Tag Archives: wybory parlamentarne 2019

Władza w rękach prostaka. Z życia pasqud 25

20 Lip

Ultrakatolicka organizacja Ordo Iuris rozesłała do stowarzyszeń i fundacji, działających na rzecz środowisk LGBT czy wspierających ofiary przemocy wnioski o udostępnienie informacji publicznej. Domaga się od nich „wyszczególnienia i opisania wszystkich projektów”, którymi się zajmują i dostarczenia kopii wszystkich umów, zawartych od początku ich istnienia aż do 17 lipca 2019 r., czyli dnia wysłania wniosku przez Ordo Iuris.

„Dostaliśmy pismo od organizacji posiadającej ogromne zasoby, organizacji, która domaga się od nas przegrzebania dokumentów sprzed lat. Mamy na to 14 dni. Nikt w Fabryce Równości nie pracuje na nawet skrawku etatu. Od lat usilnie walczymy z wiatrakami i próbujemy zagwarantować podstawowe prawa człowieka osobom LGBT. Jest to w dużej mierze akcja przemyślana na dręczenie naszego środowiska, być może w jakimś stopniu próbę zastraszania. Zbiegło się to niezwykle fortunnie z akcją pewnej prawicowej gazety, która postanowiła dołączyć do swojego najnowszego numeru naklejki „Strefa wolna od LGBT+” – napisali na Facebooku działacze Stowarzyszenia Fabryka Równości z Łodzi. O wspomnianej akcji w artykule „Tygodnik Sakiewicza z homofobiczną naklejką – „Jakie to uczucie nawiązywać do spuścizny nazistów?”.

Pismo ultrakatolickiej organizacji trafiło także do Stowarzyszenia na Rzecz Kobiet BABA z Zielonej Góry. – Jeżeli Ordo Iuris chce wiedzieć o nas wszystko i musimy udostępnić im więcej informacji niż prokuraturze, ministerstwom, kontrolerom ZUS, NIK i kto nas tam jeszcze sprawdzał ostatnimi laty, to znaczy, że jesteśmy w ścisłej czołówce ogólnopolskich organizacji pozarządowych broniących praw człowieka i praworządności w Polsce” – czytamy na Facebooku Stowarzyszenia.

W rozmowie z „GW” prezes BABY Anita Kucharska-Dziedzic dodała: – „My nie mamy nic do ukrycia. Wszystkie sprawozdania publikujemy regularnie na naszych stronach. Będziemy dopytywać, co chcą wiedzieć konkretnie, bo pismo jest dość niejasno sformułowane. Materiałów, o jakie wnioskują jest tak dużo, że chyba prościej będzie zaprosić ich do nas, by na miejscu przejrzeli sobie wszystkie segregatory”.

>>>

Jeżeli ktoś w tych wyborach będzie prawdziwą koalicją, to właśnie Koalicja Obywatelska. W jej skład wchodzi kilka niezależnych podmiotów, reprezentowane są środowiska samorządowe, a to dopiero początek – mówi Tomasz Siemoniak, wiceszef Platformy Obywatelskiej, były minister obrony narodowej. – Do pokonania PiS-u potrzeba znacznie większej mobilizacji, niż “składanie” partii politycznych. PO wzięła odpowiedzialność za Koalicję Europejską, będąc jej największym podmiotem, ale pozostawiając przestrzeń dla partnerów, teraz chcemy stworzyć nową przestrzeń w horyzoncie obywatelskim – dodaje

KAMILA TERPIAŁ: Zacznę od najtrudniejszego pytania: dlaczego nie udało się znowu zjednoczyć opozycji? Co poszło nie tak?

TOMASZ SIEMONIAK: Duże znaczenie miała decyzja PSL-u, aby opuścić Koalicję Europejską. Tym samym szeroki blok stworzony na wybory europejskie przestał istnieć. Po rozmowach i próbach stworzenia go na nowo uznaliśmy, że jest to sytuacja, w której pewne sprawy trzeba przeciąć. Zdecydowaliśmy się nie kontynuować formuły partyjnej, która najwidoczniej się nie sprawdza, i zmienić formułę na obywatelskie listy ze społecznikami, członkami organizacji pozarządowych, samorządowcami. Do pokonania PiS-u potrzeba znacznie większej mobilizacji, niż “składanie” partii politycznych. PO wzięła odpowiedzialność za Koalicję Europejską, będąc jej największym podmiotem, ale pozostawiając przestrzeń dla partnerów, teraz chcemy stworzyć nową przestrzeń w horyzoncie obywatelskim. Chcemy, aby nasze listy przyciągnęły jak najwięcej wyborców, dały powiew świeżości i obywatelskiej energii.

ODWOŁUJEMY SIĘ NIE TYLKO DO KONKRETNYCH ŚRODOWISK, ALE TEŻ DO TYCH, KTÓRZY PRZEZ 4 LATA PROTESTOWALI W OBRONIE DEMOKRACJI. LICZYMY, ŻE TU JEST OGROMNY POTENCJAŁ, BO TO SĄ LUDZIE, KTÓRZY CHCĄ ZMIANY.

Dlaczego politycy PO nagle stwierdzili, że formuła partyjna się nie sprawdza? Wcześniej słyszeliśmy, że to najlepsze rozwiązanie.
Ta formuła pokazała jednak swoje ograniczenie, bo nie wygraliśmy w maju. Przyniosła co prawda dobry wynik i współpracę różnych środowisk politycznych, które wcześniej były podzielone, ale widać, że do zwycięstwa z PiS-em potrzeba czegoś więcej. Mamy swój program i nie chcemy, żeby teraz wszystko skupiło się na negocjacjach międzypartyjnych. Na posiedzeniu zarządu partii poczuliśmy, że dalsze negocjacje byłyby jałowe. W życiu i w polityce czasami tak bywa, że przychodzi moment, w którym trzeba zrobić śmiały krok do przodu.

PAROKROTNIE POKAZALIŚMY, ŻE POTRAFIMY PRZYCIĄGNĄĆ RÓŻNE ŚRODOWISKA. ZNOWU POKAZUJEMY, ŻE JESTEŚMY GOTOWI ZREZYGNOWAĆ Z WŁASNEGO SZYLDU DLA DOBRA WIĘKSZEGO PROJEKTU.

To nie jest jednak krok do tyłu? Włodzimierz Czarzasty, komentując decyzję PO, mówi, że “ze zdziwieniem patrzy, jak został rozwalony największy i najlepszy projekt po transformacji”.
To są emocjonalne oceny. Bywały jednak projekty, które miały wyższe wyniki wyborcze, niż ten wynik Koalicji Europejskiej.

Ale była to jednak najszersza koalicja, jaką udało się stworzyć.
Szerokość koalicji wyznacza wynik wyborczy. Tak naprawdę przesądza nie liczba partii, tylko liczba głosów i zdolność do zwycięstwa. Broniliśmy idei Koalicji Europejskiej i szerokiego bloku, ale w momencie, kiedy zdecydowanie wyszedł z niego PSL, sytuacja się zmieniła.

WYDAJE MI SIĘ, ŻE ANI PSL, ANI SLD NIE PÓJDĄ DO WYBORÓW JAKO KOALICJE, TYLKO POD WŁASNYMI SZYLDAMI.

Powstanie przecież lewicowa koalicja SLD, Wiosna i Razem.
Skończy się tak, że na listach SLD pojawią się działacze Wiosny i Partii Razem. Przecież Włodzimierz Czarzasty nie zaryzykuje po raz drugi tego, aby nie przekroczyć progu wyborczego. A PSL nawet nie ma z kim zawrzeć takiej koalicji. PiS też idzie do wyborów jako partia, biorąc na listy przedstawicieli dwóch innych partii. Więc jeżeli ktoś w tych wyborach będzie prawdziwą koalicją, to właśnie Koalicja Obywatelska. W jej skład wchodzi kilka niezależnych podmiotów, reprezentowane są środowiska samorządowe, a to dopiero początek.

W takiej konfiguracji przecież trudniej będzie wygrać z PiS-em.
Wierzyliśmy w szeroki blok i walczyliśmy o to do końca, ale nikogo nie można do niczego zmusić.

LICZYLIŚMY, ŻE KOLEDZY I KOLEŻANKI Z PSL-U, BIORĄC POD UWAGĘ INTERES POLSKI, ZDECYDUJĄ SIĘ JEDNAK DO NAS PRZYŁĄCZYĆ. OSTATECZNIE STAŁO SIĘ, JAK SIĘ STAŁO. ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA TO BIERZE PSL. MÓWIĘ TO NIE PO RAZ PIERWSZY – TAKA DECYZJA LUDOWCÓW TO OGROMNY BŁĄD.

Od dzisiaj mamy nową sytuację i skupiamy się na pracy jako Koalicja Obywatelska. Za tydzień chcemy pokazać dużą część list.

Może trzeba było przyjąć pod skrzydła KO chociaż polityków lewicy?
Uważaliśmy, że to nie jest dobry pomysł, bo szeroki blok ma sens tylko wtedy, kiedy znajdą się w nim wszystkie podmioty, które były w KE. Przyjęliśmy według nas najlepsze i optymalne rozwiązanie. Decyzja zarządu partii była jednomyślna. Współpraca w przyszłości jest jednak zawsze możliwa.

W NASZYM PRZEKONANIU WYBRALIŚMY ROZWIĄZANIE, KTÓRE DAJE NAJWIĘKSZĄ SZANSĘ NA WYGRANĄ Z PIS-EM.

Jest to skutek pewnej sekwencji zdarzeń, ale także przekonania, w którym miejscu na scenie politycznej jest PO i KO.

To jest ostateczna decyzja?
Tak. Nie ma czasu na zmiany. W sensie konstrukcji koalicji decyzja jest ostateczna, ale jesteśmy otwarci na współpracę z demokratami i patriotami, ze wszystkimi, którym dobro Polski leży na sercu. Będziemy pracować jeszcze nad konkretnym kształtem list wyborczych.

Zgłasza się na nie dużo osób spoza polityki?
Z tego, co wiem, to tak. Rozmowy na razie toczą się na poziomie regionalnym. Ale do mnie czy przewodniczącego PO też zgłaszają się osoby, które chcą do nas dołączyć. Czasami są to znane nazwiska, ale czasami po prostu obywatele, którzy nie godzą się na to, co się w Polsce dzieje. Pełny obraz będziemy mieli w ciągu najbliższych dni.

MAM POCZUCIE, ŻE NOWY PROJEKT KOALICJI OBYWATELSKIEJ JEST CIEKAWY I PRZYCIĄGAJĄCY LUDZI.

Politycy będą w stanie oddać dobre miejsca takim bezpartyjnym kandydatom?
Oczywiście. Tak było już w wyborach europejskich. Na przykład jedynkę w ważnym okręgu dolnośląsko-opolskim dostała pani Janina Ochojska, a w okręgu podlaskim Tomasz Frankowski. Mamy świadomość, że w polityce warto otwierać się na nowe osoby i obdarzać je zaufaniem. Potrzeba reagowania i szukania nowych twarzy, a nie obracania się w tym samym gronie, bo tylko wtedy można coś osiągnąć.

Pan będzie kandydował?
Zamierzam kandydować.

Wiadomo z którego miejsca i gdzie?
To okaże się w przyszłym tygodniu. Musimy jeszcze wszystko dopracować, tak aby listy były jak najbardziej optymalne.

PATRZĄC NA JEDYNKI PIS-U, WIEM, ŻE NASZE LISTY BĘDĄ SILNIEJSZE W SENSIE JAKOŚCI PERSONALNEJ.

Wierzy pan, że uda się opozycji wystawić wspólnych kandydatów do Senatu?
Mam nadzieję, że bez względu na wszystko zobowiązują nas wcześniejsze ustalenia. W okręgach jednomandatowych jest tak, że jeżeli kandydaci opozycyjni będą między sobą konkurować,to przyniesie jeden skutek – wygra kandydat PiS-u. A poparty przez wszystkich kandydat opozycji ma szansę w wielu miejscach wygrać. Pokazały to już wybory w 2015 roku. Jednomandatowe okręgi po prostu wymuszają współpracę. Chcemy zresztą oddać duże pole samorządowcom, aby proponowali kandydatów do Senatu. To ma być też wyjście naprzeciw ich postulatowi, aby Senat stał się izbą samorządową.

Pytanie, czy inni się na to zgodzą.
Od dawna zapowiadaliśmy to publicznie. Myślę, że się dogadamy.

SAMORZĄDOWCY ZGODZĄ SIĘ NA DOBREGO OBECNEGO SENATORA, A MY NA ŚWIETNEGO SAMORZĄDOWCA.

Nie boi się pan, że kłótnia i podział po stornie opozycji zamiast zmobilizować wyborców przyniesie odwrotny skutek? Ludzie chyba mają już dość politycznych sporów i wierzyli w zjednoczenie.
Wyborcy byli już zniecierpliwieni tym, że mijają tygodnie, a cały czas nie wiadomo, w jakim kształcie opozycja idzie do wyborów. Te decyzje kończą dyskusje i niepewność. Wiemy już, co dalej. Za parę dni te spory będą już odległą historią. Zaczynamy walkę o głosy Polaków.

Problem zacznie się wtedy, jak opozycja będzie o te głosy walczyć między sobą.
Jest takie ryzyko, ale mam nadzieję, że kapitał wypracowany w KE pozwoli nam się pięknie różnić. Będziemy rywalizować w wyborach, ale wierzę, że nie będziemy się jednocześnie atakować i używać języka agresji. Ze strony Koalicji Obywatelskiej jest taka wola, bo wiemy, że mamy wspólny cel – odsunąć PiS od władzy.

MUSIMY TEŻ MYŚLEĆ O PRZYSZŁOŚCI.

Po wyborach świat się nie kończy. Wierzę, że po pierwszych emocjach zwycięży jednak zdrowy rozsądek i poczucie, że więcej nas łączy, niż dzieli.

Sejmowa komisja śledcza ds. VAT miała w planach ponownie przesłuchać byłego premiera Donalda Tuska. Wielu spodziewało się zatem, że niedługo po raz kolejny może dojść do żenującego widowiska kompromitacji nieprzygotowywanych polityków PiS, tak jak miało to miejsce podczas poprzedniego starcia 17 czerwca, czy głośnego przesłuchania szefa Rady Europejskiej przez komisję ds. afery Amber Gold. Do takiego wydarzenia ku zaskoczeniu dziennikarzy jednak nie dojdzie, ponieważprzewodniczący komisji poseł Marcin Horała niespodziewanie oświadczył, że rezygnuje z planów przesłuchania byłego premiera.

Polityk stwierdził, że “Wszystko wskazuje na to, że Donald Tusk nie będzie już przesłuchiwany”Powodem takiej decyzji ma być unikanie przez szefa Rady Europejskiej stawienia się przed komisją. Marcin Horała konkluduje, że Tusk “ma pewne narzędzia, żeby to zrobić do pewnego czasu skutecznie”.

Chodzi przede wszystkim o fakt, że komisja śledcza planowała przesłuchać przewodniczącego Rady Europejskiej we wtorek 16 lipca, jednak mecenas Roman Giertych w imieniu Donalda Tuska złożył wniosek o usprawiedliwienie jego “nieobecności na posiedzeniu komisji ds. VAT” w oparciu o natłok obowiązków na końcu kadencji szefa Rady Europejskiej. W oparciu o powyższe przewodniczący komisji wysunął wniosek:
“Było jedno przesłuchanie, wiele najistotniejszych pytań padło.Uznaliśmy, że nie będziemy się bawić w króliczka, to jest niepoważne. Musielibyśmy wygenerować kilka terminów, a każdy co mniej więcej trzy tygodnie, tak żeby dotrzymać terminów doręczeń”.

Powyższe tłumaczenia zastanawiają jednak w świetle tego, jak bardzo zdeterminowany jest PiS w doprowadzaniu do końca spraw, które są mu politycznie na rękę. Taki ruch wskazuje bowiem jasno, że przesłuchanie Tuska nie jest dla rządzących dłużej priorytetowe. Powodów ku temu jest zaś co najmniej kilka. Pierwszym oczywistym jest to, że były premier nie jest łatwą ofiarą i próby zastawienia na niego zasadzki już parę razy skończyły się większymi szkodami dla samych przesłuchujących. Drugim równie ważnym elementem jest dążenie PiS, aby komisja złożyła raport przed jesiennymi wyborami. Poseł Horała przekazał, że dokument już powstaje teraz, aby zostać zaprezentowanym w sierpniu, co pokazuje, że członkowie komisji już stworzyli wizję, którą chcą przedstawić opinii publicznej, a co za tym idzie potrzeby zdobycia nowych faktów w komisji nie ma. Również warto mieć na uwadze, że Tusk nie otwierając ruchu politycznego po eurowyborach przestał być dla władzy tak palącym zagrożeniem, przynajmniej na najbliższe kilka miesięcy.

W świetle powyższych kolejne przesłuchanie nie dawało PiS większych korzyści, a wiązało się z politycznym ryzykiem, stąd decyzja Marcina Horały z tego punktu widzenia wpisuje się w strategię obozu władzy.

Zmiany w systemie podatkowym i emerytalnym, finansowanie pisowskiego eksperymentu oświatowego, realizacja wielu innych zadań to nic innego, jak obietnice wyborcze PiS załatwiane kosztem samorządów.

Tydzień temu przyznałam się, że życie w kraju nad Wisłą przestało być moim szczęściem, a stało się pechem. Bycie teraz polskim obywatelem niesie ze sobą spore wyzwanie, bo prawo, jakie znamy faktycznie nie obowiązuje, a na dodatek partia rządząca bardzo dba, by zapewnić nam takie rozrywki, które podkopują nasze poczucie bezpieczeństwa, stabilizacji i spokoju społecznego. Nie ma takiego obszaru życia publicznego, w którym by nie namieszała, nie skłóciła ludzi, nie zepsuła relacji obywatelskich.

Spójrzmy na samorządy – jednostki terytorialne, niesamowicie ważne dla dobrego funkcjonowania regionów, czyli nas, mieszkańców. I cóż się dzieje? PiS, realizując własne, autorytarne cele, sprowadza władzę samorządową do podłogi, mając w nosie jej rolę w rozwoju państwa i obrzucając winą za każde własne, fatalne posunięcie. Obniża podatek z 18% do 17%, ludzie wariują ze szczęścia, a przecież oznacza to stratę dużych pieniędzy. Tych pieniędzy, które samorządowcy ładowali w szpitale, oświatę, kulturę, infrastrukturę i wiele takich inwestycji, dzięki którym ich mieszkańcom powinno żyć się lepiej. Jak obliczono, obniżenie podatku oznacza 6,2 mld zł mniej w przyszłym roku, co spowoduje regres w finansach samorządowych i jednocześnie wpłynie na pogorszenie jakości życia w regionach. Może dojść nawet do takiej sytuacji, że nie uda się spiąć budżetu i… klapa. Kto za to odpowie? Oczywiście samorząd, bo przecież PiS wie, co robi, wszystko skalkulował i wiadomo, że jeśli coś pójdzie nie tak, to dlatego, że w regionach kiepsko rządzi wroga opcja.

Podobnie jest z zerowym PIT-em dla młodych do 26 roku życia. Ci się cieszą, bo więcej będą mieli w kieszeni, ale dla samorządowców to kolejny cios w plecy – to ok. 1 mld złotych mniej w budżetach. To strata kolejnych pieniędzy, które są niezbędne, by poziom życia mieszkańców rósł. Kto będzie odpowiedzialny za spadek inwestycji, niemożność przeprowadzania wszystkich, niezbędnych prac remontowo-naprawczych itp., itd.? Oczywiście wredne samorządy…

Co więc przyjdzie ludziom z obniżonego podatku lub „zerówki dla młodych”, gdy koszty życia w ich regionie znacznie wzrosną, zabraknie inwestycji, a to, co już zrobiono, będzie sobie niszczało z braku kasy, zamiast służyć mieszkańcom?

Nie zapominajmy też o tym, czym przez ostatnie tygodnie żyje cała Polska, czyli kumulacją roczników w szkołach ponadpodstawowych. To, co władza zafundowała młodym ludziom woła o pomstę do nieba. Tysiące dzieciaków nie dostało się do wybranych szkół i mogą być skazani na takie, które zupełnie nie odpowiadają ich planom na przyszłość czy oczekiwanemu poziomowi nauczania.

Kto winny tej sytuacji? Oczywiście samorządy. Krąży już nawet teoria spiskowa, którą politycy PiS ochoczo rozpowszechniają, jakoby z naborem absolwentów było wszystko w porządku, a tylko samorządowcy, będący przeciwnikami partii rządzącej, próbują rozegrać sprawę politycznie i dowalić PiS-owi. Jarosław Gowin np. piętnuje postawę samorządowców, podając przykład genialnego potomka swoich przyjaciół, który bez problemu dostał się tam, gdzie chciał i przy okazji z obrzydzeniem piętnując młodych ludzi za zrobienie sztucznego tłumu, bo złożyli papiery do wielu szkół i klas. Cóż, pan Gowin kłamie, bo nie wie lub nie chce wiedzieć, jakie były zasady rekrutacji do szkół i nie ma opcji, by jeden uczeń przyblokował ileś tam miejsc.

Wszyscy pamiętamy, jak w trakcie kampanii samorządowej politycy PiS wręcz straszyli wyborców, usiłując ich przekonać, że głosowanie na gospodarzy miasta, gminy czy powiatu spoza partii rządzącej, odbije się wielką czkawką. Widać wyraźnie, że to nie były puste słowa. Już teraz wiadomo, czym dla samorządów skończy się polityka władzy, która skupiona jest na grze tylko do swojej bramki. Władzy, która zapewne znajdzie sposób, by „swoje” samorządy dopieścić kasą, mając pozostałe głęboko gdzieś.

Już wiadomo, że zmniejszenie podatków płynących do samorządów, podwyżki cen prądu, niedofinansowanie zadań zleconych przez władze centralne to gwóźdź do trumny i kilkaset samorządów stanie u progu bankructwa. Zmiany w systemie podatkowym i emerytalnym, finansowanie pisowskiego eksperymentu oświatowego, realizacja wielu innych zadań to nic innego, jak obietnice wyborcze PiS załatwiane kosztem rozwoju lokalnego.

Jeszcze trochę, a wszyscy na własnej skórze odczują to, co funduje im partia prezesa. Dzisiaj jeszcze się cieszą, chwalą, wspierają, ale bliski ten czas, gdy nie będą mogli dostać się do szpitala w swoim mieście, bo będzie on zamknięty z powodu braku kasy na niezbędny remont. Gdy nie będą mogli nigdzie dojechać, bo nieremontowana droga będzie straszyła dziurami. Gdy deszcze podniosą stan wód, a samorządy niewiele będą mogły zrobić, bo nie będą miały pieniędzy na zabezpieczenie przed powodziami. Gdy ich dziecko nie załapie się do przedszkola, bo samorządu nie będzie stać na utrzymywanie tych placówek. Pojawią się problemy z dostępem do kultury czy dobrych szkół. Marzenia o nowym mieszkanku staną się fikcją, bo nie będzie miał kto dofinansować budowy, a w krajobrazie zaczną straszyć stare, niewyremontowane budynki, bo nie będzie jak przywrócić ich do świetności. O nowej kanalizacji i innych udogodnieniach, ułatwiających życie też trzeba będzie zapomnieć, podobnie jak o pomocy osobom chorym, zniedołężniałym, starym.

Jestem przekonana, że w tym szaleństwie jest metoda. W końcu politycy PiS to mistrzowie manipulacji i zapewne uda im przekonać swój elektorat, że partia jest super, tak bardzo „proobywatelska”, a całą winą za gorsze życie ponoszą tylko samorządy, które udają, że niczego nie rozumieją i prowadzą swoją wydumaną wojenkę z prawdziwymi wartościami i fantastycznym zarządzaniem prezesa i jego ludzi. Samorządom na pohybel, nawet kosztem swoich ukochanych obywateli… to jedno z haseł PiS, które idzie po władzę autorytarną, a nam funduje coraz większą huśtawkę społeczną.

Ciąg dalszy za tydzień.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Więcej >>>

Reklamy

Teokracja

19 Lip

Do Sejmu trafił obywatelski projekt ustawy, który zakłada karę więzienia za edukację seksualną. Podpisało go ponad 263 tys. osób. – „Proponowana zmiana zapewni prawną ochronę dzieci i młodzieży przed deprawacją seksualną i demoralizacją, która rozwija się w niebezpiecznym tempie i dotyka tysięcy najmłodszych Polaków za pośrednictwem tzw. edukacji seksualnej” – twierdzi Mariusz Dzierżawski z Fundacji Pro – Prawo do Życia, inicjator projektu ustawy, która nosi tytuł „Stop Pedofili”.

Autorzy projektu chcą, aby karze do dwóch lat więzienia podlegały osoby, które „publicznie propagują lub pochwalają podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego”. Trzy lata odsiadki przewidują dla tych, którzy będą to robić „za pomocą środków masowego komunikowania oraz działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi albo działając na terenie szkoły lub innego zakładu lub placówki oświatowo-wychowawczej lub opiekuńczej”. W tym przypadku chodzi jednak już nie tylko o „obcowanie płciowe”, ale też „inną czynność seksualną”.

„Więzienie? A czemu nie stos? Powrót do przeszłości – świętej inkwizycji i ŚREDNIOWIECZNEGO CIEMNOGRODU, a kolejny krok, w szkole będą uczyć, że ziemia jest płaska i słońce krąży wokół ziemi, a dzieci przychodzą na świat niepokalanie poczęte”;

 „Krok po kroku wzory już nie z Rosji, ale z wyznaniowych Republik Islamskich i ze Średniowiecza. Kiedy nakaz noszenia długich spódnic i zakrywania ciała dla kobiet, bo sieją zgorszenie i prowokują mężczyzn?; – „Jprd… jak nie pogonimy tych kretynów na jesień to nie ma po co żyć… wszystko zniszczą, zmienią, skretynizują do swojego poziomu…”; – „Hej, uwaga!!! Państwo wyznaniowe tuż za rogiem. A dalej to już tylko ślepa uliczka i ciemnogród na horyzoncie” – komentowali internauci na Twitterze.

A zatem centrowa i lewicowa opozycja pójdzie na wybory podzielona. Platforma nie dogadała się z PSL i nie chciała sojuszu z lewicą, więc wyborcy mają trzy oferty: PO w kostiumie Koalicji Obywatelskiej, PSL w kostiumie Koalicji Polskiej oraz lewicę, która żadnego kostiumu założyć jeszcze nie zdążyła i plącze się po scenie na golasa.

Jak do tego doszło? A ściślej – komu zależało, żeby taki kształt przybrała opozycja, choć z sondaży i analiz wynikało, że nie jest to układ optymalny?

Zapomnijmy na chwilę o tym, co mówili i mówią politycy. A duże pytanie o opozycję podzielmy na zagadnienia mniejsze.

1. Czy eurowybory 26 maja dały nadzieję na odebranie władzy PiS?
Nic na to nie wskazuje. W najkorzystniejszych dla opozycji warunkach PiS wygrał o 7 pkt proc., uzyskując rekordowo wysokie poparcie, zarówno pod względem liczby głosów, jak i wyniku procentowego.

2. Czy istnienie Koalicji Europejskiej wzmocniło Platformę?
Nic na to nie wskazuje. KE zdobyła 22 mandaty, ale sama PO – ledwie 14. Reszta europosłów to reprezentanci SLD (5) albo PSL (3).

3. Czy kontynuacja sojuszu PO-PSL-SLD (ewentualnie z dodatkiem Wiosny) wzmocniłaby Grzegorza Schetynę?
Nic na to nie wskazuje. Obciążyłaby go (praktycznie przesądzona) porażka całej koalicji z PiS, a także osłabienie samej PO w ramach koalicji. Ćwiczenie z matematyki – jeśli w eurowyborach Platforma zdobyła 14 z 22 mandatów KE, to ilu miałaby posłów w Sejmie, gdyby wielka koalicja zdobyła 200 mandatów? 127. Dziś ma 155.

4. Czy Schetyna mógł spełnić warunek PSL i pójść na wybory z ludowcami, a bez SLD?
Mógł, skoro i tak z nimi nie idzie.

5. Czy Schetyna mógł dogadać się z PSL?
Wiele na to wskazuje. To jeden z najzręczniejszych negocjatorów w polskiej polityce.

6. Czy Schetyna korzysta z podziału opozycji na trzy bloki?
Raczej tak. W mediach dominują głosy, że winę za rozpad KE ponosi PSL, co zmniejsza presję wyniku na samym Schetynie. Brak koalicjantów pozwala Schetynie na dużą dowolność w układaniu list wyborczych. Przewodniczący PO nie ma jeszcze takiej władzy nad swą partią jak pewien prezes nad swoją, ale mechanizm jest podobny. Grupa antyschetynowców jest niewielka, pozbawiona lidera i wyrazistego konkurencyjnego pomysłu. Nawet jeśli PO przegra wybory, Schetyna może utrzymać władzę w partii.

Krótko mówiąc – sądzę, że los wielkiej koalicji został przesądzony już na przełomie maja i czerwca, bo jej kontynuacja nie przybliżyłaby końca PiS, lecz osłabiłaby Schetynę jako lidera opozycji. Reszta to tylko przydługa sztuka teatralna; PO zwalała winę na ludowców, ludowcy uwiarygadniali się jako samodzielny podmiot, lewica statystowała. Co zrobią widzowie, okaże się już niebawem.

Głódź, przyjaciel pedofilów w sukienkach. Z życia pasqud 24

19 Lip

„Politycy PiS stawiają się ponad prawem, nie udostępniając opinii publicznej dostępu do informacji, jaką jest to, kto poparł obecnych nominatów PiS w Krajowej Radzie Sądownictwa” – powiedziała Kamila Gasiuk-Pihowicz z PO. Wymieniła marszałka Sejmu i urzędników Kancelarii Sejmu, którzy nie wywiązali się z prawomocnego wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego i nadal nie opublikowali list poparcia nominatów w nowej KRS.

Gasiuk-Pihowicz poinformowała, że do prokuratury trafi zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa polegającego na nieudostępnieniu, wbrew obowiązkowi wynikającemu z dostępu do informacji publicznej, zgłoszeń do upolitycznionej KRS. – „Listy poparcia dla członów KRS to najwyraźniej lista wstydu dla polskiego wymiaru sprawiedliwości, skoro tak wielkim problemem jest jej ujawnienie. Ludzie mają prawo wiedzieć, kto podpisał się pod listami poparcia dla nominatów polityków PiS-u w KRS i zrobimy wszystko, żeby ta informacja stała się znana opinii publicznej” – stwierdziła posłanka PO. Za niewywiązanie się z tego obowiązku grozi kara grzywny, kara ograniczenia wolności lub kara pozbawienia wolności do jednego roku.

Wiceszef klubu PO Borys Budka powiedział, że przed prawem nie ma „równych i równiejszych”. – „Marszałek Sejmu ma obowiązek wykonać prawomocny wyrok. Należy zadać pytanie: dlaczego z uporem maniaka usiłuje ukryć, kto podpisał listy poparcia dla kandydatów do neoKRS? Dlaczego PiS tak bardzo chroni tę informację? Może się okazać, że te osoby są podległe ministrowi sprawiedliwości. Zadajemy publiczne pytanie: czy minister sprawiedliwości – polityk i poseł – wpływał, naciskał na sędziów zatrudnionych w ministerstwie sprawiedliwości, by podpisywali tego typu listy?” – stwierdził Budka. Jego zdaniem, w nowej KRS są osoby, które zawdzięczają karierę politykom PiS, co sprawia, że obecna KRS „została pobawiona konstytucyjnego przymiotu niezależności, a osoby, które się w KRS znalazły nie mogą być uznawane za niezawisłych sędziów”.

W odpowiedzi Kancelaria Sejmu podała, że trwa „gromadzenie materiałów, co ma potrwać co najmniej do 28 sierpnia. – „Listy [poparcia do nowej KRS] zawierają zarówno PESEL, jak i wzory podpisów i w związku z tym muszą być zanonimizowane” – tak tłumaczy się Kancelaria Sejmu. Przecież to jest 30 minut pracy! Nie ma żadnych powodów, by przedłużać obywatelom ten termin do końca sierpnia” – poinformował na Twitterze Patryk Wachowiec z FOR. A Michał Wawrykiewicz z Inicjatywy Wolne Sądy dodał: – „Zobaczycie Państwo, że nie pokażą tych list. Na pewno nie przed wyborami. Mogę przyjąć każdy zakład. Okaże się, że „służby prawne Kancelarii” odkryły jakieś nieprawidłowości bądź niejasności interpretacyjne wyroku, albo że listy zaginęły, zalały się kawą czy coś takiego. Na bank”.

Prokuratura Okręgowa w Gdańsku już po raz drugi odmówiła wszczęcia postępowania w sprawie tuszowania pedofilii księży przez hierarchów Archidiecezji Gdańskiej. Zawiadomienie złożyła Beata Maciejewska z partii Wiosna, która napisała, że abp Sławoj Leszek Głódź oraz bp Ryszard Kasyna mogli dopuścić się przestępstwa z art. 200 kk, polegającego na tym, że nie zawiadomili organów ścigania, mając wiarygodną wiadomość o wykorzystywaniu seksualnym nieletnich.

Wcześniej z podobnym zawiadomieniem do prokuratury wystąpiła Anna Górska z partii Razem. Zostało ono oddalone, o tym w artykule „Abp Głódź nie będzie musiał wyjaśniać, czy w jego diecezji kryto księży pedofilów”.

Maciejewska złożyła swoje zawiadomienie 21 maja. Decyzję o odmowie śledztwa otrzymała kilka dni temu.

„Bardzo mnie zdziwiła ta odmowa, bo inne prokuratury w kraju podjęły czynności po podobnych zawiadomieniach w podobnych sprawach. Dziwi mnie także zachowanie prokuratury w kontekście zapowiedzi Zbigniewa Ziobry, który jako prokurator generalny mówił, że przypadki pedofilii będą bezwzględnie ścigane” – skomentowała w rozmowie z „GW” Maciejewska.

Droga młodzieży, może w tej chwili marzy się Wam renomowane liceum, a potem akces do lewackich elit, ale władza PiS ma dla Was swoje pomysły.

Kolejne podejście? To naprawdę nic złego. Wręcz przeciwnie. Kolejne podejście dowodzi determinacji, siły woli i odporności na przeciwności losu. Tak więc, droga młodzieży, nawet jeśli któreś z Was wciąż nie odnalazło swojego nazwiska na liście do żadnej z wybranych szkół średnich, nie ustawajcie w wysiłkach. Jak to mawiali starożytni – per aspera ad astra, czyli przez trudy do gwiazd. Im sroższe ciernie, głogi, tym milsze jest zwycięstwo w postaci oślej ławki w branżowej szkole gastronomicznej. Albo budowlanej.

Siedząc już w ławach budowlanki, ostatecznie będziecie wygrani. Bo nie ma to, jak mieć porządny fach w ręku. Może w tej chwili marzy się Wam renomowane liceum, a potem akces do lewackich elit, ale mądra władza pomyślała o Was zawczasu, bowiem nic nie leży jej na sercu tak, jak młodzieży chowanie. Przygotowała dla Was fantastyczną reformę oświaty. Może i perspektywa studiowania medycyny, prawa, a nawet filozofii w tej chwili wydaje się Wam kusząca, ale uwierzcie byłej minister Zalewskiej oraz stojącym za nią anonimowym reformatorom polskiej oświaty. Ten brak miejsc w liceach to tylko dla Waszego dobra przecież.

Po pierwsze – szukanie wolnej ławki w szkole ogólnokształcącej to będzie dla Was pierwsza prawdziwa próba charakteru oraz wiary (proście, a będzie Wam dane, szukajcie, a znajdziecie). Po drugie zaś, nawet jeśli będziecie pukać wytrwale, ale drzwi „Staszica” jednak się dla Was nie otworzą, to – jak to pięknie i mądrze podsumował pan senator Bonkowski (zapamiętajcie dobrze to szlachetne nazwisko) – niejeden dzisiejszy parlamentarzysta, wicewojewoda, a nawet prezes w spółce skarbu państwa jest absolwentem takiej sobie podstawówki na Podlasiu. Mało to wysokich stanowisk zajmują teraz ludzie po zawodówkach? A przecież „dają radę”. No, a poza tym uczyć się można wszędzie. No i w każdym wieku. Nawet pan prezydent zapewnia przy każdej okazji, że „ciągle się uczy”, o ministrach aktualnego rządu i nowych europosłach nie wspominając.

Wy też powinniście się byli – swoja drogą – bardziej do książek przyłożyć, skoro miejsca dla Was nie starczyło, a inni się jednak dostali. Więc może byli lepsi?  Weźcie przykład z pani Beaty. Też się ciągle uczy. Jeszcze niedawno witała amerykańskich żołnierzy kultowym „welcome in Poland”, a teraz – proszę – zamierzała szefować komisji w Europarlamencie, a mówiło się przecież o jeszcze wyższych stanowiskach dla niej. To się nazywa zdrowa ambicja. Wprawdzie dwa razy przegrała sama ze sobą, bo nie miała kontrkandydata, ale co z tego. Taki Grzegorz Schetyna to przegrał i to nawet nie z sobą, ale z Nie Wiadomo Kim. Respondenci pytani, kogo wybraliby na lidera opozycji częściej niż na Schetynę wskazywali przecież na Kogoś Innego!

Ale – wracając do brakujących miejsc w liceach – nie przejmujcie się. Ministerstwo Edukacji zapewnia, że w szkołach ogólnokształcących ciągle czeka na was ileś tam tysięcy wolnych ławek. A że akurat nie w Warszawie, tylko w Augustowie albo Cisnej? To szczegół. Pomyślcie sobie, że tacy – na przykład – chorzy na cukrzycę lub tarczycę mają jeszcze gorzej. No, bo są chorzy, a po leki muszą jechać z Krakowa na Pomorze albo z Podkarpacia gdzieś pod Szczecin. Tymczasem wiele pociągów Intercity wciąż nie ma klimatyzacji, a i tak przejazd nimi kosztuje majątek.

Natomiast Was, inaczej niż emerytów, którym w kryzysie służby zdrowia nawet „trzynastka” niewiele pomoże, od września będzie bez problemu stać na bilet. Nie bez powodu państwo zapewniło Pięćset Plus na każde dziecko przecież. Ostatecznie starczy Wam nawet na samolot, kiedy – korzystając ze światłej rady wiceministra nauki – wybierzecie liceum za granicą. Ów nie wspomniał wprawdzie, czy budżet zwróci Wam za czesne i utrzymanie w Eaton czy innym Oxfordzie, ale to chyba oczywiste. Wszak zwraca koszty pacjentom, którzy wyjeżdżają z kraju na pilne operacje, więc czemu państwo miałoby traktować swoją młodzież gorzej niż seniora z zaćmą czy niewydolnością tarczycy.

Zatem głowa do góry i szukacie swojej szansy w kolejnym podejściu. Przypadek Anny Zalewskiej i jej awansu do Brukseli w nagrodę za reformę edukacji dowodzi, że zmiany w oświacie wyjdą Wam tylko na dobre. Może Wy, Wasi rodzice i nauczyciele, jeszcze tego nie dostrzegacie, ale skoro była minister została wybrana w wyborach powszechnych, inni musieli dostrzec to za Was. I odpowiednio docenić. Pewnie właśnie dlatego wysłali Was do szkół, które w przeszłości pokończyli sami. No, żebyście wreszcie przejrzeli na oczy i wyszli na ludzi. Wtedy Waszej przyszłości już nic nie zagrozi. Trzeba tylko trochę wytrwałości, uporu i wiary (w prezesa), a jeszcze porobicie kariery jak gwiazdy PiS – Beata Szydło i jej brukselskie koleżanki. Welcome in Poland!

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Więcej >>>

PiS skręci wybory. Z życia pasqud 23

18 Lip

Krystyna Pawłowicz po raz kolejny zadziwiła obserwatorów życia politycznego. Kiedy PiS dokonuje kolejnego skoku na Sąd Najwyższy, tym razem za pomocą fasadowego orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, posłanka PiS ogłasza wszem i wobec tezę, że to sędziowie wykorzystują politycznie sądy do… nękania obozu władzy. Co jeszcze bardziej absurdalne, ta niecodzienna teza jest poparta argumentami w postaci przegranych procesów przez polityków PiS. Pawłowicz utrzymuje bowiem wypowiedzi w tonie, jakby każdy wyrok nie na rękę władzy był działaniem “stronniczym”. W myśl polityk Prawo i Sprawiedliwość, niczym niegdyś władza ludowa, jest nieomylne, a decyzje niekwestionowalne. W oczach posłanki sądy działają w celu “ochrony agresorów” – sił, jak mamy się domyślać, nękających obóz władzy – czyli “obrońców demokracji”. Obywatelski sprzeciw wobec skandalicznego skoku na instytucje wymiaru sprawiedliwości jest zatem dziś wyrazem nękania. Choć wśród protestujących znajdują się też postawy co najmniej etycznie wątpliwe, to jednak posłanka Pawłowicz jest ostatnią osoba, która może wytykać tego typu przykłady. Niewielu jest bowiem w obecnej kadencji posłów, którzy z taką chęcią i łatwością obrażają wszystkich naokoło. Poniekąd polityk w kategoriach używanego języka może uchodzić za polskiego Donalda Trumpa.

Ujęcie sprawy w powyższy sposób jest trudnym do uwierzenia postawieniem rzeczywistości na głowie. Faktem jest przecież to, że PiS wymienia prezesów sądów, upolitycznia KRS, przejął Trybunał Konstytucyjny i zaczął wybierać posłusznych sobie sędziów, szykanując krytyków reform Ziobry. To w końcu PiS już wielokrotnie próbował majstrować przy ustawie o Sądzie Najwyższym, aby pozbawić stanowisk ludzi od władzy niezależnych, czemu towarzyszyło oczernianie polskiego wymiaru sprawiedliwości, a tym samym i samego państwa polskiego za granicą przez “patriotów” z PiS. Powyższe nie są kwestią interpretacji czy sympatii politycznych, ale rzeczywistością. Polacy mogą debatować zatem długo o sensowności i celu działań rządzących, jednak ich metody nie podlegają większej wątpliwości. PiS jednak nie od dziś stosuje strategie zamieniania kata z ofiarą.

Co jednak najbardziej zaskakujące, posłanka z lubością wykorzystuje jako przykład upolitycznienia sądów swoje potyczki z Jurkiem Owsiakiem. Przypomnijmy zatem, że tak upolityczniony warszawski sąd w październiku zeszłego roku uznał, że to lider WOŚP musi przeprosić posłankę PiS za słowa “niech pani spróbuje seksu” oraz zapłacić 10 tys. zadośćuczynienia. Niedługo potem Owsiak przegrał drugą sprawę, kiedy także musiał przeprosić posłankę. Z racji apelacji i toczących się spraw karnych spór między wspomnianymi nie jest jeszcze ostatecznie rozstrzygnięty, jednak beneficjentkę dwóch korzystnych wyroków ciężko nazwać ofiarą zmowy upolityczniony sądów. Posłanka natomiast wyprawia zwyczajną oderwaną od faktów demagogię.

W systemie ochrony zdrowia narasta kryzys, który staje się coraz trudniejszy do zatuszowania. Braki kadrowe nie są bowiem niczym nowym w naszych realiach, jednak obecnie ich skala przybrała taki rozmiar, że z zatrważającą wręcz regularnością zamykane są w Polsce kolejne oddziały szpitalne, a pacjenci są kierowani do przepełnionych placówek. To ostatnie zaś dokłada kolejną cegiełkę do i tak niełatwych warunków pracy tamtejszych kadr, co tylko napędza spiralę zwolnień lekarzy i kolejnych zamknięć. Jak donosi tygodnik “Polityka”, w samym województwie zachodniopomorskim w ciągu ostatniego pół roku liczba łóżek w placówkach zmniejszyła się już o ponad 10% (827 szt.). Scenariusz w całym kraju jest podobny, liczba specjalistów w placówkach spada, do tego stopnia, że w momencie pozostania tylko jednego z nich nie jest możliwe dalsze funkcjonowanie placówki z powodu problemów w unormowaniu czasu pracy, urlopów i obsady dyżurów. Taki los spotkał m.in, oddział hematologii i onkologii dziecięcej w Chorzowie, którego działalność została zawieszona na początku wakacji. O skali problemu świadczy fakt, że w samym tylko województwie śląskim w ciągu roku zamknięto w sumie 17 oddziałów szpitali. Na horyzoncie jednak są zwolnienia w kolejnych placówkach, min. wojewódzkim szpitalu psychiatrycznym w Gdańsku, co może sparaliżować i ten podmiot.

Powody są tutaj oczywiste. Lekarze nie chcą pracować w ciężkich warunkach polskich szpitali i nawet jeśli nie emigrują, to decydują się na pracę wyłącznie w poradniach, przychodniach czy prywatnych praktykach, co sprawia, że obsada oddziałów szpitalnych staje się dramatycznie niska, a ich reputacja zniechęcająca do pracy absolwentów kierunku lekarskiego. Ten stan rzeczy nie dziwi jednak w świetle raportu “Health at a Glance 2018” OECD i Komisji Europejskiej, który mówi, że w Polsce brakuje około 30 tys. lekarzy.

Lekarze jednak nie chcą czekać na zawalenie się systemy z powodu bierności polityków i postanowili działać. Członkowie Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy i Porozumienia Rezydentów wznowili bowiem swój protest w postaci wypowiadania klauzuli umożliwiających wykonywanie obowiązków w nienormowanym czasie pracy. Spełnienie idei “jeden lekarz – jeden etat” nieuchronnie pokaże braki i logistyczną zapaść, co zmusi władze do działań.

Kiedy bowiem rząd oszukał młodych lekarzy i dzięki sztuczkom księgowym zabrał z budżetu NFZ 7 mld zł na swoje populistyczne obietnice, to w tym samym czasie rosły kolejki do lekarzy. Jeszcze sześć lat temu na wizytę u specjalisty czekaliśmy ok. 60 dni, a dziś niemal dwa razy dłużej.Tymczasem rząd obiecywał, że skróci kolejki, w tym do końca 2018 r. na badania w trybie pilnym, na których realizację przewidywano maksymalnie do 30 dni. W przypadku badań obrazowych takich jak rezonans magnetyczny czas ten wynosi jednak czasem aż ponad trzy miesiące. Takie oczekiwanie opóźnia postawienie diagnozy i zmniejsza niestety skuteczność leczenia.

Widać zatem wyraźnie, że zdrowie jest obszarem, który wymaga pilnej uwagi opinii publicznej. Bez priorytetu na ochronę zdrowia opieka nad polskim pacjentem będzie coraz bardziej teoretyczna i nawet dobra wola personelu medycznego niewiele pomoże na tę sytuację.

Politycy PiS chcą zmian w kodeksie wyborczym. W tym celu rozpoczęli proces w Sejmie zmiany sposobu zatwierdzania wyborów.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Więcej >>>

Kaczyński robi z Polaków idiotów. Z życia pasqud 22

17 Lip

„Podobno prezes zapowiada pojednanie z opozycją, czyli pakiet demokratyczny 2.0. Super. Pewnie teraz poseł Nitras nie będzie płacił kary na każdym posiedzeniu tylko co drugim, a posłowie opozycji dostaną tyle czasu na wypowiedź, że zdążą dojść na mównicę, zanim im mikrofon wyłączą” – tak skomentował jeden z internautów kolejną już Jarosława Kaczyńskiego zapowiedź łagodzenia nastrojów przed wyborami. O tej wcześniejszej pisaliśmy w artykule „Kaczyński zapowiada koniec z agresywnym językiem. Słyszycie mordy zdradzieckie i kanalie?”.

Prezes PiS w dzisiejszym wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej zapowiedział, że „do wyborów przedstawimy propozycję porozumienia, które miałoby zakończyć wojnę na polskiej scenie politycznej”. Swoim zwyczajem, szczegółów nie podał…

Internauci nie uwierzyli w te zapewnienia: – „Będziecie pisać u Przyłębskiej na obiedzie? To zaproście jeszcze Piotrowicza i Ziobrę”; – „I to się nazywa wiarygodność? Przed wyborami obiecać łagodny język, pakiet demokratyczny, a po wyborach wyzywać od kanalii zdradzieckich mord! Jak można tak traktować Polaków?”;

„To tylko cykliczny żart prezesa”. Przypominali też słowa Kaczyńskiego z 2015 r., który mówił, że trzeba zapomnieć o urazach. Zapowiadał wprowadzenie pakietu demokratycznego, który miał dać opozycji więcej uprawnień. Wszyscy pamiętamy, że w krótkim czasie okazało się, że żadnego pakietu nie będzie.

Parlament Europejski wybrał przewodniczącą Komisji Europejskiej. Za jej kandydaturą zagłosowało 383 deputowanych.

Więcej >>>

Niektórzy z nas, dopóki będą żyć i oddychać, zawsze będą mówić, że ludzie są równi wobec prawa, a Episkopat powinien być traktowany jak każda inna organizacja i szanować przepisy.

Zrobiłam to! Czyli dwie rzeczy. Po pierwsze – razem z kilkorgiem przyjaciół nagraliśmy teledysk #MyWolniLudzie (do obejrzenia na moim kanale YouTube tutaj https://www.youtube.com/watch?v=OI5J6vl1lts). Nagraliśmy go jako ludzie mediów, kultury, prawa i liderów opinii (w klipie wystąpili m.in: Zbigniew Hołdys, Władysław Frasyniuk, Piotr Schramm, Renata Kim, Krzysztof Skiba) zupełnie apolitycznie, po to, żeby przypomnieć o tym, że ludzi nie dzieli się na lepszych i gorszych, nie ma Polski ani ludzi klasy B i klasy A, a my mamy prawo dokonywać własnych wyborów, nie będąc z tego powodu obiektem wulgarnych i agresywnych ataków i nagonki medialnej.

To proste stwierdzenie jeszcze prostszego faktu wzbudziło histerię i prawdziwe szaleństwo fake newsowych portali typu wpolityce.pl, o których nie pisałabym w ogóle, bo nie warto, gdyby nie to, że mają poparcie rządu, od którego dostają reklamy spółek skarbu państwa. No bo jak można – zgorszyli się prawicowi propagandyści – mówić głośno o demokracji? O potrzebie wolności? O miłości do Polski realizowanej normalnie i na luzie, a nie z obłąkanym fanatycznym religijno- niedouczonym zacięciem? Bez opluwania i szczucia na interlokutorów? I w dodatku robią to ludzie znani? Głośne nazwiska, które znamy z mediów? Skandal! Wiadomo przecież, że jak ktoś coś osiągnął i ma jakiś dorobek, powinien siedzieć cicho i się nie wychylać.

Ludzie zresztą w ogóle powinni siedzieć cicho i się nie wychylać, a już – Boże Broń! – nie krytykować chorej na autorytaryzm władzy. Najlepiej wcale nie mieć politycznych poglądów, a jeśli już się ma, to zakopać się z nimi pod kołdrą, w domu, po kryjomu.

Druga „straszna” rzecz, którą zrobiłam, dotyczy tekstu. Napisałam felieton, w którym wyraziłam opinię, że niektóre rzeczy, które mówią biskupi nie kwalifikują się do tego, żeby z nimi polemizować i niesłusznie są traktowane jak żenujące co prawda intelektualnie, ale jednak publicystyczne tezy, kwalifikują się natomiast, żeby pozywać Episkopat do sądu. Że homoseksualizm, zgodnie z polskim prawem jest normalną orientacją seksualną, taką samą jak heteroseksualna, w związku z tym nazywanie publicznie gejów, lesbijek i osób transpłciowych, jak to czyni nagminnie część polskiego kleru „dewiantami”, „wykolejeńcami” czy „zboczeńcami” jest nie tylko opinią, ale zwyczajnie – złamaniem prawa. Z tym się nie polemizuje, za to się powinno karać.

Na marginesie: zwracam Państwu uwagę, że Polska przestała być państwem, którego obywatele są równi wobec prawa, bo księżom i prawicy wolno zdecydowanie więcej. Nie wierzycie? Spróbujcie publicznie nazwać biskupów „dewiantami”, „zboczeńcami” czy „wykolejeńcami”, a uczestnikom procesji Bożego Ciała powiedzcie, że nie życzycie sobie, żeby obnosili się ze swoją wiarą – mogą być katolikami, ale tylko u siebie w domu, bo nie macie życzenia oglądać publicznych przemarszów dziwnych facetów w białych sukienkach, okadzających się kadzidłem. I zaczekajcie na to, co się stanie.

A przecież te same „argumenty” (biorę w cudzysłów, bo to nie żadne argumenty, tylko poniżanie) słyszą od lat choćby uczestnicy parad równości, choć nie tylko, bo w podobny sposób są traktowania uczestnicy marszów KOD czy Obywateli RP, do których kierowany jest jasny przekaz: miejcie sobie swoje poglądy, ale ich nam nie pokazujcie, nie chcemy na to patrzeć, gardzimy wami, samo wasze istnienie obraża nasze uczucia.

Cóż… jak już Państwu powiedziałam, zrobiłam to. Powiedziałam, że ludzie są równi wobec prawa i że Episkopat należy pozywać do sądu, tak jak każdą inną organizację, a księży traktować tak, jak wszystkich innych ludzi. Od prawicowych portali usłyszałam, że nawołuję do „ataku” na Kościół i że działam na zlecenie opozycji. Czyli insynuacje, wypaczenie moich słów, sugerowanie, że działam z niskich pobudek i personalny atak zamiast uczciwej kontrargumentacji.

I tak jest i będzie traktowany każdy, kto podniesie rękę na przywileje Kościoła, szczególnie zaś na prawo jego ludzi oraz polityków PiS do stania ponad prawem. Będą krzyczeć, zastraszać, obrażać, atakować, zniesławiać, pomawiać o złe intencje i nasyłać hejterów. Mam to jednak gdzieś i Państwu radzę to samo, a wiecie, dlaczego? Bo mamy rację.

I niektórzy z nas, dopóki będą żyć i oddychać, zawsze będą mówić, że ludzie są równi wobec prawa, a Episkopat powinien być traktowany jak każda inna organizacja i szanować przepisy. I że nie ma normalności bez wolności i szacunku dla kogoś (przede wszystkim dla kogoś!), kto ma inne zdanie i zastąpienia przemocy dyskusją. Howgh!

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Więcej >>>

Szydło w ruinie. Z życia pasqud 21

16 Lip

Lech Wałęsa skomentował kolejną porażkę Beaty Szydło w Parlamencie Europejskim. Europosłanka PiS kolejny raz została odrzucona przez polityków unijnych i nie zajmie stanowiska szefowej komisji ds. zatrudnienia.

„W świetle (nie ukrywajmy tego) totalnej klęski (19:34) ostatni wynik (21:27) był niewiarygodnym sukcesem. Podsuwam Pani jednak pomysł jak uzasadnić tę katastrofę” – napisał na Facebooku Roman Giertych w kolejnym liście do Beaty Szydło. Po poprzednim głosowaniu też się do niej odezwał („Wałęsa i Giertych podsumowali kolejny „sukces” PiS 21:27 w PE”).

Jak więc – zdaniem Giertycha – była premier powinna uzasadnić tę katastrofę? – „Otóż odpowiedź jest prosta: to była germańska zemsta. Na zimno i z premedytacją zaplanowana i wykonana właśnie w rocznicę Grunwaldu. 609 lat czekali, aby odpowiedzieć na cios zadany przez Jagiełłę. Czekali, czekali i się doczekali. I tak jak my wycięliśmy wówczas kwiat teutońskiego rycerstwa, tak oni Panią-kwiat obozu rządzącego wycięli z tej ważnej i należnej Pani funkcji i rzucili jak zeschłą słomę na żer bezczelnych szyderców. Oj, nie zabraknie ich teraz! Będą uważać, że brak Pani sukcesu źle wróży negocjacjom w sprawach budżetu. Ale cóż tam budżet na drogi, gdy dziś opłakujemy zamach na wzrost Pani budżetu!” – proponuje Giertych.

Cały wpis >>>

Jak zwykle, ma też „radę” dla Szydło: – „Głowa do góry! Do trzech razy sztuka. Przy następnym głosowaniu proszę po prostu spróbować ich od serca, osobiście przekonać. Najlepiej wystąpieniem bezpośrednim, bez udziału tłumaczy, którzy głębię Pani myśli mogliby przekręcić i wypaczyć”.

Do kolejnego „sukcesu” byłej polskiej premier odniósł się także mec. Jacek Dubois. – „Wygląda na to, że Beata Szydło jest jedną z najdroższych kobiet współczesnej Polski. Najpierw ponosiliśmy koszty rozbitych przez jej ochronę limuzyn, potem rozdawanych przez nią nagród. Obecnie przegrywając z samą sobą tym razem z jeszcze gorszym wynikiem kolejne głosowanie na szefową komisji zatrudnienia i spraw społecznych PE naraziła na straty wizerunkowe samego Prezesa, który w jej sprawie rozmawiał osobiście z Niemcem i wyszło mu tak jak zazwyczaj” – napisał Dubois na Facebooku.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Nikt nie powinien się nabrać na pustosłowie, iż „jesteśmy wyspą wolności w Europie” i „chcemy być wyspą szybkiego rozwoju”. Otóż demokratyczne narzędzia wolności zostały w dużej części zniszczone i zastąpione autokratycznymi. Zaś szybki rozwój to następstwo koniunktury gospodarczej i tak jesteśmy w tej szybkości maruderem rozwoju, a będziemy się cofać, bo za populistyczne rozdawnictwo zapłacimy regresem gospodarczym, inflacją, czyli wzrostem cen towarów i usług, który to proces się rozpoczął, jest nieubłagany w postaci zubożenia społeczeństwa.

Inne zapewnienia Kaczyńskiego są nienowoczesne, by nie napisać, iż pochodzą wprost z Ciemnogrodu, „nie musimy upodabniać się do Zachodu, nie musimy stać pod tęczową flagą”.

To jest wizja Polski Kaczyńskiego. Niezachodnia, niecywilizacyjna, zacofana, wsobna, spychana przez Zachód na margines, skazana na wypchnięcie z Unii Europejskiej (Polexit). Powraca idiom polityczny, iż Polska nie nadaje się do wolności, bo takie wstecznictwo w niesprzyjających okolicznościach międzynarodowych może doprowadzić do całkowitej izolacji kraju, a tym samym oddaniu na pastwę silniejszych, np. Rosji.

I mamy drugą Polskę, którą w pigułce „szóstki Schetyny” podał szef Platformy Obywatelskiej, lider opozycji Grzegorz Schetyna. Po pierwsze przywrócić standardy demokratyczne, „odnowić demokrację”, bez których życie publiczne buksuje. Lider PO nie zapomniał o tym, iż rozwój kraju powinien być odczuwany w naszych kieszeniach, a nie w portfelach polityków („nam się należy”), należy zatem „podwyższyć płace”. Kolejne części szóstki Schetyny dotyczą coraz silniej odczuwanych zaniedbań pisowskiego rządzenia, mianowicie „służba zdrowia się sypie”, stworzyć godny „program dla seniorów”, uczynić „przyjazną szkołę” po deformie edukacji autorstwa Anny Zalewskiej. Ostatni element szóstki Schetyny dotyczy czystego powietrza i wody.

Schetyna jednak planuje coś ekstra, bez mała rewolucyjnego. Mianowicie w wyborach parlamentarnych wystartuje z Warszawy, spotka się zatem na tym samym gruncie z Jarosławem Kaczyńskim. Czy prezes PiS będzie w stanie odmówić debaty ze swoim przeciwnikiem?

Nie powinien, a wiemy, że nie przystąpi do żadnej publicznej dyskusji. Nie tylko z tego powodu, że ma w tyle głowy sromotę poniesioną w debacie z Donaldem Tuskiem. Przede wszystkim w starciu ze Schetyną Polacy usłyszeliby, jaką wsteczną wizję Polski reprezentuje PiS, jak kłamliwie przedstawia swoje „osiągnięcia”, które w istocie są zaprzepaszczeniem osiągnięć wszystkich Polaków po 1989 roku. No i Kaczyński jest psychicznie nie za bardzo dysponowany, mówi niewyraźnie, niespecjalnie składnie i sensownie.

Nawet gdyby Kaczyński był w pełni dysponowany, nie bałbym się o Schetynę, bo tak zawsze układa się w debatach, iż wygrywają w nich ci, za którymi stoją rzeczywiste potrzeby, aspiracje, a nie zakłamanie, domena Kaczyńskiego i jego marionetki Mateusza Morawieckiego.

Mazurek i Macierewicz. Z życia pasqud 20

15 Lip

W ten weekend Koalicja Obywatelska przedstawiła zręby swojego programu gospodarczego. Wart 30 mld zł projekt obniżki podatków, szczególnie dla najmniej zarabiających (zysk dla zarabiających najniższą krajową w granicach 600 zł netto miesięcznie) stanowi pierwszy krok, aby rzucić wyzwanie wizji państwa zaproponowanej przez PiS.

Jak się można było spodziewać, rządzący postanowili zrobić co w ich mocy, aby uniemożliwić wyjście opozycji z ofensywą. O ile jednak sam merytoryczny zrąb propozycji konkurentów okazał się dla PiS medialnie nie do ruszenia, to ci postanowili użyć innej starej sztuczki, czyli oddalić argument poprzez pozbawienie wiarygodności jego autora. Stąd rząd ruszył ze specjalną stroną internetową prezentującą alternatywny “program” opozycji z wyborem cytatów polityków PO z przestrzeni ostatnich lat. Na Twitterze uaktywnili się politycy obozu władzy zarzucając KO brak wiarygodności i odpowiedzialności. Te próby uderzenia były mniej lub bardziej trafne, jednak zdarzały się przypadki niesamowicie niefortunne, jak atak w wykonaniu byłej rzeczniki PiS, dziś europoseł, Beaty Mazurek. Polityk na Twitterze napisała: “zadaję KE i Schetynie pytanie-ile dziesiątek mld złotych będą kosztowały PL wasze populistyczne obietnice?”

Powyższe słowa są ze strony PiS niesamowicie nieprzemyślane, ponieważ Beata Mazurek użyła argumentu ze słynnego i tak lubianego przez rząd cytatu Jacka Rostowskiego, że pieniędzy na 500+ “nie ma i nie będzie”. Przecież sam sztandarowy program 500+ to teraz rocznie koszt ponad 40 mld zł, czyli niemal 1,5 krotność kosztu wszystkich obietnic z programu “Wyższa Płaca”. Jeśli ten drugi jest niegospodarnością, to jak nazwać ten pierwszy?

Przypomnijmy przy tym, że dzięki propozycji KO praca zacznie bardziej się opłacać. Jeśli zarobki najmniej zarabiający wzrosną o 38%, to zwyczajnie podjęcie aktywności zawodowej stanie się bardziej atrakcyjne, a warunki życia bardziej godne, bez podwyższania kosztów pracy i opieki społecznej. Przypomnijmy, że mówimy o kraju, gdzie pracuje zaledwie 56% osób w wieku produkcyjnym. Innymi słowy program PO generować będzie nie tylko koszty ale i zyski wynikające ze wzrostu zatrudnienia i podatków z dodatkowych etatów i godzin pracy. Nie można tego samego powiedzieć o 500+, ponieważ jego błogosławiony wpływ na wzrost gospodarczy jest jednym z najbardziej szkodliwych mitów gospodarczych. W myśl tego ostatniego bowiem to nie praca, a kredyt rozwija gospodarkę narodową. Pożyczać nie można jednak w nieskończoność.

Słowa Beaty Mazurek pokazują, że wielką obłudą władzy były twierdzenia, że Polskę stać na wielkie programy redystrybucyjne. Cała “Piątka Kaczyńskiego” ma kosztować przyszłoroczny budżet 42 mld zł, do których dochodzi ponad 20 mld zł z programu 500+ na drugie i kolejne dziecko, a trzeba jeszcze uwzględnić kolejne środki na wyprawkę 300+. Do tego 13-sta emerytura ma być najprawdopodobniej utrzymana, zatem kiedy niegospodarna opozycja chce wydać 30 mld zł, to odpowiedzialni gospodarze z PiS wydadzą prawie 70 mld zł. Do tego trzeba doliczyć nawet do 15 mld zł kosztów obniżenia wieku emerytalnego, czyli jeszcze kilka nawet małych programów “Plus” i zbliżamy się do 100 mld zł rocznie, czyli równowartości całych wydatków państwa na ochronę zdrowia. Proszę sobie teraz wyobrazić jak mogłaby wyglądać opieka nad pacjentem, gdybyśmy wydawali dwa razy więcej środków na zdrowie. To jest właśnie cicha cena za politykę PiS, którą dziś wszyscy musimy zapłacić.

Słowa Beaty Mazurek są wyżynami hipokryzji politycznej, która dobitnie obnaża jak bardzo dziś okłamuje się wyborców w Polsce. Rząd marnuje na potrzeby swojego populizmu kolejne szanse rozwojowe naszego kraju, a rozwiązania, które pozwolą cieszyć się ciężko pracującym ludziom godniejsza płacą uważa za szkodliwe. W myśl ostatnich awantur zadajmy sobie ponownie pytanie, kto pała zatem większą pogardą dla zwykłego człowieka?

Grzegorz Schetyna ogłosił sześć kluczowych punktów nowego programu wyborczego opozycji. – Nie wystarczy być jedynie anty-PiS-em, bo bycie anty-PiS-em nie odzwierciedla tak naprawdę tego, kim jesteśmy i za czym się opowiadamy – mówił podczas drugiego dnia Forum Programowego Koalicji Obywatelskiej pod hasłem “Uzdrowić Polskę”. Wśród zaprezentowanych punktów są m.in. wzrost płac, poprawa jakości służby zdrowia, wprowadzenie programu ochrony środowiska i związki partnerskie.

Sześć głównych zmian, których potrzebuje Polska

  1. Akt odnowy demokracji
    – Jednym zbiorem ustaw usuniemy cały śmietnik bezprawia – mówił Grzegorz Schetyna. Chce też wprowadzenia obligatoryjnych referendów po zebraniu miliona podpisów, głosowania przez Internet, praw dla kobiet i związków partnerskich.
  2. Podwyżki płac
    – To jest ten moment, w którym powinny urosnąć pensje. Dorabiają się partyjni działacze, pompują pieniądze ze spółek, tylko wypłata uczciwego człowieka nie rośnie. Ci, którzy zarabiają mniej niż 4500 złotych brutto, dostaną dodatkową premię za aktywność i pracę – zapowiedział lider PO.Wprowadzony ma zostać niższy PIT i ZUS dla wszystkich pracujących; przygotowany specjalny program startowy dla młodych; równe płace dla kobiet i mężczyzn, a także zniesienie zakazu handlu w niedziele.
  3. Europejska Ochrona Zdrowia
    – Ludzie widzą, że służba zdrowia się sypie i zwyczajnie zaczynają się bać. Na chorowanie mogą sobie dziś pozwolić jedynie najbogatsi albo związani z władzą. Nasz projekt europejskiej ochrony zdrowia pozostaje w mocy. Czekanie miesiącami, latami na poradę musi się skończyć – mówił Grzegorz Schetyna.Termin oczekiwania do specjalisty ma nie być dłuższy niż 21 dni, a oczekiwanie na SOR-ach nie może trwać dłużej niż 60 minut. Poza tym wprowadzony ma zostać program walki z rakiem; pełen bilans zdrowotny dla osób 50+; wprowadzone szczepienia dla dzieci; pakietu dla osób niepełnosprawnych oraz przywrócenie i rozszerzenie programu in vitro.
  4. Program dla seniorów
    – Trzynastą emeryturę trzeba utrzymać na stałe i oderwać od kaprysów władzy. Skoro można ją wypłacać, to ma być i już, a nie „może będzie, może nie będzie”. To nie jest kaprys władzy. To jest nasz obowiązek – mówił.Poza tym powstać mają centra rehabilitacji i domy dziennego pobytu; a pakiet dla seniora ma obejmować m.in. darmowe przejazdy taksówką do przychodni czy pomoc przy drobnych pracach domowych.
  5. Przyjazna szkoła
    – Nie będziemy do tego zamieszania dokładali kolejnej reformy. Najpierw musimy posprzątać i uspokoić sytuację. Naszymi sojusznikami będą samorządy i nauczyciele. I jednym, i drugim trzeba zaufać. Nauczycielom damy obiecane podwyżki (czyli 1000 złotych) i więcej autonomii – zapowiedział lider PO.Chce też, aby dom stał się “domem bez tornistra i prac domowych”, tak aby dzieci w szkole po lekcjach odrabiali zadania pod opieką nauczycieli.
  6. Czyste powietrze i woda
    – Jeśli nie dokonamy radykalnej zmiany, nasze dzieci nie zobaczą już świata, jaki my znaliśmy. Już teraz choroby wywoływane przez smog zagrażają prawidłowemu rozwojowi najmłodszych. Świeże powietrze już tylko z nazwy jest świeże, a znalezienie czystego wymaga wypraw i poszukiwań. Ogromne obszary Polski zagrożone są pustynnieniem – mówił Schetyna.Co KO chce zrobić? W ciągu 8 lat zredukować zanieczyszczenie powietrza w Polsce do poziomu “w pełni bezpiecznego dla zdrowia”, do 2030 roku wyeliminować węgiel w ogrzewaniu domów i mieszkań, do 2035 roku w ogrzewaniu systemowym, a do 2040 roku w energetyce. Poza tym ograniczyć zużycie plastiku oraz wprowadzić program „Dzika rzeka”, który ma uratować i wrócić naturze najcenniejsze duże i małe rzeki.

Antoni Macierewicz w ramach swoistego uaktywniania „reanimował” swoją podkomisję smoleńską, o której słuch zaginął. Ostatnio więc były szef MON wezwał do stawienia się przed nią, choć jak się okazało tylko on „przesłuchiwał”, dwóch posłów PO Cezarego Tomczyka i Pawła Suskiego:„Powiedzieć o tej podkomisji [smoleńskiej], że to parodia państwa to nie powiedzieć nic”.

Do tego grona dołączył także długoletni reporter Radia Zet Jacek Czarnecki. I tak jak w przypadku posłów, którzy opisywali spotkanie z Macierewiczem jako kuriozalne, podobny wniosek płynie z relacji Czarneckiego. Pierwotnie miał się stawić na przesłuchanie w miniony poniedziałek, ale zbyt późno dostarczono mu wezwanie. W efekcie spotkał się z Antonim Macierewiczem w ubiegły piątek

Rozmowa przebiegała w cztery oczy. – „Na koniec pan przewodniczący poinformował mnie, że spotkanie miało charakter niejawny. Powiedziałem, że muszę zaprotestować, bo o niejawnym charakterze powinienem zostać poinformowany na wstępie, a nie na końcu i według mnie nie można teraz stwierdzić, że spotkanie miało charakter niejawny. Pan Macierewicz poinformował mnie, że nie mogę ujawniać tego, co poruszał w zadawanych mi pytaniach, natomiast mogę mówić o samym fakcie i okolicznościach przesłuchania. Powiedziałem, że się nie zgadzam, na co pan przewodniczący odpowiedział: jeśli się pan nie zgadza, to możemy skasować nagranie” – opowiedział w onet.pl. Jacek Czarnecki.

A na Twitterze dodał: – „Jak można skasować nagranie z oficjalnego przesłuchania świadka? Przecież to jest rodzaj dokumentu. Tym bardziej że byliśmy z AM sam na sam, żadnego protokołu, ani nic z tych rzeczy. Wezwanie zachowałem, gdyby nagle miało się okazać, że to przesłuchanie „nigdy nie było aktualne”.

„W jakim kraju my żyjemy ? Wyobraźcie sobie, co robią z nagraniami, które obciążają kogoś z PiS. Po prostu je kasują…”; – „Bezcenne doświadczenie, a do tego dowiedziałeś się jak niektórzy bezgranicznie potrafią być kreatywni… i z każdej sytuacji znajdą wyjście” – komentowali internauci. – „Wiceprezes PiS Macierewicz proponuje skasowanie „przesłuchania” dziennikarza, które sam przeprowadzał. Wcześniej sam sobie wypisał legitymację, żeby „przesłuchiwać” posła opozycji. Wystawianie Macierewicza jako lidera listy w wyborach do Sejmu to kompromitacja PiS” – podsumował na Twitterze były minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak.

Ostatnimi bastionami demokracji pozostały tylko sądy, oblegane przez hufce najemników Zbigniewa Ziobry, oraz wolne media, opluwane przez wynajętych propagandystów udających dziennikarzy

W programie przedwyborczym PiS nie ma projektu zmiany konstytucji, ale nikt rozsądny nie zaprzeczy, że Kaczyńskiemu marzy się Polska w pełni autokratyczna, gdzie wszelkie instytucje państwa karnie podporządkują się jednemu ośrodkowi władzy. Ośrodkowi skupionemu wokół osoby Prezesa RP. A niewiele mu już brakuje do osiągnięcia celu. Ostatnimi bastionami demokracji pozostały tylko sądy, oblegane przez hufce najemników Zbigniewa Ziobry, oraz wolne media, opluwane przez wynajętych propagandystów udających dziennikarzy.

Dzięki desperacji przedstawicieli władzy sądowniczej broniących swojej niezależności oraz wsparciu instytucji unijnych polskie sądy trzymają się nieźle. Nie da się tego powiedzieć o wolnych (jeszcze) mediach, które czują się niezagrożone i za dobrą monetę przyjmują zapewnienia, że władza nie ma w planach wrogiego przejęcia zwanego „repolonizacją”.  Jakby zapominali, że ich redakcja czy rozgłośnia to zwykłe przedsiębiorstwo podlegające normalnym prawom rynku, a dla PiS żadna kwota (z budżetu państwa) nie jest zbyt duża, by wykupić „z obcych rąk” udziały wrażej firmy. Rządzącym, którzy dysponują ogromną pulą reklam spółek skarbu państwa, koncesjami, dyspozycyjnymi organami kontrolnymi oraz zbójeckim prawem do natychmiastowej zmiany regulacji i przepisów, udało się już osłabić wolę walki i siłę rażenia niektórych stacji, rozgłośni i tytułów. Ale są i takie wciąż przyzwoite media, gdzie przyzwoici ludzie, prawdziwi dziennikarze, nawet ci nagradzani i zasłużeni w obronie demokracji i zdrowego rozsądku, nie wykorzystują swego potencjału intelektualnego, refleksu i zawodowego doświadczenia, albo wykorzystują go jedynie dla własnej promocji. Niektórzy zdają się mieć dosyć uciążliwej i nieefektywnej walki o normalność. Inni zaczynają płynąć z prądem „demokratycznych przemian”.

Wiceminister Edukacji Marzena Machałek na pytanie o przyczyny bałaganu oświatowego idzie w zaparte. Wszystko jest w porządku, bo ona otrzymuje wiele podziękowań od szkół z całej Polski. Zasłużona dziennikarka nie pyta, które konkretnie szkoły są zachwycone reformą i wdzięczne ministerstwu, więc pani Machałek kontynuuje, że samorządy przygotowały miejsca w liceach dla wszystkich uczniów i prosi by nie nakręcać niepokojów, bo „pani jest doświadczonym dziennikarzem i wie jakie to stresujące dla uczniów i rodziców”.  Doświadczona dziennikarka chyba to wie, bo zmienia temat.

W innym programie bulwersujący temat kontynuuje minister edukacji Dariusz Piątkowski. Obliczył, że w skali kraju miejsc w szkołach średnich jest tyle, że z naddatkiem wystarczy dla wszystkich chętnych. Dziennikarka nie pyta, czy wobec tego uczeń z czerwonym paskiem o zdolnościach humanistycznych, dla którego zabrakło miejsca w liceum, powinien pójść do odzieżówki lub technikum mechanicznego.  Nie pyta też, czy wolne miejsca w Stalowej Woli zapełnić mają kandydaci z Warszawy i Wrocławia. A gdy minister twierdzi, że również poprzednio wielu uczniów dysponujących świadectwami z czerwonym paskiem nie dostawało się do liceów, dziennikarka nie stara się dowiedzieć, kiedy „poprzednio”, gdzie to było i z czyjego kapelusza pochodzą te dane.

Kiedy minister oświaty zapewnił, że reforma oświaty nie ma nic wspólnego z polityką, bo gdyby miała, to przeprowadzona zostałaby po wyborach, to dziennikarka nie spytała, z czym w takim razie ta reforma ma coś wspólnego, po co ją wymyślono i czemu uchwalono ją w ekspresowym tempie bez prawdziwych konsultacji. A gdy minister zrobił odkrycie, że jeśli brakuje miejsc w klasach, to przecież można utworzyć kolejne, dziennikarka nie dopytała, gdzie jeszcze można je tworzyć, skoro w sale lekcyjne przekształca się już korytarze, pokoje nauczycielskie, sekretariaty i szatnie. Gdy minister plecie coś o samorządach, opanowanych przez PO, które wyłącznie odpowiadają za bałagan w oświacie, to dziennikarce nie przyjdzie do głowy, że wszelkie zmiany kosztują, więc nie pyta, dlaczego ministerstwo zwraca samorządom jedynie kilka procent ich rzeczywistych wydatków, skoro dziesiątki razy słyszeli od minister Zalewskiej, że reforma jest policzona, a wydatki będą w pełni refundowane? A tak w ogóle to w żadnym wywiadzie nie usłyszałem najważniejszego pytania: Jaką korzyść z tej „reformy” odniosą mieszkańcy, którym trzeba będzie obciąć budżetowe fundusze na rozwój infrastruktury, komunikację, kulturę, zdrowie czy wydatki socjalne dla pokrycia kosztów fanaberii jednej pani wykonującej polecenia starszego faceta, któremu zamarzyło się, żeby szkoły były takie jak dawniej.

Główny macher od propagandy PiS Adam Bielan uznał, że warto powrócić do retoryki „dziadka z Wehrmachtu”, zarzucając Platformie jakieś faszystowskie resentymenty.  W wywiadzie prowadzonym przez znanego i przyzwoitego skądinąd dziennikarza ogłosił, że PO nawiązuje do symboliki Wolnego Miasta Gdańska, które przecież było siedliskiem niemieckiego nazizmu. Redaktorowi zabrakło wiedzy, a może tylko refleksu, by wyjaśnić widzom, że po przegranej wojnie Gdańsk odebrano Rzeszy i przekształcono w Wolne Miasto pod zarządem Ligi Narodów, że nie rządzili tam Niemcy, tylko Brytyjczyk, niejaki Reginald Tower, a porządku strzegły francuskie i angielskie wojska Ententy. Dla ludzi myślących Wolne Miasto Gdańsk może być zatem symbolem wolności i pokoju, a nazistowskie skojarzenia z obecną władzą polskiego Gdańska i chamskie dolepianie „frau” do nazwiska prezydent Dulkiewicz trafiają się tym, którzy incydentalne zwarcia w synapsach nazywają myśleniem.

Marcin Horała, poproszony o ocenę ogłoszonego właśnie programu Platformy, ochoczo wyjaśnił, że w odróżnieniu od programu PiS jest on niepoliczalny, niewykonalny, księżycowy, niewiarygodny i niekonkretny.  Znany dziennikarz nie zwrócił mu uwagi, że ta ocena wypisz – wymaluj przystaje do wypowiedzi pana Horały pozbawionej argumentów i dowodów oraz nie zasugerował, by PiS lepiej nie stawał w szranki z PO w konkurencji „wiarygodność”. A gdy pan Horała oświadczył, że związki jednopłciowe są nie do przyjęcia jako niekonstytucyjne, bo ustawa mówi tylko o związkach kobiety i mężczyzny, to doświadczony redaktor nie zwrócił mu uwagi, że pytanie nie dotyczyło małżeństwa, tylko związku partnerskiego, którego Konstytucja nie zabrania, bo wcale o nim nie mówi.

Kiedy marszałek Senatu Stanisław Karczewski powiedział dziennikarzom, że dla świętego spokoju Rzecznik Praw Obywatelskich „powinien wreszcie podać się do dymisji”, nikt jakoś nie zapytał dlaczego jeden z najwyższych rangą urzędników państwowych wywiera nacisk na inny organ konstytucyjny, na jakiej podstawie oferuje mu łaskawie spokój w zamian za wyczekiwaną dymisję i tym samym daje do zrozumienia, że festiwal nienawiści wobec Adama Bodnara i jego rodziny, który zainaugurowała TVP, może się skończyć wraz z położeniem na biurku dymisji RPO. Przy okazji: nikt nie zauważył, że Karczewski ujawnił ośrodek nagonki, bo w jego wypowiedzi: „mielibyśmy lepszego rzecznika” podmiotem nie są wszyscy Polacy, tylko partia, ludzie podzielający zdanie PiS o RPO.

***

Rośnie poparcie dla partii, która za nic ma demokrację, wolność, równość, prawo i sprawiedliwość. Czego domagać się od zwyczajnych Kowalskich, skoro bezczelna hucpa oszałamia nawet wytrawnych dziennikarzy, którzy nie radzą sobie z wyuczoną w PiS metodą zakrzykiwania niewygodnych pytań i ucieczki na manowce. Za dobra monetę przyjmują wyjaśnienie, że w istocie PiS zrobił to, ale poprzednicy zrobili owo, więc nie ma powodu się czepiać. Czy chociaż jeden prowadzący jakiś wywiad zareagował na masowe groźby kierowane do elektoratu: „jak nie wybierzecie naszych, to rząd nie da wam kasy”? Nie słyszałem, by ktoś przekazał widzom informację, że nakłanianie do zachowań wyborczych pod groźbą jest przestępstwem. Tylko raz usłyszałem ripostę dziennikarki na wypowiedź prominenta, który straszył apokalipsą napływu terrorystów w przypadku wygranej konkurentów w wyborach samorządowych: – Zgodę na pobyt wydaje rząd, a nie samorządy! Szkoda, że nie dodała, że rząd PO-PSL zobowiązał się do przyjęcia 7 tys. uciekinierów z bombardowanych miast Syrii, natomiast rząd PiS tylko w ubiegłym roku wydał zgodę na pobyt w Polsce ponad 25 tys. imigrantów z Azji i ponad 10 tys. obywateli krajów muzułmańskich. I pięknie, tylko po co było straszyć?

Może się czepiam. Może mam przesadne wymagania. Jednak uważam, że w sytuacji, gdy lansady opozycji wokół tworzenia wspólnego frontu zdolnego skutecznie przeciwstawić się nawale PiS, nie napawają optymizmem, wolne media pozostają niemal ostatnią fortecą broniącą Polaków przed wyborczym kłamstwem, manipulacją i oszczerstwami. Marzą mi się dziennikarze, którzy nie odpowiadają sami na swoje pytania i nie przerywają rozsądnym interlokutorom, natomiast potrafią zatrzymać słowotok rozmówców uciekających od rzeczowej wypowiedzi. Marzą mi się dziennikarze, którzy na bieżąco identyfikują kłamstwa i nie pozwalają na upowszechnianie wśród odbiorców swojej stacji fałszywej rzeczywistości. Chciałbym usłyszeć skierowany do widzów komunikat prowadzącego, że wątpliwe argumenty, którymi posługuje się jego rozmówca, pochodzą z produkowanego przez partyjnych propagandystów „przekazu dnia”, a agresywna forma narracji, przekrzykiwanie oponentów i galeria min towarzyszących wypowiedziom krytycznym to wyuczone reakcje, ćwiczone pod okiem fachowców od agitacji.

Z przyjemnością obejrzałbym wywiad z prominentem PiS, poprzedzony wypowiedzią prowadzącego: – Umówmy się, że Polska była w ruinie, cokolwiek złego dzieje się w kraju ma swoją praprzyczynę w rządach PO-PSL, a za wszystko odpowiedzialny jest Donald Tusk. Ustalmy, że błędów obecnej władzy nie będziemy usprawiedliwiać błędami poprzedników. Czyli w moim programie wykluczamy te argumenty z wypowiedzi. To by dopiero była ciekawa rozmowa!