Tag Archives: Wojciech Kussowski

Kaczyński ze schizofrenią, Pawłowicz z paranoją. Tworki PiS

11 Wrz

Prezes Jarosław Kaczyński zabrał głos w sprawie podniesienia płacy minimalnej; polityk uważa, że reforma jest zasadna i wszelkie głosy jej krytyki są nieuzasadnione. Swoimi przemyśleniami podzielił się w Programie 1 Polskiego Radia.

Kaczyński w pełni popiera zwiększenie płacy minimalnej do pułapu 4 tys. zł brutto. „Powtarzałem od wielu lat, że nie można bez przerwy mówić społeczeństwu, że trzeba zaciskać pasa” – stwierdził prezes Prawa i Sprawiedliwości. Prawicowy polityk twierdzi, że „jeśli zwiększą się płace, tworzy to nacisk na ulepszenie gospodarki” – z taką tezą z pewnością nie zgodzi się zdecydowana większość liberalnych ekonomistów.

Szef „dobrej zmiany” usiłował również wykreować się na obrońcę polskich pracowników, którym z pewnością nie jest. Prezes mówił m.in. o fali „fake newsów”, które wymierzone są w reformę i – rzekomo – napędzane przez osoby broniące swoich interesów. Reforma – zdaniem J. Kaczyńskiego – nie zaszkodzi małym i średnim przedsiębiorcom. „Małe firmy nie będą bankrutować, jeżeli nauczą się funkcjonować w tej nowej rzeczywistości. Będzie rósł popyt, więc będzie możliwość utrzymania się na rynku” – podsumował to prezes PiS.

Polityk w wywiadzie przyznał, że celem reformy, jest skłonienie Polaków do… powrotu z emigracji. Reforma – jego zdaniem – doprowadzi do powrotu do RP rzesz pracowników, którzy opuścili nasz kraj w poprzednich latach. „Robimy dużo, aby populacja Polski była liczniejsza” – nie zabrakło również starej śpiewki, która wiąże się z kwestiami demograficznymi. Wiele wskazuje na to, że doktor J. Kaczyński, żyje w jakiejś alternatywnej rzeczywistości.

Lider populistów odniósł się również do jednej ze swoich wcześniejszych wypowiedzi, a mianowicie tej z konwencji PiS w Lublinie; szeregowy poseł mówił wtedy o tym, że „rodzinę widzimy tak, jak tutaj, jedna kobieta, jeden mężczyzna w stałym związku i ich dzieci”. Wypowiedź spotkała się z krytyką ze strony tysięcy Polaków; wskazywali oni na to, że rodzinę stanowić może np. matka wychowująca samotnie swoje dzieci.

Kaczyński stwierdził, że jego wypowiedź nie miała na celu dyskryminacji kobiet. „My, oczywiście, jesteśmy w pełni za szacunkiem dla kobiet – bo to są zwykle kobiety, ale zdarzają się i mężczyźni – którzy dzieci wychowują samotnie (…). Natomiast uważamy, że to, co jest fundamentem naszej cywilizacji, czyli ten trwały związek między mężczyzną a kobietą i dziećmi, które przychodzą z tego związku na świat, jest czymś niezwykle cennym i to właśnie w tym wymiarze cywilizacyjnym” – stwierdził.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński, człowiek, który od 1997 r. nieprzerwanie zasiada w Sejmie, a i wcześniej zajmował się głównie polityką, ponad dwa lata temu postanowił dać lekcję przedsiębiorcom, jak prowadzi się firmę. Dziś wypominają mu to internauci.

Niespodziewanie krótki film video, w którym Kaczyński mówi przedsiębiorcom, co to znaczy prowadzić biznes, zyskuje od wczoraj wielką popularność. Każdy chce chyba spić choć trochę mądrości z ust prezesa.

Kaczyński – dobra rada

Słynny już fragment przemówienia Kaczyńskiego pochodzi z 4 lutego 2017 r. i zawiera trochę ponad minutę zarejestrowanej wtedy wypowiedzi, którą wygłoszono w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej podczas konferencji gospodarczej zatytułowanej „Odpowiedzialność przedsiębiorców za Polskę”. Całość transmitowała Telewizja Trwam.

Jak więc powinno prowadzić się firmę? Należy spełniać pewne „wymogi”! Wiem, co teraz pomyśleliście: trzeba być osobą zaradną, przedsiębiorczą, pracowitą, kreatywną, wstawać rano przed innymi. „Bla, bla, bla” – odpowiada wam lider PiS. Najważniejszą cechą przedsiębiorcy jest pamiętanie o państwie i innych. Jeśli nie spełniasz tego wymogu… Cóż, po prostu nie nadajesz się na biznesmena i idź na etat.

Skąd jednak Kaczyński wie o powyższym? Otóż, spotykał się z „tymi środowiskami” i w czasie tych rozmów nasłuchał się – jego zdaniem – straszliwych bzdur. Przedsiębiorcy sugerowali prezesowi, że aby rozwinąć przedsiębiorczość Polaków, trzeba rozluźnić odpowiedzialność na linii pracodawca – pracownik. Możemy tylko domyślać się o co chodziło – możliwe, że o stale podnoszony ZUS i wysokie opodatkowanie pracy.

Prezes #Kaczyński z pogardą do polskich przedsiębiorców. „Jak nie potraficie działać i płacić #ZUS, na naszych warunkach, zajmijcie się czymś innym” Nie nadajecie się po prostu do biznesu”

Dojna zmiana

„Dobra zmiana” dziś pozytywnie kojarzy się zapewne beneficjentom programów z dopiskiem „plus”. Niekoniecznie przedsiębiorcom, którym nie tylko podnosi się składki ZUS, ale wkrótce – jeśli spełnią się zapowiedzi PiS – będą oni musieli wziąć na swoje barki wyższą płacę minimalną i wszystkie tego typu konsekwencje. Gdy dodamy do tego rosnącą inflację – którą napędzi z pewnością planowana obniżka stóp procentowych przez NBP – zapewne niejednemu rozumiejącemu, jak działa rynek, robi się gorąco.

Sam Kaczyński „cieszy się” zaś opinią człowieka, którego gospodarka wręcz nudzi i który jej nie rozumie. Obecnie popularny klip dobitnie to podkreśla…

Decyzja o przerwaniu trzydniowych obrad Sejmu i przesunięciu dwóch z nich   na „po wyborach” jest całkowicie zgodna z regulaminem – przekonywała podczas konferencji prasowej marszałkini Elżbieta Witek. „15-16 października to będzie ten sam parlament, który zgodnie z regulaminem może się zbierać do ostatniego dnia przed nowym posiedzeniem nowego parlamentu” – mówiła.

Kampania wyborcza jest krótka, posłowie chcą być pomiędzy swoimi wyborcami” – uzasadniła te słowa i podkreślała, że z taką prośbą wyszedł nie tylko klub PiS, ale nawet kilkunastu posłów opozycji.

Nie będę ujawniać [kto], bo nie jestem do tego upoważniona. Ten temat jest zakończony. Prezydium Sejmu zakończyło, przegłosowało i sprawa jest dla mnie zakończona” – oznajmiła.

Witek zarzekała się, że partia rządząca nie ma w tym żadnego interesu i wbrew zarzutowi – jak podkreślała – że nie łamie regulaminu, lecz uczciwie trzyma się harmonogramu.

Na „po wyborach” przesunięte zostało m.in. rozpatrzenie sprawozdania Prezesa Sądu Najwyższego którego termin mija 17 października.

W odpowiedzi na wczorajszy skandaliczny atak PiSowskiej funkcjonariuszki Pawłowicz na Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara – którego nazwała „wyjątkowym szkodnikiem” – opozycja zapowiedziała, iż składa zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa znieważenia RPO.

„Ta sytuacja pokazuje główną zasadę PiS – walka z każdą niezależną osobą i instytucją w państwie. Najpierw RPO obcinano budżet na działalność, potem grożono bezprawnie odwołaniem, czy teraz hejt siany przez opłacanych trolli, a nawet polityków stał się jednym z narzędzi PiS?” – mówiła podczas briefingu Gasiuk-Pihowicz. „Krystyna Pawłowicz zmienia się w Małą Emi” – zauważył poseł Szczerba z KO.

Podczas obrad sejmowej komisja sprawiedliwości i praw człowieka, Adam Bodnar przedstawił informację o działalności RPO oraz o stanie przestrzegania wolności i praw człowieka i obywatela w 2018 r. Przy okazji wymienił 15 najważniejszych problemów z zakresu wolności i praw obywatelskich, które jego zdaniem wymagają pilnego rozwiązania.

Ośmiesza się w tej swojej nienawiści. Wrzuca pan nieczystości w swoje gniazdo. W sposób skandaliczny obraża pan sędziów legalnie wybranych” – gestykulując wykrzykiwała Pawłowicz, przy całkowitym braku reakcji szefa komisji Stanisław Piotrowicza.

Reklamy

Ziobro musi odejść, a potem do pierdla

27 Sier

Przed Kancelarią Premiera w Warszawie zgromadziły się tłumy. Uczestnicy demonstracji domagali się dymisji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Przynieśli czerwone kartki z hasłem „Ziobro musi odejść” i „Wolna prokuratura, wolne sądy, wolni ludzie”. Składali podpisy pod symboliczną dymisją Ziobry.

Protest zorganizowała Akcja Demokracja. – „Jest wiele powodów, że tutaj jesteśmy. Ja mam wiarę, że nasze państwo może wyglądać inaczej. Mam przekonanie, że odpowiedzialnym za to, co się dzieje, jest Ziobro” – mówiła do zebranych Weronika Paszewska, dyrektorka Akcji Demokracji.

– „To nie jest jednodniowa afera, pokazuje ona stan, w jakim jest polskie państwo. Mamy problem z nienawiścią w życiu publicznym. Zbigniew Ziobro albo wiedział, co się dzieje w jego ministerstwie, o akcji zorganizowanego hejtu albo nie wiedział, nie panował nad podwładnymi, tak więc nie nadaje się na ministra” – powiedział prof. Marcin Matczak.

„Prokuratura nie może być narzędziem w rękach władzy. My, prokuratorzy nie godzimy się, abyście wy, wolni ludzie zostali zniewoleni naszymi rękoma” – deklarował Krzysztof Parchimowicz, szef Stowarzyszenia Prokuratorów „Lex super omnia”.

Demonstracja przed Kancelarią Premiera zakończyła się odśpiewaniem hymnu. Podobne protesty odbyły się także w innych miastach.

Słowo z tytułu jest (z dokładnością do wykropkowania) wiernym cytatem z aktywności politycznej jednego z gangsterów usadowionych w Ministerstwie Sprawiedliwości. Zaskoczyło nas zapewne skundlenie ludzi, kiedyś podobno normalnych i porządnych, którzy stając przed pokusą przystąpienia do politycznej grupy przestępczej, przechodzą na ciemną stronę mocy.

Można by chyba przyjąć, że to takie czasy, gdy ludzie przeciętni, zamiast pozostać przeciętni, stają się obozowymi kapo, generałami separatystycznych bojówek lub pałkarzami zatrudnionymi w ministerstwie sprawiedliwości, gotowymi do każdej najobrzydliwszej moralnie akcji „dla dobra Polski”

Sami o sobie myślą jak o Ince, Pileckim, zapewne również Janosiku, Rambo i Supermenie.

Nie łudźmy się, ta afera w ogóle nie wstrząśnie elektoratem PiS. Wręcz przeciwnie, niezdecydowanych przekona, że potrafią wziąć za mordę, znaczy warto z nimi trzymać. Europie po raz kolejny pokaże, że jesteśmy w radzieckiej strefie wpływów politycznie i mentalnie.

Ta afera w gruncie rzeczy pokazuje tylko beznadzieję sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Dziś stoimy na miejscu klienta z filmu „Miś”. Po tamtej stronie szatniarz właśnie nam objaśnia, że jest Kierownikiem Szatni, nie ma naszego płaszcza i co mu zrobimy. Bo w gruncie rzeczy na tym etapie nic zrobić nie można.

Nacisk opinii publicznej nie istnieje. Nawet wielotysięczne demonstracje, zamiast kilkudziesięcioosobowych jak dziś, nie przełożą się na zwiększenie poczucia wstydu rządzących. Stały elektorat od tej afery nie skruszeje, świat nie urządzi nam za nas Polski. Nie ma płaszcza, nie ma nawet bielizny. Król jest nagi. No i co mu Pan zrobisz?

Nagi król nie wyrzuci koalicjanta, od którego zależy polityczna przyszłość dobrej zmiany. Już raz po aferze gruntowej to zrobił i błędu nie powtórzy. Nagi król jest dziś zakładnikiem politycznego partnera, który od początku swojej politycznej kariery miał skłonności do budowania szemranych struktur. I wpędzania koalicjanta w kłopoty.

Dziś pytanie, jakie można zadać w kontekście działania ministra wielu ministerstw jest takie: czy jest tak nieprawdopodobnie niekompetentny, by nie wiedzieć o grupie przestępczej w swoim ministerstwie, czy kompetentnie o wszystkim wiedział?

W jednym i drugim wypadku powinno to oznaczać natychmiastową dymisję, śledztwo i polityczny koniec. Ale jak się jest Kierownikiem Szatni…

Gdyby nie koszt tego przedstawienia, gdyby nie zmarnowane kilka dekad to można by kupić popcorn, usiąść na brzegu rzeki i czekać. Bo im nie trzeba rewolucji, nowej Solidarności, Majdanu. Im trzeba dać czas i sami się wykończą. Ale to rak i umrze razem z nosicielem.

Co więc robić? Przetrwajmy. I pilnujmy płaszcza w przyszłości.

Były wiceminister sprawiedliwości, a teraz europoseł PiS, Patryk Jaki „heroicznie” broni swojego byłego szefa. Uważa oczywiście, że Zbigniew Ziobro nie powinien ponieść żadnej politycznej odpowiedzialności za aferę hejterską. – „Dlaczego ma ponosić odpowiedzialność, jeśli nic nie wiedział o tej sprawie?” – stwierdził Jaki w TVN 24. Europoseł też nic o aferze Piebiaka nie wie.

Jaki próbował metody obrony przez atak. Usiłował wmówić prowadzącej program Anicie Werner, że to TVN 24 „od rana do wieczora tworzy się mowę nienawiści”. Jednocześnie unikał odpowiedzi na niewygodne dla niego pytania. – „Czy ja mogę odpowiadać tak, jak potrafię” – rzucił Jaki. Werner z dużym spokojem odparła: – „Ależ odpowiada pan tak, jak pan potrafi”. Usilnie starał się także „sprzedać” pisowski przekaz o rzekomej aferze hejterskiej, którą miał – według TVP Info – inspirować poseł PO Krzysztof Brejza.

 „Pokaz histerycznej paniki tudzież, jak kto woli panicznej histerii w wykonaniu „hatakumby” zjednoczonej prawicy”; – „Facet przeszedł i miał odp. na pytania, a on próbował wyrecytować przekaz z Nowogrodzkiej”; – „Patryk Jaki sam się zaorał”; – „Żadna hatakumba nie jest mu straszna. Rano spojrzy z radością w lustro, a rablador zapewni go, że jest najbardziej inteligentnym stworzeniem na tym łez padole”;

„Facet przyszedł z planem załgania afery Ziobry i zrobienia z widzów idiotów opowiadaniem bajek o hejterach Brejzy, a omal się nie rozpłakał. Teraz biegusiem do pani Holeckiej. P. Danusia nie będzie „przeszkadzać” – komentowali zachowanie Jakiego internauci.

Pisizm i faszyzm. Z życia pasqud 26

21 Lip

Po co PiS właściwie wprowadził przepisy o odpowiedzialności dyscyplinarnej i dlaczego istnieje niewielka szansa, by się z nich wycofał? Jest to instrument politycznego wpływania na sędziów, co już widać, ale być może sprawa jest poważniejsza i PiS potrzebuje izby dyscyplinarnej, by przykładowo ograniczyć do niej tylko kompetencje Sądu Najwyższego do uznawania wyborów w kraju za legalne i ważne. To bardzo niebezpieczny instrument i dlatego działania Komisji Europejskiej uważam za w pełni uzasadnione – mówi europeistka prof. Renata Mieńkowska-Norkiene z Instytutu Nauk Politycznych UW. – KE dała 2 miesiące na wycofanie się z przepisów dotyczących systemu dyscyplinowania sędziów. Niezastosowanie się do tego zalecenia KE prawdopodobnie będzie wiązało się ze skierowaniem sprawy do TSUE – dodaje

JUSTYNA KOĆ: KE rozpoczęła drugi etap postępowania o naruszenie prawa unijnego wobec Polski w sprawie nowego systemu dyscyplinarnego dla sędziów. Co to oznacza, z czym się wiąże i kiedy możemy odczuć konsekwencje?

PROF. RENATA MIENKOWSKA-NORKIENE: Komisja Europejska jest strażniczką europejskiego prawa, m.in. w tym sensie, że widząc jego naruszenie, może wnioskować do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, by wszczął postępowanie przeciwko państwu lub instytucji, która takiego naruszenia się dopuszcza. Zanim to jednak nastąpi KE w pierwszym etapie wnioskuje o wyjaśnienia i ewentualne zlikwidowanie przepisów lub praktyki naruszającej europejskie prawo, w drugim daje natomiast konkretny czas na wycofanie się z naruszenia. W przypadku Polski KE dała 2 miesiące na wycofanie się z przepisów dotyczących systemu dyscyplinowania sędziów. Niezastosowanie się do tego zalecenia KE prawdopodobnie będzie wiązało się ze skierowaniem sprawy do TSUE. Jeśli tak się stanie,

TSUE MOŻE WYDAĆ WYROK SKAZUJĄCY POLSKĘ, CO Z KOLEI BĘDZIE OZNACZAŁO KONIECZNOŚĆ ZMIANY PRZEPISÓW PRZEZ POLSKIE WŁADZE, A BYĆ MOŻE TAKŻE KONSEKWENCJE FINANSOWE, JEŚLI OBECNE REGULACJE DOPROWADZĄ DO ZMIAN, KTÓRE NARUSZĄ CZYJEŚ DOBRA ALBO DOPROWADZĄ DO STRAT.

Proszę pamiętać, że na mocy art. 19 Traktatu o Unii Europejskiej sądy państw członkowskich także przyczyniają się do właściwego stosowania prawa UE, dlatego powinny być niezawisłe. Niezawisłość sądownictwa to także jedna z gwarancji realizacji zasady praworządności, a przecież Polska podlega właśnie procedurze ochrony praworządności, ponieważ istnieje podejrzenie, że polskie władze ją naruszają. Praworządność z kolei to jedno z kryteriów członkostwa w UE – bez jego spełnienia kraj w istocie nie jest demokratyczny. Zatem można się także spodziewać, iż nie wycofawszy się z przepisów o odpowiedzialności dyscyplinarnej wobec sędziów w Polsce, PiS naraża się także na dalsze etapy procedury ochrony praworządności wobec Polski, to zaś może się skończyć sankcjami przewidzianymi w ramach tej procedury, włącznie z pozbawieniem Polski prawa głosu.

ISTNIEJE TEŻ SPORA PRESJA W INSTYTUCJACH UE NA POWIĄZANIE PRZESTRZEGANIA PRAWORZĄDNOŚCI Z ALOKACJĄ FUNDUSZY UNIJNYCH, CO MOŻE BYĆ JUŻ ZAGROŻENIEM KONSEKWENCJAMI FINANSOWYMI WOBEC POLSKI.

Ostatnią kwestią jest to, po co PiS właściwie wprowadził przepisy o odpowiedzialności dyscyplinarnej i dlaczego istnieje niewielka szansa, by się z nich wycofał – jest to instrument politycznego wpływania na sędziów, co już widać, ale być może sprawa jest poważniejsza i PiS potrzebuje izby dyscyplinarnej, by przykładowo ograniczyć do niej tylko kompetencje Sądu Najwyższego do uznawania wyborów w kraju za legalne i ważne. To bardzo niebezpieczny instrument i dlatego działania Komisji Europejskiej uważam za w pełni uzasadnione.

Beata Szydło dwa razy przegrała głosowanie na szefa komisji do spraw zatrudnienia PE. Gdzie widzi pani przyczynę?
To ciekawe, drugie głosowanie było zresztą z dużo gorszym wynikiem dla pani byłej premier. PiS musiał sondować sytuację przed drugim głosowaniem, zatem albo wprowadzono ich w błąd, albo była już tak duża wola, aby pokazać, że ta kandydatka się nie podoba przy jednoczesnej uporczywości PiS, by forsować własny pomysł na tę kandydaturę. PiS nie działał tu być może w pełni racjonalnie –

INSTYTUCJE UE DZIAŁAJĄ JEDNAK INACZEJ.

Czy Bruksela pamięta, że Beata Szydło, gdy jeszcze była premierem, łamała konstytucję?
Nie przeceniałabym tu roli pani Beaty Szydło. Z tego, co mówi się w brukselskich korytarzach, a chodzi o głosy z samej EKR, ale także komisji ds. zatrudnienia i spraw socjalnych, każdy kandydat PiS-u zostałby odrzucony. Zresztą początkowo miała na to stanowisko kandydować pani Rafalska. Myślę, że PiS wyszedł z założenia, że skoro Beata Szydło zdobyła pół miliona głosów i ma tak silny mandat demokratyczny, to może to zostanie docenione w PE. Tylko pamiętajmy, że w sytuacji, kiedy PiS walczy o to, aby najważniejsze decyzje były jednak podejmowane międzyrządowo, czyli aby państwa miały jak największy wpływ na to, co dzieje się w UE, a drugiej strony myśli, że mandat demokratyczny wszystko załatwia, to postępuje w myśl zasady „Kali ukraść krowę – dobrze, Kalemu ukraść krowę – źle”.

PANI PREMIER SZYDŁO NA PEWNO TEŻ JEST ZAPAMIĘTANA Z RÓŻNYCH POWODÓW, CHOCIAŻBY Z GŁOSOWANIA PRZECIWKO DONALDOWI TUSKOWI, KIEDY POLSKA JAKO JEDYNY KRAJ GŁOSOWAŁA W TEN SPOSÓB.

Po Internecie krążą jej różne wypowiedzi, gdzie wykazuje się daleko idącą ignorancją w obszarze integracji europejskiej. Wyprowadziła flagę UE. Z całą pewnością jest też bezpośrednio utożsamiana z PiS-em i z Jarosławem Kaczyńskim i z tym, że jest jego marionetką bez żadnej samodzielności.

Mamy tu też dużo poważniejszą kwestię. Komisja ds. zatrudnienia i spraw społecznych to jest komisja, która decyduje w bardzo istotnych w ostatnim czasie dla UE sprawach; chociażby o dyrektywie dot. pracowników delegowanych. Są to ważne kwestie także dla Francji czy Niemiec, a więc dużych państw. Oddawanie przewodnictwa tej komisji przedstawicielce PiS-u, osobie niesamodzielnie podejmującej decyzje (dodatkowo wiadomo, jakie Polska miała zazwyczaj stanowisko – wbrew Francji czy Niemiec) byłoby nieporozumieniem. Moim zdaniem

ANI BEATA SZYDŁO, ANI INNY KANDYDAT Z PIS-U NIE MIAŁ SZANS NA TO STANOWISKO.

Przewodniczący komisji decyduje o ważnych kwestiach, jak np., co i kiedy staje na agendzie, co z kolei może mieć wpływ na krajowe wybory.

Lucia Durisz Nicholsonova z EKR została nową przewodniczącą komisji. Czyli jednak Beata Szydło nie była po raz trzeci kandydatką. EKR poszedł po rozum do głowy?
Zapewne tak, EKR to jednak pewna siła w PE – chociaż wybór Słowaczki to jednak kolejny cios w PiS i Beatę Szydło, ponieważ pokazuje, iż nie chodziło tylko o ostracyzm wobec państw Europy Środkowej i Wschodniej. Takie głosy ze strony PiS pojawiały się po porażce pani Szydło – sugerowano, iż wygrały interesy wyłącznie Francji czy Niemiec. Tymczasem chodziło po prostu o słabość polskiej kandydatury i sprzeciw wobec działania PiS-u, czyli wystawiania dwukrotnie osoby, wobec której wyrażono sprzeciw.

NAD SŁOWACZKĄ NIE CIĄŻYŁO TAKŻE ODIUM ZNIEWAŻANIA UNIJNEJ FLAGI, GŁOSOWANIA PRZECIWKO WŁASNEMU PRZEDSTAWICIELOWI JAKO KANDYDATOWI NA SZEFA RE, BRAKU KOMPETENCJI W OBSZARZE INTEGRACJI EUROPEJSKIEJ.

Premier Morawiecki powiedział, że przy wyborze nowej szefowej KE głosy PiS-u były „języczkiem u wagi”. Na oficjalnej stronie EKR z kolei można przeczytać, że frakcja była przeciwna kandydaturze Ursuli von der Leyen. To przejaw megalomanii premiera?
Pamiętajmy, że nie ma dyscypliny w żadnej frakcji w PE, jeżeli już, to pojawia się ona bardzo rzadko i jest nieformalna. To logiczne, bo kraje członkowskie nawet w ramach jednej grupy mają inne interesy.

EKR to nie jest frakcja, która ma gigantyczny wpływ na to, jakie są wyniki głosowań w PE, bo to frakcja nieduża. Co do wyboru Ursuli von der Leyen, to oczywiste, że miała poparcie EPP, miała też poparcie większości socjalistów i liberałów. Pojawiła się kwestia Zielonych, którzy zastanawiali się, czy ta kandydatka będzie dobrze reprezentować ich interesy.

URSULA VON DER LEYEN W PLENARNYM WYSTĄPIENIU 16 LIPCA POKAZAŁA, ŻE MYŚLI POSTĘPOWO.

To było wystąpienie zorientowane za realizację pakietu klimatycznego, zorientowane na realizację kluczowych obszarów, gdzie UE staje przed największymi wyzwaniami. Oczywiście można się zastanawiać, czy to nie była próba zadowolenia wszystkich, ale moim zdaniem to było bardzo dobre, wręcz wzorcowe wystąpienie, które zadecydowało o wyborze.

Wybór Niemki pokazał, że procedura szpic kandydatów okazała się fiaskiem. Co to oznacza?
Prawdą jest, że Ursula von der Leyen została wybrana wbrew tej procedurze. EPP wystawiając na szpic kandydata Webera samo postawiło się w nieciekawej sytuacji, bo wiadomo było od samego początku, że nie dostanie on poparcia. Z Timmermansem nie było takiej pewności, choć wiadomo było, że to kandydatura trudna do zaakceptowania przed państwa członkowskie Europy Środkowej.

Odejście od tej procedury sprawiło, że PE sam znalazł się w pułapce i odrzucenie kandydatury Ursuli von der Leyen oznaczałoby, że trzeba wrócić ponownie do procedury na pewnym etapie wyboru, do jakiego – nie wiadomo. Dodatkowo część układanki już się dokonała, czyli Lagarde jako szefowa Banku Centralnego, David Sassoli jako szef PE. W zasadzie wszystkie ważne stanowiska zostały już rozdane poza Europą Środkową i Wschodnią.

PE MÓGŁ ZAGŁOSOWAĆ PRZECIWKO NIEMIECKIEJ KANDYDATCE, GDYBY MIAŁ KONKRETNĄ OSOBĘ NA JEJ MIEJSCE, A TEGO NIE BYŁO, NAWET W FORMIE POMYSŁU.

Wracając do wypowiedzi premiera, to PiS musiał poprzeć kandydaturę Ursuli von der Leyen, bo od samego początku jego przedstawiciele krzyczeli, że to ich sukces i realizacja ich wielkiego celu, jakim było ukrócenie kandydatury Timmermansa.

Prof. Krasnodębski powiedział, że ktoś z Polski otrzyma ważną tekę w Komisji pod przewodnictwem Ursuli von der Leyen. Wymienił trzy nazwiska: Szymański, Kwieciński, Emilewicz. Czy Polska rzeczywiście ma szanse na ważną tekę?
Po pierwsze, co to znaczy „ważna teka”? Oczywiście, są portfolio istotniejsze politycznie i bardziej techniczne, ale to nie tak, że komisarze sami decydują, co się w danym obszarze dzieje. Po drugie, te trzy nazwiska nie są sobie równe. Pani Emilewicz na pewno odstaje w tej trójce, bo dwaj panowie jest z całą pewnością bardziej spolegliwi w stosunku do PiS-u.

PAN SZYMAŃSKI, KTÓREGO SAMA KIEDYŚ UWAŻAŁAM ZA SENSOWNEGO POLITYKA, ZWŁASZCZA W KONTEKŚCIE KULUARÓW KRAJOWYCH, ALE W OBSZARZE EUROPEJSKIM, OBAWIAM SIĘ, ŻE JEST ZBYT ULEGŁY PARTII. W EKIPIE PIS-U NIE MA SZANS NA JAKĄKOLWIEK NIESUBORDYNACJĘ, ZATEM STAŁ SIĘ STRASZNIE OPORTUNISTYCZNY.

Pani Emilewicz na pewno miałaby wiedzę z zakresu energetyki i PiS być może w tym kontekście o niej myśli. Natomiast to mało prawdopodobne. Rozmawiałam niedawno z dobrze zorientowaną osobą z Brukseli, która mówiła, że w przypadku tej teki można zapomnieć o takich mrzonkach, bo nikt nie chce oddać Polsce kwestii energetyczno-klimatycznych. Wiadomo, że Polski rząd jest nawet nie w ogonie, ale absolutnie ostatnim krajem, o którym można by powiedzieć, że wpisuje się europejskie cele w tym zakresie. Polski rząd idzie w dokładnie odwrotnym kierunku niż UE.

Pani Emilewicz jest jednym z najbardziej sensownych polityków ze Zjednoczonej Prawicy, kiedyś była jeszcze minister finansów, ale jak wiadomo, już jej nie ma. Dodatkowo nie jest tak podległa partii rządzącej i być może byłaby najłatwiejszym kandydatem do przełknięcia przez Brukselę, ale są pewne odgórne wymagania, których może nie być w stanie przeskoczyć. Moim zdaniem ma jakieś 30 proc. szans.

Pan Szymański ma szanse ze względu na kompetencje, natomiast pytanie, na ile jest w stanie się wyemancypować.

ZWAŻYWSZY NA DZISIEJSZE SONDAŻE PIS-U, KTÓRE DAJĄ TEJ PARTII ZWYCIĘSTWO W JESIENNYCH WYBORACH, WIDZĘ MAŁE SZANSE NA USAMODZIELNIENIE SIĘ PANA SZYMAŃSKIEGO, BO BĘDZIE CHCIAŁ BYĆ BLISKO Z WŁADZĄ.

Pani Emilewicz nie jest tak zależna od polityki i polityków. Ona może wrócić do sektora prywatnego, bo ma bardzo specyficzne kompetencje, z panem Szymańskim jest trudniej, bo on jest po prostu urzędnikiem państwowym.

Odbywający się w sobotę Marsz Równości w Białymstoku został zaatakowany przez chuliganów określających siebie jako narodowców/prawicę.

Ten Marsz Równości w Białymstoku był bardzo inny. Pieśń umierała na ustach, taniec zastygał w pół kroku.To był popis brunatnego terroru w centrum Europy. Podpalono tęczową flagę na ludzkich plecach, z nieba leciały plwociny, worki z wodą, płonące race, kamienie, jajka, donice i gaz. Hordy łysych przez megafony wrzeszczały swoją religijno-patriotyczną mantrę:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! honor! lesby!ojczyzna!sodomici! kurwy! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

W tym marszu szły nasze polskie dzieci i młodzież. Szli katolicy, polskie rodziny, polscy obywatele. Policja w pełnym bojowym rynsztunku oddzielała ich od łysych i brunatnych skandujących unisono:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

Policja, która aresztowała aktywistkę za nalepkę z tęczową madonną pokornie uchylała głowy w kaskach, gdy leciały race, butelki i kamienie. Nie chciała drażnić łysych władców naszej odnowionej ojczyzny, którzy głośno modlili się przez megafony:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

Ten marsz w Białymstoku pachniał krwią i nie było w nim zwykłej tęczowej radości. Lecz szedł, szedł na przekór, niezłomnie. Szedł w brunatnym cieniu polskiego faszyzmu i oniemiałym zdziwieniu splugawionych ofiar tamtej wojny. Ich życie i walka i smierć straciły dziś sens. Na ołtarzu faszyzmu paliły się race, a modlitwę wrzeszczał tłum podniecony żądzą krwi:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

Ten marsz przejdzie do historii jako pierwszy lub ostatni. Przed nami brunatna ściana, od której odbija się echo tej modlitwy słyszanej w całej Europie:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja! Polska katolicka!zajebać! kurwy! pedały! lesby! do gazu!

amen

Te usta w niedzielę przyjmą ciało i krew Chrystusa. Te dłonie z kamieniami wrzucą jesienią swoje głosy do urny i ten kraj do przepaści, z której nie wraca się już żadnym marszem lecz apelem poległych.

amen

Ten marsz wstrząsnął naszym jestestwem, wstrząsnął nami do kości. Już nikt w Polsce nie powinien kłaść się spać spokojnie. Nasz dom zabrali faszyści.

Osamotnieni

Ostatnie klęski personalne PiS w relacjach międzynarodowych powinny nam odsłonić brutalną prawdę. Po czterech latach rządów Jarosława Kaczyńskiego Polska jest osamotniona bardziej niż w 1939.

Nie szanuje polskiego rządu nikt. Więcej. Wiele krajów, organizacji oraz poszczególnych wpływowych osób jest w stanie zrobić wiele, aby pokazać swoją odrazę do prymitywnych, tępych, ale za to butnych przedstawicieli naszego rządu.

Upokorzenie Krasnodębskiego i Szydło na forum PE zostało dokonane z premedytacją. Porażka Szczerskiego i wcześniejsze kompromitująca klęska. Konferencji o Bliskim Wschodzie, która miała miejsce w Warszawie pokazują, że USA traktują nas jako ledwo tolerowanego pariasa, od którego można wziąć pieniądze za broń, ale w żadnym wypadku nie dopuścić do tajemnic NATO, czy partnerstwa międzynarodowego. Sytuacja stojącego Dudy i siedzącego Trumpa jest najlepszą egzemplifikacją tej relacji.

Brutalne łamanie własnej Konstytucji, próby wprowadzenia zamordyzmu, ostentacyjne pouczanie innych z przeświadczeniem własnej wyższości, prymitywny nacjonalizm i pogarda do obcych oraz powiązania prominentnych polityków obozu władzy z Rosją i jawne wysługiwanie się Putinowi tworzą atmosferę, w której nasz kraj staje się chorym człowiekiem świata zachodniego.

Już Węgry ze swoim Orbanem są łatwiejsze do strawienia, gdyż nie tak zadufane i nie tak koszmarnie głupie. Orban to wykształcony człowiek. Znam zarówno Kaczyńskiego jak i Orbana. Różnica klas, poziomu, a przede wszystkim realizmu w ocenie sytuacji międzynarodowej jest niebotyczna.

Każdy patriota, który kocha Polskę powinien zrobić wszystko, aby obecny rząd odsunąć od władzy. Zagrożona jest istota naszej państwowości, gdyż w dzisiejszym świecie kraje o takiej reputacji jak obecnie ma polski rząd, szybko kończą tak jak Wenezuela.

Przed nami wybory. To nasza wielka szansa.

Merkel rozmawiała z Morawieckim o Szydło, ale nieco inaczej niż przebieg rozmowy przedstawia Kaczyński

Angela Merkel przedstawiła swoją wersję rozmowy telefonicznej, którą odbyła z premierem Mateuszem Morawieckim po odrzuceniu w Parlamencie Europejskim kandydatury Beaty Szydło na przewodniczącą Komisji Spraw Socjalnych.

Pytana przez dziennikarza Deutsche Welle Merkel potwierdziła, że rozmowa rzeczywiście się odbyła. Ale niemiecka kanclerz przedstawia jej przebieg nieco inaczej niż szef PiS Jarosław Kaczyński.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości mówił na początku tygodnia, że po przegranym dla Beaty Szydło głosowaniu Merkel zadzwoniła do Morawieckiego „z przeprosinami, wyrazami zdumienia i szoku po tym, co się stało”. Jarosław Kaczyński dodawał, że wynik głosowania w Komisji był zaskoczeniem, bo „mieliśmy zawarte pewne porozumienia na najwyższym szczeblu”.

Na dorocznej letniej konferencji prasowej w Berlinie Angela Merkel powiedziała w piątek, że w związku z drugim odrzuceniem kandydatury Szydło faktycznie odbyła się rozmowa z premierem Morawieckim. – Oceniając całą sytuację niemieckimi standardami parlamentarnymi wyraziłam podczas rozmowy moje niezrozumienie dla tego, co zaszło – powiedziała.

Kanclerz podkreśliła, że w niemieckim parlamencie istnieją jasne procedury wyboru przewodniczących poszczególnych komisji, które przypadają politykom zarówno z opozycji, jak i rządu. – To dobra parlamentarna praktyka. Próby odrzucenia za wszelką cenę jakiegoś polityka, bo jest z partii, której się nie lubi, są, patrząc przez pryzmat doświadczenia w Bundestagu, czymś nietypowym. I to dałam do zrozumienie podczas rozmowy z premierem Morawieckim – powiedziała Merkel.

Rozmowa także o szefowej KE

Szefowa niemieckiego rządu przyznała, że rozmawiała z polskim premierem także przed głosowaniem w sprawie wyboru Ursuli von der Leyen na szefową Komisji Europejskiej. Zresztą nie tylko z Mateuszem Morawieckim, ale także z wieloma innymi szefami europejskich rządów. Merkel przypomniała, że kandydatura von der Leyen została wcześniej zaakceptowana przez europejskich przywódców w Radzie Europejskiej. – Myślę, że to sensowe, żeby rozmawiać z szefami rządów, o tym, co przedstawiciele ich krajów w PE mogą zrobić, żeby życzenie wyrażone przez przywódców się zrealizowało – stwierdziła.

Merkel nie odpowiedziała wprost na pytanie, czy sekretarz generalny CDU Paul Ziemiak faktycznie spotkał się w Polsce z Jarosławem Kaczyńskim, aby omówić sprawę ewentualnego polskiego poparcia dla Ursuli von der Leyen. Powiedziała jednak, że to normalne, iż dochodzi do kontaktów między różnymi europejskimi partiami. – Nie uważam, żeby było to jakąś niedorzecznością – oceniła.

Ursula von der Leyen została we wtorek wybrana na przewodniczącą Komisji Europejskiej. Uzyskała jednak tylko 383 głosy, czyli zaledwie o dziewięć więcej od wymaganej większości. Gdyby Prawo i Sprawiedliwość nie poparło Niemki w głosowaniu, jej kandydatura prawdopodobnie by przepadła.

Niemieckie media zastanawiają się, jaką cenę za to poparcie przyjdzie zapłacić Ursuli von der Leyen. W wywiadzie udzielonym piątkowej „Sueddeutsche Zeitung” nowa szefowa Komisji obrała dość koncyliacyjny ton wobec krajów na wschodzie Europy mających problemy z praworządnością. „Musimy nauczyć się, że pełna praworządność jest naszym celem, ale nikt nie jest doskonały” – powiedziała.

Zamiast jednej będą trzy koalicje. Którą ma poprzeć przeciwnik PiS, by nie zmarnować głosu?

Antypisowscy wyborcy nagle obudzili się w nowej rzeczywistości. Po wyborach europejskich sądzili, że także tym razem partie polityczne zapewnią im komfortowe warunki i uwolnią od dylematu, na którego z przeciwników Jarosława Kaczyńskiego oddać głos. Okazuje się jednak, że nie ma lekko. Znów trzeba ważyć za i przeciw, zastanawiać się, która opcja lepsza i przede wszystkim – mniej ryzykowna. Perspektywa zmarnowania głosu i pośredniego wsparcia PiS znów staje się groźbą realną i wymagającą uwzględnienia w kalkulacjach.

Centrowy mainstream to opcja bezpieczna

Stosunkowo najłatwiej mają ci, którzy zamierzali głosować na umiarkowane i liberalne centrum, reprezentowane przez główny nurt PO i Nowoczesną. Sondaże pozwalają wierzyć, że w ich przypadku nie ma ryzyka znalezienia się pod progiem (5 proc. dla partii, 8 proc. dla koalicji). Jest wysoce prawdopodobne, że wynik tego obozu przekroczy 20 procent, a może nawet zbliży się do 30 proc.

Czy ewolucja komitetu wyborczego partii politycznej PO w pospolite ruszenie z udziałem działaczy samorządowych, aktywistów opozycji ulicznej i sektora NGO-sów okaże się impulsem nadającym głównemu nurtowi opozycji nowy impet? Za wcześnie, by o tym przesądzać, zwłaszcza że nie wiemy jeszcze, czy nie czekają nas kolejne odejścia. Czy środowisko Barbary Nowackiej zostanie w Koalicji Europejskiej, czy odejdzie do powstającego komitetu wyborczego lewicy? Czy przynajmniej niektórzy katoliccy i konserwatywni politycy PO nie zdecydują się przejść do koalicji tworzonej wokół PSL? Można jedynie trzymać kciuki za to, by polityczny upływ krwi został jak najszybciej zatamowany.

Lewica bardziej ryzykowna, ale ma szansę

W gorszej sytuacji są ci wyborcy opozycji, których poglądy i sympatie polityczne lokują się na lewo od centrum. Liderzy powstającej koalicji lewicowej buńczucznie zapowiadają, że osiągną wynik dwucyfrowy, ale zapewne w skrytości ducha modlą się o to, by udało się im przeczołgać się nad 8-procentowym progiem. W przypadku wyboru tej formacji perspektywa zmarnowania głosu jest groźbą realną i zapewne część wyborców stanie przed dylematem, gdzie postawić krzyżyk na kartce.

Tych wątpliwości nie mają oczywiście skupieni wokół Adriana Zandberga ideowi miłośnicy wysokich podatków, wrogowie rynku i kapitalizmu, wyznawcy tezy, że państwo powinno być skrzyżowaniem niańki ze świętym Mikołajem – ci wszyscy symetryści, dla których PO i PiS to „duopol” dwóch niemal takich samych „plemion”. Jednak zwolennicy rozsądniejszej i bardziej umiarkowanej lewicy, dla których obrona wolności i konstytucyjnych fundamentów III RP jest celem nadrzędnym, będą mieć poważny zgryz. Ryzykować zmarnowanie głosu czy wybrać wariant bezpieczny, choć nie do końca zgodny z własnymi sympatiami ideowymi?

Warto przy tym pamiętać, że promująca silnych i karząca słabych ordynacja d’Hondta sprawia, iż nawet przekroczenie progu 8 proc. nie daje proporcjonalnej liczby mandatów w Sejmie. Fachowcy szacują, że dopiero przy 10-11 proc. głosów ugrupowanie może liczyć na adekwatną reprezentację parlamentarną.

Prawicowa koalicja PSL to niemal gwarancja zmarnowania głosu

W najgorszej jednak sytuacji będą ci wyborcy opozycji, których poglądy sytuują się na prawo od centrum. Teoretycznie rzecz biorąc, oferta koalicji wokół PSL jest adresowana do nich, jednak tu perspektywa zmarnowania głosu jest nie tylko prawdopodobna, ale wręcz graniczy z pewnością.

W zasadzie PSL jest dziś partią wąskiej grupki aparatczyków, pozbawioną elektoratu. Jej dawnych wyborców przejął PiS, a w wyborach europejskich w znacznym stopniu głosowali na nią wielkomiejscy konserwatyści i umiarkowani zwolennicy demokratycznej narodowej prawicy. Mogli oddać głos na ugrupowanie Kosiniaka-Kamysza, bo wiedzieli, że w ten sposób wspierają prawe skrzydło zjednoczonej opozycji antypisowskiej. Jest wysoce wątpliwe, by w zmienionej sytuacji – gdy PSL idzie do wyborów oddzielnie – dokonali takiego samego wyboru.

Co gorsza, nawet gdyby ludowcy jakimś cudem przekroczyli próg wyborczy, ich wyborcy wcale nie mogą mieć pewności, jak PSL zachowa się po wyborach. Czy przypadkiem nie stanie się koalicjantem PiS? Wprawdzie o partii Kosiniaka-Kamysza ciepło wypowiadają się tacy demokratyczni politycy prawicy jak np. Aleksander Hall i niektórzy z nich mogą zasilić szeregi koalicji prawicowej, ale kto da gwarancję, że głos decydujący będzie po wyborach należeć do nich, a nie do Eugeniusza Kłopotka i Waldemara Pawlaka?

Wszystko to razem sprawia, że dla wielu przeciwników PiS jesienne wybory będą ciężką łamigłówką. Politycy wyborcom zgotowali ten los.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Więcej >>>

Atak na mieszkanie Michała Tuska mógł być z inspiracji wiadomych sił

29 Gru

„Nie rzucili w przypadkowe okno. Parę godzin szukali tego adresu, to był zaplanowany zamach „ – tak Roman Giertych odniósł się do wznowienia sprawy zniszczenia mienia i narażenie życia rodziny Michała Tuska.

Przypomnijmy: we wrześniu 2017 r. Tomasz K. i Adam Z. wybili kamieniami szyby w mieszkaniu syna Donalda Tuska. Na szczęście domowników nie było wówczas w domu, w innym przypadku któreś z nich mogło ucierpieć, bo rzucony kamień był sporej wielkości.

Cały, że atak został zarejestrowany przez kamery monitoringu, mimo to prokuratura umorzyła śledztwo, tłumacząc, że nie można zidentyfikować sprawców. Na początku roku adwokat Michała Tuska, Roman Giertych wniósł apelację, komentując przy tym umorzenie postępowania: ” W mojej dwudziestoletniej praktyce w adwokaturze nie spotkałem takiego umorzenia jak w sprawie kamieni rzuconych przez szybę w miejsce, gdzie przebywały na co dzień wnuki Donalda Tuska. Według twierdzeń Policji sprawa wydawała się banalnie prosta, gdyż monitoring nagrał grupę mężczyzn z nacjonalistycznymi hasłami na ubraniach, jak skandują jakieś hasła, wznosząc w górę pięści, a następnie rzucają kamieniem, rozbijając szybę. Widać było ich twarze. Kamień był tak duży, że jego uderzenie, nawet w głowę dorosłej osoby, mogło zabić”.

Po tym jak zdjęcia sprawców zostały opublikowane przez „Wyborczą”, bardzo szybko zostali oni zidentyfikowani. Początkowo jeden ze sprawców tłumaczył swoje zachowanie wypitym alkoholem i zwykłym aktem wandalizmu. Zaprzeczył też, że kamień został rzucony w konkretne okno. Podczas kolejnych przesłuchań obaj sprawcy odmówili zeznań. Zdaniem Romana Giertycha nagranie z monitoringu jest niekwestionowanym dowodem na to, że mężczyźni „szukając adresu, pytali o Tuska, jest bardzo prawdopodobne, że chodziło im o ojca, a nie syna”.

Proces ma ruszyć w połowie stycznia. O samych oskarżonych, jak na razie niewiele wiadomo. Według ustaleń „Gazety Wyborczej” obaj w ostatnich latach znaleźli zatrudnienie w państwowych firmach. „Mam nadzieję, że podczas procesu, który zaczyna się za 3 tyg. dowiemy się kto i za co ich tam zatrudnił. Pozwoli to ustalić, czy działali bez inspiracji” – napisał na Twitterze adwokat Giertych.

Pisowski Kopernik Bogdan Pęk orzekł, że ocieplenie globalne to ściema Donalda Tuska

28 Gru

Przeciwko Jackowi Międlarowi – narodowcowi i antysemicie – toczyło się lub toczy kilka postępowań w prokuraturze. Jak dotąd byłemu księdzu nie postawiono zarzutów w toczących się śledztwach. Zdaniem reporterów TVN 24, roztoczono nad nim parasol ochronny.

Jednym z przykładów jest sprawa wystąpienia Międlara na obchodach 82 rocznicy powstania ONR. – „Ciemiężyciele i pasywny żydowski motłoch będzie chciał was rzucić na kolana, przeczołgać, przemielić, przełknąć, przetrawić, a na koniec będzie chciał was wypluć, bo jesteście niewygodni” – mówił do zebranych były ksiądz.

Prokuratura w Białymstoku, która najpierw zajęła się sprawą, umorzyła postępowanie. Jednak później prokuratura z Wrocławia włączyła ten wątek do własnego śledztwa w sprawie innych wypowiedzi byłego księdza. Według TVN 24, śledczy z Wrocławia chcieli postawić Międlarowi zarzuty dotyczące mowy nienawiści. Odebrano im jednak śledztwo i przekazano do prokuratury w Białymstoku, czyli tam, gdzie tak łagodnie go potraktowano.

Prokuratorzy białostoccy zażądali „kompleksowej opinii z zakresu tzw. mowy nienawiści”, mimo że wrocławscy śledczy dostarczyli im opinie biegłych. Jak informuje TVN24, od kilku miesięcy prokuratura w Białymstoku nie może znaleźć biegłego, który podjąłby się sporządzenia tejże opinii. Śledztwo utknęło więc w martwym punkcie.

TVN przypomina też inną historię dotyczącą Międlara. We wrześniu warszawska prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania w sprawie felietonu, który były ksiądz opublikował na swojej stronie internetowej. – „Dość tego! Czas na żniwa. Czas oddzielić kąkol od pszenicy. Przeproście za antypolonizm i wynoście się z Polski!” – napisał narodowiec i antysemita. W uzasadnieniu odmowy prokurator napisała, że Międlar „korzystał z prawa do wyrażenia swoich poglądów, wolności słowa”.

„Cała ta opowieść o tzw. globalnym ociepleniu jest, moim zdaniem, największą mistyfikacją w historii ludzkości. (…) W przestrzeni publicznej jest kłamstwo, perfidne kłamstwo i narracja PO w sprawie globalnego ocieplenia i dyrektywy klimatycznej” – to opinia obecnego radnego PiS z Krakowa Bogdana Pęka, a kiedyś senatora tej partii. Te „prawdy objawione” głosił w TVP Info. Nie wiemy, jakie ma kompetencje, żeby wypowiadać się na ten temat. Z jego życiorysu, umieszczonego w Wikipedii wynika, że zanim zajął się polityką, specjalizował się w… trzodzie chlewnej.

Internautom nie umknął jeszcze jeden fakt z życia Bogdana Pęka. – „Pan Pęk dziwnie wygląda w pionie” – to oczywiście do aluzja do jego zachowania, kiedy kilka lat temu znaleziono Pęka leżącego na korytarzu sejmowego hotelu. Ówczesny senator PiS twierdził, że… zasłabł i nie wiedział, jak znalazł się w tym miejscu. – „Dobrze, że Bogdan Pęk po wiadomym zdjęciu z korytarza sejmowego hotelu nie zaprzecza już istnieniu grawitacji…” – skomentował Roman Imielski z „GW”.

Internauci obśmiewali „rewelacje naukowe” Bogdana Pęka. – „A to co Kopernik opowiadał o tym wstrzymywaniu Słońca i ruszaniu Ziemi to dopiero były bajki…”; – „W następnej kolejności o globalnym ociepleniu na antenie TVP info wypowiedzą się wodzirej, flisak, konserwator zabytków, operator dźwigu oraz kompozytor muzyki do wind”;

Tak jest! Donald Tusk narzucił kłamliwą narrację całemu światu i przekabacił najlepszych naukowców. I w ogóle całe zło tego świata to wina Tuska i jego rodziny, pięć pokoleń wstecz A II WŚ wywołał dziadek z Wermachtu. I prawie na 100% są winni wyginięciu dinozaurów”; – „Ponoć też twierdzą, że Ziemia jest okrągła, pieprzeni wywrotowcy”.

– mówi reżyserka „Via Carpatii”, laureatka studenckiego Oskara przyznanego przez Amerykańską Akademię Filmową, w rozmowie z Magdą Jethon

Magda Jethon: Miesiąc temu odbyła się polska premiera „Via Carpatii”, filmu, który wyreżyserowała Pani wraz z mężem Kasprem Bajonem. Jest to film o kryzysie emigracyjnym, czyli właściwie o beznadziei… Czy beznadziejni są politycy, czy zwykli ludzie?

Klara Kochańska: Część polskich polityków na pewno jest „beznadziejna”. To znaczy ich przekonania, które są przejawem głębokiego braku humanitaryzmu i pogardy do innych oraz jakiegoś niezrozumiałego poczucia wyższości. A co do zwykłych ludzi…, co do mnie samej… Często uważam swoje próby buntu czy niektóre reakcje za „beznadziejne”, w tym sensie, że jak nie ma rozwiązań systemowych, to trzeba poświęcić bardzo wiele, żeby zrobić coś naprawdę sensownego… Większości na to nie stać. Robimy więc małe rzeczy. Robimy je niekonsekwentnie. Przez to niewiele one znaczą. Pozwalamy, by świat się zmieniał w złym kierunku. Godzimy się z naszym brakiem wpływu, z tym, że mechanizmy tego obecnie skomplikowanego świata totalnie nas przerastają.

Fabuła „Via Carpatii” jest prosta. Młode małżeństwo, namówione przez matkę głównego bohatera Piotra, zamiast na wakacje jedzie na granicę grecko-macedońską w poszukiwaniu niewidzianego od 30 lat ojca Piotra, który prawdopodobnie przebywa w którymś z obozów. Zamiarem jest zabranie go do Polski. Młodzi podejmuję bohaterską próbę, ale robią to bez entuzjazmu. Dlaczego?

Piotr nie widział ojca od dziecka. Wychował się tylko z matką. Ojciec jest dla niego obcą osobą. Zapewne też ma mu coś do zarzucenia. Nie wierzy w sens tego przedsięwzięcia. Julia, jego żona zaś – nie dość, że zna stosunek Piotra do sprawy, to przede wszystkim boi się nowego, nieznanego. Jakiejś utraty gruntu pod nogami. Trudności. Planowała tak zwane „zasłużone” wakacje, po ciężko przepracowanym roku. Wakacje dla przeciętnego Polaka na dorobku to chwila całkowitego zapomnienia.  Moment, kiedy wypieramy wszystko. Zapominamy o troskach. Widzę ludzi pijanych już na lotnisku, kiedy odbierają bagaż. A tu nagle nasza bohaterka musi poświęcić ten przywilej na podróż w nieznane, pełną niewygody i trudności. Musi zaryzykować swoje bezpieczeństwo. Poza tym cała sprawa jest dla niej totalnie wirtualna. Ona nawet nie umie sobie wyobrazić, o co tu chodzi. Problem zna z radia i telewizji. Jest zaprzątnięta swoimi sprawami, jak zresztą większość z nas.

W Polsce kryzys uchodźczy pokazywany jest przez partię rządzącą oraz media zbliżone do PiS wyłącznie jako zagrożenie dla Polaków… Czy właśnie dlatego, że nasze państwo odcięło się od problemu Europy spowodowało, że podjęliście ten temat?

Tak. To był pierwszy impuls. Nie mogliśmy uwierzyć w ten przejaw ksenofobii, nietolerancji, strachu i braku solidarności. Nie zgadzaliśmy się z tą wstydliwą dla nas decyzją rządu, ale też niewiele mogliśmy na to poradzić.

Dla rządu nie jest wstydliwa, jest tylko trochę niewygodna, bo zakłóca budowaną przez PiS polską pozytywną mitologię…

To prawda, odmowa pomocy nie pasuje do obrazu gościnnego Polaka, Polaka chrześcijanina. Dlatego rządzący próbują w imieniu nas wszystkich powiedzieć, że to po prostu nie jest nasz problem… Albo, co jest o wiele bardziej niebezpieczne, wmówić nam, że to nie są ludzie tacy jak my. Że to są podludzie –  brudni, chorzy, agresywni, którym nie warto pomagać. Czyli bez zająknięcia wprowadzają w swojej kampanii dyskurs wykluczający.

Co was bardziej porusza obojętność Polaków, czy tragiczny los uchodźców?

Wiadomo, że cierpienie tych ludzi jest niewyobrażalne i przeraża mnie. Nie wyobrażam sobie uciekać w nieznane, pod ostrzałem celników, z małym dzieckiem na rękach. Ryzykować, nie mogąc zagwarantować mu bezpieczeństwa. Na granicy serbsko-węgierskiej widzieliśmy mały obóz. Nie mogliśmy go sfilmować. Po drugiej stronie drutu kolczastego dzieci w starych ciuchach grały w piłkę. Ścieżka, która prowadziła do ich namiotów od ogrodzenia, miała może z 50 m. Wyobraża sobie Pani, że przez miesiące, a czasem lata, to jest w zasadzie cały spacer, który może Pani zaproponować dziecku? Od namiotu do ogrodzenia. A po drugiej stronie tysiące samochodów, w których siedzą ludzie z paszportami, swobodnie przekraczający granice. Na Pani oczach jadą sobie właśnie na wakacje. Ale film zrobiliśmy o sobie, o nas, o tych właśnie, co mają te paszporty. Ci, którzy uciekają w końcu sami opowiedzą swoje historie. Dużo ciekawiej i prawdziwiej.

Mówicie, że to jest film o hipokryzji. W jakim sensie?

O tak zwanej hipokryzji „niezawinionej”. O tym, że uważamy się za świadomych, wrażliwych społecznie, oczytanych, ale ta aktywność w zasadzie sprowadza się do dyskusji przy porannej kawie czy na bankiecie. I niestety dla wielu z nas na tym się kończy. Trudno nam jest zaryzykować, porzucić naszą strefę komfortu na rzecz bardziej radykalnych działań. Nasze przyzwyczajenia są bardzo silne. To jak z wyjściem z wieloletniego związku, który może budzi w nas już poczucie niesmaku, ale zapewnia nam bezpieczny byt i strukturę, więc tkwimy w nim dalej.

Powiedziała Pani kiedyś, że „filmy, które w nas zostają, mają w sobie pewien rodzaj zgrzytu”. Co jest zgrzytem w tym filmie?

Żyjemy w kulturze audiowizualnej. Ona tworzy nasze potrzeby, gusta, pragnienia. Narracja fabularna jest znana podświadomie większości z nas. Bohater ma jakieś życie, napotyka przeszkody, musi je przezwyciężyć, ma cel, przegrywa albo wygrywa, ale uczy się czegoś o sobie. Nawet nie wiemy, że w kółko oglądamy ten sam film. Nie konfrontujemy się z sumieniem, bo kino dostarcza nam mocnych emocji i wirtualnie zapewnia nam szybkie oczyszczenie. Popłaczemy nad swoim lub cudzym losem. Przestraszymy się. Pomyślimy, jaki ten świat jest straszny, jak mogliśmy tego nie widzieć? Uff – ale teraz już wiemy… Wydaje mi się, że jedyny sposób, żeby naprawdę dotrzeć do widza z jakąś niewygodną dla niego myślą, nie emocją właśnie, bożyszczem świata reklamy, to wywołać u niego dyskomfort. Dać film,  który trudno się ogląda, bo odbiega jakoś od schematów, które dobrze znamy. To kino jest inne – brzydkie, nudne albo zwyczajne, pozbawione wielkich efektów, ale ma może większą szansą zostać w widzu na dłużej. Nie daje się tak łatwo przetrawić. Problem jest tylko taki, że to kino trafia do bardzo wąskiego grona odbiorców. Taka jest cena.

Przed „Via Carpatią” w 2016 roku dostała Pani studenckiego Oskara, przyznawanego przez Amerykańską Akademię Filmową, za znakomity film dyplomowy „Lokatorki”, zrobiony w łódzkiej filmówce. Odbierając Oskara w Los Angeles, powiedziała Pani kilka słów o Polsce… publiczność żywo reagowała …

Tego dnia w Polsce odbywał się jeden z Czarnych Marszów przeciwko próbom zaostrzenia prawa aborcyjnego, które i tak jest już dość restrykcyjne. Nawiązałam do tego. To był taki gest solidarności i próba nagłośnienia sprawy. Mój film „Lokatorki” m.in. porusza temat kobiet w Polsce, ich sytuacji życiowej i finansowej. Dotyka też niepełnosprawności, strachu przed nią oraz braku środków do radzenia sobie z nią. Sama jestem matką dziecka, które boryka się z niepełnosprawnością. Życie w rodzinie, w której jeden z jej członków na co dzień musi się zmagać z chorobą jest niezwykle obciążające dla wszystkich pozostałych. Kocham swojego syna nad życie. Ale jeśli podobna sytuacja przydarzyłaby mi się jeszcze raz, pewnie dla dobra moich obecnych dzieci, przede wszystkim syna, którego już mam, ale też męża oraz naszych wzajemnych relacji nie pozwoliłabym sobie na urodzenie kolejnego dziecka z problemami zdrowotnymi. Myślę, że już nie udźwignęlibyśmy tego. Każda dorosła kobieta powinna mieć prawo do tego, by zadecydować, czy może przyjąć za kogoś odpowiedzialność na całe życie. Nie da się ludzi zmusić do miłości. Takie rzeczy kończą się jeszcze większymi tragediami. Nie chodzi o prawo do usuwania ciąży. Chodzi o prawo wyboru.

Pani dokonała wyboru i opuściła Polskę. Tu nie dało się żyć?

Polska z wielu powodów jest trudnym krajem do życia, ale pewnie nie dla wszystkich. Może bardziej dla takich ludzi jak my – lewicowo myślących. Nie akceptuję pod wieloma względami polityki partii rządzącej. A przede wszystkim w 100% jej retoryki oraz ideologii, która za tym stoi. Nigdy nie było dla mnie ważne, czy „jestem prawdziwą Polką”, wręcz myślę, że w dużej mierze ukształtowała mnie i wzbogaciła w dzieciństwie możliwość przebywania w innych krajach i kulturze.

Jak zmieniło się Wasze życie?

Przede wszystkim zobaczyliśmy, jak niewiele trzeba mieć. Że są miejsca na świecie, gdzie konsumpcjonizm ma się słabo, bo natura rekompensuje potrzebę kupowania atrakcji i przedmiotów. W Polsce od lat 90-tych króluje gdzieś podskórnie przekonanie, że trzeba się dorobić i mieć. Teraz żyjemy w miejscu, gdzie wolny czas spędza się za darmo, a ludzie są zaangażowani w ekologię. Poza dziedzicami fortun zza granicy ludzie żyją tutaj skromnie. Nawet nie chodzimy do kina, bo na całą wyspę jest tylko jedno, daleko od nas. Nie ma na co wydawać, no może na poranną kawę. Robi mi ją codziennie Larissa, która uciekła z mężem z północnych Włoch przed kryzysem ekonomicznym. Mają tutaj swój mały bar z sokami, kawą i kanapkami. Przynoszę jej szklankę, ona robi mi kawę za 1,2 euro. Nie ma kubków z logotypem. Za produktami i usługami stoją ludzie. To strasznie fajna równowaga… Uspokaja system nerwowy. Tak jak widok horyzontu, czyste powietrze i zupełnie inne tempo życia. Ale takie życie nie jest dla wszystkich. Poza książkami i może muzyką trudno obcować tutaj ze sztuką. Mieszkamy w sumie na pustyni. Dla nas to wielki przywilej, że mogliśmy w życiu zrobić taki ruch, ale znam też wielu, którzy widzą nasze życie jako dobrowolne zesłanie i dobrze się tu czują tylko przez maksimum 2 tygodnie. A potem wariują z braku bodźców, dobrego ciśnienia wody i możliwości zafundowania sobie długiej kąpieli w wannie.

Zero komercji. To jest to, co na wyspie cenicie najbardziej?

Nie tylko to. W Polsce zapanowało teraz przekonanie, że każdy może każdego obrażać w imię swoich przekonań, że można pogardzać drugim człowiekiem. Mój mąż wziął ostatnio panią „na stopa” w Warszawie (nasze przyzwyczajenie z wyspy). Pani zamiast podziękować opieprzyła go z góry na dół za to, że… słucha w aucie TOK FM. Ja byłam świadkiem innej sytuacji – zepsuł się tramwaj; zimny marzec; nikt nie wie, co się dzieje. Motorniczy  zamiast przeprosić ludzi wydarł się na zdezorientowane starsze panie, że mają natychmiast opuścić pojazd i wyrzucił je z przekleństwami na ulicę. Żadnych słów wyjaśnień. Po prostu dosłownie „wypier…”. W miejscu, w którym mieszkamy teraz, ludzie są wolni od tego typu napięć. Nie mówię, że się nie kłócą między sobą – problemy materialne są w stanie zrujnować ludziom spokój na każdej szerokości geograficznej. Ale tutaj nikt by sobie nie pozwolił na takie zachowanie wobec drugiego człowieka, bez jasnego powodu. Wyspa jest mała. Wszyscy się znają. Wszyscy bierzemy za nią odpowiedzialność i staramy się żyć w harmonii mimo różnic.  Wyjątkiem są turyści dużych biur podróży, którzy uważają, że wszystko im wolno. Znów syndrom Edka z „Tanga” Mrożka…

Myśli Pani, że ten świat, w którym teraz Pani żyje jest lepszy?

To bardziej złożona sprawa i bardzo indywidualna. Dla mnie pod wieloma względami lepszy, choć oczywiście nie idealny. Jednak to, co obecnie dzieje się w Polsce – w sensie politycznych działań systemowych – zupełnie rozmija się z moją wizją tego, co istotne. Na świecie najważniejsza powinna być teraz ekologia. Z nią łączy się wszystko. Również sytuacja państw na Bliskim Wschodzie, sytuacja Afryki, ale też przyszłość naszego świata i naszych dzieci. W Polsce mieszkałam w dużym, zanieczyszczonym mieście – Warszawie, gdzie moje dziecko bez przerwy chorowało. Pół roku nie mogliśmy wychodzić na dwór z powodu smogu i pogody. Dodatkowo, po zmianach PiS w edukacji, miałabym również problem, by zapewnić mu dobrą naukę. Byłby ofiarą zmian w trybie edukacji indywidualnej i szkół integracyjnych. Już dwa lata temu przedszkole społeczne, do którego chodził przestało dostawać dofinansowanie na dzieci z orzeczeniem o niepełnosprawności. W całym systemie edukacji nastąpił bałagan i regres oraz niebezpieczne próby upolitycznienia programu.

A co z filmami, z realizacją planów zawodowych?

Również niektóre filmy, które chcę robić, nie spełniają wymogów „polityki historycznej” PiS, o czym wprost w recenzji mojego projektu scenariusza, tak zwanego treatmentu,  poinformował mnie ekspert komisji PISF pan Maciej Pawlicki, producent m.in. „Smoleńska”. Zarzucił mi, że napisałam „perwersyjną agitację genderową” i próbuję oczernić pamięć Polaków, którzy w ofierze złożyli swe życie za Polskę. A mnie po prostu interesuje reinterpretacja pewnych zdarzeń. Inny nowy punkt widzenia – niekoniecznie patriotyczny i fallogocentryczny, a feministyczny i pacyfistyczny.

Czy młoda utalentowana artystka, reżyserka, laureatka wielu międzynarodowych nagród, również tego studenckiego Oskara nie pasuje do Polski Kaczyńskiego? Jest Pani na tę Polskę obrażona?

Nie jestem obrażona. To byłoby głupie i niedojrzałe. Jednak wyrastam z pewnego kontekstu kulturowego – jako człowiek i artysta. Zdaję sobie sprawę z tego, skąd pochodzę i nie odrzucam tego. Nie da się. Po prostu w Polsce PiS dominują wartości, które mnie nie interesują. Np. budowanie jakiejś legendy Polaków jako narodu, który był wielki, wybrany i tę wielkość i ważność musi znów potwierdzić, bo przez czynniki zewnętrzne ją kiedyś stracił. Retoryka partii rządzącej zakłada jakąś ideę oczyszczenia kraju z tych, którzy szkodzą. Mamy pilnować porządku i czystości na swoim podwórku. Nie wpuszczać tych, którzy mogą przynieść jakąś nie do przewidzenia zmianę. A mnie przeciwnie akurat pociągają zmiany, ale też samokrytyka. Tylko zderzenie z innym pozwala nam zobaczyć siebie na nowo. Na tym polega rozwój. Nie wierzę w kategorię stałej tożsamości jako takiej, a tym bardziej w jakąś nadrzędną wartość kategorii tożsamości narodowej. Ale nie dlatego wyjechałam z Polski, że rządzi nią Kaczyński. Natomiast dlatego, że rządzą nią tacy, a nie inni ludzie, możliwe, że nie będę miała dokąd wracać. Nie ja jedna zresztą mam takie refleksje. Wiele osób w moim wieku i z mojego otoczenia albo myśli o wyjeździe z Polski, albo już to zrobiło.

Jesteśmy świadkami wybuchu nowego skandalu wokół Narodowego Banku Polskiego. Kontrowersyjne okazują się bowiem nie tylko związki prezesa instytucji z byłym szefem KNF, ale także jego polityka kadrowa. “Gazeta Wyborcza” opisała oburzające praktyki w banku centralnym, gdzie najbliższe współpracowniczki Adama Glapińskiego, nie bacząc na zarzuty braku wystarczających kompetencji otrzymują bajeczne wręcz wynagrodzenia. Przykładowo Martyna Wojciechowska ma zarabiać miesięcznie 65 tys. zł, a to więcej niż były prezes Banku Marek Belka, który otrzymywał dla porównania 57 tys. zł wynagrodzenia. Pensja obecnego prezesa NBP nie jest znana opinii publicznej, jednak nie ma wątpliwości, że musiała poszybować w górę. Smaczku całej sytuacji dodaje fakt, że współpracowniczka Glapińskiego pracuje w NBP od 11 lat, ale wraz z przyjściem dobrej zmiany jej zarobki wzrosły niemal czterokrotnie w momencie objęcia funkcji dyrektora Departamentu Komunikacji i Promocji NBP.

Przyczyny nagłego awansu nie jest trudno szukać. Wojciechowska zasiadała z ramienia partii rządzącej w sejmiku województwa mazowieckiego, z której to funkcji zrezygnowała dopiero w maju 2018 roku.

Warto tutaj podkreślić, że mimo swoich partyjnych powiązań za urzędowania Marka Belki urzędniczce w NBP nie spadł włos z głowy, co pokazuje różnice standardów pomiędzy obecną a poprzednimi ekipami rządowymi.

Kwestia kompetencji osób do sprawowania funkcji staje się szczególnie zasadna w przypadku innej bliskiej współpracowniczki prezesa – Kamili Sukiennik. Poza pracą w NBP zasiada ona także w radzie nadzorczej Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych. Tymczasem informacje gazety wskazują, że ta studiowała w Wyższej Szkole Promocji, która nie daje dyplomu, który predysponowany do pełnienia takiej funkcji.

Widać zatem wyraźnie, że dobra zmiana okazała się tradycyjnie najkorzystniejsza dla przedstawicieli obozu władzy. NBP jest kolejnym uosobieniem prawdziwego znaczenia hasła PiS kryjącego się w słowach “umiar, praca, pokora”. Hipokryzja rządzących sięga tym samym szczytu. Niestety wiele wskazuje, że wychodzące na jaw skandale wciąż są zaledwie czubkiem góry lodowej.

Waldemar Mystkowski pisze o najważniejszej cesze Kaczyńskiego.

Jarosław Kaczyński musiał się w polskiej polityce zdarzyć, tak jak dochodzi do zaistnienia zła, abyśmy mogli docenić dobro. Na szczęście nie doszło do zagarnięcia władzy przez niego na początku transformacji, choć wówczas było gotowe Porozumienie Centrum, którego członkowie skupiali się jednak na budowaniu siły finansowej przyszłej partii Kaczyńskiego. Choćby sprzedanie  najpopularniejszego tytułu gazety codziennej „Expressu Wieczornego” (który przypadł w nowym podziale mediów po 1989 roku właśnie PC), a następnie zainwestowanie pieniędzy z tej transakcji, między innymi przez obecnego prezesa Narodowego Banku Polskiego Adama Glapińskiego, pozwoliło Kaczyńskiemu wyczekiwać dobrego momentu, gdy wreszcie dorwie się do władzy.

Jarosław i Lech Kaczyńscy zawdzięczają niemal wszystko dwóm politykom: Lechowi Wałęsie i Jerzemu Buzkowi. O ile Lech Kaczyński był średnio rozpoznawalny wśród elity solidarnościowej, o tyle Jarosław podczepił się pod brata jako manipulator. I to jest najważniejsza umiejętność prezesa obecnego PiS – manipulacja. Lech Wałęsa szybko braci Kaczyńskich wyrzucił z Kancelarii Prezydenta, Jarosław był głównym autorem jego programu wyborczego, ale to mu nie wystarczało, potrzebował Wałęsy jako narzędzia, aby sięgnąć po władzę dla siebie.

Porozumienie Centrum praktycznie nic nie znaczyło, gdy rządziła pod koniec ubiegłego wieku i na samym początku obecnego Akcja Wyborcza Solidarność – Kaczyńscy byli poza nią, ale w drugiej połowie kadencji po kryzysie w rządzie Jerzego Buzka spowodowanego dziurą budżetową ministra finansów Jarosława Bauca wypromował się Lech Kaczyński. To wówczas powstało Prawo i Sprawiedliwość.

Lech Kaczyński miał praktycznie jeden punkt programu jako minister sprawiedliwości i następnie jako pierwszy prezes PiS: zaostrzyć prawo, włącznie z wpisaniem do niego kary śmierci. To zadziałało. PiS pod sam koniec rządów AWS był jedną z dwóch głównych sił politycznych – obok Platformy Obywatelskiej – które powstały na gruzach ruchów solidarnościowych.

Ten stan układu politycznego jest aktualny do dzisiaj. Wówczas i szczególnie dzisiaj widać talenty manipulatorskie Jarosława Kaczyńskiego. Na początku manipulował bratem Lechem, teraz – prezydentem i premierem. Prezes PiS nie nadaje się na premiera ani prezydenta – do tych dwóch funkcji się przecież przymierzał, krótko był premierem – bo Jarosław Kaczyński potrafi tylko jedno i to najlepiej – zarządzać poprzez manipulację, jest reżyserem i głównym aktorem w swoim teatrze lalek.

Andrzej Duda i Mateusz Morawiecki to jego kukiełki, pacynki, marionetki, nabija sobie je na palec bądź pociąga za sznureczki i grają tak jak on chce, a chce autokracji, więc prezydent i premier podporządkowują się decyzjom prezesa.

Premier rządu AWS Jerzy Buzek w wywiadzie dla tygodnika „Wprost” mówi o pierwszym prezesie PiS Lechu Kaczyńskim, którego sylwetka jest zupełnie inna niż PiS go dzisiaj przedstawia i inna niż brat Jarosław. Wystarczy tylko wspomnieć o roli Trybunału Konstytucyjnego i sądownictwa. – „Lech Kaczyński miał zdrowe poglądy na wymiar sprawiedliwości, przecież to on powtarzał, że Trybunał Konstytucyjny jest nie do ruszenia, że generalnie mamy dobrze skonstruowany system sądownictwa i że trzeba strzec jego niezależności” – powiedział Buzek.

PiS na początku opowiadał się za przestrzeganiem standardów demokratycznych, ale gdy Jarosław Kaczyński odkrył, że nie nadaje się na funkcje prezydenta i premiera wybrał formę autokratyzmu – na razie wersję miękką (republiki bananowej), aby rządzić za pomocą dowolnie wybranych przez siebie polityków. Przecież na miejscu Dudy mógłby być ktoś inny, a zamiast Morawieckiego nadal rządzić Beata Szydło. Oni nie są ważni, ale on – manipulator. Taką mamy formę zarządzania krajem – poprzez manipulacje.

Klecha lubi sobie strzelić nie tylko lufę

4 List

Ostatnio żadna uroczystość – nawet mniejszej rangi – nie może odbyć się bez udziału przedstawicieli Kościoła katolickiego. Nie inaczej było i w tym przypadku.

Księża pojawili się na otwarciu strzelnicy w Starym Chrząstowie w województwie łódzkim.  – „To niepowtarzalny, klimatyczny i nawiązujący do tradycji Dzikiego Zachodu obiekt” – informuje na swoim profilu na Facebooku Polskie Stowarzyszenie Strzelectwa Westernowego. Na zdjęciu z uroczystości, które wywołało oburzenie, ale i falę memów internautów widać, jak księża z bronią w ręku strzelają w kierunku biało-czerwonej szarfy.

„To zdjęcie wbija mnie w ziemię. Chrześcijaństwo. Katolicyzm. Nadstaw drugi policzek. Umiłowanie pokoju. I strzelanie w sutannach i komżach, bo strzelnicę otwierają”;

„W Powstaniu nigdy księża nie używali broni. Ks. Skorupka pod Radzyminem szedł z krzyżem w ręku. To nie jest „niewybredna polska komedia”. To jest kult siły obejmujący kościół”; – „Uroczyste przestrzelenie wstęgi. Nowa Tradycja” – komentowali internauci.