Tag Archives: Witold Waszczykowski

Rozliczyć PiS. Kiedy? Szybciej, niż Kaczyńskiemu się zdaje. Tak zawsze kończy zło

28 Gru

Jacek Sasin zaliczył właśnie trudne spotkanie z rzeczywistością. W listopadzie mówił: nie będzie żadnych podwyżek cen prądu. W połowie grudnia zmienił ton: ewentualne podwyżki wszystkim zrekompensujemy. Tuż przed nowym rokiem o rekompensatach zapomniał. Mamy nową opowieść: podwyżki są, ale niskie

Nietrudno więc się dziwić, że Sasin o rekompensatach przestaje opowiadać. Szczególnie że w Polsce ceny prądu należą do najniższych w Europie i podwyżki są nieuniknione – ceny uprawnień do emisji CO2 są w tej chwili pięciokrotnie wyższe niż jeszcze trzy lata temu, a polska energetyka jest oparta na węglu.

Polski rząd nie ma do dyspozycji tak dużego budżetu, aby w nieskończoność subsydiować rachunki za prąd.

Więcej o prądzie i Sasinie >>>

  • Ten uczciwy to oczywiście marszałek Senatu prof. Tomasz Grodzki. Tak szczuje gadzinówka TVP.

W Polsce mamy teraz bardzo bolesny, dojmujący, jaskrawy splot dobra i zła.

TO PRZESŁANIE ŚWIĄTECZNE JEDNAK TROCHĘ ŁAGODZI OBYCZAJE, CHOĆ NIE ZAWSZE, SKORO PIS-OWSKI TROLL, PANI KRYSTYNA PAWŁOWICZ, W OKRESIE ŚWIĄTECZNYM WŁAŚNIE UMIESZCZA WPIS O KANDYDATCE NA PREZYDENTA POLSKI, W KTÓRYM NAZYWA PANIĄ KIDAWĘ-BŁOŃSKĄ MARIONETKĄ.

To z pewnością nie należy do rzeczy, które budują nasz czas świąteczny. Cóż jednak zrobić? Zło jest zawsze obecne w świecie i ma różne przejawy. Naiwnością byłoby więc sądzić, że okres świąteczny je wygasi.

Należałoby zatem oczekiwać, że ludzie, którzy dopuścili się nieprawości w ostatnich latach, za rządów PiS-u, powinni stanąć przez sądami, także tzw. mali ludzie, drobni urzędnicy, drobni „funkcjonariusze kultu”. Powinno zostać przeprowadzone rozliczenie, inaczej nikt nie odbierze tak potrzebnej nam lekcji. Każdy więc, kto sprawił zło, powinien zostać z niego rozliczony – na poważnie, bez pobłażliwości. Na zasadzie: sprawiedliwość, nie zemsta. Jeżeli tego nie zrobimy, to całe cierpienie, cały ten obecny niepokój o losy kraju pójdzie na marne.

CZŁOWIEK Z „PODZIEMIA MENTALNEGO”, KTÓRY Z POWODU CYNIZMU, „ZŁEJ RADOŚCI” CZY TEŻ DORAŹNEJ KORZYŚCI SZEDŁ ZA „DOBRĄ ZMIANĄ”, MUSI BOWIEM WIEDZIEĆ, ŻE TAKIE ZŁO NIE BĘDZIE MU SIĘ OPŁACAŁO W PRZYSZŁOŚCI. TO MUSI SIĘ DOKONAĆ – I JUŻ! OCZYWIŚCIE NIE JESTEM NAIWNY. I WIEM, ŻE WIELU WINNYCH WYMKNIE SIĘ PROCESOWI OCZYSZCZENIA I OSĄDOWI. NIEMNIEJ JEDNAK JEST TO KONIECZNE.

Nie możemy rozwiązać tego w taki sposób, do jakiego zachęca tytuł dwunastej księgi Pana Tadeusza, czyli wedle formuły „kochajmy się”, która tam przychodzi po bitce lokalnych szlacheckich „plemion”. No i mam nadzieję, że niektórzy z winnych wyrażą też skruchę – bez nie może być mowy o odpuszczeniu win. I o jakim takim przywróceniu ładu – zarówno moralnego, jak i społecznego.

Więcej >>>

KIEDYŚ DEMOKRACJA WRESZCIE ZWYCIĘŻY. WIERZĘ, ŻE TAK SIĘ STANIE – NIC NIE TRWA WIECZNIE, NAWET RZĄDY „DOBREJ ZMIANY”, WÓWCZAS POWINNA NASTĄPIĆ DRUGA CZĘŚĆ PAIDEI – OCZYSZCZENIE. ODPOWIEDZIALNI POWINNI WIĘC ZOSTAĆ UKARANI.

„Żeby Centralny Port Komunikacyjny był prawdziwym hubem, musimy zapewnić szybki, punktualny dojazd. Odrzucenie szybkiej kolei »Ygrek« to podważenie całej koncepcji. Władze w ogóle nie mają zamiaru budować Centralnego Portu” – mówi Cezary Grabarczyk, minister infrastruktury w latach 2007-2011, jeden z pomysłodawców CPK

„Studium wykonalności projektu »Ygrek« – 450 kilometrów nowej, szybkiej linii Warszawa- Łódź rozwidlającej się na Poznań i Wrocław – przez cały czas było opracowywane. Prace nad finałową wersją dokumentu zbiegły się ze zmianą rządu. Prawo i Sprawiedliwość dostało na talerzu gotowe studium wykonalności i powinno je realizować. Ale odrzuca projekt przez swoje polityczne nadęcie” – mówi Cezary Grabarczyk.

„Efekt będzie taki, że pasażerowie z Wrocławia i Poznania będą wybierali niemieckie porty lotnicze, a nie polski CPK zbudowany, daj Boże, za 20 lat”

Centralny Port Komunikacyjny – megalotnisko, które ma powstać między Warszawą a Łodzią – nie schodzi z informacyjnych pasków. Właśnie dowiedzieliśmy się, że wykup gruntów pod CPK rozpocznie się już w przyszłym roku. Pod koniec listopada 2019 poznaliśmy zaś nowego pełnomocnika rządu ds. CPK. Został nim Marcin Horała, który dał się poznać jako szef komisji śledczej ds. wyłudzeń podatku VAT. A 5 grudnia odkryliśmy, że megalotnisko będzie nadzorowane przez Ministra Aktywów Państwowych Jacka Sasina. CPK coraz mocniej wyłania się więc z mroku.

Niewiele osób pamięta, że firmowany dziś przez rząd PiS pomysł narodził się za rządów Platformy Obywatelskiej. Jako jeden z pierwszych mówił o nim minister infrastruktury w rządzie Donalda Tuska Cezary Grabarczyk.

Bardzo ciekawy wywiad z Grabarczykiem tutaj, dlaczego PiS daje dupy >>>

Dlaczego te ingerencje następują? Ponieważ jest to wojna ideologiczna. Bo w niektórych państwach członkowskich rządy sprawują ugrupowania odbiegające od ideologii lewicowo-liberalnej” – tak europoseł PiS i były szef MSZ Witold Waszczykowski tłumaczy list komisarz Jourovej do polskich władz. Potem wytacza swoje argumenty i… bardzo, bardzo się myli

Analiza fałszów Waszczykowskiego tutaj >>>

Władimir Putin zaatakował Polskę wypowiadając się na temat II wojny światowej. Oskarżył władze II RP o spiskowanie z Hitlerem i przypisał im współodpowiedzialność za Holokaust. „To rewizjonizm historyczny na sterydach” – zareagował oburzony prezes Amerykańskiego Kongresu Żydów. O fałszach historycznych Putina rozmawiamy z dr. hab. Grzegorzem Krzywcem

„Notatka została wyrwana przez Putina z kontekstu. Stała się częścią bitwy propagandowej władz rosyjskich, które używają jej w dość perfidny, choć inteligentny sposób, żeby obniżyć międzynarodową pozycję Polski. Polski rząd nie prowadził żadnych wspólnych rozmów ani działań z Adolfem Hitlerem przeciw Żydom” – mówi OKO.press dr hab. Grzegorz Krzywiec.

Dodaje jednak: „Amb. Lipski wyrażał pewną obiegową opinię przyjętą przez polskie elity polityczne. I nie chodziło oczywiście o Zagładę Żydów, ale ich przymusową lub dobrowolną – w każdym razie masową – emigrację z Polski. Państwo polskie w tym momencie swojego istnienia, uznało ok. 10 proc. swoich obywateli za potencjalnych emigrantów. Jest to jeden z najsmutniejszych i najbardziej wstydliwych epizodów z II RP.”

Rozmowa na temat krętactw Putina z dr. Krzywcem tutaj >>>

„Odpowiedzialność za świat muszą przejąć ludzie młodzi. Starsza generacja korzystała ze zmian klimatu – w interesie młodych jest zatrzymanie ich” – brzmi jedna z rekomendacji Trzeciego Kongresu Praw Obywatelskich. Trzeba też „stworzyć warunki do równoprawnej rozmowy – takiej, w której głos młodych zostanie wysłuchany i wzięty pod uwagę”

Więcej >>>

Za kilka dni koniec 2019 roku, więc już czas na podsumowania, rankingi, jakieś listy. Nie chcę być gorsza i sama chętnie dołączę do ogólnonarodowego trendu, tworząc swoją własną, choć zapewne dość subiektywną listę Najwybitniejszych Polskich „Demokratów” mijającego roku.

Pierwsze miejsce przyznaję Jarosławowi Kaczyńskiemu. Skromny to człowiek, nie lubi pchać się do przodu, więc tylko z fotela posła i szefa partii trzyma Polskę w okowach swojej wizji demokracji. Facet nie ukrywa, że ta właśnie demokracja „tak naprawdę w pełni zrealizowana została dopiero wtedy, kiedy doszliśmy w 2015 r. do władzy. A dlatego, że demokracja zakłada, że to, co formacje polityczne prezentują w wyborach, jest rzeczywiście robione. Bo jeżeli nie jest robione, to w gruncie rzeczy mamy do czynienia nie z demokracją, ale z pozorem”. Mało tego, wmawia narodowi, że to PiS i tylko PiS jest gwarancją demokracji. Pan prezes wie, co mówi i żadne „zdradzieckie mordy”, żadni Polacy „drugiego sortu” nie przekonają go, że ta jego demokracja jakaś taka nietrafiona i mało ma wspólnego z tą prawdziwą. Ci, którzy tak mówią to wredne typy i zazdrośnicy, nic więcej.

Więcej >>>

Złom smoleński i trup Lecha Kaczyńskiego. Takie szczęście trafiło się Jarosławowi Kaczyńskiemu. Z życia pasqud 10

5 Lip

„Skarga do Trybunału w Hadze zwrotu wraku Tu 154 miała być złożona w lutym 2017. Tak zapowiadał min. Waszczykowski. Ustaliłem, że skargi nie złożyli mimo, że jest gotowa. MSZ przerzuca decyzję na „Radę Ministrów”. Premier Morawiecki nic nie wie i odmawia odp. pod absurdalnymi powodami” – napisał na Twitterze Krzysztof Brejza. Poseł PO publikuje pismo, które otrzymał z Kancelarii Premiera.

Brejza domagał się odpowiedzi w trybie ustawy o dostępie do informacji publicznej. Wcześniej poseł PO usiłował się dowiedzieć, co dzieje się ze skargą w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.

Resort odpisał, że „trwają analizy” i odesłał Brejzę do Kancelarii Morawieckiego, twierdząc, że decyzja w tej sprawie „należy do Rady Ministrów”. Tomasz Matynia z Centrum Informacyjnego Rządu stwierdził, że KPRM „nie posiada wnioskowanych informacji”.

„Ciekawe, jaki byłby do tego komentarz „szeregowego posła” – czyżby starania o odzyskanie wraku były poza jego punktem zainteresowań?”; – „Stara dobra sowiecka spychologia… od razu widać skąd biorą wzorce”; – „Nigdy im nie zależało na wyjaśnieniu, nie chodzi o to, by złapać króliczka, lecz by go gonić. I podkręcać atmosferę wokół katastrofy” – komentowali internauci. – „Prawdomówni z PiS!” – podsumował prof. Leszek Balcerowicz.

Tomasz Arabski, szef kancelarii premiera Donalda Tuska, został 13 czerwca skazany na karę 10 miesięcy więzienia za to, że dopuścił do lądowania samolotu rządowego na lotnisku w Smoleńsku. Rozprawa sądowa odbyła się na wniosek części rodzin smoleńskich, które nie przyjęły do wiadomości, że wcześniej Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga prawomocnie umorzyła śledztwo w sprawie organizacji lotów premiera i prezydenta do Smoleńska.

Wątpliwe, aby wyrok sądowy był dla prezesa Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza satysfakcjonujący. Tym bardziej, że i podczas rozprawy, i w ustnym uzasadnieniu wyroku jest mowa o katastrofie, co podważa hipotezę o zamachu. Mało tego. Sąd wskazał również na współwinnych. To Kancelaria Prezydenta, a także 36. Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego.

Przypomnijmy, że był to czas zimnej wojny pomiędzy rządem a prezydentem, który właśnie w Smoleńsku miał zainaugurować swoją kampanię prezydencką. Obie kancelarie nie współpracowały ze sobą i w przypadku wizyty Lecha Kaczyńskiego, jej organizacji podjęli się jego ludzie, a Arabski, jak twierdzi, przystał tylko na prośbę prezydenta i udostępnił tego dnia samolot na wyjazd. Z tego też powodu ani on ani urzędnicy KPRM nie czuli się kompetentni, aby ustalać status lotniska w Smoleńsku, pozostawiając tę kwestię w rękach urzędników Kancelarii Prezydenta i 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. Wydaje się pewnym, że w ówczesnych realiach, jakakolwiek ingerencja Arabskiego w organizację tej wizyty, uznana byłaby za niepożądaną.

Podczas procesu okazało się, że ludzie Sasina wiedzieli, w jakim stanie jest lotnisko w Smoleńsku. Maciej J., członek grupy organizującej wizytę prezydenta, wiedział, że lotnisko jest zamknięte, a Rosjanie, idąc na rękę stronie polskiej, zobowiązali się przysłać ludzi do obsługi i sprzęt, by można było jednak z tego lotniska skorzystać. Przyznał przed sądem, że poprosił Dariusza Jankowskiego z Kancelarii Prezydenta o sprawdzenie lotniska, ale nie wie, czy cokolwiek w tej sprawie zrobiono.

Zeznający w procesie inni urzędnicy Kancelarii Prezydenta (Marcin W., Kazimierz K. i Maciej J.) przyznali, że wybrano lotnisko w Smoleńsku, bo było najbliżej, a wcześniej lądowały na nim delegacje polskie, m. in.  z prezydentem Kwaśniewskim na czele, więc logistycznie była to najkorzystniejsza opcja.

Jedyną osobą z otoczenia Lecha Kaczyńskiego, który idzie w zaparte i powtarza wciąż, że nie miał pojęcia, jakie były warunki na nieczynnym od dłuższego czasu lotnisku w Smoleńsku, jest Jacek Sasin. Wydaje się to nieprawdopodobne. Szef Kancelarii Prezydenta nic nie wiedział? Nie wierzę! Wydaje mi się, że jeśli Tomasz Arabski został uznany winnym za niedopełnienie obowiązków, to kto jak kto, ale właśnie Sasin powinien również odpowiedzieć przed sądem i zostać ukarany za niedbalstwo i ignorancję. W czasie, gdy obie kancelarie ze sobą nie współpracowały, to on ponosi winę za niedopatrzenie i fatalną organizację wyjazdu, również i samego lotu do Smoleńska. A tymczasem, jeden ma wyrok, a drugi wciąż siedzi w polityce i nie ma sobie nic do zarzucenia.

Tę szokującą opinię wygłosił warszawski radny PiS Filip Frąckowiak podczas dyskusji nad przyjęciem uchwały w sprawie kryzysu klimatycznego. Napisano w niej m.in.: – „Rada Warszawy wyraża najwyższe zaniepokojenie pogłębiającym się globalnym kryzysem klimatycznym. Apelujemy do Rady Ministrów oraz Sejmu Rzeczpospolitej Polskiej o przyjęcie uchwał w sprawie ogłoszenia klimatycznego stanu wyjątkowego, a także natychmiastowe podjęcie zdecydowanych działań mających na celu radykalne ograniczenie emisji gazów cieplarnianych w Polsce”.

A Frąckowiak bagatelizował problem. – „Czy jak ograniczymy emisję dwutlenku węgla, to zrobi się chłodniej? Grad będzie mniejszy? Z mojego punktu widzenia dla Polski jest korzystne, żeby było cieplej. Skoro nie chcemy używać paliw kopalnianych, to należy pomyśleć, że mniej ich będziemy używać, jeśli będzie cieplej” – stwierdził radny PiS.

Oczywiście, nie przekonały go argumenty radnego Koalicji Obywatelskiej Marka Szolca. – „Zmiany spowodowane przez ludzi zagrażają przetrwaniu świata, jaki znamy. Domagam się powagi w podejściu do spraw klimatu od rządu kraju, w którym żyję i płacę podatki. Ja, 27-latek, będę płacił rachunki, które wystawiają mi 50–60-letni urzędnicy z Ministerstwa Energii, podejmujący m.in. decyzję o budowie nierentownego i szkodliwego bloku węglowego w elektrowni w Ostrołęce” – powiedział Szolc.

„To już jest ostatni moment na działanie. Już teraz w czasie upałów śmiertelność w Warszawie zwiększa się o 30 proc. Jeśli nie chcecie słuchać głosu młodych, posłuchajcie naukowców” – dodał Tytus Kiszka z Młodzieżowego Strajku Klimatycznego.

Rada Warszawy głosami radnych Koalicji Obywatelskiej przyjęła uchwałę. Radni PiS wstrzymali się od głosu.

Frąckowiak w poprzedniej kadencji – przy okazji zmian nazw ulic – „zasłynął” stwierdzeniem, że jeden z najbardziej znanych utworów Johna Lennona „Imagine”… jest manifestem komunistycznym. Według radnego PiS powinno się więc eks-Beatlesa zdekomunizować”.

Dzięki nieustępliwej postawie premiera i PiS w kwestii „klimatycznej neutralności” staliśmy się oto państwem o randze co najmniej… Korei Północnej!

Po gospodarce i polityce historycznej także i polska dyplomacja zrobiła, co pan prezes obiecał. Po trzech dekadach wysługiwania się Brukseli nareszcie wstała z kolan! Po odkryciu San Escobar, po spektakularnym sukcesie negocjacyjnym premier Szydło (27:1) i „uwaleniu” francuskich Caracali, teraz udało się pogrążyć kandydaturę Fransa Timmermansa na szefa KE. I to się nazywa skuteczność!

Po raz kolejny dowiedliśmy w ten sposób, że jesteśmy ważnym graczem w unijnej polityce i wszyscy muszą się z nami liczyć. Już nikt nigdy nie poważy się traktować naszych emisariuszy w Brukseli jak ubogich krewnych, co to powinni wykorzystać swoją szansę, żeby „siedzieć cicho”. Niedoczekanie!

Sukces jest taki trochę połowiczny, bo Timmermans nie został wprawdzie szefem Komisji, ale zachował w niej dotychczasowe stanowisko. Natomiast nominalna przewodnicząca na polityce unijnej zna się słabo, więc – o paradoksie – pozycja największego europejskiego „PiSożercy” jeszcze się umocniła. Niemniej premier Morawiecki dotrzymał słowa.

Ale Timmermans to tylko drobny wątek w paśmie najnowszych sukcesów naszej dyplomacji i – osobiście – premiera. Bo dzięki jego i jego obozu nieustępliwej postawie w kwestii „klimatycznej neutralności” staliśmy się oto państwem o randze co najmniej… Korei Północnej! Teraz wszyscy będą się musieli z nami liczyć, ponieważ… też mamy bombę! Nie atomową wprawdzie, ale jeszcze bardziej zaawansowaną technologicznie, bo pierwszą na świecie bombę klimatyczną – smogową mianowicie. I nie zawahamy się jej użyć. Poza tym nasz arsenał jest jak najbardziej wiarygodny.

Kim Dzong Un może sobie tylko straszyć naciśnięciem atomowego guzika. My natomiast już teraz codziennie demonstrujemy możliwości naszej broni masowego rażenia, a to za sprawą takiej – na przykład – Elektrowni Bełchatów. Teraz szanować nas będą wszyscy, a już zwłaszcza najbliżsi sąsiedzi. Jeśli nie chcą ciężko chorować i przedwcześnie umierać dziesiątkami tysięcy na raka i choroby krążenia, muszą po pierwsze – liczyć się z nami i naszymi opiniami. A po drugie – liczyć kasę na dobrowolną likwidację naszego arsenału.

Już nie będą nam dłużej wygrażać obcięciem dotacji „za praworządność”. I tak muszą zapłacić. Bo jak nie, to… już wkrótce w Berlinie, Paryżu i Brukseli powietrze zrobi się ciężkie jak w Opocznie, Nowej Rudzie, Rybniku, Kościerzynie i innych miastach i gminach z rankingu najbardziej zatrutych okolic Europy. Atmosfera już robi się gęsta, więc nie ma co straszyć nas obcinaniem funduszy. Bo owszem – możemy się zgodzić na tę ich „neutralność klimatyczną”, ale nie za darmo przecież. Będą dotacje, to może zmniejszymy import węgla z Donbasu o parę ton. I zgodzimy się postawić ze trzy wiatraki.

Może Kim łamać wszystkie standardy, mieć za nic oburzenie reszty świata swoją polityką i jeszcze domagać się kasy? Może. Bo ma bombę. Więc może i prezes (a w jego imieniu premier Morawiecki). Że to szantaż? Eeee, zaraz takie nieprzyjemne określenia. To tylko mocny argument w negocjacjach. I silna pozycja przetargowa. Tak się po prostu robi politykę.

Pamiętacie motto pana Wołodyjowskiego? „Jak się nie będą ciebie bali, to się będą z ciebie śmiali”! Pana Michała się bali, choć był małego wzrostu i słabowity, czyli – jak wówczas mawiano – nikczemnej postury. Takie już prawo natury, że „nikczemna postura” wymaga kompensacji. No więc mamy wreszcie tę bombę i teraz wszyscy muszą nas traktować z szacunkiem! Jeśli więc do tej pory świat nie wiedział, Kim jest pan prezes i jego premier Morawiecki, to teraz już wie, że na pewno nie byle Kim.

PiS dupą do Unii Europejskiej. Takich skunksów wysłano do Brukseli. Z życia pasqud 8

3 Lip

„Hymn Unii na pierwszym posiedzeniu PE. Partia Brexit tyłem. Waszczykowski i Zalewska nawet nie wstali” – napisał na Twitterze Bartosz Wieliński z „GW”. Byli ministrowie w rządzie PiS, a obecnie europosłowie tak się zachowali podczas inauguracji obrad Parlamentu Europejskiego w Strasburgu.

Podczas odgrywania „Ody do radości” była minister edukacji Anna Zalewska i były minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski nawet nie podnieśli się z foteli. Ociągając się, wstali Anna Fotyga i Patryk Jaki. Natomiast Jacek Saryusz-Wolski robił sobie podczas hymnu UE selfie.

Internauci z oburzeniem komentowali zachowanie europosłów PiS: – „Zalewska i Waszczykowski siedzą podczas hymnu UE. Partia Brexit UK stoi tyłem. Co towarzystwo miernot. Idziemy w bardzo złym kierunku. Hasło Polska sercem Europy to pic na wodę i kłamstwo. PiS właśnie pokazał to „tętniące” serce z kampanii. PiS to Polexit!”;

Robić cyrk i strzelać focha potrafią, ale euro im nie śmierdzi. Jak im tak bardzo UE nie pasuje, to powinni być konsekwentni i kasy nie pobierać. Żenada”; – „Absurd goni absurd. Wydaje im się, że buraczanym zachowaniem zrobią wrażenie tam wrażenie? Co najwyżej uśmiech politowania. Ale takie zachowanie może być groźne”;

„Czy się stoi, czy się leży. Z UE Kasa nam się należy!”; – „Kasę biorą. Szacunek dla Europejczyków na najwyższym poziomie… Powinny być kary za takie zachowania”.

Julia Przyłębska – towarzyskie odkrycie Jarosława Kaczyńskiego – podczas studiów była działaczką Socjalistycznego Związku Studentów Polskich – wynika z akt IPN, do których dotarł onet.pl. Istniejąca w PRL organizacja była w pełni kontrolowana przez władze. Obecna prezes TK zapisała się do SZSP na pierwszym roku studiów i działała w niej przez kilka lat. Dzisiaj w jej oficjalnym życiorysie próżno szukać tej informacji. Przyłębska twierdzi natomiast, że była w opozycyjnym Niezależnym Zrzeszeniu Studentów.

Z kolei jej mąż Andrzej Przyłębski, dziś ambasador Polski w Niemczech, podczas studiów działał w innej komunistycznej młodzieżówce —Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Z dokumentów IPN wynika, że deklarował się jako ateista i zwolennik marksizmu. Został zarejestrowany w SB jako tajny współpracownik o pseudonimie „Wolfgang” (tak na marginesie – takie imię nosił jego teść, a ojciec Przyłębskiej).

„Sędzia Przyłębska była w komunistycznej młodzieżówce. Kolejny dowód, że tzw. reforma sądownictwa działa odwrotnie, niż głosi PiS. Zamiast naprawiać, psuje, a zamiast usuwać sędziów wychowanych w duchu komunizmu, wprowadza ich na najwyższe stanowiska sądowe” – podsumował na Twitterze prof. Marcin Matczak. A Michał Szułdrzyński z „Rzeczpospolitej” pytał: – „Czy w tzw. reformie sądownictwa nie chodziło o zakończenie kariery sędziów z komunistycznym rodowodem?

Sprawę komentowali też inni internauci: – „Piotrowicz, Kujda, jej mąż, a teraz ona sama, towarzyskie odkrycie Wielkiego Dewelopera”; – „Odznaczony przez władze PRL krzyżem zasługi Stanisław Piotrowicz, zaorał polskie sądownictwo. Żona TW, Julia Przyłębska, działająca w młodzieżówce komunistów, orzeka, co jest konstytucyjne. Do tego duetu brakuje sędziego Kryże jako I prezesa SN. Fajny ten PiS, taki prawy”;

„Czego nie rozumiecie lewaki? To nasza komunistka. Swoja, posłuszna, bierna, na naszej krwi wyhodowana. Nie to co Wy! Ubeckie wdowy, gorszy sorcie, kanalie, cykliści, złodzieje i wegetarianie”;– „A co my tu mamy? Towarzyszka Wolfgangowa, żona TW Wolfganga, kucharka jaśnie pana Jarka, aktualnie prezes TK, odebrała staranne komunistyczne wykształcenie, w młodości. Jak tam humor, prawaczki? Raz sierpem, raz młotem? Tak to leciało?”.

Po kilkudniowym maratonie przywódcy europejscy ustalili, że nową przewodniczącą Komisji Europejskiej będzie Ursula von der Leyen. To szefowa niemieckiego ministerstwa obrony. Jej nominację musi jeszcze zatwierdzić Parlament Europejski. Frans Timmermans będzie jej zastępcą.

Przypomnijmy, że PiS mocno krytykował Ursulę von der Leyen po jej wypowiedzi, dotyczącej protestów w obronie polskich sądów w 2017 r.   – „Musimy wspierać ten zdrowy demokratyczny opór młodego pokolenia w Polsce” – mówiła szefowa niemieckiego MON. Ówczesny minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski twierdził, że „to próba ingerencji w wewnętrzne sprawy naszego kraju”. 

Na Twitterze pojawiły się pierwsze komentarze, dotyczące wyboru Ursuli von der Leyen. – „Czyli skutkiem wielkiej ofensywy dyplomatycznej PIS-u ma być wybór na szefa Komisji Europejskiej Niemki, która poparła protesty polskiej opozycji w obronie praworządności. To są naprawdę mistrzowie. PiS stanął na głowie, żeby szefem Komisji Europejskiej została Niemka. Trzeba w tym momencie zapytać czy – parafrazując Karnowskich – prawdziwym celem PiS – u nie jest przyłączenie Polski do Niemiec” – Tomasz Lis z „Newsweeka”.

„Takie pytanie: Czy jakikolwiek polityk z Grupy Wyszehradzkiej otrzymał dziś jakieś ważne stanowisko w Unii Europejskiej? Dla kolegi pytam, bo mówił coś o sukcesie PiS na forum UE” – Przemysław Henzel z onet.pl.

„Polscy dyplomaci skutecznie walczyli jak lwy blokując fotel szefa KE dla Timmermansa. Byli tak skuteczni, że Timmermans będzie wiceszefem KE i z pewnością nie będzie się już zajmował praworządnością…” – Michał Szułdrzyński z „Rzeczpospolitej”.

Europejskie rozgrywki

O kompromis nie było łatwo. Jeszcze w poniedziałek po 19 godzinach negocjacji sytuacja wydawała się patowa. Prawie pewny kandydat, Frans Timmermans, spotkał się jednak ze sprzeciwem Grupy Wyszehradzkiej z Polską na czele. Niechętni kandydaturze Holendra byli także Włosi.

Teraz kandydatka na przewodniczącą KE będzie musiała uzyskać poparcie eurodeputowanych w Parlamencie Europejskim.

Wybór w Radzie Europejskiej, czyli wśród przywódców państw członkowskich, zapadł jednogłośnie, przy jednym głosie wstrzymującym ze strony kanclerz Niemiec Angeli Merkel.

Oprócz Ursuli von der Leyen Rada Europejska nominowała też Charlesa Michela na przewodniczącego Rady Europejskiej, Josepa Borella na szefa dyplomacji UE i Christine Lagarde na szefową Europejskiego Banku Centralnego.

Kim jest Ursula von der Leyen?

To niemiecka minister obrony, wywodzi się z CDU. Jest polityczną protegowaną Angeli Merkel – to kanclerz wprowadziła ją w świat wielkiej polityki w 2005 roku. Swego czasu była typowana na następczynię Merkel.

Ursula von der Leyen mówi płynnie po angielsku i francusku i porusza się pewnie na międzynarodowej scenie politycznej.

Jeżeli zostanie szefową KE, będzie pierwszą Niemką od 50 lat na tym stanowisku i pierwszą kobietą.

Sukces polskiego rządu?

Jeszcze wczoraj podczas negocjacji kandydaturze Fransa Timmermansa sprzeciwiali się Włosi i V4. Premier Mateusz Morawiecki tłumaczył, że Holender “nie rozumie państw wychodzących z postkomunizmu”, a także, że jest nieprzyjazny Polsce i państwom Europy Środkowej.

We wtorek na konferencji podsumowującej szczyt mówił: – Cele, które zakładaliśmy, jadąc na szczyt, zostały zrealizowane. Pokazaliśmy, że potrzebujemy kandydatów, którzy mają potencjał łączenia, a nie antagonizowania Europy; którzy rozumieją kraje członkowskie. Dlatego sprzeciwialiśmy się kandydaturze Fransa Timmermansa.

Zdaniem Morawieckiego Timmermans “był kandydaturą radykalnej lewicy”.

– Pokazaliśmy, że eskalowanie konfliktu z Polską i atakowanie jej jest drogą donikąd. Polska nie jest państwem, które daje się postawić w kącie. Jesteśmy poważnym partnerem. Daliśmy do zrozumienia, jakie są nasze priorytety – mówił Morawiecki.

Komentatorzy wyśmiali ten samozachwyt, a łyżkę dziegciu do tego garnca miodu zadowolonego premiera dołożył też Grzegorz Schetyna, zwracając uwagę, że w 2009 i 2014 r. rząd polski potrafił wynegocjować stanowiska dla Polaka.

– Moim zdaniem, gdyby to tylko zależało do Polski i Grupy Wyszehradzkiej, to wynik tej całej układanki nie skończyłby się w taki sposób – mówi Kamil Zajączkowski, europeista z UW i autor ostatniej publikacji “Misje cywilne i operacje wojskowe Unii Europejskiej w perspektywie wybranych teorii stosunków międzynarodowych i integracji europejskiej”.

JUSTYNA KOĆ: Polska nie jest państwem, które daje się postawić w kącie. Jesteśmy poważnym partnerem – skomentował premier Morawiecki szczyt RE. Nominacja Ursuli von der Leyen to sukces polskiego rządu?

DR KAMIL ZAJĄCZKOWSKI: Moim zdaniem, gdyby to tylko zależało do Polski i Grupy Wyszehradzkiej, to wynik tej całej układanki nie skończyłby się w taki sposób. W dużym stopniu o tym, że Timmermans nie został szefem KE, zadecydowały dwa czynniki, ale trzeba przyznać rację, że polska dyplomacja je wykorzystała. Po pierwsze, bunt centroprawicowej europejskiej chadecji, czyli EPP, i sprzeciw Włoch. Bunt chadeków wynikał z prostej kalkulacji; socjaliści i chadecy łącznie stracili ponad 100 mandatów w PE. Po drugie, o wyborze z Osaki zadecydowały 4 państwa: Niemcy, Francja, Holandia i Hiszpania, która powróciła do gry po kilkunastu latach.

JESZCZE KILKA LAT TEMU WSZYSCY PATRZYLI NA HISZPANIĘ JAKO PAŃSTWO, KTÓRE CHYLI SIĘ KU KATASTROFIE GOSPODARCZEJ, A TU HISZPANIA ZNOWU JEST PRZY STOLE, A NIE WŁOCHY, KTÓRE JAKO PAŃSTWO ZAŁOŻYCIELSKIE PRZY TYCH WSZYSTKICH ROZGRYWKACH BYŁO BRANE POD UWAGĘ.

Włochy sprzeciwiały się kandydaturze Timmermansa przede wszystkim z tego powodu, a nie z tych samych pobudek, co Polska i V4. To te czynniki głównie spowodowały, że ta kandydatura przepadła. Grupa Wyszehradzka nie jest jednolita, ale myślę, że w tym przypadku zadecydowały też czynniki ambicjonalne i niechęć osobista, która jest w polityce istotna. To wszystko spowodowało, że ta układanka z Timmermansem się nie powiodła.

Długo wydawało się, że jest jednak murowanym kandydatem. To w takim razie oczywisty błąd polityków europejskich?
Mam na ten temat pewną hipotezę, którą będzie można zweryfikować z czasem, gdy wyjdą na jaw szczegóły; na ile Timmermans był najmocniejszym kandydatem, na ile to spięcie niedzielno-poniedziałkowe było przypadkiem, a na ile to, co się stało, było oczekiwane przez największych graczy, aby oczyścić przedpole i położyć na stół nowe karty. Z tego, co już teraz wiemy, kandydatura Ursui von der Leyen została zaakceptowana w kilka chwil przez całą Grupę V4. Nie jestem pewny, czy w niedzielę, gdyby ta kandydatura została przedłożona od razu, to spotkałaby się z taką pozytywną reakcją. Nie wierzę w to, że tacy starzy wyjadacze polityczni, jak Merkel, Tusk, Macron, nie wiedzieli, co się kroi. Musieli przewidywać, że V4 będzie się sprzeciwiać, a na pewno musieli sobie zdawać sprawę, że EPP nie przyjmie z zachwytem rozwiązania z Timmermansem, tym bardziej, że od początku obstawiała przy swojej kandydaturze i dostała to, czego chciała.

Kim jest Ursula von der Leyen i czego możemy się po niej spodziewać?
Oczywiście już się mówi, że to nie jest kandydatura idealna, że nie ma doświadczenia, część osób mówi, że Timmermans był najlepszym kandydatem, ale

NA TYM POLEGA KOMPROMIS, TAKŻE W POLITYCE, ŻE ZAZWYCZAJ WYGRYWA OSOBA, KTÓRA NIE JEST WYRAZISTA, NIE BUDZI EMOCJI, NIE JEST SILNĄ OSOBOWOŚCIĄ.

Tak było w przypadku poprzedniego szefa KE José Manuela Barroso?
To prawda. W 2004 roku było dwóch bardzo silnych kandydatów, a wygrał ten trzeci, podobnie gdy cofniemy się jeszcze bardziej. Po prostu tak wygląda kompromis. Dodałbym tu jeszcze jedno ważne spostrzeżenie; okazało się, że duopol niemiecko-francuski nie pracuje tak sprawnie, jak do tej pory. Te kilka ostatnich tygodni to pokazało, bo wszystko zaczęło się od tego, że to Macron zablokował Webera, czyli zaczęło się od kłótni francusko-niemieckiej. W efekcie poobijana mocno Merkel, która ma dużo słabszą pozycję, nie potrafiła domknąć tej kandydatury. Z drugiej strony Niemcy mają przewodniczącego KE, a Francuzi mają to, czego bardzo chcieli, czyli kontrolę nad strefą euro i gwarancję, że przyszła szefowa EBC będzie kontynuowała linię odchodzącego prezesa.

Wśród nominacji nie ma żadnego Polaka i nikogo z V4. Porażka?
Mimo zachowania jedności V4 nie ma tu żadnego stanowiska nawet dla przedstawicieli Europy Środkowej, i to jest znamienne.

PO TYM SZCZYCIE WIDAĆ TEŻ WYRAŹNIE PRZESUNIĘCIE WŁADZY W RĘCE SZEFÓW RZĄDÓW, STĄD TEŻ TAKA KANDYDATURA NA SZEFA KE.

Komisja za nowej przewodniczącej odpuści walkę o praworządność?
Ursula von der Leyen będzie przewodniczącą, ale wiceprzewodniczącym ma być Timmermans. Chodzą pogłoski, że zachowa on w swej działalności prawa człowieka, praworządności, czyli będzie zajmował się tym, czym do tej pory. To ewenement, bo do tej pory po zakończeniu kadencji zazwyczaj politycy dostawali nowe teki, tu wiele wskazuje, że Holender ma dostać działkę właśnie dotyczącą praworządności.

NIE SPODZIEWAŁBYM SIĘ WIĘC, ŻEBY LINIA KE SIĘ ZMIENIŁA I ZNOWU BĘDZIEMY MIELI “DOBREGO” PRZEWODNICZĄCEGO I “ZŁEGO” ZASTĘPCĘ. DOBRĄ BĘDZIE URSULA VON DER LEYEN, A TYM ZŁYM TIMMERMANS.

Jeżeli polski rząd myśli, że te kwestie zostaną schowane i rozmyte, to nie spodziewałbym się tego. Konsekwentnie KE będzie egzekwowała wszystkie kwestie związane z praworządnością.

Walczyliśmy już ze sobą w Polsce o Smoleńsk, walczymy o pamięć i historię, o prawa kobiet, teraz w powietrzu wisi wojna fanatyków religijnych z normalną większością, która chce żyć w państwie prawa.

Sprawa pracownika zwolnionego z Ikei pokazuje po raz kolejny i mam wrażenie, że to już jest naprawdę ostatni dzwonek, jak groźne jest prezentowane od lat przez władze państwowe pobłażanie wobec buty, pogardy, chciwości i bezprawia Kościoła katolickiego. Gdyby nie opieszałość policji, prokuratury i sądów wobec księży pedofilów i chroniących ich biskupów, gdyby nie ich demoralizująca bezczynność wobec odmowy wydawania akt spraw dotyczących pedofilii, gdyby nie jawnie okazywana tolerancja dla łamania przepisów i ostentacyjne stawianie ludzi w sutannach ponad prawem, nie doszłoby zapewne do sytuacji, w której ktokolwiek uważa, że słowa „jestem katolikiem” są magiczną formułką chroniącą od odpowiedzialności. A tak się właśnie stało.

Polska jest dziś krajem, w którym coraz więcej osób żyje w przekonaniu, że można złamać prawo, powiedzieć lub zrobić niemal wszystko, dopuścić się aktów nienawiści, poniżania, pogardy i przemocy bez żadnych konsekwencji pod warunkiem, że po wszystkim wygłosi się magiczną formułkę „jestem katolikiem”, „zrobiłem to jako katolik” lub „tak jest napisane w Biblii”.

Fakty są takie, że Polska jest państwem, którego Konstytucja zobowiązuje władze państwowe do neutralności światopoglądowej i równego traktowania wszystkich obywateli, zarówno wierzących w Boga, jak i wywodzących swoje wartości z innych źródeł. Wiara, praktykowana w ramach tej czy innej religii, jest zbiorem zasad postępowania tylko dla dobrowolnych wyznawców. Zmuszanie ludzi siłą, żeby wyznawali katolickie poglądy, praktykowali katolickie obrzędy, lżenie ich pod pretekstem własnych przekonań to przemoc, która zgodnie z polskim prawem jest ścigana przez prawo.

Dlatego kiedy Tomasz K. napisał na wewnętrznym forum swojej firmy (w odpowiedzi na okolicznościowy tekst nawołujący do tolerancji wobec osób o homoseksualnej orientacji), że homoseksualizm to zboczenie i dewiacja, złamał artykuł 18 kodeksu pracy, zakazujący bezpośredniej i pośredniej dyskryminacji ze względu na orientację seksualną i zakazujący zachowań sprawiających, że ktokolwiek może z jej powodu zostać poniżony i pozbawiony godności.

Homoseksualizm nie znajduje się na liście chorób, karanych zboczeń czy dewiacji. Przeciwnie, tak przez polskie, jak i międzynarodowe prawo jest uznawany za normalne, zdrowe zachowanie seksualne. Dlatego nazywanie go publicznie zboczeniem i dewiacją nie jest „opinią”, tylko poniżeniem i naruszeniem godności gejów i lesbijek, jest publiczną obelgą, na którą są paragrafy w kodeksie karnym.

To, że należy człowieka zabić za jego homoseksualną orientację, to nie jest „pogląd”, tylko jawna dyskryminacja i podpieranie się cytatem z Biblii (a tak właśnie robi Tomasz K.) niczego tu nie zmienia. Bo nie Biblia jest w Polsce obowiązującym prawem, tylko Konstytucja, Kodeks Pracy, Kodeks Karny i Kodeks Cywilny. Na marginesie: Biblii nie czyta się dosłownie, jej teksty podlegają interpretacjom i jest to wiedza powszechnie znana, choć bez znaczenia w tej akurat sprawie.

Wyskok, taki jak pracownika Ikei, może się zdarzyć zawsze, ale to, co niepokoi naprawdę to reakcja władz państwowych, ministra i wiceministra sprawiedliwości, którzy nie czekając na wyrok sądu, już wypowiedzieli się w tej sprawie, atakując prywatną firmę i orzekając, że Tomasz K. jest niewinny, stając jednoznacznie po stronie sprawcy, a nie ofiary. Moim zdaniem pokazuje to, jak daleko zaszliśmy już na drodze do państwa wyznaniowego, jak blisko nam do wywołania w Polsce kolejnej wojny, tym razem religijnej.

Niepokojące jest to, że władze zamiast respektować prawo, nie rozstrzygać o sprawach spornych, jeszcze przed ich pojawieniem się na wokandzie, łagodzić rozbuchane społeczne emocje – podsycają je, podjudzając do otwarcia kolejnego frontu bratobójczej, krwawej walki. Walczyliśmy już ze sobą w Polsce o Smoleńsk, walczymy o pamięć i historię, o prawa kobiet, teraz w powietrzu wisi wojna fanatyków religijnych z normalną większością, która chce żyć w państwie prawa.

Nie posłuży to nikomu, oprócz PiS. Nie skorzystają na tym prawdziwi katolicy ani ateiści, nie skorzystają obywatele, niezależnie od światopoglądu i wyznania, skorzysta tylko jedna partia, która nie patrząc na społeczne, nieodwracalne koszty tej wojny, chce, choćby po trupach, wygrać najbliższe wybory.

Kaczyński odstrasza… policję drogową

29 Gru

Sezon świąteczny w pełni, zaś internauci zastanawiają się, jak potencjalnie uniknąć kontroli policji, tak aby nie trzeba było płacić wysokiego mandatu. Znane powiedzenie mówi, że matka jest potrzebą wynalazków. Dlatego też ktoś wpadł na genialny pomysł, aby na szybę samochodu nakleić przyciemnioną folię, tak żeby dla postronnych obserwatorów wyglądało, że w środku auta siedzi Jarosław Kaczyński, najpotężniejszy obecnie człowiek w naszym państwie. Ma to pomóc w uniknięciu zatrzymania przez policję. 

Do sieci wyciekła nawet krótka animacja przedstawiająca to rozwiązanie w praktyce. Oto ona:

Animcja trwa co prawda raptem kila sekund, ale idealnie oddaje istotę pomysłu. Można śmiało stwierdzić, że filmik przypadł internatom do gustu, gdyż w mniej niż 24 godziny doczekał się ponad 200 tysięcy wyświetleń na Facebooku.

Po naklejeniu folii na szybę, naszym oczom ukazuje się wesoła twarz prezesa, który uśmiecha się od ucha do ucha. Co więcej, odpowiednie zaprojektowanie foli daje nam wrażenie trójwymiarowej głębi, tak jakby Kaczyński rzeczywiście w aucie siedział. Dla zwiększenia efektu należy okleić wszystkie szyby w jednakowy ciemny sposób, żeby pojazd wyglądał jak rządowa limuzyna.

Wszystko to oczywiście w formie niegroźnego żartu, który bardziej podkreśla niekwestionowany status Jarosława Kaczyńskiego jako osoby, która budzi powszechny szacunek i strach.

Mało który policjant odważy się zatrzymać taki samochód. Wynalazek może zatem zrobić furorę. W końcu pomysłowość Polaków nie zna granic…

Ryszard Makowski przyznał w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”, że proponowano mu objęcie funkcji konsula generalnego w Los Angeles. Witold Waszczykowski potwierdził, że MSZ chciało nawiązać współpracę z komikiem. – Nie pamiętam, czy chodziło o konsulat – dodał.

Ryszard Makowski, komik współprowadzący przez pół roku w TVP program „Studio YaYo” w rozmowie z Magdaleną Rigamonti dla „Dziennika Gazety Prawnej” przyznał, że proponowano mu stanowisko konsula generalnego w Los Angeles. Określił tę propozycję jako „dość odważną” i stwierdził, że miał ją złożyć Witold Waszczykowski.

W rozmowie z portalem wpolityce.pl były szef MSZ przyznał, że „były propozycje, aby zatrudnić pana Ryszarda Makowskiego”. – Nie pamiętam, czy chodziło dokładnie o konsulat, bo też myśleliśmy o Instytucie Polskim w Stanach Zjednoczonych. Pan Makowski para się w końcu pracą artystyczną, dlatego rozważaliśmy i taką możliwość – dodał.

Jak powiedział, rozmowy miał prowadzić Jan Dziedziczak, swego czasu sekretarz stanu MSZ.

Na nadchodzący 2019 rok mam dwie wiadomości: dobrą i złą. PiS prawdopodobnie przegra wybory – i to jest wiadomość dobra. Kto wygra? Prawie na pewno coś, co do niedawna znaliśmy jako Koalicja Obywatelska. I to jest niestety wiadomość nienajlepsza.

Dlatego, że konsekwencje będą smutne, choć nie od razu je zauważymy, wciąż zajęci chocholim tańcem. Kiedy nas te konsekwencje dopadną, wydadzą nam się nagłe i niezrozumiałe. Jak zwycięstwo PiS w 2015 roku, którego należało się spodziewać, a które nas mimo to zaskoczyło. Raczej to nie PiS wygra w wyborach roku 2023. W tych kolejnych będzie już bowiem znacznie gorzej. Pracujemy nad tym nieszczęściem już dzisiaj.

Jest taka opowieść, którą chętnie przypisuje się Rockefellerowi, albo dowolnemu innemu krezusowi, ponieważ brzmi bardzo prawdziwie.

– Kupiłem marchew za centa – opowiada milioner – umyłem ją, oskrobałem i sprzedałem za dziesiątaka. Kupiłem więcej marchwi i znowu sprzedałem z zyskiem. I tak mozolnie, z uporem kupowałem i sprzedawałem, inwestując wszystko co zarobiłem, ciężko pracując, żyjąc w biedzie, nie dojadając, tylko tę cholerną marchew myjąc, skrobiąc, sprzedając i kupując. Musiałem obniżyć cenę, żeby sprzedawać szybko i nie tracić, kiedy mi się marchew psuła, z czasem musiałem zatrudnić sprzedawców i pomocników. Wciąż nie dojadałem – wszystko inwestowałem w przyszłość. Po 10 latach miałem już sporo, ale nadal nie było mnie stać na prawdziwy sklep. Wiedziałem, że muszę być twardy i wierzyć w przyszłość oraz w sukces, który musiał nadejść, jeśli tylko wytrwam. I po 20 latach wreszcie… – zmarł wuj, którego nigdy nie widziałem na oczy, a okazało się, że jestem jego jedynym spadkobiercą. Wuj był bardzo bogaty. Zostałem milionerem.

Myślę, że tak również przytrafi się nam wszystkim w Polsce. W przyszłym roku prawie na pewno wygramy wybory i stanie się tak nie tylko bez związku z wszystkimi naszymi dotychczasowymi wysiłkami,ale poniekąd wbrew tym wysiłkom. Co zresztą znaczy przy okazji, że niezupełnie jasne jest owo „my wygramy”. Przegrają „oni” – to jest niemal pewne. Świąteczno-noworoczny okres sprzyja podsumowaniom i myślom o przyszłości. Przełom 2018/2019 nadaje się do tego szczególnie, ponieważ nie tylko 2018 rok przyniósł wiele wydarzeń znaczących, ale i rok 2019 zdecyduje w Polsce o wszystkim. Albo właśnie nie zdecyduje o niczym, a tylko na chwilę odsunie od nas katastrofę, która potem powróci zwielokrotniona.

Historia o milionerze ma wszelkie szanse przytrafić nam się również w inny, jeszcze bardziej przykry sposób. Wydaje się, że nasze niemrawe wysiłki nie powstrzymają przekroczenia tego punktu bez powrotu, po którym lawinowe efekty globalnego ocieplenia będą już nie do powstrzymania. O ile już go nie przekroczyliśmy, bo i na to wiele danych wskazuje. W ten sposób unieważnimy wszystkie nasze dokonania z mijającego roku i wszystkie zaniechania. One już nie będą miały żadnego znaczenia po prostu dlatego, że nasz świat się skończy.

Tak czy owak, wydarzenia z 2018 roku zasługują na uważną analizę, bo dałoby się z nich wiele nauczyć, gdyby oczywiście komukolwiek na naukach zależało. Większość poniższego z pewnością zabrzmi depresyjnie pesymistycznie. Ja jednak jestem optymistą. Wygramy, co sobie zamierzyliśmy, na pewno. Realistyczny opis wyzwań – nie należy go mylić z pesymizmem – jest nam potrzebny właśnie po to. By w końcu wygrać.

>>>

Koniec roku to, z jednej strony, czas podsumowań, a z drugiej strony, nowego spojrzenia na przyszłość. Nie chcę w tym komentarzu odnosić się do mijającego roku, bo w sferze polityki gospodarczej był on przygnębiająco podobny do dwóch poprzednich. Mieliśmy dalszy zwrot ku temu, co porzuciliśmy w 1989 roku. Dlatego skupię się na tym, co przyniosła tamta zmiana – rozpoczęta w 1989 roku. 

Jest ku temu wyjątkowa okazja. Akurat dzisiaj mija 29 lat od przyjęcia przez Sejm planu Balcerowicza. Plan ten zapoczątkował głęboką transformację gospodarczą w naszym kraju. Żeby uświadomić sobie skalę cywilizacyjnego sukcesu, który nam ona zapewniła, wystarczy porównać wyniki gospodarcze Polski i Niemiec Wschodnich. Porównanie to też uświadamia, ile jeszcze dzieli nas od najbogatszych krajów i jak trudne byłoby dołączenie do nich, nawet gdyby trzy lata temu nie dokonał się u nas zwrot na Wschód. Na marginesie w br. minęło też 29 lat od upadku muru berlińskiego. Jego zburzenie można traktować jako wstęp do zjednoczenia Niemiec. Co ciekawe, muru nie ma już dłużej, niż dzielił on Niemcy. 

W okresie transformacji ustrojowej zarówno Polska, jak i Niemcy Wschodnie zmniejszyły dystans dzielący je pod względem poziomu rozwoju od Niemiec Zachodnich. W 1991 roku PKB na mieszkańca wyrażony w euro wynosił w Polsce zaledwie 7,5% PKB na mieszkańca w Niemczech Zachodnich. W Niemczech Wschodnich ten odsetek wynosił 32,5-42,7% (w zależności od tego, czy wyłącza się, czy wlicza Berlin do Niemiec Wschodnich). Do 2016 roku ten odsetek podniósł się do 28,1% w Polsce i do 68,3-73,1% w Niemczech Wschodnich. Jeśli skoryguje się dane o różnicę w poziomie cen między Polską a Niemcami, to PKB na mieszkańca w Polsce stanowi 54,5% PKB na mieszkańca w Niemczech Zachodnich (w obliczeniach przyjąłem założenie, że poziom cen w Niemczech Zachodnich jest taki sam jak w całych Niemczech). Odsetek ten jest najwyższy od połowy XIX wieku. W 1991 roku wynosił on 23,5%.

Jakkolwiek zarówno w Polsce, jak i w Niemczech Wschodnich nastąpiła realna konwergencja względem Niemiec Zachodnich, czyli redukcja luki w dochodzie na mieszkańca, to w Polsce była ona dużo szybsza. Ciekawą tego ilustracją jest to, że PKB na mieszkańca w Warszawie jest dużo wyższy niż w Berlinie, jeśli dokona się korekty o różnicę w poziomie cen, mimo że u progu transformacji Warszawa była najbiedniejszą stolicą w całej Europie Środkowej. Warszawa nie jest przy tym jedynym dużym miastem w Polsce, które ma wyższy PKB na mieszkańca niż Berlin. 

Polskę i Niemcy Wschodnie łączy wiele podobieństw. Obie gospodarki mają podobne położenie geograficzne, w tym dostęp do morza i bliskość chłonnych rynków. W obu podobne jest ukształtowanie terenu. Obie wyraźnie odstają pod względem gęstości zaludnienia od Niemiec Zachodnich. Obie można zaliczyć do średnich pod względem liczby ludności (jakkolwiek w Polsce jest ona dwuipółkrotnie większa przy prawie trzykrotnie większej powierzchni). Ponadto, 1/3 powierzchni Polski to tereny dawnych Niemiec, a dalsza 1/4 to obszar, który przez ponad 100 lat był pod zaborem Prus. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że ponad połowa terytorium Polski przez większość okresu nowoczesnego wzrostu gospodarczego tworzyła z zasadniczą częścią Niemiec Wschodnich jedno państwo. Obie gospodarki były centralnie planowane przez podobny okres czasu, co wywarło piętno na wielu nieformalnych normach społecznych, w szczególności na kulturze pracy, zaufaniu do osób spoza rodziny, czy stosunku do zagranicy (imigrantów).  Zarówno w Polsce, jak i Niemczech Wschodnich gospodarka centralnie planowana upadła, przy czym do załamania jej wzrostu doszło już w latach 1980-tych. Obie gospodarki też mniej więcej w tym samym czasie rozpoczęły budowę wolnego rynku oraz państwa opartego na zasadach liberalnej demokracji.

Szybsze doganianie Niemiec Zachodnich przez Polskę niż Niemcy Wschodnie można uznać za zagadkę. W pierwszych latach transformacji (lata 1991-1995) polska gospodarka rozwijała się znacznie wolniej niż wschodnioniemiecka. Do zmiany pozycji obu gospodarek doszło po 1996 roku, kiedy wzrost gospodarczy w byłej NRD wyhamował do tempa zbliżonego do tego w bardziej rozwiniętych Niemczech Zachodnich, pomimo nieusunięcia luki w dochodzie na mieszkańca. Natomiast Polska wciąż rozwija się szybciej niż Niemcy Zachodnie, w czego wyniku różnica w dochodzie na mieszkańca między oboma gospodarkami cały czas się zawęża. 

Spojrzenie z lotu ptaka na główne determinanty wzrostu gospodarczego wskazywane w literaturze sugeruje, że to w Niemczech Wschodnich owo doganianie powinno być szybsze. 

Gospodarka ta doświadczyła co prawda gigantycznego drenażu mózgów. O ile w Polsce liczba osób w wieku produkcyjnym (15-64), mimo dużej emigracji po wejściu do Unii Europejskiej, wzrosła o 5%, o tyle w byłej NRD spadła o 18% (z Berlinem) lub o 22% (bez Berlina), bo młodzi ludzie masowo wybierali przenosiny do Niemiec Zachodnich. Ale drenaż ten wyjaśnia 27 do 47% różnicy w tempie wzrostu między Polską a Niemcami Wschodnimi, a więc mniej niż połowę. 

Do różnic w wzroście obu gospodarek właściwie nie przyczyniły się nakłady kapitału. Nie odegrał więc większej roli mechanizm konwergencji, najczęściej wskazywany w teorii wzrostu, zgodnie z którym kapitał powinien trafiać tam, gdzie techniczne uzbrojenie pracowników jest mniejsze, a w konsekwencji pole do jego zyskownego użycia – szersze (na początku transformacji zasób kapitału na pracownika w b. NRD był o ponad połowę wyższy niż w Polsce).

Zasadniczym źródłem różnicy w tempie wzrostu obu gospodarek były zmiany w produktywności.

Jej szybkiemu wzrostowi w Polsce sprzyjał jedynie niższy poziom rozwoju, który pozwalał na przeskoczenie niektórych jego etapów, w tym na osiąganie dużych korzyści z przepływu pracowników z tradycyjnych, nisko produktywnych sektorów do nowo powstających nowoczesnych sektorów, których rozwój – w wielu przypadkach, np. sektora finansowego – był wcześniej blokowany z powodów ideologicznych. Na początku transformacji co czwarty pracujący w naszym kraju zajmował się rolnictwem, podczas gdy w byłej NRD ten odsetek wynosił około 4%. W następnych latach zmniejszył się on u nas o prawie dwie trzecie. Nowoczesne sektory, które tworzyły nowe miejsca pracy, powstawały przy dużym udziale bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Polska przyciągnęła ich więcej niż byłej NRD i to nie tylko w relacji do PKB, ale i w przeliczeniu na mieszkańca. W takim ujęciu, jeśli wyłączyć inwestycje (zachodnio)niemieckie, ich zasób już w 2001 roku był u nas o jedną czwartą większy niż w Niemczech Wschodnich, a przystąpienie do Unii Europejskiej wywołało nową falę ich napływu. W byłej NRD zmniejszył się on w 1996 roku – tym samym, w którym wyraźnie spowolnił wzrost produktywności.   

Właściwie wszystkie inne atuty były po stronie Niemiec Wschodnich. Nie ograniczały się one przy tym do płytkich czynników wzrostu, takich jak: jakość infrastruktury, poziom urbanizacji, zasób kapitału ludzkiego i społecznego, czy stopień rozwoju sektora badawczo-rozwojowego. Niemcy Wschodnie miały także znaczną przewagę nad Polską pod względem głębiej położonych sił, w tym zwłaszcza instytucji. Od razu otrzymały z Zachodu instytucje niezbędne do sprawnego działania gospodarki wolnorynkowej, które w Polsce trzeba było mozolnie budować. Natychmiast też zyskały wysoki poziom praworządności, który w Polsce nigdy nie został osiągnięty, jakkolwiek do niedawna systematycznie następowała poprawa w tym zakresie.

Różnica w poziomie dochodu na mieszkańca między Polską a Niemcami Zachodnimi jest obecnie zbliżona do tej, która na początku transformacji występowała między byłą NRD a Niemcami Zachodnimi. Doświadczenia byłej NRD powinny być dla nas ważną lekcją. Pokazują one, po pierwsze, że doganianie może się zatrzymać przy wciąż dużej luce w dochodzie na mieszkańca. Po drugie, do zahamowania wzrostu może dojść gwałtowanie. Przeszłe jego tempo niewiele mówi o przyszłej dynamice. Po trzecie, nie potrzeba wiele, aby konwergencja ustała. Wystarczy do tego niewielka liczba błędów w polityce gospodarczej. W Niemczech Wschodnich takim fatalnym błędem mogła być wymiana marki wschodnioniemieckiej na niemiecką po zawyżonym kursie (1:1). Podcięła ona rozwój sektora wytwarzającego dobra podlegające międzynarodowej wymianie handlowej (który skądinąd ma bardzo wysoki udział w tworzeniu PKB Niemiec Zachodnich). W efekcie, relacja handlu zagranicznego do PKB nie przekroczyła tam 20%, podczas gdy w Polsce ten poziom osiągnęła w 1991 roku i systematycznie się zwiększała.

W poprzednich trzech latach polityka gospodarcza w Polsce była pełna błędów. Osłabiała zarówno fundamenty długofalowego wzrostu gospodarki, jak i jej odporność na wstrząsy. Najlepszym odzwierciedleniem fatalnych skutków tej polityki dla długofalowego wzrostu jest spadek udziału inwestycji w PKB w ub. r. do najniższego poziomu od 20 lat, choć premier Morawiecki zapowiadał jego wzrost z 20 do 25%. Z kolei najlepszym odbiciem osłabiania odporności na wstrząsy jest afera KNF, ale też utrzymywanie deficytu w finansach publicznych w czasie wciąż dobrej koniunktury na świecie, kiedy nawet Grecja ma nadwyżkę. 

Jednak prawdopodobnie poza obniżeniem wieku emerytalnego, nie były to błędy, których nie da się naprawić. Moim marzeniem jest to, żeby Polska stała się równie bogata jak Niemcy Zachodnie. Jedynym sposobem na to, żeby to marzenie się spełniło, jest szybszy wzrost gospodarczy u nas niż tam (co najmniej do czasu zrównania się dochodu na mieszkańca w obu gospodarkach, a więc jeszcze przynajmniej przez kolejne dwie-trzy dekady). Ale żeby wzrost wkrótce nie wyhamował, trzeba możliwie szybko przystąpić do naprawy tego, co przez poprzednie trzy lata zostało zepsute. Oby owa naprawa zaczęła się już w nadchodzącym roku. Szanse na to rosną.

* * *

— MAREK BEYLIN W GW Z ŻYCZENIAMI DLA OPOZYCJI – NIEDOMYŚLANE PROPOZYCJE NIUE PRZYSPARZAJĄ WYBROCÓW: “Grzegorzowi Schetynie i całej PO życzę najserdeczniej, by zrozumieli, że wrzucanie niedomyślanych propozycji programowych nie przysparza wyborców. Mam na myśli choćby niedawny pomysł „Wyższe płace”, czyli państwowe dopłaty do najniższych wynagrodzeń, oraz obniżkę podatków. Bo, jak trafnie wskazała Adriana Rozwadowska, taki program spowoduje zamrożenie niskich płac i wytworzy potężne koszty. Życzę też Platformie, by zamiast kontentować się chaotycznymi koncepcjami, pojęła, co pokazują wszystkie sondaże, że jej atrakcyjność zależy mniej od tego, ile nabroi PiS, zaś bardziej od wspólnego, zbudowanego w ramach Koalicji Obywatelskiej programu nowej Polski. Bo starą III RP większość wyborców odrzuca”.

— BEYLIN O TYM, ŻE SCHETYNA MUSI ZROZUMIEĆ RÓŻNICĘ MIĘDZY WASALIZOWANIEM A WSPÓŁPRACĄ: “A samemu Schetynie życzę, by zrozumiał różnicę między wasalizowaniem koalicjantów, jak w przypadku Nowoczesnej, a partnerską współpracą z nimi. Od tego zależy bowiem, jak szeroki front wyborczy może współtworzyć PO. Czyli: czy da się pokonać PiS?”
wyborcza.pl

— NIE CHODZI O PRĄD TYLKO O WYBORY – PAWEŁ WROŃSKI w GW: “Sens parodii parlamentaryzmu, która rozegrała się w piątek przy ulicy Wiejskiej, oddaje prośba wicemarszałka Sejmu Stanisława Tyszki (Kukiz’15), by procedowaną w szaleńczym tempie „ustawę prądową” nazwać „ustawą o utrzymaniu PiS u władzy”.
wyborcza.pl

— WITOLD GADOMSKI O SZKODLIWYM ZAKLINANIU PRĄDU – w GW: “Najważniejsze jest jednak to, że przyjęcie doraźnego rozwiązania pozwalającego przez pewien czas ukryć wzrost kosztów nie skłania do poważniejszej dyskusji o przyszłości naszej energetyki, a gospodarstwa domowe do inwestowania w energooszczędne rozwiązania. Pula darmowych uprawnień do emisji CO2 się zmniejsza i po roku 2025 już ich nie będzie, więc za prąd produkowany z węgla płacić będziemy jeszcze więcej. Konieczna jest głęboka reforma energetyki – prywatyzacja spółek, wstrzymanie bezsensownych inwestycji w elektrownie węglowe, stworzenie stabilnych warunków prawnych i instytucjonalnych dla małych, średnich i dużych producentów prądu ze źródeł odnawialnych”.
wyborcza.pl

>>>

Kaczyński: Nie możemy pozwolić na to, żeby społeczeństwo miało wiedzieć, że my kłamiemy

29 Gru

Więcej >>>

– Dzisiaj cała sala widziała, jak prezes Kaczyński z kopertą w ręku wołał premiera Morawieckiego do ciemnego saloniku. Czy w tej kopercie kolejna lista nazwisk – pytała z mównicy sejmowej posłanka PO Agnieszka Pomaska podczas debaty o ustawie dot. cen prądu. Wymieniła nazwiska współpracowników i członków rodzin związanych z politykami PiS i zatrudnionych w państwowych spółkach, głównie w Enerdze.

– Syn posła Smolińskiego (Maciej Smoliński, syn wiceministra infrastruktury, jest kierownikiem Biura Majątku Sieciowego Energa-Operator – red.), córka posła Cymańskiego (Marta Cymańska, córka posła Tadeusza Cymańskiego, jest głównym specjalistą ds. relacji z klientem w Energa Obrót Gdańsk – red.), brat redaktora Rachonia z TVP Info (Nikodem Rachoń jest szefem CSR w Grupie Energa – red.), radni PiS, m.in. Kacper Płażyński (kandydat PiS na prezydenta Gdańska został 1 czerwca 2017 roku kierownikiem w pionie do spraw korporacyjnych Energa SA – red.), współpracownicy pana posła Horały: Bełbot i Felmet, jego asystenci (Michał Bełbet jest prezesem Energa Oświetlenie, a Patryk Felmet dyrektorem ds. rozwoju w Porcie Gdańsk – red.) – wymieniała Agnieszka Pomaska.

Jak mówiła: –  Nie wystarczy 30 sekund, nie wystarczyłoby godziny. Dzisiaj cała sala widziała, jak prezes Kaczyński z kopertą w ręku wołał premiera Morawieckiego do ciemnego saloniku. Czy w tej kopercie kolejna lista nazwisk…. – pytała posłanka PO.

Nie zdążyła dokończyć pytania, ponieważ przekroczyła wyznaczone 30 sekund i marszałek Sejmu Ryszard Terlecki wyłączył jej mikrofon. Jak stwierdził „tu nie było pytania, to było oświadczenie.  Na oświadczenia mają państwo czas po zakończeniu głosowań”.

Wydawało się, że to dowcip i to z gatunku marnych. Ryszard Makowski – satyryk i komik, piewca „dobrej zmiany” powiedział w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”, że proponowano mu objęcie funkcji konsula generalnego w Los Angeles.

Przypomnijmy, że Makowski to stały gość TVP Info i felietonista „Sieci”. Jednym z jego „genialnych” pomysłów było m.in. apelowanie, aby Jarosław Kaczyński został uhonorowany Orderem Orła Białego – najwyższym polskim odznaczeniem.

Wracając do stanowiska konsula RP dla Makowskiego, jego słowa potwierdził Witold Waszczykowski. W rozmowie z portalem wpolityce.pl były minister spraw zagranicznych przyznał, że „były propozycje, aby zatrudnić pana Ryszarda Makowskiego”. – „Nie pamiętam, czy chodziło dokładnie o konsulat, bo też myśleliśmy o Instytucie Polskim w Stanach Zjednoczonych. Pan Makowski para się w końcu pracą artystyczną, dlatego rozważaliśmy i taką możliwość” – stwierdził Waszczykowski. Rozmowy z Makowskim prowadził ówczesny wiceminister spraw zagranicznych Jan Dziedziczak.

„Czy ktoś zatrzyma tę karuzelę absurdu?” – podsumował na Twitterze jeden z internautów.