Tag Archives: Władysław Frasyniuk

Narracja PiS o uchodźcach, jak narracja Putina i Łukaszenki

24 Sier

Kmicic z chesterfieldem

Błaszczakowi nie udało się ani kupić helikopterów, ani skonstruować okrętów wojennych. O Abramsach i F35 może co najwyżej pomarzyć. Tymczasem jest „światełko w tunelu”. Błaszczak wybuduje na granicy płot z zasieków, broniący Polski przed bezbronnymi ludźmi. Sukces goni sukces!

W ostatnich dniach w stacji TVN 24 gościła legenda opozycji – Władysław Frasyniuk. Były działacz antykomunistyczny w ostry sposób wypowiedział się o żołnierzach, którzy pilnowali uchodźców na granicy polsko-białoruskiej.

„Wataha psów, która otoczyła biednych, słabych ludzi. Tak nie postępują żołnierze. Śmieci po prostu. To nie są ludzkie zachowania. Trzeba to mówić wprost” – ocenił.

Na słowa Frasyniuka nie zareagował dziennikarz Grzegorz Kajdanowicz. Przedstawiciele telewizji co prawda zdążyli odciąć się od słów opozycjonisty w specjalnym oświadczeniu, ale to nie zadowoliło polityków PiS.

Więcej o ataku PiSdzielców na TVN i Frasyniuka >>>

Sprawa budowy muru i obrony granicy to nie jest sprawa ministra obrony narodowej, więc rozumiem, że w rządzie nie ma chętnych…

 

View original post 206 słów więcej

 

PiS nabiera tylko swoich wyborców, możemy z Kaczyńskim wygrać i odesłać go w pisdoo

3 Mar

TSUE nie daje się nabierać na cwaniactwo pisowskie i nie przystało na przeciąganie wydania wyroku w sprawie Izby Dyscyplinarnej Sąd Najwyższego.

Izba ta zaprzecza niezależności sądownictwa w Polsce, poprzez nią PiS niszczy standard demokratyczny, a Unia Europejska póki co jest związkiem krajów demokratycznych.

Małgorzata Kidawa-Błońska w ofensywie. Zwraca się do Dudy, co on rzeknie o panującej drożyźnie, a ceny rosną z dnia na dzień i niedługo będą galopować.

Sondaż OKO.press pokazuje, iż wprawdzie w I rundzie wybory wygra Duda, ale druga należy do Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, wszakże pod pewnymi warunkami – szczególnie mobilizacji elektoratu opozycji.

Sądy są jeszcze niezależnie i umorzyły zaskarżenie Władysława Frasyniuka przez prokuraturę Ziobry.

Panie i panowie, wszyscy razem PiS-owi nakopiemy w dupę i odeślemy ich na śmietnik historii, a niektórych, jak wspomnianego Ziobrę do kicia, aby w nim powalczył o to, by współwięźniowie nie zrobili z niego taboretu z dziurką.

TSUE oddalił wniosek Polski o przesłuchanie świadków w ramach postępowania w sprawie wniosku KE o zawieszenie działalności Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Wysłuchanie stron w tej odbędzie się 9 marca przed Wielką Izbą Trybunału Sprawiedliwości UE.

– Tak, rzeczywiście odwiedziłam ten bazarek w Warszawie. Szczególnie stoiska z jarzynami i warzywami. Towarzyszyły mi panie, które tutaj robią zakupy, bo na tych bazarkach zakupy bardzo często robią emeryci i dla nich każda złotówka, każdy grosz ma znaczenie. Zrobiłam bardzo proste zakupy, kilogram ziemniaków, trzy jabłka, włoszczyzna. Z ekstrawagancji kupiłam sobie pęczek kolendry, czyli takie naprawdę najprostsze zakupy. I słuchajcie, to jest prawie 17 zł. To 17 zł. Najprostsze rzeczy, które które każdy z nas powinien kupować. Ziemniaki bardzo drogie, jabłka bardzo drogie. I sprzedawcy i kupujący mówią, że ceny naprawdę w naszym kraju zwariowały. Oczywiście sprzedający mówi, że ceny na rynkach, na giełdzie podrożały, bo wszyscy liczą poniesione opłaty za elektryczność, wszystkie inne które rosną. Dodatkowe opłaty na ZUS, wszystko to jest w naszych cenach i tak naprawdę ludzie są bezradni, bo te ceny będą rosły – stwierdziła Małgorzata Kidawa-Błońska na konferencji prasowej.

– Zawsze te ceny są wysokie, ale w tym roku wyjątkowo i mam takie pytanie, bo mówi się, że z tym nic nie można zrobić, że to się kiedyś skończy, ale Polacy tego dłużej nie wytrzymają. To, że RPP, prezydent nie zaprosił, co zrobić, żeby ceny tak drastycznie nie rosły, nie miało miejsce. Panie prezydencie, Polacy nie mogą odpowiadać za błędy PiS-u. Chcą wiedzieć że ceny są stabilne, że za te same pieniądze mogą kupować ten sam towar i żeby nie musieli wybierać, czy kupują dzisiaj dwa jabłka i marchewkę, tylko żeby mogli kupić i jedno i drugie. Dlatego panie prezydencie, proszę zareagować. Ceny nie mogą rosnąć, bo rosną jak oszalałe i wszyscy to czują, i sprzedający i kupujący i tak naprawdę nie wiadomo co z tym dalej zrobić – mówiła dalej kandydatka KO na prezydenta Polski.

Pogłębiony sondaż OKO.press pokazuje, że Duda ma aż 79 proc. bezwzględnie oddanego elektoratu, ale poza nim w II turze może liczyć tylko na 1/3 wyborców Bosaka. Kidawa-Błońska ma większą niż Biedroń, Kosiniak-Kamysz i Hołownia zdolność skupienia wyborców całej opozycji. Jak rywalizować w I turze, by nie przegrać w II turze? Oto pytanie opozycji na dziś.

Wnioski. Duda pewniakiem w I turze, II tura dla opozycji, jeśli…

Analiza pokazuje, że na 10 tygodni przed wyborami:

  • Duda ma zdeterminowany elektorat i pewne zwycięstwo w I turze (OKO.press szacowało już jego wynik na maksymalnie 45 proc., realistyczne wydaje się 40-42 proc.), ale w II turze może liczyć na wzmocnienie tylko przez jedną trzecią  zwolenników Bosaka i pojedyncze głosy wyborców Hołowni i Kosiniak-Kamysza;
  • wyborcy Kidawy-Błońskiej są zdeterminowani silniej niż wyborcy innych kandydatów opozycji. Na 10 tygodni przed wyborami jest pewną kandydatką do II tury (ale to tylko sondaż, „fotografia chwili”);
  • suma elektoratów czworga kandydatów opozycji demokratycznej (50 proc.) przeważa nad elektoratem Dudy (41 proc.), nawet z „całym Bosakiem” (5 proc.). Rzecz w tym, jaka część tego elektoratu pójdzie w II turze głosować przeciw Dudzie;
  • Kidawa-Błońska ma największy potencjał przejmowania głosów opozycji. Nie ma natomiast żadnej zdolności przejęcia wyborców Bosaka, czy podkradania głosów Dudzie;
  • Kosiniak-Kamysz miałby większą moc przyciągania wyborców Bosaka, a nawet Dudy, ale wśród wyborców opozycji demokratycznej jest mniej popularny od Kidawy-Błońskiej. Nawet wyborcy Hołowni częściej wybierają jako drugi wybór Kidawę-Błońską (a nawet Biedronia).

Pełna analiza jak pokonać Dudę, a prezydentem w maju będzie Małgorzata Kidawa-Błońska, czytaj tutaj >>>

Rzecznik Praw Obywatelskich sprzeciwia się stawianiu zarzutów sędziemu Igorowi Tulei za ujawnienie mediom w trakcie posiedzenia fałszywych zeznań, które posłowie PiS złożyli w sprawie tzw. kryzysu sejmowego z grudnia 2016 roku. „Sędzia miał społeczny i moralny obowiązek, by ujawnić postępowanie w celu zagwarantowania informacji o nim opinii publicznej”,

Więcej o sprzeciwie Adama Bodnara wobec bezprawnego postępowania Ziobry wobec Igora Tulei >>>

Legendarny działacz „Solidarności” nie będzie ukarany za wyrywanie się policji podczas kontrmiesięcznicy smoleńskiej. Kary chciała prokuratura. Stołeczny sąd orzekł jednak, że czyn Frasyniuka ma znikomą szkodliwość społeczną i umorzył sprawę.

Jak Frasyniuk wygrał z Ziobrą tutaj >>>

Duda potrafi tylko szczuć. Mściwój, takiego karła sobie wybraliśmy

14 Gru

„Nie obywatel jest dla sądu, tylko sąd dla obywateli. To wynika z Konstytucji, tylko państwo sędziowie nie chcą Konstytucji w ten sposób czytać. Nie są elitą polskiego społeczeństwa, uzurpują sobie tę nazwę. Dziwią się, że ludzie nazywają ich kastą, a jakże to nazwać inaczej?” – te słowa prezydenta zarejestrowała kamera OKO.press. Byliśmy na spotkaniu z Dudą

„Stary układ mocno się trzyma, wciąż ma władzę nad ludźmi i nie chce pozwolić zabrać sobie przywilejów. Dlatego przywrócenie w Polsce sprawiedliwych sądów jest tak trudne – mówił prezydent Andrzej Duda na spotkaniu z mieszkańcami Nowego Miasta Lubawskiego w środę 11 grudnia 2019. Aż cały się prężył i kręcił w charakterystyczny sposób głową.

Był tam z kamerą Robert Kowalski, twórca relacji filmowych OKO.press, z których powstały już trzy pełnometrażowe dokumenty.

Robert Kowalski: „Prezydent zaczął wizytę w Nowym Mieście Lubawskim od udziału w poświęceniu nowej hali fabryki »Szynaka Meble«.  Z mieszkańcami spotkał się w hali sportowej, było może 300 osób.

Duda podkreślał z dumą, że jest drugą po Piłsudskim głową państwa, która odwiedza to miasto. „Piłsudski i teraz ja”.

Przemawiał blisko pół godziny, był pełen energii, łapał kontakt z salą. Czuło się, że to kampania kandydata na prezydenta. Podkreślał, jak mu zależy na losie ludzi.

To go skłoniło, by zostać prezydentem. Żeby ludziom żyło się lepiej. Zrobi wszystko, żeby w 2020 roku była 13. emerytura. A zwykłe emerytury nie mogą rosnąć »o przysłowiowe 10 zł«, ale o minimum o 70 zł, żeby to poczuć w ręku”.

Zdziwiło mnie to, bo nie znam żadnego przysłowia o 10 zł.

Z największym zapałem mówił jednak Duda o sędziach. W konkluzji powiedział, że są dwie najważniejsze rzeczy dla ludzi i dla niego, jako prezydenta: żeby poprawić warunki bytowe ludzi i żeby sądy były sprawiedliwe. Bez tego drugiego, to pierwsze się nie uda.

Miałem wrażenie, że prezydent napuszcza ludzi na sędziów, zrzucał na nich winy za to, że ludziom  żyje się ciężko. Musiało chyba wyjść mu z badań, że to się może opłacać. Gdy obserwowałem go w Jarocinie 6 listopada 2019, koncentrował się jeszcze na 500 plus i że dzięki PiS żyje się lepiej – opowiada Kowalski.

Dostał wielkie brawa.

Duma z Dudy. Wzruszają się do łez

Kowalski: Wszyscy ludzie, z którymi rozmawiałem wyrażali dumę z Dudy. Młody rolnik mówił mi, że wzrusza się nawet do łez słuchając prezydenta. Bo jego słowa płyną z serca i wygłasza je z pasją.

A który fragment cię najbardziej wzruszył? – dopytałem.

Jak mówił, że będzie walczył ze złodziejstwem.

A co, jest złodziejstwo?

Kradną, kradli i będą kradli.

Inni ludzie mówili, że na arenie międzynarodowej prezydent Duda jest pierwszy. Że przynosi nam dumę. Wspaniale zna języki.

Parę pań i panów, w tym małżeństwo pod sześćdziesiątkę, podkreślało, że Duda dba o rodzinę. Nie używali słowa „gej” czy „LGBT”:

„Nie mam nic przeciwko tamtym, nawet mam ich wśród znajomych, ale tu trzeba pilnować tradycyjnej polskiej rodziny”.

Jeden pan powiedział, że Duda ostatecznie zdobył jego serce, jak się rzucił po upadającą hostię.

Prezydent miał czas dla każdego, kto chciał do niego podejść. Wziął na ręce dzieciaka, ale ten zaczął wrzeszczeć – opowiada Kowalski.

Prezydent zorkiestrowany z dyscyplinowaniem sądów

Duda ostro zaatakował „kastę sędziowską” już 20 listopada 2019 na spotkaniu w Brojcach w powiecie gryfickim. Niemal wykrzyczał tyradę przeciwko sędziom Sądu Najwyższego.

„Mam nadzieję, że nikt nie odważy się dalej psuć wymiaru sprawiedliwości” – oskarżał sędziów SN o powiązania z komunistycznym reżimem, korupcję i celowe wprowadzanie w błąd Trybunału Sprawiedliwości UE. „Byli panami życia i śmierci” – podnosił głos.

Ten ton Dudy wpisuje się w represyjne działania, jakie podejmuje PiS wobec sędziów zwłaszcza tych, którzy stosują się do wyroku TSUE z 19 listopada i orzeczenia Izby Pracy SN 5 grudnia 2019, jak Paweł Juszczyszyn z Olsztyna czy trójka z Katowic: Aleksander Janas, Irena Piotrowska, Grzegorz Misina. Rzecznik dyscyplinarny Ziobry z dnia na dzień zakłada im dyscyplinarki.

Nagonka prezydenta na sędziów wpisuje się też w projekt „ustawy dyscyplinującej”. Wzmacnia on pozycję prezydenta, m.in. dając mu prawo do uznania wyboru I Prezesa SN za bezprawny i stwierdzając, że akt powołania sędziego przez prezydenta jest ostateczny i „sanuje” (uzdrawia) wszystkie wcześniejsze nieprawidłowości.

Poniżej 5-minut wystąpienia Dudy na spotkaniu w Nowym Mieście Lubawskim 11 grudnia 2019 i spisane cztery fragmenty.

Duda w Nowym Mieście Lubawskim: Sędziowie nie są żadną elitą

„Przywrócenie w Polsce sprawiedliwości w znaczeniu przywrócenia w Polsce sprawiedliwych sądów, jak widzicie państwo, jest bardzo trudne. Ponieważ tam ten stary układ bardzo mocno się trzyma. I nie chce pozwolić sobie na to, aby zabrać im przywilejów i tej władzy, do której doszli nad ludźmi.

Ale muszą zrozumieć, że ich praca to także służba dla Rzeczypospolitej, a przede wszystkim dla polskich obywateli i że to jest najważniejsze i że nie obywatel jest dla sądu, tylko sąd jest dla obywateli i że sędzia służy, służy ludziom i służy Rzeczypospolitej.

Tak proszę państwa, to jasno wynika z zasad polskiej Konstytucji, tylko państwo sędziowie nie chcą tej Konstytucji w ten sposób czytać, na tym polega właśnie największy problem, że niestety sami w ten sposób zaprzeczają, że są prawdziwą elitą polskiego społeczeństwa.

Uzurpują sobie tę nazwę. Bardzo przykro mi jest to powiedzieć. Prawdziwa elita dba o interesy zwykłych ludzi, bo jest do tego zobowiązana, to właśnie dlatego może się nazywać elitą, że stanowi przykład dla innych, pozytywny, a nie negatywny.

Gdyby było inaczej, to ocena wymiaru sprawiedliwości społeczna nie byłaby taka z jaką się spotykamy, że zdecydowana większość Polaków fatalnie wyraża się o wymiarze sprawiedliwości, o tym jak on działa i o tym czy polskie sądy są sprawiedliwe.

Duda: Jak ci sędziowie mogą?!

Jak nigdy nie zrozumiem tego, jak sędziowie Sądu Najwyższego mogli orzekać w tym samym sądzie, w którym obok nich siedział sędzia, co do którego, do dzisiaj możecie państwo wysłuchać w internecie, jak dyskutuje, jak załatwić sprawę w Sądzie Najwyższym.

I taki człowiek orzeka razem z nimi i im to nie przeszkadza.

Nie wyciąga się wobec niego żadnych konsekwencji. Nawet w tym sensie koleżeńskim, a potem dziwią się, że ludzie nazywają ich kastą, a jakżeż to nazwać inaczej? Jeżeli jest taka obrona niesprawiedliwie uzyskanych przywilejów w postaci ewidentnej nietykalności i niemożności wyciągnięcia jakichkolwiek konsekwencji i prawnych i dyscyplinarnych.

Bo sami wobec siebie nie umieją żadnych konsekwencji wyciągnąć.

Duda: Z takimi sędziami nie będzie sprawiedliwości

To jest proszę państwa coś, czego jeżeli nie przerwiemy, to Polska nigdy nie będzie państwem sprawiedliwości. Nigdy. I zasada sprawiedliwości wyrażana w polskiej Konstytucji zawsze będzie zasadą pustą. Trzeba ją wreszcie wypełnić treścią, a wypełnienie jej treścią wymaga zmian.

Dopiero po tych zmianach Polska naprawdę będzie mogła stać się państwem sprawiedliwym.

Wielu ludzi na zachodzie Europy nie rozumie tego, nie są w stanie zrozumieć tych procesów, ponieważ mają inną mentalność. Dla nich sędzia to jest niewyobrażalne, żeby dopuścił się czegoś takiego, jest niewyobrażalne, żeby

w internecie można było wysłuchać nagrań z propozycjami korupcyjnymi i kiedy rączka rączkę myje, że się sędziowie dogadują między sobą, jak będą sprawy załatwiali, kolesiosko. To jest coś niewyobrażalnego.

Kiedy mówi się tym ludziom, że coś takiego w Polsce ma miejsce, oni w to nie wierzą. Mówią, że to jest niemożliwe. Tymczasem każdy może tego wysłuchać w internecie, wystarczy sobie wpisać w wyszukiwarce internetowej „korupcja w Sądzie Najwyższym”, jeżeli państwo macie wątpliwości, proszę sobie wpisać na swoich urządzeniach mobilnych, na swoich komputerach i posłucha, o czym w 2014 roku rozmawiali państwo sędziowie.

Na najwyższym możliwym poziomie władzy sędziowskiej.

Duda: Musicie nam pomóc skończyć z takimi sędziami

Ten system musi, proszę państwa, zostać zmieniony i do tego konieczne jest wsparcie ze strony państwa, zwykłych obywateli, bo jeżeli tego wsparcia nie będzie, to nadal będziemy wszyscy razem żyli w tym postkomunistycznym systemie, bo to są postkomunistyczne obyczaje, w których jest grupa nietykalnych, których nie wolno dotknąć, tak jak nietykalni byli przed 89 rokiem.

Chcieliśmy to wtedy zmienić i 30 lat cały czas trwa to samo. Czas proszę państwa na to, aby to się wreszcie skończyło.

Jestem przekonany, że większość polskiego społeczeństwa, większość ludzi w Polsce tego właśnie oczekuje.

Proszę, żebyście państwo wyraźnie o tym mówili. To jest chyba najważniejsza misja na najbliższe lata naprawy Rzeczypospolitej, obok poprawy tych zwykłych warunków bytowych ludzi. Proszę, żebyście państwo takie właśnie zmiany w Rzeczypospolitej wspierali.

Jeszcze raz państwu bardzo dziękuję, dziękuję za państwa codzienny trud pracy dla Rzeczypospolitej.

Olga Tokarczuk w piątek wróciła do Polski. Na Lotnisku Chopina w Warszawie przygotowanie dla niej specjalne powitanie: salut wodny.

Olga Tokarczuk po odebraniu Nobla i pobycie w Szwecji, wróciła do Polski. Jej powrót krótko zrelacjonowały służby prasowe Lotniska Chopina w Warszawie. Zaczęło się od zdjęcia samolotu, którym noblistka wróciła do kraju i informacji „Flight #Nobel18 has landed”.

Dopiero później pochwalono się, że powitanie było daleko odbiegające od standardowego. Otóż noblistka została powitana salutem wodnym, organizowanym na specjalne okazje. Samolot z Olgą Tokarczuk podczas lądowania przejechał pod łukiem wodnym, stworzonym przez dwa wozy.

Olga Tokarczuk jest więc już w Polsce, może noblistka znajdzie czas, by na przykład nadgonić wieści z kraju. Szczególnie może zainteresować ją np. teoria posła PiS Arkadiusza Mularczyka, który stwierdził, że przedstawiciel Akademii Szwedzkiej zmarnował szansę, by podczas wygłaszania laudacji dla niej, przeprosić Polaków za „potop szwedzki”.

Liczby nie pozostawiaj wątpliwości – od 1989 roku religijność Polaków spada na łeb na szyję. W tym samym czasie jeszcze szybciej rośnie liczba posłów, którzy po przysiędze poselskiej dodają „Tak mi dopomóż Bóg” – w 1989 początku było ich ledwie 15 proc., dziś jest to aż 79 proc., czyli prawie wszyscy. Dlaczego nasz naród, jeszcze niedawno był tak bogobojny, porzuca wiarę? Dlaczego politycy idą w przeciwnym kierunku?

Antoni Macierewicz czy Andrzej Gwiazda mogli pozostać legendą, wzorem godnym naśladowania, a stali się bylejakością, całkowitym zaprzeczeniem tych wszystkich wartości, o które kiedyś tak walczyli.

Partia rządząca przygotowała Polakom prezent z okazji 38 rocznicy wprowadzenia stanu wojennego. To kolejna nowelizacja ustaw o sądach powszechnych i Sądzie Najwyższym. Jak ustawa przejdzie, a przejdzie na bank, to sędziowie będą mieli dyscyplinarki za podważenie statusu innego sędziego (tego z nominacji Ziobry oczywiście), za działania zgodne z prawem europejskim i zatwierdzonym przez TSUE, ale niepotwierdzonym przez pisowski Trybunał Konstytucyjny, za działania podważające pisowski wymiar sprawiedliwości, działania o charakterze politycznym i uchybienie godności sądu, oczywiście podług kryteriów Ziobry i PiS. Niepokornym sędziom będzie groziła kara finansowa, przeniesienie lub usunięcie z zawodu.

I tak drodzy Państwo, historia zatoczyła koło. 38 lat temu władza wprowadziła stan wojenny, by założyć kaganiec na wolność słowa, wolną myśl i marzenia o godnym życiu w wolnej Polsce. Dzisiaj władza robi to samo. Fakt, nie strzela do nas, nie wyprowadza czołgów, ale prześladuje obywateli, którzy buntują się przeciwko tej wizji Polski, jaką nam prezes ze swoimi kolesiami funduje. Próbuje zamknąć nam usta. Likwiduje ostatni bastion, stojący na straży trójpodziału władzy, czyli właśnie wymiar sprawiedliwości, dążąc do całkowitego jego podporządkowania. Kłamie i przekonuje, że to dla naszego dobra, że ona wie lepiej, co nam potrzeba i takie kolejne tam ble ble ble.

Właśnie teraz, w rocznicę tragedii 1981 roku, przyglądam się bacznie tym, którzy w tamtej Polsce byli bohaterami, a teraz… kim są? Kim jest dzisiaj Antoni Macierewicz, Andrzej Gwiazda, Mariusz Kamiński, Ryszard Terlecki, Piotr Gliński, Marek Kuchciński i wielu, wielu innych, skupionych wokół prezesa Kaczyńskiego? Za to, co zrobili przed laty, czemu poświęcili swoje życie, wielki szacunek, ale dzisiaj aż mnie mdli, gdy patrzę na ich obecne „dokonania”. Mogli pozostać legendą, wzorem godnym naśladowania, a stali się bylejakością, całkowitym zaprzeczeniem tych wszystkich wartości, o które kiedyś tak walczyli.

Tak. To oni są dzisiaj symbolem Polski, w której prawo przestało znaczyć prawo. Polski pełnej różnych fobii. Polski pomówień, kolesiostwa, agresji, chamstwa, hejtu. To oni dzisiaj chcą nas przekonać do swojej wersji historii, w której bohaterami są tylko oni i tzw. pisolubni. Historii, w której nie ma miejsca dla Wałęsy, Frasyniuka, Kuronia, Mazowieckiego i wielu wybitnych tamtego czasu. To oni mają dzisiaj patent na to, kto ma prawo żyć w naszym kraju i jak ma żyć. Dzielą nas na lepszych i gorszych Polaków, nasyłają policję na niepokornych, chcą za wszelką cenę odebrać nam tę wolność, która była dla nich tak ważna, a teraz jest tylko pustym słowem. Tak jakby nagle diabeł ogonem zamieszał i zapomnieli o wszystkim, co kiedyś było dla nich ważne.

Można powtórzyć za Sławą Przybylską „Gdzie są chłopcy z tamtych lat? Dzielne chwaty. Gdzie są chłopcy z tamtych lat? Czas zatarł ślad”, bo rzeczywiście… ich już nie ma. Pożarło ich własne ego i pragnienie władzy. Wbili się dumnie na piedestał, rzucili w objęcia manii wielkości i dzisiaj szaleją, wprowadzając nas na drogę autorytaryzmu (w najlepszym przypadku). Kiedyś, w niedalekiej przyszłości młodzi Polacy zapamiętają z lekcji historii o nich tylko to, że tak chwalebnie zaczęli, a tak żałośnie, marnie skończyli.

Przepraszam, ale ja takim „bohaterom” dziękuję. Tak jak i dziękuję tej „Solidarności” pod skrzydłami pana Piotra Dudy, która skutecznie podeptała wszystko to, co leżało u podstaw wielkiego ruchu 1980 roku. Dzisiaj oni wszyscy, ci „krętacze” historii będą się pławić w samouwielbieniu, pełni uznania dla własnych dokonań i w wierze, że tylko oni zasługują na pamięć i szacunek. Będą składać wieńce, uczestniczyć w mszach i modlić się o swoją Polskę. Swoją, ale już nie naszą. Wspólną, sprawiedliwą i praworządną.

Zastraszanie sędziów przez PiS jak w czasach PRL-u

27 List

„Prawo stron do rzetelnego procesu jest dla mnie ważniejsze od mojej sytuacji zawodowej” – ogłosił Paweł Juszczyszyn, sędzia z Olsztyna, który został w trybie natychmiastowym odwołany z delegacji po tym, jak wezwał Kancelarię Sejmu do ujawnienia list poparcia KRS. Jako pierwszy zastosował się do wyroku TSUE. Łętowska: władze próbują efektu mrożącego

„Nazywam się Paweł Juszczyszyn, jestem sędzią Sądu Rejonowego w Olsztynie, do wczoraj delegowanym do orzekania w Sądzie Okręgowym w Olsztynie. W związku z odwołaniem mnie z delegacji do Sądu Okręgowego chcę podkreślić, że

prawo stron do rzetelnego procesu jest dla mnie ważniejsze od mojej sytuacji zawodowej. Sędzia nie może bać się polityków, nawet jeśli mają wpływ na jego karierę. Apeluję do koleżanek i kolegów sędziów, aby zawsze pamiętali o rocie ślubowania sędziowskiego, orzekali niezawiśle i odważnie”.

– ogłosił podczas porannej konferencji prasowej 26 listopada 2019 Paweł Juszczyszyn. Ograniczył się do tego oświadczenia, nie chciał odpowiadać na pytania.

„To było właściwe, stonowane, godne zachowanie” – mówi OKO.press prof. Ewa Łętowska.

Sędzia Juszczyszyn został w poniedziałek 25 listopada odwołany przez Ministerstwo Sprawiedliwości z delegacji. OKO.press jako pierwsze podało tę informację.

Przyczyną represji było postanowienie, które sędzia wydał 20 listopada, w którym zobowiązał Kancelarię Sejmu do przedstawienia tzw. list poparcia KRS, czyli:

  • zgłoszeń oraz wykazów obywateli i wykazów sędziów popierających kandydatów na członków KRS, którzy zostali 6 marca 2018 roku wybrani do KRS przez Sejm;
  • oświadczeń obywateli lub sędziów o wycofaniu poparcia dla tych kandydatów.

Znaczenie wyroku TSUE

Sędzia Juszczyszyn jako pierwszy w Polsce zastosował się do wyroku TSUE z 19 listopada, który orzekł, że orzekł, że Sąd Najwyższy musi ocenić m.in. czy Izba Dyscyplinarna SN jest sądem niezawisłym i niezależnym w rozumieniu prawa europejskiego. Kluczową kwestią przy badaniu tej sprawy jest także status KRS. TSUE wymienił, że  SN będzie musiał ocenić m.in. takie czynniki, jak skrócenie kadencji poprzedniego składu Rady, wybór większości obecnego składu przez władzę ustawodawczą oraz utajnienie list poparcia dla kandydatów do KRS.

Wyrok TSUE  jest istotny nie tylko dla Izby Pracy Sądu Najwyższego, która zadała Trybunałowi pytanie prejudycjalne. Zdaniem ekspertów, zgodnie z wyrokiem TSUE

każdy sąd powszechny i administracyjny w Polsce powinien odmówić stosowania tych przepisów krajowych, które skutkowałyby możliwością rozpoznania spraw sądowych przez sędziów nominowanych przez neo-KRS.

I właśnie to zrobił sędzia Juszczyszyn rozpatrując apelację w sprawie cywilnej, w której w pierwszej instancji orzekał sędzia powołany przez neo-KRS.

W poniedziałek 25 listopada zgromadzenia sędziów sądów w całej Polsce wydają uchwały w związku z wyrokiem TSUE, w których decydują o wstrzymaniu się z nominacjami i rekomendacjami sędziów do neo-KRS do czasu rozstrzygnięcia sprawy przez Sąd Najwyższy. Niektóre sądy jednocześnie wzywają Kancelarię Sejmu do ujawnienia list poparcia.

Wczoraj informowaliśmy o uchwale z PoznaniaGdańskaWrocławia i Białegostoku. Dołączył do nich także Sąd Apelacyjny w Krakowie.

Prof. Łętowska: Władze próbują efektu mrożącego

„Wyrok TSUE, odpowiadający na pytania prejudycjalne SN, formułuje kryteria, jakie trzeba spełnić, aby móc dopatrywać się  zagrożenia niezależności (Krajowej Rady Sądownictwa) i niezawisłości sędziów. Podkreślić trzeba (punkt 121, 125 uzasadnienia), że bierze się pod uwagę nie tylko treść przepisów, lecz także ukształtowanie praktyki organów  i okoliczności faktyczne w ich działaniu oraz oddziaływaniu na wymiar sprawiedliwości. Dotyczy to m.in. także odbioru społecznego rozstrzygnięć podejmowanych przez sędziów, którzy w każdym momencie mogą być odsunięci od sprawy lub przeniesieni do innego sądu przez arbitralne cofnięcie delegacji przez Ministra Sprawiedliwości.

Takie okoliczności jak

  • intensyfikacja działań wobec sędzi już objętej postępowaniem  dyscyplinarnym (zawieszenie jej  w czynnościach plus obniżenie jej uposażenia);
  • publiczne wypowiedzi osób reprezentujących Ministerstwo Sprawiedliwości zawierające sugestie popełnienia „ciężkiego deliktu dyscyplinarnego” przez  sędziego, który w trybie procesowym zażądał ujawnienia list poparcia co KRS;
  • wyrok dyscyplinarny z 23 listopada wobec sędzi Czubieniak

są widomym dowodem na to, że w sferze działań faktycznych rzeczywiście istnieją naciski na wymiar sprawiedliwości, obliczone na wytworzenie efektu mrożącego”.

Politycy naciskają

O tym, że Kancelaria Sejmu nie zamierza zastosować się tak łatwo do zarządzenia sądu, mówił wprost w niedzielę 24 listopada w programie „Kawa na ławę” Michał Wójcik, wiceminister sprawiedliwości:

„To jest prosta droga do anarchii. Nie może być tak, że jeden sędzia kwestionuje status innego sędziego”.

Wójcik nie tylko krytykował postępowanie sądu, ale sugerował też, że wobec sędziego należy wszcząć postępowanie dyscyplinarne.

Redakcja TVN24 zwróciła się do Centrum Informacyjnego Sejmu z prośbą o ustosunkowanie się do kwestii zarządzenia sądu. W odpowiedzi dyrektor CIS Andrzej Grzegrzółka stwierdził, że dopiero oczekują na pisemną korespondencję. Powołał się jednak również na postanowienie Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych, w którym to zakazano udostępniania list poparcia do KRS.

Powołany przez PiS, najprawdopodobniej z naruszeniem ustawy, nowy prezes UODO Jan Nowak wydał postanowienie zaraz po tym, jak Naczelny Sąd Administracyjny prawomocnie orzekł, że listy mają zostać opublikowane. Postanowienie Rzecznika Praw Obywatelskich zaskarżył do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.

Petycja do podpisania >>>

To pierwszy taki przypadek próby zawieszenia sędziego w obowiązkach z powodu krytyki, czyli – de facto – z przyczyn politycznych. Wniosek rozpatrzy Izba Dyscyplinarna złożona z sędziów, o których TSUE w zeszłotygodniowym wyroku orzekł, że są powody, by wątpić w ich niezależność od politycznych wpływów. Sprawa jest więc wyjątkowo drastyczna.

Rzecznik Dyscyplinarny Przemysław Radzik postawił sędzi Olimpii Barańskiej-Małuszek z Gorzowa Wielkopolskiego zarzut naruszenia etyki sędziowskiej polegający na pomówieniu ministra Ziobry i jednego z prokuratorów. I wystąpił do Izby Dyscyplinarnej o zawieszenie sędzi w obowiązkach i obniżenie jej wynagrodzenia. Sprawa może potrwać nawet osiem lat, bo Sąd Dyscyplinarny nie ma żadnego terminu, w jakim musi osądzić. W praktyce zawieszenie może więc trwać do przedawnienia się zarzutu dyscyplinarnego, czyli właśnie lat osiem.

Wypowiedzi, za które Przemysław Radzik ściga sędzię Barańską-Małuszek, dotyczą twitterowych wpisów z sierpnia tego roku, które pojawiły się po ujawnieniu afery hejterskiej. O ministrze Ziobrze sędzia napisała, że jest ministrem, który „wyprodukował aferę” hejterską, a także, że jest „odpowiedzialny za stworzenie systemu korupcyjnego w sądach i prokuraturze uzależniającego wymiar sprawiedliwości od woli politycznej”. Zaś o prokuratorze kandydującym do SN, że „nie ma stażu i łamał prawa człowieka”.

„Oczywistym jest, że obwiniona sędzia Olimpia B.-M., bez narażenia na szwank dobra wymiaru sprawiedliwości, nie może w wiarygodny sposób wykonywać obowiązków służbowych” – napisał rzecznik Radzik w komunikacie o zawieszeniu. Nie wytłumaczył, dlaczego jest „oczywiste”, że sędzia, który skrytykował działania czy zaniechania ministra, nie może „w wiarygodny sposób wykonywać swoich obowiązków”.

Podobnej „oczywistości” rzecznicy dyscyplinarni nie dopatrzyli się w przypadku ujawnienia antysemickich wypowiedzi sędziego, członka neo-KRS Jarosława Dudzicza na twitterze w 2015 r. ( m.in. „Podły, parszywy naród, nic im się nie należy…”). Nie wpadło im do głowy odsuwać go od orzekania.

Wniosek o zawieszenie sędzi Olimpii Barańskiej-Małuszek rzecznik Radzik sporządził kilka dni po wyroku TSUE w sprawie legalności neo-KRS i Izby Dyscyplinarnej SN, gdy sądy zaczynają odmawiać współpracy z neo-KRS i podważać prawo sędziów mianowanych przez neo-KRS do orzekania. Wniosek o zawieszenie sędzi Barańskiej-Małuszek, jednej z najbardziej znanych działaczek Stowarzyszenia Iustitia, często i krytycznie wypowiadającej się w mediach na temat PiS-owskiej „reformy” sądownictwa, może być próbą zastraszenia środowiska. Takie przedłużające się zawieszenie, oprócz ukarania wydaleniem z zawodu, jest chyba najgorszym, co sędziego może spotkać. A wielu sędziów – jak sędzia Barańska-Małuszek – publicznie krytykuje ministra i sędziowskie nominacje neo-KRS-u.

Sam Przemysław Radzik potrafi się wypowiedzieć w bulwersujący sposób. Dziennikarzom TVN-u, którzy robili program o aferze hejterskiej, której był jednym z medialnych bohaterów, zapowiedział do kamery: „Tego wam nigdy nie zapomnę. Nigdy. Jako człowiek i jako sędzia. Nigdy”.

Słowa, że nie zapomni „jako sędzia”, można potraktować jako groźbę karalną – i tak też były komentowane. Być może dlatego po wyemitowaniu materiału przez TVN sędzia Radzik odwołał swoje słowa, przyznając, że się zagalopował.

Teraz dąży do odsunięcia sędzi od orzekania za krytykę ministra.

„PiS swoje obietnice spełniło i w ten sposób odnowiło polską demokrację” – przekonywał w exposé 19 listopada premier Mateusz Morawiecki. „Dziesięć krajów na całym świecie doświadcza obecnie niebezpiecznego regresu demokracji. Najpoważniejsze przypadki to Polska, Węgry, Rumunia, Serbia i Turcja” – czytamy w raporcie International IDEA z tego samego dnia

„Regres demokracji łączy się z nadużyciem władzy przez rządy, które rozbrajają system konstytucyjnych kontroli. Naruszają praworządność, by uniknąć odpowiedzialności, zawłaszczyć środki publiczne i opleść instytucje siatką protegowanych zauszników” – piszą badacze Międzynarodowego Instytutu na rzecz Demokracji i Pomocy Wyborczej w raporcie o stanie światowej demokracji w 2019 roku.

International Institute for Democracy and Electoral Assistance (w skrócie: International IDEA) to międzyrządowa organizacja utworzona w 1995 roku w Sztokholmie, posiada status obserwatora przy ONZ. Jej celem jest pomoc państwom w koordynacji procesów wyborczych, wzmacnianie udziału społeczeństwa w życiu publicznym oraz działanie na rzecz rozwoju i umacniania demokracji. Jej sekretarzem generalnym od sierpnia 2019 jest Kostarykańczyk Kevin Casas-Zamora.

Instytut co roku publikuje raport o globalnym stanie demokracji. Najnowszą edycję z 19 listopada 2019 zatytułowano „Odpowiedź na bolączki, odnowienie obietnicy”. Autorką studium przypadku Polski jest dr Magdalena Solska, politolożka i wykładowczyni na Uniwersytecie we Fryburgu.

Badacze podkreślają, że choć liczba krajów demokratycznych na całym świecie rośnie, część demokracji, zwłaszcza w Europie, jest dziś słabsza niż kiedyś.

„Bardzo trudno żyć w państwie, w którym nie ma praworządności, podziału władz i w którym nie można ufać sądom” – powiedział podczas prezentacji raportu Josep Borrell, nowy szef dyplomacji UE.

Choć Borell nie wypowiedział tego na głos, mowa między innymi o Polsce pod rządami PiS.

Polska demokracja w gorszej formie

Współczynnikami dobrze funkcjonującej demokracji zdaniem badaczy International IDEA są:

  • demokracja przedstawicielska (sprawiedliwe i powszechne wybory, wolne partie polityczne);
  • partycypacja społeczna (zaangażowanie NGO, partycypacja w wyborach, demokracja lokalna);
  • sprawiedliwa administracja (przewidywalne egzekwowanie prawa, brak korupcji);
  • kontrola rządu (skuteczny parlament, niezależne sądownictwo, uczciwe media);
  • prawa podstawowe (prawa społeczne i równość, swobody obywatelskie, prawo do sądu).

Na ich podstawie Instytut dzieli kraje na trzy rodzaje ustrojów politycznych: demokracje, reżimy hybrydowe i nie-demokracje.

Wszystkie kraje europejskie, poza Białorusią, sklasyfikowano jako demokratyczne, ale w niektórych z nich jakość demokracji słabnie.

„Europa musi mierzyć się z regresem demokracji oraz z tendencjami autorytarnymi, które przejawia część rządów w regionie. To Turcja w Europie Południowej, Węgry, Polska i Rumunia w Europie Środkowo-Wschodniej. W tych krajach obserwujemy spadki w największej liczbie współczynników. Widoczne jest znaczące, stopniowe i zaplanowane osłabianie systemu demokratycznej kontroli rządów oraz ograniczanie swobód obywatelskich” – podkreślają badacze.

„Poważny regres demokracji”

Choć Polska zaliczana jest w poczet krajów demokratycznych, badacze zwrócili uwagę, że w latach 2013-2018 doświadczyła poważnego regresu demokracji. Regres ten, to, jak podkreślają w raporcie

„odgórne i zaplanowane wyjaławianie demokratycznych instytucji za pomocą demokratycznego procesu decyzyjnego”.

„Rządzące partie w krajach takich jak Węgry, Polska i Turcja, zręcznie wykorzystały reguły demokracji, by zawłaszczyć demokratyczne instytucje (w tym parlament, sądownictwo i media) i zmieniać zasady (np. prawo wyborcze, wybór sędziów, przepisy konstytucji) w celu utrzymania bezterminowej kontroli nad tymi instytucjami” – czytamy w opracowaniu.

International IDEA podkreśla, że coraz wyraźniejsze wtrącanie się polityków w sprawy sądownictwa, uciszanie parlamentarnej opozycji, ograniczanie przestrzeni obywatelskiej i swobody mediów spowodowało wyraźny spadek w sześciu elementach składowych polskiej demokracji. Odnotowano:

  • ograniczenie swobód obywatelskich, w tym zwłaszcza swobody wypowiedzi, zrzeszania się i wolności zgromadzeń;
  • słabszą kontrolę rządu poprzez mniej uczciwe media, mniej niezależne sądy i mniej skuteczny parlament.

Badacze zwrócili też uwagę na kwestię równości płci. O ile wyniki krajów takich jak Chorwacja, Polska, Serbia i Turcja nie pogorszyły się dramatycznie, wyraźna i niepokojąca jest tendencja spadkowa w ostatnich pięciu latach.

„Tendencje autokratyczne”

Zdaniem autorów raportu, część partii politycznych w Europie, a zwłaszcza w Europie Środkowo-Wschodniej, przejawia tendencje autokratyczne. Jedną z nich jest PiS.

„Partie te oraz tworzone przez nie rządy opierają się na platformach ideologicznych będących kombinacją konserwatyzmu, nacjonalizmu i odrzucenia liberalnej demokracji. Typowe przykłady to Prawo i Sprawiedliwość w Polsce, Fidesz na Węgrzech i WMRO-DPMNE w Macedonii Północnej (u władzy do 2016 roku)” – piszą badacze.

W raporcie zwrócono uwagę na fakt, że te partie i rządy chętnie nazywają przeciwników politycznych „zdrajcami” i retorycznie wykluczają z narodowej wspólnoty. Kładą nacisk na narrację historyczną, ideologie natywistyczne i globalne teorie spiskowe.

„Od zdobycia władzy w 2015 roku Prawo i Sprawiedliwość umacnia władzę wykonawczą i zmienia strukturę prawną i konstytucyjną tak, by poszerzać bastion swoich rządów. Aby usprawiedliwić daleko idące zmiany, PiS podkreśla rolę tradycyjnych wartości i moralność. Skupia się na redystrybucji społecznej i odrodzeniu zaufania do instytucji publicznych” – czytamy w raporcie.

Sądy, media…

Zdaniem badaczy International IDEA w Polsce dostrzegalny jest schemat działania, którego celem jest centralizacja władzy i kontrolowanie opozycji. Polska przypomina w tym inne kraje regionu, które w ostatnich latach otarły się o autorytaryzm.

„PiS przejął kontrolę nad mediami. Zmienił zasady wyboru sędziów do Trybunału Konstytucyjnego, Krajowej Rady Sądownictwa i Sądu Najwyższego. Dał sobie kontrolę nad procesem nominacji sędziowskich. Partia ta obsadziła swoimi zwolennikami kluczowe stanowiska w sądach i poddała je ścisłej kontroli ministra sprawiedliwości” – piszą autorzy opracowania.

Sądy to nie wszystko. W raporcie czytamy także o powołaniu Narodowego Instytutu Wolności, w ramach którego scentralizowano finansowanie organizacji społeczeństwa obywatelskiego. O absurdalnych decyzjach kierownictwa Instytutu, w tym wicepremiera Piotra Glińskiego.

International IDEA przypomina o ustawach antyterrorystycznych z 2016 roku. Polski rząd dał sobie w nich prawo do nadzoru komunikacji internetowej z pominięciem nakazu sądowego. Wydłużono okres tymczasowego aresztowania, a Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego uzyskała szerszy dostęp do danych osobowych.

Na poniższych wykresach przedstawiono, jak w latach 1988-2018 ewoluowały wskaźniki swobody wypowiedzi, zrzeszania się i wolności zgromadzeń oraz kontroli nad rządem w Polsce, na tle innych krajów, Europy i świata.

Prześladowane NGO

W raporcie International IDEA zwrócono szczególną uwagę na ograniczenia narzucane organizacjom społeczeństwa obywatelskiego.

Ograniczenia te, jak zauważają badacze, często idą w parze z naruszeniami praworządności, redukcją swobód, praw podstawowych i słabszą kontrolą nad egzekutywą. „Są silnie związane z regresem demokracji m.in. w Polsce, Serbii, na Węgrzech i w Turcji” – czytamy w opracowaniu.

To np. więcej biurokracji przy rejestrowaniu nowych inicjatyw czy poszerzenie definicji tego, co uznaje się za działanie polityczne, czyli niedopuszczalne. NGO cierpią z powodu nowych praw zakazujących „obrażania” rządów i liderów politycznych. A także przez ograniczenia w wolności zgromadzeń i dostępie do finansowania.

Z badań wynika, że mniej swobody działania mają zwłaszcza NGO działające na rzecz praw człowieka, w tym praw migrantów i uchodźców, osób LGBT i mniejszości etnicznych. Wzrost znaczenia prawicowych populistów oraz mowa nienawiści, która zatacza coraz szersze kręgi, de facto ograniczyły przestrzeń obywatelską dla przedstawicieli tych mniejszości.

A organizacje, które ich bronią, stały się obiektem ataków także przestawicieli partii politycznych.

Jak podkreślają badacze tendencję tę widać w całej Europie. Także w krajach, w których dotąd władze wspierały społeczeństwo obywatelskie takich jak np. Austria, Holandia i Wielka Brytania.

Nowy ład w Europie?

Z raportu International IDEA wynika, że polskie „reformy” to nie tylko specyfika kraju nad Wisłą, a fenomen ogólnoeuropejski.

W wielu krajach starego kontynentu rośnie popularność „demokracji nieliberalnej”, polaryzacja społeczeństw i rozczarowanie partiami politycznego mainstreamu. Główne powody? Jest ich wiele, ale kluczowy wydaje się lęk przed globalizacją i rozwojem technologicznym, które uwypuklają nierówności oraz bezbronność wobec kaprysów gospodarki. I zagrażają tradycyjnym wartościom.

„Część partii politycznych wykorzystuje te lęki, dając proste odpowiedzi na skomplikowane pytania. […] To klimat polityczny, w którym ochronie mniejszości i głoszonych przez nie poglądów przeciwstawiany jest wyraźny lęk, że to wartości wyznawane przez większość są zagrożone” – napisano w raporcie.

Takie historie znają nie tylko Polska i Węgry, ale także Austria i Włochy, gdzie do władzy doszły partie o profilu skrajnie prawicowym – FPÖ i Liga.

Jednocześnie obywatele i obywatelki okopują się we wrogich obozach, przede wszystkim politycznych. Coraz częściej tracą kontakt także na poziomie społeczno-kulturowym i konsumują inne treści medialne.

Jest jednak nadzieja – także dla Polski. Badacze wskazują na pozytywne przykłady Armenii i Macedonii Północnej, w których widać demokratycznie ożywienie i pierwsze oznaki zatrzymania regresu demokracji.

Demokracja na świecie

Badacze przyjrzeli się stanowi demokracji z perspektywy globalnej. Odnotowali szereg pozytywnych tendencji:

  • liczba krajów demokratycznych rośnie, dziś jest ich 97, czyli 62 proc., w 1975 roku było to zaledwie 26 proc.;
  • w demokracjach żyje ponad połowa ludności na świecie (57 proc., w porównaniu do 36 proc. w 1975);
  • demokracji domagają się społeczeństwa krajów, które nigdy nie doświadczyły rządów w pełni demokratycznych, np. w Armenii, Malezji, Algierii, Egipcie czy Sudanie;
  • pierwsze oznaki demokratycznych reform w krajach niedemokratycznych, np. w Etiopii;
  • aż 81 proc. z 97 światowych demokracji jest stabilna.

Ale raport International IDEA zawiera też listę ostrzeżeń:

  • choć liczba państw demokratycznych rośnie, jakość demokracji słabnie;
  • mamy coraz więcej krajów, w których niedawne demokratyczne przemiany są odwracane; demokracje są kruche zwłaszcza w Afryce;
  • krajów, które doświadczają erozji demokracji, jest dziś dwa razy więcej niż 10 lat temu;
  • erozja widoczna jest w ponad połowie państw w Ameryki Północnej (w tym w Stanach Zjednoczonych), Europy oraz regionu Azji i Pacyfiku oraz w nieco mniej niż połowie krajów Afryki oraz Ameryki Łacińskiej i Karaibów;
  • rośnie też liczba krajów przejawiających regres demokracji, w których władza rozmontowuje mechanizmy kontroli i ogranicza swobody obywatelskie – jest ich dziś 10 (w tym Polska);
  • najpoważniejszym przypadkiem regresu jest Wenezuela, która z kraju demokratycznego przekształciła się w nie-demokrację;
  • przestrzeń dla społeczeństwa obywatelskiego kurczy się na całym świecie i we wszystkich rodzajach rządów;
  • rośnie liczba reżimów hybrydowych, wśród których 71 proc. nigdy nie było demokracjami;
  • osiągnięcie parytetu kobiet i mężczyzn w parlamentach przy obecnym tempie potrwa jeszcze kolejnych 46 lat.

Prezes Kaczyński lubi spotkania w mediach mu przychylnych a teraz, im bliżej wyborów prezydenckich, jego aktywność wzrasta. Ostatnio udzielił wywiadu „Gazecie Polskiej”, w którym odniósł się do Stanisława Piotrowicza i reelekcji Andrzeja Dudy.

Kaczyński nie ukrywa, że po zgłoszeniu kandydatur Piotrowicza i Pawłowicz do TK, spodziewał się ostrego ataku na nich, ale nie zamierza wierzyć w te kłamstwa, głoszone przez nieprzychylne PiS-owi media. Nagonka na Piotrowicza to nic innego jak rodzaj zemsty za przeprowadzenie przez niego reformy sądownictwa, a zarzuty związane z pełnieniem funkcji prokuratora w stanie wojennym, są bezzasadne. Fakt, był w „PZPR, ale należał do tej grupy prokuratorów i sędziów, którzy starali się maksymalnie łagodzić represje”.

Kaczyński nie ukrywa, że jest przekonany, iż „Stanisław Piotrowicz jest zły, ponieważ nie jest po „właściwej stronie” i jednocześnie przypomina, że ci, z tej drugiej strony „z honorami żegnali Wojciecha Jaruzelskiego, oni wysłali do Parlamentu Europejskiego całą ekipę PZPR na czele z Leszkiem Millerem, członkiem Biura Politycznego i sekretarzem Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii (…) Ale Leszek Miller, Włodzimierz Cimoszewicz aktywista partyjny i Danuta Huebner, która miała podobną przeszłość – są dla nich dobrzy”.

W rozmowie padły też ciepłe słowa dotyczące Andrzeja Dudy.  Prezes wspominał początki jego kampanii wyborczej, które nie były zbyt optymistyczne, jego trudną drogę do zwycięstwa i przyznał, że, według niego, „Andrzej Duda ma tak duże szanse na reelekcję, iż niespecjalnie chcę rozważać sytuację, że przegra”.

Trudno się z nim nie zgodzić, gdy obserwuje się stoicki spokój partii opozycyjnych, którym wydaje się, że mają mnóstwo czasu do wyborów i jakoś się zorganizują, zdążą, przekonają Polaków do swojego kandydata, którego wciąż nie ma.

Policja polityczna

24 List

Do akcji rzucono tysiące policjantów, w tym setki tajniaków, ścigających najgroźniejszych przestępców. Raportowali o każdym kroku manifestujących przeciw pisowskim ustawom o sądach. Dotarliśmy do dokumentów z policyjnej akcji „Rekonesans”. Bianka Mikołajewska: To jeden z moich tekstów w OKO.press, z których jestem najbardziej dumna

Policja polityczna. Operacja „Rekonesans” – setki tajniaków śledziły manifestujących

OKO.press dotarło do dokumentów z policyjnej akcji zabezpieczenia ubiegłorocznych protestów przeciwko pisowskim ustawom o sądach. Do akcji rzucono tysiące policjantów, w tym setki tajniaków, ścigających najgroźniejszych przestępców. Raportowali o każdym kroku manifestujących. Zwłaszcza opozycji pozaparlamentarnej i parlamentarnej oraz młodzieży


Z dokumentów, do których dotarliśmy, wyłania się dość ponury obraz policji i państwa, któremu służy. Latem 2017 roku, podczas pokojowych (początkowo wręcz piknikowych) protestów przeciwko pisowskim ustawom o sądach, bez wyraźnego powodu, odciągnięto od codziennych zadań tysiące funkcjonariuszy z całej Polski i kazano pilnować parlamentu, Pałacu Prezydenckiego i TVP.

Do rzekomo wyłącznie prewencyjnej akcji rzucono setki tajniaków, m.in. z pionów kryminalnych – na co dzień ścigających morderców, handlarzy narkotyków i złodziei. I kazano im „objąć nadzorem” uczestników manifestacji, ale także osoby nieuczestniczące w protestach. W niektórych przypadkach była to klasyczna policyjna obserwacja – jaką wolno stosować tylko wobec przestępców. Policjanci raportowali o każdym kroku „nadzorowanych” i „obserwowanych”, na siłę szukając zagrożeń, które uzasadniałyby ich zaangażowanie w tę przedziwną akcję. Czasami przybierało to formy komiczne, wręcz groteskowe (patrz meldunki na ilustracjach). Nie zmienia to jednak ponurego obrazu całej akcji.

Dziś ujawniamy, jak wyglądały policyjna operacja „Sejm” i podoperacja „Rekonesans”. Już wkrótce:

  • jak zlecono obserwację młodzieży sprzeciwiającej się dewastacji polskiego systemu prawnego i
  •  jak śledzono pozaparlamentarną opozycję.   

Operacja kryptonim „Sejm”

Dokumenty z operacji zabezpieczenia ubiegłorocznych protestów znaleźliśmy w aktach sprawy sądowej, którą wytoczyli policji Ryszard Petru, były szef Nowoczesnej, i jego następczyni – Katarzyna Lubnauer. Politycy chcą, by sąd zakazał policji inwigilowania ich. Pozew złożyli latem 2017 roku – wkrótce po tym, jak „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł „Policja inwigiluje Obywateli RP i posła Ryszarda Petru” i nagrania rozmów funkcjonariuszy, którzy śledzili ich 21 lipca 2017 roku.

Jak potwierdziła później Komenda Stołeczna Policji, były to skompilowane fragmenty rozmów funkcjonariuszy uczestniczących w operacji kryptonim „Sejm”. Jej celem miało być zabezpieczenie zgromadzeń, które odbywały się w centrum Warszawy od 16 do 21 lipca 2017 roku.

Na wniosek Petru i Lubnauer, reprezentująca w procesie policję Prokuratoria Generalna RP przesłała do sądu setki stron policyjnych planów działania, raportów z operacji, meldunków, notatek służbowych, itd.

Z dokumentów wynika, że operację „Sejm” zarządził komendant stołeczny policji Rafał Kubicki i on też był jej dowódcą. Trzy miesiące później Kubicki pożegnał się z funkcją komendanta (po pół roku jej sprawowania). Jak podawało radio RMF, „zgubiły go zbyt wybujałe ambicje”. Według „Super Expressu”, był pewny, że zostanie szefem całej policji i „chwalił się, że ma za sobą polityczne poparcie”.

16 lipca 2017 roku, w zatwierdzonym przez Kubickiego „Planie działania dowódcy operacji pod krypt. »Sejm«”, napisano, że „brak jest jednoznacznych, potwierdzonych informacji na temat zagrożeń mogących wystąpić podczas planowanego zabezpieczenia”. Jednak „biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenie w zabezpieczaniu podobnych przedsięwzięć, należy się liczyć z możliwością zakłócenia bezpieczeństwa i porządku publicznego (…)”.

To wystarczyło, by zarządzić gigantyczną operację, z udziałem tysięcy policjantów, w tym setek tajniaków.

Tysiące policjantów, setki tajniaków

Do udziału w operacji kryptonim „Sejm” zaangażowano etatowy i nieetatowy oddział prewencji, policjantów z większości wydziałów KSP i z warszawskich komend rejonowych, a także – codziennie – setki funkcjonariuszy z wielu innych miast z całej Polski. Z raportu podsumowującego tę operację wynika, że

  • 16 lipca 2017 roku brało w niej łącznie udział 1300 policjantów,
  • 17 lipca – 611 policjantów,
  • 18 lipca – 2194,
  • 19 lipca – 2218,
  • 20 lipca – 2341
  • i 21 lipca – 2337.

Operację podzielono na kilka podoperacji.

Policjanci uczestniczący w podoperacji kryptonim „Śródmieście” odpowiadali za zabezpieczenie okolic parlamentu, Pałacu Prezydenckiego, Sądu Najwyższego i budynku TVP przy Pl. Powstańców Warszawy oraz za „niedopuszczenie do [ich] zablokowania lub okupacji”;

  • „Mokotów” – za zabezpieczenie gmachu TVP przy ul. Woronicza;
  • „Proces” – za gromadzenie dokumentacji procesowej i koordynację osadzania osób zatrzymanych,
  •  „Droga” – za zapewnienie bezpieczeństwa ruchu w rejonach protestów,
  • „Odwód” – za wsparcie w przypadku nieprzewidzianych zdarzeń,
  • „Rekonesans” – za „zabezpieczenie operacyjne prowadzonych działań”.

W co najmniej dwóch z tych podoperacji – „Śródmieściu” i „Rekonesansie” – uczestniczyli funkcjonariusze po cywilnemu, czyli po prostu tajniacy.

To w ramach podoperacji „Śródmieście” działali policjanci, którzy 21 lipca 2017 roku śledzili w centrum Warszawy Obywateli RP i Ryszarda Petru. Według wyjaśnień przesłanych w tej sprawie do sądu przez Prokuratorię Generalną, w akcji tej uczestniczyli głównie funkcjonariusze Wydziału Wywiadowczo-Patrolowego KSP (na nagraniach ujawnionych przez „Gazetę Wyborczą” zarejestrowano głosy dziewięciorga). Komórka ta powstała, by zwalczać „najbardziej uciążliwe społecznie przestępstwa pospolite” (kradzieże aut, rozboje, napady, pobicia, kradzieże kieszonkowe) i zatrzymywać ich sprawców na gorącym uczynku.

Z dokumentów dotyczących operacji „Sejm” wynika, że samego tylko 21 lipca na ulice stolicy wysłano 48 nieoznakowanych radiowozów, których załogi stanowili nieumundurowani funkcjonariusze właśnie z Wydziału Wywiadowczo-Patrolowego oraz Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego KSP, Zespołu Antykonfliktowego Policji i Oddziału Prewencji Policji w Warszawie (co najmniej po dwóch w radiowozie).

W pozostałych dniach operacji liczba funkcjonariuszy po cywilnemu była podobna.

„Rekonesans” wśród protestujących

Ale to nie koniec. Do udziału w operacji „Sejm”, w ramach podoperacji „Rekonesans” skierowano bowiem również policjantów kryminalnych, na co dzień ścigających najgroźniejszych przestępców. I oczywiście także pracujących po cywilnemu.

Według dokumentów, do których dotarliśmy, w „Rekonesansie” uczestniczyli funkcjonariusze z wydziałów:

  • do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw,
  • do walki z Przestępczością Gospodarczą,
  • do walki z Przestępczością Narkotykową,
  • do walki z Cyberprzestępczością,
  • ds. Odzyskiwania Mienia,
  • do walki z Przestępczością Samochodową,
  • do walki z Korupcją,
  • Wywiadu Kryminalnego,
  • i z Wydziału Kryminalnego.

To policyjna elita, specjaliści w swoich dziedzinach, często z wieloletnim stażem i ogromnym doświadczeniem.

W „Rekonesansie” od 16 do 21 lipca 2017 roku pracowali na okrągło całą dobę, na trzy zmiany – od kilku do kilkudziesięciu osób w jednej zmianie. Największą mobilizację zarządzono w pierwszym i ostatnim dniu podoperacji. 16 lipca brało w niej udział 48 policjantów z pionów kryminalnych i dodatkowo, jako wsparcie, 20 z Wydziału Wywiadowczo-Patrolowego, a 21 lipca – 54 policjantów kryminalnych.

W meldunkach do sztabu policjanci z „Rekonesansu” raportowali, gdzie gromadzą się manifestujący przeciwko pisowskim ustawom o sądach i ilu ich jest. Meldowali, jakie hasła wznoszą protestujący, a także jakie mają flagi i transparenty. Informowali dowództwo, kto przemawia ze sceny i co mówi. Na przykład:

  • 16 lipca o 23:23 „Rekonesans zgłasza, że osoby w pochodzie krzyczą »Solidarność naszą bronią«”.
  • 19 lipca o 23:29 „Rekonesans: ze sceny padło hasło palenia światełek zarówno przed Sejmem jak i przed Pałacem Prezydenckim. Zachęca się do udziału w proteście”.
  • 18 lipca o 23:51 sztab dostaje meldunek: „Rekonesans – pan Borusewicz – hasło – siedziałem i będę siedział (ze sceny)”.

To do funkcjonariuszy z „Rekonesansu” kierowano rozkazy ze sztabu, by nasłuchiwali ze sceny lub podsłuchiwali w tłumie, jakie plany mają protestujący.

  • 16 lipca o 22:16 „35701 prosi Rekonesans o podsłuchiwanie, czy padną hasła na temat rozwoju dalszego sytuacji”.
  • 20 lipca o 18:46 „35701 [zaleca] zadaniować Rekonesans celem ustalenia czy pojawią się głosy wśród zgromadzenia żeby przemieszczać się pod Pałac Prezydencki”.
  • 20 lipca o 21:45 „87001 [zgłasza] Piękna ok. 100 wystawione siły na razie spokój, Rekonesans – podejść pod squot [grupę młodzieży ze squatu Syrena – przyp. red.] aby słyszeć ich zamiary”.

„Część tych działań – jak np. odnotowywanie haseł z transparentów czy osób przemawiających ze sceny – w ogóle nie jest zadaniem policji. Część mogła z powodzeniem realizować prewencja, w znacznie mniejszej liczbie. Z praktycznego punktu widzenia, wykorzystanie policjantów operacyjnych do tej akcji miało sens tylko, gdy protestujący chcieli zablokować Sejm. I rzeczywiście bardzo sprawnie zbierali informacje o posunięciach osób blokujących” – mówi emerytowany od niedawna policjant z KSP.

Kasprzak pod obserwacją. Inni Obywatele RP, OSA, squattersi i Frasyniuk pod nadzorem

Ale policjanci „Rekonesansu” i inni tajniacy uczestniczący w operacji kryptonim „Sejm” mieli także inne zadanie do wykonania – obserwować/nadzorować/monitorować wybranych uczestników protestów.

Zagadką jest natura i podstawa prawna tych działań.

W meldunkach pojawiają się informacje o „zabezpieczeniu operacyjnym” i „informacji operacyjnej”. A także o „poleceniu objęcia obserwacją”.

  • 18 lipca o godzinie 8:39 „35 801 zgłasza ok. 10 osób przy KODZIE, 20-25 osób przy namiotach Obywateli RP, przekazano do zabezpieczenia operacyjnego do Rekonesansu”.
  • 20 lipca o godzinie 19:15 „Rekonesans zgłasza telefonicznie, że z informacji operacyjnej wynika, że ze squatu Syrena ma być najście na Sejm, przekazano 35 704”.
  • 17 lipca, o godzinie 10:20 „Z polecenia Dowódcy Podoperacji REKONESANS załoga 102 otrzymała polecenie objęcia obserwacją jednego z liderów KOD [w rzeczywistości Obywateli RP – przyp. red.] Pawła Kasprzaka i jego otoczenia w okolicy Sejmu z uwagi na mogące wystąpić potencjalne zagrożenia z ich strony”.

Zleceń obserwacji było więcej – napiszemy o tym na OKO.press już wkrótce.

Zgodnie z ustawą o Policji, czynności operacyjno-rozpoznawcze (należy do nich m.in. obserwacja) można prowadzić tylko „w celu rozpoznawania, zapobiegania i wykrywania przestępstw i wykroczeń, poszukiwania osób ukrywających się przed organami ścigania lub wymiarem sprawiedliwości, poszukiwania osób, które na skutek wystąpienia zdarzenia uniemożliwiającego ustalenie miejsca ich pobytu należy znaleźć w celu ochrony ich życia, zdrowia lub wolności”. Żadna z tych przesłanek nie odnosiła się do sytuacji opisanych w cytowanych wyżej meldunkach.

W meldunkach z operacji „Sejm” jest też wielokrotnie mowa o objęciu różnych osób „nadzorem” lub „monitorowaniu” ich. Prośby o „objęcie nadzorem” kierowane są zwykle do policjantów z „Rekonesansu”, ale też i „Rekonesans” z własnej inicjatywy zgłasza, że ma kogoś „pod nadzorem”.

Kim najbardziej interesowali się tajniacy? W meldunkach dotyczących „nadzorowania”, ale także w ogóle w meldunkach z operacji „Sejm”, najczęściej wymieniani są Obywatele RP – jako grupa (łącznie co najmniej 57 razy) i poszczególni działacze ruchu m.in. Paweł Kasprzak nazywany czasem Kacprzakiem (59 razy), Wojciech Kinasiewicz (49), Tadeusz Jakrzewski nazywany również Jakszewskim (16). Często pada również nazwa OSA (Obywatele Solidarnie w Akcji) oraz nazwiska jej aktywistów Arkadiusza Szczurka (12) i Macieja Bajkowskiego (15).

Przykłady?

  • 18 lipca o 10:17 sztab odnotowuje meldunek: „35 801 pan Szczurek i Bajkowski odjeżdżają, pod nadzorem”.
  • 20 lipca o 15:31: „35 704 pan Kinasiewicz idzie w kierunku Placu Trzech Krzyży wzdłuż wypłotowania, przekazano do Rekonesansu w celu objęcia nadzorem”.
  • 21 lipca o 13:56 „Sztab przekazał, że do kawiarni przy ul. Wiejska 12a wszedł Wojciech Kiniasiewicz i zlecił objęcie go nadzorem. Zlecono załodze nr 102. Załoga przekazała, że na miejscu jest załoga WWP KSP, która już objęła nadzorem przedmiotowy adres”.

Z dokumentów operacji „Sejm” wynika, że przez kilka dni śledzono właściwie każdy krok liderów opozycji pozaparlamentarnej – i to nie tylko w rejonie zgromadzeń, które miała zabezpieczać policja. O tym, jak to wyglądało, także napiszemy na OKO.press w najbliższych dniach.

Policjanci meldowali również o pojawieniu się różnych polityków partii opozycyjnych i byłych działaczy opozycji. Ale „nadzorować” polecili tylko Władysława Frasyniuka.

  • 21 lipca o 1:14 w nocy policjanci meldują: „Info, ze sztabu 208 że na ul. Frascati 1 pan Frasyniuk zebrał się wraz ze swoim sztabem – objąć nadzorem – przekazano do załogi”.

Zbiorowym bohaterem meldunków są też mieszkańcy warszawskiego squatu Syrena i inni młodzi lewicowcy, którzy brali udział w protestach przeciwko niszczeniu sądownictwa przez PiS, grupowo nazywani przez policję „squatterami”.

  • 20 lipca o 22:31 policjanci biorący udział w operacji zabezpieczania Sejmu dostają „Info ze sztabu 208, że grupa squattersów ma być objęta bezpośrednim nadzorem”.
  • 21 lipca o 21:11 meldują: „Rekonesans grupa squat w całości w parku pod nadzorem Rekonesansu”.
  • A tego samego dnia o 22:45 – „35704 wśród zgromadzonych 6 czarnych flag czyli squat pod nadzorem Rekonesansu”.

Obserwacja, czyli nadzór, nadzór, czyli zapewnienie bezpieczeństwa

Komenda Stołeczna Policji, w o odpowiedzi na szereg szczegółowych pytań OKO.press dotyczących obserwacji i nadzoru podczas operacji „Sejm”, przesłała tylko krótkie stanowisko. Rzecznik KSP, kom. Sylwester Marczak napisał, że „z uwagi na trwające w powyższej sprawie czynności, do ich zakończenia [KSP] nie będzie udzielać komentarza”.

Zapewnił jednak, że „przy działaniach związanych z zabezpieczeniem zgromadzeń nie ma mowy o działaniach o charakterze operacyjnym” i że tak też było podczas operacji „Sejm”.

W dokumentów, do których dotarliśmy wynika, że w ubiegłym roku, gdy wybuchła afera z nagraniami ujawnionymi przez „Gazetę Wyborczą”, a Ryszard Petru i Obywatele RP zarzucili policji, że stosowała wobec nich obserwację, dowódca podoperacji „Rekonesans”, nadkom. Hubert Pełka napisał szybko kilka notatek służbowych. Wyjaśniał w nich, że:

  • jego ludzie nie prowadzili czynności operacyjnych,
  • „zabezpieczenie operacyjne” polega tylko na tym że „funkcjonariusze biorący udział w zabezpieczeniu są funkcjonariuszami pionów kryminalnych i występują w ubraniu cywilnym jak do codziennej służby”,
  • słowo „obserwacja” zostało użyte w meldunkach i rozkazach omyłkowo. Obserwacja, którą prowadzono nie oznaczała czynności opisanej w „Zarządzeniu nr PF-634 Komendanta Głównego policji z dnia 30 czerwca 2006 roku w sprawie metod i form wykonywania przez Policję czynności operacyjno-rozpoznawczych”. Faktycznie chodziło po prostu o nadzór nad wymienianymi w meldunkach osobami,
  • nadzór zaś miał na celu „zapewnienie bezpieczeństwa” osobom wymienianym w meldunkach i „identyfikowanie zagrożeń” dla tych osób oraz zagrożeń z ich strony.

Pełka zapewnił też, że podczas przeprowadzanych odpraw załóg „Rekonesansu” „nie były wydawane żadne polecenia dotyczące objęcia nadzorem konkretnych osób”. Policjantom kazano po prostu ogólnie zwracać uwagę na osoby publiczne. Nie wyjaśnił, skąd wśród policjantów tak świetna znajomość i umiejętność rozpoznawania polityków, byłych działaczy podziemnej opozycji i aktywistów obecnej opozycji pozaparlamentarnej, np. takich jak działacze OSY – Arkadiusz Szczurek i Maciej Bajkowski, którzy prawie nie występują w mediach.

Informacja z FB: Wałęsa jedzie do Warszawy. Polecono nadzorować

Policjanci z „Rekonesansu” nadzorowali jednak nie tylko tych, którzy uczestniczyli z protestach przeciwko niszczeniu sądownictwa, ale także tych którzy dopiero mogli do nich dołączyć.

Jak wspomnieliśmy wcześniej, do udziału w podoperacji oddelegowano m.in. kilku funkcjonariuszy z Wydziału do walki z Cyberprzestępczością KSP. To komórka, która ściga m.in. sprawców ataków hakerskich, ataków przy pomocy złośliwego oprogramowania, szantaży ransomware (blokowanie dysków do czasu wpłacenia „wykupnego”), sieciowych złodziei tożsamości itp.

Podczas protestów w lipcu 2017 roku policjanci z WCB śledzili w internecie, gdzie i kiedy odbywać się będą zgromadzenia oraz kto będzie brał w nich udział. Zlecano im również „pogłębianie” informacji dotyczących planów manifestujących – poprzez przeglądanie internetowych forów i profili, m.in. organizacji z opozycji pozaparlamentarnej. Na przykład

  • 18 lipca o godzinie 11:00 „208 00 przekazuje informację o nawoływaniu przez przedstawicieli KOD pod sejmem do blokady sejmu o g. 17.00 w dniu dzisiejszym, jak to było 16 grudnia. Informacja potwierdzona przez załogę 102. W związku z powyższym stosowne zadania w tym zakresie zlecono WCB KSP” [pisownia oryginalna].

Najwięcej popłochu wywołała znaleziona przez funkcjonariuszy z Wydziału do walki z Cyberprzestępczością informacja o tym, że do Warszawy jedzie niegdysiejszy lider podziemnej Solidarności, były prezydent RP Lech Wałęsa.

18 lipca o 19:45 w „Dzienniku działań dowódcy podoperacji kryptonim Rekonesans” odnotowano:

  • „Z WCB uzyskano informację, że na portalu społecznościowym Facebook profil Obywatele RP pojawił się wpis cyt. ” Prawdopodobnie Wałęsa jedzie do Warszawy” co przekazano do 208 00″.

Później policjanci meldują:

  • 19:46 „Rekonesans na FB info że Wałęsa jedzie do Warszawy, polecono nadzorować
  • 19:54 „Wykonano telefon do dyżurnego operacyjnego BOR, który nie potwierdził, żeby Lech Wałęsa udawał się do Warszawy”,
  • 20:07 „35704 informuje, że przez megafony pada informacja, że Lech Wałęsa jedzie do Warszawy”.

Ostatecznie Wałęsa do Warszawy nie dojechał. Dzięki temu uniknął kolejnego, po kilkudziesięcioletniej przerwie, „nadzorowania” przez tajniaków – tym razem z policji.

***

Komenda Stołeczna Policji nie odpowiedziała nam, jakie siły zmobilizowano w tym roku do zabezpieczenia protestów przeciwko nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym i czy w operacji brali znów udział tajniacy.

W pierwszym dniu protestów – 17 lipca 2018 roku – nadzorujący policję minister Joachim Brudziński napisał na Twitterze: „Nadmiernie pobudzonych zapowiedzią kolejnej awantury przez „demokratów”, którzy od trzech lat nie mogą pogodzić się z demokratycznym wyborem Polaków, uspokajam. KSP jak zawsze zadba o porządek i bezpieczeństwo wszystkich. Obywatela Kasprzaka też”.

Tekst prof. Koncewicza czytaj tutaj >>>

Demokracja kona, nie jest to powód do świętowania

26 Gru

Dwie sceny mogą być symbolem trzeciego roku rządów „zjednoczonej prawicy”. Konkretne do bólu. Policzek wymierzony przez funkcjonariuszkę obecnej władzy kobiecie domagającej się od prezydenta Dudy respektowania naszej konstytucji. I wyprowadzenie przez policję Władysława Frasyniuka w kajdankach z jego własnego domu.

W październiku minął rok od tragicznej śmierci Piotra Szczęsnego. I nic.

Człowiek odebrał sobie życie, by zaprotestować przeciwko polityce obecnej władzy. To się zdarza w krajach niedemokratycznych, ale w sercu Unii Europejskiej? Co mieli do powiedzenia rządzący, słyszeliśmy. Ale czy o ofierze Szczęsnego pamiętają dziś zwykli obywatele?

Szef Komisji Nadzoru Finansowego składa niemoralną propozycję. I co? Aresztują go, ale jednocześnie aresztują jego poprzednika próbującego alarmować o wielomilionowych przekrętach w imperium oszczędnościowym sprzymierzeńca obecnej władzy.

To był kolejny zły rok w polskiej polityce. Światełko w tunelu błyska, ale żeby nie zgasło, trzeba połączonych flot i sił. Niektórzy będą chcieli oddzielić świat polityczny od prywatnego, domowego, rodzinnego. To już niemożliwe. Znów, jak za komuny, wszystko jest polityką. Tuż przed wigilią prezydent nikczemnie atakuje Donalda Tuska, a szef episkopatu zestawia „Kler” z hitlerowskim, antysemickim filmem propagandowym. Odsunięty w cień Macierewicz oskarża Tuska znów o „zdradę dyplomatyczną”. Byli prezydenci i premierzy muszą bronić zaprzysiężonej tłumaczki państwowej przed zmuszaniem jej do zeznań, co jest w demokracjach złamaniem cywilizowanych reguł.

Jak długo niektórzy będą udawać, że nic się nie dzieje, że „symetryzm”, że Schetyna, że 500 plus? Nieprawda. Wolna i demokratyczna Polska jest w potrzebie. Kto tego nie widzi albo kto widzi i akceptuje, jest jak karp idący pod wigilijny nóż. Nie można zasłaniać oczu, uszu i ust. Ani szukać wymówek, że opozycja też ma swoje grzechy, a gdy rządziła, też zaliczała wpadki.

Bilans jest nieporównywalny. Tam przeważały osiągnięcia, w bilansie obecnego trzylecia zdecydowanie górują porażki i niedociągnięcia. Polska popada w międzynarodową izolację, w polityce krajowej panują na skalę dotąd niespotykaną chaos, zamieszanie, chciejstwo, nepotyzm, kumoterstwo pod osławionym hasłem „im się należało”. Tymczasem obecni dygnitarze władzy bez zażenowania uprawiają obłudę i składają życzenia wszystkim obywatelom i opozycji, którą na co dzień niszczą.

Trudno się dziwić pani Lubnauer: jak tu się przełamywać opłatkiem, gdy jesteśmy podzieleni głębiej niż po stanie wojennym? Jak słuchać orędzi pisowskich dygnitarzy do tak podzielonej opinii publicznej? Jak brać je poważnie i widzieć obietnicę pokoju społecznego, kiedy niemal codziennie, nie od święta, robią i mówią wprost przeciwnie? Pytania retoryczne.

Dziennik „Washington Post” w epoce Trumpa ukazuje się z mottem „Demokracja umiera w ciemności”. Pasuje do obecnej sytuacji nie tylko w Stanach, Polsce czy na Węgrzech, ale i w innych krajach Zachodu. Potraktujmy to ostrzeżenie poważnie. Udanych świąt, lepszego roku w polityce. Nadzieja umiera ostatnia.

Aby ponownie wejść do wyścigu, do grupy trzymającej władzę w Unii, trzeba się będzie uwiarygodnić. Przekonać resztę Europy, że PiS to był nacjonalistyczny przypadek przy pracy, a nie prawdziwa Polska – mówi  Radosław Sikorski, były marszałek Sejmu, minister obrony narodowej i minister spraw zagranicznych. – PiS nie potrafi niczego planować. To są goście, którzy myślą, że polityka to jest krzyczenie, tupanie i jęczenie, a w UE takie decyzje, operacje, jak wieloletni budżet, rodzą się w rozmowach, kompromisie, sile przekonywania, sojuszach. To trzeba latami przygotowywać, ale też na wiele lat wcześniej wiedzieć, na czym w ogóle polega polski interes. Często to nie jest ewidentne – dodaje. Jaki powinien być plan opozycji? – To naprawdę dziś stało się dziecinnie proste. Jeśli opozycji się zjednoczy, to wygra w cuglach, pójdą osobno – przegrają – podkreśla.

JUSTYNA KOĆ: Minister Jacek Czaputowicz niedawno powiedział: „Francja jest chorym człowiekiem Europy, ciągnie Europę w dół, natomiast Polska jest jasnym punktem”. Minister żyje w alternatywnej rzeczywistości?

RADOSŁAW SIKORSKI: Do tej pory broniłem ministra Czaputowicza, bo w odróżnieniu od Waszczykowskiego przynajmniej nie miał głupich wypowiedzi, które bezsensownie obrażały naszych partnerów międzynarodowych. Tej wypowiedzi nie da się bronić, bo Francja jest ważnym krajem, jednym z przywódców w UE, posiada broń atomową, stałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa. To kraj, który był gotów nas poważnie traktować, chociażby w unii obronnej; bez którego Polska nie jest w stanie wejść do grupy trzymającej władzę w UE. Dlatego trzeba przekonać Francję, że jesteśmy dla Wschodu tym, czym Francja dla Południa. Obrażanie Francji na pewno do tego nie prowadzi, tym bardziej, że wielu z nas chciałoby, aby Polska była na tym poziomie rozwoju co Francja. Uważam tę wypowiedź za dużą niezręczność, tym bardziej, gdy członek europejskiej rodziny ma kłopoty. W takich sytuacjach testuje się przyjaźń. Gdyby to u nas były zamieszki, a przywódcy europejscy sobie z tego robili żarty, to możemy sobie wyobrazić, co by PiS-owska prasa i telewizja wyprawiała. Takie wypowiedzi są na pewno przeciwskuteczne, jeśli chodzi o polskie interesy.

Przypominam, że we Francji nie łamie się konstytucji, tam prezydent nie mianował sędziami Trybunału Konstytucyjnego jakichś magistrów. To w Polsce prezydent Duda podpisał 7 nowelizacji, które dziś równie potulnie wrzuca do kosza. Sędziów, których powołał, będzie odwoływał, a tych, których odwołał, będzie powoływał ponownie.

Skoro jesteśmy przy podpisie prezydenta nowelizacji ustawy o SN, to można było uniknąć tego upokorzenia głowy państwa. Ta nowela nie była w ogóle potrzebna. PiS to zrobił specjalnie?
To powinny być postanowienia, na których niezbędna jest kontrasygnata premiera. W efekcie mamy kolejny sukces moralny, czyli spektakularną klęskę; z patriotycznym impetem walnęli w ścianę i się od niej odbili. Taka jest cała polityka PiS-u: wielkie słowa, po czym wielka klapa. Przypomina mi to późną sanację. Najpierw gadają o honorze, potem ponoszą sromotną klęskę, a na koniec uciekają z kraju, ale wszystko na najwyższym diapazonie patriotyzmu, a każdy, kto się z nimi nie zgadza, jest zdrajcą.

Co do upokorzenia, to zdaje się, że pan prezydent nadmiarem godności nie grzeszy, bo nie takie żaby musi jeść. Szkoda, bo miał wybór, czy dochować wierności swojemu ślubowaniu prezydenckiemu, czy Prezesowi. Źle wybrał.

W niedawnym sondażu poparcia w wyborach do Parlamentu Europejskiego PiS ma 36,8 proc., PO 26,1, a Robert Biedroń 7,9. O czym to świadczy?
Proszę pamiętać, że wybory lokalne i regionalne potwierdziły moją tezę, że sondaże są zafałszowane na rzecz PiS-u od 5 do 10 proc.

Ten sondaż pokazuje, że Biedroń czerpie z elektoratu PO? Czy powinno zapalić się czerwone światło partiom prodemokratycznym?
Jak spojrzymy wstecz, to nowe byty polityczne dostają premię za nowość, po czym w realnych wyborach dostają 1/3 tego co w sondażach. Trudno określić, jaki będzie los inicjatywy Biedronia. Ja mam do tego jasny stosunek.

Jeżeli Robert Biedroń będzie się przyczyniał do jednoczenia lewicy, to będę z nim sympatyzował. Jeżeli będzie się przyczyniał do utraty głosów na rzecz demokracji i Europy, to będę go uważał za szkodnika.

Osobiście jestem zwolennikiem inicjatywy marszałka Borowskiego, żeby wszystkie partie wystąpiły na jednej liście, ale każda miała swoich kandydatów na tym samym miejscu we wszystkich okręgach, tak aby zachować tożsamość. To też jest sposób na przetestowanie swojej siły, o co chodzi Robertowi Biedroniowi, ale taki, który maksymalizuje wynik opozycji. To naprawdę dziś stało się dziecinnie proste. Jeśli opozycji się zjednoczy, to wygra w cuglach, pójdą osobno – przegrają.

Część opozycji ciągle nie odrobiła lekcji węgierskiej?
Polskiej lekcji. Ile to już razy przerabialiśmy…

Doskonale pamiętam, jak w AWS inżynier Marian Krzaklewski skonstruował słynny algorytm, dzięki któremu wszyscy zmieścili się na liście i AWS wygrał, odsunął SLD od władzy. Wcześniej był konwent Św. Katarzyny, na którym wszyscy się pożarli, bo do głosu doszły ambicyjki liderów. To jest też test, czy to, co mówią o Polexicie i autorytaryzmie, mówią na serio. Jeśli tak, to swoje ambicyjki schowają do kieszeni.

Zresztą to ten sam mechanizm, który jest w UE. Czy lepiej mieć suwerenną, osobistą kontrolę nad mrówką, czy nogę od słonia? Można źle wybrać, bo nie można wykluczyć wpływu niekompetencji politycznej na bieg historii. Czego opozycja węgierska jest bardzo dobrą ilustracją.

Tę lekcję odrobi PiS? Za wszelką cenę trzyma koalicję z Ziobrą i Gowinem, tworząc Zjednoczoną Prawicę.
To się jeszcze okaże. Kibicuję inicjatywie Tadeusza Rydzyka. Zresztą z jego ust padły znaczące słowa w ostatnich dniach: że polscy katolicy nie mają swojej reprezentacji politycznej, czyli PiS nie jest katolicki. A ponieważ Ojciec Dyrektor jest faktycznym liderem polskiego Kościoła, przynajmniej tym operacyjnym, to może być ciekawie.

Jak poważna jest afera KNF i SKOK? PiS chyba strzelił sobie w kolano przekonując, że prawdziwa afera KNF to czasy poprzedniego kierownictwa.
PiS przede wszystkim strzelił w kolano milionom Polaków, którzy stracili depozyty ponad gwarantowane sumy w SKOK-ach, ale to było świadome budowanie zaplecza finansowego swojej formacji.

To przecież Lech Kaczyński wetował ustawę, która obejmowała SKOK-i nadzorem finansowym 2 lata wcześniej, a Kancelarię Prezydenta reprezentował wtedy Andrzej Duda. To PiS blokował i głosował przeciwko objęciu tych parabanków normalnymi regułami. Afera KNF to jest afera PiS-u.

Teraz są wytaczane śledztwa przeciwko tym, którzy próbowali SKOK-i pociągać do odpowiedzialności, ciągani są też ci, którzy o tym pisali. W samym KNF mechanizmy kontrolne przejęli ludzie SKOK-ów. To jest największa ośmiornica, jaką widziała współczesna Polska.

Pytanie, czy ten przekaz przebije się do opinii publicznej.
To by się ze zdwojoną siłą przebiło, tylko nasz rząd zachował się odpowiedzialnie i objął SKOK-i gwarancjami bankowymi. Gdyby zrobił to, czego chciał PiS, to dziś mielibyśmy miliony Polaków bez oszczędności. Dostają wypłaty gwarantowane dzięki nam, a ci, którzy nadwyżek nie dostają, mogą podziękować PiS-owi.

Pan Adam Glapiński, szef NBP, w ostatnim wywiadzie dla „Sieci” przekonuje, że nie ma żadnej afery KNF i SKOK, tylko „stare siły” próbują go skompromitować, aby dojść do władzy i wprowadzić euro. Jednak póki on będzie, to o euro nie ma mowy.
Gdy mieszkałem w Anglii, to słyszałem takie powiedzenie „First refuge of a scoundrel is patriotism”, co można zrozumieć jako „pierwszym odruchem łajdaka jest patriotyzm”. Przyznam, że wtedy nie rozumiałem tego powiedzenia, ale dzięki PiS-owi zaczynam je rozumieć.

Powiedzenie, że łapówkarskie propozycje to jest jakiś spisek polityczny, jest czymś tak absurdalnym i bezczelnym, że mam nadzieję, że nikt się na to nie da nabrać. Jest też miara desperacji i widzimy pewne ruchy, które mają odsunąć odpowiedzialność od PiS za tę aferę.

Pana zdaniem powinniśmy wejść do strefy euro?
To jest oddzielna kwestia, co do której można mieć różne zdania. Ja akurat od wielu lat jestem zwolennikiem wypełnienia naszego zobowiązania traktatowego. Euro jest walutą UE, a my zobowiązaliśmy się do niej przystąpić, tylko nie jest powiedziane, kiedy i po jakim kursie. Przypominam, że większość naszych unijnych sąsiadów już euro ma i dalibóg chcielibyśmy mieć takie kłopoty gospodarcze jak Niemcy. Zarówno Słowacja, jak i Litwa też świetnie sobie radzą. Prawdą jest, że posiadanie własnej waluty szczególnie wtedy, gdy architektura euro nie była dopięta, był kryzys finansowy, pomogło zamortyzować ten szok finansowy na dwa kwartały. To jest pewien instrument, że jeśli nie ma się instrumentu w postaci dewaluacji, to w razie kryzysu trzeba robić dewaluację wewnętrzną, która jest trudniejsza. Ale najlepiej prowadzić tak politykę finansową, żeby być na to wszystko odpornym. Z drugiej strony

są ogromne atuty bycia w strefie euro. Po pierwsze, jeśli zarabiamy w euro, to bez ryzyka walutowego możemy zaciągać kredyty w euro, które są o ponad połowę tańsze niż kredyty w złotówkach. Miliony polskich rodzin mogłyby sobie wtedy pozwolić na własne mieszkanie czy samochód. Miliony polskich firm mogłyby sobie pozwolić na większy kredyt rozwojowy. Zlikwidowałoby też i niedogodność, i ryzyko kursowe związane z podróżowaniem czy handlowaniem ze strefą euro. Ponadto jest tu też strategiczny argument, że większe zakorzenienie w UE to większe bezpieczeństwo.

Uważam, że ten bilans wychodzi na plus. Uważam też, że aby ponownie wejść do wyścigu, do grupy trzymającej władzę w Unii, trzeba się będzie uwiarygodnić. Przekonać resztę Europy, że PiS to był nacjonalistyczny przypadek przy pracy, a nie prawdziwa Polska.

Pytanie, czy rzeczywiście był.
PiS wygrał 38 proc. Teraz dostał 33, a to 1/3 Polski, a nie suweren.

Tylko połowa z nas nie chodzi na wybory. Jak przekonać ludzi, aby poszli?
Podejrzewam, że nie przekonamy.

Jeśli w 1989 roku, kiedy chodziło o niepodległość, bardzo duża część naszych rodaków nie głosowała, to znaczy, że jest poza polityką, poza obywatelskością.

A jak przekonałby pan przeciwników euro w Polsce, którzy mówią, że wówczas Berlin, Paryż czy Bruksela będą mogły nami sterować i wszystko zdrożeje kilkukrotnie?
To jest nieprawda, wiem, bo śledziłem to dokładnie na Słowacji. Tak rzeczywiście było przy pierwszym wprowadzaniu euro, np. we Włoszech, gdzie fryzjerzy, sklepikarze podciągali ceny. Dlatego kolejne kraje wchodzące do strefy euro bardzo tego pilnują. Na Słowacji ceny nie wzrosły. Wystarczy zrobić kampanię i pilnować tego. Poza tym, umówmy się, ceny nie mogą wzrosnąć poza to, co rynek wytrzyma, bo są dyktowane nie z dobroci serca, tylko na zasadzie podaży i popytu. Można sobie oczywiście podnieść ceny, tylko klienci na to zareagują. Waluta jest tylko środkiem wymiany, od niej się ani nie biednieje, ani nie bogaci, tylko zmienia sposób liczenia tego bogactwa czy biedy.

Faktem jest, że łącząc swoją politykę monetarną z resztą kontynentu, mielibyśmy stopy procentowe ustalane dla całego kontynentu, a nie dla Polski, ale wydaje mi się, że to, że w Polsce są jakieś specjalnie patriotyczne ustalane stopy procentowe, jest złudzeniem, bo złotówka podlega fluktuacjom i handlowi na rynkach międzynarodowych tak samo jak inne waluty.

Pytam o euro, bo wiemy, że w UE zaczęły się na dobre przymiarki do stworzenia dwóch budżetów unijnych, strefy euro i spoza euro.
PiS grzmi o tym, że nie zgadza się na Unię dwóch prędkości, po czym potulnie się godzi – bo nie umie skonstruować żadnej koalicji blokującej – na stworzenie tych dwóch prędkości w najwrażliwszej i najważniejszej dla nas dziedzinie, czyli rozdziału pieniędzy. Przypominam, że za naszych czasów, gdy doszło do paktu fiskalnego, to uzyskaliśmy głos w sprawach architektury strefy euro, do niej nie należąc. Dzisiaj będzie tworzony budżet strefy euro, mimo że on prędzej czy później będzie odbierał środki budżetowi unijnemu jako takiemu. Zatem wpłynie także na ilość środków strefy nie-euro.

PiS grzmiąc o suwerenności i nietworzeniu dwóch prędkości, doprowadza właśnie dokładnie do tego. W ten sposób na dłuższą metę może stworzyć dramatyczny wybór: jeśli wyobrazimy sobie, że budżet euro przejmuje, powiedzmy, połowę środków całej UE, a tak naprawdę przecież w strefie euro jest większość członków, wtedy widać, jak dramatyczny wybór będzie przed nami.

Wzmacnia się argument za wejściem do strefy euro, ale także za wyjściem w ogóle z Unii, bo ilość środków dla krajów nie-euro będzie mniejsza. Znowu PiS serwuje najmocniejsze argumenty, a potem totalną kapitulację. Tak jak w sprawie redukcji celów klimatycznych i emisyjnych za poprzedniego PiS-u i Lecha Kaczyńskiego.

PiS nie potrafi niczego planować. To są goście, którzy myślą, że polityka to jest krzyczenie, tupanie i jęczenie, a w UE takie decyzje, operacje, jak wieloletni budżet, rodzą się w rozmowach, kompromisie, sile przekonywania, sojuszach.

To trzeba latami przygotowywać, ale też na wiele lat wcześniej wiedzieć, na czym w ogóle polega polski interes. Często to nie jest ewidentne. Mówię o tym w swojej ostatniej książce, np. to, że PiS przegrał głosowania w sprawie pracowników delegowanych. Ważna dla nas sprawa, ale nie oczywista. Z jednej strony obniżająca konkurencyjność naszych firm, ale z drugiej wymuszająca podwyżki płac dla naszych delegowanych pracowników. Teraz trzeba bardzo precyzyjnie policzyć, co jest większym interesem dla Polski. Tak jest prawie z każdą unijną decyzją. Grzmienie o interesie narodowym i suwerenności kompletnie nie pomaga w podjęciu decyzji. To samo będziemy mieć za chwilę, gdy zderzymy się z konsekwencjami głupoty PiS-owskiej, jeśli chodzi o politykę energetyczną. W Unii powstały mechanizmy, przy udziale PiS-u, które powodują, że dochód z zielonych certyfikatów trafia do polskiego budżetu, z tego dochodu trzeba połowę przeznaczyć na proekologiczne inwestycje. To jest mechanizm przerzucania środków z gospodarki wysokoemisyjnej na inicjatywy niskoemisyjne. Jeżeli zablokowało się 3 lata wcześniej wydatki na niskoemisyjną gospodarkę, to teraz grożą nam gigantyczne kary jako cena za walkę o 80 tys. głosów na Śląsku. Po czym i tak spala się coraz większe ilości węgla rosyjskiego.

Czy Polska jako całość na tym zyska? Co jest interesem narodowym? Trzeba mieć świadomość, czego się chce, a nie tylko grzmieć o wstawaniu z kolan.

Przecież PiS mógłby w kraju tupać nogami i wstawać z kolan, a w Brukseli prowadzić rozsądną politykę. Wszyscy by na tym zyskali i partia, i obywatele.
Tak, ale do tego trzeba mieć ludzi, którzy to rozumieją i się na tym znają, a oni zrobili czystkę w administracji, zwolnili 10 tys. urzędników, w tym także tych, którzy znali się na UE. Unia jest skomplikowana. Trzeba dobrych parę lat w Brukseli, żeby wiedzieć, jak to wszystko chodzi. Trzeba jeszcze znać urzędników, komisarzy, mieć wychodzone ścieżki. Jak się wysyła ludzi od Rydzyka albo z partyjnych gabinetów, to są takie efekty; tam ślepy prowadzi ślepego.

Zlikwidowanie konkurencyjnych metod naboru kadr i awansowanie ludzi nieprzygotowanych, tzw. pisowskich patriotów – o tym, kto jest patriotą, oczywiście decyduje Prezes – nie jest bezkosztowe.

Premier Theresa May ogłosiła, że dopiero w II połowie stycznia będzie głosowanie w Izbie Gmin nad rozwodem z Unią. May przeciąga głosowanie, bo ciągle nie ma większości. Jak to się skończy?
To jest bardzo smutny spektakl samodegradacji kraju, który lubię i szanuję. Przypominam, że nasi eurofobowie piali z zachwytu, gdy Wielka Brytania rozpisywała referendum. Teraz kłamią, że to oni zagwarantowali prawa Polaków na Wyspach. W umowie rozwodowej nie ma nic o prawach Polaków. To jest typowy przykład szczucia na Unię i nacjonalistycznej gadki, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Główny negocjator zawarł w umowie wszystkich obywateli Unii Europejskiej, a nie Polaków, Irlandczyków czy Niemców, więc niech PiS-owcy wreszcie zrozumieją, że mamy prawa jako obywatele UE.  I jako tacy możemy jeździć po Europie, nie ma roamingu czy wreszcie mamy skuteczną ochronę naszych praw przez Komisję. A

nacjonaliści uważają, że jest tylko jeden, ostateczny szczebel lojalności i skuteczności, szczebel narodowo-państwowy. Tymczasem na szczeblu narodowym nie da się obronić wszystkich naszych interesów. PiS-owcy, jak przez dekady Torysi, nie tłumaczyli tego swojemu elektoratowi; a potem się dziwią.

To prawda, że w Wielkiej Brytanii nie było nigdy żadnej kampanii informacyjnej odnośnie do Unii?
Tak i mam o to wielką pretensję do KE, bo w Londynie biuro Komisji siedzi jak trusia. Gdyby przez te 30 lat szef biura Komisji w Londynie, a przecież takie biuro jest w każdym kraju członkowskim, chodził do brytyjskich mediów, które uwielbiają dobrą debatę, i cierpliwie tłumaczył, jak naprawdę działa UE, że dyrektywa nie jest narzucona przed biurokratów, tylko uzgadniana przez państwa członkowskie, że żarówki energooszczędne to nie jest dyktat, tylko dobry pomysł, i dlaczego, to by Brexitu nie było.

W momencie referendum ani społeczeństwo, ani rząd brytyjski nie mieli pojęcia, o czym decydują. Nie znali różnicy między strefą wolnego handlu a jednolitym rynkiem. Oni dopiero teraz tego wszystkiego się uczą, niestety w tragicznym kontekście. Chyba że wycofają się z Brexitu, wtedy te 2 lata będą bardzo dobrą lekcją wychowawczą.

A jest możliwy taki scenariusz?
Oczywiście, przecież niedawno TSUE orzekł, że to jest możliwe.

A powtórne referendum?
Szanse rosną, bo jeśli w parlamencie nie będzie większości za żadnym rozwiązaniem, to jedynym sposobem na wyjście z impasu będą albo wcześniejsze wybory, albo powtórne referendum.

Eliza Michalik na koduj24.pl pisze o polityce i Kościele.

Politycznie w 2019 roku życzę sobie tylko jednego. Żebyśmy wreszcie zaczęli nazywać rzeczy po imieniu.

Komentując informacje ujawnione w raporcie wielkiej ławy przysięgłych, dotyczące gwałcenia i wykorzystywania seksualnego dzieci przez duchownych stanu Pensylwania, stacja NBC NEWS postawiła tezę, że Kościół katolicki jest organizacją przestępczą.

Amerykańskim dziennikarzom wydało się to oczywiste.

Że jeśli przez 70 lat grupa brutalnych pedofilów gwałci dzieci, właściwie na nie poluje, tworząc na zimno zorganizowany system wyszukiwania i zastraszania ofiar i ich rodzin, a organizacja do której należą, kościół katolicki, wie o sprawie i nic z nią nie robi, nie reaguje, a przeciwnie, aktywnie chroni przestępców, terroryzuje, szantażuje i zastrasza ofiary, zaciera ślady i aktywnie wprowadza w błąd organa ścigania, media i opinię publiczną, robiąc wszystko, żeby im zapewnić bezkarność, to zwrot „organizacja przestępcza” jest jak najbardziej właściwą nazwą.

Gdyby sytuację przenieść na grunt polski, wyobraźcie sobie szok i niedowierzanie, oraz ostrą krytykę, także ze strony liberalnego środowiska dziennikarskiego wobec kogoś, kto ośmieliłby się powiedzieć: Kościół katolicki, zachowuje się jak organizacja przestępcza.

Zastanawialiście się kiedyś dlaczego?

Skoro właśnie tak się zachowuje?

Bo w Polsce nie można mówić jak jest, można za to mówić jak nie jest.

Istnieje rzecz jasna, na szczęście, grupa dziennikarzy i publicystów, sędziów, działaczy organizacji pozarządowych i polityków, którzy nazywają sprawy po imieniu (ci są najczęściej nazywani „kontrowersyjnymi”, a przecież bycie „kontrowersyjnym” budzi zgrozę).

I ten właśnie fakt, ciągłego i nieustannego zakłamywania rzeczywistości, zaokrąglania jej kantów, ścierania rogów, piłowania drzazg, łagodzenia i nieustannego eufemizowania, uważam za jeden z najbardziej szkodliwych nawyków polskiego życia społecznego.

Dużo gorszy niż odradzające się ruchy faszystowskie, narodowe, skrajny populizm i agresję w debacie publicznej.

Ponieważ z tymi wszystkimi problemami można sobie poradzić – ale niestety, tylko pod warunkiem, że nazwie się je po imieniu.

Natomiast jeśli mówimy jak nie jest, zamiast mówić jak jest, poradzić sobie z nimi nie sposób.

Bo leczyć można jedynie zdiagnozowaną chorobę.

Rzecz nie dotyczy bynajmniej tylko kościoła katolickiego, o którego skrajnie szkodliwej roli w życiu publicznym można by długo mówić. O tym, jak zaprzecza nowoczesnej medycynie i nauce, jak wpędza ludzi w poczucie winy, wmawiając im, że są grzesznikami, których odkupić mogą tylko datki na kościół, podczas gdy sami ukrywają liczne grzechy i przestępstwa.

Dotyczy praktycznie każdej dziedziny życia publicznego z którą mamy do czynienia.

Kiedy polityk kłamie, nikt nie mówi, że kłamie, tylko, że  minął się prawdą.

Kiedy ukradł, najczęściej powie się że przywłaszczył albo, że doszło do nieprawidłowości.

Kiedy politycy obsadzają państwowe spółki niekompetentnymi znajomkami i rodziną, mówi się, że to nepotyzm, a nie przestępstwo lub (i!) zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa.

Kiedy Antoni Macierewicz działa w interesie Putina, nie mówi się o tym głośno, nie krzyczy i nie ostrzega opinii publicznej, bo przecież on…zaprzecza.

Rok 2019 to będzie dla Polski bardzo ważny rok, najważniejszy od 1989 roku, bo wyborczy. Wiosną zdecydujemy, kto będzie nas reprezentował w Parlamencie Europejskim, a jesienią, czy PiS nadal będzie rządził w Polsce.

Ale o tym także mało kto jasno i klarownie mówi: że w tych wyborach chodzi właściwie tylko o to i nic więcej.

Że tyko jedno pytanie będzie się w nich liczyć, pytanie, które zadał publicznie były premier Włodzimierz Cimoszewicz: czy jesteś za tym, żeby PiS nadal rządził Polską?

Tymczasem słucham jałowych rozważań polityków na temat różnic w programach i innych trzeciorzędnych w tej sytuacji rzeczy.

Trzeciorzędnych – bo to wszystko będzie miało znaczenie dopiero po wygranych wyborach, a nie będzie miało żadnego, jeśli się je przegra.

Dlatego politycznie w 2019 roku życzę sobie tylko jednego. Żebyśmy wreszcie zaczęli nazywać rzeczy po imieniu,  nie udawali, że nie widzimy problemu, dopóki nie stanie się nierozwiązywalny. Żebyśmy byli czujni, przytomni i skuteczni i o zagrożeniach mówili jasno i wprost. Ponieważ tylko to może uratować nam państwo prawa, a więc w jakimś sensie – życie.

Magdalena Środa pisze o światecznych rozterkach.

Miłość przyniosło chrześcijaństwo a wraz z nią wizję całej ludzkości

Jestem niewierząca. Religia wydaje mi się reliktem po epokach, gdy ludzie nie potrafili radzić sobie z lękami. Wiara w dziewictwo Maryi, Trójcę Świętą czy sprawczego Boga (w niezrozumiały sposób okrutnego i rzekomo miłującego ludzkość, na którą ustawicznie zsyła rozmaite plagi) wydaje mi się czymś równie dziwacznym, jak wiara w zielone smoki, elfy i latające pegazy. Niepojęte i okropne wydaje mi się rytualne połykanie krwi i zjadanie ciała, co robi większość Polaków w każdą niedzielę, nawet jeśli ma to znaczenie wyłącznie symboliczne. Nie jestem w stanie zrozumieć historii z Adamem i Ewą, których wyrzucono z raju za cechy niezwykle cenne w dzisiejszej cywilizacji (ciekawość, ambicje, nieposłuszeństwo), której rozwój przewidział zresztą co do joty sam pan Bóg.

Historia Kaina i Abla wydaje mi się okrutna i pełna negatywnych konsekwencji; dlaczego to Bóg wolał ofiarę z mięsa a nie z roślin? Produkcja mięsa, którą ludzkość zajmuję się od samych swoich początków jest, po pierwsze zbrodnicza  (narażamy na cierpienia i unicestwiamy miliony żywych istnień, choć moglibyśmy być, jak Kain, wegetarianami), po drugie, to właśnie przemysł mięsny stanowi dziś największe zagrożenie dla naszej planety, nad którą „czuwa” mięsożerny Bóg. Niepojęte!

Jeśli chodzi o historyczną postać samego Jezusa to jest mało interesująca, bo przecież rzekomych mesjaszy było wtedy mniej więcej tylu ilu dziś jest polityków. A jednak nie sposób wyobrazić sobie kultury europejskiej bez Niego. Niewierzący Leszek Kołakowski jeszcze w czasach siermiężnego komunizmu (1965) pisał: „wszelka próba unieważnienia Jezusa, usunięcia go z naszej kultury pod takim oto pretekstem, że nie wierzymy w Boga, w którego on wierzył, wszelka taka próba jest śmieszna i jałowa”. Fakt.

W pięknym tekście „Jezus Chrystus jako prorok i reformator”, Kołakowski zastanawiał się co spowodowało, że to właśnie chrześcijaństwo przebiło się spośród dziesiątek konkurujących religii starożytnego Rzymu. Ano, z powodu: równości, nadziei i miłości. Teza o równości wszystkich ludzi („nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz kobiety ani mężczyzny, wszyscy jesteście jedno w Jezusie”, Gal. 3,29) – była wówczas czymś niezwykłym, zwiększała poczucie godności. Nadzieja przekazana w błogosławieństwach (czy ktoś je jeszcze czyta??), które obiecują wyrównanie krzywd i wieczną sprawiedliwość dla tych, którzy z różnych powodów byli wykluczeni w życiu doczesnym, stanowiła niewiarygodne pocieszenie.

No i wreszcie miłość, miłość silniejsza niż nadzieja i wiara, pokazywała horyzont ludzkich możliwości emocjonalnych i potencjalną siłę więzi, które spajają ludzkość (dzięki pośrednictwu samego Boga). To miłość niosła chrześcijaństwo i była tym atutem, w obliczu którego inne religie wydawały się mało atrakcyjne i przejściowe. Monoteizm zresztą dostarczał sprawnych narzędzi do instytucjonalizacji i jednowładztwa, co chrześcijaństwo dość szybko wykorzystało stając się potęgą polityczną i ekonomiczną; w jej cieniu stoi Jezus ze swymi obłędnymi, niewiarygodnymi tezami, które jednak, pomału, wcielają się w życie.

Grecy mieli swoją gościnność i filantropię, oświecenie – tolerancje i prawa człowieka, ale miłość przyniosło chrześcijaństwo a wraz z nią wizję całej ludzkości (i każdego z nas z osobna) połączonych równych statusem, sprawiedliwością i nadzieją na lepsze życie. No właśnie. Tego lepszego życia mamy dziś w brud i o miłości zapominamy.

Gdyby zapytać ludzi (nawet gorliwych katolików): czy wolą władzę czy miłość, małą stabilizację czy miłość lub nowy model smartfona czy miłość” – wybraliby to pierwsze. Miłość w kościele sprowadzona jest do kilku czytanych wersetów, które wzruszają nas szczególnie podczas ślubów oraz do znaku pokoju, który wymienia się naprędce tuż przed rozejściem się do zamkniętych jak twierdze domów pełnych dóbr materialnych lub marzeń o nich. Trochę przesadzam, ale wielu przyzna mi jednak rację. Wracam do Leszka Kołakowskiego. W niedawno opublikowanej (pośmiertnie) książce „Jezus ośmieszony” nawoływał on to tego by Jezusa potraktować poważnie. By zobaczyć go w cieniu apokalipsy, która naprawdę się zbliża, bo o tej powadze i zobowiązaniach moralnych związanych z zasadą miłości zapomnieliśmy. Kołakowski pisał: „Czyż nie jest tak, że – jak wszyscy widzą – nasza rozpaczliwa zachłanność, ciągle rosnąca spirala potrzeb, nasze oczekiwanie, iż wszyscy, łącznie z najbogatszymi, nie tylko mamy prawo, by mieć coraz więcej wszystkiego, ale rzeczywiście mamy coraz więcej – że to wszystko doprowadziło nas do punktu w którym skumulowane napięcie spowoduje przerażającą katastrofę?”.

W świąteczny wieczór, namawiam państwa do przemyślenia tych słów. W imię miłości i Jezusa, który rodzi się co roku by ją głosić.

Waldemar Mystkowski pisze o zachowaniach kleru w święta.

Wierni w coraz mniejszej ilości odnajdują się w kościołach. Nawet tak szczególna okazja jak Pasterka bożonarodzeniowa nie gromadzi w świątyniach tłumów katolików, jak jeszcze kilka lat temu. Z niejakim zdziwieniem odkrył to w swojej parafii Krzysztof Ziemiec, prezenter reżimowej telewizji – dawniej publicznej.

Nawet posunął się dalej, bo oświadczył na Tweeterze, iż „dużo pracy przed nami, aby wizja Kościoła katolickiego, jaką nakreślił przed nami Benedykt XVI, nie wypełniła się na naszych oczach”. Poprzedni papież prorokował o wyludnianiu się kościołów.

Polski Kościół i tak to czeka, choć i w tym jesteśmy zapóźnieni. Z Ziemcem jest ten kłopot, iż nie wie, jaką misję ma wypełniać: być prezenterem, czy apologetą polskiego Kościoła? Gdyby ten prezenter trzymał się przynajmniej przykazania, nie głosić fałszywego świadectwa, to nie miałby kłopotów natury etyczno-zawodowej.

Jak pisał wybitny myśliciel ksiądz Józef Tischner (dla dzisiejszych kapłanów i wszelakich Ziemców: lewak): „Religia jest dla mądrych, a jak ktoś jest głupi i chce być głupi, nie powinien do tego używać religii, nie powinien religią swojej głupoty zasłaniać”.

Nie wymagam od Ziemców mądrości (bo ta właściwość nigdy ich nie dotknie), tylko uczciwości, wszak nawet kler polskiego Kościoła uważa, że kłamstwo jest grzechem, zaś w telewizji reżimowej (dawniej publicznej) króluje kłamstwo i nazwać TVP Świątynią Grzechu nie jest żadna rewelacją socjologiczną, dlatego ta świątynia też się wyludnia (ma coraz gorszą oglądalność).

A czym zasłaniają się książęta polskiego Kościoła? Abp Leszek Sławoj Głódź –  jeden z większych grzeszników na łonie Kościoła – stosuje starą psychologiczną sztuczkę: wyparcie. Świadome to kłamstwo, czy też nie, w każdym razie ten człowiek nie przyjmuje do wiadomości, że ks. Henryk Jankowski był wstrętnym pedofilem i uważa to za manipulację „środowisk wrogich Kościołowi”.

Więc Głódź nie może być zdziwiony, gdy na pasterce oglądał dużo mniejszy tłum wiernych niż kilka lat temu. Głódź nie dorównuje innemu arcybiskupowi, poznańskiemu metropolicie Stanisławowi Gądeckiemu. Ten nie dość, że uważa, aby ofiary pedofilii kleru przyjęły gwałty na sobie za część cierpienia za Kościół, to na pasterce wygłosił kolejne brednie, mianowicie uznał, że „szacunek dla tych, którzy nie są chrześcijanami” jest miękkim totalitaryzmem.

Gądecki ma za złe szkołom, że nie wystawiane są jasełek, a podczas spotkań świątecznych uczniowie i nauczyciele nie dzielą się opłatkiem. Pedofilia jest zbrodnią fizyczną na dzieciach, a indoktrynacja chrześcijańska jest zbrodnią na wnętrzu nieletnich. Muszą to w pierwszym rzędzie zrozumieć polscy politycy, którzy są współodpowiedzialni za to, że kler dopuszcza się zbrodni na młodych Polakach i za to nie odpowiada. Taki oto michałek z podręcznika do katechezy sugerujący uczniom następujący tok postępowania: “postaraj się zaoszczędzić pieniądze, nie kupując sobie ulubionych słodyczy. Złóż je w ofierze na tacę w czasie najbliższej mszy świętej“.

Kler katolicki i tak poniesie odpowiedzialność za swoje niecne czyny, to jeszcze przed nami, prędzej czy później dojdzie do powstania  komisji państwowej, jak w tylu krajach na świecie – i wówczas kościoły zupełnie opustoszeją. Na razie Głódź, Gądecki i ich pomagierzy Ziemcowie zasłaniają się religią, która powinna zapewniać człowiekowi potrzebę metafizyki, ale w Polsce służy materialności.

Każdy człowiek jest religijny, jak pisał najwybitniejszy znawca religii świata Mircea Eliade. Nie jest to jednak tożsame z potrzebą religii sensu instytucjonalnego. Potrzebę metafizyczną może wypełnić medytacja – coraz powszechniejsza – zastępująca intelektualnie przestarzałe i niestrawne instytucje religijne. A chrześcijaństwo – (cytat-Yuval Noah Harari), zdaniem jednego z najbardziej wpływowych intelektualistów – „było najbardziej nietolerancyjną i brutalną religią na świecie”. Islam w tym kontekście to betka.

Przed politykami polskimi dużo pracy, aby osądzić Kościół katolicki i odseparować go od polityki, bo grozi nam zapaść nie tylko moralna i aksjologiczna, z którą demokracje zachodnie jakoś sobie poradziły.

Frasyniuk sądzony w dniu rocznicy wprowadzenia stanu wojennego. Znamienne

14 Gru

Joanna Senyszyn zastanawia się, czy Morawiecki jest aż takim idiotą?

„Bardzo dziękuję sądowi za wyznaczenie rozprawy w tym dniu. 13 grudnia 1981 r. tysiące ludzi zostało zatrzymanych, bo broniło Polski obywatelskiej i walczyło o państwo prawa. 37 lat później obywatele też stają przed sądami za obronę Konstytucji i państwa prawa. To znamienne, że po latach stawiane są właściwie te same zarzuty”- powiedział Władysław Frasyniuk przed kolejnym dniem procesu, który toczy się przeciw niemu w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Śródmieścia.

Przed wejściem do sali rozpraw Frasyniuk pozował do zdjęć z senatorem Bogdanem Borusewiczem, z którym razem walczył w opozycji antykomunistycznej. – „Tak jak 37 lat temu: nie pękamy!” – zapewniali.

Frasyniuk został oskarżony przez policję o naruszenie nietykalności dwóch umundurowanych funkcjonariuszy podczas kontrmiesięcznicy smoleńskiej 10 czerwca 2017 r. Postawiono mu zarzuty, że kopał i szturchał policjantów. Opozycjonista z czasów PRL nie przyznał się do winy.

Obrońcy Frasyniuka złożyli w sądzie wniosek o przesłuchanie komendantów policji w Gdańsku. Mecenas Piotr Schramm mówił, że pozwoli to zweryfikować, „czy presja na policjantów była wywierana; jaka była tego pobudka; jaka była treść rozmów policjantów z przełożonymi; kto oczekiwał złożenia zawiadomienia o naruszeniu nietykalności, że poszukiwał tych policjantów przez policjantów operacyjnych w całej Polsce”. – „Będziemy mogli zobaczyć, czy dwóch kluczowych policjantów w tym procesie, to osoby wiarygodne, które z własnych pobudek złożyły zawiadomienie, przez nikogo nie naciskanie, czy też presja płynęła na nich z góry, może z samego ministerstwa” – stwierdził Schramm.

Po wyjściu z sali sądowej Frasyniuk powiedział, że „jest to sprawa absolutnie polityczna”. – „Być może to jest dobry moment, żeby uświadomić rządzącym, że nawiązują do najgorszych tradycji w historii Polski” – zaznaczył. Kolejny termin rozprawy w tym procesie 25 stycznia.

Lech Wałęsa pyta Kaczyńskiego.

Morawiecki jako bufon prima sort

13 Gru

Żeby uniknąć głosowania nad wotum nieufności, premier Morawiecki poprosił Sejm o głosowanie nad wotum zaufania. Opozycja, zgłaszając wniosek o wotum nieufności, nie miała oczywiście szans, by obalić premiera popieranego przez prezesa.

Ale wniosek jest okazją do debaty, a przynajmniej do oświadczeń klubowych. Można wytknąć przed społeczeństwem słabe punkty, błędy, wpadki, niespełnione obietnice, manipulacje faktami. Sprostować propagandowe kłamstwa upowszechniane w mediach pisowskich. Wykazać premierowi, że rok sprawowania chaotycznych rządów to za mało, by się chwalić sukcesami.

Mateusz Morawiecki rzeczywiście nie ma doświadczenia państwowego. Jako wiano wniósł do zawartego z PiS zaledwie rok temu małżeństwa politycznego doświadczenie urzędnika bankowego średniego szczebla i absolwenta zachodnich kursów biznesowych. No i fakt, że jest synem Kornela Morawieckiego, którego pisowska prawica obsadza w roli Lecha Wałęsy. Morawiecki nawet retorycznie przypomina ojca. Nie jest to komplement.

Premier, prosząc Sejm o wotum zaufania, uciekł do przodu. Podczas debaty nad wotum nieufności będzie się chwalił, że już otrzymał wotum zaufania. A zatem ma mandat do dalszego kierowania rządem i dlatego bezsilna opozycja „wszczyna awantury”.

Na tym dziś polega taktyka rządu Morawieckiego: przeczekać i przykryć kryzys z KNF, z podwyżką cen energii i protestami pracowniczymi, a jednocześnie pokazać elektoratowi, że PiS trzyma się mocno i będzie rządził jeszcze długo.

Jest to niestety możliwe, choć mniej pewne, niż by wskazywały sondaże poparcia. W Polsce łaska wyborcy na pstrym koniu jeździ. Po trzech latach rządów nawet twardy elektorat Kaczyńskiego może być zszokowany chciwością, kumoterstwem, niekompetencję obecnej władzy. Baza wyborcza PiS się nie poszerza, nie udało mu się zdobyć poparcia większości społeczeństwa miejskiego ani zaproponować czegoś nowego i świeżego wyborcom w centrum sceny politycznej.

Tak naprawdę siłą premiera Morawieckiego nie są jego dyskusyjne osiągnięcia i zamiary, ale brak alternatywy. PiS nie ma innego kandydata na szefa rządu. Tak liche są jego kadry przywódcze, że nie zaryzykuje dymisji ministra Ziobry ani nawet minister Zalewskiej.

Premier Morawiecki ubiegł opozycję, której wniosek o wotum nieufności ma być rozpatrywany 14 grudnia w godzinach nocnych, i wystąpił o wotum zaufania. Debata sejmowa, w której kluby nie mogą zajmować stanowiska, a jedynie zadawać pytania, odbyła się 11 grudnia w najlepszym czasie medialnym. Część komentatorów zachwyca się „sprytem” PiS, który „miał ukraść Schetynie show”.

To jest perspektywa pasków w całodobowych telewizjach informacyjnych, które żadnej rzeczywistości politycznej nie tworzą. Istotniejsze jest to, co premier powiedział i co zostanie zapamiętane. A to rodzi dla obozu władzy kłopoty, i to odczuwalne w krótkiej perspektywie, zwłaszcza wyborów do Parlamentu Europejskiego, które odbędą się 26 maja 2019 r.

Z wystąpienia premiera Morawieckiego nie zostanie zapamiętane to, że rządy PO-PSL to bardzo brzydka buzia, a rządy PiS to śliczna buziulka, bo to powtarzane jest stale i do znudzenia. Zapamiętane zostanie natomiast to, że:

– dzięki rządom PiS Polacy poczują się „prawdziwymi Europejczykami” – a to dzięki grubości swoich portfeli.
– Polexit? Jaki tam polexit, Polska z Unią, Unia z Polską, niech opozycja nie łże.

Oba te przesłania są wycelowane w wybory do PE, bo PiS zdaje sobie sprawę, że utrzymuje dość wysokie poparcie dzięki „głosowaniu portfelowemu”, a relacje z Unią są ważne, bo powszechnie się tam przyjmuje do wiadomości, że niepokój związany z perspektywą lunatycznego – jak to zgrabnie określił Donald Tusk – polexitu w wyborach samorządowych kosztował tę partię parę punktów procentowych.

Oba te przesłania w perspektywie przedwyborczej, wykraczającej poza migotanie żółtych pasków w telewizjach informacyjnych, niosą dla PiS poważne kłopoty. W sztabie tej partii zapomniano o chłopskim porzekadle: orzesz? Patrzaj końca bruzdy!

Zanim zacznie się obiecywać Polakom portfele grubości zachodnioeuropejskiej, trzeba się uporać z bieżącą presją płacową. Po sukcesie policjantów, którzy gromadnie ruszyli na lewe L4 i wydusili swoje, do tego środka nacisku uciekli się pracownicy administracji sądowej i paraliżują pracę sądów. Podobną akcję zapowiadają funkcjonariusze Służby Więziennej, ale prawdziwa bomba to nauczyciele, którzy czekają na czas, kiedy to władza jest najbardziej tkliwa – czyli matury, a te będą przeprowadzane między 6 a 23 maja, czyli tuż przed wyborami do PE. O stopniu rozgoryczenia branży świadczy to, że nawet nauczycielska „Solidarność”, która lojalnie wspierała minister Zalewską w sprawie odwrotu od sześciolatków i likwidacji gimnazjów, nic za to nie dostała i obecnie sformułowała czysto polityczny postulat jej dymisji. Rzecz bez precedensu w relacjach „dobra zmiana” – „Solidarność”. Nic nie wskazuje na to, jak PiS ten problem rozwiąże.

W kwestii nierozerwalnego związku Polski z Unią także rzeczywistość spłatała PiS-owi psikusa. Dokładnie w dniu debaty nad wotum zaufania Sąd Najwyższy podał do publicznej wiadomości, że Trybunał Sprawiedliwości UE zajmie się jego pytaniami prejudycjalnymi dotyczącymi m.in. gwarancji niezawisłości sądów pod rządami pisowskiej Krajowej Rady Sądownictwa 19 marca 2019 r., czyli w początkach kampanii wyborczej do PE. Nie jest wykluczone, że TSUE do tego działania sprowokował szeryf-katastrofa „dobrej zmiany”, czyli minister Ziobro, który paszczami swojej opryczniny, czyli rzeczników dyscyplinarnych, szarpał sędziów sądów niższych instancji zadających pytania prejudycjalne pokrywające się z pytaniami SN. TSUE stanął przed trudnym wyborem: albo nadal będzie zwlekał i pozwoli na to, by minister Ziobro oskórował broniących swej niezawisłości sędziów, ustanawiając się zarazem w roli ostatecznej instancji rozstrzygającej o tym, jakie pytania prejudycjalne wolno sędziom zadawać, albo pytaniami SN się zajmie i sędziów z opresji wybawi. Sędziów z opresji w końcu wybawił, a jest mało prawdopodobne, by 19 marca uznał, że z KRS wszystko jest w porządku. Jeżeli uzna, że jest bardzo nie w porządku, to „dobra zmiana” nie będzie już na kursie kolizyjnym, ale wprost zderzy się z całą Unią, dla której TSUE to źrenica oka i perła w koronie. Albo wtedy ponownie wywiesi białą flagę, spuszczając całą tzw. „reformę wymiaru sprawiedliwości” i być może ministra Ziobrę przy okazji po drucie, czy też konfrontację przyjmie – z punktu widzenia walki wyborczej to obojętne. I tak, i tak przegra.

Premier Morawiecki być może zatem skradł Grzegorzowi Schetynie show, ale – jak powiedział przy innej okazji Franc Fiszer – sypnął się i cały pogrzeb na nic.

Znów słyszę, jak Mateusz Morawiecki publicznie mówi o „80 proc. mediów”, które są „w rękach naszych przeciwników”. Premier głosił to na wiecach, mówił to w Parlamencie Europejskim, teraz powtarza to w Sejmie.

Pierwszy odruch jest taki, żeby wejść w tę rozmowę i zdemaskować twierdzenie Morawieckiego jako oczywiste kłamstwo. Jakie 80 proc.? Pod względem tytułów? Nakładów? Liczby odbiorców? TVP, jeśli wierzyć prezesowi Jackowi Kurskiemu, a przecież jemu trudno nie wierzyć, codziennie bije na głowę konkurencję pod względem liczby widzów. A nawet jeśli nie bije, to nijak nie da się przeprowadzić tezy, że na rynku telewizyjnym media opozycyjne mają przewagę 80 do 20 proc. Prasa drukowana? Pełne spektrum: „Gazeta Polska”, „Sieci”, „Do Rzeczy”, „Gazeta Polska Codziennie”; tytuły te kochają rząd i PiS na różne sposoby, ale z całą mocą. Czy „Gazeta Wyborcza”, „Newsweek” i „Polityka” mają przewagę 80 do 20 proc. nad wspomnianymi tytułami? I jak tę przewagę mierzyć? I czy tygodnik „Gość Niedzielny” jest rządowy czy opozycyjny?

Można dalej ciągnąć tę wyliczankę, przypominając o Polskim Radiu, Radiu Maryja, portalach wpolityce.pl czy niezalezna.pl, porównywać, prostować i kpić, że przecież nikt Polakom nie zabrania korzystać z mediów bliskich rządowi i że nikt z opozycji nie stoi za spadkami czytelnictwa tego czy owego tytułu – ale to jest w gruncie rzeczy absolutnie bez sensu.

Kłamstwo w sprawie procentów nie jest bowiem w słowach Morawieckiego najgorsze. Znacznie gorsze jest to, że premierowi demokratycznego państwa, przychodzi w ogóle do głowy dzielenie mediów na „nasze” i „wasze”. Nieco milej byłoby, gdyby media były oceniane za jakość: rzetelność, bezstronność, dogłębność, ale i wtedy wolałbym, żeby nie robił tego publicznie szef rządu.

Bo jakie stosuje kryteria? Po godzinach, gdy akurat nie szykuje mowy o zasypywaniu podziałów i budowie wspólnoty, skacze po kanałach i notuje: „wasz”, „nasz”, „wasz”? Przyznaje jakieś punkty za poszczególne materiały? Autorów? Kraj ojczysty właścicieli? Czy Polsat jest „wasz” czy „nasz”? Czy „Dziennik Gazeta Prawna” jest „wasz” czy „nasz”? Czy „Wprost” jest pisowski czy antypisowski? Czy jak w RMF FM występuje Krzysztof Ziemiec, to RMF na chwilę robi się „nasz”? No i, last but not least, co z Pudelkiem?

Intrygujące jest wreszcie pytanie, co kryje się za tym podziałem. Czy „nasze”, to te, którym mogą płacić spółki skarbu państwa? A „wasze” to te, które należałoby spolonizować i zdekoncentrować? Albo chociaż postraszyć, żeby były milsze dla władzy?

Przyczynkiem do wystąpienia Warlikowskiego w Parlamencie Europejskim było rozdanie nagrody literackiej Prix du Livre Européen. To w odniesieniu do prac nagrodzonych autorów, Géraldine Schwarz i Paul Lendvai powiedział o kryzysie czytelnictwa, który dotyka także Polskę.

Dzisiaj blisko 40 proc. Polaków nie rozumie tego, co czyta, a kolejne 30 proc. rozumie w niewielkim stopniu. Co dziesiąty absolwent szkoły podstawowej nie potrafi czytać. Aż 10 milionów Polaków (ok. 25 proc.) nie ma w domu ani jednej książki. Analfabetą funkcjonalnym jest co szósty magister w Polsce. 6,2 miliona Polaków znajduje się poza kulturą pisma, czyli nie przeczytało NIC, nawet artykułu w brukowcu. 40 proc. Polaków ma problemy z czytaniem rozkładów jazdy czy map pogodowych. To są dane tak niewiarygodne, że aż zabawne. A jednak napawają grozą – mówił podczas przemówienia.

Dodał, że z obserwacji statystyk wynika, że czytelnictwo spada w niemal wszystkich krajach europejskich. Są nieliczne zielone wyspy, gdzie rośnie, ale niestety, ogólnie sytuacja jest zła. Czyta Skandynawia i Holandia. W krajach Europy środkowej i południowej spadek czytelnictwa jest drastyczny, należą do nich przede wszystkim: Grecja, Węgry, Włochy.

– Czy to przypadek, że w tych krajach ruchy skrajnie nacjonalistyczne rosną w siłę odwrotnie proporcjonalnie do współczynnika czytelnictwa? – pytał retorycznie.

Reżyser mówił dalej: – Z tej perspektywy interpretuję odwrót Polski z drogi wolności i demokracji na rzecz autorytarnego systemu i państwa narzucającego obywatelom zasady życia dyktowane przez Kościół. Tak rozumiem wybór ekstremalnej prawicy przy niskim zainteresowaniu wyborami. To są właśnie skutki zaniechań i wieloletniego ogłupiania społeczeństwa. Analfabetyzm polityczny, na którym chętnie i bezpardonowo żerują populizmy. Polska jest tu przykładem jaskrawym, ale nie jedynym.

Laudację na temat zwycięstwa kończył jednak pozytywnym akcentem: – Wierzę, że kultura może być potężną bronią przeciwko głupocie i ogłupianiu, które stają się idealnym podłożem do manipulacji. Wierzę w teatr, którego zasadą jest konflikt, ale przepracowywany przez dialog, który prowadzi do pojednania, koncyliacji, wspólnoty widzów tu i teraz. Na chwilę, ale też i na dłużej, kto wie na jak długo. Świat można czynić lepszym tylko zmieniając ludzi. Doświadczenie, jakie może dać teatr, pokazując siłę wspólnoty, jest nie do zastąpienia przez żadne inne.

Krzysztof Warlikowski się rozmarzył, niestety wcale z tym czytelnictwem ani uczestnictwem w kulturze w PRL nie było tak słodko, jak sentymentalna pamięć podpowiada. Tak, stało się w kolejkach po książki ale w masie byliśmy zawsze wspólnotą nie czytania.

Waldemar Mystkowski pisze o zaufaniu Morawieckiego do siebie.

Premier i PiS robią wszystko, żeby przykryć afery ich rządu.

Mateusz Morawiecki jest dobry w wyprowadzaniu kozy. Rola Morawieckiego jako premiera sprowadza się głównie do tej dyspozycji. Taką kozą była ustawa o IPN, kolejną kozą ustawa o Sądzie Najwyższym. Morawiecki te ustawy wyprowadził, ale czy zmieniła się atmosfera wokół Polski? Śmiem wątpić.

Pod koniec roku dopadła rząd pisowski afera KNF, której przerzut SKOK Wołomin pokazał, jak zrakowaciała jest ta władza. Aby przykryć aferę KNF, trzeba było wprowadzić jeszcze jedną kozę i przy fanfarach własnych ją wyprowadzić. Przy tym obdarzyć się oklaskami, jacy to fajni jesteśmy.

Drożyzna to koza wymarzona, bo kto lubi, aby uszczuplano mu portfel. O podwyżkach prądu zakomunikował minister energetyki Krzysztof Tchórzewski, przy tym kłamliwie zapewnił, że państwo zrekompensuje. Nikt na taką manipulację się nie nabrał. Do tego opozycja zapowiedziała wotum nieufności dla Morawieckiego z powodu afery KNF i nie tylko. Wotum nieufności pozwala opozycji wyartykułować, jakim marnym politykiem jest Morawiecki.

Morawiecki mimo swej charakterologicznej bufonady musi mieć tego świadomość, bo to jednak dorosły człowiek, ale w pijarowskie klocki jest lepszy od opozycji, całe życie w to się bawi. Więc za jednym zamachem postanowił wyprowadzić kozy. Poprosił Sejm o wyrażenie wotum zaufania. Niby to samo, co opozycyjne wotum nieufności, lecz diametralnie inne.

Morawiecki nie pozwolił zatem na debatę nad swoją osobą, a przy okazji obiecał publice, że podwyżek prądu nie będzie. Nawet więcej – poprawi się stan portfeli Polaków. A zatem kozy zostały wyprowadzone. Niestety, wrócą szybciej niż Morawieckiemu się wydaje, bo publika nie zapomni obietnic, a afery i tak będą się ciągnąć za PiS.

Gdyby Polska była pastwiskiem, to Morawiecki byłby najlepszym pastuchem w roli premiera. Niestety, tak nie jest – i niedługo ten pijarowiec o tym się przekona, choć dzisiaj ku swej chwale strzela z bicza.

Rydzyk 3 lata rządzi PiS-em

2 Gru

UPADEK państwa świeckiego. Tak wygląda poddaństwo władzy biznesmenowi w sukience 👎. Polską rządzą w praktyce dwie osoby: psychopatologiczny naczelnik i finansowo nienasycony ojciec.

Więcej o PiS-ie mówiącym o samym sobie. Autospisienie – tego w PL nie było. >>>

Kaczyński jest zakładnikiem układu, który został stworzony na obraz i podobieństwo jego

20 List

Politycy partii rządzącej próbują robić dobrą minę do złej gry, jednak nie ulega już wątpliwości, że w tak dużych tarapatach partia Kaczyńskiego nie była od bardzo dawna. W partii niemal codziennie odbywają się strategiczne narady, w ramach których opracowywana jest strategia “damage control” i próby znalezienia takiej narracji, która w możliwie najkrótszym czasie negatywne efekty ujawnionej przez Gazetę Wyborczą i Leszka Czarneckiego afery zneutralizuje. Jednocześnie podejmowane są pozorowane ruchy naprawcze i wyjaśniające, czyli wielkie śledztwo prokuratury Zbigniewa Ziobry, nocne posiedzenie Komitetu Stabilności Finansowej, czy choćby właśnie uruchomiona, szeroko zakrojona kontrola wewnętrzna Komisji Nadzoru Finansowego, zarządzona przez p.o. szefa KNF, Marcina Pachuckiego.

Jeśli chodzi o narrację, to w mediach zaprzyjaźnionych z rządem stopniowo klaruje się już obowiązujący przekaz. Oto były współpracownik SB Leszek Czarnecki, do spółki z mszczącym się za wyrzucenie z rządu Romanem Giertychem postanowili uderzyć w rząd, ratując jednocześnie własny biznes. Media prywatne w tej narracji są oczywiście stronnicze i propagują kłamstwa, za które przyjdzie im odpowiedzieć w sądzie. Jeśli zaś chodzi o kontrowersyjną poprawkę, umożliwiającą realizację “planu Zdzisława” to jest ona wymuszona przez przepisy unijne i nie ma z zarzutami Czarneckiego absolutnie nic wspólnego. W PiS próbują sprawę wziąć na przeczekanie, tak samo jak robili z każdą z afer ujawnionych w przeciągu ostatnich trzech lat, licząc na zdolności propagandowe Jacka Kurskiego i ograniczone możliwości poznawcze “ciemnego ludu”.

Problem jednak w tym, że póki co temat nie wysycha, a kolejne dni odkrywają kolejne wątki, które tworzą nieodparte wrażenie, że oto ujrzeliśmy kawałek mitycznego układu polityczno-biznesowego, którego Jarosław Kaczyński jest głównym patronem. Układu, który złapany za rękę reaguje bardzo nerwowo, strasząc pozwami czy odpowiedzialnością karną. Nadrzędnym celem tej “Grupy Trzymającej Władzę Anno Domini 2018” jest sprawę wyciszyć, by Polacy zbyt długo nie skupiali się na zaskakujących zbiegach okoliczności, zmuszających do zwrócenia uwagi na tych, którzy zwykle wolą pozostawać w cieniu. Świetnym przykładem takiej właśnie nerwowości jest choćby pozew, jaki przeciwko Gazecie Wyborczej zapowiedziała Kasa Krajowa SKOK. Ujawnianie kwestii tajemniczych 70 milionów fundacji Grzegorz Biereckiego, które próbowano zdeponować w banku Czarneckiego czy bulwersujące usunięcie z KNF pracowników, którzy nieprawidłowości w SKOK tropili i ukręcenie tej sprawie łba z pewnością wygodne nie jest. Zwłaszcza, gdy naświetli się rolę twórcy systemu SKOK w wyborze akurat Marka Chrzanowskiego jako szefa KNF. Nie jest przypadkiem, że to właśnie po senatorze PiS widać największe zdenerwowanie w rozmowach z mediami.

Oczywiście, teoretycznie Jarosław Kaczyński ma wciąż możliwość wdrożenia w życie rozwiązania, jakie po wybuchu afery hazardowej wdrożył Donald Tusk. Dziś w GW tę kwestię przywołuje Dominika Wielowieyska, zwracając uwagę na zupełnie różne mechanizmy “gaszenie afery” przez byłego premiera rządu PO-PSL, a działaniami Leszka Millera w odpowiedzi na aferę Rywina. Tusk “wyczyścił” temat, pozbywając się z rządu i najbliższego otoczenia wszystkich, którzy mogli być potencjalnie zamieszani w sprawę, w tym Grzegorza Schetynę. Ustawie hazardowej ukręcił łeb, zadeklarował pełną przejrzystość, zgadzając się nawet na komisję śledczą. Efekt znamy – PO wygrała wybory w 2011 roku i rządziła jeszcze kolejną pełną kadencję. 

Dziś jednak wszystko wskazuje, że Kaczyński pójdzie jednak tropem Leszka Millera przekonując, że “Polacy, nic się nie stało”. Dalej będzie przekonywał, że afera jest wykreowana przez politycznych wrogów, Chrzanowski działał sam i kierował się prywatnym interesem, będzie też trzymał w rządzie i na ważnych stanowiskach wszystkich potencjalnie umoczonych w sprawę, pozwalając by afera trwała, rzutując na wizerunek partii. Czy zrobi tak, bo uważa to za najlepsze wyjście? Nie sposób to jednoznacznie stwierdzić, warto jednak zauważyć, że Kaczyński nie może podejmować tych decyzji całkowicie swobodnie.

W przeciwieństwie do afery Rywina i afery hazardowej, afera w KNF dotyczy bowiem istoty strategii obozu władzy wobec swoich przeciwników politycznych. Dotyczy nie interesu jednej z branż, a całego obozu politycznego. Doprowadzenie sprawy do końca jest warunkiem koniecznym, by “dobra zmiana” trwała i mogła eskalować poprzez repolonizację przemysłu, przedsiębiorstw czy przede wszystkim mediów. Dlatego Kaczyński wycofać się nie może. Stał się niewolnikiem układu, który zbudował i wzajemnych zależności, których przeciąć nie jest już w stanie. Wie już, że obóz ten może przetrwać tylko w całości. Inaczej z hukiem się rozpadnie.

– To proces, który ma zastraszyć obywateli broniących wolności i prawa do zgromadzeń – mówił dziś przed sądem , oskarżony o naruszenie nietykalności dwóch policjantów podczas kontrmanifestacji przeciwko miesięcznicy smoleńskiej 10 czerwca 2017r.

29-letni syn koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego w lipcu 2018 r. dostał dzięki Narodowemu Bankowi Polskiemu intratną posadę w Banku Światowym. Służby podległe Kamińskiemu mają teraz wyjaśniać aferę KNF, w której przewija się prezes banku centralnego.

Bank Światowy mieści się w Waszyngtonie. Polska – a konkretnie prezes banku centralnego – deleguje tam swojego przedstawiciela. Szefem NBP jest Adam Glapiński, promotor byłego już szefa Komisji Nadzoru Finansowego Marka Chrzanowskiego (który według zawiadomienia do prokuratury 28 marca złożył korupcyjną propozycję bankierowi Leszkowi Czarneckiemu, potem poszedł z nim na rozmowę do gabinetu szefa NBP).

Glapiński zdecydował, że od lipca 2018 r. wicedyrektorem wykonawczym w Banku Światowym z polskiej strony jest Katarzyna Zajdel-Kurowska, specjalistka od finansów z długoletnim stażem w ważnych instytucjach w Polsce i za granicą, do czerwca wiceprezeska NBP.

Doradcą Zajdel-Kurowskiej w Banku Światowym został zaś Kacper Jakub Kamiński, syn koordynatora służb i wiceprezesa partii rządzącej Mariusza Kamińskiego.

***

– Doradcę wskazuje NBP, a mianuje aktualny dyrektor w Banku Światowym. Nie słyszałem, by dyrektor kiedyś odmówił, bo polega na rekomendacji danego państwa – mówi „Wyborczej” jeden z byłych przedstawicieli Polski w Banku Światowym. Doradca może liczyć na zarobki „między 120 a 150 tys. dol. Rocznie”.

Mariusz Kamiński, w rozmowie z tvn24.pl, przekonuje, że nie miał wpływu na zatrudnienie syna.

Szefem Narodowego Banku Polskiego jest Adam Glapiński, uznawany za patrona kariery byłego szefa KNF, Marka Chrzanowskiego, który według Leszka Czarneckiego miał złożyć mu propozycję korupcyjną. Glapiński uchodzi też „za człowieka” szefa PiS, Jarosława Kaczyńskiego.

Rozmówca „Wyborczej” Paweł Wojtunik, szefa CBA w latach 2009-15, ocenia, że sytuacja z synem koordynatora służb specjalnych jest „klasycznym przypadkiem konfliktu interesów i przypomina opieszałą akcję agentów CBA, którzy do siedziby KNF wkroczyli dopiero dzień po wszczęciu śledztwa.

Przypomnijmy: afera KNF ma związek z ofertą, jaką złożył właścicielowi Getin Noble Bank, Leszkowi Czarneckiemu, były już szef Komisji Nadzoru Finansowego, Marek Chrzanowski.

Chodzi o zatrudnienie wskazanego przez niego prawnika z pensją związaną z wartością banku, w zamian za pomoc w uniknięciu przejęcia banku za złotówkę przez podmiot państwowy. Sprawą zajęła się prokuratura, a sam Chrzanowski podał się do dymisji.

Ostatnio wielką karierę robi u nas słowo „incydent”. Zdarzenia z punktu widzenia władzy niekorzystne to zawsze incydenty. Rasistowskie hasła to incydenty. Race to incydenty, korupcyjne propozycje to również incydenty. Incydenty mają oczywiście prawo się zdarzyć, ale nie powinniśmy tego słowa odnosić do opisu rzeczy, które właściwie musiały się zdarzyć.

Afera KNF nie jest „błędem przy pracy”. To istota ustrojowego projektu Kaczyńskiego

Afera w KNF mogła się zdarzyć wcześniej (nawiasem mówiąc, wiele wskazuje na to, że tak było) albo później. Mogła się zdarzyć w tej instytucji albo w innej. Ale zdarzyć się w zasadzie musiała. Jest ona bowiem nieuchronnym skutkiem funkcjonowania systemu budowanego od trzech lat przez PiS. Systemu, w którym instytucje państwa podporządkowywane są partii, a za decyzjami państwa stoi wola jednostek. Najkrócej rzecz ujmując, to system, który nazywa się nie rządami prawa, ale rządami ludzi.

Gdy władza kasuje Trybunał Konstytucyjny, brutalnie depcze konstytucję, ustawy przyjmuje tak, jakby to było robienie w pośpiechu placków ziemniaczanych dla zaspokojenia pierwotnego głodu, telewizję publiczną traktuje jak świadczącą usługi kurtyzanę, sądy próbuje sprowadzić do roli grzecznej straży miejskiej, gdy ułaskawia się nieskazanych, bo władza tak chce, to wszyscy w tym państwie odbierają jasny sygnał. Odbierają go poddani, bo już nie obywatele, ale przede wszystkim czynownicy władzy – jesteśmy bezkarni, jesteśmy ponad prawem.

Najbardziej banalna z banalnych prawd podpowiada, że władza absolutna musi absolutnie korumpować. W praktyce instytucjonalizuje ona bowiem pokusę, by z władzy skorzystać, złamać reguły, zagrać ostro i obłowić się ponad miarę. Gdy świadomie z państwowego mechanizmu wymontowuje się wszystkie bezpieczniki, iskra musi zamienić się w pożar. Oczywiście występki mają różną rangę. System oligarchiczny w państwach autorytarnych tworzony jest zwykle w czasie drugich kadencji, gdy władzy puszczają wszelkie hamulce, a system bezprawia krzepnie. Ale już we wcześniejszej fazie, tej obecnej, co bardziej niecierpliwi grają ostro. A może bardziej przewidujący, bo kto wie, czy za rok koryto się jednak nie urwie na dekadę albo i więcej.

Z filozoficznego punktu widzenia, ma to nawet sens…