Krynicka określiła panią profesor Joannę Senyszyn mianem „ruskiej swołoczy”, gdy spoliczkowana została działaczka opozycji, gdy poseł Dominik Tarczyński szarpał posłankę PO Kingę Gajewską – spodobało im się to, ponieważ ludzie PiS utożsamiają agresję z siłą.

To utożsamianie agresji z siłą to zresztą klucz do zrozumienia wielu, na pierwszy rzut oka mało zrozumiałych, posunięć PiS. Kultura panująca w tej partii i wśród jej wyborców jest kopią kultury więziennej, w której kultura osobista, dobre maniery, takt i szacunek dla drugiego człowieka, nawet jeśli ma inne zdanie, oznacza słabość. A bicie, krzyk i „usadzenie” przeciwników – to oznaka siły. I tak jak „słabi” nie przeżyją w więzieniu, tak, zdaniem posłów PiS, nie przeżyją także w polityce. To tłumaczy agresywne słowotoki, krzyki i wyzwiska, przemoc, czasem także, jak w przypadku posła Tarczyńskiego, który odpychał posłankę, także fizyczną.

Otóż politycy PiS są, w swoim mniemaniu, w dżungli i żeby przeżyć – muszą zabijać i nie mogą brać jeńców. Czyli nas – ludzi, którzy się z nimi nie zgadzają i nie zgadzają się z tym, jak traktują Polskę. Kluczem do zrozumienia tego, co będzie się działo w kampanii wyborczej, a moim zdaniem będzie się działo bardzo dużo złych i bezprawnych rzeczy, jest zrozumienie, że Prawo i Sprawiedliwość to nie jest normalna partia polityczna, a metody osiągania celów przez polityków tej partii nie są metodami akceptowalnymi z punktu widzenia prawa i norm społecznych.

Moim zdaniem, i powtarzam to od dawna, Prawo i Sprawiedliwość wypełniło zapisane w ustawie o partiach politycznych przesłanki do delegalizacji partii politycznej. Zgodnie z artykułem 44 tej ustawy Trybunał Konstytucyjny może zdelegalizować partię, której nie tylko program, ale i metody działania są niezgodne z Konstytucją. W tym kontekście staje się jasne po co było PiS opanowanie Trybunału Konstytucyjnego, który zdaniem wielu prawników, nie jest już Trybunałem, tylko jego atrapą i – zresztą – nie do końca legalnie działającym ciałem.

I dlatego właśnie, wracając do tematu, w kampanii wyborczej możemy spodziewać się wszystkiego, od rzeczy strasznych po absurdalne, jak niedawna decyzja sądu, że prokuratura powinna „wnikliwie zbadać” wywiad, jakiego udzielił premier Włodzimierz Cimoszewicz, a w którym skrytykował pomysł, żeby fundacja Tadeusza Rydzyka dostała kolejne publiczne pieniądze na prowadzenie muzeum chrześcijaństwa. Oczywiście – Cimoszewicz ma rację. Oczywiście, nie można robić z Rydzyka złotego cielca i – że względu na wykluczający, dzielący, agresywny i pogardliwy charakter publicznych wypowiedzi redemptorysty i ich antychrześcijański charakter, jest on ostatnią osobą, której fundacja powinna prowadzić muzeum dziejów chrześcijaństwa. Oczywiście – w wolnym, demokratycznym kraju, w którym szanuje się konstytucyjną wolność posiadania i wygłaszania własnych opinii, nikt nie zmuszałby prokuratury do „analizowania wywiadu prasowego” byłego szefa rządu ani kogokolwiek innego. Oczywiście – nikt nie powinien tłumić wolności wypowiedzi, zamykając usta ludziom, którzy mówią prawdę, żeby nie przeszkadzali w głoszeniu kłamstw.

Jednak w tej kampanii wyborczej to nie będzie miało znaczenia, podobnie jak uczciwość, prawda, prawo i swobody obywatelskie. Ta kampania dla ludzi o więziennej mentalności jest grą o wszystko.

Kaczyński, Glapiński, Morawiecki idą na dno w swoim bagnie. Czy potraktować ich kijem, czy wysłać na banicję?

2 Mar

Na antenie radia RMF FM prezes Jarosław Kaczyński udzielił obszernego wywiadu, w którym odniósł się do sprawy budowy bliźniaczych wieżowców, nadchodzących wyborów i partyjnego programu wyborczego. W rozmowie z Krzysztofem Ziemcem szef PiS stwierdził, że złożyłby zeznania przed prokuraturą i jednocześnie zaznaczył, że budynek przy Srebrnej nie mógł powstać, bo „w Polsce nie ma praworządności„.

>>>

Ten fragment wypowiedzi prezesa natychmiast skomentował Lech Wałęsa. „Wieże+” – napisał na swoim Twitterze były prezydent, nawiązując tym samym do sztandarowego programu wyborczego partii rządzącej „500+”, który jak ujawnił w wywiadzie Kaczyński był jego własnym pomysłem.

W wywiadzie została poruszona również sprawa katastrofy smoleńskiej. Kaczyński powiedział, że „trwają prace dotyczące wyjaśnienia katastrofy, ale lepiej nie bulwersować opinii publicznej, nie prowadzić do wznowienia dyskusji, póki nie ma ostatecznych wyników.”

Również i te słowa prezesa doczekały się natychmiastowego wpisu ze strony Lecha Wałęsy, który nie krył oburzenia: „Dochodzimy do prawdy”. Bulwersująca ściema przez 96 miesięcy, kosztem podatników i traumy rodzin ofiar katastrofy. Chodziło tylko o to żeby bratu wystawić pomnik większy niż Piłsudskiego którego pilnuje policja w reprezentacyjnym miejscu w Warszawie.”

Na koniec były prezydent odniósł się do wypowiedzi Kaczyńskiego na temat jego słabości, jaką jest oglądanie rodeo, które go strasznie bawi i śmieszy. „Rodeo będziesz miał już niedługo w wyborach” – napisał w swoim stylu Lech Wałęsa.

Po przedwczesnym wystrzeleniu się z wyborczych obietnic, tym razem ze znacznym opóźnieniem Jarosław Kaczyński zabrał się za pudrowanie swojego nadwątlonego taśmami wizerunku. Tym razem, po „mocnym” wywiadzie dla tygodnika „Sieci” zdecydował się udzielić odpowiedzi byłemu już dziennikarzowi „Wiadomości” TVP Krzysztofowi Ziemcowi na antenie RMF FM.

Wśród wielu wątków poruszonych w rozmowie na uwagę zasługuje szczególnie ten dotyczący taśm. Ziemiec zaczął wątek pytaniem: „Jeśli prokuratura zdecydowałaby o wszczęciu śledztwa i wezwała pana, stawi się pan na takie przesłuchanie?”. Kaczyński odparł, że oczywiście i dodał znamienne zdanie: „Jestem obywatelem jak każdy inny”. I jak każdy inny może „bez żadnego trybu”?

Kontynuując odpowiedział, że nie ma sobie nic do zarzucenia, a szwindel, w którym brał udział wynikał tylko z miłości do naszej wspólnej sprawy – Polski. „[…] chciałem zrobić coś bardzo pożytecznego z punktu widzenia, już nawet nie tylko mojego obozu politycznego, ale po prostu Polski. Nieco zrównoważyć tę sytuację na rynku idei, instytucji, które mogą wspierać różnego rodzaju idee. […] I gdyby ten budynek, o który chodzi, powstał, to Instytut Lecha Kaczyńskiego stałby się fundacją bardzo silną, a w dalszej perspektywie […] byłaby ta fundacja, czy ten instytut jeszcze dużo silniejszy. Krótko mówiąc: to chodziło właśnie o to, by wykorzystać pewne możliwości. Bo ta działka na Srebrnej to jest pewna możliwość”. 

Na koniec butnie wylał swe żale na to, że prawo krępuje jego biznesowe zapędy. Mówił: „Nie udało się z powodów przede wszystkim związanych z brakiem praworządności w Polsce, to znaczy w Polsce może być tak, że po prostu z powodów czysto politycznych i personalno-politycznych można czegoś odmówić instytucji, która ma do tego prawo”.

Czy wobec tego Prawo i Sprawiedliwość rozumie dewizę ze swojej nazwy, jako podporządkowanie prawa biznesowym interesom swoich członków?

Później redaktor zapytał o zasadność śledztwa prokuratorskiego, które ostatecznie pozwoliłoby oczyścić się Kaczyńskiemu z zarzutów. Prezes Prawa i Sprawiedliwości odpowiedział: „Śledztwo w moim przekonaniu sensu nie ma, ale to jest już decyzja prokuratury. I ja nie chcę w żadnym wypadku na nią wpływać”.

Samo zdanie „ja nie chcę w żadnym wypadku na nią [decyzję prokuratury] wpływać” zawiera jasną sugestię, że Kaczyński, po pierwsze ma moc do tego, żeby na decyzję prokuratury wpłynąć, po drugie, robi to publicznie naciskając podczas radiowego wywiadu, co zauważył słusznie Roman Giertych.

Jarosław Kaczyński ma się czego bać, dlatego udzielił wywiadu dla bezpiecznego redaktora, który pozwolił mu na subtelny przekaz dla Zbigniewa Ziobry. Mówiąc, że śledztwo nie ma sensu, nie brzmi wiarygodnie stawiając się w roli sędziego we własnej sprawie. Czyżby bał się, że śledztwo wywlecze na wierzch poważniejsze występki, bądź zaktualizuje listę haków łasego na władzę w Zjednoczonej Prawicy Ziobry?

Posłowie Platformy Obywatelskiej-Koalicji Obywatelskiej zapowiedzieli  złożenie zawiadomienia do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa w Narodowym Banku Polskim. Tym razem ma chodzić o kierowanie do rad nadzorczych instytucji finansowych osób, które nie spełniają podstawowych kompetencji określonych przez UE. – Do tej pory nie znamy kompetencji pań, które w tej instytucji zasiadają – mówił w Sejmie Jarosław Urbaniak z PO.

Posłowie PO-KO odnieśli się do opublikowanych przez NBP zarobków pracowników. Na mocy specjalnej ustawy NBP musiał ujawnić, ile zarabiają w Narodowym Banku Polskim współpracowniczki prezesa Glapińskiego: szefowa departamentu komunikacji i promocji Martyna Wojciechowska oraz dyrektor gabinetu prezesa NBP Kamila Sukiennik.

Z doniesień medialnych wynikało, że panie zarabiają po 65 tys. złotych miesięcznie. NBP dementował te informacje na konferencji po posiedzeniu RPP na początku stycznia. Wówczas dyr. Ewa Raczko zapewniała: – Na pewno nie zarabia rewelacyjnych 65 tys. zł. Tego typu zarobki występują na stanowiskach prezesów. Wojciechowska może być w grupie osób zarabiających nieco więcej, niż przeciętne wynagrodzenie dyrektora.

– Przez 3 miesiące prezes Glapiński nie był w stanie odpowiedzieć na nasze pytania, dlaczego pani z departamentu niezbyt merytorycznego zarabia o 22 tys. więcej od dyrektorów departamentów wyspecjalizowanych, merytorycznych, zarządzających, zajmujących się ryzykiem – mówi Krzysztof Brejza.

Dla kogo ekskluzywna willa

Ale to nie jedyne pytania, jakie posłowie opozycji zadali prezesowi Glapińskiemu. Pytali też o wyjazd do Davos, wynajem ekskluzywnej willi, a także o to, kto uczestniczył w wyjazdach zagranicznych.

– Będziemy pytać dalej, prezes Glapiński nie zaknebluje nam ust – mówił Krzysztof Brejza i zapowiedział, że przygotowywane są kolejne wnioski w trybie ustawodawczym o dostęp do informacji publicznej. – Opinia publiczna będzie miała pełną wiedzę nt. tego, jakie wielkie księstwo, państwo szejków pobudowane zostało w NBP – mówił poseł PO.

Jakie kompetencje maja tzw. dwórki?

Jarosław Urbaniak poinformował, że w związku z tym, że nie ma nadal odpowiedzi prezesa Glapińskiego na temat kompetencji pań kierowanych do rad nadzorczych instytucji finansowych, Platforma skieruje zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa w zakresie kierowania do rad nadzorczych osób, które nie spełniają podstawowych kompetencji, jakie zgodnie z prawem muszą spełniać.

Jak tłumaczył Jarosław Urbaniak, te kompetencje są dokładnie opisane przez instytucje unijne. Szczegółowy zapis kompetencji został wprowadzony po doświadczeniach z kryzysem greckim.

– To kolejny strzał w stopę pana Glapińskiego. Tuż przed ustaleniem budżetu europejskiego,UE dowiaduje się, że we władzach krajowego depozytu papierów wartościowych zasiadają osoby niekompetentne – mówił Urbaniak.

– Do dzisiaj nie znamy kompetencji pań, które w tych instytucjach zasiadają – dodaje poseł PO.

W Polsce rozpoczyna się maraton wyborczy, który zdecyduje o przyszłości kraju. Młode pokolenie polityków opozycji może zagrozić hegemonii PiS – pisze „FAZ” zastrzegając, że nic nie jest przesądzone.

W Polsce rozpoczyna się maraton wyborczy, który zdecyduje o przyszłości kraju. Młode pokolenie polityków opozycji może zagrozić hegemonii PiS – pisze „FAZ”, zastrzegając, że nic nie jest przesądzone.

Warszawski korespondent „FAZ” Gerhard Gnauck zwraca uwagę na przewodniczącego PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza. Zdaniem niemieckiego dziennikarza 37-letni lider może być jednym ze zwycięzców maratonu wyborczego w Polsce, zaczynającego się wyborami do Parlamentu Europejskiego w maju br., a kończącego się wyborami prezydenckimi w roku przyszłym.

Kosiniak-Kamysz należy do nowego pokolenia w polskiej polityce. Jego atutem jest młody wiek, a równocześnie doświadczenie w pracy w rządzie. Od 2011 do 2015 roku polityk PSL był ministrem pracy w rządach Donalda Tuska i Ewy Kopacz – przypomina Gnauck.

Autor wyjaśnia, że PSL jest silna na prowincji, ale w wyborach parlamentarnych nie może być pewna wyniku powyżej progu wyborczego. Kosiniak-Kamysz ucieleśnia „nowy PSL” – łączący tradycję i katolicką spuściznę z tematami w rodzaju ochrony środowiska i zielonej energii.

Pragmatyzm PSL

„PSL jest przede wszystkim pragmatyczny” – ocenia Gnauck. Po 1989 roku partia wchodziła w koalicję zarówno z postkomunistami jak i z liberalnym skrzydłem polityków wywodzących się z Solidarności.

„Dzięki temu pragmatyzmowi PSL może przeżyć swoją drugą wiosnę, jeśli wyborcy będą mieli dosyć polaryzacji spowodowanej grasującym w Europie populizmem. Wtedy może wybić godzina Kosiniaka-Kamysza” – spekuluje Gnauck dodając, że niektórzy obserwatorzy widzą młodego lidera jako premiera.

PiS traktuje ostatnio PSL jak swojego wroga i zwalcza partię chłopską wszystkimi dostępnymi środkami. Przestraszyło to PSL do tego stopnia, że przyłączyła się do Koalicji Europejskiej – szerokiego sojuszu na wybory do Parlamentu Europejskiego.

Na lewicy Nowacka

Jak zaznacza Gnauck, partnerem Kosiniaka-Kamysza w Koalicji Europejskiej będzie między innymi inna nadzieja polskiej polityki – Barbara Nowacka. Autor zwraca uwagę na lewicowe tradycje jej rodziny i podkreśla, że jej politycznym celem są prawa kobiet i rozdział Kościoła od państwa.

Gnauck pisze, że jednym z głównych tematów kampanii wyborczej będzie miejsce Polski w Europie. PiS co prawda twierdzi, że nie chce „polskiego Brexitu”, jednak opozycja ostrzega, że mając nawet dobre zamiary, można, jak brytyjski premier David Cameron swoim referendum, osiągnąć efekt przeciwny do zamierzonego.

W wyborach do PE Koalicja Europejska może uzyskać wynik w granicach 35 proc., mniej więcej tyle samo co PiS – przewiduje Gnauck.

Biedroń walczy na własną rękę

Autor przypomina, że do koalicji nie wszedł Robert Biedroń. Lider „Wiosny” pojmuje na swój sposób polską tradycję: wzorem dla niego nie jest marszałek Józef Piłsudski, lecz bojowniczki o prawa kobiet, które w 1918 roku w śniegu godzinami wystawały przed jego willą, by skłonić go do przyznania praw wyborczych kobietom. Biedroń uważa, że osiągnie sukces, działając na własną rękę. Sondaże dają mu wynik w granicach 10 proc.

Młode pokolenie polityków, nieobciążone walkami z okresu zwrotu w 1989 roku, może stworzyć opozycji nowe szanse. Ich młody wiek nie daje jednak gwarancji na sukces – zastrzega Gnauck, dodając, że PiS też ma w swoich szeregach młodych utalentowanych działaczy.

Na korzyść PiS przemawia fakt, że młodzi wyborcy w Polsce są obecnie nastawieni konserwatywnie i patriotycznie. Pewną rolę mogą odegrać też najnowsze obietnice socjalne – dodatek 500+ na pierwsze dziecko i trzynasta emerytura.

Mamy w Polsce świetlaną tradycję państwa podziemnego, nie jesteśmy więc skazani na czczenie zbrodniarzy. Ci, którzy gloryfikują Łupaszkę czy Burego, robią tak z wyboru, a nie konieczności.

Dzień tzw. żołnierzy wyklętych, czyli bojowników zbrojnego podziemia antykomunistycznego po 1945 r., stał się dla środowisk narodowej prawicy nową okazją do demonstrowania uwielbienia dla przemocy i pogardy dla norm świata cywilizowanego.

Spór nie polega na tym, czy przyznajemy słuszność tym, którzy sprzeciwiali się systemowi narzucanemu Polsce po wojnie przez Związek Sowiecki. Oczywiście, że przyznajemy. Nie kłócimy się nawet o to, czy walkę przeciw instalowanemu komunizmowi można było prowadzić z bronią w ręku. Można było. W obliczu przemocy, aresztowań, wywózek na Sybir wielu żołnierzy podziemia nie widziało innego wyboru, jak pozostać w lesie. Byli też tacy, którzy po rozwiązaniu AK wrócili do cywila, ale zagrożeni aresztowaniem ponownie dołączyli do oddziałów zbrojnych.

Przedmiotem sporu jest natomiast kwestia, jakich metod w walce zbrojnej można używać i do kogo można strzelać. Wojna też ma swoje prawa i jest regulowana międzynarodowymi konwencjami, które zabraniają mordować ludność cywilną. Nawet tocząc wojnę sprawiedliwą w słusznej sprawie nie wolno strzelać do kobiet ani dzieci, nie wolno uprowadzać chłopów z wozami do lasu, a następnie ich rozstrzeliwać.

A właśnie takie zbrodnie mają na sumieniu niektórzy z ludzi lansowanych ostatnio na „bohaterów narodowych”. Co gorsza, są oni lansowani nie tylko przez nacjonalistycznych ekstremistów spod znaku ONR i Młodzieży Wszechpolskiej. Pogrzeb majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” stał się w 2016 r. wielką uroczystością państwową, a sam „Łupaszka” został pośmiertnie awansowany do stopnia pułkownika. Jego gloryfikatorom z prezydentem RP Andrzejem Dudą jakoś nie przeszkadza fakt, że ten żołnierz AK miał na sumieniu zbrodnię wojenną polegającą na wymordowaniu – w odwecie za zbrodnię litewską we wsi Glinciszki – cywilnych mieszkańców wsi Dubinki na Wileńszczyźnie, w tym kobiet i nieletnich, zresztą nie tylko Litwinów, bo wśród ofiar trafiła się też Polska z kilkuletnim dzieckiem.

Inny idol narodowej prawicy Romuald Rajs „Bury” odpowiada za zamordowanie w Puchałach Starych na Podlasiu w 1946 r. 30 chłopów-furmanów, których najpierw uprowadził i zmusił do transportowania jego oddziału. Zamordowani byli prawosławnymi Białorusinami i wszystko wskazuje na to, że właśnie to kryterium religijno-etniczne było powodem zbrodni, bo furmani narodowości polskiej zostali puszczeni wolno.

Takich oto bohaterów podsuwa nam nacjonalistyczna prawica jako wzorzec godny upamiętnienia, czczenia i naśladowania. A w tym samym czasie strasznie się oburza i potępia Ukraińców gloryfikujących żołnierzy UPA, którzy mają na sumieniu zbrodnie wojenne. W tym przypadku jej stanowisko jest klarowne i precyzyjne: nie można rozgrzeszać i czcić zbrodniarzy, nawet jeśli walczyli o wolność swej ojczyzny.

Więc jak to jest, panowie prawicowcy, banderowców nie można gloryfikować, a Burego i Łupaszkę można? Ukraińcy mordujący polskich wieśniaków na Wołyniu są zbrodniarzami, a Polacy mordujący litewskich wieśniaków na Wileńszczyźnie i białoruskich na Podlasiu kim są? Bohaterami narodowymi?

Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie twierdzę, że czczenie przez Polaków polskich zbrodniarzy wojennych jest tak samo naganne jak czczenie przez Ukraińców zbrodniarzy ukraińskich. W rzeczywistości bowiem jest bardziej naganne i kompromitujące. Taka postawa bardziej obciąża polskie sumienia niż ukraińskie. Z tego prostego powodu, że Ukraińcy nie mają wyboru – UPA była jedyną formacją walczącą w czasie II wojny światowej o wolną Ukrainę. Każdy naród musi i chce czcić tych, którzy przelewali krew za ojczyznę – a tragedia i przekleństwo ukraińskiej historii polega na tym, że ta sama armia podziemna reprezentuje tradycję niepodległościową i ma na sumieniu masowe zbrodnie.

My w Polsce nie mamy takiego problemu – sięgając po wzorce z przeszłości, możemy się odwołać do czystej tradycji państwa podziemnego i Armii Krajowej, która jako całość nie splamiła się zbrodniami wojennymi ani nie ma na sumieniu czystek etnicznych. Mamy pod dostatkiem świetlanych postaci mogących służyć za przykład i inspirację. Mamy Jana Karskiego, Władysława Bartoszewskiego, ludzi organizujących w ramach polskiego państwa emigracyjnego i konspiracyjnego Radę Pomocy Żydom „Żegota”. Mamy powstańców warszawskich. Mamy setki tysięcy ludzi tworzących w czasie wojny największą podziemną armię na świecie. W przeciwieństwie do Ukraińców mamy alternatywę i nie jesteśmy skazani na czczenie zbrodniarzy.

Ci, którzy stawiają na piedestale Łupaszkę, Burego czy żołnierzy NSZ kolaborujących z hitlerowcami i odpowiadających za zbrodnie na Żydach, czynią tak nie dlatego, że nie mają wyboru. Mają wybór. Ale wolą tych idoli. To najlepiej pokazuje, jaki jest ich system wartości i kim są.

„Mateusz Morawiecki zaczynał od przestrzegania przed prostym rozdawnictwem. Był solidarystą, ale z pomysłem na bardziej różnorodne priorytety. Dziś został sprowadzony do roli mechanicznego, choć zaufanego wykonawcy. I to jest ważniejsze niż pytania, czy grożono mu dymisją, czy przeciwnie, może mieć uzasadnioną nadzieję na fotel pisowskiego delfina” – przekonuje publicysta Piotr Zaremba.

Jest jak pokerzysta, któremu karta nie idzie, więc podwaja stawkę i gra o wszystko” – napisał o premierze Mateuszu Morawieckim Krzysztof Mazur z Klubu Jagiellońskiego. Od dwóch polityków Prawa i Sprawiedliwości usłyszałem, że ten tekst, zawieszony na stronie klubu, zrobił pewne wrażenie w obozie rządowym.

Kasjer od wypłat

Mazur sformułował tę ocenę roli Morawieckiego przy okazji skrytykowania najświeższego pomysłu PiS na wygranie wyborów za pomocą 40 mld zł, w dużej mierze rozdawanych obywatelom. Zwrócił uwagę, zresztą nie on jeden, na dokonanie strategicznego wyboru: finansowania konsumpcji zamiast naprawy, jak to nazywa Mazur, różnych polityk publicznych (a w szerszym sensie kosztem rozwoju).

Nie o wszystkim da się tak powiedzieć. Zamiar dofinansowania połączeń komunikacyjnych ma naturę prorozwojową, cywilizacyjną. Tym niemniej warto przypomnieć, że Morawiecki zaczynał karierę w rządzie PiS od wypowiadanych na zamkniętych zebraniach przestróg przed rozdawnictwem traktowanym jak lek na wszystko. Dziś staje się tego rozdawnictwa twarzą.

Pewnie znajdzie środki, choć zapowiedzi sfinansowania wszystkiego z uszczelnienia systemu podatkowego brzmią gołosłownie. Trzeba będzie ciąć inne cele. A przy okazji zmienić się – mowa nadal o premierze – w kasjera od wypłat.

Pisowscy obserwatorzy boją się bardziej innych konsekwencji, też wyborczych. – Mówiliśmy, że nie mamy dużo mniejszych pieniędzy dla nauczycieli czy lekarzy. Teraz możemy dać tym grupom jedynie ochłapy, co wpłynie na kampanię. A na dokładkę musimy się tłumaczyć, skąd mamy te 40 mld zł – relacjonuje ważny polityk obozu rządowego, dodajmy, w przededniu strajku szkolnego, który może zakłócić egzaminy.

Oczywiście mój rozmówca nie będzie zarazem kwestionować rozmachu budżetowych prezentów. Możliwe przecież, że ich adresaci zaważą na wynikach wyborów, są to wszak grupy najszersze. Komentatorzy próbujący się przebić ze swoimi przestrogami wypadają w takim przypadku jak śmieszni osobnicy idący z parasolem naprzeciw huraganowi.

Na kłopoty wyścig z Wiosną

Trudno też nie zauważyć dodatkowych, można rzec, łagodzących okoliczności. Opozycja w głównym nurcie nie prezentuje zasadniczo odmiennego programu, a pierwszą reakcją Grzegorza Schetyny było podkreślenie, że 500 plus na pierwsze dziecko to pomysł Platformy Obywatelskiej. Ten rządowy pakiet jest także odpowiedzią na ofensywę Roberta Biedronia. To Wiosna przypomniała o niezrealizowanej obietnicy przywrócenia autobusu w każdej gminie, trzynastka dla emerytów to replika na żądanie emerytury obywatelskiej itp.

Można by rzec, że powstanie ruchu Biedronia przesądziło o kształcie polskiej polityki na najbliższe lata. Będzie się ona toczyć w cieniu licytacji nie tylko na ekonomiczny interwencjonizm (to dzieje się od lat), lecz także oznacza grę najprostszymi finansowymi transferami, często tracącymi pierwotne cele. Efekt pronatalistyczny programu 500 plus okazał się wątpliwy, a w przypadku pieniędzy na pierwsze dziecko jest wątpliwy jeszcze bardziej. Istotą staje się redystrybucja. Ona oczywiście zmienia trochę strukturę społeczną. Ale jej skutki w tej sferze pozostają niejasne, nieprzewidywalne. Jednak efekty polityczne na kilka miesięcy przed wyborami są niewątpliwe.

Zarazem opozycja ma trochę racji, twierdząc, że ta ofensywa to także odpowiedź na kłopoty obozu rządowego. Kiedy nie udało się zaryzykować wcześniejszych wyborów parlamentarnych przed europejskimi, PiS zajrzała w oczy groźna perspektywa wielu miesięcy bez nowych celów mobilizujących publikę, za to pod znakiem rozliczania rządzących z afer i nawet drobnych potknięć. Częścią tego stała się wyraźnie wykreowana na potrzeby wyborcze „afera Srebrnej”, ale nic bardziej nie drażniło ostatnio jak wysokie zarobki protegowanych prezesa NBP Adama Glapińskiego.

Doszły do tego inne porażki. Polityka zagraniczna nie jest w Polsce polem głównej rozgrywki, ale łatwo było przedstawić upokarzające nas wypowiedzi izraelskich polityków jako fiasko dotychczasowego kursu. Jarosław Kaczyński postanowił więc przeciąć wszystkie gordyjskie węzły za jednym zamachem. Nie korektami polityki podatkowej, manipulowaniem VAT czy kwotą wolną od podatku, a wielką narodową wypłatą. Wedle wszelkich informacji – dyskusji w kierownictwie PiS nie było. Sprawa rozegrała się między „Naczelnikiem” a premierem – przy czym ten ostatni otrzymał po prostu zadanie do wykonania: policzyć i przybrać w odpowiednie słowa.

Ten aspekt pozycji szefa rządu to kolejny powód zainteresowania w PiS takimi tekstami jak ten Mazura. Ścierają się skrajne wersje: premiera zagrożonego dymisją i premiera szykowanego na następcę. Trudno, aby politycy PiS nie śledzili takich wieści z zapartym tchem.

Latające nazwiska następców

Sami mają jedynie mglisty obraz sytuacji. Wszystko rozgrywa się w logice królewskiego dworu. Kogo nie ma w danej chwili w monarszej komnacie, ten jest skazany na plotki i domysły. Zresztą sama obecność też niczego nie gwarantuje. Wszystko może się rozegrać przed lub po oficjalnym spotkaniu. Partia nie ma nic wspólnego ze zbiorowością rozstrzygającą w następstwie dyskusji, gdzie wybiera się spośród rozmaitych wariantów. Rządowe agendy to jedynie przebudówki do dworskiego sposobu decydowania.

Historię o niebezpieczeństwach wiszących nad Morawieckim lansują, przesadnie, gazety opozycyjne typu „Newsweek”. Wiele wskazuje na to, że w kreowaniu takiej atmosfery uczestniczą z jednej strony politycy nielubiący premiera (Zbigniew Ziobro? członkowie zakonu PC?), z drugiej zaś otoczenie szefa rządu, które ulega częstym panikom.

Bywa, że informacje są nieprawdziwe. W internecie wieści o pisowskiej naradzie u Jarosława Kaczyńskiego po wypowiedzi Israela Katza i decyzji o wycofaniu się ze szczytu w Jerozolimie pojawiły się w dniu, kiedy nikt się nad niczym nie naradzał, a prezesa PiS nie było w ogóle w biurze. Nie można jednak wykluczyć, że niektóre pogłoski są generowane za wiedzą i zgodą „Naczelnika”. Trzyma on w ten sposób premiera w szachu, nie pozwalając mu wdawać się we własne gry. Choć w niektórych tygodniach spotykają się w cztery oczy prawie codziennie.

„Newsweek” twierdził, że po upokorzeniu Polski przez Izrael w powietrzu latały już nazwiska potencjalnych następców Morawieckiego. Jeśli latały, to chyba nie na serio – w tym samym czasie Kaczyński szykował się już do wielkiej operacji kupowania wyborców. Premier i jego ośrodek dowodzenia są mu potrzebni w tej operacji, aby zminimalizować złe skutki masowych nowych wydatków dla finansów publicznych. Zresztą Morawiecki stał się już twarzą permanentnej kampanii. Odkręcenie tego graniczy z szaleństwem.

Mamy raczej do czynienia z chwilową irytacją „Naczelnika”. Podobno nie miał świadomości, że u progu kampanii premier miał jechać na szczyt w Izraelu. Kaczyński jest człowiekiem, który zatwierdza nominacje nawet stosunkowo niskiego szczebla pracowników spółek Skarbu Państwa (to wszystko dzieje się na Nowogrodzkiej), ale czasem coś może mu umknąć.

Nie zauważa zresztą, że proizraelska nadgorliwość to tylko rezultat polityki, którą sam wymyślił i firmował. W modelu dworskim władca nie ponosi konsekwencji swoich wyborów, a z wadliwych detali rozliczani są ministrowie. Pogłoski o dymisji szefa dyplomacji Jacka Czaputowicza w maju są więc całkiem wiarygodne. I byłaby to symboliczna porażka premiera, bo ten szef MSZ został dobrany po to, aby osłabić wrażenie zdominowania dyplomacji przez agresywną retorykę skierowaną do wewnątrz Polski. Ale tryb podejmowania takich decyzji nie zakłada partnerskich targów między numerem jeden a numerem dwa, Kaczyńskim a Morawieckim.

A może delfin

Jest i wersja druga, sprzeczna z tą pierwszą. Kiedy okazało się, że pośród kandydatów do Parlamentu Europejskiego jest jeden z najbardziej wszechwładnych polityków PiS Joachim Brudziński, to prof. Antoni Dudek napisał, że prezes czyści Morawieckiemu przedpole, aby ten zajął miejsce delfina. Przeczyłoby to mnożonym sygnałom o niepełnym zaufaniu między numerem pierwszym a drugim. Za to uzupełniałoby się z pojawiającymi się czasem plotkami o dalszych kłopotach zdrowotnych Jarosława Kaczyńskiego.

Tyle że polityka, także ta personalna, rzadko przypomina precyzyjne ruchy w rozgrywce szachowej. Brudziński zaskoczył wszystkich – zdaje się, że prezesa również – prośbą o wysłanie do Brukseli. Na posiedzeniu kierownictwa PiS Kaczyński powołał się na „motywy osobiste” szefa MSWiA i podobno więcej w tym prawdy, niż można przypuszczać. Doraźnie oznacza to rzeczywiście usunięcie się z pola może najpoważniejszego rywala Morawieckiego. Rywala jednak potencjalnego, bo Brudziński starał się nie prowadzić z premierem wojen, a ich relacje były poprawne. Jeśli ktoś był wrogiem na co dzień, to Zbigniew Ziobro.

Otoczenie premiera nie dowierza, że wyjazd Brudzińskiego do Brukseli to sukces. Podejrzewa, że współpracownik prezesa, teraz podwładny Morawieckiego, po maju zyska czas i możliwości, aby wpływać na politykę krajową, wtrącać się w działalność partyjnego aparatu i szykować do rychłego powrotu. Rzecz w tym, że prawda może nie być ani taka, ani taka. Kaczyński z pewnością nie zrezygnował z ulubionego współpracownika. Już w 2010 r., kiedy kandydował na prezydenta, szykował go na ewentualnego następcę. Ale prezes PiS na ogół unika rozstrzygania takich rywalizacji przed czasem, ba, lubi je generować. W jego decyzję, aby samemu szybko wycofać się z polityki, trudno uwierzyć. Chyba że o czymś nie wiemy.

Na razie więc w kwestii pozycji premiera odpowiedź musi brzmieć: ani triumf, ani zgon. Zapowiadana na koniec maja rekonstrukcja rządu może być nawet odczytywana jako sukces Morawieckiego. Odejdzie na przykład do Brukseli Beata Szydło, odbierana jako inny jego potencjalny konkurent. Wprawdzie wicepremier nie umiała podgryzać polityki swojego szefa w mediach (w każdym razie tak skutecznie, jak robili to jego współpracownicy, kiedy ona była szefem rządu), ale zachowywała więź z lokalnymi działaczami, pośród których Morawiecki nigdy nie zyskał całkowitego miru.

Czy jednak ten sukces będzie taki przemożny? Wieści o odejściu Czaputowicza pokazują, że nie całkiem. Co więcej, jeśli przypisywać premierowi wyniesioną z korporacji dbałość o poziom kadr, decydować będzie trafność obsady resortów, a tu pierwsze informacje nie są zbyt optymistyczne. Jarosław Zieliński, obecny wiceszef MSWiA, jako potencjalny minister edukacji może być tylko produktem plotek, ale to symbol wyrzeczenia się aspiracji, aby mieć silny i ambitny gabinet.

To samo można zresztą powiedzieć (to już nie wiąże się bezpośrednio z Morawieckim) o części liderów list do Parlamentu Europejskiego.

Trzeba zrozumieć postawienie na głośne nazwiska, na pierwszą ligę. Ale eksminister rolnictwa Krzysztof Jurgiel, który będzie w Brukseli tylko błądzącym po korytarzach statystą, to potraktowanie miejsc w europarlamencie jako synekur w nagrodę za wierność. Takich Jurgielów jest na listach więcej.

Ile się nie udało

Akurat na takie ostentacyjne postawienie logiki partyjnej ponad państwową Kaczyński może sobie pozwolić. Straty poniesione w ostatnich miesiącach są niewątpliwe, można by do nich dodać sondażowy efekt przedwyborczego jednoczenia opozycji, ale biorąc pod uwagę siłę artyleryjskiego ostrzału krajowych mediów i zagranicznych instytucji, a również mnogość porażek i błędów, nie są one aż tak wielkie. PiS okazał się trwale związany z Polakami, w jakiejś mierze teflonowy, nawet jeśli ten efekt słabnie.

Ostatni pakiet zapowiedzi to raczej dodatkowa polisa ubezpieczeniowa niż rozpaczliwy ratunek. Takie grzechy jak stawianie na słabych ludzi PiS może odkupić. Podobnie niefunkcjonalność systemu, w którym Polską próbuje się zarządzać z jednego skromnego gabinetu. Choć może, gdyby nie patologie nagminnego mieszania partii z państwem, cena nie musiałaby być tak wysoka jak 40 mld zł z budżetu państwa.

Oczywiście można też na to spojrzeć inaczej. Jeśli celem Jarosława Kaczyńskiego było wykreowanie nowych elit i trwała zmiana społecznej świadomości Polaków, efekty nie są porażające. Odniesiono tylko połowiczny sukces w uzależnianiu wymiaru sprawiedliwości od obecnego układu rządzącego. Z części zamysłów trzeba się było wycofywać, a inna część reformy sądów wciąż jest zagrożona interwencją instytucji europejskich.

Z tych samych powodów nie podjęto próby przebudowy rynku medialnego, poza przejęciem mediów publicznych i doraźnym wspieraniem własnych tytułów. TVP służy topornej partyjnej propagandzie, za to w mniejszym stopniu wykuwa postawy ideowe Polaków. Możliwe, że świeży mandat wyborczy ośmieli PiS w tym względzie. Chociaż przykład porażki w starciu z Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej w kwestii sądownictwa, i to bez walki, pokazuje, że pole manewru nie będzie wielkie.

PiS nie zyskał większego wpływu na świat kultury, minimalnie skorygował układ sił na tym polu. Wielka kampania antyklerykalna różnych środowisk – od akcji „antypedofilskich” po film „Kler” – osłabiła efekt początkowej zmiany nastrojów w kierunku bardziej konserwatywnym. Możliwe, że Polacy są dziś odrobinę bardziej nieufni wobec dyrektyw płynących z Zachodu, możliwe też, że starcia ze środowiskami żydowskimi popychają różne środowiska w kierunku rządu. Ale straty mogą być tu równie bolesne jak zyski. Na dokładkę podgrzewanie nastrojów wokół tej tematyki grozi ekspansją skrajnej, całkiem nieobliczalnej prawicy.

Konserwator perpetuum mobile

PiS-owi jako najpewniejsza pozostaje sfera społeczno-gospodarcza, gdzie naturalnie odniósł kilka sukcesów. Jest nim zmniejszenie rozwarstwienia społecznego przy zachowaniu – na razie – względnej stabilności finansowej. Był to cel ważny dla wielu polityków PiS, w tym dla Kaczyńskiego. Wiązał też z rządem pokaźny elektorat.

Ostatnie przedwyborcze inicjatywy oznaczają jednak ewolucję tej polityki w kierunku rozdawnictwa na wielką skalę. Możliwe, że polskie finanse to wytrzymają, ale wyznacza to kierunek rozwoju na najbliższe lata. I oznacza przyznanie się do tego, że tylko za taką cenę PiS jest w stanie kupować sobie poparcie w innych sferach. Bez drenowania budżetu nie byłby go pewny. Ile w tym winy samej socjalnej prawicy, a ile zewnętrznych okoliczności, to inna sprawa.

W latach 30. amerykański prezydent Franklin Delano Roosevelt, na którego Nowym Ładzie Kaczyński trochę się wzoruje, był oskarżany, że tworzy „kulturę zasiłku” jako swoiste perpetuum mobile gwarantujące jego partii zachowanie władzy. W USA, kraju o skądinąd całkiem innym modelu społecznym, dużo bardziej wolnorynkowym, zatrzymano się na tej drodze. Jak będzie w Polsce?

Nawet gdyby Mateusz Morawiecki odziedziczył kiedyś po Kaczyńskim władzę nad partią i nad Polską, nie będzie mógł łatwo zejść z tego kursu. Choćby dlatego, że większość zaciąganych dziś wobec Polaków zobowiązań państwa ma charakter permanentny. Ani obecnej opozycji nie będzie łatwo ich w przyszłości ograniczyć, ani samemu PiS. Dawny prezes banku musi znać cenę takiego modelu. Ile jest w tej najnowszej ofensywie z niego samego? Małe fragmenciki, zresztą te najmniej konkretne, kiedy zapowiada obniżkę kosztów pracy czy poprawę infrastruktury.

Przypomnę raz jeszcze: Morawiecki zaczynał od przestrzegania przed prostym rozdawnictwem. Był solidarystą, ale z pomysłem na bardziej różnorodne priorytety. Dziś został sprowadzony do roli mechanicznego, choć zaufanego wykonawcy. I to jest ważniejsze niż pytania, czy grożono mu dymisją, czy przeciwnie, może mieć uzasadnioną nadzieję na fotel pisowskiego delfina.

Ksiądz od Kaczyńskiego milionerem, Macierewicz zapomniał o zamachu smoleńskim i inne pisowskie populizmy

28 Lu

Małe sprostowanie, wynajęli willę. Reszta zostaje.

Ksiądz Rafał Sawicz od czasu, kiedy w „Gazecie Wyborczej” pojawiły artykuły o tzw. taśmach Kaczyńskiego, był nieuchwytny. A to właśnie ksiądz był jedną z osób, która w imieniu Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego podpisała się pod dokumentami, umożliwiającymi rozpoczęcie budowy dwóch wież przez związaną z PiS spółkę Srebrna. Austriacki biznesmen Gerald Birgfellner zeznał w prokuraturze, że przekazał 50 tys. zł w gotówce, które miały trafić do księdza Sawicza za złożenie tegoż podpisu.

Teraz „cudem” odnaleziony ksiądz wydał oświadczenie, które rozpowszechnił jego pełnomocnik mecenas Janusz Masiak. – „Nie chcę i nie będę rozmawiać z żadnymi mediami. Jeżeli zajdzie taka konieczność, będę oczywiście do dyspozycji odpowiednich organów państwowych” – napisał ks. Sawicz.

Z oświadczenia wynika, że ks. Sawicz czuje się „ofiarą”. – „Jestem zdumiony zamieszaniem i skalą zmanipulowanych informacji wokół mojej osoby. Od lipca 2016 roku nigdy nie prowadziłem i nie prowadzę działalności publicznej i uważam, że zasługuję na ochronę prywatności mojej i moich najbliższych. Niestety — ta prywatność w ostatnim czasie była naruszana przez dziennikarzy i ich publikacje” – uważa Sawicz.

Zdumiewać mogą jego słowa, że „wchodząc w skład Rady Fundacji uważałem, że nie będzie to działalność publiczna i nadal tak uważam”. Oświadczenie księdza Sawicza nosi datę 26 lutego.

Poseł PO, Krzysztof Brejza bezskutecznie od wielu miesięcy próbuje się dowiedzieć szczegółów na temat postępów prac sejmowej podkomisji badającej katastrofę smoleńską. Nic dziwnego – ostatni komunikat na jej stronie pochodzi z września zeszłego roku. Najwyraźniej „chodzi o to, aby wyjaśniać, a nie żeby wyjaśnić i skończyć wyjaśnianie…” – komentuje ten fakt na Twitterze poseł Brejza.

Co więcej, gdy poseł próbował wysłać kilka pism listem poleconym na adres podkomisji, pisma … wróciły. Listonosz nie zastał nikogo pod wskazanym adresem i nikt awiza nie odebrał.

Czy taki sam los spotka przesyłkę kogoś, kto zechce przesłać pocztą nowe informacje dotyczące katastrofy w Smoleńsku? – zastanawia się Krzysztof Brejza.

Portal naTemat przypomina, że już w grudniu zeszłego roku poseł wysłał do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie pismo w sprawie zatajania informacji o aktywności podkomisji smoleńskiej przez Antoniego Macierewicza. Polityk pytał między innymi o liczbę posiedzeń podkomisji, jej koszty i zlecone opinie oraz ekspertyzy.

PiS zapewnia, że środki na obietnice zostały zabezpieczone, choć nie ma po nich śladu w ustawie budżetowej.

W związku z rokiem wyborczym Gwiazdka – wyjątkowo – zacznie się już w maju i potrwa aż do końca października. Po konwencji partii aktualnie rządzącej wiadomo już również, kto wystąpi w roli Świętego Mikołaja. Będzie to – osobiście – prezes Jarosław Kaczyński, choć to jednak nie do końca pewne, jak będzie wyglądała obsada roli Gwiazdora na jesieni. Bo do przejęcia Wielkiego Worka z prezentami sposobią się też Robert Biedroń i Grzegorz Schetyna.

A to dlatego, że – jak się to mówi – „nie ma zmiłuj” i jak się nie obieca wypełnić worka z „plusami” po samą kokardę, to nie ma sensu stawać do żadnych wyborów. Kto chce sobie porządzić, ten musi wysupłać te 35-40 miliardów.

Opozycja przyjęła do wiadomości, że za sprawą pana prezesa dokonał się – jak to ujęła na konwencji premier Szydło – „przewrót kopernikański” w dziedzinie marketingu politycznego, polegający na rewolucyjnej obserwacji, że świat lokalnej polskiej polityki kręci się nie wokół interesu publicznego, tylko osobistych korzyści materialnych konkretnego Kowalskiego. Mówiąc inaczej, wygrywa ten, kto obiecuje „kasę do ręki”.

Sądząc po katalogu obietnic przedwyborczych, tę lekcję odrobili już chyba politycy wszystkich opcji, którzy – jak jeden – starają się wrzucić do Wielkiego Wora z prezentami jak najwięcej. I – w zasadzie – wszyscy to samo.

Skąd ta kasa? Tego akurat to na razie nie wiadomo, ale partia aktualnie rządząca zapewnia, że środki na obietnice zostały zabezpieczone, choć nie wiadomo gdzie je trzymają, bo nie ma po nich śladu w ustawie budżetowej. Więc pewnie leżą w sejfie przy Nowogrodzkiej.

Natomiast co do opozycji, to wskazuje te same źródła, co partia rządząca (rezerwy budżetowe) plus oszczędności na… „minusach”. Bo przecież od dawna wiadomo, że – cytując klasyka – w każdym zbiorze Plusów istnieją „plusy dodatnie” oraz „plusy ujemne”.

„Dobra zmiana” i jej „plusy dodatnie” miały zaś pewne – nazwijmy to – „koszty dodatkowe”, o których informowano wyjątkowo drobnym drukiem. Opłata za pięćsetplusa została odebrana w praworządności, wolności mediów i sądów, niezależności służb i prokuratury, polityce zagranicznej oraz posadach w spółkach skarbu państwa dla „nowych elit”. No i w rozlicznych interesach robionych na układzie zależności i znajomości między biznesem i partią władzy.

Te „pięćset minusy” chce zmonetaryzować opozycja, wstrzymując bizantyjskie inwestycje, zamykając nietrafione projekty, oszczędzając na pensjach asystentek w NBP, odprawach zmieniających się co kwartał prezesów spółek oraz na transferach środków do rozlicznych Instytutów Tego i Owego. A też na hojnych dotacjach dla zaprzyjaźnionych z władzą mediów, organizacji i fundacji.

Do zapowiadanych przez wszystkie partie transferów socjalnych KE dokłada jeszcze niemal bezkosztową opcję „normalność plus” – naprawę relacji z Unią, przywrócenie praworządności i swobód obywatelskich oraz ukrócenie szalejącego kolesiostwa i nepotyzmu, a też wyjaśnienie rozlicznych świeżo ujawnionych „afer” wokół obozu władzy.

Te same „plusy dodatnie” plus – oczywiście – 500 plus i inne transfery socjalne ma też w standardzie „Wiosna” Biedronia, która dodatkowo proponuje jeszcze „bonus”, też niemal bezkosztowy, w postaci pakietów „świeckie państwo”, „węgiel minus” oraz „postęp – społeczny, obyczajowy i technologiczny”. To wszystko da się zrobić niemal za darmo. Wystarczą odpowiednie ustawy.

Natomiast co do kolejnych „plusów”, kosztujących dziesiątki miliardów, to warto trzymać się starej, bo jeszcze antycznej zasady, odnoszącej się – skądinąd – do Konia Trojańskiego: „Timeo Danaos et dona ferentes” (Boję się Greków, nawet gdy niosą dary). Bo z „darami” zawsze może się skończyć tak, jak niedawno w Grecji…

Leszek Miller to demokrata w przeciwieństwie do komucha Jarosława Kaczyńskiego

20 Lu

Właśnie rozsypał się obraz Jarosława Kaczyńskiego jako mnicha, który siedzi w klasztorze i zajmuje się tylko wielkimi strategiami i dobrem czynionym dla obywateli, a sprawy doczesne w ogóle go nie interesują. Poznajemy biznesmena, który zarządza inwestycjami wartymi miliony złotych – mówi były premier Leszek Miller, jeden z sygnatariuszy deklaracji „Koalicja Europejska dla Polski”. – Grzegorz Schetyna podjął się bardzo trudnej roli. Nie powinniśmy mu przeszkadzać, tylko pomagać. Cieszę się, że jego koncepcja sprawdza się. Potwierdzają to najnowsze sondaże – podkreśla.

KAMILA TERPIAŁ: Spotykamy się w restauracji w okolicach Sejmu. Nie tęskni pan za czynną polityką? Podobno to bardzo uzależniające…

LESZEK MILLER: To narkotyk, od którego bardzo trudno się odzwyczaić, ale z biegiem czasu można się bardziej uodpornić na jego „wdzięk”. Tym bardziej, że jak obserwuję to, co ostatnio dzieje się na Wiejskiej, to widzę, że można tu zastosować znane prawo Kopernika – „gorszy pieniądz wypiera lepszy”. Każda kadencja Sejmu jest gorsza od poprzedniej.

Sejm przestał być miejscem prowadzenia debat, wykuwania strategii i kontroli nad rządem. Stał się tylko maszynką do głosowania w rękach większości.

To może „polityczna emigracja” do Brukseli?
Ta decyzja nie zależy tylko ode mnie. Oprócz warunków politycznych muszę brać pod uwagę trudną sytuację rodzinną.

Podpisał się pan pod deklaracją „Koalicja Europejska dla Polski”. To apel o stworzenie szerokiej opozycyjnej listy wyborczej. Wierzy pan, że jest to możliwe?
Na początku chciałbym sprecyzować – spotkanie byłych premierów i ministrów spraw zagranicznych nie jest zawiązaniem żadnego komitetu wyborczego, ani tym bardziej zalążkiem list wyborczych. To jest apel skierowany do partii politycznych i różnych organizacji o szerokie porozumienie przed elekcją do Parlamentu Europejskiego. Czy do niego dojdzie? Nie wiem. Wydaje mi się, że do takiego rozwiązania skłania się SLD.

Widziałam, że rozmawiał pan z szefem Sojuszu Włodzimierzem Czarzastym. Przekonywał go pan?
Byłem ciekaw opinii przewodniczącego SLD, który wraz z ciałami statutowymi będzie musiał podjąć stosowną decyzję.

Dlaczego powinien podjąć decyzję o przyłączeniu się do Koalicji Europejskiej?
Taka koalicja programowo stoi na solidnym fundamencie. Partie polityczne, które potencjalnie mogłyby się w niej znaleźć, w sprawie poglądów na integrację europejską i rolę Polski w Europie są sobie bardzo bliskie. Poza tym zwykle koalicje zdobywają więcej mandatów niż pojedyncze podmioty. Według najnowszego badania Instytutu Badań Spraw Publicznych Koalicja Europejska otrzymałaby 40,2 procent głosów, PiS – 37,5, Wiosna Biedronia – 8,3. Poza tym

wybory do Parlamentu Europejskiego będą naprawdę ważne. Wystarczy przywołać słowa Jean-Claude’a Junckera, który powiedział: „Wystarczy iść na cmentarz wojenny, by zdać sobie sprawę z tego, jaka jest alternatywa dla jedności europejskiej”.

Polexit to realne zagrożenie? Czy bardziej niebezpieczne jest po prostu wypychanie Polski na margines Unii?
Celem PiS-u nie jest wyprowadzanie Polski z UE, bo to byłoby działanie konfrontacyjne w stosunku do większości Polaków. Chociaż patrząc na to od strony prawnej, polexit jest łatwy do przeprowadzenia. Wystarczy decyzja Rady Ministrów potwierdzona przez parlament i podpisana przez prezydenta.

W Wielkiej Brytanii też łatwo było podjąć decyzję, ale teraz widzimy, jak się kończy.
I to jest przestroga. Przykład brexitu pokazuje, co dzieje się z krajem, który wychodzi z UE – to nie jest problem dla Unii, tylko dla tego kraju. Podzielam gorzkie słowa Donalda Tuska o piekle dla zwolenników brexitu, którzy nie wiedzieli, jak go przeprowadzić. „Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało” – chciałoby się powiedzieć.

Przykład Wielkiej Brytanii nie będzie zachęcał PiS do klasycznego polexitu, ale utrzymania Polski na najniższym poziomie integracji europejskiej, w którym chodzi głównie o sprawy finansowe i gospodarcze. Cała sfera wartości i kryteriów aksjologicznych jest obciążeniem i władzy przeszkadza. Unijne dokumenty rysują klasyczny model demokracji liberalnej, z podziałem władz i niezawisłym sądownictwem. A PiS chce wprowadzić w Polsce autokrację wyborczą.

Jak pan ją definiuje?
To

system autokratyczny oparty o wybory, ale z założeniem, że władza dana przez suwerena pozwala na wszystko, bez żadnych ograniczeń. Tymczasem demokracja liberalna to jest możliwość wykonywania władzy, ale tylko na podstawie i w granicach obowiązującego prawa, także unijnego. PiS odrzuca ten pogląd, stosując prymat woli partii rządzącej nad prawem i uznając, że wszystko można zmienić ustawą wedle życzenia większości parlamentarnej.

Na szczęście apetyt PiS został ograniczony interwencją Unii Europejskiej i okolicznościami międzynarodowymi.

Jakie zamiary obozu władzy są najbardziej niebezpieczne?
Dotyczące praworządności. Dziś jest ona poważnie zakłócona bowiem parlament, Sąd Najwyższy i Trybunał Konstytucyjny nie uznają wzajemnie swojej legalności. Poza tym następuje pacyfikacja sądownictwa, a przecież nie jest ono po prostu trzecią władzą, ale jedną z trzech równorzędnych władz.

To ma związek także z planami biznesowymi obozu władzy?
Oczywiście. Taśmy Kaczyńskiego opublikowane przez „Gazetę Wyborczą” nie są dla prezesa PiS-u na razie kłopotem prawnym. Dopóki PiS kontroluje wszystko, to prezes nie poniesie żadnych konsekwencji. Ale podkreślam słowa „na razie”. W tej chwili ważniejszy jest problem polityczno-wizerunkowy. Właśnie rozsypał się obraz Jarosława Kaczyńskiego jako mnicha, który siedzi w klasztorze i zajmuje się tylko wielkimi strategiami i dobrem czynionym dla obywateli, a sprawy doczesne w ogóle go nie interesują. Poznajemy biznesmena, który zarządza inwestycjami wartymi miliony złotych.

Zdziwił pana ten obraz prezesa?
Przyznam, że tak.

Słyszałem, że jakieś interesy gospodarcze prowadzone są blisko obozu władzy, ale myślałem, że to niewiele znaczy. Myliłem się.

PiS ma w związku z tym problem?
To nie spowoduje od razu znaczącego upadku w sondażach, ale może zabrać PiS-owi kilka procent, które akurat mogą zdecydować o tym, czy władza zostanie utrzymana.

Jarosław Kaczyński złamał prawo?
Działalności gospodarczej nie mogą prowadzić partie polityczne. Poseł może to robić, jeśli nie dotyczy to mienia Skarbu Państwa lub komunalnego, ale musi wpisać to do oświadczenia majątkowego. Z tego, co powszechnie wiadomo, Jarosław Kaczyński tego nie zrobił. Co więcej, zgodnie z prawem siedzibę partii można użytkować do różnych celów związanych z działalnością statutową, ale nie do negocjacji biznesowych. Tymczasem siedziba PiS-u przy ul. Nowogrodzkiej stała się takim miejscem. To są kłopoty prawne, które pojawią się, kiedy PiS straci władzę.

Tygodnik „Newsweek” twierdzi, że Jarosław Kaczyński „po raz pierwszy na serio zaczął się obawiać, że PiS może przegrać wybory. I to przez niego”. Słusznie?
Myślę, że taka refleksja się pojawiła. W końcu. Patrząc na różne decyzje PiS-u, od dłuższego czasu zadaję sobie pytanie: czy oni nie zadają sobie pytania, co się stanie, jak przegrają wybory? Do tej pory zmieniały się rządy, powstawały różne koalicje, ale nigdy nie przekraczano granic wyznaczonych konstytucją, prawem unijnym i umowami międzynarodowymi. Dlaczego? Zawsze pojawiała się bowiem refleksja, że jak zmieni się władza, to poprzednia zostanie rozliczona.

Czytałem niedawno, jak to Hermann Goering ze swoimi oficerami pojechał do Hamburga zbombardowanego przez aliantów. Wcześniej złożył przyrzeczenie, że na niemieckie miasta nie spadnie nigdy żadna aliancka bomba. Patrząc w zadumie na zrujnowane miasto, rzucił w stronę zaufanych kolegów: a co się stanie, jak przegramy wojnę? Taka refleksja pojawia się zawsze, prędzej czy później.

Jak się pojawiła, to zmieni strategię PiS-u?
Stratedzy PiS-u mają dwie drogi – zacząć łagodzić kurs albo wręcz odwrotnie. Trudno mi powiedzieć, co zrobią. Ale wydaje mi się, że jednak będą przykręcać śrubę. Przed nami rok wyborczy, który nie sprzyja zakopywaniu toporów wojennych.

Przed aferą taśmową wybuchła afera KNF. Niektórzy porównywali ją do afery Rywina. Pan widzi jakieś podobieństwa?
Nie. Rywin był producentem filmowym, a pan Chrzanowski wysokim urzędnikiem państwowym. Rywin nie sprawował funkcji regulacyjnych w stosunku do „Gazety Wyborczej”, a Chrzanowski wykonywał funkcje regulacyjne w stosunku do banku Leszka Czarneckiego. Rywin nie posiadał uznaniowej władzy wymagającej zaufania publicznego, a Chrzanowski takie atrybuty posiadał. Rywin nie miał żadnego wpływu na proces legislacyjny, a Chrzanowski skierował do ministra finansów list w sprawie priorytetowego „przejmowania banków”.

Władza Rywina dotyczyła wyłącznie filmów, które kręcił, władza Chrzanowskiego nad bankami i instytucjami finansowymi była zdefiniowana w ustawach.

Pan poniósł konsekwencje polityczne, SLD przegrało wybory. Dlaczego teraz większa afera zawisła w próżni?
Bo jest po prostu kolejną aferą, która nie wywołuje już takich emocji jak 15 lat temu. Poza tym wtedy powołano pierwszą sejmową komisję śledczą, która wzbudzała ogromne zainteresowanie, a dziś od mnogości takich komisji kręci się w głowie. Wówczas uważaliśmy, że prawda obroni się sama, a dziś wiadomo, że prawdzie trzeba pomóc. Niemniej i tak wytrzymalibyśmy wszystko, gdyby nie to, że ówczesny marszałek Sejmu Marek Borowski postanowił rozbić SLD i stworzyć własne ugrupowanie, a sprzyjał temu ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski. Proszę wyobrazić sobie sytuację, w której marszałek Marek Kuchciński rozbija PiS, a patronuje temu Andrzej Duda. Przecież to jest niemożliwe. PiS będzie się trzymał, dopóki nie popęka wewnętrznie. Problemem dla opozycji jest to, że jej spajająca siła jest słabsza, niż spajająca siła rządzącego PiS-u.

Może już zaczyna pękać? Aresztowanie Bartłomieja M. jest odbierane jak uderzenie w Antoniego Macierewicza.
Tyle że były minister obrony narodowej nie ma alternatywy. Nie będzie przecież tworzył własnego ugrupowania.

Ma po swojej stronie ojca Tadeusza Rydzyka. To mało?
Jak władza będzie chciała skarcić go za jakieś knowania na boku, to zrobi to bez zmrużenia okiem. PiS jest wystarczająco silny, aby nie tylko pogrozić ojcu Rydzykowi, ale zrobić coś, co on boleśnie odczuje.

A on nie jest wystarczająco silny, aby odebrać PiS-owi kilka procent poparcia?
Ojciec Rydzyk jest bardziej uzależniony od PiS-u, niż PiS od ojca Rydzyka. PiS ma potencjalną przewagę i może jej użyć. Tak jak w szachach – groźba ruchu jest silniejsza, niż sam ruch.

Tadeusz Rydzyk wie, że władza może wykonać ruch przeciwko niemu i knowania mu się nie opłacają zwłaszcza w aspekcie finansowym. Powtarzam, PiS-owi nic nie grozi, dopóki jest wewnętrznie zwarty.

Nie widzi pan potencjalnego rozłamowca?
Nie widzę. Ani Zbigniew Ziobro, ani Jarosław Gowin tego nie zrobią, a w otoczeniu Jarosława Kaczyńskiego nikogo takiego nie ma. Nad Ziobrą wisi wspomnienie konfliktu z czasów, kiedy tworzył Solidarną Polskę, natomiast Gowin jest orędownikiem dość marzycielskiej w polskich warunkach wizji połączenia wiary w Boga i w wolny rynek.

Podobno Mateusz Morawiecki buduje swoją pozycję w PiS-ie. Ale to nie on skieruje ostrze w stronę Jarosława Kaczyńskiego?
Tylko w przypadku, gdyby sam prezes ustąpił albo słaniałby się na nogach i nie mógł obronić swojej pozycji. Ale to nie jest jeszcze czas słabego prezesa i słabego PiS-u.

Co jeszcze musiałoby się stać, żeby osłabić PiS?
Załamanie się gospodarki mające wpływ na budżety rodzinne i afery czy skandale uderzające w tożsamość PiS-u. Pamiętajmy, że PiS szło do władzy pod hasłami pracy, skromności, umiaru, pokory i rozsądku. Słyszeliśmy też, że „po pieniądze nie idzie się do polityki”. Tymczasem kolejne tygodnie dostarczają wiedzy o aferach korupcyjnych, przykładach nadużywania władzy i nepotyzmu, które zrywają z tej partii maskę szlachetnej uczciwości. Sprawy KNF, SKOK-ów i NBP będą żyły nadal, a ujawniane szczegóły jeszcze nie raz rozpalą opinię publiczną. Tak jak wiadomość o zarobkach współpracowniczek prezesa NBP, kasujących miesięcznie po 65 tys. złotych. No i taśmy Kaczyńskiego, które mogą być przysłowiową kroplą przepełniającą czarę. W konfrontacji z tym wszystkim oferta sanacji życia publicznego i narracja typu „wystarczy nie kraść” będą coraz mniej wiarygodne.

Zabójstwo Pawła Adamowicza nie pozostawi żadnego śladu w sferze życia społeczno-politycznego?
Od początku byłem sceptyczny i przekonywałem, że nie będzie żadnego przełomu. Pamiętam nawoływania do jedności po śmierci Jana Pawła II czy sytuację po katastrofie smoleńskiej. Podobnie tragiczna śmierć prezydenta Gdańska nie mogła takiego przesilenia dokonać.

Wszelkie nawoływania do zakończenia mowy nienawiści są nieskuteczne dlatego, że tu nie chodzi o słowa, a o konflikt polityczny rozdzierający polskie społeczeństwo. Konsekwencją tego jest nieuniknione zaostrzenie języka, bo obie strony zderzają się ze sobą z ogromną siłą. Polacy podzielili się na zwolenników systemu autorytarnego i liberalno-demokratycznego, nawet jeśli inaczej swe wybory definiują.

Nie obawia się pan, że negatywne emocje w końcu kiedyś wybuchną?
Może tak się stać po wyborach parlamentarnych, kiedy wynik będzie zbliżony. Jedna ze stron uzna, że wybory zostały sfałszowane i wezwie swoich zwolenników do walki o władzę. Jesienne wybory to będzie gra o najwyższą stawkę. PiS nie będzie chciał oddać władzy, a druga strona będzie chciała ją za wszelką cenę zdobyć. Jeżeli wybory zakończą się wyraźną przewagą jednej ze stron, to doprowadzenie do ulicznego konfliktu będzie trudne. Ale podejrzewam, że wynik będzie zbliżony. Warto pamiętać, że jakość demokracji mierzy się między innymi dwoma czynnikami. Ocenia się, jak realizowane są prawa mniejszości – także mniejszości politycznych, czyli opozycji, i to już wiemy. Jak przebiega proces cyrkulacji władzy, przejmowania i oddawania władzy. O tym dowiemy się jesienią tego roku.

Z jakich metod walki władza może jeszcze skorzystać?
O ważności wyborów będzie decydował Sąd Najwyższy. Chęć jego opanowania nie była przecież przypadkowa. To jest zresztą schemat sprzed wojny. Po zamachu majowym piłsudczycy rozprawili się zarówno z opozycją parlamentarną, jak i z sądownictwem. Usunięto wówczas prezesów SN. Reszta sędziów, przerażona, poszła na rękę władzy. W sumie usunięto około 600 sędziów. Przed wyborami w 1930 roku sądownictwo było już spacyfikowane, a liczba cudów nad urną była bardzo duża.

Władzy nie udało się przejąć w całości Sądu Najwyższego. Może jest jeszcze nadzieja?
Oczywiście. Tą nadzieją jest Unia Europejska. Poza tym widać, że wprawdzie PiS przejmuje sądy, ale nie przejmuje sędziów. Wiele optymizmu płynie z widocznych ostatnio przejawów społeczeństwa obywatelskiego. Chodzi mi przede wszystkim o zbiórki organizowane w Internecie na rzecz Europejskiego Centrum Solidarności, a wcześniej do „wirtualnej puszki” Pawła Adamowicza. To pokazuje, że

mechanizmy społeczeństwa obywatelskiego są w Polsce głęboko zakorzenione i uaktywniają się w odpowiednim momencie. To może być największa blokada przed ewentualnymi machinacjami wyborczymi. W decydujących momentach jesteśmy gotowi pojawić się w odpowiednim miejscu i zachować tak, jak sytuacja tego wymaga.

A potrzeba drugiego Okrągłego Stołu?
Dzisiaj mamy instytucje demokratyczne na czele z parlamentem, które spełniają funkcje Okrągłego Stołu. Nie potrzeba więc tworzyć kolejnych instytucji. Od liderów politycznych, zwłaszcza tych, którzy rządzą, wymagamy, aby przywrócić parlamentowi jego podstawowe funkcje – miejsce debaty i tworzenia dobrego prawa, wykuwania strategii i kontroli rządu. Okrągły Stół należy zostawić jako cenne doświadczenie. Bardzo żałuję, że tamten klimat i doświadczenia nie są możliwe do zastosowania w obecnych czasach.

Dlaczego?
Zapiekłość stron konfliktu jest na takim poziomie, że nie można tego „przejść”.

Wtedy też była…
Ale było też przekonanie po obu stronach, że jeżeli nie podejmie się odpowiednich działań, to może być tylko gorzej. Dzisiaj jest za to jest przekonanie, że może być tylko lepiej – mówię oczywiście o obozie rządzącym.

Wtedy od początku wierzył pan w porozumienie?
Nikt nie wiedział, jak to się zakończy. Wiadomo było, że trzeba zacząć, a potem zobaczymy. Co więcej, „Solidarność” szła do rozmów z niedużymi oczekiwaniami i nie było wśród nich, przynajmniej na początku, wolnych wyborów, utworzenia Senatu czy urzędu prezydenta. Te postulaty pojawiały się wraz z rosnącą dynamiką obrad. 30 lat temu, 6 lutego szykowałem się właśnie do wizyty w Pałacu Namiestnikowskim.

Byłem bardzo ciekaw Adama Michnika i Jacka Kuronia, bo w naszym środowisku mieli opinię diaboliczną. W czasie pierwszej przerwy poznaliśmy się na dłużej. Po czterech latach minister Jacek Kuroń wprowadzał mnie do ministerialnego gabinetu jako swojego następcę. Okrągły Stół był nieprawdopodobnym zdarzeniem w naszej historii i w naszym charakterze. Zawsze słynęliśmy z postaw bardziej rewolucyjnych niż ewolucyjnych. W kwietniu opuszczaliśmy Okrągły Stół z przekonaniem, że byliśmy świadkami czegoś wielkiego.

A nie zdrady?
Jeżeli ktoś twierdzi, że była jakaś alternatywa, to proszę, aby ją pokazał. Jak ktoś chciał przypuścić szturm na Komitet Centralny, to mógł to zrobić. Ale ci, co teraz twierdzą, że chcieli stanąć na barykadach, wtedy siedzieli w domu albo mieli po kilka lat. Dlatego teraz warto docenić, co wtedy zostało dokonane. Okrągły Stół jest świadectwem polskiej powagi i rozwagi oraz naszym jedynym politycznym towarem eksportowym.

„Dzisiaj brakuje nam bardziej Stasziców niż Rejtanów” – powiedział pan, podpisując deklarację „Koalicja Europejska dla Polski”. Kogo widzi pan w roli Staszica?
Staszic kojarzy się z działaniem oświeceniowym, rozważnym, pozytywistycznym i konstruktywnym. W wypowiedziach polityków PiS-u widzę Rejtana, a Staszicem powinna być Koalicja Europejska.

Cała czy inicjator, lider PO Grzegorz Schetyna?
Grzegorz Schetyna podjął się bardzo trudnej roli. Nie powinniśmy mu przeszkadzać, tylko pomagać. Cieszę się, że jego koncepcja sprawdza się. Potwierdzają to najnowsze sondaże. Schetyna zadzwonił do mnie i innych premierów z propozycją podpisania deklaracji i wezwania opozycji do wspólnego startu w wyborach.

Wtedy chwycił pan za telefon i zadzwonił do…?
Włodzimierz Czarzasty wcześniej uprzedził mnie o takiej możliwości, więc potwierdziłem, że idę na spotkanie.

Czyli relacje byłego szefa SLD z obecnym nie są takie złe, jak się o nich mówi.
Różnie bywa, ale nasze relacje są takie, jakie być powinny. Czarzasty stoi przed bardzo trudnymi wyzwaniami.

Czuje pan Wiosnę w powietrzu?
Jeszcze nie. Ale wie pani, co jest największym problemem wiosny? Że trwa tylko 3 miesiące.

Co może być prawdziwym problemem nowego ugrupowania Roberta Biedronia?
W Polsce jest elektorat, który jest wrażliwy na charyzmę medialną swojego lidera, przykłady można mnożyć: 8 lat temu Janusz Palikot, 4 lata temu Ryszard Petru, Paweł Kukiz, a teraz Robert Biedroń. W partiach korzystających z medializacji polityki, gdzie marketing dominuje nad treścią, po wejściu do Sejmu zaczyna się kryzys, który prowadzi do szybkiej destrukcji. Z czego to wynika? Z zestawu obietnic i postulatów, które dobrze brzmią w kampanii wyborczej, ale nie mogą być zrealizowane.

W Sejmie nie wystarczy mieć rację, trzeba jeszcze mieć większość. Robert Biedroń o tym wie, bo siedział w ławach sejmowych i nie jest żadną świeżynką. Dziwię się zatem, że abstrahuje od arytmetyki sejmowej i atakuje PO czy SLD. Przecież nawet jak dostanie się do Sejmu, to będzie musiał szukać sojuszników.

Przyszedł czas na debatę o rozdziale Kościoła od państwa?
Oczywiście, tym bardziej, że sojusz tronu z ołtarzem jest mocny jak nigdy dotąd, a znaczna część społeczeństwa jest zmęczona nadmiarem religii w sferze publicznej. Trzeba jednak mieć na względzie realia. Biedroń mówi o renegocjacji konkordatu, ale żeby rozpocząć rozmowy nad zmianą umowy międzynarodowej, która ma moc prawną większą niż ustawy, trzeba mieć zgodę drugiej strony, w tym przypadku Watykanu. Inny pomysł dotyczący zerwania konkordatu natrafi na mocną przeszkodę, bowiem ta forma relacji między państwem a Kościołem jest zapisana w konstytucji. Biedroń twierdzi, że w ustawie zasadniczej jest jasno napisane, że Polska jest państwem świeckim, ale takie słowo nie pada w konstytucji ani razu, w jakiejkolwiek konfiguracji. Nawiasem mówiąc, najlepszym sposobem walki z rosnącą konfesyjnością jest uporczywe domaganie się ścisłego przestrzegania poszczególnych artykułów konkordatu. Przekraczanie tej umowy pozwala bowiem stronie kościelnej uzyskiwać taką pozycję i takie dochody jak obecnie.  Na przykład konkordat zobowiązuje państwo do organizowania przez publiczne szkoły lekcji religii. Stanowi jednak, że lekcje katechezy mają być prowadzone z poszanowaniem tolerancji, tymczasem w praktyce częste są wypadki zapisywania na lekcje religii katolickiej całych klas, na zasadzie domniemania. Konkordat nakłada na państwo obowiązek finansowania tylko dwóch kościelnych szkół wyższych. Chodzi o Katolicki Uniwersytet Lubelski oraz o Papieską Akademię Teologiczną w Krakowie. Nie mówi o finansowaniu Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu.

Duchowni powinni stanąć po stronie demokratycznych wartości?
Kościół przestał głosić dobrą nowinę, a głosi dobrą zmianę. Staje się coraz bardziej siłą nacisku politycznego. W ten sposób łamie zapisaną w konkordacie zasadę autonomii państwa oczekując, że prawo państwowe będzie pełniło rolę służebną w stosunku do doktryny katolickiej. Hierarchowie mówią wprost o nadrzędności prawa Bożego nad prawem stanowionym, pomijając fakt, że Polki i Polacy są społeczeństwem światopoglądowo zróżnicowanym i że konstytucja gwarantuje im wolność sumienia. Kościół chce ewangelizować za pomocą prawa. To jest typowe dla państwa wyznaniowego, a nie demokratycznego.

Szkoda było panu Magdaleny Ogórek, kiedy „zaatakowano” jej samochód przed gmachem TVP?
Tak i dałem temu publicznie wyraz. Ale jak teraz dowiaduję się, że cała sprawa mogła zostać wyreżyserowana, to nie jest mi jej żal. Jeżeli pani doktor dała się użyć do inscenizacji i wykonała napisany wcześniej scenariusz, to zasłużenie ją to spotkało.

PiS przegra wybory, a więc Kaczyński odpowie przed prawem za pisowskie bezprawie

18 Lu

SONDAŻ OKO.press. Słabszy PiS remisuje z Koalicją Europejską (PO+.N+PSL+SLD) – po 19 euromandatów i 33-34 proc. głosów. Takie poparcie dałoby Koalicji w Sejmie 180 mandatów i razem z Wiosną (12 proc. głosów, 52 mandaty) pozwoliłoby odsunąć PiS od władzy. Gdyby Wiosny nie było, Koalicja miałaby 40 proc., ale mandatów tylko 223. Uwaga, Kukiz i Korwin rosną!

Gdyby taki był wynik do Sejmu koalicja KE z Wiosną miałaby większość

Taki jest obecny stan nastrojów. Gdyby podobnie wypadły jesienne wybory do Sejmu 2019 znalazłoby się w nim pięć ugrupowań, które łącznie zdobywają aż 93 proc. głosów. Wyliczamy liczbę mandatów:

  • PiS – 184;
  • KE – 180;
  • Wiosna – 52;
  • Kukiz’15 – 27;
  • KORWIN + RN – 17.

KE i Wiosna mogłyby zatem tworzyć koalicję większościową 232 mandatów ze sporą przewagą – 48 mandatów – nad PiS.

Nawet gdyby PiS próbował utworzyć koalicją prawicowo-narodową z Kukizem i Korwin-Mikkem, miałaby mniej – 228 mandatów.

>>>

„Mało kto wie, że Srebrna próbowała wejść nie tylko w deweloperkę, ale i biznes kawiarniany Srebrna Cafe – kawiarnia padła po 9 miesiącach, zakończyła działalność ze sporą stratą” – napisał na Twitterze poseł PO Krzysztof Brejza. Kawiarnia działała od lutego do października 2010 r. – „Straty na działalności bezpośredniej wyniosły ponad 82 tys. zł, straty z tytułu przeprowadzonych inwestycji oszacować można na kwotę ok. 64 tys. zł” – wynika z dokumentu cytowanego przez Brejzę.

Internauci byli bezlitośni w komentarzach: – „Czego nie dotkną to straty…”; – „Dowód na to, że wszystko czego dotkną zmienia się w Janów. Kompetentni”; – „Nic dziwnego, że wierzą tylko w państwowe, odpowiedzialność żadna, w najgorszym razie dołoży się z budżetu”; – „Ludzie nie chcieli chodzić z obawy, że w żyrandolach podsłuchy”. Ten ostatni komentarz to oczywiste nawiązanie do sprawy: „Żyrandole u Kosiniaka Kamysza świecą podsłuchami”.

Najwięcej jednak porównań internauci mieli z innym przedsięwzięciem. – „To prawie tak, jak Jaki Caffe. Przypadek?”; – „Srebrna cafe była zatem wzorcem i pierwowzorem Jaki cafe”. Przypomnijmy – Patryk Jaki jako kandydat na prezydenta Warszawy uruchomił w stolicy rzeczoną kawiarnię. Ze sprawozdania złożonego przez jego komitet w PKW wynika, że działalność Jaki Cafe pochłonęła aż 100 tys. zł, a funkcjonowała tylko dwa miesiące!