Tag Archives: Wojciech Cejrowski

Tchórze PiS barykadują instytucje demokratyczne, wypisują Polskę ze świata, czyniąc z kraju Zadupie

29 List

Patryk Wachowiec, analityk prawny FOR, złożył skargę na szefa Kancelarii Sejmu, ponieważ odmówiono mu wstępu na posiedzenie 9 maja, kiedy trwał protest rodziców osób niepełnosprawnych. W tym okresie służby parlamentu (Straż Marszałkowska) zabroniły wydawania jednorazowych przepustek i kart prasowych, mimo że swobodę wejścia na teren Sejmu miały m.in. zorganizowane wycieczki i niektóre z osób zaproszonych przez posłów. Wachowiec stwierdził, że odmowa wstępu była naruszeniem Konstytucji, konkretnie art. 61 ust. 2, w myśl którego obywatele mają prawo „wstępu na posiedzenia kolegialnych organów władzy publicznej pochodzących z powszechnych wyborów, z możliwością rejestracji dźwięku lub obrazu”.

Dziś przed Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym w Warszawie rozpoczął się proces w tej sprawie. Patryk Wachowiec zaznaczył, że sprawa jest precedensowa, a „orzeczenie sądu wyznaczy linię orzeczniczą na przyszłość”. Podkreślił, że jawność życia publicznego jest jednym z elementów demokratycznego państwa prawnego. Jego zdaniem, regulamin Sejmu, na który powołano się przy odmowie wstępu, dał marszałkowi Markowi Kuchcińskiemu zbyt dużą władzę do określenia trybu dostępu i przesłanek ograniczających zasady wstępu.

 

Sędzia Alina Balicka odroczyła orzeczenie do 13 grudnia. – „Sąd uznał, że sprawa jest na tyle precedensowa, że potrzebuje jeszcze czasu na rozważenie argumentów” – napisał Wachowiec na Twitterze. Zwrócił też uwagę na symboliczną datę wydania wyroku.

>>>

>>>

Prezydent Duda mógłby ją wezwać w 12 minut. (…) Tam należało włączyć kamerę, nakręcić spotkanie dyplomatyczne, zbesztać babsztyla za brzydkie zachowanie i zapytać, czy woli pani przepraszać Polskę i naszego premiera (…) czy wyjeżdża Pani jutro” – takie „rady” dawał Wojciech Cejrowski prezydentowi w sprawie ambasador USA w Polsce. Słowa te padły na antenie prawicowego radia Wnet.

Chodzi oczywiście o list Georgette Mosbacher do Mateusza Morawieckiego, wysłany też do wiadomości Andrzeja. O sprawie m.in. w artykule List ambasador USA do Mateusza Morawieckiego dot. wolności mediów w Polsce wywołał burzę na prawicy”.

A jeszcze niedawno Cejrowski wychwalał jej kandydaturę na ambasadora USA w Polsce.

W lutym na swoim profilu na Facebooku tak pisał o Georgette Mosbacher: – „Trump wysyła swoją znajomą z Florydy, babeczkę, którą zna z dawnych czasów z biznesów (…) bardzo dobry strzał (…)”.Cóż, nie tylko kobieta zmienną jest w swoich opiniach.

Polska zajęła niechlubne ostatnie miejsce w Europie pod względem liczby lekarzy na 1000 mieszkańców. Nad Wisłą życie tak wielu obywateli spoczywa bowiem średnio w ręku zaledwie 2,4 medyków. Tymczasem średnia europejska to 3,8, Niemcy przebijają liczbę 4, a Austriacy 5. Rekordziści – Grecy, mają 6,6 lekarzy na 1000 mieszkańców. Takie ponure wnioski płyną z raportu „Health at a Glance 2018”, przygotowanego na zlecenie OECD.

Powyższe dane wróżą nieuchronne załamanie systemu ochrony zdrowia w Polsce. Tymczasem, choć zagrożenie nie jest nowe, to rok temu protestujący lekarze rezydenci usłyszeli od polityków obozu władzy “niech jadą”, prorządowe media stworzyły historię o “kanapkach z kawiorem”, a spór ze środowiskiem zawodów medycznych zakończył się ostatecznie pyrrusowym dla tych ostatnich porozumieniem, które na dodatek nie zostało dotrzymane przez PiS na etapie wdrażania.

Rząd zadbał bowiem, aby w systemie pozostało po staremu. W budżecie potrzeba środków na obietnice wyborcze, a nie kadry szpitali i przychodni. W efekcie władze zaniechały urealnienia wynagrodzeń do poziomu, który powstrzymałby masową emigrację. Jakby tego było mało, warunki pracy pozostały takie same, a obserwując sytuację na oddziałach szpitalnych, można bez wątpienia powiedzieć, że los sytemu już dziś wisi na włosku. Niemożność racjonalnego wykorzystania przysługującego urlopu, wymuszane dyżury w niewystarczającej obsadzie do liczby pacjentów, spędzanie świąt, Sylwestra w pracy i do tego absurdalnie rozbudowana biurokracja sprawiają, że praca w Polsce jest zadaniem dla wytrwałych.

Rządowy plan, aby zastąpić polskich pracowników ukraińskimi, także się nie powiódł. Ci ostatni nie zdają bowiem bardzo często egzaminów nostryfikacyjnych, a do tego już wkrótce szeroko otworzą się przed nimi oferujące diametralnie lepsze warunki pracy niemieckie kliniki. Walka o pracownika ponownie stanie się nierówna, a rozstrzygnięcie – bardzo szybkie.

Niedobory osiągają już tak duże rozmiary, że wkrótce trudności w dostaniu się do lekarzy nie będą dotyczyć tylko specjalistów, ale także lekarzy rodzinnych. Ci ostatni są bowiem wciąż bardzo nieliczni, a resort ma w planach już za kilka lat wyeliminować z rynku podstawowej opieki zdrowotnej lekarzy innych specjalizacji niż z medycyny rodzinnej, co wyrzuci z przychodni większość obecnie przyjmujących lekarzy.

Polityka pogardy wobec środowiska pracowników ochrony zdrowia będzie miała bardzo bolesne konwencje. Nogami głosują bowiem nie tylko lekarze, ale także pielęgniarki i inne zawody medyczne. Dalsze ignorowanie problemu sprawi zaś, że naprawienie systemu z każdym rokiem będzie coraz trudniejszym zadaniem.

>>>

Reklamy

PiS zaczął systemowy proces wywłaszczania i szantażowania

18 List

Nie wierzę w wymuszanie „indywidualnej” łapówki na sumę 40 mln, dlatego że takiej kwoty żadna osoba fizyczna nie ukryje. Wydaje się więc, że zaczął się systemowy proces wywłaszczania i szantażowania, że to jest odgórny plan, by w ten sposób gromadzić wielką fortunę na zapleczu tego obozu politycznego. To, co zobaczyliśmy, jest systemowe: władza PiS robi to, co kilka lat temu zaczął robić na Węgrzech Orbán – tam grupa skupiona wokół premiera zaczęła wywłaszczać ludzi z własności prywatnej – mówi prof. Radosław Markowski, politolog. – Od dawna tłumaczę, że ośrodki badania opinii publicznej, które pokazywały poparcie dla tej partii na poziomie 45-48 proc., mają kłopoty z bazową umiejętnością ważenia i szacowania poparcia dla partii politycznych. Takiego poparcia nigdy nie było. PiS miał w ostatnich wyborach 5 mln 700 tys. głosów, w październiku 2015, i takiego poparcia już dawno nie ma. Dziś mają ok. 5 mln, raczej z tendencją spadkową – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Zacznijmy od afery KNF i podejrzeń o korupcję. Z doniesień medialnych wynika, że sprawa jest niezwykle bulwersująca. Czy to może podkopać rząd PiS?

RADOSŁAW MARKOWSKI: Po pierwsze, zacznijmy od sprawy zasadniczej – do tej pory cała narracja medialna skupia się na tej sprawie tak, jakby to była afera dotyczyła feleru jednostkowego – ot, niezbyt wykwalifikowany człowiek PiS-u po znajomości dostaje wysokie stanowisko, a że brak mu też kwalifikacji moralnych, to posuwa się do propozycji łapówki. Uważam to za chybiony trop. To, co zobaczyliśmy, jest systemowe: władza PiS robi to, co kilka lat temu zaczął robić na Węgrzech Orbán – tam grupa skupiona wokół premiera zaczęła wywłaszczać ludzi z własności prywatnej. Pisałem wstęp do książki węgierskiego autora Bálinta Magyara „Węgry. Anatomia państwa mafijnego. Czy taka przyszłość czeka Polskę?”, a w trakcie pobytu Autora w Polsce dyskutowaliśmy publicznie o analogiach orbánowskich Węgier i kaczorowskiej Polski.

Magyar wielokrotnie podkreślał, że zasadnicza różnica polega na tym, że PiS rozdaje swoim – zazwyczaj niekompetentnym, merytorycznie nieprzygotowanym, acz lojalnym ludziom różne stanowiska po to, żeby ich kupić, stworzyć klientelistyczny system, ale nie posunął się do tego, co robi Orbán na Węgrzech, że wywłaszcza ludzi z własności prywatnej. Jak to się robi, jest znakomicie udokumentowane w tej książce… Chyba właśnie mamy do czynienia z tym samym procesem w Polsce, niestety.

Mam jeszcze jedną uwagę. Nie wierzę w wymuszanie „indywidualnej” łapówki na sumę 40 mln, dlatego że takiej kwoty żadna osoba fizyczna nie ukryje. Wydaje się więc, że zaczął się systemowy proces wywłaszczania i szantażowania, że to jest odgórny plan, by w ten sposób gromadzić wielką fortunę na zapleczu tego obozu politycznego. Jako obywatel bardzo bym się chciał dowiedzieć, jaką „ofertę, której nie mógł odrzucić” zaproponowano Solorzowi, że Polsat w swych programach politycznych jest nie do poznania?

Namawiam też ludzi biznesu do większej obywatelskiej odwagi (wyraźny deficyt, który w wielu przypadkach jest dolegliwie widoczny) i by zamiast podkulać ogon zaczęli publicznie opowiadać, co się dzieje, a jednocześnie bardzo proszę, by przestali tracić czas na zajmowanie mnie – na boku, niejako „cichaczem” – opowieściami o różnych aferach… Odwagi – lud poprze i doceni…

Krótko mówiąc, nie wydaje mi się, żeby to była indywidualna akcja pana zaradnisia, tylko w wielu miejscach kraju puka się do drzwi osób, które mają kłopoty, bądź się je celowo na nich sprowadza, by później „pomóc” dla – oczywiście – dobra kraju, nacjonalizacji itp. I proszę mi teraz powiedzieć, czy bolszewizm – o który ostatnio był spór – nie pasuje tutaj jak ulał?

Sięganie przez władzę po własność prywatną jest już zdecydowanie inne jakościowo niż nawet wsadzanie do raz nadzorczych czy na stanowiska prezesowskie różnych pociotków. Warto poszukać informacji, ile od czasów, gdy PiS przejął władzę, nastąpiło rotacyjnych zmian na stanowiskach i ile wypłacono różnych rekompensat. Mam też tu dodatkowe pytanie:

czy na pewno te rekompensaty trafiały do kieszeni tych indywidualnych ludzi, czy do jakiejś wspólnej kasy? Lub w jakiej proporcji tu i tu… To jest sprawa, którą powinno zająć się dziennikarstwo śledcze, dopóki nie przywrócimy niezależności służb specjalnych i prokuratury.

Czy do elektoratu PiS to wszystko dotrze? Telewizja publiczna raczej skąpo o aferze mówi.
TVP to jest osobna kwestia. Moim zdaniem kiedyś kierownictwo tej instytucji powinno się pociągnąć się do odpowiedzialności za sprzeniewierzanie naszych pieniędzy. Przecież ono celowo dezinformuje lub nie dopuszcza do pojawienia się pewnych informacji. Systematycznie część społeczeństwa polskiego jest okłamywana, jeśli chodzi o rzeczywistość. Urzędnik państwowy ma obowiązek wywiązywać się jak najlepiej ze swojej roli, przecież jest czarno na białym napisane, co telewizja publiczna powinna. Są badania na ten temat. W całym 25-leciu do tej pory raz było gorzej, raz lepiej, czasami bardziej neutralny był Polsat, rzeczywiście telewizja publiczna trochę sprzyjała rządzącym, co zresztą było negatywnie oceniane. Ale

od 3 lat media publiczne są źródłem dezinformacji publicznej, a to jest przestępstwo wobec społeczeństwa, nawet jeśli literalnie nie ma takiego paragrafu. Zdaję sobie sprawę, że w mojej narracji sprawa ta wygląda na wielkie złoczynienie, ale mam więcej niż pewność, że tak to kiedyś zostanie ocenione.

Przejdźmy do innego tematu; w najnowszym sondażu zaufania na pierwszym miejscu znalazł się Donald Tusk. Jaki to prognostyk na przyszłe wybory: europejskie, parlamentarne i w końcu prezydenckie?
W tym badaniu jest kilka kwestii, które pojawiają się po raz pierwszy. Fakt, że Tusk ma 2 i więcej punkty procentowe nad politykami PiS-u, Dudą i Morawieckim, oznacza, że bezwzględny skok w górę musi być pięcio-, a może nawet ośmioprocentowy. W tym samym badaniu zaskakująco dobrze wypada lider ludowców, Władysław Kosiniak-Kamysz, który jest wyżej niż Robert Biedroń. To pokazuje, że ma duży potencjał do tego, aby zagrać o większą stawkę. Po drugie, najciekawsze jest to, jakie są przyczyny tego wzrostu poparcia dla Tuska, a tego niestety nie wiemy. Można spekulować, wykorzystując teorie politologiczne: może jest to klasyczny przykład tzw. underdog effect, sytuacji, w której – upraszczając sprawę – opinia publiczna widząc silny politycznie obóz, zaczyna wspierać domniemanego przegranego współzawodnictwa, kierując się, między innymi, emocjonalnymi względami.

No bo co zobaczyli Polacy w ostatnich kilku dniach – komisję Amber Gold, która przez 7 godzin próbowała udowodnić i wmówić nam, że nawet jeśli Tusk nie jest krętaczem, to na pewno jest nieudacznikiem.

Potem mamy obchody 100-lecia niepodległości. Bardzo nieudane, moim zdaniem, a to zaskakujące, bo byłem przekonany, że co jak co, ale patriotyczną pompę potrafią przygotować, tymczasem nie udało się zaprosić żadnego męża stanu ze świata, nie było nikogo z Ameryki, choć to prezydent Wilson bardzo przyczynił się do tego, żeby Polska powróciła na mapę świata

Nikogo nie udało się zaprosić skutecznie na te obchody. I o ile Donalda Tuska jako byłego premiera mogą nie lubić, to jednak można się spodziewać, że obóz PiS, zwłaszcza kierownictwo MSZ czy pan Szczerski w Kancelarii Prezydenta, powinni znać choćby wyrywkowo protokół dyplomatyczny.

Umieszczenie Donalda Tuska, prezydenta Unii Europejskiej, w piątym rzędzie za jakimiś nieznaczącymi figurami jest hańbiące dla naszej polityki zagranicznej, bo przecież nie dla samego Tuska.

Podsumowując, zrobiono wiele, aby Tuska zohydzić w ostatnim czasie, zarówno przez propagandystów, jak i polityków. A tymczasem przy okazji wyborów samorządowych okazało się, że im gdzieś więcej polityków PiS-u i im w tych miejscach więcej energii wkładali w kampanię, tym wynik dla PiS gorszy. Tam, gdzie pojechali najważniejsi politycy PiS-u, aby do siebie przekonywać, tam reakcja była odwrotna. W miejscu zamieszkania premier Szydło ugrupowanie to uzyskało jeden z najgorszych wyników. Wygląda na to, ze im więcej styczności z przedstawicielami tego ugrupowania, i to takiej bliskiej, tym ludzie mają do nich większą awersję.

Drugą hipotezą zaś jest to, że dano szansę Donaldowi Tuskowi, by się pokazał i wielu Polaków oceniło go bardzo dobrze, zarówno w Łodzi, w wywiadzie dla „GW”, jak i na ulicach Warszawy. Co więcej, jest w telewizjach różnych krajów pokazywany, jak debatuje z możnymi tego świata, że z jego zdaniem się liczą i że – w odróżnieniu od obecnie rządzących Polską – ma realny wpływ na losy Europy.

Jeśli się popatrzy na dynamikę zmian, to można sobie dopowiedzieć, że wynik Donalda Tuska jest znaczący.

Czy Donald Tusk rozpoczął przygotowania do kampanii prezydenckiej? Spekulowano po jego wystąpieniu w Łodzi, gdzie mówił ostro o „współczesnych bolszewikach”, co zostało odczytane jako porównania do PiS-u, że może to wskazywać na jego powrót do polityki krajowej. Podobnie gdy wystąpił dzień później, po raz pierwszy od dawna, na wspólnej konferencji z Grzegorzem Schetyną.
To są spekulacje. Grzegorz Schetyna zresztą w tym samym badaniu osiąga kolejną niską pozycję. Obawiam się, że ten jego słaby wynik wiąże się z tym, że to nie jest polityk, który ma cechy wodzowskie, a na takie w tej chwili oczekuje elektorat liberalno-demokratyczny; taki, który powiedzie do zwycięstwa. Ten słaby wynik nie jest zresztą winą samego Grzegorza Schetyny, tylko – nieco paradoksalnie – teraz ludzie zobaczyli Schetynę na tle Tuska. Pojawiła się tęsknota, że przydałby się taki lider na te niełatwe czasy… Zresztą

uważam, że Schetyna jest dobrym administratorem, lojalnym politykiem, nawet gdy kierownictwo partii go odsuwało, to on nie rozbijał partii tylko trwał w niej i chciał coś dla niej robić. To rzadkie cechy polskich polityków i za to trzeba go cenić. Problem jednak pozostaje…

Każda partia ogłosiła po wyborach swoje zwycięstwo. Wiemy, że PiS osiągnął 34 proc., a KO 27 proc., ale kto naprawdę wygrał?
Nie jesteśmy najemnikami TVP udającymi dziennikarzy, aby patrząc na dwie liczby – 34 i 27 – mówić, że to 27 jest większe. Większość ludzi mających szacunek dla własnego rozumu, widząc to zestawienie nie ma wątpliwości, że w wyborach do sejmików wygrał PiS. Wybory samorządowe są jednak specyficzne. Z badań wiemy, że ludzie nie wiedzą i nie rozumieją, jaka jest rola sejmików wojewódzkich. Idą do wyborów, bo chcą zagłosować na wójta, burmistrza, prezydenta czy radnych, a tylko – niejako przy okazji – dostają płachtę, gdzie są kandydaci do województwa. Głosują na nich, choć ich motywacja, by pójść do wyborów, jest w nikłym stopniu związana z wyborami poziomu wojewódzkiego…

Wróćmy na chwilę do Tuska i jego wypowiedzi o „współczesnych bolszewikach”. Bardzo się dziwię, że on się następnego dnia wycofał z tego słownictwa. Krótki kurs języka rosyjskiego – большая, большинство to jest po prostu większa, większość. Równie dobrze można by z angielska powiedzieć, że jest to system majoratu. Bolszewizm nie musi być komunistyczny i oznacza tylko tyle, że jest to obsesja, że większość może wszystko. Wystarczy zastanowić się, co to słowo znaczy, a potem, co robi partia PiS.

Tu nie ma żadnych wątpliwości, PiS wierzy, że te 18,8 proc., które na nią zagłosowało spośród uprawnionych do głosowania, to jest większość, która pozwala im na to, żeby łamać konstytucję. Wyraźnie trzeba jednak powiedzieć, że niektóre elementy zachowania PiS – wola polityczna ponad prawem, konstytucja jako świstek papieru – to są elementy wręcz bolszewizmu tamtego. Oczywiście metody się różnią, ale fundamenty aksjologiczne są takie same.

Wracając do wyborów, PiS poniósł klęskę w miastach, ale nie tylko w tych największych. To, że KO wygra w Warszawie, Wrocławiu, Łodzi czy Krakowie było do przewidzenia, ale skala tego zwycięstwa jest zaskakująca. 70 proc. do 30 proc. czy 60 proc. do  30 proc. to nokaut, a nie porażka. Zastanawiające jest też to, co kilka dni temu pokazał Jarosław Flis w jednej z gazet, kiedy wskazał, gdzie naprawdę będzie rządzić PiS. Spośród 107 miast tylko w 4 mają władzę.

Jeżeli PiS traci takie miasta jak Nowy Sącz, kolebkę wszystkiego, co jest kojarzone z PiS i tą kulturą polityczną, to podpowiedziałbym, że jest o czym myśleć.

Kto jeszcze przegrał? Oczywiście znowu lewica. Chyba pora, by partia Razem zamieniła się formalnie w klub dyskusyjny, bo mają wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia, ale z jakichś powodów nie idzie im zdobywanie głosów. SLD też nie za dobrze przędzie, w dużej mierze za sprawą swojego lidera, którego przeszłość nie wszystkim pasuje.

A PSL?
Wiemy, że w wyborach 2014 roku, co nie było intencjonalne, PSL dostał nadprogramowo dużo. Wynik ponad 12 proc. w stosunku do poprzednich wyborów parlamentarnych, gdzie dostali nieco ponad 5, to jest dwukrotnie więcej. Czy to dobrze wróży na przyszłość? Wszystko w rękach aktywu PSL, żeby utrzymać ten stan posiadania.

Moim zdaniem PSL nie poniósł porażki i sam jestem ciekawy, jaki wynik dostaną w najbliższych wyborach do PE.

Czy PiS osiągnął wszystko, na co stać partię Kaczyńskiego w tej chwili?
Od dawna tłumaczę, że ośrodki badania opinii publicznej, które pokazywały poparcie dla tej partii na poziomie 45-48 proc., mają kłopoty z bazową umiejętnością ważenia i szacowania poparcia dla partii politycznych. Takiego poparcia nigdy nie było. PiS miał w ostatnich wyborach 5 mln 700 tys. głosów, w październiku 2015, i takiego poparcia już dawno nie ma. Dziś mają ok. 5 mln, raczej z tendencją spadkową.

Patrząc z kolei na duże miasta, to czy KO osiągnęła maksimum swoich możliwości poparcia, czy ma szanse powalczyć o elektorat PiS-u?
Proszę pani, w kraju, w którym średnio 50 proc. ludzi chodzi do wyborów, to nie możemy mówić o żadnym szczycie, tak samo jak nikt nikomu nie musi odbierać głosów.

Mamy wielki inflacyjny nawis apatii wyborczej – worek połowy społeczeństwa, która do wyborów nie chodzi, dlatego najważniejsze, a i dużo łatwiejsze, jest mobilizowanie zdemobilizowanych, bo wiemy też, że rotacyjnie około ¾ społeczeństwa uczestniczy w wyborach.

Po drugie, naprawdę mamy wiele opracowań, ja także takowymi dysponuję i chętnie je politykom udostępnię, które pokazują, że koalicje służą wszystkim w obecnej ordynacji. Powiedzmy, że mamy partię z poparciem 30 proc., do której dołączają partie z poparciem 6 proc., 8 proc. i 10 proc. Gdyby te partie startowały oddzielnie, to ta 6-proc. dostałaby maksimum 25 mandatów, ta 8-proc. 35 mandatów, a ta 10-proc. 45 mandatów. Gdyby jednak tym partiom ta duża z 30-proc. poparciem zaproponowała koalicję, to razem koalicja uzyskałaby około 45 proc. głosów i ta duża partia dała małym koalicjantom mniej mandatów w wyrazie procentowym, np. pierwszej 5 proc. (zamiast 6), to i tak taka partia miałaby 30 posłów, a nie 25, a partia 10-procentowa w koalicji pomniejszona do 9-procentowanego wkładu miałaby aż o 10 mandatów więcej (45, gdyby startowała oddzielnie i 55 – gdyby była w koalicji). Podsumowując, bo mam wrażenie, że nawet politycy tego nie rozumieją, nawet gdy przy zawieraniu koalicji duża partia zaoferuje procentowo liczbę mandatów niezgodną (bo mniejszą niż procentowe poparcie oddzielnego bytu by na to wskazywało), to i tak oznacza to dla tej mniejszej partii więcej mandatów, niż gdyby wystartowali oddzielnie. Warto to dogłębnie przemyśleć, bo jest o co zawalczyć.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o ośmiornicy.

Błyskawicznie dymisjonując szefa KNF, pisowska ośmiornica sama sobie odgryzła zagrożoną mackę – ale to nie wystarczyło.

„Wystarczy nie kraść. Komuniści i złodzieje. Do władzy nie idzie się dla pieniędzy” – propagandowe slogany PiS-u budzą dziś tylko zażenowanie i prowokują do szyderczego chichotu. Obóz Kaczyńskiego jeszcze próbuje rozpaczliwie się bronić i wykonuje nieskładne, paniczne ruchy, ale gołym okiem widać, że to agonalne drgawki. „Dobra zmiana” poległa. Śmiertelny cios zadał jej dyktafon Leszka Czarneckiego.

Afera KNF sprawiła, że do opinii publicznej z jaskrawością nagłej błyskawicy dotarł rzeczywisty obraz sytuacji w Polsce. Obywatele uświadomili sobie, że rządzący układ zainstalował u władzy sitwę, która zinfiltrowała instytucje demokratycznego państwa. Przewidziane prawem procedury służą dziś interesom szajki udającej partię polityczną. Najważniejsze urzędy obsadzone są przez ludzi układu i nie służą dobru wspólnemu ani interesowi Rzeczypospolitej, lecz rodzinie politycznej ojca chrzestnego.

Czarnecki zdemaskował jedną z macek ośmiornicy, pokazując rzeczywisty stan rzeczy w Komisji Nadzoru Finansowego. Ujawnił, że ta instytucja, mająca stać na straży wiarygodności, czystości i rzetelności w sektorze bankowym, w istocie stała się mafijną maszynką do robienia pieniędzy i szantażowania prywatnych banków.

Uchwycenie przez wrogów choćby jednej macki jest dla ośmiornicy śmiertelnym zagrożeniem – idąc tym tropem, posuwając się jak po nitce do kłębka, mogą dojść do jej głowy. I rzeczywiście. To już się dzieje. W mediach padają nazwiska kolejnych ludzi, na których afera rzuca cień, wymieniane są kolejne instytucje i urzędy: szef imperium SKOK-ów senator Grzegorz Bierecki, prezes NBP Adam Glapiński… Za chwilę pewnie będziemy stawiać pytania o rzeczywistą rolę i o mocodawców tych osób w parlamencie, które jako „inicjatywę poselską” zgłaszają projekty ustawodawcze układu. Które do ustaw dopisują „lub czasopisma”.

Przerażona i zagrożona ośmiornica desperacko próbuje się bronić. Sama sobie odgryza mackę, którą złapali jej prześladowcy. Szef KNF nie zdążył nawet dolecieć do Polski z Singapuru, gdy wyleciał z posady. Zaraz potem Andrzej Duda wywalił go z prezydenckiej rady.

Nie pomogło. Za chwilę trzeba będzie odgryźć sobie kolejne organy. W kuluarach plotkuje się o lustracyjnej teczce mogącej posłużyć do usunięcia prezesa NBP, który – jak sam przyznaje – spotkał się z szefem KNF i Leszkiem Czarneckim… A co z Biereckim, którego fundacja próbowała swego czasu założyć lokatę w banku Czarneckiego? Pewnie też jest do odgryzienia.

Ze strachu drżą również liczni pomagierzy, medialni lokaje, najemni żołnierze medialnych band, udający dziennikarzy i redaktorów. Doskonale wiedzą, że nadciągający zgon ośmiornicy jest i dla nich śmiertelnym zagrożeniem. Nie przeżyją bez swej dobrodziejki i żywicielki. Dlatego mobilizują i zagrzewają mocodawców: „Trzeba ostrzej, surowiej, mocniej! Dopadnijcie swych prześladowców! Zabijcie ich!”.

Tak jak Jacek Karnowski, szef portalu wPolityce.pl, stanowiącego część imperium Grzegorza Biereckiego. Poucza on decydentów w obozie „dobrej zmiany”: żadnych układów ani negocjacji z wrogami, trzeba ich zniszczyć, „bo to nie jest zabawa. To poważna gra o Polskę, o jej teraźniejszość i przyszłość. Gra o wymiarze międzynarodowym, także kontynentalnym. Tymczasem dla wielu ludzi także z tzw. naszej strony ważniejsze są miny, pozy, środowiskowe konstelacje, tanie kalkulacje. Do tego to przekonanie, że starcia można uniknąć, że da się jakoś obejść to wyzwanie, idąc na skróty albo zbaczając z drogi. Otóż nie da się”. Czyli: wyrwijcie chwasty z korzeniami. Czarnecki do wora, wór do jeziora.

Jeszcze się pocieszają. Jeszcze próbują wlać trochę otuchy w skołatane serca swych ludzi. Zaklinają rzeczywistość, przywołując wyniki sondaży: „PiS zdecydowanym liderem! Na Zjednoczoną Prawicę chce zagłosować 34 proc. osób. Koalicja Obywatelska daleko w tyle”.

Ale tak naprawdę już wiedzą, co ich czeka.

Waldemar Mystkowski pisze o walce ws. wyjaśnienia afery KNF.

Afera KNF zanosi się na sequel „Grupy Trzymającej Władzę” z 2002 roku. Choć otoczenie polityczne jest zupełnie inne, nie ma zgody całej klasy politycznej na sejmową komisję śledczą i kaliber afery jest nieporównywalnie większy. Wówczas to był tylko kieszonkowy pistolecik Smith & Wesson, teraz to armata „Gruba Berta”.

Ponadto warunki dojścia do prawdy o aferze są zdecydowanie gorsze, przeciw wyjaśnieniu stoi państwo PiS, prezydent, premier, parlament i prezes z Nowogrodzkiej, za prawdą opowiadają się prezes Getin Noble Banku Leszek Czarnecki, adwokat Roman Giertych i wolne media.

Kto by się spodziewał, że Giertych będzie trzymał nieznaczone karty przy orderach, wszak w czasie pierwszej IV RP był koalicjantem Jarosława Kaczyńskiego, wówczas Polska była bliska wykolejenia, a dzisiaj strach myśleć, co się stanie, gdyby triumfować miało PiS; partia Kaczyńskiego wypisuje nas z Unii Europejskiej i jest w trakcie upartyjniania kraju dla własnych potrzeb.

A zatem mamy czas Giertycha, który staje przeciw machinie PiS. Prawdopodobnie Leszek Czarnecki poległby przy wcześniejszym podejściu go przez Komisję Nadzoru Finansowego, gdy zażądano od niego 40 milionów okupu w postaci posady dla „krewnego królika”, szantaż „bank za złotówkę” wówczas się nie udał, ale potwierdzeniem prawdy o pisowskich szantażystach jest taka ustawa o przejęciach banków, która właśnie przechodzi przez Sejm i Senat.

Giertych wie, z jakim groźnym przeciwnikiem ma do czynienia – groźnym dla demokracji i w ogóle dla Polski – więc tej pojedynek jeden przeciw państwu PiS stara się rozegrać na możliwie najkorzystniejszych warunkach. Okazuje się, że nie tylko jedna taśma pokonała szumidła zainstalowane w siedzibie KNF, ale też jest zapis wideo. I to on będzie wizualnym, materialnym potwierdzeniem, jakie zgniłe państwo szykuje nam PiS.

W poniedziałek Giertych w prokuraturze ma złożyć kolejne nagranie – tym razem zapis wideo – które rejestruje rozmowę właściciela Getin Noble Banku Czarneckiego nie tylko z byłym już szefem KNF Markiem Chrzanowskim, ale też innymi przedstawicielami tej instytucji.

Zatem możemy ocenić, iż to zorganizowana grupa trzymająca władzę. A Giertych – cóż – to dzisiaj sprawiedliwy, który staje naprzeciw tej paryjniackiej zgrai. Mierzy w niego państwo zarządzane przez PiS.

>>>

PiS oplótł Polskę pajęczyną korupcji

18 List

Sukces protestu policjantów wywołał frustrację w innych środowiskach, które także walczą o podwyżki i dziś w ustępstwach władzy widzą nadzieję na ugranie czegoś dla siebie. Wyrazem walki o poprawę warunków pracy potrafią być nietypowe formy protestu. Boleśnie o jednej z nich przekonał się szef Krajowej Administracji Skarbowej, wiceminister finansów, Marian Banaś. Jego podwładni w postanowili go bowiem… skontrolować. Wyniki okazały się zaskakujące, ponieważ zdaniem podwładnych ujawnione wątpliwości nadają się do sprawdzenia nawet przez służby antykorupcyjne.

Funkcjonariusze KAS przekonują, że znaleźli luki w oświadczeniach majątkowych wiceministra. Urzędnicy mówią o niechlujstwie i wytykają kolejne wątpliwości. To, co rzuciło się w oczy na wstępie, to brak oświadczenia majątkowego za rok 2017. Jest to istotne, ponieważ w 2016 minister wykazał posiadanie nieruchomości wynajętej pod usługi hotelowe o powierzchni 400 m2, którą planował zbyć. Szef skarbówki, mimo że prowadził wynajem, to jednak nie wykazał dochodu z tego tytułu. Tymczasem robiąc to w latach poprzednich wskazywał na kwoty rzędu 40 tys. zł.

Jakby tego było mało, pojawiły się rażące rozbieżności jeśli chodzi o posiadane przez wiceministra działki. W dwóch oświadczeniach złożonych w 2015, w punkcie dotyczącym posiadanych działek minister wskazuje bowiem powierzchnię nieruchomości na 370 i 380 m2. Równocześnie jednak już w oświadczeniu z grudnia 2016 r. i marca 2017 działka ma powierzchnię aż 3600 m2. Mogła być to pomyłka lub efekt zakupu, choć stan oszczędności Banasia nie wskazuje na tę ostatnią możliwość.

Urzędnicy wskazują, że inni ministrowie znacznie rzetelniej uzupełniają swoje oświadczenia, a od najważniejszego urzędnika nadzorującego służby podatkowe i tytułującego się pełnomocnikiem rządu ds. zwalczania nieprawidłowości finansowych można oczekiwać bycia w takich sprawach wzorem.

Podwładni wsadzili Mariana Banasia na minę, ponieważ walczą o warunki emerytalnej podwyżki analogiczne do tych, które nagrali policjanci. W KAS obecnie wrze i rozważana jest eskalacja protestu z zamknięciem granic włącznie, stąd kontrola oświadczenia może być ledwie początkiem kłopotów ministra.

Wskazane nieprawidłowości w oświadczeniach szefa skarbówki pokazują niestety, że ponownie “najciemniej jest pod latarnia”, a rządzący tak dużo mówiący o sprawiedliwości, rozliczaniu afer i oszustów, sami nie potrafią przestrzegać standardów, których oczekują od innych, pokazując tym samym wyraźnie, że czują się, jakby stali de facto ponad prawem.

>>>

Stanisław Barańczak