Tag Archives: Wojciech Maziarski

PiS trzeba pokonać bezwględną większością, bo oni są zdolni dookoptować do władzy faszystowską prawicę

19 Maj

Od dziewięciu lat partia rządząca wykorzystuje katastrofę w Smoleńsku, grając na emocjach wyborców. Miesięcznice, komisje, symulacje lotu, dochodzenie prawdy, to stały element polityki PiS. Jednak jak się przekonujemy, to tylko fasada, za którą zwyczajnie nic nie ma.

Okazuje się bowiem, że ostatnim przedstawicielem rządu, który był na miejscu katastrofy jest nikt inny, jak znienawidzony przez partię rządzącą – Donald Tusk.

Było to dokładnie 10 kwietnia 2010 r., czyli w dniu tragedii. Od tamtej pory nikt wyżej postawiony nie kwapił się do tego, by w Smoleńsku oddać honor ofiarom.” Te dość bulwersujące informacje zostały pozyskane przez posła PO, Krzysztofa Brejzę, który wystosował pytanie o obecność przedstawicieli polskiego rządu w Smoleńsku w rocznice katastrofy.

Odpowiedź szokuje, bo nikt z przedstawicieli Zjednoczonej Prawicy nie oddał hołdu ofiarom w ciągu czterech minionych lat. „W tym roku jedynym oficjalnym przedstawicielem Polski w Smoleńsku, w rocznicę tragedii, był ambasador RP w Moskwie – Włodzimierz Marciniak. Ostatnią wizytą najwyższego szczebla polskiego polityka była wizyta p.o. prezydenta Bronisława Komorowskiego, który uczestniczył w Moskwie w maju 2010 r. w obchodach 65. rocznicy zakończenia wojny.”

Politycy, dziennikarze i internauci zareagowali na wczorajsze wydarzenia w Busku-Zdroju. Prawicowy działacz zaatakował policjantów nożem.

Jarosław Kurski (zastępca redaktora naczelnego Gazety Wyborczej) na temat afer pedofilskich w strukturach Kościoła katolickiego.

Prezes Jarosław Kaczyński, nie mając dość głosów, by rządzić samodzielnie, gotów jest zaprosić do władzy skrajną prawicę narodową.

Kampania partii rządzącej sprawia wrażenie desperackiego i rozpaczliwego miotania się w poszukiwaniu tematu, który pomógłby jej odzyskać władzę nad wyobraźnią i emocjami milionów wyborców. Nic nie działa – ani dawno już porzucona i zapomniana „piątka Kaczyńskiego”, ani „seksualizacja dzieci”, ani obrona przed wyimaginowanymi hordami muzułmanów. PiS kolejno sięgał po te demagogiczne hasła, a po chwili – widząc, że nie działają – porzucał je i próbował innych. A potem wracał do tych samych – bo wprawdzie poprzednio nie działały, ale a nuż okaże się, że tym razem zadziałają. Pewnie dlatego pan prezes na spotkaniu w Łodzi dopytywał się ostatnio: „Czy chcecie państwo, żeby w Polsce były strefy, gdzie rządzi szariat?”. Uczestnicy spotkania, owszem, zgodnie z oczekiwaniami udzielili odpowiedzi przeczącej, ale cała reszta obywateli Polski ziewała z nudów.

PiS kąsany z obu stron

To chaotyczne miotanie się po części wynika z faktu, że PiS został wzięty w dwa ognie i nie bardzo może się zdecydować, które wyzwanie jest poważniejsze. Z którym przeciwnikiem ma walczyć przede wszystkim – z opozycją liberalną i lewicową reprezentowaną przez Koalicję Europejską i Wiosnę Biedronia czy z kąsającą go w prawą łydkę Konfederacją?

Gdyby PiS chciał zneutralizować lub nawet pozyskać jakąś część elektoratu umiarkowanej prawicy i centrum, powinien się odciąć od nacjonalistyczno-prawicowych skrajności, wyciszyć agresywną propagandę w TVP, pozbywając się Jacka Kurskiego, wycofać się z absurdalnych represji w rodzaju ścigania kobiet rozklejających wizerunki tęczowej Madonny (zwłaszcza, że z góry wiadomo, że sąd je uniewinni), pohamować zapał Ziobry niszczącego niezależne sądy. Słowem – powinien zrobić to wszystko, czego nie robi, bo próbuje przekonać wyborców skrajnej prawicy, że lepiej postawić nie na Konfederację, lecz na PiS właśnie.

Skutek łatwo przewidzieć – nacjonalistyczna Konfederacja i tak zapewne przekroczy próg wyborczy (a nawet jeśli nie przekroczy, to podbierze PiS-owi całkiem sporo głosów), zaś radykalizm partii rządzącej tylko podniesie poziom mobilizacji elektoratu liberalnego i centrowego. W efekcie wzięty w dwa ognie PiS dostanie łomot z dwóch stron.

Możliwy sojusz z nacjonalistycznymi radykałami

Politycy obozu władzy chyba wiedzą, że w jesiennych wyborach nie powtórzą wyniku sprzed czterech lat – zdają sobie sprawę, że o samodzielnych rządach nie mają co marzyć. Dlatego już teraz zaczynają mówić o możliwych wspólnych rządach prawicy. Odpowiadając Korwin-Mikkemu, który mówił o możliwej koalicji Konfederacji z PiS-em, poseł partii rządzącej Marek Ast stwierdził jednoznacznie: „Jeśli nie będziemy mieć większości w przyszłym Sejmie, to myślę, że z Konfederacją, z Januszem Korwin-Mikke jest możliwa koalicja”.

Nie wiemy oczywiście na 100 procent, czy wypowiadając na łamach „Super Expressu” tę opinię Ast wyrażał swój prywatny pogląd, czy stanowisko uzgodnione z władzami partii. Znając jednak obyczaje panujące na dworze Jarosława Kaczyńskiego, możemy założyć, że żaden z dworzan raczej nie ośmieliłby powiedzieć czegoś takiego na własną rękę. A więc plan wspólnych rządów prawicy pisowskiej i skrajnej prawicy nacjonalistycznej jest w kuluarach władzy poważnie rozważany jako dopuszczalny scenariusz po jesiennych wyborach.

To powinien być dzwonek alarmowy dla wszystkich środowisk demokratycznych od lewa do prawa. Plan pokonania PiS-u w wyborach parlamentarnych już nie wystarcza. Wprawdzie ten cel wydaje się dziś możliwy do osiągnięcia, ale za horyzontem czai się kolejne niebezpieczeństwo: groźba wspólnych rządów PiS-u i prawicy nacjonalistycznej, częściowo wręcz faszyzującej. Opętany manią wielkości Jarosław Kaczyński, by utrzymać się na tronie, gotów jest zaprosić do władzy Konfederację, w której roi się od wrogów państwa prawa i miłośników strzelnic w rodzaju Grzegorza Brauna.

Celem na jesień powinno być więc pokonanie całego tego obozu i niedopuszczenie go do władzy.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Reklamy

Kościół katolicki w PL w ruinie i zgliszczach. Jeszcze wierni się pałętają po nim, ale odchodzą od tej szatańskiej instytucji z przekonaniem, że nie będą firmować pedofilii kleru

12 Maj

 

Przykładem cynicznej i wyrachowanej manipulacji po ujawnieniu przypadków pedofilii w polskim kościele jest postawa TVP i przyjęta narracja „Wiadomości”, przypominająca stara radziecką technikę propagandową. Na zarzut odpowiada się niewygodnym dla pytającego stwierdzeniem, które ma go zdyskredytować Kiedyś brzmiało to tak „…a w USA biją murzynów”.

Widać wyraźnie, że „argument murzyński” do dziś nie stracił na swojej aktualności i objawił się w całej krasie przy okazji premiery dokumentu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”.

Telewizja publiczna w materiale „Podwójne standardy opozycji”, nie wspominając o nim w ogóle, skupiła się ni z tego, ni z owego, na osobach trzech pedofilów, którzy – zdaniem PiSowskich dziennikarzy – byli związani z opozycją.

Zaprezentowano więc sylwetkę Piotra Z., byłego radnego PO ze Słupska, który został skazany w 2012 r. za czyny pedofilskie na dwa lata więzienia oraz Rafała P., byłego działacza PO z Gniezna, skazanego za to samo w 2016 r. Nie wspomniano, że drugi mężczyzna był katechetą, ani że Platforma zaraz po aresztowaniu mężczyzn, wyrzuciła ich partii.

Później przypomniano specjalistę ds. wizerunku Piotr T., określanego w materiale „doradcą Palikota” i „jednym z najbliższych współpracowników Donalda Tuska”. Na dodatek środowisko Platformy Obywatelskiej jawnie broniło oskarżonego o seks z nastolatką Romana Polańskiego”.

Najbardziej szokujące jest jednak zamieszanie w pedofilskie skandale imienia Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego Małgorzty Gersdorf. Pani prezes otrzymała bowiem tę samą nagrodę, co sześć lat temu niemiecki polityk Daniel Cohn-Bendit oskarżony później o pedofilię.

Chodzi o nagrodę im. Theodora Heussa, którą pierwsza prezes SN odebrała w sobotę za „wzorową niezłomność, jednoznaczną postawę i odwagę cywilną, z którą broni nieodzownych warunków demokracji”.

Przewodniczący Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna pojawił się dzisiaj w Szczecinie. Nie zabrakło odniesienia do filmu Tomasza Sekielskiego „Tylko nie mów nikomu” na temat pedofilii wśród polskich duchownych.

Abp Sławoj Leszek Głódź skomentował głośny film „Tylko nie mów nikomu” Tomasza Sekielskiego na temat pedofilii w polskim Kościele katolickim.

>>>

Wszyscy podatnicy zrzucają się na sfinansowanie politycznych represji w Polsce pod rządami PiS. Należy się im wiedza, ile ich to kosztuje.

Na same tylko ekspertyzy, mające ujawnić tożsamość osób malujących antypisowskie napisy na chodnikach w Przemyślu policja wydała co najmniej 10 tys. zł – informuje „Gazeta Wyborcza”. Śledztwo trwało rok, zaangażowano w nie tłumy funkcjonariuszy, dzielnicowych, śledczych, dokumentacja liczy 270 stron. Dzielni policjanci ustalili domniemaną tożsamość dwóch sprawczyń i skierowali sprawę do sądu, który obie kobiety uniewinnił. – „Zatrzęsło mnie, gdy zobaczyłam koszty ekspertyzy” – mówi cytowana przez „Wyborczą” Anna Grad-Mizgała. – „Bo kto za to zapłaci? Oczywiście podatnicy, czyli także ja. Wychodzi na to, że jestem prześladowana za moje własne pieniądze”.

Tak jest. Pani płaci, pan płaci, wszyscy płacimy za działania pisowskiej władzy, która nadużywa swych uprawnień, ścigając i represjonując politycznych oponentów. Warto by policzyć, ile w sumie nas to kosztuje. Ile np. wyniósł koszt operacji, polegającej na zidentyfikowaniu i zatrzymaniu w lipcu 2018 r. Elżbiety Podleśnej, która napisała „PZPR” na biurze poselskim Krzysztofa Czabańskiego. W trybie nagłym powołano wówczas specjalny zespół, który pracował w środku nocy. – „Musieli do tego podejść profesjonalnie, jak do ścigania groźnego przestępcy, i zaangażować spore środki. Siódemka, która po mnie przyjechała, przedstawiła się: są z wydziału kryminalnego z Bydgoszczy, Golubia-Dobrzynia i Wąbrzeźna. To wspólna akcja policji z tych miast” – opowiadała mi Podleśna w wywiadzie, który wówczas z nią przeprowadziłem. Doliczmy do tego jeszcze koszty działania zespołu, tropiącego tę samą Podleśną po rozwieszeniu tęczowych Madonn w tym roku.

A pamiętacie sprawę Franciszka Jagielskiego „Farmazona”, który powiedział parę słów do słuchu – skądinąd słusznie – dziennikarzom TVP przed Sejmem w grudniu 2017 r.? Policja zorganizowała przeciw niemu operację, jak przeciw wielkiemu terroryście – przeprowadziła u niego rewizję, skuła kajdankami, przewiozła na przesłuchanie z Wrocławia do Warszawy, ponosząc koszty paliwa, sprzętu etc. i angażując funkcjonariuszy, którzy mogliby w tym czasie zajmować się ściganiem prawdziwych przestępstw.

Takich spraw i śledztw od początku rządów PiS mieliśmy dziesiątki, jeśli nie setki czy wręcz tysiące. Ich łączny koszt obciąża „dobrą zmianę”, ale w ostatecznym rozrachunku i tak płacimy za to my, podatnicy.

Dobrze byłoby przynajmniej z grubsza to oszacować. Nawet jeśli nie ma prawnej możliwości domagania się od PiS-u zwrotu kosztów złego gospodarowania środkami publicznymi, chciałbym przynajmniej wiedzieć, ile tego jest. Ta wiedza należy się nam wszystkim, bo wszyscy się na to zrzucamy.

To zadanie dla Najwyższej Izby Kontroli, która ma uprawnienia i możliwości, by wszcząć kontrolę w policji, ustalając, ile wydano na polityczne śledztwa w sprawach błahych wykroczeń, które zakończyły się uniewinnieniem oskarżonych krytyków władzy.

Kaczyńskiemu nawala zdrowie. Do końca walczy o to, aby zniszczyć Polskę

5 Maj

Wydaje się, że prezes Kaczyński uważa siebie za człowieka, którego nikt nie może zastąpić, szczególnie w czasie kampanii wyborczej.

Świadczyć o tym może lekceważenie zaleceń lekarzy i nieustanne odkładanie koniecznych zabiegów. Jednym z nich jest wszczepienie endoprotezy stawu kolanowego, któremu Jarosław Kaczyński miał poddać się jeszcze w styczniu.

Jak udało się ustalić dziennikarzom „Super Expressu” zabieg został przełożony na koniec tego roku lub początek przyszłego. „Bardzo chcemy wygrać wybory, a zabieg w połączeniu z rehabilitacją wyłączyłby Jarosława z codziennego funkcjonowania i z kampanii” – powiedział dziennikowi jeden z polityków Prawa i Sprawiedliwości.

Polityk zdradził przy okazji, że w ostatnich miesiącach Kaczyński zmagał się również z infekcją i gronkowcem.

Są takie momenty kiedy wszystkiego mi się odechciewa, jestem zdemotywowany i zmęczony. I wtedy wchodzi Pawłowicz, cała na, no cała po prostu. Sukces mnie kopnął normalnie. Raciczką” – napisał na swoim Twitterze Leszek Jażdżewski, redaktor naczelny pisma „Liberte!”, które we współpracy z Uniwersytetem Warszawskim współorganizowało spotkanie z szefem Rady Europejskiej, po tym jak posłanka Pawłowicz nazwała go „satano-faszystą”.

Jażdżewski, przemawiający w piątek przed Donaldem Tuskiem, ostro skrytykował polski Kościół. W jego opinii „Kościół katolicki w Polsce nie ma prawa moralnego, by sprawować funkcję sumienia narodu. […] obciążony niewyjaśnionymi wciąż skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze. […] zaparł się Ewangelii, zaparł się Chrystusa i gdyby dzisiaj Chrystus był ponownie ukrzyżowany, to prawdopodobnie przez tych, którzy używają krzyża jako pałki do tego, aby zaganiać pokorne owieczki do zagrody”.

Słowa Jażdżewskiego spotkały się z ostrą krytyką prawicowych mediów i przedstawicieli Kościoła. Ks. Daniel Wachowiak napisał, że słysząc takie słowa jako chrześcijanin, wyszedłby ze spotkania.

Z kolei w opinii Piotra Semki przemówienie Jażdżewskiego było zaplanowaną strategią Donalda Tuska. „Używa Jażdżewskiego dokładnie tak samo jak kiedyś spuszczał że smyczy Palikota. Do gryzienia oponentów i mówienia rzeczy, których samemu nie chce mówić na głos” – napisał na Twitterze dziennikarz.

Jednak największy atak na naczelnego „Liberte!” spadł ze strony Krystyny Pawłowicz, która uznała, że samo przemówienie Jażdżewskiego, obecność szefa RE, jak i skład słuchaczy, to niezbity „DOWÓD na realne zagrożenie dla katolicyzmu ze strony opozycji.”

Posłanka domaga się reakcji hierarchów kościelnych: „Czy będzie reakcja ze strony polskiego Kościoła na pokaz nienawiści i pogardy dla polskich katolików na spotkaniu D.TUSKA z jego intelektualnymi elitami? Wiem, że niejaki Jażdżewski to nie partner do rozmowy, ale na wulgarny publiczny atak na katolików NIKT nie zareagował, też D.Tusk. Brońcie nas!”

Prezes PiS, kierując się cyniczną kalkulacją, wyhodował monstrum skrajnej prawicy. I stracił nad nim kontrolę.

Nacjonalistyczny marsz przeciwników UE w Warszawie 1 maja pokazał, że na prawo od PiS-u rośnie nowa siła. Nie pierwszy to taki sygnał – wyraźnie widzieliśmy to już 11 listopada zeszłego roku, kiedy PiS-owi nie udało się przejąć kontroli nad Marszem Niepodległości i w efekcie ulicami Warszawy najpierw przeszła nieduża grupka zwolenników rządu z politykami partii rządzącej na czele, a dopiero później w pewnym oddaleniu od oficjeli na ulice wylał się znacznie większy tłum skrzyknięty przez nacjonalistycznych radykałów.

Trendy ujawniające się w wystąpieniach ulicznych zaczynają już też być widoczne w sondażach – prawicowa Konfederacja od jakiegoś czasu ociera się o próg wyborczy, a ostatnio czasami go nawet przekracza. Wydaje się więc, że stało się to, czego Jarosław Kaczyński bardzo chciał uniknąć: konkurenci zaszli PiS z prawej strony. To oznacza wyrok śmierci dla Kukiza, który pozbawiony wsparcia narodowców raczej nie ma większych szans na utrzymanie się na powierzchni, ale także zagrożenie dla partii rządzącej, która chciała mieć monopol na narrację prawicowo-nacjonalistyczną.

Nacjonalistyczne mięso armatnie PiS-u

Przez lata Kaczyński dokładał starań, by nie pójść drogą węgierskiego Fideszu, który od samego początku musiał rywalizować o głosy nacjonalistycznego elektoratu ze skrajnie prawicową partią Jobbik (dopiero ostatnio Jobbik zmienił wizerunek, przesuwając się do centrum). Prezes PiS chciał, by jego partia nie miała na prawicy rywali – w tym celu wasalizował i wchłaniał potencjalnych konkurentów, oddając ich liderom (Gowinowi, Ziobrze) stanowiska w rządzie.

Natomiast narodowców, faszyzujących zadymiarzy, ONR-owców, Wszechpolaków i nacjonalistycznych kiboli zlekceważył. Uznał, że to tylko podatne na manipulację „mięso armatnie” polityki, którym można się posłużyć do swoich celów. Najwyraźniej nie sądził, że środowiska te mogą kiedykolwiek na tyle się wzmocnić, by zakwestionować jego monopol na prawicy.

Przez lata więc PiS flirtował ze skrajną prawicą, dopuszczał jej przedstawicieli do głosu, otaczał antysemitów, nacjonalistów i zwykłych faszystów dyskretną opieką, dbał, by nie spotkały ich zbyt poważne konsekwencje prawne. Śledztwa prokuratury wobec tych środowisk były umarzane lub wlokły się latami, nie mogąc dojść do końca, sprawy były cofane do uzupełnienia materiału dowodowego, a gdy już dochodziło do procesów, prokuratura występowała o złagodzenie wymiaru kary – i tak dalej. W intencji rządzących wszystko to miało być czytelnym sygnałem wypuszczonym w kierunku elektoratu skrajnej prawicy: my jesteśmy waszymi prawdziwymi przyjaciółmi, głosujcie więc na nas.

Zeszłoroczny Marsz Niepodległości był pierwszym zwiastunem kłopotów – pokazywał, że nacjonalistyczna prawica emancypuje się i zyskuje pozycję pozwalającą jej myśleć o odegraniu samodzielnej roli w polskiej polityce.

Oczywiście Kaczyński sam jest odpowiedzialny za sprokurowanie sobie – i całej Polsce – tych kłopotów. Kierując się cyniczną kalkulacją i żądzą władzy, niczym doktor Frankenstein przez lata hodował skrajnie prawicowe monstrum, sądząc, że zawsze je będzie kontrolować. Teraz potwór wyrwał się na wolność i zagraża swojemu stwórcy.

Kaczyński nie uczy się na własnych błędach

Swoją drogą, wystawia to kiepskie świadectwo Kaczyńskiemu jako politykowi zdolnemu do przewidywania konsekwencji swych działań. Zwłaszcza, że raz już miał z podobną sytuacją do czynienia – w 1990 roku podczas wyborów prezydenckich. To przecież on był wówczas inicjatorem i mózgiem kampanii Lecha Wałęsy. I to on wymyślił, by flirtować z antyestablishmentowym populizmem i antysemityzmem, rozbujać nastroje społeczne, podsycać wrogość do wielkomiejskich elit, kwestionować kształt reform rynkowych, kreować wrogość do warstw wykształconych i przedsiębiorców. To Jarosław Kaczyński, kryjąc się w cieniu Lecha Wałęsy, był motorem kampanii, w której padały słowa o wymachiwaniu siekierą i puszczaniu „wrogów ludu” w skarpetkach.

Efektem tego odwołania się do populizmu było pojawienie się Stana Tymińskiego, który w tej konkurencji okazał się zawodnikiem znacznie lepszym. Wałęsę przed klęską w drugiej turze uratowało wsparcie ze strony tych, którzy mieli być puszczani w skarpetkach – wyborcy lewicowi, centrowi i liberalni zacisnęli zęby i kierując się odpowiedzialnością za kraj zagłosowali na tego, który jeszcze wczoraj ich obrażał.

Najwyraźniej Kaczyński nie uczy się na błędach. Po prawie trzydziestu latach od tamtej kampanii zastosował tę samą metodę „kontrolowanego” rozhuśtywania nastrojów i flirtowania z nacjonalizmem. I efekty są takie same – pojawił się rywal, który w tej konkurencji jest znacznie lepszy.

Spóźniony alarm w obozie władzy

W obozie PiS-u najwyraźniej już zdają sobie sprawę, że skrajnie prawicowa Konfederacja jest w tych wyborach groźnym konkurentem – może pokonać próg, odbierając PiS-owi mandaty i przyczyniając się w ten sposób do zwycięstwa Koalicji Europejskiej. Oficjalna propaganda przestała więc nacjonalistów oszczędzać i szuka na nich wszelkich możliwych haków: „Marek Bosak, brat jednego z liderów Konfederacji Krzysztofa Bosaka, należy do kadry zarządzającej w firmie Vivus, której większościowym udziałowcem jest rosyjski oligarcha Oleg Wiktorowicz Bojko” – podaje Niezależna.pl, a w ślad za nią TVP.Info. „Kandydatka Konfederacji broniła sowieckich pomników w Polsce i odwiedziła Krym” – ujawniają te same portale. „Kandydat Konfederacji profesor Włodzimierz Osadczy był promotorem Ludmiły Kozłowskiej” – dodaje portal wpolityce.pl.

Wydaje się jednak, że już jest za późno. Doktor Frankenstein Kaczyński nie zdoła zagnać z powrotem do klatki potwora, którego wyhodował. A skoro tak, to liczyć się trzeba z dwoma rodzajami konsekwencji.

Po pierwsze, w obozie władzy nasilą się podskórne napięcia i tendencje odśrodkowe. Od dawna widać wyraźnie, że Zbigniew Ziobro z trudem pohamowuje wybujałe ambicje i podporządkowuje się liderowi. I to właśnie on odgrywa rolę głównego mecenasa i adwokata nacjonalistów. Teraz może uznać, że pojawienie się nowego ośrodka na skrajnej prawicy wzmacnia jego pozycję przetargową wewnątrz obozu władzy i pozwala mu postawić prezesowi twardsze warunki.

Po drugie zaś, środowiska opozycyjne muszą się liczyć ze zmianą narracji w obozie władzy. Pojawienie się rywala na prawo od PiS-u pozwoli tej partii zastosować ten sam zabieg socjotechniczny, którym posługiwał się na Węgrzech Orbán – puszczał oko do umiarkowanego elektoratu konserwatywnego i wskazywał na Jobbik, mówiąc: widzicie tych ekstremistów? To wielkie zagrożenie dla kraju, a ja jestem najlepszym gwarantem, że nie dojdą do władzy. Głosujcie więc na Fidesz, który w przeciwieństwie do Jobbiku jest cywilizowaną prawicą.

Prędzej czy później (raczej prędzej) PiS zastosuje ten sam chwyt propagandowy. Pytanie, czy Polacy dadzą się na to nabrać tak, jak dało się nabrać wielu Węgrów.

Kaczyński sra po butach na wieść o sukcesach Tuska

28 Kwi

„Przymila się Polakom i zamiast zachować neutralność nakazaną unijnym urzędnikom, zakłóca nam polskie święto 3 Maja, by robić sobie na Polsce, jak Timmermans, kampanię wyborczą. I znów traktuje Polskę przedmiotowo” – napisała na Twitterze Krystyna Pawłowicz, dowodząc natężenia niepokoju, jaki zapanował na prawicy po tym, gdy Donald Tuska zapowiedział swój wykład na Uniwersytecie Warszawskim w dniu 3 maja.

Były premier, szef Rady Europejskiej dwa tygodnie wcześniej powiedział, że jest bardzo dużo dobrych powodów, dla których trzeba się spotkać właśnie tego dnia. „I powiedzieć sobie parę poważnych słów na temat konsytuacji, miejsca Polski w Europie – jest to przecież też rocznica przystąpienia do UE – i o znaczeniu wolności, i o wolnych wyborach” – oznajmił Donald Tusk.

„Czekamy z niecierpliwością”, „Będziemy” – zareagowali z radością użytkownicy mediów społecznościowych. Nie wszyscy jednak…

Pierwsza oczywiście do ataku ruszyła PiSowska funkcjonariuszka Pawłowicz, ale zdecydowanie „przebił” ją prawicowy publicysta Marcin Rola. Stwierdził, że 3 maja to „świetna data, by tego człowieka zamknąć, wstępnie na 3 miesiące”. Dodał jeszcze, zwracając się do posłanki Pawłowicz: „Serio, dopuścicie do tego, by ubiegał się o fotel prezydenta RP?”

„Naród nie ma gender. I zawsze jest ubrany. Najlepiej w mundur…” – z kpiną skomentował internauta na Twitterze groteskowe uzasadnienie decyzji nowego dyrektora Muzeum Narodowego Jerzego Miziołka, o zasłonięciu prac Natalii LL „Sztuka konsumpcyjna” i Katarzyny Kozyry „Pojawienie się Lou Salome”. O tym w publikacji: „Ordynarny akt cenzury” w Muzeum Narodowym w Warszawie”.

Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Ocenzurowane wideo z dziewczyną jedzącą banany wywołało falę kpin i protestów w mediach społecznościowych.

„Dobrze, że stworzenie Adama znajduje się na sklepieniu Kaplicy Sykstyńskiej bo p. Gliński kazałby mu fiutka zamalować” – zadrwił czytelnik pod artykułem w koduj24.pl.

W mig powstały na Facebooku dwa wydarzenia: „Jedzenie Bananów Przed Muzeum Narodowym” oraz „Narodowe jedzenie bananów”, którymi zainteresowały się już tysiące osób.

Organizatorzy tych protestów zapraszają na wspólną konsumpcję bananów przed muzeum wzorem kobiety z dzieła Natalii LL. W mediach społecznościowych ludzie wrzucają selfie z tymi owocami.

Do protestów dołączają się osoby znane ze świata filmu i kultury. Magda Cielecka zamieściła na Instagramie zdjęcie z bananem i podpisała: „No tylko w łeb”.

Akcja „Narodowe jedzenie bananów” rośnie lawinowo. Do akcji przyłączyły się również Karolina Korwin-Piotrowska, Matylda Damięcka i Andrzej Saramonowicz.

PiS-owski okupant jest zdania, że upokorzenie setek tysięcy tubylczych nauczycieli to wielkie zwycięstwo.

Zawieszenie (a być może zakończenie, bo nie wiemy jeszcze, czy we wrześniu uda się go wznowić) najdłuższego strajku szkolnego w polskiej historii jest oczywiście porażką nauczycieli i milionów ludzi, którzy poparli ich postulaty. Nie ma co jednak spuszczać nosa na kwintę, bo takimi porażkami wybrukowana jest droga prowadząca do ostatecznego zwycięstwa. A jeśli rządzący sądzą, że wielki „sukces” polegający na upokorzeniu setek tysięcy nauczycieli wzmacnia pozycję obozu władzy i jego notowania przed wyborami, to gratuluję talentów politycznych i zdolności przewidywania.

PiS po raz kolejny demonstracyjnie zachował się jak okupant, a nie demokratycznie wybrana władza kraju. Okupacja od demokracji różni się właśnie sposobem traktowania tych, którzy sprzeciwiają się woli rządzących. W demokracji przegrana mniejszość pozostaje współgospodarzem kraju, a jej pragnienia i aspiracje są w jakimś stopniu przez władze uwzględniane. Ta mniejszość ma nie tylko chronione konstytucją prawa, ale także swoje miejsce w przestrzeni publicznej. Jest traktowana przez rządzącą większość jak partner, którego zdanie trzeba czasem uwzględnić. Ten partner często jest prawdziwym utrapieniem, bywa wręcz nielubiany – ale trudno, jest i trzeba się z jego istnieniem liczyć.

W przeciwieństwie do tego władza okupacyjna nie liczy się z nikim ani niczym. Mieszkańcy podbitych terytoriów są upokarzani i muszą się w pełni podporządkować woli panujących. Nie są współgospodarzami ani partnerami. Ich pragnienia i aspiracje nie mają żadnego znaczenia, władza w ogóle nie bierze ich pod uwagę, stara się jedynie przy pomocy chwytów socjotechnicznych, opierając się na hojnie opłacanej i uprzywilejowanej grupie kolaborantów, kanalizować niezadowolenie i rozładowywać napięcia, by nie doprowadzić do wybuchu powstania.

Różnicę między tymi dwoma sposobami rozumienia i sprawowania władzy widać choćby na przykładzie telewizji publicznej. W czasach rządów demokratycznych, za poprzedniej ekipy, było w TVP także miejsce dla programu sztandarowego publicysty obozu krytycznego wobec władzy – Jana Pospieszalskiego. „To był tylko listek figowy” – głoszą propagandyści PiS, starający się wmówić obywatelom, że ich poprzednicy też traktowali media jak swoją własność i tubę propagandową. To oczywiście nieprawda, ale na chwilę przyjmijmy, że jest tak, jak mówią. W takim wypadku wypada zadać pytanie: „No dobrze, więc gdzie w dzisiejszej telewizji jest taki listek figowy?”. Dlaczego nie ma w niej ani jednego programu prowadzonego przez krytyka władzy?

Odpowiedź jest oczywista: bo to nie jest telewizja publiczna w państwie demokratycznym, lecz kanał przekazu zarządzeń i treści propagandowych kierowanych przez pisowskich konkwistadorów do ludności podbitych terytoriów.

PiS od samego początku ustawił się w roli okupanta, który narzuca swą wolę gorszemu sortowi Polaków. To dlatego opozycja w parlamencie praktycznie pozbawiona została prawa głosu, a za próby protestowania jej posłowie są karani dyscyplinarnie i pozbawiani wynagrodzeń. To dlatego władza od trzech lat kompletnie ignoruje wszystkie głosy sprzeciwu, nie zwraca uwagi na demonstracje i siłą łamie wszelki opór. Ustawia żelazne płoty i kordony policjantów, by miejscowa ludność nie zakłócała na Krakowskim Przedmieściu jej obrzędów i ceremonii. Militaryzuje i odbiera tubylczym samorządom place, by móc na nich postawić pomniki głoszące chwałę okupanta.

Ostatnim, jak na razie, akordem w tej okupacyjnej suicie jest upokorzenie nauczycieli, które wyraziło się nie tylko w kompletnym zignorowaniu ich postulatów i opluwaniu ich w TVP, lecz także w zorganizowaniu groteskowego „okrągłego stołu” na stadionie, z udziałem kolaborantów skupionych w związku „Solidarność” oraz wszelkiego rodzaju cudaków, dziwaków, małżeństwa Elbanowskich i Janusza Korwin-Mikke. Nie analizowałem szczegółowo listy zaproszonych, ale nie zdziwiłbym się, gdyby figurowali na niej Kaja Godek, najsilniejszy Polak Pudzian, człowiek-guma i Zenek Martyniuk.

Dziś władza święci triumf. Nauczyciele zostali upokorzeni, a ich opór złamany. Za zamkniętymi drzwiami gabinetów i komnat w pałacach słychać wiwaty i wystrzały korków z szampana.

O święta naiwności! Okupanci wszystkich epok zawsze uważają, że już zawsze będą panować nad podbitymi terytoriami. A potem są bardzo zdziwieni, gdy tubylczy lud wywozi ich na taczkach.

Morawieckiego postawić przed sądem za oszczerstwa

23 Kwi

„Składam doniesienie o niszczeniu dobrego imienia Polski” – napisał na Twitterze Wojciech Sadurski.„Ob. M Morawiecki wczoraj w Nowym Jorku publicznie ogłosił, że w Polsce nadal orzekają sędziowie stalinowscy, a także winni skazywania dziecięcia Morawieckiego w stanie wojennym i głęboko skorumpowani. Co na to Prokuratura?” – zapytał profesor, po skandalicznej wypowiedzi szefa PiSowiskiego rządu na Uniwersytecie w Nowym Jorku.

Środowisko sędziowskie jest oburzone słowami Morawieckiego, a internauci okrzyknęli go certyfikowanym kłamcą roku.

„Panie premierze Morawiecki jak Pan śmie opowiadać takie banialuki, wysuwać takie oszczerstwa pod adresem polskich sędziów?” – napisał wzburzony adwokat Michał Wawrykiewicz, członek Inicjatywy „Wolne sądy”.

Premier udał się do Nowego Jorku, by promować Polskę i uczynił to w najgorszy ze sposobów. Uniwersytecka debata dotyczyła zmian dokonywanych przez rządzących w sądownictwie. „Dla mnie to jest sytuacja, którą możemy porównać z Francją, z okresem post-Vichy, kiedy Michel Debré w 1958 roku i Charles de Gaulle kompletnie przebudowali system” – oznajmił Mateusz Morawiecki. Nie uwzględnił faktu, że Francja Vichy po klęsce armii francuskiej w 1940 roku, była państwem kolaborującym z hitlerowskimi Niemcami. Przypomnijmy, że premier jest historykiem z wykształcenia. Działa więc z pełną premedytacją.

Porównanie do państwa Vichy, po oskarżaniu sędziów o korupcję przelało czarę goryczy. „Jesteśmy porównywani do nazistowskich kolaborantów odpowiedzialnych za śmierć, za deportację siedemdziesięciu tysięcy Żydów” – ocenia Igor Tuleya, sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie.

„Proszę sobie wyobrazić tych wszystkich ciężko pracujących ludzi, którzy od ponad trzech lat słyszą bez przerwy tego typu zarzuty” – zwraca uwagę zniesmaczony rzecznik SN, sędzia Michał Laskowski.  „To jest naprawdę bardzo bolesne, niesprawiedliwe po prostu” – dodaje. „Te oskarżenia wracają za każdym razem, gdy PiS zmienia prawo. Teraz PiS pracuje już nad ósmą nowelizacją ustawy o Sądzie Najwyższym, która przewiduje między innymi możliwość, że prezesa Sądu Najwyższego będzie wybierał prezydent, co zdaniem opozycji i prawników łamie polską konstytucję” – podkreślił sędzia Laskowski.

Nie milkną komentarze, po spaleniu kuły Żyda przez mieszkańców Pruchnika. Do wydarzeń odniósł się m.in. słynny brytyjski naukowiec Richard Dawkins.

Obłudne kupowanie opłacalnej wyborczo większości przy kompletnym braku wrażliwości na sprawy mniejszości to – oględnie rzecz ujmując – nie jest chyba to, o co chodziło Chrystusowi.

Jestem chrześcijaninem. Pomimo tego, iż Kościół powszechny, a szczególnie ten polski zrobił już bardzo wiele, by od wiary mnie odwieść, ja wciąż uporczywie jestem chrześcijaninem. Nie dla Kościoła jednak ani nie przez Kościół nim jestem. Jestem chrześcijaninem przez, dzięki i dla Chrystusa.

Z drugiej strony mam pewną przypadłość, która od ślepej i bezrefleksyjnej wiary mnie strzeże. Przez całe intelektualnie aktywne życie zastanawiam się, zadaję pytania, podaję w wątpliwość to, co jeszcze przed chwilą uważałem za pewnik, weryfikuję, sprawdzam, upewniam się. Kiedy zbliża się Wielkanoc, czyli najważniejsze święto mojej religii, a On szykuje się do przejścia w krainę, z której nie powrócił żaden podróżnik, oprócz Niego, zastanawiam się jeszcze bardziej. Myślę, że chyba po prostu szukam Prawdy, której do końca znaleźć oczywiście nie sposób.

Bardzo chciałbym wiedzieć, po której stronie coraz wyraźniej i bardziej jednoznacznie spolaryzowanego świata byłby dziś ten najlepszy z ludzi, którzy żyli na ziemi, jedyny z nas, który narodził się bez grzechu pierworodnego i który zmarł nie zgrzeszywszy ni razu.

Swoją drogą zastanawiam się, czy On się zastanawiał, czy miewał wątpliwości, czy choć raz nie był do końca pewien, po której stronie jest racja, czy podał kiedyś w wątpliwość swoje wcześniejsze mniemanie? W gaju oliwnym tamtej nocy, gdy od końca dzieliło go zaledwie kilka godzin, a może po tym, gdy wściekł się na kupczących w świątyni i zniszczył im stragany? Na krzyżu, gdy był najbardziej człowiekiem i gdy był i jest mi najbliższy? Eli, Eli Lamma Sabachthani.

Po której stronie byłby dziś oprócz tego oczywiście, że na pewno nigdy nie obrałby jednoznacznie żadnej strony, bo interesuje Go człowiek jako taki, a nie strony, frakcje, partie, opcje, koterie i grupy światopoglądowe.

Zostawmy Chrystusa. Nie wypada mieszać Boga w lokalne i chwilowe spory toczące się w małej Polsce, a choćby i w wielkim świecie. Nie wypada szczególnie teraz, gdy znów po raz bodaj tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty szósty, w święto Paschy próbujemy wraz z nim przejść od życia do śmierci i z powrotem, od zła do dobra, od mroku do światła. Zostawmy Chrystusa, ale nie zostawiajmy tego, o czym do nas mówi wciąż od nowa, wciąż z miłością.

Dla największego z ludzi najważniejsi zawsze byli ci najmniejsi, najbardziej bezbronni, najubożsi, ci, którzy nie radzą sobie często z najprostszymi rzeczami, ci, dla których życie nie jest zabawą lekką i przyjemną, a raczej drogą prowadzącą pod górę, kamienistą, wśród cierni wiodącą.

Tak zwana dobra zmiana (swoją drogą jest coś lekko niepokojącego w tym, iż jej ojcowie sami nazywają ją dobrą) na swoich sztandarach od początku miała pomoc dla takiego właśnie człowieka. Flagowy projekt PiS, czyli 500+ miał być skierowany do ludzi, którzy w życiu mają pod górę i to nieważne z własnej czy z czyjejś winy. Inna sprawa, że w świecie tzw. dobrej zmiany nic nigdy nie jest z własnej winy. Podobnie miało być z projektami już nie wprost ekonomicznymi, a bardziej dotyczącymi dziedziny sprawiedliwości społecznej, czyli z tak zwanym wstawaniem z kolan. W Polsce owo wstawanie miało polegać na rozliczeniu tych, którzy dorobili się na schedzie po komunie i podzielenie odzyskanych dóbr i odzyskanej godności między do tej pory wykorzystywanych i niszczonych. Na arenie międzynarodowej wstawanie z kolan miało być przemianą z petenta w pełnoprawnego obywatela świata żądającego zasłużonego uznania i szacunku.

Takie były sztandarowe hasła prawych i sprawiedliwych na moment przejścia od III RP, będącej wedle ich wykładni ustawką postkomunistycznych elit ze źle życzącymi Polsce podobnymi, choć chyba niepostkomunistycznymi elitami świata zachodniego, do IV RP, która miała być krainą wiecznej szczęśliwości dla wcześniej haniebnie wykorzystywanych. Celowo piszę o sztandarowych hasłach, a nie o zamiarach albo nawet o programie. Tak naprawdę, co jawi mi się na każdym kroku i co za każdym razem w końcu rozwiewa moje wątpliwości – wszystko to od początku podszyte było bowiem cynicznym kłamstwem i czysto politycznym wyrachowaniem, zimną kalkulacją ludzi, dla których najważniejszą i w gruncie rzeczy jedyną wartością jest utrzymanie się przy władzy.

Młodzi lekarze na dorobku, niepełnosprawne dzieci i ich umęczeni rodzice i w końcu dziś, gdy piszę te słowa, nauczyciele to tylko kilka z wielu grup, które mają pod górę, ale którym tzw. dobra zmiana postanowiła nie pomagać. Dlaczego? Dlatego, że to grupy – jakkolwiek o ogromnym znaczeniu dla funkcjonowania, moralności i przyszłości całego narodu – to jednak mniejszościowe i przez to nieposiadające żadnego literalnie znaczenia dla arytmetyki politycznej rządzących. Do tego w przeciwieństwie do rolników czy górników nie są to grupy, które mogą zagrozić ładowi społecznemu, bo przecież żadna z nich nie przyjedzie przed Sejm z oskardami i łomami, żadna nie będzie palić opon, żadna nie obali siłą ustroju.

Tzw. dobrej zmianie jak kani dżdżu potrzeba do istnienia antagonizmów i tak zwanych wrogów ludu, dlatego źle traktowane mniejszości są tak ważne. A to, że społeczeństwo będzie chorowite, jak niepełnosprawne dzieci i niewyedukowane, jak obywatele trzeciego świata, to po pierwsze nie ma znaczenia ani dziś, ani jutro, kiedy odbędą się wybory, a po drugie akurat niewyedukowane społeczeństwo jest jak najbardziej rządzącym na rękę, bo ludzi nietrzeźwych i niewyedukowanych łatwiej omotać. Wiedzieli to nasi zaborcy i później okupanci, wiedzą to mało sprzyjający przyszłości Polski włodarze dzisiejszej Rosji, którzy nota bene wspierają teraz za pośrednictwem opłaconych przez siebie internetowych trolli kampanię wymierzoną propagandowo w nauczycieli. Na marginesie owa nie pierwsza już zbieżność interesów polskiej tak zwanej dobrej zmiany ze złą zmianą w Rosji jest dość symptomatyczna, szczególnie w kontekście drugiego z kluczowych projektów obecnie rządzących, czyli wstawania Polski z kolan na arenie międzynarodowej. Oto bowiem wypięliśmy na salonach dumnie nasze piersi zdobne w martyrologię i odwieczną walkę narodu polskiego o dobro dla całego świata, ale niestety wygląda na to, że wszyscy wyszli, a ostali się jedynie zawsze czujni przedstawiciele rosyjskiej czerezwyczajki. Na arenie międzynarodowej stoimy zatem tyleż wyprostowani, co kompletnie osamotnieni, a wyjątkowo źle życzący nam duży sąsiad przygląda się temu z chłodnym uśmiechem.

Wygląda na to, że z dobrozmianowych obietnic dla narodu udało się bezwzględnie zrealizować jedną. Ci, którzy wcześniej czuli się mniejsi i gorsi od wyimaginowanych często elit, teraz czują czystą i coraz bardziej nieokiełznaną nienawiść. Pytanie tylko, czy to aby na pewno posunęło nas na chrześcijańskiej drodze ku światłu i przemianie zła w dobro.

Reasumując rozważania na Wielką Noc, oczywiście nie śmiem rościć sobie prawa do wiedzy na temat tego, co na to wszystko powiedziałby Ten, który jest najważniejszą postacią dramatu rozgrywającego się pomiędzy Wielkim Piątkiem a Rezurekcją. Nie śmiałbym, ale z mojego rozumienia przekazu, który nam pozostawił, sianie nienawiści między ludźmi, obłudne kupowanie silnej w swej masie i opłacalnej wyborczo większości przy kompletnym braku wrażliwości na sprawy mniejszości, wmawianie ludziom, że działa się w interesie ich domu, czyli kraju, podczas gdy tak naprawdę niszczy się jego przyszłość w świecie, to oględnie rzecz ujmując nie jest chyba to, o co chodziło Chrystusowi. Nie jest bez względu na to, jak szczere miałbym chęci wobec tak zwanej dobrej zmiany i jak wiele razy nie obróciłbym wszystkiego w swojej głowie w tę i z powrotem, żeby sprawdzić, zweryfikować, podać w wątpliwość, zrozumieć i dojść albo chociaż zbliżyć się do Prawdy.

Wszystko to zaś nie miałoby aż takiego znaczenia i prawdopodobnie w ogóle nie prowadziłbym tego typu rozważań, gdyby nie fakt, iż tzw. dobra zmiana w swej oficjalnej nazwie jawi się jako prawa i sprawiedliwa, a na swych sztandarach nosi krzyż, z którego właśnie w tych dniach po raz kolejny zdejmiemy umęczone ciało Chrystusa. Obłuda to cecha, która w połączeniu z cynizmem daje mieszankę bodaj najgorszą z możliwych. Znów na chwilę sięgam pamięcią do opowieści o zdarzeniach z dni poprzedzających ukrzyżowanie. Tam najbardziej obłudni byli bodaj faryzeusze. Czy dobrze pamiętam, że de facto to oni w końcu z pomocą populistycznej manipulacji zawiedli najświętszego z ludzi na krzyż? Sanhedryn prawych i sprawiedliwych z krzyżem na sztandarach? Dziwnie zestawienie.

Zastanawiam się, dlaczego mam uwierzyć w szczerość intencji rządzących, skoro cały ich obraz kraju, świata i ludzi jest z gruntu fałszywy, nielogiczny i zwyczajnie głupi.

Kancelaria Premiera opublikowała minutowy filmik, w którym Mateusz Morawiecki w krawacie dosiada się do stołu ludzi normalnie ubranych i ku ich zdumieniu przez 50 sekund reklamuje „piątkę Kaczyńskiego”, a przez pozostałe 10 sekund próbuje złożyć nam wielkanocne życzenia. W tym czasie wicepremier Szydło, w tradycyjnej scenerii mieszkania z kominkiem i rodzinnymi fotografiami na ścianach, informuje nas o konieczności przeżywania radości, miłości i nadziei. Natomiast prezes Kaczyński, któremu nie sprawdziło się ani jedno z trzech bożonarodzeniowych życzeń „Polski silnej, sprawiedliwej i dostatniej”, zwraca się tym razem tylko do mniej pamiętliwych mieszkańców Mazowsza za pośrednictwem Facebooka – nie swojego oczywiście, a sekretarza propagandy KC PiS Adama Bielana, który w ten sposób stara się zwiększyć swoje szanse ewakuacji do parlamentu europejskiego.

Na rozmaitych forach wielu innych dostojników posłużyło się tradycją i starannie wybranymi kanonami wiary katolickiej, usiłując przekonać Polaków o doniosłości swej posługi dla kraju i osobistej kolosalnej życzliwości dla rodaków. Ich twarze wygładzały się w ciepłym uśmiechu, a z ust płynęły słowa serdeczne i przyjazne. Nad wielkanocnym przekazem dnia, przygotowanym przez partyjnych propagandystów PiS, unosił się duch Boży, zachęcający do narodowego pojednania i wspólnych pląsów rządzonych z rządzącymi.

Chwilo – trwaj! – chciałoby się powiedzieć, gdyby nie pewność, że natychmiast po świętach znowu się okaże, kto formułuje warunki powszechnej zgody i na czym ma ona polegać. Wyjdzie na jaw, że narodowe porozumienie ma twarz szefa kancelarii premiera, który nie przepuści żadnej okazji, by przydeptać rozmówcę gigantycznym formatem własnego intelektu i przygniatającą wyższością racji partii, z której się wywodzi. Jego występ w „kropce nad i”, gdzie zachowywał się jak właściciel TVN, oszołomił samą Monikę Olejnik. Michał Dworczyk przerywał jej, pokrzykiwał na nią i odpowiadał głównie na niezadane pytania, a swoje tezy, których związek z rzeczywistością był odległy i przypadkowy, uwiarygodnił złowróżbnym pytaniem: – Zarzuca mi pani kłamstwo?!

Wiele lat temu dokładnie taki sam zajadły wyraz twarzy miał sekretarz propagandy, besztający młodego reportera działu miejskiego lokalnej gazety, który próbował pisać nie tylko o leniwych dozorcach i bezczelnych kelnerach. Pochylił się do mnie i wycedził z nieskrywaną groźbą w głosie: – Chcecie powiedzieć, że nasza partia popełnia jakieś błędy?!

Pojednanie oferowane przez PiS ma czasem wykrzywioną w amoku twarz Jarosława Kaczyńskiego, wykrzykującego obelgi pod adresem ludzi opozycji, a czasem, gdy prezes potrafi się opanować, ujawnia oblicze cynicznego manipulanta, który żąda, by wszyscy podpisywali zobowiązanie, że nie zechcą waluty euro póki nie będziemy tak bogaci jak najbogatsi w Europie, czyli może nigdy. Nie zauważył, że wśród 10 krajów, które razem z nami wchodziły do Unii, siedem zdecydowało się na euro i wszystkie już przeskoczyły Polskę pod względem wartości PKB na 1 mieszkańca.

Zgoda narodowa ma dzisiaj strapione oblicze pani Szydło, która rozdzierającym głosem biada nad koszmarną krzywdą polskich dzieci, opuszczonych przez bezdusznych nauczycieli, którzy nie chcą dopisać się do ugody dogadanej z zaprzyjaźnioną „Solidarnością”.  Porozumienie polskie ma równocześnie promienną twarz uśmiechającej się do siebie minister edukacji, o kwalifikacjach gwarantujących sukces wyłącznie w sztuce układania wróżb do ciasteczek. Pojednanie przybiera też sprężystą postać Zbigniewa Ziobry, który – niezrażony siedmioma klęskami projektu ustawy o Sądzie Najwyższym – po raz ósmy próbuje usadowić swoich podwładnych na czele władzy sądowniczej, by w przyszłości ochronić siebie i partyjnych kolesiów przed odpowiedzialnością karną za notoryczne łamanie konstytucji i kodeksowych przepisów.

Liczne niepowodzenia rządzących i niepewność utrzymania stołków spowodowały, że partia władzy przekroczyła kolejny Rubikon. W machinie propagandowej wymontowano hamulce, eliminując wyrzuty sumienia, żenadę i poczucie wstydu. Dolano wysokooktanowego paliwa, bo nowa instrukcja obsługi nakazuje jazdę z cegłą na pedale gazu. Przed kamerami ludzie PiS nie pozwalają teraz wypowiedzieć się przeciwnikom, przerywają rozmówcom, zagadują niewygodne pytania plotąc nie na temat, obwiniają poprzednie rządy o każdą zmianę pogody i bez mrugnięcia okiem kłamią, starając się łgać seriami, bo nawet jak jedno sprostują, to inne zapadną w pamięć. Prominenci PiS konkurują ze sobą na jadowite frazy, mściwe oblicza i przeciwczołgowe miny. Podstawą strategii obronnej jest dzisiaj atak. Dawna opinia Jacka Kurskiego, że Polacy łykną każdą ściemę propagandową, byle atrakcyjnie podaną – teza, która wzbudziła niegdyś wielkie oburzenie – dziś już nie razi. Mało kto reaguje na coraz bardziej bzdurne rewelacje serwowane telewidzom i słuchaczom przez narodową fabrykę kłamstw Jacka Kurskiego.

Upoważnionym do występów przed kamerami rozdano zdjęcia prezesa ZNP w towarzystwie polityków opozycji, które mają dowodzić, że pan Broniarz jest agentem pana Schetyny i robi, co mu każą. Impet, z jakim funkcjonariusze PiS wymachują tymi fotkami oraz słowotok spiskowych podejrzeń skutecznie jak na razie chroni ich przed pytaniem, czy analogicznie liczne zdjęcia Jarosława Kaczyńskiego z politykami opozycji a wręcz obok Donalda Tuska, to dowód, że prezes PiS wykonuje tajną misję PO?

Prominenci PiS sprawiają wrażenie, jakby miesiącami trenowali gesty, miny i zachowania właściwe dla określonych sytuacji. Kiedy w telewizyjnych debatach ktoś ośmiela się zwątpić w sensowność wyborczych prezentów PiS, przedstawiciele tego ugrupowania reagują identycznie: nakładają sobie groźną maskę, pochylają się w stronę rozmówcy, celują w niego palcem i oskarżycielskim tonem cedzą: – To znaczy, że jesteście przeciwko i chcecie ludziom zabrać 500 plus! Ta mimika i ton głosu wystarczają, by rozmówców opuściły refleks i odwaga. Dlatego nie odpowiadają: – Tak, jestem przeciw wypłacaniu 500+ pani Martynie zarabiającej ponad 40 czy 50 tys. miesięcznie za pracę świadczoną prezesowi NBP. Jestem przeciw, bo z raportu Centrum Analiz Ekonomicznych wynika, że z ponad 18 mld zł, które idą na ten cel, blisko 6 mld wędruje do 20 proc. gospodarstw domowych z najwyższymi dochodami! I jestem też przeciw 13 emeryturze dla pobierających z ZUS ponad 20 tys. miesięcznie (są tacy).

Świąteczne życzenia składane Polakom przez rządzących obfitują w zwroty: „serdecznie”, „szczerze”, „prawdziwie” i „z całego serca”.  Zastanawiam się, dlaczego mam uwierzyć w szczerość intencji rządzących , skoro cały ich obraz kraju, świata i ludzi jest z gruntu fałszywy, nielogiczny i zwyczajnie głupi. Polska opływa w dostatki, stać nas na zwiększenie dotacji na kolejny projekt o. Rydzyka (z 70 do 117 mln zł), ale nie ma ani grosza więcej dla nauczycieli, chociaż rząd potwierdza, ze zarabiają skandalicznie mało. W budżecie są „w pełni zabezpieczone” środki na piątkę Kaczyńskiego , ale trzeba podnieść akcyzę, wprowadzić opłatę recyklingową i podatek cyfrowy, oraz skasować do końca OFE wprowadzając drakońską opłatę za samo potwierdzenie, że nasze własne oszczędności są nasze własne.  Jak to było? „Niech nie mówią, że nie ma pieniędzy, bo jeśli się dobrze gospodaruje, to…” Wystarczy ukraść.

Wszystkiego normalnego, kochani!

Karol Nawrocki raduje się, że Chrystus zmartwychwstał w rocznicę wybuchu wojny, a kobiety uwięzione przez hitlerowców w Ravensbrück dla uczczenia tego namalowały pisanki. Alleluja!

Z okazji 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej życzymy Państwu Wesołych Świąt Wielkanocnych – tak należy odczytać treść kartki świątecznej rozsyłanej przez dyrektora tej placówki Karola Nawrockiego. Dobra zmiana przejęła Muzeum dwa lata temu, zaledwie dwa tygodnie po otwarciu, usunęła jego twórcę i pierwszego dyrektora Pawła Machcewicza, zastępując go właśnie Nawrockim.

Dziś Nawrocki rozsyła kartki świąteczne opatrzone logotypem obchodów 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Dwie stylizowane bombki lotnicze wspaniale korespondują z malowanymi talerzykami i pisankami. Właściwie jeszcze ładniej byłoby pokazać, jak te pisanki zrzuca bombowiec średni PZL.37 Łoś, chluba polskiego lotnictwa w 1939 r. W kampanii wrześniowej Łosie zrzuciły w sumie 119 ton bomb, więc gdyby dołożyć do tego kilka pisanek, to i tak nikt by się nie zorientował.

Ja tego niestety nie mogę zrobić, bo nie mam prawa posługiwać się logotypem obchodów 80. rocznicy II światowej. Na stronie muzeum wyraźnie napisano: „Złóż wniosek o zgodę na posługiwanie się identyfikacją wizualną obchodów”. Nie złożyłem takiej prośby, więc mi nie wolno. Mogę jedynie prywatnie i bez logotypu radować się ze zmartwychwstania Pańskiego w 80. rocznicę wybuchu. Ale sam dyrektor Nawrocki to co innego. On w sposób zinstytucjonalizowany i jak najbardziej oficjalny cieszy się, że Zbawiciel powstał z grobu i rozpętał II wojnę światową. Nawiasem mówiąc, czy nie o tym właśnie mówił film Tadeusza Chmielewskiego?

A myślicie, że te pisanki to takie tam zwykłe pokolorowane jajka? Broń Boże. „Ręcznie malowane papierowe pisanki i talerzyki wykonane techniką akwareli w okresie świąt Wielkanocnych przez więźniarki niemieckiego obozu koncentracyjnego Ravensbrück wiosną 1945 r. Na odwrocie pisanek znajdują się autografy więźniarek” – radośnie informuje kartka od dyr. Nawrockiego.

Ta informacja też świetnie koresponduje z życzeniami: „Niech radość płynąca ze Zmartwychwstania Chrystusa nieustannie nam towarzyszy i umacnia nas w wierze, nadziei i miłości. Zdrowych i pogodnych Świąt Wielkanocnych życzy dr Karol Nawrocki”.

Z niecierpliwością czekam na Boże Narodzenie, przed którym pan dyrektor będzie rozsyłać sianko wyciągnięte z sienników więźniarek.

Kaczyński chce europejskich płac. Proszę bardzo – zacząć od nauczycieli

14 Kwi

Politycy Prawa i Sprawiedliwości nie lubią odpowiadać na niewygodne i trudne pytania. Całkowite przejęcie kontroli nad pracami Sejmu i najważniejszych sejmowych komisji przez twardogłowych działaczy tej partii oraz przekształcenie TVP w telewizję, w której to gość dziennikarza, nie niepokojony niezaplanowanymi pytaniami, narzuca temat rozmowy bardzo rozpuściły posłów i ministrów. Na tych drugich jednak ciąży konstytucyjnie umocowany obowiązek odpowiadania na każde pytanie, jakie każdy z 460 posłów na Sejm ma prawo zadać przedstawicielom władzy i w ciągu 21 dni oczekiwać na nie odpowiedzi. I choć z odpowiedziami na interpelacje poselskie bywało różnie w poprzednich latach, to jednak dopiero za rządów Zjednoczonej Prawicy stały się one w zasadzie jedynym skutecznym narzędziem opozycji do kontroli nad rządzącymi. Naruszanie konstytucyjnych obowiązków przez premiera, czy szereg ministrów musi być nagłaśniane, a w przyszłości surowo ukarane.

Jak pisze Tomasz Skory z RMF FM, w wielu przypadkach dochodzi nie tylko do opieszałości w odpowiadaniu na pytania posłów, ale wręcz do rażącego i uporczywego uchylania się od tego obowiązku. Rekordowy pod tym względem jest resort zdrowia, który z odpowiedzią na interpelację w sprawie nieprawidłowości przy produkcji żywności dla niemowląt zwleka już 726 dni. Niewiele “gorszy” jest w tej kwestii premier Morawiecki, który z odpowiedzią na jedną z interpelacji spóźnia się o ponad półtora roku, czyli 562 dni.

Jak wynika z danych Sejmu, zapytań, na które odpowiedzi wciąż nie zostały udzielone, jest aktualnie 334, z czego blisko 70% (236 interpelacji) dotyczy resortu, gdzie obecnie rządzi minister Łukasz Szumowski (zastąpił Konstantego Radziwiłła na początku 2018 roku). Kolejne miejsca w tym niechlubnym rankingu zajmują wicepremier Piotr Gliński (24 zaległe dokumenty), minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro oraz premier Mateusz Morawiecki (po 22 opóźnione interpelacje) oraz szef MON Mariusz Błaszczak (8 interpelacji). Pozostali ministrowie łącznie zalegają z kolejnymi 22 odpowiedziami na zapytania posłów (głównie opozycji). Kancelaria Premiera oraz naśladujący ją ministrowie, by pozornie zalegalizować swoją zwłokę, wysyłają do marszałka Sejmu prośbę o przedłużenie 21-dniowego okresu na udzielenie odpowiedzi, choć termin wynikający z art. 115 Konstytucji jest jednoznaczny i żadnej prolongaty tego czasu nie przewiduje. Z tej drogi nie korzysta natomiast Zbigniew Ziobro, który niewygodne interpelacje po prostu ignoruje i pozostawia bez jakiejkolwiek odpowiedzi. Najwyraźniej, mając władzę nad wymiarem sprawiedliwości, czuje się wyjątkowo bezkarny, co pozwala mu na ostentacyjne lekceważenie konstytucyjnych obowiązków.

Taka postawa może być jednak dla czołowych polityków Prawa i Sprawiedliwości, pełniących ministerialne funkcje w rządzie Morawieckiego, zgubna zwłaszcza, gdy prędzej czy później dojdzie do utraty przez Zjednoczoną Prawicę władzy. Za oczywiste i widoczne gołym okiem łamanie przepisów Konstytucji ustawa zasadnicza przewiduje jedną karę – postawienie przed Trybunałem Stanu. O ile w przypadku szeregu podobnych zarzutów o łamanie najważniejszej polskiej ustawy można zasłaniać się różnymi interpretacjami (tak jak np. w przypadku nieopublikowania wyroku TK przez Beatę Szydło), to w kwestii braku odpowiedzi na interpelację w przewidzianym przez Konstytucję terminie sprawa jest oczywista. Za ostentacyjne ograniczanie przez premiera i wielu ministrów możliwości parlamentarnej kontroli władzy wykonawczej kara po prostu się należy. Oby jak najszybciej.

W tak zwanej publicznej telewizji kampania wyborcza w pełnym rozkwicie. Na tapecie oczywiście wrogowie PiSu. Przede wszystkim strajkujący nauczyciele no i artyści, którzy mieli czelność ich poprzeć.

W najnowszym odcinku programu „Alarm” przygotowano prawdziwą sensację. Zarzucono nauczycielom, że nie wystawiają faktur za korepetycje.

Dziennikarz Przemysław Wenerski zapowiadający program napisał na Twitterze: „A może by tak umówić się na prywatne korepetycje ze strajkującymi nauczycielami? W godzinach, gdy trwa protest? Zrobiliśmy to w „Alarm” TVP1. Próby były owocne, kosztowne, ale bez faktur…”

Tę triumfującą zapowiedź programu skomentował na Twitterze Tomasz Lis: „Zamówić korepetycje u protestującego nauczyciela, żeby skompromitować nauczycieli – w TVP odrodził się nurt SB-cki, który – jak błędnie sądzono – dogorywał dokładnie 30 lat temu, w okolicy wyborów z 4 czerwca. Towarzysze od brudnej roboty młodsi, ale też zdolni do wszystkiego”.

Jednak największy cios autorom programu „Alarm” zadał Krzysztof Izdebski, prawnik i dyrektor programowy Fundacji Państwo, który odpowiedział Wenerskiemu: „Rozumiem, że pan dobrze sprawdził, że korepetytor ma obowiązek wystawić fakturę? Bo jak nie to się chyba cały materiał sypnie” – podkreślił.

No i by się sypnął, gdyby nie ostrzeżenia internautów. Trzeba przyznać, że redaktorzy jednak wsłuchali się w głos ludu, bo mimo przygotowanej wcześniej sensacji fakturowej, prowadzący program zdecydował się powiedzieć na końcu jedno istotne zdanie.

Podkreślił, że zgodnie z wprowadzoną przez rząd PiS 30 kwietnia 2018 roku Konstytucją Biznesu , osoba, której przychody nie przekroczą 1000 zł miesięcznie, nie będzie musiała zakładać firmy, no i co oczywiste, wystawiać faktury.

I choć to kapiszon, to nie zmienia faktu, że w stylu z minionych czasów.

Propaganda zagrożonej i rozwścieczonej władzy uderzyła w tony nienawiści znane z najczarniejszych okresów PRL.

W marcu roku 1968 byłem ośmioletnim dzieckiem i nie rozumiałem, co dzieje się w Polsce, pamiętam jednak atmosferę grozy, która towarzyszyła rozmowom moich rodziców i ich znajomych. Dopiero po latach, czytając relacje i historyczne opracowania na temat tamtych wydarzeń, pojąłem ich istotę i byłem w stanie ocenić stopień ześwinienia propagandystów władzy.

Przywołajmy kilka nazwisk: Piotr Goszczyński, Tadeusz Kur, Ryszard Gontarz… Dziś nikomu nic one nie mówią. To pocieszające i optymistyczne. Medialne kanalie, które wówczas budziły powszechną wściekłość i nienawiść (redaktor naczelny „Polityki” Mieczysław F. Rakowski nazwał tych osobników „gnidami polskiego dziennikarstwa”) są kompletnie zapomniane.

Myślę, że ten los czeka też propagandowych lokajów obecnego reżimu. Nawet jeżeli teraz przy lekturze słów Stanisława Janeckiego, braci Karnowskich, Rafała Ziemkiewicza, Cezarego Gmyza i wielu innych ogarnia nas złość i obrzydzenie, miejmy świadomość, że za kilka lat o istnieniu tych ludzi nikt już nie będzie pamiętać. Pozostanie tylko wspomnienie specyficznego fetoru unoszącego się nad debatą publiczną w Polsce w mrocznym okresie pisowskiego pełzającego zamachu stanu.

Pisarze do piór, studenci do nauki, nauczyciele do tablicy

Dzisiejsza propaganda dorównuje marcowej z 1968 r. nie tylko pod względem obrzydliwości. Nawet chwyty retoryczne są żywcem zaczerpnięte z ówczesnego rezerwuaru. „Pisarze do piór, studenci do nauki!” – głosiło popularne hasło, wymierzone w inteligencję, która buntowała się przeciw władzy. Dziś miejsce studentów i pisarzy zajmują strajkujący nauczyciele. „Nauczyciele do tablicy” – wzywają więc propagandyści PiS.

„Szkoła jest od nauki. Nauczyciel jest od nauczania i wychowywania” – pisze anonimowy funkcjonariusz portalu braci Karnowskich, atakując nauczyciela, który w czasie lekcji matematyki ośmielił się niepochlebnie wypowiedzieć na temat programów rozdawnictwa, demotywujących ludzi do pracy. W artykule zacytowano komentarz Dariusza Niedzielskiego, wiceszefa oświatowej „Solidarności” w Zielonej Górze, który potępił nauczyciela-warchoła, podkreślając: „Przecież nauczyciel ma podstawę programową do zrealizowania. Mamy płacone za to, żeby uczyć dzieci”.

Dobór komentatora też nawiązuje do PRL-owskiej tradycji, w której związki zawodowe i inne organizacje rzekomo „społeczne” były nadzorcą ludu i pasem transmisyjnym władzy. Dziś w tej roli występuje reżimowy związek zawodowy „Solidarność”, z którego nauczyciele masowo się wypisują.

Epitety, wyzwiska, donosy i haki

By obrzydzić opinii publicznej nauczycielskich działaczy, pisowska propaganda atakuje ich personalnie, szukając wszelkich możliwych haków, wypominając przeszłość, ujawniając stan majątkowy. Wcześniej ofiarą takich zniesławień padali aktywiści KOD, sędziowie, działacze sektora NGO-sów – teraz kolej na nauczycieli.

Gdy w jednej ze szkół strajk uniemożliwił przeprowadzenie egzaminu, TVP natychmiast wzięła na celownik dyrektorkę tej placówki, ani słowem nie wspominając, że starała się zapewnić zastępstwo w komisji egzaminacyjnej, ale nie znalazła chętnych. Zamiast tego widzowie dowiedzieli się o jej stanie majątkowym: „20 tys. zł pensji rocznie, 100 tys. zł odłożone, dom i mieszkanie o wartości 750 tys. zł, mercedes. To przemawia do wyobraźni. W oświacie można zarabiać przyzwoicie. Trzeba też się przyzwoicie zachowywać”. Powiedział to niejaki Miłosz Manasterski, kolejny godny kontynuator chlubnych tradycji marca 1968 (ponoć „pisarz i poeta” – ktoś? coś?).

W normalnych warunkach akcja strajkowa nauczycieli nie wzbudziłaby wielkiej sensacji, bo mieści się w ramach reguł gry demokratycznego państwa prawa i kapitalizmu. Takie wystąpienia i żądania płacowe różnych grup zawodowych to wręcz rutyna. Jedynie w państwie autorytarnym strajki pracownicze traktowane są jako atak na fundamenty ustroju i na dobry rząd, który dwoi się i troi, by Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej. Mieliśmy z tym do czynienia w PRL – i dziś odbite echo tamtej rzeczywistości do nas wraca.

Protest nauczycielski Rafał Ziemkiewicz nazywa „rokoszem”, na forach internetowych strajkujący określani są mianem „terrorystów”. „Chuligan polityczny” – tytułuje szefa ZNP Sławomira Broniarza pisolubna komentatorka TVP Elżbieta Królikowska-Avis. „Niestety – jedyne, czego dzieci mogą się dziś nauczyć od wielu nauczycieli, to agresja. Smutne” – faryzejsko martwi się anonimowy komentator bliżej nieznanego serwisu o nazwie „Centrum medialne”.

A to lemingi! Nie dość, że robią zrzutkę, to jeszcze są skąpi

Ludzie wspierający strajkujących są obrażani, obrzucani epitetami. „Wyskakiwać z kasy, lemingi” –szydzi Rafał Ziemkiewicz i sugeruje, że zebrane środki zostaną zdefraudowane.

Równocześnie jednak obrońcy władzy sprawdzają kto, ile dał na fundusz strajkowy, by wypomnieć, że za mało. Lech Wałęsa dał 1000 zł. „Kwota nie powala” – komentuje autor w „Do Rzeczy”.

„A ile PLN przeznaczył na wspomniany fundusz z własnych pieniędzy red. Maziarski z GW?” – dopytuje się na Twitterze komentator podpisany „Jarosław”. Spieszę więc odpowiedzieć: przekazałem nauczycielom 500 zł z 500 plus mojej córki.

Nauczyciele, warchoły, Żydzi

Wyróżnikiem propagandy marcowej 1968 roku był wątek antysemicki, niewystępujący na taką skalę w innych okresach PRL. To właśnie on nadał ówczesnym wydarzeniom tak złowieszczy koloryt. Antysemicki, faszyzujący Marzec 68 był wyjątkowym paroksyzmem agresji, nawet mierząc standardami komunistycznej normalności. I pod tym względem dzisiejsze praktyki dorównują marcowym.

Ówczesna władza chytrze podsycała antysemityzm i odwoływała się do antyżydowskiego resentymentu wielu Polaków, mówiąc o „antysyjonizmie”. Dzisiejsza ma analogiczną metodę – mówi o rzekomym „antypolonizmie”, dając do zrozumienia, że my, Polacy musimy się trzymać razem (ma się rozumieć – pod przywództwem PiS), bo atakują nas Izrael i żydowska diaspora.

Efekt tych zabiegów widać na forach internetowych i w komentarzach pod artykułami propagandystów prawicy. Oto dwie typowe próbki spod artykułu o ukonstytuowaniu się społecznego komitetu Wspieram Nauczycieli na portalu braci Karnowskich:

Pewnie cały Polski świat artystyczno filmowy, jak by nie było czerwono-żydowski, przystąpi do poparcia tej w jakiejś formie próby obalenia PiS w roku wyborczym. Lobbowaniem za czerwono-żydowskim ustrojem.

TVN i GW to antypolskie żydowskie media, no i Żakowski, Wałęsa tyż z Polską nie mają nic wspólnego.

Wywalić z roboty na zbity pysk

Marcowa propaganda 68 wyróżniała się też skalą wezwań do stosowania represji i przemocy. Medialni funkcjonariusze reżimu namawiali władze do karania wrogów, stawiania przed sądem, a nawet do wypędzania z Polski. To niebywałe, że w trzeciej dekadzie po upadku komunizmu w Polsce takie głosy znów się rozlegają – i to nie tylko na anonimowych forach internetowych, lecz w oficjalnym, pierwszym obiegu publicystycznym.

Odzywają się kolejni – znani z imienia i nazwiska – podżegacze i nienawistnicy, wzywający władzę, by zastosowała represje, postawiła organizatorów strajków przed sądem, dokonała czystki, wrzucając ich z pracy itp. Chyba jako pierwszy powiedział to były naczelny „Faktu” Grzegorz Jankowski, pisząc na Twitterze: Zupełnie niespodziewanie rządowi sama wchodzi w ręce okazja do totalnej reformy systemu szkolnego: od programów po ludzi. Nigdy żaden rząd nie miałby tak wysokiej akceptacji społecznej do takiej zmiany jak teraz”. Rychło odezwali się następni.

„Nauczyciele, którzy namawiają swoich kolegów, żeby w ramach protestu nie klasyfikować uczniów ostatnich klas szkół średnich i uniemożliwić im zdawanie matury, popełniają przestępstwo. Powinien nimi z urzędu zająć się prokurator. Moim zdaniem nauczycieli, którym takie pomysły przychodzą do głowy kuratoria powinny też odsuwać od pełnieni funkcji zawodowych” – napisał na Facebooku przewodniczący kolegium IPN, historyk prof. Wojciech Polak.

„Jeżeli mamy nauczycieli, którzy są gotowych poświęcić dobro uczniów, to znaczy, że nie nadają się do zawodu nauczycielskiego” – to z kolei publicysta Maciej Pawlicki w TVP.

Zacytujmy więc jeszcze jeden głos sprzed pół wieku. Komentując nagonkę propagandową marca 1968, ówczesny redaktor naczelny tygodnika „Polityka” napisał: „Świnią się ludzie, o których nigdy człowiek by nie pomyślał, że potrafią się stoczyć na takie dno. Jestem świadkiem upadku najlepszych tradycji dziennikarstwa polskiego”.

Zmieńmy datę na kwiecień 2019 i nikt nie zauważy, że to opinia sprzed lat.

26 maja Polacy podziękują rządzącym za „Wesołe” Święta”.

PiS podkłada świnię i krowę pod wybory do europarlamentu za pieniądze, których jeszcze nie ma i którym był przeciwny

7 Kwi

>>>

To, ile czasu przeznaczyło Prawo i Sprawiedliwość na konwencję regionalną we Wrocławiu, a ile w Kadzidle k. Ostrołęki na Kurpiach doskonale pokazuje, wśród kogo partia Jarosława Kaczyńskiego będzie szukała swojego elektoratu w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Przedstawiciele dobrej zmiany wyraźnie obawiają się swojego głównego konkurenta na wsi – Polskiego Stronnictwa Ludowego, którego szef świetnie zaprezentował swoją formację na wspólnej konwencji Koalicji Europejskiej, dlatego wizerunek w wersji “lite” skierowany do centrowego elektoratu postanowili odłożyć na półkę. Obawy Jarosława Kaczyńskiego odzwierciedlone zostały przez jego przemówienie i dość zdumiewające obietnice, które złożył rolnikom.

Będziemy zabiegać, chcemy walczyć i zabiegać o interesy Polski, w tym przede wszystkim, o interesy polskiej wsi, chcemy większych dopłat dla polskiego rolnictwa – myśleniem życzeniowym trąciła wypowiedź prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego, który butnie stwierdził, że PiS jest partią polskiej wsi i to „prawdziwą, nie udawaną”. W swoim przemówieniu, jak zresztą zwykle, operował utartymi sloganami i nie popisał się zorientowaniem w temacie rolnictwa. Obiecał za to walkę o wyższe dopłaty w Unii Europejskiej i nowe „500 plus” … na każdą krowę.

Jak się jednak okazuje, wspomniana dopłata „500 plus” na krowę nie jest niczym innym, jak programem unijnym, do którego Kaczyński nie ma żadnych praw. 

Mateusz Morawiecki oraz prezes Kaczyński dużo uwagi skupili również na wyrównaniu szans małych i średnich gospodarstw rolnych oraz ulgach dla tych dużych, sięgających do 40 tys. złotych w handlu detalicznym, przez nich prowadzonym.

Kaczyński mówił też: „W UE trzeba walczyć, zabiegać o interesy Polski, w tym przede wszystkim interesy polskiej wsi. Jeżeli spojrzeć na dzieje EWG, a później UE, na podział środków, to tutaj pomoc dla wsi jest na pierwszym miejscu. To nie jest żadna łaska, tylko absolutna konieczność. Wyobraźcie sobie państwo, co byłoby, gdyby nie było tych środków dla wsi. Wtedy żywność musiałaby być dużo droższa, a co za tym idzie wszystko musiałoby być droższe. Ci, którzy wymyślili środki dla wsi, dobrze rozumowali. One zapewniały przez dziesięciolecia rozwój Europy, a w ostatnich latach także Polski […] Zwiększenie naszego udziału w tej puli, która jest dzielona co 7 lat dla rolnictwa. W tym, które mija, to było 8 proc. dla polskiego rolnictwa w całej tej puli. Chcę Państwu powiedzieć, iż wywalczymy to, że będzie to więcej! Ale to nie wszystko. Chodzi też, aby nas właściwie potraktowano, jeżeli chodzi o tzw. program rozwoju obszarów wiejskich. My będziemy twardo zabiegać o to, żeby Polska tym razem dostała najwięcej ze wszystkich państw, jeżeli chodzi o ten program”.

Biorąc pod uwagę reputację Polski pod rządami PiS w Unii Europejskiej, zorientowanie polityczne i nawet kompetencje językowe „jedynek” Prawa i Sprawiedliwości w porównaniu do kandydatów KE, to słowa Kaczyńskiego, że będzie twardo zabiegał są bardzo trafne. Może jednak zabiegać daremnie aż do kolejnych wyborów do Europarlamentu, bo to, jak bardzo dobrej zmianie zależy na wyrównywaniu szans w rolnictwie widać gołym okiem. Ba, mówią o tym sami protestujący rolnicy z AGROunii, którzy już od dawna domagają się dymisji ministra rolnictwa. Swój “szacunek” do tej grupy społecznej dobitnie wyraził ten ostatni mówiąc o “intelektualnej pustce” protestujących. Kaczyński boi się wsi postępowej, bo oznacza to topniejący elektorat, ludzi odpornych na miałkie obietnice premiera Morawieckiego, dlatego bez wahania rozrzuca wyborczą kiełbasę. Ale czy naprawdę prezes ma rolników za głupców?

Jeśli Jarosław Kaczyński liczył, że jego przaśna konwencja regionalna na Kurpiach odbije wieś z rąk Polskiego Stronnictwa Ludowego to srogo się na tym zawiedzie. Nie zmienią tego czcze zapewnienia, że jego partia postara się o zwiększenie budżetu przeznaczonego na polską wieś, ani bliżej nieokreślone obietnice, które złożył wraz z premierem Morawieckim. Tematem, który zwrócił największą uwagę komentatorów jest perfidna ściema Kaczyńskiego o nowym programie 500 plus na krowę, który jest teraz żywo komentowany w internecie. Jak nietrudno się spodziewać, w niekoniecznie przychylnym dla prezesa tonie.

W przeddzień strajku nauczycieli sypie pieniędzmi jak z rękawa. O ile „Jarkowe” dla emerytów spełnia wszelkie znamiona politycznej łapówki, to skala i data złożenia obietnicy dopłat na krowy i owce zakrawa o absurd. Jak widać, nietrudno wydawać cudze pieniądze.

Z wyliczeń Dariusza Rosatiego podwyżka dla nauczycieli kosztuje państwo 8 mld złotych, „Trzynastka od Jarka” zaś tylko 11 mld. Kalkulacja tyczy się jednak liczby potencjalnych wyborców. Czym jest spełnienie żądań krnąbrnej rzeszy ledwie pół miliona nauczycieli wobec prawie dwudziestokrotnie większej ilości emerytów, według Prawa i Sprawiedliwości bardziej podatnych na umizgi? Kaczyński jak ognia boi się nie mniej słusznych żądań innych grup zawodowych w razie spełnienia postulatów ZNP. PiS, jak święty Mikołaj z worka sypie prezentami, które wystarczą na pielgrzymkę do Medjugorie, dokąd więc wybierze się świnia, czy prezes po raz pierwszy da jej ujrzeć niebo?

Strajk nauczycieli jest już praktycznie przesądzony. Do tej pory postulaty nauczycieli nie spotkały się z poważnym traktowaniem ze strony rządzących, poczynając od durnej wypowiedzi min. Szczerskiego o braku celibatu dla nauczycieli, nonszalanckiej postawy minister Zalewskiej, przez nienawistną kampanię Wiadomości TVP, a kończąc na misji mediacyjnej minister bez teki i bez kompetencji Beaty Szydło. Dziś groźba paraliżu polskich szkół, który uderzy nie tylko w uczniów, zajrzała rządzącym w oczy. Dlatego zdecydowali się na rozmowy ostatniej szansy  i to dosłownie na ostatnią chwilę.

“Przedstawiciele rządu zaproponowali kolejne spotkanie z centralami związkowymi w celu przedstawienia na piśmie propozycji, która została zaanonsowana w piątek” – powiedział szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michał Dworczyk. Rozmowy ostatniej szansy mają odbyć się  w niedzielę o 19.00 w Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog”. Biorąc pod uwagę, że mniej więcej 12 godzin później w polskich szkołach zadzwonią dzwonki rządzący zostawili sobie zaskakująco niewiele czasu na działanie. Uświadomiła to sobie najwyraźniej Beata Szydło, która zadeklarowała, że rozmawiać może nawet wcześniej.

Związek Nauczycielstwa Polskiego i oświatowa „Solidarność” już zadeklarowały swój udział, Forum Związków Zawodowych czeka zaś jeszcze na zaproszenie.

Ostatnia propozycja Beaty Szydło to tzw. nowy kontrakt społeczny dla nauczycieli, który przewiduje zmianę pensum do 22 lub 24 godzin, co skokowo do 2023 roku miałoby pociągnąć za sobą wzrost wynagrodzenia. Kto jednak uwierzy w podwyżki odroczone na cztery lata, kiedy Prawo i Sprawiedliwość co tydzień na konwencjach sypie kolejnymi piątkami?

Do strajku ma przystąpić ponad 15 tys. szkół, najwięcej z nich bo 97 proc. w woj. pomorskim. Dla rządu protest nie będzie więc jedynym zmartwieniem, większym może okazać się wielka porażka wizerunkową tuż przed wyborami do Europarlamentu. Dlatego Beata Szydło postanowiła jeszcze raz odwrócić kota ogonem i spróbowała przedstawić szefa ZNP jako hamulcowego dialogu rządu z nauczycielami. Ludzka pani, chce dialogu, a źli nauczyciele straszą strajkiem.

W ten sposób Prawo i Sprawiedliwość przestrzeli wybory. Przedstawiciele dobrej zmiany wydają się nie być zorientowani w skali społecznego wsparcia dla strajkujących, butnie sądząc, że prymitywna propaganda dostatecznie napuściła obywateli na nauczycieli. PiS już od jakiegoś czasu przedstawia strajk jako motywowany politycznie, a Sławomira Broniarza określa wysłannikiem Schetyny. Taka strategia może jednak zawieść, o czym już wkrótce władza może się boleśnie przekonać.

Strajk szkolny to dzwonek alarmowy dla władzy. Rządy PiS wchodzą w okres schyłkowy i ci, którzy mają na sumieniu łamanie prawa, powinni zacząć gromadzić argumenty na rzecz łagodnego wymiaru kary.

Kilka tygodni temu w publikowanym tu felietonie prognozowałem, że PiS prawdopodobnie potknie się nie o łamanie konstytucji i niszczenie niezależności sądownictwa, lecz o chaos w szkołach, do którego doprowadziły działania niekompetentnej minister Anny Zalewskiej. Widząc rozwój sytuacji, mam gorzką satysfakcję, mogąc wykrzyknąć: „A nie mówiłem?!”.

Piszę to w sobotę 6 kwietnia. W środę 10 kwietnia moja córka ma przystąpić do egzaminu gimnazjalnego. Czy przystąpi? Bóg jeden raczy wiedzieć, ale wiele wskazuje na to, że nie. Jej szkoła pewnie będzie strajkować. Co dalej? Co z rekrutacją do liceum, gdzie jednym z kryteriów są wyniki egzaminu? Nie wiadomo.

Przewidując trudności, wielu rodziców już zawczasu zgłosiło się do liceów niepublicznych, które mają własne kryteria naboru. Tyle tylko, że miejsc dla wszystkich nie starczy, a w dodatku szkoły takie są wyłącznie w wielkich miastach i trzeba za nie płacić – czesne przekracza finansowe możliwości wielu, może nawet większości przeciętnych rodzin. W ten oto sposób chaos spowodowany przez PiS przyczynia się do pogłębienia społecznych nierówności i rozziewu między Polską wielkomiejską a prowincjonalną.

Dla kogo kasa jest, a dla kogo nie ma

Wkurzenie w kręgach nauczycieli i rodziców narasta. Rząd i jego usłużni propagandyści usiłują skierować niechęć rodziców przeciw nauczycielom, sugerując, że to oni odpowiadają za komplikacje, z jakimi będą musieli się mierzyć absolwenci podstawówek i ostatnich klas zlikwidowanych gimnazjów, jednak nie wydaje mi się, by te propagandowe manipulacje mogły liczyć na sukces. Ja sam strajk popieram i wszyscy rodzice, z którymi miałem okazję rozmawiać wyrażają podobne stanowisko.

Chyba nawet rządzący zaczęli sobie z tego zdawać sprawę i w ich wypowiedziach pojawił się ton biadolenia: „Słyszałam w Kielcach, że nauczyciele, którzy nie chcą strajkować są szykanowani i jest na nich wywierana presja” – ubolewa Beata Szydło, sugerując, że gdyby nie ta rzekoma „presja”, poparcie dla strajku byłoby wśród nauczycieli mniejsze. A więc – dedukujmy dalej – jest duże.

A jakie ma być? Zwłaszcza po ostatnich wyczynach PiS-u, który z jednej strony mówi, że pieniędzy na podwyżki nie ma, a z drugiej strony hojnie sypie mamoną, by sfinansować swoje wyborcze potrzeby. Kasa na 500 plus dla pierwszego dziecka i na 13. emeryturę się znalazła. Jest miliard – MILIARD! – dla partyjnej szczujni TVP. Są pieniądze na zakup kolejki linowej na Kasprowy, na propagandowy rejs dookoła świata, na Polską Fundację Narodową, na kompromitujący Polskę w świecie IPN, na pensje zaprzyjaźnionych pań w NBP. Ale dla nauczycieli nie ma. Bo nauczyciele to nie elektorat Kaczyńskiego.

Awantura szkolna najlepiej zdemaskowała charakter tzw. dobrej zmiany i ujawniła istotę tego, co nastąpiło w Polsce po 2015 roku. Otóż, nowa ekipa, która doszła wtedy do władzy, w odróżnieniu od poprzednich, traktuje kraj jak swój prywatny folwark, na którym może „po uważaniu” rozdawać kasę i podejmować decyzje, nie przejmując się żadnymi regułami ani formalnymi wymogami.

Jakaś konstytucja, jakieś prawo, jakiś budżet? Nie będziecie nam tu wyjeżdżać z takimi rzeczami, my jesteśmy suwerenem i robimy, co nam się żywnie podoba. Dajemy premie, bo się nam należą, kupujemy głosy w wyborach, bo możemy to zrobić i nikt nam nie podskoczy, zmieniamy nazwy ulic i stawiamy swoje pomniki, bo tak się nam podoba, budujmy podwójne wieże na naszą chwałę i powołujemy swoich sędziów.

W arsenale PiS nie ma Wunderwaffe

Jednak ta epoka nieodwołalnie się kończy na naszych oczach. Najwyższa pora, by także rządzący zaczęli sobie z tego zdawać sprawę. Gdy tylko uświadomią sobie, że już jesienią stracą władzę i wielu z nich będzie zapewne musiało odpowiadać na pytania prokuratorów, być może zmaleje ich gorliwość w łamaniu zasad państwa prawa. Może nagle ubędzie podstępowań dyscyplinarnych przeciw sędziom broniącym swej niezawisłości i przestaniemy czytać doniesienia o takich incydentach, jak ostatnio w Olsztynie, gdzie sędziowie, radcy prawni i adwokaci stanęli na ulicy do zdjęcia z napisem „Murem za Dorotą” – i za ten gest wsparcia dla sędzi, która ma kłopoty, bo założyła koszulkę z napisem „Konstytucja”, zostali spisani przez policję, bo ponoć uczestniczyli w „nielegalnym zgromadzeniu”.

Skorzystajmy z okazji i podajmy personalia tego, który policję zawiadomił i który po upadku „dobrej zmiany” – miejmy nadzieję – sam stanie przed rzecznikiem dyscyplinarnym, a może nawet prokuratorem i sądem: to sędzia Maciej Nawacki, prezes Sądu Rejonowego w Olsztynie i członek nowej Krajowej Rady Sądownictwa.

Kiedy wreszcie do takich ludzi jak Nawacki dotrze fakt, że czas ich panowania nieuchronnie się kończy i że pora by już była zatroszczyć się o jakieś alibi i postarać się o argumenty uzasadniające wniosek o niski wymiar kary? Historia uczy, że funkcjonariusze reżimów bardzo często aż do samego końca nie uświadamiają sobie powagi sytuacji, wierząc wbrew oczywistym faktom, że stanie się cud, pojawi się jakaś „wunderwaffe”, która odmieni los wojny.

Wielce znamienny była wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, którą zacytował austriacki biznesmen Gerald Birgfellner w wywiadzie opublikowanym w „Gazecie Wyborczej”. W trakcie kampanii przed wyborami samorządowymi, kiedy dla wszystkich było oczywiste, że Patryk Jaki nie ma w Warszawie żadnych szans, prezes PiS z pełnym przekonaniem opowiadał swemu austriackiemu rozmówcy, że walka jest wyrównana i Jaki może wygrać.

Wygląda na to, że wbrew faktom Kaczyński rzeczywiście w to wierzył i że podobna wiara jest dziś udziałem wielu polityków i funkcjonariuszy obozu rządzącego. Najwyższa pora, by we własnym dobrze pojętym interesie wrócili z wirtualnej rzeczywistości do realu. Powinni wręcz być wdzięczni nauczycielom, że swoim strajkiem im w tym pomagają, ściągając ich na ziemię.