Tag Archives: Wojciech Szacki

Kidawa-Błońska na prezydenta, zaś pisowskie dewotki niech rodzą przez zwiastowanie

17 Paźdź

Więcej o Tusku i kandydacie opozycji na prezydenta >>>

Małgorzata Kidawa-Błońska kandydatką na prezydenta – to plan lidera Koalicji Obywatelskiej Grzegorza Schetyny. Oboje już w tej sprawie się dogadali

– Gra idzie o lidera opozycji i przyszłe miejsce na scenie politycznej – tłumaczy polityk Koalicji Obywatelskiej. – Dla nas kończy się komfort, powrót lewicy do Sejmu oznacza ostrą konkurencję. Czarzasty będzie próbował odebrać nam koronę. Możemy dużo stracić, jeśli nic się nie zmieni w naszym środowisku, a trzeba zacząć od góry.

Wrzenie w Platformie

– Jest duże wrzenie, nawet w Warszawie, gdzie zdecydowanie pokonaliśmy PiS. Przy naszym wyniku część osób wypadła z gry. I ci, którzy nie potrafili zawalczyć o mandat, zaczęli wyrzucać Schetynie, że otworzył się na nowe środowiska. Czują się pokrzywdzeni, mówią, że latami pracowali na partię, a miejsca zajęli im debiutanci – opowiada polityk z władz jednego z regionów PO.

Sam Schetyna ustąpił miejsca w stolicy Kidawie-Błońskiej. Jego zwolennicy przekonują, że był to gest roztropny i szlachetny, który działacze powinni docenić. Nie przez przypadek Schetyna podczas wieczoru wyborczego ogłosił, że teraz KO idzie po wygraną w wyborach prezydenckich, które odbędą się już wiosną.

– Wbrew pozorom Schetyna ma wciąż bardzo mocne karty. Ludzi w regionach, kontrolę nad finansami partii, ludzi w samorządach, pulę posad i ludzi, którzy są mu wdzięczni – słyszymy od ważnego polityka Koalicji. – Ma też Małgorzatę Kidawę-Błońską, którą słusznie, choć za późno, zrobił twarzą kampanii. Są dogadani. W scenariuszu bez Donalda Tuska, na który się zanosi, to ona będzie kandydatką na prezydenta. Proszę zwrócić uwagę, jak Kidawa-Błońska tonuje rewolucyjne nastroje w partii. Ta kandydatura zostanie ogłoszona bardzo szybko, by nie dać czasu wewnętrznej opozycji. Pozamiatane na jedną albo na drugą stronę będzie do grudnia.

Inny dorzuca: – Schetyna musi wystawić kandydata, nim zaczną się porachunki. Opowiem, jak to będzie. Już za chwilę wyjdzie pan przewodniczący, obok kandydatka, z tyłu duże logo KO i ludzie machający partyjnymi chorągiewkami, może baloniki. Wszyscy będą się uśmiechać. Do tego przekaz – fantastyczny wynik Kidawy-Błońskiej, ponad 400 tys. głosów, najlepsze nazwisko do walki o prezydenturę, słowa przewodniczącego: Koledzy, zróbmy to razem!

Tuska raczej nie będzie

Czy Tusk może jeszcze wejść do gry? – Żeby zatrzymać rząd PiS w robieniu szkód, trzeba mieć siłę prezydenckiego weta – mówił w środę w Brukseli szef Rady Europejskiej. – Czy ja jestem człowiekiem, który może przekonać wątpiących? Nie wiem, wcale nie byłbym o tym tak bardzo przekonany. Przyjąłbym absolutnie bez żadnego żalu inną interpretację, że są kandydaci, którzy może budzą mniej entuzjazmu, ale na końcu wezmą więcej po tej stronie, która rozstrzygnie te wybory. Na pewno jest kilka nazwisk, które rokują nadzieję na zwycięstwo.

Głosami głównie PiS, przy protestach osób zebranych przed gmachem parlamentu, Sejm skierował do dalszych prac obywatelski projekt ustawy mającej pozwolić na karanie za edukację seksualną. Bo ta rzekomo przyczynia się do deprawacji i demoralizacji dzieci oraz młodzieży.

– Dlaczego wprowadzacie taki gniot legislacyjny, ideologiczny? Dlaczego z premedytacją wprowadzacie ludzi w błąd, zrównując edukację seksualną z pedofilią? – pytała tuż przed głosowaniem Joanna Scheuring-Wielgus (Teraz!). To ona złożyła wniosek o odrzucenie obywatelskiego projektu w pierwszym czytaniu. – Jako matka trojga dzieci chciałabym powiedzieć: wara od naszych dzieci! – dodawała.

– To projekt, który nie ma nic wspólnego z przeciwdziałaniem pedofilii – dodawała Monika Wielichowska (PO-KO). – To o waszej wolności, o waszym życiu i o waszym dostępie do edukacji jest ten projekt! – zwracała się do uczniów.

Oficjalnie chodzi o „publiczne propagowanie lub pochwalanie podejmowania przez małoletniego obcowania płciowego”, za co – wedle projektu ustawy – mogłoby grozić do dwóch lat więzienia. Jeśli odbywałoby się to „za pomocą środków masowego komunikowania” – już trzy lata. Podobnie jak w przypadku osoby zajmującej się edukacją czy leczeniem młodych (one odpowiedzą już nie tylko za propagowanie „obcowania płciowego”, ale również „innej czynności seksualnej”).

Jednak już w uzasadnieniu obywatelskiego projektu, pod którym podpisało się ponad 263 tys. osób, czytamy: „Proponowana zmiana zapewni prawną ochronę dzieci i młodzieży przed deprawacją seksualną i demoralizacją, która rozwija się w niebezpiecznym tempie i dotyka tysięcy najmłodszych Polaków za pośrednictwem tzw. ‚edukacji’ seksualnej”.

Fundacja Pro – Prawo do Życia, która stoi za projektem, przestrzega: „Odpowiedzialne za ‚edukację’ seksualną środowiska wchodzą do kolejnych placówek oświatowych w Polsce, rozbudzając dzieci seksualnie oraz promując wśród uczniów homoseksualizm, masturbację i inne czynności seksualne”.

Edukacja seksualna. Debata wśród protestów

Podczas wtorkowej debaty projekt zachwalali przedstawiciele PiS i Konfederacji. Zresztą partia rządząca mówiła o podniesieniu górnej granicy kary do nawet pięciu lat. W środę przeciw wnioskowi o odrzucenie projektu opowiedziało się 243 posłów, głównie z PiS, Kukiz’15 i Konfederacji. Marszałek Sejmu Elżbieta Witek skierowała go do komisji nadzwyczajnej ds. zmian w kodyfikacjach. Jako że jest to projekt obywatelski, posłowie będą mogli zająć się nim w kolejnej kadencji.

– W projekcie bardzo mętnie jest określone, co jest nawoływaniem do współżycia seksualnego, a co nim nie jest. To rodzi pole do uznaniowości w stosowaniu prawa i manipulacji, a w praktyce ta ustawa jest młotem, który ma zniszczyć jakąkolwiek edukację seksualną – przemawiała we wtorek Scheuring-Wielgus.

Arkadiusz Myrcha (PO-KO): – Uzasadnienie projektu jest wypełnione twierdzeniami niepopartymi jakimikolwiek dowodami. To bardziej manifest lub oświadczenie polityczne niż merytoryczne uzasadnienie projektu ustawy. Brakuje jakichkolwiek badań, analizy orzecznictwa, samej oceny zjawiska, opinii ekspertów.

W środę, w czasie kiedy posłowie decydowali o losach projektu, przed Sejmem zebrali się obywatele protestujący przeciw „jesieni średniowiecza”.

„Jako polskie obywatelki i kobiety mieszkające w Polsce, których dzieci cierpią z rąk pedofilów, także tych w sutannach – wciąż bezkarnych – żądamy wyrzucenia tej ustawy do kosza i rzetelnej pracy nad prawem, które będzie chronić niepełnoletnich, zamiast pozwalać państwu na karanie syna/córki za uprawianie seksu ze swoją dziewczyną/chłopakiem” – napisali organizatorzy protestu, a więc Ogólnopolski Strajk Kobiet.

Na Facebooku zainteresowanie bądź chęć wzięcia udziału w warszawskim wydarzeniu zadeklarowało ponad 50 tys. osób.

Prawo młodzieży do rzetelnej edukacji seksualnej

Do projektu krytycznie odniósł się m.in. Sąd Najwyższy. W opinii przesłanej Sejmowi wskazał, że wedle prawa podejmowanie obcowania płciowego lub dopuszczanie się innej czynności seksualnej wobec osób, które mają już 15 lat, nie jest karalne; zaś zgodnie z wykładnią słownika PWN słowo „propagować” ma wydźwięk neutralny, „związany z poszerzaniem wiedzy i przekazywaniem jej innym osobom”.

„Samo propagowanie rozumiane jako upowszechnianie wiedzy zdaje się także realizować konstytucyjne prawo do ochrony zdrowia wyrażone w art. 68 ust. 1 Konstytucji RP, jak również prawo wolności badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników wyrażone w art. 73” – czytamy w piśmie sygnowanym przez I prezes SN Małgorzatę Gersdorf.

SN przypomina, że wiedzę o życiu seksualnym człowieka czy metodach i środkach świadomej prokreacji wprowadza do programów nauczania ustawa z 1993 r.: „Racjonalny ustawodawca nie może przewidywać jednocześnie z jednej strony w ramach obowiązku realizowania programu nauczania szkolnego przez nauczyciela przekazywania pewnych treści, a z drugiej kryminalizować tego zachowania”.

Do odrzucenia projektu wezwała Grupa Edukatorów Seksualnych „Ponton”, która pisze wprost, że celem proponowanej zmiany jest z jednej strony zastraszenie osób zajmujących się edukacją seksualną i zapewnieniem opieki zdrowotnej osobom poniżej 18. roku życia, z drugiej – uniemożliwienie młodzieży egzekwowania prawa do rzetelnej edukacji.

„Mamy stały kontakt z młodymi ludźmi – mówią nam o problemach, troskach, potrzebach, a my ich słuchamy i wspieramy. Możemy zapewnić, że proponowana nowelizacja kodeksu karnego zadziała na szkodę najmłodszych Polek i Polaków, pozbawiając ich dostępu do rzetelnej edukacji (edukacja seksualna), opieki zdrowotnej (konsultacje ginekologiczne, dostęp do antykoncepcji czy tabletki ‚po’) oraz zwykłego, ludzkiego wsparcia w kwestiach seksualności, dojrzewania, rozwoju, budowania zdrowych związków” – przestrzega Ponton.

Mikołaj Czerwiński, koordynator ds. równego traktowania w Amnesty International Polska: „Brak dostępu do edukacji seksualnej w szkołach i jej społeczne napiętnowanie skutkuje tym, że młodzi ludzie pozostawieni są sami sobie wtedy, gdy najbardziej potrzebują rzetelnej informacji”.

Porządne katolickie dziecko wychowywane w tradycyjnej polskiej rodzinie nie może wszak wiedzieć, że jego narządy intymne to żaden ptaszek czy broszka.

„Stary“ Sejm zaskoczył nas wielokrotnie. Nocnymi głosowaniami, sposobem procedowania projektów ustaw, językiem, przy którym lapsus marszałka Zycha („kurwa“ przy włączonym mikrofonie) jawi się jako wspominany z sentymentem obraz dawno minionej epoki, czy sposobem traktowania przez rządzącą partię przeciwników politycznych. Pewne było, że zaskoczy nas i nowy Sejm, w którym skrajni, twardogłowi konserwatyści objęli 11 mandatów. A jednak to, co wydarzyło się na ostatnim, odwieszonym posiedzeniu tego Sejmu, stanowi kuriozum w swojej własnej klasie, której standardy ustanowiły „zdradzieckie mordy“.

To, że 15 października odbędzie się czytanie kuriozalnego projektu „Stop pedofilii“, który przewiduje karę trzech lat więzienia za edukację seksualną, było wiadome. Ale to, że PiS zażąda zwiększenia wymiaru kary do lat pięciu, jest pewnym novum. Zaskakuje także argumentacja – jeśli o zaskoczeniu w przypadku surrealnego projektu można mówić.

Chodzi o projekt nowelizacji art. 200b kodeksu karnego, który traktuje o karach za „pochwalanie zachowań o charakterze pedofilskim“. Jako pierwsze o sprawie napisało Okopress.

W paragrafie 4 napisano: „Kto propaguje lub pochwala podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej, działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi albo działając na terenie szkoły lub innego zakładu lub placówki oświatowo-wychowawczej lub opiekuńczej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3“.

Teraz posłowie PiS chcą, by edukatorzy seksualni i wydawcy magazynów, dziennikarze, pisarze, którzy podejmują temat seksu i antykoncepcji, byli zagrożeni nie tylko ogniem piekielnym, z którym, być może, byliby w stanie sobie jakoś poradzić, ale także perspektywą spędzenia pięciu lat za kratami.

Porządne katolickie dziecko wychowywane w tradycyjnej polskiej rodzinie nie może wszak wiedzieć, że jego narządy intymne to żaden ptaszek czy broszka, tylko penis i pochwa, a nastolatek – że od ciąży nie uchroni pięć zdrowasiek i różaniec, tylko antykoncepcja.

To kłóciłoby się z „ochroną życia od poczęcia“. Życie po poczęciu interesuje posłów PiS-u jakby mniej, a widać to w dziurawej argumentacji. „Jak widzimy – obecna ochrona jest niepełna i niewystarczająca” – mówił, cytowany przez OKO, poseł PiS Andrzej Matusiewicz.

„Projekt zapewnia pełniejszą realizację praw człowieka, realizuje ochronę dóbr dziecka, poszanowania godności, wolności od przemocy psychicznej, ochrony jego prywatności i wrażliwości. To wszystko wartości konstytucyjne. Projektowana zmiana w pełni realizuje prawo rodziców do wychowania dziecka zgodnie z przekonaniami” – dodał.

Ci, którzy ten zły, szkodliwy i zwyczajnie głupi projekt napisali, chcą sprzeciwić się „demoralizacji i seksualizacji dzieci“. Świetnie. Niech maszerują natychmiast do tych, którzy mówią o seksualności publicznie: arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, który z ambony mówi o „tęczowej zarazie“, do abp. Michalika, który opowiadał w kontekście pedofilii bzdury, jak to „dziecko lgnie do drugiego człowieka“ czy autorów podręczników szkolnych, którzy w książkach dla dzieci umieszczają złote myśli w rodzaju „homoseksualizm to choroba“. Po drodze – niech zahaczą o katechetów, którzy chętnie straszą dzieci wiecznym potępieniem za to, że są ciekawe świata.

W następnej kolejności niech idą na pielgrzymkę do fundacji i osób, które pomagają ofiarom pedofilów w sutannach, i do Amnesty International, która chce zmienić definicję gwałtu w kodeksie karnym, by opierała się na braku zgody, nie zaś oporu, jak jest w tej chwili (w 2015 roku do prokuratury trafiło 23 proc. spraw). Niech zasuwają do domów samotnych matek, gdzie chronią się kobiety z dziećmi, które doświadczyły przemocy (łatwo znaleźć, ośrodków pomocy ofiarom przemocy w rodzinie jest w Polsce ledwie 35 – dane za lata 2015-17, jak wynika z raportu NIK), a jest w nich 591 miejsc, przy czym rocznie (dane za 2017 rok) przemocy w rodzinie doznało 93 tys. osób (głównie kobiet i dzieci). Niech wpadną z duszpasterską wizytą do ofiar gwałtów i zapytają, co słychać i jak się miewa ich „demoralizacja“ po tym, jak ktoś, kto pozostał bezkarny, zabrał im wszystko. Niech zapytają matkę z małym dzieckiem, jak jej się żyje z mężem potworem, który bije tak regularnie, jak chodzi do kościoła. Niech pójdą do rodziców, których dziecko odebrało sobie życie, bo nie mogło się dodzwonić tam, gdzie wiedziało, że ktoś je wysłucha.

I niech uważają na tego potwora LGBT, bo w końcu, w całej swojej potwornej łagodności, ich połknie. Przeżuje i wypluje. Żeby zatrzymać demoralizację. I nawet jeśli dostanie za to pięć lat więzienia – zrobi to.

Anja Rubik: Państwo PiS wspólnie z przedstawicielami kościoła, zamiast skupić się na badaniu zjawiska kościelnej pedofilii, postanowiło karać nas za szerzenie nauki i wiedzy.

Anja Rubik od dwóch lat działa na rzecz poprawy edukacji seksualnej w Polsce. Zainicjowała ruch #sexedpl i wydała pierwszy w Polsce podręcznik (pod tym samym tytułem) do edukacji seksualnej dla młodzieży i ich rodziców (non profit). To bestseller, który od ponad roku jest topem w księgarniach. Do rozmów zaprosiła edukatorów seksualnych, psychologów, psycholożki, psychoterapeutów, seksuolożki. W jej książce nie ma tabu. Jest masturbacja, pierwszy raz, rozmowa z dzieckiem o seksie, antykoncepcja, świadoma zgoda, badanie w kierunku HIV, LGBT+, aborcja. Tymczasem PiS zapowiedział, że będzie pracował nad ustawą, która kara więzieniem edukatorów seksualnych: – Musieliby nas wszystkich aresztować – mówi Anja Rubik.

W kampanii #sexedpl wzięli udział m.in.: Maciej Stuhr, Magdalena Szumowska, Mary Komasa, Marta Frej, Dorota Masłowska, Robert Biedroń, Sebastian Fabjański. Wystąpili w filmach, które wyreżyserowała Rubik.

–  Polskiej młodzieży należy się rzetelna edukacja seksualna. Brakuje jej w szkołach, a rodzice nie rozmawiają z dziećmi w domu – mówi Anja Rubik. – Wielu nastolatków wciąż myśli, że po pierwszym razie nie można zajść w ciążę i że kalendarzyk małżeński to skuteczna metoda antykoncepcji. Skąd to wiem? Kiedy ruszyłam z kampanią #sexedpl, tysiące młodych ludzi pisało do mnie, czego dowiadują się w szkole na lekcjach wychowania do życia w rodzinie. W 180-stronicowym podręczniku do tego przedmiotu słowo „seks” pojawia się dwa razy, w negatywnym kontekście. Na zajęciach nastolatki słyszą, że jeśli kobieta naprawdę nie chce zajść w ciążę, to nie zajdzie. A jeżeli zaszła w ciążę przez gwałt, to znaczy, że jednak tego chciała.

Z badań Instytutu Badań Edukacyjnych wynika, że prawie połowa 18-latków nie potrafi poprawnie odpowiedzieć na pytania dotyczące budowy narządów rozrodczych. 37 proc. rodziców  jest skrępowanych, kiedy ma rozmawiać z dzieckiem o seksie.

– Bez edukacji seksualnej młodzi ludzie stają się bezbronni wobec przemocy seksualnej i bezradni wobec progagandy, która próbuje wpędzić ich w poczucie winy za to, kim są i kogo kochają – mówi Anja Rubik. – Dajemy młodym ludziom wiedzę, odpowiadamy na tysiące pytań, widzimy uczucie ulgi, które pojawia się na ich twarzach, kiedy słyszą od nas, że są normalni, że wszystko jest w porządku, że nie trzeba mieć poczucia winy, kiedy w czasie dorastania pojawia się jakiś niepokój.

Już przed wyborami alarmowała, że projekt nowej ustawy zakładającej nawet trzy lata (wczoraj posłowie mówili już o pięciu) więzienia dla edukatorów seksualnych trafi do Sejmu zaraz po wyborach. I trafił.

– To jeden wielki absurd – mówi Anja Rubik. – Osoby, które wyszły z pomysłem tego projektu, kompletnie nie wiedzą, czym jest edukacja seksualna. Atakują równość, różnorodność, zapominając, że zgodnie z konstytucją każdej osobie należy się szacunek. To wbrew prawu. W Polsce można uprawiać seks z osobą, która skończyła 15 lat, a nie można z nią porozmawiać na temat seksu, dopóki nie ukończy osiemnastki? Przecież to kompletna bzdura.  Poza tym, żeby zakazać edukacji seksualnej, to trzeba najpierw zmienić ustawę antyaborcyjną z 93 roku, która gwarantuje w Polsce edukację seksualną. Państwo PiS wspólnie z przedstawicielami kościoła, zamiast skupić się na badaniu zjawiska kościelnej pedofilii, postanowiło karać nas za szerzenie nauki i wiedzy.

Prawicowe portale atakują Anję Rubik za to, że „seksualizuje młodzież” i boi się zakazu edukacji seksualnej.

– Niczego się nie boję. Nie wycofam się ze swoich działań i ruchu #sexedpl. Nie poddam się. Od dwóch lat wspólnie ze wspaniałym zespołem edukatorów seksualnych wykonujemy robotę, którą tak naprawdę powinno wykonać państwo – odpowiada.

Przed Sejmem odbył się protest przeciwko projektowi ustawy, który wprowadza karę więzienia za edukację seksualną. Posłowie w trakcie manifestacji przegłosowali skierowanie projektu do dalszych prac w komisji.

Przed budynkiem parlamentu zgromadziło się w środę około tysiąca osób, które protestowały przeciwko projektowi zmian w Kodeksie karnym. Jego autorzy żądają więzienia za edukację seksualną nieletnich. W trakcie protestu Sejm, głównie głosami posłów PiS, skierował do dalszych prac w komisji obywatelski projekt ustawy.

Manifestację pod hasłem „Jesień średniowiecza” zorganizował Ogólnopolski Strajk Kobiet. Uczestnicy przynieśli plakaty „Strajku kobiet”, tęczowe flagi i kartony z hasłami „Nie dla zakazu edukacji”, „Karzcie lepiej za pedofilię w kościele”, „Edukacja prawem”, „Witamy w Średniowieczu”, „Lepiej w szkole niż z pornosów”, „Pornhub dla posłów, edukacja seksualna dla dzieci”. Policja zamknęła dla ruchu ulicę Matejki.

Marta Lempart z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet otworzyła zgromadzenie przy Wiejskiej. – Tym, co dzieje się w parlamencie zarządzają fundamentaliści z Ordo Iuris, w których agendzie jest zakaz aborcji i walka z osobami homoseksualnymi. Teraz wzięli na warsztat edukację seksualną – powiedziała ze sceny Marta Lempart. Tłum skandował: „Chcemy edukacji, nie indoktrynacji”.

– Są ludzie, którzy chcą mówić o chorobach przenoszonych drogą płciową i to ich chcą wsadzać do więzienia. Wiedza to potężna broń – mówił Tomasz Piątek. Tłum zaczął skandować: – Chcemy zdrowia, nie zdrowasiek.

Na proteście pojawiła się Anja Rubik, która została przywitana entuzjastycznymi brawami. – Żadna władza nie może nam odebrać prawa do edukacji. Edukacja seksualna nie jest deprawacja seksualną. Deprawacja to pozbawianie młodych wiedzy o ich ciałach i uczuciach. Bez edukacji jesteśmy bezbronni wobec propagandy, która mówi, żebyśmy czuli dyskomfort. Rząd prowadzi wojnę z niewinnymi i przerażonymi dzieciakami – mówiła ze sceny Anja Rubik.

– Ja się nie boję. Mówimy o prawach człowieka, żadna ustawa nie może nam tego odebrać. Nie pozwolimy na to – dodała. Tłum zaczął krzyczeć: „Edukacja seksualna”!

Sędzia Jarosław Wyrembak oficjalnie zażądał dymisji prezes TK Julii Przyłębskiej – podaje Onet.pl w tekście Andrzeja Stankiewicza.

Stało się to 17 września na Zgromadzeniu Ogólnym Sędziów TK. Podczas posiedzenia sędzia Wyrembak przekazał na piśmie wszystkim członkom Trybunału swoje oświadczenie. Zarzucił Przyłębskiej „łamanie prawa”. Napisał też – jak podaje Onet – o podejmowaniu działań, dla których nie znajduje żadnej legitymacji prawnej, które rażąco naruszają elementarne reguły praworządności”. Twierdzi też, że prezes TK unika dyskusji o sytuacji Trybunału. Zaapelował o jej dymisję.

Wyrembak ma 50 lat. Jest karnistą i doktorem habilitowanym nauk prawnych zatrudnionym na stanowisku profesora nadzwyczajnego na Wydziale Prawa i Administracji Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania w Warszawie. W przeszłości pracował na UW, był adwokatem, później został notariuszem i prowadził własną kancelarię notarialną. W 2010 r. wstąpił do ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego. Ten fakt nie przeszkadzał PiS zgłosić go w 2015 r. najpierw do Trybunału Stanu, a potem do Trybunału Konstytucyjnego.

W TK zajął miejsce sędziego Henryka Ciocha, który zmarł w 2017 roku. Cioch był dublerem, a zatem Wyrembak został dublerem dublera. Wszedł na jedno z trzech prawomocnie obsadzonych miejsc sędziów wybranych przez Sejm poprzedniej kadencji, od których prezydent Andrzej Duda nie odebrał przysięgi.

Jeszcze w ubiegłym roku, przed wyborem, chwalił Przyłębską.

– Chcę podkreślić, że wysiłkiem pani prezes Julii Przyłębskiej w TK przywrócono pewną normalność. Chciałbym podkreślić, że wysiłkiem pana prezydenta i Sejmu udało się przywrócić względny spokój wokół funkcjonowania Trybunału – mówił podczas posiedzenia komisji, która oceniała jego kandydaturę.

Prezes NIK Marian Banaś nie chce złożyć rezygnacji ze stanowiska. Po południu CBA miało ogłosić wyniki kontroli jego oświadczeń majątkowych. Zwlekało. PiS najwyraźniej pogodził się, że plan „ratowania” NIK będzie trudniejszy – dowodzi tego ogólna treść wydanego w końcu komunikatu.

CBA zakończyło swoje czynności, a teraz „Pan Marian Banaś ma 7 dni na zgłoszenie uwag do zastrzeżeń CBA, które nie zostały wyjaśnione w trakcie trwania kontroli oświadczeń majątkowych” – tyle wynika z komunikatu. Jakie są te zastrzeżenia? Nie wiadomo. Nie ma też na razie mowy, by CBA kierowało na Banasia zawiadomienie do prokuratury.

Stanisław Żaryn, rzecznik koordynatora służb specjalnych, mówi „Wyborczej”, że wyniki kontroli nie muszą być podane do wiadomości publicznej.

Ogólna treść komunikatu dowodzi, że w PiS pogodzili się z tym, że nie uda się Banasia skłonić do rezygnacji z funkcji. Tym samym opisany wczoraj przez „Wyborczą” plan „ratowania” NIK przez partię rządzącą jest coraz trudniejszy do zrealizowania.

Rano na stronie NIK ukazało się oświadczenie dementujące wtorkowe informacje o dymisji Banasia. „Informacja ta jest nieprawdziwa. Prezes NIK przebywa na urlopie bezpłatnym, a zadania Najwyższej Izby Kontroli realizowane są zgodnie z przyjętym planem pracy” – podało biuro prasowe NIK.

Ultimatum dla Banasia

Dobrowolna rezygnacja była częścią planu PiS, który chciał ratować stanowisko prezesa NIK i szybko zastąpić Banasia swoim człowiekiem. Byłoby to możliwe tylko za zgodą obecnego Senatu, gdzie PiS ma większość. Nowy Senat wybrany 13 października daje już większość opozycji. Do zaprzysiężenia nowego parlamentu jest jeszcze prawie miesiąc, więc szansą na wybór prezesa NIK po myśli PiS byłoby zwołanie posiedzeń obu starych izb przed 13 listopada.

To, że rezygnacja Banasia była już podpisana, potwierdzają nasi informatorzy. – Banaś dostał we wtorek ultimatum. Miał do południa złożyć do PAP oświadczenie, że rezygnuje z powodu stanu zdrowia, kierując się odpowiedzialnością za państwo – mówi jeden z nich.

Z informacji „Wyborczej” wynika jednak, że plan ratowania NIK został uznany za „niemal niewykonalny”. Przeszkodą jest regulamin Sejmu oraz Ustawa o NIK. Regulamin określa na 21 dni czas zgłaszania kandydatów na prezesa. Ustawa mówi, że wybranego przez Sejm kandydata Senat zatwierdza w ciągu miesiąca. W PiS uznano, że nie da się tak nagiąć prawa, by zmieścić się w tych terminach. Tym bardziej że sam Banaś nie kwapił się do złożenia rezygnacji. Był do tego nakłaniany od wtorkowego poranku m.in. przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Nie chciał się poddać.

Obawy opozycji

Mimo to opozycja wciąż podejrzewa, że PiS rzutem na taśmę będzie chciał, by przed pierwszym posiedzeniem nowego Sejmu stary parlament wybrał następcę Banasia. O tym, że szykowane jest dodatkowe posiedzenie starego Sejmu, mówiła „Wyborczej” Izabela Leszczyna (KO-PO) Podobną informację podał w TOK FM poseł Cezary Tomczyk (też KO- PO). Jednak Małgorzata Kidawa-Błońska, reprezentująca w Sejmie Koalicję, mówi nam, że na razie nie ma wniosku o kolejne posiedzenie.

„Obciążenie dla PiS”

Co będzie dalej?  W nieoficjalnych rozmowach politycy PiS mówią, że Banaś jest dla partii obciążeniem. Otwarcie mówił to w TVN24 Kamil Bortniczuk, poseł Porozumienia, wybrany z list PiS. Zaznaczył, że rezygnacja Banasia byłaby „dobrym rozwiązaniem”. W podobny sposób wypowiedział się Patryk Jaki (też w TVN24). Stwierdził, że Marian Banaś powinien „co najmniej rozważyć dymisję”. – Uważam, że ta sprawa była niedostatecznie przez niego wyjaśniona – podkreślił. Przyznał też, że dymisja prezesa NIK jest możliwa i „nie można wykluczyć, że coś się będzie działo w najbliższych dniach”.

Czy Banaś wróci z urlopu?

Kontrolę oświadczeń Banasia wszczęto w kwietniu 2019 r., ale tempa nabrała po wrześniowym materiale TVN. W filmie „Pancerny Marian i pokoje na godziny” stacja pokazała nieznane oblicze Banasia, który przez całe lata pełnił odpowiedzialne funkcje w resorcie finansów. Był tam wiceministrem, szefem służb skarbowych, a przed wyborem na szefa NIK ministrem finansów. Jak ustalił TVN, Banaś w swoich oświadczeniach majątkowych manipulował informacjami o 400-metrowej kamienicy, którą posiada w Krakowie. Kamienicę przez lata wynajmowali od niego ludzie z półświatka, oferując tam „pokoje na godziny” wykorzystywane przez prostytutki. To nie wszystko. Jak się okazało, kamienicę Banaś przez lata wynajmował po zaniżonej cenie, co jest oszustwem skarbowym. Sprzedał ją dopiero w sierpniu 2019, tuż przed wyborem na prezesa Izby.

Po wybuchu afery Banaś udał się na urlop. Miał się on skończyć po ogłoszeniu wyników kontroli CBA. W poniedziałek „Rzeczpospolita” podała, że kontrola nie wypadła korzystnie dla Banasia, jego majątek Banasia „nie spina się” z jego dochodami, a „kontrola majątku Mariana Banasia zakończy się najprawdopodobniej zawiadomieniem do prokuratury”. Na razie jednak CBA unika potwierdzenia tych informacji.

Czy teraz – po skończonej kontroli – Banaś wróci na stanowisko? Tak deklarował. PiS może argumentować (takie głosy już się pojawiały przed wyborami), że poprzedni szef NIK, Krzysztof Kwiatkowski, dwa lata swojej kadencji przepracował, mając prokuratorskie zarzuty o udział w ustawianiu konkursów na urzędników Izby. Nie podał się do dymisji, a bez prawomocnego wyroku w sprawie karnej prezes NIK jest nieusuwalny.

Widać wyraźnie, że PiS nie jest w stanie poradzić sobie ze sprawą Mariana Banasia. W trakcie kampanii wyborczej, dzięki kreowaniu go na ofiarę mafii VAT, deklaracji „o wzięciu urlopu” i propagandowym przykrywkom udało się ukryć niebywały skandal. Prezesem Najwyższej Izby Kontroli, najważniejszej instytucji kontrolnej państwa polskiego, decyzją PiS, został polityk, w którego kamienicy był hotelik na godziny kierowany przez gangsterów. Banaś, wcześniej szef Krajowej Administracji Skarbowej i minister finansów, unikał płacenia podatków, a jego oświadczenia majątkowe są mętne.

Problem Banasia może służyć za symbol sposobu działania państwa PiS – nadmiar wiary w „polityczną wolę” przy braku szacunku do instytucji, zasad demokracji i zaufania do ludzkiej inteligencji.

Tego problemu nie da się „modelowo rozwiązać”

Wszak w czasie debaty nad kandydaturą Mariana Banasia przedstawiciele opozycji ustami posła Roberta Kropiwnickiego alarmowali, że kandydat PiS ma niewyjaśnione kwestie majątkowe i trwa postępowanie CBA. Marszałek Sejmu Elżbieta Witek wyłączyła mu wówczas mikrofon, uznając, że od tych informacji i troski o państwo ważniejsze jest wypełnianie partyjnych poleceń. Tak powstał „problem Banasia”.

PiS, gdy miał kłopoty, zwykł argumentować: każda partia ma swoje problemy, jednak PiS rozwiązuje problemy modelowo – szybkimi decyzjami o dymisji. Tylko że problemu szefa NIK nie da się „modelowo rozwiązać”. To stanowisko jest szczególnie chronione. W zasadzie jedyny sposób odwołania prezesa Izby ze stanowiska to jego rezygnacja. Potem powinna nastąpić procedura wyboru nowego szefa, która trwa minimum około 21-30 dni, bo tyle trzeba na zgłoszenie kandydatury i opinie komisji. PiS chce jednak wybrać „swojego” szefa NIK, by zaakceptował go jeszcze „swój” Senat.

PiS może wybrać drugiego „Banasia”

Jeśli PiS będzie chciał wymóc dymisję Banasia i wybrać swojego szefa NIK, zapewne zaproponuje opozycji udział w kolejnym sejmowym galopie bez oglądania się na procedury, bez rozpatrywania wątpliwości.

Czy opozycja powinna to akceptować? Wręcz przeciwnie, powinna zrobić wszystko, by procedury związane z wyborem zostały zachowane. Nie ma bowiem żadnych gwarancji, że PiS w ten sposób nie wybierze sobie drugiego „Banasia” kompromitującego kraj.

Stoimy nie przed alternatywą: NIK z Banasiem czy bez Banasia. Ale przed alternatywą: albo pisowski Banaś, albo szanowany przez polityków wszystkich ugrupowań prezes NIK wybrany z zachowaniem demokratycznych procedur przez nowy Senat.

Jarosława Kaczyńskiego – który miał po wyborach przejść operację kolana i spokojnie się rehabilitować – czeka niełatwy początek kadencji, a w jego obozie dzieje się bardzo dużo i bardzo ciekawie.

Ostatnie posiedzenie Sejmu tej kadencji jest naprawdę dziwne. Poseł Platformy Sławomir Nitras ogłosił, że na biurku marszałek Elżbiety Witek jest już dymisja prezesa NIK Mariana „Mam kamienicę z pokojami na godziny” Banasia. Witek tę informację zdementowała, obrady Sejmu zostały przerwane, a posłowie PiS kpili z fake newsa. Tyle że informację o dymisji – i że następcą Banasia ma zostać minister rozwoju Jerzy Kwieciński – potwierdziło mi poważne źródło rządowe. Polityk PiS spoza rządu przyznaje zaś, że szef NIK był do dymisji namawiany.

PiS po wyborach się spieszy

Partia rządząca chciała posprzątać w NIK jeszcze w tej kadencji, bo potem może być ciężko z wyborem nowego prezesa, gdyż nie da się tego zrobić bez zgody Senatu, a tam większość zdobyła opozycja. Informacja o dymisji – choć podana przez posła PO – mogła zatem być wypuszczona z obozu władzy. Żeby spalić Kwiecińskiego? Ocalić Banasia? Żeby pokazać siłę przed negocjacjami składu rządu? Koniec tej kadencji byłby w takiej sytuacji zapowiedzią kłopotów PiS w przyszłej.

Po czterech latach rządów przy dobrej koniunkturze, po rozdaniu kilkudziesięciu miliardów, przy wsparciu finansowym największych spółek i po końskiej dawce prorządowej propagandy w mediach publicznych PiS wylądował w niemal tym samym miejscu w 2015 r. – z 235 posłami, za to bez większości w Senacie. Nic zatem dziwnego, że Jarosław Kaczyński w znamiennym przemówieniu na wieczorze wyborczym nie brzmiał jak zwycięzca wyborów. Brzmiał jak człowiek zły, rozczarowany i bezradny; o czymże innym świadczą bowiem słowa: „Jeśli przed nami kolejne cztery lata rządzenia, to czeka nas najpierw refleksja nad tym wszystkim, co się udało, ale także nad tym, co się nie udawało i co spowodowało, że poważna część społeczeństwa uznała, że nie należy nas popierać”, a także fragment jeszcze dobitniejszy: „Otrzymaliśmy dużo, ale zasługujemy na więcej”.

Kaczyński brzmiał jak człowiek, który po długiej wspinaczce zdobył szczyt, rozejrzał się i zrozumiał, że teraz może już tylko schodzić. Nie ma komfortowej większości, nie udało się wykończyć PSL, wypączkowała Konfederacja. PiS po długiej i udanej kampanii na finiszu popełnił błędy. Obietnica podniesienia płacy minimalnej wystraszyła przedsiębiorców (bo to oni mieli te płace podwyższać), co sprawnie wykorzystał PSL w spotach. O tym politycy PiS mówią chętnie; bez zahamowań krytykują też Jacka Kurskiego, widząc w nim akuszera sukcesu konfederatów (bo TVP na finiszu zaczęła poświęcać im bardzo dużo miejsca).

Nikt głośno nie powie natomiast, że wynikowi PiS zaszkodził sam Kaczyński, który w ostatnim tygodniu zlitował się nad Koalicją Obywatelską i postanowił zmobilizować jej zwolenników głośną obietnicą piętnowania elit, które „pracują dla wrogów”. To był dobry, stary prezes, który przez większość kampanii krył się za maską dobrotliwego ojca narodu.

Więcej posłów dla Ziobry i Gowina

Zły humor prezesa po zwycięskich wyborach można też tłumaczyć nadmiernym z jego punktu widzenia rozrostem Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina. W porównaniu z 2015 r. PiS stracił, a oni zyskali: Solidarna Polska i Porozumienie mają po 18 posłów. I myślą o następnych. Ziobryści rozmawiają ponoć z paroma konfederatami, gowinowcy kuszą platformersów. Ani Ziobro, ani Gowin nigdzie się na razie nie wybierają, ale stanowią siłę, z którą Kaczyński musi się liczyć przy podziale tortu w rządzie, urzędach wojewódzkich i spółkach. Ziobro domaga się co najmniej drugiego ministerstwa („ważniejszego niż sport”, jak to ujął jeden z moich rozmówców), za co łaskawie zgodzi się na nominację dla Mateusza Morawieckiego. Gowin Morawieckiego popiera, ale w zamian chce stanowisk w spółkach oraz ważnego resortu gospodarczego lub prestiżowego MSZ. A więcej kawałków tortu dla koalicjantów to mniej syty PiS, bo pula stanowisk jest ograniczona.

Powie ktoś, że w poprzedniej kadencji było podobnie, ale to nieprawda. Obaj koalicjanci byli wówczas dużo słabsi, a bezpieczeństwo PiS zapewniał klub Kukiz ’15, który co głosowanie dzielił się na frakcje pro- i antyrządową, aż się podzielił całkiem. Ziobro w 2015 r. miał ledwie kilku posłów i łatkę zdrajcy – dziś to jeden z najpotężniejszych polityków w Polsce, który stworzył sobie całą armię. Jej częścią są posłowie bliscy Patrykowi Jakiemu: młodzi, radykalni i zapatrzeni w europosła, który wspierał ich w kampanii. To m.in. Jacek Ozdoba, Sebastian Kaleta, Paweł Kowszyński czy Aleksandra Szczudło. Na tę gromadę z respektem spoglądają pisowcy. O ile bez problemu pokpiwają sobie – nawet w rozmowach z „Polityką” – z Gowina, o tyle do Ziobry podchodzą z niejakim szacunkiem. A otoczenie Morawieckiego patrzy – wręcz z lękiem.

Jak rządził premier Kaczyński

– Moim marzeniem jest wyeksportowanie go za granicę na jakieś stanowisko, którego nie będzie mógł nie przyjąć – mówił na Kongresie 590 w Rzeszowie rozmówca zbliżony do premiera, przyznając tym samym, że Morawiecki nie będzie miał nic do powiedzenia w sprawie przyszłości Ziobry w rządzie. Ziobryści ze swej strony podgryzają premiera. – W 2017 r. Ziobro nie chciał, żeby Morawiecki zostawał premierem, bo uważał, że byłoby nieroztropnie dawać tę funkcję komuś, kto w którymś śledztwie może zmienić status świadka na podejrzanego – mówi prominentny ziobrysta. Kaczyńskiego – który miał po wyborach przejść operację kolana i spokojnie się rehabilitować – czeka zatem niełatwy początek kadencji, a w jego obozie dzieje się bardzo dużo i bardzo ciekawie.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>

Kościół i PiS pierdzą ustami. Z życia pasqud 29

24 Lip

Setki osób – mimo padającego deszczu – pojawiło się we wtorkowy wieczór na Długim Targu w Gdańsku, aby zaprotestować przeciw temu, co wydarzyło się podczas Marszu Równości w Białymstoku. Kibole i chuligani zaatakowali tam uczestników tego przemarszu. – „Ci ludzie, którzy bili, którzy nienawidzili też są ważni. Dlaczego? Bo oni bardzo się boją, bo nienawiść i agresja bierze się ze strachu” – mówił do zgromadzonych w Gdański Paweł Lęcki, nauczyciel z Sopotu, który wymyślił hasło „Strefa wolna od stref” w odpowiedzi na naklejki prawicowego tygodnika „Strefa wolna od LGBT”.

Demonstracja w Gdańsku odbywała się pod hasłem „Strefa wolna od stref – pokażmy, że miłość wygrywa”. – „Solidarność z osobami dyskryminowanymi to nasz obowiązek. Bierność prowadzi do strasznych rzeczy” – mówili organizatorzy protestu z Młodej Zarazy, która powstała z połączenia grup: Młodzi ponad Podziałami, Strajk Uczniowski oraz Trójmiejski Strajk Klimatyczny.

„Nas, młodych ludzi, oburza, że w kraju, gdzie Konstytucja zapewnia wszystkim równość, człowiek jest dla człowieka wilkiem. Jedni nienawidzą drugich za coś, na co żaden człowiek nie ma wpływu, osoby LGBT nie decydują o swojej orientacji seksualnej, tylko takie się rodzą” – powiedział „GW” Mikołaj Gwizdowski z Młodej Zarazy, uczeń trzeciej klasy II LO w Sopocie.

Kolejne demonstracje planowane są także w innych miastach. W Poznaniu i Łodzi odbędą się one w najbliższy czwartek. W piątek protest przeciw przemocy organizuje Tęczowe Opole, a w Szczecinie tego dnia zaplanowana jest „Strefa wolna od nienawiści”. W sobotę manifestacje odbędą się m.in. w Warszawie i Toruniu.

„Wpadł mi w ręce przekaz dnia dla posłów PiS, a w nim zabawny fragment o naklejce „GP”: „TO NIE JEST NASZA AKCJA, PROSZĘ PYTAĆ JEJ ORGANIZATORA O CO MU CHODZI I CZEMU WYBRAŁ TAKĄ FORMĘ. Mamy tu do czynienia z jednym z tytułów prasowych, który rozdaje takie dodatki jakie chce” – napisał na Twitterze Wojciech Szacki z „Polityki”. Chodzi o kolportowane przez tygodnik Tomasza Sakiewicza naklejki „Strefa wolna od LGBT”.

A zastosowanie tegoż przekazu w praktyce mogliśmy zaobserwować już wczoraj. – „Jako rządzący nie będziemy narzucać wolnej prasie i wolnym mediom, co ma pisać i jakie ma naklejki dołączać” – mówił jeden z najwierniejszych współpracowników Jarosława Kaczyńskiego wicepremier Jacek Sasin w TVN24.

W tym wolnym medium, czyli „Gazecie Polskiej,” w radzie nadzorczej spółki Forum, która wydaje pismo, zasiadają europoseł PiS Ryszard Czarnecki, kierowca Jarosława Kaczyńskiego oraz dwie sekretarki z biura partii. Prezesem spółki jest krewny prezesa PiS.

„O tym, że 40% jej przychodu [„Gazety Polskiej] to sponsoring ze strony spółek skarbu państwa – cicho, sza!”; – „Powinni tam jeszcze dopisać: wszelkie związki „GP” z naszą partią są czysto przypadkowe”; – „Jak ONI to spamiętają biedaczyska? Chyba ściągę muszą dawać niektórym egzemplarzom”; – „Dla posła Czarneckiego był jakiś indywidualny, czy liczą na jego kreatywność?” – komentowali internauci.

Minister edukacji narodowej nieudolnie próbuje tłumaczyć swoją kuriozalną wypowiedź po Marszu Równości w Białymstoku. Teraz Dariusz Piontkowski twierdzi, że została ona „źle odczytana”. – „Ja tylko mówiłem, że tego typu manifestacje budzą ogromne emocje. One czasami doprowadzają także do zachowań agresywnych i w Białymstoku mieliśmy do czynienia z taką sytuacją. W związku z tym, mówiłem, że warto przygotować się na skutki organizowania takich manifestacji – jednym z nich jest m.in. ogromna skala emocji” – powiedział.

Na tym nie poprzestał. Stwierdził także, że „być może był nieprecyzyjny w swojej wypowiedzi”. – „Chciałem wskazać na to, że takie manifestacje, organizowane przez te środowiska budzą duże emocje. Pojawia się kwestia bezpieczeństwa przy okazji tych marszów i niestety, tak jak i w innych miastach, tak w Białymstoku widać, że te emocje znalazły swoje ujście na zewnątrz” – powiedział Piontkowski.

Brakuje jeszcze – często stosowanego przez wielu polityków PiS – „argumentu”, że wypowiedź została wyrwana z kontekstu.

Przypomnijmy więc, co dwa dni temu mówił Piontkowski: – „Tego typu marsze, wywoływane przez środowiska próbujące forsować niestandardowe zachowania seksualne, budzą ogromny opór nie tylko na Podlasiu, także w innych częściach Polski. W związku z tym warto się zastanowić, czy w przyszłości tego typu imprezy powinny być organizowane”. Dodajmy, że Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar domaga się od premiera Morawieckiego wyjaśnień, czy ten komentarz ministra edukacji narodowej wyraża stanowisko rządu w sprawie ochrony wolności zgromadzeń, gwarantowanej w Konstytucji.

Teokracja

19 Lip

Do Sejmu trafił obywatelski projekt ustawy, który zakłada karę więzienia za edukację seksualną. Podpisało go ponad 263 tys. osób. – „Proponowana zmiana zapewni prawną ochronę dzieci i młodzieży przed deprawacją seksualną i demoralizacją, która rozwija się w niebezpiecznym tempie i dotyka tysięcy najmłodszych Polaków za pośrednictwem tzw. edukacji seksualnej” – twierdzi Mariusz Dzierżawski z Fundacji Pro – Prawo do Życia, inicjator projektu ustawy, która nosi tytuł „Stop Pedofili”.

Autorzy projektu chcą, aby karze do dwóch lat więzienia podlegały osoby, które „publicznie propagują lub pochwalają podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego”. Trzy lata odsiadki przewidują dla tych, którzy będą to robić „za pomocą środków masowego komunikowania oraz działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi albo działając na terenie szkoły lub innego zakładu lub placówki oświatowo-wychowawczej lub opiekuńczej”. W tym przypadku chodzi jednak już nie tylko o „obcowanie płciowe”, ale też „inną czynność seksualną”.

„Więzienie? A czemu nie stos? Powrót do przeszłości – świętej inkwizycji i ŚREDNIOWIECZNEGO CIEMNOGRODU, a kolejny krok, w szkole będą uczyć, że ziemia jest płaska i słońce krąży wokół ziemi, a dzieci przychodzą na świat niepokalanie poczęte”;

 „Krok po kroku wzory już nie z Rosji, ale z wyznaniowych Republik Islamskich i ze Średniowiecza. Kiedy nakaz noszenia długich spódnic i zakrywania ciała dla kobiet, bo sieją zgorszenie i prowokują mężczyzn?; – „Jprd… jak nie pogonimy tych kretynów na jesień to nie ma po co żyć… wszystko zniszczą, zmienią, skretynizują do swojego poziomu…”; – „Hej, uwaga!!! Państwo wyznaniowe tuż za rogiem. A dalej to już tylko ślepa uliczka i ciemnogród na horyzoncie” – komentowali internauci na Twitterze.

A zatem centrowa i lewicowa opozycja pójdzie na wybory podzielona. Platforma nie dogadała się z PSL i nie chciała sojuszu z lewicą, więc wyborcy mają trzy oferty: PO w kostiumie Koalicji Obywatelskiej, PSL w kostiumie Koalicji Polskiej oraz lewicę, która żadnego kostiumu założyć jeszcze nie zdążyła i plącze się po scenie na golasa.

Jak do tego doszło? A ściślej – komu zależało, żeby taki kształt przybrała opozycja, choć z sondaży i analiz wynikało, że nie jest to układ optymalny?

Zapomnijmy na chwilę o tym, co mówili i mówią politycy. A duże pytanie o opozycję podzielmy na zagadnienia mniejsze.

1. Czy eurowybory 26 maja dały nadzieję na odebranie władzy PiS?
Nic na to nie wskazuje. W najkorzystniejszych dla opozycji warunkach PiS wygrał o 7 pkt proc., uzyskując rekordowo wysokie poparcie, zarówno pod względem liczby głosów, jak i wyniku procentowego.

2. Czy istnienie Koalicji Europejskiej wzmocniło Platformę?
Nic na to nie wskazuje. KE zdobyła 22 mandaty, ale sama PO – ledwie 14. Reszta europosłów to reprezentanci SLD (5) albo PSL (3).

3. Czy kontynuacja sojuszu PO-PSL-SLD (ewentualnie z dodatkiem Wiosny) wzmocniłaby Grzegorza Schetynę?
Nic na to nie wskazuje. Obciążyłaby go (praktycznie przesądzona) porażka całej koalicji z PiS, a także osłabienie samej PO w ramach koalicji. Ćwiczenie z matematyki – jeśli w eurowyborach Platforma zdobyła 14 z 22 mandatów KE, to ilu miałaby posłów w Sejmie, gdyby wielka koalicja zdobyła 200 mandatów? 127. Dziś ma 155.

4. Czy Schetyna mógł spełnić warunek PSL i pójść na wybory z ludowcami, a bez SLD?
Mógł, skoro i tak z nimi nie idzie.

5. Czy Schetyna mógł dogadać się z PSL?
Wiele na to wskazuje. To jeden z najzręczniejszych negocjatorów w polskiej polityce.

6. Czy Schetyna korzysta z podziału opozycji na trzy bloki?
Raczej tak. W mediach dominują głosy, że winę za rozpad KE ponosi PSL, co zmniejsza presję wyniku na samym Schetynie. Brak koalicjantów pozwala Schetynie na dużą dowolność w układaniu list wyborczych. Przewodniczący PO nie ma jeszcze takiej władzy nad swą partią jak pewien prezes nad swoją, ale mechanizm jest podobny. Grupa antyschetynowców jest niewielka, pozbawiona lidera i wyrazistego konkurencyjnego pomysłu. Nawet jeśli PO przegra wybory, Schetyna może utrzymać władzę w partii.

Krótko mówiąc – sądzę, że los wielkiej koalicji został przesądzony już na przełomie maja i czerwca, bo jej kontynuacja nie przybliżyłaby końca PiS, lecz osłabiłaby Schetynę jako lidera opozycji. Reszta to tylko przydługa sztuka teatralna; PO zwalała winę na ludowców, ludowcy uwiarygadniali się jako samodzielny podmiot, lewica statystowała. Co zrobią widzowie, okaże się już niebawem.

Krystyna Pawłowicz, Duda, Jacek Kurski – bliżej im do sowietów, niż do Polaków

4 Maj

„Materiał o Tusku „Wiadomości” zilustrowały zdjęciem Hitlera. Naprawdę nie da się upaść niżej” – skomentował na Twitterze Wojciech Szacki z „Polityki” wczorajszy program „informacyjny” w TVP.  To wydanie prowadziła Danuta Holecka, która od niedawna jest także szefową „Wiadomości”.

Materiał przygotował Krzysztof Nowina-Konopka, który do opowiedzenia o wykładzie Donalda Tuska użył zdjęć z Hitlerem, Stalinem i defiladą żołnierzy nazistowskich Niemiec! Co istotne – tego fragmentu „dziwnym trafem” zabrakło na internetowej stronie TVP. Materiał został przemontowany i w takiej wersji umieszczony w internecie. Nie zabrakło natomiast stwierdzeń, że Tusk jest „na pasku” Angeli Merkel, której – zdaniem TVP – zawdzięcza stanowisko szefa Rady Europejskiej.

„TVP zapakowała Hitlera i Stalina do programu o Tusku. Żeby wnieść do dyskusji nieco – obiektywizmu – zdrowego rozsądku – i chrześcijańskiego pojednania” – sarkastycznie skomentował Marcin Wyrwał z onet.pl.

„Za każdym razem gdy wydaje się, że Wiadomości TVP sięgnęły dna, ludzie z placu Powstańców Warszawy pokazują, że potrafią być jeszcze podlejsi i jeszcze gorsi” – to opinia Patryka Słowika z „DGP”. – Jeśli myślisz, że wszystkie granice zostały przekroczone, TVP podnosi poprzeczkę. Wczorajszy materiał tego przykładem” – to wpis Żanety Gotowalskiej z „GW”.  – I już ponad trzy lata ciągła myśl w głowie: jakim cudem oni są w stanie spojrzeć sobie w lustro?” – napisał Janusz Schwertner z onet.pl.

Najnowszy wpis Krystyny Pawłowicz na Twitterze trudno nazwać inaczej jak zwyczajną konfabulacją, żeby nie użyć mocniejszych słów. – „IDŹMY na wybory 26 V i głosujmy na PIS, by już NIGDY WIĘCEJ na żadne stanowisko w UE nie został przez GER lub FRA WSKAZANY ktoś taki, jak D. TUSK, który dla kasy porzucił funkcję premiera PL, upokorzył i zubożył Polaków, dzieli nas, łamie traktaty i podważa wynik demokrat. wyborów w RP” [pisownia oryg. – przyp. red.] – napisała posłanka PiS.

„Pani poseł, bardzo przepraszam, czy wicepremier Szydło, minister Brudziński i minister Zalewska porzucają Polskę dla kasy i upokarzają Polaków?” – zapytała dziennikarka Dominika Długosz. – „Bardzo ciekawe – a w którym konkretnie miejscu podważył wynik wyborów bądź złamał traktat?” – to z kolei pytanie Dariusza Ćwiklaka z „Newsweeka”. Posłanka Pawłowicz nie raczyła odpowiedzieć.

A Pani Zalewska tam dla kasy czy z powodu swoich wysokich kompetencji w upokarzaniu, dewastowaniu i dzieleniu szkolnictwa? Nie mówiąc o dobru dzieci zwłaszcza z obecnych 8 klas SP i 3 Gimnazjum”; – „Wycie Pawłowicz wyjątkowo bezcenne. Strach przed przegranymi wyborami i odpowiedzialnością karną zagląda pisiakom w oczy? Znakomicie”;

„Fakt. Z PiS nikt by takiego stanowiska nie otrzymał. Nie ta liga droga Pani. Macie się kogo obawiać”; – „Wy fachowcy z PiS-u już pokazaliście co potraficie. To Pani flagę UE nazywała szmatą, a teraz euro do was przemówiło?”; – „Im więcej nienawiści się z Pani wylewa tym bardziej widoczna jest przepaść między PiS-em a normalnością. Donald Tusk to klasa, o której Pani koledzy nawet pomarzyć nie mogą” – podsumowali wpis Pawłowicz internauci.

„PAD może być wykorzystywany przez naszych wrogów! Wystarczy, że zacznie przemawiać, a uśpi całą polską armię. Ktoś musi go przed tym ostrzec! Ktoś, kogo jego speeche nie uśpiły. Ale czy jest w narodzie ktoś taki?! Może Krzysztof Szczerski? – ironicznie zapytał na Twitterze politolog Marek Migalski. Tak na marginesie – może jednak nie, zważywszy na jego pomysły, o tym w artykule „Szczerski proponuje katolickie paszporty – By Polacy emigrujący nie ulegli lewicującym modom”.

A wracając do tweeta Migalskiego, chodzi o przemówienie Andrzeja Dudy podczas wczorajszej defilady w Warszawie z okazji 20-lecia Polski w NATO i 15. rocznicy przystąpienia do UE. Prezydent tokował, a w tle widać żołnierza, który zasnął na siedzeniu w wozie bojowym. – „Pan Duda i reakcja rozentuzjazmowanej publiczności” – napisał jeden z internautów.

„Po prostu zamknął oczy, żeby się lepiej skupić i uchwycić treść wystąpienia”; – „I się wyjaśniło, dlaczego PAD tak zawsze krzyczy”; – „Zachwycony sobą, swoim głosem, podniecony tym, co mówi, po chwili zaczyna wrzeszczeć. Tu widzę szansę, jakieś światełko w tunelu. Obudzą się” – komentowali internauci wpis Migalskiego.

Przez ponad trzy lata rządzący wbijali nam do głów, jaka ta UE fatalna, a teraz  politycy PiS dają dyla do Brukseli.

Wyścig do Parlamentu Europejskiego trwa w najlepsze. Przepychanki, obietnice na każdym kroku… Kto da więcej, kto się lepiej sprzeda, ten przez dobrych kilka lat będzie żył jak pączek w maśle. Ech ta kasa, ten prestiż. Czyż można pragnąć czegoś więcej? Jak to się mówi „tylko krowa nie zmienia poglądów”, więc ruszyli do walki eurosceptycy i tak powalczą do tchu ostatniego, bo fucha europosła warta wszystkiego…

Przez ponad trzy lata partia rządząca wbijała nam do głów, jaka ta UE fatalna. Flaga unijna to szmata i nie warto jej eksponować (Krystyna Pawłowicz), polityka unijna skierowana przeciwko interesom Polski ogranicza suwerenność (Gabriela Masłowska), ukrywa informacje o gwałtach na kobietach (Patryk Jaki), to dyktat i podległość (Anna Sobecka), kasa unijna ważna, ale honor i sprawy narodowe ważniejsze (Andrzej Melak), Komisja Europejska ma problem z autorytetem i reputacją (Beata Szydło), UE już upada (Zdzisław Krasnodębski), wyimaginowana wspólnota (Andrzej Duda), Polska jest gonioną ofiarą, na którą poluje UE (Krystyna Pawłowicz), rządy PiS ważniejsze od obecności Polski w UE (Mateusz Morawiecki) – to tylko nieliczne przykłady, czym dla PiS jest, a właściwie była jeszcze niedawno UE. Mówiono, że Unia niczego nam nie daje. Mówiono, że wszystko, co buduje PiS to za nasze, polskie złotówki. Mówiono, że Unia doi nas równo. Niszczy nasz system wartości, nie dba o chrześcijańskie korzenie, niesie za sobą zło.

A teraz nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jakaż zmiana nastawienia do Unii. Dzisiaj Duda mówi, że „Unia Europejska to my”, pozostali politycy z kręgu prezesa nie ukrywają, że Unia to też i nasza przyszłość. Dzisiaj Unia jest kochana, cudna i w ogóle naj… Partia przygotowała wspaniały pakiet eksportowy, a w nim politycy z tzw. pierwszej półki. Ci, którzy do tej pory tak ochoczo włączali się w antyunijność, a teraz chętnie ruszą do Brukseli, by wnieść tam „kaganek” polskiego oświecenia i  polskiego myślenia.

To nie żart. Politycy PiS obudowali swoją żądzę pieniądza piękną ideologią i naprawdę trzeba poważnie potraktować słowa Beaty Szydło, która już czuje misję w kościach i woła pełna uniesienia, by Europa ocknęła się, wyszła z mroków i zobaczyła wreszcie „jak można pięknie żyć i wspaniale się rozwijać. Chcemy, żebyś czerpała od nas te wzorce”. Toż to istna krucjata na miarę XXI wieku. Będzie więc walka o krzyże w każdym pomieszczeniu Parlamentu Europejskiego, o przywrócenie chrześcijaństwu godnego miejsca, o zmianę mentalności z tej, tak otwartej na gender, LGBT, imigrantów, na prawdziwie polską, naładowaną zabobonami i wstecznictwem. Będzie walka o umocnienie polskiej złotówki, a może nawet zastąpienie nią tego byle jakiego euro czy też o całkowite podporządkowanie Unii polskiemu interesowi. Będzie walka o wprowadzenie w Europie takiej demokracji, jaką PiS zafundowało nam w Polsce. Koń by się uśmiał…

Do Europarlamentu pchają się też członkowie Konfederacji Korwin Liroy Braun Narodowcy. Swój program wyborczy konfederaci zawarli w pięciu punktach, a w nim wszystko, czego nie chcą, czyli Żydów, homoseksualistów, aborcji, podatków i Unii Europejskiej. Jak mówią liderzy Konfederacji, „Idziemy po sukces w imię Polski niepodległej. My jesteśmy tymi, którzy realnie chcą walczyć o suwerenność. Będziemy bić się z Brukselą o naszą niepodległość!”. Jeden z przywódców tego ugrupowania już kilka lat temu straszył, że idzie do Brukseli, by rozwalić UE i co mu z tego wyszło? Wiadomo, że Janusz Korwin-Mikke nie przemęczał się za bardzo. A to sobie przysnął podczas przemówienia włoskiej minister Federiki Guidi, a to w czasie dyskusji na sali Parlamentu Europejskiego podniósł rękę w geście nazistowskiego pozdrowienia. W swoim pierwszym przemówieniu żądał ukarania pseudonaukowców, którzy gadają bzdury o jakimś tam zagrożeniu klimatycznym. Zasłynął stwierdzeniem, iż kobiety są mniej inteligentne od mężczyzn czy określeniem „czarnuchy”. I to właściwie wszystko. Tak wyglądało to jego rozsadzanie UE od środka.

Nie ma co ukrywać. Żadna, nawet najlepiej przegadana i podana na tacy ideologia nie przykryje faktycznych przyczyn startu eurosceptyków do Brukseli. Politycy PiS dają dyla. Zostawiają swoje ministerstwa w stanie całkowitego rozkładu i uciekają tam, gdzie jeszcze może uda im się zaistnieć, sprzedać swój populizm. Podobnie i ci z Konfederacji. Głupie gadanie nic tu nie da. Chodzi przede wszystkim o kasę, ciepłą posadkę na kilka lat i zaspokojenie swego wygłodniałego ego.

Lud to kupi? Zapewne w jakimś stopniu tak, bo przecież wielu wierzy bezkrytycznie w każde słowo prezesa i spółki. Zupełnie nie przeszkadza im, że dzisiejszy przekaz ich ukochanej partii ma się nijak do tego sprzed kampanii wyborczej. Nawet nie zamierzają się nad tym zastanowić. Tak samo kupi populizm w wykonaniu Konfederacji, bo przecież „Polska, Polska nade wszystko”. Już niebawem przekonamy się, co wygra w Polsce: mądrość czy głupota…

Kiedy jesienią 1981 roku Rolling Stonesi grali koncert w Los Angeles Colloseaum, na rozgrzewkę występował przed nimi jeszcze zupełnie wtedy anonimowy Prince. I tak już trudnej sytuacji nie poprawiał fakt, że ubrany był, jak zwykle, w czerwone koronkowe bikini i prochowiec. Jego występ publiczność nagrodziła gradem obelg, za którymi wkrótce poszły warzywa. Prince na scenie wytrzymał 15 minut. Ale trzeba mu oddać, że wrócił na występ kolejnego wieczoru. 

Cóż, nie jest łatwo być supportem. 

Pozostaje mi mieć nadzieję, że SOP starannie wszystkich zrewidował przy wejściu.

W niecałe cztery i pół roku po uchwaleniu Konstytucji 3 maja Polska zniknęła z mapy. 

Absolutystyczne monarchie, pod rękę z rodzimymi reakcjonistami, powołującymi się na obronę zagrożonych polskich tradycji, zniszczyły próbę odrodzenia Rzeczpospolitej Obojga Narodów w oparciu o oświeconą myśl ustrojową i reformatorskie wysiłki. 

Narodzinom nowoczesnego świata przyglądaliśmy się jakby zza szyby, jako zniewolony naród. Wielkie dylematy – emancypację jednostki, rozwój kapitalistyczny, wreszcie samo pojęcie Boga, przysłoniło pierwsze i najbardziej fundamentalne pytanie: bić się czy nie bić? Ten dylemat ukształtował naszą kulturę po dziś dzień. W dobie Polski niepodległej, stanowi obciążenie, z którym nie potrafimy sobie poradzić. 

Nasze myślenie i nasza polityka są głęboko niegotowe stawić czoła nowym wyzwaniom: rewolucji cyfrowej, zmianom ekologicznym i energetycznym, migracjom i skutkom globalizacji. Jak w lunatycznym śnie powtarzamy drogę, która doprowadziła nas poza krawędź upadku.

Tadeusz Konwicki w „Kompleksie polskim” napisał. 

W tym nieszczęsnym kraju rządziły duszami ludzkimi przez wieki zdeprawowana religia i sprzedajny kościół. Religia na usługach państwa, religia kierowana przez głowę państwa. A istotą tej religii była zawsze forma, rozdęta, zmitologizowana, zabsolutyzowana forma. A w tej formie najważniejsze było słowo.(…) Słowo stało się krwawym tyranem, słowo stało się okrutnym zabobonem i bezlitosnym Bogiem. 

Kościół katolicki w Polsce, obciążony niewyjaśnionymi wciąż skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze i o wpływy stracił moralny mandat do sprawowania funkcji sumienia narodu. Ten kto szuka transcendencji i absolutu w kościele będzie zawiedziony. Ten kto szuka moralności w Kościele nie znajdzie jej. Ten kto szuka strawy duchowej w kościele nie zostanie nakarmiony.

Polski Kościół wyparł się Chrystusa, wyparł się Ewangelii. Gdyby dziś Chrystus pojawił się na świecie zostałby ponownie ukrzyżowany – przez tych, którzy na krzyżu zbudowali sobie trony.

„Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie” – z tym zostawia nas królewiecki filozof. 

Agendę układają nam dziś cyniczni wrogowie nowoczesności, czarnoksiężnicy, którzy liczą, że przy pomocy zaklęć i manipulacji złymi emocjami, zdobędą władzę nad duszami Polaków. 

Rywalizacja na inwektywy i startowanie w konkurencji na wyścig do dna nie ma sensu, bo albo przegra się z ludźmi, którzy nie mają żadnych moralnych hamulców albo trzeba się do nich całkowicie upodobnić. 

Po kilku godzinach zapasów ze świnią w błocie orientujesz się, że świnia to lubi. Trzeba zmienić zasady gry.

Nie może być mowy o odnowie polityki jeśli rozmowę o niej zaczniemy od pytania „z kim trzymasz”?, zamiast „o co walczysz?”. Ci, których „łączy tylko matematyka” będą mieli poważny problem z wyborczym sukcesem.

Walka o władzę i jej zdobywanie jest domeną partii politycznych i ich liderów, to na nich spoczywa pełna odpowiedzialność za wynik. Próba wchodzenia w ich rolę byłaby nieodpowiedzialna nierozsądna, nawet jeśli zwycięstwo strony, z którą sympatyzujemy nie wydaje się przesądzone.

Ale siedzenie z założonymi rękami i krytykowanie z kanapy w oczekiwaniu aż polityka zmieni się sama, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nie jest opcją! 

Donald Tusk powiedział na Igrzyskach Wolności, gdzie narodził się ten nasz wspólny plan obchodów trzeciomajowych: „nie czekajcie na jeźdźca na białym koniu”. Cytował Jacka Kuronia: „Nie palcie komitetów, zakładajcie własne.” Od siebie już dodam: nie czekajcie na Mesjasza, bo łatwo może się zmienić w czekanie na Godota. 

Gdzie bije źródło nadziei? W Polkach. 

To bunt kobiet przeciwko nieludzkiemu prawu stał się siłą napędzającą zmiany społeczne w ostatnich latach. Choć jest jeszcze tyle do zrobienia w kwestii równości, to przyznam się wam, że po cichu czekam na nową Joannę Szczepkowską, która powie, że „26 września 2016 (początek czarnego protestu) skończył się w Polsce patriarchat”. Na razie chyba nie będzie to jednak w telewizji publicznej.

Poglądy Polaków na rolę Kościoła katolickiego, małżeństwa homoseksualne, legalizację aborcji ulegają radykalnej liberalizacji. Ci, którzy chcą swój punkt widzenia w tych sprawach wyrażać pokrętnie i niejednoznacznie, byleby nikomu nie podpaść, myślą kategoriami ubiegłej dekady.

Każdy dzień rządów opresyjnej, konserwatywnej ideologii przybliża Polskę do obyczajowej rewolucji. Potrzebna jest nam polityka oparta na fundamentalnych wartościach i moralnych wyborach. Polityka, która pozwala na własnych warunkach zmierzyć się z nowoczesnością. 

Jestem niemal pewien, że na tej sali siedzi przyszła prezydentka Polski. Dała nam przykład Zuzana Czaputova jak zwyciężać mamy!

Na koniec, widzę na sali wielu moich znajomych, rówieśników, – trzydziesto i coraz częściej czterdziestolatków, często świeżo upieczonych rodziców. Odwołam się do pewnie znajomego nam wszystkim doświadczenia przestrzeni jaką jest plac zabaw.

Kiedy siedzimy tam z Magdą i naszym Stasiem nie znamy poglądów innych rodziców, może różnić nas wszystko, ale łączy nas miłość do naszych dzieci, troska o ich szczęśliwe i bezpieczne życie. To emocja, która może połączyć nas wszystkich, tak bardzo różnych, a w pewnym sensie tak bardzo podobnych. 

„Wyborcy populistów niekoniecznie sami są populistami”, warto zapamiętać tę pozornie oczywistą uwagę Jan Wernera Mullera

Kiedy nasz dwu i półletni synek z ufnością chwyta nas za ręce, kiedy wychodzimy razem na ulicę, chcę wiedzieć, że z równą ufnością może spoglądać w przyszłość, którą mu tworzymy. 

Jaka będzie, ta Polska z marzeń naszych dzieci, naszych wnuków? Czy naprawdę jesteśmy gotowi powierzyć ją ludziom, którzy myślą w kategoriach, które już dekadę temu wydawały się mocno anachroniczne? Czy pokolenie wyżu demograficznego i Unii Europejskiej nie dojrzało już do tego, żeby w filmie pod tytułem Polska 2019 przestać grać ogony i role drugoplanowe?

Musimy poszukać nowej opowieści o nas samych, o naszych zbiorowych lękach i aspiracjach. O tym jak nasze indywidualne marzenia wpisać w zbiorową opowieść o Polsce i Europie. Zamiast wciąż fedrować ideowy węgiel trzeba rozejrzeć się za energią odnawialną. 

Ten, kto znajdzie siłę do tego, żeby otworzyć polską politykę na zmianę ideową i pokoleniową będzie mógł chodzić w glorii zwycięzcy. 

„Oczywiście jesteśmy romantykami – pisał Juliusz Mieroszewski, porte-parole Jerzego Giedroycia, w liście do redaktora paryskiej „Kultury”. – Ludzie, którzy do czegoś dążą, zawsze są romantykami i dopiero gdy dopną swego, nagle stają się realistami . (…) Faceci, którzy do niczego nie dążą, nie są romantykami ani realistami, tylko zgoła zerami”.

Podejrzewam, że facet, o którym myślę pozostał w głębi serca romantykiem, nawet jeśli jest to romantyzm po przejściach. A już z całą pewnością nie można mu zarzucić, że do niczego nie dąży. Zapraszam na scenę Donalda Tuska. 

Jedno jest dziś pewne: bezpieczna, przyjazna i przewidywalna rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych, a może i pierwszego dziesięciolecia naszego wieku, należy do bezpowrotnej przeszłości. Przemija postać świata. Niebo się chmurzy – pisze Jerzy Surdykowski w miesięczniku „Odra”, gdzie pierwotnie się ukazał (3/19). „Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy narody Zachodu odrzuciły projekt dalszej integracji Unii Europejskiej, może w 2016, z chwilą zwycięstwa Trumpa w USA, a może trochę wcześniej, gdy na Węgrzech zwyciężył Orbán, w Grecji „Syriza”, a wkrótce potem w Polsce rządząca dziś partia” – podkreśla autor

Powiada się, że miniony wiek XX wcale nie zaczął się w 1900 roku, lecz czternaście lat później, z chwilą wybuchu pierwszej wielkiej wojny. Wtedy dopiero zaczął odsłaniać swe prawdziwe, ludobójcze i totalitarne oblicze. Nie inaczej z obecnym stuleciem, które bynajmniej nie rozpoczęło się w roku 2000, ani nawet 11 września 2001, kiedy tak tragicznie i spektakularnie ujawnił się światowy terroryzm. Nie on jednak zadecyduje o nadchodzącej przyszłości. Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy…

Więcej >>>

Arcybiskupowi Jędraszewskiemu popieprzyły się epoki. Średniowiecze jakiś czas temu minęło

9 Kwi

Arcybiskup Marek Jędraszewski wystąpił na Europejskim Kongresie Samorządów. W panelu „Czy religia jest jeszcze człowiekowi potrzebna?” potępił Europę Zachodnią, w której według niego dominują „atomizacja, relatywizm, wychwalenie indywidualizmu”.

Poruszył też palący według niego problem współczesnych prześladowań, jakich doznaje Kościół. Tyle, że swój wywód podparł bardzo szokującym argumentem.

„Spójrzmy dzisiaj na Australię, gdzie kardynał Pell został skazany. Tam są łamane prawa człowieka. Chrześcijaństwo zawsze było prześladowane” – stwierdził metropolita. Zapomniał tylko dodać, że kard. George’a Pella skazano na 6 lat więzienia za … pedofilię. Dodajmy: Pell nie przyznaje się do winy. Apelacja ma być rozpatrzona w czerwcu.

Kiedy w mediach pojawiły się informacje, że opozycja, jak wygra, zastąpi telewizję publiczną nową instytucją, odezwał się szef Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański. Odezwał się w stylu bajkopisarskim, oświadczając na antenie radiowej Jedynki: „My się kierujemy dobrem całego społeczeństwa w tym sensie, że społeczeństwo musi mieć media, które nie są zależne od jednej grupy politycznej”.

Podkreślił również, że „media publiczne spełniają swoją rolę. (…) Wypełniają to, czego obywatele powinni od nich oczekiwać. I są w związku z tym solą w oku”.

No i z powodu tej „soli” okropnie denerwują opozycję. Według Czabańskiego, to co najbardziej niepokoi opozycję, to fakt, „że te media po raz pierwszy od wielu lat i w ubiegłym roku, i w tym roku dostały bardzo poważne zasilenie z pieniędzy tytułem rekompensat za utracone wpływy z abonamentu”. Tu wreszcie pan Czabański powiedział prawdę, nie wspomniał jednak słowem, że ta kasa nie przełożyła się na żaden zauważalny, czy też policzalny sukces.

Ale co tam, bajał dalej: „dzięki mediom publicznym każdy z nas może wysłuchać wiadomości pokazywanych z różnych stron, różnych wiadomości, które normalnie nie przebiłyby się na rynku medialnym”.

Nawet to trochę śmieszne. Trzeba jednak uzupełnić, że pod rządami PiS audytorium np. radia publicznego zmniejszyło się niemal o połowę, co znaczyłoby, że „misja”, na którą się często powołuje, jest realizowana tylko w 50 procentach, ale za to za wielokrotnie większą kasę, wyrwaną z kieszeni podatnika. Pan Czabański zna się na tej robocie.

Szczęśliwie politycy opozycji zapowiadają, że zmiany będą radykalne. I dodają: „Przyjdzie w końcu taki dzień, że trzeba będzie położyć ustawę na stole. I będziemy przygotowani. Ostateczne decyzje zapadną oczywiście po wyborach, ale już teraz mogę powiedzieć, że zmiany będą bardzo głębokie”.

Oby dotrzymali słowa.

Strajku nauczycieli winien jest rząd, ponieważ od początku kadencji, od ponad trzech lat, wyciąga miliardy złotych jak króliki z kapelusza. Są pieniądze na 500 plus? Są, bo uszczelniliśmy podatki. Są miliardy na 500 plus na pierwsze dziecko? Dzięki nam – są.

Są pieniądze na trzynastą emeryturę? Są pieniądze na obniżenie nauczycielom kosztów uzyskania dochodu? Są, bo my pamiętamy o milionach emerytów, którzy stanowią wielki elektorat. Są pieniądze na zwolnienie z podatku ludzi młodych, do 26. roku życia? Są, a Tusk z Rostowskim ich nie umieli znaleźć, a jeśli powrócą do władzy, to wam to wszystko odbiorą i zmarnują na in vitro, na seksualizację przedszkolaków. W ten sposób PiS krok po kroku kupował, korumpował wyborców i ogłupiał – młodych, starych i średnich, którzy już mają dzieci. My wam płacimy – wy na nas głosujecie.

Gdyby, powtarzam, gdyby PiS mniej hojnie rozrzucał pieniądze, przyznając np. 500 plus tylko najbiedniejszym rodzinom, gdyby trzynastkę dostali tylko emeryci i renciści, którzy mają najniższe świadczenia – znalazłoby się choć część pieniędzy na nauczycieli. Pieniądze są! Pieniądze są! – mówił rząd i rozdawał na lewo i na prawo, np. na kosztowne projekty i wizje, jak choćby miliony na poprawę wizerunku Polski i premie dla swoich.

Prawo i Sprawiedliwość, mając miliardy do dyspozycji, popełniło kolosalny błąd – kupowało głosy wyborców, zaniedbując nauczycieli i ochronę zdrowia. Co mają zrobić pacjenci, którzy umierają w SOR, gdzie brakuje miejsca na podłodze dla dzieci chorych psychicznie? Co w tej sytuacji miał sobie pomyśleć młody nauczyciel po studiach, który pracuje w szkole publicznej za 1800 zł miesięcznie i uczy w klasie, w której jest 30 dzieci? A obok, w szkole „społecznej”, klasy są o połowę mniej liczne, a zarobki wyższe.

Nauczyciele nie mieli innego wyjścia niż strajk, choć uderzenie akurat w czasie egzaminów jest dyskusyjne. Odnoszę wrażenie, że opozycja i część mediów opozycyjnych zachęcały do strajku, widząc w nim szansę na porażkę rządu. To jest nie fair. Walka z rządem „do ostatniej nauczycielki” nie powinna być celem opozycji. Celem powinna być znaczna poprawa sytuacji materialnej nauczycieli, a co za tym idzie – poprawa ich prestiżu, przede wszystkim w szkole, ale i w społeczeństwie w ogóle. To położyłoby kres negatywnej selekcji do zawodu, wszak wiadomo, że dla wielu młodych ludzi praca w szkole to ostatni ratunek. Rząd w dodatku niepotrzebnie prowokuje nauczycieli. Przynieść na spotkanie ostatniej szansy projekt podniesienia pensum (obecnie niskie, 18 godz. tygodniowo) i zarobków stopniowo przez kilka lat to liczyć na odrzucenie tej idei w tym momencie. Dyskusje o pensum i wzroście zarobków trzeba było położyć na stół dużo wcześniej, a nie ostatniej nocy.

Niewykluczone, że rząd liczy na złamanie strajku, co by utrudniło roszczenia innych grup zawodowych. Rząd, który miesiącami zwlekał z rozpoczęciem negocjacji, lansuje teraz tezę, że jest to strajk „polityczny”, którego plan powstał półtora roku temu „w gabinecie Schetyny”. Oczywiście, że tego typu wydarzenie ma wymowę polityczną. Żółte kamizelki są też polityczne. 500 plus też jest polityczne i to żaden wstyd. Na półtora miesiąca przed wyborami do Europy i pół roku przed wyborami do Parlamentu Kaczyński i Morawiecki woleliby mieć w kraj spokój, posprzątane. Ale są pod ścianą: na wynik starcia z nauczycielami patrzą inni, którzy tylko czekają.

A premier Morawiecki już mówi, że budżet państwa nie jest z gumy. Budżet z gumy nie jest, ale premier – tak. Do tego wszystkiego planowany wyjazd minister Zalewskiej do Paramentu Europejskiego w trakcie „jej” reformy to po prostu wstyd.

Morawiecki jako Grek Zorba i jego pan Kaczyński, autentyczny tchórz. Żałosna pisowska Polska

27 Lu

Prof. Leszek Balcerowicz bardzo krytycznie ocenił najnowsze pisowskie obietnice wyborcze. – „Zostały złożone wedle zasady: po nas choćby potop. Z tym, że potopu nie będzie w tym roku i wielu ludziom będzie się wydawać, że oni tak świetnie rządzą. On się zacznie stopniowo po wyborach. Im dalej będziemy szli, tym bardziej będą się ujawniać szkody naniesione przez politykę PiS-u” – powiedział były wicepremier w TVN24. Wyliczył rzeczone szkody – „upartyjnianie gospodarki, czyli zagarnianie przedsiębiorstw dla celów partyjnych, rosnące ryzyko dla działalności gospodarczej, zarówno przez chaos prawny w parlamencie, jak i przez agresywne działania prokuratorów Ziobry”.

Szef Forum Obywatelskiego Rozwoju uważa, że obecna polityka rządzących może doprowadzić do takiego kryzysu, do którego doszło kilka lat temu w Grecji. Porównał też działania PiS do czasów PRL-u pod rządami I sekretarza PZPR Edwarda Gierka: – „Pierwsze lata Gierka były wspaniałe, banany się pojawiły, wszystko było na kredyt. A potem to runęło”.

Prof. Balcerowicz przestrzegł, że „ta pisowska bonanza zaczyna się kończyć. To nie jest tak, że jeżeli człowiek w danym roku wygra los na loterii, to z tego powodu będzie twierdzić, że każdego roku wygrywa. To jest mniej więcej propaganda Mateusza Morawieckiego i PiS-u”. Powołał się na analityków FOR, którzy uważają, że za 2-3 lata będziemy mieli potężniejącą, ogromną dziurę budżetową. I co wtedy będą robić ci, co będą rządzić? Gdyby były rządy PiS, to mielibyśmy kontynuację rosnących podatków. I prawdopodobne rosnące używanie sił represji w stosunku do ludzi, którzy zaczną okazywać bardziej swoje niezadowolenie” – powiedział prof. Balcerowicz.

Odniósł się też do faktu, że nowe obietnice wyborcze PiS składał nie premier, a Jarosław Kaczyński. – „To nie jest specjalnie odkrywcze, żeby podkreślić, że ostateczna władza spoczywa w rękach tego szeregowego posła. Zapewne chodziło o to, by pokazać, zgodnie zresztą z prawdą, że Morawiecki jest wykonawcą, a także, by spróbować, jak to się mówi fachowo, „przykryć” niebywałą aferę, która ujawniona została w taśmach Kaczyńskiego” – stwierdził były wicepremier.

We wtorek prezydent Duda powołał Joannę Lemańską na stanowisko prezesa Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych oraz Tomasza Przesławskiego na stanowisko prezesa Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Akty powołania zostały wręczone podczas uroczystości w Pałacu Prezydenckim.

Prezydent pełen troski i współczucia pochylił się nad losem nowo wybranych, bo jako uważny obserwator  i uczestnik życia publicznego wie, że „w Sądzie Najwyższym dzisiaj zdarza się bardzo wiele sytuacji, które można określić jako przykre dla państwa jako doświadczonych prawników, jako ludzi rzetelnych, uczciwych”. Zwrócił się więc z prośbą do nowych prezesów, by wytrzymali, bo ci sędziowie, którzy ich szykanują, dają świadectwo sami o sobie i przypomniał, że „sędzia nie może poniżać drugiego człowieka, kimkolwiek by on nie był, nawet jeżeli jest wielokrotnym przestępcą, mordercą”.

Dalej padły już znacznie bardziej ostre słowa. O braku szacunku nie tylko do swoich kolegów, sędziów, poniżaniu drugiego człowieka, braku kwalifikacji moralnych, by być sędzią, łamaniu podstawowych zasad istoty wymiaru sprawiedliwości, co świadczy o tym, że ci ludzie „ nigdy nie powinni zostać nominowani do tej wysoce specyficznej służbyZwraca się więc z prośbą do wybranych sędziów, by właśnie tak spojrzeli na sprawę i pamiętali, iż „nie ma innej drogi. Trzeba spokojnie zaczekać, aż odejdą”.

Słów pana prezydenta nie potrafi wyjaśnić jego rzecznik Błażej Spychalski. Również, pytany przez dziennikarza RMF FM rzecznik SN Michał Laskowski, stwierdził, że „nie wie o co chodzi panu prezydentowi” choć przyznał, że rzeczywiście jest „pewna rezerwa w stosunku do tych nowych sędziów, temu nie sposób zaprzeczyć”, jednak nie można mówić o poniżaniu. Trudno jednak nie zauważyć, że nie układa się najlepiej między „nowymi” i „starymi” sędziami. Nie podają sobie ręki, nie witają się i widać tę wzajemną niechęć. No cóż, obecna władza zrobiła wszystko, by podzielić środowisko sędziowskie, więc trudno się dziwić, że jest jak jest.

Pewne jest jednak jedno. Andrzej Duda mocno przeszarżował w swoim przemówieniu i kolejny raz pokazał, że jest prezydentem tylko PiS-u i środowisk, z tą partią związanych.

Pokazał, że cała reszta narodu to tylko zło konieczne, które trzeba po prostu przetrzymać, ale, jak to napisał jeden z internautów, „no cóż, lepiej być obecnie poniżany niż w przyszłości jak Andrzej D. Skazany przez TS”. I tego się trzymam.

Pedofile sami się nie ukarzą i nie napiętnują – my musimy to zrobić.

Obalenie pomnika księdza Henryka Jankowskiego to był symboliczny akt powiedzenia głośno i wyraźnie: koniec przyzwolenia na pedofilię w Kościele. Koniec przyzwolenia na wykorzystywanie dzieci i krycie sprawców. Koniec bezkarności księży pedofilów i traktowania zbrodni na dzieciach inaczej, tylko dlatego, że zbrodniarz nosi sutannę.
Przywrócenie tego pomnika, zresztą bezprawne, jest próbą obrony nie tyle Jankowskiego, co symbolu pewnej hierarchii społecznej, pewnego nierównego i niesprawiedliwego podziału ludzi na lepszych i gorszych, tych, którym wolno więcej, którzy stoją pond prawem i przyzwoitością i tych, którymi się pomiata, którzy są od służenia i spełniania zachcianek, którym nie przysługują żadne prawa.

Ten świat, uosabiany przez kler katolicki stojący ponad prawem, przez księży pedofilów i biskupów zapewniających im bezkarność odejdzie w nicość, ale to co się dzieje, to właśnie próba, by do tego nie dopuścić, by obronić status quo.

Mężczyźni ze społecznego komitetu budowy pomnika księdza Jankowskiego, oddający hołd pomnikowi pedofila, to karykaturalny symbol tego porządku. W latach 80. w USA mówiono, że biały mężczyzna z klasy średniej to kwintesencja patriarchatu. W Polsce dziś kwintesencją największego zła, jakie człowiek może wyrządzić człowiekowi, największej nieprawości, są właśnie ci mężczyźni i wszyscy, którzy bronią Jankowskiego w przestrzeni publicznej.

Zawsze uważałam, że znęcanie się nad mniejszym, słabszym i bezbronnym to przejaw największego tchórzostwa i niegodziwości. Nawet w świecie przestępczym nie istnieje nic gorszego niż krzywdzenie tych, którzy w żaden sposób nie mogą się obronić, jak dzieci, niepełnosprawni i czy starsi ludzie. Pedofilia jest najniższym i najgorszym z tych przestępstw.

Ale tak samo winni jak pedofile, są ich obrońcy. Sprawa pomnika Jankowskiego pokazała, jak wielu ich mamy. Ci ludzie budzą moją ogromną odrazę. Są tak samo winni jak pedofile, ponieważ nikt nie skrzywdzi dziecka, jeśli nie będzie miał takiej możliwości i jeśli nie stworzy mu się po temu warunków – a oni właśnie je tworzą.

Relatywizując i rozmywając winę pedofilów, bagatelizując ją (to było tylko obmacywanie, nie seks, a nawet jeśli seks, to cóż to takiego…, „nie skazujmy człowieka bez dowodów” – choć dowody są przytłaczające, „miał takie zasługi”, „nie można wymazać jego chlubnej karty”, „tak, ale…”, „nie, bo…”), aktywnie tworzy się środowisko, w którym wykorzystanie dziecka przestaje być czymś niewyobrażalnym i potwornym, tworzy się w piekło, w którym mieszkają ofiary księży pedofilów. I popełnia się na tych ofiarach zbrodnię, bo broniąc pedofila, stając za nim murem, pozbawia się je resztek odwagi, godności, człowieczeństwa, chęci walki o siebie, wiary w ludzi i najważniejszego nadziei, przekonania, że warto coś robić, warto krzyczeć o niesprawiedliwości.

W filmie „Spotlight” pada pytanie: co z nich za ludzie, skoro pozwalają tak traktować swoje dzieci? I ja pytam: co z nas za ludzie, skoro pozwalamy na bezkarność księży – pedofilów, wiedząc (bo przecież wszyscy o tym wiemy), że przenoszeni są z parafii do parafii i pozostają całkowicie bezkarni? Co z nas za ludzie, że nie bronimy dzieci, nie buntujemy się i nie krzyczymy głośno o tym, że Kościół katolicki jako instytucja dopuszcza się zbrodni na dzieciach? Co z nas za ludzie, że pozwalamy pouczać się o moralności moralnym kreaturom?

Co z nas za ludzie, że dyskutujemy z przestępcami i oczekujemy, że sami się rozliczą?

Sprawa pomnika Jankowskiego ujawniła, jak wielu obrońców mają pedofile w polskim społeczeństwie, wśród elit. Dla ilu polityków, związkowców, dziennikarzy, ludzi publicznie znanych, pedofilia to nie jest żadna straszna zbrodnia. I wiecie co? Ci ludzie nigdy nie przestaną. Zawsze będą postępować tak samo. Nigdy nie zobaczą w pedofili niczego złego, tak jak pedofile nie widzą niczego złego w swoich zbrodniach. To my musimy ich powstrzymać i pokazać, jak kochamy nasze dzieci, musimy bezwzględnie ich zwalczać. Bezwzględnością w ściganiu przestępców, dobrym i egzekwowanym prawem, patrzeniem na ręce politykom, biskupom i celebrytom – i wrzucaniem każdego, kto broni pedofilów do symbolicznego kosza na śmieci. Musimy piętnować publicznych obrońców pedofilów tak samo, jak piętnujemy pedofilów, inaczej nasze społeczeństwo nigdy nie będzie bezpieczne.

Dość lakoniczny był komunikat po poniedziałkowym spotkaniu szefa „Solidarności” Piotra Dudy z szefem państwa Jarosławem Kaczyńskim. „Tak umówiliśmy się ze stroną rządową, że dziś nie będziemy mówić, jakie postulaty, które przedstawiliśmy, będą zrealizowane w 50, 90 czy 100 proc.” – powiedział Duda, a niezrównana rzeczniczka PiS Beata Mazurek dodała, że „powstanie zespół rządowo-związkowy, który będzie pracował nad rozwiązaniem problemów istotnych dla obu stron”.

Tajemnicze spotkanie ze związkowcami

Jakie to problemy, nie wiadomo, choć kontekst spotkania jest oczywisty – w roku wyborczym związkowcy chcą pieniędzy, a rząd nie chce protestów. PiS obawiał się, że „S” wymknie się spod kontroli i przyłączy do strajków innych związków, a to byłby już pewien kłopot polityczny i wizerunkowy. Zakładam, że strony się jakoś dogadają, bo nie jest przypadkiem przecież, że poprzedni szef związku zasiada obecnie w ławach poselskich partii rządzącej.

Temu tajemniczemu spotkaniu warto się jednak przyjrzeć bliżej, bo ono w skali mikro znakomicie pokazuje, jaki model państwa zbudował PiS.

W teorii forum rozmowy związkowców z rządem stanowi Rada Dialogu Społecznego, ciało umocowane ustawowo, którego członków – spośród ministrów, związkowców i pracodawców – powołuje prezydent. Posiedzenia Rady są jawne, a uczestniczą w nich także związki nie tak przyjazne rządowi jak „S”. Krótko mówiąc – beznadziejne warunki do negocjacji.

„N” nie taki niezależny

Duda z Kaczyńskim zmienili zatem warunki. Prezes PiS był nawet tak łaskaw, że zaoferował jako miejsce spotkania własne biuro i zaprosił na rozmowy swych partyjnych podwładnych – premiera Mateusza Morawieckiego i pewną liczbę ministrów, od Joachima Brudzińskiego przez Elżbietę Rafalską i Grzegorza Tobiszowskiego po Annę Zalewską (ironia losu – wszyscy poza Morawieckim kandydują do europarlamentu).

Jakieś postulaty zostały omówione, coś zostało ustalone, ale co, to tajemnica. „Solidarność” pokazała, że litera „N” jak „Niezależny” z „NSZZ” jest mocno na wyrost, PiS utwierdził się pewnie w przekonaniu, że ma związkową przybudówkę, porządek w państwowej hierarchii został potwierdzony. Niby jest jakaś Rada Dialogu Społecznego, niby jest jakiś rząd i jakiś premier, ale jak przychodzi co do czego, to liczy się tylko jeden gabinet w skromnym biurowcu na ul. Nowogrodzkiej.

Nasz drogi prezes. Ile kosztuje Jarosław Kaczyński?

Kaczyński dostał niekontrolowanego wybuchu wściekłości

30 Gru

Dawno temu, w państwie zwanym PRL, opresyjne prawo skłoniło ludzi do szukania możliwości skutecznego oporu. Tak powstały rozliczne instrukcje postępowania szarego obywatela w razie konfrontacji z czerwonym państwem. Najsłynniejsza z nich, to „Obywatel a Służba Bezpieczeństwa”. Niniejsza praca jest próbą nawiązania do tamtej światłej tradycji piśmienniczej, tak jak Polska PiS jest próbą powrotu do mroków PRL.

I. Prawo stanowione i prawo ludowe

Podstawą działania sądów, prokuratury oraz rozmaitych służb policyjnych jest, jak na razie, Kodeks Postępowania Karnego. Chociaż niektóre jego zapisy wydają się uniwersalne, jednak ich rozumienie, a co za tym idzie, interpretacja, może ulegać gwałtownej ewolucji. Przykładowo: instytucja ułaskawienia przez Prezydenta do niedawna wiązała się z koniecznością prawomocnego skazania. Ułaskawić można było tylko uznanego przez sąd za winnego. Wydawało się to całkiem logiczne, jednak dziś już takie nie jest. Obecnie Prezydent może ułaskawić każdego, kto popadł w konflikt z prawem lub jest o to podejrzany. Bez czekania na wyrok. A są sędziowie- „prawdziwi patrioci”, którzy się z tym zgadzają, chociaż prawo stanowione nie uległo zmianie. W następnym etapie Prezydent Duda dokona ułaskawienia przed postawieniem zarzutów – jeśli już tego nie zrobił – dla kilku kolesi z PiS. Można stwierdzić, że wraz z demoralizacją państwa postępuje degradacja prawa pisanego na rzecz tzw. ”ludowej sprawiedliwości”. Co lud – wolą swojego wybrańca – postanowi, to ma moc obowiązującą, niezależnie od ustaw.

Opisując tę niewesołą sytuację można przypomnieć starą anegdotę z PRL: „Jaki jest najkrótszy Kodeks Karny?

§1. Milicjant, tzn. „władza” zawsze ma rację.

§2. W razie wątpliwości, patrz: §1.

Oczywiście, za zmianami prawa zwyczajowego postępować będą dostosowawcze zmiany prawa pisanego. Dla zachowania pozorów demokracji. Tym samym niniejszy poradnik należy traktować z należytą dozą ostrożności – bo co obowiązuje dzisiaj – nie koniecznie będzie prawem jutro. PiS wytworzył kompletny i przeciwstawny prawdzie zasób pojęciowy, zarówno polityce jak i prawie stosowanym. Ta swoista „nowomowa pisowska” zaczyna się już od fałszywej wiadomości zawartej w nazwie partii „Prawo i Sprawiedliwość”, która to ani z prawem ani ze sprawiedliwością nie ma nic wspólnego. PiS traktuje Polskę jak jedną wielką prokuraturę rejonową. A wiadomo kto w „rejonówce” jest najważniejszy – prokurator , a kto jest najgorszego sortu.

II. Podejrzany – co możesz, jak im podpadniesz

Podejrzany, to osoba, wobec której wydano postanowienie o przedstawieniu zarzutów.

Jeśli mleko się wylało i siedzisz przed prokuratorem (lub innym przedstawicielem organów ścigania), odczytano Ci zarzuty, pouczono, co do Twoich praw, to pamiętaj:

  1. Masz prawo milczeć – nikt nie może ci z tego powodu czynić zarzutów. Możesz odmówić składania wyjaśnień bez podania przyczyny oraz możesz odmówić odpowiedzi na konkretne pytanie bez podawania przyczyny (art.175§1kpk). Możesz kłamać – jeśli to twoja taktyka obrony.
  2. Masz prawo do obrońcy. Bez jego obecności nie musisz składać wyjaśnień (art.301 kpk.). Pamiętaj jednak, że życie w Polsce to nie amerykański film. Tam podejrzany ma prawo to kontaktu ze swoim obrońcą bez obecności osób trzecich. Tu prokurator ma prawo do udziału w spotkaniu podejrzanego z obrońcą w ciągu pierwszych 48 godzin od zatrzymania. Może też was podsłuchiwać. I tym się pięknie różnimy od Amerykanów!
  3. Prawo przewiduje też szereg innych uprawnień podejrzanego w dalszym toku postępowania, adwokaci są tu tylko „lekarzem pierwszego kontaktu”.
  4. Jeśli mimo twoich próśb nie ma adwokata, to nie odpowiadaj na żadne pytania, nie dawaj się wciągnąć w rozmowę, niczego nie podpisuj. Niektórzy śledczy próbują okazywać podejrzanym współczucie, zrozumienie oraz przyjaźń. Nie wierz w to. To jest myśliwy a ty jesteś jego zwierzyną. Poluje na ciebie, bo chce twoją oprawioną głowę powiesić sobie nad kominkiem. Nie daj się nabrać. Nie masz innej opcji.
  5. W państwie PiS mieszkańcy dzielą się na już podejrzanych i potencjalnie podejrzanych. Każdy kto nie zgadza się z „ z jedyną partią” może być podejrzany o wszystkie złe rzeczy, o cokolwiek.

III. Świadek – mniej niż zero

Nie ma bardziej niewdzięcznej roli procesowej, niż rola świadka. Czeka godzinami na korytarzu. Wszyscy nim pomiatają. Wszyscy traktują go nieufnie. Zakładają, że pewnie będzie kłamał. Chcą go na tym przyłapać i chętnie widzieli by go w roli podejrzanego( udowodnione kłamstwo w zeznaniach świadka stanowi przestępstwo samoistne). Świadek, w odróżnieniu od podejrzanego, musi składać zeznania. Nie może odmówić ich składania, nie może kłamać ani odmawiać odpowiedzi na poszczególne pytania. Z pewnymi wyjątkami:

1.) możesz odmówić składania zeznań, jeśli jesteś osobą najbliższą dla podejrzanego (art.182 §1 kpk) – mąż, żona, ojciec, matka, dziecko, brat, siostra etc.

2.) Możesz odmówić składania zeznań, gdy w innej sprawie karnej jesteś oskarżonym o współudział w przestępstwie objętym tym postępowaniem (art. 182§3 kpk.).

3.) Możesz odmówić odpowiedzi na pytanie, jeśli odpowiedź mogłaby narazić na odpowiedzialność za przestępstwo lub przestępstwo skarbowe ciebie lub osoby ci najbliższe. (art.183§1 kpk.) Uważaj! Taka deklaracja może utwierdzić przesłuchującego w przekonaniu, że masz coś za uszami. Z drugiej strony, w czasach PRL, zalecano powszechne stosowanie takiej podstawy odmowy zeznań, zwłaszcza gdy nie trzeba wyjaśniać, dlaczego sądzisz, że odpowiedź może narazić ciebie lub osobę najbliższą na odpowiedzialność. Decyzja o wyborze taktyki zależy od Ciebie.

Kodeks o tym nie wspomina, jednak praktyka uczy, że dobrą taktyką w przypadku pojawienia się niebezpiecznych pytań, jest niepamięć. Za brak pamięci nie wolno nikogo karać, a niewinne „eee…nie pamiętam, panie prokuratorze, to było tak dawno” nikomu jeszcze nie zaszkodziło. Chyba, że cię pytają, czy zabiłeś swoją żonę….

Krótko: świadek musi się stawiać na wezwania, nie może kłamać i może nie pamiętać !!!

IV. Przeszukanie. A kiedy przyjdą… także po mnie

Kiedy to piszemy, wciąż jeszcze obowiązuje art. 221 kpk, zgodnie z którym nie należy dokonywać przeszukań w porze nocnej (pomiędzy 22 a 6 rano). To się jednak wkrótce zmieni!

Funkcjonariusze, którzy przyjdą na przeszukanie do twojego domu lub twojego miejsca pracy, muszą mieć ze sobą postanowienie prokuratora o przeprowadzeniu przeszukania (art. 220 §1 kpk). Muszą ci je okazać. Na to postanowienie twój adwokat będzie mógł wnieść zażalenie (co nie wstrzymuje przeprowadzenia przeszukania). I tu ważna rada: natychmiast żądaj obecności adwokata. Najlepiej poznać, upełnomocnić prawnika wcześniej. Jeśli nie masz – wykorzystaj dyżury adwokackie . Weź kogokolwiek , nie bądź sam. Twój adwokat ma prawo uczestniczyć w tym przeszukaniu. Jest ci w tym momencie bardzo potrzebny. Zna przepisy lepiej od ciebie i często lepiej od tych, którzy przeszukują. Oni się z nim liczą. Zachowa spokój, gdy ty możesz się zdenerwować. Dopilnuje formalności:

  1. Postanowienie o przeprowadzeniu przeszukania – muszą je mieć i okazać. Musi określać jasno, czego szukają (jakich przedmiotów). Jeśli np. szukają faktur z września, to nie powinni zabierać także tych z lipca i z sierpnia.
  2. Protokół z przeszukania. Każde słowo się liczy. Masz prawo żądać poprawek i uzupełnień. Dokładny spis i opis zakwestionowanych przedmiotów. Korzystaj z niego. Protokół zostanie w aktach Twojej sprawy na zawsze. W trakcie przeszukania, czy to w domu, czy w firmie, pilnuj przeszukujących. Niech nie kręcą się po lokalu sami. Cały czas ktoś z domowników, pracowników czy prawników powinien im towarzyszyć. Nie po to, żeby coś nie zginęło. To są w końcu , państwowi funkcjonariusze. Po to, żeby czegoś nie zostawili. Np. materiałów kompromitujących lub urządzenia podsłuchowego.
  3. Nośniki. W wyniku przeszukania możesz stracić wszystkie komputery, cyfrowe aparaty fotograficzne, zewnętrzne dyski i pendrivy. Generalnie wszelkie elektroniczne nośniki danych. Także telefony komórkowe i komputery domowników. Pal diabli, jeśli pozbawią cię ulubionej gry, gorzej, jeśli w wyniku takiego przeszukania utracisz dostęp do dokumentacji handlowej swojej firmy, książki telefonicznej, bankowości elektronicznej , itp. Urząd Skarbowy nie przyjmuje do wiadomości twoich tłumaczeń, że nie możesz złożyć żądanych wyjaśnień co do transakcji sprzed dwóch lat, ponieważ CBA zabrało ci komputer z potrzebnymi danymi. Jeśli nie chcesz takich kłopotów, zadbaj o kopie zapasowe, dobrze je schowaj oraz np. umieść w „chmurze” zarządzanej spoza polskiej jurysdykcji

V. Zatrzymanie. Prawdziwe kłopoty

Nie każde przeszukanie kończy się zatrzymaniem. Z drugiej strony nie każde zatrzymanie jest poprzedzone przeszukaniem.

Jeśli zostaniesz zatrzymany, to natychmiast żądaj umożliwienia kontaktu z twoim obrońcą – adwokatem lub radcą prawnym (art. 247§1 kpk). Możesz też żądać zawiadomienia o twoim zatrzymaniu osób najbliższych (art. 247§3 kpk). A zgodnie z art. 244 kpk w razie potrzeby przysługuje ci pierwsza pomoc lekarska.

Bez obrońcy nie prowadź żadnych rozmów. Nie daj się wkręcić. Pamiętaj: polują na ciebie! Nie przeceniaj swoich możliwości. Poczekaj na prawnika!

Jeśli zabierają cię z domu – ciepło się ubierz. W izbie zatrzymań, do której trafisz, może być bardzo zimno. Nawet latem noce są chłodne. Ciepła bielizna, polar, kurtka – to podstawa. Zabierz też szczoteczkę i pastę do zębów, grzebień, mydło, przybory do golenia, laczki, ręcznik, papierosy (zawsze to jakaś waluta) i książkę.

Jak to długo potrwa? Zgodnie z art. 248 kpk zatrzymany w ciągu 48 godzin od chwili zatrzymania musi być przekazany do dyspozycji sądu lub zwolniony. Po przekazaniu do dyspozycji sądu w ciągu 24 godzin zatrzymanego należy albo zwolnić, albo, jeśli sąd uzna za stosowne, tymczasowo aresztować. Tak więc łącznie zatrzymanie nie może trwać dłużej, niż 72 godziny. Potem wychodzisz do domu albo… zostajesz na dłużej.

VI. Tymczasowe aresztowanie. Izolacja na dłużej

Tymczasowe aresztowanie może być zastosowane tylko wobec podejrzanego. Na jakiej podstawie? Chociaż kpk wymienia tych podstaw wiele, w praktyce występują trzy, wymienione w art. 258kpk. Są to: obawa ucieczki podejrzanego, obawa tzw. mataczenia, czyli nakłaniania innych do składania fałszywych zeznań i w końcu zagrożenie surową karą. Choć w przeszłości bywało różnie, to teraz obowiązuje zasada, że ta ostatnia przesłanka jest samoistna. Oznacza to w praktyce, iż jeśli zostaniesz oskarżony przez prokuratora o przestępstwo, którego górna kara pozbawienia wolności wynosi co najmniej 8 lat, to sąd będzie mógł cię zgodnie z prawem aresztować. Pamiętaj przy tym: sąd nie bada na rozprawie aresztowej materiału dowodowego. Nie ma takiego obowiązku ani na ogół nie ma czasu (24 godz.). Rozważa tylko, czy jest prawdopodobne spełnienie się którejś z trzech wyżej wymienionych przesłanek. Możesz więc trafić za kraty tylko dlatego, że prokurator odpowiednio sformułował ci zarzut. A sąd przyjął domniemanie twojej winy. Jest to sprzeczne z Konstytucją, która jednoznacznie ustanawia domniemanie niewinności (bez prawomocnego skazania nie ma winnego). Niestety, zgodne z obecnie obowiązującą procedurą. Jeśli do tego masz świadomość, że twój obrońca nie tylko nie mógł z tobą swobodnie, w cztery oczy i bez podsłuchu, porozmawiać, ale także, że nie udostępniono mu akt twojej sprawy (prokurator może odmówić), a nawet uzasadnienia wniosku o areszt, to sam widzisz, w jakiej znalazłeś się opresji. Nie trać jednak ducha. Prokuratorzy często popełniają proceduralne błędy. To wykorzystują obrońcy i wtedy wychodzisz z sądu jako wolny obywatel. Masz jakieś 50% szans… A ponadto pamiętaj powiedzenie opozycjonistów z lat PRL: „zamknąć mogą, wypuścić muszą”.

Podsumowanie – o czym pamiętać

  1. Zawsze przy okazji przesłuchania, zatrzymania, przeszukania: żądaj obecności swojego prawnika. Obrońcy – jeśli jesteś podejrzanym, pełnomocnika – jeśli przypadła ci rola świadka. Niczego nie opowiadaj ani broń Boże nie podpisuj bez niego!
  2. Pilnuj protokołów. Za ileś tam miesięcy czy lat, kiedy ruszy proces przed sądem, nikt nie będzie pamiętał, czy wyglądałeś schludnie i ładnie, czy nie. Czy mówiłeś potoczyście, czy z wahaniem. Przedmiotem oceny będzie protokół z twojego przesłuchania. Słowo pisane! Tak więc poprawiaj, prostuj, odmawiaj aż zapis odzwierciedli to co chciałeś powiedzieć a prokurator/policjant ma usłyszeć. To wyłącznie w twoim interesie.
  3. Bądź nieufny. Tu nikt (czasami poza twoim prawnikiem) nie chce ci pomóc. Nikt cię nie lubi. Nie jesteś tu po to, żeby cię lubiano. Bądź powściągliwy, oni zawsze chcą Cię wrobić!!!
  4. Jeśli czegoś nie powiesz, bo zapomniałeś, nic ci za to nie grozi.

Niepamięć bywa cnotą.

Kilka uwag z dziedziny BHP

  1. Zaczepiony na ulicy, w barze, czy innym miejscu przez nieznane osoby podające się za funkcjonariuszy, nie rozmawiaj nawet o pogodzie. Żądaj formalnego wezwania na piśmie! Pamiętaj – to mogą być przebierańcy. Konkurencyjna firma, dziennikarska prowokacja, zwykli bandyci. Nie rozmawiaj i nigdzie z nimi nie chodź.
  2. Telefon komórkowy. Najlepiej przestrzegaj jednej zasady: przez komórkę umawiasz się na spotkanie. Godzina i miejsce. Kropka. Żadnych rozmów, naiwnego szyfrowania, głupich przechwałek. Nagrają, zmontują, puszczą ci za trzy lata. I co wtedy powiesz? Telefon to także mobilny szpieg, który może nagrywać rozmowy prowadzone w jego otoczeniu, jak najlepsza pluskwa z filmu sensacyjnego. Jeśli zabierzesz go ze sobą na spacer czy gdziekolwiek, to ci, którzy cię śledzą, poznają całą twoją trasę. Co do metra i co do sekundy.
  3. Komputer. Może zawierać wiele rzeczy, które mogą być wykorzystane przeciwko Tobie: dokumenty, maile, listy połączeń, zapisy czatów. Wprawdzie nie ma 100-procentowego sposobu zabezpieczenia się przed próbą włamania, ale nie oznacza to, że nie możesz zwiększyć poziomu swego bezpieczeństwa. Szyfruj twarde dysku, zabezpiecz komputer mocnym hasłem, szczególnie ważne pliki szyfruj dodatkowo, stosuj pocztę, której serwery są za granicą (np. Google, Yahoo, Icloud). Jeśli tylko to możliwe, rozmawiaj przez Skype lub Messengera, a nie przez połączenia głosowe w telefonach komórkowych czy stacjonarnych. Używaj oprogramowania komunikacyjnego dodatkowo szyfrowanego, np. Signal. Pamiętaj, że przechowywanie danych w „chmurze” jest bezpieczniejsze, niż ich zapisywanie w plikach na komputerze.
  4. I ostania rada: Niniejszy poradnik służy poszerzeniu wiedzy o przysługujących ci prawach, a porady antyinwigilacyjne mają zwiększyć Twoje bezpieczeństwo. Nie daj sobie wmówić, że korzystanie z przynależnych praw pomaga terrorystom, handlarzom narkotyków czy pedofilom. Zarządzający serwisami typu Google czy Facebook w razie potrzeby odróżnią, czy chodzi o przestępstwo czy obronę wolności i zasad demokratycznych. Zdecydowana większość „wolnego świata” doskonale wie, że prokuratorzy i policjanci w naszym kraju są od teraz na usługach polityków PiS. Tu już nastąpiła „dobra zmiana” . Celem państwa PiS nie jest ochrona obywateli ani Twoje dobro. Dlatego mając kontakt z prokuratorem, służbami czy policjantem bądź nieufny i podejrzliwy.

Takie czasy.

Więcej o tym, kto dał i ile milionów Rydzykowi – tutaj >>>

Nie mam pojęcia, co Robert Biedroń wie o Nikaragui, ale zakładam, że niewiele poza tym, że jest tam daleko (nie da się dojechać na rowerze), ciepło i są hamaki. Zakładam tak, bo gdyby coś niecoś wiedział, nie chwaliłby się raczej zdjęciem swoich stóp na tle jeziora Ometepe, bo to był raczej strzał w owe stopy. Fotka wywołała sporo kpin (że rozdawał tam biednym dzieciom kody rabatowe do swego sklepu) i poważniejszej krytyki (że byczy się w jednym z najbiedniejszych państw na świecie, gdzie w dodatku obowiązuje jedna z najbardziej restrykcyjnych ustaw antyaborcyjnych).

Biedroń wrzucił to zdjęcie już kilka dni temu, ale warto do niego jeszcze wrócić i zastanowić się, czy mówi ono o tym początkującym polityku coś więcej i czy można z niego wyprowadzić jakieś wnioski co do jego szans w roku podwójnych wyborów. Ale najpierw cofnę się nieco w czasie.

Byłem na warszawskiej burzy mózgów Biedronia – tak nazywał spotkania podprowadzające do kongresu założycielskiego jego partii – i miałem wówczas wrażenie, że trzy są największe zagrożenia dla jego planów.

Pierwsze to niszowość. Postulaty, żeby państwo płaciło za operację zmiany płci czy dało prawo do adopcji małżeństwom homoseksualnym, są pewnie ważne dla pewnej grupy ludzi, ale wciąganie ich na sztandary to recepta na partię walczącą o przekroczenie progu wyborczego, a nie na siłę mogącą zmienić los Polski. Zwłaszcza jeśli postulaty te idą w parze z bardzo mocnym atakiem na Kościół.

Druga to widoczny wśród uczestników podział na liberałów gospodarczych i socjalistów. Burza mózgów Biedronia polega na tym, że gospodarz jest moderatorem dyskusji, a uczestnicy zgłaszają i uzasadniają postulaty programowe; na koniec odbywa się głosowanie. I o ile pomysły świeckiej szkoły czy ułatwień dla niepełnosprawnych wzbudziły aplauz, o tyle postulat, by państwo płaciło za ubezpieczenie społeczne i zdrowotne twórców, już przepadł po burzliwej debacie i okrzykach „wolny rynek”. Kogoś Biedroń będzie musiał zawieść.

Trzecia sprawa to, najoględniej mówiąc, przerost formy nad treścią. Ktoś nazwał te burze „obwoźnym Amwayem” i coś jest na rzeczy. Biedroń promuje się jako pionier, opowiada o swojej wyjątkowości, czaruje, ale przecież to wszystko już było. Karteczki z postulatami miał Ryszard Petru, dyskusje programowe i prawybory dały początek Platformie.

Teraz, po zdjęciu z Nikaragui, myślę sobie, że jeszcze poważniejszym kłopotem Biedronia może być Biedroń. Na razie chroni go status pretendenta, nikt go na poważnie nie krytykuje, ledwo muśnięta krytyką została jego prezydentura Słupska, ale ten czas się skończy. Już wkrótce światła reflektorów padną na niego, każdy błąd i każda niezręczność będą rozwałkowane w mediach. Zamiast pogwarki z Anją Rubik czekają go starcia z dziennikarzami i politykami, w których nie wystarczą w gruncie rzeczy infantylne teksty „Kocham Polskę” i „czas zasypywać podziały”. Bo podziały i spór są nieodłączną częścią polityki. Żeby osiągnąć sukces, trzeba mieć twardą skórę i odporność na ciosy, a z tym u Biedronia nie jest chyba najlepiej, skoro blokuje na Twitterze za byle kpinę.

Wiele było powodów upadku Ryszarda Petru, ale wcale nie najmniej istotnym była jego gafowatość. Zdjęcia z portugalskich wagarów Petru oraz nóg Biedronia w Nikaragui przy wszystkich różnicach mówią coś – i to nie najlepiej mówią – o pewnej beztrosce i braku umiejętności przewidywania u ludzi, którzy chcieliby rządzić Polską.

Pyta mnie wiele osób, czy Biedroń osiągnie sukces. Odpowiadam zwykle pytaniem na pytanie: co to znaczy sukces? Czy Janusz Palikot i Petru osiągnęli sukces? Jeśli tak, to i Biedroń go pewnie osiągnie, bo przy całym moim krytycyzmie zdaję sobie sprawę, że wiele osób wierzy w byłego prezydenta Słupska, a zbudowanie partii na 5-10 proc. przy wsparciu bogatych ludzi, firm i celebrytów jest jak najbardziej możliwe. Wdarcie się na poziom 10-20 proc. będzie jednak niesłychanie trudne.

Kolejni świadkowie relacjonują wydarzenia sprzed domu Jarosława Kaczyńskiego 13 grudnia i potwierdzają, że prezes PiS zachował się wobec nich agresywnie.

Mój zeszłotygodniowy artykuł opisujący agresywne zachowanie Jarosława Kaczyńskiego wobec osób demonstrujących przed jego domem 13 grudnia spotkał się ze sporym zainteresowaniem i licznymi komentarzami.

Oczywiście odezwały się też pisowskie trolle oraz wyznawcy kultu Prezesa Tysiąclecia, kwestionujący prawdziwość relacji naocznego świadka i określający ją mianem „ściemy”. Z tą grupą komentatorów dyskutować nie warto. To ludzie, którzy zaprzeczają faktom potwierdzonym przez świadków, a jednocześnie z takim samym zapałem utrzymują, że w Smoleńsku miał miejsce zamach, tupolew został rozerwany dwoma wybuchami i sprowadzony na drzewo przez rosyjskich kontrolerów lotu, zaś szczegóły tej zbrodniczej operacji uzgodnili Donald Tusk i Władimir Putin. Polemizowanie z ich urojeniami mija się z celem, zostawmy ich więc w spokoju, pozwalając im żyć w ich wirtualnym świecie.

Jednak wątpliwości zgłaszały także osoby zupełnie przytomne i rozsądne. Po publikacji pisali do mnie znajomi z pytaniem: czy to nie fejk? Czy ta relacja jest na pewno prawdziwa? Bo brzmi nieprawdopodobnie. Czy to możliwe, że Jarosław Kaczyński rzeczywiście wyskoczył ze swojego ogródka, by naubliżać demonstrantom i obrzucić ich absurdalnymi oskarżeniami, a następnie kopał ustawione przez nich świeczki? Przecież to by wskazywało, że jest osobą skrajnie niezrównoważoną i dającą się ponieść emocjom. To nie pasuje do wizerunku lidera partii rządzącej, który decyduje o strategiach politycznych i o obsadzie najważniejszych stanowisk w państwie. Gdyby ta relacja była prawdziwa, oznaczałoby to, że my wszyscy – cała Polska – jesteśmy w rękach osoby co najmniej niezrównoważonej, by nie użyć mocniejszego określenia.

Postanowiłem więc dotrzeć do innych uczestników grudniowej pikiety i uzyskać od nich relacje na temat wydarzeń.

„Informacja nie jest fejkiem – potwierdza Małgorzata Trykacz. – Wraz z grupą członków KOD Bielany byliśmy 13 grudnia pod domem J. Kaczyńskiego. Gdy przyszliśmy, stała tam już grupa policjantów, gdyż zgromadzenie było zgłoszone przez Mirka Paczyńskiego. Było nas ok. piętnastu osób. Zjawiło się też dwóch ochroniarzy rezydujących w budce przy ogrodzeniu. Gdy zapaliliśmy już świeczki, wszystko potoczyło się dość dynamicznie. Chyba żadne z nas nie miało ochoty robić zdjęć Kaczyńskiemu” – pisze Małgorzata Trykacz, załączając do maila cztery fotografie wykonane tego wieczora wcześniej, przed pojawieniem się prezesa PiS.

Znacznie obszerniejszą i bardziej szczegółową relację przysłała Ewa Chwedeńczuk:

13 grudnia o godz. 19.00 na warszawskim Żoliborzu, pod domem prezesa, przy bramce od ulicy Mickiewicza zebrało się nas 9 osób; w większości osoby związane z żoliborsko-bielańskim kodem. Wydarzenie na wszelki wypadek zostało przez nas zgłoszone do Urzędu Miasta. Nasze spotkanie miało charakter nieformalny i w założeniu raczej niezbyt poważny. Było naszym prywatnym nawiązaniem do wcześniejszych akcji przez domem Kaczyńskiego i reakcją na apel IPN-u, aby 13 grudnia zapalać świeczki.

Na miejscu powitała nas już grupa policjantów, z którymi spokojnie ustaliliśmy nasze plany. Mniej grzeczni byli ochroniarze Kaczyńskiego, którzy po chwili wybiegli z domu prezesa i z budki, którą żoliborzanie kojarzą z wypożyczalnią kaset video lata tamu. Ochroniarze zaczęli wydawać nam polecenia, a policjanci nie byli w stanie odpowiedzieć na nasze pytanie, czy powinniśmy się stosować do owych poleceń.

Zapaliliśmy kilkanaście świeczek, jedliśmy cukierki (częstowaliśmy nimi również bardzo pozytywnie do nas nastawionych przechodniów), podsumowywaliśmy ten trudny rok.

Nagle zobaczyłam, że Kaczyński wychodzi z domu. Zawołałam „panie Jarku, prosimy do nas” i odwróciłam się na pięcie, bo nawet nie przyszło mi do głowy, że do nas wyjdzie.

A wyszedł, w towarzystwie ochroniarzy, i nakrzyczał na nas („tacy jak wy wsadzali AK-owców”) i na policjantów („jak można pozwalać na to, by ludzie tak świeczki palili???”). Następnie przepchnął się łokciami i wraz ze swoim ochroniarzem zaczął kopać w świeczki.

Zagadnięty przez nas, że „Pan przecież spał do południa” powiedział „Ja może i spałem, ale brata mi internowali”. I poszedł. Policjanci były przerażeni, a my zdumieni.

Dlaczego nikt z nas nie nagrał akcji? Po pierwsze, sytuacja była niespodziewana i kuriozalna; od 3 lat sporo czasu spędzamy na licznych demonstracjach, ale jeszcze czegoś takiego nie widzieliśmy. Po drugie, było zimno, trzymaliśmy ręce w kieszeniach. I wreszcie, po trzecie, zgromadzenia mieli lat 40 i więcej, należą więc do pokoleń, którym telefony służą głównie do telefonowania. Policjanci jednak przez cały czas nas nagrywali, ponadto tuż obok umieszczona jest kamera.

A oto relacja Elżbiety Jankowskiej:

13 grudnia na zaproszenie znajomej wybrałam się pod dom Jarosława Kaczyńskiego. Było to bardzo smutne zgromadzenie. Zaledwie kilkoro dojrzałych osób, w towarzystwie policjantów. W milczeniu zapaliliśmy znicze. Jeden Pan recytował napisany przez siebie wiersz.

Ku naszemu zaskoczeniu na schodach willi pojawił się Jarosław Kaczyński. Po krótkiej wymianie zdań przy furtce, w której pan prezes m.in. zarzucił nam że tacy jak my wsadzali do więzień AK-owców, Jarosław Kaczyński wyszedł za bramę i kopnięciami powywracał zapalone przez nas znicze, brudząc steryną nasze buty i płaszcze.

Mając w pamięci historie z udziałem polityków PiS, np. wypadek kolumny premier Beaty Szydło w Oświęcimiu, starałam się trzymać jak najdalej od prezesa, aby nie zostać oskarżoną o pobicie. Na koniec razem z resztą zgromadzonych skandowałam „KON-STY-TU-CJA”.

Po oddaleniu się Jarosława Kaczyńskiego uprzątnęliśmy świeczki i wróciliśmy do domów. Pomimo agresywnej postawy Prezesa staraliśmy odnosić się do niego z szacunkiem, używając form grzecznościowych. Zdarzenie nie zostało przez nas nagrane, natomiast było rejestrowane przez policję.

I jeszcze jedna relacja uczestnika, który poprosił o niepodawanie jego nazwiska do publicznej wiadomości:

13 grudnia o godzinie 19, w gronie około 9 osób zebraliśmy się na ul. Mickiewicza, pod domem Jarosława Kaczyńskiego. Zgromadzenie było zgłoszone do Urzędu Miasta, na miejscu było około 10 policjantów, w tym jeden w cywilu, który nas nagrywał.

Zapaliliśmy kilkanaście zniczy, postawiliśmy je na chodniku, czyli na terenie publicznym. Staliśmy, rozmawialiśmy, nie było żadnych okrzyków, częstowaliśmy przechodniów cukierkami. W pewnym momencie, w towarzystwie jednego z uczestników obszedłem dom posła Kaczyńskiego dookoła. Na ulicy z tyłu, oprócz kilku samochodów z policjantami, spotkaliśmy prezesa Kaczyńskiego wychodzącego z posesji w towarzystwie ochroniarzy, widocznie wzburzonego.

Chwilę po naszym powrocie na ul. Mickiewicza, Jarosław Kaczyński wyszedł do nas przez główną furtkę, w towarzystwie nieodstępującej go ochrony. Wywiązała się krótka rozmowa, gdzie zarzucił nam, że „tacy, jak wy wsadzali AK-owców do więzień” i zwracał się podniesionym głosem do policjantów, pytając „jak można pozwalać, żeby ludzie tak palili świeczki”. Policjanci byli przestraszeni, ale nie reagowali.

Poseł Kaczyński zwrócił się do nas i prawie krzycząc zapytał, czemu tu jesteśmy i czy wiemy, że stan wojenny był przeciwko takim jak on. Na naszą uwagę, że z tego, co nam wiadomo, 13 grudnia to on spał do południa, przyznał rację, ale powiedział, że za to jego brata internowano. Następnie poseł Kaczyński przepchnął jedną z kobiet, podszedł do zniczy i zaczął je kopać. Pomagał mu jeden z ochroniarzy. Na moją uwagę, że jest to niszczenie mienia prywatnego, policjanci nie zareagowali. Poseł Kaczyński, wzburzony, wrócił na posesję, żegnany okrzykami „Konstytucja”.

W trakcie zdarzenia, nikt nie lżył ani nie obrażał posła Kaczyńskiego. Gdy jedna z osób zwróciła się do niego „panie Jarku”, odparł „nie jesteśmy na ty”, za co został przeproszony.

Zdarzenie nie było nagrywane przez żadnego z uczestników. Nagraniem dysponuje zapewne policja, ponadto nad miejscem, gdzie staliśmy, umieszczona jest kamera, wystająca na wysięgniku z posesji posła Kaczyńskiego.

Te relacje niestety nie pozostawiają wątpliwości: informacja o agresywnym wyskoku szefa PiS jest prawdziwa. Źle to wróży nam wszystkim i całej Polsce.

Waldemar Mystkowski pisze o Morawieckim (fragment).

Mateusz Morawiecki z trybuny sejmowej uzasadniał podwyżkę cen, że to wina  poprzedniego rządu PO-PSL, konkretnie zaś Donalda Tuska, bo nie zawetował szczytu unijnego w sprawie pakietu klimatycznego. Nie trzeba za bardzo się wysilać, aby na stronach prezydent.pl sprawdzić, iż to Lech Kaczyński w 2008 roku ogłosił to „sukcesem polskim”, nie ma zaś słowa o wecie.

Zresztą ograniczenie emisji CO2 jest w interesie naszego zdrowia, które jest najcenniejsze dla nas, o tym powinien wiedzieć Morawiecki, który chcąc się kiedyś popisać znajomością fraszki Jana Kochanowskiego, spowodował wybuch śmiechu w internecie. Debatę i zadawanie pytań na sali sejmowej ograniczono do 30 sekund, które nawet nie pozwalają na wyrecytowanie „Na zdrowie” Jana Kochanowskiego.

Podwyżka cen prądu jest spowodowana zakupem praw do emisji CO2, a my właśnie go zakupujemy za horrendalne ceny, bo rząd niczego nie robi, aby zmniejszyć zagrożenie dla naszego zdrowia i nie produkować rekordowo CO2.

Dlaczego piszę, że Morawiecki to dubeltowy Marek Suski? Z prostego powodu – „orzeł intelektu” Suski powiedział, że gdyby rząd PO Ewy Kopacz nie zamknął kopalni, które planował, to nie trzeba byłoby importować węgla z Rosji. Otóż rząd PO-PSL nie zamknął żadnej kopalni, a zrobiły to rządy PiS Beaty Szydło i Morawieckiego. Z Suskiego możemy się śmiać, bo to tylko fajtłapa, choć jest szefem gabinetu politycznego Morawieckiego. Ten ostatni jest o wiele groźniejszy, gdyż to Pinokio w każdym wygłaszanym zdaniu.

A za prąd zapłacimy więcej w podatkach i to większych, niż gdybyśmy płacili bezpośrednio. Zapłacimy jednak jeszcze czymś bezcennym, czego uczeń Morawiecki w szkole się nie nauczył – zapłacimy swoim zdrowiem. Nie dość, że dubeltowy Suski, tj. Morawiecki, opróżnia nam kieszenie, to zabiera zdrowie, a niektórym życie – 44 tys. Polaków umiera rocznie z powodu smogu.