Tag Archives: Wojciech Kwaśniak

Rozdwojenie jaźni Ziobry: schizofrenia łamana przez paranoję

29 Gru

„Spytałem Z. Ziobrę o to, czy przeprosi W. Kwaśniaka za słowa o „rozzuchwalaniu przestępców”. Pismo kierowane na Min. Sprawiedliwości-PG i wychodzi rozdwojenie jaźni. Min. Spraw. odmawia odpowiedzi, twierdząc, że ZZ wypowiedział te słowa jako… Prokurator Generalny” – napisał poseł PO Krzysztof Brejza na Twitterze. Do wpisu dołączył swoją korespondencję z szefem resortu sprawiedliwości – prokuratorem generalnym. O słowach Ziobry na temat byłego wiceprzewodniczącego KNF Wojciecha Kwaśniaka pisała w swoim felietonie Eliza Michalik „Ziobro chciał „przykryć” aferę KNF „aferą Kwaśniaka”.

Internauci nie kryli oburzenia odpowiedzią, którą otrzymał poseł Brejza. – „Czy nie jest to lekceważenie i kpina z urzędu. Ci ludzie już tak się rozzuchwalili i są pewni, że będą rządzić dalej, że miło będzie popatrzeć na ich rozczarowanie. Buta kroczy przed upadkiem. W tym przypadku upadek będzie bolesny”; – „To może zrzutka na wizytę u psychiatry dla MS-PG. Rozdwojenie jaźni, niebezpieczne schorzenie”. – „To szczyt bezczelności czy głupoty?” – skomentował prof. Leszek Balcerowicz.

Nie zabrakło też kpin. – „Jako PG winien postawić sobie zarzuty, przesłuchać w charakterze podejrzanego i złożyć wniosek do sądu o areszt tymczasowy, jednocześnie składając dymisję z zajmowanych stanowisk!”; – „A jak zapyta Pan Prokuraturę, to odpowiedzą, że Ziobro powiedział to jako Minister Sprawiedliwości. Bareja się kłania”; – „Robi numer na paragraf 22?”.

Mamy też konflikt pomiędzy prawem społeczeństwa do kontroli poczynań władzy a dyplomatyczną dyskrecją niezbędną dla prowadzenia polityki. Tyle że tym konfliktem akurat władza PiS się nie przejmuje. Bo cała sprawa to dla niej po prostu narzędzie do atakowania politycznego wroga. A tłumaczce zostaje obywatelskie nieposłuszeństwo.

Dowody zbrodni?

Za kilka dni prokuratura ma przesłuchać tłumaczkę wielu polskich prezydentów i premierów Magdalenę Fitas-Dukaczewską na okoliczność rozmów premiera Donalda Tuska z prezydentem Władimirem Putinem tuż po katastrofie smoleńskiej. Prokuratura – przynajmniej w deklaracji – uzasadnia to dążeniem do ustalenia, czy premier Tusk popełnił zdradę dyplomatyczną, godząc się na to, by katastrofa wyjaśniana była zgodnie z konwencją chicagowską, czyli aby na miejscu prowadziła ją prokuratura rosyjska. „Zdradę dyplomatyczną” definiuje art. 129 kk. To „działanie na szkodę RP w stosunkach z rządem obcego państwa lub zagraniczną organizacją” (kara od roku do lat 10).

Nie bardzo wiadomo, co do tej sprawy miałyby wnieść zeznania tłumaczki, bo to, że strona polska zgodziła się na konwencję chicagowską jest niesporne. Sporna jest jedynie ocena prawna, czy ta zgoda była przestępstwem.

Być może – czego prokuratura nie deklaruje – zeznania tłumaczki mają dać dowód na inne przestępstwo, w sprawie którego też toczy się postępowanie: rzekomej organizacji zamachu i przyczynienia się do śmierci 96 osób. Może prokuratura ma nadzieję, że w obecności tłumaczki nad ciałami ofiar katastrofy prezydent Putin powiedział do premiera Tuska coś w rodzaju „melduję wykonanie zadania”?

Jarosław Kaczyński ratuje Polaków od smoleńskiej paranoi

Przesłuchanie zbędne i groźne

Przesłuchanie Magdaleny Fitas-Dukaczewskiej, oznaczające przymuszanie jej do ujawnienia tajemnicy tłumacza, nie jest konieczne ani nawet uzasadnione prawnie. Jest natomiast wydarzeniem precedensowym i ma charakter polityczny, bo może służyć do ataków i manipulacji informacjami o polityce prowadzonej przez politycznych konkurentów.

Siedmiu byłych prezydentów i premierów, których rozmowy tłumaczyła Magdalena Fitas-Dukaczewska: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Komorowski, Jan Krzysztof Bielecki, Waldemar Pawlak i Hanna Suchocka, podpisało list protestacyjny, w którym przesłuchanie tłumaczki uznają za „złamanie zasady prawa i obowiązku tłumacza do zachowania pełnej tajemnicy przebiegu najważniejszych rozmów politycznych”, które „narazi polską dyplomację na utratę wiarygodności w przyszłych kontaktach zagranicznych”. Zwracają uwagę, że Dukaczewska „była dopuszczona (także przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Jarosława Kaczyńskiego) do największych tajemnic polskiej dyplomacji”.

Oczywiście można powiedzieć, że tajemnicom nic się nie stanie, bo przejmie je i pieczołowicie ochroni prokuratura. Tyle że dziś jest ona formacją polityczną podległą partii rządzącej. A śledztwa nie raz już służyły PiS-owi – także za poprzednich rządów – do prowadzenia polityki. Stojący na jej czele Zbigniew Ziobro zadbał zaś o to, by mieć prawo publicznie ujawniać wybrane przez siebie i dowolnie skomponowane informacje ze śledztwa. W takich rękach żadna tajemnica, w tym dyplomatyczna, nie jest bezpieczna. I służyć może politycznej manipulacji.

Czy możemy mówić o tajemnicy?

Rozmowy polityków w cztery oczy są poufne, ale nie pod względem prawnym. Żeby miały klauzulę poufności, ktoś musiałby ją każdej takiej rozmowie nadawać. A tego się nie da zrobić fizycznie, bo rozmowa to rozmowa, a nie dokument.

Rosyjskie gry wokół Smoleńska

Można by uznać z góry wszelkie rozmowy polityków określonego szczebla za tajemnicę, ale nie ma do tego podstawy prawnej. Nie ma w polskim prawie takiego pojęcia, jak tajemnica dyplomatyczna. Usiłowano je wprowadzić w 2012 r., po protestach w sprawie umowy ACTA i żądaniach, by rząd – Tuska – ujawnił swoje stanowisko negocjacyjne dla Komisji Europejskiej w tej sprawie (ujawnił). Parlament to prawo nawet uchwalił, ale Trybunał Konstytucyjny uznał przepis za niekonstytucyjny ze względu na tryb uchwalenia (tzw. wrzutka Rockiego, na etapie prac w Senacie). Potem rząd PO-PSL próbował do sprawy wrócić, ale budziła duży opór ze względu na naruszenie gwarantowanego konstytucją prawa obywateli do informacji o działaniach władzy publicznej.

Władza chciała, by tajemnicą dyplomatyczną były „informacje dotyczące spraw zagranicznych lub członkostwa Rzeczypospolitej Polskiej w Unii Europejskiej, których udostępnienie osobom i podmiotom niewykonującym zadań publicznych wymagających dostępu do takich informacji może osłabiać pozycję negocjacyjną lub procesową Rzeczypospolitej Polskiej lub w inny sposób osłabiać ochronę interesów RP lub Polaków za granicą lub interesów Rzeczypospolitej Polskiej związanych z członkostwem w Unii Europejskiej”. Była to zatem definicja „gumowa”, dzięki której można by utajniać właściwie wszystko. Np. właśnie stanowisko w sprawie ACTA czy stanowiska do trybunałów w Strasburgu i Luksemburgu. A także wszelkie rozmowy dyplomatyczne – bo kto by skontrolował ich treść?

Oczywiście rząd i tak może utajniać dokumenty, nadając im klauzulę poufności. Ale od tej klauzuli można się odwołać do sądu. I to jest sposób na znalezienie równowagi pomiędzy prawem do społecznej kontroli poczynań władzy a niezbędnej w dyplomacji dyskrecji. Definicja „tajemnicy dyplomatycznej”, przez swoją rozciągliwość i niedookreśloność, mogła tę sądową kontrolę ograniczyć lub udaremnić.

Skutek braku definicji tajemnicy dyplomatycznej jest taki, że rozmowy polityków w cztery oczy chroni tylko obyczaj. I najczęściej to działa. Latem tego roku w USA wybuchła afera, gdy demokraci żądali przesłuchania w Kongresie tłumaczki rozmów prezydentów Trumpa i Putina na szczycie w Helsinkach. Trump i jego otoczenie odmawiali informacji o treści tych rozmów, a demokraci podejrzewali, że Trump „sprzedał” Putinowi Ukraińców, obiecując poparcie dla referendum w Donbasie za przynależnością do Rosji. Ostatecznie od przesłuchania tłumaczki odstąpiono, szanując jej zobowiązanie do tajemnicy.

Tajemnica tłumacza

O tajemnicy tłumacza przysięgłego mówią międzynarodowe standardy. Polscy tłumacze mają swój Kodeks Tłumacza Przysięgłego. Jego par. 6 stanowi: „Tłumacz przysięgły zobowiązany jest do zachowania tajemnicy zawodowej, którą objęte są wszelkie informacje uzyskane w związku z tłumaczeniem, w tym również informacje, których nieumyślne ujawnienie zagrażałoby bezpieczeństwu obrotu gospodarczego, oraz ponosi całkowitą odpowiedzialność osobistą za sposób ich przechowywania w każdej postaci”.

Magdalena Fitas-Dukaczewska podkreśla dodatkowo, że aby być tłumaczką rozmów dyplomatycznych, musiała dostać tzw. poświadczenie bezpieczeństwa przyznawane przez ABW. Jest dopuszczona do tajemnic najwyższego stopnia i traktuje to jako zobowiązanie do ich bezwzględnej ochrony.

Kto może zwolnić tłumacza przysięgłego z tajemnicy rozmowy premiera? Zapewne premier. Pytanie: który? Premier Morawiecki? Czy premier Tusk, czyli ten, którego rozmowę tłumaczyła?

Z racjonalnego punktu widzenia zwolnienie Dukaczewskiej z tajemnicy przez premiera Morawieckiego jest niemożliwe, bo nie może być dokonane w ciemno. Premier musi najpierw wiedzieć, co było mówione, by ocenić, czy może tłumaczkę zwolnić z tajemnicy i w jakim zakresie. A nie zna treści rozmowy. Uznanie takiego zwolnienia przez tłumaczkę za ważne jest problematyczne.

Luka w prawie

Z tajemnicy zawodowej może ją zwolnić prokuratura. I nie ma przy tym żadnych ograniczeń – takich, jakie są w przypadku dziennikarzy, prawników czy lekarzy (art. 180 kpk, par. 2) :„mogą być przesłuchiwane co do faktów objętych tą tajemnicą tylko wtedy, gdy jest to niezbędne dla dobra wymiaru sprawiedliwości, a okoliczność nie może być ustalona na podstawie innego dowodu”. Nie mówiąc już o ochronie, jakiej podlega dziennikarskie źródło informacji, która może być uchylona tylko dla ścigania najcięższych przestępstw. I tylko przez sąd.

Gdyby tłumacze przysięgli byli chronieni jak dziennikarze w przypadku tajemnicy źródła, można by uznać, że taka ochrona wystarczająco równoważy interes wymiaru sprawiedliwości, prawo społeczeństwa do kontroli poczynań władzy i interes państwa w ochronie tajemnicy dyplomatycznej. Ale dziś tłumacze chronieni są tylko dobrym obyczajem. A ten w państwie PiS nie obowiązuje.

Z politycznego punktu widzenia zwolnienie tłumacza z tajemnicy dyplomatycznych rozmów byłoby niebezpiecznym precedensem zaprzęgającym dyplomację do walk wewnętrznych między rywalami politycznymi. Szczególnie w warunkach, gdy prokuratura jest narzędziem tej politycznej gry.

Magdalena Fitas-Dukaczewska – jak się wydaje – podziela tę opinie i czuje się zobowiązana do lojalności wobec osób, dla których pracowała, i wobec zasad etyki zawodu tłumacza. W tych warunkach pozostaje jej obywatelskie nieposłuszeństwo, czyli odmowa zeznań i poddanie się karze grzywny. Ze świadomością, że prokuratura może ponawiać wezwania na przesłuchania i wymierzać karę grzywny dowolną liczbę razy.

Rząd do ostatniej chwili pracował nad projektem zmian w ustawie o akcyzie, która ma powstrzymać wzrost cen energii elektrycznej w 2019 r. W piątek 21 grudnia opublikowano jej pierwszą wersjęzakładającą obniżenie akcyzy za energię elektryczną z 20 do 5 zł za megawatogodzinę (MWh) i redukcję opłaty przejściowej o 95 proc. – to niewielki element naszego rachunku za energię, który trafia do koncernów energetycznych za rozwiązane w latach 90. kontrakty długoterminowe. Projekt był jednak pełen luk – przepisy nie dawały żadnej gwarancji, że ceny nie wzrosną, nie było też rozwiązań dla firm i samorządów dających im możliwość renegocjacji podpisanych już umów energetycznych na 2019 r. – a do tego politycznie zobowiązali się premier Mateusz Morawiecki i minister energii Krzysztof Tchórzewski. Dlatego wieczorem 27 grudnia, na kilkanaście godzin przed posiedzeniem, pojawiła się autopoprawka do ustawy, dodająca szereg nowych rozwiązań – część z nich pojawiła się w propozycjach MinEner dyskutowanych wewnątrz rządu, do których dotarła Polityka Insight. Posłowie dowiedzieli się o niej następnego dnia z mediów.

Co Morawiecki i Tchórzewski mówią o rosnących cenach prądu

Rząd wraca do pomysłu zamrożenia cen

Zgodnie z autopoprawką opłaty za przesył i dystrybucję energii elektrycznej dla gospodarstw domowych w 2019 r. nie będą mogły być wyższe, niż były 31 grudnia 2018 r., a za sprzedaż – nie wyższe, niż były 30 czerwca 2018 r., uwzględniając przewidziane w ustawie obniżenie akcyzy i opłaty przejściowej. Państwowe i prywatne spółki będą musiały zastosować się do tego od 1 stycznia 2019 r. Prościej mówiąc, rząd zamierza po prostu zamrozić ceny energii elektrycznej dla gospodarstw domowych. Do starych cen mają też wrócić samorządy i firmy. Autopoprawka stanowi bowiem, że spółki obracające energią – zarówno te państwowe, jak i prywatne – będą musiały zmienić zawarte po 30 czerwca 2018 r. umowy z tymi podmiotami, jeśli określona w nich cena za prąd jest wyższa niż w poprzedniej umowie. Firmy energetyczne będą miały na to czas do 1 kwietnia 2019 r., przy czym niższa stawka za energię będzie naliczana już od 1 stycznia.

Prąd plus – czyli będzie drożej

Jest kij, musi być i marchewka

Jeśli firmy energetyczną się nie podporządkują zapisom ustawy i nie obniżą cen, mogą dostać karę w wysokości 5 proc. ich rocznych przychodów. Rząd przygotował jednak też marchewkę, czyli rekompensaty za utracone przychody, które mają pochłonąć ok. 4 mld zł. W tym celu powołany ma zostać nowy Fundusz Wypłaty Różnicy Ceny. To zupełnie nowy twór, który zostanie zasilony m.in. przychodami państwa ze sprzedaży 55,8 mln uprawnień do emisji CO2. To niewykorzystane w przeszłości uprawnienia, które rząd może sprzedać i zasilić budżet państwa – Komisja Europejska już się na to zgodziła. Jednak zgodnie z unijnym prawem 50 proc. przychodów ze sprzedaży tych uprawnień powinno trafić na inwestycje wspierające nowoczesną transformację sektora energetycznego. Tymczasem rząd chce przeznaczyć na rekompensaty aż 80 proc. przychodów ze sprzedaży uprawnień, co może wywołać reakcję Brukseli, która może uznać to za niedozwoloną pomoc publiczną. W takiej sytuacji firmy będą musiały zwrócić otrzymane środki.

Dlaczego jesteśmy zakładnikami węgla

Ceny i tak wzrosną, tylko z opóźnieniem

Propozycje rządu – o ile nie zostaną zakwestionowane przez Komisję Europejską – powinny sprawić, że w 2019 r. nie zapłacimy wyższych rachunków za prąd. Władza zyska spokój w roku wyborczym, przerzucając problem wzrostu cen energii na kolejny rząd, ale cena za mrożenie cen będzie ogromna. Zaproponowane przepisy de facto zawieszają funkcjonowanie wolnego rynku w sektorze energii i mogą doprowadzić do upadku wielu prywatnych sprzedawców i dystrybutorów energii – nie wiadomo bowiem, czy środków na rekompensaty starczy dla wszystkich. Nierozwiązany pozostaje też główny problem polskiej energetyki, czyli oparcie 80 proc. produkcji prądu na węglu. Jeśli ceny uprawnień do emisji CO2 będą rosły dalej – a wszystko na to wskazuje – skala podwyżek w 2020 r. będzie ogromna, ale kolejny manewr z mrożeniem cen może się już nie udać. Środków na rekompensaty może po prostu zabraknąć w budżecie. Kryzys wokół cen energii to też dzwonek ostrzegawczy dla opozycji, która jeśli poważnie myśli o przejęciu władzy, powinna skupić się na przygotowywaniu planów reformy sektora energetycznego i to w sytuacji zbliżającego się spowolnienia gospodarczego.

Podczas Świąt zapomnieli o tym niektórzy hierarchowie Kościoła.

Święta już za nami. Nie powiem, było miło i przyjemnie, ale wielka szkoda, że  niektórzy hierarchowie Kościoła znowu połączyli piękno Bożego Narodzenia i jego przesłanie z polityką.

Metropolita gdański arcybiskup Leszek Sławoj Głódź widocznie świetnie czuje się w roli tego, co to wiedzie swoje owieczki nie tylko ku Chrystusowi, ale i ku właściwym wyborom politycznym. Duchowny naprawdę bardzo się stara, by w 2019 roku Polacy dokonali „dobrego” wyboru i postawili na partię, która ma pełne wsparcie Polskiej Instytucji Kościelnej. Oczywiście, nie powiedział tego wprost, bo jednak nie bardzo wypadało prowadzić podczas pasterki tak jawną agitację polityczną, ale przekaz poszedł bardzo czytelny.

Poprosił, by wierni modlili się żarliwie o „polskie dziś” i „ład polskich serc”. By była to modlitwa „o (…) odbudowę polskiej wspólnoty wspartej o stabilny fundament naszej narodowej tożsamości religijnej i kulturowej, nie skażonej manipulacjami pamięci historycznej. Akceptację i wspieranie decyzji i rozstrzygnięć, które niosą dobrą i konkretną pomoc, m.in. rodzinom. O wykorzenienie z polskiego życia publicznego nihilizmu. Tego jałowego „nie bo nie”, dyktowanego politycznym egoizmem i destrukcją społecznej wrażliwości”. No, jakaż ta opozycja wredna. Teraz, gdy wreszcie jest tak dobrze, gdy mamy tak wspaniałą partię u władzy, ona neguje wszystko i działa wręcz przeciwko Polakom, którym tak super się teraz żyje. Patrz narodzie i słuchaj, a potem przy urnie pamiętaj, kogo wybrać.

Głódź nie zapomniał też o wiernym słudze Kościoła, czyli Henryku Jankowskim, któremu dziękował za „ofiarną posługę w służbie Chrystusa”, a doniesienia medialne o nim nazwał pomówieniami głoszonymi przez środowiska wrogie Kościołowi.

Kolejny propagator jedynie słusznej partii, arcybiskup Stanisław Gądecki, również nie omieszkał wykorzystać Bożego Narodzenia do wygłoszenia swoich prawd o tzw. miękkim totalitaryzmie, który „stara się zmarginalizować chrześcijan i chrześcijaństwo w imię fałszywego szacunku dla tych, którzy nie są chrześcijanami”. Oburzony piętnował te poznańskie szkoły, które zrezygnowały z jasełek i szkolnych wigilii na rzecz spotkań świątecznych, a to postawa nie do zaakceptowania, bo jasełka są zgodne z polskim prawem.

Odwołał się do Konstytucji, mówiąc, że „ustawa zasadnicza zakłada, że władze publiczne zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, zapewniając jednocześnie swobodę ich wyrażania w życiu publicznym. Ponadto Konstytucja stwierdza, że polska kultura jest zakorzeniona w chrześcijańskim dziedzictwie narodu, a strzeżenie jej stanowi obowiązek władz publicznych. Co więcej, prawo oświatowe zakłada, że nauczanie i wychowanie powinno się odbywać z poszanowaniem chrześcijańskiego systemu wartości”. Szkoda, że zapomniał dodać, iż wpisana w Konstytucję wolność sumienia i religii powinna działać w obie strony, czyli… szanujmy prawo do swojej wiary, ale nie narzucajmy jej innym. Nie zmuszajmy wyznawców innych religii, ateistów czy agnostyków do udziału w rzymsko – katolickiej formie świętowania.

Metropolita poznański nie zapomniał wspomnieć też o promowaniu związków jednopłciowych, aborcji czy też programach szkolnych dotyczących seksualności, które nie są niczym innym, jak bezsensownym rozbudzaniem seksualności wśród dzieci. Było też o gender i nieszczęsnej konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet. A wszystkie te działania i postawy to rodzaj kolonizacji, która „zmierza do światowej dominacji ośrodków liberalnych, bo jeśli zniszczy się tkankę społeczną opartą na tradycyjnych wartościach, to nie będzie już żadnej tożsamości narodowej, religijnej ani nawet płciowej. Takim społeczeństwem będzie można najłatwiej manipulować”.

Czy naprawdę takich tekstów oczekiwali katolicy, którzy tłumnie wybrali się na pasterkę? Przecież powinno być o tych pasterzach, którzy przybieżeli do Betlejem, o Bogu, co się narodził tej nocy. Powinno być to kazanie pełne radości, łączące ludzi w miłosierdziu. O nadziei, wierze, miłości, dobrym sercu, wspólnocie….

Tak powinno być, a jednak nie. Odnoszę wrażenie, że w polskim Kościele od jakiegoś czasu toczy się walka między dobrem a złem. Walka, która może doprowadzić tę instytucję do przepaści, bo wierni w końcu się wkurzą i wtedy nie będzie żadnego zmiłuj, a sny o potędze rozpadną się jak domek z kart. Jeszcze nasi duchowni są jak święte krowy, jeszcze czerpią pełnymi garściami kasę z rządowego koryta, jeszcze wciąż bazują na naiwności swoich wiernych, ale już niedługo to potrwa. Albo się wreszcie opamiętają i zajmą swoją robotą albo przyjdzie czas na zaciskanie pasa, a to będzie bolało. Ojjj będzie…

Waldemar Mystkowski pisze o Mateuszu Morawieckim, który rżnie Polaków w kwestii podwyżki cen pradu.

Paniczne zażegnywanie kryzysu, jaki grozi w związku z podwyżką cen prądu, to doskonały przykład PiS w pigułce. Fundnęli nam ten horror na koniec roku, nie powstydziłby się go sam Alfred Hitchcock. Można było ustawę przeprowadzić już dawno i przesunąć pieniądze z jednej kieszeni budżetu do spółek energetycznych, gdyby rząd pracował nad nią.

To, że dzisiaj do Polaków dotrze wiadomość, że podwyżek prądu nie będzie to guzik prawda, bo szybko ceny dadzą znać o sobie. Nie tylko w samorządach, które obciążone są podwyżkami i dostały już rachunki do zapłaty w przyszłym roku, ale w przedsiębiorstwach, które muszą wpisać cenę elektryczności do kosztów produkcji i usług. Ma być zapis w ustawie o renegocjowaniu cen do kwietnia przyszłego roku. Istny „Miś” Barei na przyszłoroczny Prima Aprilis.

Nagła sesja Sejmu pod koniec roku służy tylko temu, aby przepchać ustawę o cenach prądu. Najpierw nagle spłynął projekt ustawy do Sejmu napisany na kolanie, wielkości dwóch stron, aby tuż przed sesją wpłynęła autopoprawka rządu do własnego projektu, mająca 11 stron.

Ile będzie błędów w tej ustawie, można tylko się spodziewać. Zapowiada się  bubel prawny roku, a może nawet kadencji, dziesięciolecia, stulecia, bo Komisja Europejska może nie wydać zgody na zasilanie spółek skarbu państwa.

Mateusz Morawiecki z trybuny sejmowej uzasadniał podwyżkę cen, że to wina  poprzedniego rządu PO-PSL, konkretnie zaś Donalda Tuska, bo nie zawetował szczytu unijnego w sprawie pakietu klimatycznego. Nie trzeba za bardzo się wysilać, aby na stronach prezydent.pl sprawdzić, iż to Lech Kaczyński w 2008 roku ogłosił to „sukcesem polskim”, nie ma zaś słowa o wecie.

Zresztą ograniczenie emisji CO2 jest w interesie naszego zdrowia, które jest najcenniejsze dla nas, o tym powinien wiedzieć Morawiecki, który chcąc się kiedyś popisać znajomością fraszki Jana Kochanowskiego, spowodował wybuch śmiechu w internecie. Debatę i zadawanie pytań na sali sejmowej ograniczono do 30 sekund, które nawet nie pozwalają na wyrecytowanie „Na zdrowie” Jana Kochanowskiego.

Podwyżka cen prądu jest spowodowana zakupem praw do emisji CO2, a my właśnie go zakupujemy za horrendalne ceny, bo rząd niczego nie robi, aby zmniejszyć zagrożenie dla naszego zdrowia i nie produkować rekordowo CO2.

Dlaczego piszę, że Morawiecki to dubeltowy Marek Suski? Z prostego powodu – „orzeł intelektu” Suski powiedział, że gdyby rząd PO Ewy Kopacz nie zamknął kopalni, które planował, to nie trzeba byłoby importować węgla z Rosji. Otóż rząd PO-PSL nie zamknął żadnej kopalni, a zrobiły to rządy PiS Beaty Szydło i Morawieckiego. Z Suskiego możemy się śmiać, bo to tylko fajtłapa, choć jest szefem gabinetu politycznego Morawieckiego. Ten ostatni jest o wiele groźniejszy, gdyż to Pinokio w każdym wygłaszanym zdaniu.

A za prąd zapłacimy więcej w podatkach i to większych, niż gdybyśmy płacili bezpośrednio. Zapłacimy jednak jeszcze czymś bezcennym, czego uczeń Morawiecki w szkole się nie nauczył – zapłacimy swoim zdrowiem. Nie dość, że dubeltowy Suski, tj. Morawiecki, opróżnia nam kieszenie, to zabiera zdrowie, a niektórym życie – 44 tys. Polaków umiera rocznie z powodu smogu.

żegna Kazimierza Kutza;

PiS swoich specjalistów od szmat i matołków chowa głęboko, bo jeszcze raz chce orżnąć publikę

16 Gru

PiS chowa swoich matołków, bo idą wybory.

>>>

Kamil Durczok na silesion.pl odniósł się do ostatniego wystąpienia Mateusza Morawieckiego w Sejmie.

Leszczyna: Wszyscy, którzy pozostaną poza strefą euro, są skazani na porażkę i słabszy rozwój

– Takie hasło [dot. strefy euro] oczywiście zapowiedział Grzegorz Schetyna. Powiedział, że Polska zrobi wszystko, żeby jak najszybciej, w jak najbliższej perspektywie być gotowa do wejścia do strefy euro. Żeby chcieć wejść, trzeba być najpierw gotowym. Zobaczymy jaki będzie stan finansów po tym, jak PiS przegra jesienne wybory i zrobimy wszystko, żeby był w miarę szybko na tyle dobry, żebyśmy do strefy euro, bo wszyscy, którzy pozostaną poza nią, są skazani na porażkę i słabszy rozwój – stwierdziła Izabela Leszczyna w „Kawie na ławę” TVN24.

Kierwiński: SKOK-i zbyt dużo zainwestowały w szeroko rozumiane środowisko dziś związane z PiS-em, żeby nie czuć teraz ochrony

– Jeżeli chodzi o te słowa [o pobiciu Wojciecha Kwaśniaka], skandaliczne słowa, one pokazują tak naprawdę z jakimi ludźmi mamy do czynienia. Mamy do czynienia z ludźmi, którzy staną po stronie bandytów tylko dlatego, aby bronić interesów własnego środowiska politycznego. Bo SKOK-i zbyt dużo zainwestowały w szeroko rozumiane środowisko dziś związane z PiS-em, żeby nie czuć teraz ochrony – stwierdził Marcin Kierwiński w „Śniadaniu w Polsat News” Dariusza Ociepy.

Kierwiński o decyzji Pawłowicz: To chyba kolejna odsłona tego powrotu miłości PiS-u do UE

– To chyba kolejna odsłona tego powrotu miłości PiS-u do Unii Europejskiej. Jeżeli wczoraj na konwencji PISu przez wszystkie przypadki odmieniano Europę, po tych trzech latach demontowania polskiej pozycji w Europie, po trzech latach wojny z Europą i jeszcze wieczorem dowiadujemy się, że osoba, która była zawsze krytyczna wobec UE, była takim najbardziej antyeuropejskim członkiem PISu, wycofuje się z polityki, to to jest zabieg – stwierdził Marcin Kierwiński w „Śniadaniu w Polsat News”.

Karczewski chciałby zasiąść w Pałacu Saskim pod własnym portretem

14 Gru

Jak podaje „Super Express”, Kancelaria Senatu wzbogaciła się o nowy nabytek czyli portret marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego.

Jest to już pewną tradycją, że podobizna każdego z byłych marszałków zostaje umieszczona w galerii portretów. Nikt tego nie neguje, jednak zastanawia cena tego „dzieła”. Kwota 7.700 wydaje się być mocno zawyżona. Piotr Apel z Kukiz’15 nie ukrywa, iż „ponad 7 tys. za portret to jednak dużo. Pytanie, po co on, skoro PiS liczy, że przyszłej kadencji też będzie mieć marszałka. A jeżeli pan marszałek tak bardzo chciał mieć portret, może powinien zapłacić z własnej kieszeni”.

Internauci są bezlitośni. „I pomyśleć, że ta ekipa miała czelność mówić o bizancjum i wypominać ośmiorniczki. Banda megalomanów i pazernych łotrów. Łatwo się wydaje cudze pieniądze na własne zachcianki panie Karczewski? Następny obrazek do kolekcji powinien nosić tytuł „Karczewski w Poroninie” (Artur Kurkiewicz).

Po tych trzech latach sprawowania władzy śmiało można powiedzieć, że PiS niczego sobie nie żałuje. Czerpie z kasy państwa, ile tylko się da, na nagrody dla siebie, premie, ochronę ważniejszych i mniej ważnych swoich polityków, spełnianie mniejszych i większych kaprysów. Ciekawe, jak długo jeszcze państwo wytrzyma to szastanie naszymi pieniędzmi. Ciekawe, jak mocno dokręcą nam śrubę, by móc zachować „odpowiedni poziom finansowy” swoich rządów i odpowiednio nakarmić swoją megalomanię?

Mucha: Nie zgadzamy się na to w jaki sposób został potraktowany Kwaśniak. Jako ósemka posłów jesteśmy gotowi wystawić poręczenie osobom, które 6 grudnia zostały zatrzymane

– Dzisiaj mamy do czynienia z taką sytuacją, kiedy w iście putinowskim stylu rząd Prawa i Sprawiedliwości próbuje zamienić hasło afery KNF, hasłem powracającym do sprawy SKOK-ów i hasłem powracającym do sprawy działania pana Jakubiaka i pana Kwaśniaka i współpracowników, którzy zostali zatrzymani 6 grudnia. W związku z tym zdecydowaliśmy się wydać wspólne oświadczenie. Mówimy w tym oświadczeniu o tym, że nie zgadzamy się na to i jesteśmy w najwyższym stopniu oburzeni tym, w jaki sposób został potraktowany pan Kwaśniak – mówiła Joanna Mucha w Sejmie.

– Jako ósemka posłów podpisujemy się pod oświadczeniem, że jeśli będzie potrzebne osobiste poręczenie z naszej strony, to jesteśmy gotowi takie poręczenie wystawić tym osobom, które 6 grudnia zostały zatrzymane. Poza mną pod tym oświadczeniem podpisali się Janusz Cichoń, Izabela Leszczyna, Jarosław Urbaniak, Marcin Święcicki, Marta Golbik, Krzysztof Brejza i Zofia Czernow – dodała Mucha.

K.Morawiecki: Boję się, że w rządzenie nie wszyscy grają do jednej bramki. Pewien konflikt z Ziobrą jest

Boję się, że nie [wszyscy grają w rządzie do jednej bramki], że tam jest jednak duża rozbieżność. To jest też słabość pana premiera i rządu. Myślę, że te konflikty widać trochę społecznie. Nie jestem wewnątrz i tych konfliktów wewnętrznych nie widzę, ale cały ten okres rocznego rządu pana premiera był usiany rafami, nawet ta sprawa aresztowania byłych szefów KNF. To jest trochę nieodpowiedzialne działanie. Pewien konflikt [ze Zbigniewem Ziobrą] jest co do sposobu procedowania reformy sądownictwa” – mówił w rozmowie z Jackiem Prusinowskim w Radiu Plus Kornel Morawiecki.

Ofiary pedofila Jankowskiego zdają się nie mieć końca

14 Gru

Do fundacji „Nie lękajcie się” zgłosiły się trzy kolejne ofiary księdza Henryka Jankowskiego. – Opisują, jak ksiądz Jankowski się przy nich masturbował czy dotykał ich w miejscach intymnych – mówi prezes fundacji w rozmowie z „Super Expresem”.

Jak informuje „Super Express”, do fundacji „Nie lękajcie się” od momentu nagłośnienia sprawy prałata Jankowskiego zgłaszają się kolejne ofiary, które opisują, że w przeszłości były przez niego molestowane.

Henryk Jankowski. Kolejne zarzuty o pedofilię

Zgłoszenia od kolejnych ofiar księdza Jankowskiego przychodzą do fundacji „Nie lękajcie się” między innymi w formie listów. Nie wszystkie z ofiar chcą ujawniać swoje dane osobowe. W ostatnich dniach do „Nie lękajcie się” zgłosiło się trzech mężczyzn z Gdańska, Anglii i Niemiec, którzy opisują, że byli przez niego molestowani.

– To trzech dorosłych mężczyzn, którzy na przełomie lat 80. i 90. mieli po kilkanaście lat – mówi prezes fundacji „Nie lękajcie się” Marek Lisiński w rozmowie z „Super Expressem”.

Jak dodaje, obaj należeli do parafii świętej Brygidy w Gdańsku, gdzie posługę pełnił Henryk Jankowski.

– Opisują, jak ksiądz Jankowski się przy nich masturbował czy dotykał ich w miejscach intymnych – precyzuje Lisiński.

Sprawa ks. Henryka Jankowskiego

Przypomnijmy, że 6 grudnia w „Dużym Formacie” ukazał się reportaż opisujący relacje ofiar wykorzystywanych seksualnie przez księdza Henryka Jankowskiego.

– Dopadł mnie, gdy szarpałam się z klamką. Dotykał piersi, powiedział, że pokaże mi, co to znaczy od tyłu. Wkładał ręce w majtki i próbował je zdjąć – relacjonowała wydarzenia sprzed lat jedna z bohaterek reportażu.

Również „Fakty” TVN dotarły do kobiety, która twierdzi, że była molestowana przez duchownego. – Każde z dzieci podchodziło i ksiądz Jankowski niektórych sadzał sobie na kolano, głaskał. (…) Pamiętam tylko, że mi wtedy włożył rękę, bo miałam taką krótką sukieneczkę. Włożył mi wtedy rękę pod tę sukieneczkę i ściskał, dotykał moje pośladki – wspominała.

Ks. Henryk Jankowski zmarł w 2010 r. W latach 1970-2004 był proboszczem parafii św. Brygidy w Gdańsku, znany był przede wszystkim jako kapelan „Solidarności”. W związku z reportażem „Dużego Formatu” część mieszkańców Gdańska domaga się usunięcia pomnika prałata.

Jerzy Hausner był gościem Jarosława Kuźniara w „Onet Rano.”. Były minister gospodarki wyraził zaniepokojenie „upartyjnieniem prokuratury”. – Psucie naszego państwa postępowało za czasów różnych rządów. Bardziej lub mniej, ale to działanie to już niszczenie państwa, jego podstaw. Jestem tym przygnębiony – mówił Hausner. – Sytuacja jest naprawdę niebezpieczna. „Dobra zmiana” zafundowała nam daleko idące zmiany instytucjonalne, które prowadzą nas w kierunku antydemokratycznym i niepraworządnym – dodał.

Po tym wywiadzie powinno rozpaść się państwo. Bo to nie był tylko wywiad z urzędnikiem skazanym na skatowanie za uczciwość. To było powiedzenie wprost gdzie żyjemy.

W kraju rządzonym przez polityczne mafie z Wołomina, Pruszkowa, Wiejskiej. SKOK założył senator PiS-u , zarządzał Wołominem facet z WSI, korzystali z kasy politycy różnych partii. W pomniejszeniu struktura Polski. Rządzą nami mafiozi i pedofile stawiający sobie pomniki albo kościoły.

Gdybyśmy nie byli w UE musielibyśmy prosić pisowskich bezpiekoli o wydanie paszportu. Demokrację łatwo rozwalić w kraju, gdzie jej prawie nigdy nie było. Stąd 40 % poparcia dla głupoty i bezprawia. Starczy go na 200 lat jak i węgla.

Ziobro bez obciachu oskarża ofiarę – rozjuszyła morderców tropiąc ich przestępstwa. Zabijając uczciwego, wymierzyliby słuszną karę, jak obłąkany prokurator.

Smog to opary trucizny politycznej i moralnej produkowanej przez rządy wolnej Polski, to nasze pierdy z zaczadzonych głów. Więc czapki z głów panowie, a panie się nie liczą.

Ciekawie w świetle ujawnionych taśm Leszka Czarneckiego, na których wyraźnie słychać propozycję szefa KNF, obiecującego w zamian za zatrudnienie jego człowieka pomoc w rozwiązaniu problemu banku, wygląda dzisiaj relacja pana Solarza z przedstawicielami władzy.

Zacznijmy najpierw od pana Kowalczyka, człowieka, którego chciał wcisnąć do banku Czarneckiego –  Marek Chrzanowski i to z pensją, która miała zamknąć się ostatecznie w kwocie ok. 40 mln. zł. Okazało się, że od pewnego już czasu pan Kowalczyk jest zatrudniony w radzie nadzorczej Plus Banku, należącego do Zygmunta Solorza. Kowalczyk początkowo zapierał się jakichkolwiek kontaktów z Chrzanowskim, w końcu jednak przyznał, że nową posadę otrzymał dzięki jego właśnie rekomendacji.

W tym samym czasie Solorz prowadzi rozmowy z państwem w sprawie transmisji danych w sieci komórkowej o częstotliwości 800 MHz. Spółka Sferia, należąca do Cyfrowego Polsatu nie tylko chce ją zarezerwować na okres 2019 – 2033, ale również złożyła wniosek o rozłożenie opłaty za tę rezerwację na 15 rat czyli po 115 mln rocznie.

12 października prezes UKE przyznał Sferii ową częstotliwość jednocześnie nakazując dokonanie całej opłaty w wysokości 1,7 mld zł do ok. połowy listopada. W dwa dni później Solorz spotyka się z premierem Morawieckim w Świątyni Opatrzności Bożej. Spotkanie to utrzymane było w tajemnicy, ale pod naciskiem dziennikarzy, rzeczniczka rządu Joanna Kopcińska przyznała, że rzeczywiście do niego doszło, jednak jej zdaniem, tematem rozmowy były tylko obchody stulecia niepodległości.

15 listopada spółka Sferia złożyła ponownie wniosek o rozłożenia płatności za otrzymaną częstotliwość na raty, co automatycznie wstrzymało bieg terminu wpłaty owych 1,7 mld zł. Według Matwiejczuka z Polsatu, nie ma co szukać drugiego dna w tej sprawie, bowiem „płatności ratalne są czymś standardowym zarówno w sferze gospodarczej, jak i w życiu przeciętnego Polaka”.

Na pytanie, czy „spłata ratalna jest w UKE standardem” rzecznik UKE, Martin Stysiak, przyznał, że do tej pory rozkładanie płatności za częstotliwość na raty, nie było praktykowane. Tak na marginesie warto przypomnieć, że szefem UKE jest od września 2016 Marcin Cichy. Wcześniej kierował on biurem analiz Ministerstwa Cyfryzacji, gdzie zajmował Strategią na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju w dziedzinie cyfryzacji. Na stanowisko prezesa UKE powołała go Beata Szydło.

Czy to wszystko jest tylko zbiegiem okoliczności, czy pan Solorz „sprzedał się” obecnej władzy? Czy zastosowano wobec niego takie same procedury jak wobec Leszka Czarneckiego? Pojawia się sporo pytań. Obserwując zmianę postawy dziennikarzy Polsatu, ich linii politycznej, coraz lepsze relacje z przedstawicielami rządzącej partii, narasta przekonanie, że coś tu jest na rzeczy. Może więc rzeczywiście przypadek Czarneckiego nie był odosobniony?

Waldemar Mystkowski pisze o wyczynach Morawieckiego i pisowców.

Czy Jarosław Kaczyński, przewidując kolejne afery, zdecyduje się na przyspieszone wybory?

Mateusz Morawiecki nikomu nie wywrócił stolika, jak chcą niektórzy publicyści, odnosząc się do sejmowej bufonady premiera z wotum zaufania. Niezależnie od tego, jak wypadnie piątkowe wotum nieufności wobec niego, które zgłosiła Platforma Obywatelska, afera KNF nie zostanie zamieciona pod dywan. Walczący z mafijnymi układami w SKOK-ach Wojciech Kwaśniak niemal zapłacił życiem, dzisiaj jasno artykułuje, z jakimi osobnikami się mierzył. Zaś stając przeciw niemu Grzegorz Bierecki i Zbigniew Ziobro – bez umawiania się – mówią językiem przestępców z Wołomina.

Morawiecki swoją bufonadę przeniósł do Brukseli, gdzie o sporze z Komisją Europejską ws. Sądu Najwyższego i w ogóle sądownictwa w Polsce stosuje sztuczkę z wyciągniętą ręką. Premier uważa, że jedną nowelą PiS cofnął demolkę sądownictwa i oczekuje od Komisji Europejskiej, a w szczególności od wiceszefa KE Fransa Timmermansa wycofania skargi z Trybunału Sprawiedliwości UE. Morawiecki jednak mówi to do naszej publiki, bo na unijnych salonach podkula ogon, tam takie prostackie manipulacje nie działają.

PiS ma kłopot z podwyżką cen prądu, różne płyną na ten temat komunikaty, zarówno od ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, jak i spółek energetycznych. Podwyżki będą i to bardzo duże, zarówno dla przedsiębiorców, którzy już podpisują umowy na dostarczenie energii z nowymi cenami, jak i dla gospodarstw indywidualnych. W tej chwili mamy chaos informacyjny, ale to jest jedna z metod pisowskich.

Głowę może dać Tchórzewski i być zdymisjonowany, na kogoś trzeba zwalić winę. Może być jednak i tak, że PiS, przewidując kolejne afery, zdecyduje się na przyspieszone wybory i zechce z podwyżkami cen prądu przeczekać do okresu powyborczego. Tak pomyślana była sztuczka z wotum zaufania. Po nich choćby potop.

Jarosław Kaczyński nie może jednak spać spokojnie. Tadeusz Rydzyk całkiem poważnie myśli o starcie swojej partii w wyborach. Ruch Prawdziwa Europa kuma się z Ruchem Narodowym, z tego może powstać koalicja przypominająca neofaszystowski podmiot polityczny księdza Jozefa Tiso. Gdyby tak miało się stać, to Mateusz Morawiecki na 28. urodzinach Radia Maryja skakałby hopsasa w hołdzie ojcu dyrektorowi.

Nawet jeżeli ceny prądu nie zabiją PiS, to na pewno ich nie wzmocnią, bo elektrowstrząsy społeczne będą miały miejsce, gdyż Polacy obawiają się – i słusznie – że podwyżki cen prądu są nośnikami podwyżek cen w ogóle.

Подчинённый перед лицом начальствующим должен иметь вид лихой и придурковатый, дабы разумением своим не смущать начальство.

Piotr I Wielki

Pisowskie zbaranienie. Prezes między swymi baranami, które trzeba wybielić

13 Gru

Pan prezes ma – jak zawsze – rację. Aferzyści zdarzają się wszędzie. W każdej choćby najporządniejszej i najuczciwszej partii musi się trafić jakaś czarna owca. Takie prawo statystyki.

Ale nie znaczy to przecież, że na tej podstawie można mierzyć polityków i działaczy różnych politycznych opcji tą samą miarą. W formacji aktualnie rządzącej żadnych czarnych owiec wszak nie uświadczy, choćby ze świecą szukał. Pan prezes publicznie dał na to w Jachrance swoje słowo.

Gdzie się podziały w takim razie, owieczki o smolistej wełnie i takimż charakterze? Otóż to oczywista oczywistość, że wszystkie pasą się na polach Koalicji Obywatelskiej. Dobrze się jednak maskują, a część z nich usiłuje się nawet na siłę wybielić. Ale wiadomo, że to bezskuteczne. Partii aktualnie rządzącej i jej zwolennikom nie da się zamydlić oczu, a stado „totalsów”, nawet wymoczone w Vizirze, bielsze i tak już nie będzie!

Wprawdzie wrogowie polskości (czytaj: przeciwnicy partii rządzącej) bezczelnie wmawiają opinii publicznej, że niektóre barany z zagrody pana prezesa też są czarne, co – skądinąd – podpada chyba pod paragraf o szerzeniu nienawiści rasowej i w odpowiednim czasie na pewno zajmie się tym pan minister sprawiedliwości. Bo oczernienie choćby jednej niewinnej pisowskiej owieczki nikomu nie ujdzie bezkarnie.

Ale spokojnie. To wszystko są tylko nieudolne prowokacje, z definicji skazane na klęskę. Już rządzonych twardą ręką przez ministra sprawiedliwości prokuratorów w tym głowa.

Gorzej, że rzucająca się w oczy nieobecność czarnych owiec w stadzie PiS, zaczyna budzić niewygodne pytania, bo jak dotąd nie udało się też wskazać ani jednej z nich w obozie „totalsów”. Więc co – w związku z tym – z prawami statystyki?

Bo co pan prokurator generalny już, już dopada jakiejś farbowanej owieczki w zagrodzie KO, ta uporczywie twierdzi, że jest biała, a futro ma tylko lekko przybrudzone od smogu komunikacyjnego. Ciężko doprać, po prostu.

I rzeczywiście – niektóre plamy z medialnego błota schodzą z „platformersów” dopiero po maglowaniu w prokuraturze. A z wywabieniem innych trzeba czasami czekać aż na interwencję sądu. Niemniej, przepuszczone przez wyżymaczkę ministra sprawiedliwości opozycyjne owieczki wychodzą z tego zupełnie czyste. Znaczy – białe.

A czarne gdzie się podziały w takim razie? Przecież miało ich być – lekko licząc – jakieś pół platformerskiej zagrody! Tak przynajmniej wynikało z kampanii przedwyborczej PiS oraz ogłoszonego zaraz po wyborach „audytu”, który miał wyłapać je wszystkie i skutecznie izolować od reszty stada.

Ale wygląda na to, że ani rzeczony audyt, ani liczne kontrole wszystkich możliwych służb niewiele dały i czarnych opozycyjnych owiec ani widu, ani słychu. A jeszcze bezczelni „totalsi” sugerują, że wszystkie czarne barany polityki pochowały się w zagrodzie pana prezesa! Na razie w wyniku tych pomówień na PiS-owskiej łące wytypowano jednego kozła z KNF. Ofiarnego, jak się zdaje. Ale skóry innych owieczek pasących się przy tym samym żłobie i tak nie da się chyba uratować.

Co gorsza, nieudana próba zapędzenia w ten sam kozi róg niektórych platformerskich baranków skończyła się blamażem i jeszcze zwróciła uwagę publiczności na inny, znacznie zasobniejszy żłób w zagrodzie pana prezesa oraz biesiadujące przy nim spasione tryki. W świetle ujawnionych przy tej okazji faktów, ich futro wygląda na mocno nieświeże. No, niestety…

Partia pana prezesa podjęła zatem szeroko zakrojoną akcję masowego wybielania swoich owieczek, wspartą przez firmową Pralnię i Suszarnię: służby, media, kasę z budżetu i prokuraturę. Towarzyszą temu dyskretne zachęty do obywatelskiego demaskowania czarnych owiec opozycji oraz kubły darmowej smoły i błota do oddolnej akcji nurzania w nich stada „totalsów”. Dla uniknięcia dysonansu poznawczego. Suweren bowiem i tak wie swoje.

Bo wszak, żeby nie wiem co, aktualnej władzy i jej zwolenników nic nie przekona, że – by zacytować klasyka – białe owce z KO są białe, a czarne z PiS – czarne.

Po co więc było Morawieckiemu przedstawienie w parlamencie? Wniosek o wotum zaufania to dość nadzwyczajny środek. Szefowie rządu zwykle sięgają po niego w sytuacji głębokiego politycznego kryzysu, kwestionującego ich tytuł do sprawowania władzy. Morawiecki jak dotąd nie znalazł się w takim kryzysie. Wniosek o wotum miał mu jednak pomóc załatwić trzy sprawy. Po pierwsze, uciszyć opozycję przed debatą nad wnioskiem o konstruktywne wotum nieufności. Po drugie, zewrzeć własne szeregi i potwierdzić pozycję w obozie władzy. Po trzecie wreszcie, wysłać do elektoratu jasny komunikat: w Polsce przełomu 2018 i 19 roku to PiS, a nie jakakolwiek inna siła, ma polityczną inicjatywę i rozdaje karty.

Z tym ostatnim był pewien problem w ostatnich miesiącach. PiS zamiast narzucać tematy dyskusji i osie sporu, zmienił się w partię reaktywną, zdolną jedynie do gaszenia kolejnych pożarów. Przełomowym momentem była tu informacja o wniosku Zbigniewa Ziobry do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności z polską konstytucją traktatów o Unii Europejskiej. Wmanewrowało to PiS w pozycję, gdzie partia musiała bronić się przed zarzutami o chęć Polexitu. Biorąc pod uwagę bardzo dalekie od oczekiwań wyniki wyborów samorządowych – średnio skutecznie. Potem były kolejne kryzysy: dalszy ciąg sporu z instytucjami UE, list ambasador USA i afera KNF.

Zwarcie szeregów

O ile dwa pierwsze cele Morawiecki, jak się wydaje, zrealizował, to problem może być z trzecim. By PiS i premier osobiście odzyskali inicjatywę w polskiej polityce, potrzeba znacznie więcej, niż zwycięstwo w głosowaniu, którego nie dało się przegrać.

Głosowanie nad wotum ułatwia za to Morawieckiemu politykę w najbliższych tygodniach. Przede wszystkim wyprzedza wniosek opozycji o konstruktywne wotum nieufności dla rządu. PiS będzie teraz twierdził, że po środzie wniosek jest bezprzedmiotowy – rząd ma wyraźną parlamentarną większość. Nowogrodzka być może w ogóle nie dopuści do procedowania wniosku opozycji. Jeśli nawet do niego dojdzie, będzie to musztarda po obiedzie, PiS i jego media po prostu ośmieszą całą akcję.

Oczywiście, od początku nie było szans, by wniosek PO obalił rząd. Debata nad nim oznaczała jednak wystąpienia wszystkich klubów parlamentarnych, walących w rząd jak w bęben. Opozycyjni posłowie powtarzaliby w kółko: KNF, kumulacja roczników w szkołach średnich, wzrost cen prądu, protesty rolników, policjantów, urzędników i nauczycieli, Polexit. Morawiecki musiałby się do tego wszystkiego odnieść – zamiast tego zafundował opozycji i opinii publicznej spektakl propagandy sukcesu.

Głosowanie pomogło też zewrzeć szeregi rządzącej partii. Oponenci premiera we własnym obozie siedzieli cicho i pokornie podnieśli ręce w górę za rządem. Głosowanie wzmacnia Morawieckiego przed zaplanowaną na 15.12. kolejną konwencją rządzącej partii. Być może zostanie na niej ogłoszona rekonstrukcja rządu. Nie jest bowiem dla nikogo tajemnicą, że z niektórymi ministrami – Krzysztofem Tchórzewskim, Beatą Kempą, Beatą Szydło, Mariuszem Kamińskim, Zbigniewem Ziobrą – premierowi nie współpracuje się dobrze i już od dawna zgłaszał kierownictwu PiS chęć ich zmiany. Jeśli po manewrze z wotum zaufania, Morawiecki ogłosi rekonstrukcję rządu wyśle elektoratowi sygnał: to ja kontroluję sytuację.

Rok gaszenia pożarów

Ciągle niemożliwa wydaje się jednak wymiana najbardziej kłopotliwego dla premiera członka rządu: Zbigniewa Ziobro. Przez pierwszy rok swoich rządów Morawiecki zamiast realizować swój program zajmował się gaszeniem pożarów pochodzących z ministerstwa sprawiedliwości, głównie tych wokół ustawy o IPN i sporu z Unią o niekonstytucyjną i niepotrzebną reformę sądów. W dodatku w ostatnich miesiącach Ziobro zachowywał się w sposób, który świadczy albo zupełnej utracie zdolności do racjonalnego politycznego osądu albo o tym, że prokurator generalny prowadzi nielojalną grę na osłabienie swojego obozu politycznego, w celu wywołania w nim przesilenia i zmiany premiera.

Koszty obecności Ziobry w rządzie robią się naprawdę wysokie. Cała akcja z aresztowaniem Wojciecha Kwaśniaka i słowami Ziobry, że były szef KNF został pobity, bo kontrolowana przez niego instytucja „rozzuchwaliła przestępców” wygląda jak powtórka sprawy doktora G. Po jego zatrzymaniu Ziobro powiedział publicznie „ten pan nikogo nie zabije” – za co później kazał mu przepraszać sąd. Sprawa ta stała się symbolem „policyjnego państwa PiS” i jednym z powodów klęski PiS w roku 2007. Także w 2018 kierownictwu partii powinny zapalać się lampki ostrzegawcze – schemat działania ministra sprawiedliwości jest bardzo podobny.

Tak długo, jak długo Ziobro będzie funkcjonował w rządzie na podobnych zasadach, Morawiecki będzie musiał poświęcać większość energii na łagodzenie wywołanych przez niego kryzysów.

Do sukcesji droga daleka

Dlatego warto zachować sceptycyzm wobec analiz wskazujących, że właśnie widzieliśmy namaszczenie Mateusza Morawieckiego na politycznego spadkobiercę Jarosława Kaczyńskiego, następnego przywódcę Zjednoczonej Prawicy. Nawet jeśli Kaczyński ma w planie taką sukcesję, droga do niej jest ciągle daleka.

Jak pokazał niedawno przypadek Ewy Kopacz, przywództwo demokratycznej partii to nie jest coś, co można otrzymać w wyniku „feudalnego” nadania od politycznego „seniora”. Przywództwo trzeba sobie wywalczyć. Oponentów – których na prawicy Morawieckiemu nie brakuje – trzeba samemu pokonać, politycznie unieszkodliwić, lub przeciągnąć na swoją stronę. Morawiecki ma tu jeszcze wiele do zrobienia. Ważnym testem będzie dla niego przyszłoroczny maraton wyborczy. Jeśli go wygra, jego tytuł do sukcesji po Kaczyńskim się wzmocni. Z Ziobrą na pokładzie wygrać będzie mu trudno, ale równie trudno w sytuacji otwartej wojny z liderem Solidarnej Polski. Zwłaszcza, jeśli swoją partię odpali ojciec Rydzyk i Ziobro będzie miał gdzie pójść. Bardziej niż od głosowania nad wotum zaufania, polityczna przyszłość Morawieckiego zależy od tego, jak poradzi sobie z tym „paragrafem 22” pisowskiej polityki.

W Sejmie zdecydować się na wspólny klub, poza Sejmem na wspólne zespoły programowe. I muszą już dziś zacząć budować wspólną wyborczą listę opozycji. Ci którzy tego nie chcą, powinni odejść od stołu i przestać udawać. Kryzys w Nowoczesnej, jeśli wydarzyłby się na miesiąc, a nie na dziesięć miesięcy przed wyborami parlamentarnymi, oznaczałby gwarantowane zwycięstwo Kaczyńskiego.

Niekończący się proces „jednoczenia demokratycznej opozycji” – będący tak naprawdę agresywną grą o zachowanie własnej, choćby najsłabszej firemki i własnego, choćby najbardziej pokiereszowanego logo – jeśli będzie trwał do ostatnich tygodni kampanii wyborczej, skończy się dla demokratycznej opozycji tak, jak „jednoczenie lewicy” skończyło się w 2015 roku dla Palikota i Millera. Nie można do ostatniego miesiąca przed wyborami atakować się w mediach, podstawiać sobie nogi, przedkładać osobisty interes nad wspólny – aby dopiero w kampanii wyborczej ściskać sobie ręce i mówić: „jesteśmy koalicją”. Nikt w to nie uwierzy. Nikt też nie uwierzy w to, że tak sklecona formacja będzie potrafiła rządzić Polską po swoim ewentualnym zwycięstwie.

Gdyby Kaczyński musiał się użerać z Ziobrą i Gowinem do ostatnich dni kampanii wyborczej 2015 roku, przegrałby zarówno wybory prezydenckie jak i parlamentarne. Jeśli przed wyborami 2019 roku rzeczywiście powstanie Partia Rydzyka, to nawet gdyby natychmiast rozpoczął się spektakl „negocjacji” i „jednoczenia”, czyli targów o kasę i miejsca na listach, Kaczyński przegra wybory. Partia Rydzyka odegrałaby wówczas na prawicy taką samą rolę – czysto destrukcyjną – jaką po stronie liberalnego mieszczańskiego centrum może odegrać partia Roberta Biedronia.

Dlatego także negocjacje koalicyjne po stronie opozycji muszą się skończyć jak najszybciej. Pozostawiając jak najwięcej czasu przed wyborami na faktyczne zaprezentowanie Polakom wspólnej strategii i wspólnego programu na Polskę po rządach PiS-u. Kamila Gasiuk-Pihowicz to rozumie, parę innych osób nieco mniej.

W wyborach samorządowych wyborcy opozycji powiedzieli wyraźnie, że chcą realnej jedności opozycji, a nie trwających bez końca negocjacji zjednoczeniowych. Opozycja wygrała tam, gdzie była naprawdę zjednoczona – wokół jednego kandydata, wokół jednej listy. Czyli przede wszystkim wygrała w miastach. Nie wygrała w sejmikach wojewódzkich, gdzie każdy lider – od zbyt ambitnych samorządowców, po zbyt ostrożnych liderów PSL i SLD – chciał zachować absolutną odrębność. Żeby później, dysponując jednym czy dwoma radnymi, ale za to absolutnie „własnymi”, odegrać w koalicyjnych targach rolę większą, niż by wynikało z jego realnej siły. Gdyby opozycja poszła na jednej liście, uczciwie pracując nad stworzeniem demokratycznego minimum programowego, żeby udowodnić Polakom, iż jednoczenie nie musi być wyłącznie ratowaniem stołków, PiS rządziłoby dalej tylko na Podkarpaciu. We wszystkich innych województwach opozycja zdobyła więcej głosów niż PiS, jeśli mimo to PiS rządzi gdziekolwiek poza Podkarpaciem, to tylko z powodu podziałów opozycji albo – jak na Śląsku – z powodu zwyczajnej korupcji i zdrady.

Walka czy teatr

Kiedy słucham wypowiedzi polityków i komentatorów (tych liberalnych, bo PiS-owcy z zupełnie innych powodów entuzjastycznie bronią „pluralizmu opozycji”) walących zawsze do jednej bramki, orzekających winę Schetyny i PO nawet tam, gdzie ich partnerzy i konkurenci nie wykazują żadnej ochoty do współpracy, wydaje mi się, że cały krzyk na temat zagrożenia demokracji w Polsce dla wielu krzyczących jest tylko teatrem. No bo z jednej strony mamy heroiczne selfies robione sobie na tle kordonu policji pod Sejmem, mamy rytualne teksty i wypowiedzi, jakim to ostatecznym zagrożeniem jest Jarosław Kaczyński, po czym wszystko toczy się po staremu. Dla polityków najważniejsza jest „moja ambicja, mój szyld, choćby przez taki wybór priorytetów Kaczyński miał rządzić kolejną kadencję”. A dla komentatorów najważniejsza jest „moja zemsta za to, że kiedyś Tusk i Schetyna wyszli z Unii Wolności”, albo „moja wizja radykalnej lewicy, dla której głównym przeciwnikiem wcale nie jest populizm Kaczyńskiego, ale liberalizm Platformy”. Cała reszta jest tylko teatrem odgrywanym dla ludzi.

Flaki się też człowiekowi wywracają, kiedy po raz kolejny czyta anielskie komentarze na temat tego, jak opozycja „się” jednoczy lub mogłaby „się” zjednoczyć, tylko Schetyna i PO w tym jednoczeniu „się” opozycji przeszkadzają. „Się szło”, „Się przystanęło”, „Się wypiło wódkę” – to są cytaty z poezji i prozy Edwarda Stachury (zupełnie niezłej i niesłusznie zapomnianej). W polityce żadne „Się” nie istnieje. Istnieją instytucje, istnieją partie, istnieją ich liderzy. Poza tym jest tylko publicystyczna piana.

Wśród opozycyjnych partii czy sił politycznych PO okazało się najtrwalsze, najbardziej zdolne do politycznego działania, jej ludzie okazali się najbardziej profesjonalnymi politykami. Wśród liderów partyjnych Schetyna okazał się politykiem, który obronił i skonsolidował Platformę zdemolowaną po taśmach i wyborczych porażkach. Tymczasem Petru politykiem się nie okazał, a co do Biedronia nie ma żadnej pewności (drogę do polskiej polityki utorował mu Janusz Palikot). Dziś Biedroń ma nadzieję, że jeśli nawet rozbije głosy centrowego elektoratu (on w żaden sposób nie poszerza elektoratu centrum, a tylko próbuje kanibalizować wyborców PO, Nowoczesnej oraz SLD), jeśli nawet opozycja przez to przegra i Kaczyński będzie rządził Polskę przez następne cztery lata, to przynajmniej on sam znajdzie się w Brukseli, a jego inicjatywa stanie się szalupą ratunkową po zniszczeniu przez Kaczyńskiego wszystkiego innego. Otóż jak Kaczyński porządzi kolejne cztery lata, to nie tylko nie będzie już w Polsce niezawisłych sądów, nie tylko nie będzie wolnych mediów, ale nie będzie też miejsca dla odrębnych partii Roberta Biedronia czy Ryszarda Petru.

Dlatego Schetyna powinien rozmawiać z Lubnauer, z Petru, z Kosiniak-Kamyszem, z Czarzastym, a nawet z Biedroniem – proponując im wspólną listę, pracę nad wspólnym minimum programowym, wspólne budowanie Polski po PiS-ie. Ale tylko do pewnego momentu, który już się zbliża. Spektakl jednoczenia się bez zjednoczenia, trwający za długo, do samych wyborów, to dla opozycji samobójstwo.

Prezydent nie tylko bogatych

Macron ogłosił, że Francja znajduje się dziś w „społeczno-ekonomicznym stanie wyjątkowym”. Demokratyczni przywódcy nie sięgają po takie określenia w innych sytuacjach niż głęboki kryzys. Francja znajduje się dziś w takim kryzysie. Choć gospodarka – patrząc na makroekonomiczne wskaźniki – nie radzi sobie tragicznie źle, to cały model społeczno-ekonomiczny przeżywa kryzys legitymacji, być może najgłębszy od roku ’68.

Szeroka klasa średnie ma poczucie, że jej zasoby i możliwości dobrego, godnego życia radykalnie się kurczą za sprawą rosnących cen (głównie nieruchomości) i niedostatecznego tempa wzrostu dochodów. W dodatku Francuzi są przekonani, że rozwój gospodarczy ostatnich lat służy głównie wąskiej grupie najbogatszych. Na co zupełnie obojętni są politycy, odklejeni od potrzeb zwykłych ludzi, zblatowani ze światem żyjących ponad społeczeństwem elit.

Całe poniedziałkowe wystąpienie Macrona wyglądało, jakby miało na celu pozbycie się łatki „prezydenta najbogatszych”. Francuski przywódca wyraźnie zmienił język. Zamiast o Francji start-upów i nieskrępowanej przedsiębiorczości mówił o samotnych matkach, które pod koniec miesiąca mają problem, by domknąć domowy budżet. O seniorach, którzy po cały życiu ciężkiej pracy, nie są w stanie godnie żyć bez pomocy dzieci. O społeczeństwie tracącym nadzieję. O kraju, który słusznie – lecz jak na razie na próżno – pragnie godnie żyć ze swojej pracy.

Zaproponował też kilka środków, mających przynieść ulgę najbardziej potrzebującym. Godziny nadliczbowe mają zostać zwolnione od podatku. Emeryci, dostający mniej niż 2000 euro mają zostać zwolnieni z zaplanowanych na przyszły rok podwyżek składek na ubezpieczenie społeczne, co zwiększy kwotę netto świadczenia. Wreszcie wzrosnąć ma płaca minimalna – o 100 euro miesięcznie. W dodatku – nie znamy szczegółów – ma się to dokonać bez obciążania pracodawców „ani jednym euro więcej”.

To ostatnie to największe ustępstwo prezydenckiego obozu. Jeszcze niedawno rząd przekonywał, że żadna podwyżka płacy minimalnej wyższa, niż wynikająca z ustawy, w ogóle nie wchodzi w rachubę, jest niemożliwa i niepożądana dla gospodarki. Siła społecznego niezadowolenia uczyniła nagle niemożliwe możliwym.

Czy to wystarczy?

Pytanie, jakie zdecyduje o najbliższej przyszłości Francji, brzmi: „czy to wystarczy?” Choć takie rozwiązania, jak wyższa płaca minimalna, wychodzą naprzeciw żądaniom protestujących, to kryzys jest znacznie głębszy. Macron zdaje sobie chyba z tego sprawę. Poza doraźnymi reformami zapowiedział także szerokie konsultacje społeczne na temat przyszłości Francji. Prezydent ma przemierzyć cały kraj i spotkać się z każdym urzędującym merem, by wspólnie ustalić co w kraju wymaga naprawy i w jakim kierunku powinny podążać zmiany. Zapowiedział też szerokie konsultacje z liderami biznesu na temat ich udziału w wysiłku ekonomicznej transformacji Francji. Rząd ma się też zająć problemem złośliwego i uporczywego unikania podatków przez najbogatszych.

Problem w tym, że Macron w tym wszystkim może być dla Francuzów zwyczajnie niewiarygodny. Zupełnie inaczej wyglądałaby sytuacja, gdyby rozmowę o tym, jak sprawić, by zwykli ludzie znów poczuli się godnie i bezpiecznie w swoim państwie, zaczął na początku kadencji. Tymczasem pierwszy rok nowego prezydenta przebiegał pod znakiem polityki, która przez szerokie grupy obywateli Francji postrzegana była jako arogancka, monarchiczna, ignorująca potrzeby klasy średniej i ludowej, służąca wyłącznie najbogatszym. Korektę tej polityki wymusił dopiero płonący co tydzień Paryż i fruwające w powietrzu kawałki bruku.

To nie tylko francuski problem

W takich warunkach Macronowi bardzo trudno będzie ubrać w szaty „prezydenta ludowego”. A to wydaje się konieczne, by uspokoić sytuację i rozpocząć poważną rozmowę z partnerami społecznymi na temat tego, co dalej z francuskim modelem społeczno-politycznym. Prezydentowi ciężko też będzie znaleźć partnerów do tej rozmowy wśród politycznej opozycji. Marine Le Pen ze Zgromadzania Narodowego (jak od jakiegoś czasu nazywa się Front Narodowy) i lider lewicowej Francji Nieugiętej, Jean-Luc Mélenchon, będą teraz grać na maksymalną polaryzację polityczną, eskalację konfliktu, wywrócenie rządu i nowe rozdanie, w którym liczą na wzięcie władzy przynajmniej w parlamencie. Francję czeka w najbliższych tygodniach bardzo burzliwy politycznie okres, w którym wiadomo głównie to, że nic nie wiadomo.

Problem, przed jakim staje Francja nie jest przy tym specyficzny wyłącznie dla niej. Podobne problemy ma niemal każde zamożne, zachodnie społeczeństwo. Wszędzie szerokie grupy czują, iż bezpieczeństwo socjalne i względny dobrobyt, jaki kiedyś traktowały jako oczywiste, stają się coraz mniej dostępne. To rodzi gniew, na gruncie którego doskonale wzrastać może populistyczna polityka spod znaku Trumpa, włoskiej Ligii Północnej i Ruchu 5 Gwiazd, Alternatywy dla Niemiec, czy Brexitu.

Zwycięstwo Macrona we Francji miało dowodzić, że Francja jest odporna na podobne zagrożenia. Populizm spod znaku Le Pen – tak jak we Włoszech, Wielkiej Brytanii, Stanach – był jednak tylko symptomem głębszych, strukturalnych problemów. Upojony zwycięstwem obóz Macrona przez rok udawał, że one nie istnieją. Teraz, przynajmniej chwilowo, nie może udawać.

Cały zachód i każde z tworzących go państw z osobna potrzebuje dziś dyskusji nad nową umową społeczną na XXI wiek. Stara, ustalona pod koniec ubiegłej dekady wyraźnie nie działa. Potrzebujemy wspólnie zdecydować jak usprawnić demokrację, jak dać ludziom realne poczucie wpływu i reprezentacji, jak dzielić zyski, ryzyka i koszty. Spór o to może potrwać kilka dekad, nie wiadomo czy i kiedy uda się dojść do jakiegoś sensownego porozumienia. Ale być obserwujemy właśnie coś, co po latach historycy mogą uznać za początek bardzo ważnego politycznego zwrotu. Nie tylko we Francji.

— SENATOR BIERECKI ROZGRZESZA BANDYTĘ – jedynka GW: “- Czy chodziło o zablokowanie skutecznej działalności, czy o inne okoliczności, to już prokuratura jest w stanie wyjaśnić – tak Grzegorz Bierecki, senator PiS i założyciel SKOK-ów, skomentował zamach na wiceszefa KNF Wojciecha Kwaśniaka. Dodał, że prokuratorskie zarzuty wobec urzędnika „są słuszne”.
wyborcza.pl

— JERZY MEYSZTOWICZ W TEKŚCIE DLA RZ PISZE O GROŹBIE PRZEJMOWANIA PRYWATNYCH FIRM NA MODŁĘ ORBANA: “Na horyzoncie rysuje się perspektywa „Budapesztu w Warszawie”, gdzie od dawna środowiska związane z władzą przejmują prywatne firmy. Ostatni przykład to przejęcie wolnych mediów przez ludzi ze środowiska Viktora Orbána i stworzenie konglomeratu związanego z rządem. Metody wykorzystujące zaangażowanie państwa pozwalają na skuteczne zawłaszczanie majątków. Chodzi zatem o to, żeby wraz z powiększaniem zasobów w dyspozycji państwa, zwiększać udziały „swoich” ludzi w gospodarce”.
rp.pl

>>>

>>>

Morawiecki jako bufon prima sort

13 Gru

Żeby uniknąć głosowania nad wotum nieufności, premier Morawiecki poprosił Sejm o głosowanie nad wotum zaufania. Opozycja, zgłaszając wniosek o wotum nieufności, nie miała oczywiście szans, by obalić premiera popieranego przez prezesa.

Ale wniosek jest okazją do debaty, a przynajmniej do oświadczeń klubowych. Można wytknąć przed społeczeństwem słabe punkty, błędy, wpadki, niespełnione obietnice, manipulacje faktami. Sprostować propagandowe kłamstwa upowszechniane w mediach pisowskich. Wykazać premierowi, że rok sprawowania chaotycznych rządów to za mało, by się chwalić sukcesami.

Mateusz Morawiecki rzeczywiście nie ma doświadczenia państwowego. Jako wiano wniósł do zawartego z PiS zaledwie rok temu małżeństwa politycznego doświadczenie urzędnika bankowego średniego szczebla i absolwenta zachodnich kursów biznesowych. No i fakt, że jest synem Kornela Morawieckiego, którego pisowska prawica obsadza w roli Lecha Wałęsy. Morawiecki nawet retorycznie przypomina ojca. Nie jest to komplement.

Premier, prosząc Sejm o wotum zaufania, uciekł do przodu. Podczas debaty nad wotum nieufności będzie się chwalił, że już otrzymał wotum zaufania. A zatem ma mandat do dalszego kierowania rządem i dlatego bezsilna opozycja „wszczyna awantury”.

Na tym dziś polega taktyka rządu Morawieckiego: przeczekać i przykryć kryzys z KNF, z podwyżką cen energii i protestami pracowniczymi, a jednocześnie pokazać elektoratowi, że PiS trzyma się mocno i będzie rządził jeszcze długo.

Jest to niestety możliwe, choć mniej pewne, niż by wskazywały sondaże poparcia. W Polsce łaska wyborcy na pstrym koniu jeździ. Po trzech latach rządów nawet twardy elektorat Kaczyńskiego może być zszokowany chciwością, kumoterstwem, niekompetencję obecnej władzy. Baza wyborcza PiS się nie poszerza, nie udało mu się zdobyć poparcia większości społeczeństwa miejskiego ani zaproponować czegoś nowego i świeżego wyborcom w centrum sceny politycznej.

Tak naprawdę siłą premiera Morawieckiego nie są jego dyskusyjne osiągnięcia i zamiary, ale brak alternatywy. PiS nie ma innego kandydata na szefa rządu. Tak liche są jego kadry przywódcze, że nie zaryzykuje dymisji ministra Ziobry ani nawet minister Zalewskiej.

Premier Morawiecki ubiegł opozycję, której wniosek o wotum nieufności ma być rozpatrywany 14 grudnia w godzinach nocnych, i wystąpił o wotum zaufania. Debata sejmowa, w której kluby nie mogą zajmować stanowiska, a jedynie zadawać pytania, odbyła się 11 grudnia w najlepszym czasie medialnym. Część komentatorów zachwyca się „sprytem” PiS, który „miał ukraść Schetynie show”.

To jest perspektywa pasków w całodobowych telewizjach informacyjnych, które żadnej rzeczywistości politycznej nie tworzą. Istotniejsze jest to, co premier powiedział i co zostanie zapamiętane. A to rodzi dla obozu władzy kłopoty, i to odczuwalne w krótkiej perspektywie, zwłaszcza wyborów do Parlamentu Europejskiego, które odbędą się 26 maja 2019 r.

Z wystąpienia premiera Morawieckiego nie zostanie zapamiętane to, że rządy PO-PSL to bardzo brzydka buzia, a rządy PiS to śliczna buziulka, bo to powtarzane jest stale i do znudzenia. Zapamiętane zostanie natomiast to, że:

– dzięki rządom PiS Polacy poczują się „prawdziwymi Europejczykami” – a to dzięki grubości swoich portfeli.
– Polexit? Jaki tam polexit, Polska z Unią, Unia z Polską, niech opozycja nie łże.

Oba te przesłania są wycelowane w wybory do PE, bo PiS zdaje sobie sprawę, że utrzymuje dość wysokie poparcie dzięki „głosowaniu portfelowemu”, a relacje z Unią są ważne, bo powszechnie się tam przyjmuje do wiadomości, że niepokój związany z perspektywą lunatycznego – jak to zgrabnie określił Donald Tusk – polexitu w wyborach samorządowych kosztował tę partię parę punktów procentowych.

Oba te przesłania w perspektywie przedwyborczej, wykraczającej poza migotanie żółtych pasków w telewizjach informacyjnych, niosą dla PiS poważne kłopoty. W sztabie tej partii zapomniano o chłopskim porzekadle: orzesz? Patrzaj końca bruzdy!

Zanim zacznie się obiecywać Polakom portfele grubości zachodnioeuropejskiej, trzeba się uporać z bieżącą presją płacową. Po sukcesie policjantów, którzy gromadnie ruszyli na lewe L4 i wydusili swoje, do tego środka nacisku uciekli się pracownicy administracji sądowej i paraliżują pracę sądów. Podobną akcję zapowiadają funkcjonariusze Służby Więziennej, ale prawdziwa bomba to nauczyciele, którzy czekają na czas, kiedy to władza jest najbardziej tkliwa – czyli matury, a te będą przeprowadzane między 6 a 23 maja, czyli tuż przed wyborami do PE. O stopniu rozgoryczenia branży świadczy to, że nawet nauczycielska „Solidarność”, która lojalnie wspierała minister Zalewską w sprawie odwrotu od sześciolatków i likwidacji gimnazjów, nic za to nie dostała i obecnie sformułowała czysto polityczny postulat jej dymisji. Rzecz bez precedensu w relacjach „dobra zmiana” – „Solidarność”. Nic nie wskazuje na to, jak PiS ten problem rozwiąże.

W kwestii nierozerwalnego związku Polski z Unią także rzeczywistość spłatała PiS-owi psikusa. Dokładnie w dniu debaty nad wotum zaufania Sąd Najwyższy podał do publicznej wiadomości, że Trybunał Sprawiedliwości UE zajmie się jego pytaniami prejudycjalnymi dotyczącymi m.in. gwarancji niezawisłości sądów pod rządami pisowskiej Krajowej Rady Sądownictwa 19 marca 2019 r., czyli w początkach kampanii wyborczej do PE. Nie jest wykluczone, że TSUE do tego działania sprowokował szeryf-katastrofa „dobrej zmiany”, czyli minister Ziobro, który paszczami swojej opryczniny, czyli rzeczników dyscyplinarnych, szarpał sędziów sądów niższych instancji zadających pytania prejudycjalne pokrywające się z pytaniami SN. TSUE stanął przed trudnym wyborem: albo nadal będzie zwlekał i pozwoli na to, by minister Ziobro oskórował broniących swej niezawisłości sędziów, ustanawiając się zarazem w roli ostatecznej instancji rozstrzygającej o tym, jakie pytania prejudycjalne wolno sędziom zadawać, albo pytaniami SN się zajmie i sędziów z opresji wybawi. Sędziów z opresji w końcu wybawił, a jest mało prawdopodobne, by 19 marca uznał, że z KRS wszystko jest w porządku. Jeżeli uzna, że jest bardzo nie w porządku, to „dobra zmiana” nie będzie już na kursie kolizyjnym, ale wprost zderzy się z całą Unią, dla której TSUE to źrenica oka i perła w koronie. Albo wtedy ponownie wywiesi białą flagę, spuszczając całą tzw. „reformę wymiaru sprawiedliwości” i być może ministra Ziobrę przy okazji po drucie, czy też konfrontację przyjmie – z punktu widzenia walki wyborczej to obojętne. I tak, i tak przegra.

Premier Morawiecki być może zatem skradł Grzegorzowi Schetynie show, ale – jak powiedział przy innej okazji Franc Fiszer – sypnął się i cały pogrzeb na nic.

Znów słyszę, jak Mateusz Morawiecki publicznie mówi o „80 proc. mediów”, które są „w rękach naszych przeciwników”. Premier głosił to na wiecach, mówił to w Parlamencie Europejskim, teraz powtarza to w Sejmie.

Pierwszy odruch jest taki, żeby wejść w tę rozmowę i zdemaskować twierdzenie Morawieckiego jako oczywiste kłamstwo. Jakie 80 proc.? Pod względem tytułów? Nakładów? Liczby odbiorców? TVP, jeśli wierzyć prezesowi Jackowi Kurskiemu, a przecież jemu trudno nie wierzyć, codziennie bije na głowę konkurencję pod względem liczby widzów. A nawet jeśli nie bije, to nijak nie da się przeprowadzić tezy, że na rynku telewizyjnym media opozycyjne mają przewagę 80 do 20 proc. Prasa drukowana? Pełne spektrum: „Gazeta Polska”, „Sieci”, „Do Rzeczy”, „Gazeta Polska Codziennie”; tytuły te kochają rząd i PiS na różne sposoby, ale z całą mocą. Czy „Gazeta Wyborcza”, „Newsweek” i „Polityka” mają przewagę 80 do 20 proc. nad wspomnianymi tytułami? I jak tę przewagę mierzyć? I czy tygodnik „Gość Niedzielny” jest rządowy czy opozycyjny?

Można dalej ciągnąć tę wyliczankę, przypominając o Polskim Radiu, Radiu Maryja, portalach wpolityce.pl czy niezalezna.pl, porównywać, prostować i kpić, że przecież nikt Polakom nie zabrania korzystać z mediów bliskich rządowi i że nikt z opozycji nie stoi za spadkami czytelnictwa tego czy owego tytułu – ale to jest w gruncie rzeczy absolutnie bez sensu.

Kłamstwo w sprawie procentów nie jest bowiem w słowach Morawieckiego najgorsze. Znacznie gorsze jest to, że premierowi demokratycznego państwa, przychodzi w ogóle do głowy dzielenie mediów na „nasze” i „wasze”. Nieco milej byłoby, gdyby media były oceniane za jakość: rzetelność, bezstronność, dogłębność, ale i wtedy wolałbym, żeby nie robił tego publicznie szef rządu.

Bo jakie stosuje kryteria? Po godzinach, gdy akurat nie szykuje mowy o zasypywaniu podziałów i budowie wspólnoty, skacze po kanałach i notuje: „wasz”, „nasz”, „wasz”? Przyznaje jakieś punkty za poszczególne materiały? Autorów? Kraj ojczysty właścicieli? Czy Polsat jest „wasz” czy „nasz”? Czy „Dziennik Gazeta Prawna” jest „wasz” czy „nasz”? Czy „Wprost” jest pisowski czy antypisowski? Czy jak w RMF FM występuje Krzysztof Ziemiec, to RMF na chwilę robi się „nasz”? No i, last but not least, co z Pudelkiem?

Intrygujące jest wreszcie pytanie, co kryje się za tym podziałem. Czy „nasze”, to te, którym mogą płacić spółki skarbu państwa? A „wasze” to te, które należałoby spolonizować i zdekoncentrować? Albo chociaż postraszyć, żeby były milsze dla władzy?

Przyczynkiem do wystąpienia Warlikowskiego w Parlamencie Europejskim było rozdanie nagrody literackiej Prix du Livre Européen. To w odniesieniu do prac nagrodzonych autorów, Géraldine Schwarz i Paul Lendvai powiedział o kryzysie czytelnictwa, który dotyka także Polskę.

Dzisiaj blisko 40 proc. Polaków nie rozumie tego, co czyta, a kolejne 30 proc. rozumie w niewielkim stopniu. Co dziesiąty absolwent szkoły podstawowej nie potrafi czytać. Aż 10 milionów Polaków (ok. 25 proc.) nie ma w domu ani jednej książki. Analfabetą funkcjonalnym jest co szósty magister w Polsce. 6,2 miliona Polaków znajduje się poza kulturą pisma, czyli nie przeczytało NIC, nawet artykułu w brukowcu. 40 proc. Polaków ma problemy z czytaniem rozkładów jazdy czy map pogodowych. To są dane tak niewiarygodne, że aż zabawne. A jednak napawają grozą – mówił podczas przemówienia.

Dodał, że z obserwacji statystyk wynika, że czytelnictwo spada w niemal wszystkich krajach europejskich. Są nieliczne zielone wyspy, gdzie rośnie, ale niestety, ogólnie sytuacja jest zła. Czyta Skandynawia i Holandia. W krajach Europy środkowej i południowej spadek czytelnictwa jest drastyczny, należą do nich przede wszystkim: Grecja, Węgry, Włochy.

– Czy to przypadek, że w tych krajach ruchy skrajnie nacjonalistyczne rosną w siłę odwrotnie proporcjonalnie do współczynnika czytelnictwa? – pytał retorycznie.

Reżyser mówił dalej: – Z tej perspektywy interpretuję odwrót Polski z drogi wolności i demokracji na rzecz autorytarnego systemu i państwa narzucającego obywatelom zasady życia dyktowane przez Kościół. Tak rozumiem wybór ekstremalnej prawicy przy niskim zainteresowaniu wyborami. To są właśnie skutki zaniechań i wieloletniego ogłupiania społeczeństwa. Analfabetyzm polityczny, na którym chętnie i bezpardonowo żerują populizmy. Polska jest tu przykładem jaskrawym, ale nie jedynym.

Laudację na temat zwycięstwa kończył jednak pozytywnym akcentem: – Wierzę, że kultura może być potężną bronią przeciwko głupocie i ogłupianiu, które stają się idealnym podłożem do manipulacji. Wierzę w teatr, którego zasadą jest konflikt, ale przepracowywany przez dialog, który prowadzi do pojednania, koncyliacji, wspólnoty widzów tu i teraz. Na chwilę, ale też i na dłużej, kto wie na jak długo. Świat można czynić lepszym tylko zmieniając ludzi. Doświadczenie, jakie może dać teatr, pokazując siłę wspólnoty, jest nie do zastąpienia przez żadne inne.

Krzysztof Warlikowski się rozmarzył, niestety wcale z tym czytelnictwem ani uczestnictwem w kulturze w PRL nie było tak słodko, jak sentymentalna pamięć podpowiada. Tak, stało się w kolejkach po książki ale w masie byliśmy zawsze wspólnotą nie czytania.

Waldemar Mystkowski pisze o zaufaniu Morawieckiego do siebie.

Premier i PiS robią wszystko, żeby przykryć afery ich rządu.

Mateusz Morawiecki jest dobry w wyprowadzaniu kozy. Rola Morawieckiego jako premiera sprowadza się głównie do tej dyspozycji. Taką kozą była ustawa o IPN, kolejną kozą ustawa o Sądzie Najwyższym. Morawiecki te ustawy wyprowadził, ale czy zmieniła się atmosfera wokół Polski? Śmiem wątpić.

Pod koniec roku dopadła rząd pisowski afera KNF, której przerzut SKOK Wołomin pokazał, jak zrakowaciała jest ta władza. Aby przykryć aferę KNF, trzeba było wprowadzić jeszcze jedną kozę i przy fanfarach własnych ją wyprowadzić. Przy tym obdarzyć się oklaskami, jacy to fajni jesteśmy.

Drożyzna to koza wymarzona, bo kto lubi, aby uszczuplano mu portfel. O podwyżkach prądu zakomunikował minister energetyki Krzysztof Tchórzewski, przy tym kłamliwie zapewnił, że państwo zrekompensuje. Nikt na taką manipulację się nie nabrał. Do tego opozycja zapowiedziała wotum nieufności dla Morawieckiego z powodu afery KNF i nie tylko. Wotum nieufności pozwala opozycji wyartykułować, jakim marnym politykiem jest Morawiecki.

Morawiecki mimo swej charakterologicznej bufonady musi mieć tego świadomość, bo to jednak dorosły człowiek, ale w pijarowskie klocki jest lepszy od opozycji, całe życie w to się bawi. Więc za jednym zamachem postanowił wyprowadzić kozy. Poprosił Sejm o wyrażenie wotum zaufania. Niby to samo, co opozycyjne wotum nieufności, lecz diametralnie inne.

Morawiecki nie pozwolił zatem na debatę nad swoją osobą, a przy okazji obiecał publice, że podwyżek prądu nie będzie. Nawet więcej – poprawi się stan portfeli Polaków. A zatem kozy zostały wyprowadzone. Niestety, wrócą szybciej niż Morawieckiemu się wydaje, bo publika nie zapomni obietnic, a afery i tak będą się ciągnąć za PiS.

Gdyby Polska była pastwiskiem, to Morawiecki byłby najlepszym pastuchem w roli premiera. Niestety, tak nie jest – i niedługo ten pijarowiec o tym się przekona, choć dzisiaj ku swej chwale strzela z bicza.

Morawiecki rekordowo podniósł poprzeczkę hipokryzji

13 Gru

Wielu komentatorów politycznych komentowało dzisiejszy zwrot akcji w Sejmie jako świetne zagranie premiera Morawieckiego. Istotnie, szef rządu Prawa i Sprawiedliwości zaskoczył szykującą się do bombardowania jego osoby opozycję, która z pewnością gotowa była przedstawić bardzo długą listę jego zaniedbań, nie tylko w aspekcie najnowszej afery w Komisji Nadzoru Finansowego. Dzięki sprytnemu zagraniu w zasadzie odwrócił przebieg tej dyskusji, dając sobie okazję do chwalenie się swoimi (także wyimaginowanymi) sukcesami zamiast się bronić przed konkretnie sformułowanymi zarzutami ze strony PO, Nowoczesnej czy PSL. To należy mu niewątpliwie zapisać na plus, tym bardziej że jednocześnie postawił do pionu wewnątrzpartyjną opozycję.

Biorąc natomiast pod uwagę, że do świąt zostało już mniej niż dwa tygodnie, taki ruch ma spore szanse przynieść profity polityczne. Premier oprócz powtórzenia w pełnej dawce tępej propagandy, którą wyborcy PiS niemal codziennie słyszą na kanałach informacyjnych TVP, rzucił też zapowiedź ręcznego powstrzymania koniecznych podwyżek cen prądu, co z pewnością zostanie pozytywnie skomentowane w czasie rozmów przy wigilijnym stole. Nie ma też znaczenia, że po Nowym Roku może się okazać, że te obietnice okażą się puste. Liczy się efekt na tu i teraz, i to chyba pierwszy podstawowy problem dzisiejszego wystąpienia. Nic bowiem nie wskazuje, by za tym odświeżonym expose miały pójść jakieś konkretne nowe działania czy nowa oferta programowa dla Polaków. To, co “dobra zmiana” chciała dla Polaków zrobić, już zrobiła. Dziś ewentualnie myśli o tym, co jeszcze może zrobić dla siebie i dla utrzymania władzy, a takie podejście nigdy się obywatelom naszego kraju nie podobało. 

Największy jednak problem w wystąpieniu Morawieckiego, naprędce zapowiedzianej konwencji już w najbliższy weekend czy ostatnim kazaniu dla swoich posłów z ust prezesa Kaczyńskiego jest to, że wbrew powszechnie rozpowszechnianej narracji, że nie ma żadnego kryzysu, przekaz idzie dokładnie odwrotny. Zwykło się mówić, że trudne okoliczności zmuszają władzę do szukania specjalnych środków. Jeśli nazwać dzisiejsze wydarzenia z Sejmu “ucieczką do przodu”, z pewnością wyborcy zadadzą sobie pytanie przed czym konkretnie szef rządu ucieka i czego się boi. W ogóle strach przed tym, co jeszcze może w związku z aferą KNF wypłynąć przebija się przez większość kontrowersyjnych działań obozu władzy. Dziś znów z ust prominentnego polityka PiS padły skandaliczne słowa, będące kontynuacją słów Zbigniewa Ziobry. Grzegorz Bierecki, będący przecież żywotnie zainteresowany wygaszeniem afery w KNF dolał oliwy do ognia komentując próbę morderstwa Wojciecha Kwaśniaka słowami “nie zawsze jest tak, że bandyta bije dobrego”. Przygotowane i wyćwiczone przemówienie premiera z mównicy sejmowej nie przykryje wszechogarniającego chaosu, jaki dominuje w przekazie obozu władzy od kilku tygodni. Wielu komentatorów zauważy także, że większość, jaką udzielono premierowi w Sejmie była w zasadzie nikła – za udzieleniem wotum zaufania zagłosowało jedynie 231 posłów, a więc tylko jeden ponad próg wymagany do jego obrony przed wnioskiem opozycji, który będzie rozpatrywany za dwa dni.

Z pewnością nie taki efekt chciał wywołać Mateusz Morawiecki, jednak na niekorzyść Zjednoczonej Prawicy świadczy także porównanie dzisiejszego zagrania z podobnym manewrem Donalda Tuska z 2014 roku. Wówczas chodziło o potwierdzenie poparcia koalicji, złożonej z dwóch partii i to po wybuchu afery taśmowej, która jak już dziś wiemy była najprawdopodobniej wspieraną przez rosyjskich mocodawców próbą obalenia legalnie działającego rządu. Dziś niemal każdego dnia słyszymy, że obóz jest skonsolidowany, koalicja trwała a poparcie silne. Jeśli tak, to komu Morawiecki chciał to udowodnić? Jak duże musi być w obozie PiS przekonanie, że dziś sytuacja jest równie poważna odpowiedzieć możemy sobie sami.

>>>