Tag Archives: Wojciech Czuchnowski

Stan wojenny dla sędziów, niedługo dla pozostałych

13 Gru

Jest różnica pomiędzy stanem wojennym w PRL a stanem wojennym wprowadzonym wobec sędziów przez PiS. W PRL sędziowie obchodzili dekret o stanie wojennym cichcem, a dziś działają nie tylko z otwartą przyłbicą, ale też dokumentują i nagłaśniają swoje działania – także na całą Europę. I to im daje dodatkową siłę

Projekt, który posłowie PiS-u wnieśli w czwartek (12 grudnia 2019) wieczorem do Sejmu, jest ogłoszeniem stanu wojennego wobec sędziów. Wprowadza prawo stanu wojennego, które stanowi, co wolno, a czego nie wolno sędziemu orzec. I tak: ciężkim deliktem dyscyplinarnym, za które grozi wydalenie z zawodu, ma się stać stosowanie się przez sędziów do art. 379 pkt 4 kodeksu postępowania cywilnego, który nakazuje każdemu sądowi z urzędu badać prawidłowość obsadzenia sądu w sprawie, którą sądzi.

Sytuację można porównać do tej, w jakiej znaleźli się sędziowie po wprowadzeniu przez Komitet Obrony Narodowej (zwany WRONą) dekretu o stanie wojennym. Dekret zmuszał sędziów do orzekania wbrew prawu, np. do karania za działalność związkową. I odbierał prawo do odwołania od wyroku.

Sędzia Markiewicz już ma 55 zarzutów

PiS zresztą już ściga za działalność związkową: Krystian Markiewicz, szef Iustitii dostał 55 zarzutów dyscyplinarnych właśnie za działalność w imieniu Stowarzyszenia, zgodną z zarejestrowanym w sądzie statutem stowarzyszenia.

Sędziom zakazuje się, pod groźbą kary, badania, czy nominaci neo-KRS są prawidłowo powołanymi sędziami. Zakazuje się im odwoływać do wyroku TSUE i wyroku Izby Pracy Sądu Najwyższego, dotyczących legalności powołania neoKRS i Izby Dyscyplinarnej, a co za tym idzie legalności powołania wszystkich sędziów z nominacja neo-KRS.

Projekt PiS-u stanowi, że „oczywistą i rażącą obrazą przepisów prawa”, czyli ciężkim przewinieniem dyscyplinarnym, będzie odmowa stosowania przepisu ustawy, jeżeli jego niezgodności z konstytucją lub umową międzynarodową nie stwierdził Trybunał Konstytucyjny.

To by znaczyło, że sędziom odbiera się ich konstytucyjne prawo stosowania wprost konstytucji i ratyfikowanych umów międzynarodowych.

Ciężkim deliktem dyscyplinarnym mają być też „działania lub zaniechania mogące uniemożliwić lub istotnie utrudnić funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości”.

Prawdopodobnie chodzi o zawieszanie spraw w celu ustalenia, czy zasiadający w składzie sędzia-nominat neo-KRS jest sędzią, ale przepis jest tak gumowy, że można pod niego podciągnąć np. wzięcie zwolnienia chorobowego.

Wprost badania prawomocności powołania neo-sedziów dotyczy inny przepis: że ciężkim deliktem są „działania kwestionujące istnienie stosunku służbowego sędziego lub skuteczność jego powołania”. Czyli np. kierowanie do Sądu Najwyższego wniosku o rozstrzygnięcie zagadnienia prawnego dotyczącego legalności działania neo-KRS i jej sędziowskich nominacji.

Deliktem mają być też „działania o charakterze politycznym”. Za to wszystko grozić ma wydalenie z zawodu. Wprowadza się też nowe kary: karę pieniężną i przeniesienie na inne miejsce służbowe.

To drugie jest wprost niezgodne z art. 180 konstytucji, który gwarantuje sędziemu nieprzenaszalność (chyba, że w przypadku zmiany struktury sądownictwa). To pierwsze – to praktyka żywcem przeniesiona z PRL-u.

Zastraszyć sędziów, zablokować SN, pominąć TSUE

Po co PiS wnosi tak skandaliczny i nie mieszczący się w cywilizowanych ramach projekt? Wygląda na to, że zorientował się, że sędziowie nie przestraszyli się nasilonych po wyroku TSUE represji i chce podkręcić śrubę.

Drugim celem może być próba postawienia Sądu Najwyższego w sytuacji, gdy orzekanie o statusie neo-sędziów – np. w odpowiedzi na pytania prawne sądów – będzie według nowego prawa nielegalne.

Trzecim celem może być wyścig z TSUE. Jeśli TSUE orzeknie o Izbie Dyscyplinarnej, lub – jak apeluje o to kilkadziesiąt organizacji z całego świata – zawiesi jej działanie do czasu wydania orzeczenia, PiS powoła sobie drugą Izbę, która będzie orzekać na mocy nowego prawa.

Zanim Komisja Europejska je zaskarży a TSUE osądzi, minie wiele miesięcy. PiS już kilka razy bawił się w uchylanie przepisów, które były zaskarżone do TSUE, żeby uniemożliwić Trybunałowi ich ocenę. Nieskutecznie, ale niczego go to nie nauczyło.

Stan wojenny w Unii Europejskiej?!

Cokolwiek planuje PiS i cokolwiek zrobi – w starciu z sędziami skazany jest na porażkę. Sędziowie  mogą – tak, jak powiedział Trybunał Sprawiedliwości w wyroku z 19 listopada – pominąć przepisy krajowe i orzec w zgodzie z unijnymi, jeśli ocenią prawo krajowe jako sprzeczne z prawem UE. Represje PiS-u osiągnęły takie natężenie, że w tej chwili dawanie świadectwa niezawisłości i oparcie się presji stało się kwestią godności zawodu sędziego i osobistej godności sędziów.

Jest różnica pomiędzy stanem wojennym w PRL-u a stanem wojennym wprowadzonym wobec sędziów przez PiS. Wtedy Polska była w obozie komunistycznym, dziś jest w Unii Europejskiej.

W PRL-owskim stanie wojennym sędziowie obchodzili dekret o stanie wojennym cichcem, a dziś działają nie tylko z otwartą przyłbicą, ale też dokumentują i nagłaśniają swoje działania – także na całą Europę. I to im daje dodatkową siłę.

Artykuł prof. Ewy Łętowskiej dostępny także tutaj >>>

Autorzy projektu z pewnością wiedzą, że jest on niekonstytucyjny i niedemokratycznie obraźliwy. Ma zamknąć usta sędziom, zakazuje „krytyki władz”, jak za PRL. Demonstracyjnie idzie w odwrotnym kierunku niż wyrok TSUE i narusza traktatowe zobowiązania Polski. Dokonuje się Polexit – pisze prof. Łętowskiej o „poselskim” projekcie zmian w sądownictwie

„Spokój ma panować w Warszawie”, tak można zatytułować tekst o zmianach ustrojowych sądownictwa przedstawionych w druku nr 69 – pisze prof. Ewa Łętowska* w syntetycznym komentarzu dla OKO.press, tuż po opublikowanym formalnie poselskiego projektu na stronach Sejmu  późnym wieczorem 12 grudnia 2019. I dalej:

„Projekt przechodzi do porządku dziennego nad ideą „podziału i równoważenia” inkorporowaną w obecnym konstytucyjnym ujęciu podziału władz.

Zamykanie ust sędziom, jak w PRL

Projekt zamyka usta sędziom, wprowadzając kauczukowe zakazy „krytyki podstawowych zasad ustroju RP” i uchwał „wyrażających wrogość wobec innych władz RP i jej konstytucyjnych organów”.

Identyczne normy obowiązywały przez wiele lat w PRL. Starsze pokolenie, do którego należę, przeżywa niemiłe déjà vu.

Prezydent powołał – nie do obalenia

Projekt wprowadza nowość: nieobalalne domniemanie legalności pełnienia urzędu przez sędziego, o czym ma przesądzać powołanie przez Prezydenta.

Czego sędziom nie będzie wolno

Pojawiają się kwalifikowane – oprócz widać zbyt mało pojemnych „działań o charakterze politycznym” i „uchybień godności urzędu” – delikty dyscyplinarne (czyny niedozwolone zagrożone wysokimi grzywnami – red.) w postaci:

  • uznania za oczywistą i rażącą obrazę prawa odmowy stosowania ustawy, bez uprzedniego stwierdzenia jej niezgodności z konstytucją przez TK (rozproszonej kontroli konstytucyjności nie zabraniano sądom nawet w PRL!);
  • kwestionowania istnienia stosunku służbowego sędziego lub skuteczności jego powołania;
  • działania lub zaniechania mogącego uniemożliwić lub istotnie utrudnić funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości (zwraca tu uwagę elastyczność formuły wyrażającej potencjalność czynu).

(Wszystkie te zakazy miałyby uniemożliwić sędziom stosowanie się do wyroku TSUE i Sądu Najwyższego – red.).

Towarzyszy temu wzmocnienie dyskrecjonalnej władzy rzeczników dyscyplinarnych będących w decernacie (wyłącznej gestii -red.) ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry.

Kontrola sukcesji I Prezes SN

Głównym celem projektu jest zapewnienie płynnej sukcesji na stanowisku I Prezesa SN, aby nie było tu niespodzianek (kadencja prof. Małgorzaty Gersdorf trwa do 30 kwietnia 2020 r. – red.).

Techniczna strona osiągnięcia tego celu przypomina swobodę wyboru koloru samochodu u Forda – istnieje pełna dowolność, pod warunkiem, aby był to kolor czarny.

Niekonstytucyjne zarządzanie strachem

Autorzy projektu z pewnością wiedzą, że projekt jest niekonstytucyjny (co nie znaczy, że zostanie za taki uznany) i niedemokratycznie obraźliwy. Czy okaże się skutecznym przykładem zarządzania strachem – czas pokaże.

Demonstracyjnie przeciw wyrokowi TSUE

W wyroku TSUE, z 19 listopada 2019 r., w sprawie trzech połączonych pytań prejudycjalnych C-585/18,C-624/18,C-625/18, w pkt 124 mowa o konieczności zagwarantowania niezależności sądów względem władzy ustawodawczej i wykonawczej; a w pkt 125, że sędziowie mają być chronieni przed ingerencją lub naciskami z zewnątrz, które mogłoby zagrozić ich niezależności.

Projekt idzie demonstracyjnie w przeciwnym kierunku, mimo wymagań art. 4 ust. 3 TUE, który stanowi, że „Państwa Członkowskie podejmują wszelkie środki ogólne lub szczególne właściwe dla zapewnienia wykonania zobowiązań wynikających z Traktatów lub aktów instytucji Unii”.

Na poziomie standardu niezawisłości sędziów i niezależności sądów Polexit właśnie się dokonuje.

*Ewa Łętowska – profesor w Instytucie Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk, członek korespondent Polskiej Akademii Umiejętności. Pierwszy rzecznik praw obywatelskich w Polsce (1988–1992), sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego (1999–2002) i Trybunału Konstytucyjnego (2002-2011). Zasiada też w Radzie Programowej Archiwum Osiatyńskiego.

– Projekt ustawy o ustroju sądów powszechnych PiS ma dyscyplinować sędziów, którzy przekraczają swoje uprawnienia. To odpowiedź na działanie, które podejmuje część środowiska sędziowskiego, które samo nazwało się nadzwyczajną kastą – wypowiadali się w Sejmie posłowie Kanthak, Kaleta i Ozdoba.

– Złożyliśmy w Sejmie projekt ustawy, który uchroni przed próbą destabilizacji systemu prawnego realizowaną przez niektórych sędziów. Sędzia nie może oceniać czy inny sędzia jest sędzią, to materia ustrojowa, zastrzeżona dla organów konstytucyjnych; Krajowej Rady Sądownictwa, Prezydenta – dopowiada Kaleta z PiS-u.

Posłowie, którzy podpisali się pod projektem ustawy PiS-u.

– Nazwijmy rzecz po imieniu. Nie mamy do czynienia z ustawą dyscyplinującą sędziów, tylko z ustawą o prześladowaniu sędziów. PiS chciałby, aby sędziowie orzekali tak, jak nakazuje interes partii. Ale sędziowie muszą być niezawiśli. Ich ma wiązać nie partyjna smycz, ale litera prawa – komentuje posłanka Kamila Gasiuk-Pihowicz. 

Wojciech Czuchnowski (dziennikarz,”Gazeta Wyborcza”): Posłowie PiS Kanthak, Kaleta i Ozdoba złożyli właśnie projekt zamordyzacji sądów powszechnych dla niepoznaki nazywany projektem nowelizacji ustawy o ustroju sądów powszechnych. Szykuje się stan wojenny dla wolnych sędziów. Nawet data się prawie zgadza… Brońmy sądów!”.

Borys Budka (poseł): „Skandaliczny projekt ustawy kneblującej sędziów to kolejny krok w kierunku wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. To standardy państw autorytarnych, próba całkowitego podporządkowania sądów PiS”.

Waldemar Kuczyński (publicysta): Przygotowywana ustawa represyjna wobec sędziów da tylko pogłębienie chaosu i dalsze zaostrzenie konfliktu z zasadami praworządności Unii, a więc i z Komisją Europejską i TSUE„.

Komentarz Tyszkiewicza

„Kiedy wróci praworządność, a wróci, ci, którzy dzisiaj łamią prawo i nawołują do jego łamania, te młode wilczki na usługach partii chcący się za wszelką cenę przypodobać prezesowi, mam nadzieję, że staną przed niezależnym sądem i zostaną sprawiedliwie osądzeni, a kara będzie sroga. Opozycja powinna jasno się określić, że dla przestępców nie będzie litości”. 

Reakcje internautów:

Przez 4 lata PiS krzyczał o usunięciu niewygodnych sędziów typu Igor Tuleya czy Wojciech Łączewski i tego nie zrobił – Łączewski sam przeszedł na stan spoczynku -, więc teraz będzie jeszcze więcej zastraszania sędziów, bo przegrywają”.

PiS już jedzie ostro po bandzie. Wiedzą, że jest bardzo źle, już przeczuwają, że zabawa w dobrą zmianę skończy się dla nich fatalnie, dlatego też w geście rozpaczy próbują nas jeszcze złapać za „mordę”. Musimy obronić sędziów, a po wyborach podstawić taczkę krzykaczowi z miną duce”.

Sędziów na smyczy chce prowadzić PiS władza. Represje w czystej postaci. Opresyjne państwo mamy. Zamordyzm trwa. Kiedy ulica? I gdzie jest opozycja? Snuje fantasmagorie na temat kandydata na prezydenta? Grzegorzu Dyndało, obudź się!”.

Teraz Komisja Europejska ma wolną rękę do proponowana narzędzi ogłoszonych w ramach inicjatywy Nowego Zielonego Ładu. Zmarnowaliśmy szansę na zostanie bohaterem wieczoru. Pozostaliśmy w roli Czarnego Piotrusia – mówi ekspert po nocnym final szczytu UE. Polska została już sama jako eko-hamulcowy UE

Około godz. 1 w nocy 13 grudnia 2019 przywódcy 28 państw członkowskich Unii Europejskiej po trudnych negocjacjach uzgodnili nowy ambitny cel unijnej polityki klimatycznej. W roku 2050 UE ma stać się pierwszą neutralną klimatycznie gospodarką.

Polska jednak – jako jedyny z 28 krajów – odmówiła akceptacji celu i dojdzie do niego „w swoim tempie”. Na szczycie Rady Europejskiej czerwcu 2019 Polska wetowała już unijny plan redukcji emisji do zera w roku 2050 razem z Węgrami, Czechami i Estonią. Tym razem sąsiedzi podpisali się pod porozumieniem, podobnie jak uboższe od Polski Bułgaria, Rumunia, czy Chorwacja, a także Słowacja, Litwa i Łotwa. I oczywiście wszyscy starsi członkowie UE.

Ta wyjątkowa pozycja rządu Morawieckiego na grudniowym szczycie nie oznacza jednak ani większych problemów dla planów przyspieszenia w polityce klimatycznej UE, ani możliwości zachowania Polski jako węglowego rezerwatu.

Polska zwolniona? Wcale nie

Polska uzyskała zwolnienie z zasady zastosowania polityki neutralności klimatycznej. Będziemy dochodzić do niej w swoim tempie” – napisał cokolwiek nieprecyzyjnie – na Twitterze Morawiecki. Żadnego „zwolnienia” bowiem nie będzie.

W świetle najnowszej dostępnej wiedzy naukowej i w związku z potrzebą zintensyfikowania globalnych działań na rzecz klimatu Rada Europejska zatwierdza cel polegający na osiągnięciu przez UE neutralności klimatycznej do 2050 r., zgodnie z celami porozumienia paryskiego. Na tym etapie jedno państwo członkowskie nie może zobowiązać się do realizacji tego celu; Rada Europejska wróci do tej kwestii w czerwcu 2020 r.” – czytamy w konkluzjach szczytu.

Najprawdopodobniej więc Polska ostatecznie zgodzi się na rok 2050 za pół roku, być może za cenę dodatkowych ustępstw ze strony unijnej, które władza będzie mogła  sprzedać jako swój sukces.

Jednocześnie konkluzje szczytu jasno pokazują, że już teraz nasz kraj staje się częścią rewolucji w polityce środowiskowej i klimatycznej, czyli Europejskiego Zielonego Ładu. Neutralność klimatyczna – czyli obniżka i pochłanianie emisji gazów cieplarnianych tak, by końcowa emisja netto wyniosła zero – to fundament tej rewolucji.

Ile dla Polski ze 100 miliardów i z biliona euro?

Cały proces dochodzenia do neutralności politycznej będzie wspomagany przez fundusz wysokości 100 mld euro. Znaczna część tego funduszu przypadnie Polsce na sprawiedliwą transformację” – napisał w kolejnym tweecie premier.

Tzw. mechanizm sprawiedliwej transformacji ma ułatwić odejście od gospodarki opartej na spalaniu paliw kopalnych regionom takim, jak Śląsk czy wschodnia Wielkopolska (Konin).

W konkluzjach po szczycie znajdziemy też zapowiedź wsparcia przez Europejski Bank Inwestycyjne (EBI) „wartych 1 bilion euro inwestycji w zakresie działań na rzecz klimatu i zrównoważenia środowiskowego w okresie 2021–2030.”

Wszelkie odpowiednie przepisy i polityki UE muszą być spójne z realizacją celu w postaci neutralności klimatycznej i muszą się do tej realizacji przyczyniać przy poszanowaniu równych warunków konkurencji” – to kolejny punkt konkluzji szczytu. Będzie on mieć potężny wpływ na krajową legislację, bez względu na „weto” premiera.

A to, jaka część funduszu 100 miliardów przypadnie Polsce zależy nie od gromkich deklaracji lecz od konstruktywnych propozycji zmiany polityki energetycznej z prowadzonej obecnie na proekologiczną.

Weto, czyli marnowanie kapitału

Polscy analitycy i eksperci zgodnie uznają, że od nowej polityki klimatycznej nie będzie ucieczki, a „weto” Morawieckiego to bardziej pusty gest pod krajową politykę, niż realne działania. UE chce zachować pozycję lidera światowej polityki klimatycznej. Przyspieszający kryzys klimatyczny powinien – przynajmniej w teorii – tylko spowodować intensyfikację działań.

Można się też zastanawiać, kto jest większym hamulcowym unijnej polityki klimatycznej: Polska z jej retoryką z nocy 12/13 grudnia, czy Niemcy, które planują pozbawić się dziesiątków terawatogodzin zeroemisyjnej energii z elektrowni atomowych do 2022 roku?

Brak zgody Polski na cel neutralności klimatycznej do 2050 r. nie zwalnia jej z obowiązku wdrażania unijnego prawa, w którym ochrona klimatu już stoi bardzo wysoko.

To prawo już teraz przewiduje stałe zwiększanie ambicji w polityce krajowej zgodnie z zasadami Porozumienia Paryskiego, a plan Europejskiego Zielonego Ładu wyznacza nowe, o wiele wyższe tempo zazieleniania wszystkich unijnych polityk i Polska tego nie powstrzyma” – mówi Lidia Wojtal, specjalistka ds. dyplomacji klimatycznej.

Polska znów zmarnowała swój kapitał na bezsensowne weto. Weto, które niczego nie załatwia, ani niczego nie blokuje.

Teraz Komisja Europejska ma wolną rękę do proponowana narzędzi ogłoszonych w ramach inicjatywy Nowego Zielonego Ładu. Zmarnowaliśmy szansę na zostanie bohaterem wieczoru. Pozostaliśmy w roli Czarnego Piotrusia”

– mówi Krzysztof Bolesta z Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych i (w latach 2012-2015) były członek gabinetu ministra środowiska w roli doradcy ds. energii i klimatu.

Oczywiście wszystkie kierunki nowej polityki klimatycznej UE zawarte w konkluzjach muszą przetłumaczone na język dyrektyw, a te – ustaw krajowych. To następne wyzwanie przed Komisją Europejską, Parlamentem Europejskim i krajami członkowskimi.

Polska i tak posłucha Ursuli von der Leyen

Nie chcę psuć zabawy… ale nie ma jeszcze legislacji, brakuje wsparcia co najmniej pięciu grup politycznych w PE i Polski. Tak, ten deal ma swoją wartość oraz tak – nie będzie łatwo wprowadzić go w życie” – napisał na Twitterze Ryan Heath z Politico, który przez lata obserwował niuanse polityki unijnej.

Realizacja Europejskiego Zielonego Ładu oznacza gorący czas w polityce europejskiej, a co za tym idzie – naszej krajowej.

Już w marcu 2020 KE zaproponuje legislację wprowadzającą cel neutralności klimatycznej w 2050 roku. Latem przyszłego roku pojawi się plan zwiększenia redukcji emisji gazów cieplarnianych w roku 2030 w stosunku do 1990 r.: z obecnych 40 proc. do 50-55 proc.

Mimo odmowy przyjęcia celu neutralności, Polska po prostu będzie musiała wziąć udział w pracach nad tymi i innymi inicjatywami według harmonogramu przedstawionego przez KE. Tym samym przyjmując cele rewolucji Ursuli von der Leyen.

Zwłaszcza, że – jak wskazują sondaże – Polacy, a szczególnie Polki w znacznej większości popierają program Zielonego Ładu dla Europy.

Jeżeli się ma takiego np. Jana Pietrzaka lub Zenka Martyniuka, to ktoś taki jak Olga Tokarczuk nie jest już żadnym cudem świata. Tak najwyraźniej rozumują rządzący lekceważąc noblistkę i jej dzieło. Głośno mówią, że nie znają twórczości pisarki…

Nie czytałem żadnej książki pani Olgi Tokarczuk. Mam w ogóle w tej chwili, nad czym bardzo ubolewam, bardzo mało czasu na czytanie” – przyznał w programie #RZECZoPOLITYCE wicepremier Jacek Sasin (PiS), minister aktywów państwowych. Zapytany czy ma zamiar przeczytać którąś z książek Tokarczuk? – Raczej chyba nie, bo to nie jest taka literatura, z tego co wiem, która mnie jakoś szczególnie pociąga – odpowiedział powiedział Sasin.

Uważa, że noblistka nie zrobiła dla dobrego imienia Polski niczego więcej niż taka np. Polska Fundacja Narodowa.

„Każdy ma tutaj swoje zasługi” – ocenił „filozoficznie” Jacek Sasin i w tym kontekście wspomniał o udziale PFN w „dużym projekcie„, produkcji filmu o rotmistrzu Pileckim.

„Tych działań jest rzeczywiście, z tego co wiem, sporo” – mówił i jakby opamiętawszy się wyksztusił: „natomiast oczywiście oddaję tutaj również to, co należne pani Oldze Tokarczuk. Gratuluję jej tej nagrody, myślę, że wszyscy się z tego cieszymy”.

Nawet groźba utraty funduszy unijnych lub wręcz wykluczenia Polski ze Wspólnoty nie będzie w stanie powstrzymać obecnie rządzących przed „reformą” sądownictwa według swojego scenariusza.

To już naprawdę przechodzi ludzkie pojęcie! Jak można tak anarchizować życie społeczne i narażać Polskę na konflikt z Brukselą, a być może nawet na wykluczenie z Unii Europejskiej? I pomyśleć, że szalejący teraz nad Wisłą chaos prawny, wyrok TSUE i zszargana opinia za granicą to dlatego, że prof. Gersdorf uparła się, żeby jeszcze nie odchodzić na emeryturę!

W ogóle cała ta sędziowska kasta jakby zmówiła się przeciwko legalnie wybranej władzy i podkopuje fundamenty praworządności, uparcie twierdząc, że wcale nie pochodzi z nadania komuny. Tymczasem, jak nie pochodzi, skoro pochodzi. Przecież sam pan prezydent tak powiedział i to niejeden raz. A kwestionować słowa pana prezydenta, to kwestionować wolę suwerena, który go na urząd wybrał. Czyli występować przeciwko wyrokom demokracji!

Podobnie, jak  twierdzić, że za komuny miało się tyle samo albo i mniej lat, co pan prezydent. Toż to zwyczajne chamstwo i bezczelność. Podobnie, jak wypominanie prezydentowi zaprzysiężenia na sędziego TK peerelowskiego prokuratora Piotrowicza, co to skazywał opozycję. Bo może i skazywał, ale się nie cieszył. Po drugie, uroczystość była skromna i bez fleszy. No, a po trzecie kto jest, a kto nie jest „komuna” decyduje teraz osobiście sam pan prezes. A  panu prezesowi się nie odmawia.

Władza wie najlepiej, jakich sędziów potrzeba „dobrej zmianie”. A potrzeba jej ludzi dalekowzrocznych, co sięgając w świetlaną przyszłość Polski Dobrobytu nie będą w stanie skupić wzroku na aferach wybuchających na wyciągnięcie ręki (na tym właśnie polega presbiopia, czyli starczowzroczność), takich jak choćby afera GetBack, w której straty dziesiątki razy przekraczają przekręty niesławnej firmy AmberGold. Sięgając, gdzie wzrok nie sięga, ci sami sędziowie nie dopatrzą się też korupcyjnych ofert składanych właścicielom prywatnych banków przez urzędników KNF-u, o SKOK-ach to już nawet nie wspominając. Nie zauważą też problemu pedofilii w Kościele katolickim.

Nie będą w stanie zauważyć faszystowskich haseł na pochodach narodowców, a też „strefy wolne od LGBT”, proklamowane w niektórych gminach, też zupełnie będą im wyglądały na wykluczenie ze względu na orientację, co nie jest niczym innym, jak współczesnym apartheidem w środku Europy. Nie bez powodu – jak widać – kolejki do okulistów liczy się już nie w tygodnie, ale miesiące, a nawet lata.

Po prostu władza pilnie potrzebuje sądów podległych tejże władzy oraz jej posłusznych. I wie, co robi. Dobrze rozumie, że dla „dobrej zmiany”, a zwłaszcza dla jej przodowników, tacy sędziowie to jedyny warunek bezkarności, jak już niewdzięczny Naród zdecyduje się zamienić zmianę „dobrą” na „jeszcze lepszą”. A kiedyś zechcą, bo – jak to nie bez racji mawiają Amerykanie – „lepsze jest wrogiem dobrego”.

Wobec powyższego oraz coraz wyraźniejszej perspektywy podzielenia się władzą lub nawet jej utraty, jedyne, co może zatrzymać wprowadzenie „jeszcze lepszych zmian”, to niewolne sądy. Bo to one decydują o wyniku wyborów. One rozstrzygają o sposobach interpretacji prawa. One też przesądzają o aresztach, wyrokach oraz apelacjach i to od nich zależy działanie (bądź niedziałanie) wymiaru sprawiedliwości. Nieusuwalność takich sędziów nawet po – odpukać – zmianie władzy, gwarantuje zaś Konstytucja.

Toteż każdy chyba rozumie, że władza wyjścia nie ma. I nawet groźba utraty funduszy unijnych lub wręcz wykluczenia Polski ze wspólnoty nie będzie jej w stanie powstrzymać przed „reformą” sądownictwa według swojego scenariusza. Stawką jest tu bowiem majątek, a w niektórych wypadkach także wolność osobista „dobrozmianowych” „gwałcicieli Konstytucji”. Tym bardziej, że gwałt jest przecież ścigany z urzędu, a minister Ziobro zadbał, by wyroki z tego paragrafu zapadały surowsze niż wcześniej.

W tej sytuacji jest też chyba oczywiste, że aktualni sędziowie, którzy nie popierają PiS-owskiej „reformy sądownictwa”, to niezależnie od wieku i przebiegu kariery – agenci Vichy, komuniści i złodzieje. A może nawet cykliści.

Manipulacje prokuratury ws. taśm Kaczyńskiego

24 List

Dosłownie dwa dni przed wyborami prokurator Renata Śpiewak odmówiła dalszego prowadzenia śledztwa w głośnej sprawie „afery Dwóch Wież”. Ujawniona dziesięć dni później decyzja sprawiła, że nie trzeba było przesłuchiwać żadnych świadków, – w tym Jarosława Kaczyńskiego – na których powoływał się Gerald Birgfellner.

A jednak, jak udało się ustalić „Gazecie Wyborczej” w aktach znajduje się zapis przesłuchania prezesa PiS. Z tych zeznań wynika, że Jarosław Kaczyński padł ofiarą manipulacji austriackiego przedsiębiorcy, który wykorzystał jego „powiązania rodzinne” i wprowadził prezesa w błąd.

W trakcie przesłuchania Kaczyński stwierdził, że „może prowadzić rozmowy z przedstawicielami spółki, jednak nie posiada podstaw formalnych do wydawania im poleceń”. Słowa te są całkowitym zaprzeczeniem tego co zastało przedstawione w nagranych rozmowach, kiedy prezes twierdził: „Srebrna, czyli ja”.

W zapisie prokurator Śpiewak nie ma też odniesień do wizyty prezesa Pekao SA w siedzibie partii. Kaczyński w rozmowie z prokurator powiedział, że zna prezesa banku z czasów, gdy ten ostatni pełnił funkcję wiceministra Skarbu Państwa.

Jednak uważny czytelnik akt znajdzie zdanie, które potwierdza spotkanie prezesa banku z prezesem partii: „w rozmowie [Krupiński – prezes PekaoSA] potwierdził, że prowadzi rozmowy z Geraldem Birgfellnerem, jednak nie precyzował dokładnie o co chodzi.” Kaczyński zaprzecza również temu, że wiedział cokolwiek na temat wysokości kredytu na realizację przedsięwzięcia. Ale ponownie jego słowa stoją w całkowitym zaprzeczeniu z dokumentami z dnia 2 lutego 2018 r., gdzie zapisano, że podczas „walnego zgromadzenia wspólników Srebrnej wyraża zgodę na „zaciągnięcie przez spółkę finansowania dłużnego do maksymalnej kwoty 300 mln euro na realizację przedsięwzięcia”. Decyzję w imieniu Walnego Zgromadzenia podejmuje sam Kaczyński. Jest jedynym obecnym na posiedzeniu. Członek zarządu spółki, Jacek Cieślikowski (b. kierowca prezesa) jest tam tylko protokolantem i sekretarzem.” Podczas przesłuchania ani razu Kaczyński nie został zapytany o „kopertę dla księdza”, w której znalazło się 50 tys. zł za podpis ks. Rafała Sawicza pod uchwałą pozwalającą na rozpoczęcie całej inwestycji.

Według prokuratury Jarosław Kaczyński jest ofiarą pomówień austriackiego biznesmena i nie może ponosić żadnej odpowiedzialności w związku z aferą. „Przedstawione okoliczności towarzyszące pierwszym rozmowom w zakresie inwestycji przy ul. Srebrnej 16 (…) nie pozwalają na przyjęcie, iż faktycznie to Jarosław Kaczyński decydował o wszystkich sprawach związanych z realizacją planowanej inwestycji. […] Przeczą [temu] także zeznania świadka Jarosława Kaczyńskiego (…) w których podkreślił, iż jako Przewodniczący Rady Nadzorczej Fundacji Instytut imienia Lecha Kaczyńskiego, która jest właścicielem spółki Srebrna może z przedstawicielami spółki prowadzić jedynie rozmowy, nie ma jednak formalnej podstawy do wydawania im poleceń” – czytamy w dokumencie prokuratury, według której wszystkie 20 spotkań Kaczyńskiego z Birgfellnerem „były na bardzo ogólnym poziomie, nie ustalono żadnych szczegółów zarówno odnośnie zakresu prac jak i oczekiwanego wynagrodzenia”. Jakiekolwiek przekonania austriackiego przedsiębiorcy o tym, że to Jarosław Kaczyński ma decydujące zdanie w sprawie Srebrnej wynikają „jedynie z poczynionej subiektywnej nie znajdującej odzwierciedlenia w rzeczywistości oceny określonych sytuacji”.

Cisza wyborcza. Kościół i kronika

12 Paźdź

Więcej o Jędraszewskim >>>

Panu prezesowi Kaczyńskiemu gratulujemy zwycięstwa w debacie z Danutą Holecką. Przeciwnik leżał na łopatkach!

Prezes PiS Jarosław Kaczyński oskarżył polskie elity o pracę dla wrogów. Ci, którzy pracują są napiętnowani i będą piętnowani dalej – zapewnił. Zapowiedział kontynuację zmian w sądownictwie, bo sądy to, jego zdaniem, ostatnia barykada.
To ostatnia cotygodniowa Kronika Jana Skórzyńskiego, zapis działań i słów rządzącego przez cztery lata obozu PiS

Uzyskaną w drugim podejściu akceptację Parlamentu Europejskiego dla kandydatury Janusza Wojciechowskiego na komisarza rolnictwa „Wiadomości” skomentowały, że to pierwsze w historii takie stanowisko dla Polaka. Nigdy nikogo tak wpływowego nie mieliśmy w Unii Europejskiej – stwierdził prezes PiS.

W trzech różnych sprawach sądowych posłanki PiS Krystyny Pawłowicz orzekał ten sam sędzia, którego awans Pawłowicz popierała jako członek KRS. Według resortu sprawiedliwości to wynik losowania.

Komisja Europejska zaskarżyła Polskę do Trybunału Sprawiedliwości UE z powodu systemu dyscyplinarnego sędziów wprowadzonego przez PiS. KE uznała, że podważa on zasadę niezawisłości sędziów.

Próbowałem, ale nigdy nie dokończyłem – odpowiedział minister kultury Piotr Gliński zapytany czy czytał książki Olgi Tokarczuk. Dwa dni później Tokarczuk dostała Nagrodę Nobla.


To już ostatnia Kronika prof. Jana Skórzyńskiego. Była publikowana w każdą sobotę w OKO.press, dokumentowała działania i słowa rządzącego przez cztery lata obozu PiS.

Wszystkie kroniki wstecz znajdziecie w dziale Kronika Jana Skórzyńskiego.

Niedziela 6 października. Żłóbki i przedszkola – spuścizną po komunizmie

Kandydat PiS do Sejmu i były minister rolnictwa Jan Szyszko podczas debaty wyborczej w Pruszkowie powiedział, że rodzina wielodzietna może się utrzymać dzięki „odpowiedniej pensji” ojca. „Jest to podstawowa rzecz, która powinna być zapewniana. A nie w sposób sztuczny, w jakiś sposób pomagać w budowie żłobków przedszkoli. To są sprawy chwilowe, które załatwiamy jako spuścizna po poprzednim systemie, komunistycznym, a również i Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego”.

Niedziela 6 października. Wyrzucony ze studia TVP

Kandydat na posła z listy Koalicji Obywatelskiej Rafał Lipski w programie TVP Info stwierdził, że PiS wywołuje temat osób LGBT, „żeby szczuć. Bo tylko to potraficie – szczuć na ludzi”. Zarzucił to także oraz stronniczość prowadzącym program Jackowi Łęskiemu i Magdalenie Ogórek. Za te słowa został wyrzucony z programu.

Niedziela 6 października. Wiceprezes IPN: żydokomuna to fakt

Zastępca prezesa IPN Krzysztof Szwagrzyk udzielił wywiadu działaczowi skrajnej prawicy i antysemicie Jackowi Międlarowi. Rozmowa wideo została opublikowana na portalu wPrawo.pl pod tytułem „Żydokomuna to fakt historyczny!”.

„Określenie «żydokomuna» funkcjonuje w przestrzeni publicznej od dłuższego czasu i możemy powiedzieć, że mamy dwa obozy ludzi, którzy uznają, że nie ma w tym ziarna prawdy i tacy, którzy uważają, że ten negatywny termin jednak ma pewne podstawy. Ja chciałbym odnieść się do wyników badań naukowych tych, które mówią o tym jak wyglądał aparat komunistycznej bezpieki, aparat represji, szerzej rozumiany. W okresie stalinizmu, w latach 40. i 50., a więc w czasie, kiedy mamy do czynienia z tysiącami ofiar tego systemu i niezliczoną liczbą tych, których represjonowano, zarówno w Urzędzie Bezpieczeństwa jak i w strukturach informacji wojskowej, strukturach Milicji Obywatelskiej, także wymiaru sprawiedliwości tego powszechnego, a szczególnie wojskowego, odsetek osób narodowości żydowskiej, które zajmowały tam określone, często nawet kierownicze stanowiska był duży. Jest to fakt historyczny” –powiedział wiceprezes IPN.

Szwagrzyk mówił też, że „udział społeczności żydowskiej w rożnych komunistycznych strukturach przed wojną (…) to fakt historyczny, jest na to wiele źródeł i negowanie tego nie powinno mieć miejsca. (…) Nie demonizujmy, to nie jest tak, że komunizm stworzyli Żydzi i ludzie tego pochodzenia. To nieprawda, ale nie można też mówić, że tak nie było, że Żydzi nie popierali komunizmu”.

Gdy Międlar zapytał, „Skąd bierze się próba zablokowania odkłamywania historii”,  wiceprezes IPN odpowiedział: „Jeżeli ktokolwiek sądził w 1989 roku, że komunizm się skończył i skutków jego nie będziemy już odczuwali, to się grubo mylił. Cień komunizmu jest bardzo długi i ludzie, którzy funkcjonowali w systemie komunistycznym, są ciągle obecni. I to są nie tylko ci, którzy brali w nim osobisty aktywny udział, ale to są całe środowiska, to są pewne układy i więzy rodzinne. Naiwnością było sądzić, że nagle po 1989 roku zmienią poglądy”.

Poniedziałek 7 października. Ostatnia barykada

Prezes PiS Jarosław Kaczyński w Polsat News powiedział: „Jeżeli chodzi o sądy, to były trudności z przeprowadzeniem reformy, mimo jej pełnej zgodności z polską konstytucją. (…). My, jeżeli tylko społeczeństwo nam zaufa, do tego wrócimy. Mamy mocną podstawę. Artykuł 180, punkt 5, ustęp 5 Konstytucji, daje pełne prawo do przeprowadzenia takiej reformy. I my do tego artykułu będziemy nawiązywać, będziemy to prowadzić. Bez głębokiej reformy sądów, w ogóle naprawienie państwa jest bardzo trudne, bo to jest taka jakby ostatnia barykada, ostatni szczebel decyzyjny w bardzo wielu sprawach, i to nie tylko takich, które odnoszą się do spraw cywilnych czy karnych, ale także administracyjnych”.

Poniedziałek 7 października. Tokarczuk zasłużona w antypolonizmie

„Czy (…) Olga Tokarczuk nie powinna być – przez niezawisłe organy wymiaru sprawiedliwości III RP – ścigana” – pytał Tadeusz Płużański w „Gazecie Polskiej”. Publicysta oskarżył pisarkę o „bluzgi na Polaków”, o „mowę nienawiści wobec Polski i Polaków”, o „odpychającą i naganną postawę antypolonizmu”, która „wyklucza ze wspólnoty, odbiera prawo do reprezentowania tej wspólnoty, (…) stawia jej wyrazicieli po stronie zaborców i okupantów Polski”.

Jego zdaniem, Tokarczuk powinna dostać medal „Zasłużona w antypolonizmie” zamiast odznaki „Zasłużony dla Powiatu Kłodzkiego”, jaką uhonorowała ją Rada Powiatu.

Wtorek 8 października. Gliński: nie poddawać się narracjom innych grup interesu

Minister kultury Piotr Gliński w programie 1 Polskiego Radia powiedział: „Budowanie polityki historycznej, instytucji, które bronią polskiej racji stanu w obszarze narracji historycznej, to nie jest taka prosta rzecz, to musi trwać. My mamy olbrzymie zaniedbania. PRL o to nie dbał, zupełnie inaczej to wyglądało. Później niestety po 89 roku przyjęto jakąś taką pedagogikę wstydu, mieliśmy poddawać się narracjom innych grup interesu, mówiąc delikatnie. A na świecie jest olbrzymia rywalizacja dotycząca także wizerunków narracji historycznej, bo to w dużej mierze określa szanse rozwojowe i szanse w rywalizacji międzynarodowej różnych państw i narodów. I my musimy taką politykę budować, odbudowywać”.

Wtorek 8 października. Próbowałem i nie dokończyłem

Wicepremier i minister kultury Piotr Gliński zapytany w TVN24 czy trzyma kciuki, aby Olga Tokarczuk otrzymała literacką Nagrodę Nobla, odparł: „Zawsze, jeżeli polski pisarz by dostał Nobla to ważne, chociaż, no niestety, mamy kłopot z tą nagrodą nie od dzisiaj”. Pytany, którą książkę Tokarczuk przeczytał, powiedział: „Próbowałem, nigdy nie dokończyłem”. W czwartek, 10 października, Olga Tokarczuk otrzymała literacką Nagrodę Nobla.

Środa 9 października. Absolutnie najwybitniejszy polityk ostatnich 30 lat

Premier Mateusz Morawiecki w programie 1 Polskiego Radia powiedział: „Można podzielić (…) polską transformację na trzy etapy od 89 [roku] do końca lat 90. Państwo, które było bardzo agresywne w wymuszaniu pewnego typu zachowań, to terapia szokowa Leszka Balcerowicza, (…) Balcerowicz wyrzucający do śmieci pismo z Fabryki Samochodów Osobowych. Potem [od] 99 [roku] do 2015, państwo taki nocny stróż drzemiący podczas rządów naszych poprzedników, ogromna luka VAT. I od 2015 roku państwo przyjazne, państwo, które stara się skompensować krzywdy społeczne, a jednocześnie postawić na rozwój, na dogonienie państw zachodnich, na ten polski model państwa dobrobytu”.

Szef rządu przekonywał, że „zmieniając tę przysłowiową marynarkę podczas jazdy rowerem, dokonujemy głębokiej transformacji”. Mówił: „(…) Ja mam to szczęście, że trafiłem na współpracę z, nie całkiem przypadkiem, sam chciałem, oczywiście, pracować w ekipie Prawa i Sprawiedliwości, ale trafiłem na współpracę z absolutnie najwybitniejszym politykiem ostatnich 30 lat i nie tylko, bardzo dużo się uczę, rozmowy strategiczne, rozmowy o polityce, ale również o gospodarce z panem prezesem Kaczyńskim są niezwykle ciekawe i na pewno dla mnie bardzo ważne. Więc ja się z tej współpracy bardzo cieszę. I jeżeli kierownictwo polityczne podejmie takie decyzje, to będę się czuł zaszczycony, oczywiście, móc kontynuować tę misję”.

Środa 9 października. To nie był przypadek

Zmarł były minister rolnictwa i kandydat PiS do Sejmu Jan Szyszko. Jarosław Kaczyński stwierdził: „Odszedł w szczególnych okolicznościach. Majestat śmierci nie pozwala mi dzisiaj o tym mówić, ale trzeba będzie o tym powiedzieć, bo to nie był przypadek, że akurat dzisiaj, że akurat teraz”.

Wtorek 8 października. Elity, które pracowały dla wrogów

Szef partii rządzącej Jarosław Kaczyński na spotkaniu wyborczym w Sosnowcu powiedział, że PiS zmienił „sytuację w tym sensie, że ta nowa polska elita władzy i, mam nadzieję, coraz większa część elity kulturalnej i innych elit, już nie pracuje dla naszych wrogów. Ci, którzy pracują są napiętnowani. I będą, proszę państwa, piętnowani dalej”.

Środa 9 października. Los szczęścia

W trzech sprawach sądowych z udziałem posłanki PiS Krystyny Pawłowicz w latach 2017-2018 rozstrzygał sędzia Krzysztof Świderski. Ministerstwo sprawiedliwości twierdzi, że zadecydowało o tym losowanie, w którym trzykrotnie został wybrany ten sam sędzia.

Pawłowicz jako członkini Krajowej Rady Sądownictwa poparła awans sędziego Świderskiego do Sądu Okręgowego w Warszawie. W dwóch sprawach z powództwa Pawłowicz przeciwko prezesowi Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Jerzemu Owsiakowi wyrok był korzystny dla posłanki partii rządzącej. Proces, który wytoczył posłance PiS poseł PO Sławomir Nitras jeszcze się nie zakończył.

Czwartek 10 października. Władza w „Sygnałach Dnia”

W ciągu ostatnich pięciu dni kampanii wyborczej w „Sygnałach dnia” w programie 1 Polskiego Radia wystąpili: wicepremier Piotr Gliński, posłanka PiS Małgorzata Wassermann, premier Mateusz Morawiecki, minister zdrowia Łukasz Szumowski, wiceprezes PiS Ryszard Terlecki, minister spraw wewnętrznych i koordynator służb specjalnych Marian Kamiński, wicepremier Jacek Sasin, premier Mateusz Morawiecki, szef rządowego Centrum Analiz Strategicznych Waldemar Paruch, przewodniczący Rady Mediów Narodowych i poseł PiS Krzysztof Czabański i prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Czwartek 10 października. Wyboista droga

Ruch egzekucyjny z XVI wieku to „ówczesne Prawo i Sprawiedliwość” – stwierdził premier Mateusz Morawiecki na spotkaniu wyborczym w Bochni. Jego zdaniem „cechą charakterystyczną 25 lat III rzeczpospolitej” była „pedagogika wstydu, tolerowanie kłamstwa, tolerowanie oczerniania naszych bohaterów. My na to nie pozwalamy i ta prawda historyczna, duma narodowa, duma z naszej historii, z tych naszych dawnych osiągnięć, ale też z tych współczesnych jest jednym z filarów naszej współczesności (…)”.

Droga, którą chcemy iść – mówił premier – jest „wyboista. Bo naruszyliśmy mnóstwo interesów wewnątrz kraju. Bo postawiliśmy się silnym partnerom na Wschodzie i na Zachodzie. A szczególnie na Zachodzie, bo tam nasze interesy są realizowane w dużym stopniu (…). Idziemy tą wyboistą drogą, drogą pod górę. Oślepiają nas różne przeciwności losu, ale jeżeli nam wyborcy zaufają to z tej drogi nie zejdziemy (…)”.

Czwartek 10 października. KE oskarżyła Polskę o podważanie niezawisłości sędziów

Komisja Europejska skierowała do Trybunału Sprawiedliwości UE skargę przeciwko Polsce w sprawie systemu dyscyplinarnego dla sędziów. Komisja oświadczyła, że podjęła decyzję o skierowaniu skargi do TSUE, „aby chronić sędziów przed kontrolą polityczną”. Jej zdaniem polskim „sędziom nie zapewnia się (…) ochrony przed kontrolą polityczną, co podważa zasadę niezawisłości”.

Rzecznik prasowy resortu sprawiedliwości i kandydat PiS do Sejmu Jan Kanthak powiedział PAP, że „jest to próba politycznej ingerencji w polskie demokratyczne wybory”. Jego zdaniem „tu nie chodzi o fakty, ale o politykę”.

„Frans Timmermans, lewak z Holandii, który popierał Roberta Biedronia w wyborach do Parlamentu Europejskiego, po raz kolejny potwierdził swoje polityczne zacietrzewienie”.

Czwartek 10 października. Pierwsze w historii

„Wiadomości” TVP określiły akceptację Janusza Wojciechowskiego na komisarza ds. rolnictwa jako „wybór Polaka na jedno z najważniejszych stanowisk w Unii Europejskiej”. „To pierwsze w historii takie stanowisko dla Polaka” – przekonywano w telewizji publicznej.

Piątek 11 października. Gość honorowy „Wiadomości”

Główne wydanie „Wiadomości” TVP w ostatnim dniu kampanii rozpoczęło się od wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego o wyborze między Polską plus, którą reprezentuje jego partia, a Polską minus uosabianą, jego zdaniem, przez opozycję.

Następnie pokazano materiał pt. „Kaczyński: zbudujemy państwo dobrobytu”.  Po nim wyniki sondażu przedwyborczego zatytułowane „Polacy stawiają na Prawo i Sprawiedliwość”. W kolejnym materiale pytano: „Polska dobrobytu czy chaosu”. Rozpoczęły go i zakończyły wypowiedzi Kaczyńskiego.

Z materiału wynikało, że dobrobyt, o czym zresztą widzowie „Wiadomości” już się dowiedzieli wcześniej, gwarantuje PiS, chaos – opozycja. „To wybór: Polska podzielona na A i B, Polska taniej siły roboczej i eksperymentów obyczajowych czy też Polska solidarna ze słabszymi, Polska dobrobytu, Polska integralnego rozwoju i dumna z tożsamości. To o tym są te wybory” – stwierdził autor, pracownik TVP.

Do konkurentów partii rządzącej powrócono w materiale pt. „Strategia pustych obietnic opozycji”. Zacytowano w nim wypowiedź Kaczyńskiego, iż „jeżeli PiS nie utrzyma władzy” to będzie „parodia demokracji”.

W materiale oceniono, że opozycję wspierają „pseudoelity”. Po pozytywnie przedstawiającym rządy PiS podsumowaniu pt. „4 lata dobrej zmiany” Danuta Holecka przeprowadziła rozmowę z Jarosławem Kaczyńskim. Przez 11 minut w głównym wydaniu programu informacyjnego TVP 1, a potem jeszcze przez kilkanaście minut jako „Gość Wiadomości” w TVP Info lider obozu rządzącego chwalił politykę swojej partii i krytykował opozycję.

M.in. przekonywał, że „odnieśliśmy ogromny sukces, bo mamy jednego z najważniejszych, czy nawet najważniejszego komisarza w Unii (…). Nigdy nikogo tak wpływowego [jak komisarz KE ds. rolnictwa Janusz Wojciechowski] nie mieliśmy w Unii Europejskiej (…)”.

Od autora: To ostatni numer „Kroniki Skórzyńskiego”. Wraz z wyborami kończy się moja misja zapisywania działań i słów rządzącego przez cztery lata obozu PiS. Dziękuję redakcji OKO.press za gościnę, a czytelnikom za zainteresowanie.

Na koniec niech mi będzie wolno powtórzyć za Olgą Tokarczuk: „głosujmy na rzecz demokracji”.

Więcej o PRL-u >>>

Kaczyński boi się Falenty

11 Czer

Sebastian Kaleta następca Patryka Jakiego na stanowisku wiceministra sprawiedliwości jeszcze nie zdążył się wygodnie rozsiąść w nowym fotelu, a już dostał po nosie… i to od kogo?

PiSowska funkcjonariuszka Krystyna Pawłowicz ofuknęła go po tym, jak na antenie Polsat News nowy minister wyraził się z przekąsem o stylu jej wypowiedzi:

„Poseł Pawłowicz ma swój specyficzny, bardzo intensywny styl wypowiedzi. Zawsze to jest tak, że pani profesor napisze coś ostrego i trzeba to skomentować. Ja takich słów nie używam” – ocenił Kaleta, nawiązując do wpisów parlamentarzystki na temat Parady Równości w Warszawie.

To na tyle zirytowało panią Pawłowicz, że ruszyła do ataku dokładając swoją „porcję dziegciu” do powodzi radosnych gratulacji, jakie znalazły się na Twitterze pod wpisem samego Kalety, dziękującego szefom rządu i resortu za nominację i zaufanie.


„Proszę za mnie nie przepraszać ani nie wstydzić się za moje wpisy o Paradzie Równości, bo najwyraźniej łatwo daje się Pan wkręcać w lewych mediach nie znając moich wpisów. A jakich konkretnie słów by Pan nie użył? Poproszę o konkrety. Nie strzelaj do swoich” – poradziła Pawłowicz.

Wiedza posiadana przez Marka Falentę, biznesmena zamieszanego w tzw. aferę podsłuchową, która przyczyniła się do odsunięcia Platformy Obywatelskiej od władzy, może być bardzo niekorzystna z punktu widzenia PiS. Dziś za sprawą “Gazety Wyborczej” na jaw wychodzą nowe okoliczności sprawy.

Chociaż politycy Prawa i Sprawiedliwości zaprzeczają, jakoby mieli cokolwiek wspólnego z podsłuchami w restauracji “Sowa i przyjaciele“, to kolejne doniesienia zdają się rzucać na sprawę odmienne światło. Mianowicie, “Wyborcza” ujawniła dziś, że Falenta oferował nagranie z Jarosławem Kaczyńskim:

Jak donosi “GW”, Falenta jeszcze przed ucieczką z kraju w tym roku informował posiadaniu o nagraniu z 2014 r. Jest to zapis rozmów, które miały miejsce w centrali PiS, na których Jarosław Kaczyński miał się odnosić się do treści rozmów podsłuchanych w słynnej już warszawskiej restauracji. Tych, które biznesmen mu dostarczył.

Dziennikarze dowiedzieli się o tej sprawie od “lobbysty” związanego z Kancelarią Prezydenta. Biznesmen liczył na wsparcie, ponieważ oczekiwał, że Andrzej Duda zgodzi się na ułaskawienie go, nie zważając na fakt, że prezydent taki wniosek wcześniej dwukrotnie już odrzucił.

Falenta rozmawiał z informatorem “Gazety Wyborczej” na przełomie 2018 i 2019 r. Był to czas, kiedy biznesmen oczekiwał na wydanie prawomocnego wyroku. Nie chciał iść do więzienia, a za zlecanie podsłuchów groziło mu 2,5 roku więzienia. Na taką też karę został ostateczny skazany.

Robił wrażenie zdesperowanego. Szukał dojścia do prezydenta, pytał też o możliwość kontaktu z liderami opozycji” – takimi słowami opisał Falentę lobbysta, który rozmawiał z “GW”, dodając, że on sam bał się prowokacji. Jednak to jego właśnie biznesmen miał poinformować o tym, że posiada nagranie, na którym słychać Kaczyńskiego. Wszystkiemu miał także przysłuchiwać się Stanisław Kostrzewski, ówczesny skarbnik PiS, czyli człowiek, o którym dziś mówi się, że to on połączył Falentę z PiS.

Wczoraj w “Rzeczpospolitej” pojawiła się informacja, zgodnie z którą za nagraniami miał stać swego czasu jeden z najbliższych współpracowników prezesa Kaczyńskiego.

Wygląda zatem na to, że Marek Falenta oczekuje wsparcia od tych, którzy mieli z kolei jego “inspirować” do takich działań. Z listu, wniosku o ułaskawienie, jaki w kwietniu Falenta napisał do prezydenta Andrzeja Dudy z więzienia w Walencji – a o którego treści poinformowała “Rzeczpospolita” – jasno wynika, ze jego mocodawcami byli ludzie związani ze środowiskiem PiS. Czy Falenta mówi prawdę? Na tym etapie nie wiadomo. Biznesmen grozi bowiem, że jeżeli nie otrzyma pomocy w wyjściu z sytuacji, to  “ujawni zleceniodawców i wszystkie szczegóły“.

W hiszpańskim więzieniu ‘gnije’ człowiek, który wierzył w sprawę pt. Polska uczciwa i sprawiedliwa. Zrobił, co do niego należało, wywiązał się ze wszystkich złożonych obietnic i został okrutnie oszukany przez ludzi wywodzących się z Pana formacji” – Tak według “Rzeczpospolitej” rozpoczyna się list z prośbą o ułaskawienie…

Prof. Jadwiga Staniszkis skomentowała dla portalu wiadomo.co list biznesmena Marka Falenty do prezydenta Andrzeja Dudy ws. prawa łaski.

Czy w 2014 r. mieliśmy do czynienia – jak stwierdził Bartłomiej Sienkiewicz – z „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”?

Taśmy Marka Falenty od początku ich ujawnienia, czyli od 2014 roku, miały co najmniej podwójny zapaszek i wpisują się w epikę PiS, której oblicze raczej znamy, ale treść szczegółowa jest na razie ukryta, choć się coraz bardziej ujawnia.

Afera podsłuchowa spowodowała kryzys w rządzie Donalda Tuska, który dość szybko wskazał możliwe inspiracje, wskazując na Wschód. A jeżeli tamten kierunek, to Rosja i Putin. Czyżby już wiedział o Marku Falencie, który metodami kelnerskimi (amatorskimi) skompromitował polityków wówczas rządzącej Platformy Obywatelskiej? Tamta kompromitacja winna być wzięta w cudzysłów, bo dzisiaj codziennie PiS naprawdę kompromituje siebie, a przy okazji Polskę.

Na wierzch wyszły rosyjskie interesy Falenty, który miał kłopoty z tamtejszymi biznesmenami, a tam biznesy prowadzą oligarchowie i koncesjonowani mafiosi namaszczeni przez samego mieszkańca Kremla Władimira Putina.

Falenta został w Polsce prawomocnie skazany, ale nie chciał siedzieć, więc dał nogę z kraju. Złapany chce ułaskawienia od prezydenta, które dostał inny wyrokowiec Mariusz Kamiński, ten jest nawet ministrem koordynatorem służb specjalnych.

Falenta pisze do Andrzeja Dudy już trzecią prośbę o łaskę i grozi, iż ujawni, kto za nim stał. Niedwuznacznie twierdzi, iż ciągle jest lojalny wobec PiS i CBA, obiecano mu bezkarność za odsunięcie PO od władzy. Zrozumiała jest też obawa Falenty, iż „nie chce umierać w samotności”. Czyżby czuł się zdradzony przez PiS? Prędzej czy później poznamy prawdę o Falencie. W tej chwili jest on głównym aktorem, acz na razie „umiera ze strachu”.

Ważne jednak są poboczne wątki, które tak naprawdę pokazują głębokość tragedii, która dotknęła Polskę. Jarosław Kaczyński ciągnie do sądu Krzysztofa Brejzę, polityka PO, choć w innej sprawie, ale już widać gołym okiem, iż chodzi o zupełnie co innego. Mianowicie najbliżsi współpracownicy prezesa PiS, jak choćby skarbnik PiS Stanisław Kostrzewski negocjował z Falentą w sprawie nagrań w aferze podsłuchowej, zaś mecenasi Kaczyńskiego zasiadali w radzie nadzorczej spółki Hawe kontrolowanej przez Falentę.

Dużo, dużo więcej o aferze podsłuchowej i samym Falencie dowiemy się z książki, która ma się ukazać w wydawnictwie Arbitor. Nie jest jeszcze podany do wiadomości publicznej ani tytuł publikacji, ani autor, ale w wyniku wielomiesięcznego śledztwa ustalono, iż w aferze podsłuchowej Marek Falenta wcale nie był jej najważniejszym elementem.

A kto? I tutaj możemy mówić o swoistej epice. W aferach PiS coraz częściej pojawia się ślad rosyjski i nie jest to byle ślad, ale odcisk niedźwiedzia. Rosyjskie tropy w biografiach Antoniego Macierewicza i Mateusza Morawieckiego opisał Tomasz Piątek. Premier zresztą pojawia się na taśmach Falenty, acz nie jest znana taśma najważniejsza z udziałem Morawieckiego, która jest gdzieś zadołowana.

Nie chcę nadużywać historycznych analogii, ani metafor, ale podobne rosyjskie ślady swego czasu w naszej historii doprowadziły do Targowicy. Bohaterowie z XVIII wieku też się wypierali, jak dzisiaj Macierewicz czy Morawiecki i też używali dla zacierania śladów antyrosyjskości. Zatem taśmy Falenty mają zapaszki: pisowski i wschodni, a epikę Targowicy. Minister spraw wewnętrznych w rządzie Tuska Bartłomiej Sienkiewicz nazywa aferę podsłuchową „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”.

Pedofilia polityków, nie tylko kleru. Czas obnażyć zbrodnie

30 Kwi

Ze zdumieniem i niedowierzaniem obserwuję informacje, które pojawiają się w mediach na temat afery pedofilskiej w domu publicznym na Podkarpaciu. Na szczęście nie jestem pełnomocnikiem ani byłego agenta CBA, ani pokrzywdzonych ani nikogo innego w tej sprawie, więc mogę się wypowiadać jako obywatel, a nie adwokat.

Czy myśmy wszyscy przez te ostatnie cztery lata tak zdziczeli, że gwałty na dzieciach organizowane przez służby specjalne (albo za ich przyzwoleniem) nas nie ruszają? Moja wiedza pochodzi wyłącznie ze źródeł medialnych, ale ponieważ nikt nikomu jeszcze procesu nie wytoczył, to mam podstawę sądzić, że prawdą jest iż od lat funkcjonował dom publiczny, który sprowadzał nieletnie dziewczynki z Ukrainy, które były gwałcone przez tysiące „Vipów”, w tym osoby z najwyższych kręgów władzy. Dodam że dla mnie jako obywatela współżycie seksualne nawet za zgodą osoby poniżej 15 roku życia, to zawsze gwałt, mimo że kategoria prawna jest nieco inna. Tak czy inaczej pedofile z najwyższych kręgów władzy (według publicznych oświadczeń b. agenta CBA, który miał dostęp do taśm z nagrywanymi politykami) używały tego domu publicznego. Jak wynika z informacji medialnych osoby te mogły być szantażowane tymi materiałami. Nadto wiemy, że kierownictwo służb próbowało w/w agenta CBA zmusić, czy przekupić, aby milczał o tym skandalu. Czyli służby specjalne chroniły osoby publiczne, które były odpowiedzialne za jedne z najbardziej odrażających przestępstw.

Czy może być coś bardziej szokującego? Dla mnie nie.

Co się z nami wszystkimi na Miłość Boską stało, że o tej sprawie nie huczą wszystkie media od rana do wieczora? Gdy przypomnę sobie jak reagowały media wobec seksafery w Samoobronie to muszę stwierdzić, że z naszym krajem przez te dwanaście lat stało się coś bardzo złego.

Gdzie demonstracje pod siedzibami służb domagające się pełnej listy „klientów” tego domu publicznego? Gdzie apele organizacji chroniących dzieci, kobiety i zwalczające handel niewolnikami? Gdzie głos organizacji religijnych? Gdzie wniosek o komisję śledczą? Gdzie działania prokuratury? Gdzie wyjaśnienia premiera? Gdzie zainteresowanie Prezydenta?

Przypomnę: według pojawiających się w mediach wiarygodnych informacji mamy do czynienia z wykorzystywaniem seksualnym setek dziewczynek przez osoby publiczne i to na przestrzeni wielu lat. Wykorzystywaniem nagrywanym, które może być źródłem szantażu przy którym dawne teczki SB, to zabawa w przedszkolaka. Właściciel teczki z nagranym np. posłem uprawiającym seks z 14-latką jest właścicielem tego posła. W sensie dosłownym. Może mu kazać się zrzec mandatu, głosować tak lub inaczej, zdradzić tajemnice państwową etc. Od niego bowiem zależy, czy dany człowiek pójdzie na dekadę do więzienia z piętnem pedofila, czy nie. Oprócz więc wątku obyczajowego i karnego mamy tutaj fundamentalne zagrożenie dla bezpieczeństwa Państwa.

Czy zebrała się w tej sprawie Rada Bezpieczeństwa Narodowego? Czy Pan Prezydent , który jak już wiemy sezon narciarski zakończył, zainteresował się tą fundamentalną kwestią? Może być tak, że najważniejsze dokumenty w Państwie trafiają np. do osoby szantażowanej? Czy samo zbadanie takiej możliwości nie powinno być obecnie priorytetem wszystkich służb?

Apeluję do wszystkich osób uczciwych, aby nie dopuściły do tego, aby ten chyba największy skandal naszych czasów zginął w tumanach mgły, która się rozciągnęła nad naszym życiem publicznym i nie pozwala dostrzec rzeczy najważniejszych.

*

„Rzeczpospolita” opublikowała nowe ustalenia ws. afery z Podkarpacia. Pojawiają się kolejne potwierdzenia tego, że w agencjach towarzyskich braci R. nagrywano VIP-ów. Samych taśm ma być blisko cztery tysiące.

Coraz więcej wskazuje na to, że sekstaśmy z podkarpackich agencji towarzyskich prowadzonych przez dwóch braci istnieją – donosi wtorkowa „Rzeczpospolita”. Wcześniej były to tylko doniesienia – m.in. byłego agenta CBA – a teraz pojawiają się nowe informacje.

Gazeta dotarła do zeznań Ukraińców, braci Jewgenija i Aleksieja R., a także ich pracowników. W trakcie śledztwa z 2015 roku zeznawali, że w pokojach prostytutek były kamery. „Rzeczpospolita” w kontekście braci R., którzy mieli mieć specjalne traktowanie w regionie za sprawą policjanta Centralnego Biura Śledczego Daniela Ś. przypomina reportaż Superwizjera TVN z 2017 roku.

Mieli kamerę zamontowaną w niektórych pokojach i tam panie przyjmowały panów z różnych urzędów

– relacjonował bohater reportażu (był świadkiem w sprawie przeciwko policjantowi Ś.). Dalej tłumaczył, że zasada była prosta – VIP-om odtwarzano te filmy, dzięki czemu bracia R. mieli „dodatkowe zabezpieczenie interesu”.

Samych taśm – o czym wcześniej nieoficjalnie informowano – ma być blisko cztery tysiące, a wśród nagranych mają być politycy, arcybiskup, wiceminister obrony czy szef jednej z komend policji.

Bracia R. i sprawa obywatelstwa

„Rzeczpospolita” w poniedziałek pisała też, że nie wiadomo, jak doszło do tego, że bracia R. otrzymali polskie obywatelstwo. Zwłaszcza że doszło do tego w czasie, gdy bracia R. handlowali ludźmi (ich ofiarą padło 250 kobiet).

Jeszcze 29 kwietnia Kancelaria Prezydenta nie chciała podawać szczegółów, dzień później już zmieniła podejście.

Okazuje się, że obywatelstwo otrzymał tylko jeden z braci i nie stało się to za kadencji zarówno Andrzeja Dudy, jak i Lecha Kaczyńskiego. Nie padła za to dokładna data, Kancelaria Prezydenta stwierdziła tylko, że obywatelstwo nadano mu „znacznie wcześniej”– co wskazywałoby na to, że jeszcze za prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego.

Seksafera na Podkarpaciu – to warto wiedzieć:

Przed Muzeum Narodowym setki osób wzięły udział w proteście przeciw cenzurowaniu sztuki. „Bananowa rewolucja”, „Chcemy edukacji, nie indoktrynacji”, „Polska kolorowa, nie narodowa”, „Wolna sztuka” – skandowali uczestnicy. Podczas happeningu jedli też banany.

Bezpośrednim powodem akcji było usunięcie prac Katarzyny Kozyry i Natalii LL z ekspozycji Muzeum Narodowego przez dyrektora placówki prof. Jerzego Miziołka. Chodzi o instalacje wideo „Pojawienie się Lou Salome” (2005 r.) autorstwa Katarzyny Kozyry i „Sztuki konsumpcyjnej” Natalii LL z 1972 r., przedstawiającej kobietę jedzącą banana. Miziołek twierdził, że prace „rozpraszały młodzież”.

W poniedziałek w wydanym przez siebie oświadczeniu dyrektor Muzeum poinformował, że prace Natalii LL i Katarzyny Kozyry wrócą do galerii „do czasu rozpoczęcia prac rearanżacyjnych”. Tylko, że to oznacza, że będzie je można oglądać raptem przez tydzień – do 6 maja, bo wtedy właśnie rozpocznie się zmiana ekspozycji.

Podczas protestu wyczytano nazwiska uznanych polskich artystek współczesnych, których prace powinny znaleźć się w Muzeum Narodowym. – „Pamiętajcie, spotkamy się tu dzisiaj nie po to, żeby świętować, że przywrócono dwie prace do Muzeum Narodowego w Warszawie. Nie. Spotkaliśmy się tu po to, żeby wywalczyć nową, wspaniałą pracownię feministyczną w tym muzeum. Najlepiej całe skrzydło, które będzie poświęcone tylko pracom artystek. Starych i młodych” – mówiła do zgromadzonych przed bramą Muzeum Narodowego jedna z organizatorek protestu Joanna Drozda.

Głos zabrało również dwoje pracowników Muzeum Narodowego. – „Chcieliśmy w imieniu pracowników, którzy są tutaj z nami i tych, którzy nie mogli tu przybyć, serdecznie podziękować za waszą obecność. Za waszą troskę o wolność sztuki, za waszą troskę o autonomię instytucji kultury, a także o godność zawodu muzealnika. Od dłuższego czasu przeżywamy trudne chwile i bardzo potrzebujemy solidarności społecznej” – powiedzieli.

„Ta historia wywołała wielką falę myślenia o wolności sztuki i o cenzurze.  Sztuka nie może być pod presją żadnej cenzury. Nie w 2019 r. Nie jesteśmy 600-700 lat temu. To myślenie kruchciane, zamknięte, które by ograniczało sztukę jest nie do akceptacji. Myślę, że ta presja się powiodła. Ale być może trzeba ją utrzymać, żeby po zamknięciu Galerii Sztuki XX i XXI Wieku w Muzeum Narodowym, kiedy będzie ponownie otwierana, żaden element cenzurowania czegokolwiek w sztuce nie przyszedł nikomu do głowy” – powiedział obecny na demonstracji europoseł PO Michał Boni. W proteście uczestniczyli także odwołani przez ministra Piotra Glińskiego byli dyrektorzy Muzeum Narodowego Agnieszka Morawińska i Piotr Rypson.

Szybkość zmiany poglądów partii rządzącej i jej narracji na użytek zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego może być sztandarowym przykładem wyborczej manipulacji.

Politycy Prawa i Sprawiedliwości, którzy wyprowadzali flagi Unii Europejskiej teraz przekonują wyborców, jak ważne jest nasze członkostwo w europejskich strukturach.

Swoje spojrzenie na UE zmienił także prezydent Duda, o czym nie omieszkał poinformować Polaków w tekście napisanym specjalnie dla „Faktu”.

Głowa państwa, która zaledwie kilkanaście tygodni temu uważała, że Europa jest „wyimaginowaną wspólnotą, z której dla Polaków niewiele wynika i która powinna nas zostawić w spokoju„, teraz pisze tak: „podobnie jak miliony Polaków opowiedziałem się wtedy za szansą, jaką było nasze członkostwo w Unii. […] Zaangażowanie w budowę wspólnoty europejskiej płynie z naszego patriotyzmu, ale płynie też z naszego historycznego doświadczenia. […]

Możemy dziś z dumą powiedzieć: Europa to my, Unia Europejska to my.”  Do wyborców należeć będzie ocena, czy to godna podziwu przemiana, czy zwykła, zimna kalkulacja.

15 lat Polski w Unii Europejskiej ocenił w Radiu ZET Leszek Miller.

– Widzę same plusy. Nie ma żadnych minusów. Mówiliśmy o pieniądzach, ale proszę popatrzeć na sytuację obywateli RP w Europie. Mogą podróżować gdzie chcą, podejmować pracę gdzie chcą, osiedlać się gdzie chcą – powiedział.

Były premier odniósł się też do wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, który podczas ostatniej konwencji zapowiedział, że „Polska przyjmie euro, gdy gospodarką dogoni Zachód”.

– To baśń z mchu i paproci. Bez wejścia do strefy euro nigdy nie osiągniemy takiego poziomu, jak mają dzisiaj Niemcy – kwituje Miller.

Leszek Miller w rozmowie z Beatą Lubecką podkreśla, że z dziesięciu państw, które wchodziły do UE wraz z Polską, siedem jest już w strefie euro.

– Mają większy dochód narodowy na mieszkańca niż Polska. Opłacało się im wejść do euro – mówi Miller.

Jak dodaje, jutro premier Morawiecki spotka się z przedstawicielami krajow, które do strefy euro weszły.

– Siedmiu szefów rządów to premierzy krajów, które weszły do strefy euro. Ciekawe, jak premier będzie się czuł otoczony przez wilki z napisem „euro” – dodaje.

 Miejsce Polski w Unii jest wyrażone stosunkiem 27:1. Nie ma co upiększać. Polska jest na marginesie [UE -red.], negocjatorzy nie potrafią negocjować, są lekceważeni – ocenia Miller.

Uchwalona w kilkanaście godzin ustawa znosząca przepisy, na podstawie których Sąd Najwyższy i NSA zadały pytania TSUE prejudycjalne, czeka już tylko na podpis Andrzeja Dudy.

Na razie PiS zrezygnował z trzech innych wątków tej ustawy, w tym z ułatwienia sobie wyboru prezesów Sądu Najwyższego i ścigania sędziów. Ustawa działa wstecz: siedem dni od jej opublikowania toczące się na podstawie jej przepisów postępowania zostają automatycznie umorzone.

Pytania SN i NSA zmierzają do oceny prawomocności powołania i działania neo-KRS. Zostały zadane na tle odwołań sędziów od wyników konkursu przeprowadzanego przez nią na sędziów Sądu Najwyższego.

Wyrok TSUE spodziewany jest w czerwcu

PiS spieszył się, by z ustawą odbierającą prawo do odwołania kandydatom do SN zdążyć przed 14 maja, kiedy przed Trybunałem odbędzie się druga rozprawa w tej sprawie. Zapewne złoży wniosek o umorzenie postępowania, skoro w polskim prawie nie ma już przepisów, które były podstawą złożenia pytań.

Decyzja o tym, czy umorzyć postępowanie przed TSUE, nie jest automatyczna. Zależy od TSUE. Zasadą jest, że TSUE pyta o to podmiot, który wniósł sprawę. W tym wypadku zapyta autorów pytań prejudycjalnych w SN i NSA, czy odpowiedź nadal jest im potrzebna. Zważywszy że celem jest ocena prawomocności działań KRS, trudno sobie wyobrazić, by przestały potrzebować odpowiedzi.

Neo-KRS jest kluczowa dla planu PiS – kadrowego opanowania wymiaru sprawiedliwości – ponieważ to ona wybiera spośród kandydatów na stanowiska sędziowskie w sądach wszystkich rodzajów i instancji. Neo-KRS jest też ważna dla postępowań dyscyplinarnych służących do zastraszania niepokornych sędziów: kieruje wnioski do rzeczników dyscyplinarnych i – co ważniejsze – może uchwalać, jak należy rozumieć bardzo ogólne sformułowania kodeksu etyki sędziowskiej.

Na użytek postępowań wobec sędziów za założenie koszulki z napisem „KonsTYtucJA” czy inne publiczne prezentowanie tego napisu neo-KRS uchwaliła, że „zachowaniem mogącym podważyć zaufanie do niezawisłości i bezstronności sędziego” jest „publiczne używanie przez sędziego infografik, symboli, które w sposób jednoznaczny są lub mogą być identyfikowane z partiami politycznymi, związkami zawodowymi, a także z ruchami społecznymi, tworzonymi przez związki zawodowe, partie polityczne lub inne organizacje prowadzące działalność polityczną”.

Polskie sądy przed wyrokiem

Ustawa wprost sprzeczna z konstytucją

Odpowiedź TSUE na pytania prawne w sprawie neo-KRS jest też istotna dlatego, że usuwając te przepisy, PiS wywołał sytuację, która może być sprzeczna z art. 47 Karty Praw Podstawowych UE, czyli prawem do skutecznego środka odwoławczego w przypadku naruszenia praw gwarantowanych Kartą. Jednym z takich praw jest swoboda wykonywania zawodu.

To, co uchwalił PiS, jest wprost sprzeczne z konstytucją. Narusza zasadę równości wobec prawa i zakazu dyskryminacji (art. 32), równego dostępu do służby publicznej (art. 60), zasadę zaufania do państwa i prawa (art. 2 – przez niekorzystną zmianę sytuacji prawnej obywateli z mocą wsteczną) i prawo do zaskarżania wyroków i orzeczeń wydanych w pierwszej instancji (art. 78).

W tym ostatnim przypadku możliwe są wyjątki określone ustawą, ale muszą być zgodne z innymi zapisami konstytucji (np. z równym dostępem do służby publicznej czy równością wobec prawa), konstytucyjnie uzasadnione, proporcjonalne, nie naruszać istoty konstytucyjnego prawa i być niezbędne w demokratycznym społeczeństwie dla ochrony bezpieczeństwa czy porządku publicznego albo praw i wolności innych osób.

PiS twierdzi, że jego ustawa „wykonuje” wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 25 marca. W tym wyroku TK (w dobrozmianowym składzie, z dublerem sędziego) uznał, że neo-KRS powołano zgodnie z konstytucją. Ale tu ważniejszy jest inny wątek: orzekł – można się domyślać, że na użytek zablokowania wydania wyroku przez TSUE – że prawo odwołania się do NSA od wyniku konkursu do SN jest sprzeczne z konstytucją, bo „charakterystyka ustrojowa Naczelnego Sądu Administracyjnego nie predestynuje go do rozpatrywania spraw dotyczących uchwał Krajowej Rady Sądownictwa”.

Jednak po tym wyroku pojawiły się opinie prawników, że ponieważ sytuacja nierówności w prawie do odwołania jest sprzeczna z konstytucją, należy wyrok TK interpretować tak, że od konkursu do SN można się odwoływać, ale na zasadach ogólnych, czyli tak jak od wszystkich rozstrzygnięć KRS: do Izby Kontroli Nadzwyczajnej SN.

PiS, dla zablokowania wydania wyroku przez TSUE, chciał posłużyć się Trybunałem Konstytucyjnym, bo zapewne uznał, że będzie wyglądało bardziej elegancko, jeśli o wyeliminowaniu przepisu zdecyduje „niezawisły sąd”. Potem zobaczył, że mogą być problemy z jego interpretacją – więc wziął na siebie polityczną odpowiedzialność i uchwalił ustawę wprost odbierającą prawo do odwołania kandydatom na sędziów do SN.

Sędziowie będą mieli dyscyplinarki za wyroki

Teatr na użytek elektoratu

Szanse PiS na przekonanie TSUE i pytających sądów do poniechania sprawy są bardzo mizerne i chyba nie na to liczył, uchwalając tę ustawę. To raczej teatr na użytek wyborców PiS. Podobnie jak wniosek o wyłączenie od sądzenia tej sprawy przewodniczącego składu i prezesa TSUE Koena Lenartsa złożony przez przedstawiciela prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry na poprzedniej rozprawie – w marcu. PiS chce pokazać elektoratowi, że Trybunał Sprawiedliwości UE jest stronniczy, „polityczny”, a jego wyroki nie zasługują na szacunek – a więc też na ich wykonanie.

Ale jeśli TSUE orzeknie – co stanie się zapewne w czerwcu – i zakwestionuje neo-KRS, PiS będzie miał problem, bo odmowa wykonania wyroku TSUE oznacza naruszenie wprost traktatu o UE, a to ożywi oskarżenia o polexit, których się boi. Jeśli więc TSUE uzna powołanie neo-KRS i jej działalność za sprzeczne z prawem Unii, rząd będzie zapewne sytuację rozwadniał, jak długo się da.

Wyrokiem będą natomiast związani sędziowie – zarówno składy, które zadały pytania prawne, jak i wszyscy, którzy mają wykonywać decyzje neo-KRS. Na przykład prezesi SN, którzy już wyznaczyli neosędziów nominowanych przez neo-KRS do składów orzekających.

Z cyklu – jak łatwo można zniszczyć jedno z najpotężniejszych ministerstw. Bardzo trafna analiza.

Krótkie podsumowanie fachowości ekipy byłego szefa MON Antoniego Macierewicza wg. redaktora

.

 

Moralność PiS sięga fajfusa Kuchcińskiego

5 Kwi

Jeszcze wczoraj z mównicy sejmowej zastępca ministra koordynatora ds. służb specjalnych Maciej Wąsik mówił wprost: – Moja ocena (sprawy tuszowania afery obyczajowej przez kierownictwo CBA – red.) jest taka, że nigdy nie było żadnego nagrania, zostało ono wymyślone przez Wojciecha J. na użytek tego, żeby nie odejść ze służby, w sposób perfidny, kłamliwy i paskudny. Nie minęły nawet 24 godziny od tego wystąpienia, a Sylwester Ruszkiewicz z Wirtualnej Polski przedstawia nowe, przełomowe informacje w tej sprawie.

Dotarł on bowiem do jednego z oficerów polskich służb, który zna kulisy procederu nagrywania polityków, samorządowców i biznesmenów w podkarpackich “domach uciech”, jaki przez lata kwitł bez żadnych przeszkód. Potwierdził on historię byłego agenta, który dziś jest frontalnie atakowany przez swoich byłych kolegów i przełożonych. Kulisy tej sprawy są jednak wyjątkowo bulwersujące. Okazuje się bowiem, że CBA było świadome tego procederu i Wojciech Janik nie trafił na ten temat przypadkowo tylko zostało mu on wskazane właśnie przez szefa tej służby Ernesta Bejdę jako zadanie specjalne. Po to, by mógł je wykonywać bez przeszkód, Bejda przyznał też Wojciechowi Janikowi bardzo obszerne uprawnienia, o czym przypomniał dziś po raz kolejny Mariusz Gierszewski z Radia Zet.

Bejda miał wiedzieć, że w domach publicznych na Podkarpaciu nagrywani są politycy, ale nie wiedział czy także z Prawa i Sprawiedliwości i właśnie tę kwestię kazał Janikowi sprawdzić. Jak pisze Ruszkiewicz z “WP”, informatorem Wojciecha Janika, a dokładniej Osobowym Źródłem Informacji (OZI) zostaje jeden z funkcjonariuszy służb pracujących na Podkarpaciu. To on udostępnił mu nagranie z prominentnym politykiem PiS. Na nagraniu z 2014 roku miał on uprawiać seks z ukraińską prostytutką. Według zawiadomienia do prokuratury generalnej, które złożyła pełnomocnik Wojciecha J., nagrany miał zostać marszałek Sejmu, a wówczas poseł PiS Marek Kuchciński.

Co więcej, rozmówca reportera Wirtualnej Polski tak opisuje kluczową seks-taśmę: – Nagranie jest dobrej jakości. Prawdopodobnie zostało sporządzone w agencji na tzw. Zameczku pod Rzeszowem. To znany, oddalony kilkadziesiąt kilometrów od miasta zespół pałacowy, z luksusowymi pokojami. Dziewczyna na nagraniu ma blond włosy, mogła nosić perukę z jasnymi włosami. Wygląda co najwyżej na 15 lat. Kamera została sprytnie umieszczona, zamontowana prawdopodobnie w ścianie – na wysokości łóżka. Z takiej perspektywy jest nagranie. Trwa kilkanaście minut – mówi informator. Co więcej, zapowiada on, że na początku przyszłego tygodnia dokument o procederze nagrywania polityków na Podkarpaciu zostanie wyemitowany w jednej ze stacji telewizyjnych, co tylko jeszcze bardziej potwierdzi wersję opisywaną przez Wojciecha Janika, a Centralne Biuro Antykorupcyjne postawi w prawdziwie fatalnym świetle.

Pozostaje pytanie, jak długo jeszcze kierownictwo służb, powiązane dziś z partią rządzącą będzie udawać Greka i odwracać kota ogonem mówiąc, że żadnej afery nie ma. Bo, że ich słowa prawdopodobnie zostaną już wkrótce boleśnie skonfrontowane z prawdą wydaje się już niemal pewne.

„Odwaga staniała, rozum podrożał”. Tak kulturalnie można by określić, cytując Artura Sandauera, zachowanie pseudo dziennikarzy, którzy zaatakowali Adama Michnika, w budynku sądu. Jednak trudno tu o zbytek kultury, bo trudno powstrzymać emocje. Widać to na twitterze:„Obrzydliwe. I takie zera mienią się dziennikarzami…”  „Oni teraz są tam, gdzie kiedyś stało ZOMO…” „Takim jesteśmy narodem, wrednym”, „Brak słów”.

Profesor Marcin Matczak zestawił dwa filmy z Adamem Michnikiem i napisał: „Zestawiam ten film, ukazujący tych podłych ludzi, z innym – w którym młody Adam Michnik wyszarpuje się komunistycznym milicjantom na innym korytarzu. I czuję dwie rzeczy – bezmierny szacunek dla Jego działań i Jego godności, i bezmierną wściekłość, że musi to znowu przeżywać”.

To gorzkie zestawienie wywołało falę komentarzy, wśród których dominują oburzenie, zgorszenie, potępienie i… bezradność.

– „Adam Michnik narażony jest na poniżanie w każdej epoce, jak widać. Zawsze komuś nie w smak jest cudza odwaga. Ja Jego postawę w czasach słusznie minionych będę cenić zawsze, teraz historia pisze się na naszych oczach. Brawo Adam Michnik”.

„Pan Adam to jedna z najważniejszych twarzy naszej wolności i osoba godna najwyższego szacunku! To chichot historii, że takie gnoje mogą się dzisiaj bezkarnie pętać! Pis godnie kontynuuje dzieło komuny, gdyby mogli, bez żadnych skrupułów robili by to samo!”

– „(…) Pis-owska kontrrewolucja próbuje połknąć bohaterów polskiej wolności – Michnika, Kuronia, Wałęsę, Geremka, Mazowieckiego i Bartoszewskiego, zastępując ich gnomami typu Kaczyński, Macierewicz, Gwiazda, Wyszkowski. Nie uda się.”

Filmy skomentował również profesor Wojciech Sadurski: „Straszny filmik. Te zera nie wiedzą, że wolność takiego postępowania zawdzięczają w wielkim stopniu zaszczuwanemu przez nich Michnikowi. Wyrazy wielkiej solidarności z Adamem!”

Zastanawiam się czy to zwykła podłość? Czy deficyt intelektualny?

Jeden z internautów zadał ważne pytanie: „Czy oni to robią dla pieniędzy? Bo (…) jeśli naprawdę tak myślą to ja się pytam, gdzie są szkoły? Gdzie jest edukacja? Skąd bierze się taki debilizm?

Można jeszcze dopytać: kim są ludzie, którzy bez żenady, demonstrują swoją niekompetencję, nieudolność i głupotę? Czy ich tania odwaga jest wynikiem deficytu intelektualnego czy chęci zaistnienia?  Bo gołym okiem widać, że są tak samo anonimowi jak ci milicjanci z PRL.

Szczęśliwie Adam Michnik, dla tych, których pamięć nie zawodzi, albo tych, którzy po prostu znają historię, to „bohater naszych czasów, jeden z nielicznych, który miał odwagę stanąć przeciw komunie i ich okrutnym metodom!” A więc to, co stało się w sądzie „to chichot historii, że w wolnym kraju, doczekaliśmy się godnych kontynuatorów tamtych podłych czasów !!!”

Przykre, że Adam Michnik, narażając zdrowie i życie, walczył między innymi o to, by dziś takie persony mogły go bezkarnie poniżać.

Państwo mafijne

17 Mar

Wojciech Czuchnowski (Gazeta Wyborcza) i inni komentują działania państwowych instytucji ws. afery taśmowej związanej z prezesem Prawa i Sprawiedliwość Jarosławem Kaczyńskim.

Czuję się naprawdę rozczarowany. Wierzyłem w polski wymiar sprawiedliwości, ale w ostatnich dniach i godzinach nie byłem traktowany jak poszkodowany, tylko jak kryminalista – mówi Gerald Birgfellner po szóstym przesłuchaniu.

W sprawie Birgfellnera kontra państwo PiS widać jak w soczewce patologię systemu stworzonego przez Kaczyńskiego. Upartyjnione służby i prokuratura zrobią wszystko, by ochronić bossa. Tak działa państwo mafijne – mówi cytowany przez Leszka Balcerowicza dziennikarz GW Wojciech Czuchnowski.

Prokuratura po szóstym przesłuchaniu austriackiego biznesmena nadal nie zdecydowała o wszczęciu śledztwa.

Rząd Prawa i Sprawiedliwości nie zamierza się zatrzymywać w działaniach na rzecz dalszego ręcznego sterowania gospodarką. Na Nowogrodzkiej nie wyciągnięto bowiem lekcji z błędów poprzedniego systemu i wciąż pokłada się wiarę w magiczną moc sprawczą reki państwa. Taka strategia jest o tyle zrozumiała ze strony polityków, ponieważ daje im dodatkową władzę, jednak w tym samym czasie konsekwencje dla przeciętnego obywatela potrafią być opłakane. Nowy pomysł premiera może wywołać na tym polu szczególnie wielkie szkody gospodarcze. Mowa o planie ustawowego ograniczenia sprzedaży marek własnych przez wielkie sieci handlowe. Instytut Badawczy ABR SESTA wziął pod lupę asortyment sieci handlowych i w swoim raporcie doszedł do druzgocących dla polityków wniosków. Wprowadzenie w życie pomysłu Morawieckiego oznacza dramatyczny wzrost cen wielu produktów, co nie miejmy wątpliwości uderzy najbardziej w siłę nabywczą najbiedniejszych.

Według danych instytutu wyeliminowanie marek własnych oznacza, że np. żel pod prysznic podrożały aż o 165 proc., czekolada – o 107 proc., a sok jabłkowy – o 68 proc. Najmniejsze wahania dotyczyłyby cukru – 10 proc., a także mleka – 16 proc. Według raportu skala nowej ustawy byłaby olbrzymia, ponieważ mogłaby dotknąć w sprzedaży aż 52 proc. żywności, 35 proc. art. kosmetycznych i 44 proc. towarów z obszaru chemii gospodarczej. Udział marek własnych w ogólnej sprzedaży dyskontów wynosi obecnie 44%, gdzie palmę pierwszeństwa ma Lidl z wynikiem 62%. Eksperci ostrzegają, że nowe prawo mogłoby doprowadzić do dwutorowej reakcji wielkich sieci. Wycofane produkty zastąpiono by zamiennikami o podobnych parametrach, co jednak wiązałoby się z wyższą ceną, albo wielu sprzedawców mogłoby zdecydować się na zmniejszenie wielkości opakowań.

Pomysł rządu jest z perspektywy polityki społecznej szczególnie dużym strzałem w stopę. Śmiało można powiedzieć, że samo istnienie dyskontów i sklepów wielkopowierzchniowych zrobiło dla najbiedniejszych więcej niż 500+ i cała polityka socjalna rządu PiS. Marki własne wiążą się bowiem z brakiem wysokich kosztów promocji, które nie mają związku z jakością samego produktu. Dodatkowo marki własne są często najtańszymi produktami na rynku, często także przy uwzględnieniu stosunku ceny do jakości. Ten sektor rynku przeszedł bowiem w ostatnich latach transformację ze sprzedaży produkowanej po kosztach tandety do konkurencyjnych produktów.

Ekonomiczne konsekwencje dla przedsiębiorców tez mogą okazać się odwrotne od zamierzonych. Najwięcej na nowym prawie mogą uzyskać paradoksalnie… światowi giganci. Wielkie międzynarodowe marki będą miały większe szanse wejść na półki Lidla czy Biedronki w całym kraju niż drobni polscy producenci. Poważne jest także ryzyko wykupywania polskich podmiotów, aby dystrybuować na naszym rynku zagraniczne produkty. Innymi słowy rynek nie zna próżni i ominie nowe prawo, z tą różnicą, że cenę za cały proces w sklepie zapłacą konsumenci.

Jest to jednak jeden z pomysłów, który będzie mógł poważnie uderzyć w rządzących. Nie będzie to bowiem już daleka od Kowalskiego reforma sądów, czy uderzenie w energetykę odnawialną, ale realny spadek siły nabywczej zawartości portfela, który będzie znacznie większy niż tak przerażające rządzących podwyżki cen prądu.