Tag Archives: Wojciech Polak

Kościół i PiS w służbie miękkiej cenzury. Powrót do Ciemnogrodu

9 Czer

Na jednym z najlepszych uniwersytetów polskich w dużym ośrodku wielkomiejskim na kierunku biologia w ogóle studenci nie uczą się jednej z najważniejszych teorii, jakie powstały w historii nauki. Bo teoria ewolucji – próbują się bronić jej adwersarze – już dawno przestała być hipotezą roboczą, a nawet teorią i jak żadna inna idea nie zdobyła tylu poważnych argumentów i dowodów paleontologicznych.

Problem w tym, że dyskutujący z Kościołem nie znają się ani na biologii, ani filozofii, a tym bardziej – psychologii religii czy teologii, choćby własnego wyznania. Problem w tym, że spada poziom nauki i edukacji – w szkole nie usłyszysz o najnowszych ustaleniach neuroteologii, “hełmie Boga”, poważnych pracach z kosmologii, które nie tylko wykluczają “stwórcę”, czyniąc go zbędną hipotezą, ale wręcz logicznie argumentują, że kosmos stworzony nie byłby taki, jak jest i jaki poznajemy dzięki nauce, a nie dzięki religii.

Nie przeczę, że ważne są “społeczne” i socjalno-bytowe kwestie kościelne, krytyka zachować tych, którzy ośmielają się nazywać siebie “uczniami Jezusa”, zupełnie nie rozumiejąc nauk moralnych Chrystusa. Istotne są, a obecnie najbardziej palące problemy z pedofilią w Kościele i jego instytucjach, niemniej namawiam gorąco, aby rozpocząć z Kościołem dyskusję podobną do tych, jakie rozgrzewały pierwszych chrześcijan, dyskusje w “oświeconym wieku” dwieście lat temu, debaty w pozytywizmie, potem w kręgach szkoły lwowsko-warszawskiej. Oczywiście, bez wiedzy żadna rozsądna dyskusja nie może mieć miejsca. W 2006 roku ukazała się kolejna książka znanego adwersarza wszelkich religii, Dawkinsa, ale oprócz debaty kilku profesorów, nie zdołała wywołać szerszego społecznego odzewu. Pisał ten autor o “urojonym bogu”, ponieważ jego zdaniem, każda religia błędnie ukazuje pochodzenie kosmosu i człowieka, a nauka coraz bliższa jest prawdy.

Nie jest możliwe jednoczesne wierzenie, że “Bóg stworzył kosmos” i wyznawanie teorii ewolucji, nie można jednocześnie wierzyć w samoistną ewolucję kosmosu i w stworzenie człowieka od razu w dorosłej postaci. Nie jest też prawdą, że większość uczonych to ludzie “głęboko wierzący”.

Znany kosmolog Hawking, zmagając się ze straszną niepełnosprawnością, do końca bronił poglądu, że wszystko, co zdarzyło się w kosmosie, w naszej galaktyce oraz na Ziemi, można po pewnym czasie wyjaśnić naturalnie, w obrębie tego kosmosu, nie wykraczając poza niego na drodze analizy myślowej. Ale ludzie, których ateizm polega tylko na ostentacyjnym “niechodzeniu do kościoła” nie mają żadnej wiedzy merytorycznej, aby obalić dogmaty katolickie, których nie jest zbyt wiele. Kościół po prostu twierdzi, że gdzieś poza ludzkim horyzontem istnieje w jakimś sobie właściwym statusie ontologicznym inny, w domyśle – lepszy świat, a w nim Bóg (w trzech osobach), aniołowie oraz ludzie zbawieni. Innymi słowy każda religia sprowadza się do twierdzącej odpowiedzi na główne pytanie, jakie zadano kiedykolwiek – “co się ze świadomością ludzką dzieje po śmierci?”. I właściwie na tak zadane pytanie od razu daje gotowe, automatyczne odpowiedzi, powtarzane od stuleci w kółko. Tymczasem nie da się z pozycji ontologicznych, jakie obecnie zajmujemy natychmiast w jednym zdaniu odpowiedzieć na to pytanie, bo na tym polega problem “kota Schrodingera” – dopóki żyjemy tu, kot jest i żywy i martwy jednocześnie, dopiero gdy znajdziemy się tam, kot będzie żywy albo martwy.

Mechanika kwantowa wszelkie pytania egzystencjalne sprowadza do kwantów, porcji materii i energii oraz materialnej podstawy ludzkiej świadomości. Bo o świadomość ludzką od wieków toczy się batalia.

Inaczej jeszcze podchodząc do zagadnienia, należy konsekwentnie odmówić teologii prawa do nazywania się nauką w sensie twardym, a poznaniu religijnemu wyjątkowego statusu epistemologicznego. Dlatego drodzy Czytelnicy, zróbmy tak, jak zrobili świadkowie Jehowy: wykuli pismo święte na pamięć i na każde pytanie katolików mają gotową odpowiedź, wywodzącą się ze specyficznego i dosłownego stylu czytania Biblii. Aby pozycję Kościoła hierarchicznego w Polsce osłabić – co paradoksalnie przyniosłoby pożyteczne skutki w różnych sferach życia – należy wykuć teologię, oczytać się w historii, psychologii religii, religioznawstwie, socjologii i psychiatrii, poczytać jakieś kompendia popularyzujące teorię ewolucji, znać największe odkrycia i wynalazki naukowe.

Argumentacja “nie wierzę, bo nie chcę” jest bardzo prymitywnym postawieniem sprawy, choć podkreśla wolną wolę człowieka, lecz to nie wystarczy. Należy wszystkim chrześcijanom, zwłaszcza fundamentalistycznym odłamom post-protestanckim oraz rzymsko – katolickim wykazać, że to, co podają kościoły wiernym do wierzenia ma się tak do rzeczywistości, jak pięść do nosa. Inaczej nie rozbijemy urojonych struktur kościelnych, które mnożą się w tempie zastraszającym, osiągając wymiary pandemiczne.

Memetyka tłumaczy życie i rozprzestrzenianie się idei religijnych na wzór genów w populacji, a także na wzór przenoszenia się wirusów, w tym przypadku – umysłowych.

Coraz więcej ludzi zostaje ukąszonych przez żądło religijne. Należy wytłumaczyć, że nawet jeśli istnieje jakaś nieznana nam jeszcze forma transcendencji, to nie ma nic wspólnego z naszym światem, a póki żyjemy naszym obowiązkiem jest zachować, poprawić i przekazać ten świat – a nie “tamten” – następnym pokoleniom. Toczy się bój o nasze sumienia, wolność i dusze.

Nie dajmy się zarazić fałszywymi memami światopoglądowymi. Pod żadnym pozorem, choćby nie wiem, jaką cenę przyszłoby za to zapłacić. Wolność ludzka nie ma bowiem ceny.

Parada Równości w Warszawie – marsz nawołujący do tolerancji i szacunku dla wszystkich obywateli – nie podoba się Kai Godek. Działaczka pro-life postanowiła swoimi teoriami na temat środowisk LGBT podzielić się na Twitterze.

– „Z okazji Parady Równości kilka oczywistości, żebyśmy nie dali się zwariować: 
– homo to zboczenie
– homo to wstęp do pedofilii
– płcie są dwie: żeńska i męska , są to cechy biologiczne wrodzone i niezmienne
– w PL każdy może wziąć ślub z kimś płci przeciwnej – mamy równość” – można przeczytać we wpisie Godek.

Na szczęście internauci bardzo szybko zareagowali na homofobiczny wpis, krytykując działaczkę. – „Ma pani dowody na to, że homoseksualizm to wstęp do pedofilii?”; „Zboczeniem ze ścieżki rozumu są Pani teorie”, To przykre, że ktoś taki chciał iść do PE” – pisali internauci.

Rozmowa Danuty Holeckiej z Katarzyną Lubnauer (Nowoczesna.) w TVPiS zamieniła się w pokaz arogancji i tendencyjności ze strony prowadzącej.

Rozmowa w dużej mierze dotyczyła utworzenia przez PO i Nowoczesną. wspólnego klubu poselskiego. Holecka zarzuciła Lubnauer, że jej partia zostanie niedługo „wchłonięta” przez ugrupowanie Grzegorza Schetyny.

Lubnauer odpowiedziała, że N. jest w dobrej formie i przypomniała prowadzącej, że w jednym z ostatnich badań sondażowych miała ponad 4% poparcia. Chwilę później Lubnauer po raz pierwszy ostrzej zareagowała na zaczepki prowadzącej. Polityczka zaliczyła dziennikarkę do PiS i przyznała, że „jak widzę »Wiadomości« to nie mam żadnych wątpliwości, że to jest jedna grupa”.

W dalszej części rozmowy Lubnauer nabrała odwagi. „Zauważyłam, że u was mamy do czynienia z manipulacją w stylu Urbana i Goebbelsa” – wygarnęła TVP polityczka Nowoczesnej. Liderka liberałów przyznała również, że oglądając TVP, ma wrażenie, że żyje w „paranoi”.

Po kolejnych oskarżeniach wobec PO i Nowoczesnej.  sytuacja jeszcze bardziej się zaostrzyła. „Jesteśmy w Telewizji Publicznej, finansowanej z podatków oraz abonamentu. W związku z tym powinniście być obiektywni. (…) Nie jest pani wstyd, że pani kłamie?” – bez ogródek wypaliła Lubnauer. Holecka po tej wypowiedzi opanowała swoją tendencyjność i wycofała się z ostrych ataków na opozycję. „Już się boję, bo zaraz będzie, że kłamię, manipuluję i jestem Urbanem” – zażartowała pisowska „dziennikarka”.

Pomysły wyjścia z Koalicji Europejskiej i utworzenia oddzielnych bloków lewicy czy prawicy to recepta na triumf PiS-u.

Zdumiewające wystąpienia wielu liderów opozycji po wyborach europejskich wskazują, że z polską klasą polityczną naprawdę coś jest nie tak. Zachowuje się często w sposób skrajnie nieracjonalny, nie umie odczytać prawdziwego znaczenia faktów i wyciąga z nich niewłaściwe wnioski. Co bowiem mówi nam rezultat eurowyborów?

Koalicja zdała egzamin

Po pierwsze to, że partie opozycyjne, które zawiązały koalicję, dobrze na tym wyszły. Łączny wynik uzyskany przez alians był większy niż suma wyników cząstkowych ujawniana w sondażach. Po drugie, partie mniejsze – SLD, PSL – zostały dobrze potraktowane przez najsilniejszą w bloku Platformę Obywatelską, która dała im dobre miejsca na listach, dzięki czemu zdobyły więcej niż godziwą liczbę mandatów. SLD wręcz się obłowił, a PSL, które samodzielnie było bez szans, zachowało stan posiadania z poprzednich wyborów.

Jaki z tego wniosek powinien wyciągnąć racjonalnie rozumujący lider partyjny? Taki, że na koalicję należy chuchać i dmuchać. A jeśli jego partia do koalicji tej nie należy, to powinien dołożyć wszelkich starań, by do niej dołączyć.

Zwłaszcza, że z powodu ordynacji wyborczej jesienne wybory będą trudniejsze. Mandaty będą dzielone nie w skali kraju, lecz w małych okręgach wg ordynacji D’Hondta, premiującej najsilniejszych, co sprawia, że praktyczny próg pozwalający na wejście do Sejmu będzie tu wynosić nie 5 proc., jak teoretycznie zapisano w prawie, lecz jak szacują fachowcy – ok. 10 proc. Która z partii opozycyjnych może na tyle liczyć?

Jedyną szansą dla maluchów na dostanie się do Sejmu, a dla Polski na odsunięcie pisowskiej dyktatury jest stworzenie wielkiego bloku partii opozycyjnych.

Lewica i ludowcy zlepiają okruszki

Tymczasem komentatorzy oraz liderzy w rodzaju Adriana Zandberga snują wizje jakichś szczątkowych koalicji pozlepianych z okruchów – Partii Razem, Wiosny i SLD. Wprawdzie SLD zachowuje się racjonalnie i nie ma najmniejszego zamiaru popełnić politycznego seppuku, ale na chwilę załóżmy teoretycznie, że partia ta dałaby się nakłonić Zandbergowi do takiego nierozważnego kroku.

Ile głosów razem zdobyłaby taka lewicowa „potęga”? Najprawdopodobniej nie wystarczyłoby tego do zdobycia mandatu poza Warszawą i może jeszcze dwoma czy trzema metropoliami. Zwycięski PiS natomiast pożywiłby się zmarnowanymi głosami oddanymi na taką lewicę.

Równie absurdalnie zachowuje się PSL, gdzie podnoszą się głosy, by wyjść z koalicji. Tu sytuacja jest klarowniejsza, bo zwolennicy wyjścia wprawdzie mówią o samodzielnym starcie, ale w gruncie rzeczy chcą sojuszu z PiS-em. Marek Sawicki już odsłonił karty i w publicznym wywiadzie otwartym tekstem dopuścił alians z partią Kaczyńskiego.

Jednak większość ludowców nie ma chyba zamiaru wystąpić w roli przystawki „dobrej zmiany”. W takim wypadku powinni kurczowo się trzymać koalicji opozycyjnej, która jest dla nich jedyną szansą utrzymania się na powierzchni. Bez tego zatoną. Tymczasem co robią? Snują jakieś księżycowe wizje bloku konserwatywno-ludowego.

Ludowców najwyraźniej zmylił wynik, który ich kandydaci uzyskali w wyborach europejskich w ośrodkach miejskich. Ta tradycyjnie wiejska partia umocniła się w wielu miastach, nawet w największych. W Warszawie jej kandydat Władysław Bartoszewski dostał 35 tys. głosów i wyprzedził Michała Boniego z PO (26 tys.). Tyle tylko, że ten wynik ludowcy mogli uzyskać właśnie dlatego, że byli w Koalicji Europejskiej. Wielu wyborców głosowało na kandydatów PSL, wiedząc, że w ten sposób popierają blok zjednoczonej opozycji. Gdyby ludowcy startowali oddzielnie, dostaliby figę z makiem, a nie te głosy.

Koalicja nie szkodzi małym, lecz im pomaga

Liczni komentatorzy (zwłaszcza popierający młodą lewicę) opowiadają androny, jakoby wejście w sojusz partii o różnych profilach ideowych szkodziło tym ugrupowaniom. W myśl tych teorii prawicowy wyborca miałby nie głosować na koalicję, w której jest Zandberg, a lewicowy wyborca miałby się ze wstrętem odwrócić od bloku, w którym jest Kazimierz Ujazdowski.

I wyniki wyborów europejskich, i zdrowy rozsądek podpowiadają, że jest dokładnie odwrotnie: kandydaci mniejszych czy wręcz niszowych partii mogą liczyć na głosy wyborców tylko wówczas, gdy ich ugrupowania wystąpią w ramach większego bloku opozycyjnego. Dokładnie tak, jak miało to miejsce w przypadku kandydatów PSL w eurowyborach.

Wyborca o sympatiach lewicowych i antypisowskich, podchodząc do urny, będzie ważyć, co dla niego ważniejsze i pierwszoplanowe: ideowa lewicowość czy chęć praktycznego odsunięcia dyktatury PiS. W większości wypadków uzna, że to drugie i nie zagłosuje na Zandberga. Jeśli jednak Zandberg będzie kandydatem koalicji antypisowskiej – wówczas nie będzie mieć tego dylematu i bez wahań odda na niego głos.

Wielu liderów lewicy i ludowców zachowuje się tak, jakby nie rozumiało tej banalnej prawdy. Ciśnie się na usta cytat z Józefa Piłsudskiego: „Wam kury szczać prowadzić, a nie politykę robić”.

Tzw. rekonstrukcja rządu służy tylko jednemu – przykryciu jednej z najważniejszych dat w naszej współczesności 4 czerwca 1989 roku.

Kto dokonał rekonstrukcji rządu Mateusza Morawieckiego? Wszak autorstwa nie może sobie przypisać obecny premier. Pytanie należy do retorycznych, bo wiadomo wszem i wobec kto. Pytanie właściwe byłoby: po co zrekonstruowano ciało administracyjne, któremu premieruje Morawiecki?

To, że niektórzy ministrowie dostali się do Europarlamentu nie jest powodem do nazywania rekonstrukcją rządu, lecz wypełnieniem braków, plombą np. po Beacie Szydło, która jedzie po sukces 27:1. Mowa jest nawet o posadzie szefowej Parlamentu Europejskiego, bo i z takim pomysłem wyskoczył jakiś akolita geniusza z Żoliborza. Nie podejrzewam, aby w Brukseli Szydło, Joachim Brudziński bądź inna/inny zagrozili europejskim kabaretom. To w Polsce kabarety nie nadążają za awangardą pisowskiego surrealizmu.

Wesoło nam nie będzie, gdy nieznająca języka angielskiego Szydło i takiż poliglota Brudziński wyskoczą z jakimś wspólnym pomysłem politycznym z Marine…

View original post 1 323 słowa więcej

 

Reklamy

Demokracja ciemniaków PiS dla Ciemnogrodzian

8 Czer

>>>

Fragmenty.

Jednak wynik Beaty Szydło jest fenomenem. Zagłosowało na nią ponad pół miliona obywateli. Co nam to mówi?

Beata Szydło jest posłuszna i promowana przez mężczyznę. Jej kariera nie jest jej własną zasługą, a ona nie jest zagrożeniem dla kolegów z partii. Gdyby sama coś osiągnęła, przebojowo, zawdzięczając pozycję sobie samej, jak kiedyś Joanna Kluzik-Rostkowska, to byłaby niebezpieczna. A ona jest potulna i wyjmowana z szafy, a potem do niej chowana, kiedy Kaczyński zechce.

Szydło musiała wziąć na siebie największą kompromitację 27:1 i dymisję (kiedy mówiła o nagrodach dla posłów PiS, a potem została odwołana z funkcji premiera przyp. red.), czyli coś, co często robią polskie kobiety, na przykład w rodzinie, żeby mężczyzna mógł zachować twarz. To dowód współuzależnienia – czyli związku patologicznego. Kobieta świeci oczyma – wszystkim wydaje się, że są szczęśliwą rodziną, a za drzwiami dzieje się dramat. I to się może podobać, bo jest zrozumiałe i przeżywane przez inne ofiary: poniżona, zdeptana, a jednak wierna. Po prostu ideał polskiej męczennicy.

(…)

Z perspektywy czasu jak Pani ocenia, co poszło wtedy nie tak, że dziś kobiety wychodzą na czarne marsze?

To układ państwowo-kościelny. Wolność pozabierał nam Kościół, a potem ekonomia. Państwowe żłobki zaczęły być nieopłacalne,przedszkola stały się deficytowym towarem, po który stoi się w kolejkach nocą – i kobiety musiały zostać w domu. To pociągnęło za sobą inne konsekwencje. Problem z zatrudnieniem, niższe pensje i emerytury. Dziki kapitalizm plus mizoginistyczny do szpiku kości Kościół doskonale się razem dogadały.

Oczywiście nie tylko kobiety są ofiarami, również różne mniejszości. Ale paradoksalnie kobiety są większością i są podwójnie poszkodowane – przez Kościół i ekonomię. Są też realistkami. Mogą się tylko dostrajać do katolickiego mentalu i patriarchalnego syfu. Innej opcji przecież w Polsce nie ma. Chyba, że dla tych 5 proc. mogących sobie pozwolić, żeby umysłowo i materialnie mieć ten stan mentalny polskiego społeczeństwa w dupie.

Kiedy w latach 90. wprowadzono całkowity aborcji, nie wyszłyśmy na ulicę. Ludzie się wtedy cieszyli z wolności, dorabiali, tracili pracę, była inflacja – to było ważne, a nie prawa kobiet. Protestować, gdy i tak skrobanki robiło się nielegalnie? Jesteśmy przyzwyczajeni do hipokryzji i szarej strefy, czyli polskiego „radzenia sobie”, cwaniaczenia. Jeden okupant więcej, a że w mojej waginie? Damy radę. Polskie #metoo czyli walka o godność i nietykalność? Żarty, przecież prezydent obiecuje, że podpisze zakaz całkowitej aborcji gdy przegłosuje go Sejm.

Teraz jednak wyszły na ulice.

Wyszły, ale część szła tyłem. Bo były przeciw całkowitemu zakazowi aborcji, ale nie aborcji wogóle. Słowo „na żądanie” sugeruje, że kobiety sobie żądają czegoś, jakby to nie było ich prawem. Hipokryzją jest sprzeciwianie się zakazowi aborcji wobec płodów z gwałtu i równoczesna niezgoda na pełen dostęp do możliwości przerywania ciąży. To zawieszenie logiki, bo jaka jest różnica między płodem z gwałtu, a takim z normalnego stosunku. Żadna. Wychodząc na czarne marsze walczymy o to, żeby móc przerwać ciążę zagrażąjącą naszemu życiu, a więc żeby nas nie zabijano. A powinnyśmy walczyć o godne życie.

Zresztą mamy wszystko, tylko zakaz aborcji, to drobiazg, prawda? Przy pełnych półkach to nieważne, takie ginekologiczne. Decyzja o własnym ciele, urodzeniu dziecka jest prywatną sprawą zarządzaną przez państwo i prokuraturę. Przywykłyśmy. Siostry hipokrytki pomogą żyć zgodnie z sumieniem. Prezerwatywa zabije życie, pigułka je kamieniuje. Więc nie powinnyśmy się przed nim bronić antykoncepcją, tylko rodzić, rodzić jak królice w kraju poświęconym Jezusowi Królowi Polski.

Skoro jest tak źle, to jakim cudem dałyśmy się wmanewrować w taki system?

W Polsce oddychamy smogiem i katolicyzmem. Mizoginistyczni hierarchowie kościelni nienawidzą kobiet, tak opisuje to Frederic Martel, wnikliwy autor „Sodomy”, znający Watykan.

Paradoksem jest to, że właśnie kobiety tworzą Kościół. One stroją dzieci do Komunii. One zajmują się wychowaniem religijnym, a potem jako babcie dają na tacę ten wdowi grosz. To jest diabelstwo tego systemu, który gardzi kobietami i jednocześnie z nich żyje. Tak jak Kaczyński, niszcząc demokrację, wmawia łatwowiernym ludziom, że walczy z układem i komunizmem, aplikując im najgorszy jad i wywar z tego systemu.

A jednak wygrywa kolejne wybory z rzędu, wzmacniając zmotywowany elektorat. Z drugiej strony mamy natomiast dyskusje, czy należy głosować na mniejsze zło, czy zgodnie ze swoimi poglądami. Jest więc nierówna walka – wyznawcy PiS kontra wyborcy, którzy nie wierzą w partię, na którą mają głosować.

Potrzeba dyskusji i wątpliwości nie jest problemem inteligencji, ale jej efektem. Nie jest zasługą PiS, że ich wyborcy są zmotywowani. Uważam, że bezmyślność i głupota mają znacznie większą siłę przyciągania niż inteligencja, która zawsze będzie miała wątpliwości. Poza tym, to pierwszy system w wolnej Polsce, który wydaje pieniądze nie na naprawę państwa, ale na jego demontaż, demontaż demokracji. 500 plus nie jest programem ani prorodzinnym, ani prodemograficznym, co pokazują statystyki. Zmniejszyło nędzę dzieci z 17 proc. do 10 proc. to dużo, ale to nie cel, a efekt uboczny rozwalania demokracji przez rzucanie kasą.

Gdyby 500 zł nie szło do kieszeni bogatych, zlikwidowano by biedę wśród dzieci i byłyby pieniądze na niepełnosprawnych. Bzdurą jest twierdzenie PiS-u, że wyliczanie komu 500 się nie należy pochłonęłoby jeszcze więcej kasy. Przecież deklaracje podatkowe są darmo i na nich widać, że powyżej 112 tysięcy rocznego dochodu rodziców nie można skorzystać z odliczenia podatkowego na dziecko. Czemu by więc w ten sam sposób nie zlikwidować 500 plus, czyli 6 tysięcy rocznie dla bogatych? Na sprawiedliwość społeczną, rozumianą tak, że każdemu się należy, może pozwolić sobie Szwecja. My nie możemy sobie pozwolić na nędzę dzieci, bo jest nieludzka, a po drugie nieopłacalna. Powoduje później kosztowne dla państwa patologie. Ale to przyszłość, Kaczyński nie myśli o przyszłości tylko o władzy.

I wygląda na to, że to działa. Natomiast opozycji zarzuca się dziś brak programu, wewnętrzne rozbicie, brak jakichkolwiek propozycji dla wyborców.

Proszę sobie wyobrazić człowieka, który ma mercedesa, posiadłość ogrodzoną płotem, zatrudnia tam pół wsi, a drugiej wsi dużo obiecuje i jeszcze rozdaje pieniądze. Opozycja nie ma nic. Patrzy przez ten niewidzialny płot w sejmie i senacie na PiS wydający nieswoje pieniądze, łamiący prawo i szczycący się tym. Opozycji zawsze można powiedzieć, że są cieniasami, bo nic nie mogą.

(…)

Czym jest to straszne niebezpieczeństwo, które niesie ze sobą PiS?

Dziś mamy wybór: albo nie będzie demokracji, albo zrozumiemy, że jest projektem do doskonalenia. Społeczeństwo zinfantylizowane przez kościelne wzorce – Ojca świętego czy rydzykowego, co wie lepiej i się zatroszczy, społeczeństwo nie wyleczone z komuny, źle wykształcone i moralnie oportunistyczne, będzie wolało gotowy system, autorytarny. Czyli opresyjny, ale dla takich ludzi bezpieczny i zwalniający z odpowiedzialności.

Być może jesteśmy niedorozwojami demokracji, co jest normalne po komunie, ale ten osłabiony organizm społeczny został zaatakowany przez autorytarny wirus hodowany na wodzie święconej. PiS wykorzystał to, że demokracja nie jest systemem totalitarnym, tylko projektem wiecznego kryzysu. Musi taka być, żeby się móc zmieniać, zgodnie z prawem i pewnymi regułami. Tę zaletę zamieniono w wadę.

Przecież w PiSie, o czym mówi nazwa tej partii, prawa ani sprawiedliwości nie ma. Oni je łamią, żeby osiągnąć na wzór Kościoła swoje Królestwo Boże z Bogiem Prezesem Ojcem Narodu – Kaczyńskim. Lech Kaczyński jest bratem umiłowanym, męczennikiem, ofiarą zbrodni. To łatwo wchodzi w katolicki mental, nieskalany krytycyzmem. Krytycznego myślenia oducza szkoła, Kościół, propaganda PiS-owska i ideologia. Bo Gliński nie jest ministrem kultury, otwartej na oryginalność, tylko jednej opcji – czyli pisowskiej idelogii.

Tak łatwo zmanipulować Polaków?

Omamili łatwowiernych, niewykształconych ludzi. Chociaż zawsze się znajdzie ktoś z wyższym wykształceniem kto powie – A ja głosuję na PiS. Albo profesor Pawłowicz czy doktor habilitowany Zybertowicz od MaBeny czyli machiny narracyjnej, a tak naprawdę snopowiązałki kłamstw. Kościół w Polsce jest jak okupant. Niewoli kobiety, deprawuje dzieci, zabiera pieniądze, z funduszu kościelnego, które mogłyby finansować oświatę i służbę zdrowia. Ale życie wieczne jest ważniejsze od doczesnego i bez dealerów w koloratkach nie dostaniemy zbawienia.

PiS zachowuje się podobnie, też jak okupant, który wchodzi do kraju niszcząc elity i inteligencję. Afera Rywina zmiotła rząd. Teraz cotygodniowe afery rząd umacniają. Jedynka warszawska w wyborach do UE, Saryusz Wolski powiedział : „Tak, PiS był antyeuropejski, teraz jest proeuropejski, to sztuka kontrastu”. Nie ma już moralności, ani kłamstw, jest sztuka wielkiego kontrastu i sztukmistrze od socjotechnik. Im podziękował Kaczyński po ogłoszeniu wyników wyborów europejskich. „Socjologom”, macherom od kontrastów, kłamstw , a nie swoim manipulowanym wyborcom. Pieniądz pompowany w naród jest współczesnym opium dla ludu. Znieczula na moralność, obezwładnia myślenie i daje halucynacje praworządności.

Patryk Jaki musiał złożyć dwa oświadczenia majątkowe – jedno w Sejmie, drugie w resorcie sprawiedliwości, gdzie do niedawna był wiceministrem. Obydwa przedstawiają stan jego majątku na 31 grudnia 2018 r., więc – przynajmniej teoretycznie – nie powinny się różnić.

Tymczasem – jak ustaliła „Gazeta Wyborca” – oświadczenia majątkowe Jakiego zawierają rozbieżności. W oświadczeniu złożonym w marcu w Ministerstwie Sprawiedliwości podał, że ma 260 tys. zł oszczędności i żadnych środków w walutach obcych. Natomiast w złożonym miesiąc później w Sejmie oświadczeniu napisał, że oszczędności jest o 30 tys. zł mniej i pojawia się kwota 400 euro.

Na tym nie koniec rozbieżności. W dokumencie złożonym w ministerstwie pojawia się informacja o kredycie zaciągniętym w Banku ING o wartości 120 tys. zł. Oświadczenie sejmowe jest w tym miejscu zupełnie puste. Patryk Jaki nie wymienił w nim żadnego zobowiązania.

Zespół prasowy Ministerstwa Sprawiedliwości w przesłanym „GW” stanowisku uważa, że nie ma żadnego problemu. – „Ministrowi w ciągu miesiąca ubyło trochę środków. Nie ma jednak żadnego obowiązku tłumaczyć się, na co wydaje swoje pieniądze – szczególnie jeśli chodzi o jego rodzinę – bo podaje dane ze ‚wspólnoty majątkowej‚”. Według służb prasowych resortu pytanie dziennikarzy o brak 400 euro w jednym z oświadczeń „nie jest poważne”. Do sprawy kredytu nie odniesiono się w ogóle.

Dajemy bobrom spokój. Żadnych zmian w sprawie bobrów nie przewidujemy. Jeżeli były przerażone i coś rozumiały z tego, to mogą odetchnąć z ulgą” – powiedział w Polsat News nowy rzecznik rządu Piotr Mueller. – „Matko jaki ten nasz rząd kochany i dobry…” – sarkastycznie skomentował jeden z internautów.

A zupełnie niedawno o najnowszym pomyśle Jana Krzysztofa Ardanowskiego, dotyczącym bobrów. O sprawie w artykule „Bobry też PiS-owi „podpadły”? Minister rolnictwa chce uznania ich za zwierzęta… jadalne”.

Wydaje się jednak, że kwestia została zamknięta tylko tymczasowo, bo rzecznik rządu dodał, że Ardanowski „poruszył istotną kwestię dotyczącą strat, które powodują bobry”. – „Faktycznie jest ich dosyć dużo w stosunku do tego, co było kiedyś. Ale to nie jest teraz czas, aby ruszać ten temat” – stwierdził Mueller.

MOŻEMY ŚMIAŁO POWIEDZIEĆ, ŻE ROSÓŁ JEST DZIŚ DROŻSZY, NIŻ KIEDYŚ WYKWINTNE DANIA – MÓWIĄ POSŁOWIE PLATFORMY OBYWATELSKIEJ I APELUJĄ DO RZĄDU, ŻEBY ZAMIAST ZAJMOWAĆ SIĘ GŁUPOTAMI WZIĄŁ SIĘ DO ROBOTY. – JUŻ W UBIEGŁYM ROKU POSZYBOWAŁA W GÓRĘ CENA MASŁA, KTÓREGO KILOGRAM ZA CZASÓW RZĄDU PIS JEST DROŻSZY, NIŻ KILOGRAM OŚMIORNICZEK ZA CZASÓW PO – MÓWIŁA W SEJMIE POSŁANKA PO MARZENA OKŁA-DREWNOWICZ.

Pietruszka na wagę złota

Każdy, kto robi zakupy, musiał zauważyć, że ceny żywności poszybowały w górę. Niezbędna w kuchni pietruszka w niektórych sklepach kosztuje 20 zł za kg. Cebula i kapusta również zdrożały odpowiednio o 50 i 70 proc. – wyliczają eksperci.

– PiS chełpi się transferami socjalnymi. W ostatnim czasie przyznał seniorom trzynastą emeryturę, teraz szykuje się poszerzenie programu 500 Plus. Wydawałoby się, że jest bardzo dobrze, ale problem jest bardzo duży, bo z tych wszystkich „plusów” nic nie zostaje. Są konsumowane przez galopujące ceny energii, ceny na stacjach paliw również galopują. Jak ktoś gotował niedzielny rosół, to wie, ile zapłacił za pietruszkę, ponad 20 zł – mówiła w Sejmie Marzena Okła-Drewnowicz.

Zgodnie z wyliczeniami Głównego Urzędu Statystycznego w ciągu roku ceny żywności wzrosły o 5 proc., to sporo, ale w normie. Gorzej, że w ciągu miesiąca aż o 1,4 proc., a to już odczuwalna zmiana w portfelu każdego z nas. O połowę więcej trzeba zapłacić za chleb, prawie 100 proc. zdrożały ziemniaki.

– Możemy śmiało powiedzieć, że rosół jest dziś droższy, niż kiedyś wykwintne dania – dodaje Marzena Okła-Drewnowicz.

Szczaw i mirabelki

Powodów wzrostu cen, zdaniem opozycji, jest kilka. Po pierwsze, zmiany klimatyczne i ogromna susza, która powoduje straty. – Pytanie, czym zajmuje się min. Ardanowski. Dlaczego nie zajmuje się systemem rozwiązań, który ułatwiłby dofinansowanie produktów z Polski. Niedługo będziemy zmuszeni do jedzenia ryżu, szczawiu i mirabelek, pod warunkiem, że smog i zanieczyszczenie powietrza nie wykluczą też tego z naszych talerzy – mówi Joanna Augustynowska z PO.

Do cen żywności dochodzą ceny prądu i benzyny. Posłanki PO przypomniały, że opozycja od roku ostrzega, że podwyżki prądu i benzyny odbiją się na kieszeni konsumentów.

Kolejnym problemem jest brak rąk do pracy. Zaostrzone przepisy dotyczące zatrudniania obcokrajowców zmuszają pracodawców, aby wykazać, że 5 Polaków odmówiło pracy, aby móc zatrudnić pracownika np. zza wschodniej granicy.

– Bez reakcji na nawałnice, susze, bez szybkich wypłat odszkodowań, bez znalezienia rozwiązań prawnych dających możliwości zatrudnienia obcokrajowców na rynku rolniczym te ceny będą galopowały jeszcze szybciej i żadne transfery socjalne nie będą w stanie zrekompensować tak wielkiego wzrostu cen żywności – konkluduje Marzena Okła-Drewnowicz.

POSŁOWIE PLATFORMY OBYWATELSKIEJ ZŁOŻYLI ZAWIADOMIENIE DO PROKURATURY W SPRAWIE SZALEŃCZEJ JAZDY KOLUMNY RZĄDOWEJ Z PREMIEREM MORAWIECKIM. ROZPĘDZONE RZĄDOWE SAMOCHODY ZMUSZAŁY INNYCH UŻYTKOWNIKÓW DO ZJEŻDŻANIA Z DROGI, NA KTÓREJ NIE MA POBOCZA. – BEZ UZASADNIONEJ POTRZEBY PREMIER NARAŻAŁ ŻYCIE LUDZI. NIE WYCIĄGNĘLI WNIOSKÓW PO WYPADKU PANI PREMIER SZYDŁO W OŚWIĘCIMIU I PANA MINISTRA MACIEREWICZA NA DRODZE EKSPRESOWEJ I Z WIELU INNYCH WYPADKÓW, W KTÓRYCH UCZESTNICZYŁA SOP – TŁUMACZY ROBERT KROPIWNICKI Z PO

Do niebezpiecznego zdarzenia doszło w sobotę 4 maja na trasie Pułtusk-Warszawa na wysokości wsi Michałów-Reginów. Kolumna premiera składająca się z 3 samochodów z nadmierną prędkością, migając długimi światłami ,wyprzedzała pojazdy środkiem jezdni, zmuszając samochody jadące z przeciwka do ucieczki na pobocze.

Droga Pułtusk-Warszawa jest jednopasmowa, bez pobocza, częściowo osadzona na wale, po bokach jezdni albo jest las, albo mokradła.

– To był szok, jak zobaczyliśmy, jak porusza się kolumna, która wiezie premiera z jednego festynu wyborczego na drugi. W jaki sposób wykorzystuje SOP i cały jej sprzęt; pancerne samochody, które bez uzasadnionej potrzeby narażają życie i zdrowie wielu ludzi, spychając ich na pobocze, żeby premier zdążył na rozdawanie tortu czy kiełbasy wyborczej – komentuje Robert Kropiwnicki.

Kampania wyborcza premiera

Do wydarzenia doszło jeszcze w kampanii wyborczej. Premier Morawiecki tego dnia wyjątkowo aktywnie uczestniczył w festynach i spotkaniach z wyborcami, gdzie razem z Jarosławem Kaczyńskim rozdawał flagi i autografy.

– Wykorzystywane są mechanizmy państwa do kampanii wyborczej. Zachowanie premiera jest niedopuszczalne, SOP nadużywa swojej władzy. Gdyby premier był zagrożony, taka jazda jest dopuszczalna, ale nie w sytuacji, gdy premier śpieszy się na kampanię wyborczą – uważa Robert Kropiwnicki.

Czarna seria SOP

Posłowie Platformy Obywatelskiej złożyli zawiadomienie do prokuratury w sprawie szalonej jazdy kolumny rządowej, tym bardziej, że ostatnio dochodzi do incydentów z udziałem kierowców SOP

– Trwa czarna seria limuzyn rządowych. Co kilka tygodni jesteśmy świadkami kolejnego zdarzenia, ostatnio w tych zdarzeniach biorą udział osoby postronne. Mamy przypadek potrącenia rowerzystki z Warszawy, przypadek potrącenia dziecka na pasach przez kolumnę rządową – wylicza Jan Grabiec z PO.

– Ci ludzie nie mogą być bezkarni i igrać ludzkim życiem. Jeśli premier chce, żeby jego życie było zagrożone przez niekompetentnych i niezgodnie z przepisami jeżdżących kierowców, to jest to jego własny wybór, ale te pancerne samochody roztrącają zwykłych użytkowników drogi – dodaje Jan Grabiec.

Posłowie opozycji oczekują, że prokuratura podejmie czynności i sprawdzi, jakie kwalifikacje mieli kierowcy, którzy prowadzili pojazdy w kolumnie rządowej premiera, zabezpieczy zapisy z rejestratorów pojazdów, przesłucha świadków.

Co z pieniędzmi na remont drogi

Rząd PO-PSL 4 lata temu zabezpieczył środki na poszerzenie fragmentu drogi między Legionowem i Zegrzem, czyli tam, gdzie doszło do niebezpiecznej jazdy kolumny rządowej. To ostatni odcinek drogi Warszawa- Pułtusk, która nie została poszerzona.

– Premier Morawiecki nic z tym nie zrobił. To świadczy o niekompetencji tej ekipy rządowej. Nie możemy dopuścić, aby na ulicach naszych miast u nas było jak w Moskwie, gdzie oligarchowie na sygnale rozpychają się w ulicznych korkach albo spychają przechodniów z drogi na bok tylko dlatego, że są ludźmi władzy. W państwie prawa takiego zachowania być nie może – dodaje Jan Grabiec.

Kokietowanie elektoratu PiS-u to nie jest skuteczna droga do zwycięstwa.

Łapiemy oddech po wyborach do Europarlamentu, będąc jednocześnie zwarci i gotowi do kolejnych, tych najważniejszych dla nas, jesiennych. PiS, jak zwykle, już w pełnej gotowości, przygotowuje się na ostry desant. Opozycja, jak zwykle, wciąż w powijakach, zajęta dyskusjami, przepychankami i zastanawianiem się, z czym i kim ruszyć w Polskę.

Zajmę się teraz przez chwilę właśnie opozycją. Niesamowicie zastanawiają mnie głosy płynące ze strony polityków i niektórych liderów opozycyjnych. Julia Pitera błysnęła empatią i bąknęła coś o pokochaniu elektoratu PiS, podaniu mu ręki i niekrzywdzeniu go złymi słowami. Ktoś inny nawołuje, by nie mówić o nich, że to „pieprzona patologia dała się kupić”, bo przecież to biedni ludzie, pozostawieni przez lata sami sobie. Ludzie, którzy nikogo nie interesują od lat.

Nagle po prawie 4 latach rządów Zjednoczonej Prawicy opozycja dostrzegła wyborców PiS? Nagle zauważyła, że to są Polacy, tacy sami jak my i zaczęła rozumieć, dlaczego postawili na prezesa? Nie mnie odpowiedzieć na te pytania, ale wiem jedno – poziom agresji i hejtu, jego chamskie i prymitywne oblicze, jest nie do przyjęcia. Wiem, że jest wiele przyczyn, które spowodowały, iż PiS nami dzisiaj rządzi i wciąż słupki mu rosną. Tylko nie rozumiem jednego. Skąd to nagłe objawienie po prawie 4 latach władzy prezesa i jego kolesi? Czym jest to nawoływanie, by „pojechać do tych ludzi. Bez kamer. I ich zapytać jak się mają, co czują i czego się boją”?

Elektorat partii rządzącej sprawia wrażenie, jakby miał jakąś niepisaną umowę z PiS-em. Można to określić krótko: partia da to, czego lud chce, w zamian ten nie będzie się czepiał, nie będzie krytykował, zgodzi się na każde kłamstwo i manipulację, a gdy przyjdzie czas, wesprze Zjednoczoną Prawicę swoim głosem. Dla elektoratu PiS liczy się tylko to, co dzisiaj i tutaj, a jest fajnie. Sporo programów z Plusem w nazwie, wreszcie poczucie, że jest szacunek, wzajemne poważanie, troska rządzących, wsparcie. A po co zawracać sobie głowę czymkolwiek innym, przecież ważne tylko to, że dzień za dniem mija, żyje się lepiej niż kiedyś.

Wyborcy PiS-u nie reagują na kłamstwa premiera Morawieckiego i jego dziwne układy, które pozwoliły mu kupić ziemię za bezcen, a teraz warta ona majątek. Nie przeszkadza im, że szef rządu został kilkakrotnie przyłapany na kłamstwie. Bujał równo, twierdząc, że Polska nie musi przyjmować uchodźców, bo znalazło u nas swój dom 25 tys. Czeczenów, choć w rzeczywistości to ok. 4 tys., z czego połowa wciąż czeka na decyzję. Kłamał, mówiąc o pieniądzach dla osób z niepełnosprawnością, o rekordowym wzroście płac czy o 40 mld zł wyrwanych z rąk mafii vatowskiej, choć w rzeczywistości to 8 – 17 mld zł. Tych kłamstw jest o wiele więcej, jednak wyborcy PiS się tym nie przejmują.

Zwraca się im uwagę, że dali się zrobić w konia i uwierzyli w przekręty w ministerstwach za rządów PO/PSL. Na 50 wniosków do pisowskiej prokuratury po słynnym audycie, tylko dwie sprawy skierowano do sądu i dotyczą one urzędników niższego szczebla. I co na to słyszymy? Prokuratura prokuraturą, ale ważne, co sądy powiedzą. Udają, czy rzeczywiście nie wiedzą, że sądy niczego nie zrobią, jak nie ma wniosku prokuratorskiego?

Pedofilia w Kościele wyborców PiS zdaje się nie obchodzić, bo jak powiedział prezes Kaczyński – kto podnosi rękę na Kościół, to tak jakby podnosił ją na Polskę. Nepotyzm i korupcja też ich nie obchodzi, bo PiS-owi się należy i tyle. Bo była ona znacznie większa za PO. To PO jest wrogiem. To PO sprzedało Polskę Niemcom, nie doceniło patriotów… itd. itp.

Moim zdaniem, od 1991 roku nie zrobiono nic, by wyedukować społeczeństwo. Lekcje WOS-u to była jedna wielka fikcja. Ot, taki dodatkowy przedmiot, o którym uczniowie przypominali sobie, gdy walczyli o lepsze oceny na świadectwie. Bardzo łatwo było dostać ocenę celującą za referacik jakiś czy prezentację i tyle. Nie opracowano żadnych programów, które budowałyby tożsamość obywatelską, ukształtowałyby postawę demokratyczną z pełną znajomością jej zasad i umiejętnością wdrażania w życie. Nie ma się więc co dziwić, że tak wielu Polaków nie ma zielonego pojęcia, na co stawia, popierając PiS i jakie będą tego konsekwencje dla Polski.

Jeśli dodamy do tego liczne błędy, jakie popełniały wszystkie właściwie rządy po 1991 roku. Jeśli dodamy do tego genialną wręcz pracę PiS, które umiejętnie przeanalizowało nastroje społeczne, poziom wiedzy obywatelskiej Polaków, wpadki poprzedników i na tej bazie zbudowali idealną wręcz machinę dla swojego populizmu, to musi zastanawiać, skąd ta wiara opozycji, że właśnie teraz, na niecałe 5 miesięcy przed wyborami, będzie w stanie wyprostować te wszystkie zaniedbania i przekonać elektorat PiS-u, by zmienił swoje preferencje wyborcze?

Pewnie uznacie mnie za malkontentkę, ale uważam, że trzeba wreszcie pogodzić się z faktem, że jako społeczeństwo jesteśmy podzieleni tak silnie, że nie ma szans, by udało się zakopać topór wojenny. Granice wzajemnej niechęci, wręcz wrogości zostały już dawno przekroczone i tak naprawdę tylko praca u podstaw, żmudna i konsekwentna jest w stanie nas zmienić. Taką politykę budowy społeczeństwa trzeba zacząć od szkoły podstawowej, z WOS-em jako przedmiotem wiodącym i rzeczywiście kształtującym obywatela XXI wieku. A na to trzeba lat, mądrości władz, konsekwencji i wytrwałości, odejścia od patologii, która tak podgryza demokrację, wiarygodności i prawdy, w którą każdy będzie mógł uwierzyć. Do tego potrzeba władzy, która będzie blisko społeczeństwa i nie będzie kluła go w oczy swoimi wpadkami czy arogancją.

Dzisiaj natomiast, przed wyborami jesiennymi, możemy liczyć jedynie na tych, którzy nie chodzą na wybory, których polityka wciąż nie interesuje, których może uda się przekonać, że PiS to powrót do najczarniejszych kart PRL-u, a rozdawnictwo socjalne to tylko narzędzie do budowy państwa autorytarnego. Możemy liczyć na tych, którzy dzisiaj wspierają PiS na zasadzie tylko anty-PO i może uwierzą, że nie zostaną powtórzone poprzednie błędy.

Niech więc opozycja nie buduje iluzji i zrozumie, że twardy elektorat PiS-u pozostanie twardym, pełnym nienawiści i agresji. Tym bardziej, że te słowa, pełne zrozumienia i wyrozumiałości, nie trafiają do niego. Oni przecież nic złego nie robią. Oni nie sięgają dna nawet, gdy piszą do swoich przeciwników: „Z takim ryjem i poglądami, lewacka macioro, to ty karierę zrobisz na Kremlu. Nie, żeby ktoś cię chciał tam dymać. Ale żołnierze po wartowniczej służbie mieliby gdzie się odlać” czy też „Ty kodziarska kurwo, chcesz księdza topić?! Jak niegdyś twoi kumple ks. Popiełuszkę?! Mam nadzieję, że pójdziesz za to do pierdla pokrako, a już na pewno stracisz pracę” (to tylko łagodniejsze wypowiedzi). Nikt i nic nie przekona go, by zmienił front.

Czas więc brać się ostro do roboty, walczyć o głosy, przekonać wyborców do dobrego programu, a nie wymyślać jakieś cuda i liczyć, że kokietowanie zwolenników PiS jest szansą na wygranie wyborów.

Tzw. rekonstrukcja rządu służy tylko jednemu – przykryciu jednej z najważniejszych dat w naszej współczesności 4 czerwca 1989 roku.

Kto dokonał rekonstrukcji rządu Mateusza Morawieckiego? Wszak autorstwa nie może sobie przypisać obecny premier. Pytanie należy do retorycznych, bo wiadomo wszem i wobec kto. Pytanie właściwe byłoby: po co zrekonstruowano ciało administracyjne, któremu premieruje Morawiecki?

To, że niektórzy ministrowie dostali się do Europarlamentu nie jest powodem do nazywania rekonstrukcją rządu, lecz wypełnieniem braków, plombą np. po Beacie Szydło, która jedzie po sukces 27:1. Mowa jest nawet o posadzie szefowej Parlamentu Europejskiego, bo i z takim pomysłem wyskoczył jakiś akolita geniusza z Żoliborza. Nie podejrzewam, aby w Brukseli Szydło, Joachim Brudziński bądź inna/inny zagrozili europejskim kabaretom. To w Polsce kabarety nie nadążają za awangardą pisowskiego surrealizmu.

Wesoło nam nie będzie, gdy nieznająca języka angielskiego Szydło i takiż poliglota Brudziński wyskoczą z jakimś wspólnym pomysłem politycznym z Marine…

View original post 1 323 słowa więcej

 

Kaczyński pali głupa

7 Czer

Jeśli ktoś myślał, że można nałożyć opłaty emisyjne, recyklingowe, mocowe, przejściowe, wodne, handlowe +wiele innych oraz wpuścić na rynek strumień ponad 30 mld zł niepochodzących ze wzrostu produktywności i wydajności pracy, i nie spowoduje to inflacji, to się mylił #500minus

Wzrastające ceny odbijają się na portfelach Polaków, średnio wydatki na żywność stanowią już ponad ¼ budżetu polskich rodzin. #DrożyznaPlus

Roman Giertych odniósł się do opublikowanego niedawno oświadczenia majątkowego posła PiS Jarosława Kaczyńskiego. – „Przeczytałem ze zdumieniem w tym oświadczeniu, że pełnomocnictwo zostało panu prezesowi Kaczyńskiemu wycofane i że on nie podejmował żadnych uchwał w imieniu właściciela spółki Srebrna na zgromadzeniu” – powiedział Giertych w TVN 24. W oświadczeniu Kaczyński napisał bowiem: – „Posiadałem jednorazowo pełnomocnictwo do reprezentowania Fundacji „Instytut Lecha Kaczyńskiego” oraz pozostałych wspólników na nadzwyczajnym zgromadzeniu wspólników Srebrna Sp. z o.o. oraz wykonywania prawa głosu z wszystkich przysługujących wspólnikom udziałów w kapitale zakładowym Spółki. Posiedzenie to nie odbyło się, pełnomocnictwo zostało odwołane”.

„Ja dysponuję oryginałem tej uchwały z podpisem pana prezesa, więc albo pełnomocnictwo, jak mówi, wygasło i podpisał bez pełnomocnictwa, albo w sądzie znajdują się dokumenty, które nie odpowiadają prawdzie. Myślę, że prokuratura powinna tę kwestię natychmiast wyjaśnić” – stwierdził Giertych.

Według adwokata, „w oświadczeniu jest informacja, że pełnomocnictwo do reprezentowania właściciela spółki Srebrna wygasło i że nie było na tej podstawie podejmowanych żadnych uchwał”. – „W dokumentach prokuratury i w moich dokumentach w kancelarii znajduje się uchwała podpisana przez pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, to jest jego podpis” – dodał prawnik.

Giertych, który jest pełnomocnikiem Geralda Birgfellnera, który zarzuca Kaczyńskiemu oszustwo, został zapytany, dlaczego biznesmen po raz kolejny będzie przesłuchany przez prokuraturę, tym razem w Austrii. – „To jest zabieg prokuratury, by nie wydać żadnego postanowienia. Gdyby prokuratura wydała postanowienie o wszczęciu śledztwa, konsekwencje są wiadome. Gdyby wydała postanowienie o odmowie wszczęcia śledztwa, my byśmy zażalili to do sądu i sąd by to uchylił. Próbują na wszelki sposób przedłużać postępowanie” – stwierdził Giertych.

Sposób, w jaki premier Morawiecki potraktował prezydent Gdańska, Aleksandrę Dulkiewicz, wciąż wywołuje duże emocje. Widok, gdy premier Polskiego Państwa odgradza się ochroniarzami i nie reaguje na słowa powitania gospodyni miasta, w którym gości, rzeczywiście szokuje.

Obojętnym wobec tej sytuacji nie pozostał również Wojciech Mann. Prowadząc swoją audycję „W tonacji Trójki” dodał do zapowiadanej piosenki pt. Neandertalczyk, swój komentarz – „przed nami piosenka, której tytuł – obawiam się – może się państwu skojarzyć z naszym premierem”.

Wojciech Mann wyjaśniał, że układając listę utworów nie kierował się jakimiś politycznymi pobudkami, a dedykowanie Neandertalczyka premierowi wynikało tylko z jego oceny sytuacji w Gdańsku. Te słowa nie uspokoiły szefostwa i reakcja była błyskawiczna.

Zarząd Polskiego Radia S.A. już skierował tę sprawę do Komisji Etyki Polskiego Radia, która oceni, czy przypadkiem znany dziennikarz nie naruszył standardów etycznych, obowiązujących w pisowskim radiu.

Ech, ta nasza, dzisiejsza, polska rzeczywistość. Kto podnosi rękę na przedstawicieli władzy, ten podnosi ją na Polskę, tak więc Wojciech Mann na pewno zapłaci wysoką karę za tę „zbrodnię”. Jestem o tym przekonana.

Prokuratura nie przyznała Leszkowi Czarneckiemu statusu osoby pokrzywdzonej. 57-latek nie ma przez to wglądu do akt sprawy. To dość zaskakujące, gdyż na skutek afery banki Czarneckiego straciły aż 2,5 miliarda złotych.

Według prokuratury oferta złożona Czarneckiemu nie naruszyła jego dobra prawnego ani nie spowodowała dla niego żadnej szkody.

Na skutek działań prokuratury, Czarnecki ani Roman Giertych, jego adwokat, nie mają wglądu w akta sprawy, ani nie mogą uczestniczyć w niej w żaden inny sposób. Bankier nie może nawet dowiedzieć się, jakie rezultaty przyniosło przebadanie Marka Chrzanowskiego wariografem. Badanie miało wykazać, czy rzeczywiście z ust szefa KNF padła korupcyjna oferta.

Czarnecki ujawnił aferę na jesieni ubiegłego roku. Dzięki temu Marek Chrzanowski przestał być szefem KNF, a obecnie toczy się postępowanie w jego sprawie.

W ciągu ostatnich 4 lat przekształciliście niedoskonałą ale w sumie funkcjonującą demokrację konstytucyjną w Polsce w system, w którym cała władza skupiona jest w jednych rękach (..)” – tak jednym zdaniem podsumował czas „dobrej zmiany” prof. Wojciech Sadurski, reagując na opublikowany 31 maja list Jarosława Kaczyńskiego do sympatyków i zwolenników partii rządzącej.

W odpowiedzi na zawarty w nim apel prezesa o poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości w jesiennych wyborach do polskiego parlamentu prawnik, filozof i politolog napisał wprost: „zbliżające się wybory traktuję (…) jako plebiscyt nad odmiennymi wizjami ustroju państwa: autorytarną i demokratyczną. W tym plebiscycie jestem jednoznacznie, kategorycznie i bez najmniejszych wahań przeciwko wizji, promowanej przez Pana. W tej sytuacji, nie będę skłonny przychylić się do prośby, wyrażonej w Pańskim liście.”

Następnie, uzasadniając swoje stanowisko wypunktował „dorobek” polityczny rządzących, na pierwszym miejscu stawiając rujnację trójpodziału władzy w tym całkowity paraliż Trybunału Konstytucyjnego i objęcie kontrolą całego aparatu sprawiedliwości.

Zarzucił też PiSowcom zniesienie neutralności i profesjonalności służby cywilnej i obsadzenie wszystkich kierowniczych stanowisk swoimi zwolennikami. Wytknął negatywne zmiany systemu instytucji wyborczych i przekształcenie systemu ustawodawczego w parodię. Krytycznie ocenił ponadto marginalizację i demonizowanie opozycji parlamentarnej oraz usiłowanie objęcia kontrolą polityczną instytucji kultury. Do tego prawnik wskazał jeszcze na godny potępienie flirt z siłami nacjonalistycznymi oraz przekształcenie telewizji i radia publicznego w media rządowe, uprawiające propagandę, opartą na metodach goebbelsowskich.
Ukoronowaniem tych „sukcesów” w interpretacji prof. Sadurskiego jest ośmieszenie i zmarginalizowanie Polski na arenie międzynarodowej, a zwłaszcza w Unii Europejskiej.

To jednak tylko jedna strona medalu. Druga, która skłania pana Profesora do nieoddania głosu na Prawo i Sprawiedliwość to uzasadnione obawy o to, co będzie po ewentualnie wygranych przez PiS wyborach.  W swoich obawach prof. Sadurski pisze do Kaczyńskiego otwarcie:

Przekonania te uzasadnione są zarówno wypowiedziami niektórych Pańskich współpracowników lub sprzymierzeńców (Krystyna Pawłowicz, Ryszard Czarnecki) jak i faktem, że w swych działaniach opiera się Pan na modelu węgierskim, a znajomość obecnej sytuacji na Węgrzech pozwala mi na wyciągnięcie odpowiednich wniosków co do Pańskich przyszłych planowanych działań”.

Profesor pisze o możliwej „repolonizacji” mediów, obsadzeniu „swoim człowiekiem” stanowiska RPO, ograniczeniu kompetencji samorządów lokalnych, „dokończeniu” PiSowskiej reformy sądownictwa objęciu kontrolą organizacji pozarządowych.
Przewiduje też dalszą marginalizację mniejszości parlamentarnej
i jeszcze większą marginalizację Polski w Unii, czyli faktyczny, jeśli nie formalny, Polexit.

Jeśli nawet część tych przewidywanych działań stanie się faktem, oznaczać to będzie finalne przekształcenie Polski w autokrację, niezgodnie z ustrojem przewidzianym w Konstytucji RP. Będzie to niewypowiedziana tragedia” – napisał w liści do Kaczyńskiego Wojciech Sadurski profesor nauk prawnych, profesor Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego we Florencji, profesor Uniwersytetu w Sydney, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego.

Pan premier wybrał skład gabinetu, ale wyłącznie spośród kandydatów wskazanych osobiście przez pana prezesa.

No i nareszcie mamy zapowiadany już od dawna nowy rząd. Przy nominacjach obyło się bez niespodzianek. Wszystkie resorty opuszczone przez ministrów delegowanych na misję do Brukseli zostały oddane w ręce sprawdzonych  fachowców. Niby standard, ale jednak już wiadomo, że przejdzie on do historii jako Rząd Czwartego Czerwca.

Owszem, opozycja jak zwykle kręci nosem, kwestionując przygotowanie kandydatów. Że niby bez kwalifikacji, a o ich awansach do Rady Ministrów zdecydowały wyłącznie kryteria polityczne. I – w sumie – zgoda. No, ale skąd  brać fachowców? Prawdziwy ekspert z legitymacją partyjną  to zjawisko bardzo rzadko występujące w naturze. A w partii aktualnie rządzącej nieobecne z definicji.

Poza tym obsadzanie strategicznych stanowisk z klucza partyjnego to stara polska tradycja. Weźmy Ministerstwo Obrony. Obrona – wiadomo – ważna sprawa, ale nie na tyle ważna przecież, żeby mieli się tym zajmować ludzie mający choćby blade pojęcie o wojskowości. W najnowszych dziejach Rzeczypospolitej MON szefowali więc socjolog, prawnik, dwaj historycy, politolog, medioznawca po handlu zagranicznym, a nawet… lekarz psychiatra.

Jak wyjaśnił to szczerze nowy wicepremier Sasin w programie redaktora Piaseckiego – tak naprawdę minister musi umieć i robić tylko jedno. Ma reprezentować w resorcie „linię” swojej partii i nadzorować, żeby nikt nie zaczął się przypadkiem czołgać wężykiem. W praktyce oznacza to staranną lekturę wszystkich przychodzących z centrali SMS-ów. Od wszystkiego innego minister ma przeróżnych asystentów, ekspertów, doradców i komu tam jeszcze rząd płaci za wyręczanie w pracy pań i panów nominowanych do Rady Ministrów.

Wicepremier Sasin, więc potwierdził – niejako – że w rocznicę wyborów do Sejmu Kontraktowego powołany został Rząd Kontraktowy. W tym wypadku „kontrakt” polegał na tym, że owszem, pan premier wybrał skład gabinetu, ale wyłącznie spośród kandydatów wskazanych osobiście przez pana prezesa. Ale nie ma co się sugerować „niefortunną datą”, bo wszystkie rządy PiS były przecież „kontraktowe” – to po pierwsze. A po drugie – pora już była najwyższa, żeby zrobić porządki w kalendarzu i wygumkować zeń wydarzenia wypaczające bieg naszej narodowej historii.

vald2

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Tzw. rekonstrukcja rządu służy tylko jednemu – przykryciu jednej z najważniejszych dat w naszej współczesności 4 czerwca 1989 roku.

Kto dokonał rekonstrukcji rządu Mateusza Morawieckiego? Wszak autorstwa nie może sobie przypisać obecny premier. Pytanie należy do retorycznych, bo wiadomo wszem i wobec kto. Pytanie właściwe byłoby: po co zrekonstruowano ciało administracyjne, któremu premieruje Morawiecki?

To, że niektórzy ministrowie dostali się do Europarlamentu nie jest powodem do nazywania rekonstrukcją rządu, lecz wypełnieniem braków, plombą np. po Beacie Szydło, która jedzie po sukces 27:1. Mowa jest nawet o posadzie szefowej Parlamentu Europejskiego, bo i z takim pomysłem wyskoczył jakiś akolita geniusza z Żoliborza. Nie podejrzewam, aby w Brukseli Szydło, Joachim Brudziński bądź inna/inny zagrozili europejskim kabaretom. To w Polsce kabarety nie nadążają za awangardą pisowskiego surrealizmu.

Wesoło nam nie będzie, gdy nieznająca języka angielskiego Szydło i takiż poliglota Brudziński wyskoczą z jakimś wspólnym pomysłem politycznym z Marine…

View original post 1 323 słowa więcej

 

Pedofil z Tylawy jak Chrystus nie apelował od wyroku

25 Maj

„Ks. Michał M. otrzymał całkowity zakaz publicznych wypowiedzi i wystąpień oraz został zobowiązany do podjęcia modlitwy i pokuty” – napisano w oświadczeniu Kurii Metropolitalnej w Przemyślu. Wydano je dopiero po emisji w TVN24 reportażu, w którym pokazano, że były proboszcz z Tylawy, skazany prawomocnie za pedofilię, codziennie odprawia msze, a w każdy piątek na antenie Radia Maryja odmawia różaniec.

W oświadczeniu kurii, które otrzymała redakcja TVN24, czytamy, że „ks. Michał M. nie wyciągnął odpowiednich wniosków i nie wykazał się roztropnością, zarówno poprzez cotygodniowe, publiczne uczestnictwo w modlitwie na antenie Radia Maryja, jak i publiczne pokazywanie się w różnych miejscach kultu”. Kuria informuje, że „wyznaczony kurator będzie czuwał nad realizacją nałożonych zakazów”.  

Kuria Metropolitalna w Przemyślu przeprasza „wszystkich, których jego wystąpienia ponownie naraziły na przeżywanie bólu i smutku”. Ksiądz Michał M. w 2004 r. został skazany za molestowanie sześciu dziewczynek na dwa lata więzienia.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Przede wszystkim życzę, by do urn poszło o wiele więcej Polaków niż do tej pory, by frekwencja wyborcza przeszła najśmielsze oczekiwania.

No to już zegar odlicza czas, niedziela za chwilę i pójdziemy do urn, by zagłosować na taką Europę, jaką chcemy. Warto przypomnieć, jak zakończyły się wybory w 2014 roku do Europarlamentu. PO zdobyło 19 mandatów (32,13% głosów), PiS również 19 (31,78%), Sojusz Lewicy Demokratycznej + Unia Pracy – 5 (9,44%), Nowa Prawica Korwin–Mikkego – 4 (7,15%) i PSL – 4 (6,80%).

W tym roku trudny to będzie wybór, bo i trudna ta nasza rzeczywistość polityczna, która zdecydowanie zdominowała kampanię wyborczą i poprowadziła ją niekoniecznie tą drogą, jaką powinna. Przede wszystkim pechowo się stało, że wybory do Europarlamentu zapoczątkowały roczny okres, w którym będziemy w stanie permanentnego decydowania. O Europie, polskim parlamencie, polskiej prezydenturze. Siłą rzeczy, taki kalendarz zdarzeń powoduje, że politykom pozacierały się granice i walka o miejsca w Brukseli stała się jednocześnie ostrym wejściem w kampanię, która ma dopiero nadejść i związana jest z wyborami krajowymi. Stąd wrzucili oni do jednego worka obietnice europejskie i te – krajowe.

„Mistrzem” w tej dziedzinie, jak zwykle okazało się PiS, które poplątało wszystkie wątki, wymieszało problemy i wychodzi na to, że jak kumple prezesa dostaną się do Europarlamentu, to Polska będzie wreszcie niezależna, nasze sądownictwo nie będzie podlegać ocenie, emeryci dostaną kolejną trzynastkę, 500 plus obejmie również młodzież po 18 roku życia, niepełnosprawni kiedyś tam załapią się na swoje 500 zł, przeprowadzi się wreszcie skuteczne działania w służbie zdrowia, wymyśli kolejne reformy godne tej edukacji, zafundowanej przez Zalewską. Litości! Co ma piernik do wiatraka? Jakże w tym pustosłowiu, mówiącym, że kiedyś, coś i tylko wtedy, jak PiS pozostanie u władzy, giną równie górnolotne obietnicy typu „Polska sercem Europy”, krucjata chrześcijańska, zmiana UE na wzór i podobieństwo tych zmian, które nas wykańczają już czwarty rok.

Gdyby tak dokładnie oddzielić te europejskie hasełka wyborcze od typowych dla wyborów krajowych, to… pozostaje nam totalna mizeria. Okazuje się, że tak naprawdę niewiele PiS ma do zaoferowania, nie ma wizji Polski europejskiej i wciąż trwa w przekonaniu, że UE to jedno, a Polska to taki gość, który może wpaść, namieszać, ale z Unią się nie identyfikuje, bo i po co. No właśnie, gość, a nie członek europejskiej rodziny…

Czym PiS chce nas przekonać, by postawić właśnie na Zjednoczoną Prawicę? No cóż, prezes i jego ludzie mają pecha, bo co rusz wyskakuje jakiś „kwiatek”, którego nie da się wytłumaczyć i przerobić na własną korzyść. Wciąż wisi nad prezesem i jego partią sprawa Srebrnej, SKOK-i, obrona pedofilów z Kościoła, grunty premiera Morawieckiego. Do grudnia 2018 roku zebrało się tych afer ok. 179 i trzeba przyznać, że to najbardziej rozwojowa lista, wciąż otwarta i będąca największym Plusem, z którym PiS oraz Zjednoczona Prawica idą po zwycięstwo. Nie ma to jak świetnie działający mechanizm wyparcia i nie ma to jak wierność, oddanie i ślepa wiara wyborców.

Kogo wysyła Zjednoczona Prawica do Brukseli? Swoich sprawdzonych polityków, tylko że, jacyś oni kiepscy. Nie chcę być wredna i czepialska, ale co można powiedzieć o takim Waszczykowskim, Jurgielu, Radziwille, Mazurek, Szydło, Jakim, Zalewskiej, Kempie, Brudzińskim czy Rafalskiej? Proszę o choć jeden przykład ich sukcesu w polityce. Sukcesu prawdziwego, a nie wyimaginowanego. Z jaką wiedzą, jakimi umiejętnościami pchają się do Brukseli? Będą tam siedzieć w ławach europosłów, modlić się, walczyć o krzyże w każdej sali Europarlamentu, zatrudniać niezliczoną ilość kapelanów, którzy wezmą na swe barki walkę o każdą duszyczkę. Bić się o największe dotacje dla Polskiej Instytucji Kościelnej, bo kasy w kraju niedługo już zabraknie, by zaspokoić apetyty Rydzyka i hierarchów oraz marzyć, by stworzyć Europejczykom taką Europę, o której aż strach pomyśleć.

Z tymi wyborami mam i inny problem. Jakoś tak wbiło nam się do głów, że te wybory będą wyznacznikiem kierunku, w jakim pójdą wybory październikowe. To w niedzielę mamy się przekonać, kto zwycięży u nas jesienią. Stąd więc zapewne tak mocna mobilizacja, prężenie muskułów i walka do ostatniej sekundy. Stąd też jestem przekonana, że już w niedzielę uczestnicy wyścigu do Europarlamentu ogłoszą swój wielki sukces, będą strzelać korki od szampana i każda partia będzie przekonywała, że takiego wyniku oczekiwała, że to świetnie rokuje na jesień i w ogóle jest cudnie. Pewnie należę do wyjątków, ale mam nieco odmienne zdanie. Nieprzewidywalność nas, Polaków, jest wielka i nikt dzisiaj nie jest w stanie zawyrokować, kto będzie nami rządził przez kolejne 4 lata. Jedno jest pewne. Czeka nas fatalny rok. Rok populizmu, demagogii, obietnic. Rok bardzo trudny i wręcz nie do wytrzymania. Musimy mieć wiele sił, by przetrwać. Wiele spokoju i dystansu, by po prostu nie zwariować od tej wyborczej karuzeli najbliższych 12 miesięcy.

Kończąc, przede wszystkim życzę, by do urn poszło o wiele więcej Polaków niż do tej pory, by frekwencja wyborcza przeszła najśmielsze oczekiwania. PiS-owi życzę takiego sukcesu, na jaki ta partia rzeczywiście zasługuje. Koalicji Europejskiej i Wiośnie smaku zwycięstwa. Partii Razem choć jednego przedstawiciela w Europarlamencie. Konfederacji, by znalazła się pod kreską, a Polacy pokazali, że brunatna Europa ich nie interesuje. Życzę, byśmy zagłosowali sercem i rozumem, uśmiechali się do siebie tego dnia, szanując wzajemne wybory i nie atakując się z tego powodu. Niech wygra wzajemny szacunek i niech stanie się on początkiem normalności w naszych wzajemnych relacjach, o którą coraz trudniej ostatnimi czasy.

Morawiecki w szambie po uszy, słychać tylko bulgot

24 Maj

Emocje związane z zakupem działek przez premiera Morawieckiego, nie milkną, a z każdym dniem wyskakują kolejne fakty, podważające uczciwość całej tej transakcji. Jak twierdzi „Wyborcza” mogło tu dojść do złamania prawa kościelnego i nawet dzisiaj można taką umowę unieważnić.

W czasie, gdy Morawiecki dokonał zakupu, obowiązywał kościelny przepis, który mówił, że przy sprzedaży dóbr powyżej 100 tys. dolarów (wtedy to było ok. 400 tys. zł) potrzebna była zgoda biskupa, a jeśli wartość przekraczała 500 tys. dolarów (ok. 2 mln zł) to już musiała być zgoda Watykanu (wytyczne określone przez KEP w czerwcu 1995 r.).

Premier Morawiecki zakupił działki za 700 tys. zł (ok. 175 tys. dolarów) chociaż już wtedy były one warte ok. 4 mln. zł. Tak twierdziła biegła sądowa, w procesie osób zamieszanych w przekręty związane z ziemią, przekazywaną kościołowi. Wtedy jednym ze świadków w sprawie był również i pan premier.

Wydaje się więc pewnym, że również i jego transakcja wymagała zgody stolicy apostolskiej, a jednak w akcie notarialnym zakupu działek nie ma o tym ani słowa. Jest tylko zapis, że ks. Żarski jest „organem” parafii św. Elżbiety i według niego, „nie istnieją żadne przeszkody prawne do zawarcia umowy” sprzedaży. Dodajmy do tego uchwałę Sądu Najwyższego z 19 grudnia 2008 r., która mówi, że „sprzedaż nieruchomości przez kościelną osobę prawną osobie świeckiej, bez wymaganego w prawie kanonicznym zezwolenia właściwej władzy kościelnej, stanowi czynność prawną niezupełną”.

Profesor Bartosz Rakoczy, znawca prawa kanonicznego z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy i adwokat pracujący w kościelnym Gnieźnieńskim Trybunale Metropolitalnym, zwraca uwagę, że sądy już kilkakrotnie orzekały w podobnych sprawach i wydały wyroki podważające transakcje właśnie z powodu braku zgody odpowiednich przedstawicieli władz kościelnych.

Według rzecznika archidiecezji wrocławskiej w archiwum znajduje się dokument dotyczący sprzedaży działki z wyrażoną na to zgodą arcybiskupa Gulbinowicza. W dokumencie brak nazwiska i aktu notarialnego. Wydaje się, że to nie ten arcybiskup powinien podpisać zgodę na sprzedaż działki, bowiem Parafia św. Elżbiety jest częścią Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego a jej proboszcz, ks. płk Sławomir Żarski, który sprzedał ziemię Morawieckiemu, został mianowany przez biskupa polowego WP Sławoja Leszka Głódzia. Czyli to właśnie Głódź powinien wydać zgodę na sprzedaż i to jego podpis powinien figurować na dokumencie.

W akcie notarialnym nie ma informacji, by transakcja uzyskała zgodę odpowiednich władz kościelnych. Nie ma też uzasadnienia sprzedaży, co pozostaje w niezgodzie z kodeksem prawa kanonicznego, które mówi, iż „Dla dokonania alienacji [sprzedaży], której wartość przekracza najniższą określoną sumę, wymaga się ponadto: 1° słusznej przyczyny, jak nagląca potrzeba, wyraźna korzyść, pobożność, miłość lub inna poważna racja pasterska; 2° oceny rzeczy alienowanej, dokonanej na piśmie przez rzeczoznawców”.

No to się premier Morawiecki doigrał. Cały PR legł w gruzy, bo trudno utożsamiać bogatego człowieka, prężnego biznesmena, mającego głowę do interesów i balansującego na granicy prawa z obrazem polityka iście w stylu PiS, czyli pełnego empatii dla Maluczkich, oddanego służbie dla najbardziej potrzebujących wsparcia obywateli, stawiającego naród ponad swoje własne dobro, takiego kolesia z sąsiedztwa.

Roman Giertych tym razem swój list na Facebooku zaadresował do „Anonima”. Dlaczego? – „Bo nie wiadomo kto stoi za uchwaleniem złagodzenia odpowiedzialności za pedofilię, co był łaskaw przyjąć ostatnio Wysoki Sejm. Ale już Rzymianie pisali: qui fecit cui prodest. Ten zrobił, kto zyskał…” – wytłumaczył.

List zaczyna się następującym nagłówkiem: „Drogi Anonimie Kochany!” i budzi oczywiste skojarzenia… – „Widzę mój Anonimie, żeś pięknie to sobie wymyślił i chybcikiem przez Sejm depenalizację pedofilii załatwiłeś. Sprytne, sprytne. Nie powiem. Oskarżali Cię (oczywiście fałszywie!), że dałeś się skusić jakiemuś dziecku, a tutaj myk i czyn sobie może być albo nie, ale przestępstwa nie ma. Genialne!!! (…) Tobie przecież mój Anonimie nie wypada należeć do grona śmiertelników, którzy pod jakieś przepisy karne podpadają. Należysz przecież do Panów, którzy są tak ważni i potrzebni dla kraju, że nawet jeżeli (czemu oczywiście zaprzeczamy stanowczo), ale przypuśćmy jednak, że jakieś dziecko się przytulało, przytulało i koniec końców skusiło, to nie powód, żeby groziła Ci jakaś odpowiedzialność. Ta jest dla tych, którzy podpadną władzy i będą ją krytykować” – napisał Giertych.

>>>

Jak zwykle, Giertych spieszy z radami, co jeszcze można zmienić w Kodeksie karnym: – „Nasz ukochany Bartuś kolejny miesiąc spędza w celi, gdzie okrzykiem „czołem Panie Ministrze” drwią z niego współosadzeni. Tymczasem drobna zmiana kk i wykluczenie tego artykułu karnego, z którego siedzi (chyba 286 kk) i już. Kwiat naszej młodzieży będzie się mógł rzucić na szyję drogiego naszego Antoniego. Sam prezes z wyrzucenia 286 kk byłby zadowolonym, bo jak go Austriak będzie o oszustwo oskarżał, jak przestępstwa oszustwa nie będzie? Ale się głupio zrobi naiwniakowi, gdy dowie się, że ścigał wuja za rzecz, która już jest legalna. To świetny pomysł, aby się przypodobać Umiłowanemu Przywódcy”.

Giertych kończy list życzeniami dla „Anonima”: – „No i jak się to wszystko uchwali, to można do samolotu i do Rzeszowa. Każdemu reset jest potrzebny!”.

Wśród polityków partii rządzącej znajduje się wiele „ciekawych” osób, a wśród nich Beata Boros – Burdingo. Jej historię opisali dziennikarze Onetu, Janusz Schwertner i Daniel Olczykowski.

Pani Boros – Burdingo była kandydatką PiS na wójta gminy Elbląg w ostatnich wyborach samorządowych. Już w trakcie trwania kampanii wyborczej do władz partii dotarł list, w którym anonimowy autor pisał o ewentualnych powiązaniach tej kandydatki ze SKOK-iem Wołomin. Według informatora była ona „kimś w rodzaju księgowej w mafii, ale też po prostu damą do towarzystwa”.

Pani polityk przyznała się do swoich powiązań ze szczecińskim gangsterem Stanisławem P. oraz byłym prezesem PZPN Marianem Dziurowiczem i nie ukrywała, że była finansowo zależna osób oskarżonych o udział w zorganizowanej grupie przestępczej i wyłudzenia ze SKOK Wołomin.

Działaczka PiS dopuściła się również kłamstwa, gdy wkroczyła na ścieżkę kariery politycznej. Napisała o sobie, że jest „ekonomistką ze specjalizacją administracja i ekonomia. Od 1993 roku pracownik Urzędu Skarbowego, organizacji pozarządowych, rewident księgowy i podatkowy”. Prawdą okazała się tylko informacja o organizacjach pozarządowych. Rzeczywiście pani polityk jest prezesem Stowarzyszenia Wspierania Społeczeństwa Obywatelskiego im. Piotra Skargi, tyle tylko, że jej fundacja nie została zarejestrowana w sądzie, co stawia pod dużym znakiem zapytania jej prawne umocowanie.

Władze PiS nie wydają się zainteresowane takimi informacjami o Boros – Burdingo. Wprawdzie przegrała ona wybory, zajmując ostatnie, trzecie miejsce w walce o stanowisko wójta, ale nadal należy do czynnych działaczek lokalnych PiS-u. Rozumiem, że partia ta wyznaje zasadę, iż każdemu należy się druga szansa.

Jestem pełna podziwu dla takiej postawy, choć wydaje mi się, że w tym momencie PiS powinno odpuścić sobie szukanie „haków” na przeciwników politycznych. W końcu, jeśli im wolno mieć takich działaczy to, dlaczego innym nie?

Krystyna Pawłowicz do swojego „the best of” wypowiedzi dodała właśnie kolejną perełkę. Posłanka w mediach społecznościowych po raz kolejny wywołała burzę. Na Twitterze prosi Boga, by ocalił Polskę. Wymieniła chyba wszystkich swoich wrogów, a lista jest długa.

Sądząc po jej aktywności w mediach społecznościowych, Krystyna Pawłowicz nigdy nie śpi. A pewno sen z powiek spędzają jej geje, politycy opozycji i komuniści. W mediach społecznościowych opublikowała dramatyczny apel do Boga, by ocalił kraj przed wrogami.

Krystyna Pawłowicz ma obsesję. Geje, odbyty i kagańce

PiS odcina się od Pawłowicz. Jej reakcja szokuje

Wrogowie Pawłowicz

Pawłowicz obawia się męskich feministek, zniewieściałych facetów, sex-patologii, polskiej targowicy, „V rudej niemieckiej i ruskiej kolumny”. Prosi Boga, by nie wystawiał kraju na kolejną próbę i nie pozwolił komunistom na powrót do władzy.

Czy jej prośba zostanie wysłuchana? Niektórzy internauci twierdzą, że tak się nie stanie, bo Pawłowicz Bóg już dawno opuścił.

Pawłowicz kontra wszyscy

Zastanawiacie się kim są zdradzieccy komuniści? Wyjaśnieniem może być jeden z wcześniejszych wpisów Pawłowicz. Zaatakowała Koalicję Obywatelską i „listę wyborczej hańby”. Wymieniła konkretnych polityków, którzy jej zdaniem są komunistami, oprawcami polskich bohaterów i ludźmi zwalczającymi niepodległość.

Cytaty Krystyny Pawłowicz – „the best of”

Pawłowicz w Radio Maryja: lewactwo niszczy PiS, Biedroń broni nekrofilów

Mateusz Morawiecki publicznie zapewnił, że bardzo, ale to bardzo chciałby wszystko uczciwie wyjaśnić, ale… jak dotąd nie ma na to odpowiedniej ustawy!

Z zawiścią Polaków to chyba jednak jest prawda. Weźmy żonę pana premiera. Wszyscy zazdroszczą jej teraz majątku o nieokreślonej dotąd wprawdzie, ale – jak wieść niesie – ogromnej wartości. Zazdroszczą tym bardziej, że jeszcze do niedawna była przecież niepracującą zawodowo małżonką skromnego radnego AWS-u. No, ale z Polakami to tak zawsze. Liczą cudze pieniądze, zamiast „zmienić pracę i wziąć kredyt”. Pani premierowa zmieniła, a zaraz potem wzięła pożyczkę w banku i proszę – w niespełna dwie dekady „dobra rada” prezydenta Komorowskiego przyniosła fantastyczne owoce!

Zawistnicy krzyczą teraz, że nie każdemu udaje się, ot tak, bez żadnego zabezpieczenia i zdolności kredytowej dostać – na dobry początek – parę milionów franków szwajcarskich. I do tego w banku, który – według zapewnień jego ówczesnego szefa – w ogóle nie udzielał wtedy pożyczek w tej walucie! No, ale pani premierowa „dała radę”. A jej mąż, który – trzeba trafu – został akurat szefem tego właśnie banku – nie miał o tym wszystkim zielonego pojęcia.

Nie wiedział też, skąd żona wiedziała o tych 15 ha gruntów, które można było nabyć za bezcen od pewnego arcybiskupa. Żona twierdzi, że powiedział jej o tym znajomy, a mąż, że informacja wyszła z kurii. Pewne jest jedno – inwestycja opłaciła się obrotnemu małżeństwu stukrotnie. I tak się, moi drodzy, robi interesy! Gdyby tak tylko wszyscy bezrobotni i niezamożni rodacy poszli w ślady państwa premierostwa, problem niedostatku zniknąłby z Polski na zawsze, a sprzedaż samochodów elektrycznych rodzimej produkcji ruszyłaby z kopyta.

Ten jeden przykład powinien zamknąć usta wszystkim, którzy twierdzą, że partia aktualnie rządząca ma deficyty kadrowe. Nie ma żadnych, a już na pewno nie dotyczy to stanowiska premiera. Nikt inny nie gwarantuje narodowego dobrobytu tak, jak aktualny szef rządu, bo na inwestycjach zna się on, jak mało kto. Potrafi wykorzystać każdą nadarzającą się okazję do zrobienia pieniędzy. Wie, z kim przestawać, żeby czynić korzystne inwestycje.  No i obraca się w dokładnie w tych kręgach, które akurat gwarantują sowite profity.

Toteż w robieniu interesów jest nawet skuteczniejszy od samego pana prezesa Kaczyńskiego! Podczas, gdy Dwie Wieże pozostają zaledwie w fazie projektu, majątek państwa premierostwa już w tej chwili czyni ich finansową elitą nowopowstającej rodzimej „oligarchii”. No, ale nie chcielibyśmy chyba, żeby za finanse państwa odpowiadał ktoś bez doświadczenia, znajomości i pieniędzy, zarabiający dotąd poniżej średniej krajowej?

Przecież partia pana prezesa zapewnia od dawna, że stawia na sprawdzonych fachowców. W informatyce najlepiej sprawdzają się byli hakerzy. Z pieniędzmi jest podobnie. Nikt nie potrafi ich robić tak, jak beneficjenci naszej „dzikiej” transformacji.

Owszem, partia aktualnie rządząca ściga takich cwaniaków, jak potrafi, ale przecież nie tych, którzy owszem, swoje wtedy ugrali, jednak teraz wykorzystują to swoje bezcenne doświadczenie dla dobra Narodu! Przecież to dobrze, że pan premier (i jego małżonka) dają sobie radę w brutalnym świecie wielkich finansów i wielkiego biznesu, a że może czasem korzystają przy tym ze znajomości czy nadarzających się specjalnych okazji, to tylko dobrze świadczy o ich „smykałce” do pieniędzy.

Poza tym działania inwestycyjne państwa premierostwa godne są pochwały z jeszcze jednego ważnego powodu – zawsze były one patriotyczne. Bank, który miał dać premierowi rzekomą „odprawę” ukrytą na wewnętrznym koncie, jest zachodni. A grunty odzyskane zostały z rąk obcego państwa (Watykanu), a na dodatek leżą na wrocławskim Oporowie, więc spokojnie można je uznać za zadatek na poczet tych reparacji, co to ma je od Niemców uzyskać pan poseł Mularczyk. Toteż państwo premierostwo, inwestując w nieruchomości, dokonali zarazem prywatnego aktu repolonizacji.

W tej sytuacji domaganie się wyjaśnień w kwestii działek, kredytów frankowych czy rzekomej, zatajonej odprawy, po prostu nie uchodzi. Zwłaszcza, że pan premier publicznie zapewnił, że bardzo, ale to bardzo chciałby to wszystko uczciwie wyjaśnić, ale… jak dotąd nie ma na to odpowiedniej ustawy! A każdy wie, że w państwie tak praworządnym, jak to rządzone przez pana premiera, być uczciwym bez ustawy, to jak samemu prosić się o poranną wizytę funkcjonariuszy prokuratora Ziobry.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Jak działa państwo mafijne don Corleone Kaczyńskiego?

23 Maj

„Gazeta Wyborcza” ujawnia, że w mieszkaniu prezes Trybunału Konstytucyjnego, Julii Przyłębskiej odbywają się cykliczne spotkania, w których uczestniczy prezes PiS Jarosław Kaczyński i premier Mateusz Morawiecki. Rozmówcy z rządu w rozmowie z GW podkreślają wprost, że to ważny ośrodek władzy.  Mieszkanie mieści się w reprezentacyjnym budynku z balkonami i dużymi oknami naprzeciwko TK. Obok swoje siedziby mają Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Ministerstwo Edukacji Narodowej, niedaleko jest kancelaria premiera. W PiS od dawna narasta niezadowolenie, że partyjna siedziba przy ul. Nowogrodzkiej nie jest jedynym centrum decyzyjnym.

Jarosław Kaczyński skomentował publiczne swoje kontakty z prezes TK 13 maja w programie „Pytanie na śniadanie” w TVP 2. Niespodziewanie ujawnił w nim, że Przyłębska „jest jego towarzyskim odkryciem ostatnich lat” i bardzo lubi u niej bywać, a spotkania mimo pełnionej przez nią funkcji mają prywatny charakter.

Wypowiedź ta (temat przyjaźni prezesa PiS miał być jednym z zaplanowanych przez jego PR-owców tematów rozmowy) padła w czasie, gdy GW zaczęło prowadzić dziennikarskie śledztwo w sprawie spotkań w warszawskim mieszkaniu. Gazecie powiedział o nich jeden z polityków Prawa i Sprawiedliwości – czytamy w portalu. Po telewizyjnych występach prezesa PiS kontrolę w budynku przy al. Szucha przeprowadziła Służba Ochrony Państwa. Pracownicy zostali poinstruowani przez SOP o zachowaniu zasad RODO i ochronie danych osobowych.

>>>

Jarosław Kaczyński przyjeżdża do Przyłębskiej dwa, a nawet trzy razy w tygodniu. Czasami niesie reklamówkę, a towarzyszący mu ochroniarz teczkę z dokumentami. Budynek jest chroniony, a gości wita konsjerż. Prywatni ochroniarze lidera PiS czekają w recepcji budynku. Pod koniec 2017 r. w spotkaniach zaczął uczestniczyć Morawiecki, wtedy jeszcze wicepremier i minister finansów. Według informatorów z PiS to właśnie w mieszkaniu Przyłębskiej miał się narodzić kształt jego rządu. Wpływy Przyłębskiej w obozie władzy wyraźnie rosną. Według informatora z PiS trzyma ona stronę premiera w stałym sporze Morawieckiego z Ziobrą. Rozmówcy GW z rządu opowiadają, że doradcy premiera pytają jeden drugiego, kto „powiadomi Julię” o konkretnej decyzji.

Rzeczniczka PiS Beata Mazurek, biuro prasowe premiera i rzecznika TK na pytania „GW” w sprawie spotkań na Szucha nie odpowiada. Odpowiedział jedynie Jakub Kozłowski, rzecznik TK. Stwierdził, że spotkania „mają charakter towarzyski i nie są związane z wykonywaniem funkcji publicznych przez osoby, które w nich uczestniczą”. W ubiegłym tygodniu wicemarszałek Senatu Adam Bielan twierdził w TVN 24, że Kaczyński nie rozmawia z Przyłębską o działalności TK.

– Takie sytuacje są nie do wyobrażenia – powiedział „Wyborczej” były prezes Trybunału prof. Andrzej Rzepliński. Jak podkreślił, on takich towarzyskich relacji ze sprawującymi władzę politykami nie miał, bo nie było na to ochoty ani z ich, ani z jego strony. – Polska już nie jest demokratycznym krajem – powiedział prof. Rzepliński.

Przypomnijmy: prezes Przyłębska zaczęła awansować za „dobrej zmiany”. W przeszłości była sędzią sądów w Poznaniu i pracownikiem ambasady w Berlinie. W 2016 r. głosami PiS została wybrana w skład Trybunału, a od 21 grudnia tamtego roku jest jego prezesem. W 2018 r. odebrała nagrodę Człowieka Wolności tygodnika „Sieci”. Na towarzyszącej temu gali, transmitowanej przez TVP, zjawiły się wszystkie najważniejsze osoby w kraju.

Dzisiejszy układ sił w Polsce zaczyna przypominać ten, opisany przez Bálinta Magyara w książce „Węgry. Anatomia państwa mafijnego. Czy taka przyszłość czeka Polskę?”. Pisze on m.in.: „Centrum podejmujące rzeczywiste decyzje polityczne i gospodarcze przesunęło się ze sformalizowanych i posiadających legalną legitymację ośrodków rządowych, a nawet z partyjnego politbiura, do „polipbiura” należącego do adopcyjnej rodziny politycznej. (…) Rzeczywiste centrum władzy w państwie mafijnym znajduje się w rękach wąskich, najwyższych kręgów rodziny politycznej, a nie w sformalizowanej instytucji posiadającej legalne kompetencje” (cytujemy za „Gazetą Wyborczą”, która przedrukowała fragmenty książki).

W odpowiedzi na wstrząsający dokument braci Sekielskich Jarosław Kaczyński zarządził natychmiastowe wniesienie pod obrady Sejmu nowej wersji Kodeksu Karnego, który od pewnego czasu pitrasił po cichu Zbigniew Ziobro. Na chybcika dopisano tam kilka zmian, reklamowanych jako „młot na pedofilów”.  Prawnicy przecierają oczy ze zdumienia. Nie dość, że cała ustawa pełna jest niedopowiedzeń i niekonsekwencji, to zmiany w art. 200 nowego KK sprzyjają bynajmniej nie ofiarom pedofilii, a tym, którzy mają wiedzę o tym obrzydliwy procederze, pomagają pedofilom i ich wspierają! Zmiany te zapewniają bezkarność ludziom, którzy sprzyjają przestępcom i pośrednio uczestniczą w haniebnych czynach, doprowadzając do kontaktu pedofila z dzieckiem celowo lub wskutek braku odpowiedniego nadzoru. Domyślności Czytelników pozostawiam odpowiedź na pytanie – kogo chronią nowe przepisy?

W obliczu zagrożenia, że partie opozycyjne zdobędą społeczne poparcie dla takiej komisji badającej pedofilię w Kościele, która mogłaby oskarżyć zaprzyjaźnionych z PiS hierarchów, prezes zdecydował się powołać swoją komisję, badającą przypadki pedofilii – wszędzie. Wszędzie, czyli nigdzie. To tak, jakby kazał utworzyć komisję do zbadania wszelkich przypadków zabójstw albo kradzieży w celu zidentyfikowania każdego mordercy i złodzieja. A przecież od tego są organy ścigania. Natomiast politycy są od tego, żeby tym organom dać do ręki odpowiednie narzędzia. Odpowiednie, czyli niekoniecznie prymitywne maczugi. Niewiele się zmieni, jeśli za morderstwo karać będziemy wbijaniem na pal, a za kradzież obcięciem ręki.

Samo podniesienie górnej granicy kary za pedofilię nie ograniczy jej rozmiaru, a już na pewno nie w Kościele, jeśli prokuratorzy traktować będą przestępców w koloratkach tak jak poseł Piotrowicz księdza z Tylawy. Żadnego pedofila nie odstraszy nawet najsurowsza kara, jeśli wszczynane sprawy przeciągane będą aż do przedawnienia.  Również upublicznienie rejestru pedofilów nie zmniejszy skali problemu, dopóki niektórzy z nich mogą liczyć na wykreślenie ze spisu lub utajnienie swego skazania.  A już na pewno nie rozwiążemy sprawy, jeśli biskupi stanowić będą jedyną grupę, której nie dotyczy polskie prawo.

Nasze prawo karze za współudział w przestępstwie i pomoc udzielaną przestępcom. Biskupi o tym wiedzą. Mają świadomość, że molestowanie, a przede wszystkim gwałt na dziecku, to ohydne przestępstwo. Wiedzą zatem, że sprawcy, którzy przychodzą do nich po ratunek (a czasem nawet nie muszą o to prosić), to przestępcy. A zatem mają świadomość, że pomoc udzielana przestępcy oraz ukrywanie jego czynów można traktować jak współudział w przestępstwie. I godzą się z tym, bo wiedzą, że przy tej władzy nigdy nie ujrzą ani kajdanek ani nawet pisma z prokuratury.

Licząc na dalsze wsparcie hierarchów w kolejnych kampaniach wyborczych, Kaczyński opowiada dyrdymały, jakby miał nas za głupków. Ale tak naprawdę sam robi z siebie durnia głosząc, że pedofilia w Kościele różni się od pedofilii wśród murarzy czy bezrobotnych tylko tym, że wśród księży występuje rzadziej. Tylko podły cynik albo ktoś słabujący na umyśle nie dostrzeże, że nie murarze i nie bezrobotni poczuwają się do formułowania norm moralnych i wskazywania ludziom drogi do prawdy. I nie murarzom ani bezrobotnym powierzamy z ufnością nasze dzieci w przekonaniu, że akurat tam nikt je nie skrzywdzi.

Wygląda na to, że Jarosław Kaczyński albo rżnie głupa – jak mówią w mojej okolicy – albo los naszych dzieci jest mu doskonale obojętny. W końcu to nie jego dzieci.

Dlaczego Zbigniew Ziobro i rządząca partia nie wszczynają śledztw w przypadku oczywistych przestępstw i to zagrożonych wysoką sankcją? – pytają politycy PO. Chodzi o przypadki pedofilii w Kościele wskazane w raporcie Konferencji Episkopatu Polski. Posłowie Sławomir Nitras i Cezary Tomczyk składają do prokuratury zawiadomienie o bezczynności ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego.

Państwo nie działa

– Polacy zawsze muszą mieć świadomość, że państwo działa w ich interesie i stanie po stronie ofiar. W ciągu ostatnich 4 lat zobaczyliśmy, że państwo PiS nie stanęło na wysokości zadania, nie stanęło po stronie dzieci i ofiar. Sprawa jest poważna, bo dotyczy tych najsłabszych. W raporcie są twarde dane, a mimo to prokuratura Zbigniewa Ziobry nie zrobiła w tej sprawie nic – mówił na konferencji prasowej poseł Cezary Tomczyk.

Chodzi o przedstawiony w połowie marca raport Konferencji Episkopatu Polski mówiący o przypadkach pedofilii wśród księży i zakonników. Mówi on o 382 przypadkach duchownych, którzy skrzywdzili dzieci wykorzystując je seksualnie. W raporcie mowa jest w sumie o 625 skrzywdzonych dzieciach. Dane pochodzą z 74 zakonów oraz 41 diecezji.

Z zestawienia wynika, że co najmniej 120 przypadków wykorzystywania seksualnego małoletnich nie zostało zgłoszonych właściwym organom państwa.

„Zbigniew Ziobro łamie prawo”

Politycy PO podkreślają, że mija już kolejny dzień dyskusji o raporcie Konferencji Episkopatu Polski, a minister sprawiedliwości i prokurator generalny nie zrobił nic.

– Naszym zdaniem Zbigniew Ziobro łamie przepisy Kodeksu karnego, a konkretnie art. 231, nie wszczynając śledztw w przypadku ewidentnego złamania prawa w przypadku pedofilii – tłumaczy poseł Sławomir Nitras.

Dlatego posłowie Platformy zdecydowali się złożyć zawiadomienie o bezczynności działań Zbigniewa Ziobry.

– Gdzie są dzisiaj organy ścigania? Dlaczego o 6 rano nie są tam, gdzie ich miejsce i gdzie są przestępcy? Dlaczego nie pomaga ofiarom i próbuje zamiatać tę wielką aferę pod dywan?! – pyta Cezary Tomczyk.

Zapowiada, że jedną z pierwszych decyzji nowego rządu po wygranych przez Koalicję Europejską wyborach będzie decyzja o powołaniu Komisji Prawdy, która „w sposób niezależny od polityków będzie mogła wyjaśnić wszystkie nieprawidłowości związane z działalnością instytucji państwa, tak aby żadne dziecko nie zostało skrzywdzone”.

„Biznesmen Bogdan Szagdaj i przedziwna transakcja z M. Morawieckim. W 2002 nabył udział 1/4 działki od Morawieckich, później ten udział im zbył… Jaki był jej sens? Domyślacie się już?” – napisał na Twitterze Krzysztof Brejza.

Poseł PO dołączył wypisy z ksiąg wieczystych.

W kolejnym wpisie Brejza dodał: – „Wg kelnera z Sowy istnieje nieujawnione jeszcze nagranie, na którym premier Morawiecki ma mówić o kupowaniu nieruchomości na podstawione osoby”. Tu pojawił się fragment zeznania rzeczonego kelnera, które opublikował onet.pl.

„Kasa za coś, za co miał zapłacić, a nie mógł legalnie. Czyli „pod stołem”, ale „na stole””; – „Dobrze rozumiem, że kupujący kawałek działki od Morawieckiego odsprzedał ją z powrotem Morawieckiemu, uzyskując znaczący dochód, i to nieopodatkowany?”;

„Atmosfera wokół działki premiera rządu o „nieskazitelnie czystych rękach” i „emanującego transparentnością” zagęszcza się tak, że już teraz można zawiesić siekierę” – odpowiadali posłowi internauci.

Kaczyński może mi wszystko zabrać, a ja i tak dojdę do prawdy o Srebrnej, o imperium tego oligarchy – mówi Krzysztof Brejza w rozmowie z Magdą Jethon.

Magda Jethon: – Od dawna jest Pan taki waleczny?

Krzysztof Brejza: – Mam to w genach. Cała moja rodzina jest taka. Ojciec działał w NZS, po latach został odznaczony za walkę z komuną, jego brat, walkę z komuną w stanie wojennym przypłacił życiem. Gdzieś w genotypie mam waleczność, aktywność, opór wobec niesprawiedliwości oraz wewnętrzny sprzeciw na ograniczanie wolności.

Budzi Pan skrajne emocje, od uwielbienia po bezgraniczną nienawiść. A wszystko dlatego, że ciągle pyta Pan, jak nie o premie, to o 50 tys. łapówki albo o panią Basią itd.

Muszę i chcę to robić. 26 maja Polska podejmie decyzję, czy jest krajem Zachodu, czy Wschodu. Dlatego muszę pokazywać tę wschodnią „hipokryzyjną” twarz PiS-u. Nie wiem, dlaczego taką budzę nienawiść wśród polityków tej partii, czy dlatego, że pokazuję prawdę? Ostatnio pani Kempa powiedziała: – „Z nim nigdy nie usiądę do stołu, to jest taki jedyny poseł PO”. Nie użyła mojego nazwiska, ale z obrzydzeniem mówiła, że takich ludzi, jak ja nie powinno być w polityce. Krzywdy jej w życiu nie zrobiłem, no, może jedną – ujawniłem system drugich pensji, pseudo nagród, które zaczęli sobie wypłacać. Dostali po kieszeni i to ich bardzo zabolało. Resentyment czysto ekonomiczny. A tam, gdzie boli finansowo, tam rodzi się nienawiść do Brejzy, który wykonuje swoje zadania.

Jest Pan bezlitosny…

Nie lubię kłamstw ani tej pato-polityki narzucanej przez PiS, ale staram się działać tak, żeby nie używać argumentów personalnych. Zawsze działam w oparciu o merytorykę, dokumenty, pytania, precyzyjne kwoty, precyzyjne umowy. Jeżeli zarzucam komuś kłamstwa, to precyzyjnie i rzeczywiście bezlitośnie dopytuję do końca. Takie jest główne zadanie opozycji.

Najgłośniejsza afera to te słynne już premie…

Tak i jestem z niej dumny, bo doprowadziła do największego tąpnięcia w historii badań opinii publicznej. PiS przekraczał wówczas w niektórych badaniach 50 proc.; szli szlakiem Fideszu Orbana. Po ujawnieniu tych premii spadło im do 38, 37, to było wielkie tąpnięcie w kwietniu 2018. Wybiłem im te populistyczne zęby. Do dziś nie mogą się ponad ten pułap podnieść. Uważam, że z nimi trzeba walczyć w ten sposób. Oczywiście obrona sądów, trójpodział władz są bardzo ważne, ale arogancja władzy to jest to, co trzeba pokazać elektoratowi, bo PiS jest najbardziej arogancką ekipą w historii Polski.

A jak prezes spogląda na Pana podczas „mijanek” korytarzowych w Sejmie?

Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek minał się z prezesem Kaczyńskim. On po Sejmie chodzi bocznymi korytarzami obstawiony ochroniarzami, trudno się z nim minąć. U większości posłów PiS widać wielkie zacietrzewienie i nieracjonalną nienawiść. Ale uwaga, jest niewielka grupka posłów PiS, którzy z sympatią i uznaniem patrzą na moją pracę, ale ich nie wymienię, bo nie znajdą się na listach wyborczych.

Poseł ma instrumenty do kontroli rządzących w postaci interpelacji czy interwencji, ale czy obecna władza zawsze na nie odpowiada?

Interpelacja, zapytania bywają nieskuteczne. Interwencje poselskie również podejmuję, ale  moim ulubionym środkiem pracy poselskiej jest wniosek o dostęp do informacji publicznej. Bo tylko ten wniosek daje możliwość odwołania do sądu. Oni wiedzą, że jeżeli w ciągu 14 dni nie odpowiedzą, to ja składam skargę do WSA i rozpoczynamy sprawę w trybie administracyjnym. Wtedy sąd ostatecznie może ich przymusić do odpowiedzi. I tu już zaczynają się inne rozmowy. Na interpelacje Macierewicz nie odpowiadał przez 500 dni, a premier na interwencję nie odpowiada już kilkadziesiąt dni. Wnioski o dostęp do informacji publicznej są dużo skuteczniejsze, ale wymagają precyzji prawniczej, muszą być dobrze sformułowane, są jednak teraz moim głównym orężem walki.

Sam Pan to wszystko przygotowuje?

Mam dwoje asystentów, a dokładnie jednego i pół etatu asystentki. Wstaję o 6., zaczynam pisać od 7. Przeważnie robię wszystko sam.  Do asystenta należy obsługa skrzynek, Twittera, e-maila. Od 1 lutego zaliczyłem bodaj 3,5 tys. interwencji i wniosków w trybie ustawowym. To wszystko są problemy ważne dla Polaków, afery, podejrzane kwoty płynące chociażby do Rydzyka, który np. dostał dla telewizji Trwam, telewizji o oglądalności osiedlowej kablówki, półtora miliona złotych z państwowej agencji. Godzina programu dwóch gadających głów, zestresowanego dziennikarza z TV Trwam i pani urzędniczki, która powinna to robić w godzinach pracy, kosztuje 20 parę tysięcy złotych. Takich programów powstaje kilkadziesiąt, za półtora miliona złotych.

Skąd Pan wie, kogo, o co i kiedy pytać?

Intuicja. Mam nosa, zadaję pytanie i kiedy czuję w odpowiedzi, a to widać nawet w języku urzędniczym, że coś kręcą, to dociskam, dopytuję kolejne instytucje i worek się wysypuje.

Rozumiem, że nie buduje Pan swojego wizerunku przy pomocy poradników. Wiem też, że śmiał się pan z tego, iż ponoć Ziobro ma cały regał poradników od wizerunku. Dlaczego więc nie chce Pan być zapamiętany jako poseł śledczy, kiedy pana działania świadczą o tym, że jest pan dociekliwy, rzetelny, konsekwentny, pracowity?

Nie chcę się zawężać do roli śledczego. Potrafię robić i inne rzeczy. Występuję w programach, w debatach, wiele hipokryzji PiS udało mi się udokumentować w komisji Amber Gold, która okazała się ich wielką kompromitacją.

A propos komisji Amber Gold, kilka dni temu zakończyła ona prace. Telewizja Kurskiego transmitowała najpierw prawie godzinne wystąpienia przewodniczącej Wassermann z PiS, potem równie długie posła PiS Krajewskiego. Następnie udzielono Panu głosu, ale po kilku Pana zdaniach TVPis przerwała transmisję. 

Naprawdę!? Nie wiedziałem o tym.

Przerwano Pańską wypowiedź w połowie zdania …

Nie wierzę! Może dlatego, że mówiłem o tym, jak funkcjonariusz TVPis niszczył prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. To było zaraz po jego przesłuchaniu. Biegł za nim niejaki Sitek i w sposób agresywny, wbijając mu mikrofon pod usta, pytał, kim jest Paweł Adamowicz na liście klientów Amber Gold. Podłość tego pytania polegała na tym, że na liście klientów Amber Gold nie było prezydenta Gdańska. Oni to doskonale wiedzieli. Mają cały aparat szczucia, prokuraturę, służby, ABW, CBA, komisję śledczą i świadomie wypuszczają takie insynuacje. Doskonale wiedzieli, że Paweł Adamowicz nie lokował środków w Amber Gold. Na liście klientów, na której było kilkadziesiąt tysięcy osób, osobiście znalazłem człowieka o nazwisku Adamowicz, ale z miejscowości odległej o kilkaset kilometrów od Gdańska. To była zupełnie inna osoba. I oni to doskonale wiedzieli, ale ich zamiarem jest szczuć i zniszczyć.

Ma Pan o tyle dobrą sytuację, że jest Pan prawnikiem, czyli trudniej Pana zastraszyć. Dostaje Pan jakieś pisma przedprocesowe?

Dostaję, głównie z powodu SKOK-ów. Poza tym sam Kaczyński straszył mnie trybem karnym z art. 212 w sprawie Srebrnej. Otrzymalem od niego pozew.  Dostaję też mnóstwo chamskich pogróżek. Wczoraj do biura dzwoniło kilka osób rzucając, przepraszam, k… i ch… na mnie, to jest elektorat tego środowiska, tej populistycznej partii. I wczoraj też dostałem wiadomość, proszę zobaczyć, od pana, który istnieje, bo na Twitterze ma profil, pan Jacek Doniewski: „won z mojej ojczyzny, życzę nagłej i niespodziewanej śmierci”, to przyszło na moją pocztę sejmową. To są te emocje, które radykalni populiści wywołują w ludziach.

Coś Pan z tym zrobi? To są przecież groźby karalne!

Zgłoszę na policję.

Poniósł Pan jakieś straty materialne w związku ze swoją działalnością?

Na razie nie, no oprócz tego, że Kaczyński za ujawnienie drugich pensji obciął nam wynagrodzenie o jedną trzecią. Ale mówię: Kaczyński może mi wszystko zabrać, a ja i tak dojdę do prawdy o Srebrnej, o imperium tego oligarchy.

Czuje się Pan zagrożony na ulicy?

Nigdy tak się nie czułem, ale ostatnio szliśmy z senatorami na konwencję Koalicji Europejskiej i na Placu Trzech Krzyży w Warszawie starsza pani podeszła i uderzyła mnie w głowę, krzycząc „zdrajca” i „hańba”. Zrozumiałem wtedy, że przemoc zaczyna się rodzić w jakiejś części elektoratu PiS, że ludziom puszczają nerwy. I pierwszy raz poczułem się zagrożony.

Mówi Pan, że jest wyczulony na prowokacje?

Mam niezłą intuicję, wyczuwam takie rzeczy. Dostaję dużo mejli, często czuję, że coś jest nie tak. Potrafię wyczuć, że ta konkretna propozycja spotkania, kontaktu, że niby ktoś ma mi coś do przekazania, jest podejrzana. Intuicja to mój najlepszy doradca, który pomaga mi to wszystko przefiltrować. Ograniczam oczywiście miejsca, w których umawiam się na spotkania. Nie chodzę po pubach.

A pożar w Pańskiej kamienicy przestraszył Pana?

Wtedy się przestraszyłem, bo pożar objął rury instalacji gazowej pod oknem moich dzieci. Pożar jednak wyśmiano, mimo iż wiadomo na pewno, że doszło do celowego podpalenia (a nie do zaprószenia od niedopałka), a prokuratura źle zabezpieczyła materiały dowodowe, co uniemożliwiło poczynienia dalszych ustaleń.  Sprawcą nie jest wcale zatrzymany sąsiad, sprawca jest nadal nieznany. Takie są ustalenia prokuratury, ale już nie chce tego nagłaśniać.

Tata mówi czasem – synku dosyć, bo nas wszystkich zmiażdżą?

Nie, mój tata jest samorządowcem z krwi i kości. Po 250 audycjach szczujni TVPiS dostał znacznie lepszy wynik niż w poprzednich wyborach i wygrał w pierwszej turze. Uzyskał najlepszy wynik spośród prezydentów w województwie i jeden z najlepszych w Polsce. Widzę ogrom poparcia i sympatii dla mojego ojca, również i dla mnie. Widzę, że ludzie są po naszej stronie, bo ludzie nie są głupi, nie dają się na tę propagandę nabrać.

A żona nie mówi – masz trójkę dzieci, zastanów się, co robisz.

Nie, choć często sie martwi o mnie. Ale moja żona jest też prawnikiem, adwokatem, wszystko rozumie, a do tego jest pełna empatii i ma bardzo głęboką wrażliwość na drugiego człowieka. Krótko mówiąc – bardzo mnie wspiera. Także merytorycznie. Prowadzi wiele z moich spraw sądowych.

Jak Pan to wszystko ogarnia? Ma Pan jakiś program do zarządzania czasem?

Nie, nie mam żadnego programu, mam kalendarz w głowie, zbieram wszystko w postaci mejli, oczywiście dobrze otagowanych, to najprostsza metoda, inaczej byśmy się pogubili. Mam też skrzynki na interwencje i interpelacje. Poza tym mam bardzo fajne tablice sucho ścieralne. I w biurze, i w domu mam jedną wielką tablicę z interwencjami.

W domu?

W domu. Na korytarzu, taką podświetlaną, a na niej porozpisywane wszystkie interwencje i interpelacje.

Z sypialni ją widać?

Jak przechodzę z sypialni do salonu, to czasem się przy niej zatrzymuję, nie ukrywam. Ale czasy są takie, że trzeba działać. Przyszedł moment, że trzeba było zawiesić tę tablicę, ale kiedyś ją zdejmiemy.

Śnią się Panu interpelacje?

Mam w sobie obowiązkowość i bardzo nie lubię, jak o czymś zapomnę. Pojawiają się wtedy zwyczajne wyrzuty sumienia. Zdaję sobie sprawę, że masa mejli, pism kierowanych do mojego biura, wiadomości na Facebooku może w natłoku do mnie nie trafić. I choć wiem, że  jedna osoba nie jest w stanie fizycznie tego wszystkiego obrobić, to jednak nie daje mi to spokoju.

Wiemy, że każda władza kiedyś przegra, kiedy wg Pana zacznie się początek upadku tej władzy?

Już nastąpił po publikacji filmu Sekielskich, który miał ponad 20 milionów odtworzeń, tego się nie da zatrzymać. Jeżeli Sekielski zdąży jeszcze zrobić film o SKOK-ach, czyli o kuźni kasy ludzi PiS, to będzie już ostateczne dobicie. Koalicja Europejska 26 maja musi wygrać wybory. Apeluję, żeby poprzeć listę Koalicji Europejskiej, bo to są wybory zero-jedynkowe. Nie zróbmy błędu z 2015 r., kiedy mniejsze ugrupowania nie przekroczyły progów, a ich stracone głosy przeszły na PiS. Ordynacja d’Hontowska jest bezlitosna – albo Koalicja Europejska, albo PiS, każdy głos nie na Koalicję Europejską jest głosem de facto na Kaczyńskiego.

Chce Pan zostać europosłem. Jaką rolę widzi Pan dla siebie w PE?

Bardzo mnie interesuje cyberbezpieczeństwo Polski i UE. Wyczuwam też potrzebę budowy narracji dla ludzi młodych w Polsce, żeby wiedzieli, czym jest UE, ponieważ widzę duże zagrożenia ze strony ruchów antyeuropejskich, różnych trolli, które mają zniszczyć UE od środka. Te trolle docierają do nas, bardzo często są inspirowane przez naszego wschodniego sąsiada, czyli Rosję: to jest Aleksander Dugin, który buduje wielki projekt Eurazji, partia Jedna Rosja, która ma zniszczyć upadłą Europę, bo świat cywilizacji północnoatlantyckiej jest wg niej zgniły. Tu oczywiście nie wjadą żadne czołgi – to będzie potężna wojna informacyjna. Jej celem jest rozbicie UE, żeby Europa była znów podzielona, skłócona i słaba. W takiej Europie nie będzie już miejsca dla Polski. Nasz kraj w sposób naturalny podryfuje na Wschód. Do tego nie można dopuścić.

A kto w takim razie będzie śledził polskie afery, kiedy przeniesie się Pan do Europarlamentu?

Będę śledził je w dwójnasób, bo będę miał do tego dużo lepsze warunki, nie jednego asystenta, ale pięciu albo siedmiu. To już nie będzie jednoosobowa robota Brejzy. Stworzymy naprawdę dobrą drużynę. Musimy przedefiniować pracę eurodeputowanego. Ludzie myślą, że wyjazd posła do Parlamentu Europejskiego, to wakacje all inclusive, to placówka, na której można odpocząć przez pięć lat, popijając wino. Nie. Tam trzeba pracować dla Polski i dla UE. Równocześnie można i trzeba pracować dla swojego regionu. Mój teren to województwo kujawsko-pomorskie. Tu są bardzo ważne miasta Bydgoszcz, Toruń, Włocławek, Grudziądz, Inowrocław i mnóstwo innych. Powtarzam, eurodeputowany jedzie do pracy, a nie na wycieczkę czy wakacje all inclusive.

Czyli jeśli Pan dostanie się do PE, planuje Pan wykonywać podwójną pracę?

Tak, na dwie nogi, jedną brukselską, drugą krajową, regionalną. Będę jeszcze aktywniej działać w Polsce – obiecuję! Tam cyberbezpieczeństwo, sprawy obrony i wojny informacyjnej, która jest toczona z nami, a tu w Polsce sprawy bieżące, których nie brakuje i nie zabraknie.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Brudziński, Ziobro, Morawiecki – ancymonki, które wejdą do historii polskiej głupoty, zakłamania, szalbierstwa

21 Maj

Joachim Brudziński otworzył filię urzędu pocztowego na jednym ze szczecińskich osiedli. Podczas uroczystości nie zabrakło także księdza, który pobłogosławił urząd. Brudziński kupił dwie lokalne gazety oraz książkę o snajperach z czasów II wojny światowej. Znaczków nie kupił, listu nie wysłał…

Przypominamy, że Brudziński twierdził, że na dwa tygodnie przez wyborami do Europarlamentu bierze urlop jako minister. W jakim więc charakterze był na rzeczonej poczcie? Dziennikarzom odpowiedział, że „jako poseł ziemi zachodniopomorskiej”. – „Oficjalnie jestem na urlopie” – stwierdził Brudziński, ale po chwili dodał, że… wciąż jest przecież ministrem!

„Dla niezorientowanych i obcokrajowców: Pokazana na filmie scenka miała miejsce w dużym państwie UE, w roku 2019! Pan w okularach to konstytucyjny minister tego państwa”;

„Proszę się jeszcze pochwalić, o ile podnieśliście ostatnio ceny znaczków”; – „Będą pobłogosławione listy polecone?”; – „Paczkomaty też pan święci? U mnie na osiedlu kilka takich się pojawiło” – komentowano na Twitterze.

Internauci zwrócili uwagę na jeszcze jeden aspekt sprawy: – „Wchodząc na pocztę mam wrażenie, że przyszedłem do sklepu z dewocjonaliami, mieszczącego się na plebanii”; – „Czy Oni nie mają wstydu? Na poczcie można kupić tylko książki kucharskie siostry Faustyny lub innej błogosławionej. Czy nie mogę bez nachalnej propagandy nadać listu?”.

„Ziobro wyznał, że zna trzech ministrantów niemolestowanych, a ja dziś rozmawiałem z matką, która straciła syna, był molestowanym ministrantem, przechodniu, powiedz Ziobrze, że kpi ze śmierci i z własnego urzędu, i umywa ręce jak Piłat” – napisał na Twitterze jezuita Krzysztof Mądel. Minister sprawiedliwości bowiem na konferencji w Stalowej Woli podzielił się z dziennikarzami – delikatnie rzecz ujmując – zadziwiającą refleksją…

„Ja też chodziłem do kościoła od dziecka. Miałem do czynienia z dziesiątkami księży. Nigdy, nigdy nie spotkałem się z księdzem, który takie rzeczy by czynił. Spytałem się kilku moich współpracowników – mają takie same doświadczenia” – powiedział Ziobro. Idąc więc takim tokiem myślenia, można by stwierdzić, że problemu pedofilii w polskim Kościele właściwie nie ma… Dalszą część swojej wypowiedzi Ziobro poświęcił atakowaniu opozycji, stosując tzw. przekazy dnia PiS.

„Słów brak”; – „Pan Ziobro przyzwyczaił już do swojego zachowania, inaczej taka wypowiedź by szokowała… niestety, gdy standardy upadają, wszystko może się już zdarzyć, nawet Minister Sprawiedliwości kpiący z tragedii najsłabszych – dzieci…”; –

„Idiotyczna narracja Ziobry, mająca służyć tylko żenującemu rozwadnianiu tematu. To tak jakby to, że ktoś jest syty oznaczało, iż na świecie nie ma głodnych” – komentowali internauci.

Tekst o Donaldzie Tusku >>>

Działki mu się po prostu należały

Jakiż krótkowzroczny był Sławomir Nowak, gdy nie przepisał swojego zegarka na żonę! Sąd uznał go winnym niewpisania do oświadczeń majątkowych przedmiotów osobistych wartych ponad 10 tys. złotych. Stracił urząd ministra, skończył karierę polityczną.

W takie kłopoty nie wpakował się Mateusz Morawiecki przepisując na żonę działki kupione w 2002 roku od Kościoła, warte wtedy 4 miliony (wycena biegłej dla prokuratury z 1999 r.) za jedyne 700 tysięcy złotych. Z żoną ma rozdzielność majątkową – więc i czyste ręce. Choć nie wiemy, czy czyste ręce ma też jego żona, bo skoro podarował jej swoją część działek kiedy już mieli rozdzielność – w 2013 r. – to chyba powinna od tego wzbogacenia zapłacić jakiś podatek?

Sławomir Nowak za zegarek dostał wyrok, przedtem poddany był śledztwu prokuratury. Mateusz Morawiecki z żoną podają „Gazetę Wyborczą” (która opisała w poniedziałek „uwłaszczenie się” Morawieckiego na kościelnym majątku) do sądu, o ochronę dóbr osobistych. Ich pełnomocnik wskazuje, że „Wyborcza” „nietrafnie podała wartość działki na poziomie 70 milionów”, bo m.in. nie odliczyła „kosztów ewentualnego wyłączenie gruntu z produkcji rolnej w celu przeprowadzenia w przyszłości jakichkolwiek inwestycji”. Honor państwa Morawieckich naruszyło też sformułowanie o „uwłaszczeniu się”, skoro „opisywana działka w chwili zakupu nie stanowiła mienia publicznego, a państwo Morawieccy byli osobami prywatnymi” zaś „ceny zakupu działek były cenami rynkowymi”.

Cóż, pan Morawiecki miał prawo zrobić dobry interes. Kościół chciał mu tanio sprzedać grunt, bo miał taką fantazję. Jak chce – może kogoś obdarować. A Mateusz Morawiecki nie był byle kim, tylko prywatnym znajomym kardynała Gulbinowicza.

Mateusz Morawiecki miał prawo wykorzystać do zrobienia interesu wiedzę, którą zdobył jako radny: że władze Wrocławia planują przez te tereny puścić drogę, więc działki zdrożeją. Może to nie jest eleganckie, ale w biznesie nie elegancja się liczy.

Może przepisanie majątku, w tym działek na żonę, dzięki czemu nie musiał go wykazywać w publicznie dostępnych oświadczeniach, też nie jest eleganckie, ale legalne.

A w ogóle: kto powiedział, że polityk musi się zachowywać elegancko? Tym bardziej, jeśli wyborcy jego partii tego wcale nie wymagają?

Już to ćwiczyliśmy: kiedy „Gazeta Wyborcza” ujawniła „taśmy Birgfellnera”, na których prezes PiS Jarosław Kaczyński odmawia mu zapłacenia za jego pracę i radzi iść do sądu, wyborcy PiS nie dostrzegli w tym nic niestosownego. Przecież każdy ma prawo walczyć o swoje. Prezes – o zyski dla swojej partii, Mateusz Morawiecki – o godny byt swojej rodziny. Nie chodzi o elegancję, ale o skuteczność.

Śledztwa w sprawie niezapłacenia Birgfellnerowi za pracę – nie ma. Morawieccy pozywają „Wyborczą”. Wyborcy dostali to, czego potrzebują: pretekst, by wierzyć swoim wybrańcom. Bo może i zgarniają pod siebie, ale po pierwsze „im się to po prostu należy”, a po drugie, jednak się dzielą: dają 500+, trzynastą emeryturę, wyprawkę szkolną…

W dniu pojawienia się w się filmu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”, ze świadectwami ofiar księży pedofilów i faktami dotyczącymi ochrony tych księży przez Kościół, Fakty TVN zapytały przechodniów, co sądzą o problemie pedofilii w Kościele. I trafiła się m.in. para starszych ludzi. Kobieta uśmiechając się szeroko do kamery oświadczyła: – A niech sobie będzie, nam to nie przeszkadza! Tydzień wcześniej prezes Kaczyński wołał na wyborczej konwencji: „Ręka podniesiona na Kościół kto ręka podniesiona na Polskę”. A zarzuty o pedofilię, to „atak na Kościół”.

„Czy Morawiecki kupił ziemię od ks. Żarskiego, który dostał gen. WP od PAD na wniosek Macierewicza za wierność PiS, a wcześniej musiał odejść z kościoła w Legionowie, bo być może przymykał oko na działania pedofila b. ks. Jacka S. winnego molestowania, gwałtu i zmusz. do aborcji?” – zapytała na Twitterze posłanka PO Elzbieta Radziszewska.

Nazwisko ks. Sławomira Żarskiego pojawiło się w publikacji „Gazety Wyborczej” o preferencyjnej sprzedaży działek premierowi i jego żonie (więcej w artykule „Złoty interes premiera Morawieckiego. „Kupić za 700 tysięcy, zarobić potencjalnie 70 mln od państwa”).

W 2002 r. – kiedy sfinalizowano transakcję – ks. Żarski był proboszczem cywilno-wojskowej parafii św. Elżbiety we Wrocławiu. To on miał zawrzeć umowę sprzedaży Morawieckim dwóch działek o powierzchni prawie 15 hektarów. Według „GW” zażądał za to kwoty o połowę niższej niż rzeczywista wartość tych gruntów.

Okazuje się, że duchowny to jedna z zaufanych osób byłego ministra obrony narodowej i wiceprezesa PiS Antoniego Macierewicza. To na jego wniosek Andrzej Duda awansował ks. Żarskiego do stopnia generała Wojska Polskiego, choć przez kilka lat ksiądz w ogóle nie miał związków z armią. Nieoficjalnie mówi się, że to „nagroda” za wspieranie PiS. Smaczku sprawie dodaje fakt, że minęło pół roku, zanim oficjalnie wręczono mu nominację na generała.

Niewyjaśniona jest też kwestia odejścia ks. Żarskiego z probostwa kościoła w Legionowie. Nie wiadomo, czy stało się tak po ujawnieniu na terenie jego parafii działalności księdza-pedofila Jacka S., który molestował dziewczynki, zgwałcił 14-latkę, a jedną z poszkodowanych nakłaniał do aborcji.

Tekst Cezarego Michalskiego o sojuszu Kaczyńskiego z Rydzykiem >>>

Musimy każdym naszym działaniem w PE pokazać, że rozumiemy interes Europy i interes naszego kraju – mówi Michał Boni w rozmowie z Magdą Jethon

Magda Jethon: Pewien poseł PiS-u kilka dni temu w prawicowym portalu powiedział, że żaden porządny Polak nie powinien głosować na Koalicję Europejską, bo ona reprezentuje obce interesy. Co Pan na to?

Michał Boni: Myślę, że to jest mantra narodowców, powtarzana od 30 lat, że są jacyś Polacy, którzy reprezentują obce interesy. Oni są przekonani, że jak to publicznie będą powtarzać, to część Polaków w to uwierzy.

A on w to wierzy?

Myślę, że po 30 latach mówienia on już w to uwierzył. Pan poseł chce pokazać, że odmiennie patrzymy na różne rzeczy. My uważamy, że budując naszą gospodarkę rynkową, trzeba być otwartym na inne gospodarki i uznać, że tak samo jak nasza – tak i inne gospodarki mają mieć korzyści z bycia na wspólnym rynku europejskim. On widzi świat inaczej, według niego tylko polska gospodarka powinna mieć korzyści, a inne powinny wszystko przegrywać.

Bycie Europejczykiem coś znaczy…

Istotą europejskości jest to, że jest się Europejczykiem, ale zarazem ma się świadomość, że jest się przedstawicielem określonego narodu i, że to nie koliduje w byciu i we współpracy z Europejczykami innych narodowości. Według wyżej wspomnianego posła PiS-u wszyscy inni, nie Polacy, mają obce interesy, które nam Polakom grożą.

Z punktu widzenia Parlamentu Europejskiego zauważa Pan, że Polska straciła wiarygodność?

Polska nie straciła – stracił polski rząd. W Europarlamencie jest bardzo wiele sympatii dla Polski, nie tylko dlatego, że byliśmy liderem krajów w naszej części Europy, które budowały swoją europejskość po 2004 r., ale także dlatego, że widać, że Polska walczy z łamaniem praworządności i demokracji, że to nie tylko opozycja, ale szeroki front społeczny, obywatelski, co jest kluczem. Koledzy z innych krajów często mówią, że dopóki u nas ludzie protestują na ulicach, to znaczy, że to nie jest gra polityczna, tylko realny bunt. I nie ma znaczenia, czy w protestach bierze udział 20 tys., 500 osób czy 100. Ważne, że ten ogień oporu, obywatelskiego buntu i nieposłuszeństwa płonie. My jako Polska mamy opinię walczących o swoje prawa, w przeciwieństwie do Węgrów, którzy dopiero budzą się do takiej walki.

Kaczyński mówi, że nie chce Polexitu, ale podważa wartości europejskie, twierdzi, że trzeba przewietrzyć Europę…

Ja nie wierzę w Polexit Kaczyńskiego, on nie mówi o Polexicie, ale mówi o innej pozycji Polski, takiej, która z mojego punktu widzenia odbiera Polsce wiarygodność. Bo albo się jest z innymi, kłóci się z nimi, spiera, ale jest się przy tym samym stole, albo się mówi dopóki nie siądziecie do stołu na moich warunkach, to ja nie będę z wami rozmawiał – i to właśnie robi Kaczyński. Odtrącił krzesło i odszedł od tego stołu, przy którym Polska miała przez wiele lat swoje miejsce. Po wyborach może się okazać, że umieści Polskę razem z Orbanem i Salvinim, gdzieś blisko Marine Le Pen, blisko Farage’a, w tej grupie, która będzie liczyła 180, 200 posłów, a naprzeciw będzie 500 posłów z obozu demokratycznego, którzy będą mieli większość. W ten sposób oddali nas od centrum decyzyjnego.

Myśli Pan, że zbliża się koniec tej wspaniałej, mądrej, spokojnej, pokojowej Europy?

Nie widzę takiego zagrożenia. Europa czy Unia Europejska od 1957 roku zawsze miała jakieś problemy i zawsze je rozwiązywała.

ruchy nacjonalistyczne, faszystowskie?

To jest duże niebezpieczeństwo, ale dziś niemożliwa jest powtórka z lat 30., żeby faszyzm mógł wygrać – tak myślę i w to wierzę. Ale trzeba z tymi zjawiskami walczyć, przy całej ich różnorodności.  Bo formuła nacjonalizmu, faszyzmu, populizmu jest bardzo różna w różnych krajach, inna we Włoszech, na Węgrzech, w Rumunii, jeszcze inna w Polsce. Uważam, że idzie bardzo trudny czas dla Europy i trzeba dobrze wybierać proeuropejsko, trzeba mieć bardzo silną Komisję Europejską i dobry parlament, żeby podjąć te wszystkie wyzwania. A jest ich sporo, choćby takie jak zagrożenia środowiskowe, kwestie energetyczne, zagrożenia ze strony Rosji, czy te związane z cyberprzestrzenią i całym rozwojem nowych technologii – to są wszystko rzeczy, które wymagają wspólnego działania. Tego nie podejmie samodzielnie żaden kraj. Tymczasem kręgi nacjonalistyczno-populistyczne głoszą, że to narody, państwa, kraje same będą rozwiązywały swoje problemy. A to jest niemożliwe.

Jest wiele spraw, które powinno się rozwiązywać wspólnie, ale są też takie, które trzeba rozwiązać w swoim kraju, jak ostatnio bardzo głośna sprawa pedofilii w polskim Kościele katolickim.

Z pedofilią w Kościele mierzyło się i mierzy wiele krajów: Stany Zjednoczone, Irlandia, Austria czy Australia. Powołano tam komisje państwowe, z udziałem różnych instytucji publicznych, które zajęły się tymi sprawami, bo pedofilia w Kościele nie jest tym samym, co pedofilia w ogóle. Dyskusja o najsurowszych karach dla pedofilów jest tylko częścią rozwiązania problemu. Pedofilia w Kościele jest czymś innym, bo Kościół powinien być miejscem troski o człowieka, a nie poniżania człowieka, gwałcenia go i dlatego trzeba inaczej o tym dyskutować. I dlatego nie tylko kara jest istotna, ale sam proces oceny. My mieliśmy i mamy przez lata problem, bo niektórzy przedstawiciele Kościoła, powołując się na konkordat, mówili, że pewne dane nie mogą być dostępne, że nie można pewnych procedur uruchomić. I dlatego bardzo często pedofila przenoszono po prostu do innej parafii.

To może pora na renegocjację konkordatu, czy to jest w ogóle możliwe?

Jeśli strona watykańska zgodziłaby się, a pewnie mogłaby, bo jest Franciszek, to pewnie tak, ale część prawników twierdzi, że konkordat jest używany jako zasłona dymna. Nie ma nic w konkordacie, co by – w przypadku przestępstwa – nie pozwalało instytucjom prawa, prokuraturze, policji na pełny dostęp do wszystkich danych. A ponadto: taka Komisja Prawdy, czy Publiczna, także z udziałem Kościoła, ale oprócz instytucji śledczych, także organizacji obywatelskich – powinna ocenić mechanizmy krycia pedofilii, a przede wszystkim – oprócz kar – zadbać o rekompensaty moralne i materialne dla ofiar. To ofiarom, to poszkodowanym trzeba pomóc w pierwszym rzędzie, to oni żyli i żyją w traumie przez lata. Tego samo państwo nie zrobi, ani Kościół osobno.

Z Kościołem jest jeszcze jeden problem, angażuje się w kampanie polityczne. Od lat z ambon padają nie tylko sugestie, a wręcz nakazy na kogo głosować, plakaty wyborcze wywieszane są na murach kościołów. Czy można oczekiwać, że Kościół, teraz, w ramach rachunku sumienia wyda zakaz prowadzenia agitacji wyborczych z ambon?

Nie wierzę w to. Kościół od wielu lat angażuje się w politykę; ileż to razy atakowano z ambon Tuska. Nie słyszałem jednak, żeby ktoś w kościołach atakował Kaczyńskiego.

Dlaczego?

Bo tych księży, którzy myślą inaczej, racjonalnie, nie stricte politycznie –  jest mniej, a poza tym nie robią tego z ambony, tylko ewentualnie gdzieś w artykułach prasowych, nie zwracają się do ludu bożego podczas mszy. Dlatego nie wierzę, że Kościół się wycofa z agitacji politycznej.

może jednak coś się zmieni po dokumencie braci Sekielskich?

Gdyby Kościół słuchał wypowiedzi prymasa Polski abp Polaka czy abp Rysia, czy ostatnio Kardynała Nycza –  po emisji filmu Sekielskich i gdyby był to głos większości hierarchów kościelnych, to mógłbym mieć nadzieję, że coś się może zmieni, ale tej większości nie ma. Sądzę, że przed najbliższymi wyborami Kościół na pewno się nie zmieni. Może do czasu październikowych wyborów do Sejmu i Senatu nastąpi w Kościele otrzeźwienie, namysł i zmiana postawy, ale stawiam tu wielki znak zapytania.

Ostatnie sondaże mogą szokować nawet Kościół…

Może tak, ale jest pytanie, czy dotychczasowa pycha części hierarchów Kościoła nie zamieni się w poczucie zagrożenia poprzez taki sondaż, że oto w ogóle już nas teraz zmiotą. Jak wiadomo ludzie zagrożeni nie podejmują racjonalnych, spokojnych, otwartych decyzji, tylko z lęku zamykają się i atakują. I w tym sensie nie wiemy, co w polskim Kościele wygra.

Wiemy, co wygrało w 89 r. Bez polskiego Kościoła nie doszłoby do pokojowego dla dobra Polski porozumienia między siłami dawnego komunizmu a opozycją. Ale to był zupełnie inny Kościół. Nie ma już dzisiaj takiego Kościoła.

Co według Pana jest najważniejsze do zrobienia w PE? O co chce Pan tam walczyć?
Chciałbym dokończyć prace nad tworzeniem aktów wykonawczych do projektu dla organizacji obywatelskich działających lokalnie. Chodzi o wygospodarowane 850 mln euro, które przeznaczyliśmy dla organizacji obywatelskich. Żeby broniący demokracji, organizujący działania edukacyjne, medialne czy też różnego rodzaju protesty, w różnych miejscach w Europie, mieli na to pieniądze. Żeby te pieniądze były przyznawane przez odpowiednie instytucje KE bezpośrednio, bez udziału kraju członkowskiego.

Dodajmy, że do tej pory pieniądze unijne przyznawane poszczególnym krajom były rozdysponowywane przez rządy tych krajów. Oczywiste więc było, że organizacja działająca w opozycji do rządu, nie miała żadnych szans na otrzymanie takich pieniędzy.

Tak właśnie było.

A wiadomo, że bunt obywatelski, za który chwali nas Europa i który poprawia nasz wizerunek, wymaga nakładów finansowych.

To jest oczywiste, żeby zorganizować manifestację, dotrzeć z informacją, potrzebne są pieniądze. I o nie w UE walczyliśmy. Gdyby te pieniądze były wcześniej, to bracia Sekielscy nie musieliby robić zrzutki na film „Tylko nie mów nikomu”. Teraz będzie inaczej dzięki programowi „Wartości Unijne”. Będzie można pozyskiwać unijne pieniądze na działania organizacji broniących demokracji, praworządności i praw człowieka. Byłem inicjatorem raportu na ten temat, który Parlament przyjął w 2018 roku i rozwiązania prawnego, jakie przyjęliśmy na ostatnim posiedzeniu w Strasburgu w kwietniu 2019 r. Byłem współsprawozdawcą tego ostatniego rozwiązania i współnegocjatorem z krajami członkowskimi.

Kiedy pierwsze pieniądze mogą trafić do polskich organizacji?

W 2021 roku, ale już trzeba się szykować. Będę robił wszystko, żeby polskie organizacje obywatelskie mocno uczestniczyły w przygotowywaniu aktu wykonawczego.

Nie tylko tym zamierza się Pan zająć w PE.

Ważne będą wszystkie wątki, związane z informatyką – np. sztuczna inteligencja czy nowy ultraszybki internet. W ciągu 5-10 lat pojawią się nieznane teraz rozwiązania w medycynie, np. sztuczna inteligencja rozpozna chorobę 250, 300 razy szybciej niż lekarz. To nie znaczy, że lekarze nie będą potrzebni, ale dzięki sztucznej inteligencji o wiele szybciej będzie można wdrożyć odpowiednią terapię. Chodzi o to, żeby Polska w tym uczestniczyła, żeby była jednym z liderów tego, bo potencjał Polski w tej dziedzinie jest olbrzymi. Kolejna rzecz niesłychanie istotna to jest poczucie bezpieczeństwa. Z jednej strony rozwój funduszu obronnego, żebyśmy militarnie byli mocniejsi, ale też bezpieczeństwo na każdym ludzkim poziomie, tzn. bezpieczeństwo osoby z niepełnosprawnością, traktowanie z poszanowaniem jej godności, a nie tak, jak to PiS zrobił w Sejmie przy proteście osób niepełnosprawnych. Bezpieczeństwo dla osób o innej orientacji seksualnej, żeby nie były atakowane, wyśmiewane i porównywane, tak jak to zrobił jeden z posłów PiS, z pedofilami. Również chodzi o bezpieczeństwo osób mówiących w innym języku oraz o innym kolorze skóry. No i kolejna sprawa to środowisko. I nie chodzi tu tylko o przyrodę, zwierzęta, ale o cały ekosystem, czyli nasze zdrowie i jakość naszego życia, jak również o to, jak używać odnawialnych źródeł energii i jak budować gospodarkę bezemisyjną. A ostatnia kwestia, fundamentalna, to jest wiarygodność Polski. Musimy każdym naszym działaniem w PE pokazać, że rozumiemy interes Europy i interes naszego kraju, że umiemy razem z kolegami  znaleźć kompromisowe rozwiązania prawne. Ta praca polega na pilnowaniu interesu polskiego, ale żeby to robić skutecznie, trzeba być wiarygodnym. I tę wiarygodność musimy Polsce przywrócić.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>