Tag Archives: Włodzimierz Czarzasty

Kaczyński i jego przydupasy nieudane dla siebie wybory albo powtórzą, albo sfałszują. Taka jest logika bezprawia PiS

23 List

Po co w ogóle jest Sejm, skoro mamy pana prezesa na Nowogrodzkiej? Nie wiem, czy Łukaszenka nie śmieje się w kułak, bo nawet on robi to inteligentniej – po prostu nie dopuszcza opozycji do Sejmu i ma z głowy te wszystkie wystąpienia – mówi dr Mirosław Oczkoś, ekspert od wizerunku i marketingu politycznego. Pytamy też, czy prezydent zaprzysięgnie nowych sędziów TK. – Prezydent nie ma wyjścia w tej chwili, bo ktoś mu tę kampanię musi finansować. Gdyby prezydent fiknął, to prezes ma kim go zastąpić, ma w torebce jeszcze panią premier Szydło – „naszą Beatę” – mówi ekspert

JUSTYNA KOĆ: Pani marszałek, trzeba anulować, bo my przegramy – mówi jedna z posłanek PiS-u do marszałek Elżbiety Witek. Niezależnie od tego, czy system działał, czy nie, to takie słowa nie powinny paść na sali Sejmowej, a może rządzący już nas do tego przyzwyczaili?

MIROSŁAW OCZKOŚ: Mam wrażenie, że w PiS sami stracili nad tym kontrolę. To akurat były słowa do marszałka Terleckiego, ale bardzo blisko mównicy był też prezes Kaczyński. To pokazuje sposób myślenia PiS-u, a działanie wynika wprost z niego, że „nam się to należy, więc spadajcie”. My się trochę z tego śmiejemy, ale to jest przerażające, że partia rządząca doszła do etapu, kiedy robi, co chce. Ciekawy jestem, co jeszcze można zrobić w sytuacji przejęcia komisji wyborczej.

MOŻE BĘDZIEMY WYBIERAĆ PREZYDENTA DO SKUTKU? TU SIĘ KŁANIA STRÓŻ ANIOŁ Z SERIALU „ALTERNATYWY 4”, KTÓRY MÓWIŁ, ŻE PRZYJMIEMY KAŻDY WYNIK POD WARUNKIEM, ŻE BĘDZIE ZGODNY Z NASZYMI OCZEKIWANIAMI.

To jest trochę śmiech przez łzy, ale pokazuje stan umysłu. To, że zastąpiono marszałka Kuchcińskiego, który był absolutnie tępym narzędziem w rękach swojej partii, to nie znaczy, że marszałek Witek, która z wyglądu, ogłady i inteligencji przebija Kuchcińskiego i może lepiej się prezentuje,  sobie poradzi. Na razie pokazała, że sobie tak samo nie radzi, np. nie umiała zastopować pana premiera podczas exposé. To pokazuje, że politycy do tej pory nie nauczyli się, że dopóki mikrofony są włączone, to każda „strzelba jest nabita”.

Jarosław Kaczyński mówi, że nic się nie stało.
Bo co ma innego powiedzieć? Lewica chce zgłosić sprawę do prokuratury, ale przypominam, że na jej czele stoi jeden z koalicjantów. Na pewno będzie to tak samo skuteczne jak przy sprawie dwóch wież i łapówki za 50 tys.

TO NOC DŁUGICH NOŻY PO RAZ KOLEJNY.

Skoro o Lewicy mowa, to chyba dostała zimny prysznic i szybką lekcję, jak wygląda parlamentaryzm w państwie PiS. Jeszcze niedawno głosowała za kandydaturą marszałek Witek. Teraz już zachowałaby się inaczej?
To jest to, o czym rozmawiamy. Jeżeli ktoś bardzo mocno czepiał się opozycji w poprzednim Sejmie, który w ogóle był zabetonowany jeszcze mocniej, że nic nie robi, to bardzo proszę powiedzieć teraz, co można jeszcze zrobić. Oczywiście ci, którzy są nowi w Sejmie, mają jeszcze energię, żeby występować, retorycznie się promować, ale chyba najlepiej opisuje tę sprawę sugestia marszałka Karczewskiego: po co głosować, skoro i tak mamy większość? To można powiedzieć: po co w ogóle jest Sejm, skoro mamy pana prezesa na Nowogrodzkiej? Nie wiem, czy Łukaszenka nie śmieje się w kułak, bo nawet on robi to inteligentniej – po prostu nie dopuszcza opozycji do Sejmu i ma z głowy te wszystkie wystąpienia. Jeżeli mówimy o powadze Sejmu, to jej dawno już nie ma.

JEŻELI MÓWIMY O KLASIE POLITYCZNEJ, KTÓRA NAUCZYŁA SIĘ, ŻE MOŻNA KŁAMAĆ OT TAK I NIE PONOSI ZA TO ŻADNYCH KONSEKWENCJI, TO JEST TO DROGA DONIKĄD. MOŻNA TYLKO MIEĆ NADZIEJĘ, ŻE WYGRANA W WYBORACH PREZYDENCKICH MOŻE TO ZATRZYMAĆ, JEŻELI OCZYWIŚCIE SEJM NIE ZNIESIE WETA PREZYDENCKIEGO.

Nawet normalna legislacja i poprawki senackie niewiele zmienią, bo Sejm może je odrzucić zwykłą większością.

Jak ocenia pan kandydaturę Jacka Jaśkowiaka w prawyborach?
Jacek Jaśkowiak ma całkiem dobre papiery, aby uczestniczyć w polityce polskiej. Poznań to duże miasto. Pokazał, że jest twardy, jako jedyny przeciwstawił się w Polsce chocholemu tańcowi z apelami smoleńskimi Macierewicza. Ma dość mocno zdeklarowane poglądy na rozdział Kościoła od państwa czy in vitro, mógłby zatem zdobyć głosy lewicy. Natomiast warto zastanowić się nad formą. Pani Małgorzata Kidawa-Błońska wygląda na tym tle jak mebel przestawiany od lewej do prawej, czego nie można zrozumieć, bo zdobyła już sporą popularność. Rozumiem, że pan prezydent Jaśkowiak dostał „propozycję nie do odrzucenia” i teraz będzie odgrywanie prawyborów. Przypominam, że ostatnie polegały na tym, że wszyscy z całej Polski głosowali. Teraz 14 grudnia będą głosowali delegaci.

Kto ma większą szansę wygrać prawybory?
Jeżeli nic się nie wydarzy przez te 3 tygodnie, co zburzy wizerunek pani Kidawy-Błońskiej, to pewnie ona dostanie nominację, ale w polskiej polityce nic nie jest oczywiste i jasne. Dostała duże poparcie w Warszawie, jest rozpoznawalna na poziomie 95 proc., pana Jaśkowiaka zna tylko połowa z tego.

MYŚLĘ WIĘC, ŻE PANI KIDAWA MA WIĘKSZE SZANSE, NIŻ PAN JAŚKOWIAK, ALE ROZMAWIAMY 22 LISTOPADA I WIELE MOŻE SIĘ ZDARZYĆ.

Kto z tej dwójki ma większe szanse pokonać Andrzeja Dudę?
Polityków w Polsce rozpala jedna myśl – Duda jest do pokonania, a może jak ja wystartuję, to też go pokonam, bo jest bardzo słabym prezydentem. Pojawiają się zatem różne kandydatury, jak np. Szymona Hołowni. Myślę, że takie myślenie jest błędne, bo po stronie PiS-u stoi profesjonalizm i doba analiza sytuacji. Pani Kidawa ma szanse wygrać, jeżeli KO zrobi dobrą kampanię, wynajmie profesjonalną firmę PR, która będzie zewnętrza i nie będzie się emocjonowała, kogo lubi bardziej.

Podkreślmy, że prezydent nie rządzi, tylko reprezentuje, a pani Kidawa ma wszelkie walory, aby tę funkcję spełniać dobrze. Ma pochodzenie, wykształcenie i doświadczenie.

Dlaczego PiS zdecydował się na wybranie do TK najbardziej skompromitowanych polityków z możliwych? Przypomnijmy, że pan Piotrowicza nie dostał się do Sejmu, mimo iż miał miejsce „biorące”.
Sądzę, że nie można rozpatrywać tego w kategoriach błędu PR, bo to była świadoma decyzja Jarosława Kaczyńskiego, żeby pokazać wszystkim, kto tu rządzi. Nawet forma tego wyboru jest katastrofalna, bo pan Piotrowicz nie odpowiadał nawet na żadne pytania, a pani Pawłowicz z bezczelnością, której dawno nie widziałem.

TO NA PEWNO NIE JEST BŁĄD CZY POMYŁKA, TO PRZEMYŚLANE DZIAŁANIE, ABY POKAZAĆ OPOZYCJI JEJ MIEJSCE.

A może prezydent tych kandydatów nie zaprzysięgnie? Wiemy, że to potrafi.
Prezydent nie ma wyjścia w tej chwili, bo ktoś mu tę kampanię musi finansować. Gdyby prezydent fiknął, to prezes ma kim go zastąpić, ma w torebce jeszcze panią premier Szydło – „naszą Beatę”.

„Jestem prawnikiem i oceniam prawo, a prawo mówi jasno: nie ma czegoś takiego jak anulowanie głosowania” – mówi OKO.press Kamila Gasiuk-Pihowicz (KO). „Procedura anulowania głosowania – »bo my przegramy« – jest znana może na Białorusi, ale nie może być praktykowana w demokratycznych państwach, w Unii Europejskiej”

W nocy z czwartku na piątek (z 21 na 22 listopada), marszałkini Sejmu Elżbieta Witek nie podała wyników głosowania na członków KRS. Ogłosiła, że głosowanie „anuluje” i zarządziła je na nowo – wbrew regulaminowi Sejmu. O szczegółach i fałszywych tłumaczeniach Witek pisaliśmy m.in. w tekście „Witek: »Anulowałam głosowanie, jak wcześniej na prośbę opozycji!«. To nieprawda. Jest drugie nagranie„.

Wydarzenia z nocnego posiedzenia dla OKO.press komentują posłanka KO Kamila Gasiuk-Pihowicz i wicemarszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty. Poprosiliśmy, żeby odpowiedzieli na argumenty PiS-u, który próbuje zrzucić winę na „emocjonalną” opozycję.

„Oceniając tę sytuację, bazuję na twardej literze prawa. Widzę przepisy, widzę, jakie obowiązki spoczywają na pani marszałek. Wydarzyła się rzecz absolutnie bezprecedensowa” – podkreśla Kamila Gasiuk-Pihowicz.

Kamila Gasiuk-Pihowicz: Wydarzyła się rzecz bezprecedensowa, stan nieznany demokracjom

Agata Szczęśniak, OKO.press: Powrót do przeszłości? Poczuła się Pani znów jak w 2016 albo w 2017 roku?

Kamila Gasiuk-Pihowicz, Koalicja Obywatelska: Wydarzenia dzisiejszej nocy to bardzo ponury prognostyk dla tego, co się będzie działo w ciągu najbliższych 4 lat. Widać, że PiS będzie działał z pełną bezwzględnością, jeżeli chodzi o pozbywanie się wszelkich obszarów, w których może być kontrolowany przez kogokolwiek.

Jestem sobie w stanie wyobrazić, że np. spodziewając się niekorzystnego wyniku wyborów prezydenckich lub parlamentarnych i pojawi się któryś z polityków PiS i też powie, że trzeba anulować, bo przegramy.

W tyle głowy trzeba też mieć zmiany, które następują w PKW. To jest kontekst, który budzi mój największy niepokój.

PiS zapewnia, że jest to niepokój zupełnie nieuzasadniony i próbuje winę za te wydarzenia zrzucić na opozycję. Paweł Szefernaker powiedział: „Nikt na sali nie wiedział, jakie były wyniki głosowania”.

Problem polega na tym, że mieliśmy do czynienia z bezprawnym działaniem marszałek Elżbiety Witek. Art. 188 Regulaminu Sejmu mówi bardzo jasno, że wyniki trzeba ogłosić. Alternatywą dla błędnego policzenia jest procedura reasumpcji głosowania, 30 posłów musi zgłosić taki wniosek. Procedura anulowania głosowania – „bo my przegramy” – jest znana może na Białorusi, w putinowskiej Rosji, ale nie może być praktykowana w demokratycznych państwach, które są członkami Unii Europejskiej.

Poseł Jacek Sasin w „Graffiti” Polsat News mówił, że to sami posłowie opozycji wzywali do ponownego głosowania.

Takie wnioski mogą się pojawiać ze strony posłów opozycji, ale marszałek Sejmu ma czuwać nad tym, żeby Sejm działał zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem – Konstytucją, Regulaminem Sejmu i ustawami. Marszałek Sejmu nie może podejmować działań nie mieszczących się w katalogu tych wyznaczonych jako sfera jego działania. Mamy do czynienia z sytuacją działania bezprawnego, a w konsekwencji z możliwością popełnienia przestępstwa opisanego w art. 231 – albo niedopełnienia obowiązków, albo przekroczenia uprawnień.

Lewica złożyła wniosek do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa. Koalicja też zawiadomi prokuraturę?

Tak, złożymy wniosek z zawiadomieniem o możliwości popełnienia przestępstwa przez marszałek Witek. Przygotowaliśmy też wniosek o odwołanie Elżbiety Witek z funkcji.

Jadwiga Emilewicz, posłanka i minister, powiedziała w Polskim Radiu, że nie rozumie emocjonalnych zachowań posłów opozycji, a procedura anulowania nie jest czymś niezwykłym.

Jestem prawnikiem i oceniam prawo, a prawo mówi jasno: nie ma czegoś takiego jak anulowanie głosowania. Jest ewentualnie procedura reasumpcji głosowania.

Głosowanie zostało rozpoczęte, powinien zostać ogłoszony wynik. Pani marszałek wyniku nie ogłosiła, zatem mamy prawdopodobieństwo popełnienia przestępstwa.

Istnieje też prawdopodobieństwo popełnienia fałszerstwa polegającego na podaniu innych wyników niż były w rzeczywistości.

Głos zabrał też Jarosław Kaczyński. Powiedział, że pani marszałek podjęła właściwą decyzję, zgodną z prawem, a to, co robi opozycja, to tylko demonstracja polityczna.

Powtórzę: Oceniając tę sytuację, bazuję na twardej literze prawa. Widzę przepisy, widzę, jakie obowiązki spoczywają na pani marszałek. Wydarzyła się rzecz absolutnie bezprecedensowa. Pada sformułowanie „anulujemy, bo przegramy”. To jest bardzo niepokojące w dłuższej perspektywie związanej z nadchodzącymi wyborami prezydenckimi. Uważam, że jest to stan nieznany demokracjom. Dlatego o tym mówimy.

Dzieje się tak, bo PiS jest w tej kadencji słabszy?

Początek tej kadencji napawa mnie niepokojem. Obawiam się, że to może być bardzo ciężka kadencja, jeśli chodzi o standardy praworządności.

„Można było jasno postawić sprawę: ludzie się pomylili, bo głosowanie było skomplikowane, a następnie złożyć wniosek 30 posłów i dokonać reasumpcji. A poszli na rympał. Głupią, bezmyślną i paniczną siłówką. PiS się pogubił i wyszła afera pokazująca, jacy naprawdę są” – mówi OKO.press wicemarszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty (Lewica)

Agata Szczęśniak, OKO.press: Skończyła się dobra passa Lewicy i w sprawie KRS-u musieliście zagrać w grę ustawioną przez PiS.

Włodzimierz Czarzasty, wicemarszałek Sejmu, klub Lewicy/SLD: Nie jesteśmy naiwni. Nic nas w czwartek nie zdziwiło. Ta ocena nie wynika z mojej arogancji ani naiwności. PiS zaproponował normalność, w którą nikt nie wierzył. Zaproponował podział mandatów w KRS – dwa dla siebie, dwa dla opozycji – w co też nikt nie wierzył. Nagle się pojawiła się poprawka i zgłosili czterech kandydatów.

A co do zachowania na sali sejmowej to takiego ogromu cynizmu dawno z bliska nie oglądałem. Można było ogłosić wyniki głosowania.

Można było jasno postawić sprawę: ludzie się pomylili, bo głosowanie było skomplikowane, a następnie złożyć wniosek 30 posłów i dokonać reasumpcji. A poszli na rympał. Głupią, bezmyślną i paniczną siłówką. PiS się pogubił i wyszła afera pokazująca, jacy naprawdę są.

PiS mówi, że zrobili to, co chciała opozycja. Opozycja wzywała do ponownego głosowania, więc ogłosili ponowne głosowanie. Wszystko jest w porządku.

To nieprawda. Obserwowałem to z odległości trzech metrów. Posłowi Szczerbie chyba jako jedynemu karta się nie włączała, więc ze dwa razy ją wymienił.

Problemy zgłaszał też Krzysztof Śmiszek. PiS mówi, że również posłanka Śledzińska-Katarasińska.

Krzysztof Śmiszek zgłosił, wziął kartę i ona zadziałała. To nie były problemy. Problemem jest to, że to głosowanie jest dość skomplikowane i można się łatwo pomylić. Nie widziałbym tu złej woli.

Nie tyle sprawa była zła, ile sposób jej załatwienia. Jeśli ktoś się myli i to zgłasza, można powiedzieć: „Proszę państwa, mam wiele zgłoszeń pomyłek, ogłosimy wyniki, wiecie państwo, że i tak jest większość w tej sprawie, 30 posłanek i posłów wniesie wniosek o reasumpcję”. Na zapleczu ze strony PiS padł taki argument: i tak mamy większość. To nikogo nie dziwi.

Ale PiS spanikował i pokazał, do czego jest zdolny: kiedy idzie źle, doginamy kolanem. Jak ktoś ma trochę imaginacji, może sobie wyobrazić: gdyby wybory poszły nie po myśli PiS, to można by dogiąć kolanem.

W poprzedniej PiS nieraz dociskał kolanem, po to, żeby robić po swojemu i nie oglądać się na nikogo.

Teraz też nie oglądał się na nikogo. Mieliśmy dziś prezydium sejmu, poinformowałem panią Marszałek, że Lewica zgłosi wniosek do prokuratury – i zgłosiła. Poinformowałem ją również, że nawet jeśli ten wniosek teraz zostanie umorzony, to wróci wcześniej czy później, bo ta procedura naszym zdaniem została złamana. Takie działanie nie powinno zostać zapomniane.

Jarosław Kaczyński skomentował to głosowanie: „Opozycja próbuje z tego zrobić jakąś, jak to oni zwykle nazywają, aferę, a tak naprawdę nie stało się nic nadzwyczajnego”. Odniósł się też do Waszego zawiadomienia: „Nawet najbardziej przenikliwy i jednocześnie gotowy do stawiania zarzutów prokurator tutaj nie może się dopatrzyć żadnego przestępstwa, bo tutaj nie było cienia jakiegokolwiek przestępstwa”.

Została złamana procedura. Uważamy, że Pani marszałkini złamała prawo. Art.231 kodeksu karnego się kłania. Ale znamy tę pisowską frazę i ten rodzaj uprawiania polityki. Trzeba anulować, bo przegramy. Anulować uczciwych sędziów, prokuratorów i na koniec anulować demokrację. Bo przegramy.

Początek tej kadencji sejmowej Platforma miała nie najlepszy. PiS musiał wycofać jedną z ustaw, a Lewica zachowuje się spokojnie i merytorycznie. Ja nie gustuję w happeningach na sali sejmowej.

Nie podobało się Panu to, jak posłanki Koalicji Obywatelskiej wystąpiły na sali sejmowej z napisem „Hańba”, gdy przedstawiano kandydatury Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza?

Nie chcę nikogo urażać, ale uważam, że sala sejmowa nie jest najlepszym miejscem do takich rzeczy jak śpiewanie do mikrofonu w fotelu marszałka albo wykrzykiwanie i pokazywanie transparentów. Nie potępiam tego, ale ja bym czegoś takiego nie robił. Czy to pokazuje opozycję jako poważną? Moim zdaniem nie.

Jaki Lewica ma pomysł na te momenty, kiedy PiS używa siły? Teraz marszałek anuluje głosowanie, poprzednio marszałek Kuchciński łamał regulamin.

Będziemy robili to, co robimy. Będziemy pokazywali te rzeczy, które nam się podobają i te, które nam się nie podobają. Według nas wczoraj został złamany regulamin i dziś założyliśmy zawiadomienie do prokuratury. Jeżeli nam się nie podobają ustawy, będziemy pokazywali swoje ustawy.

Co to da? Nie za bardzo wierzę, że te ustawy przejdą, na pewno nie wszystkie. Ale będziemy pokazywali obłudę i zakłamanie. Złożyliśmy ustawę w sprawie zniesienia 30-krotności – mogą ją wyrzucić do kosza, mogą wprowadzić pod obrady i głosować przeciwko. Ale niech się ludzie dowiedzą, że PiS jest przeciwko temu, żeby 2 miliony ludzi dostało minimalną emeryturę 1600 zł. Wniesiemy ustawę dotyczącą 5 złotych na receptę – niech PiS zagłosuje przeciwko temu. I powie: nie dołożymy 6 mld zł, choć wystarczy przestać finansować kler, bo idzie na to 8 miliardów.

PiS w poprzedniej kadencji po prostu trzymał projekty opozycji w zamrażarce.

Będziemy to nagłaśniać. Na razie nam się udaje. Dwa tygodnie Sejmu, a ci, którzy się interesują, wiedzą już, jaki sposób myślenia ma Lewica. Żeby była jasność: nie mam złudzeń co do skuteczności wprowadzania projektów. Dopóki PiS będzie miał przewagę 6 głosów, nie należy spodziewać się cudu. Ale do czasu. Przecież PiS wierzy w cuda.

Aż się Jarosław Gowin albo Zbigniew Ziobro zdenerwują?

Na przykład. Dawanie pretekstów w tej sprawie i tworzenie takich sytuacji jest rozsądne. Absurdalna ustawa dotycząca zniesienia 30-krotności i przeznaczenia ich na dziurę budżetową została wstrzymana. Nie dość, że została wstrzymana, to Lewica pokazała alternatywę, jak można zostawić pieniądze w systemie emerytalnym, myśląc o stanie państwa za 20 lat.

Lewica przekonała się na własnej skórze, jak to jest w Sejmie, w którym PiS ma większość?

To obłudne stawianie sprawy. Tak jakbyśmy nie widzieli tego dwa miesiące temu albo dwa lata temu.

To jest teza Koalicji Obywatelskiej: „naiwni ludzie weszli do Sejmu i wzięli trzy komisje. Lewica dogadała się z PiS-em”. Koalicja Obywatelska ma sześć komisji. To znaczy, że dwa razy bardziej się dogadała z PiS-em? My jesteśmy pragmatyczni ale nie jesteśmy obłudni i zakłamani.

Głosowaliście za marszałek Witek, na którą dziś donosicie do prokuratury.

A Platforma głosowała przeciwko? [wstrzymała się] Każdy wicemarszałek Sejmu, każdy szef komisji, który nie dostałby wsparcia PiS, nie zostałby wybrany. Małgorzata Kidawa-Błońska została wicemarszałkiem dzięki głosom PiS-u. Można by postawić tezę: naiwna Platforma liczyła, że jak dostanie wicemarszałka, to przyszłość Polski będzie świetlana i Jutrzenka demokracji rozbłyśnie w ciemności Mordoru. Mądra teza? Głupia. Tak samo jak tezy dotyczące współpracy Lewicy i PiS są głupie. Znam je. PO je głosiła w stosunku do Lewicy w trakcie kampanii wyborczej. I mają 60 mandatów mniej. Może kiedyś zrozumieją, że wróg jest po stronie PiS-u. Kiedyś im to wytłumaczymy.

Donald Tusk został wybrany na przewodniczącego Europejskiej Partii Ludowej. Były premier zapowiedział, że po zakończeniu pracy na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej zaangażuje się w politykę krajową.

Po tym, jak został wybrany nowym przewodniczącym Europejskiej Partii Ludowej, Donald Tusk udzielił wywiadu telewizji Polsat News. Mówił w nim m.in. o swoich planach na najbliższe lata. Były premier stwierdził, że jako przewodniczący Rady Europejskiej musiał zachowywać powściągliwość i obiektywizm i nie mógł w pełni angażować się w polską politykę. Zapowiedział, że to się zmieni, gdy obejmie stanowisko szefa EPL, bo wówczas będzie mieć większą swobodę.

– Mam głębokie przekonanie, że w Polsce warto zmienić pewien sposób debaty politycznej. (…) Poziom debaty politycznej w Polsce odbiega trochę od tego, co widzimy w najważniejszych miejscach na świecie jeśli chodzi o, powiedziałbym, substancje tego sporu, tej debaty. Bywa ona trochę powierzchowna i skupiona na bardzo peryferyjnych czy prowincjonalnych kwestiach, a zupełnie niepotrzebnie, bo cały czas patrzy się na Polskę jak na jeden z punktów orientacyjnych w Europie – powiedział Donald Tusk.

Donald Tusk: Chcę pracować w Polsce z młodymi ludźmi

Były premier powiedział, że od dłuższego czasu planował, jak będzie wyglądać jego aktywność polityczna w kraju, ale gdy zapytano go o to, czy chce stworzyć nową siłę polityczną, nie odpowiedział wprost. Oznajmił jednak, że liczy na ludzi młodych.

– Będę chciał bardzo dużo w Polsce pracować, szczególnie z młodymi ludźmi, ale nie tylko. (…) Chciałbym, żeby w Polsce znalazła się grupa 10, 20, może 100 młodych ludzi, którzy będą rozumieli świat tak, jak on na to zasługuje. Żeby oni na serio wzięli sprawy w swoje ręce. Nie tylko dlatego, że są młodsi ode mnie, bo wiek nie wystarczy, ale dlatego, że lepiej rozumieją ten świat. A co z tego będzie, zobaczymy – stwierdził Tusk.

„Morderca”,” folksdojcz”, „złodziej”, „zdrajca”. Donald Tusk o niszczeniu jego wizerunku

Nowy przewodniczący Europejskiej Partii Ludowej mówił także o swojej decyzji o nieprzystąpieniu do wyborów prezydenckich 2020. Powiedział, że wie, że przegrałby w drugiej turze, a jako że zależy mu na tym, aby PiS przestał rządzić w Polsce, nie wybaczyłby sobie, gdyby swoim startem zablokował możliwość udziału w wiosennych wyborach komuś, kto ma szansę na wygraną z Andrzejem Dudą. Były premier zaznaczył, że dokładnie przeanalizował sytuację i zapoznał się z naukowymi opracowaniami.

– W Polsce władza – rząd pisowski i PiS jako partia – zorganizowały na niespotykaną skalę, właściwie nawet w Europie, jeśli chodzi o poziom zorganizowania – niszczenia mojego wizerunku na wszystkie możliwe sposoby. Nie chodzi tutaj o krytykę moich rządów, bo do tego są uprawnieni, są moimi oponentami – przekonywał.

Były premier powiedział, w jaki sposób rząd PiS niszczy jego wizerunek. – Szczególnie przez ostatnie trzy lata, wtedy kiedy ponownie wybrano mnie na szefa Rady Europejskiej, to było takie bardzo systematyczne niszczenie wizerunku nie tylko mnie jako polityka, ale również człowieka. „Morderca”,” folksdojcz”, „złodziej”, „zdrajca” to są cztery terminy, które się najczęściej  powtarzały w tych relacjach. Codziennie – stwierdził Tusk.

Donald Tusk powiedział, że wyliczono, że w mediach publicznych przez blisko 1,5 godziny każdego dnia emitowano „pełne nienawiści i pogardy materiały” wyłącznie na jego temat.

Kiedy wreszcie dorośniemy jako naród, dojrzejemy obywatelsko i nauczymy się wreszcie oddzielać ziarno od plew?

Czy tego chcemy, czy nie – mamy drugą kadencję Zjednoczonej Prawicy. Co z tego, że zagłosowało na nią mniej wyborców niż na partie opozycyjne? Co z tego, że udało się odbić Senat? PiS rządził i rządzi, a my …wciąż zdziwieni.

Zdziwieni, że właśnie przeforsowali swoich czterech kandydatów do KRS, dzięki czemu na 25 miejsc, 21 należy do nich. Zdziwieni, bo posłowie partii rządzącej opuszczają salę obrad, gdy jest mowa o kondycji szpitali i polskiej służby zdrowia. Zdziwieni, że PiS raczy wreszcie rzucić jak ochłap jakąś podwyżkę dla nauczycieli, ale tylko dlatego, by nie zarabiali oni mniej od sprzątaczek, bo to jakoś głupio.

Oburzamy się, że gwiazdy PiS-u, czyli Piotrowicz i Pawłowicz trafiają do Trybunału Konstytucyjnego, tak jakby to miało dzisiaj jakiekolwiek znaczenie. Przecież już od kilku lat TK to nic innego jak atrapa. Miejsce, gdzie zapytania opozycji lądują w zamrażarce, sędziowie się nie przemęczają pracą, a szefowa Julia Przyłębska bryluje na salonach i nie ma czasu, by zająć się tym, czym powinna.

Wkurzają nas niebotyczne nagrody za tzw. „nicnierobienie”, nietykalny pan Banaś, niewyjaśnione afery, koperta z łapówką w rękach prezesa, skrajny nepotyzm i kolesiostwo. W duszy nam jęczy, gdy widzimy, jak wygląda polska edukacja, gospodarka, a rozdawnictwo pieniędzy wręcz kwitnie. Gdy stajemy się państwem wyznaniowym, podzieleni na prawdziwych Polaków i tych gorszych, a ulicami maszerują chłopcy narodowcy, udający, że nie mają nic wspólnego z ideologią faszystowską czy nawet neonazistowską i mający pełne poparcie partii rządzącej. Gdy ponad milion naszych rodaków zagłosowało na coś takiego jak Konfederacja i ma ona teraz przedstawicieli w Sejmie państwa, które z nazwy wciąż niby jest demokratyczne.

Z niedowierzaniem wciąż słuchamy, jak niektórzy z władców narodu nazywają europarlament pedofilskim, jakiś ksiądz ostrzega przed książkami naszej noblistki Olgi Tokarczuk, w podstawówkach rozpowszechnia się filmik, będący częścią antyaborcyjnej propagandy, narastają z każdym miesiącem nierówności społeczne, a Samorządowa Karta Praw Rodziny, pełna homofobii, dyskryminacji i nietolerancji Ordo Iuris, cieszy się coraz większym wzięciem i została już wprowadzona w Nowym Sączu oraz Bukowinie Tatrzańskiej.

Tak się zmienia Polska na naszych oczach, a my… wciąż zdziwieni? A jeszcze nie tak dawno temu, zaledwie pięć lat, żyliśmy w zupełnie innej rzeczywistości. Owszem, było wiele nieprawidłowości, sporo można było zarzucić poszczególnym rządom, ale jednak człowiek czuł się bezpieczny. Prawo znaczyło prawo, a życie publiczne było wolne od chaosu. Kto mógł wtedy przewidzieć, że nagle pstryk i obrót o 180 stopni. Wszystko to, co ważne, zbudowane na ponadczasowym systemie wartości, zostanie wywalone do kosza i zastąpione bylejakością, demolką, nieudacznictwem oraz promocją postaw, które przez lata będą się nam odbijać ostrą czkawką.

My wciąż zadziwieni, a elektorat PiS w siódmym niebie. Kiedy próbuję rozmawiać o stanie polskiej gospodarki, spokojnie dyskutować, to mój oponent przekrzykuje mnie, bo on wie najlepiej, co i jak, choć nie ukrywa, że tę wybitną wiedzę zdobył na lekcjach w szkole podstawowej. Osiłek po gimnazjum usiłuje nauczyć mnie  historyka „prawdziwej” historii, byle jaki prawniczyna neguje opinie wielkich autorytetów z dziedziny prawa, a sąsiadka, która przepracowała całe życie w szpitalu jako salowa dzisiaj uważa się za autorytet w dziedzinie edukacji. Proszę mi wierzyć, absolutnie nie chcę nikogo obrazić, ale tak właśnie wygląda dzisiejsza Polska. Nie jest ważne, jaką posiadasz wiedzę, jakie masz umiejętności, ile lat swego życia poświęciłeś na samorozwój i kształcenie. Wystarczy to, co PiS poda na tacy plus szczątkowe informacje, zapamiętane z lekcji i już jest się alfą i omegą. Już można ustawiać innych po kątach. Już się ma satysfakcję, że dokopało się temu, co to nawet nie zasługuje na miano elity.

Po 4 latach rządów PiS wiem jedno. Nie jestem w stanie przekonać twardego wielbiciela tej partii, by spojrzał z dystansu i dostrzegł, dokąd go jego ukochana partia prowadzi. On nie przeczyta mojego tekstu. Nie będzie mnie słuchał, tylko powtarzał jak mantrę to, co mu prezes wmówił. Koniec i kropka.

Gorzej, że nie chcą też ze mną rozmawiać ci, którzy właściwie nie opowiadają się za żadną partią, nie angażują politycznie, a wybory sobie odpuszczają. Oni uważają, że mają swoje życie, swoje problemy, a na takich jak ja patrzą z pewnym obrzydzeniem, jak na oszołomów. Oni mają to, co się dzisiaj w Polsce dzieje  głęboko gdzieś. Ważne jest tylko to własne mieszkanko, wypasione autko, kasa w kieszeni, jakieś kredyty, fajne wakacje, a cała reszta po prostu się nie liczy i tyle. Ich polityka nie interesuje, a w swej ignorancji nie łapią, że, czy chcą czy nie, polityka interesuje się nimi i przyjdzie czas, gdy to odczują bardzo boleśnie.

I to jest właśnie Polska. Pełna entuzjastów prezesa i jego kolesi, obojętnych i w tym wszystkim my, wciąż zdziwieni i niepojmujący do końca, co właściwie się dzieje. Zajęci wzajemnymi pretensjami, skłóceni, tacy bardzo polscy, tacy sarmaci machający drewnianą szabelką. Piszemy pełne oburzenia teksty, piętnujemy władzę i… nic więcej. Przyznaję, sama do tej ostatniej grupy należę i jestem już zmęczona. Zmęczona brakiem światełka w tunelu, niemożnością dotarcia do mas, niesłuchana i wręcz niewidzialna.

Czy odpuszczę? Na pewno nie, choć coraz wyraźniej widzę, że to nie ja, nie taka opozycja, jaka jest teraz, cokolwiek zmieni. Będzie zapewne tak, jak to dotychczas zdarzało się w historii najczęściej. Ludzi ruszy bieda, drożyzna w sklepach, puste portfele. Dopiero wtedy ogarnie ich gniew i wylegną tłumnie na ulice. Dopiero wtedy zaczną nas słuchać, choć tak naprawdę będzie im obojętne, co mówimy. Ważne będzie tylko to rozładowanie złości i chęć rozliczenia tych, których dzisiaj uwielbiają lub mają w nosie, a jednak rozczarowali i muszą za to ponieść karę. Wtedy chętnie staną za liderami, pójdą za nimi jak w dym, będą ich przez jakiś czas wielbić, choć prawdopodobnie wielu z tych liderów i tak będzie rozgrywało własny interes na tej rebelii. Pod szczytnymi hasełkami równości, sprawiedliwości i praworządności będą realizowali swój cel, czyli… dorwanie się do władzy i koryta. Świetnie to znamy z historii, prawda?  A może się mylę? Może rzeczywiście dorośniemy jako naród, dojrzejemy obywatelsko i nauczymy się wreszcie oddzielać ziarno od plew?

PiS przegrał, ale anulował przegraną. A za to idzie się siedzieć

22 List

W nocy z czwartku na piątek marszałek Elżbieta Witek nie podała w Sejmie wyników głosowania na czterech posłów członków Krajowej Rady Sądownictwa. Jak przyznaje jedna z posłanek na zarejestrowanym przypadkowo nagraniu, przegraliby je kandydaci PiS. „To łamanie zasad parlamentaryzmu. Żądamy ogłoszenia wyników!” – apelowała opozycja. Bezskutecznie

„Oszustwo, oszustwo!” – skandowali politycy opozycji na zakończenie I posiedzenia IX kadencji Sejmu w nocy z czwartku na piątek 22 listopada.

Marszałek Sejmu Elżbieta Witek odmówiła podania wyników głosowania na posłów członków KRS. „Anulowała” je i zarządziła na nowo, choć takiej procedury nie przewiduje Regulamin Sejmu.

Dlaczego? Wszystko przez specjalne maszynki do głosowania, których obsługa nastręczyła trudności części posłów. Po głosowaniu w szeregach PiS zapanował chaos, a do mównicy sejmowej podszedł nawet Jarosław Kaczyński.

„Trzeba anulować, bo my przegramy” – mówi w opublikowanym nagraniu jedna z posłanek PiS, najpewniej Joanna Borowiak.

„Stała się rzecz niebywała. Niespotykana w tej izbie nawet przy waszych standardach. To jest upadek Sejmu Rzeczypospolitej. Nie można przerywać głosowania tylko dlatego, że państwo możecie je przegrać” – ubolewał poseł KO Borys Budka.

„Opublikowano nagranie, na którym widać, że posłanka PiS mówi, że głosowanie zostało przegrane przez Prawo i Sprawiedliwość. I wtedy pani marszałek decyduje, że trzeba powtórzyć. To jest skandal, żądamy ujawnienia tych wyników!” – grzmiał Krzysztof Gawkowski z Lewicy.

Powtórzone głosowanie – zgodnie z przewidywaniami – wygrali kandydaci PiS. Wszyscy czterej posłowie wybrani na członków Krajowej Rady Sądownictwa będą zatem politykami tej partii, choć parlamentarny obyczaj nakazuje, by sejmowa większość podzieliła się miejscami z opozycją.

Lewica: „Zgłaszamy do prokuratury”

„Złożymy wniosek do prokuratury w sprawie możliwości popełnienia przestępstwa” – ogłosili wkrótce po zakończeniu obrad posłowie Lewicy.

Zdaniem polityków opozycji doszło do złamania Regulaminu Sejmu, który nie przewiduje „anulowania” głosowania. Zgodnie z art. 188 wyniki głosowania są ostateczne i nie mogą być przedmiotem dyskusji. Art. 189 mówi natomiast, ze gdy budzą uzasadnione wątpliwości, Sejm może dokonać reasumpcji głosowania na wniosek 30 posłów.

Aby to uczynić, marszałek Sejmu powinien ogłosić wyniki głosowania. Elżbieta Witek postanowiła jednak tego nie zrobić i na nowo przeprowadzić głosowanie bez podawania wyników.

„Nie, to nie można tak, pani marszałek. Melduję, że wszyscy posłowie, którzy są na sali, zagłosowali. Wyniki mogą być różne” – tłumaczył Witek wiceszef Kancelarii Sejmu, co zarejestrowały mikrofony.

Swojego oburzenia pogwałceniem sejmowych procedur nie kryli politycy opozycji.

„To łamanie zasad parlamentaryzmu i błąd proceduralny. Żądamy ogłoszenia wyników głosowania!” – mówił Tomasz Lenz z KO.

„Reasumpcji może pani dokonać po ogłoszeniu wyników” – przypominał Krzysztof Gawkowski z Lewicy.

Wyników nie opublikowano też na stronie Sejmu.

Dobry obyczaj

Krajowa Rada Sądownictwa składa się z 25 członków. Czworo z nich, spośród posłów, wybiera Sejm. Parlamentarny obyczaj nakazuje, by sejmowa większość podzieliła się miejscami z opozycją. Było tak w poprzedniej kadencji: posłowie PiS mieli w KRS dwóch przedstawicieli, a Koalicja Obywatelska i Kukiz’15 po jednym.

Tym razem jednak PiS niespodziewanie zgłosił czterech kandydatów: Marka Asta, Bartosza Kownackiego, Arkadiusza Mularczyka oraz Kazimierza Smolińskiego. Zanosiło się, że partia Kaczyńskiego będzie chciała zupełnie pominąć opozycję przy wyborze członków KRS.

Posłowie KO, PSL i Lewicy protestowali jeszcze zanim doszło do feralnego głosowania.

„Wy dziś chcecie iść po 20 członków KRS. 15 wybraliście w poprzedniej kadencji, macie ministra sprawiedliwości i chcecie jeszcze 4 posłów. Chcecie zawłaszczyć ten organ” – mówił Robert Kropiwnicki z Koalicji Obywatelskiej. KO zgłosiła Kamilę Gasiuk-Pihowicz.

„To pan premier Morawiecki apelował o normalność. Czy normalnością jest, że klub PiS chce wybrać wszystkich członków KRS?” – pytał Krzysztof Gawkowski z Lewicy. Połączone siły Wiosny, SLD i Razem rekomendowały do KRS Joannę Senyszyn.

„Za chwilę może dojść do rzeczy bezprecedensowej w ostatnich 30 latach Sejmu RP. Wbrew zwyczajowi parlamentarnemu, dobremu obyczajowi i parytetom” – podkreślał Borys Budka

„Apeluję do rządzącej większości o uszanowanie zwyczaju parlamentarnego i pluralizmu poglądów w tej izbie. Wycofajcie dwóch kandydatów” – mówiła Anna Maria Żukowska z Lewicy.

„Bez względu na to, czy większość sejmowa uszanuje prawo opozycji do zasiadania w KRS, czy też nie, kryzys w tej instytucji będzie trwał” – przypomniał Krzysztof Paszyk z PSL.

Kandydatki opozycji przepadły w ponowionym głosowaniu.

W czwartek 21 listopada po 23.00 Sejm poparł kandydatury Krystyny Pawłowicz, Stanisława Piotrowicza i świeżo upieczonego kandydata PiS Jakuba Steliny na sędziów TK. „Hańba!”, „Precz z komuną” – skandowała opozycja. Na nic zdały się protesty. Wierni żołnierze PiS na początku grudnia trafią do Trybunału, choć zdaniem ekspertów dyskwalifikuje ich wiek

„Hańba! Hańba!” – skandowali w Sejmie wkrótce przed 23.00 politycy opozycji, gdy posłanka PiS Anna Milczanowska odczytywała życiorys Krystyny Pawłowicz. Pięć posłanek Koalicji Obywatelskiej, w tym m.in. Klaudia Jachira, wstało z sejmowych ław i ułożyło transparent z napisem „Hańba”. Zostały upomniane przez Elżbietę Witek, marszałek Sejmu.

Kiedy Milczanowska przedstawiała dokonania Stanisława Piotrowicza, na sali rozległy się okrzyki „Precz z komuną!”.

„Przedstawiono lukrowane, pudrowane życiorysy PZPR-owskich działaczy, których chcecie wysłać do Trybunału Konstytucyjnego. Kandydaci nie spełniają wymagania formalnego wieku i kryterium nieskazitelnego charakteru” – przypomniał z mównicy Michał Szczerba z PO.

„Gdybyście zapytali proboszcza-pedofila z Tylawy, czy poparłby kandydaturę Stanisława Piotrowicza, to na pewno by to zrobił. Nic nie usprawiedliwia wsparcia dla zwyrodnialca. Czy ktokolwiek z was wysłałby wnuczkę na kolana do tego księdza? Wyborcy pokazali Piotrowiczowi czerwoną kartkę. Taka osoba powinna wypaść poza nawias życia publicznego” – apelowała Kamila Gasiuk-Pihowicz.

Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska w imieniu Lewicy przypomniała wypowiedź Adama Lipińskiego, wiceprezesa PiS, sprzed kilku dni, który przyznał, że poprze Piotrowicza, ale wbrew własnej woli.

„Apelujemy o zatrzymanie procesu degradacji Trybunału Konstytucyjnego. TK musi wrócić do normalności” – mówiła.

„Kandydaci nie mają kwalifikacji moralnych i prawnych. Kandydatka wielokrotnie w tej izbie posługiwała się językiem na poziomie rynsztoku” – przypomniał Krzysztof Paszyk z PSL.

„Prokuratorzy nie szli za PRL do zawodu, by być Konradem Wallenrodem. Patrzę na Antoniego Macierewicza i nie wiem, jak może pan głosować za Stanisławem Piotrowiczem” – grzmiał Władysław Teofil Bartoszewski z PSL. Wtórował mu klubowy kolega Jacek Protasiewicz.

W imieniu klubu PiS głos zabrał poseł Łukasz Schreiber. „W naszych ławach bohaterowie Solidarności, wy macie grupę rekonstrukcyjną PZPR” – stwierdził.

Na nic zdały się protesty. Krystyna Pawłowicz, Stanisław Piotrowicz, a także świeżo upieczony kandydat PiS Jakub Stelina na początku grudnia zostaną sędziami Trybunału Konstytucyjnego. Poparło ich 230 posłów PiS, opozycja głosowała przeciw.

Wbrew opiniom ekspertów

W OKO.press relacjonowaliśmy burzliwe obrady Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka w środę 20 listopada. Po dwóch i pół godzinie dyskusji Komisja, głosami PiS, dała zielone światło kandydaturom Pawłowicz i Piotrowicza.

Opozycja podawała w wątpliwość niezależność i nieskazitelny charakter obydwojga kandydatów. Ale poważniejsze zastrzeżenia dotyczyły kwestii formalnych.

Na wniosek wicemarszałków Sejmu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i Piotra Zgorzelskiego, profesorowie Marek Chmaj i Marcin Matczak przygotowali opinie prawne dotyczące wieku Piotrowicza i Pawłowicz, którzy przekroczyli 65. rok życia. W efekcie „reform” sądownictwa PiS mogą być za starzy, by zasiadać w TK.

Obydwaj profesorowie stoją na stanowisku, że wiek dyskwalifikuje Piotrowicza i Pawłowicz jako kandydatów do TK.

„Opinie Chmaja i Matczaka są polityczne i nie mają nic wspólnego z faktycznym stanem prawnym. Gdyby była do tego opinia pana mec. Giertycha mielibyśmy komplet” – drwił z sejmowej mównicy poseł PiS Przemysław Czarnek, były wojewoda lubelski.

Borys Budka, poseł PO, zwrócił jednak uwagę, że podając w wątpliwość kompetencje prof. Chmaja, posłowie PiS przeczą samym sobie.

„Podważył pan stanowisko waszego klubu i samego prezesa, który w poprzednim głosowaniu zagłosował za profesorem Markiem Chmajem jako sędzim Trybunału Stanu, a nawet jego wiceprzewodniczącym” – zaznaczył Budka.

Kandydat potrzebny od zaraz

Oprócz Piotrowicza i Pawłowicz do Trybunału dostał się też, rzutem na taśmę, prof. Jakub Stelina.

Tuż przed środowym (20 listopada) posiedzeniem Komisji Sprawiedliwości PiS wycofał kandydaturę Roberta Jastrzębskiego, którą zgłosił na ostatnią chwilę kilka dni wcześniej.

Dlaczego partia Kaczyńskiego zrezygnowała z tego „wybitnego konstytucjonalisty” Zbigniewa Ziobry? Przyczyną miały być naciski koalicjantów w obozie Zjednoczonej Prawicy.

Choć termin przedstawiania kandydatów upłynął 15 listopada, został na tę okazję wydłużony. Posłowie PiS zgłosili kandydaturę Jakuba Steliny ok. 13.00 w czwartek 21 listopada. Mieli nie wiedzieć, kogo zgłaszają i podpisać się pod kandydaturą in blanco. Członkowie Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka zebrali się ponownie po 16.00, by zaopiniować Stelinę jeszcze przed głosowaniem zaplanowanym na ten sam dzień.

Zdaniem polityków opozycji doszło do złamania art. 30 Regulaminu Sejmu.

„Kandydat został zgłoszony na kilka godzin przed spotkaniem komisji i głosowaniem. Niezbyt poważnie traktują państwo Trybunał Konstytucyjny. Wnioskuję o przełożenie obrad Komisji na późniejszy termin, byśmy mieli możliwość zapoznania się z tą kandydaturą” – mówiła Kamila Gasiuk-Pihowicz z PO, wiceprzewodnicząca Komisji.

Posłowie PiS odrzucili ten wniosek i kandydat został przesłuchany.

Prof. Jakub Stelina, wieloletni dziekan WPiA Uniwersytetu Gdańskiego, tłumaczył się m.in. ze swoich decyzji i poglądów, które w ostatnich latach pokrywały się z linią partii Kaczyńskiego. W 2018 roku odmówił podpisania uchwały potępiającej zamach na państwo prawa.

Jak sam przyznał, propozycja pracy w TK była dla niego zaskoczeniem. Stelina, niegdyś doktorant pod opieką prof. Lecha Kaczyńskiego, musiał dziś szybko zrezygnować z kandydowania na inne prestiżowe stanowiska – w Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa.

Dwa dni po wyroku TSUE Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego prawomocnie skazała sędzię Alinę Czubieniak za wydane orzeczenie. To kolejny etap represji wobec sędziów. Krajowa Rada Sądownictwa wybrała nowych sędziów do dwóch izb Sądu Najwyższego. Na zdjęciu Prezydent Duda w 2019 roku wręcza nominację Prezesowi Izby Dyscyplinarnej Tomaszowi Przesławskiemu

Pomimo wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 19 listopada 2019, odnoszącego się do niego stanowiska Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego, a także apelu 13 organizacji zrzeszających prawników i zajmujących się obroną praworządności w Polsce o niezwłoczne wykonanie wyroku TSUE przez organy polskiego państwa, KRS i Izba Dyscyplinarna SN pracują dalej.

Obie powinny powstrzymać się od działalności do czasu orzeczenia SN czy spełniają wymagania i kryteria postawione przez TSUE.

W ocenie organizacji, które podpisały się pod stanowiskiem – m.in. stowarzyszeń  sędziów „Iustitia” i „THEMIS”, prokuratorów z „Lex Super Omnia”, Zespołu Ekspertów Prawnych Fundacji im. Stefana Batorego, Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, Inicjatywy Wolne Sądy, naszego Archiwum Osiatyńskiego – aby wykonać wyrok TSUE, konieczne jest powołanie nowej KRS.

KRS w obecnym kształcie powinna zawiesić swoją działalność ze względu na to, że 15 jej sędziowskich członków zostało powołanych z naruszeniem standardów unijnych, określonych wprost w uzasadnieniu wyroku TSUE. Wszystkie postępowania nominacyjne prowadzone przez KRS powinny zostać wstrzymane.

Z kolei Izba Dyscyplinarna SN powinna wstrzymać wszystkie postępowania dyscyplinarne.

KRS obsadza Sąd Najwyższy

Jednak Krajowa Rada Sądownictwa decydowała dziś o obsadzeniu miejsc w izbach cywilnej i karnej Sądu Najwyższego. Rekomendację do Izby Cywilnej dostał sędzia Dariusz Pawłyszcze. Przepadła m.in. kandydatura sędziego Waldemara Żurka, który chciał wykorzystać procedurę odwoławczą (choć dostał 2 głosy za!).

Jutro KRS zadecyduje o rekomendacjach od Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych. Procedura czekała na rozstrzygnięcie od 2018 roku, wstrzymano ją po ujawnieniu we wrześniu afery hejterskiej w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Izba Dyscyplinarna karze sędzię Czubieniak

Sędzia Sądu Najwyższego Tomasz Przesławski, Prezes Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, wydał komunikat, w którym podkreślił, że „Izba Dyscyplinarna w dalszym ciągu wykonywać będzie zadania związane ze sprawowaniem wymiaru sprawiedliwości, powierzone jej przez konstytucyjne organy Rzeczypospolitej Polskiej.”

W związku z tym, Izba Dyscyplinarna SN wydała dziś prawomocny wyrok skazujący sędzię Alinę Czubieniak z Sądu Okręgowego w Gorzowie Wielkopolskim za wydane orzeczenie – choć odstąpiła od wymierzenia kary. Wyjaśnień w sprawie sędzi Czubieniak domagał się m.in. Pierwszy raz Specjalny Sprawozdawca ONZ do spraw Niezależności Sędziów i Prawników.

Prezes Izby Dyscyplinarnej interpretuje wyrok TSUE na swój sposób

W komunikacie Prezesa Przesławskiego zawarta jest też osobliwa interpretacja wyroku TSUE. Prezes Izby Dyscyplinarnej utrzymuje, że wyrok wywiera skutek jedynie w odniesieniu do postępowań głównych prowadzonych przez Izbę Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Najwyższego, w których skierowano pytania prejudycjalne, a tym samym „nieskuteczne jest powoływanie się na zawarte w nim rozstrzygnięcia w innych postępowaniach sądowych”.

Całkowicie odmiennego zdania są wybitni znawcy prawa europejskiego i polskiego, którzy przygotowali Stanowisko ws. wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, podpisane przez 13 organizacji zrzeszających prawników i inicjatyw społeczeństwa obywatelskiego zaangażowanych w obronę praworządności w Polsce.

W 19. punkcie Stanowiska wyjaśniają:

„TSUE wskazał, że nieprawidłowości w procedurze powoływania sędziów wpływają na niezależność sądów wymaganą przez prawo unijne, stąd wyrok ten ma dużo szersze znaczenie w kontekście polskiego systemu prawnego. Stanowisko TSUE będzie miało również wpływ na status IKNiSP oraz kilkuset sędziów orzekających w sądach w całej Polsce, którzy nominację sędziowską albo awans otrzymali dzięki rekomendacji nowej KRS. W ‍razie niespełnienia kryteriów opisanych w wyroku, wszystkie te nominacje sędziowskie będą mogły zostać uznane za dokonane z naruszeniem prawa unijnego, tj. zasady skutecznej ochrony sądowej. Wszystkie sądy krajowe – niezależnie od ich właściwości, rodzaju i ‍szczebla – mogą bowiem potencjalnie orzekać o ‍kwestiach związanych z prawem UE”.

Ponadto Prezes Przesławski powołuje się na konstytucję, żeby podkreślić, że jedynie Trybunał Konstytucyjny ma moc interpretowania przepisów prawa polskiego. Przywołuje także orzeczenie TK kierowanego przez Prezes Julię Przyłebską, który „zalegalizował” KRS.

Tymczasem w wyroku TSUE jest wyraźnie napisane i kilkakrotnie powtórzone, że niezawisłość sądownictwa jest materią prawa europejskiego, a zatem podlega kompetencji luksemburskiego Trybunału.

Kwestię relacji orzeczenia TSUE i wykładni konstytucji wyjaśnia prof. Ewa Łętowska:

„Orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada 2019 roku mówi, co to znaczy niezależność sądu i niezawisłość sędziowska. U nas w konstytucji te dwa pojęcia występują. Czyli kryteria sformułowane w tym orzeczeniu nadają znaczenie i sens naszym przepisom konstytucji, które się do niezawisłości sądu i niezależności sędziów odnoszą.

TSUE nadaje znaczenie polskiemu prawu, które jest stosowane przez polskie sądy.

Polskie sądy przekładają standardy prawa unijnego, o których decyduje TSUE na to, co dzieje się u nas. I to było przedmiotem orzeczenia TSUE.

TSUE powiedział, jakie kryteria muszą być spełnione przez organ niezależny i niezawisłego sędziego. Orzeczenie TSUE ma skutek odnoszący się do działania polskich sądów.

Ilekroć polskie sądy będą miały problem z odniesieniem się do niezależności polskiego organu albo niezawisłości sądu, mogą odwołać się do kryteriów, które w wyroku podał TSUE. Tu następuje spięcie prawa unijnego i prawa polskiego.

Dlatego to orzeczenie jest bardzo ważne. Ono modeluje myślenie prawnicze o sprawach niezawisłości i niezależności. Zarówno sędziów, jak i adwokatów, którzy występują przed sędziami. I powinno modelować też myślenie tych, którzy stanowią prawo. Powinno, ale czy tak się stanie? W tym zakresie nie jestem w stanie udzielić odpowiedzi”.

Krajowa Rada Sądownictwa czuje się usatysfakcjonowana

Krajowa Rada Sądownictwa wydała oświadczenie, w którym „z satysfakcją zauważa”, że Wielka Izba Trybunału Sprawiedliwości UE nie podzieliła stanowiska wyrażonego w czerwcu 2019 przez rzecznika generalnego TSUE prof. Jewgienija Tanczewa. Rzecznik uznał, że KRS narusza art. 19.1 Traktatu o UE i art. 47 Karty Praw Podstawowych.

TSUE sam nie ocenił KRS, ale podał Izbie Pracy SN przekrojowe i szczegółowe kryteria oceny Izby Dyscyplinarnej SN, jak i  KRS. W wyroku podkreślił, że ocena powołania oraz funkcjonowania KRS jest niezbędna do oceny niezawisłości sędziów Izby Dyscyplinarnej, którzy został powołani z rekomendacji KRS, a żeby dokonać tej oceny, Izba Pracy musi rozważyć wszystkie dostępne jej informacje.

Skala i różnorodność udokumentowanych zastrzeżeń co do powołania i funkcjonowania KRS uprawdopodobniają, że Izba Pracy niebawem oceni, że KRS nie gwarantuje powoływania niezależnego sądu w rozumieniu prawa unijnego. Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf zapowiedziała, że Izba Pracy dokona tej oceny bez zbędnej zwłoki. Przyznała, że TSUE podzielił zastrzeżenia SN, co do kwestii niezależności Izby Dyscyplinarnej SN i KRS. Zaapelowała do też do władz o nową ustawę o KRS.

Adwokaci występujący przed TSUE obalają narrację KRS

W dalszej części oświadczenia KRS utrzymuje, że „stanowisko Trybunału jest zgodne z większością argumentów przedstawionych przez pełnomocników Rady wyrażonych na rozprawie ustnej”.

Powyższe stwierdzenie obalają Sylwia Gregorczyk-Abram i Michał Wawrykiewicz, którzy reprezentował sędziów NSA i SN w sprawie, w której TSUE wydał wyrok.

OKO.press uzyskało od Gregorczyk-Abram i Wawrykiewicza następujące oświadczenie:

„Opublikowane dziś stanowisko nowej KRS na temat wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada 2019 roku w połączonych sprawach C- 585/18, C-624/18 i C-625/18, wskazuje na to, że nowa KRS nie rozumie orzeczenia TSUE, jego znaczenia ani niezwykle przełomowego charakteru.

Wbrew temu, co twierdzi nowa KRS w wydanym oświadczeniu, TSUE bardzo wyraźnie potwierdził, że ma kompetencje do oceny stanu niezależności sądownictwa w kraju członkowskim, ponieważ te zagadnienie objęte jest materią prawa unijnego. W wyroku z 19 listopada TSUE ugruntował swoje dotychczasowe orzecznictwo w tej kwestii.

Nowa KRS w toku postępowania przed TSUE utrzymywała, że powyższe zagadnienie nie jest przedmiotem prawa unijnego. W związku z tym nieprawdziwe jest twierdzenie KRS, że TSUE podzieliła argumenty przedstawiane przez KRS w postępowaniu.

Ponadto TSUE dokonał bardzo wyrazistej, jednoznacznej wykładni prawa europejskiego, co jest jego podstawowym zadaniem. W ramach tej interpretacji, określił precyzyjnie kryteria jakie musi spełniać niezależny, bezstronny sąd i niezawisły sąd. Powiedział wyraźnie, że taki niezależny sąd w rozumieniu standardów europejskich nie może być wybierany przez organ, który jest w decydującym stopniu uzależniony od władzy wykonawczej i ustawodawczej. A takim organem jest przecież nowa KRS.

W stanowisku KRS czytamy: Wprawdzie Trybunał w swoim orzeczeniu stwierdza, że każdy czynnik polityczny biorący udział w powoływaniu sędziów może rodzić wątpliwości i uruchamiać ocenę, czy sąd jest sądem niezawisłym ale jednocześnie zwraca uwagę, że to dopiero zespół czynników – wyliczonych przykładowo – może prowadzić do ostatecznej konkluzji wykluczającej istnienie przymiotów niezawisłości i bezstronności. Wśród tych czynników wymienia praktykę organów uczestniczących w procesie nominacyjnym sędziów. Rada zauważa, że praktyka należy do sfery faktów. Praktyka ma to do siebie, że może ulegać zmianom w czasie. Przepisy ustrojowe mają zaś charakter uniwersalny.

Wbrew powyższemu stanowisku nowej KRS, TSUE w swoim orzeczeniu nie wyliczył »przypadkowych« czynników, które wpływają na brak niezależności i bezstronności organu biorącego udział w procedurze nominacyjnej sędziów.

Przeciwnie, TSUE wymienił bardzo konkretne czynniki, począwszy od skrócenia kadencji niezgodnie z Konstytucją, poprzez polityczny wybór nowych członków, brak transparentności oraz cechy i okoliczności faktyczne funkcjonowania organu biorącego udział w procedurze nominacyjnej sędziów.

Nie ma wątpliwości, że luksemburski Trybunał doskonale rozpoznał sedno braku niezawisłości sędziów powoływanych w nowym, stworzonym w ostatnich trzech latach w Polsce systemie. TSUE tym samym wskazał wszystkim sądom w Polsce jednoznaczny test na ocenę niezależności sądów i poszczególnych sędziów.

Jesteśmy przekonani, jako adwokaci i przede wszystkim jako obywatele, że już wkrótce na podstawie wyroku TSUE – czyli obowiązującego w Polsce standardu prawa unijnego – polskie sądy będą dokonywać oceny, czy dany sędzia powołany przez nową KRS, ma prawo zasiadać w składzie orzekającym, albo czy wydany przez takiego sędziego wyrok można uznać za obowiązujący.

Trzeba podkreślić, że fakt, że luksemburski Trybunał dokonał wykładni i określił kryteria, a nie rozstrzygnął zagadnienia przedstawionego w odesłaniu prejudycjalnym, to najbardziej normalna praktyka.

TSUE wydał tzw. wyrok instrukcyjny, a nie wynikowy, które w sprawach prejudycjalnych Trybunał wydaje znacznie rzadziej.

Zachęcamy osoby zasiadające w nowej KRS do przestudiowania wspólnego stanowiska organizacji społecznych w sprawie wyroku TSUE z 19 listopada 2019 roku”.

Wojownik czy negocjatorka? Konserwatystka czy liberał? Kto ma większe szanse w starciu z Andrzejem Dudą i kogo PO wystawi w wyborach prezydenckich? Jacek Jaśkowiak i Małgorzata Kidawa-Błońska to dwie różne osobowości, różne poglądy i różny styl uprawiania polityki. OKO.press analizuje ich zalety i wady

Jeszcze 20 listopada przed południem prawybory w Platformie Obywatelskiej zapowiadały się na spektakl pozorów: kandydatka była jedna – Małgorzata Kidawa-BłońskaPo rezygnacji ze startu Radosława Sikorskiego nic nie zapowiadało, że będzie miała konkurencję.

W ostatniej chwili do gry wszedł jednak prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak, co odwróciło sytuację o 180 stopni – wyścig o nominację PO zapowiada się fascynująco.

Jego rozstrzygnięcie jest ważne dla całego obozu demokratycznego, ponieważ, jak wynika z badania OKO.press, to kandydatka bądź kandydat PO ma największe szanse na wejście do drugiej tury i bezpośrednie starcie z Andrzejem Dudą.

OKO.press pokazuje różnice ideowe, osobowościowe i biograficzne między Kidawą-Błońską a Jaśkowiakiem. Analizujemy również strategie wyborcze PO w zależności od wyniku prawyborów.

Różne profile ideowe

Kidawa-Błońska jest bardziej konserwatywna obyczajowo, Jaśkowiak – bardziej liberalny.

Różne biografie i osobowości

Jak pisaliśmy w OKO.pressKidawa-Błońska to jedna z najbardziej zasłużonych polityczek Platformy Obywatelskiej, przeszła kolejne stopnie kariery partyjnej – od radnej miejskiej do marszałkini Sejmu. W parlamencie jest od 2005 roku. Lobbował za nią Kongres Kobiet.

Jaśkowiak do polityki przyszedł z biznesu i ruchów miejskich. W 2010 roku był kandydatem stowarzyszenia My Poznaniacy na prezydenta miasta i nieoczekiwanie uzyskał dobry wynik.

Z PO związał się dopiero w 2013 roku – rok później był kandydatem partii w wyborach przeciwko wieloletniemu prezydentowi Ryszardowi Grobelnemu. W opinii komentatorów Platforma wystawiła wtedy Jaśkowiaka po to, żeby przegrał z Grobelnym, wcześniej wiele lat związanym z PO.

Ale Jaśkowiak sprawił sensację.

Co jeszcze różni oboje kandydatów?

  • Kidawa-Błońska od urodzenia mieszka w domu po dziadkach w podwarszawskich Gołąbkach. Jest prawnuczką Władysława Grabskiego, dwukrotnego premiera II RP i autora słynnej reformy gospodarczej w latach 1920, oraz prezydenta Stanisława Wojciechowskiego (w latach 1922-26), córką Macieja Władysława Grabskiego, profesora Politechniki Warszawskiej, wieloletniego prezesa Fundacji Nauki Polskiej.
  • Jaśkowiak to syn krawcowej i kolejarza, wychowany na poznańskim Dębcu, w tzw. trudnej dzielnicy. Trenował boks, skończył technikum mechaniczne, pracował na budowie jako gastarbeiter, by na początku lat 90. z sukcesem zacząć karierę w biznesie. Był też menadżerem Jacka Kaczmarskiego pod koniec życia barda „Solidarności”.
  • Kidawa-Błońska ma wizerunek taktownej polityczki, szukającej kompromisu i zgody. Jak pisała w jej sylwetce „Polityka”, raz „przyznała się do życiowego ekscesu: tak zdenerwowała się na męża i syna, że rzuciła porcelanowym talerzykiem o podłogę; w pierwszej chwili poczuła ulgę, lecz zaraz potem żal, ponieważ talerzyk był pamiątką po prababci”.
  • Jaśkowiak ma temperament wojownika, polityka szorstkiego i pewnego siebie, nie unika ostrych sądów. Po zabójstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza mówił, że za „goebbelsowskie metody propagandy” TVP i za doprowadzenie do tragedii odpowiada osobiście prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Wybór kandydata zdefiniuje Platformę?

Gdyby stwierdzić, że wybór między Małgorzatą Kidawą-Błońską a Jackiem Jaśkowiakiem zdefiniuje na nowo największą partię opozycyjną – byłaby to teza publicystyczna. Ale jest faktem, że w zależności od ostatecznego rezultatu prawyborów, strategia PO na kampanię prezydencką będzie różna.

  • Małgorzata Kidawa-Błońska – kandydatka „umiarkowanego postępu w granicach prawa”

Jej kampania nie byłaby agresywna, opierałaby się na poszukiwaniu zgody i apelowaniu do elektoratu niekoniecznie oczywistego dla Platformy Obywatelskiej. Taka strategia miałaby szansę na sukces.

Jak pokazywało badanie OKO.press, atutem Kidawy-Błońskiej jest relatywnie mały elektorat negatywny.

Nawet nie widząc, z kim walczył/a/by w II turze wyborów prezydenckich 2020 roku, czy dopuszczasz możliwość głosowania na:

Po drugie, ma mocną pozycję na wsi, gdzie jej wynik sondażowy jest aż o cztery punkty procentowe lepszy niż Koalicja Obywatelska uzyskała w wyborach parlamentarnych.

Umiarkowanie konserwatywny profil ideowy kandydatki KO najwyraźniej podoba się sporej części wyborców wiejskich i może w drugiej turze bardzo ułatwić ewentualny transfer poparcia od zwolenników lidera PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza.

Argumentem przeciwko są słabe notowania Kidawy wśród najmłodszych wyborców: jej wynik jest aż o osiem punktów procentowych gorszy niż wynik KO w tej samej grupie w wyborach parlamentarnych.

Mimo poparcia Barbary Nowackiej dyskusyjna jest również zdolność Kidawy do mobilizacji w drugiej turze elektoratu lewicowego. Zadanie stało się dodatkowo trudniejsze po wypowiedzi w „Kropce nad i” o „nic nie wartej lewicy”’.

  • Jacek Jaśkowiak – „lewicowiec” z Platformy

W badaniu OKO.press nie uwzględnialiśmy kandydatury Jaśkowiaka, więc wnioski na temat jego szans i strategii muszą być bardziej hipotetyczne. Oczywiste wydają się dwie rzeczy.

Po pierwsze, kampania Jaśkowiaka byłaby bardziej ofensywna, polaryzacyjna i skoncentrowana na mobilizacji elektoratu anty-PiS.

Po drugie, jako kandydat Platformy miałby problem z dotarciem do wyborców Kosiniaka-Kamysza, ale w drugiej turze z łatwością zgarnąłby głosy lewicy.

W I turze kandydatura Jaśkowiaka byłaby dla lewicy wręcz problemem.

Start Robert Biedronia – jeśli to on miałby reprezentować lewicę mimo perturbacji w swojej karierze – byłby trudno zrozumiały dla wyborców. Obaj panowie mają podobny profil ideowy, podobne biografie w sensie społeczno-rodzinnym i zbieżną historię polityczną – obaj sensacyjnie wygrali w swoim czasie wybory samorządowe.

Ta zbieżność może pomóc Jaśkowiakowi w najmłodszym elektoracie, gdzie wg badania OKO.press Biedroń jest liderem po stronie opozycji.

Niewykluczone, choć to już daleko idąca hipoteza, że przeszłość biznesmena i liberalne poglądy Jaśkowiaka na gospodarkę mogłoby skusić cześć zwolenników Janusza Korwin-Mikkego i tym samym uderzyć w czuły punkt Andrzeja Dudy, któremu trudno będzie wygrać bez tych wyborców.

Słabe punkty Jaśkowiaka to mała rozpoznawalność ogólnopolska i fakty, które mogą stać się amunicją dla brutalnej propagandy TVP: m.in. praca dla Jana Kulczyka i zawirowania w życiu osobistym.

Choć w toku kampanii wady można przekuć w zalety: przy odpowiedniej opowieści Jaśkowiak jako „zwykły człowiek” mógłby być łatwiej strawny dla wahającego się elektoratu niż „pochodząca z elit” Kidawa-Błońska.

Między bezpieczeństwem a ryzykiem

Z sondaży wynika, że wybór Małgorzaty Kidawy-Błońskiej będzie dla Platformy Obywatelskiej ruchem bezpiecznym.

Po wysunięciu jej na pierwszy plan kampanii parlamentarnej, mocno zyskała na rozpoznawalności, 13 października zdobyła najwięcej głosów w skali kraju, niewykluczone też, że będzie jedyną kobietą w walce o prezydenturę. Niemal na pewno przejdzie do drugiej tury, gdzie stoczy wyrównaną walkę z Andrzejem Dudą.

Wątpliwości? Jak wskazywaliśmy w OKO.press, Kidawa-Błońska kojarzy się z przegraną, reprezentuje pokolenie polityków Platformy, którzy przewodzili partii podczas pięciu z rzędu wyborczych porażek. Istnieje też ryzyko, że zabraknie jej determinacji: kultura osobista i szukanie zgody może nie sprawdzić się podczas ostrych konfliktów politycznych.

Kidawa-Błońska kojarzy się tylko z polityką i nobliwą rodzinną przeszłością. Zaletą Jaśkowiaka jest „zawód prezydenta miasta”, a wcześniej biznesmena. Może odwoływać się do wartości i doświadczeń spoza politycznego teatru, który nie cieszy się dużym szacunkiem Polek i Polaków. Wśród ról politycznych burmistrz ceniony jest przez  46 proc., poseł na Sejm przez 32 proc, a działacz partyjny tylko przez 20 proc.

Jaśkowiak to nowa twarz PO, polityk, który nie kojarzy się z porażką, szansa na odświeżenie wizerunku Platformy, ale jednocześnie wielka niewiadoma. Nie wiemy, jak sprawdzi się na arenie ogólnopolskiej, jest również póki co nie uwzględniany w badaniach sondażowych.

Nie wiadomo także, czy jego liberalny profil nie zmobilizuje dla Andrzeja Dudy wyborców konserwatywnych obecnie sceptycznie nastawionych do PiS i prezydenta.

Z drugiej strony, Jaśkowiak w Poznaniu pokazał, że doskonale się czuje, gdy atakuje z pozycji underdoga. Udowodnił również, że potrafi wygrywać z konserwatywnymi politykami i pozyskiwać wyborców lewicowych.

W 2014 roku jego przeciwnika Ryszarda Grobelnego popierali Jarosław Gowin i Marek Jurek, a sam Grobelny zręcznie wykorzystywał w kampanii pozycję prezydenta miasta oraz sympatię części aparatu PO.

Umiejętnie grał też na odruchu konserwatywnym klasy średniej, strasząc Jaśkowiakiem jako rewolucjonistą, który stateczny, mieszczański Poznań zmieni w arenę lewackiego eksperymentu obyczajowego.

Kampania negatywna Andrzeja Dudy uderzałaby zapewne w te same tony, ale Jaśkowiak już pokazał, że jest na nie odporny.

Kogo woli Tusk?

Szalę na rzecz Kidawy-Błońskiej lub Jaśkowiaka mogłoby przechylić poparcie Donalda Tuska, ale nowo wybrany szef Europejskiej Partii Ludowej już oficjalnie ogłosił, że popiera oboje. Pytanie, co dzieje się za kulisami.

Podczas obchodów 30. rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 roku, Tusk mówił o samorządowcach: „To są ludzie, którzy wiedzą, jak dzisiaj wygrywać” i rysował koncepcję oparcia na nich kampanii wyborczej do Sejmu i/lub Senatu. Można założyć, że łatwiej byłoby Tuskowi uwierzyć w szanse Jaśkowiaka.

Kto ostatecznie zwycięży i zostanie kandydatem Platformy Obywatelskiej na prezydenta Polski, dowiemy się 14 grudnia. A potem okaże się na ile któreś z nich będzie w stanie wzmocnić swoje mocne punkty i przekroczyć ograniczenia.

„Wiadomości” TVP we właściwy sobie sposób odnotowały wybór Donalda Tuska na szefa Europejskiej Partii Ludowej. Jak to zwykle bywa – sukces Tuska jest dla prawicy tylko potwierdzeniem tego, jak mało znaczy jako polityk. Nie znoszą go Szwedzi, Włosi, Francuzi i Brytyjczycy. Największy wróg Polski zostaje w Brukseli – zdaje się mówić TVP i z ulgą, i z żalem

„Chwalą Tuska i trudno się dziwić. W końcu to jedna europejska frakcja” – zaczyna autor materiału Marcin Tulicki. I dodaje, że zwłaszcza partyjni koledzy chwalą go na oślep. Bo – według TVP – nie ma za co chwalić. A szefem EPL został, bo nie było żadnego kontrkandydata.

Rzeczywiście, był jedynym kandydatem. Ale historia zna przypadki, gdy jedyni kandydaci przepadali w takich głosowaniach:

Wybrała go Merkel?

„Wiadomości” TVP postanowiły zanalizować, co w takim razie stoi za sukcesem Tuska.

Miłosz Manasterski, redaktor naczelny swojej prywatnej „Agencji Informacyjnej”, spieszył z wyjaśnieniem:

„Donald Tusk ma bardzo słabą pozycję w Polsce (…) a do tego, by zostać szefem EPL wystarczy poparcie Angeli Merkel”.

Angela Merkel króluje oczywiście w wyobraźni polskiej prawicy jako cesarzowa Europy, która w każdej sprawie ma ostatnie słowo. Tylko że układ sił w EPL znacznie się zmienił po ostatnich wyborach i po raz pierwszy w historii tej partii posłowie z Europy Wschodniej przewyższają liczebnie reprezentantów Hiszpanii, Francji i Niemiec.

W Europarlamencie frakcja straciła miejsca – z 217 do 182. Największe straty odnotowały właśnie reprezentacje krajów zachodnich.

Wybranie więc – znowu po raz pierwszy w historii – szefa EPL właśnie z tej części UE, jest wyrazem polityki tej frakcji, która chce umacniać się na wschodzie Europy, gdzie chadecja, oddająca pole na Zachodzie, wciąż upatruje szans na rozwój. Aż 491 delegatów partii członkowskich głosowało za Tuskiem, tylko 37 przeciwko.

Wybór Tuska jest też wyrazem zmiany kursu wobec węgierskiej rządzącej partii Fidesz. Dotychczasowego szefa EPL, francuza Josepha Daula, uznawano za koncyliacyjnie nastawionego wobec Viktora Orbána. Portal Politico powołuje się na słowa jednego z członków EPL: „Tylko osoba z Europy Wschodniej jest w stanie przeciwstawić się narracji Orbána. Ofensywa idąca wprost z Europy Zachodniej byłaby skazana na klęskę”.

Wybór Tuska przedstawiany jest jako nadzieja EPL na nowe otwarcie. Jak określił to Manfred Weber: „Jego zadaniem będzie przedefiniowanie chadeckości”. Tusk jako polityk wyrazisty i rozpoznawalny, od miesięcy był przedstawiany jako naturalny wybór.

Brytyjczycy go nienawidzą! Wszyscy!

Jakie są zasługi Tuska? „Wiadomości” łapią na korytarzach polityków KO, którzy albo nie odpowiadają na pytanie, co jest prezentowane jako „przemilczenie”, albo wymieniają działania w sprawie kryzysu migracyjnego, klimatycznego czy Brexitu.

„Innego zdania są Francuzi, Niemcy, czy Szwedzi, którzy kryzys migracyjny odczuli na własnej skórze, a nie politycznych salonach” – komentuje Marcin Tulicki. Nie podaje jednak żadnych źródeł, ani przykładów, które miałyby świadczyć o tym, że opinia publiczna w tych krajach obwinia Tuska za cokolwiek.

Zdaniem TVP podobnie zniesmaczeni postawą Tuska są Brytyjczycy, „których za brak umowy wysyłał do piekła”. Chodzi oczywiście o słynny komentarz Tuska wygłoszony w Brukseli w lutym 2019:

„w piekle jest specjalne miejsce dla tych, którzy naciskali na Brexit bez jakiegokolwiek planu, jak bezpiecznie go przeprowadzić”.

„Ta wypowiedź była dla Brytyjczyków skandaliczna. Zwłaszcza, że padła z ust osoby, która miała łączyć, a nie dzielić” – kończy potępiająco Marcin Tulicki.

„Wiadomości” jako dowód pokazują okładkę brukowca „The Sun”, na której Tusk przedstawiony jest z Emannuelem Macronem jako gangsterzy grożący Theresie May.

Tylko że tekst pochodzi z września 2018, więc nie odnosi się konkretnie do słów Tuska o piekle, tylko do polityki liderów europejskich względem polityków Wielkiej Brytanii. Co więcej, „The Sun” jest gazetą zwolenników Brexitu. Wprost wzywało swoich czytelników do głosowania za wyjściem z UE w czerwcu 2016.

Słowa Tuska oczywiście zapiekły otwartych brexitowców i torysów odpowiedzialnych za chaos. Sami Brytyjczycy są jednak zmęczeni Brexitem, rozczarowani nieudolnością własnej klasy politycznej i wreszcie wcale nie są zadowoleni, że z Unii w ogóle wychodzą. Opcja „Remain” prowadzi stabilnie w sondażach mniej więcej od dwóch lat.

Dla porównania można prześledzić narrację dziennika „The Guardian”, który poświęcał słowom Tuska o piekle dużo uwagi. Analizowano kogo Tusk miał na myśli; odczytywano to wystąpienie poprzez jego biografię, pisząc, że było brawurowe i odważne, bo wypływające z idealizmu polskiego opozycjonisty wychowanego na tęsknocie do liberalnej demokracji. Wprost pisano o jego słowach jako „bolesnych i prawdziwych„.

Stosując analogię – równie dobrze można powiedzieć, że Polacy nienawidzą wiceszefa Komisji Europejskiej Fransa Timmermansa za krytykowanie rządu PiS. Owszem, politycy PiS mogą nazywać Holendra „żandarmem Europy”, „wielkim szkodnikiem” i „antypolakiem”, ale z drugiej strony „Gazeta Wyborcza” ogłosiła go Człowiekiem Roku, a Wiosna zaprosiła na swoją konwencję.

Niebezpieczny i mało znaczący

W materiale „Wiadomości” powtarza się prawicowa dialektyka sprzeczności, w której Tusk jest jednocześnie:

  • europejskim dandysem, który ucieka z Polski i „wybiera apanaże”;
  • wraca do Polski, żeby mącić, szczuć, obrażać Polaków i polski rząd;
  • jest skończonym, skompromitowanym politykiem bez szans na ważne funkcje w Polsce.

Wyrazem tej samej schizofrenicznej wizji jest zależność – im więcej Tusk znaczy w międzynarodowej polityce, zostając drugi raz szefem rady Europejskiej, czy teraz szefem EPL, tym bardziej dobitnie potwierdza, że w europejskiej polityce nic nie znaczy. Innymi słowy – sukces oznacza porażkę.

Międzynarodowa pozycja Tuska jest dla polskiej prawicy źródłem:

  • frustracji, stąd wszystkie agresywne określenia jak „niemieckie popychle”, „folksdojcz”;
  • ulgi, bo Tusk w Brukseli nie zagraża PiS-owi w polityce wewnętrznej.

Ale przede wszystkim prawica żywi do niego szczerą i gorącą nienawiść, która po 2014 roku, przez jego nieobecność, a później w wyniku przejęcia mediów publicznych, została spuszczona ze smyczy. Na prawicowych okładkach Tusk był już oficerem NKWD strzelającym w Katyniu do Lecha Kaczyńskiego, czy esesmanem eskortującym Angelę Merkel tramwajem z napisem „Nur für Deutsche”. „Wiadomości” TVP zestawiały Tuska z Hitlerem i Stalinem.

W narracji PiS Tusk stał się nie tyle wrogiem politycznym, ile właściwie „nieprzyjacielem” w biblijnym sensie tego słowa. Złem wcielonym. Przykładem może być Ryszard Czarnecki używający określenia „diabeł Tusk”, czy słynna okładka „Sieci”, na której Tusk ma włosy pokolorowane na marchewkowo i czerwone, wilcze oczy.

Wyniesienie Tuska do rangi najwyższego zła tłumaczy te słodko-gorzkie reakcje PiS-u na pozostanie Tuska w polityce europejskiej.

PiS sam wpadł w pułapkę spirali nienawiści, która nie może znaleźć ujścia. Lata mijają, język pogardy się radykalizuje, a Tusk ani nie stanął przed Trybunałem Stanu, nie odpowiedział za rzekomą „zdradę smoleńską” (skądinąd to drażliwy temat), spektakularnie ogrywa Komisję VAT w starciach bezpośrednich, a za granicą radzi sobie coraz lepiej i jest politykiem rozpoznawanym na całym świecie.

A ze złem wcielonym przecież należy walczyć, zło powinno zostać ostatecznie zwyciężone, potępione. Jeśli nie za granicą, to chociaż tu, w Polsce. Dla obozu PiS wymarzonym scenariuszem byłby start Tuska w wyborach prezydenckich i jego przegrana z Andrzejem Dudą. I taki obrót spraw byłby niezwykle prawdopodobny – przy negatywnym elektoracie, jaki ma Tusk, który w dość dużym stopniu zawdzięcza tej kampanii.

Stąd – radość i ulga, że nie przyjedzie mącić i ośmieszać, ale i złość, że nie stanie na polu walki, by dać satysfakcję.

W państwie tworzonym przez partię rządzącą nie ma niuansów ani kolorów.

Podwójne expose panów premiera i prezesa wskazuje, że kolejne cztery lata upłyną politykom z partii wciąż rządzącej na… poszukiwaniu utraconej normalności.

Co się z nią stało i kiedy zaginęła nie bardzo wiadomo, ale sądząc z portretu pamięciowego, jaki sporządzili przedstawiciele władzy, było to dawno, dawno temu. Od chwili, gdy gdzieś się zapodziała pod Okrągłym Stołem, minęły co najmniej trzy dekady. Jakby nie liczyć, pierwszą młodość ma już dawno za sobą, toteż trudno ją dzisiaj rozpoznać po starych zdjęciach black&white. Zatem, pomimo wysiłków całego obozu władzy i wsparcia ze strony autorytetów religijnych, przez ostatnie cztery poszukiwania nie przyniosły spodziewanego rezultatu. Więc trudno się dziwić, że wciąż nie jest u nas tak całkiem normalnie.

W tej sytuacji politycy partii rządzącej odwołali się do Narodu, upubliczniając rzeczony portret pamięciowy, a uczciwego znalazcę upraszając uprzejmie o zwrot normalności na ulicę Nowogrodzką.

Jaka jest normalność? Po pierwsze – biała, a po drugie – heteronormatywna. Po trzecie jest zaś wyznania katolickiego i narodowości polskiej (od co najmniej siedmiu pokoleń) toteż i obowiązki ma polskie. Jest zdrowa i pełnosprawna. Pozostaje w związku sakramentalnym i posiada dwójkę albo więcej dzieci. Pracuje na utrzymanie rodziny, a po pracy ogląda w tv rodeo (albo mecz piłkarski) lub – odpowiednio – dba o dom i rodzinę oraz rodzi i wychowuje liczne potomstwo, w wolnych chwilach zerkając znad prasowania na „Plebanię” i „Rodzinkę pl”.

Nie uznaje środków antykoncepcyjnych (nawet jeśli stosuje) ani – rzecz jasna – aborcji. Tę – w razie potrzeby – wykonuje w ateistycznych Czechach, a to się za grzech nie liczy.

W niedzielę chodzi do kościoła, a potem spożywa rodzinny obiad z rosołem i domowym kompotem i ogląda „Dziennik telewizyjny” oraz seriale krajowej produkcji. Nosi garnitur lub garsonkę. Latem jeździ nad Bałtyk. Przez resztę roku grilluje na działce. Pali węglem i oddycha smogiem, bo tak nakazuje tradycja.

Normalność słucha disco polo i marzy o domku z ogródkiem. Kocha „swojskość”, nie cierpi zaś „elit” (chyba że chodzi o elity własnego chowu zaludniające korytarze sejmowe i telewizję publiczną). Kocha też Polskę i „wartości”, a jej hasło to „Bóg, Honor i Ojczyzna”, nawet jeśli notorycznie zdradza współmałżonka, ma dwójkę dzieci z in vitro, oszukuje na podatkach, regularnie bije żonę (lub męża), mieszka w Szwajcarii, a na życie zarabia w Londynie.

Normalność do polityki się nie miesza, szanuje autorytety i poglądy, o których słyszy w TV-PiS, dba o rodzinę i swoje interesy. Nie przeszkadza jej aktualny skład TK czy KRS, reforma szkolnictwa, kolejki do lekarza, podwyżki cen prądu ani Republika Banasiowa, bo świetnie rozumie, że w życiu trzeba się umieć „ustawić”. I że darowanemu pięćsetplusowi na ręce się nie patrzy, tylko głosuje na PiS, bo tak stoi w Dekalogu.

Gdzie jej szukać? Głównie na wsi i w małych miasteczkach, przeważnie na wschód od Wisły, ale tak naprawdę to występuje ona głównie w wypowiedziach polityków partii władzy. Bo w realu nikt jej chyba od dawna nie widział.

Na ulicy od dawna widać zaś głównie normalność z zupełnie innej opowieści. Jest to normalność, której kolorowe zdjęcie z Instagrama opisał – w reakcji na podwójne expose premiera i prezesa – Adrian Zandberg z opozycji. Jest to normalność w niczym niepodobna do tej ze wspomnień przywódców partii aktualnie rządzącej. Wolna, równa i braterska oraz – ratuj się kto może – genderowa. Świecka, czyli pozbawiona wszelkich „wartości”. Gejowska jakaś i niepatriotyczna. Niepolska nawet. I nic dziwnego, bo normalność partii Razem to normalność „lewacka”. Taka z brukselskim, a nie swojskim rodowodem. Czyli żadna z niej normalność. Jeśli porównać ją do normalności z definicji panów premiera i prezesa, to wychodzi, że to, normalnie, jakaś patologia…

Toteż kierownictwo formacji władzy wciąż usilnie poszukuje swojej utraconej normalności. Problem w tym, że – jak się zdaje – wystraszona zgniłymi moralnie brukselskimi miazmatami zdążyła już ona zmienić adres, a być może nawet narodowość. Dzisiaj trzeba by jej chyba szukać na Białorusi. Albo w Rosji.

Kaczyńskiemu należy się Nagroda Stalinowska, albo Leninowska. Oto laur dla zbawcy narodu

6 Paźdź

W czasie wiecu w Częstochowie Jarosław Kaczyński nawiązał do wypowiedzi znanej i cenionej na całym świecie reżyserki, Agnieszki Holland.

Mamy niebezpieczeństwo, że nie będzie tak, jak mówiła pani Holland, która skądinąd po tym, jak mówiła, to później mówiła, że nie mówiła i nawet później kilkudziesięciu reżyserów napisało do mnie list, w którym napisało, że ona nie mówiła tego, co mówiła i to można było usłyszeć. Pani Holland powiedziała, żeby „było jak było”. Jeżeli oni wygrają wybory, to będzie dużo gorzej niż było. Oni nie ukrywają, że chcą zlikwidować demokrację” – w dość oryginalnym stylu wypowiedział się prezes PiS.

Agnieszka Holland poproszona o komentarz do słów Kaczyńskiego, stwierdziła, że czuje się dowartościowana tym szczególnym zainteresowaniem prezesa.

To jest w pewnym sensie zaszczyt. W końcu to szara eminencja polskiej polityki, bardzo sprawczy człowiek. Ma dużo zajęć na głowie, bo właściwie rządzi całym państwem jednoosobowo. Skoro jeszcze ma czas, żeby zajmować się moją osobą, to znaczy, że to jest ważna osoba dla niego. Czuję się więc dowartościowana” – ironizuje artystka.

Przy okazji wytyka Kaczyńskiemu kłamstwo dotyczące rzekomego listu od reżyserów: „Nie pisaliśmy listu do pana Kaczyńskiego. Nie ma powodu, żeby on był adresatem. Jest zwykłym posłem. Dlaczego miałabym więc do niego pisać? Jeśli zostanie premierem, to wtedy stanie się adresatem różnych listów otwartych od obywateli” – mówi w rozmowie z dziennikarzami WP Holland.

Za tydzień wybory. W najnowszym Newsweeku o wyborze, który stoi przed Polakami.

Do #13października zostało 7 dni a więc #SkasujPiS

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>

To pytanie zadał publicznie Włodzimierz Czarzasty podczas konwencji Lewicy w Katowicach. Przypomnijmy więc tę kuriozalną propozycję redaktora naczelnego „Gazety Polskiej”: „Kolejna granica absurdu przekroczona – Sakiewicz chce Nobla dla… Kaczyńskiego”.

– „Dobre! Myślę panie Sakiewicz, że ta nagroda, którą już dawno dostał (nagroda „JOBLA”) to szczyt jego możliwości!”; – „…10+ środek tarczy… a tak na poważnie do tej nagrody w parze wystawiłbym.. KACZYŃSKI… TRUMP, że też pisiory na to nie wpadły..”; – „Myślę, że najbardziej uwiera go ta Wałęsy” – komentowali internauci.

Przypomnijmy, że 5 października 1983 roku Komitet Noblowski przekazał swoją decyzję. Pokojowa Nagroda Nobla po raz pierwszy powędrowała w ręce Polaka – Lecha Wałęsy, ówczesnego przewodniczącego Solidarności.

Zwracając się do Jarosława Kaczyńskiego, Czarzasty powiedział: – „Polska, panie prezesie, nie powstała 4 lata temu. Nie zmieni pan historii. Nie zakłamie pan historii. Nie umniejszy pan roli polskiej lewicy. Nie da pan rady. Jeżeli pan patrzy w przeszłość, tę przeszłość powojenną, to niech pan PRL-u nie naśladuje tylko w jednej rzeczy. Mianowicie w upartyjnianiu państwa, bo to nie jest dobry pomysł”.

Czarzasty zapowiedział m.in. utworzenie po wyborach Ministerstwa Polityki Senioralnej. – „Będzie ono koordynowało pracę na rzecz starszego pokolenia” – powiedział szef SLD.  Gościem konwencji był Aleksander Kwaśniewski. Były prezydent mówił o znaczeniu przestrzegania Konstytucji i umacnianiu obecności Polski w Unii Europejskiej.

Niedługo cisza wyborcza, ale nie nad trumnami. Znowu je wyciągną, smoleńskie, starsze, nowsze. Każdy argument jest dobry dla TVP. Od tygodnia wycierają sobie mną tam gębę. W doborowym towarzystwie: Jandy, Stuhrów, jestem zaplutym karłem „elit, które utraciły władzę”. Nie narzekam na swoje władze umysłowe, innych nie mam. W przeciwieństwie do rządzących.

Fot. Źródło: Manuela Gretkowska / Facebook

Kaczyński jest jak granat wrzucony w szambo mentalne nad Wisłą, nie to z Czajki, tylko z zapóźnień cywilizacyjnych. Więc bryzga po wschodniej ścianie Polski.

Izaak Babel poznając na początku XX wieku nasze zacofane Podkarpacie zastanawiał się, czy Słowianie są nawozem historii. Gdy to pisał, nawóz był naturalny, gówniany. Oczywiście, Babel to Żydokomuna i nie nadawałby się na wystawkę w Polinie, które jak obcojęzyczna nazwa wskazuje jest jeszcze niespolonizowanym muzeum o Polsce. Dlatego zarządzać nim powinni heteroseksualnie kochający Polskę Wszechpolacy.

Przypomina się mi dialog z „Zimnej wojny”, pisany pewnie przez Głowackiego. Mało kto miał takie ucho na prlowski bełkot.
 Nie kocha pan Polski – mówi ubek do artysty.
 Kocham – szczerze odpowiada artysta.
 Nie kocha pan.
 Kocham.
– Nie kocha…

Te rozmowy powtórzą się, jeśli PiS wygra. W programie mają pomysł na państwowy statut artysty. Skoro państwowy, to pewnie i narodowo socjalistycznie katolicki. Cóż, ruska komuna, dlatego że obca, była łatwiejsza do zniesienia, od polskiego faszyzmu.

Paranoicy mają dar urealniania swojego zajoba szczegółami. Utopista socjalistyczny Fourier zalecał nowemu społeczeństwu jedzenie arbuzów. Nie pytajcie dlaczego. Zapytajcie Prezesa albo „Call Saul”.

Program PiS-u przewiduje w składzie komisji przyznającej statut artysty 20% ludzi sztuki. Skąd 1/5, a nie liczba Pi? Reszta to chyba biskup, a na pewno urzędnicy. Znając ich kadry – hejterzy, gangusy, burdelarze. Statut na trzy lata, niby renta. Najwidoczniej dla pisowców artysta jest intelektualnie czy jakoś, niesprawny ideologicznie i trzeba go weryfikować. W normalnym świecie artyści należą gdzie chcą; do własnych stowarzyszeń, związków zawodowych, kółek adoracji, albo nigdzie.

W komunizmie skazywano na roboty, „za nie bycie poetą”, na przykład noblistę Brodskiego. U nas minister kultury, oczywiście tradycyjnie pisowski buc, przyzna Jandzie dużą kasę, w supermarkecie. Stuhrów wyślą do kopalni węgla czy soli, bo to blisko Krakowa i żeby nie było gadania o mściwym państwie.

W normalnym świecie nie ma obowiązku hołubić artystów. Ale nie trzeba ich niszczyć. Tylko tępota tępi kulturę.

Na trumnie Polski zamiast sarmackiej gęby zwanej portretem, wystarczy napis: „Idioci idiotom zgotowali ten los„. Na najbliższe lata, wieki, a wieko trumny zamknąć dla dobra klimatu.

Polacy mentalnie przenieśli się do Europy, bo korzyści z życia w Unii Europejskiej sprawiły, że podróż za chlebem do USA straciła sens.

Na półtora tygodnia przed polskimi wyborami parlamentarnymi Donald Trump ogłasza, że Polacy będą mogli latać do USA bez wiz. Niewątpliwie możemy to uznać za życzliwy gest amerykańskiego prezydenta dla ekipy rządzącej w naszym kraju. Ot, taki mały prezencik przedwyborczy. Przecież Trump nie musiał zapowiadać tego właśnie teraz. Gdyby nie chciał się wpisywać w polską kampanię, mógł z tym poczekać parę dni. Nie poczekał.

Jednak zarazem jest to dla Kaczyńskiego nagroda pocieszenia po odwołaniu udziału amerykańskiego prezydenta w uroczystościach 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Przed 1 września „dobra zmiana” nadmuchiwała balon oczekiwań, szykując się do propagandowego zdyskontowania przyjazdu Trumpa do Polski – a tu nici. Przywódca USA wytłumaczył, że nie może przylecieć, bo musi się spotkać z huraganem Dorian na południu Stanów Zjednoczonych. Po czym grał w golfa.

Jeśli dodamy do tego fakt, że wcześniej wpływowe ośrodki i liczący się publicyści apelowali do Trumpa, by nie przylatywał do Polski i nie legitymizował swą obecnością w Warszawie polityki PiS, stanie się oczywiste, że odwołanie wrześniowej wizyty było jak cios kijem. Obecna zapowiedź zniesienia wiz to marcheweczka zaserwowana na osłodę i dla ukojenia bólu.

Propagandyści „dobrej zmiany” próbują ją teraz wykorzystać w agitacji przedwyborczej. „Nie dajmy sobie wmówić, że zniesienie wiz do Ameryki było wyłącznie kwestią techniczną” – apeluje Konrad Kołodziejski na portalu wPolityce.pl. „Zniesienie wiz nie jest tylko skutkiem bezosobowych procedur – pisze. – To również rezultat wielu działań politycznych podejmowanych przez władze polskie i środowiska polonijne w Ameryce. Obecna ekipa może z czystym sumieniem przypisywać sobie dużą część zasług i będzie to w pełni uprawnione”.

Oczywiście Kołodziejski fałszuje obraz rzeczywistości, bo za gest polityczny ze strony Trumpa możemy uznać tylko wybór terminu, w którym ogłosił decyzję. Samo zniesienie wiz nie było zasługą władz – ani polskich, ani amerykańskich – a jedynie konsekwencją spadku odsetka odmów udzielanych polskim wnioskodawcom do poziomu poniżej 3 proc. w skali roku. Większość Polski już dawno temu zeszła poniżej tego progu, jednak statystyki pogarszało Podkarpacie, które tradycyjnie jest zagłębiem emigracji do USA. Dopiero teraz cały kraj zszedł poniżej linii krytycznej.

No więc dobrze, w takim razie spróbujmy odpowiedzieć na pytanie: skoro nie polskim i nie amerykańskim władzom zawdzięczamy zniesienie wiz, lecz samym sobie, to co sprawiło, że gorzej sytuowani obywatele przestali masowo ubiegać się o wizy USA, by pracować za oceanem na czarno?

By mieć całkowitą pewność, trzeba by przeprowadzić badania i ankiety socjologiczne, ale intuicja podpowiada odpowiedź dość prostą, wręcz narzucającą się: to Unia Europejska. Możliwość legalnej pracy w zamożniejszej części Europy sprawiła, że nielegalna praca w USA przestała być atrakcyjna. Po co wyprawiać się za ocean, ukrywać się przed tamtejszymi służbami imigracyjnymi, pracować w warunkach niemal konspiracyjnych bez opieki medycznej i zabezpieczeń socjalnych, narażać się na ryzyko deportacji i zakaz wjazdu, skoro całkiem legalna praca czeka na nas dosłownie za płotem?

We wsi w południowej Polsce na Żywiecczyźnie, w której mam chałupę, liczni moi sąsiedzi nie tylko zatrudnili się w Niemczech, ale wręcz zarejestrowali tam działalność gospodarczą. Remontują mieszkania, układają glazurę, budują domy. Płacą podatki, nikt ich nie ściga, żyją jedną nogą w Polsce, a jedną w Niemczech, bo przyjazd do kraju choćby na weekend nie jest problemem. Wszyscy się już dawno podorabiali samochodów, a podróż autostradą A4 trwa tylko kilka godzin.

W ten oto sposób Europa zajmuje w życiu Polaków miejsce dawniej zarezerwowane dla Ameryki. Realne korzyści płynące z Unii Europejskiej wypierają ze świadomości obywateli mit Stanów Zjednoczonych. I właśnie z tego powodu zniesienie wiz zapewne nie okaże się w kampanii wyborczej PiS wielkim atutem – wielu Polaków amerykańska wiza po prostu przestała obchodzić.

Pojawił się natomiast nowy problem, którego wielu obywateli do końca sobie jeszcze nie uświadamia: w czasie gdy Polacy mentalnie i praktycznie przenieśli się z USA do Unii Europejskiej, rząd odbył podróż w przeciwnym kierunku. Dzisiejsze władze weszły w role bezkrytycznego i służalczego wasala administracji Donalda Trumpa, a jednocześnie skłócają Polskę z Europą i pogarszają jej pozycję w UE. Kwestią czasu – i to niestety raczej niezbyt długiego – jest to, kiedy negatywne konsekwencje tej polityki odczują przeciętni obywatele.

Więcej Klaudii Jachiry – tutaj >>>

Nieuk Morawiecki, szczucie na opozycję, Banaś jako pisowski banan

29 Wrz

Premier wykazuje totalny brak wiedzy o Katowicach, a więc mieście, z którego startuje w najbliższych wyborach do Sejmu. PiS-owski polityk wymyślił teraz nazwę nowej dzielnicy.

Na sobotniej konwencji PiS w Opolu Morawiecki mówił o tym, że górników postrzelonych w kopalni Wujek, przewożono do szpitala w „Ligacicach”. Problemem jest to, że takiej dzielnicy nawet nie ma.

Wpadkę premiera zauważył poseł Borys Budka, który podzielił się informacją z internautami. „Panie Premierze, w #Katowice nie ma takiej dzielnicy jak „Ligacice”. Może chodziło o Ligotę? A może o Bogucice? PS Jeśli mogę w czymś jeszcze pomóc w naszym okręgu, proszę pisać 😉” – napisał na Twitterze działacz Koalicji Obywatelskiej.

Mateusz Morawiecki próbował również nieudolnie popisywać się śląską „gwarą”. „Godka to niy gwara” – napisała wtedy Monika Rosa z Nowoczesnej.

„Śląskość” Morawieckiego została także zmasakrowana przez Łukasza Kohuta, europarlamentarzystę Wiosny. „Jest zwykłym spadochroniarzem startującym z regionu, z którym nie ma nic wspólnego. Jestem przeciwny przerzucaniu kandydatów pomiędzy województwami. To instrumentalne traktowanie wyborców” – przyznał polityk.

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>

Posłanka PO-KO, Ewa Lieder została na ulicy uderzona pięścią w twarz.

Szłam ulicą, to było ok. godz. 19, w okolicach dworca w Gdańsku i patrzyłam w telefon. Młoda kobieta, trochę wyższa ode mnie, wyciągnęła rękę i z całych sił uderzyła mnie pięścią w czoło. Pewnie celowała w nos” – opowiada polsatnews.pl Lieder.

Do incydentu doszło w czerwcu bieżącego roku. Posłanka uważa, że atak był związany z pełnioną przez nią funkcją, ale nie wyklucza również, że wpływ może mieć również jej uderzające podobieństwo do prezydent Gdańska, z którą bardzo często jest mylona.

To co najbardziej wstrząsnęło Ewą Lieder, to zupełny brak reakcji przechodniów na agresywne zachowanie młodej kobiety, która po zadanym ciosie spokojnie odeszła.

Do chwili obecnej posłanka nie zgłosiła zajścia na policję, jednak nie wyklucza, że to zrobi. „Nie zgłosiłam, bo nic poważnego mi się nie stało.ak powiedziałam o tym paru osobom, pani prezydent Dulkiewicz zaleciła mi, aby pomimo upływu czasu, jednak tę sprawę zgłosić. I zgłoszę, dla zasady.”

Program Koalicji Obywatelskiej, czytaj tutaj >>>

Włodzimierz Czarzasty zakpił z Mariana Banasia na weekendowej konwencji Lewicy. Przywódca SLD w pewnym momencie wyciągnął telefon i odegrał prześmiewczą scenkę, w której odgrywał rolę alfonsa z agencji towarzyskiej.

„Marian. Paolo dzwoni. Jak to, skąd dzwonię? Z burdelu dzwonię!” – mówił na scenie socjaldemokratyczny polityk, wzbudzając tym rozweselenie uczestników spotkania. Czarzasty nawiązał w ten sposób do skandalu wokół prezesa NIK Mariana Banasia i jego kamienicy, gdzie – według reporterów Superwizjera – wynajmowano pokoje „na godziny”.

Lider centrolewicy odniósł się również do przeszłości Banasia. Polityk przypomniał o tym, że Banaś pracował wcześniej w NIK, Krajowej Służbie Skarbowej i Ministerstwie Finansów.

Czarzasty nie ograniczył się do sypania żartami; polityk porównał program Lewicy z programem… Prawa i Sprawiedliwości. „Nam chodzi o to, by seicento wygrało z kolumną rządową. Im nie chodzi o uczciwych sędziów, ale o naszych sędziów” – wyznał socjaldemokrata.

Konserwatywne państwo dobrobytu to PiS. Nowoczesne państwo dobrobytu do Lewica. Chleb dają w jednym i drugim, ale wolność jest tylko w jednym państwie” – Czarzasty kontynuował ten wątek w swoim wystąpieniu.

Internauci skomentowali żart Czarzastego w równie komiczny sposób.  „Po prostu żyjemy w banasiowej republice” – napisał jeden z nich. Inne komentarze były równie zabawne, ale jednocześnie na tyle ostre, że nie nadają się one do opublikowania na portalu informacyjnym.

Pedagog hejtujący 16-letnią dziewczynę – do niedawna nie mieściło się to w głowie. Ale nastąpiła dobra zmiana.

Małopolska kuratorka oświaty Barbara Nowak zaatakowała na Twitterze działaczkę ekologiczną ze Szwecji Gretę Thunberg. „Wymyśl sobie problem. Wyjdź na ulicę i zacznij protestować. Zafunduj sobie tournee po Europie i umów na wizytę z kanclerz Niemiec. Niech o tobie piszą wszystkie znane tytuły i portale. To takie proste. Prawda?” – napisała Nowak.

Pomińmy tu samą istotę problemu klimatycznego, który środowiska nacjonalistyczne, religijne i konserwatywne z niewiadomych powodów  uznają za element podziału na lewicę i prawicę. Martwisz się globalnym ociepleniem – to znaczy, że jesteś z lewicy; prawicowiec nie wierzy w takie rzeczy i nie przejmuje się nimi. To oczywiście jakiś rodzaj ideologicznego zajoba, ale na chwilę od niego abstrahujmy. Znacznie ciekawszy jest bowiem aspekt profesjonalny.

Otóż, pani Nowak jest kuratorem. Pedagogiem. Wychowawcą młodzieży. Ba, nadzorcą wychowawców, oberwychowawcą. Jej zadaniem i powołaniem jest dbanie o rozwój uczniów, stwarzanie warunków i bodźców stymulujących młodych ludzi do zdobywania wiedzy, rozwijania talentów i do socjalizacji polegającej m.in. na wszechstronnym zaangażowaniu w różne aktywności na forum publicznym.

Jeśli nawet z punktu widzenia starszej generacji, którą reprezentuje Nowak, przesiąknięta młodzieńczym idealizmem aktywność 16-letniej Grety Thunberg wydaje się nieco naiwna i egzaltowana, to przecież taka jest natura młodości. Czy ktoś może wskazać w historii jakikolwiek ruch skupiający młodzież, który byłby bardzo wyważony i dojrzały?

Zapalczywi i naiwni byli młodzi ludzie skaczący na ulicach przeciw projektowi ustawy ACTA, egzaltowani byli odziani w kolorowe kamizelki hipisi skandujący „Мake love, not war”, niewyważeni byli młodzi idealiści, którzy w 1830 r. wyszli ze Szkoły Podchorążych, by wzniecić powstanie listopadowe. Taka po prostu jest natura młodzieńczego idealizmu.

Dla wychowawcy ważna powinna być nie treść postulatów, lecz sam fakt zaangażowania w sprawy publiczne. Powinien się cieszyć, że jego wychowanek chce zmieniać świat, uczestniczyć w życiu społecznym, kształtować rzeczywistość. Każdy wychowawca wie, że musi swoich podopiecznych w tym kierunku popychać, zachęcając ich do angażowania się różne aktywności społeczne i stawiając im za wzór właśnie takie osoby jak Greta Thunberg. To elementarz warsztatu zawodowego.

Czy można sobie wyobrazić pedagoga, ba, oberpedagoga!, hejtującego 16-letnią dziewczynę angażującą się w sprawy publiczne, podcinającą skrzydła jej rówieśnikom, szydzącą z ich idealizmu? Do niedawna nie mieściło mi się to w głowie. Jednak w 2015 r. w Polsce nastąpiła „dobra zmiana”, która do różnych godności i stanowisk wyniosła takie postacie jak małopolska kuratorka Anna Nowak.

Problemem kadr PiS-u jest bowiem nie tylko polityczne i ideologiczne zacietrzewienie, lecz przede wszystkim brak kompetencji, skrajny nieprofesjonalizm, żenująca amatorszczyzna. Bo przecież nie o jedną Annę Nowak tu chodzi.

Oto fotel prezesa Trybunału Konstytucyjnego zajmuje magister Przyłębska, która w sądzie w Poznaniu została uznana za nienadającą się do orzekania. Zwierzchnikiem słynnej na cały świat stadniny zostaje człowiek, pod którego rządami konie padają, a uczestnicy aukcji uciekają, gdzie pieprz rośnie. Ministrem oświaty zostaje ignorantka, która demoluje szkolnictwo, a następnie ucieka do europarlamentu, pozostawiając po sobie dymiące zgliszcza. Szefem parlamentu przez kilka lat jest technik ogrodnictwa, który potrafi posługiwać się sekatorem, lecz nie laską marszałkowską. W armii przez długi czas panoszy się aptekarz, niejaki Bartłomiej Misiewicz, któremu mają oddawać honory generałowie.

Jakość kadr PiS-u celnie scharakteryzował szef państwowego funduszu nadzorującego Stocznię Szczecińską i Stocznię Remontową Gryfia, a zarazem szef Polskiej Żeglugi Morskiej Paweł Brzezicki, opisując w wewnętrznym biuletynie perypetie z budową promów: „Instytucje wybrane do realizowania tego projektu – choć mają wysokie mniemanie o sobie – tak naprawdę są zbyt słabe, by budować statki. Są słabe po wielokroć – mają zbyt mało pieniędzy, a pracujący tam trzydziestolatkowie mają zbyt mało wiedzy na temat budowy statków i generalnie shippingu”.

To najlepsza charakterystyka „dobrej zmiany”: zbyt mało wiedzy i wysokie mniemanie o sobie. Ignorancja i arogancja.

Pasqudy PiS prowadzą Polskę do faszyzmu. Z życia pasqud 14

9 Lip

Sędzia Igor Tuleya w programie Onet Ranowypowiedział się na temat zmian w sądownictwie wprowadzanych przez rząd PiS.

Stowarzyszenie Sędziów Polskich: Przedstawiamy kompleksowy raport, opisujący wszystkie przypadki represji władz wobec niezależnych polskich sędziów. W raporcie opisano różnego rodzaju działania, jakie zostały już podjęte, wobec dwudziestu jeden polskich sędziów.

>>>Raport<<<

Lider SLD Włodzimierz Czarzasty w ostry słowach odpowiedział – w programie Onet Rano – na liczne komentarze, jakie pojawiły pod jego głośnym twittem z 3 lipca.

„Byłem z Julią Przyłębską w Socjalistycznym Związku Studentów Polskich a ze Stanisławem Piotrowiczem i Marcinem Wolskim w PZPR. Myślałem, że jestem wielką mendą a okazuje się że można być większą. Można z taką przeszłością zapisać się do PIS i awansować. Uczę się całe życie” – napisał wówczas polityk.

Teraz równie mocno stwierdził, że od historii nikt nie ucieknie i on sam nie ma zamiaru uciekać.Przyznał, że należał zarówno do Zrzeszenia Studentów Polskich jak i do PZPR, a później wstąpił do SLD. „Nie mówię, że nie byłem, nie tłumaczę tego, nie zasłaniam się, nie ukrywam” – oznajmił polityk. Dodał, że najbardziej śmieszy go to, że w związku z tym, że rządzi PiS to nie wszyscy, ale część ludzi, którzy służyli reżimowi chowają to gdzieś pod koszulę, w staniki, w buty i mówią: „nie, nigdy w życiu nas tam nie było”.

To jest mendziarstwo” – ocenił, podkreślając, że „każdy ma swój życiorys i musi za ten życiorys brać odpowiedzialność”.

Polski populizm rości sobie prawo do przemawiania w imieniu całego, jednolitego narodu i stawiania poza granicami tego narodu tych, którzy się z tym nie zgadzają; decyzje podejmowane są przez jedną osobę, co jest więcej niż zagrożeniem dla demokracji, bo jest już brakiem demokracji – takie m.in. tezy stawia w obszernym wywiadzie profesor uniwersytetu w Sydney Wojciech Sadurski.

  • – Polska nie jest państwem faszystowskim. Ktoś, kto by to powiedział, byłby winny dewaluacji tego strasznego pojęcia. Natomiast mamy do czynienia z elementami dyskursu faszystowskiego – mówi Sadurski
  • – Patrząc na nasz kraj przez okulary konstytucjonalisty, uznaję, że załamanie podziału władz jest najgroźniejszym elementem ataku na demokrację – uważa
  • – Tak naprawdę wszystkie inne instytucje realizują wolę jednego człowieka. Na tym nie może polegać demokracja – komentuje
  • – To chore i patologiczne, że Kaczyński mógł nastraszyć społeczeństwo zalewem fali imigrantów – ocenia

Z Wojciechem Sadurskim rozmawiałem za pośrednictwem Skype’a. Pan profesor jest prawnikiem konstytucjonalistą, filozofem, politologiem. Wykłada w Instytucie Europejskim uniwersytetu we Florencji oraz na uniwersytecie w Sydney, gdzie mieszka na stałe. Jest też bardzo aktywnym komentatorem w mediach społecznościowych.

Profesor Sadurski jest jednym z współtwórców Concilium Citivitas, rady, w skład której wchodzi kilkudziesięciu polskich uczonych pracujących poza granicami kraju. W dniach 9-10 lipca odbywa się pierwszy zjazd Concilium, na który wstęp jest wolny po rejestracji na stronie www.conciliumcivitas.pl. Onet jest partnerem medialnym wydarzenia, partnerem radiowym jest TOK FM.

Prof. Sadurski na zjazd Concilium Civitas nie zdołał dojechać, a kiedy rozmawialiśmy, był akurat w Santiago, stolicy Chile. Oto zapis najważniejszych wątków rozmowy:

Pisze Pan obszernie o populizmie. Czy może Pan to zjawisko zdefiniować?

Wojciech Sadurski: Populizm jest ogromnie szkodliwy i dla państwa, i dla społeczeństwa. Jest jednak zjawiskiem nie tylko polskim, ale i europejskim, światowym.

Uważam, że populizm jest reakcją na niedostatki demokracji liberalnej, ale reakcją niedemokratyczną i w tym sensie tak zwana demokracja nieliberalna, taka, która powstaje w reakcji na niedostatki demokracji liberalnej, jest pojęciem wewnętrznie sprzecznym.

Demokracja – ta bezprzymiotnikowa – nieuchronnie zakłada nie tylko władzę większości, wyrażoną w wyborach, ale także to, by ten efekt wyborczy był ugruntowany pewnymi wolnościami i uprawnieniami obywatelskimi, bez których nie ma mowy o wolnych wyborach.

Jak by Pan opisał polski populizm?

Każdy populizm jest reakcją na pewne niedostatki sytuacji społeczno-politycznej, ale te niedostatki są różne. Stąd mamy do czynienia z populizmami w liczbie mnogiej na świecie, a nie z populizmem jednym i tym samym. Niemniej są pewne cechy wspólne i te cechy wspólne w Polsce przejawiają się w sposób wyjątkowo aberracyjny.

To jest, po pierwsze, niechęć do uznania pluralizmu politycznego i związane z tym roszczenie do przemawiania w imieniu całego, jednolitego narodu. I stawianie poza granicami tego narodu tych, którzy się z tym nie zgadzają.

Po drugie, niechęć do instytucji demokracji przedstawicielskiej i rozmaitych instytucji parlamentarnych, które wymagają trudnego uzgadniania kompromisów. Chodzi o podejście do demokracji na zasadzie, którą nazywam plebiscytarną, to znaczy na zasadzie plebiscytu nad przywódcą, a nie nad poszczególnymi politykami.

Po trzecie niechęć do rozmaitych instytucji tzw. wetujących, czyli instytucji opóźniających – wpływających, a czasem wręcz kwestionujących decyzje organu przedstawicielskiego, w oparciu o pewne ograniczenia o charakterze praw i wolności obywatelskich. To są sądy konstytucyjne, czy na przykład organy polityki finansowej, jak niezależny bank centralny, czy też służba cywilna, która nie jest jednoznacznie podporządkowana większości parlamentarnej.

Populizm odrzuca demokrację?

Populizm odrzuca tę strukturę instytucjonalną demokracji, która modyfikuje, a czasem kwestionuje decyzje większości parlamentarnej. Populizm działa na zasadzie „zwycięzca bierze wszystko”.

Skoro w plebiscycie wyborczym wyborca dał nam władzę, to przez okres najbliższej kadencji mamy carte blanche na rządzenie, a rozmaite instytucje, jak niezależne sądy, inne niezależne instytucje służby publicznej np. bankowości czy wojska, są pewnym irytującym balastem, który należy porzucić. To wszystko jest cechą populizmu wszędzie na świecie i tak jest niestety w tej chwili w Polsce.

Jak to działa?

Populizm opiera się na pewnych hasłach. Jeżeli uda się przekonać społeczeństwo, że populistyczny przywódca zna odpowiedź na problemy zawarte w tych hasłach, to jest to droga do zwycięstwa.

Do tych haseł należy po pierwsze bardzo silny antyelityzm lub antyestablishmentowość, czyli przekonanie społeczeństwa, że dotychczas rządząca elita oderwała się od społeczeństwa i nie rozumie, nie szanuje jego problemów.

Po drugie niechęć do „obcych”, najczęściej definiowanych jako imigranci lub uchodźcy, ale często są to również obcy „wewnętrzni”, czyli ludzie należący do innej niż dominująca religii i rasy, orientacji seksualnej itd. Przedstawia się tych obcych jako wrogów, zagrażających dotychczasowemu trybowi życia.

Po trzecie jest to frustracja klas średnich i średnich niższych, które uważają, że tracą swoją społeczno-ekonomiczną pozycję.

I wreszcie ostatnie z tych haseł, hasło kontrkulturowe, czyli lęk przed nowym w kulturze społecznej, lęk przed tym, co wydaje się sprzeczne z tradycyjnymi ustalonymi hierarchiami, światopoglądem, religią, rodziną itd. A zatem wołanie o równość, w tym równość dla społeczności LGBT, równość płci, niedyskryminacja, otwartość na „nowinki kulturowe”.

Populiści prawicowi przeciwko temu wszystkiemu mobilizują opinię publiczną, mówiąc, że oni są po stronie wartości tradycyjnych.

I teraz, jeżeli weźmiemy te cztery kategorie haseł, to w różnych konfiguracjach i z różną intensywnością występują one w różnych państwach, gdzie populizm dominuje. W Polsce wydaje mi się, że element społeczno-ekonomiczny ma raczej drugorzędną wagę. Ale największą wagę ma połączenie trzech haseł PiS-u, czyli antyelitaryzmu, lęku przeciwko obcym i tradycjonalizmu kulturowego.

Ale dlaczego publiczność tego słucha?

Te zjawiska, hasła, które wymieniłem, mają być odpowiedzią na niewątpliwie załamanie się dotychczasowego linearnego wzrostu pozycji klasy średniej i niższej średniej – to jest kwestia mniej więcej ostatniej dekady.

Ale jeżeli przyjrzymy się temu w Polsce, to tutaj widzimy, że trzy główne elementy, o których powiedziałem – element antyelitarny, antyobcy i tradycjonalizmu kulturowego – w sposób naturalny zaostrzyły się w ostatnich latach rządów PO.

Jeśli chodzi o pierwszy element, to mieliśmy do czynienia po raz pierwszy z bezprecedensową sytuacją w całej Europie Środkowej, że jedna i ta sama formacja polityczna rządziła przez dwie następujące po sobie kadencje, czyli stosunkowo łatwo było dostrzec zmęczenie aktualnym establishmentem, aktualną elitą, ona już się opatrzyła, ale w pewnym sensie nastąpiło jakieś zmęczenie materiału.

Jeśli chodzi o drugi, to przecież jest chore i patologiczne, że Kaczyński mógł nastraszyć polskie społeczeństwo zalewem fali imigrantów, w szczególności imigrantów muzułmańskich. I wreszcie, jeśli chodzi o trzecią sprawę tradycjonalizmu, to jakby ten rosnący wpływ na świadomość publiczną ze strony rozmaitych nowych form egalitaryzmu, z których niektóre są sprzeczne z tradycyjnym nauczaniem Kościoła. I to również jest kwestia mniej więcej ostatniej dekady.

Te trzy typy zjawisk nastąpiły z taką intensywnością, że zmiana ma charakter jakościowy. I mogły dać populistom odpowiedzi na wszystkie lęki związane z tymi trzema sytuacjami.

A co z zakwestionowaniem trójpodziału władzy?

Patrząc na Polskę przez okulary konstytucjonalisty, uznaję, że załamanie podziału władz jest absolutnie centralnym, najważniejszym, najgroźniejszym elementem ataku na demokrację, na instytucje demokratyczne. Ja przyjmuję definicję demokracji jako składającą się z trzech elementów, to znaczy z wolnych wyborów, praw i wolności obywatelskich oraz trójpodziału władz.

I w Polsce, jeśli chodzi o wpływ PiS-u na strukturę demokratyczną, to ten ostatni element uległ totalnej destrukcji, w odróżnieniu do pierwszych dwóch. Zatem mamy do czynienia z sytuacją, w której cała władza skoncentrowana jest w jednych rękach, czyli w rękach przywódcy partii większościowej, partii hegemonistycznej.

Jest to fundamentalnym nie tylko podważeniem, ale jest atakiem na same fundamenty demokracji. Bo demokracja wymaga, by cała władza nie była w jednych rękach.

Czy taki model demokracji jest wszędzie na świecie taki sam?

Mamy w światowym konstytucjonalizmie rozmaite modele. Mamy model tzw. trójpodziału władzy wywodzącego się od Monteskiusza, który to model generalnie panuje w Europie. I mamy model zwany w Stanach Zjednoczonych „checks and balances” (kontrola i równowaga) – to nie jest trójpodział władzy, ale zasada jest taka, że żadna z władz nie ma absolutnych kompetencji w swoim zakresie, czyli jest jakby kontrolowana i ograniczana przez inne instytucje.

W Polsce mamy do czynienia z zaprzeczeniem i jednego modelu i drugiego – nie mamy już trójpodziału władzy dlatego, że władza większości parlamentarnej, czyli władza ustawodawcza, kontroluje zarówno władzę wykonawczą, jak i w coraz większej mierze władzę sądowniczą. Nie mamy do czynienia z „checks and balances”, dlatego że władza lidera partyjnego jest niczym nieograniczona.

A dokładniej?

Struktura konstytucyjna, która mówi o tym, kto ma jakie kompetencje, nie ma odzwierciedlenia w faktycznym podejmowaniu decyzji publicznych, gdyż wszystkie istotne decyzje podejmowane są przez jedną osobę.

I teraz, gdyby nawet ta osoba była człowiekiem nadzwyczajnej mądrości i cnoty – a nie jest – ale nawet gdyby była, to sam ten fakt jest śmiertelnym zagrożeniem dla demokracji. Więcej niż zagrożeniem – jest już brakiem demokracji.

W Polsce PiS-owi udało się prawie całkowicie obalić podział władzy. To znaczy, są jeszcze jakieś reduty niezależnej władzy, czyli niektórzy sędziowie, którzy nie poddają się dominacji ministra sprawiedliwości, czy organy takie, jak Rzecznik Praw Obywatelskich, który z kolei ma dużą moc symboliczną i prawną, ale bardzo małą moc sprawczą, bo nie podejmuje decyzji.

Tak naprawdę wszystkie inne instytucje realizują wolę jednego człowieka. Powtarzam: na tym nie może polegać demokracja. Demokracja musi być władzą ograniczoną. A w Polsce nie jest.

Ten autorytaryzm, o którym Pan mówi, odbieranie demokracji atrybutów demokracji, czy to nie brzmi jak faszyzm?

Nie, absolutnie to nie jest faszyzm. Natomiast skoro pan to słowo przywołał, chciałbym wyjaśnić, że należy odróżnić instytucjonalny faszyzm, czyli ustrój faszystowski, od dyskursu faszystowskiego.

Otóż w Polsce mamy do czynienia z obecnością już nie tylko śladowego, niestety, dyskursu typowo faszystowskiego. Nie obciążam za jego wprowadzenie samej władzy, natomiast obciążam ją za tolerowanie i czasem wykorzystywanie tego dyskursu. Na przykład nieskrywany rasizm widoczny w propagandzie antyimigranckiej jest dla mnie przejawem dyskursu faszystowskiego.

Polska nie jest państwem faszystowskim. Ktoś, kto by to powiedział, byłby, poza wszystkim innym, winny dewaluacji tego strasznego pojęcia.

Natomiast mamy do czynienia z elementami dyskursu faszystowskiego i jakkolwiek by to brzmiało radykalnie, to jestem gotów bronić tego poglądu i dawać dowody tego dyskursu w sferze publicznej, w tym także w telewizji publicznej. Bo to, że są jacyś faszyści gdzieś na obrzeżach społeczeństwa, to jest to cecha każdego państwa demokratycznego – w każdym państwie demokratycznym mamy do czynienia z rozmaitymi typami aberracji.

W momencie jednak, gdy elementy tych aberracji są przejmowane przez telewizję publiczną, telewizję kontrolowaną przez władzę publiczną i utrzymywaną przez podatnika, w tym momencie ten dyskurs polityczny – dyskurs faszystowski – wpełza do życia publicznego i wtedy wszyscy musimy się temu przeciwstawić.

Czy to się może zmienić?

To znaczy, czy mam nadzieję, że najbliższe wybory coś zmienią? Oczywiście, że mam na to wielką nadzieję i bardzo bym tego chciał. Nie jestem jednak politologiem, kimś kto się zajmuje liczeniem słupków i wróżeniem z fusów o tym, jakie będą wybory, ale bardzo na to liczę i bardzo, bardzo tego pragnę dla Polski.

Sianie propagandy nienawiści czy szerzenie nieprawd to specjalność PiS – mówi Bartosz Arłukowicz w rozmowie z Magdą Jethon.

Śledzi Pan kampanię PiS?

Generalnie rzecz ujmując tak, choć będąc w środku naszej kampanii, nie oglądam się na przeciwników. Nie prowadzę też walki wewnątrz partii, takie mam zasady. Każdego dnia robię swoje.

A słyszał Pan, że Jarosław Kaczyński na konwencji PiS powiedział: „Jesteśmy wyspą wolności i dlatego jesteśmy tak cenni dla całego świata”?

To jest absurdalne rozumowanie. Kaczyński od lat buduje alternatywną rzeczywistość. To przecież on jest autorem słynnych słów, że „nikt nam nie będzie wmawiał, że czarne jest czarne, a białe jest białe”. To oni – politycy PiSu podzielili Polaków na lepszy i gorszy sort, nazywali „kanaliami”, „zdradzieckimi mordami” z wtórującym Joachimem Brudzińskim krzyczącym na ulicy „komuniści i złodzieje”. A na okrasę, wisienka na torcie, pani premier Szydło krzycząca z mównicy sejmowej „nam się te pieniądze po prostu należały” to jest dla mnie kwintesencja PiS.

A jak się Panu podoba taki obrazek: Kaczyński z karabinem w ręku, spoglądający w celownik i hasło: „Przed nami nowe cele” .

A to nie jest jakiś mem?

Zdjęcie z takim hasłem zamieściło na Twitterze Małopolskie PiS jako reklamę konwencji tej partii w Katowicach…

Cała filozofia PiS polega na podziale Polaków, na podziale społeczeństwa, dewaluacji elit, próbie wymiany elit, destabilizacji instytucji państwa. To jest zamierzony plan, który Kaczyński wprowadza w życie, budując nienawiść każdego dnia. Wzbudza takie emocje, które powodują, że Polacy nie patrzą na „osiągnięcia” rządu, nie widzą tych wszystkich złych rzeczy, które dzieją się w rządzie. Budowanie tych emocji zasłania prawdę o rządzie i o tym, co tam się dzieje – myślę o sposobie rządzenia państwem, nepotyzmie, zatrudnianiu najbliższych, o nagrodach etc.

Wasza kampania już się zaczęła, chociaż jeszcze nie wiadomo, kto będzie w koalicji. PSL zostawiło decyzję Platformie, ale tak naprawdę to podjęło decyzję…

Uważam, że nie ma miejsca na spory w opozycji. To mnie bardzo boli, bo o to właśnie chodzi Kaczyńskiemu. Taki jest jego scenariusz – skłócona, polemizująca ze sobą, opozycja. Jestem przeciwnikiem dyskutowania opozycji ze sobą i o sobie, jestem zwolennikiem prowadzenia kampanii w walce o głosy wyborcze z PiS, a nie z Biedroniem, czy z Kosiniakiem-Kamyszem.

Kosiniak-Kamysz tego nie rozumie?

Jestem przekonany, że akurat Władek to rozumie. Pytanie tylko, czy jest dobry czas, żeby dyskutować między sobą i stawiać warunki, że z tym tak, a z tamtym nie.

Połowa społeczeństwa martwi się, czy dacie radę, czy wyciągnęliście jakieś wnioski z kampanii do Europarlamentu, czy wiecie, co poszło nie tak?

Czas kampanii opartej tylko i wyłącznie na billboardach, na konferencjach prasowych, na konwencjach partyjnych bezpowrotnie minął. Dzisiaj, w dobie Internetu, powszechnego i błyskawicznego dostępu do informacji, tysiąca opinii różnych ludzi na ten sam temat, nie można zbudować skutecznie kampanii tylko na konwencjach. To musi być interaktywna praca z wyborcami, dostosowana do nowych warunków i rzeczywistości, musi to być kampania na ulicy.

PiS ponoć podczas kampanii prezydenckiej Dudy korzystał z usług amerykańskiej firmy z Chicago. Czy opozycja ma takie wsparcie?

Tego nie wiem, ale ja najlepiej czuję się wśród ludzi, w niewielkich miejscowościach, miasteczkach, wioskach i taką kampanię zamierzam prowadzić.

Prezes Kaczyński nie ukrywa, że PiS korzysta z badań socjologicznych. Czy koalicja robi to również?

Oczywiście, że tak. Rozmawiamy z profesorami, ekspertami, socjologami, psychologami społecznymi, ale kluczem w polityce są jednak emocje wyczuwania nastroju społecznego. To jest najważniejsze w kampanii.

Wierzy Pan, że wystarczy wyjść do ludzi, uścisnąć dłoń i rozmawiać?

Kampania jest wieloaspektowa, musi być złożona z różnych elementów. Nie można dzisiaj wygrać wyborów, opierając się tylko i wyłącznie na dużym przekazie. Kampanię można wygrać, łącząc duży przekaz z intensywną pracą na ulicy. Jestem świeżo po bardzo trudnej, ciężkiej, dużej kampanii do Parlamentu Europejskiego i nie mam wątpliwości, że ten bardzo dobry wynik, który nawet mnie zaskoczył, uzyskałem dzięki temu, że spędziłem trzy miesiące na ulicy, dzień w dzień, od świtu do nocy.

Akurat Pan sobie świetnie radzi w rozmowach oko w oko z wyborcami. Czy jednak koledzy są równie dobrze przygotowani? Nie każdy ma zdolność wejścia w tłum i rozmawiania…

Każdy ma inne umiejętności, ale polityka to jest gra zespołowa i trzeba umieć to połączyć. Jedni mają wyjątkowy dar do organizacyjnego prowadzenia partii politycznych, drudzy mają dar, żeby być na ulicy, trzeci do analiz eksperckich i merytorycznych. Tylko połączenie tych zdolności daje dobry efekt.

Potrzebne są jakieś spójne opowieści, jakieś konkrety… Mówi Pan o tym, że np. na chemioterapię dla wszystkich Polaków chorych na raka w Polsce wydaje się rocznie 1,3 mld zł. Dokładnie tyle samo, ile obecny rząd przekazał na tzw. media publiczne? Czy ludzie to wiedzą?

Na każdym spotkaniu o tym mówię. Ludzie są zaskoczeni, dlatego że przeciętny obywatel nie zdaje sobie sprawy ze skali tej kwoty. Nikt z nas miliarda prawdopodobnie na żywo nie widział. Kwota 1,3 mld to suma trudna do wyobrażenia, ale jak się powie ludziom na spotkaniu, że przekazano na „telewizję publiczną” pieniądze, które wydaje się rocznie na chemioterapię dla wszystkich ludzi chorych na raka w Polsce, to ludzie otwierają oczy szeroko i mówią – to jest niemożliwe. A ja mówię: to jest możliwe i to jest prawda.

Macie więcej takich faktów, krótkich, spójnych….

Oczywiście, rozmawiamy o sprawach bliskich ludziom. Ludzie pytają o ceny, to jest coś, co bardzo doskwiera, widzą to w swoim sklepiku, warzywniaku. Dziś pietruszka kosztuje około 20 zł za kilogram, a masło podrożało przeszło 50 proc. To są rzeczy, o których politycy muszą mówić, dlatego, że jeżeli będziemy mówili tylko o wielkich ideach, projektach politycznych, to nie trafimy do ludzi. To są dla nich obce tematy, ludzie muszą rozmawiać o tym, co dotyczy ich życia, o ich chodniku, drodze czy szkole. Często podchodzą do mnie i mówią: „polityka mnie nie dotyczy, ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego”, nie zdając sobie sprawy z tego, że polityka dzisiaj wkracza do prywatnego domu każdego z nas. Politycy dzisiaj chcą decydować, jak mamy żyć, z kim mamy spać, kogo możemy trzymać za rękę. Polityka wkracza na sale porodowe, mówi kobietom, jak mają rodzić dzieci. Polityka dzisiaj uniemożliwiła korzystanie z programu in vitro. To są fakty, na które codziennie wpływa polityka. Polityka też kształtuje to, jak będą wyglądały nasze szkoły 1 września. Polityka zdecydowała o tym, jak wyglądają podręczniki naszych dzieci. Mógłbym tak wymieniać bez końca…

Podczas ulicznych spotkań nie ma zbyt dużo czasu na odkłamywanie propagandy rządowej. Jesteście przygotowani na odpieranie zarzutów, często fałszywych?

Sianie propagandy nienawiści czy szerzenie nieprawd to specjalność obecnej ekipy rządzącej. Walczymy z tym. Dobry przykład mieliśmy w sobotę, kiedy na konwencji PiS użyto brutalnie człowieka, pana Andrzeja, którego spotkaliśmy na ulicy w Węgrowie i z którym sympatycznie porozmawialiśmy. Na szczęście udało mi się obnażyć manipulację pani premier Szydło oraz całych dywizjonów trolli internetowych, które ruszyły w tej sprawie i próbowały wmówić widzom i czytelnikom, że nasz sympatyczny śmiech był naśmiewaniem się z pana Andrzeja. Ten dzień, jak w soczewce pokazał, że ekipa PiS użyje każdego narzędzia, zniszczy każdego człowieka, dla swojego krótkiego celu politycznego.

PiS śledzi Wasze spotkania kampanijne?

W miniony weekend nie odstępowała nas ani na chwilę TVP Info.

A co najczęściej ludzie Wam zarzucają? Co do Was krzyczą na ulicy? Że odbierzecie 500+?

Ludzie rozsądni doskonale wiedzą, że tak się nie stanie. Że to jest kłamstwo stworzone i wmawiane przez PiS.

Ale głosują też nierozsądni…

Staram się wszystko tłumaczyć, bo jestem zwolennikiem nieodcinania się od elektoratu PiS, czy wręcz przekonywania go do siebie. W kampanii jeździłem głównie do miasteczek, w których mieliśmy najmniejsze poparcie, czy w których PiS wygrywał. Takim miasteczkiem,  gdzie nasze wyniki nie były najlepsze jest Białogard. Byłem tam wielokrotnie po to, żeby przekonać mieszkańców do siebie i udało się. Takich miast „odbijanych” jest dużo. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że jakieś miejsca to są bastiony PiS i tam nie ma po co jeździć. Ja w sobotę byłem w bastionie PiS na Podlasiu, byłem w Augustowie, Suchowoli, w Suwałkach…

Ale to nie są dla Pana przyjemne miejsca?

Nic podobnego. Spotkałem bardzo dużo sympatycznych reakcji. Były też negatywne zachowania, ale nie ma co się tym przejmować. Ludzie w większości byli zadowoleni, że byliśmy w ich miastach, że ich odwiedziliśmy, podaliśmy setki rąk, rozmawiali z nami. Niektórzy mówili, że na nas czekali.

To pewnie była akurat grupa waszych zwolenników…

Nie, na rynku rolno-towarowym w Białymstoku, o 8.00 rano, w sobotę, nie mogłem spotkać wycelowanej grupy. Ja się nie spotykam, jak Kaczyński z gronem swoich fanów przywiezionych autobusami, w zamkniętym pomieszczeniu i w tłumie ochroniarzy, tylko idziemy ekipą „Bartek team”, a teraz „Koalicja team”, na rynek rolno-towarowy w Białymstoku, tam, gdzie stoją ludzie i sprzedają marchewkę, pietruszkę, warzywa i są wkurzeni na rzeczywistość. Tam wchodzimy, ale nie po to, żeby mówili panie Bartku super, że pan przyjechał, tylko wchodzę przekonać gościa, który do mnie krzyczy komunisto. I w końcu go przekonuję.

A sprawdzał pan, jaki miał Pan wynik w Białogardzie?

Tak. W mieście Białogard nasza lista zdobyła 3 665 głosów, co dało 49,78%. Ja sam zdobyłem 2 647 głosów. Dodam, że w Koszalinie, wchodząc na giełdę koszalińską – to jest takie specyficzne miejsce, gdzie kilkanaście tysięcy ludzi handluje wszystkim w każdą niedzielę – udało mi się zdobyć więcej głosów niż cała lista PiS razem wzięta. Czyli wszyscy politycy PiS zdobyli mniej głosów niż ja, chodząc po giełdzie przez cztery niedziele.

Kampania to Pana żywioł… super skutecznie walczył Pan o siebie, ale teraz ma Pan walczyć o partię. To chyba nie to samo?

Mechanizmy są te same. Obiecałem koleżankom i kolegom nie tylko z PO, że pomożemy im w kampanii. Pomogę też niektórym politykom, bo mnie o to poprosili, w kilku kampaniach indywidualnych. W sobotę pomagaliśmy Tomkowi Cimoszewiczowi, Krzysiowi Truskolaskiemu, Bożenie Kamińskiej, Robertowi Tyszkiewiczowi. Będziemy pomagać też i innym koleżankom i kolegom.

Jest Pan tak silny psychicznie i fizycznie, że może Pan z siebie tak dużo dawać?

Nie mnie to oceniać, ale staram się zawsze robić to, co robię dobrze. I zawsze się przykładam niezależnie od tego, czy gram na gitarze, czy robię politykę, czy leczę dzieci.

Jak Pan znosi ataki, oskarżenia… Nie załamuje się Pan?

Nie. Mogę powiedzieć wszystkim trollom, którzy mnie tysiącami codziennie hejtują: szkoda waszych baterii. Niezależnie od tego, ile hejtu wylejecie będziemy robić swoje.

To jednak jest pan silny.

Staram się być silny i zdecydowany.

Trudno jest doradzać doświadczonym politykom Platformy, czy to nie jest tak, że w Platformie każdy wie najlepiej?

Nie ustawiam się w roli osoby doradzającej, ustawiam się w roli osoby pracującej.

Wierzy pan w zwycięstwo koalicji?

Jestem optymistą. Sytuacja polityczna w kraju jest bardzo trudna, to są najważniejsze wybory od 89 r. One określą przyszłość Polski, nie na cztery lata, a co najmniej na osiem, a nawet dwanaście lat. Te wybory będą decydowały o przyszłości naszych dzieci, naszych rodziców, babć, dziadków i nas samych. I nie ma dzisiaj miejsca na mówienie, że ja nie chcę brać udziału w polityce, że niech oni robią politykę, niech oni robią wybory, niech oni w końcu zwyciężą z tym PiS, niech oni odsuną PiS – to my razem musimy odsunąć PiS.

Morawiecki z Polski zrobił Zadupie, a dumnych Polaków przemianował na Zadupczyków. Z życia pasqud 9

4 Lip

„Pani prezes TK Julia Przyłębska jest wybitną postacią świata prawniczego. Absolutnie niezależnie podejmuje swoje decyzje” – tak obwieścił narodowi Mateusz Morawiecki w wywiadzie dla Polsat News. Ta wypowiedź nie mogła przejść bez echa.

Internauci przypominali prawnicze „sukcesy” Przyłębskiej. – „Wybitną…. na jej koncie sędziego ma wybitnie dużo błędów przy wydawaniu orzeczeń, wybitnie dużo uchylanych wyroków i wybitnie wysoką absencję w pracy. Samodzielnych wyroków TK zero”;

„Mgr Przyłębska zdała egzamin sędziowski na ocenę dostateczną. Sędzia wizytator A. Rusek w 2001 wskazała, że w/w często miała uchylane wyroki, bo nie przeprowadziła postępowania dowodowego, nie ustaliła istotnych faktów i pisała błędne uzasadnienia. Zaiste, wybitna postać. Szacun”; – „Przyłębska i wybitna postać świata prawniczego. Nie…nie…nie… te dwa sformułowania się wykluczają”.

Pozostali kpili ze słów Morawieckiego i zarzucali mu mówienie nieprawdy. – „Taaa… a Ryszard Czarnecki jest wybitnym sportowcem!!!”; – „Tak samo można powiedzieć, że pan Morawiecki nigdy nie został przez Sąd uznany kłamcą i nigdy nie prostował publicznie swoich słów, a Kaczyński Jarek ma żonę, trójkę dzieci i jest wysokim, przystojnym facetem”; – „Niech pan nie obraża prawników.

„Niezależne” decyzje tej komunistki z przybudówki PZPR z opinią z sądu „nieprzydatna do zawodu” wykuwają się przy gotowaniu pulpetów Kaczyńskiemu. Z szamba pan nie zrobi perfumerii”; – „Wybitny magister z korzeniami w komunistycznej młodzieżówce… a Kaczyński to wysoki brunet”. „Odkrycie towarzyskie prezesa PiS Julia Przyłębska działała w młodzieżówce komunistów”.

Jeszcze nigdy wyrażenie “dyplomatołki” nie opisywało w tak dużym stopniu poziomu polskiej dyplomacji, jak miało to miejsce w trakcie zakończonego wczoraj szczytu Rady Europejskiej, podczas którego podjęto decyzję o obsadzie najważniejszych stanowisk w Unii Europejskiej. Wbrew temu, co wytresowani i bezrefleksyjnie przyjmujący każde tłumaczenie wyborcy PiS usłyszą dziś w TVP, nie ma większego przegranego tych dni, niż polski premier Mateusz Morawiecki. Nie wygrał absolutnie nic dla naszego kraju, nie potwierdził roli Polski jako lidera regionu (chyba, że jako głównego hamulcowego), a na dodatek przez upór europosłów z jego ugrupowania wzmocniona została pozycja Niemiec i Francji oraz strategia Europy dwóch prędkości, co dla Polski jest fatalnym prognostykiem.

Dziś, gdy opada już kurz batalii o stanowiska szefa Komisji Europejskiej, Rady Europejskiej czy Parlamentu Europejskiego, rąbka tajemnicy na temat postawy polskiego rządu uchylił Donald Tusk. W radiu RMF FM powiedział:

Ze strony Grupy Wyszehradzkiej i także ze strony Polski nie było żadnych kandydatur na te czołowe pozycje. Może to kogoś zdziwić, ale z drugiej strony to bardzo ułatwiło wszystkim procedowanie, no bo kandydatów było bardzo wielu na różne stanowiska, łatwiej się pracuje, kiedy ta pula jest trochę mniejsza. Spotykałem się z całą czwórką Wyszehradzką kilka razy, byłem w stałym kontakcie właściwie z każdym z członków Grupy Wyszehradzkiej i uważam, że ich podejście było – szczególnie w finale – konstruktywne. Ja nie miałem poczucia, że są w grupie tych, którzy chcą coś zepsuć, czy coś utrupić. Muszę powiedzieć, że zachowanie wszystkich właściwie przy tym stole było bardziej konstruktywne niż kiedykolwiek wcześniej przy takich sytuacjach.

Te słowa pod adresem polskiego rządu to tylko pozornie pochwała, zwłaszcza w kontekście podnoszonego od lat postulatu środowiska Zjednoczonej Prawicy, że należy wzmocnić w UE pozycję krajów naszego regionu. Z sobie tylko znanych powodów polski premier postanowił zrobić absolutnie wszystko, byle tylko nie dopuścić do wyboru na szefa KE Fransa Timmermansa, jedynego kandydata zachodniej części Europy, który nasz kraj zna, uwielbia i którego państwowym orderem odznaczył Lech Kaczyński. Zamiast tego rząd poparł Niemkę, Ursulę von der Leyen, reprezentującą przecież niemal wszystko, co PiS dziś krytykuje w UE. Oficjalne tłumaczenie jest takie, że zgadzają się oddać pełnię władzy Niemcom i Francuzom, by zakończyć zarządzanie wspólnotą z tylnego fotela bez odpowiedzialności (zabawne, że nie czują takiej potrzeby w Polsce).

Następcą Donalda Tuska będzie z kolei Belg Charles Michel, który również nie jest z bajki PiSu i z pewnością nie będzie hamował dążeń do powiązania kwestii praworządności z unijnym budżetem. Tą pierwszą natomiast nadal zajmować się będzie Timmermans, co stanowi dodatkowy pstryczek w nos Morawieckiego. Mówiąc zatem ogólnie, polska delegacja przegrała wszystko, co można było na tym szczycie przegrać, nie ugrywając przy tym absolutnie niczego. Ot, potwierdziliśmy pozycję czarnej owcy w unijnej układance, z której istnieniem i tupaniem nóżką wszyscy się już pogodzili.

Jeśli ktoś miał nadzieję, że wybór inny niż Fransa Timmermansa na szefa Komisji osłabi wolę czy determinację UE, aby wszędzie przestrzegano prawa i żeby rządy prawa były regułą obowiązującą w całej Europie, to jest w błędzie, bo moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie – podsumował w rozmowie w RMF FM Donald Tusk.

Dziwne, że w PiS nie chcą tego zrozumieć. Wolą cieszyć się urojonymi sukcesami w stylu 27:1. Mateusz Morawiecki może zatem zameldować: “Panie prezesie, zadanie wykonane – jesteśmy w dupie i zaczynamy się tam urządzać”.

Działacz pierwszej Solidarności Henryk Sikora odniósł się do słów ministra Jarosław Gowina po posiedzeniu Rady Europejskiej w Brukseli.

– Skończyły się czasy, kiedy w UE można podejmować kluczowe decyzje z pominięciem Polski. Życzę następnym premierom – z jakichkolwiek będą obozów politycznych – by utrzymali skuteczność Mateusza Morawieckiego – napisał Gowin w mediach społecznościowych.

Wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej zostanie znienawidzony przez PiS Frans Timmermans, który dalej będzie pytał o praworządność i o to, co dzieje się w Polsce, zatem bilans tej potyczki jest dla PiS-u katastrofalny. Jest nawet większą porażką niż słynne 27:1 – komentuje efekt negocjacji na szczycie Rady Europejskiej dr hab. Marek Migalski. – To, że jak pelikany łyka to elektorat PiS-u i PiS-olubne media, dodaje sprawie tylko komediowego charakteru – dodaje. Rozmawiamy też o zjednoczeniu opozycji i możliwych scenariuszach na jesienne wybory, pytamy też o ocenę zachowania posłów PiS-u na inauguracji nowej kadencji PE.

JUSTYNA KOĆ: Efekty szczytu Rady Europejskiej to sukces polskiego rządu czy porażka?

MAREK MIGALSKI: To pełna klęska, bo albo cele były minimalne i głównie chodziło o niedopuszczenie do wyboru Timmermansa na szefa Komisji; wówczas to tragedia, bo nie było jeszcze tak minimalistycznego celu w polityce zagranicznej chyba żadnego rządu. To by oznaczało, że ambicją było to, aby jakiś polityk nie został szefem, a jest już zgoda, aby został wiceszefem. Albo zabrakło siły na to, aby przeforsować jakikolwiek własne pomysły. Zatem to albo brak jakichkolwiek ambicji politycznych, albo brak możliwości ich realizacji. Jeśli spojrzeć na bilans tego starcia brukselskiego, to tak naprawdę jest to układ między socjalistami, chadekami a liberałami, w którym kompletnie nie liczy się ECR, czyli Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy, w której to frakcji jest PiS.

RÓWNIEŻ GEOGRAFICZNIE TO JEST KATASTROFA DLA NASZEJ CZĘŚCI EUROPY, PONIEWAŻ NIKT Z PAŃSTW EUROPY ŚRODKOWEJ I WSCHODNIEJ NIE ZNALAZŁ SIĘ WŚRÓD CZTERECH NAJWAŻNIEJSZYCH POLITYKÓW UNIJNYCH.

Dla partii, mówię tu o PiS-ie, która ma czwartą największą reprezentację w PE, bo 27 europosłów PiS-u to czwarta najliczniejsza frakcja partyjna, to jest tragedia i porażka. Oni w tej rozgrywce stali z boku i byli biernymi widzami, a dziś robią dobrą minę do złej gry.

A może premier Morawiecki został ograny przez starych europejskich lisów, jak Merkel czy Tusk? Kandydatura Holendra miała oczyścić pole przed prawdziwą rozgrywką?
Jakiekolwiek były kalkulacje graczy, to efekt gry jest taki, że szefową KE zostaje niemiecka minister obrony, która przez ostatnie lata krytykowała rządu PiS-u i, jak sądzę, nie przestanie tego robić, tym bardziej, że teraz będzie ją do tego uprawniać stanowisko. To KE jest strażnikiem traktatów i jej szef musi się wypowiadać na ten temat. Wiceprzewodniczącym KE zostanie znienawidzony przez PiS Frans Timmermans, który dalej będzie pytał o praworządność i o to, co dzieje się w Polsce, zatem bilans tej potyczki jest dla PiS-u katastrofalny. Jest nawet większą porażką niż słynne 27:1.

Teraz

RZĄD POLSKI ZOSTAŁ PO PROSTU POMINIĘTY. PODCZAS GŁOSOWANIA 27:1 BEATA SZYDŁO MOGŁA PRZYNAJMNIEJ COŚ POWIEDZIEĆ, ZAPREZENTOWAĆ, BYĆ MOŻE SKOMPROMITOWAĆ SIĘ, ALE PRZYNAJMNIEJ ZAZNACZYĆ SWOJĄ OBECNOŚĆ. TUTAJ POLSKA DYPLOMACJA BYŁA BIERNYM WIDZEM TEGO, CO SIĘ DZIAŁO, NIKT NIC Z NIĄ NIE KONSULTOWAŁ.

PiS-olubne media donosiły, że jest tłoczno w polskich gabinetach w Brukseli, ale to było absolutne kłamstwo i nikt z nimi nic nie konsultował. Wielcy i sprytni przyjęli do wiadomości, że Polska nie chce Timmermansa, zrobili hokus-pokus i Timmermns został wiceprzewodniczącym, natomiast niemiecka minister obrony zostanie szefowa KE. Co więcej, układ sił w niedzielę był już wystarczający, aby przegłosować kraje Grupy Wyszehradzkiej, dlatego że te 21 państw, które są do tego potrzebne, które zamieszkuje 65 proc. ludności, bo takie są wymogi, było już uzyskane wtedy, tylko Angela Merkel i inni wielcy nie chcieli robić tego na siłę. Wtedy państwa naszej części Europy, przede wszystkim Polska i Węgry, mogłyby mówić, że zostało im to narzucone siłą. Majstersztykiem tych silnych jest to, że dwa dni później zaproponowali kandydata jeszcze gorszego dla partii rządzących Polski i Węgier, a oni temu przyklasnęli. Dziś politycy PiS-u mówią, że to jest bardzo dobry układ, gdy z punktu widzenia interesu PiS-u jest jeszcze gorszy, niż to, co było poprzednio; za poparcie Timmermansa można było negocjować coś dla naszej części państw Europy, tymczasem okazało się, że w 48 godzin liczące się duże państwa europejskie zaproponowały coś gorszego dla Fideszu i dla PiS-u, a ci robią dobra minę do złej gry i mówią, że to ich sukces.

To, że jak pelikany łyknie to elektorat PiS-u i PiS-olubne media, dodaje sprawie tylko komediowego charakteru.

W końcu przyjdzie taki moment, że nowa szefowa KE skrytykuje rządy PiS-u w sprawie praworządności. Wtedy premier będzie musiał zjeść tę żabę w postaci wyboru Ursuli von der Leyen.
Podzielam pani opinię, że tak w końcu się stanie, bo

VON DER LEYEN NIE BĘDZIE MOGŁA UDAWAĆ, ŻE NIE WIDZI, CO DZIEJE SIĘ W NASZYCH KRAJACH I NA PEWNO BĘDZIE POPIERAĆ DZIAŁANIA TIMMERMANSA W DALSZYCH STARANIACH O PRZESTRZEGANIE PRAWORZĄDNOŚCI W POLSCE.

Wówczas prawdopodobnie obóz rządzący nagle sobie przypomni, że jest ona Niemką i że była kiedyś ministrem obrony i zostanie ogłoszona zdrada: zdrada elit europejskich, zdrada “brukselczyków”, i będzie wielki lament, że oto zostaliśmy oszukani. Niestety, już nic innego tej ekipie nie zostało, jak takie magiczne sztuczki, które mają zaczarować ich elektorat.

Jak ocenia pan debiut europosłów z PiS-u? Byli ministrowie Zalewska i Waszczykowski nie wstali podczas “Ody do radości”, Beata Szydło schowała unijną flagę, która została postawiona na jej miejscu w PE.
Jeśli chodzi o flagę unijną, to europoseł Wiosny Łukasz Kohut umieścił tę flagę, przynajmniej tak poinformował na jednym z portali społecznościowych. Moim zdaniem to są takie dziecięce zagrywki. Każdy ma prawo mieć swój pogląd na UE i

TAK JAK BEATA SZYDŁO MOŻE SOBIE NIE ŻYCZYĆ FLAGI UNIJNEJ NA SWOIM BIURKU, TAK ŁUKASZ KOHUT MOŻE SOBIE NIE ŻYCZYĆ JAKIEJŚ INNEJ FLAGI. TO JEST DZIECINNE I TAK NIE ZACHOWUJE SIĘ W PARLAMENCIE.

Co do zachowania minister Zalewskiej i ministra Waszczykowskiego, musimy pamiętać, że na podstawie artykułu 52. traktatu lizbońskiego zarówno muzyka, jak i 12 gwiazd na niebieskim tle nie są hymnem UE i flagą UE. To są symbole. Polska się pod tym nie podpisała.

Moim zdaniem ci, którzy są krytyczni co do UE, mogą nie wstawać podczas grania tego “hymnu”, bo w ten sposób manifestują, że nie widzą UE jako państwa i mają do tego prawo. Natomiast czymś innym jest odwracanie się tyłem, co zrobili brexitowcy. To już jest nieakceptowalne. Można to przyrównać do osoby niewierzącej, ale uczestniczącej z jakichś powodów w mszy. Zrozumiałe i akceptowalne jest, jeśli ona nie klęka, ale już nie będzie akceptowane gdy np. odwróci się tyłem podczas podnoszenia Eucharystii.

Jak w takim razie mają się do tego wypowiedzi posłów PiS-u w polskim parlamencie, którzy tłumaczyli, że może dlatego siedzieli, bo nie wiedzieli, jak się zachować, są nowi?
To już jest głupota, bo mieć poglądy eurosceptyczne to coś innego, niż mówić, że się nie zorientowali, podczas gdy 80 proc. sali wstało, a 10 proc. się odwróciło. To jednak ośmiesza takich polityków.

Biedroń chce rozmawiać z PO o przystąpieniu do koalicji. Jak pan to ocenia?
Powtarzam od 26 maja, że

OPOZYCJA MOŻE NIE DOPUŚCIĆ PIS-U DO WŁADZY, ALE MUSI PÓJŚĆ KILKOMA BLOKAMI. BIEDROŃ NA LIŚCIE KE TO JEST ZWYCIĘSTWO PIS-U.

W interesie Grzegorza Schetyny, jeśli nie chce spędzić następnych 4 lat w ławach opozycji, jest pozwolenie PSL-owi na budowanie własnego prawicowego, konserwatywnego bloku, który będzie kradł głosy PiS-owi, ale też wypchnięcie SLD z koalicji i zmuszenie Czarzastego do zrobienia koalicji z Biedroniem, Zandbergiem i innymi ugrupowaniami lewicowymi. Tylko w trzech blokach opozycja ma szanse pójść po każdego wyborcę nie-PiS-owego. To jest niezbędne, żeby obniżyć notowania PiS-u na tyle, aby nie wziął 231 mandatów. Czarzastemu i SLD jest dziś wygodnie, aby iść z koalicją, bo to im gwarantuje wejście do Sejmu i stworzenie własnego klubu. O wiele bardziej ryzykowne i wymagające więcej pracy byłoby zmuszenie ich do walki w ramach koalicji lewicowej. Jeżeli Grzegorz Schetyna chce tę rozgrywkę z PiS-em wygrać, musi pozwolić pójść Kosiniakowi-Kamyszowi na swoje, a Czarzastego wypchnąć z koalicji i zmusić do utworzenia koalicji lewicowej.

Biedroń w tej rozgrywce jest już graczem drugorzędnym.

To z kim według pana scenariusza powinna iść PO?
Praktycznie samodzielnie, może z Nowoczesną, z Zielonymi, z samorządowcami.

PO MA FUNDUSZE I TYSIĄCE DZIAŁACZY I JEST TO DZIŚ GŁÓWNA ANTY-PIS-OWSKA SIŁA.

Każdy, kto nie znajdzie się w centro-prawicowym bloku PSL i bloku lewicowym, po prostu zagłosuje na Platformę, ponieważ będzie ona głównym anty-PiS-em. Pamiętajmy, że PO jest już marką na polskiej scenie politycznej. Istnieje już prawie 20 lat i jest grupa wyborców, która zagłosuje niezależnie od tego, czy jest tam Kosiniak-Kamysz, czy Czarzasty.

To porażka nie tylko polskiego rządu, ale filozofii szukania przeciwników, dążenia do starcia, a nie budowy pozytywnej konstrukcji, gdzie można szukając mocnych partnerów, zbudować mocną polską pozycję – komentował wyniki szczytu Rady Europejskiej Grzegorz Schetyna. – 10 lat temu premier Jerzy Buzek został szefem PE w 2009, w 2014 premier Donald Tusk został szefem Rady Europejskiej. 2019, gdzie jesteśmy dzisiaj? – pytał.

Nie milkną echa po zakończonym szczycie Rady Europejskiej, na którym została wybrana kandydatka na przewodniczącą Komisji Europejskiej.

– To porażka nie tylko polskiego rządu, ale filozofii szukania przeciwników, dążenia do starcia, a nie budowy pozytywnej konstrukcji, gdzie można szukając mocnych partnerów, zbudować mocną polską pozycję – ocenił efekt działań polskiej delegacji lider PO Grzegorz Schetyna.

Ograny premier?

Premier Morawiecki i media publiczne przedstawiają wybór Ursuli von der Leyen na szefową KE zamiast Fransa Timmermansa jako sukces polskiej delegacji i grupy V4. – Cele, które zakładaliśmy, jadąc na szczyt, zostały zrealizowane – mówił na konferencji po szczycie premier Mateusz Morawiecki, nazywając wcześniej Timmermansa “kandydaturą radykalnej lewicy”.

– Pokazaliśmy, że eskalowanie konfliktu z Polską i atakowanie jej jest drogą donikąd. Polska nie jest państwem, które daje się postawić w kącie. Jesteśmy poważnym partnerem. Daliśmy do zrozumienia, jakie są nasze priorytety – mówił Morawiecki.

Najwyraźniej wśród tych priorytetów rządu Mateusza Morawieckiego nie było żadnego wysokiego stanowiska dla Polaka, ani dla przedstawiciela regionu Europy Środkowej.

– To jest porażka, przypomnę, że 10 lat temu premier Jerzy Buzek został szefem PE w 2009, w 2014 premier Donald Tusk został szefem Rady Europejskiej. 2019, gdzie jesteśmy dzisiaj? – pytał retorycznie Grzegorz Schetyna.

– Polska jest poza mainstreamem, poza najważniejszymi stanowiskami, poza wpływem na politykę i to jest obraz aktywności polskiego rządu i delegacji, której przewodniczył premier Morawiecki – wytykał lider PO.

Stanowiska dla Polski bez udziału premiera

– Oceniamy decyzje wyboru Ursuli von der Leyen na szefową KE jako dobrą dla naszej politycznej rodziny – skomentował Schetyna. Nowa przewodnicząca KE jest z tej samej politycznej rodziny, co Platforma Obywatelska, czyli EPP.

Grzegorz Schetyna uczestniczył w niedzielę w spotkaniu EPP, gdzie m.in. ustalono kandydatów na stanowiska przynależne partii ludowców. W efekcie Ewa Kopacz ma zostać wiceprzewodniczącą PE, Radosław Sikorski ma koordynować aktywności między PE a USA. Stanowiska wiceprzewodniczących kluczowych komisji mają także objąć Janusz Lewandowski i Róża Thun.

– Krok po kroku, budując dobre relacje z partnerami wewnątrz EPP, ale też z tymi, którzy współpracują z Polską, można wiele osiągnąć, ale nie jest to udziałem polskiego rządu i premiera Morawieckiego – mówił Grzegorz Schetyna

– Prosiłbym, żeby ci, którzy tworzą polityczną propagandę i prężą muskuły, się nie kompromitowali, bo to jest dziś Polsce niepotrzebne. Wystarczy wynik negocjacji, który jest zerowy – podsumował lider PO.

Koalicja Europejska: Międolenie się skończyło

24 Lu

– Wbrew przykrej obiegowej opinii, że gdzie dwóch Polaków tam trzy zdania, pokazujemy, że inna, odpowiedzialna polityka jest możliwa – powiedziała w niedzielny poranek Katarzyna Lubnauer. Liderzy Nowoczesnej, Platformy Obywatelskiej, Polskiego Stronnictwa Ludowego, Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Zielonych złożyli oficjalnie podpisy pod deklaracją o uczestnictwie w Koalicji Europejskiej.

„Tylko dobry duch będzie mógł otwierać drzwi kolejnym partiom i organizacjom ponadpartyjnym” – powiedział Grzegorz Schetyna, składając podpis pod przedwyborczą deklaracją o współpracy PO, PSL, SLD, Nowoczesnej i Zielonych.

Koalicja Europejska stała się faktem. Brakuje w jej składzie jeszcze Barbary Nowackiej, ale jak wyjaśniał lider Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna „Jej organizacja rejestruje się obecnie jako partia. Mam nadzieję, że po dopełnieniu formalności dołączą do nas”.

Z satysfakcją mówił o międzypartyjnym porozumieniu i podkreślając wagę nadchodzących wyborów porównał je do tych z 4 czerwca 1989 roku, kiedy koalicja różnych formacji politycznych „zmieniła Polskę”.

„Nie robimy tego przeciwko komuś. Robimy to dla Polski i Polaków. Dla większych dotacji, większego budżetu” – tłumaczył decyzję o dołączeniu do Koalicji Obywatelskiej szef PSL Władysław Kosiniak-Kamysz.

W odpowiedzi na obawy niektórych ludowców o utratę tożsamości powiedział: „W czasie tej kampanii żaden proces trawienny się nie rozpocznie. A jedyny apetyt, jaki mamy, to apetyt na zwycięstwo” – podsumował.

„Międolenie się skończyło. A szkoda, bo było miło” – żartował Włodzimierz Czarzasty, nawiązując do trudnych negocjacji z koalicjantami. Lider SLD przyznał, że marzy o Europie pracowniczej i socjalnej: o wprowadzeniu w Polsce euro, (ale tylko pod warunkiem wzrostu płac), o unii bankowej, armii europejskiej. „Ale żeby te marzenia były spełnione, potrzeba dwóch rzeczy. Żeby ta Unia była i żeby Polska w tej Unii była” – stwierdził i podkreślił: „Nie chcemy, żeby Polska traciła pieniądze z unijnego budżetu przez łamanie praworządności”.

„Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie” – zapowiedziała optymistycznie szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer. Przekonywała, że Koalicja Europejska to jedyna szansa na zakończenie „szaleńczych rządów PiS-u”. A Małgorzata Tracz liderka Zielonych, mówiąc o znaczeniu podpisanego porozumienia uznała: „Teraz dołączamy do najbardziej proeuropejskich partii w Polsce, by przywrócić jej ten status w Unii.”