Tag Archives: Wiadomości TVP

PiS przegrał, ale anulował przegraną. A za to idzie się siedzieć

22 List

W nocy z czwartku na piątek marszałek Elżbieta Witek nie podała w Sejmie wyników głosowania na czterech posłów członków Krajowej Rady Sądownictwa. Jak przyznaje jedna z posłanek na zarejestrowanym przypadkowo nagraniu, przegraliby je kandydaci PiS. „To łamanie zasad parlamentaryzmu. Żądamy ogłoszenia wyników!” – apelowała opozycja. Bezskutecznie

„Oszustwo, oszustwo!” – skandowali politycy opozycji na zakończenie I posiedzenia IX kadencji Sejmu w nocy z czwartku na piątek 22 listopada.

Marszałek Sejmu Elżbieta Witek odmówiła podania wyników głosowania na posłów członków KRS. „Anulowała” je i zarządziła na nowo, choć takiej procedury nie przewiduje Regulamin Sejmu.

Dlaczego? Wszystko przez specjalne maszynki do głosowania, których obsługa nastręczyła trudności części posłów. Po głosowaniu w szeregach PiS zapanował chaos, a do mównicy sejmowej podszedł nawet Jarosław Kaczyński.

„Trzeba anulować, bo my przegramy” – mówi w opublikowanym nagraniu jedna z posłanek PiS, najpewniej Joanna Borowiak.

„Stała się rzecz niebywała. Niespotykana w tej izbie nawet przy waszych standardach. To jest upadek Sejmu Rzeczypospolitej. Nie można przerywać głosowania tylko dlatego, że państwo możecie je przegrać” – ubolewał poseł KO Borys Budka.

„Opublikowano nagranie, na którym widać, że posłanka PiS mówi, że głosowanie zostało przegrane przez Prawo i Sprawiedliwość. I wtedy pani marszałek decyduje, że trzeba powtórzyć. To jest skandal, żądamy ujawnienia tych wyników!” – grzmiał Krzysztof Gawkowski z Lewicy.

Powtórzone głosowanie – zgodnie z przewidywaniami – wygrali kandydaci PiS. Wszyscy czterej posłowie wybrani na członków Krajowej Rady Sądownictwa będą zatem politykami tej partii, choć parlamentarny obyczaj nakazuje, by sejmowa większość podzieliła się miejscami z opozycją.

Lewica: „Zgłaszamy do prokuratury”

„Złożymy wniosek do prokuratury w sprawie możliwości popełnienia przestępstwa” – ogłosili wkrótce po zakończeniu obrad posłowie Lewicy.

Zdaniem polityków opozycji doszło do złamania Regulaminu Sejmu, który nie przewiduje „anulowania” głosowania. Zgodnie z art. 188 wyniki głosowania są ostateczne i nie mogą być przedmiotem dyskusji. Art. 189 mówi natomiast, ze gdy budzą uzasadnione wątpliwości, Sejm może dokonać reasumpcji głosowania na wniosek 30 posłów.

Aby to uczynić, marszałek Sejmu powinien ogłosić wyniki głosowania. Elżbieta Witek postanowiła jednak tego nie zrobić i na nowo przeprowadzić głosowanie bez podawania wyników.

„Nie, to nie można tak, pani marszałek. Melduję, że wszyscy posłowie, którzy są na sali, zagłosowali. Wyniki mogą być różne” – tłumaczył Witek wiceszef Kancelarii Sejmu, co zarejestrowały mikrofony.

Swojego oburzenia pogwałceniem sejmowych procedur nie kryli politycy opozycji.

„To łamanie zasad parlamentaryzmu i błąd proceduralny. Żądamy ogłoszenia wyników głosowania!” – mówił Tomasz Lenz z KO.

„Reasumpcji może pani dokonać po ogłoszeniu wyników” – przypominał Krzysztof Gawkowski z Lewicy.

Wyników nie opublikowano też na stronie Sejmu.

Dobry obyczaj

Krajowa Rada Sądownictwa składa się z 25 członków. Czworo z nich, spośród posłów, wybiera Sejm. Parlamentarny obyczaj nakazuje, by sejmowa większość podzieliła się miejscami z opozycją. Było tak w poprzedniej kadencji: posłowie PiS mieli w KRS dwóch przedstawicieli, a Koalicja Obywatelska i Kukiz’15 po jednym.

Tym razem jednak PiS niespodziewanie zgłosił czterech kandydatów: Marka Asta, Bartosza Kownackiego, Arkadiusza Mularczyka oraz Kazimierza Smolińskiego. Zanosiło się, że partia Kaczyńskiego będzie chciała zupełnie pominąć opozycję przy wyborze członków KRS.

Posłowie KO, PSL i Lewicy protestowali jeszcze zanim doszło do feralnego głosowania.

„Wy dziś chcecie iść po 20 członków KRS. 15 wybraliście w poprzedniej kadencji, macie ministra sprawiedliwości i chcecie jeszcze 4 posłów. Chcecie zawłaszczyć ten organ” – mówił Robert Kropiwnicki z Koalicji Obywatelskiej. KO zgłosiła Kamilę Gasiuk-Pihowicz.

„To pan premier Morawiecki apelował o normalność. Czy normalnością jest, że klub PiS chce wybrać wszystkich członków KRS?” – pytał Krzysztof Gawkowski z Lewicy. Połączone siły Wiosny, SLD i Razem rekomendowały do KRS Joannę Senyszyn.

„Za chwilę może dojść do rzeczy bezprecedensowej w ostatnich 30 latach Sejmu RP. Wbrew zwyczajowi parlamentarnemu, dobremu obyczajowi i parytetom” – podkreślał Borys Budka

„Apeluję do rządzącej większości o uszanowanie zwyczaju parlamentarnego i pluralizmu poglądów w tej izbie. Wycofajcie dwóch kandydatów” – mówiła Anna Maria Żukowska z Lewicy.

„Bez względu na to, czy większość sejmowa uszanuje prawo opozycji do zasiadania w KRS, czy też nie, kryzys w tej instytucji będzie trwał” – przypomniał Krzysztof Paszyk z PSL.

Kandydatki opozycji przepadły w ponowionym głosowaniu.

W czwartek 21 listopada po 23.00 Sejm poparł kandydatury Krystyny Pawłowicz, Stanisława Piotrowicza i świeżo upieczonego kandydata PiS Jakuba Steliny na sędziów TK. „Hańba!”, „Precz z komuną” – skandowała opozycja. Na nic zdały się protesty. Wierni żołnierze PiS na początku grudnia trafią do Trybunału, choć zdaniem ekspertów dyskwalifikuje ich wiek

„Hańba! Hańba!” – skandowali w Sejmie wkrótce przed 23.00 politycy opozycji, gdy posłanka PiS Anna Milczanowska odczytywała życiorys Krystyny Pawłowicz. Pięć posłanek Koalicji Obywatelskiej, w tym m.in. Klaudia Jachira, wstało z sejmowych ław i ułożyło transparent z napisem „Hańba”. Zostały upomniane przez Elżbietę Witek, marszałek Sejmu.

Kiedy Milczanowska przedstawiała dokonania Stanisława Piotrowicza, na sali rozległy się okrzyki „Precz z komuną!”.

„Przedstawiono lukrowane, pudrowane życiorysy PZPR-owskich działaczy, których chcecie wysłać do Trybunału Konstytucyjnego. Kandydaci nie spełniają wymagania formalnego wieku i kryterium nieskazitelnego charakteru” – przypomniał z mównicy Michał Szczerba z PO.

„Gdybyście zapytali proboszcza-pedofila z Tylawy, czy poparłby kandydaturę Stanisława Piotrowicza, to na pewno by to zrobił. Nic nie usprawiedliwia wsparcia dla zwyrodnialca. Czy ktokolwiek z was wysłałby wnuczkę na kolana do tego księdza? Wyborcy pokazali Piotrowiczowi czerwoną kartkę. Taka osoba powinna wypaść poza nawias życia publicznego” – apelowała Kamila Gasiuk-Pihowicz.

Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska w imieniu Lewicy przypomniała wypowiedź Adama Lipińskiego, wiceprezesa PiS, sprzed kilku dni, który przyznał, że poprze Piotrowicza, ale wbrew własnej woli.

„Apelujemy o zatrzymanie procesu degradacji Trybunału Konstytucyjnego. TK musi wrócić do normalności” – mówiła.

„Kandydaci nie mają kwalifikacji moralnych i prawnych. Kandydatka wielokrotnie w tej izbie posługiwała się językiem na poziomie rynsztoku” – przypomniał Krzysztof Paszyk z PSL.

„Prokuratorzy nie szli za PRL do zawodu, by być Konradem Wallenrodem. Patrzę na Antoniego Macierewicza i nie wiem, jak może pan głosować za Stanisławem Piotrowiczem” – grzmiał Władysław Teofil Bartoszewski z PSL. Wtórował mu klubowy kolega Jacek Protasiewicz.

W imieniu klubu PiS głos zabrał poseł Łukasz Schreiber. „W naszych ławach bohaterowie Solidarności, wy macie grupę rekonstrukcyjną PZPR” – stwierdził.

Na nic zdały się protesty. Krystyna Pawłowicz, Stanisław Piotrowicz, a także świeżo upieczony kandydat PiS Jakub Stelina na początku grudnia zostaną sędziami Trybunału Konstytucyjnego. Poparło ich 230 posłów PiS, opozycja głosowała przeciw.

Wbrew opiniom ekspertów

W OKO.press relacjonowaliśmy burzliwe obrady Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka w środę 20 listopada. Po dwóch i pół godzinie dyskusji Komisja, głosami PiS, dała zielone światło kandydaturom Pawłowicz i Piotrowicza.

Opozycja podawała w wątpliwość niezależność i nieskazitelny charakter obydwojga kandydatów. Ale poważniejsze zastrzeżenia dotyczyły kwestii formalnych.

Na wniosek wicemarszałków Sejmu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i Piotra Zgorzelskiego, profesorowie Marek Chmaj i Marcin Matczak przygotowali opinie prawne dotyczące wieku Piotrowicza i Pawłowicz, którzy przekroczyli 65. rok życia. W efekcie „reform” sądownictwa PiS mogą być za starzy, by zasiadać w TK.

Obydwaj profesorowie stoją na stanowisku, że wiek dyskwalifikuje Piotrowicza i Pawłowicz jako kandydatów do TK.

„Opinie Chmaja i Matczaka są polityczne i nie mają nic wspólnego z faktycznym stanem prawnym. Gdyby była do tego opinia pana mec. Giertycha mielibyśmy komplet” – drwił z sejmowej mównicy poseł PiS Przemysław Czarnek, były wojewoda lubelski.

Borys Budka, poseł PO, zwrócił jednak uwagę, że podając w wątpliwość kompetencje prof. Chmaja, posłowie PiS przeczą samym sobie.

„Podważył pan stanowisko waszego klubu i samego prezesa, który w poprzednim głosowaniu zagłosował za profesorem Markiem Chmajem jako sędzim Trybunału Stanu, a nawet jego wiceprzewodniczącym” – zaznaczył Budka.

Kandydat potrzebny od zaraz

Oprócz Piotrowicza i Pawłowicz do Trybunału dostał się też, rzutem na taśmę, prof. Jakub Stelina.

Tuż przed środowym (20 listopada) posiedzeniem Komisji Sprawiedliwości PiS wycofał kandydaturę Roberta Jastrzębskiego, którą zgłosił na ostatnią chwilę kilka dni wcześniej.

Dlaczego partia Kaczyńskiego zrezygnowała z tego „wybitnego konstytucjonalisty” Zbigniewa Ziobry? Przyczyną miały być naciski koalicjantów w obozie Zjednoczonej Prawicy.

Choć termin przedstawiania kandydatów upłynął 15 listopada, został na tę okazję wydłużony. Posłowie PiS zgłosili kandydaturę Jakuba Steliny ok. 13.00 w czwartek 21 listopada. Mieli nie wiedzieć, kogo zgłaszają i podpisać się pod kandydaturą in blanco. Członkowie Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka zebrali się ponownie po 16.00, by zaopiniować Stelinę jeszcze przed głosowaniem zaplanowanym na ten sam dzień.

Zdaniem polityków opozycji doszło do złamania art. 30 Regulaminu Sejmu.

„Kandydat został zgłoszony na kilka godzin przed spotkaniem komisji i głosowaniem. Niezbyt poważnie traktują państwo Trybunał Konstytucyjny. Wnioskuję o przełożenie obrad Komisji na późniejszy termin, byśmy mieli możliwość zapoznania się z tą kandydaturą” – mówiła Kamila Gasiuk-Pihowicz z PO, wiceprzewodnicząca Komisji.

Posłowie PiS odrzucili ten wniosek i kandydat został przesłuchany.

Prof. Jakub Stelina, wieloletni dziekan WPiA Uniwersytetu Gdańskiego, tłumaczył się m.in. ze swoich decyzji i poglądów, które w ostatnich latach pokrywały się z linią partii Kaczyńskiego. W 2018 roku odmówił podpisania uchwały potępiającej zamach na państwo prawa.

Jak sam przyznał, propozycja pracy w TK była dla niego zaskoczeniem. Stelina, niegdyś doktorant pod opieką prof. Lecha Kaczyńskiego, musiał dziś szybko zrezygnować z kandydowania na inne prestiżowe stanowiska – w Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa.

Dwa dni po wyroku TSUE Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego prawomocnie skazała sędzię Alinę Czubieniak za wydane orzeczenie. To kolejny etap represji wobec sędziów. Krajowa Rada Sądownictwa wybrała nowych sędziów do dwóch izb Sądu Najwyższego. Na zdjęciu Prezydent Duda w 2019 roku wręcza nominację Prezesowi Izby Dyscyplinarnej Tomaszowi Przesławskiemu

Pomimo wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 19 listopada 2019, odnoszącego się do niego stanowiska Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego, a także apelu 13 organizacji zrzeszających prawników i zajmujących się obroną praworządności w Polsce o niezwłoczne wykonanie wyroku TSUE przez organy polskiego państwa, KRS i Izba Dyscyplinarna SN pracują dalej.

Obie powinny powstrzymać się od działalności do czasu orzeczenia SN czy spełniają wymagania i kryteria postawione przez TSUE.

W ocenie organizacji, które podpisały się pod stanowiskiem – m.in. stowarzyszeń  sędziów „Iustitia” i „THEMIS”, prokuratorów z „Lex Super Omnia”, Zespołu Ekspertów Prawnych Fundacji im. Stefana Batorego, Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, Inicjatywy Wolne Sądy, naszego Archiwum Osiatyńskiego – aby wykonać wyrok TSUE, konieczne jest powołanie nowej KRS.

KRS w obecnym kształcie powinna zawiesić swoją działalność ze względu na to, że 15 jej sędziowskich członków zostało powołanych z naruszeniem standardów unijnych, określonych wprost w uzasadnieniu wyroku TSUE. Wszystkie postępowania nominacyjne prowadzone przez KRS powinny zostać wstrzymane.

Z kolei Izba Dyscyplinarna SN powinna wstrzymać wszystkie postępowania dyscyplinarne.

KRS obsadza Sąd Najwyższy

Jednak Krajowa Rada Sądownictwa decydowała dziś o obsadzeniu miejsc w izbach cywilnej i karnej Sądu Najwyższego. Rekomendację do Izby Cywilnej dostał sędzia Dariusz Pawłyszcze. Przepadła m.in. kandydatura sędziego Waldemara Żurka, który chciał wykorzystać procedurę odwoławczą (choć dostał 2 głosy za!).

Jutro KRS zadecyduje o rekomendacjach od Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych. Procedura czekała na rozstrzygnięcie od 2018 roku, wstrzymano ją po ujawnieniu we wrześniu afery hejterskiej w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Izba Dyscyplinarna karze sędzię Czubieniak

Sędzia Sądu Najwyższego Tomasz Przesławski, Prezes Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, wydał komunikat, w którym podkreślił, że „Izba Dyscyplinarna w dalszym ciągu wykonywać będzie zadania związane ze sprawowaniem wymiaru sprawiedliwości, powierzone jej przez konstytucyjne organy Rzeczypospolitej Polskiej.”

W związku z tym, Izba Dyscyplinarna SN wydała dziś prawomocny wyrok skazujący sędzię Alinę Czubieniak z Sądu Okręgowego w Gorzowie Wielkopolskim za wydane orzeczenie – choć odstąpiła od wymierzenia kary. Wyjaśnień w sprawie sędzi Czubieniak domagał się m.in. Pierwszy raz Specjalny Sprawozdawca ONZ do spraw Niezależności Sędziów i Prawników.

Prezes Izby Dyscyplinarnej interpretuje wyrok TSUE na swój sposób

W komunikacie Prezesa Przesławskiego zawarta jest też osobliwa interpretacja wyroku TSUE. Prezes Izby Dyscyplinarnej utrzymuje, że wyrok wywiera skutek jedynie w odniesieniu do postępowań głównych prowadzonych przez Izbę Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Najwyższego, w których skierowano pytania prejudycjalne, a tym samym „nieskuteczne jest powoływanie się na zawarte w nim rozstrzygnięcia w innych postępowaniach sądowych”.

Całkowicie odmiennego zdania są wybitni znawcy prawa europejskiego i polskiego, którzy przygotowali Stanowisko ws. wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, podpisane przez 13 organizacji zrzeszających prawników i inicjatyw społeczeństwa obywatelskiego zaangażowanych w obronę praworządności w Polsce.

W 19. punkcie Stanowiska wyjaśniają:

„TSUE wskazał, że nieprawidłowości w procedurze powoływania sędziów wpływają na niezależność sądów wymaganą przez prawo unijne, stąd wyrok ten ma dużo szersze znaczenie w kontekście polskiego systemu prawnego. Stanowisko TSUE będzie miało również wpływ na status IKNiSP oraz kilkuset sędziów orzekających w sądach w całej Polsce, którzy nominację sędziowską albo awans otrzymali dzięki rekomendacji nowej KRS. W ‍razie niespełnienia kryteriów opisanych w wyroku, wszystkie te nominacje sędziowskie będą mogły zostać uznane za dokonane z naruszeniem prawa unijnego, tj. zasady skutecznej ochrony sądowej. Wszystkie sądy krajowe – niezależnie od ich właściwości, rodzaju i ‍szczebla – mogą bowiem potencjalnie orzekać o ‍kwestiach związanych z prawem UE”.

Ponadto Prezes Przesławski powołuje się na konstytucję, żeby podkreślić, że jedynie Trybunał Konstytucyjny ma moc interpretowania przepisów prawa polskiego. Przywołuje także orzeczenie TK kierowanego przez Prezes Julię Przyłebską, który „zalegalizował” KRS.

Tymczasem w wyroku TSUE jest wyraźnie napisane i kilkakrotnie powtórzone, że niezawisłość sądownictwa jest materią prawa europejskiego, a zatem podlega kompetencji luksemburskiego Trybunału.

Kwestię relacji orzeczenia TSUE i wykładni konstytucji wyjaśnia prof. Ewa Łętowska:

„Orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada 2019 roku mówi, co to znaczy niezależność sądu i niezawisłość sędziowska. U nas w konstytucji te dwa pojęcia występują. Czyli kryteria sformułowane w tym orzeczeniu nadają znaczenie i sens naszym przepisom konstytucji, które się do niezawisłości sądu i niezależności sędziów odnoszą.

TSUE nadaje znaczenie polskiemu prawu, które jest stosowane przez polskie sądy.

Polskie sądy przekładają standardy prawa unijnego, o których decyduje TSUE na to, co dzieje się u nas. I to było przedmiotem orzeczenia TSUE.

TSUE powiedział, jakie kryteria muszą być spełnione przez organ niezależny i niezawisłego sędziego. Orzeczenie TSUE ma skutek odnoszący się do działania polskich sądów.

Ilekroć polskie sądy będą miały problem z odniesieniem się do niezależności polskiego organu albo niezawisłości sądu, mogą odwołać się do kryteriów, które w wyroku podał TSUE. Tu następuje spięcie prawa unijnego i prawa polskiego.

Dlatego to orzeczenie jest bardzo ważne. Ono modeluje myślenie prawnicze o sprawach niezawisłości i niezależności. Zarówno sędziów, jak i adwokatów, którzy występują przed sędziami. I powinno modelować też myślenie tych, którzy stanowią prawo. Powinno, ale czy tak się stanie? W tym zakresie nie jestem w stanie udzielić odpowiedzi”.

Krajowa Rada Sądownictwa czuje się usatysfakcjonowana

Krajowa Rada Sądownictwa wydała oświadczenie, w którym „z satysfakcją zauważa”, że Wielka Izba Trybunału Sprawiedliwości UE nie podzieliła stanowiska wyrażonego w czerwcu 2019 przez rzecznika generalnego TSUE prof. Jewgienija Tanczewa. Rzecznik uznał, że KRS narusza art. 19.1 Traktatu o UE i art. 47 Karty Praw Podstawowych.

TSUE sam nie ocenił KRS, ale podał Izbie Pracy SN przekrojowe i szczegółowe kryteria oceny Izby Dyscyplinarnej SN, jak i  KRS. W wyroku podkreślił, że ocena powołania oraz funkcjonowania KRS jest niezbędna do oceny niezawisłości sędziów Izby Dyscyplinarnej, którzy został powołani z rekomendacji KRS, a żeby dokonać tej oceny, Izba Pracy musi rozważyć wszystkie dostępne jej informacje.

Skala i różnorodność udokumentowanych zastrzeżeń co do powołania i funkcjonowania KRS uprawdopodobniają, że Izba Pracy niebawem oceni, że KRS nie gwarantuje powoływania niezależnego sądu w rozumieniu prawa unijnego. Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf zapowiedziała, że Izba Pracy dokona tej oceny bez zbędnej zwłoki. Przyznała, że TSUE podzielił zastrzeżenia SN, co do kwestii niezależności Izby Dyscyplinarnej SN i KRS. Zaapelowała do też do władz o nową ustawę o KRS.

Adwokaci występujący przed TSUE obalają narrację KRS

W dalszej części oświadczenia KRS utrzymuje, że „stanowisko Trybunału jest zgodne z większością argumentów przedstawionych przez pełnomocników Rady wyrażonych na rozprawie ustnej”.

Powyższe stwierdzenie obalają Sylwia Gregorczyk-Abram i Michał Wawrykiewicz, którzy reprezentował sędziów NSA i SN w sprawie, w której TSUE wydał wyrok.

OKO.press uzyskało od Gregorczyk-Abram i Wawrykiewicza następujące oświadczenie:

„Opublikowane dziś stanowisko nowej KRS na temat wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada 2019 roku w połączonych sprawach C- 585/18, C-624/18 i C-625/18, wskazuje na to, że nowa KRS nie rozumie orzeczenia TSUE, jego znaczenia ani niezwykle przełomowego charakteru.

Wbrew temu, co twierdzi nowa KRS w wydanym oświadczeniu, TSUE bardzo wyraźnie potwierdził, że ma kompetencje do oceny stanu niezależności sądownictwa w kraju członkowskim, ponieważ te zagadnienie objęte jest materią prawa unijnego. W wyroku z 19 listopada TSUE ugruntował swoje dotychczasowe orzecznictwo w tej kwestii.

Nowa KRS w toku postępowania przed TSUE utrzymywała, że powyższe zagadnienie nie jest przedmiotem prawa unijnego. W związku z tym nieprawdziwe jest twierdzenie KRS, że TSUE podzieliła argumenty przedstawiane przez KRS w postępowaniu.

Ponadto TSUE dokonał bardzo wyrazistej, jednoznacznej wykładni prawa europejskiego, co jest jego podstawowym zadaniem. W ramach tej interpretacji, określił precyzyjnie kryteria jakie musi spełniać niezależny, bezstronny sąd i niezawisły sąd. Powiedział wyraźnie, że taki niezależny sąd w rozumieniu standardów europejskich nie może być wybierany przez organ, który jest w decydującym stopniu uzależniony od władzy wykonawczej i ustawodawczej. A takim organem jest przecież nowa KRS.

W stanowisku KRS czytamy: Wprawdzie Trybunał w swoim orzeczeniu stwierdza, że każdy czynnik polityczny biorący udział w powoływaniu sędziów może rodzić wątpliwości i uruchamiać ocenę, czy sąd jest sądem niezawisłym ale jednocześnie zwraca uwagę, że to dopiero zespół czynników – wyliczonych przykładowo – może prowadzić do ostatecznej konkluzji wykluczającej istnienie przymiotów niezawisłości i bezstronności. Wśród tych czynników wymienia praktykę organów uczestniczących w procesie nominacyjnym sędziów. Rada zauważa, że praktyka należy do sfery faktów. Praktyka ma to do siebie, że może ulegać zmianom w czasie. Przepisy ustrojowe mają zaś charakter uniwersalny.

Wbrew powyższemu stanowisku nowej KRS, TSUE w swoim orzeczeniu nie wyliczył »przypadkowych« czynników, które wpływają na brak niezależności i bezstronności organu biorącego udział w procedurze nominacyjnej sędziów.

Przeciwnie, TSUE wymienił bardzo konkretne czynniki, począwszy od skrócenia kadencji niezgodnie z Konstytucją, poprzez polityczny wybór nowych członków, brak transparentności oraz cechy i okoliczności faktyczne funkcjonowania organu biorącego udział w procedurze nominacyjnej sędziów.

Nie ma wątpliwości, że luksemburski Trybunał doskonale rozpoznał sedno braku niezawisłości sędziów powoływanych w nowym, stworzonym w ostatnich trzech latach w Polsce systemie. TSUE tym samym wskazał wszystkim sądom w Polsce jednoznaczny test na ocenę niezależności sądów i poszczególnych sędziów.

Jesteśmy przekonani, jako adwokaci i przede wszystkim jako obywatele, że już wkrótce na podstawie wyroku TSUE – czyli obowiązującego w Polsce standardu prawa unijnego – polskie sądy będą dokonywać oceny, czy dany sędzia powołany przez nową KRS, ma prawo zasiadać w składzie orzekającym, albo czy wydany przez takiego sędziego wyrok można uznać za obowiązujący.

Trzeba podkreślić, że fakt, że luksemburski Trybunał dokonał wykładni i określił kryteria, a nie rozstrzygnął zagadnienia przedstawionego w odesłaniu prejudycjalnym, to najbardziej normalna praktyka.

TSUE wydał tzw. wyrok instrukcyjny, a nie wynikowy, które w sprawach prejudycjalnych Trybunał wydaje znacznie rzadziej.

Zachęcamy osoby zasiadające w nowej KRS do przestudiowania wspólnego stanowiska organizacji społecznych w sprawie wyroku TSUE z 19 listopada 2019 roku”.

Wojownik czy negocjatorka? Konserwatystka czy liberał? Kto ma większe szanse w starciu z Andrzejem Dudą i kogo PO wystawi w wyborach prezydenckich? Jacek Jaśkowiak i Małgorzata Kidawa-Błońska to dwie różne osobowości, różne poglądy i różny styl uprawiania polityki. OKO.press analizuje ich zalety i wady

Jeszcze 20 listopada przed południem prawybory w Platformie Obywatelskiej zapowiadały się na spektakl pozorów: kandydatka była jedna – Małgorzata Kidawa-BłońskaPo rezygnacji ze startu Radosława Sikorskiego nic nie zapowiadało, że będzie miała konkurencję.

W ostatniej chwili do gry wszedł jednak prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak, co odwróciło sytuację o 180 stopni – wyścig o nominację PO zapowiada się fascynująco.

Jego rozstrzygnięcie jest ważne dla całego obozu demokratycznego, ponieważ, jak wynika z badania OKO.press, to kandydatka bądź kandydat PO ma największe szanse na wejście do drugiej tury i bezpośrednie starcie z Andrzejem Dudą.

OKO.press pokazuje różnice ideowe, osobowościowe i biograficzne między Kidawą-Błońską a Jaśkowiakiem. Analizujemy również strategie wyborcze PO w zależności od wyniku prawyborów.

Różne profile ideowe

Kidawa-Błońska jest bardziej konserwatywna obyczajowo, Jaśkowiak – bardziej liberalny.

Różne biografie i osobowości

Jak pisaliśmy w OKO.pressKidawa-Błońska to jedna z najbardziej zasłużonych polityczek Platformy Obywatelskiej, przeszła kolejne stopnie kariery partyjnej – od radnej miejskiej do marszałkini Sejmu. W parlamencie jest od 2005 roku. Lobbował za nią Kongres Kobiet.

Jaśkowiak do polityki przyszedł z biznesu i ruchów miejskich. W 2010 roku był kandydatem stowarzyszenia My Poznaniacy na prezydenta miasta i nieoczekiwanie uzyskał dobry wynik.

Z PO związał się dopiero w 2013 roku – rok później był kandydatem partii w wyborach przeciwko wieloletniemu prezydentowi Ryszardowi Grobelnemu. W opinii komentatorów Platforma wystawiła wtedy Jaśkowiaka po to, żeby przegrał z Grobelnym, wcześniej wiele lat związanym z PO.

Ale Jaśkowiak sprawił sensację.

Co jeszcze różni oboje kandydatów?

  • Kidawa-Błońska od urodzenia mieszka w domu po dziadkach w podwarszawskich Gołąbkach. Jest prawnuczką Władysława Grabskiego, dwukrotnego premiera II RP i autora słynnej reformy gospodarczej w latach 1920, oraz prezydenta Stanisława Wojciechowskiego (w latach 1922-26), córką Macieja Władysława Grabskiego, profesora Politechniki Warszawskiej, wieloletniego prezesa Fundacji Nauki Polskiej.
  • Jaśkowiak to syn krawcowej i kolejarza, wychowany na poznańskim Dębcu, w tzw. trudnej dzielnicy. Trenował boks, skończył technikum mechaniczne, pracował na budowie jako gastarbeiter, by na początku lat 90. z sukcesem zacząć karierę w biznesie. Był też menadżerem Jacka Kaczmarskiego pod koniec życia barda „Solidarności”.
  • Kidawa-Błońska ma wizerunek taktownej polityczki, szukającej kompromisu i zgody. Jak pisała w jej sylwetce „Polityka”, raz „przyznała się do życiowego ekscesu: tak zdenerwowała się na męża i syna, że rzuciła porcelanowym talerzykiem o podłogę; w pierwszej chwili poczuła ulgę, lecz zaraz potem żal, ponieważ talerzyk był pamiątką po prababci”.
  • Jaśkowiak ma temperament wojownika, polityka szorstkiego i pewnego siebie, nie unika ostrych sądów. Po zabójstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza mówił, że za „goebbelsowskie metody propagandy” TVP i za doprowadzenie do tragedii odpowiada osobiście prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Wybór kandydata zdefiniuje Platformę?

Gdyby stwierdzić, że wybór między Małgorzatą Kidawą-Błońską a Jackiem Jaśkowiakiem zdefiniuje na nowo największą partię opozycyjną – byłaby to teza publicystyczna. Ale jest faktem, że w zależności od ostatecznego rezultatu prawyborów, strategia PO na kampanię prezydencką będzie różna.

  • Małgorzata Kidawa-Błońska – kandydatka „umiarkowanego postępu w granicach prawa”

Jej kampania nie byłaby agresywna, opierałaby się na poszukiwaniu zgody i apelowaniu do elektoratu niekoniecznie oczywistego dla Platformy Obywatelskiej. Taka strategia miałaby szansę na sukces.

Jak pokazywało badanie OKO.press, atutem Kidawy-Błońskiej jest relatywnie mały elektorat negatywny.

Nawet nie widząc, z kim walczył/a/by w II turze wyborów prezydenckich 2020 roku, czy dopuszczasz możliwość głosowania na:

Po drugie, ma mocną pozycję na wsi, gdzie jej wynik sondażowy jest aż o cztery punkty procentowe lepszy niż Koalicja Obywatelska uzyskała w wyborach parlamentarnych.

Umiarkowanie konserwatywny profil ideowy kandydatki KO najwyraźniej podoba się sporej części wyborców wiejskich i może w drugiej turze bardzo ułatwić ewentualny transfer poparcia od zwolenników lidera PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza.

Argumentem przeciwko są słabe notowania Kidawy wśród najmłodszych wyborców: jej wynik jest aż o osiem punktów procentowych gorszy niż wynik KO w tej samej grupie w wyborach parlamentarnych.

Mimo poparcia Barbary Nowackiej dyskusyjna jest również zdolność Kidawy do mobilizacji w drugiej turze elektoratu lewicowego. Zadanie stało się dodatkowo trudniejsze po wypowiedzi w „Kropce nad i” o „nic nie wartej lewicy”’.

  • Jacek Jaśkowiak – „lewicowiec” z Platformy

W badaniu OKO.press nie uwzględnialiśmy kandydatury Jaśkowiaka, więc wnioski na temat jego szans i strategii muszą być bardziej hipotetyczne. Oczywiste wydają się dwie rzeczy.

Po pierwsze, kampania Jaśkowiaka byłaby bardziej ofensywna, polaryzacyjna i skoncentrowana na mobilizacji elektoratu anty-PiS.

Po drugie, jako kandydat Platformy miałby problem z dotarciem do wyborców Kosiniaka-Kamysza, ale w drugiej turze z łatwością zgarnąłby głosy lewicy.

W I turze kandydatura Jaśkowiaka byłaby dla lewicy wręcz problemem.

Start Robert Biedronia – jeśli to on miałby reprezentować lewicę mimo perturbacji w swojej karierze – byłby trudno zrozumiały dla wyborców. Obaj panowie mają podobny profil ideowy, podobne biografie w sensie społeczno-rodzinnym i zbieżną historię polityczną – obaj sensacyjnie wygrali w swoim czasie wybory samorządowe.

Ta zbieżność może pomóc Jaśkowiakowi w najmłodszym elektoracie, gdzie wg badania OKO.press Biedroń jest liderem po stronie opozycji.

Niewykluczone, choć to już daleko idąca hipoteza, że przeszłość biznesmena i liberalne poglądy Jaśkowiaka na gospodarkę mogłoby skusić cześć zwolenników Janusza Korwin-Mikkego i tym samym uderzyć w czuły punkt Andrzeja Dudy, któremu trudno będzie wygrać bez tych wyborców.

Słabe punkty Jaśkowiaka to mała rozpoznawalność ogólnopolska i fakty, które mogą stać się amunicją dla brutalnej propagandy TVP: m.in. praca dla Jana Kulczyka i zawirowania w życiu osobistym.

Choć w toku kampanii wady można przekuć w zalety: przy odpowiedniej opowieści Jaśkowiak jako „zwykły człowiek” mógłby być łatwiej strawny dla wahającego się elektoratu niż „pochodząca z elit” Kidawa-Błońska.

Między bezpieczeństwem a ryzykiem

Z sondaży wynika, że wybór Małgorzaty Kidawy-Błońskiej będzie dla Platformy Obywatelskiej ruchem bezpiecznym.

Po wysunięciu jej na pierwszy plan kampanii parlamentarnej, mocno zyskała na rozpoznawalności, 13 października zdobyła najwięcej głosów w skali kraju, niewykluczone też, że będzie jedyną kobietą w walce o prezydenturę. Niemal na pewno przejdzie do drugiej tury, gdzie stoczy wyrównaną walkę z Andrzejem Dudą.

Wątpliwości? Jak wskazywaliśmy w OKO.press, Kidawa-Błońska kojarzy się z przegraną, reprezentuje pokolenie polityków Platformy, którzy przewodzili partii podczas pięciu z rzędu wyborczych porażek. Istnieje też ryzyko, że zabraknie jej determinacji: kultura osobista i szukanie zgody może nie sprawdzić się podczas ostrych konfliktów politycznych.

Kidawa-Błońska kojarzy się tylko z polityką i nobliwą rodzinną przeszłością. Zaletą Jaśkowiaka jest „zawód prezydenta miasta”, a wcześniej biznesmena. Może odwoływać się do wartości i doświadczeń spoza politycznego teatru, który nie cieszy się dużym szacunkiem Polek i Polaków. Wśród ról politycznych burmistrz ceniony jest przez  46 proc., poseł na Sejm przez 32 proc, a działacz partyjny tylko przez 20 proc.

Jaśkowiak to nowa twarz PO, polityk, który nie kojarzy się z porażką, szansa na odświeżenie wizerunku Platformy, ale jednocześnie wielka niewiadoma. Nie wiemy, jak sprawdzi się na arenie ogólnopolskiej, jest również póki co nie uwzględniany w badaniach sondażowych.

Nie wiadomo także, czy jego liberalny profil nie zmobilizuje dla Andrzeja Dudy wyborców konserwatywnych obecnie sceptycznie nastawionych do PiS i prezydenta.

Z drugiej strony, Jaśkowiak w Poznaniu pokazał, że doskonale się czuje, gdy atakuje z pozycji underdoga. Udowodnił również, że potrafi wygrywać z konserwatywnymi politykami i pozyskiwać wyborców lewicowych.

W 2014 roku jego przeciwnika Ryszarda Grobelnego popierali Jarosław Gowin i Marek Jurek, a sam Grobelny zręcznie wykorzystywał w kampanii pozycję prezydenta miasta oraz sympatię części aparatu PO.

Umiejętnie grał też na odruchu konserwatywnym klasy średniej, strasząc Jaśkowiakiem jako rewolucjonistą, który stateczny, mieszczański Poznań zmieni w arenę lewackiego eksperymentu obyczajowego.

Kampania negatywna Andrzeja Dudy uderzałaby zapewne w te same tony, ale Jaśkowiak już pokazał, że jest na nie odporny.

Kogo woli Tusk?

Szalę na rzecz Kidawy-Błońskiej lub Jaśkowiaka mogłoby przechylić poparcie Donalda Tuska, ale nowo wybrany szef Europejskiej Partii Ludowej już oficjalnie ogłosił, że popiera oboje. Pytanie, co dzieje się za kulisami.

Podczas obchodów 30. rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 roku, Tusk mówił o samorządowcach: „To są ludzie, którzy wiedzą, jak dzisiaj wygrywać” i rysował koncepcję oparcia na nich kampanii wyborczej do Sejmu i/lub Senatu. Można założyć, że łatwiej byłoby Tuskowi uwierzyć w szanse Jaśkowiaka.

Kto ostatecznie zwycięży i zostanie kandydatem Platformy Obywatelskiej na prezydenta Polski, dowiemy się 14 grudnia. A potem okaże się na ile któreś z nich będzie w stanie wzmocnić swoje mocne punkty i przekroczyć ograniczenia.

„Wiadomości” TVP we właściwy sobie sposób odnotowały wybór Donalda Tuska na szefa Europejskiej Partii Ludowej. Jak to zwykle bywa – sukces Tuska jest dla prawicy tylko potwierdzeniem tego, jak mało znaczy jako polityk. Nie znoszą go Szwedzi, Włosi, Francuzi i Brytyjczycy. Największy wróg Polski zostaje w Brukseli – zdaje się mówić TVP i z ulgą, i z żalem

„Chwalą Tuska i trudno się dziwić. W końcu to jedna europejska frakcja” – zaczyna autor materiału Marcin Tulicki. I dodaje, że zwłaszcza partyjni koledzy chwalą go na oślep. Bo – według TVP – nie ma za co chwalić. A szefem EPL został, bo nie było żadnego kontrkandydata.

Rzeczywiście, był jedynym kandydatem. Ale historia zna przypadki, gdy jedyni kandydaci przepadali w takich głosowaniach:

Wybrała go Merkel?

„Wiadomości” TVP postanowiły zanalizować, co w takim razie stoi za sukcesem Tuska.

Miłosz Manasterski, redaktor naczelny swojej prywatnej „Agencji Informacyjnej”, spieszył z wyjaśnieniem:

„Donald Tusk ma bardzo słabą pozycję w Polsce (…) a do tego, by zostać szefem EPL wystarczy poparcie Angeli Merkel”.

Angela Merkel króluje oczywiście w wyobraźni polskiej prawicy jako cesarzowa Europy, która w każdej sprawie ma ostatnie słowo. Tylko że układ sił w EPL znacznie się zmienił po ostatnich wyborach i po raz pierwszy w historii tej partii posłowie z Europy Wschodniej przewyższają liczebnie reprezentantów Hiszpanii, Francji i Niemiec.

W Europarlamencie frakcja straciła miejsca – z 217 do 182. Największe straty odnotowały właśnie reprezentacje krajów zachodnich.

Wybranie więc – znowu po raz pierwszy w historii – szefa EPL właśnie z tej części UE, jest wyrazem polityki tej frakcji, która chce umacniać się na wschodzie Europy, gdzie chadecja, oddająca pole na Zachodzie, wciąż upatruje szans na rozwój. Aż 491 delegatów partii członkowskich głosowało za Tuskiem, tylko 37 przeciwko.

Wybór Tuska jest też wyrazem zmiany kursu wobec węgierskiej rządzącej partii Fidesz. Dotychczasowego szefa EPL, francuza Josepha Daula, uznawano za koncyliacyjnie nastawionego wobec Viktora Orbána. Portal Politico powołuje się na słowa jednego z członków EPL: „Tylko osoba z Europy Wschodniej jest w stanie przeciwstawić się narracji Orbána. Ofensywa idąca wprost z Europy Zachodniej byłaby skazana na klęskę”.

Wybór Tuska przedstawiany jest jako nadzieja EPL na nowe otwarcie. Jak określił to Manfred Weber: „Jego zadaniem będzie przedefiniowanie chadeckości”. Tusk jako polityk wyrazisty i rozpoznawalny, od miesięcy był przedstawiany jako naturalny wybór.

Brytyjczycy go nienawidzą! Wszyscy!

Jakie są zasługi Tuska? „Wiadomości” łapią na korytarzach polityków KO, którzy albo nie odpowiadają na pytanie, co jest prezentowane jako „przemilczenie”, albo wymieniają działania w sprawie kryzysu migracyjnego, klimatycznego czy Brexitu.

„Innego zdania są Francuzi, Niemcy, czy Szwedzi, którzy kryzys migracyjny odczuli na własnej skórze, a nie politycznych salonach” – komentuje Marcin Tulicki. Nie podaje jednak żadnych źródeł, ani przykładów, które miałyby świadczyć o tym, że opinia publiczna w tych krajach obwinia Tuska za cokolwiek.

Zdaniem TVP podobnie zniesmaczeni postawą Tuska są Brytyjczycy, „których za brak umowy wysyłał do piekła”. Chodzi oczywiście o słynny komentarz Tuska wygłoszony w Brukseli w lutym 2019:

„w piekle jest specjalne miejsce dla tych, którzy naciskali na Brexit bez jakiegokolwiek planu, jak bezpiecznie go przeprowadzić”.

„Ta wypowiedź była dla Brytyjczyków skandaliczna. Zwłaszcza, że padła z ust osoby, która miała łączyć, a nie dzielić” – kończy potępiająco Marcin Tulicki.

„Wiadomości” jako dowód pokazują okładkę brukowca „The Sun”, na której Tusk przedstawiony jest z Emannuelem Macronem jako gangsterzy grożący Theresie May.

Tylko że tekst pochodzi z września 2018, więc nie odnosi się konkretnie do słów Tuska o piekle, tylko do polityki liderów europejskich względem polityków Wielkiej Brytanii. Co więcej, „The Sun” jest gazetą zwolenników Brexitu. Wprost wzywało swoich czytelników do głosowania za wyjściem z UE w czerwcu 2016.

Słowa Tuska oczywiście zapiekły otwartych brexitowców i torysów odpowiedzialnych za chaos. Sami Brytyjczycy są jednak zmęczeni Brexitem, rozczarowani nieudolnością własnej klasy politycznej i wreszcie wcale nie są zadowoleni, że z Unii w ogóle wychodzą. Opcja „Remain” prowadzi stabilnie w sondażach mniej więcej od dwóch lat.

Dla porównania można prześledzić narrację dziennika „The Guardian”, który poświęcał słowom Tuska o piekle dużo uwagi. Analizowano kogo Tusk miał na myśli; odczytywano to wystąpienie poprzez jego biografię, pisząc, że było brawurowe i odważne, bo wypływające z idealizmu polskiego opozycjonisty wychowanego na tęsknocie do liberalnej demokracji. Wprost pisano o jego słowach jako „bolesnych i prawdziwych„.

Stosując analogię – równie dobrze można powiedzieć, że Polacy nienawidzą wiceszefa Komisji Europejskiej Fransa Timmermansa za krytykowanie rządu PiS. Owszem, politycy PiS mogą nazywać Holendra „żandarmem Europy”, „wielkim szkodnikiem” i „antypolakiem”, ale z drugiej strony „Gazeta Wyborcza” ogłosiła go Człowiekiem Roku, a Wiosna zaprosiła na swoją konwencję.

Niebezpieczny i mało znaczący

W materiale „Wiadomości” powtarza się prawicowa dialektyka sprzeczności, w której Tusk jest jednocześnie:

  • europejskim dandysem, który ucieka z Polski i „wybiera apanaże”;
  • wraca do Polski, żeby mącić, szczuć, obrażać Polaków i polski rząd;
  • jest skończonym, skompromitowanym politykiem bez szans na ważne funkcje w Polsce.

Wyrazem tej samej schizofrenicznej wizji jest zależność – im więcej Tusk znaczy w międzynarodowej polityce, zostając drugi raz szefem rady Europejskiej, czy teraz szefem EPL, tym bardziej dobitnie potwierdza, że w europejskiej polityce nic nie znaczy. Innymi słowy – sukces oznacza porażkę.

Międzynarodowa pozycja Tuska jest dla polskiej prawicy źródłem:

  • frustracji, stąd wszystkie agresywne określenia jak „niemieckie popychle”, „folksdojcz”;
  • ulgi, bo Tusk w Brukseli nie zagraża PiS-owi w polityce wewnętrznej.

Ale przede wszystkim prawica żywi do niego szczerą i gorącą nienawiść, która po 2014 roku, przez jego nieobecność, a później w wyniku przejęcia mediów publicznych, została spuszczona ze smyczy. Na prawicowych okładkach Tusk był już oficerem NKWD strzelającym w Katyniu do Lecha Kaczyńskiego, czy esesmanem eskortującym Angelę Merkel tramwajem z napisem „Nur für Deutsche”. „Wiadomości” TVP zestawiały Tuska z Hitlerem i Stalinem.

W narracji PiS Tusk stał się nie tyle wrogiem politycznym, ile właściwie „nieprzyjacielem” w biblijnym sensie tego słowa. Złem wcielonym. Przykładem może być Ryszard Czarnecki używający określenia „diabeł Tusk”, czy słynna okładka „Sieci”, na której Tusk ma włosy pokolorowane na marchewkowo i czerwone, wilcze oczy.

Wyniesienie Tuska do rangi najwyższego zła tłumaczy te słodko-gorzkie reakcje PiS-u na pozostanie Tuska w polityce europejskiej.

PiS sam wpadł w pułapkę spirali nienawiści, która nie może znaleźć ujścia. Lata mijają, język pogardy się radykalizuje, a Tusk ani nie stanął przed Trybunałem Stanu, nie odpowiedział za rzekomą „zdradę smoleńską” (skądinąd to drażliwy temat), spektakularnie ogrywa Komisję VAT w starciach bezpośrednich, a za granicą radzi sobie coraz lepiej i jest politykiem rozpoznawanym na całym świecie.

A ze złem wcielonym przecież należy walczyć, zło powinno zostać ostatecznie zwyciężone, potępione. Jeśli nie za granicą, to chociaż tu, w Polsce. Dla obozu PiS wymarzonym scenariuszem byłby start Tuska w wyborach prezydenckich i jego przegrana z Andrzejem Dudą. I taki obrót spraw byłby niezwykle prawdopodobny – przy negatywnym elektoracie, jaki ma Tusk, który w dość dużym stopniu zawdzięcza tej kampanii.

Stąd – radość i ulga, że nie przyjedzie mącić i ośmieszać, ale i złość, że nie stanie na polu walki, by dać satysfakcję.

W państwie tworzonym przez partię rządzącą nie ma niuansów ani kolorów.

Podwójne expose panów premiera i prezesa wskazuje, że kolejne cztery lata upłyną politykom z partii wciąż rządzącej na… poszukiwaniu utraconej normalności.

Co się z nią stało i kiedy zaginęła nie bardzo wiadomo, ale sądząc z portretu pamięciowego, jaki sporządzili przedstawiciele władzy, było to dawno, dawno temu. Od chwili, gdy gdzieś się zapodziała pod Okrągłym Stołem, minęły co najmniej trzy dekady. Jakby nie liczyć, pierwszą młodość ma już dawno za sobą, toteż trudno ją dzisiaj rozpoznać po starych zdjęciach black&white. Zatem, pomimo wysiłków całego obozu władzy i wsparcia ze strony autorytetów religijnych, przez ostatnie cztery poszukiwania nie przyniosły spodziewanego rezultatu. Więc trudno się dziwić, że wciąż nie jest u nas tak całkiem normalnie.

W tej sytuacji politycy partii rządzącej odwołali się do Narodu, upubliczniając rzeczony portret pamięciowy, a uczciwego znalazcę upraszając uprzejmie o zwrot normalności na ulicę Nowogrodzką.

Jaka jest normalność? Po pierwsze – biała, a po drugie – heteronormatywna. Po trzecie jest zaś wyznania katolickiego i narodowości polskiej (od co najmniej siedmiu pokoleń) toteż i obowiązki ma polskie. Jest zdrowa i pełnosprawna. Pozostaje w związku sakramentalnym i posiada dwójkę albo więcej dzieci. Pracuje na utrzymanie rodziny, a po pracy ogląda w tv rodeo (albo mecz piłkarski) lub – odpowiednio – dba o dom i rodzinę oraz rodzi i wychowuje liczne potomstwo, w wolnych chwilach zerkając znad prasowania na „Plebanię” i „Rodzinkę pl”.

Nie uznaje środków antykoncepcyjnych (nawet jeśli stosuje) ani – rzecz jasna – aborcji. Tę – w razie potrzeby – wykonuje w ateistycznych Czechach, a to się za grzech nie liczy.

W niedzielę chodzi do kościoła, a potem spożywa rodzinny obiad z rosołem i domowym kompotem i ogląda „Dziennik telewizyjny” oraz seriale krajowej produkcji. Nosi garnitur lub garsonkę. Latem jeździ nad Bałtyk. Przez resztę roku grilluje na działce. Pali węglem i oddycha smogiem, bo tak nakazuje tradycja.

Normalność słucha disco polo i marzy o domku z ogródkiem. Kocha „swojskość”, nie cierpi zaś „elit” (chyba że chodzi o elity własnego chowu zaludniające korytarze sejmowe i telewizję publiczną). Kocha też Polskę i „wartości”, a jej hasło to „Bóg, Honor i Ojczyzna”, nawet jeśli notorycznie zdradza współmałżonka, ma dwójkę dzieci z in vitro, oszukuje na podatkach, regularnie bije żonę (lub męża), mieszka w Szwajcarii, a na życie zarabia w Londynie.

Normalność do polityki się nie miesza, szanuje autorytety i poglądy, o których słyszy w TV-PiS, dba o rodzinę i swoje interesy. Nie przeszkadza jej aktualny skład TK czy KRS, reforma szkolnictwa, kolejki do lekarza, podwyżki cen prądu ani Republika Banasiowa, bo świetnie rozumie, że w życiu trzeba się umieć „ustawić”. I że darowanemu pięćsetplusowi na ręce się nie patrzy, tylko głosuje na PiS, bo tak stoi w Dekalogu.

Gdzie jej szukać? Głównie na wsi i w małych miasteczkach, przeważnie na wschód od Wisły, ale tak naprawdę to występuje ona głównie w wypowiedziach polityków partii władzy. Bo w realu nikt jej chyba od dawna nie widział.

Na ulicy od dawna widać zaś głównie normalność z zupełnie innej opowieści. Jest to normalność, której kolorowe zdjęcie z Instagrama opisał – w reakcji na podwójne expose premiera i prezesa – Adrian Zandberg z opozycji. Jest to normalność w niczym niepodobna do tej ze wspomnień przywódców partii aktualnie rządzącej. Wolna, równa i braterska oraz – ratuj się kto może – genderowa. Świecka, czyli pozbawiona wszelkich „wartości”. Gejowska jakaś i niepatriotyczna. Niepolska nawet. I nic dziwnego, bo normalność partii Razem to normalność „lewacka”. Taka z brukselskim, a nie swojskim rodowodem. Czyli żadna z niej normalność. Jeśli porównać ją do normalności z definicji panów premiera i prezesa, to wychodzi, że to, normalnie, jakaś patologia…

Toteż kierownictwo formacji władzy wciąż usilnie poszukuje swojej utraconej normalności. Problem w tym, że – jak się zdaje – wystraszona zgniłymi moralnie brukselskimi miazmatami zdążyła już ona zmienić adres, a być może nawet narodowość. Dzisiaj trzeba by jej chyba szukać na Białorusi. Albo w Rosji.

Kaczyński robi po butach

8 Maj

Poseł Krzysztof Brejza jest w życiowej formie. W gronie czynnych polityków opozycji nikt tak sprawnie nie atakuje partii rządzącej. Teraz oberwało się samemu Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Nowy Napoleon?

Brejza postanowił wyciągnąć trupa z szafy. Trzy lata temu lider PiS starał się w Polsce kreować na lidera europejskiego formatu, który miałby receptę na uzdrowienie – jego zdaniem chorej – Unii Europejskiej. W 2016 r. Kaczyński twierdził, że poprosił prawnika, by ten „przygotował nowe traktaty” dla europejskiego sojuszu.

Poseł PO postanowił powiedzieć „sprawdzam” i zweryfikować, ile wyszło z planów Prezesa. W tej sprawie skierował swoje kroki do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Odpowiedź musiała zmrozić zwolenników PiS. Okazuje się, że resort „nie posiada żadnych nowych informacji w tej sprawie”. Krótko mówiąc: Kaczyński zadeklarował w mediach, że zleci przygotowanie traktatów europejskich, które – ponownie: w jego rozumieniu – uzdrowią Europę. Ostateczna odpowiedź ministerstwa świetnie nadawałaby się jednak na temat nieszczególnie zabawnych filmików z Youtube’a z serii „Oczekiwania a rzeczywistość”.

Lider PiS niczym Napoleon miał wielkie ambicje, ale kończy na wyspie Św. Heleny. Polska dyplomacja jest dziś raczej skłócona z europejskimi potęgami. O sukcesie na miarę Jerzego Buzka czy Donalda Tuska żaden z polityków Zjednoczonej Prawicy nie może nawet marzyć.

Europejska rozgrywka  

Oczywiście powyższe odnosi się do obecnego rozłożenia głosów w Parlamencie Europejskim. Jeśli w kolejnym, majowym rozdaniu większość uzyskają partie eurosceptyczne, pozycja PiS w Europie może się umocnić. Pytanie brzmi jednak, czy nie będzie to oznaczało rozpoczęcia procesu rozpadu eurowspólnoty.

Unia Europejska nie jest oczywiście organizmem idealnym. Jeśli spojrzymy na nią jednak w skali obecnej geopolityki, możemy uznać, że Europa podzielona, będzie zbyt słaba, by być poważnym partnerem dla czołowych mocarstw: USA i Chin. Dlatego istotne jest przetrwanie UE. Czy to się uda? Odpowiedzią na to w sporej mierze będą nadchodzące wybory. To, na kogo Europejczycy zagłosują w tym czasie, może zadecydować o przyszłości kontynentu w wymiarze politycznym i gospodarczym na całe pokolenie.

Nagonka na Donalda Tuska w mediach publicznych, które są pokazową tubą propagandową partii rządzącej, trwa w najlepsze. Pretekstem stał się przyjazd do Polski przewodniczącego KE i wygłoszenie dwóch wykładów, na Uniwersytecie Warszawskim i poznańskim. Nie ma co, PiS boi się Tuska jak diabeł wody święconej, więc nie odpuści.

Przekaz z wczorajszych „Wiadomości” był bardzo jednoznaczny. Donald Tusk pojawił się w Polsce, bo chce namieszać i nie kryje swoich politycznych ambicji. Swoim wystąpieniem w Poznaniu nawiązał do „do ataku na polski Kościół”, bagatelizując słowa Jażdżewskiego. Mało tego, „rzetelni dziennikarze” przywołali fragment wypowiedzi Tuska z 1987 roku, gdy na pytanie, po co nam Polska, odpowiedział, że „po nic. Uważam, że Polska jest wielkim genetycznym i kulturowym obciążeniem” i „Polskość to nienormalność”. Oczywiście był to zabieg celowy, który miał pokazać jak bardzo poglądy i antypolskość przewodniczący KE są zbieżne z tym, co mówi Jażdżewski.

Oczywiście, kolejny już raz podkreślono, że za Donaldem Tuskiem stoją murem Niemcy, którzy uważają go za „najważniejszego polityka opozycji”, a tak w ogóle to ta właśnie opozycja jest winna śmierci rektora Politechniki Gdańskiej, który zmarł na zawał, zdenerwowany krytyką za udostępnienie Sali na konwencję PiS, czyli…. to wina Tuska.

Nieważne, że Donald Tusk nic nie mówi o swoim ewentualnym powrocie do polskiej polityki. Nieważne, że przyznał, iż z pewnymi tezami Jażdżewskiego się nie zgadza. Takich szczegółów Polacy nie muszą znać. Ważne, by przekonać ich, że Donald Tusk to samo zło, a jego powrót to będzie katastrofa.

No proszę, do czego posuwają się pisowskie media, gdy strach zakłóca im logikę myślenia…

Autor dwóch kontrowersyjnych książek demaskujących rzekome powiązania byłego szefa MON, zaufanego Jarosława Kaczyńskiego – Antoniego Macierewicza, nie próżnuje. Tym razem w polu zainteresowania Tomasza Piątka znalazł się obecny szef rządu Mateusz Morawiecki. 9 maja na półki księgarskie trafi książka zatytułowana „Morawiecki i jego tajemnice”.

Autor dowodzi w niej, że obecny premier jest pośrednio związany z Kremlem i Mafią Sołncewską oraz rosyjskim wywiadem dzięki powiązaniom z takimi osobami i organizacjami jak Tomasz Misiak, Adam Andruszkiewicz czy Solidarność Walcząca.

Przekonuje, że za tzw. aferą taśmową stały rosyjskie służby. Nie wyklucza, że premier zna osobiście Marka Falentę i dowodzi, że ich wspólnym znajomym jest wspomniany Misiak – który miał wprowadzać Falentę „na salony”. Pisze, że w willi biznesmena miał mieszkać Pierre Konrad Dadak, przedstawiany jako handlarz bronią i członek mafii sołncewskiej. Jak przekonuje Piątek, rządzi nią Michaił Fridman, ściśle współpracujący z rosyjskim wywiadem GRU i Kremlem.

Piątek sugeruje w swej najnowszej publikacji, że do otoczenia Putina prowadzą też rzekome powiązania Morawieckiego z politykami. Wskazuje na Adama Andruszkiewicza, powołanego niedawno na stanowisko wiceministra cyfryzacji, a który został uznany przez „organizację ekspercką Political Capital za pośrednie narzędzie Rosji”. Podobnie – Sylwester Chruszcz, który razem z nim dostał się do Sejmu z list Kukiz’15, a później dołączył do koła poselskiego „Wolni i Solidarni”, założonego przez ojca premiera. Przypomina, że przed 10 laty Chruszcz współtworzył wraz z Mateuszem Piskorskim zaplecze otwarcie prorosyjskiej partii „Zmiana”. Ten drugi od trzech lat przebywa w areszcie podejrzany o szpiegostwo na rzecz Rosji i Chin.

Na dodatek Piątek przekonuje, że utworzona przez ojca premiera „Solidarność Walcząca” była infiltrowana przez polski, enerdowski i radziecki wywiad. Autor opisuje, jak związki polityczne i biznesowe, które w latach 80. i na początku 90. powstały wokół Mateusza Morawieckiego w dużym stopniu ukształtowały go jako ekonomistę i polityka.

Dwie poprzednie książki Tomasza Piątka o Antonim Macierewiczu wzbudziły liczne kontrowersje. Mimo oskarżeń o kłamstwa i manipulowanie faktami, autor nie został pozwany. Prokuratura nie podjęła też dochodzenia po zawiadomieniu, jakie w sprawie pierwszej publikacji złożył Antoni Macierewicz.

PiS nadaje ton debacie publicznej, a liberalne elity na najlżejsze tupnięcie prezesa czmychają, gdzie pieprz rośnie

Wystąpienie Leszka Jażdżewskiego na Uniwersytecie Warszawskim, przed wykładem Donalda Tuska było ciekawym testem na dwie rzeczy. Po pierwsze na to, czy liberalne media i komentatorzy nauczyli się myśleć samodzielnie i nie biec stadnie, natychmiast, za każdym tematem i emocją, podrzucaną przez sztabowców PiS.

Po drugie, testem dla polityków, jak bardzo wciąż boją się kościoła. Część komentatorów i szef PSL, Władysław Kosiniak Kamysz ten egzamin oblali z kretesem.

Obserwując reakcje na przemówienie szefa magazynu Liberte!, nie mogłam wyjść ze zdumienia. Nie powiedział niczego szokującego, nikogo nie obraził. Powiedział, jak jest i powiedział prawdę, między innymi o zachowaniu kościoła katolickiego w Polsce i jego konsekwencjach dla tej instytucji. Stał się jednak obiektem takiej nagonki, także ze strony liberalnych i lewicowych komentatorów, że nie wierząc własnym oczom, sięgnęłam do tekstu jego przemówienia jeszcze raz i przeczytałam je z wielką uwagą pod kątem wykrycia treści, które najwyraźniej na mnie robią wrażenia, ale mogły zszokować nawet rozsądnych, nowoczesnych ludzi. A nuż wykryję coś, co umknęło mi w ferworze majowych wydarzeń?

Nie znalazłam niczego.

Bo czy jakiegokolwiek rozsądnego i przytomnego człowieka zaszokować może banalne stwierdzenie, że „Kościół katolicki w Polsce, obciążony niewyjaśnionymi skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze i o wpływy stracił moralny mandat do tego, żeby sprawować funkcję sumienia narodu”?

Czy może zgorszyć skonstatowanie oczywistego faktu, iż „Polski Kościół zaparł się Ewangelii, zaparł się Chrystusa”, a krzyża używa „jak pałki, żeby zaganiać pokorne owieczki do zagrody”?

A może, pomyślałam w desperacji, Jażdżewski zasmucił oświecone liberalne głowy stwierdzeniem oczywistości, którą sami przy każdej okazji powtarzają: że trzeba zmienić zasady publicznej debaty, bo „rywalizacja na inwektywy i na negatywne emocje (…) nie ma sensu, dlatego że po kilku godzinach zapasów ze świnią w błocie orientujesz się, że świnia to lubi?”.

Chyba nie…

Cóż, wydumałam, wciąż nie mogąc w przemówieniu wytropić niczego niewłaściwego, zapewne chodzi o to, że Jażdżewski śmiał powiedzieć, że „Nie może być mowy o odnowie polityki, jeśli rozmowę o niej zaczniemy od pytania „z kim trzymasz”?, zamiast „o co walczysz”? . I że „ci, których łączy tylko matematyka, będą mieli poważny problem z wyborczym sukcesem”?

Ale nie, po stokroć nie! – przecież to wszystko jest oczywiste, proste, wręcz banalne i wcale nie powinno być tematem dyskusji! Że jest, jak powiedział, widzimy przecież wszyscy. Wystarczy otworzyć oczy. Jażdżewski nie zaatakował katolików ani kościoła (skrytykował wyłącznie kościół instytucjonalny, który zachowuje się niegodnie i faktycznie dawno już stracił moralny mandat do bycia sumieniem narodu. Zresztą, na marginesie, dlaczego miałby być sumieniem narodu? Jeśli już to najwyżej sumieniem katolików). Był ostry, z pazurem, polemiczny, ale nikogo nie obraził.

O co więc chodzi?

Czemu dostał baty z własnej, wydawałoby się, centrowej, umiarkowanej strony?

Moim zdaniem, krytycy dali się (nieświadomie oczywiście) po raz kolejny ponieść narracji PiS.

Nie chodzi o wymienianie nazwisk (nie chcę, żeby znienawidzili mnie moi szacowni koledzy), tylko o proces, który można prześledzić krok po kroku, i na który niemal natychmiast zwrócili uwagę co bystrzejsi internauci.
Proces atakowania i dezawuowania wystąpienia Donalda Tuska (jako wydarzenia, niezależnie od tego co powie lub zrobi) i jego treści.

Miał on swoją logikę i kolejność. Najpierw posłowie i sympatycy PiS w internecie i mediach próbowali umniejszyć to wydarzenie. „Tusk spodziewa się, że ludzie przyjdą na niego popatrzeć?” – wyśmiewał się na TT poseł PiS, manipulatorsko fotografując pusty placyk pod telebimem, na którym miało być emitowane przemówienie szefa RE. Zapomniał dodać, że fotkę wykonał dużo wcześniej przed planowanym czasem wystąpienia, więc brak publiki niczego nie dowodził.

Kiedy to nie chwyciło i okazało się, że na wykład przybyły tłumy i tłum czekały na wyjście Tuska z uniwersytetu, rządowa machina propagandy wyprodukowała kolejny przekaz: przemówienie miało być nudne, flaki z olejem, jakaś ekologia, nowoczesność, przyszłość, masło maślane, sam Tusk bez charyzmy i polotu, poprawny, ale nudziarz, jednym słowem, Tusk się kończy …

Po kilku godzinach okazało się, że i to nie chwyciło. Internet szalał, Anna Mierzyńska pokazała, że Donald Tusk zrobił 12 milionów „zasięgów”, a defilada wojskowa emitowana w rządowych mediach tylko cztery. Tusk zdecydowanie Polaków ciekawił i chcieli go wysłuchać.

I wtedy dopiero, jako ostatnią deskę ratunku, podrzucono sklecone naprędce z niezbyt nadającego się do tego przemówienia Jażdżewskiego (które było mocne, fajne i słuszne, ale nie padło w nim przecież nic, co dotąd by wiele razy w debacie publicznej nie wybrzmiało) hasło: Jażdżewski zaatakował kościół. W domyśle: To on, Donald Tusk, wróg Polaków pozwolił, by Jażdżewski brutalnie zaatakował kościół!

Mam wrażenie, że sami PiS-owcy podrzucali temat bez przekonania, a jednak… chwyciło! Co za radość!

Nagle przegrzał się internet i twitter, facebook i portale, rozemocjonowani liderzy opinii komentowali w studiach tv (sądząc po jakości opinii, większość z nich przemówienia Jażdżewskiego nie słyszała, ani nie czytała) – powtarzając propagandowe wrzutki sympatyków władzy.

Bo – niestety – te same argumenty, których na skrajnie prawicowych forach używali fani PiS, zostały powtórzone przez część najważniejszych liberalnych komentatorów.

A więc: moment był niewłaściwy (wiadomo, że przed wystąpieniem Donalda Tuska można było albo wygłosić pean na jego cześć, tak jak w PiS wygłasza się peany na cześć prezesa albo mówić o niczym, żeby uśpioną salę obudził dopiero DT).

Metafora o świniach (znana przecież i powszechnie używana) to atak na kościół! Obraza katolików (z tego powodu od przemówienia odciął się właśnie Kosiniak – Kamysz, który w trakcie przecież klaskał i przyznam, że byłam zażenowana patrząc na to).

Cała ta sytuacja pokazała, że ciągle jeszcze PiS nadaje ton debacie publicznej, a mające aspiracje do pokonania go liberalne elity choć werbalnie stroszą piórka, na najlżejsze tupnięcie prezesa czmychają, gdzie pieprz rośnie.

Radziłabym zyskać nieco odwagi i wziąć sobie do serca niedawne słowa Christine Amanpour, że dziennikarz nie powinien być neutralny, tylko mówić prawdę. Ja rozszerzyłabym to po prostu na ludzi, zwłaszcza tych, którzy kształtują opinię publiczną. Nie bądźcie neutralni, poprawni. Mówcie prawdę, a wszystko będzie dobrze.

Krystyna Pawłowicz, Duda, Jacek Kurski – bliżej im do sowietów, niż do Polaków

4 Maj

„Materiał o Tusku „Wiadomości” zilustrowały zdjęciem Hitlera. Naprawdę nie da się upaść niżej” – skomentował na Twitterze Wojciech Szacki z „Polityki” wczorajszy program „informacyjny” w TVP.  To wydanie prowadziła Danuta Holecka, która od niedawna jest także szefową „Wiadomości”.

Materiał przygotował Krzysztof Nowina-Konopka, który do opowiedzenia o wykładzie Donalda Tuska użył zdjęć z Hitlerem, Stalinem i defiladą żołnierzy nazistowskich Niemiec! Co istotne – tego fragmentu „dziwnym trafem” zabrakło na internetowej stronie TVP. Materiał został przemontowany i w takiej wersji umieszczony w internecie. Nie zabrakło natomiast stwierdzeń, że Tusk jest „na pasku” Angeli Merkel, której – zdaniem TVP – zawdzięcza stanowisko szefa Rady Europejskiej.

„TVP zapakowała Hitlera i Stalina do programu o Tusku. Żeby wnieść do dyskusji nieco – obiektywizmu – zdrowego rozsądku – i chrześcijańskiego pojednania” – sarkastycznie skomentował Marcin Wyrwał z onet.pl.

„Za każdym razem gdy wydaje się, że Wiadomości TVP sięgnęły dna, ludzie z placu Powstańców Warszawy pokazują, że potrafią być jeszcze podlejsi i jeszcze gorsi” – to opinia Patryka Słowika z „DGP”. – Jeśli myślisz, że wszystkie granice zostały przekroczone, TVP podnosi poprzeczkę. Wczorajszy materiał tego przykładem” – to wpis Żanety Gotowalskiej z „GW”.  – I już ponad trzy lata ciągła myśl w głowie: jakim cudem oni są w stanie spojrzeć sobie w lustro?” – napisał Janusz Schwertner z onet.pl.

Najnowszy wpis Krystyny Pawłowicz na Twitterze trudno nazwać inaczej jak zwyczajną konfabulacją, żeby nie użyć mocniejszych słów. – „IDŹMY na wybory 26 V i głosujmy na PIS, by już NIGDY WIĘCEJ na żadne stanowisko w UE nie został przez GER lub FRA WSKAZANY ktoś taki, jak D. TUSK, który dla kasy porzucił funkcję premiera PL, upokorzył i zubożył Polaków, dzieli nas, łamie traktaty i podważa wynik demokrat. wyborów w RP” [pisownia oryg. – przyp. red.] – napisała posłanka PiS.

„Pani poseł, bardzo przepraszam, czy wicepremier Szydło, minister Brudziński i minister Zalewska porzucają Polskę dla kasy i upokarzają Polaków?” – zapytała dziennikarka Dominika Długosz. – „Bardzo ciekawe – a w którym konkretnie miejscu podważył wynik wyborów bądź złamał traktat?” – to z kolei pytanie Dariusza Ćwiklaka z „Newsweeka”. Posłanka Pawłowicz nie raczyła odpowiedzieć.

A Pani Zalewska tam dla kasy czy z powodu swoich wysokich kompetencji w upokarzaniu, dewastowaniu i dzieleniu szkolnictwa? Nie mówiąc o dobru dzieci zwłaszcza z obecnych 8 klas SP i 3 Gimnazjum”; – „Wycie Pawłowicz wyjątkowo bezcenne. Strach przed przegranymi wyborami i odpowiedzialnością karną zagląda pisiakom w oczy? Znakomicie”;

„Fakt. Z PiS nikt by takiego stanowiska nie otrzymał. Nie ta liga droga Pani. Macie się kogo obawiać”; – „Wy fachowcy z PiS-u już pokazaliście co potraficie. To Pani flagę UE nazywała szmatą, a teraz euro do was przemówiło?”; – „Im więcej nienawiści się z Pani wylewa tym bardziej widoczna jest przepaść między PiS-em a normalnością. Donald Tusk to klasa, o której Pani koledzy nawet pomarzyć nie mogą” – podsumowali wpis Pawłowicz internauci.

„PAD może być wykorzystywany przez naszych wrogów! Wystarczy, że zacznie przemawiać, a uśpi całą polską armię. Ktoś musi go przed tym ostrzec! Ktoś, kogo jego speeche nie uśpiły. Ale czy jest w narodzie ktoś taki?! Może Krzysztof Szczerski? – ironicznie zapytał na Twitterze politolog Marek Migalski. Tak na marginesie – może jednak nie, zważywszy na jego pomysły, o tym w artykule „Szczerski proponuje katolickie paszporty – By Polacy emigrujący nie ulegli lewicującym modom”.

A wracając do tweeta Migalskiego, chodzi o przemówienie Andrzeja Dudy podczas wczorajszej defilady w Warszawie z okazji 20-lecia Polski w NATO i 15. rocznicy przystąpienia do UE. Prezydent tokował, a w tle widać żołnierza, który zasnął na siedzeniu w wozie bojowym. – „Pan Duda i reakcja rozentuzjazmowanej publiczności” – napisał jeden z internautów.

„Po prostu zamknął oczy, żeby się lepiej skupić i uchwycić treść wystąpienia”; – „I się wyjaśniło, dlaczego PAD tak zawsze krzyczy”; – „Zachwycony sobą, swoim głosem, podniecony tym, co mówi, po chwili zaczyna wrzeszczeć. Tu widzę szansę, jakieś światełko w tunelu. Obudzą się” – komentowali internauci wpis Migalskiego.

Przez ponad trzy lata rządzący wbijali nam do głów, jaka ta UE fatalna, a teraz  politycy PiS dają dyla do Brukseli.

Wyścig do Parlamentu Europejskiego trwa w najlepsze. Przepychanki, obietnice na każdym kroku… Kto da więcej, kto się lepiej sprzeda, ten przez dobrych kilka lat będzie żył jak pączek w maśle. Ech ta kasa, ten prestiż. Czyż można pragnąć czegoś więcej? Jak to się mówi „tylko krowa nie zmienia poglądów”, więc ruszyli do walki eurosceptycy i tak powalczą do tchu ostatniego, bo fucha europosła warta wszystkiego…

Przez ponad trzy lata partia rządząca wbijała nam do głów, jaka ta UE fatalna. Flaga unijna to szmata i nie warto jej eksponować (Krystyna Pawłowicz), polityka unijna skierowana przeciwko interesom Polski ogranicza suwerenność (Gabriela Masłowska), ukrywa informacje o gwałtach na kobietach (Patryk Jaki), to dyktat i podległość (Anna Sobecka), kasa unijna ważna, ale honor i sprawy narodowe ważniejsze (Andrzej Melak), Komisja Europejska ma problem z autorytetem i reputacją (Beata Szydło), UE już upada (Zdzisław Krasnodębski), wyimaginowana wspólnota (Andrzej Duda), Polska jest gonioną ofiarą, na którą poluje UE (Krystyna Pawłowicz), rządy PiS ważniejsze od obecności Polski w UE (Mateusz Morawiecki) – to tylko nieliczne przykłady, czym dla PiS jest, a właściwie była jeszcze niedawno UE. Mówiono, że Unia niczego nam nie daje. Mówiono, że wszystko, co buduje PiS to za nasze, polskie złotówki. Mówiono, że Unia doi nas równo. Niszczy nasz system wartości, nie dba o chrześcijańskie korzenie, niesie za sobą zło.

A teraz nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jakaż zmiana nastawienia do Unii. Dzisiaj Duda mówi, że „Unia Europejska to my”, pozostali politycy z kręgu prezesa nie ukrywają, że Unia to też i nasza przyszłość. Dzisiaj Unia jest kochana, cudna i w ogóle naj… Partia przygotowała wspaniały pakiet eksportowy, a w nim politycy z tzw. pierwszej półki. Ci, którzy do tej pory tak ochoczo włączali się w antyunijność, a teraz chętnie ruszą do Brukseli, by wnieść tam „kaganek” polskiego oświecenia i  polskiego myślenia.

To nie żart. Politycy PiS obudowali swoją żądzę pieniądza piękną ideologią i naprawdę trzeba poważnie potraktować słowa Beaty Szydło, która już czuje misję w kościach i woła pełna uniesienia, by Europa ocknęła się, wyszła z mroków i zobaczyła wreszcie „jak można pięknie żyć i wspaniale się rozwijać. Chcemy, żebyś czerpała od nas te wzorce”. Toż to istna krucjata na miarę XXI wieku. Będzie więc walka o krzyże w każdym pomieszczeniu Parlamentu Europejskiego, o przywrócenie chrześcijaństwu godnego miejsca, o zmianę mentalności z tej, tak otwartej na gender, LGBT, imigrantów, na prawdziwie polską, naładowaną zabobonami i wstecznictwem. Będzie walka o umocnienie polskiej złotówki, a może nawet zastąpienie nią tego byle jakiego euro czy też o całkowite podporządkowanie Unii polskiemu interesowi. Będzie walka o wprowadzenie w Europie takiej demokracji, jaką PiS zafundowało nam w Polsce. Koń by się uśmiał…

Do Europarlamentu pchają się też członkowie Konfederacji Korwin Liroy Braun Narodowcy. Swój program wyborczy konfederaci zawarli w pięciu punktach, a w nim wszystko, czego nie chcą, czyli Żydów, homoseksualistów, aborcji, podatków i Unii Europejskiej. Jak mówią liderzy Konfederacji, „Idziemy po sukces w imię Polski niepodległej. My jesteśmy tymi, którzy realnie chcą walczyć o suwerenność. Będziemy bić się z Brukselą o naszą niepodległość!”. Jeden z przywódców tego ugrupowania już kilka lat temu straszył, że idzie do Brukseli, by rozwalić UE i co mu z tego wyszło? Wiadomo, że Janusz Korwin-Mikke nie przemęczał się za bardzo. A to sobie przysnął podczas przemówienia włoskiej minister Federiki Guidi, a to w czasie dyskusji na sali Parlamentu Europejskiego podniósł rękę w geście nazistowskiego pozdrowienia. W swoim pierwszym przemówieniu żądał ukarania pseudonaukowców, którzy gadają bzdury o jakimś tam zagrożeniu klimatycznym. Zasłynął stwierdzeniem, iż kobiety są mniej inteligentne od mężczyzn czy określeniem „czarnuchy”. I to właściwie wszystko. Tak wyglądało to jego rozsadzanie UE od środka.

Nie ma co ukrywać. Żadna, nawet najlepiej przegadana i podana na tacy ideologia nie przykryje faktycznych przyczyn startu eurosceptyków do Brukseli. Politycy PiS dają dyla. Zostawiają swoje ministerstwa w stanie całkowitego rozkładu i uciekają tam, gdzie jeszcze może uda im się zaistnieć, sprzedać swój populizm. Podobnie i ci z Konfederacji. Głupie gadanie nic tu nie da. Chodzi przede wszystkim o kasę, ciepłą posadkę na kilka lat i zaspokojenie swego wygłodniałego ego.

Lud to kupi? Zapewne w jakimś stopniu tak, bo przecież wielu wierzy bezkrytycznie w każde słowo prezesa i spółki. Zupełnie nie przeszkadza im, że dzisiejszy przekaz ich ukochanej partii ma się nijak do tego sprzed kampanii wyborczej. Nawet nie zamierzają się nad tym zastanowić. Tak samo kupi populizm w wykonaniu Konfederacji, bo przecież „Polska, Polska nade wszystko”. Już niebawem przekonamy się, co wygra w Polsce: mądrość czy głupota…

Kiedy jesienią 1981 roku Rolling Stonesi grali koncert w Los Angeles Colloseaum, na rozgrzewkę występował przed nimi jeszcze zupełnie wtedy anonimowy Prince. I tak już trudnej sytuacji nie poprawiał fakt, że ubrany był, jak zwykle, w czerwone koronkowe bikini i prochowiec. Jego występ publiczność nagrodziła gradem obelg, za którymi wkrótce poszły warzywa. Prince na scenie wytrzymał 15 minut. Ale trzeba mu oddać, że wrócił na występ kolejnego wieczoru. 

Cóż, nie jest łatwo być supportem. 

Pozostaje mi mieć nadzieję, że SOP starannie wszystkich zrewidował przy wejściu.

W niecałe cztery i pół roku po uchwaleniu Konstytucji 3 maja Polska zniknęła z mapy. 

Absolutystyczne monarchie, pod rękę z rodzimymi reakcjonistami, powołującymi się na obronę zagrożonych polskich tradycji, zniszczyły próbę odrodzenia Rzeczpospolitej Obojga Narodów w oparciu o oświeconą myśl ustrojową i reformatorskie wysiłki. 

Narodzinom nowoczesnego świata przyglądaliśmy się jakby zza szyby, jako zniewolony naród. Wielkie dylematy – emancypację jednostki, rozwój kapitalistyczny, wreszcie samo pojęcie Boga, przysłoniło pierwsze i najbardziej fundamentalne pytanie: bić się czy nie bić? Ten dylemat ukształtował naszą kulturę po dziś dzień. W dobie Polski niepodległej, stanowi obciążenie, z którym nie potrafimy sobie poradzić. 

Nasze myślenie i nasza polityka są głęboko niegotowe stawić czoła nowym wyzwaniom: rewolucji cyfrowej, zmianom ekologicznym i energetycznym, migracjom i skutkom globalizacji. Jak w lunatycznym śnie powtarzamy drogę, która doprowadziła nas poza krawędź upadku.

Tadeusz Konwicki w „Kompleksie polskim” napisał. 

W tym nieszczęsnym kraju rządziły duszami ludzkimi przez wieki zdeprawowana religia i sprzedajny kościół. Religia na usługach państwa, religia kierowana przez głowę państwa. A istotą tej religii była zawsze forma, rozdęta, zmitologizowana, zabsolutyzowana forma. A w tej formie najważniejsze było słowo.(…) Słowo stało się krwawym tyranem, słowo stało się okrutnym zabobonem i bezlitosnym Bogiem. 

Kościół katolicki w Polsce, obciążony niewyjaśnionymi wciąż skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze i o wpływy stracił moralny mandat do sprawowania funkcji sumienia narodu. Ten kto szuka transcendencji i absolutu w kościele będzie zawiedziony. Ten kto szuka moralności w Kościele nie znajdzie jej. Ten kto szuka strawy duchowej w kościele nie zostanie nakarmiony.

Polski Kościół wyparł się Chrystusa, wyparł się Ewangelii. Gdyby dziś Chrystus pojawił się na świecie zostałby ponownie ukrzyżowany – przez tych, którzy na krzyżu zbudowali sobie trony.

„Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie” – z tym zostawia nas królewiecki filozof. 

Agendę układają nam dziś cyniczni wrogowie nowoczesności, czarnoksiężnicy, którzy liczą, że przy pomocy zaklęć i manipulacji złymi emocjami, zdobędą władzę nad duszami Polaków. 

Rywalizacja na inwektywy i startowanie w konkurencji na wyścig do dna nie ma sensu, bo albo przegra się z ludźmi, którzy nie mają żadnych moralnych hamulców albo trzeba się do nich całkowicie upodobnić. 

Po kilku godzinach zapasów ze świnią w błocie orientujesz się, że świnia to lubi. Trzeba zmienić zasady gry.

Nie może być mowy o odnowie polityki jeśli rozmowę o niej zaczniemy od pytania „z kim trzymasz”?, zamiast „o co walczysz?”. Ci, których „łączy tylko matematyka” będą mieli poważny problem z wyborczym sukcesem.

Walka o władzę i jej zdobywanie jest domeną partii politycznych i ich liderów, to na nich spoczywa pełna odpowiedzialność za wynik. Próba wchodzenia w ich rolę byłaby nieodpowiedzialna nierozsądna, nawet jeśli zwycięstwo strony, z którą sympatyzujemy nie wydaje się przesądzone.

Ale siedzenie z założonymi rękami i krytykowanie z kanapy w oczekiwaniu aż polityka zmieni się sama, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nie jest opcją! 

Donald Tusk powiedział na Igrzyskach Wolności, gdzie narodził się ten nasz wspólny plan obchodów trzeciomajowych: „nie czekajcie na jeźdźca na białym koniu”. Cytował Jacka Kuronia: „Nie palcie komitetów, zakładajcie własne.” Od siebie już dodam: nie czekajcie na Mesjasza, bo łatwo może się zmienić w czekanie na Godota. 

Gdzie bije źródło nadziei? W Polkach. 

To bunt kobiet przeciwko nieludzkiemu prawu stał się siłą napędzającą zmiany społeczne w ostatnich latach. Choć jest jeszcze tyle do zrobienia w kwestii równości, to przyznam się wam, że po cichu czekam na nową Joannę Szczepkowską, która powie, że „26 września 2016 (początek czarnego protestu) skończył się w Polsce patriarchat”. Na razie chyba nie będzie to jednak w telewizji publicznej.

Poglądy Polaków na rolę Kościoła katolickiego, małżeństwa homoseksualne, legalizację aborcji ulegają radykalnej liberalizacji. Ci, którzy chcą swój punkt widzenia w tych sprawach wyrażać pokrętnie i niejednoznacznie, byleby nikomu nie podpaść, myślą kategoriami ubiegłej dekady.

Każdy dzień rządów opresyjnej, konserwatywnej ideologii przybliża Polskę do obyczajowej rewolucji. Potrzebna jest nam polityka oparta na fundamentalnych wartościach i moralnych wyborach. Polityka, która pozwala na własnych warunkach zmierzyć się z nowoczesnością. 

Jestem niemal pewien, że na tej sali siedzi przyszła prezydentka Polski. Dała nam przykład Zuzana Czaputova jak zwyciężać mamy!

Na koniec, widzę na sali wielu moich znajomych, rówieśników, – trzydziesto i coraz częściej czterdziestolatków, często świeżo upieczonych rodziców. Odwołam się do pewnie znajomego nam wszystkim doświadczenia przestrzeni jaką jest plac zabaw.

Kiedy siedzimy tam z Magdą i naszym Stasiem nie znamy poglądów innych rodziców, może różnić nas wszystko, ale łączy nas miłość do naszych dzieci, troska o ich szczęśliwe i bezpieczne życie. To emocja, która może połączyć nas wszystkich, tak bardzo różnych, a w pewnym sensie tak bardzo podobnych. 

„Wyborcy populistów niekoniecznie sami są populistami”, warto zapamiętać tę pozornie oczywistą uwagę Jan Wernera Mullera

Kiedy nasz dwu i półletni synek z ufnością chwyta nas za ręce, kiedy wychodzimy razem na ulicę, chcę wiedzieć, że z równą ufnością może spoglądać w przyszłość, którą mu tworzymy. 

Jaka będzie, ta Polska z marzeń naszych dzieci, naszych wnuków? Czy naprawdę jesteśmy gotowi powierzyć ją ludziom, którzy myślą w kategoriach, które już dekadę temu wydawały się mocno anachroniczne? Czy pokolenie wyżu demograficznego i Unii Europejskiej nie dojrzało już do tego, żeby w filmie pod tytułem Polska 2019 przestać grać ogony i role drugoplanowe?

Musimy poszukać nowej opowieści o nas samych, o naszych zbiorowych lękach i aspiracjach. O tym jak nasze indywidualne marzenia wpisać w zbiorową opowieść o Polsce i Europie. Zamiast wciąż fedrować ideowy węgiel trzeba rozejrzeć się za energią odnawialną. 

Ten, kto znajdzie siłę do tego, żeby otworzyć polską politykę na zmianę ideową i pokoleniową będzie mógł chodzić w glorii zwycięzcy. 

„Oczywiście jesteśmy romantykami – pisał Juliusz Mieroszewski, porte-parole Jerzego Giedroycia, w liście do redaktora paryskiej „Kultury”. – Ludzie, którzy do czegoś dążą, zawsze są romantykami i dopiero gdy dopną swego, nagle stają się realistami . (…) Faceci, którzy do niczego nie dążą, nie są romantykami ani realistami, tylko zgoła zerami”.

Podejrzewam, że facet, o którym myślę pozostał w głębi serca romantykiem, nawet jeśli jest to romantyzm po przejściach. A już z całą pewnością nie można mu zarzucić, że do niczego nie dąży. Zapraszam na scenę Donalda Tuska. 

Jedno jest dziś pewne: bezpieczna, przyjazna i przewidywalna rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych, a może i pierwszego dziesięciolecia naszego wieku, należy do bezpowrotnej przeszłości. Przemija postać świata. Niebo się chmurzy – pisze Jerzy Surdykowski w miesięczniku „Odra”, gdzie pierwotnie się ukazał (3/19). „Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy narody Zachodu odrzuciły projekt dalszej integracji Unii Europejskiej, może w 2016, z chwilą zwycięstwa Trumpa w USA, a może trochę wcześniej, gdy na Węgrzech zwyciężył Orbán, w Grecji „Syriza”, a wkrótce potem w Polsce rządząca dziś partia” – podkreśla autor

Powiada się, że miniony wiek XX wcale nie zaczął się w 1900 roku, lecz czternaście lat później, z chwilą wybuchu pierwszej wielkiej wojny. Wtedy dopiero zaczął odsłaniać swe prawdziwe, ludobójcze i totalitarne oblicze. Nie inaczej z obecnym stuleciem, które bynajmniej nie rozpoczęło się w roku 2000, ani nawet 11 września 2001, kiedy tak tragicznie i spektakularnie ujawnił się światowy terroryzm. Nie on jednak zadecyduje o nadchodzącej przyszłości. Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy…

Więcej >>>