Tag Archives: Wiosna

Kościół i PiS w służbie miękkiej cenzury. Powrót do Ciemnogrodu

9 Czer

Na jednym z najlepszych uniwersytetów polskich w dużym ośrodku wielkomiejskim na kierunku biologia w ogóle studenci nie uczą się jednej z najważniejszych teorii, jakie powstały w historii nauki. Bo teoria ewolucji – próbują się bronić jej adwersarze – już dawno przestała być hipotezą roboczą, a nawet teorią i jak żadna inna idea nie zdobyła tylu poważnych argumentów i dowodów paleontologicznych.

Problem w tym, że dyskutujący z Kościołem nie znają się ani na biologii, ani filozofii, a tym bardziej – psychologii religii czy teologii, choćby własnego wyznania. Problem w tym, że spada poziom nauki i edukacji – w szkole nie usłyszysz o najnowszych ustaleniach neuroteologii, “hełmie Boga”, poważnych pracach z kosmologii, które nie tylko wykluczają “stwórcę”, czyniąc go zbędną hipotezą, ale wręcz logicznie argumentują, że kosmos stworzony nie byłby taki, jak jest i jaki poznajemy dzięki nauce, a nie dzięki religii.

Nie przeczę, że ważne są “społeczne” i socjalno-bytowe kwestie kościelne, krytyka zachować tych, którzy ośmielają się nazywać siebie “uczniami Jezusa”, zupełnie nie rozumiejąc nauk moralnych Chrystusa. Istotne są, a obecnie najbardziej palące problemy z pedofilią w Kościele i jego instytucjach, niemniej namawiam gorąco, aby rozpocząć z Kościołem dyskusję podobną do tych, jakie rozgrzewały pierwszych chrześcijan, dyskusje w “oświeconym wieku” dwieście lat temu, debaty w pozytywizmie, potem w kręgach szkoły lwowsko-warszawskiej. Oczywiście, bez wiedzy żadna rozsądna dyskusja nie może mieć miejsca. W 2006 roku ukazała się kolejna książka znanego adwersarza wszelkich religii, Dawkinsa, ale oprócz debaty kilku profesorów, nie zdołała wywołać szerszego społecznego odzewu. Pisał ten autor o “urojonym bogu”, ponieważ jego zdaniem, każda religia błędnie ukazuje pochodzenie kosmosu i człowieka, a nauka coraz bliższa jest prawdy.

Nie jest możliwe jednoczesne wierzenie, że “Bóg stworzył kosmos” i wyznawanie teorii ewolucji, nie można jednocześnie wierzyć w samoistną ewolucję kosmosu i w stworzenie człowieka od razu w dorosłej postaci. Nie jest też prawdą, że większość uczonych to ludzie “głęboko wierzący”.

Znany kosmolog Hawking, zmagając się ze straszną niepełnosprawnością, do końca bronił poglądu, że wszystko, co zdarzyło się w kosmosie, w naszej galaktyce oraz na Ziemi, można po pewnym czasie wyjaśnić naturalnie, w obrębie tego kosmosu, nie wykraczając poza niego na drodze analizy myślowej. Ale ludzie, których ateizm polega tylko na ostentacyjnym “niechodzeniu do kościoła” nie mają żadnej wiedzy merytorycznej, aby obalić dogmaty katolickie, których nie jest zbyt wiele. Kościół po prostu twierdzi, że gdzieś poza ludzkim horyzontem istnieje w jakimś sobie właściwym statusie ontologicznym inny, w domyśle – lepszy świat, a w nim Bóg (w trzech osobach), aniołowie oraz ludzie zbawieni. Innymi słowy każda religia sprowadza się do twierdzącej odpowiedzi na główne pytanie, jakie zadano kiedykolwiek – “co się ze świadomością ludzką dzieje po śmierci?”. I właściwie na tak zadane pytanie od razu daje gotowe, automatyczne odpowiedzi, powtarzane od stuleci w kółko. Tymczasem nie da się z pozycji ontologicznych, jakie obecnie zajmujemy natychmiast w jednym zdaniu odpowiedzieć na to pytanie, bo na tym polega problem “kota Schrodingera” – dopóki żyjemy tu, kot jest i żywy i martwy jednocześnie, dopiero gdy znajdziemy się tam, kot będzie żywy albo martwy.

Mechanika kwantowa wszelkie pytania egzystencjalne sprowadza do kwantów, porcji materii i energii oraz materialnej podstawy ludzkiej świadomości. Bo o świadomość ludzką od wieków toczy się batalia.

Inaczej jeszcze podchodząc do zagadnienia, należy konsekwentnie odmówić teologii prawa do nazywania się nauką w sensie twardym, a poznaniu religijnemu wyjątkowego statusu epistemologicznego. Dlatego drodzy Czytelnicy, zróbmy tak, jak zrobili świadkowie Jehowy: wykuli pismo święte na pamięć i na każde pytanie katolików mają gotową odpowiedź, wywodzącą się ze specyficznego i dosłownego stylu czytania Biblii. Aby pozycję Kościoła hierarchicznego w Polsce osłabić – co paradoksalnie przyniosłoby pożyteczne skutki w różnych sferach życia – należy wykuć teologię, oczytać się w historii, psychologii religii, religioznawstwie, socjologii i psychiatrii, poczytać jakieś kompendia popularyzujące teorię ewolucji, znać największe odkrycia i wynalazki naukowe.

Argumentacja “nie wierzę, bo nie chcę” jest bardzo prymitywnym postawieniem sprawy, choć podkreśla wolną wolę człowieka, lecz to nie wystarczy. Należy wszystkim chrześcijanom, zwłaszcza fundamentalistycznym odłamom post-protestanckim oraz rzymsko – katolickim wykazać, że to, co podają kościoły wiernym do wierzenia ma się tak do rzeczywistości, jak pięść do nosa. Inaczej nie rozbijemy urojonych struktur kościelnych, które mnożą się w tempie zastraszającym, osiągając wymiary pandemiczne.

Memetyka tłumaczy życie i rozprzestrzenianie się idei religijnych na wzór genów w populacji, a także na wzór przenoszenia się wirusów, w tym przypadku – umysłowych.

Coraz więcej ludzi zostaje ukąszonych przez żądło religijne. Należy wytłumaczyć, że nawet jeśli istnieje jakaś nieznana nam jeszcze forma transcendencji, to nie ma nic wspólnego z naszym światem, a póki żyjemy naszym obowiązkiem jest zachować, poprawić i przekazać ten świat – a nie “tamten” – następnym pokoleniom. Toczy się bój o nasze sumienia, wolność i dusze.

Nie dajmy się zarazić fałszywymi memami światopoglądowymi. Pod żadnym pozorem, choćby nie wiem, jaką cenę przyszłoby za to zapłacić. Wolność ludzka nie ma bowiem ceny.

Parada Równości w Warszawie – marsz nawołujący do tolerancji i szacunku dla wszystkich obywateli – nie podoba się Kai Godek. Działaczka pro-life postanowiła swoimi teoriami na temat środowisk LGBT podzielić się na Twitterze.

– „Z okazji Parady Równości kilka oczywistości, żebyśmy nie dali się zwariować: 
– homo to zboczenie
– homo to wstęp do pedofilii
– płcie są dwie: żeńska i męska , są to cechy biologiczne wrodzone i niezmienne
– w PL każdy może wziąć ślub z kimś płci przeciwnej – mamy równość” – można przeczytać we wpisie Godek.

Na szczęście internauci bardzo szybko zareagowali na homofobiczny wpis, krytykując działaczkę. – „Ma pani dowody na to, że homoseksualizm to wstęp do pedofilii?”; „Zboczeniem ze ścieżki rozumu są Pani teorie”, To przykre, że ktoś taki chciał iść do PE” – pisali internauci.

Rozmowa Danuty Holeckiej z Katarzyną Lubnauer (Nowoczesna.) w TVPiS zamieniła się w pokaz arogancji i tendencyjności ze strony prowadzącej.

Rozmowa w dużej mierze dotyczyła utworzenia przez PO i Nowoczesną. wspólnego klubu poselskiego. Holecka zarzuciła Lubnauer, że jej partia zostanie niedługo „wchłonięta” przez ugrupowanie Grzegorza Schetyny.

Lubnauer odpowiedziała, że N. jest w dobrej formie i przypomniała prowadzącej, że w jednym z ostatnich badań sondażowych miała ponad 4% poparcia. Chwilę później Lubnauer po raz pierwszy ostrzej zareagowała na zaczepki prowadzącej. Polityczka zaliczyła dziennikarkę do PiS i przyznała, że „jak widzę »Wiadomości« to nie mam żadnych wątpliwości, że to jest jedna grupa”.

W dalszej części rozmowy Lubnauer nabrała odwagi. „Zauważyłam, że u was mamy do czynienia z manipulacją w stylu Urbana i Goebbelsa” – wygarnęła TVP polityczka Nowoczesnej. Liderka liberałów przyznała również, że oglądając TVP, ma wrażenie, że żyje w „paranoi”.

Po kolejnych oskarżeniach wobec PO i Nowoczesnej.  sytuacja jeszcze bardziej się zaostrzyła. „Jesteśmy w Telewizji Publicznej, finansowanej z podatków oraz abonamentu. W związku z tym powinniście być obiektywni. (…) Nie jest pani wstyd, że pani kłamie?” – bez ogródek wypaliła Lubnauer. Holecka po tej wypowiedzi opanowała swoją tendencyjność i wycofała się z ostrych ataków na opozycję. „Już się boję, bo zaraz będzie, że kłamię, manipuluję i jestem Urbanem” – zażartowała pisowska „dziennikarka”.

Pomysły wyjścia z Koalicji Europejskiej i utworzenia oddzielnych bloków lewicy czy prawicy to recepta na triumf PiS-u.

Zdumiewające wystąpienia wielu liderów opozycji po wyborach europejskich wskazują, że z polską klasą polityczną naprawdę coś jest nie tak. Zachowuje się często w sposób skrajnie nieracjonalny, nie umie odczytać prawdziwego znaczenia faktów i wyciąga z nich niewłaściwe wnioski. Co bowiem mówi nam rezultat eurowyborów?

Koalicja zdała egzamin

Po pierwsze to, że partie opozycyjne, które zawiązały koalicję, dobrze na tym wyszły. Łączny wynik uzyskany przez alians był większy niż suma wyników cząstkowych ujawniana w sondażach. Po drugie, partie mniejsze – SLD, PSL – zostały dobrze potraktowane przez najsilniejszą w bloku Platformę Obywatelską, która dała im dobre miejsca na listach, dzięki czemu zdobyły więcej niż godziwą liczbę mandatów. SLD wręcz się obłowił, a PSL, które samodzielnie było bez szans, zachowało stan posiadania z poprzednich wyborów.

Jaki z tego wniosek powinien wyciągnąć racjonalnie rozumujący lider partyjny? Taki, że na koalicję należy chuchać i dmuchać. A jeśli jego partia do koalicji tej nie należy, to powinien dołożyć wszelkich starań, by do niej dołączyć.

Zwłaszcza, że z powodu ordynacji wyborczej jesienne wybory będą trudniejsze. Mandaty będą dzielone nie w skali kraju, lecz w małych okręgach wg ordynacji D’Hondta, premiującej najsilniejszych, co sprawia, że praktyczny próg pozwalający na wejście do Sejmu będzie tu wynosić nie 5 proc., jak teoretycznie zapisano w prawie, lecz jak szacują fachowcy – ok. 10 proc. Która z partii opozycyjnych może na tyle liczyć?

Jedyną szansą dla maluchów na dostanie się do Sejmu, a dla Polski na odsunięcie pisowskiej dyktatury jest stworzenie wielkiego bloku partii opozycyjnych.

Lewica i ludowcy zlepiają okruszki

Tymczasem komentatorzy oraz liderzy w rodzaju Adriana Zandberga snują wizje jakichś szczątkowych koalicji pozlepianych z okruchów – Partii Razem, Wiosny i SLD. Wprawdzie SLD zachowuje się racjonalnie i nie ma najmniejszego zamiaru popełnić politycznego seppuku, ale na chwilę załóżmy teoretycznie, że partia ta dałaby się nakłonić Zandbergowi do takiego nierozważnego kroku.

Ile głosów razem zdobyłaby taka lewicowa „potęga”? Najprawdopodobniej nie wystarczyłoby tego do zdobycia mandatu poza Warszawą i może jeszcze dwoma czy trzema metropoliami. Zwycięski PiS natomiast pożywiłby się zmarnowanymi głosami oddanymi na taką lewicę.

Równie absurdalnie zachowuje się PSL, gdzie podnoszą się głosy, by wyjść z koalicji. Tu sytuacja jest klarowniejsza, bo zwolennicy wyjścia wprawdzie mówią o samodzielnym starcie, ale w gruncie rzeczy chcą sojuszu z PiS-em. Marek Sawicki już odsłonił karty i w publicznym wywiadzie otwartym tekstem dopuścił alians z partią Kaczyńskiego.

Jednak większość ludowców nie ma chyba zamiaru wystąpić w roli przystawki „dobrej zmiany”. W takim wypadku powinni kurczowo się trzymać koalicji opozycyjnej, która jest dla nich jedyną szansą utrzymania się na powierzchni. Bez tego zatoną. Tymczasem co robią? Snują jakieś księżycowe wizje bloku konserwatywno-ludowego.

Ludowców najwyraźniej zmylił wynik, który ich kandydaci uzyskali w wyborach europejskich w ośrodkach miejskich. Ta tradycyjnie wiejska partia umocniła się w wielu miastach, nawet w największych. W Warszawie jej kandydat Władysław Bartoszewski dostał 35 tys. głosów i wyprzedził Michała Boniego z PO (26 tys.). Tyle tylko, że ten wynik ludowcy mogli uzyskać właśnie dlatego, że byli w Koalicji Europejskiej. Wielu wyborców głosowało na kandydatów PSL, wiedząc, że w ten sposób popierają blok zjednoczonej opozycji. Gdyby ludowcy startowali oddzielnie, dostaliby figę z makiem, a nie te głosy.

Koalicja nie szkodzi małym, lecz im pomaga

Liczni komentatorzy (zwłaszcza popierający młodą lewicę) opowiadają androny, jakoby wejście w sojusz partii o różnych profilach ideowych szkodziło tym ugrupowaniom. W myśl tych teorii prawicowy wyborca miałby nie głosować na koalicję, w której jest Zandberg, a lewicowy wyborca miałby się ze wstrętem odwrócić od bloku, w którym jest Kazimierz Ujazdowski.

I wyniki wyborów europejskich, i zdrowy rozsądek podpowiadają, że jest dokładnie odwrotnie: kandydaci mniejszych czy wręcz niszowych partii mogą liczyć na głosy wyborców tylko wówczas, gdy ich ugrupowania wystąpią w ramach większego bloku opozycyjnego. Dokładnie tak, jak miało to miejsce w przypadku kandydatów PSL w eurowyborach.

Wyborca o sympatiach lewicowych i antypisowskich, podchodząc do urny, będzie ważyć, co dla niego ważniejsze i pierwszoplanowe: ideowa lewicowość czy chęć praktycznego odsunięcia dyktatury PiS. W większości wypadków uzna, że to drugie i nie zagłosuje na Zandberga. Jeśli jednak Zandberg będzie kandydatem koalicji antypisowskiej – wówczas nie będzie mieć tego dylematu i bez wahań odda na niego głos.

Wielu liderów lewicy i ludowców zachowuje się tak, jakby nie rozumiało tej banalnej prawdy. Ciśnie się na usta cytat z Józefa Piłsudskiego: „Wam kury szczać prowadzić, a nie politykę robić”.

Tzw. rekonstrukcja rządu służy tylko jednemu – przykryciu jednej z najważniejszych dat w naszej współczesności 4 czerwca 1989 roku.

Kto dokonał rekonstrukcji rządu Mateusza Morawieckiego? Wszak autorstwa nie może sobie przypisać obecny premier. Pytanie należy do retorycznych, bo wiadomo wszem i wobec kto. Pytanie właściwe byłoby: po co zrekonstruowano ciało administracyjne, któremu premieruje Morawiecki?

To, że niektórzy ministrowie dostali się do Europarlamentu nie jest powodem do nazywania rekonstrukcją rządu, lecz wypełnieniem braków, plombą np. po Beacie Szydło, która jedzie po sukces 27:1. Mowa jest nawet o posadzie szefowej Parlamentu Europejskiego, bo i z takim pomysłem wyskoczył jakiś akolita geniusza z Żoliborza. Nie podejrzewam, aby w Brukseli Szydło, Joachim Brudziński bądź inna/inny zagrozili europejskim kabaretom. To w Polsce kabarety nie nadążają za awangardą pisowskiego surrealizmu.

Wesoło nam nie będzie, gdy nieznająca języka angielskiego Szydło i takiż poliglota Brudziński wyskoczą z jakimś wspólnym pomysłem politycznym z Marine…

View original post 1 323 słowa więcej

 

Demokracja ciemniaków PiS dla Ciemnogrodzian

8 Czer

>>>

Fragmenty.

Jednak wynik Beaty Szydło jest fenomenem. Zagłosowało na nią ponad pół miliona obywateli. Co nam to mówi?

Beata Szydło jest posłuszna i promowana przez mężczyznę. Jej kariera nie jest jej własną zasługą, a ona nie jest zagrożeniem dla kolegów z partii. Gdyby sama coś osiągnęła, przebojowo, zawdzięczając pozycję sobie samej, jak kiedyś Joanna Kluzik-Rostkowska, to byłaby niebezpieczna. A ona jest potulna i wyjmowana z szafy, a potem do niej chowana, kiedy Kaczyński zechce.

Szydło musiała wziąć na siebie największą kompromitację 27:1 i dymisję (kiedy mówiła o nagrodach dla posłów PiS, a potem została odwołana z funkcji premiera przyp. red.), czyli coś, co często robią polskie kobiety, na przykład w rodzinie, żeby mężczyzna mógł zachować twarz. To dowód współuzależnienia – czyli związku patologicznego. Kobieta świeci oczyma – wszystkim wydaje się, że są szczęśliwą rodziną, a za drzwiami dzieje się dramat. I to się może podobać, bo jest zrozumiałe i przeżywane przez inne ofiary: poniżona, zdeptana, a jednak wierna. Po prostu ideał polskiej męczennicy.

(…)

Z perspektywy czasu jak Pani ocenia, co poszło wtedy nie tak, że dziś kobiety wychodzą na czarne marsze?

To układ państwowo-kościelny. Wolność pozabierał nam Kościół, a potem ekonomia. Państwowe żłobki zaczęły być nieopłacalne,przedszkola stały się deficytowym towarem, po który stoi się w kolejkach nocą – i kobiety musiały zostać w domu. To pociągnęło za sobą inne konsekwencje. Problem z zatrudnieniem, niższe pensje i emerytury. Dziki kapitalizm plus mizoginistyczny do szpiku kości Kościół doskonale się razem dogadały.

Oczywiście nie tylko kobiety są ofiarami, również różne mniejszości. Ale paradoksalnie kobiety są większością i są podwójnie poszkodowane – przez Kościół i ekonomię. Są też realistkami. Mogą się tylko dostrajać do katolickiego mentalu i patriarchalnego syfu. Innej opcji przecież w Polsce nie ma. Chyba, że dla tych 5 proc. mogących sobie pozwolić, żeby umysłowo i materialnie mieć ten stan mentalny polskiego społeczeństwa w dupie.

Kiedy w latach 90. wprowadzono całkowity aborcji, nie wyszłyśmy na ulicę. Ludzie się wtedy cieszyli z wolności, dorabiali, tracili pracę, była inflacja – to było ważne, a nie prawa kobiet. Protestować, gdy i tak skrobanki robiło się nielegalnie? Jesteśmy przyzwyczajeni do hipokryzji i szarej strefy, czyli polskiego „radzenia sobie”, cwaniaczenia. Jeden okupant więcej, a że w mojej waginie? Damy radę. Polskie #metoo czyli walka o godność i nietykalność? Żarty, przecież prezydent obiecuje, że podpisze zakaz całkowitej aborcji gdy przegłosuje go Sejm.

Teraz jednak wyszły na ulice.

Wyszły, ale część szła tyłem. Bo były przeciw całkowitemu zakazowi aborcji, ale nie aborcji wogóle. Słowo „na żądanie” sugeruje, że kobiety sobie żądają czegoś, jakby to nie było ich prawem. Hipokryzją jest sprzeciwianie się zakazowi aborcji wobec płodów z gwałtu i równoczesna niezgoda na pełen dostęp do możliwości przerywania ciąży. To zawieszenie logiki, bo jaka jest różnica między płodem z gwałtu, a takim z normalnego stosunku. Żadna. Wychodząc na czarne marsze walczymy o to, żeby móc przerwać ciążę zagrażąjącą naszemu życiu, a więc żeby nas nie zabijano. A powinnyśmy walczyć o godne życie.

Zresztą mamy wszystko, tylko zakaz aborcji, to drobiazg, prawda? Przy pełnych półkach to nieważne, takie ginekologiczne. Decyzja o własnym ciele, urodzeniu dziecka jest prywatną sprawą zarządzaną przez państwo i prokuraturę. Przywykłyśmy. Siostry hipokrytki pomogą żyć zgodnie z sumieniem. Prezerwatywa zabije życie, pigułka je kamieniuje. Więc nie powinnyśmy się przed nim bronić antykoncepcją, tylko rodzić, rodzić jak królice w kraju poświęconym Jezusowi Królowi Polski.

Skoro jest tak źle, to jakim cudem dałyśmy się wmanewrować w taki system?

W Polsce oddychamy smogiem i katolicyzmem. Mizoginistyczni hierarchowie kościelni nienawidzą kobiet, tak opisuje to Frederic Martel, wnikliwy autor „Sodomy”, znający Watykan.

Paradoksem jest to, że właśnie kobiety tworzą Kościół. One stroją dzieci do Komunii. One zajmują się wychowaniem religijnym, a potem jako babcie dają na tacę ten wdowi grosz. To jest diabelstwo tego systemu, który gardzi kobietami i jednocześnie z nich żyje. Tak jak Kaczyński, niszcząc demokrację, wmawia łatwowiernym ludziom, że walczy z układem i komunizmem, aplikując im najgorszy jad i wywar z tego systemu.

A jednak wygrywa kolejne wybory z rzędu, wzmacniając zmotywowany elektorat. Z drugiej strony mamy natomiast dyskusje, czy należy głosować na mniejsze zło, czy zgodnie ze swoimi poglądami. Jest więc nierówna walka – wyznawcy PiS kontra wyborcy, którzy nie wierzą w partię, na którą mają głosować.

Potrzeba dyskusji i wątpliwości nie jest problemem inteligencji, ale jej efektem. Nie jest zasługą PiS, że ich wyborcy są zmotywowani. Uważam, że bezmyślność i głupota mają znacznie większą siłę przyciągania niż inteligencja, która zawsze będzie miała wątpliwości. Poza tym, to pierwszy system w wolnej Polsce, który wydaje pieniądze nie na naprawę państwa, ale na jego demontaż, demontaż demokracji. 500 plus nie jest programem ani prorodzinnym, ani prodemograficznym, co pokazują statystyki. Zmniejszyło nędzę dzieci z 17 proc. do 10 proc. to dużo, ale to nie cel, a efekt uboczny rozwalania demokracji przez rzucanie kasą.

Gdyby 500 zł nie szło do kieszeni bogatych, zlikwidowano by biedę wśród dzieci i byłyby pieniądze na niepełnosprawnych. Bzdurą jest twierdzenie PiS-u, że wyliczanie komu 500 się nie należy pochłonęłoby jeszcze więcej kasy. Przecież deklaracje podatkowe są darmo i na nich widać, że powyżej 112 tysięcy rocznego dochodu rodziców nie można skorzystać z odliczenia podatkowego na dziecko. Czemu by więc w ten sam sposób nie zlikwidować 500 plus, czyli 6 tysięcy rocznie dla bogatych? Na sprawiedliwość społeczną, rozumianą tak, że każdemu się należy, może pozwolić sobie Szwecja. My nie możemy sobie pozwolić na nędzę dzieci, bo jest nieludzka, a po drugie nieopłacalna. Powoduje później kosztowne dla państwa patologie. Ale to przyszłość, Kaczyński nie myśli o przyszłości tylko o władzy.

I wygląda na to, że to działa. Natomiast opozycji zarzuca się dziś brak programu, wewnętrzne rozbicie, brak jakichkolwiek propozycji dla wyborców.

Proszę sobie wyobrazić człowieka, który ma mercedesa, posiadłość ogrodzoną płotem, zatrudnia tam pół wsi, a drugiej wsi dużo obiecuje i jeszcze rozdaje pieniądze. Opozycja nie ma nic. Patrzy przez ten niewidzialny płot w sejmie i senacie na PiS wydający nieswoje pieniądze, łamiący prawo i szczycący się tym. Opozycji zawsze można powiedzieć, że są cieniasami, bo nic nie mogą.

(…)

Czym jest to straszne niebezpieczeństwo, które niesie ze sobą PiS?

Dziś mamy wybór: albo nie będzie demokracji, albo zrozumiemy, że jest projektem do doskonalenia. Społeczeństwo zinfantylizowane przez kościelne wzorce – Ojca świętego czy rydzykowego, co wie lepiej i się zatroszczy, społeczeństwo nie wyleczone z komuny, źle wykształcone i moralnie oportunistyczne, będzie wolało gotowy system, autorytarny. Czyli opresyjny, ale dla takich ludzi bezpieczny i zwalniający z odpowiedzialności.

Być może jesteśmy niedorozwojami demokracji, co jest normalne po komunie, ale ten osłabiony organizm społeczny został zaatakowany przez autorytarny wirus hodowany na wodzie święconej. PiS wykorzystał to, że demokracja nie jest systemem totalitarnym, tylko projektem wiecznego kryzysu. Musi taka być, żeby się móc zmieniać, zgodnie z prawem i pewnymi regułami. Tę zaletę zamieniono w wadę.

Przecież w PiSie, o czym mówi nazwa tej partii, prawa ani sprawiedliwości nie ma. Oni je łamią, żeby osiągnąć na wzór Kościoła swoje Królestwo Boże z Bogiem Prezesem Ojcem Narodu – Kaczyńskim. Lech Kaczyński jest bratem umiłowanym, męczennikiem, ofiarą zbrodni. To łatwo wchodzi w katolicki mental, nieskalany krytycyzmem. Krytycznego myślenia oducza szkoła, Kościół, propaganda PiS-owska i ideologia. Bo Gliński nie jest ministrem kultury, otwartej na oryginalność, tylko jednej opcji – czyli pisowskiej idelogii.

Tak łatwo zmanipulować Polaków?

Omamili łatwowiernych, niewykształconych ludzi. Chociaż zawsze się znajdzie ktoś z wyższym wykształceniem kto powie – A ja głosuję na PiS. Albo profesor Pawłowicz czy doktor habilitowany Zybertowicz od MaBeny czyli machiny narracyjnej, a tak naprawdę snopowiązałki kłamstw. Kościół w Polsce jest jak okupant. Niewoli kobiety, deprawuje dzieci, zabiera pieniądze, z funduszu kościelnego, które mogłyby finansować oświatę i służbę zdrowia. Ale życie wieczne jest ważniejsze od doczesnego i bez dealerów w koloratkach nie dostaniemy zbawienia.

PiS zachowuje się podobnie, też jak okupant, który wchodzi do kraju niszcząc elity i inteligencję. Afera Rywina zmiotła rząd. Teraz cotygodniowe afery rząd umacniają. Jedynka warszawska w wyborach do UE, Saryusz Wolski powiedział : „Tak, PiS był antyeuropejski, teraz jest proeuropejski, to sztuka kontrastu”. Nie ma już moralności, ani kłamstw, jest sztuka wielkiego kontrastu i sztukmistrze od socjotechnik. Im podziękował Kaczyński po ogłoszeniu wyników wyborów europejskich. „Socjologom”, macherom od kontrastów, kłamstw , a nie swoim manipulowanym wyborcom. Pieniądz pompowany w naród jest współczesnym opium dla ludu. Znieczula na moralność, obezwładnia myślenie i daje halucynacje praworządności.

Patryk Jaki musiał złożyć dwa oświadczenia majątkowe – jedno w Sejmie, drugie w resorcie sprawiedliwości, gdzie do niedawna był wiceministrem. Obydwa przedstawiają stan jego majątku na 31 grudnia 2018 r., więc – przynajmniej teoretycznie – nie powinny się różnić.

Tymczasem – jak ustaliła „Gazeta Wyborca” – oświadczenia majątkowe Jakiego zawierają rozbieżności. W oświadczeniu złożonym w marcu w Ministerstwie Sprawiedliwości podał, że ma 260 tys. zł oszczędności i żadnych środków w walutach obcych. Natomiast w złożonym miesiąc później w Sejmie oświadczeniu napisał, że oszczędności jest o 30 tys. zł mniej i pojawia się kwota 400 euro.

Na tym nie koniec rozbieżności. W dokumencie złożonym w ministerstwie pojawia się informacja o kredycie zaciągniętym w Banku ING o wartości 120 tys. zł. Oświadczenie sejmowe jest w tym miejscu zupełnie puste. Patryk Jaki nie wymienił w nim żadnego zobowiązania.

Zespół prasowy Ministerstwa Sprawiedliwości w przesłanym „GW” stanowisku uważa, że nie ma żadnego problemu. – „Ministrowi w ciągu miesiąca ubyło trochę środków. Nie ma jednak żadnego obowiązku tłumaczyć się, na co wydaje swoje pieniądze – szczególnie jeśli chodzi o jego rodzinę – bo podaje dane ze ‚wspólnoty majątkowej‚”. Według służb prasowych resortu pytanie dziennikarzy o brak 400 euro w jednym z oświadczeń „nie jest poważne”. Do sprawy kredytu nie odniesiono się w ogóle.

Dajemy bobrom spokój. Żadnych zmian w sprawie bobrów nie przewidujemy. Jeżeli były przerażone i coś rozumiały z tego, to mogą odetchnąć z ulgą” – powiedział w Polsat News nowy rzecznik rządu Piotr Mueller. – „Matko jaki ten nasz rząd kochany i dobry…” – sarkastycznie skomentował jeden z internautów.

A zupełnie niedawno o najnowszym pomyśle Jana Krzysztofa Ardanowskiego, dotyczącym bobrów. O sprawie w artykule „Bobry też PiS-owi „podpadły”? Minister rolnictwa chce uznania ich za zwierzęta… jadalne”.

Wydaje się jednak, że kwestia została zamknięta tylko tymczasowo, bo rzecznik rządu dodał, że Ardanowski „poruszył istotną kwestię dotyczącą strat, które powodują bobry”. – „Faktycznie jest ich dosyć dużo w stosunku do tego, co było kiedyś. Ale to nie jest teraz czas, aby ruszać ten temat” – stwierdził Mueller.

MOŻEMY ŚMIAŁO POWIEDZIEĆ, ŻE ROSÓŁ JEST DZIŚ DROŻSZY, NIŻ KIEDYŚ WYKWINTNE DANIA – MÓWIĄ POSŁOWIE PLATFORMY OBYWATELSKIEJ I APELUJĄ DO RZĄDU, ŻEBY ZAMIAST ZAJMOWAĆ SIĘ GŁUPOTAMI WZIĄŁ SIĘ DO ROBOTY. – JUŻ W UBIEGŁYM ROKU POSZYBOWAŁA W GÓRĘ CENA MASŁA, KTÓREGO KILOGRAM ZA CZASÓW RZĄDU PIS JEST DROŻSZY, NIŻ KILOGRAM OŚMIORNICZEK ZA CZASÓW PO – MÓWIŁA W SEJMIE POSŁANKA PO MARZENA OKŁA-DREWNOWICZ.

Pietruszka na wagę złota

Każdy, kto robi zakupy, musiał zauważyć, że ceny żywności poszybowały w górę. Niezbędna w kuchni pietruszka w niektórych sklepach kosztuje 20 zł za kg. Cebula i kapusta również zdrożały odpowiednio o 50 i 70 proc. – wyliczają eksperci.

– PiS chełpi się transferami socjalnymi. W ostatnim czasie przyznał seniorom trzynastą emeryturę, teraz szykuje się poszerzenie programu 500 Plus. Wydawałoby się, że jest bardzo dobrze, ale problem jest bardzo duży, bo z tych wszystkich „plusów” nic nie zostaje. Są konsumowane przez galopujące ceny energii, ceny na stacjach paliw również galopują. Jak ktoś gotował niedzielny rosół, to wie, ile zapłacił za pietruszkę, ponad 20 zł – mówiła w Sejmie Marzena Okła-Drewnowicz.

Zgodnie z wyliczeniami Głównego Urzędu Statystycznego w ciągu roku ceny żywności wzrosły o 5 proc., to sporo, ale w normie. Gorzej, że w ciągu miesiąca aż o 1,4 proc., a to już odczuwalna zmiana w portfelu każdego z nas. O połowę więcej trzeba zapłacić za chleb, prawie 100 proc. zdrożały ziemniaki.

– Możemy śmiało powiedzieć, że rosół jest dziś droższy, niż kiedyś wykwintne dania – dodaje Marzena Okła-Drewnowicz.

Szczaw i mirabelki

Powodów wzrostu cen, zdaniem opozycji, jest kilka. Po pierwsze, zmiany klimatyczne i ogromna susza, która powoduje straty. – Pytanie, czym zajmuje się min. Ardanowski. Dlaczego nie zajmuje się systemem rozwiązań, który ułatwiłby dofinansowanie produktów z Polski. Niedługo będziemy zmuszeni do jedzenia ryżu, szczawiu i mirabelek, pod warunkiem, że smog i zanieczyszczenie powietrza nie wykluczą też tego z naszych talerzy – mówi Joanna Augustynowska z PO.

Do cen żywności dochodzą ceny prądu i benzyny. Posłanki PO przypomniały, że opozycja od roku ostrzega, że podwyżki prądu i benzyny odbiją się na kieszeni konsumentów.

Kolejnym problemem jest brak rąk do pracy. Zaostrzone przepisy dotyczące zatrudniania obcokrajowców zmuszają pracodawców, aby wykazać, że 5 Polaków odmówiło pracy, aby móc zatrudnić pracownika np. zza wschodniej granicy.

– Bez reakcji na nawałnice, susze, bez szybkich wypłat odszkodowań, bez znalezienia rozwiązań prawnych dających możliwości zatrudnienia obcokrajowców na rynku rolniczym te ceny będą galopowały jeszcze szybciej i żadne transfery socjalne nie będą w stanie zrekompensować tak wielkiego wzrostu cen żywności – konkluduje Marzena Okła-Drewnowicz.

POSŁOWIE PLATFORMY OBYWATELSKIEJ ZŁOŻYLI ZAWIADOMIENIE DO PROKURATURY W SPRAWIE SZALEŃCZEJ JAZDY KOLUMNY RZĄDOWEJ Z PREMIEREM MORAWIECKIM. ROZPĘDZONE RZĄDOWE SAMOCHODY ZMUSZAŁY INNYCH UŻYTKOWNIKÓW DO ZJEŻDŻANIA Z DROGI, NA KTÓREJ NIE MA POBOCZA. – BEZ UZASADNIONEJ POTRZEBY PREMIER NARAŻAŁ ŻYCIE LUDZI. NIE WYCIĄGNĘLI WNIOSKÓW PO WYPADKU PANI PREMIER SZYDŁO W OŚWIĘCIMIU I PANA MINISTRA MACIEREWICZA NA DRODZE EKSPRESOWEJ I Z WIELU INNYCH WYPADKÓW, W KTÓRYCH UCZESTNICZYŁA SOP – TŁUMACZY ROBERT KROPIWNICKI Z PO

Do niebezpiecznego zdarzenia doszło w sobotę 4 maja na trasie Pułtusk-Warszawa na wysokości wsi Michałów-Reginów. Kolumna premiera składająca się z 3 samochodów z nadmierną prędkością, migając długimi światłami ,wyprzedzała pojazdy środkiem jezdni, zmuszając samochody jadące z przeciwka do ucieczki na pobocze.

Droga Pułtusk-Warszawa jest jednopasmowa, bez pobocza, częściowo osadzona na wale, po bokach jezdni albo jest las, albo mokradła.

– To był szok, jak zobaczyliśmy, jak porusza się kolumna, która wiezie premiera z jednego festynu wyborczego na drugi. W jaki sposób wykorzystuje SOP i cały jej sprzęt; pancerne samochody, które bez uzasadnionej potrzeby narażają życie i zdrowie wielu ludzi, spychając ich na pobocze, żeby premier zdążył na rozdawanie tortu czy kiełbasy wyborczej – komentuje Robert Kropiwnicki.

Kampania wyborcza premiera

Do wydarzenia doszło jeszcze w kampanii wyborczej. Premier Morawiecki tego dnia wyjątkowo aktywnie uczestniczył w festynach i spotkaniach z wyborcami, gdzie razem z Jarosławem Kaczyńskim rozdawał flagi i autografy.

– Wykorzystywane są mechanizmy państwa do kampanii wyborczej. Zachowanie premiera jest niedopuszczalne, SOP nadużywa swojej władzy. Gdyby premier był zagrożony, taka jazda jest dopuszczalna, ale nie w sytuacji, gdy premier śpieszy się na kampanię wyborczą – uważa Robert Kropiwnicki.

Czarna seria SOP

Posłowie Platformy Obywatelskiej złożyli zawiadomienie do prokuratury w sprawie szalonej jazdy kolumny rządowej, tym bardziej, że ostatnio dochodzi do incydentów z udziałem kierowców SOP

– Trwa czarna seria limuzyn rządowych. Co kilka tygodni jesteśmy świadkami kolejnego zdarzenia, ostatnio w tych zdarzeniach biorą udział osoby postronne. Mamy przypadek potrącenia rowerzystki z Warszawy, przypadek potrącenia dziecka na pasach przez kolumnę rządową – wylicza Jan Grabiec z PO.

– Ci ludzie nie mogą być bezkarni i igrać ludzkim życiem. Jeśli premier chce, żeby jego życie było zagrożone przez niekompetentnych i niezgodnie z przepisami jeżdżących kierowców, to jest to jego własny wybór, ale te pancerne samochody roztrącają zwykłych użytkowników drogi – dodaje Jan Grabiec.

Posłowie opozycji oczekują, że prokuratura podejmie czynności i sprawdzi, jakie kwalifikacje mieli kierowcy, którzy prowadzili pojazdy w kolumnie rządowej premiera, zabezpieczy zapisy z rejestratorów pojazdów, przesłucha świadków.

Co z pieniędzmi na remont drogi

Rząd PO-PSL 4 lata temu zabezpieczył środki na poszerzenie fragmentu drogi między Legionowem i Zegrzem, czyli tam, gdzie doszło do niebezpiecznej jazdy kolumny rządowej. To ostatni odcinek drogi Warszawa- Pułtusk, która nie została poszerzona.

– Premier Morawiecki nic z tym nie zrobił. To świadczy o niekompetencji tej ekipy rządowej. Nie możemy dopuścić, aby na ulicach naszych miast u nas było jak w Moskwie, gdzie oligarchowie na sygnale rozpychają się w ulicznych korkach albo spychają przechodniów z drogi na bok tylko dlatego, że są ludźmi władzy. W państwie prawa takiego zachowania być nie może – dodaje Jan Grabiec.

Kokietowanie elektoratu PiS-u to nie jest skuteczna droga do zwycięstwa.

Łapiemy oddech po wyborach do Europarlamentu, będąc jednocześnie zwarci i gotowi do kolejnych, tych najważniejszych dla nas, jesiennych. PiS, jak zwykle, już w pełnej gotowości, przygotowuje się na ostry desant. Opozycja, jak zwykle, wciąż w powijakach, zajęta dyskusjami, przepychankami i zastanawianiem się, z czym i kim ruszyć w Polskę.

Zajmę się teraz przez chwilę właśnie opozycją. Niesamowicie zastanawiają mnie głosy płynące ze strony polityków i niektórych liderów opozycyjnych. Julia Pitera błysnęła empatią i bąknęła coś o pokochaniu elektoratu PiS, podaniu mu ręki i niekrzywdzeniu go złymi słowami. Ktoś inny nawołuje, by nie mówić o nich, że to „pieprzona patologia dała się kupić”, bo przecież to biedni ludzie, pozostawieni przez lata sami sobie. Ludzie, którzy nikogo nie interesują od lat.

Nagle po prawie 4 latach rządów Zjednoczonej Prawicy opozycja dostrzegła wyborców PiS? Nagle zauważyła, że to są Polacy, tacy sami jak my i zaczęła rozumieć, dlaczego postawili na prezesa? Nie mnie odpowiedzieć na te pytania, ale wiem jedno – poziom agresji i hejtu, jego chamskie i prymitywne oblicze, jest nie do przyjęcia. Wiem, że jest wiele przyczyn, które spowodowały, iż PiS nami dzisiaj rządzi i wciąż słupki mu rosną. Tylko nie rozumiem jednego. Skąd to nagłe objawienie po prawie 4 latach władzy prezesa i jego kolesi? Czym jest to nawoływanie, by „pojechać do tych ludzi. Bez kamer. I ich zapytać jak się mają, co czują i czego się boją”?

Elektorat partii rządzącej sprawia wrażenie, jakby miał jakąś niepisaną umowę z PiS-em. Można to określić krótko: partia da to, czego lud chce, w zamian ten nie będzie się czepiał, nie będzie krytykował, zgodzi się na każde kłamstwo i manipulację, a gdy przyjdzie czas, wesprze Zjednoczoną Prawicę swoim głosem. Dla elektoratu PiS liczy się tylko to, co dzisiaj i tutaj, a jest fajnie. Sporo programów z Plusem w nazwie, wreszcie poczucie, że jest szacunek, wzajemne poważanie, troska rządzących, wsparcie. A po co zawracać sobie głowę czymkolwiek innym, przecież ważne tylko to, że dzień za dniem mija, żyje się lepiej niż kiedyś.

Wyborcy PiS-u nie reagują na kłamstwa premiera Morawieckiego i jego dziwne układy, które pozwoliły mu kupić ziemię za bezcen, a teraz warta ona majątek. Nie przeszkadza im, że szef rządu został kilkakrotnie przyłapany na kłamstwie. Bujał równo, twierdząc, że Polska nie musi przyjmować uchodźców, bo znalazło u nas swój dom 25 tys. Czeczenów, choć w rzeczywistości to ok. 4 tys., z czego połowa wciąż czeka na decyzję. Kłamał, mówiąc o pieniądzach dla osób z niepełnosprawnością, o rekordowym wzroście płac czy o 40 mld zł wyrwanych z rąk mafii vatowskiej, choć w rzeczywistości to 8 – 17 mld zł. Tych kłamstw jest o wiele więcej, jednak wyborcy PiS się tym nie przejmują.

Zwraca się im uwagę, że dali się zrobić w konia i uwierzyli w przekręty w ministerstwach za rządów PO/PSL. Na 50 wniosków do pisowskiej prokuratury po słynnym audycie, tylko dwie sprawy skierowano do sądu i dotyczą one urzędników niższego szczebla. I co na to słyszymy? Prokuratura prokuraturą, ale ważne, co sądy powiedzą. Udają, czy rzeczywiście nie wiedzą, że sądy niczego nie zrobią, jak nie ma wniosku prokuratorskiego?

Pedofilia w Kościele wyborców PiS zdaje się nie obchodzić, bo jak powiedział prezes Kaczyński – kto podnosi rękę na Kościół, to tak jakby podnosił ją na Polskę. Nepotyzm i korupcja też ich nie obchodzi, bo PiS-owi się należy i tyle. Bo była ona znacznie większa za PO. To PO jest wrogiem. To PO sprzedało Polskę Niemcom, nie doceniło patriotów… itd. itp.

Moim zdaniem, od 1991 roku nie zrobiono nic, by wyedukować społeczeństwo. Lekcje WOS-u to była jedna wielka fikcja. Ot, taki dodatkowy przedmiot, o którym uczniowie przypominali sobie, gdy walczyli o lepsze oceny na świadectwie. Bardzo łatwo było dostać ocenę celującą za referacik jakiś czy prezentację i tyle. Nie opracowano żadnych programów, które budowałyby tożsamość obywatelską, ukształtowałyby postawę demokratyczną z pełną znajomością jej zasad i umiejętnością wdrażania w życie. Nie ma się więc co dziwić, że tak wielu Polaków nie ma zielonego pojęcia, na co stawia, popierając PiS i jakie będą tego konsekwencje dla Polski.

Jeśli dodamy do tego liczne błędy, jakie popełniały wszystkie właściwie rządy po 1991 roku. Jeśli dodamy do tego genialną wręcz pracę PiS, które umiejętnie przeanalizowało nastroje społeczne, poziom wiedzy obywatelskiej Polaków, wpadki poprzedników i na tej bazie zbudowali idealną wręcz machinę dla swojego populizmu, to musi zastanawiać, skąd ta wiara opozycji, że właśnie teraz, na niecałe 5 miesięcy przed wyborami, będzie w stanie wyprostować te wszystkie zaniedbania i przekonać elektorat PiS-u, by zmienił swoje preferencje wyborcze?

Pewnie uznacie mnie za malkontentkę, ale uważam, że trzeba wreszcie pogodzić się z faktem, że jako społeczeństwo jesteśmy podzieleni tak silnie, że nie ma szans, by udało się zakopać topór wojenny. Granice wzajemnej niechęci, wręcz wrogości zostały już dawno przekroczone i tak naprawdę tylko praca u podstaw, żmudna i konsekwentna jest w stanie nas zmienić. Taką politykę budowy społeczeństwa trzeba zacząć od szkoły podstawowej, z WOS-em jako przedmiotem wiodącym i rzeczywiście kształtującym obywatela XXI wieku. A na to trzeba lat, mądrości władz, konsekwencji i wytrwałości, odejścia od patologii, która tak podgryza demokrację, wiarygodności i prawdy, w którą każdy będzie mógł uwierzyć. Do tego potrzeba władzy, która będzie blisko społeczeństwa i nie będzie kluła go w oczy swoimi wpadkami czy arogancją.

Dzisiaj natomiast, przed wyborami jesiennymi, możemy liczyć jedynie na tych, którzy nie chodzą na wybory, których polityka wciąż nie interesuje, których może uda się przekonać, że PiS to powrót do najczarniejszych kart PRL-u, a rozdawnictwo socjalne to tylko narzędzie do budowy państwa autorytarnego. Możemy liczyć na tych, którzy dzisiaj wspierają PiS na zasadzie tylko anty-PO i może uwierzą, że nie zostaną powtórzone poprzednie błędy.

Niech więc opozycja nie buduje iluzji i zrozumie, że twardy elektorat PiS-u pozostanie twardym, pełnym nienawiści i agresji. Tym bardziej, że te słowa, pełne zrozumienia i wyrozumiałości, nie trafiają do niego. Oni przecież nic złego nie robią. Oni nie sięgają dna nawet, gdy piszą do swoich przeciwników: „Z takim ryjem i poglądami, lewacka macioro, to ty karierę zrobisz na Kremlu. Nie, żeby ktoś cię chciał tam dymać. Ale żołnierze po wartowniczej służbie mieliby gdzie się odlać” czy też „Ty kodziarska kurwo, chcesz księdza topić?! Jak niegdyś twoi kumple ks. Popiełuszkę?! Mam nadzieję, że pójdziesz za to do pierdla pokrako, a już na pewno stracisz pracę” (to tylko łagodniejsze wypowiedzi). Nikt i nic nie przekona go, by zmienił front.

Czas więc brać się ostro do roboty, walczyć o głosy, przekonać wyborców do dobrego programu, a nie wymyślać jakieś cuda i liczyć, że kokietowanie zwolenników PiS jest szansą na wygranie wyborów.

Tzw. rekonstrukcja rządu służy tylko jednemu – przykryciu jednej z najważniejszych dat w naszej współczesności 4 czerwca 1989 roku.

Kto dokonał rekonstrukcji rządu Mateusza Morawieckiego? Wszak autorstwa nie może sobie przypisać obecny premier. Pytanie należy do retorycznych, bo wiadomo wszem i wobec kto. Pytanie właściwe byłoby: po co zrekonstruowano ciało administracyjne, któremu premieruje Morawiecki?

To, że niektórzy ministrowie dostali się do Europarlamentu nie jest powodem do nazywania rekonstrukcją rządu, lecz wypełnieniem braków, plombą np. po Beacie Szydło, która jedzie po sukces 27:1. Mowa jest nawet o posadzie szefowej Parlamentu Europejskiego, bo i z takim pomysłem wyskoczył jakiś akolita geniusza z Żoliborza. Nie podejrzewam, aby w Brukseli Szydło, Joachim Brudziński bądź inna/inny zagrozili europejskim kabaretom. To w Polsce kabarety nie nadążają za awangardą pisowskiego surrealizmu.

Wesoło nam nie będzie, gdy nieznająca języka angielskiego Szydło i takiż poliglota Brudziński wyskoczą z jakimś wspólnym pomysłem politycznym z Marine…

View original post 1 323 słowa więcej

 

Kaczyński pali głupa

7 Czer

Jeśli ktoś myślał, że można nałożyć opłaty emisyjne, recyklingowe, mocowe, przejściowe, wodne, handlowe +wiele innych oraz wpuścić na rynek strumień ponad 30 mld zł niepochodzących ze wzrostu produktywności i wydajności pracy, i nie spowoduje to inflacji, to się mylił #500minus

Wzrastające ceny odbijają się na portfelach Polaków, średnio wydatki na żywność stanowią już ponad ¼ budżetu polskich rodzin. #DrożyznaPlus

Roman Giertych odniósł się do opublikowanego niedawno oświadczenia majątkowego posła PiS Jarosława Kaczyńskiego. – „Przeczytałem ze zdumieniem w tym oświadczeniu, że pełnomocnictwo zostało panu prezesowi Kaczyńskiemu wycofane i że on nie podejmował żadnych uchwał w imieniu właściciela spółki Srebrna na zgromadzeniu” – powiedział Giertych w TVN 24. W oświadczeniu Kaczyński napisał bowiem: – „Posiadałem jednorazowo pełnomocnictwo do reprezentowania Fundacji „Instytut Lecha Kaczyńskiego” oraz pozostałych wspólników na nadzwyczajnym zgromadzeniu wspólników Srebrna Sp. z o.o. oraz wykonywania prawa głosu z wszystkich przysługujących wspólnikom udziałów w kapitale zakładowym Spółki. Posiedzenie to nie odbyło się, pełnomocnictwo zostało odwołane”.

„Ja dysponuję oryginałem tej uchwały z podpisem pana prezesa, więc albo pełnomocnictwo, jak mówi, wygasło i podpisał bez pełnomocnictwa, albo w sądzie znajdują się dokumenty, które nie odpowiadają prawdzie. Myślę, że prokuratura powinna tę kwestię natychmiast wyjaśnić” – stwierdził Giertych.

Według adwokata, „w oświadczeniu jest informacja, że pełnomocnictwo do reprezentowania właściciela spółki Srebrna wygasło i że nie było na tej podstawie podejmowanych żadnych uchwał”. – „W dokumentach prokuratury i w moich dokumentach w kancelarii znajduje się uchwała podpisana przez pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, to jest jego podpis” – dodał prawnik.

Giertych, który jest pełnomocnikiem Geralda Birgfellnera, który zarzuca Kaczyńskiemu oszustwo, został zapytany, dlaczego biznesmen po raz kolejny będzie przesłuchany przez prokuraturę, tym razem w Austrii. – „To jest zabieg prokuratury, by nie wydać żadnego postanowienia. Gdyby prokuratura wydała postanowienie o wszczęciu śledztwa, konsekwencje są wiadome. Gdyby wydała postanowienie o odmowie wszczęcia śledztwa, my byśmy zażalili to do sądu i sąd by to uchylił. Próbują na wszelki sposób przedłużać postępowanie” – stwierdził Giertych.

Sposób, w jaki premier Morawiecki potraktował prezydent Gdańska, Aleksandrę Dulkiewicz, wciąż wywołuje duże emocje. Widok, gdy premier Polskiego Państwa odgradza się ochroniarzami i nie reaguje na słowa powitania gospodyni miasta, w którym gości, rzeczywiście szokuje.

Obojętnym wobec tej sytuacji nie pozostał również Wojciech Mann. Prowadząc swoją audycję „W tonacji Trójki” dodał do zapowiadanej piosenki pt. Neandertalczyk, swój komentarz – „przed nami piosenka, której tytuł – obawiam się – może się państwu skojarzyć z naszym premierem”.

Wojciech Mann wyjaśniał, że układając listę utworów nie kierował się jakimiś politycznymi pobudkami, a dedykowanie Neandertalczyka premierowi wynikało tylko z jego oceny sytuacji w Gdańsku. Te słowa nie uspokoiły szefostwa i reakcja była błyskawiczna.

Zarząd Polskiego Radia S.A. już skierował tę sprawę do Komisji Etyki Polskiego Radia, która oceni, czy przypadkiem znany dziennikarz nie naruszył standardów etycznych, obowiązujących w pisowskim radiu.

Ech, ta nasza, dzisiejsza, polska rzeczywistość. Kto podnosi rękę na przedstawicieli władzy, ten podnosi ją na Polskę, tak więc Wojciech Mann na pewno zapłaci wysoką karę za tę „zbrodnię”. Jestem o tym przekonana.

Prokuratura nie przyznała Leszkowi Czarneckiemu statusu osoby pokrzywdzonej. 57-latek nie ma przez to wglądu do akt sprawy. To dość zaskakujące, gdyż na skutek afery banki Czarneckiego straciły aż 2,5 miliarda złotych.

Według prokuratury oferta złożona Czarneckiemu nie naruszyła jego dobra prawnego ani nie spowodowała dla niego żadnej szkody.

Na skutek działań prokuratury, Czarnecki ani Roman Giertych, jego adwokat, nie mają wglądu w akta sprawy, ani nie mogą uczestniczyć w niej w żaden inny sposób. Bankier nie może nawet dowiedzieć się, jakie rezultaty przyniosło przebadanie Marka Chrzanowskiego wariografem. Badanie miało wykazać, czy rzeczywiście z ust szefa KNF padła korupcyjna oferta.

Czarnecki ujawnił aferę na jesieni ubiegłego roku. Dzięki temu Marek Chrzanowski przestał być szefem KNF, a obecnie toczy się postępowanie w jego sprawie.

W ciągu ostatnich 4 lat przekształciliście niedoskonałą ale w sumie funkcjonującą demokrację konstytucyjną w Polsce w system, w którym cała władza skupiona jest w jednych rękach (..)” – tak jednym zdaniem podsumował czas „dobrej zmiany” prof. Wojciech Sadurski, reagując na opublikowany 31 maja list Jarosława Kaczyńskiego do sympatyków i zwolenników partii rządzącej.

W odpowiedzi na zawarty w nim apel prezesa o poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości w jesiennych wyborach do polskiego parlamentu prawnik, filozof i politolog napisał wprost: „zbliżające się wybory traktuję (…) jako plebiscyt nad odmiennymi wizjami ustroju państwa: autorytarną i demokratyczną. W tym plebiscycie jestem jednoznacznie, kategorycznie i bez najmniejszych wahań przeciwko wizji, promowanej przez Pana. W tej sytuacji, nie będę skłonny przychylić się do prośby, wyrażonej w Pańskim liście.”

Następnie, uzasadniając swoje stanowisko wypunktował „dorobek” polityczny rządzących, na pierwszym miejscu stawiając rujnację trójpodziału władzy w tym całkowity paraliż Trybunału Konstytucyjnego i objęcie kontrolą całego aparatu sprawiedliwości.

Zarzucił też PiSowcom zniesienie neutralności i profesjonalności służby cywilnej i obsadzenie wszystkich kierowniczych stanowisk swoimi zwolennikami. Wytknął negatywne zmiany systemu instytucji wyborczych i przekształcenie systemu ustawodawczego w parodię. Krytycznie ocenił ponadto marginalizację i demonizowanie opozycji parlamentarnej oraz usiłowanie objęcia kontrolą polityczną instytucji kultury. Do tego prawnik wskazał jeszcze na godny potępienie flirt z siłami nacjonalistycznymi oraz przekształcenie telewizji i radia publicznego w media rządowe, uprawiające propagandę, opartą na metodach goebbelsowskich.
Ukoronowaniem tych „sukcesów” w interpretacji prof. Sadurskiego jest ośmieszenie i zmarginalizowanie Polski na arenie międzynarodowej, a zwłaszcza w Unii Europejskiej.

To jednak tylko jedna strona medalu. Druga, która skłania pana Profesora do nieoddania głosu na Prawo i Sprawiedliwość to uzasadnione obawy o to, co będzie po ewentualnie wygranych przez PiS wyborach.  W swoich obawach prof. Sadurski pisze do Kaczyńskiego otwarcie:

Przekonania te uzasadnione są zarówno wypowiedziami niektórych Pańskich współpracowników lub sprzymierzeńców (Krystyna Pawłowicz, Ryszard Czarnecki) jak i faktem, że w swych działaniach opiera się Pan na modelu węgierskim, a znajomość obecnej sytuacji na Węgrzech pozwala mi na wyciągnięcie odpowiednich wniosków co do Pańskich przyszłych planowanych działań”.

Profesor pisze o możliwej „repolonizacji” mediów, obsadzeniu „swoim człowiekiem” stanowiska RPO, ograniczeniu kompetencji samorządów lokalnych, „dokończeniu” PiSowskiej reformy sądownictwa objęciu kontrolą organizacji pozarządowych.
Przewiduje też dalszą marginalizację mniejszości parlamentarnej
i jeszcze większą marginalizację Polski w Unii, czyli faktyczny, jeśli nie formalny, Polexit.

Jeśli nawet część tych przewidywanych działań stanie się faktem, oznaczać to będzie finalne przekształcenie Polski w autokrację, niezgodnie z ustrojem przewidzianym w Konstytucji RP. Będzie to niewypowiedziana tragedia” – napisał w liści do Kaczyńskiego Wojciech Sadurski profesor nauk prawnych, profesor Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego we Florencji, profesor Uniwersytetu w Sydney, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego.

Pan premier wybrał skład gabinetu, ale wyłącznie spośród kandydatów wskazanych osobiście przez pana prezesa.

No i nareszcie mamy zapowiadany już od dawna nowy rząd. Przy nominacjach obyło się bez niespodzianek. Wszystkie resorty opuszczone przez ministrów delegowanych na misję do Brukseli zostały oddane w ręce sprawdzonych  fachowców. Niby standard, ale jednak już wiadomo, że przejdzie on do historii jako Rząd Czwartego Czerwca.

Owszem, opozycja jak zwykle kręci nosem, kwestionując przygotowanie kandydatów. Że niby bez kwalifikacji, a o ich awansach do Rady Ministrów zdecydowały wyłącznie kryteria polityczne. I – w sumie – zgoda. No, ale skąd  brać fachowców? Prawdziwy ekspert z legitymacją partyjną  to zjawisko bardzo rzadko występujące w naturze. A w partii aktualnie rządzącej nieobecne z definicji.

Poza tym obsadzanie strategicznych stanowisk z klucza partyjnego to stara polska tradycja. Weźmy Ministerstwo Obrony. Obrona – wiadomo – ważna sprawa, ale nie na tyle ważna przecież, żeby mieli się tym zajmować ludzie mający choćby blade pojęcie o wojskowości. W najnowszych dziejach Rzeczypospolitej MON szefowali więc socjolog, prawnik, dwaj historycy, politolog, medioznawca po handlu zagranicznym, a nawet… lekarz psychiatra.

Jak wyjaśnił to szczerze nowy wicepremier Sasin w programie redaktora Piaseckiego – tak naprawdę minister musi umieć i robić tylko jedno. Ma reprezentować w resorcie „linię” swojej partii i nadzorować, żeby nikt nie zaczął się przypadkiem czołgać wężykiem. W praktyce oznacza to staranną lekturę wszystkich przychodzących z centrali SMS-ów. Od wszystkiego innego minister ma przeróżnych asystentów, ekspertów, doradców i komu tam jeszcze rząd płaci za wyręczanie w pracy pań i panów nominowanych do Rady Ministrów.

Wicepremier Sasin, więc potwierdził – niejako – że w rocznicę wyborów do Sejmu Kontraktowego powołany został Rząd Kontraktowy. W tym wypadku „kontrakt” polegał na tym, że owszem, pan premier wybrał skład gabinetu, ale wyłącznie spośród kandydatów wskazanych osobiście przez pana prezesa. Ale nie ma co się sugerować „niefortunną datą”, bo wszystkie rządy PiS były przecież „kontraktowe” – to po pierwsze. A po drugie – pora już była najwyższa, żeby zrobić porządki w kalendarzu i wygumkować zeń wydarzenia wypaczające bieg naszej narodowej historii.

vald2

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Tzw. rekonstrukcja rządu służy tylko jednemu – przykryciu jednej z najważniejszych dat w naszej współczesności 4 czerwca 1989 roku.

Kto dokonał rekonstrukcji rządu Mateusza Morawieckiego? Wszak autorstwa nie może sobie przypisać obecny premier. Pytanie należy do retorycznych, bo wiadomo wszem i wobec kto. Pytanie właściwe byłoby: po co zrekonstruowano ciało administracyjne, któremu premieruje Morawiecki?

To, że niektórzy ministrowie dostali się do Europarlamentu nie jest powodem do nazywania rekonstrukcją rządu, lecz wypełnieniem braków, plombą np. po Beacie Szydło, która jedzie po sukces 27:1. Mowa jest nawet o posadzie szefowej Parlamentu Europejskiego, bo i z takim pomysłem wyskoczył jakiś akolita geniusza z Żoliborza. Nie podejrzewam, aby w Brukseli Szydło, Joachim Brudziński bądź inna/inny zagrozili europejskim kabaretom. To w Polsce kabarety nie nadążają za awangardą pisowskiego surrealizmu.

Wesoło nam nie będzie, gdy nieznająca języka angielskiego Szydło i takiż poliglota Brudziński wyskoczą z jakimś wspólnym pomysłem politycznym z Marine…

View original post 1 323 słowa więcej

 

PiS nie wprowadziłby Polski do Unii Europejskiej, a w drugiej kadencji rządów PiS – jeżeli taka by się zdarzyła – zostaniemy z niej wykopani

2 Maj

Europoseł Jacek Saryusz-Wolski (dawniej PO, obecnie pupilek prezesa) przyznał niedawno, że to bracia Kaczyńscy wprowadzili Polskę do Unii Europejskiej. Teraz twierdzi, że jego słowa zostały zmanipulowane przez „Rzeczpospolitą”.

(…) również bracia Kaczyńscy, jako architekci naszej drogi do niepodległości, wprowadzali Polskę do UE, będąc aktywnymi uczestnikami tego długiego procesu, od NSZZ Solidarność poczynając. Już w 1991 roku ówczesne PC (Porozumienie Centrum) poprzednie wcielenie dzisiejszego PiS, jako pierwsza partia deklarowało wejście Polski do struktur NATO i EWG, jako priorytet w swoich postulatach politycznych, w przeciwieństwie do wielu polityków dzisiejszej Koalicji Europejskiej, optujących wówczas za zakonserwowaniem starego porządku geopolitycznego w postaci NATO-bis i EWG-bis” – mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Saryusz-Wolski.

Teraz europoseł twierdzi, że jego słowa zostały zmanipulowane. W rzeczywistości – jak twierdzi Saryusz-Wolski – treść niektórych pytań została zmieniona.

Było 12 pisemnych pytań i odpowiedzi. Zamiast: 1/3 wywiadu, dot.4 oryg pytań > teraz 7 pytań 1,2,4,5 zmienione, 6,7 dodane, co zmienia sens wypowiedzi” – dowodził na Twitterze polityk. „Tytuł też zmanipulowany. Kolejne ich tweety brną jeszcze bardziej w manipulację tytułem. Chodzi o spowodowanie hejtu? To już nie jest dziennikarstwo” – polityk miał nawet pretensje do autora tytułu, pod jakim ukazał się wywiad.

Na wpisy Saryusza-Wolskiego szybko zareagował dziennikarz „Rzeczpospolitej” Jacek Nizinkiewicz. „Panie Pośle, z przykrością muszę przyznać, że po raz kolejny oszczędnie gospodaruje Pan prawdą. Proszę wziąć odpowiedzialność za własne słowa, a nie obarczać za nie innych odpowiedzialnością” – napisał redaktor.

Także użytkownicy Twittera nie zostawili na Saryuszu-Wolskim suchej nitki. „Bardzo ostrożnie formułuje Pan swoje oceny. Nie lepiej jest napisać wprost? Wolski to taki Gryglas, tyle tylko, że razy dziesięć większy i oślizły” – odpisał Nizinkiewiczowi jeden z internautów.

Proszę następnym razem oszczędzić nam tej żenady i nie sądzić, że ktoś chciałby o przemyśleniach, takich czy owych, Wolskiego czytać. Do TVPis niech Wolski idzie. Tam jego odbiorcy” – napisała inna użytkowniczka serwisu.

Jakim trzeba być człowiekiem, by zostać w rządzie pisowskim „ministrem kultury”? Znany muzyk Zbigniew Hołdys uważa, że po prostu chamem.

Śmierć wybitnego Polaka, Profesora Karola Modzelewskiego, historyka mediewisty, dysydenta, więźnia politycznego, jednego z liderów opozycji demokratycznej w okresie PRL, twórcy nazwy „Solidarność”, wstrząsnęła opinią publiczną. Nie całą oczywiście. Działacze PiSu postanowili tej śmierci nie zauważyć. Odezwał się tylko jeden, co mieni się ministrem od kultury, Piotr Gliński, który napisał na Twitterze:

„Komunista, rewizjonista, opozycjonista, więzień PRL-u (łącznie 8 lat!), „Solidarnościowiec”, mój starszy kolega z PAN, adwersarz polityczny”.

Internauci zareagowali błyskawicznie. Wśród nich Zbigniew Hołdys:

„Minister Chamstwa Gliński miał 8 lat, gdy Karol Modzelewski został skazany na 3,5 roku więzienia za walkę z komunizmem. W 1968 minister chamstwa kończył podstawówkę, gdy Modzelewski dostał kolejne 4 lata za udział w Marcu 1968. I dziś minister chamstwa mówi o KM komunista”.

Wpis Glińskiego ocenił również dziennikarz magazynu „Liberté” Aleksander Twardowski: „Trudno mi sobie wyobrazić większe prostactwo – zacząć to epitafium od „KOMUNISTA”. Jesteś, Gliński, idealnym reprezentantem tej podłej i szkodliwej władzy. Następcy powinni zadbać, aby w podręcznikach do historii pisać o was tylko źle i z należytą pogardą, dranie”.

„Nic dodać, nic ująć”?  …dodać jak najbardziej!

Mimo braku czołgów na ulicach prowadzone są przeciwko Polsce regularne działania wojenne

PiS posłał nas, Polaków, na wojnę. Krwawą, brutalną i bezwzględną. Część z nas tego nie widzi, bo „nie ma czołgów na ulicach” – nie jest w stanie ujrzeć zagrożenia, nie mając przed oczami jego najbardziej wyrazistych symboli. Żeby uśpić ich czujność, wystarczy po prostu je schować, nie wykładać kawy na ławę, zabierać wszystko co kochają kawałek po kawałku, nie nazywając tego zabieraniem i szepcąc uspokajające słowa.

Jest też część Polaków, która wojnę widzi, ale ma ją gdzieś, bo ich drużyna wygrywa, bo ich będzie na wierzchu. Nie pojmują, że właśnie ustanawiane są uniwersalne, bezwzględne i okrutne zasady walki, które ich także będą dotyczyć, których i oni padną ofiarami, bo przecież żadne zwycięstwo nie trwa wiecznie i to także przeminie.

Kolejna część ludzi sądzi, że „ich to nie dotyczy”, „to nie ich wojna”. Patrzą na politykę jak na grę komputerową, bez zrozumienia, że coś nie musi nas bezpośrednio dotyczyć, żeby nas dotknąć i na zawsze zmienić nasze życie.
Że jeśli nasz dom nie runie, ale runą wszystkie domy dookoła, to i tak nasz świat zmieni się bezpowrotnie, bynajmniej nie na lepsze.

I tak, od zwycięstwa wyborczego PiS, toczy się ta nigdy oficjalnie nie wypowiedziana bratobójcza walka, rzeź, o której mówi się, że jej nie ma, choć straty i ofiary widzimy codziennie.

Nienawidzimy się. Gardzimy sobą. Krzyczymy na siebie. Boimy się siebie. Rywalizujemy. Udowadniamy swoje racje. Zadajemy sobie głębokie i bolesne ciosy siekierą, które nie zagoją się przez wiele lat. Duma i to, kto wygra, jest ważniejsze niż rozsądek, solidarność, dobrobyt, radość, marzenia i plany, które kiedyś przecież jako społeczeństwo mieliśmy. Taka jest rzeczywistość. I jeśli te rządy potrwają dłużej, to tak już zostanie. Kolejne zwycięstwo PiS będzie celnym i ogromnym ciosem w nasz rdzeń kręgowy, w społeczną tkankę i materię, zaufanie, kapitał społeczny, wiarę w dobrze pojmowaną siłę instytucji państwa, ustrój jaki znamy, i w którym wielu z nas wychowało się i wzrastało – demokrację.

I bardzo ciężko będzie się z niego podźwignąć, ponieważ każdy dzień obecnych rządów to postępujący chaos, straty, zagarnianie kolejnych uprawnień, które się tej władzy nie należą i prób złamania ducha kolejnych grup społecznych.
Pisałam w poprzednim felietonie o tym, że wielu z nas czuje wszystkie symptomy stresu pourazowego, beznadzieję i nierealność tej sytuacji.

PiS to wie i po to zrobił. Posłał nas na tę wojnę celowo. Wiedział, że w umiejętnie już wcześniej skłóconym przezeń Smoleńskiem społeczeństwie już ujawniły się podziały, pokazały delikatne pęknięcia i rysy.

Wiedział, że teraz już wystarczy iskra, zagranie na kilku najniższych instynktach, żeby ludzie zaczęli bratobójczą walkę.
Przez którą, mimo wspólnej historii, bolesnych przeżyć i doświadczeń komunizmu, my Polacy, jesteśmy sobie po prostu obcy i tak wobec siebie okrutni i nieczuli. Samolubni i dziecinni.

Dlaczego PiS chce, żeby wojna i okopy były naszą rzeczywistością? Dlaczego z rozmysłem do tego doprowadził i podtrzymuje ten stan?

To akurat dość proste. Bo kiedy nie znasz dnia ani godziny, nie wiesz, czy przeżyjesz kolejny nalot, wybuch bomby, ani czy za chwilę nie rozerwie Cię granat myślisz tylko o przetrwaniu. Nie analizujesz. Nie zatrzymujesz się, nie bierzesz oddechu. Nie zadajesz sobie pytań, czy czegoś tak naprawdę chcesz i czy to sprawia ci radość, czy ufasz komuś, kto mówi różne dziwne rzeczy. Nie rozmyślasz zbyt wiele, nie filozofujesz, przestaje cię obchodzić, co dzieje się z innymi, bo skupiasz się na przetrwaniu własnym i swojej rodziny. Uczucia wyższe, plany i aspiracje sprzed wojny wydają się teraz małe i nieważne, wszystko schodzi na dalszy plan.

Nie ma na to miejsca, gdy jest ciągły stres, nieufność, patrzenie przez ramię, wyszczerzone zęby, kły i pazury. Spięcie i gotowość do wybuchu pod byle pretekstem. Nerwy napięte do granic możliwości czekające tylko na powód do wybuchu. Góra dół. Adrenalina. Walka od rana do wieczora. Wojna, do której pretekstem jest słowo za dużo, krzywy uśmiech, zła mina, wszystko. Nienawiść. Obcość. W takich warunkach człowiek nie może się rozluźnić, kochać, żyć, czuć spokoju i czułości. Rozwijać się – jako jednostka i w społeczeństwie. To nie są warunki do doskonalenia się, zdobywania wiedzy, planowania przyszłości, racjonalnego myślenia o gospodarce, prawie, sprawach ustrojowych, edukacji. Do tego potrzebny jest spokój i racjonalność, powolność, namysł, rozluźnienie, zaufanie, inteligencja, dyskusja, konsekwentne, planowe działanie. Dlatego do takiego stanu PiS nie może dopuścić.

Wie, że jeśli przestanie nas bombardować hakami, aferami, plwocinami, obelgami, wrzaskiem, chamstwem i agresją, przemocą, kiedy wreszcie zapadnie cisza, wszyscy uspokoją się, otrzeźwieją z wojennego szału i odetchną, zobaczą grupkę miernych, prostych, dość głupich w gruncie rzeczy bandziorków drobnego kalibru, a czasem drobnych cwaniaczków, którym paroma spluwami, hukiem i hałasem udało się sterroryzować całe osiedle.

I mądrzy ludzie będą zdumieni: jak u diabła mogło do tego dojść?, nie rozumiejąc, że zadziałała najprostsza psychologia.

PiS zdaje się rozumieć tylko język, chamstwa i przemocy i są tacy, którzy uważają, że tak właśnie należy się z nimi rozprawić. Ja jednak myślę, że znając mechanizm rządzenia przez wywoływanie wojny i utrzymywania ludzi w stanie ciągłego stresu, można go po prostu zablokować.

Wojnie przeciwstawić solidarność, krzykowi spokój, nadużyciom sprawiedliwe lecz surowe sądy i kary, gdy przegrają wybory, propagandzie wyborczą kartkę (nie ma nic ważniejszego niż pójść i zagłosować) i rzetelną informację, nadużyciom – nagłaśnianie, chamstwu klasę, godność i autentyczną prawość i zasady.

I nade wszystko spróbować przekonać jak najwięcej niedowiarków, że mimo braku czołgów na ulicach prowadzone są przeciwko Polsce regularne działania wojenne, najgorsze z możliwych – bo nie na terenie wroga, tylko na naszym własnych.

Aleksander Kwaśniewski był gościem Karoliny Lewickiej w radiu TOK FM. Były prezydent mówił m.in. o 15 latach obecności Polski w Unii Europejskiej.

Hej

mówiliście coś o Unii? Po co startować do Parlementu Europejskiego, którego się nienawidzi? Paradoks polega na tym, że najbardziej za Euro jesteście wy. A dokładnie za pensją w Euro. €€€ #WiekiWybór przed nami. Kompetencje albo 27:1

Raskolnikow

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

To także zniszczenie demokracji w Polsce i wykopanie nas ze struktur europejskich.

Grzegorz Schetyna ponownie wezwał Jarosława Kaczyńskiego do debaty o pozycji Polski w Europie. Szef Platformy Obywatelskiej podstawę rozmowy zawarł w trzech pytaniach, które definiują dzisiejszą sytuację kraju w Unii Europejskiej. I nie jest to definicja, która musi się prezesowi PiS podobać. Schetyna pyta, czy standardy demokratyczne przestaną być łamane, te są bowiem warunkiem członkostwa w europejskiej wspólnocie. Dwa następne pytania są trudniejsze, ale i one muszą być zadane: czy PiS potrafi odzyskać pieniądze, które zostały przegrane w dotychczasowych negocjacjach nad przyszłym budżetem UE oraz – czy Kaczyński zerwie sojusze z siłami, które dążą do rozbicia Unii od środka.

Nie są to pytania wydumane ani politycznie konfrontacyjne. Wynikają z utraconej przez PiS pozycji Polski w Europie. Stajemy się krajem coraz bardziej marginalnym. I o to może chodzić Kaczyńskiemu – wówczas rządzić autorytarnie jest o…

View original post 1 060 słów więcej

 

Dorwać Tuska, zrobić nauczycieli w bambuko, zaprowadzić państwo katolicko-narodowe. Oto PiS

25 Kwi

Na Nowogrodzkiej odbyła się burza mózgów, w efekcie której prezes zlecił swoim ludziom – odpowiedzialnym za edukację – sformułowanie na piśmie propozycji dla nauczycieli. W największy skrócie oznaczają one powrót do wcześniejszej emerytury i dobrowolnego wyboru czasu pracy. Ma to w efekcie doprowadzić do „bezbolesnego” zwiększenia pensum.

Punktem wyjścia w tym planie jest zwiększenie czasu pracy – nawet do 24 godzin tygodniowo. Jednocześnie, na rok lub dwa, proponuje się przywrócenie w Karcie Nauczyciela przepisu, który pozwoliłby nauczycielom odejść na wcześniejszą emeryturę po 30 latach pracy, w tym 20 lat w oświacie (z tzw. kredą), niezależnie od wieku. Eksperci z PiS szacują, że z takiego rozwiązania mogłoby skorzystać ok. 100 tys. nauczycieli.

Autorzy PiSowskiej oferty, nie są nieświadomi faktu, że jeśli nauczyciele skorzystaliby z niej, to najczęściej odchodziliby ci najbardziej doświadczeni, a więc najlepiej zarabiający. Lukę po nich można by było wypełnić młodymi pedagogami wchodzącymi do zawodu oraz tymi którzy zdecydowaliby się na zwiększenie pensum w zamian za wyższe wynagrodzenie – przekonują. Na dodatek takie rozwiązanie byłoby bezkosztowe dla samorządów.

PiS liczy, że możliwość większych zarobków skusi zwłaszcza młodych, dopiero wchodzących do zawodu pedagogów. Docelowo ma to doprowadzić do wygaszenia 18-godzinnego pensum. Rozwiązania takie miałyby wejść w życie w ciągu najbliższego roku lub dwóch lat.

Sławomir Broniarz, szef ZNP, przestrzega jednak, że dłuższa praca wcale nie oznacza lepszych zarobków. PiS jest innego zdania. Nauczyciele na zasadzie dobrowolności będą więc decydować, jak długo i za ile chcą pracować – uważają rządzący.

ZNP krytykuje zmiany proponowane przez decydentów. Jak przekonuje prezes związku Sławomir Broniarz, nie ma stanu wyjątkowego, który usprawiedliwiałby wprowadzanie zmian w przepisach bez konsultacji społecznych. „Zgodnie z logiką nowego prawa wystawianiem ocen równie dobrze mogłyby się zająć komputery” – ocenił Broniarz.

Szef RE został wezwany na przesłuchanie przed komisję śledczą ds. VAT. Jej przewodniczący Marcin Horała z PiS narzeka jednak na brak osobistego kontaktu z szefem Rady Europejskiej i byłym premierem Polski. – „Zazwyczaj staramy się nawiązać kontakt nieformalny ze świadkami, żeby uzgodnić jakiś termin, w którym świadek zadeklaruje, że będzie. W przypadku pana Donalda Tuska, pomimo kilku prób kontaktu ze strony biura komisji nie udało się, więc w końcu wysłaliśmy wezwanie na 29 maja” – stwierdził poseł. Jak czytamy w portalu NaTemat, podobno przewodniczący Rady Europejskiej korespondencję odebrał.

Potwierdzenie czy Donald Tusk zamierza się stawić przed komisją we wskazanym terminie, jeszcze nie nadeszło. Natomiast Horała zaznaczył, że końcówka maja to specjalnie wybrany termin, który ma wytrącić argument walki wyborczej za pomocą przesłuchania przed komisją śledczą.

Termin terminem, ale komisja raczej sporo ryzykuje zapraszając Donalda Tuska. Dlaczego? Przypomnijmy: jego ostatnie przesłuchanie przed jedną z założonych przez PiS komisji śledczych zakończyło się spektakularnym blamażem Małgorzaty Małgorzata Wassermann, która przesłuchiwała byłego premiera w sprawie afery Amber Gold. – Odradzałbym zapraszanie mnie na komisje. Po co psuć nastrój przesłuchującym? Te komisje są ewidentnie przygotowywane przez PiS dla udowodnienia politycznych tez. Nie wiem, dlaczego PiS chce zaryzykować walkę, nawet nie ze mną, ale z faktami” – mówił wówczas Donald Tusk.

To także zniszczenie demokracji w Polsce i wykopanie nas ze struktur europejskich.

Grzegorz Schetyna ponownie wezwał Jarosława Kaczyńskiego do debaty o pozycji Polski w Europie. Szef Platformy Obywatelskiej podstawę rozmowy zawarł w trzech pytaniach, które definiują dzisiejszą sytuację kraju w Unii Europejskiej. I nie jest to definicja, która musi się prezesowi PiS podobać. Schetyna pyta, czy standardy demokratyczne przestaną być łamane, te są bowiem warunkiem członkostwa w europejskiej wspólnocie. Dwa następne pytania są trudniejsze, ale i one muszą być zadane: czy PiS potrafi odzyskać pieniądze, które zostały przegrane w dotychczasowych negocjacjach nad przyszłym budżetem UE oraz – czy Kaczyński zerwie sojusze z siłami, które dążą do rozbicia Unii od środka.

Nie są to pytania wydumane ani politycznie konfrontacyjne. Wynikają z utraconej przez PiS pozycji Polski w Europie. Stajemy się krajem coraz bardziej marginalnym. I o to może chodzić Kaczyńskiemu – wówczas rządzić autorytarnie jest o wiele łatwiej, gdyż nie ma nacisków zewnętrznych.

Można się spodziewać braku odpowiedzi Kaczyńskiego na debatę. Wszak nie staje do żadnych rozmów tete-a-tete ze swoimi największymi przeciwnikami od 12 lat, kiedy to został zapytany o cenę jabłek – nie wiedział nawet, czy kupuje się je w sklepie.

Ponadto Schetyna jest depozytariuszem opozycji w kraju i to o możliwościach niebagatelnie dużych. Mianowicie szef PO odpowiada za zdecydowaną większość Polaków, za tych, którzy nie głosowali na PiS. Dzisiaj opozycja jest nawet silniejsza, lecz ciągle grozi jej rozproszenie. Warto mieć zanotowane w tyle głowy, że na PiS głosowało tylko 19 procent wszystkich dorosłych Polaków.

O to toczy się ta polityczna gra. Schetynie udało się stworzyć szeroką Koalicję Europejską na eurowybory. Czy ta formuła przetrwa do wyborów krajowych, a może powinna być rozszerzona bądź radykalnie zmodyfikowana? Sondaże dotyczące wyborów do krajowego parlamentu wskazują, że opozycja zjednoczona we wspólnym froncie jest w stanie odsunąć PiS od władzy.

I tak – sondaż z panelu Ariadna wskazuje, że PiS pozostałby u władzy, gdyby obok Koalicji Europejskiej oddzielnie startowała Wiosna Roberta Biedronia. PiS uzyskałby 33 proc. poparcia elektoratu, KO – 29 proc., zaś Wiosna 10 proc. Zupełnie inne nastroje byłyby, gdyby Schetyna wraz z Biedroniem zwarli szyki, uzyskaliby wspólnie 36 proc., a PiS tylko 31.

Wezwanie Schetyny do debaty zawiera jedną ukrytą myśl, która zwraca uwagę na Biedronia – mianowicie szef PO uważa, że „nie potrzeba do (debaty z Kaczyńskim) osób trzecich”. Osoba trzecia – Biedroń – też zgłosiła się do rozmowy z Kaczyńskim. Szef Wiosny uzyskał odpowiedź w tej kwestii od Beaty Mazurek: „no dobra, pośmialiśmy się”.

Kaczyński śmieje się z Biedronia na Nowogrodzkiej albo na Żoliborzu. Do „debat” wysyła swoich sprawdzonych „zwycięzców”, jak Beatę Szydło, która niedawno odniosła „sukces” ze strajkującymi nauczycielami i podpisała porozumienie z nauczycielską Solidarnością w osobie Ryszarda Proksy.

I jako Proksa może być potraktowany Biedroń. Kaczyński na przykład zechce delegować do rozmów z nim Mateusza Morawieckiego, który nie ma żadnych uprzedzeń, aby kłamać w żywe oczy. W rozgrywaniu i szczuciu prezes PiS jest mistrzem. Ale wszystkie atuty są w rękach opozycji. Za PiS stoi tylko 19 proc. wszystkich Polaków.

Oby nie okazało się, że nadal obowiązuje jedno z najbardziej znanych powiedzeń o Polakach, że „i przed szkodą, i po szkodzie głupi”. Druga kadencja PiS u władzy to zniszczenie demokracji w kraju, zaprowadzenie autorytaryzmu katolicko-

Kaczyński, Glapiński, Morawiecki idą na dno w swoim bagnie. Czy potraktować ich kijem, czy wysłać na banicję?

2 Mar

Na antenie radia RMF FM prezes Jarosław Kaczyński udzielił obszernego wywiadu, w którym odniósł się do sprawy budowy bliźniaczych wieżowców, nadchodzących wyborów i partyjnego programu wyborczego. W rozmowie z Krzysztofem Ziemcem szef PiS stwierdził, że złożyłby zeznania przed prokuraturą i jednocześnie zaznaczył, że budynek przy Srebrnej nie mógł powstać, bo „w Polsce nie ma praworządności„.

>>>

Ten fragment wypowiedzi prezesa natychmiast skomentował Lech Wałęsa. „Wieże+” – napisał na swoim Twitterze były prezydent, nawiązując tym samym do sztandarowego programu wyborczego partii rządzącej „500+”, który jak ujawnił w wywiadzie Kaczyński był jego własnym pomysłem.

W wywiadzie została poruszona również sprawa katastrofy smoleńskiej. Kaczyński powiedział, że „trwają prace dotyczące wyjaśnienia katastrofy, ale lepiej nie bulwersować opinii publicznej, nie prowadzić do wznowienia dyskusji, póki nie ma ostatecznych wyników.”

Również i te słowa prezesa doczekały się natychmiastowego wpisu ze strony Lecha Wałęsy, który nie krył oburzenia: „Dochodzimy do prawdy”. Bulwersująca ściema przez 96 miesięcy, kosztem podatników i traumy rodzin ofiar katastrofy. Chodziło tylko o to żeby bratu wystawić pomnik większy niż Piłsudskiego którego pilnuje policja w reprezentacyjnym miejscu w Warszawie.”

Na koniec były prezydent odniósł się do wypowiedzi Kaczyńskiego na temat jego słabości, jaką jest oglądanie rodeo, które go strasznie bawi i śmieszy. „Rodeo będziesz miał już niedługo w wyborach” – napisał w swoim stylu Lech Wałęsa.

Po przedwczesnym wystrzeleniu się z wyborczych obietnic, tym razem ze znacznym opóźnieniem Jarosław Kaczyński zabrał się za pudrowanie swojego nadwątlonego taśmami wizerunku. Tym razem, po „mocnym” wywiadzie dla tygodnika „Sieci” zdecydował się udzielić odpowiedzi byłemu już dziennikarzowi „Wiadomości” TVP Krzysztofowi Ziemcowi na antenie RMF FM.

Wśród wielu wątków poruszonych w rozmowie na uwagę zasługuje szczególnie ten dotyczący taśm. Ziemiec zaczął wątek pytaniem: „Jeśli prokuratura zdecydowałaby o wszczęciu śledztwa i wezwała pana, stawi się pan na takie przesłuchanie?”. Kaczyński odparł, że oczywiście i dodał znamienne zdanie: „Jestem obywatelem jak każdy inny”. I jak każdy inny może „bez żadnego trybu”?

Kontynuując odpowiedział, że nie ma sobie nic do zarzucenia, a szwindel, w którym brał udział wynikał tylko z miłości do naszej wspólnej sprawy – Polski. „[…] chciałem zrobić coś bardzo pożytecznego z punktu widzenia, już nawet nie tylko mojego obozu politycznego, ale po prostu Polski. Nieco zrównoważyć tę sytuację na rynku idei, instytucji, które mogą wspierać różnego rodzaju idee. […] I gdyby ten budynek, o który chodzi, powstał, to Instytut Lecha Kaczyńskiego stałby się fundacją bardzo silną, a w dalszej perspektywie […] byłaby ta fundacja, czy ten instytut jeszcze dużo silniejszy. Krótko mówiąc: to chodziło właśnie o to, by wykorzystać pewne możliwości. Bo ta działka na Srebrnej to jest pewna możliwość”. 

Na koniec butnie wylał swe żale na to, że prawo krępuje jego biznesowe zapędy. Mówił: „Nie udało się z powodów przede wszystkim związanych z brakiem praworządności w Polsce, to znaczy w Polsce może być tak, że po prostu z powodów czysto politycznych i personalno-politycznych można czegoś odmówić instytucji, która ma do tego prawo”.

Czy wobec tego Prawo i Sprawiedliwość rozumie dewizę ze swojej nazwy, jako podporządkowanie prawa biznesowym interesom swoich członków?

Później redaktor zapytał o zasadność śledztwa prokuratorskiego, które ostatecznie pozwoliłoby oczyścić się Kaczyńskiemu z zarzutów. Prezes Prawa i Sprawiedliwości odpowiedział: „Śledztwo w moim przekonaniu sensu nie ma, ale to jest już decyzja prokuratury. I ja nie chcę w żadnym wypadku na nią wpływać”.

Samo zdanie „ja nie chcę w żadnym wypadku na nią [decyzję prokuratury] wpływać” zawiera jasną sugestię, że Kaczyński, po pierwsze ma moc do tego, żeby na decyzję prokuratury wpłynąć, po drugie, robi to publicznie naciskając podczas radiowego wywiadu, co zauważył słusznie Roman Giertych.

Jarosław Kaczyński ma się czego bać, dlatego udzielił wywiadu dla bezpiecznego redaktora, który pozwolił mu na subtelny przekaz dla Zbigniewa Ziobry. Mówiąc, że śledztwo nie ma sensu, nie brzmi wiarygodnie stawiając się w roli sędziego we własnej sprawie. Czyżby bał się, że śledztwo wywlecze na wierzch poważniejsze występki, bądź zaktualizuje listę haków łasego na władzę w Zjednoczonej Prawicy Ziobry?

Posłowie Platformy Obywatelskiej-Koalicji Obywatelskiej zapowiedzieli  złożenie zawiadomienia do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa w Narodowym Banku Polskim. Tym razem ma chodzić o kierowanie do rad nadzorczych instytucji finansowych osób, które nie spełniają podstawowych kompetencji określonych przez UE. – Do tej pory nie znamy kompetencji pań, które w tej instytucji zasiadają – mówił w Sejmie Jarosław Urbaniak z PO.

Posłowie PO-KO odnieśli się do opublikowanych przez NBP zarobków pracowników. Na mocy specjalnej ustawy NBP musiał ujawnić, ile zarabiają w Narodowym Banku Polskim współpracowniczki prezesa Glapińskiego: szefowa departamentu komunikacji i promocji Martyna Wojciechowska oraz dyrektor gabinetu prezesa NBP Kamila Sukiennik.

Z doniesień medialnych wynikało, że panie zarabiają po 65 tys. złotych miesięcznie. NBP dementował te informacje na konferencji po posiedzeniu RPP na początku stycznia. Wówczas dyr. Ewa Raczko zapewniała: – Na pewno nie zarabia rewelacyjnych 65 tys. zł. Tego typu zarobki występują na stanowiskach prezesów. Wojciechowska może być w grupie osób zarabiających nieco więcej, niż przeciętne wynagrodzenie dyrektora.

– Przez 3 miesiące prezes Glapiński nie był w stanie odpowiedzieć na nasze pytania, dlaczego pani z departamentu niezbyt merytorycznego zarabia o 22 tys. więcej od dyrektorów departamentów wyspecjalizowanych, merytorycznych, zarządzających, zajmujących się ryzykiem – mówi Krzysztof Brejza.

Dla kogo ekskluzywna willa

Ale to nie jedyne pytania, jakie posłowie opozycji zadali prezesowi Glapińskiemu. Pytali też o wyjazd do Davos, wynajem ekskluzywnej willi, a także o to, kto uczestniczył w wyjazdach zagranicznych.

– Będziemy pytać dalej, prezes Glapiński nie zaknebluje nam ust – mówił Krzysztof Brejza i zapowiedział, że przygotowywane są kolejne wnioski w trybie ustawodawczym o dostęp do informacji publicznej. – Opinia publiczna będzie miała pełną wiedzę nt. tego, jakie wielkie księstwo, państwo szejków pobudowane zostało w NBP – mówił poseł PO.

Jakie kompetencje maja tzw. dwórki?

Jarosław Urbaniak poinformował, że w związku z tym, że nie ma nadal odpowiedzi prezesa Glapińskiego na temat kompetencji pań kierowanych do rad nadzorczych instytucji finansowych, Platforma skieruje zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa w zakresie kierowania do rad nadzorczych osób, które nie spełniają podstawowych kompetencji, jakie zgodnie z prawem muszą spełniać.

Jak tłumaczył Jarosław Urbaniak, te kompetencje są dokładnie opisane przez instytucje unijne. Szczegółowy zapis kompetencji został wprowadzony po doświadczeniach z kryzysem greckim.

– To kolejny strzał w stopę pana Glapińskiego. Tuż przed ustaleniem budżetu europejskiego,UE dowiaduje się, że we władzach krajowego depozytu papierów wartościowych zasiadają osoby niekompetentne – mówił Urbaniak.

– Do dzisiaj nie znamy kompetencji pań, które w tych instytucjach zasiadają – dodaje poseł PO.

W Polsce rozpoczyna się maraton wyborczy, który zdecyduje o przyszłości kraju. Młode pokolenie polityków opozycji może zagrozić hegemonii PiS – pisze „FAZ” zastrzegając, że nic nie jest przesądzone.

W Polsce rozpoczyna się maraton wyborczy, który zdecyduje o przyszłości kraju. Młode pokolenie polityków opozycji może zagrozić hegemonii PiS – pisze „FAZ”, zastrzegając, że nic nie jest przesądzone.

Warszawski korespondent „FAZ” Gerhard Gnauck zwraca uwagę na przewodniczącego PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza. Zdaniem niemieckiego dziennikarza 37-letni lider może być jednym ze zwycięzców maratonu wyborczego w Polsce, zaczynającego się wyborami do Parlamentu Europejskiego w maju br., a kończącego się wyborami prezydenckimi w roku przyszłym.

Kosiniak-Kamysz należy do nowego pokolenia w polskiej polityce. Jego atutem jest młody wiek, a równocześnie doświadczenie w pracy w rządzie. Od 2011 do 2015 roku polityk PSL był ministrem pracy w rządach Donalda Tuska i Ewy Kopacz – przypomina Gnauck.

Autor wyjaśnia, że PSL jest silna na prowincji, ale w wyborach parlamentarnych nie może być pewna wyniku powyżej progu wyborczego. Kosiniak-Kamysz ucieleśnia „nowy PSL” – łączący tradycję i katolicką spuściznę z tematami w rodzaju ochrony środowiska i zielonej energii.

Pragmatyzm PSL

„PSL jest przede wszystkim pragmatyczny” – ocenia Gnauck. Po 1989 roku partia wchodziła w koalicję zarówno z postkomunistami jak i z liberalnym skrzydłem polityków wywodzących się z Solidarności.

„Dzięki temu pragmatyzmowi PSL może przeżyć swoją drugą wiosnę, jeśli wyborcy będą mieli dosyć polaryzacji spowodowanej grasującym w Europie populizmem. Wtedy może wybić godzina Kosiniaka-Kamysza” – spekuluje Gnauck dodając, że niektórzy obserwatorzy widzą młodego lidera jako premiera.

PiS traktuje ostatnio PSL jak swojego wroga i zwalcza partię chłopską wszystkimi dostępnymi środkami. Przestraszyło to PSL do tego stopnia, że przyłączyła się do Koalicji Europejskiej – szerokiego sojuszu na wybory do Parlamentu Europejskiego.

Na lewicy Nowacka

Jak zaznacza Gnauck, partnerem Kosiniaka-Kamysza w Koalicji Europejskiej będzie między innymi inna nadzieja polskiej polityki – Barbara Nowacka. Autor zwraca uwagę na lewicowe tradycje jej rodziny i podkreśla, że jej politycznym celem są prawa kobiet i rozdział Kościoła od państwa.

Gnauck pisze, że jednym z głównych tematów kampanii wyborczej będzie miejsce Polski w Europie. PiS co prawda twierdzi, że nie chce „polskiego Brexitu”, jednak opozycja ostrzega, że mając nawet dobre zamiary, można, jak brytyjski premier David Cameron swoim referendum, osiągnąć efekt przeciwny do zamierzonego.

W wyborach do PE Koalicja Europejska może uzyskać wynik w granicach 35 proc., mniej więcej tyle samo co PiS – przewiduje Gnauck.

Biedroń walczy na własną rękę

Autor przypomina, że do koalicji nie wszedł Robert Biedroń. Lider „Wiosny” pojmuje na swój sposób polską tradycję: wzorem dla niego nie jest marszałek Józef Piłsudski, lecz bojowniczki o prawa kobiet, które w 1918 roku w śniegu godzinami wystawały przed jego willą, by skłonić go do przyznania praw wyborczych kobietom. Biedroń uważa, że osiągnie sukces, działając na własną rękę. Sondaże dają mu wynik w granicach 10 proc.

Młode pokolenie polityków, nieobciążone walkami z okresu zwrotu w 1989 roku, może stworzyć opozycji nowe szanse. Ich młody wiek nie daje jednak gwarancji na sukces – zastrzega Gnauck, dodając, że PiS też ma w swoich szeregach młodych utalentowanych działaczy.

Na korzyść PiS przemawia fakt, że młodzi wyborcy w Polsce są obecnie nastawieni konserwatywnie i patriotycznie. Pewną rolę mogą odegrać też najnowsze obietnice socjalne – dodatek 500+ na pierwsze dziecko i trzynasta emerytura.

Mamy w Polsce świetlaną tradycję państwa podziemnego, nie jesteśmy więc skazani na czczenie zbrodniarzy. Ci, którzy gloryfikują Łupaszkę czy Burego, robią tak z wyboru, a nie konieczności.

Dzień tzw. żołnierzy wyklętych, czyli bojowników zbrojnego podziemia antykomunistycznego po 1945 r., stał się dla środowisk narodowej prawicy nową okazją do demonstrowania uwielbienia dla przemocy i pogardy dla norm świata cywilizowanego.

Spór nie polega na tym, czy przyznajemy słuszność tym, którzy sprzeciwiali się systemowi narzucanemu Polsce po wojnie przez Związek Sowiecki. Oczywiście, że przyznajemy. Nie kłócimy się nawet o to, czy walkę przeciw instalowanemu komunizmowi można było prowadzić z bronią w ręku. Można było. W obliczu przemocy, aresztowań, wywózek na Sybir wielu żołnierzy podziemia nie widziało innego wyboru, jak pozostać w lesie. Byli też tacy, którzy po rozwiązaniu AK wrócili do cywila, ale zagrożeni aresztowaniem ponownie dołączyli do oddziałów zbrojnych.

Przedmiotem sporu jest natomiast kwestia, jakich metod w walce zbrojnej można używać i do kogo można strzelać. Wojna też ma swoje prawa i jest regulowana międzynarodowymi konwencjami, które zabraniają mordować ludność cywilną. Nawet tocząc wojnę sprawiedliwą w słusznej sprawie nie wolno strzelać do kobiet ani dzieci, nie wolno uprowadzać chłopów z wozami do lasu, a następnie ich rozstrzeliwać.

A właśnie takie zbrodnie mają na sumieniu niektórzy z ludzi lansowanych ostatnio na „bohaterów narodowych”. Co gorsza, są oni lansowani nie tylko przez nacjonalistycznych ekstremistów spod znaku ONR i Młodzieży Wszechpolskiej. Pogrzeb majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” stał się w 2016 r. wielką uroczystością państwową, a sam „Łupaszka” został pośmiertnie awansowany do stopnia pułkownika. Jego gloryfikatorom z prezydentem RP Andrzejem Dudą jakoś nie przeszkadza fakt, że ten żołnierz AK miał na sumieniu zbrodnię wojenną polegającą na wymordowaniu – w odwecie za zbrodnię litewską we wsi Glinciszki – cywilnych mieszkańców wsi Dubinki na Wileńszczyźnie, w tym kobiet i nieletnich, zresztą nie tylko Litwinów, bo wśród ofiar trafiła się też Polska z kilkuletnim dzieckiem.

Inny idol narodowej prawicy Romuald Rajs „Bury” odpowiada za zamordowanie w Puchałach Starych na Podlasiu w 1946 r. 30 chłopów-furmanów, których najpierw uprowadził i zmusił do transportowania jego oddziału. Zamordowani byli prawosławnymi Białorusinami i wszystko wskazuje na to, że właśnie to kryterium religijno-etniczne było powodem zbrodni, bo furmani narodowości polskiej zostali puszczeni wolno.

Takich oto bohaterów podsuwa nam nacjonalistyczna prawica jako wzorzec godny upamiętnienia, czczenia i naśladowania. A w tym samym czasie strasznie się oburza i potępia Ukraińców gloryfikujących żołnierzy UPA, którzy mają na sumieniu zbrodnie wojenne. W tym przypadku jej stanowisko jest klarowne i precyzyjne: nie można rozgrzeszać i czcić zbrodniarzy, nawet jeśli walczyli o wolność swej ojczyzny.

Więc jak to jest, panowie prawicowcy, banderowców nie można gloryfikować, a Burego i Łupaszkę można? Ukraińcy mordujący polskich wieśniaków na Wołyniu są zbrodniarzami, a Polacy mordujący litewskich wieśniaków na Wileńszczyźnie i białoruskich na Podlasiu kim są? Bohaterami narodowymi?

Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie twierdzę, że czczenie przez Polaków polskich zbrodniarzy wojennych jest tak samo naganne jak czczenie przez Ukraińców zbrodniarzy ukraińskich. W rzeczywistości bowiem jest bardziej naganne i kompromitujące. Taka postawa bardziej obciąża polskie sumienia niż ukraińskie. Z tego prostego powodu, że Ukraińcy nie mają wyboru – UPA była jedyną formacją walczącą w czasie II wojny światowej o wolną Ukrainę. Każdy naród musi i chce czcić tych, którzy przelewali krew za ojczyznę – a tragedia i przekleństwo ukraińskiej historii polega na tym, że ta sama armia podziemna reprezentuje tradycję niepodległościową i ma na sumieniu masowe zbrodnie.

My w Polsce nie mamy takiego problemu – sięgając po wzorce z przeszłości, możemy się odwołać do czystej tradycji państwa podziemnego i Armii Krajowej, która jako całość nie splamiła się zbrodniami wojennymi ani nie ma na sumieniu czystek etnicznych. Mamy pod dostatkiem świetlanych postaci mogących służyć za przykład i inspirację. Mamy Jana Karskiego, Władysława Bartoszewskiego, ludzi organizujących w ramach polskiego państwa emigracyjnego i konspiracyjnego Radę Pomocy Żydom „Żegota”. Mamy powstańców warszawskich. Mamy setki tysięcy ludzi tworzących w czasie wojny największą podziemną armię na świecie. W przeciwieństwie do Ukraińców mamy alternatywę i nie jesteśmy skazani na czczenie zbrodniarzy.

Ci, którzy stawiają na piedestale Łupaszkę, Burego czy żołnierzy NSZ kolaborujących z hitlerowcami i odpowiadających za zbrodnie na Żydach, czynią tak nie dlatego, że nie mają wyboru. Mają wybór. Ale wolą tych idoli. To najlepiej pokazuje, jaki jest ich system wartości i kim są.

„Mateusz Morawiecki zaczynał od przestrzegania przed prostym rozdawnictwem. Był solidarystą, ale z pomysłem na bardziej różnorodne priorytety. Dziś został sprowadzony do roli mechanicznego, choć zaufanego wykonawcy. I to jest ważniejsze niż pytania, czy grożono mu dymisją, czy przeciwnie, może mieć uzasadnioną nadzieję na fotel pisowskiego delfina” – przekonuje publicysta Piotr Zaremba.

Jest jak pokerzysta, któremu karta nie idzie, więc podwaja stawkę i gra o wszystko” – napisał o premierze Mateuszu Morawieckim Krzysztof Mazur z Klubu Jagiellońskiego. Od dwóch polityków Prawa i Sprawiedliwości usłyszałem, że ten tekst, zawieszony na stronie klubu, zrobił pewne wrażenie w obozie rządowym.

Kasjer od wypłat

Mazur sformułował tę ocenę roli Morawieckiego przy okazji skrytykowania najświeższego pomysłu PiS na wygranie wyborów za pomocą 40 mld zł, w dużej mierze rozdawanych obywatelom. Zwrócił uwagę, zresztą nie on jeden, na dokonanie strategicznego wyboru: finansowania konsumpcji zamiast naprawy, jak to nazywa Mazur, różnych polityk publicznych (a w szerszym sensie kosztem rozwoju).

Nie o wszystkim da się tak powiedzieć. Zamiar dofinansowania połączeń komunikacyjnych ma naturę prorozwojową, cywilizacyjną. Tym niemniej warto przypomnieć, że Morawiecki zaczynał karierę w rządzie PiS od wypowiadanych na zamkniętych zebraniach przestróg przed rozdawnictwem traktowanym jak lek na wszystko. Dziś staje się tego rozdawnictwa twarzą.

Pewnie znajdzie środki, choć zapowiedzi sfinansowania wszystkiego z uszczelnienia systemu podatkowego brzmią gołosłownie. Trzeba będzie ciąć inne cele. A przy okazji zmienić się – mowa nadal o premierze – w kasjera od wypłat.

Pisowscy obserwatorzy boją się bardziej innych konsekwencji, też wyborczych. – Mówiliśmy, że nie mamy dużo mniejszych pieniędzy dla nauczycieli czy lekarzy. Teraz możemy dać tym grupom jedynie ochłapy, co wpłynie na kampanię. A na dokładkę musimy się tłumaczyć, skąd mamy te 40 mld zł – relacjonuje ważny polityk obozu rządowego, dodajmy, w przededniu strajku szkolnego, który może zakłócić egzaminy.

Oczywiście mój rozmówca nie będzie zarazem kwestionować rozmachu budżetowych prezentów. Możliwe przecież, że ich adresaci zaważą na wynikach wyborów, są to wszak grupy najszersze. Komentatorzy próbujący się przebić ze swoimi przestrogami wypadają w takim przypadku jak śmieszni osobnicy idący z parasolem naprzeciw huraganowi.

Na kłopoty wyścig z Wiosną

Trudno też nie zauważyć dodatkowych, można rzec, łagodzących okoliczności. Opozycja w głównym nurcie nie prezentuje zasadniczo odmiennego programu, a pierwszą reakcją Grzegorza Schetyny było podkreślenie, że 500 plus na pierwsze dziecko to pomysł Platformy Obywatelskiej. Ten rządowy pakiet jest także odpowiedzią na ofensywę Roberta Biedronia. To Wiosna przypomniała o niezrealizowanej obietnicy przywrócenia autobusu w każdej gminie, trzynastka dla emerytów to replika na żądanie emerytury obywatelskiej itp.

Można by rzec, że powstanie ruchu Biedronia przesądziło o kształcie polskiej polityki na najbliższe lata. Będzie się ona toczyć w cieniu licytacji nie tylko na ekonomiczny interwencjonizm (to dzieje się od lat), lecz także oznacza grę najprostszymi finansowymi transferami, często tracącymi pierwotne cele. Efekt pronatalistyczny programu 500 plus okazał się wątpliwy, a w przypadku pieniędzy na pierwsze dziecko jest wątpliwy jeszcze bardziej. Istotą staje się redystrybucja. Ona oczywiście zmienia trochę strukturę społeczną. Ale jej skutki w tej sferze pozostają niejasne, nieprzewidywalne. Jednak efekty polityczne na kilka miesięcy przed wyborami są niewątpliwe.

Zarazem opozycja ma trochę racji, twierdząc, że ta ofensywa to także odpowiedź na kłopoty obozu rządowego. Kiedy nie udało się zaryzykować wcześniejszych wyborów parlamentarnych przed europejskimi, PiS zajrzała w oczy groźna perspektywa wielu miesięcy bez nowych celów mobilizujących publikę, za to pod znakiem rozliczania rządzących z afer i nawet drobnych potknięć. Częścią tego stała się wyraźnie wykreowana na potrzeby wyborcze „afera Srebrnej”, ale nic bardziej nie drażniło ostatnio jak wysokie zarobki protegowanych prezesa NBP Adama Glapińskiego.

Doszły do tego inne porażki. Polityka zagraniczna nie jest w Polsce polem głównej rozgrywki, ale łatwo było przedstawić upokarzające nas wypowiedzi izraelskich polityków jako fiasko dotychczasowego kursu. Jarosław Kaczyński postanowił więc przeciąć wszystkie gordyjskie węzły za jednym zamachem. Nie korektami polityki podatkowej, manipulowaniem VAT czy kwotą wolną od podatku, a wielką narodową wypłatą. Wedle wszelkich informacji – dyskusji w kierownictwie PiS nie było. Sprawa rozegrała się między „Naczelnikiem” a premierem – przy czym ten ostatni otrzymał po prostu zadanie do wykonania: policzyć i przybrać w odpowiednie słowa.

Ten aspekt pozycji szefa rządu to kolejny powód zainteresowania w PiS takimi tekstami jak ten Mazura. Ścierają się skrajne wersje: premiera zagrożonego dymisją i premiera szykowanego na następcę. Trudno, aby politycy PiS nie śledzili takich wieści z zapartym tchem.

Latające nazwiska następców

Sami mają jedynie mglisty obraz sytuacji. Wszystko rozgrywa się w logice królewskiego dworu. Kogo nie ma w danej chwili w monarszej komnacie, ten jest skazany na plotki i domysły. Zresztą sama obecność też niczego nie gwarantuje. Wszystko może się rozegrać przed lub po oficjalnym spotkaniu. Partia nie ma nic wspólnego ze zbiorowością rozstrzygającą w następstwie dyskusji, gdzie wybiera się spośród rozmaitych wariantów. Rządowe agendy to jedynie przebudówki do dworskiego sposobu decydowania.

Historię o niebezpieczeństwach wiszących nad Morawieckim lansują, przesadnie, gazety opozycyjne typu „Newsweek”. Wiele wskazuje na to, że w kreowaniu takiej atmosfery uczestniczą z jednej strony politycy nielubiący premiera (Zbigniew Ziobro? członkowie zakonu PC?), z drugiej zaś otoczenie szefa rządu, które ulega częstym panikom.

Bywa, że informacje są nieprawdziwe. W internecie wieści o pisowskiej naradzie u Jarosława Kaczyńskiego po wypowiedzi Israela Katza i decyzji o wycofaniu się ze szczytu w Jerozolimie pojawiły się w dniu, kiedy nikt się nad niczym nie naradzał, a prezesa PiS nie było w ogóle w biurze. Nie można jednak wykluczyć, że niektóre pogłoski są generowane za wiedzą i zgodą „Naczelnika”. Trzyma on w ten sposób premiera w szachu, nie pozwalając mu wdawać się we własne gry. Choć w niektórych tygodniach spotykają się w cztery oczy prawie codziennie.

„Newsweek” twierdził, że po upokorzeniu Polski przez Izrael w powietrzu latały już nazwiska potencjalnych następców Morawieckiego. Jeśli latały, to chyba nie na serio – w tym samym czasie Kaczyński szykował się już do wielkiej operacji kupowania wyborców. Premier i jego ośrodek dowodzenia są mu potrzebni w tej operacji, aby zminimalizować złe skutki masowych nowych wydatków dla finansów publicznych. Zresztą Morawiecki stał się już twarzą permanentnej kampanii. Odkręcenie tego graniczy z szaleństwem.

Mamy raczej do czynienia z chwilową irytacją „Naczelnika”. Podobno nie miał świadomości, że u progu kampanii premier miał jechać na szczyt w Izraelu. Kaczyński jest człowiekiem, który zatwierdza nominacje nawet stosunkowo niskiego szczebla pracowników spółek Skarbu Państwa (to wszystko dzieje się na Nowogrodzkiej), ale czasem coś może mu umknąć.

Nie zauważa zresztą, że proizraelska nadgorliwość to tylko rezultat polityki, którą sam wymyślił i firmował. W modelu dworskim władca nie ponosi konsekwencji swoich wyborów, a z wadliwych detali rozliczani są ministrowie. Pogłoski o dymisji szefa dyplomacji Jacka Czaputowicza w maju są więc całkiem wiarygodne. I byłaby to symboliczna porażka premiera, bo ten szef MSZ został dobrany po to, aby osłabić wrażenie zdominowania dyplomacji przez agresywną retorykę skierowaną do wewnątrz Polski. Ale tryb podejmowania takich decyzji nie zakłada partnerskich targów między numerem jeden a numerem dwa, Kaczyńskim a Morawieckim.

A może delfin

Jest i wersja druga, sprzeczna z tą pierwszą. Kiedy okazało się, że pośród kandydatów do Parlamentu Europejskiego jest jeden z najbardziej wszechwładnych polityków PiS Joachim Brudziński, to prof. Antoni Dudek napisał, że prezes czyści Morawieckiemu przedpole, aby ten zajął miejsce delfina. Przeczyłoby to mnożonym sygnałom o niepełnym zaufaniu między numerem pierwszym a drugim. Za to uzupełniałoby się z pojawiającymi się czasem plotkami o dalszych kłopotach zdrowotnych Jarosława Kaczyńskiego.

Tyle że polityka, także ta personalna, rzadko przypomina precyzyjne ruchy w rozgrywce szachowej. Brudziński zaskoczył wszystkich – zdaje się, że prezesa również – prośbą o wysłanie do Brukseli. Na posiedzeniu kierownictwa PiS Kaczyński powołał się na „motywy osobiste” szefa MSWiA i podobno więcej w tym prawdy, niż można przypuszczać. Doraźnie oznacza to rzeczywiście usunięcie się z pola może najpoważniejszego rywala Morawieckiego. Rywala jednak potencjalnego, bo Brudziński starał się nie prowadzić z premierem wojen, a ich relacje były poprawne. Jeśli ktoś był wrogiem na co dzień, to Zbigniew Ziobro.

Otoczenie premiera nie dowierza, że wyjazd Brudzińskiego do Brukseli to sukces. Podejrzewa, że współpracownik prezesa, teraz podwładny Morawieckiego, po maju zyska czas i możliwości, aby wpływać na politykę krajową, wtrącać się w działalność partyjnego aparatu i szykować do rychłego powrotu. Rzecz w tym, że prawda może nie być ani taka, ani taka. Kaczyński z pewnością nie zrezygnował z ulubionego współpracownika. Już w 2010 r., kiedy kandydował na prezydenta, szykował go na ewentualnego następcę. Ale prezes PiS na ogół unika rozstrzygania takich rywalizacji przed czasem, ba, lubi je generować. W jego decyzję, aby samemu szybko wycofać się z polityki, trudno uwierzyć. Chyba że o czymś nie wiemy.

Na razie więc w kwestii pozycji premiera odpowiedź musi brzmieć: ani triumf, ani zgon. Zapowiadana na koniec maja rekonstrukcja rządu może być nawet odczytywana jako sukces Morawieckiego. Odejdzie na przykład do Brukseli Beata Szydło, odbierana jako inny jego potencjalny konkurent. Wprawdzie wicepremier nie umiała podgryzać polityki swojego szefa w mediach (w każdym razie tak skutecznie, jak robili to jego współpracownicy, kiedy ona była szefem rządu), ale zachowywała więź z lokalnymi działaczami, pośród których Morawiecki nigdy nie zyskał całkowitego miru.

Czy jednak ten sukces będzie taki przemożny? Wieści o odejściu Czaputowicza pokazują, że nie całkiem. Co więcej, jeśli przypisywać premierowi wyniesioną z korporacji dbałość o poziom kadr, decydować będzie trafność obsady resortów, a tu pierwsze informacje nie są zbyt optymistyczne. Jarosław Zieliński, obecny wiceszef MSWiA, jako potencjalny minister edukacji może być tylko produktem plotek, ale to symbol wyrzeczenia się aspiracji, aby mieć silny i ambitny gabinet.

To samo można zresztą powiedzieć (to już nie wiąże się bezpośrednio z Morawieckim) o części liderów list do Parlamentu Europejskiego.

Trzeba zrozumieć postawienie na głośne nazwiska, na pierwszą ligę. Ale eksminister rolnictwa Krzysztof Jurgiel, który będzie w Brukseli tylko błądzącym po korytarzach statystą, to potraktowanie miejsc w europarlamencie jako synekur w nagrodę za wierność. Takich Jurgielów jest na listach więcej.

Ile się nie udało

Akurat na takie ostentacyjne postawienie logiki partyjnej ponad państwową Kaczyński może sobie pozwolić. Straty poniesione w ostatnich miesiącach są niewątpliwe, można by do nich dodać sondażowy efekt przedwyborczego jednoczenia opozycji, ale biorąc pod uwagę siłę artyleryjskiego ostrzału krajowych mediów i zagranicznych instytucji, a również mnogość porażek i błędów, nie są one aż tak wielkie. PiS okazał się trwale związany z Polakami, w jakiejś mierze teflonowy, nawet jeśli ten efekt słabnie.

Ostatni pakiet zapowiedzi to raczej dodatkowa polisa ubezpieczeniowa niż rozpaczliwy ratunek. Takie grzechy jak stawianie na słabych ludzi PiS może odkupić. Podobnie niefunkcjonalność systemu, w którym Polską próbuje się zarządzać z jednego skromnego gabinetu. Choć może, gdyby nie patologie nagminnego mieszania partii z państwem, cena nie musiałaby być tak wysoka jak 40 mld zł z budżetu państwa.

Oczywiście można też na to spojrzeć inaczej. Jeśli celem Jarosława Kaczyńskiego było wykreowanie nowych elit i trwała zmiana społecznej świadomości Polaków, efekty nie są porażające. Odniesiono tylko połowiczny sukces w uzależnianiu wymiaru sprawiedliwości od obecnego układu rządzącego. Z części zamysłów trzeba się było wycofywać, a inna część reformy sądów wciąż jest zagrożona interwencją instytucji europejskich.

Z tych samych powodów nie podjęto próby przebudowy rynku medialnego, poza przejęciem mediów publicznych i doraźnym wspieraniem własnych tytułów. TVP służy topornej partyjnej propagandzie, za to w mniejszym stopniu wykuwa postawy ideowe Polaków. Możliwe, że świeży mandat wyborczy ośmieli PiS w tym względzie. Chociaż przykład porażki w starciu z Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej w kwestii sądownictwa, i to bez walki, pokazuje, że pole manewru nie będzie wielkie.

PiS nie zyskał większego wpływu na świat kultury, minimalnie skorygował układ sił na tym polu. Wielka kampania antyklerykalna różnych środowisk – od akcji „antypedofilskich” po film „Kler” – osłabiła efekt początkowej zmiany nastrojów w kierunku bardziej konserwatywnym. Możliwe, że Polacy są dziś odrobinę bardziej nieufni wobec dyrektyw płynących z Zachodu, możliwe też, że starcia ze środowiskami żydowskimi popychają różne środowiska w kierunku rządu. Ale straty mogą być tu równie bolesne jak zyski. Na dokładkę podgrzewanie nastrojów wokół tej tematyki grozi ekspansją skrajnej, całkiem nieobliczalnej prawicy.

Konserwator perpetuum mobile

PiS-owi jako najpewniejsza pozostaje sfera społeczno-gospodarcza, gdzie naturalnie odniósł kilka sukcesów. Jest nim zmniejszenie rozwarstwienia społecznego przy zachowaniu – na razie – względnej stabilności finansowej. Był to cel ważny dla wielu polityków PiS, w tym dla Kaczyńskiego. Wiązał też z rządem pokaźny elektorat.

Ostatnie przedwyborcze inicjatywy oznaczają jednak ewolucję tej polityki w kierunku rozdawnictwa na wielką skalę. Możliwe, że polskie finanse to wytrzymają, ale wyznacza to kierunek rozwoju na najbliższe lata. I oznacza przyznanie się do tego, że tylko za taką cenę PiS jest w stanie kupować sobie poparcie w innych sferach. Bez drenowania budżetu nie byłby go pewny. Ile w tym winy samej socjalnej prawicy, a ile zewnętrznych okoliczności, to inna sprawa.

W latach 30. amerykański prezydent Franklin Delano Roosevelt, na którego Nowym Ładzie Kaczyński trochę się wzoruje, był oskarżany, że tworzy „kulturę zasiłku” jako swoiste perpetuum mobile gwarantujące jego partii zachowanie władzy. W USA, kraju o skądinąd całkiem innym modelu społecznym, dużo bardziej wolnorynkowym, zatrzymano się na tej drodze. Jak będzie w Polsce?

Nawet gdyby Mateusz Morawiecki odziedziczył kiedyś po Kaczyńskim władzę nad partią i nad Polską, nie będzie mógł łatwo zejść z tego kursu. Choćby dlatego, że większość zaciąganych dziś wobec Polaków zobowiązań państwa ma charakter permanentny. Ani obecnej opozycji nie będzie łatwo ich w przyszłości ograniczyć, ani samemu PiS. Dawny prezes banku musi znać cenę takiego modelu. Ile jest w tej najnowszej ofensywie z niego samego? Małe fragmenciki, zresztą te najmniej konkretne, kiedy zapowiada obniżkę kosztów pracy czy poprawę infrastruktury.

Przypomnę raz jeszcze: Morawiecki zaczynał od przestrzegania przed prostym rozdawnictwem. Był solidarystą, ale z pomysłem na bardziej różnorodne priorytety. Dziś został sprowadzony do roli mechanicznego, choć zaufanego wykonawcy. I to jest ważniejsze niż pytania, czy grożono mu dymisją, czy przeciwnie, może mieć uzasadnioną nadzieję na fotel pisowskiego delfina.

Kaczyński, tchórz nr 1 w kraju, pilnowany przez wszelkie ochrony i funkcjonariuszy. Ależ zalatuje smrodem

20 Lu

Nie dość, że domu prezesa PiS na warszawskim Żoliborzu policja pilnuje przez 24 godziny na dobę, to jeszcze radiowóz, w którym siedzą funkcjonariusze, stoi z włączonym silnikiem. I w dzień, i w nocy…

Sąsiedzi Jarosława Kaczyńskiego mówią, że to zakłócanie ich spokoju. – „Auto stoi pod moim domem. Silnik mają odpalony cały czas. Godzinami” – mówi w rozmowie z „GW” mieszkanka ul. Mickiewicza, przy której stoi dom prezesa PiS. Policjanci zmieniają się co kilka godzin.

„Policjantów można spotkać w wielu miejscach na terenie Warszawy. Do głównych zadań służby patrolowej należy m.in. zapewnienie bezpieczeństwa i porządku publicznego. Natomiast zadania policjantom wyznaczane są przez przełożonych jak również nadzorujących służbę” – tylko tyle miał do powiedzenia w tej sprawie rzecznik stołecznej policji Sylwester Marczak.

Nie wiadomo więc, dlaczego policja pilnuje przez całą dobę domu Kaczyńskiego ani dlaczego robi to w tak uciążliwy dla sąsiadów sposób.

To coś, co przedstawia się ludziom jako nowe, nie jest nawet tak naprawdę nowe, tylko stare, za nowe zaledwie umiejętnie przebrane.

Czy „świeże” zawsze znaczy lepsze? Czy aby na pewno chcielibyśmy, żeby operował nas „świeży” chirurg, zaraz po studiach, dla którego jesteśmy pierwszym poważnym pacjentem, czy też wolelibyśmy powierzyć swoje życie i zdrowie komuś z dużym doświadczeniem? Przed wyborami warto o tym pomyśleć, bo z polityką jest trochę jak z leczeniem ludzi: nie wystarczy postawić właściwą diagnozę, choć to jest oczywiście niezmiernie ważne, nie wystarczy wiedzieć, co chce się zrobić, trzeba jeszcze mieć pojęcie jak i kiedy oraz umieć dobrać odpowiednie metody i środki.

Tak, zgadli Państwo: dziś chciałabym zatrzymać się przez chwilę nad argumentem „świeżości” w polityce. Czas najwyższy, bo Wiosna Roberta Biedronia nie jest bynajmniej pierwszym ugrupowaniem, a on sam pierwszym politykiem, który ten argument podnosi. Szczerze mówiąc słyszę go od lat i od lat pobrzmiewają mi w nim fałszywe nuty.

Nie, żebym miała coś przeciwko świeżości, rozumianej jako nowość, szansa, nadzieja, otwartość, coś lepszego i coś, czego jeszcze dotąd nie było, jednak zbyt często owo niesione na wyborczych sztandarach „świeże” oznacza tylko nowe. A bywa (i tak jest w przypadku Wiosny właśnie), że to coś, co przedstawia się ludziom jako nowe, nie jest nawet tak naprawdę nowe, tylko stare, za nowe zaledwie umiejętnie przebrane.

Choć (zaznaczam dla porządku) nawet, gdyby to świeże rzeczywiście było całkiem nowiutkie i szeleszczące, pachnące jeszcze fabryką świeżutkich, nowiutkich polityków, to dla mnie to i tak zbyt mało, żeby zastąpić nim prawdziwe życiowe i polityczne doświadczenie, mądrość i znajomość gospodarczych czy dyplomatycznych realiów. Moje doświadczenie życiowe i dziennikarskie – bo nie jestem świeżą i nowiutką, tylko pracującą w zawodzie od dwudziestu lat publicystką, mówi mi, że nowe i świeże nie powinno stać w opozycji do doświadczonego – mogą się co najwyżej pięknie uzupełniać.

Robert Biedroń i jego Wiosna to nic nowego. Sam Biedroń jest znanym działaczem społecznym i politykiem i nie jest żadną nową polityczną twarzą – był w SLD, zasiadał w Sejmie z ramienia Ruchu Palikota, rządził Słupskiem, kampanię robi mu ten sam człowiek, który przygotowywał kampanię Nowoczesnej, a jej wielu byłych działaczy udziela się teraz w Wiośnie. I dobrze, nie ma w tym nic złego, tylko po co te kłamstwa o świeżości? Po co fałszywe argumenty i okłamywanie wyborców już na starcie, skoro nie trzeba tego robić, można zagrać innymi ciekawymi, prawdziwymi i potrzebnymi atutami, jak właśnie doświadczenie, wiedza i mądrość?

Owszem, są zawody, w których młodość i świeżość jest atutem, jak sportowiec, modelka, być może odkrywca czy wynalazca, kierowca czy pracownik fizyczny i pewnie jeszcze wiele innych. Ale jest też wiele innych zawodów, w których doświadczenie, które przychodzi z wiekiem, jest atutem nie do przebicia. Tak mają prawnicy, dziennikarze czy lekarze… bo prawda jest taka, że każdy z nas woli pójść po poradę do chirurga czy ortopedy z długim stażem, niż takiego „świeżego”, zaraz po studiach, dla którego jesteśmy jednym z pierwszych pacjentów.

Polityczny system idealny, to dla mnie taki system w którym obie te cechy – świeżość i doświadczenie – mogą się nawzajem uzupełniać i od siebie uczyć. A więc mądry, doświadczony premier, z praktyką i wiedzą jak pewne rzeczy przeprowadzić i na przykład młodzi doradcy, niektórzy ministrowie czy wicepremier. Lub odwrotnie: młody premier, otoczony mądrymi i starszymi doradcami czy ministrami, którzy z niejednego pieca chleb jedli. Na pewno są od tej reguły wyjątki, na pewno zdarzają się młodzi geniusze, którzy mimo, że robią coś po raz pierwszy, robią to najlepiej na świecie, ale przecież wiemy, że każdy taki przypadek to jest rzadki wyjątek, a nie społeczna reguła.

Wybory w sytuacji, w jakiej dziś znajduje się Polska – walki o zachowanie lub utratę demokratycznego państwa prawa – wymagają świadomości politycznych realiów, a tego nie zapewniają ani politycy, którzy niczego jeszcze nie dokonali, ani tym bardziej tacy, którzy w kilku partiach już byli i też nie bardzo im cokolwiek wyszło.

Dlatego warto przystanąć i pomyśleć, zastanowić się nad kampanijnymi „argumentami”, takimi jak ten o uroku politycznej „świeżości”, które ustami polityków wciskają nam polityczni pijarowcy. Bo oni robią to nie dla nas, tylko po to, żeby ich kandydaci wygrali. I podejmując wyborcze decyzje warto mieć to na uwadze.

Macierewicz i jego kontakty kościelne, Krzysztof Brejza dalej obnaża pisowskie skłonności

17 Lu

Wątpliwy zaszczyt miał były szef resortu obrony i jego młody kompan Edmund Janniger, odbywając spotkania z kardynałem Waszyngtonu Theodorem McCarrickiem. Utrwalone na fotce wydarzenie, jest dziś powodem przynajmniej do zakłopotania.

McCarrick, nie jest już bowiem ani kardynałem ani… duchownym. Watykan, wydalił go po prostu ze stanu kapłańskiego z powodu – jak to określono – nadużyć seksualnych.

Jak wykazało kościelne śledztwo, był on winny „grzechów przeciwko szóstemu przykazaniu z nieletnimi i dorosłymi, z obciążającym czynnikiem nadużywania władzy”.

Kardynał, wykorzystywał uczniów seminarium i młodych kapłanów. Nakłaniał ich do seksu podczas spowiedzi.

Decyzja Watykanu jest ostateczna i hierarcha nie ma możliwości odwołania się od niej – informuje NBC.

Theodore McCarrick, już wcześniej zrezygnował z godności kardynalskiej. Papież Franciszek, przyjął dymisję w lipcu 2018 roku i nakazał duchownemu przebywanie w odosobnieniu. McCarrick, zamieszkał w klasztorze w Kansas.

Antoni Macierewicz, udokumentował w sieci  swoje spotkanie z kardynałem 4 czerwca, przy okazji sympozjum „Obecne i przyszłe wyzwania w zakresie bezpieczeństwa. Finanse, energia, polityka”.

W mediach  społecznościowych wyjaśniał później: „w czasie wizyty ks. kard. dr Theodora McCarricka, arcybiskupa seniora Waszyngtonu i radcy waszyngtońskiego Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych, nie istniały jakiekolwiek poszlaki na temat reputacji duchownego”.

Dodał, że dopiero 20 czerwca zostały upublicznione oskarżenia wobec McCarricka, a sympozjum odbyło się kilkanaście dni wcześniej.

Fotką  z kardynałem pochwalił się na też Twitterze Edmund Janniger, były współpracownik Antoniego Macierewicza radośnie donosząc: Uczestniczyłem dziś w spotkaniu ks. kard. Stanisława Dziwisza z ks. kard. Theodorem McCarrickiem.

„Ale macie siostry bałagan w tym archeo”- poseł PO, żartobliwie skomentował na Twitterze naszpikowaną błędami listę obecności fundatorów Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego.

Brejza siłując „rozszyfrować” dokument z chwili „dokooptowywania zaginionego księdza” do tego szacownego gremium z kpiną dowodzi, że fundatorzy Instytutu … najwyraźniej  nie znają swoich imion.

Kreślą, marzą.., a w efekcie Małgorzata Kujda nagle okazuje się być Marią, a następnie Barbarą; Barbara Czabańska – Krystyną, a Jacek Cieślikowski – Marcinem. Tak wygląda tzw. porządek  i rzetelność w PiS-owskiej dokumentacji.

To nie pierwsze „znalezisko” Brejzy. Analizując „taśmy Kaczyńskiego” odkrył „układ zamknięty” wokół Srebrnej, opublikował też podpisany przez Kazimierza Kujdę dokument, w której znajdują się informacje o m.in. zarobkach członków zarządu.

Poseł depcze też po piętach ministrowi sprawiedliwości w związku ze spotkaniem z Kaczyńskim w budynku przy  Alei Róż.

Ostatnio – jak wiemy – Krzysztof Brejza znalazł także „zaginionego księdza” Rafała Sawicza, który miał dostać 50 tys. złotych za podpis pod zgodą na wzięcie kredytu przez fundację i rozpoczęcie budowy wież K-Towers przy ulicy Srebrnej w Warszawie.

Czwartkowe popołudnie w gabinecie Grzechorza Schetyny na piątym piętrze kamienicy przy ulicy Wiejskiej. Szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer siada na skórzanej kanapie i pije coca-colę. To ich pierwsze spotkanie od grudnia, kiedy lider PO rozbił klub Nowoczesnej, przejmując kilku posłów. Później obcesowo zagroził Lubnauer, że albo wraz z resztą klubu przejdzie do Platformy, albo będzie musiała wrócić na uczelnię, gdzie pracowała przed wejściem do parlamentu.

Po takich słowach trudno usiąść do rozmów. Do spotkania trzeba ich namawiać, robią to m.in. prof. Leszek Balcerowicz i Włodzimierz Cimoszewicz, którzy od miesięcy wzywają do szerokiego porozumienia opozycji. Cimoszewicz ma być jedynką na warszawskiej liście Koalicji Europejskiej w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Szefowa Nowoczesnej powinna wiedzieć, że w polityce nie ma sentymentów, bo sama ograła Ryszarda Petru, odbierając mu partię. Jest jednak rozgoryczona. Przed wyborami samorządowymi wydawało jej się, że Schetyna traktuje ją po partnersku. Zaprosił ją do domu we Wrocławiu, poznała jego żonę.

Teraz spotyka się z liderem PO, bo jest pod ścianą. Jej partia w sondażach nie przekracza progu wyborczego, koalicja z PO to jedyna szansa na przetrwanie.

Schetyna posypuje głowę popiołem. Przyznaje, że rozbicie Nowoczesnej było błędem. To przełamuje lody. Lubnauer chce tylko jednej „jedynki” na wspólnych listach do europarlamentu.

Niespotykanie cierpliwy człowiek

Powstanie wielkiej koalicji jest praktycznie przesądzone. Szef PO chce jak najszybciej sfinalizować ciągnące się tygodniami negocjacje z PSL, SLD, Nowoczesną, Inicjatywą Polska, Zielonymi i Krajową Partią Emerytów i Rencistów. Listy z kandydatami mają być dogadane do 23 lutego, tak, by od marca ruszyć z kampanią.

– Najważniejsze jest zwycięstwo w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Chcemy pokazać, że PiS jest do pokonania przez zjednoczoną opozycję – mówi mi Schetyna.

Ale najpierw musiał przekonać własnych działaczy, żeby ustąpili miejsca na listach politykom z innych ugrupowań oraz, że trzeba podzielić się z nimi pieniędzmi na kampanię, bo największa Platforma wyłoży najwięcej.

To był najczarniejszy tydzień PiS od lat. Czy Kaczyńskiemu słupki w końcu zaczną spadać?

– Jak widzę cierpliwość Schetyny, to go nie poznaję – śmieje się szef klubu PO Sławomir Neumann. Najtrudniej było z PSL. Lider ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz zażądał aż czterech z 13 jedynek na listach w eurowyborach i ustalenia zasad wspólnego startu w jesiennych wyborach parlamentarnych. Chodzi o to, by zaklepać sobie parytet na listach zanim, ewentualnie, do gry o wspólne listy do Sejmu wejdzie partia Roberta Biedronia.

– Trzeba dać sygnał, że budujemy coś trwalszego niż listę na jedne wybory. Po eurowyborach będą wakacje i później zabraknie już czasu na kolejne negocjacje – tłumaczy Kosiniak-Kamysz. Lider PSL szachował Schetynę tym, że jeśli ludowcy nie dostaną, czego chcą, w PSL zwycięży koncepcja Marka Sawickiego, który jest przeciwko wspólnej liście opozycji. Otoczenie Schetyny uważało, że to wyłącznie taktyka, by jak najwięcej wyciągnąć od Platformy.

Tylko raz Schetyna był bliski utraty cierpliwości – gdy Kosiniak-Kamysz próbował budować tzw. małą koalicję z Nowoczesną, Unią Europejskich Demokratów oraz SLD i zażądał miejsca na liście dla posła Unii Jacka Protasiewicza. To miał być wyraz niezgody na hegemonię Schetyny i spłacenie długu Protasiewiczowi, który z Michałem Kamińskim i Stefanem Niesiołowskim uratował PSL przed utratą własnego klubu poselskiego. Jednak Schetyna szczerze go nie cierpi od kiedy w 2013 roku pozbawił go (na polecenie Donalda Tuska) stanowiska szefa dolnośląskiej Platformy. Gdy stanął na czele PO, wyrzucił Protasiewicza z partii.

Biedroń. Nadzieja, czy mokry kapiszon?

12 Lu

Palikot, Kukiz, Petru. Każda z tych inicjatyw startowała z ogromnymi nadziejami, gdy mogło się wydawać, że duopol PiS-PO się wyczerpuje. Każdej przewodził charyzmatyczny lider i wszystkie skończyły się totalnymi porażkami.

Charyzma liderów miała swoje granice (każdy z nich był tykającą bombą, głównie z powodu nadmiaru narcyzmu), a wprowadzeni przez nich do polityki ludzie okazali się totalnie niekompetentni i łatwi do rozegrania. Zarówno „nowi brzydcy z prowincji” Palikota i Kukiza, jak też „nowi ładni i wykształceni z wielkich miast” Petru. Wreszcie elektorat wszystkich tych przedsięwzięć, szybko i skutecznie zmobilizowany na „charyzmę”, „event” i „projekt”, równie szybko się zniechęcał.

Czy Robert Biedroń ma szansę przełamać to fatum?

Długie trwanie w polityce

Jarosław Flis, socjolog analizujący zachowania elektoratu, zapytany przez „Newsweek” o potencjał do przełamania duopolu PiS-PO wskazuje, że ten podział głęboko się zakorzenił. Na mapie polskich powiatów wyniki drugiej tury wyborów prezydenckich z 2005 roku (Donald Tusk – Lech Kaczyński) powtórzyły się po dziesięciu latach (Bronisław Komorowski – Andrzej Duda), aż w 97 procentach. A przecież jedna trzecia wyborców deklarowała, że zmieniła swoje preferencje wyborcze, większość zaś twierdziła, że czeka na zmianę. W dodatku to właśnie w czasie dekady 2005-2015 pojawili się Palikot, Kukiz i Petru.

Jednak konflikt polityczny, kulturowy, wręcz cywilizacyjny, dzielący Polskę bardziej liberalną i zorientowaną na Zachód (kojarzoną z PO) od Polski antyliberalnej i eurosceptycznej (reprezentowanej przez PiS) okazał się podziałem trwalszym i silniej organizującym emocje Polaków. I to do niego musiały się dopasować także nowe, antysystemowe ugrupowania.

Palikot werbował w elektoracie Platformy i SLD, Kukiz podbierał młodzież PiS, a Petru przejmował młodszych wyborców PO. Flis twierdzi, że także Biedroń jest całkowicie odcięty od elektoratu prawicy, również socjalnego. Pozostaje mu wyłącznie wielkomiejski liberalny wyborca.

Politolog Rafał Chwedoruk mówi „Newsweekowi”, że w chwili startu Wiosny skończył się mit Biedronia jako polskiego Macrona. – Francuski prezydent już w momencie startu wchłonął zarówno większą część Partii Socjalistycznej, jak i centroprawicowych gaullistów. Tymczasem Biedroń grasuje tylko na jednym, liberalnym podwórku – twierdzi Chwedoruk.

Wyborca, który się waha

Za każdym razem antysystemowe inicjatywy bazują na elektoracie młodszym, mniej zdecydowanym, bardziej przepływowym. Liderzy Wiosny nazywają go elektoratem nadziei i zmiany. Jarosław Flis mówi o tych wyborcach z ogromną dozą sceptycyzmu „elektorat zgrywy”. – Od dziecka są ukształtowani przez media społecznościowe, podatni na mody, unoszeni przez fale entuzjazmu i hejtu. Łatwo ich zmobilizować, ale prawie niemożliwe jest utrzymanie tej mobilizacji na dłużej.

Rafał Chwedoruk potencjalnych wyborców charyzmatycznych liderów rozszerza na elektorat zgrywy i buntu. Ograniczony wiekowo do nieco ponad 20 lat i wyjątkowo niestabilny. – Palikot stał się początkowo bogiem dla elektoratu zgrywy i buntu, bo jako jedyny polityk tak mocno postawił postulat legalizacji marihuany. Później jednak ci najmłodsi wyborcy, którzy mieli bardzo różne i bardzo płynne poglądy na gospodarkę, nacjonalizm czy imigrantów, bez problemu przepłynęli do Pawła Kukiza. Dziś część z nich patrzy z zainteresowaniem na inicjatywę Biedronia, jednak to nie oni są głównym adresatem marketingowego przekazu Wiosny – mówi Chwedoruk.

Jego zdaniem Wiosna zabiega przede wszystkim o elektorat korpo. Nieco starszy, do 35 lat, wychowany nie tylko przez Facebooka, lecz także przez pracę w korporacjach i coaching. Czyli lepiej wychowany, łagodniejszy, ale i bardziej zdyscyplinowany niż elektorat zgrywy i buntu. Nauczony tego, aby konflikt opakowywać w profesjonalny język negocjacji i porozumienia. A nawet, jak nieco złośliwie dodaje Chwedoruk: „żeby ludzi wyrzucanych przez korporację z pracy żegnać miłym uśmiechem i życzeniami, by im się w dalszym życiu powiodło”.

Na elektoracie zgrywy i buntu urośli Palikot i Kukiz. Z elektoratu korpo czerpał Ryszard Petru. I to jest także główny cel Biedronia i Jakuba Bierzyńskiego (specjalisty od reklamy i marketingu, który w 2015 roku odpalał inicjatywę Ryszarda Petru, a dziś pracuje dla Wiosny). Chwedoruk twierdzi, że nie tylko warszawska konwencja Biedronia, ale także jego spotkania w większych polskich miastach przypominają korporacyjne zjazdy integracyjne czy szkolenia bankowców średniego szczebla. Z charakterystycznym dla takich imprez przerostem formy nad treścią, a także bardzo profesjonalnie kontrolowanym scenariuszem i entuzjazmem.

Chwedorukowi przeszkadza infantylizacja przekazu obecna już w samej nazwie formacji. – Unia Wolności, Unia Pracy, Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość, Sojusz Lewicy Demokratycznej… wszystkie te ugrupowania, nawet jeśli z praktyką bywało różnie, przynajmniej w samej nazwie niosły pewną treść, sygnalizowały jakieś idee – mówi politolog. – Wiosna to nazwa kompletnie infantylna, charakterystyczna właśnie dla korporacyjnego języka, który cechuje pustosłowie mające jednak tworzyć dobrą atmosferę i mobilizować do pracy.

Taśmy Kaczyńskiego. Czy wraz z nimi spłynie prezes do rynsztoka?

6 Lu

Jaki Kaczyński wychodzi z taśm? Spryciarz, który rozgrywa swoje interesy, jak chce. I kto mu zabroni?

Rozmowa Kujda – Birgfellner tłumaczy, dlaczego budynek Srebrnej nie mógł mieć 30 metrów, jak sugerowało miasto, czy 130 metrów, jak zakładał pierwotny projekt. Skoro miał upamiętnić braci Kaczyńskich, powinien sięgać chmur.

Dwie 190-metrowe wieże miały być pomnikiem Lecha i Jarosława Kaczyńskich. – To jest bardzo ważne dla Polski, dla naszej historii, dla wszystkich – mówi Kazimierz Kujda, który raz jest prezesem Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska, raz spółki Srebrna.

Gerarld Birgfellner zapowiada, że na czwartym piętrze powstanie centrum kongresowe im. Lecha Kaczyńskiego, a całość zostanie wykonana przez Strabag, bo wszyscy starają się dla prezesa.

TVP Info konstatuje, że rozmowa jest dowodem, iż w całym przedsięwzięciu chodziło o upamiętnienie, nie zaś o biznes, i świadczy to o przywiązaniu prezesa Kaczyńskiego do śp. brata. Czyli Kaczyński to nie żądny pieniędzy oligarcha, lecz ktoś, kto chce zadbać o nieśmiertelność.

Cztery i pół tysiąca lat temu cały Egipt został zaangażowany do budowy wielkiej piramidy w Gizie. Nowsze badania archeologiczne dowiodły, że była wznoszona nie przez niewolników, ale przez fachowców.

Jarosław Kaczyński poczuł się bardzo urażony publikacją w „Gazecie Wyborczej” nagrań z jego udziałem. Uznał, że doszło do „nielegalnego pogwałcenia jego dóbr osobistych” i już we wtorek do Agory dotarło „ostateczne wezwanie przedsądowe” z żądaniem przeprosin oraz 30 tys. zł. Prezes daje Wyborczej czas do czwartku, a potem kieruje sprawę do sądu.

Żądania Kaczyńskiego wydają się bezpodstawne. Przede wszystkim, jak twierdzą dziennikarze gazety, nie mają nic wspólnego z nagraniem tych taśm, a ze względu na ich zawartość i udział w rozmowie osoby, która gra pierwsze skrzypce w Polsce, ich publikacja była wręcz obowiązkiem.

Prezes oburza się też, że w przedstawionych nagraniach oraz komentarzach do nich, padły zarzuty jakoby przekroczył uprawnienia posła, dokonał oszustwa czy wziął udział w płatnej protekcji. Dziennikarze „Gazety Wyborczej” nie podpisują się pod tymi zarzutami, bo nigdzie, w ich materiałach, takie sformułowania nie padły, a nie mogą przecież odpowiadać za wypowiadane opinie i komentarze czytelników.

Zastanawiać może reakcja Kaczyńskiego na te taśmy w sytuacji, gdy cały obóz rządzący usilnie próbuje je lekceważyć. Premier Morawiecki określa je mianem „telenoweli”. Padają słowa, że to jakiś „kapiszon”, a tak w ogóle to taśmy pokazują krystaliczną uczciwość i prawość prezesa. Tak więc wszystko jest w porządku. Wizerunek szefa partii nie ucierpiał, CBA uznało, że nie ma potrzeby kontrolować jego oświadczeń majątkowych, bo o żadnej działalności gospodarczej zawodowego posła mowy nie ma.

Jak to wiec jest? Dlaczego Jarosławowi Kaczyńskiemu nie podobają się te taśmy i węszy w nich samo zło? Czyżby miał inne zdanie niż jego współpracownicy i widzi w nich to, czego oni nie dostrzegają? Internauci pozostają bezlitośni. Piszą: „Ten pan prezes gwałci moje dobra osobiste od wielu lat. Na przykład dzisiaj jago przydupas, nijaki profesor Zybertowicz powiedział publicznie, że przy Okrągłym Stole komuniści podzielili się władzą ze swoimi agentami. Jestem oburzony!”, „Jakoś nie pamiętam podobnej interpretacji prawnej w wykonaniu prezesa, gdy publikowane były taśmy z ośmiorniczkami” czy też „Pięknie! Teraz to już prezes będzie musiał wytoczyć Wyborczej proces… nie mogę się doczekać relacji na żywo, gdzie prawnicy prezesa będą udowadniać, że fakty ujawnione przez Wyborczą są dla niego laurką, a jednocześnie gwałcą jego dobra osobiste…”.

Śmieszne i straszne…😉🙄🥺

Jeśli jego plan się powiedzie i pójdzie do wyborów osobno, jesień będzie – niestety – należała do PiS.

Mnie się na razie Wiosna Biedronia nie podoba. Nie podoba mi się rozmawianie głównie z przychylnymi dziennikarzami i blokowanie na ogromną skalę niechętnych lub krytyków w mediach społecznościowych. Nie podoba mi się, że dużo i nierealnie Biedroń obiecuje, nie wskazując choćby śladu źródeł finansowania tych obietnic. Nie podoba mi się jego populizm. Nie podoba mi się, że nawiązując dobry emocjonalny kontakt z salą (co nie jest wyczynem, bo na konwencję przychodzą głównie jego fani), nie ma tej sali niczego konkretnego do przekazania. Nie podoba mi się, że przedstawia się jako „nowy” polityk, choć wcale nie jest nowy. Ani to, „że to nie jego wojna”. Nie podoba mi się, że ani on, ani jego ludzie nie widzą nic złego w chodzeniu do TVP. Nie podoba mi się brak kultury i agresja jego akolitów na portalach społecznościowych. Nie podoba mi się, że na pytanie w TVN24, dlaczego Biedroń był na wakacjach w Nikaragui, która bezprecedensowo i brutalnie łamie prawa kobiet jakaś pani od Wiosny odpowiedziała: „A bo Platforma…”.

Poza nowymi lepszymi garniturami i młodszymi ludźmi (choć nie świeżymi, bo wielu z nich już w polityce kiedyś było i nie udało im się niczego wielkiego osiągnąć), gdy patrzę na Wiosnę Biedronia widzę zapowiedź oszustwa wyborczego (wystartuję do PE, a później zrzeknę się mandatu), obietnice bez pokrycia, relatywizm moralny, legitymizowanie państwowej telewizji i ładne konwencje – choć i to ostatnie już też kiedyś było, bo i Ruch Palikota, i Nowoczesna także miały ładne i profesjonalne konwencje, o czym się łatwo, popadając w świeży zachwyt – zapomina.

Na minus zaliczam Wiośnie także to, że wydaje się zupełnie nie rozumieć, jak ważne dla Polski są nadchodzące wybory. Te do Parlamentu Europejskiego zdecydują o tym, czy znajdziemy się prawnie i mentalnie w Rosji, czy zostaniemy w Europie, a te jesienne – czy pozostaniemy normalnym, europejskim krajem, czy też znajdziemy się na długo w politycznej strefie wpływów Kremla.
To nie są wybory po to, żeby – jak mówi Biedroń – „się policzyć”. To nie zabawa, to śmiertelnie poważna sprawa.

10 procent Roberta Biedronia w jesiennych wyborach będzie najprawdopodobniej oznaczać drugą kadencję PiS. To prosta arytmetyka.
Czy to oznacza, że nie wolno mu robić czegoś nowego? Że jesteśmy skazani na zadawniony układ PiS – PO? Nie. Każda inicjatywa jest cenna i mile widziana, ale trzeba rozumieć, że wspólna lista to dla każdego, dla kogo liczy się Polska, to absolutny mus. Że może powstać nie jedna, lecz dziesięć nowych, lepszych i gorszych partii – i każda ma prawo do działania i swojej odrębności, ale na czas wyborów, z prostej pragmatycznej kalkulacji dla dobra Polski powinny współpracować. Bo brak współpracy to gwarantowane zwycięstwo PiS i marsz na Wschód.

Biedroń reprezentuje nowe pokolenie polityków. Gdy się na niego patrzy, myśli się „Wreszcie ktoś, kto wygląda i mówi normalnie, jak normalny człowiek. Co za ulga!”. To świetnie. Jest wykształconym, dobrym politykiem i mimo że na razie mnie jako wyborczyni jego Wiosna nie porwała, życzę mu powodzenia.
Nikt jednak nie może abstrahować od sytuacji w jakiej się znajduje, bo kontekst jest wszystkim.

Słuchając Roberta Biedronia, mam wrażenie, że żyje w innej Polsce niż ja, w innej rzeczywistości. W czasach niczym niezagrożonej demokracji, w których kwestię zdolności koalicyjnych nowej partii traktuje się jako nieistotny szczegół, a najważniejszą kwestią dla „być” czy „nie być” państwa jest projekt obywatelskiej emerytury.

Cóż, ja żyję w kraju, w którym demokracja jest skrajnie zagrożona, a sytuacja wygląda tak, że my, obywatele mamy nóż na gardle. Albo wybory wygra zjednoczona opozycja, najlepiej złożona z jak największej ilości kompletnie różnych partii, które zachowując swoją odrębność programową i światopoglądową stworzą wspólną listę, albo demokracja pójdzie na dno, a z nią my wszyscy. I sądzę, że nie ma podstawowych kwalifikacji politycznych, kto tego nie rozumie.

Niezależnie od tego, czy się Wiosnę Biedronia popiera czy nie, jeśli jego plan się powiedzie i pójdzie do wyborów osobno, tak jak PSL, które właśnie robi wyborcom równie brzydkiego psikusa, jesień będzie należała do PiS.