Tag Archives: Walter Chełstowski

Expose Morawieckiego: kupa półprawd, pełne kłamstw i krętactw

19 List

Mateusz Morawiecki wygłosił exposé. Nie obyło się rzecz jasna bez odwołań do historii, niekiedy bardzo zawiłych. Ale premier nie pominął też i kwestii ubóstwa, nierówności społecznych, wychowywania młodego pokolenia i … problemu bezpieczeństwa pieszych. Słowem, dla każdego coś miłego.

Rozpoczynając expose Morawiecki przypomniał postać Czesława Mostka, pseudonim “Wilk”, który zmarł dokładnie przed rokiem, w wieku 103 lat. Był on uczestnikiem asysty wojskowej, która  wiozła serce zmarłego marszałka Józefa Piłsudskiego do Wilna.

Jeśli o Marszałku mowa, premier nie omieszkał podzielić się refleksją, co było dla niego ważne, przy okazji… miksując przesłanie Piłsudskiego z cytatem z… jego politycznego rywala – Romana Dmowskiego. –  Używając po raz pierwszy fonografu [Piłsudski] powiedział, że stoi przed „dziwaczną trąbą” i choć nasze czasy wydawałyby mu się jeszcze dziwniejsze, nie zmieniłaby się zasada, którą miał w sercu i w głowie. Trzeba robić wszystko co buduje silną i normalną Polskę. Jesteśmy Polakami, więc trzeba nam mieć obowiązki polskie” – powiedział premier, jak zwykle beztrosko operując faktami.

Nie obyło się bez innych „wielkich cytatów”: „Rodzina to bastion całej Polski” prymasa Stefana Wyszyńskiego i „Wszystko bierze żywot z ideału” – poety Cypriana Kamila Norwida. Padło także: „Polska nie jest ani na wschodzie, ani na zachodzie. Polska jest centrum cywilizacji europejskiej” prezydenta USA Ronalda Reagana z czerwca 1982. Załapał się i polski, nieżyjący prezydent, Lech Kaczyński ze swoim: “nie ma nic bardziej normalnego niż walka o własne miejsce w Unii”. Generalnie – podkreślił kilkakrotnie premier Morawiecki – „polskość to normalność”. Był to przytyk do chętnie wyrywanej z kontekstu, w którym go napisał, frazy Donalda Tuska: “polskość to nienormalność”.

Posłanki i posłowie z wystąpienia premiera dowiedzieć się mogli, że ostro mkniemy “od Polski papierowej do Polski cyfrowej” (czytaj: PiS walczy z biurokracją), że “państwo nie może być tylko nocnym stróżem” (…rozprawia się z liberałami, wiadomo kim) i dba o wychowanie przyszłych pokoleń (bo „dzieci są nietykalne, kto podniesie na nie rękę, tę ideologiczną rękę, ten podnosi rękę na całą wspólnotę”). Osobliwie pan premier lubi – podobnie jak i Jarosław Kaczyński – powracać do  „ręcznego” motywu Cyrankiewicza. Wszak prezes PiS rzekł niedawno, w kampanii wyborczej, że „kto podnosi rękę na Kościół, ten podnosi rękę na Polskę”. Co do dzieci – premier sprecyzował zagrożenie następująco: „Kto chce zatruć dzieci ideologią, odgrodzić od rodziców, rozbić więzi rodzinne, bez zaproszenia wejść do szkół i pisać ideologiczne podręczniki, ten podkłada pod Polskę ładunek wybuchowy i chce wywołać wojnę kulturową”. Premier zastrzegł jednak, że w takim starciu zawsze „wygra rodzina”. – „Bo to wartość arcypolska” – zapewniał Morawiecki.

Nie zabrakło dość typowej ostatnio polskiej „kołysanki” – w tym wypadku Mateusz Morawiecki odwołał się do słów swojego ojca, założyciela Solidarności Walczącej, Kornela Morawieckiego, który podkreślać ponoć miał, że Polacy dysponują dorobkiem stanowiącym powód do wielkiej dumy – „z naszej ojczyzny nie wychodziły wojny, nie byliśmy sprawcami niczyjej zagłady i jak mało kto byliśmy obrońcami wolności”.

Podczas ogłaszania planów rządu na najbliższe cztery lata Morawiecki najwięcej mówił o rodzinie i dokonaniach, które ma na swoim koncie jego rząd. – „Przez cztery lata naszych rządów zmniejszyły się nierówności społeczne, wyrwaliśmy 2 mln osób z biedy” – stwierdził, na co posypały się w mediach społecznościowych komentarze opozycji, lekko uśpionej wcześniej wykładem historycznym. Agnieszka Pomaska z PO napisała na Twitterze, że dane GUS mówią co innego, i że liczba osób żyjących w skrajnym ubóstwie od poprzedniego roku z 4,3 proc. do 5,4 proc. w 2018. Koalicja Obywatelska w sieci na bieżąco komentowała wystąpienie Morawieckiego pod hasłem „expose kłamstw”, na bieżąco punktując nieścisłości dotyczące służby zdrowia, budownictwa mieszkaniowego, zrównoważonego budżetu i wielu innych obszarów życia publicznego. Także PSL nie omieszkał skomentować wzrostu składek ZUS jako nienajlepszy przykład „wzmacniania polskiej przedsiębiorczości”.

Tymczasem premier w końcówce exposé – w typowej dla siebie manierze – radził górnolotnie „iść za radą Andrzeja Trzebińskiego, wojennego poety”:  “Nie udawajmy, że Polska jest gdzie indziej, że jest czymś innym. Jest w miejscu, w którym zostawili ją nasi przodkowie i zajdzie tam, gdzie zaniosą ją nasze wysiłki”.

W temacie „chodzenia” w exposé – dodajmy – nie zabrakło … zapowiedzi wprowadzenia pierwszeństwa dla pieszych przed wejściem na przejście i możliwości jazdy po bus pasach i skuteczniejszego karania pijanych kierowców. Bardzo się to chwali. — ”Polska jest dziś bezpiecznym krajem, ale wyjątek to bezpieczeństwo na drogach. Będzie to jeden z naszych priorytetów. Utworzymy program bezpiecznej infrastruktury drogowej” — zapowiedział premier Morawiecki. Polska – zmęczona drogowymi katastrofami – czeka na to z niecierpliwością, to pewne.

Więcej o expose Morawieckiego >>>

O kłamstwach Morawieckiego tutaj >>>

Więcej >>>

Chcecie zmieniać Konstytucję? Najpierw zacznijcie przestrzegać obowiązującą. #exposeKłamstw

PiS podwyższa opłatę paliwową i to już od stycznia 2020 r. Minister infrastruktury Andrzej Adamczyk podpisał rozporządzenie w tej sprawie, które opublikowano w Monitorze Polskim.

Stawka za 1000 litrów benzyny wzrośnie do 138,49 zł z 133,21 zł obowiązujących w tym roku. Opłata za 1000 litrów oleju napędowego wzrośnie z 297,61 zł do 306,34 zł, a opłata za 1000 kg gazu z 164,61 zł do 170,55 zł.

– „To jest oczywiste, że na końcu zapłacimy za to my, konsumenci. Nawet jeśli podniosą ceny paliw dla przemysłu, to piekarze będą musieli to uwzględnić w cenie. Konsumenci zawsze za to płacą” – powiedział w rozmowie z TVN24 BiS poseł PO Robert Kropiwnicki. – „Mam wrażenie, że skończył się karnawał i zaczyna się bardzo ciężka zimowa sesja egzaminacyjna. Wszyscy będziemy się teraz zrzucać na spinanie budżetu Mateusza Morawieckiego” – dodał.

Podobne opinie zamieszczali na Twitterze internauci: – „Podwyżka opłaty paliwowej to nie tylko droższe paliwa, ale i wyższe koszty transportu towarów. Wyższe koszty transportu z kolei oznaczają jeszcze większą drożyznę w sklepach”; – „PiS = Populizm i Socjalizm”;

– „Matołusz podnosi akcyzę za alkohol i fajki, bo dba o zdrowie Polaków. Podniesie ceny paliw, bo dba o ekologię i walczy ze smogiem. Czego nie rozumiecie?”; – „Trwa zrzuta na „pincet” plus i resztę rozdawnictwa…”; – „A ja gorąco proponuję, żeby podwyżkami zostały objęte wyłącznie osoby głosujące na PiS”.

Przypomnijmy, że w 2011 r. Jarosław Kaczyński zarzucał rządowi Donalda Tuska zbyt wysokie opodatkowanie paliw. To wtedy prezes PiS wystąpił na konferencji prasowej, na której głównym rekwizytem był kanister.

Kidawa-Błońska na prezydenta, zaś pisowskie dewotki niech rodzą przez zwiastowanie

17 Paźdź

Więcej o Tusku i kandydacie opozycji na prezydenta >>>

Małgorzata Kidawa-Błońska kandydatką na prezydenta – to plan lidera Koalicji Obywatelskiej Grzegorza Schetyny. Oboje już w tej sprawie się dogadali

– Gra idzie o lidera opozycji i przyszłe miejsce na scenie politycznej – tłumaczy polityk Koalicji Obywatelskiej. – Dla nas kończy się komfort, powrót lewicy do Sejmu oznacza ostrą konkurencję. Czarzasty będzie próbował odebrać nam koronę. Możemy dużo stracić, jeśli nic się nie zmieni w naszym środowisku, a trzeba zacząć od góry.

Wrzenie w Platformie

– Jest duże wrzenie, nawet w Warszawie, gdzie zdecydowanie pokonaliśmy PiS. Przy naszym wyniku część osób wypadła z gry. I ci, którzy nie potrafili zawalczyć o mandat, zaczęli wyrzucać Schetynie, że otworzył się na nowe środowiska. Czują się pokrzywdzeni, mówią, że latami pracowali na partię, a miejsca zajęli im debiutanci – opowiada polityk z władz jednego z regionów PO.

Sam Schetyna ustąpił miejsca w stolicy Kidawie-Błońskiej. Jego zwolennicy przekonują, że był to gest roztropny i szlachetny, który działacze powinni docenić. Nie przez przypadek Schetyna podczas wieczoru wyborczego ogłosił, że teraz KO idzie po wygraną w wyborach prezydenckich, które odbędą się już wiosną.

– Wbrew pozorom Schetyna ma wciąż bardzo mocne karty. Ludzi w regionach, kontrolę nad finansami partii, ludzi w samorządach, pulę posad i ludzi, którzy są mu wdzięczni – słyszymy od ważnego polityka Koalicji. – Ma też Małgorzatę Kidawę-Błońską, którą słusznie, choć za późno, zrobił twarzą kampanii. Są dogadani. W scenariuszu bez Donalda Tuska, na który się zanosi, to ona będzie kandydatką na prezydenta. Proszę zwrócić uwagę, jak Kidawa-Błońska tonuje rewolucyjne nastroje w partii. Ta kandydatura zostanie ogłoszona bardzo szybko, by nie dać czasu wewnętrznej opozycji. Pozamiatane na jedną albo na drugą stronę będzie do grudnia.

Inny dorzuca: – Schetyna musi wystawić kandydata, nim zaczną się porachunki. Opowiem, jak to będzie. Już za chwilę wyjdzie pan przewodniczący, obok kandydatka, z tyłu duże logo KO i ludzie machający partyjnymi chorągiewkami, może baloniki. Wszyscy będą się uśmiechać. Do tego przekaz – fantastyczny wynik Kidawy-Błońskiej, ponad 400 tys. głosów, najlepsze nazwisko do walki o prezydenturę, słowa przewodniczącego: Koledzy, zróbmy to razem!

Tuska raczej nie będzie

Czy Tusk może jeszcze wejść do gry? – Żeby zatrzymać rząd PiS w robieniu szkód, trzeba mieć siłę prezydenckiego weta – mówił w środę w Brukseli szef Rady Europejskiej. – Czy ja jestem człowiekiem, który może przekonać wątpiących? Nie wiem, wcale nie byłbym o tym tak bardzo przekonany. Przyjąłbym absolutnie bez żadnego żalu inną interpretację, że są kandydaci, którzy może budzą mniej entuzjazmu, ale na końcu wezmą więcej po tej stronie, która rozstrzygnie te wybory. Na pewno jest kilka nazwisk, które rokują nadzieję na zwycięstwo.

Głosami głównie PiS, przy protestach osób zebranych przed gmachem parlamentu, Sejm skierował do dalszych prac obywatelski projekt ustawy mającej pozwolić na karanie za edukację seksualną. Bo ta rzekomo przyczynia się do deprawacji i demoralizacji dzieci oraz młodzieży.

– Dlaczego wprowadzacie taki gniot legislacyjny, ideologiczny? Dlaczego z premedytacją wprowadzacie ludzi w błąd, zrównując edukację seksualną z pedofilią? – pytała tuż przed głosowaniem Joanna Scheuring-Wielgus (Teraz!). To ona złożyła wniosek o odrzucenie obywatelskiego projektu w pierwszym czytaniu. – Jako matka trojga dzieci chciałabym powiedzieć: wara od naszych dzieci! – dodawała.

– To projekt, który nie ma nic wspólnego z przeciwdziałaniem pedofilii – dodawała Monika Wielichowska (PO-KO). – To o waszej wolności, o waszym życiu i o waszym dostępie do edukacji jest ten projekt! – zwracała się do uczniów.

Oficjalnie chodzi o „publiczne propagowanie lub pochwalanie podejmowania przez małoletniego obcowania płciowego”, za co – wedle projektu ustawy – mogłoby grozić do dwóch lat więzienia. Jeśli odbywałoby się to „za pomocą środków masowego komunikowania” – już trzy lata. Podobnie jak w przypadku osoby zajmującej się edukacją czy leczeniem młodych (one odpowiedzą już nie tylko za propagowanie „obcowania płciowego”, ale również „innej czynności seksualnej”).

Jednak już w uzasadnieniu obywatelskiego projektu, pod którym podpisało się ponad 263 tys. osób, czytamy: „Proponowana zmiana zapewni prawną ochronę dzieci i młodzieży przed deprawacją seksualną i demoralizacją, która rozwija się w niebezpiecznym tempie i dotyka tysięcy najmłodszych Polaków za pośrednictwem tzw. ‚edukacji’ seksualnej”.

Fundacja Pro – Prawo do Życia, która stoi za projektem, przestrzega: „Odpowiedzialne za ‚edukację’ seksualną środowiska wchodzą do kolejnych placówek oświatowych w Polsce, rozbudzając dzieci seksualnie oraz promując wśród uczniów homoseksualizm, masturbację i inne czynności seksualne”.

Edukacja seksualna. Debata wśród protestów

Podczas wtorkowej debaty projekt zachwalali przedstawiciele PiS i Konfederacji. Zresztą partia rządząca mówiła o podniesieniu górnej granicy kary do nawet pięciu lat. W środę przeciw wnioskowi o odrzucenie projektu opowiedziało się 243 posłów, głównie z PiS, Kukiz’15 i Konfederacji. Marszałek Sejmu Elżbieta Witek skierowała go do komisji nadzwyczajnej ds. zmian w kodyfikacjach. Jako że jest to projekt obywatelski, posłowie będą mogli zająć się nim w kolejnej kadencji.

– W projekcie bardzo mętnie jest określone, co jest nawoływaniem do współżycia seksualnego, a co nim nie jest. To rodzi pole do uznaniowości w stosowaniu prawa i manipulacji, a w praktyce ta ustawa jest młotem, który ma zniszczyć jakąkolwiek edukację seksualną – przemawiała we wtorek Scheuring-Wielgus.

Arkadiusz Myrcha (PO-KO): – Uzasadnienie projektu jest wypełnione twierdzeniami niepopartymi jakimikolwiek dowodami. To bardziej manifest lub oświadczenie polityczne niż merytoryczne uzasadnienie projektu ustawy. Brakuje jakichkolwiek badań, analizy orzecznictwa, samej oceny zjawiska, opinii ekspertów.

W środę, w czasie kiedy posłowie decydowali o losach projektu, przed Sejmem zebrali się obywatele protestujący przeciw „jesieni średniowiecza”.

„Jako polskie obywatelki i kobiety mieszkające w Polsce, których dzieci cierpią z rąk pedofilów, także tych w sutannach – wciąż bezkarnych – żądamy wyrzucenia tej ustawy do kosza i rzetelnej pracy nad prawem, które będzie chronić niepełnoletnich, zamiast pozwalać państwu na karanie syna/córki za uprawianie seksu ze swoją dziewczyną/chłopakiem” – napisali organizatorzy protestu, a więc Ogólnopolski Strajk Kobiet.

Na Facebooku zainteresowanie bądź chęć wzięcia udziału w warszawskim wydarzeniu zadeklarowało ponad 50 tys. osób.

Prawo młodzieży do rzetelnej edukacji seksualnej

Do projektu krytycznie odniósł się m.in. Sąd Najwyższy. W opinii przesłanej Sejmowi wskazał, że wedle prawa podejmowanie obcowania płciowego lub dopuszczanie się innej czynności seksualnej wobec osób, które mają już 15 lat, nie jest karalne; zaś zgodnie z wykładnią słownika PWN słowo „propagować” ma wydźwięk neutralny, „związany z poszerzaniem wiedzy i przekazywaniem jej innym osobom”.

„Samo propagowanie rozumiane jako upowszechnianie wiedzy zdaje się także realizować konstytucyjne prawo do ochrony zdrowia wyrażone w art. 68 ust. 1 Konstytucji RP, jak również prawo wolności badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników wyrażone w art. 73” – czytamy w piśmie sygnowanym przez I prezes SN Małgorzatę Gersdorf.

SN przypomina, że wiedzę o życiu seksualnym człowieka czy metodach i środkach świadomej prokreacji wprowadza do programów nauczania ustawa z 1993 r.: „Racjonalny ustawodawca nie może przewidywać jednocześnie z jednej strony w ramach obowiązku realizowania programu nauczania szkolnego przez nauczyciela przekazywania pewnych treści, a z drugiej kryminalizować tego zachowania”.

Do odrzucenia projektu wezwała Grupa Edukatorów Seksualnych „Ponton”, która pisze wprost, że celem proponowanej zmiany jest z jednej strony zastraszenie osób zajmujących się edukacją seksualną i zapewnieniem opieki zdrowotnej osobom poniżej 18. roku życia, z drugiej – uniemożliwienie młodzieży egzekwowania prawa do rzetelnej edukacji.

„Mamy stały kontakt z młodymi ludźmi – mówią nam o problemach, troskach, potrzebach, a my ich słuchamy i wspieramy. Możemy zapewnić, że proponowana nowelizacja kodeksu karnego zadziała na szkodę najmłodszych Polek i Polaków, pozbawiając ich dostępu do rzetelnej edukacji (edukacja seksualna), opieki zdrowotnej (konsultacje ginekologiczne, dostęp do antykoncepcji czy tabletki ‚po’) oraz zwykłego, ludzkiego wsparcia w kwestiach seksualności, dojrzewania, rozwoju, budowania zdrowych związków” – przestrzega Ponton.

Mikołaj Czerwiński, koordynator ds. równego traktowania w Amnesty International Polska: „Brak dostępu do edukacji seksualnej w szkołach i jej społeczne napiętnowanie skutkuje tym, że młodzi ludzie pozostawieni są sami sobie wtedy, gdy najbardziej potrzebują rzetelnej informacji”.

Porządne katolickie dziecko wychowywane w tradycyjnej polskiej rodzinie nie może wszak wiedzieć, że jego narządy intymne to żaden ptaszek czy broszka.

„Stary“ Sejm zaskoczył nas wielokrotnie. Nocnymi głosowaniami, sposobem procedowania projektów ustaw, językiem, przy którym lapsus marszałka Zycha („kurwa“ przy włączonym mikrofonie) jawi się jako wspominany z sentymentem obraz dawno minionej epoki, czy sposobem traktowania przez rządzącą partię przeciwników politycznych. Pewne było, że zaskoczy nas i nowy Sejm, w którym skrajni, twardogłowi konserwatyści objęli 11 mandatów. A jednak to, co wydarzyło się na ostatnim, odwieszonym posiedzeniu tego Sejmu, stanowi kuriozum w swojej własnej klasie, której standardy ustanowiły „zdradzieckie mordy“.

To, że 15 października odbędzie się czytanie kuriozalnego projektu „Stop pedofilii“, który przewiduje karę trzech lat więzienia za edukację seksualną, było wiadome. Ale to, że PiS zażąda zwiększenia wymiaru kary do lat pięciu, jest pewnym novum. Zaskakuje także argumentacja – jeśli o zaskoczeniu w przypadku surrealnego projektu można mówić.

Chodzi o projekt nowelizacji art. 200b kodeksu karnego, który traktuje o karach za „pochwalanie zachowań o charakterze pedofilskim“. Jako pierwsze o sprawie napisało Okopress.

W paragrafie 4 napisano: „Kto propaguje lub pochwala podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej, działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi albo działając na terenie szkoły lub innego zakładu lub placówki oświatowo-wychowawczej lub opiekuńczej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3“.

Teraz posłowie PiS chcą, by edukatorzy seksualni i wydawcy magazynów, dziennikarze, pisarze, którzy podejmują temat seksu i antykoncepcji, byli zagrożeni nie tylko ogniem piekielnym, z którym, być może, byliby w stanie sobie jakoś poradzić, ale także perspektywą spędzenia pięciu lat za kratami.

Porządne katolickie dziecko wychowywane w tradycyjnej polskiej rodzinie nie może wszak wiedzieć, że jego narządy intymne to żaden ptaszek czy broszka, tylko penis i pochwa, a nastolatek – że od ciąży nie uchroni pięć zdrowasiek i różaniec, tylko antykoncepcja.

To kłóciłoby się z „ochroną życia od poczęcia“. Życie po poczęciu interesuje posłów PiS-u jakby mniej, a widać to w dziurawej argumentacji. „Jak widzimy – obecna ochrona jest niepełna i niewystarczająca” – mówił, cytowany przez OKO, poseł PiS Andrzej Matusiewicz.

„Projekt zapewnia pełniejszą realizację praw człowieka, realizuje ochronę dóbr dziecka, poszanowania godności, wolności od przemocy psychicznej, ochrony jego prywatności i wrażliwości. To wszystko wartości konstytucyjne. Projektowana zmiana w pełni realizuje prawo rodziców do wychowania dziecka zgodnie z przekonaniami” – dodał.

Ci, którzy ten zły, szkodliwy i zwyczajnie głupi projekt napisali, chcą sprzeciwić się „demoralizacji i seksualizacji dzieci“. Świetnie. Niech maszerują natychmiast do tych, którzy mówią o seksualności publicznie: arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, który z ambony mówi o „tęczowej zarazie“, do abp. Michalika, który opowiadał w kontekście pedofilii bzdury, jak to „dziecko lgnie do drugiego człowieka“ czy autorów podręczników szkolnych, którzy w książkach dla dzieci umieszczają złote myśli w rodzaju „homoseksualizm to choroba“. Po drodze – niech zahaczą o katechetów, którzy chętnie straszą dzieci wiecznym potępieniem za to, że są ciekawe świata.

W następnej kolejności niech idą na pielgrzymkę do fundacji i osób, które pomagają ofiarom pedofilów w sutannach, i do Amnesty International, która chce zmienić definicję gwałtu w kodeksie karnym, by opierała się na braku zgody, nie zaś oporu, jak jest w tej chwili (w 2015 roku do prokuratury trafiło 23 proc. spraw). Niech zasuwają do domów samotnych matek, gdzie chronią się kobiety z dziećmi, które doświadczyły przemocy (łatwo znaleźć, ośrodków pomocy ofiarom przemocy w rodzinie jest w Polsce ledwie 35 – dane za lata 2015-17, jak wynika z raportu NIK), a jest w nich 591 miejsc, przy czym rocznie (dane za 2017 rok) przemocy w rodzinie doznało 93 tys. osób (głównie kobiet i dzieci). Niech wpadną z duszpasterską wizytą do ofiar gwałtów i zapytają, co słychać i jak się miewa ich „demoralizacja“ po tym, jak ktoś, kto pozostał bezkarny, zabrał im wszystko. Niech zapytają matkę z małym dzieckiem, jak jej się żyje z mężem potworem, który bije tak regularnie, jak chodzi do kościoła. Niech pójdą do rodziców, których dziecko odebrało sobie życie, bo nie mogło się dodzwonić tam, gdzie wiedziało, że ktoś je wysłucha.

I niech uważają na tego potwora LGBT, bo w końcu, w całej swojej potwornej łagodności, ich połknie. Przeżuje i wypluje. Żeby zatrzymać demoralizację. I nawet jeśli dostanie za to pięć lat więzienia – zrobi to.

Anja Rubik: Państwo PiS wspólnie z przedstawicielami kościoła, zamiast skupić się na badaniu zjawiska kościelnej pedofilii, postanowiło karać nas za szerzenie nauki i wiedzy.

Anja Rubik od dwóch lat działa na rzecz poprawy edukacji seksualnej w Polsce. Zainicjowała ruch #sexedpl i wydała pierwszy w Polsce podręcznik (pod tym samym tytułem) do edukacji seksualnej dla młodzieży i ich rodziców (non profit). To bestseller, który od ponad roku jest topem w księgarniach. Do rozmów zaprosiła edukatorów seksualnych, psychologów, psycholożki, psychoterapeutów, seksuolożki. W jej książce nie ma tabu. Jest masturbacja, pierwszy raz, rozmowa z dzieckiem o seksie, antykoncepcja, świadoma zgoda, badanie w kierunku HIV, LGBT+, aborcja. Tymczasem PiS zapowiedział, że będzie pracował nad ustawą, która kara więzieniem edukatorów seksualnych: – Musieliby nas wszystkich aresztować – mówi Anja Rubik.

W kampanii #sexedpl wzięli udział m.in.: Maciej Stuhr, Magdalena Szumowska, Mary Komasa, Marta Frej, Dorota Masłowska, Robert Biedroń, Sebastian Fabjański. Wystąpili w filmach, które wyreżyserowała Rubik.

–  Polskiej młodzieży należy się rzetelna edukacja seksualna. Brakuje jej w szkołach, a rodzice nie rozmawiają z dziećmi w domu – mówi Anja Rubik. – Wielu nastolatków wciąż myśli, że po pierwszym razie nie można zajść w ciążę i że kalendarzyk małżeński to skuteczna metoda antykoncepcji. Skąd to wiem? Kiedy ruszyłam z kampanią #sexedpl, tysiące młodych ludzi pisało do mnie, czego dowiadują się w szkole na lekcjach wychowania do życia w rodzinie. W 180-stronicowym podręczniku do tego przedmiotu słowo „seks” pojawia się dwa razy, w negatywnym kontekście. Na zajęciach nastolatki słyszą, że jeśli kobieta naprawdę nie chce zajść w ciążę, to nie zajdzie. A jeżeli zaszła w ciążę przez gwałt, to znaczy, że jednak tego chciała.

Z badań Instytutu Badań Edukacyjnych wynika, że prawie połowa 18-latków nie potrafi poprawnie odpowiedzieć na pytania dotyczące budowy narządów rozrodczych. 37 proc. rodziców  jest skrępowanych, kiedy ma rozmawiać z dzieckiem o seksie.

– Bez edukacji seksualnej młodzi ludzie stają się bezbronni wobec przemocy seksualnej i bezradni wobec progagandy, która próbuje wpędzić ich w poczucie winy za to, kim są i kogo kochają – mówi Anja Rubik. – Dajemy młodym ludziom wiedzę, odpowiadamy na tysiące pytań, widzimy uczucie ulgi, które pojawia się na ich twarzach, kiedy słyszą od nas, że są normalni, że wszystko jest w porządku, że nie trzeba mieć poczucia winy, kiedy w czasie dorastania pojawia się jakiś niepokój.

Już przed wyborami alarmowała, że projekt nowej ustawy zakładającej nawet trzy lata (wczoraj posłowie mówili już o pięciu) więzienia dla edukatorów seksualnych trafi do Sejmu zaraz po wyborach. I trafił.

– To jeden wielki absurd – mówi Anja Rubik. – Osoby, które wyszły z pomysłem tego projektu, kompletnie nie wiedzą, czym jest edukacja seksualna. Atakują równość, różnorodność, zapominając, że zgodnie z konstytucją każdej osobie należy się szacunek. To wbrew prawu. W Polsce można uprawiać seks z osobą, która skończyła 15 lat, a nie można z nią porozmawiać na temat seksu, dopóki nie ukończy osiemnastki? Przecież to kompletna bzdura.  Poza tym, żeby zakazać edukacji seksualnej, to trzeba najpierw zmienić ustawę antyaborcyjną z 93 roku, która gwarantuje w Polsce edukację seksualną. Państwo PiS wspólnie z przedstawicielami kościoła, zamiast skupić się na badaniu zjawiska kościelnej pedofilii, postanowiło karać nas za szerzenie nauki i wiedzy.

Prawicowe portale atakują Anję Rubik za to, że „seksualizuje młodzież” i boi się zakazu edukacji seksualnej.

– Niczego się nie boję. Nie wycofam się ze swoich działań i ruchu #sexedpl. Nie poddam się. Od dwóch lat wspólnie ze wspaniałym zespołem edukatorów seksualnych wykonujemy robotę, którą tak naprawdę powinno wykonać państwo – odpowiada.

Przed Sejmem odbył się protest przeciwko projektowi ustawy, który wprowadza karę więzienia za edukację seksualną. Posłowie w trakcie manifestacji przegłosowali skierowanie projektu do dalszych prac w komisji.

Przed budynkiem parlamentu zgromadziło się w środę około tysiąca osób, które protestowały przeciwko projektowi zmian w Kodeksie karnym. Jego autorzy żądają więzienia za edukację seksualną nieletnich. W trakcie protestu Sejm, głównie głosami posłów PiS, skierował do dalszych prac w komisji obywatelski projekt ustawy.

Manifestację pod hasłem „Jesień średniowiecza” zorganizował Ogólnopolski Strajk Kobiet. Uczestnicy przynieśli plakaty „Strajku kobiet”, tęczowe flagi i kartony z hasłami „Nie dla zakazu edukacji”, „Karzcie lepiej za pedofilię w kościele”, „Edukacja prawem”, „Witamy w Średniowieczu”, „Lepiej w szkole niż z pornosów”, „Pornhub dla posłów, edukacja seksualna dla dzieci”. Policja zamknęła dla ruchu ulicę Matejki.

Marta Lempart z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet otworzyła zgromadzenie przy Wiejskiej. – Tym, co dzieje się w parlamencie zarządzają fundamentaliści z Ordo Iuris, w których agendzie jest zakaz aborcji i walka z osobami homoseksualnymi. Teraz wzięli na warsztat edukację seksualną – powiedziała ze sceny Marta Lempart. Tłum skandował: „Chcemy edukacji, nie indoktrynacji”.

– Są ludzie, którzy chcą mówić o chorobach przenoszonych drogą płciową i to ich chcą wsadzać do więzienia. Wiedza to potężna broń – mówił Tomasz Piątek. Tłum zaczął skandować: – Chcemy zdrowia, nie zdrowasiek.

Na proteście pojawiła się Anja Rubik, która została przywitana entuzjastycznymi brawami. – Żadna władza nie może nam odebrać prawa do edukacji. Edukacja seksualna nie jest deprawacja seksualną. Deprawacja to pozbawianie młodych wiedzy o ich ciałach i uczuciach. Bez edukacji jesteśmy bezbronni wobec propagandy, która mówi, żebyśmy czuli dyskomfort. Rząd prowadzi wojnę z niewinnymi i przerażonymi dzieciakami – mówiła ze sceny Anja Rubik.

– Ja się nie boję. Mówimy o prawach człowieka, żadna ustawa nie może nam tego odebrać. Nie pozwolimy na to – dodała. Tłum zaczął krzyczeć: „Edukacja seksualna”!

Sędzia Jarosław Wyrembak oficjalnie zażądał dymisji prezes TK Julii Przyłębskiej – podaje Onet.pl w tekście Andrzeja Stankiewicza.

Stało się to 17 września na Zgromadzeniu Ogólnym Sędziów TK. Podczas posiedzenia sędzia Wyrembak przekazał na piśmie wszystkim członkom Trybunału swoje oświadczenie. Zarzucił Przyłębskiej „łamanie prawa”. Napisał też – jak podaje Onet – o podejmowaniu działań, dla których nie znajduje żadnej legitymacji prawnej, które rażąco naruszają elementarne reguły praworządności”. Twierdzi też, że prezes TK unika dyskusji o sytuacji Trybunału. Zaapelował o jej dymisję.

Wyrembak ma 50 lat. Jest karnistą i doktorem habilitowanym nauk prawnych zatrudnionym na stanowisku profesora nadzwyczajnego na Wydziale Prawa i Administracji Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania w Warszawie. W przeszłości pracował na UW, był adwokatem, później został notariuszem i prowadził własną kancelarię notarialną. W 2010 r. wstąpił do ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego. Ten fakt nie przeszkadzał PiS zgłosić go w 2015 r. najpierw do Trybunału Stanu, a potem do Trybunału Konstytucyjnego.

W TK zajął miejsce sędziego Henryka Ciocha, który zmarł w 2017 roku. Cioch był dublerem, a zatem Wyrembak został dublerem dublera. Wszedł na jedno z trzech prawomocnie obsadzonych miejsc sędziów wybranych przez Sejm poprzedniej kadencji, od których prezydent Andrzej Duda nie odebrał przysięgi.

Jeszcze w ubiegłym roku, przed wyborem, chwalił Przyłębską.

– Chcę podkreślić, że wysiłkiem pani prezes Julii Przyłębskiej w TK przywrócono pewną normalność. Chciałbym podkreślić, że wysiłkiem pana prezydenta i Sejmu udało się przywrócić względny spokój wokół funkcjonowania Trybunału – mówił podczas posiedzenia komisji, która oceniała jego kandydaturę.

Prezes NIK Marian Banaś nie chce złożyć rezygnacji ze stanowiska. Po południu CBA miało ogłosić wyniki kontroli jego oświadczeń majątkowych. Zwlekało. PiS najwyraźniej pogodził się, że plan „ratowania” NIK będzie trudniejszy – dowodzi tego ogólna treść wydanego w końcu komunikatu.

CBA zakończyło swoje czynności, a teraz „Pan Marian Banaś ma 7 dni na zgłoszenie uwag do zastrzeżeń CBA, które nie zostały wyjaśnione w trakcie trwania kontroli oświadczeń majątkowych” – tyle wynika z komunikatu. Jakie są te zastrzeżenia? Nie wiadomo. Nie ma też na razie mowy, by CBA kierowało na Banasia zawiadomienie do prokuratury.

Stanisław Żaryn, rzecznik koordynatora służb specjalnych, mówi „Wyborczej”, że wyniki kontroli nie muszą być podane do wiadomości publicznej.

Ogólna treść komunikatu dowodzi, że w PiS pogodzili się z tym, że nie uda się Banasia skłonić do rezygnacji z funkcji. Tym samym opisany wczoraj przez „Wyborczą” plan „ratowania” NIK przez partię rządzącą jest coraz trudniejszy do zrealizowania.

Rano na stronie NIK ukazało się oświadczenie dementujące wtorkowe informacje o dymisji Banasia. „Informacja ta jest nieprawdziwa. Prezes NIK przebywa na urlopie bezpłatnym, a zadania Najwyższej Izby Kontroli realizowane są zgodnie z przyjętym planem pracy” – podało biuro prasowe NIK.

Ultimatum dla Banasia

Dobrowolna rezygnacja była częścią planu PiS, który chciał ratować stanowisko prezesa NIK i szybko zastąpić Banasia swoim człowiekiem. Byłoby to możliwe tylko za zgodą obecnego Senatu, gdzie PiS ma większość. Nowy Senat wybrany 13 października daje już większość opozycji. Do zaprzysiężenia nowego parlamentu jest jeszcze prawie miesiąc, więc szansą na wybór prezesa NIK po myśli PiS byłoby zwołanie posiedzeń obu starych izb przed 13 listopada.

To, że rezygnacja Banasia była już podpisana, potwierdzają nasi informatorzy. – Banaś dostał we wtorek ultimatum. Miał do południa złożyć do PAP oświadczenie, że rezygnuje z powodu stanu zdrowia, kierując się odpowiedzialnością za państwo – mówi jeden z nich.

Z informacji „Wyborczej” wynika jednak, że plan ratowania NIK został uznany za „niemal niewykonalny”. Przeszkodą jest regulamin Sejmu oraz Ustawa o NIK. Regulamin określa na 21 dni czas zgłaszania kandydatów na prezesa. Ustawa mówi, że wybranego przez Sejm kandydata Senat zatwierdza w ciągu miesiąca. W PiS uznano, że nie da się tak nagiąć prawa, by zmieścić się w tych terminach. Tym bardziej że sam Banaś nie kwapił się do złożenia rezygnacji. Był do tego nakłaniany od wtorkowego poranku m.in. przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Nie chciał się poddać.

Obawy opozycji

Mimo to opozycja wciąż podejrzewa, że PiS rzutem na taśmę będzie chciał, by przed pierwszym posiedzeniem nowego Sejmu stary parlament wybrał następcę Banasia. O tym, że szykowane jest dodatkowe posiedzenie starego Sejmu, mówiła „Wyborczej” Izabela Leszczyna (KO-PO) Podobną informację podał w TOK FM poseł Cezary Tomczyk (też KO- PO). Jednak Małgorzata Kidawa-Błońska, reprezentująca w Sejmie Koalicję, mówi nam, że na razie nie ma wniosku o kolejne posiedzenie.

„Obciążenie dla PiS”

Co będzie dalej?  W nieoficjalnych rozmowach politycy PiS mówią, że Banaś jest dla partii obciążeniem. Otwarcie mówił to w TVN24 Kamil Bortniczuk, poseł Porozumienia, wybrany z list PiS. Zaznaczył, że rezygnacja Banasia byłaby „dobrym rozwiązaniem”. W podobny sposób wypowiedział się Patryk Jaki (też w TVN24). Stwierdził, że Marian Banaś powinien „co najmniej rozważyć dymisję”. – Uważam, że ta sprawa była niedostatecznie przez niego wyjaśniona – podkreślił. Przyznał też, że dymisja prezesa NIK jest możliwa i „nie można wykluczyć, że coś się będzie działo w najbliższych dniach”.

Czy Banaś wróci z urlopu?

Kontrolę oświadczeń Banasia wszczęto w kwietniu 2019 r., ale tempa nabrała po wrześniowym materiale TVN. W filmie „Pancerny Marian i pokoje na godziny” stacja pokazała nieznane oblicze Banasia, który przez całe lata pełnił odpowiedzialne funkcje w resorcie finansów. Był tam wiceministrem, szefem służb skarbowych, a przed wyborem na szefa NIK ministrem finansów. Jak ustalił TVN, Banaś w swoich oświadczeniach majątkowych manipulował informacjami o 400-metrowej kamienicy, którą posiada w Krakowie. Kamienicę przez lata wynajmowali od niego ludzie z półświatka, oferując tam „pokoje na godziny” wykorzystywane przez prostytutki. To nie wszystko. Jak się okazało, kamienicę Banaś przez lata wynajmował po zaniżonej cenie, co jest oszustwem skarbowym. Sprzedał ją dopiero w sierpniu 2019, tuż przed wyborem na prezesa Izby.

Po wybuchu afery Banaś udał się na urlop. Miał się on skończyć po ogłoszeniu wyników kontroli CBA. W poniedziałek „Rzeczpospolita” podała, że kontrola nie wypadła korzystnie dla Banasia, jego majątek Banasia „nie spina się” z jego dochodami, a „kontrola majątku Mariana Banasia zakończy się najprawdopodobniej zawiadomieniem do prokuratury”. Na razie jednak CBA unika potwierdzenia tych informacji.

Czy teraz – po skończonej kontroli – Banaś wróci na stanowisko? Tak deklarował. PiS może argumentować (takie głosy już się pojawiały przed wyborami), że poprzedni szef NIK, Krzysztof Kwiatkowski, dwa lata swojej kadencji przepracował, mając prokuratorskie zarzuty o udział w ustawianiu konkursów na urzędników Izby. Nie podał się do dymisji, a bez prawomocnego wyroku w sprawie karnej prezes NIK jest nieusuwalny.

Widać wyraźnie, że PiS nie jest w stanie poradzić sobie ze sprawą Mariana Banasia. W trakcie kampanii wyborczej, dzięki kreowaniu go na ofiarę mafii VAT, deklaracji „o wzięciu urlopu” i propagandowym przykrywkom udało się ukryć niebywały skandal. Prezesem Najwyższej Izby Kontroli, najważniejszej instytucji kontrolnej państwa polskiego, decyzją PiS, został polityk, w którego kamienicy był hotelik na godziny kierowany przez gangsterów. Banaś, wcześniej szef Krajowej Administracji Skarbowej i minister finansów, unikał płacenia podatków, a jego oświadczenia majątkowe są mętne.

Problem Banasia może służyć za symbol sposobu działania państwa PiS – nadmiar wiary w „polityczną wolę” przy braku szacunku do instytucji, zasad demokracji i zaufania do ludzkiej inteligencji.

Tego problemu nie da się „modelowo rozwiązać”

Wszak w czasie debaty nad kandydaturą Mariana Banasia przedstawiciele opozycji ustami posła Roberta Kropiwnickiego alarmowali, że kandydat PiS ma niewyjaśnione kwestie majątkowe i trwa postępowanie CBA. Marszałek Sejmu Elżbieta Witek wyłączyła mu wówczas mikrofon, uznając, że od tych informacji i troski o państwo ważniejsze jest wypełnianie partyjnych poleceń. Tak powstał „problem Banasia”.

PiS, gdy miał kłopoty, zwykł argumentować: każda partia ma swoje problemy, jednak PiS rozwiązuje problemy modelowo – szybkimi decyzjami o dymisji. Tylko że problemu szefa NIK nie da się „modelowo rozwiązać”. To stanowisko jest szczególnie chronione. W zasadzie jedyny sposób odwołania prezesa Izby ze stanowiska to jego rezygnacja. Potem powinna nastąpić procedura wyboru nowego szefa, która trwa minimum około 21-30 dni, bo tyle trzeba na zgłoszenie kandydatury i opinie komisji. PiS chce jednak wybrać „swojego” szefa NIK, by zaakceptował go jeszcze „swój” Senat.

PiS może wybrać drugiego „Banasia”

Jeśli PiS będzie chciał wymóc dymisję Banasia i wybrać swojego szefa NIK, zapewne zaproponuje opozycji udział w kolejnym sejmowym galopie bez oglądania się na procedury, bez rozpatrywania wątpliwości.

Czy opozycja powinna to akceptować? Wręcz przeciwnie, powinna zrobić wszystko, by procedury związane z wyborem zostały zachowane. Nie ma bowiem żadnych gwarancji, że PiS w ten sposób nie wybierze sobie drugiego „Banasia” kompromitującego kraj.

Stoimy nie przed alternatywą: NIK z Banasiem czy bez Banasia. Ale przed alternatywą: albo pisowski Banaś, albo szanowany przez polityków wszystkich ugrupowań prezes NIK wybrany z zachowaniem demokratycznych procedur przez nowy Senat.

Jarosława Kaczyńskiego – który miał po wyborach przejść operację kolana i spokojnie się rehabilitować – czeka niełatwy początek kadencji, a w jego obozie dzieje się bardzo dużo i bardzo ciekawie.

Ostatnie posiedzenie Sejmu tej kadencji jest naprawdę dziwne. Poseł Platformy Sławomir Nitras ogłosił, że na biurku marszałek Elżbiety Witek jest już dymisja prezesa NIK Mariana „Mam kamienicę z pokojami na godziny” Banasia. Witek tę informację zdementowała, obrady Sejmu zostały przerwane, a posłowie PiS kpili z fake newsa. Tyle że informację o dymisji – i że następcą Banasia ma zostać minister rozwoju Jerzy Kwieciński – potwierdziło mi poważne źródło rządowe. Polityk PiS spoza rządu przyznaje zaś, że szef NIK był do dymisji namawiany.

PiS po wyborach się spieszy

Partia rządząca chciała posprzątać w NIK jeszcze w tej kadencji, bo potem może być ciężko z wyborem nowego prezesa, gdyż nie da się tego zrobić bez zgody Senatu, a tam większość zdobyła opozycja. Informacja o dymisji – choć podana przez posła PO – mogła zatem być wypuszczona z obozu władzy. Żeby spalić Kwiecińskiego? Ocalić Banasia? Żeby pokazać siłę przed negocjacjami składu rządu? Koniec tej kadencji byłby w takiej sytuacji zapowiedzią kłopotów PiS w przyszłej.

Po czterech latach rządów przy dobrej koniunkturze, po rozdaniu kilkudziesięciu miliardów, przy wsparciu finansowym największych spółek i po końskiej dawce prorządowej propagandy w mediach publicznych PiS wylądował w niemal tym samym miejscu w 2015 r. – z 235 posłami, za to bez większości w Senacie. Nic zatem dziwnego, że Jarosław Kaczyński w znamiennym przemówieniu na wieczorze wyborczym nie brzmiał jak zwycięzca wyborów. Brzmiał jak człowiek zły, rozczarowany i bezradny; o czymże innym świadczą bowiem słowa: „Jeśli przed nami kolejne cztery lata rządzenia, to czeka nas najpierw refleksja nad tym wszystkim, co się udało, ale także nad tym, co się nie udawało i co spowodowało, że poważna część społeczeństwa uznała, że nie należy nas popierać”, a także fragment jeszcze dobitniejszy: „Otrzymaliśmy dużo, ale zasługujemy na więcej”.

Kaczyński brzmiał jak człowiek, który po długiej wspinaczce zdobył szczyt, rozejrzał się i zrozumiał, że teraz może już tylko schodzić. Nie ma komfortowej większości, nie udało się wykończyć PSL, wypączkowała Konfederacja. PiS po długiej i udanej kampanii na finiszu popełnił błędy. Obietnica podniesienia płacy minimalnej wystraszyła przedsiębiorców (bo to oni mieli te płace podwyższać), co sprawnie wykorzystał PSL w spotach. O tym politycy PiS mówią chętnie; bez zahamowań krytykują też Jacka Kurskiego, widząc w nim akuszera sukcesu konfederatów (bo TVP na finiszu zaczęła poświęcać im bardzo dużo miejsca).

Nikt głośno nie powie natomiast, że wynikowi PiS zaszkodził sam Kaczyński, który w ostatnim tygodniu zlitował się nad Koalicją Obywatelską i postanowił zmobilizować jej zwolenników głośną obietnicą piętnowania elit, które „pracują dla wrogów”. To był dobry, stary prezes, który przez większość kampanii krył się za maską dobrotliwego ojca narodu.

Więcej posłów dla Ziobry i Gowina

Zły humor prezesa po zwycięskich wyborach można też tłumaczyć nadmiernym z jego punktu widzenia rozrostem Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina. W porównaniu z 2015 r. PiS stracił, a oni zyskali: Solidarna Polska i Porozumienie mają po 18 posłów. I myślą o następnych. Ziobryści rozmawiają ponoć z paroma konfederatami, gowinowcy kuszą platformersów. Ani Ziobro, ani Gowin nigdzie się na razie nie wybierają, ale stanowią siłę, z którą Kaczyński musi się liczyć przy podziale tortu w rządzie, urzędach wojewódzkich i spółkach. Ziobro domaga się co najmniej drugiego ministerstwa („ważniejszego niż sport”, jak to ujął jeden z moich rozmówców), za co łaskawie zgodzi się na nominację dla Mateusza Morawieckiego. Gowin Morawieckiego popiera, ale w zamian chce stanowisk w spółkach oraz ważnego resortu gospodarczego lub prestiżowego MSZ. A więcej kawałków tortu dla koalicjantów to mniej syty PiS, bo pula stanowisk jest ograniczona.

Powie ktoś, że w poprzedniej kadencji było podobnie, ale to nieprawda. Obaj koalicjanci byli wówczas dużo słabsi, a bezpieczeństwo PiS zapewniał klub Kukiz ’15, który co głosowanie dzielił się na frakcje pro- i antyrządową, aż się podzielił całkiem. Ziobro w 2015 r. miał ledwie kilku posłów i łatkę zdrajcy – dziś to jeden z najpotężniejszych polityków w Polsce, który stworzył sobie całą armię. Jej częścią są posłowie bliscy Patrykowi Jakiemu: młodzi, radykalni i zapatrzeni w europosła, który wspierał ich w kampanii. To m.in. Jacek Ozdoba, Sebastian Kaleta, Paweł Kowszyński czy Aleksandra Szczudło. Na tę gromadę z respektem spoglądają pisowcy. O ile bez problemu pokpiwają sobie – nawet w rozmowach z „Polityką” – z Gowina, o tyle do Ziobry podchodzą z niejakim szacunkiem. A otoczenie Morawieckiego patrzy – wręcz z lękiem.

Jak rządził premier Kaczyński

– Moim marzeniem jest wyeksportowanie go za granicę na jakieś stanowisko, którego nie będzie mógł nie przyjąć – mówił na Kongresie 590 w Rzeszowie rozmówca zbliżony do premiera, przyznając tym samym, że Morawiecki nie będzie miał nic do powiedzenia w sprawie przyszłości Ziobry w rządzie. Ziobryści ze swej strony podgryzają premiera. – W 2017 r. Ziobro nie chciał, żeby Morawiecki zostawał premierem, bo uważał, że byłoby nieroztropnie dawać tę funkcję komuś, kto w którymś śledztwie może zmienić status świadka na podejrzanego – mówi prominentny ziobrysta. Kaczyńskiego – który miał po wyborach przejść operację kolana i spokojnie się rehabilitować – czeka zatem niełatwy początek kadencji, a w jego obozie dzieje się bardzo dużo i bardzo ciekawie.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>

Pasqudy PiS prowadzą Polskę do faszyzmu. Z życia pasqud 14

9 Lip

Sędzia Igor Tuleya w programie Onet Ranowypowiedział się na temat zmian w sądownictwie wprowadzanych przez rząd PiS.

Stowarzyszenie Sędziów Polskich: Przedstawiamy kompleksowy raport, opisujący wszystkie przypadki represji władz wobec niezależnych polskich sędziów. W raporcie opisano różnego rodzaju działania, jakie zostały już podjęte, wobec dwudziestu jeden polskich sędziów.

>>>Raport<<<

Lider SLD Włodzimierz Czarzasty w ostry słowach odpowiedział – w programie Onet Rano – na liczne komentarze, jakie pojawiły pod jego głośnym twittem z 3 lipca.

„Byłem z Julią Przyłębską w Socjalistycznym Związku Studentów Polskich a ze Stanisławem Piotrowiczem i Marcinem Wolskim w PZPR. Myślałem, że jestem wielką mendą a okazuje się że można być większą. Można z taką przeszłością zapisać się do PIS i awansować. Uczę się całe życie” – napisał wówczas polityk.

Teraz równie mocno stwierdził, że od historii nikt nie ucieknie i on sam nie ma zamiaru uciekać.Przyznał, że należał zarówno do Zrzeszenia Studentów Polskich jak i do PZPR, a później wstąpił do SLD. „Nie mówię, że nie byłem, nie tłumaczę tego, nie zasłaniam się, nie ukrywam” – oznajmił polityk. Dodał, że najbardziej śmieszy go to, że w związku z tym, że rządzi PiS to nie wszyscy, ale część ludzi, którzy służyli reżimowi chowają to gdzieś pod koszulę, w staniki, w buty i mówią: „nie, nigdy w życiu nas tam nie było”.

To jest mendziarstwo” – ocenił, podkreślając, że „każdy ma swój życiorys i musi za ten życiorys brać odpowiedzialność”.

Polski populizm rości sobie prawo do przemawiania w imieniu całego, jednolitego narodu i stawiania poza granicami tego narodu tych, którzy się z tym nie zgadzają; decyzje podejmowane są przez jedną osobę, co jest więcej niż zagrożeniem dla demokracji, bo jest już brakiem demokracji – takie m.in. tezy stawia w obszernym wywiadzie profesor uniwersytetu w Sydney Wojciech Sadurski.

  • – Polska nie jest państwem faszystowskim. Ktoś, kto by to powiedział, byłby winny dewaluacji tego strasznego pojęcia. Natomiast mamy do czynienia z elementami dyskursu faszystowskiego – mówi Sadurski
  • – Patrząc na nasz kraj przez okulary konstytucjonalisty, uznaję, że załamanie podziału władz jest najgroźniejszym elementem ataku na demokrację – uważa
  • – Tak naprawdę wszystkie inne instytucje realizują wolę jednego człowieka. Na tym nie może polegać demokracja – komentuje
  • – To chore i patologiczne, że Kaczyński mógł nastraszyć społeczeństwo zalewem fali imigrantów – ocenia

Z Wojciechem Sadurskim rozmawiałem za pośrednictwem Skype’a. Pan profesor jest prawnikiem konstytucjonalistą, filozofem, politologiem. Wykłada w Instytucie Europejskim uniwersytetu we Florencji oraz na uniwersytecie w Sydney, gdzie mieszka na stałe. Jest też bardzo aktywnym komentatorem w mediach społecznościowych.

Profesor Sadurski jest jednym z współtwórców Concilium Citivitas, rady, w skład której wchodzi kilkudziesięciu polskich uczonych pracujących poza granicami kraju. W dniach 9-10 lipca odbywa się pierwszy zjazd Concilium, na który wstęp jest wolny po rejestracji na stronie www.conciliumcivitas.pl. Onet jest partnerem medialnym wydarzenia, partnerem radiowym jest TOK FM.

Prof. Sadurski na zjazd Concilium Civitas nie zdołał dojechać, a kiedy rozmawialiśmy, był akurat w Santiago, stolicy Chile. Oto zapis najważniejszych wątków rozmowy:

Pisze Pan obszernie o populizmie. Czy może Pan to zjawisko zdefiniować?

Wojciech Sadurski: Populizm jest ogromnie szkodliwy i dla państwa, i dla społeczeństwa. Jest jednak zjawiskiem nie tylko polskim, ale i europejskim, światowym.

Uważam, że populizm jest reakcją na niedostatki demokracji liberalnej, ale reakcją niedemokratyczną i w tym sensie tak zwana demokracja nieliberalna, taka, która powstaje w reakcji na niedostatki demokracji liberalnej, jest pojęciem wewnętrznie sprzecznym.

Demokracja – ta bezprzymiotnikowa – nieuchronnie zakłada nie tylko władzę większości, wyrażoną w wyborach, ale także to, by ten efekt wyborczy był ugruntowany pewnymi wolnościami i uprawnieniami obywatelskimi, bez których nie ma mowy o wolnych wyborach.

Jak by Pan opisał polski populizm?

Każdy populizm jest reakcją na pewne niedostatki sytuacji społeczno-politycznej, ale te niedostatki są różne. Stąd mamy do czynienia z populizmami w liczbie mnogiej na świecie, a nie z populizmem jednym i tym samym. Niemniej są pewne cechy wspólne i te cechy wspólne w Polsce przejawiają się w sposób wyjątkowo aberracyjny.

To jest, po pierwsze, niechęć do uznania pluralizmu politycznego i związane z tym roszczenie do przemawiania w imieniu całego, jednolitego narodu. I stawianie poza granicami tego narodu tych, którzy się z tym nie zgadzają.

Po drugie, niechęć do instytucji demokracji przedstawicielskiej i rozmaitych instytucji parlamentarnych, które wymagają trudnego uzgadniania kompromisów. Chodzi o podejście do demokracji na zasadzie, którą nazywam plebiscytarną, to znaczy na zasadzie plebiscytu nad przywódcą, a nie nad poszczególnymi politykami.

Po trzecie niechęć do rozmaitych instytucji tzw. wetujących, czyli instytucji opóźniających – wpływających, a czasem wręcz kwestionujących decyzje organu przedstawicielskiego, w oparciu o pewne ograniczenia o charakterze praw i wolności obywatelskich. To są sądy konstytucyjne, czy na przykład organy polityki finansowej, jak niezależny bank centralny, czy też służba cywilna, która nie jest jednoznacznie podporządkowana większości parlamentarnej.

Populizm odrzuca demokrację?

Populizm odrzuca tę strukturę instytucjonalną demokracji, która modyfikuje, a czasem kwestionuje decyzje większości parlamentarnej. Populizm działa na zasadzie „zwycięzca bierze wszystko”.

Skoro w plebiscycie wyborczym wyborca dał nam władzę, to przez okres najbliższej kadencji mamy carte blanche na rządzenie, a rozmaite instytucje, jak niezależne sądy, inne niezależne instytucje służby publicznej np. bankowości czy wojska, są pewnym irytującym balastem, który należy porzucić. To wszystko jest cechą populizmu wszędzie na świecie i tak jest niestety w tej chwili w Polsce.

Jak to działa?

Populizm opiera się na pewnych hasłach. Jeżeli uda się przekonać społeczeństwo, że populistyczny przywódca zna odpowiedź na problemy zawarte w tych hasłach, to jest to droga do zwycięstwa.

Do tych haseł należy po pierwsze bardzo silny antyelityzm lub antyestablishmentowość, czyli przekonanie społeczeństwa, że dotychczas rządząca elita oderwała się od społeczeństwa i nie rozumie, nie szanuje jego problemów.

Po drugie niechęć do „obcych”, najczęściej definiowanych jako imigranci lub uchodźcy, ale często są to również obcy „wewnętrzni”, czyli ludzie należący do innej niż dominująca religii i rasy, orientacji seksualnej itd. Przedstawia się tych obcych jako wrogów, zagrażających dotychczasowemu trybowi życia.

Po trzecie jest to frustracja klas średnich i średnich niższych, które uważają, że tracą swoją społeczno-ekonomiczną pozycję.

I wreszcie ostatnie z tych haseł, hasło kontrkulturowe, czyli lęk przed nowym w kulturze społecznej, lęk przed tym, co wydaje się sprzeczne z tradycyjnymi ustalonymi hierarchiami, światopoglądem, religią, rodziną itd. A zatem wołanie o równość, w tym równość dla społeczności LGBT, równość płci, niedyskryminacja, otwartość na „nowinki kulturowe”.

Populiści prawicowi przeciwko temu wszystkiemu mobilizują opinię publiczną, mówiąc, że oni są po stronie wartości tradycyjnych.

I teraz, jeżeli weźmiemy te cztery kategorie haseł, to w różnych konfiguracjach i z różną intensywnością występują one w różnych państwach, gdzie populizm dominuje. W Polsce wydaje mi się, że element społeczno-ekonomiczny ma raczej drugorzędną wagę. Ale największą wagę ma połączenie trzech haseł PiS-u, czyli antyelitaryzmu, lęku przeciwko obcym i tradycjonalizmu kulturowego.

Ale dlaczego publiczność tego słucha?

Te zjawiska, hasła, które wymieniłem, mają być odpowiedzią na niewątpliwie załamanie się dotychczasowego linearnego wzrostu pozycji klasy średniej i niższej średniej – to jest kwestia mniej więcej ostatniej dekady.

Ale jeżeli przyjrzymy się temu w Polsce, to tutaj widzimy, że trzy główne elementy, o których powiedziałem – element antyelitarny, antyobcy i tradycjonalizmu kulturowego – w sposób naturalny zaostrzyły się w ostatnich latach rządów PO.

Jeśli chodzi o pierwszy element, to mieliśmy do czynienia po raz pierwszy z bezprecedensową sytuacją w całej Europie Środkowej, że jedna i ta sama formacja polityczna rządziła przez dwie następujące po sobie kadencje, czyli stosunkowo łatwo było dostrzec zmęczenie aktualnym establishmentem, aktualną elitą, ona już się opatrzyła, ale w pewnym sensie nastąpiło jakieś zmęczenie materiału.

Jeśli chodzi o drugi, to przecież jest chore i patologiczne, że Kaczyński mógł nastraszyć polskie społeczeństwo zalewem fali imigrantów, w szczególności imigrantów muzułmańskich. I wreszcie, jeśli chodzi o trzecią sprawę tradycjonalizmu, to jakby ten rosnący wpływ na świadomość publiczną ze strony rozmaitych nowych form egalitaryzmu, z których niektóre są sprzeczne z tradycyjnym nauczaniem Kościoła. I to również jest kwestia mniej więcej ostatniej dekady.

Te trzy typy zjawisk nastąpiły z taką intensywnością, że zmiana ma charakter jakościowy. I mogły dać populistom odpowiedzi na wszystkie lęki związane z tymi trzema sytuacjami.

A co z zakwestionowaniem trójpodziału władzy?

Patrząc na Polskę przez okulary konstytucjonalisty, uznaję, że załamanie podziału władz jest absolutnie centralnym, najważniejszym, najgroźniejszym elementem ataku na demokrację, na instytucje demokratyczne. Ja przyjmuję definicję demokracji jako składającą się z trzech elementów, to znaczy z wolnych wyborów, praw i wolności obywatelskich oraz trójpodziału władz.

I w Polsce, jeśli chodzi o wpływ PiS-u na strukturę demokratyczną, to ten ostatni element uległ totalnej destrukcji, w odróżnieniu do pierwszych dwóch. Zatem mamy do czynienia z sytuacją, w której cała władza skoncentrowana jest w jednych rękach, czyli w rękach przywódcy partii większościowej, partii hegemonistycznej.

Jest to fundamentalnym nie tylko podważeniem, ale jest atakiem na same fundamenty demokracji. Bo demokracja wymaga, by cała władza nie była w jednych rękach.

Czy taki model demokracji jest wszędzie na świecie taki sam?

Mamy w światowym konstytucjonalizmie rozmaite modele. Mamy model tzw. trójpodziału władzy wywodzącego się od Monteskiusza, który to model generalnie panuje w Europie. I mamy model zwany w Stanach Zjednoczonych „checks and balances” (kontrola i równowaga) – to nie jest trójpodział władzy, ale zasada jest taka, że żadna z władz nie ma absolutnych kompetencji w swoim zakresie, czyli jest jakby kontrolowana i ograniczana przez inne instytucje.

W Polsce mamy do czynienia z zaprzeczeniem i jednego modelu i drugiego – nie mamy już trójpodziału władzy dlatego, że władza większości parlamentarnej, czyli władza ustawodawcza, kontroluje zarówno władzę wykonawczą, jak i w coraz większej mierze władzę sądowniczą. Nie mamy do czynienia z „checks and balances”, dlatego że władza lidera partyjnego jest niczym nieograniczona.

A dokładniej?

Struktura konstytucyjna, która mówi o tym, kto ma jakie kompetencje, nie ma odzwierciedlenia w faktycznym podejmowaniu decyzji publicznych, gdyż wszystkie istotne decyzje podejmowane są przez jedną osobę.

I teraz, gdyby nawet ta osoba była człowiekiem nadzwyczajnej mądrości i cnoty – a nie jest – ale nawet gdyby była, to sam ten fakt jest śmiertelnym zagrożeniem dla demokracji. Więcej niż zagrożeniem – jest już brakiem demokracji.

W Polsce PiS-owi udało się prawie całkowicie obalić podział władzy. To znaczy, są jeszcze jakieś reduty niezależnej władzy, czyli niektórzy sędziowie, którzy nie poddają się dominacji ministra sprawiedliwości, czy organy takie, jak Rzecznik Praw Obywatelskich, który z kolei ma dużą moc symboliczną i prawną, ale bardzo małą moc sprawczą, bo nie podejmuje decyzji.

Tak naprawdę wszystkie inne instytucje realizują wolę jednego człowieka. Powtarzam: na tym nie może polegać demokracja. Demokracja musi być władzą ograniczoną. A w Polsce nie jest.

Ten autorytaryzm, o którym Pan mówi, odbieranie demokracji atrybutów demokracji, czy to nie brzmi jak faszyzm?

Nie, absolutnie to nie jest faszyzm. Natomiast skoro pan to słowo przywołał, chciałbym wyjaśnić, że należy odróżnić instytucjonalny faszyzm, czyli ustrój faszystowski, od dyskursu faszystowskiego.

Otóż w Polsce mamy do czynienia z obecnością już nie tylko śladowego, niestety, dyskursu typowo faszystowskiego. Nie obciążam za jego wprowadzenie samej władzy, natomiast obciążam ją za tolerowanie i czasem wykorzystywanie tego dyskursu. Na przykład nieskrywany rasizm widoczny w propagandzie antyimigranckiej jest dla mnie przejawem dyskursu faszystowskiego.

Polska nie jest państwem faszystowskim. Ktoś, kto by to powiedział, byłby, poza wszystkim innym, winny dewaluacji tego strasznego pojęcia.

Natomiast mamy do czynienia z elementami dyskursu faszystowskiego i jakkolwiek by to brzmiało radykalnie, to jestem gotów bronić tego poglądu i dawać dowody tego dyskursu w sferze publicznej, w tym także w telewizji publicznej. Bo to, że są jacyś faszyści gdzieś na obrzeżach społeczeństwa, to jest to cecha każdego państwa demokratycznego – w każdym państwie demokratycznym mamy do czynienia z rozmaitymi typami aberracji.

W momencie jednak, gdy elementy tych aberracji są przejmowane przez telewizję publiczną, telewizję kontrolowaną przez władzę publiczną i utrzymywaną przez podatnika, w tym momencie ten dyskurs polityczny – dyskurs faszystowski – wpełza do życia publicznego i wtedy wszyscy musimy się temu przeciwstawić.

Czy to się może zmienić?

To znaczy, czy mam nadzieję, że najbliższe wybory coś zmienią? Oczywiście, że mam na to wielką nadzieję i bardzo bym tego chciał. Nie jestem jednak politologiem, kimś kto się zajmuje liczeniem słupków i wróżeniem z fusów o tym, jakie będą wybory, ale bardzo na to liczę i bardzo, bardzo tego pragnę dla Polski.

Sianie propagandy nienawiści czy szerzenie nieprawd to specjalność PiS – mówi Bartosz Arłukowicz w rozmowie z Magdą Jethon.

Śledzi Pan kampanię PiS?

Generalnie rzecz ujmując tak, choć będąc w środku naszej kampanii, nie oglądam się na przeciwników. Nie prowadzę też walki wewnątrz partii, takie mam zasady. Każdego dnia robię swoje.

A słyszał Pan, że Jarosław Kaczyński na konwencji PiS powiedział: „Jesteśmy wyspą wolności i dlatego jesteśmy tak cenni dla całego świata”?

To jest absurdalne rozumowanie. Kaczyński od lat buduje alternatywną rzeczywistość. To przecież on jest autorem słynnych słów, że „nikt nam nie będzie wmawiał, że czarne jest czarne, a białe jest białe”. To oni – politycy PiSu podzielili Polaków na lepszy i gorszy sort, nazywali „kanaliami”, „zdradzieckimi mordami” z wtórującym Joachimem Brudzińskim krzyczącym na ulicy „komuniści i złodzieje”. A na okrasę, wisienka na torcie, pani premier Szydło krzycząca z mównicy sejmowej „nam się te pieniądze po prostu należały” to jest dla mnie kwintesencja PiS.

A jak się Panu podoba taki obrazek: Kaczyński z karabinem w ręku, spoglądający w celownik i hasło: „Przed nami nowe cele” .

A to nie jest jakiś mem?

Zdjęcie z takim hasłem zamieściło na Twitterze Małopolskie PiS jako reklamę konwencji tej partii w Katowicach…

Cała filozofia PiS polega na podziale Polaków, na podziale społeczeństwa, dewaluacji elit, próbie wymiany elit, destabilizacji instytucji państwa. To jest zamierzony plan, który Kaczyński wprowadza w życie, budując nienawiść każdego dnia. Wzbudza takie emocje, które powodują, że Polacy nie patrzą na „osiągnięcia” rządu, nie widzą tych wszystkich złych rzeczy, które dzieją się w rządzie. Budowanie tych emocji zasłania prawdę o rządzie i o tym, co tam się dzieje – myślę o sposobie rządzenia państwem, nepotyzmie, zatrudnianiu najbliższych, o nagrodach etc.

Wasza kampania już się zaczęła, chociaż jeszcze nie wiadomo, kto będzie w koalicji. PSL zostawiło decyzję Platformie, ale tak naprawdę to podjęło decyzję…

Uważam, że nie ma miejsca na spory w opozycji. To mnie bardzo boli, bo o to właśnie chodzi Kaczyńskiemu. Taki jest jego scenariusz – skłócona, polemizująca ze sobą, opozycja. Jestem przeciwnikiem dyskutowania opozycji ze sobą i o sobie, jestem zwolennikiem prowadzenia kampanii w walce o głosy wyborcze z PiS, a nie z Biedroniem, czy z Kosiniakiem-Kamyszem.

Kosiniak-Kamysz tego nie rozumie?

Jestem przekonany, że akurat Władek to rozumie. Pytanie tylko, czy jest dobry czas, żeby dyskutować między sobą i stawiać warunki, że z tym tak, a z tamtym nie.

Połowa społeczeństwa martwi się, czy dacie radę, czy wyciągnęliście jakieś wnioski z kampanii do Europarlamentu, czy wiecie, co poszło nie tak?

Czas kampanii opartej tylko i wyłącznie na billboardach, na konferencjach prasowych, na konwencjach partyjnych bezpowrotnie minął. Dzisiaj, w dobie Internetu, powszechnego i błyskawicznego dostępu do informacji, tysiąca opinii różnych ludzi na ten sam temat, nie można zbudować skutecznie kampanii tylko na konwencjach. To musi być interaktywna praca z wyborcami, dostosowana do nowych warunków i rzeczywistości, musi to być kampania na ulicy.

PiS ponoć podczas kampanii prezydenckiej Dudy korzystał z usług amerykańskiej firmy z Chicago. Czy opozycja ma takie wsparcie?

Tego nie wiem, ale ja najlepiej czuję się wśród ludzi, w niewielkich miejscowościach, miasteczkach, wioskach i taką kampanię zamierzam prowadzić.

Prezes Kaczyński nie ukrywa, że PiS korzysta z badań socjologicznych. Czy koalicja robi to również?

Oczywiście, że tak. Rozmawiamy z profesorami, ekspertami, socjologami, psychologami społecznymi, ale kluczem w polityce są jednak emocje wyczuwania nastroju społecznego. To jest najważniejsze w kampanii.

Wierzy Pan, że wystarczy wyjść do ludzi, uścisnąć dłoń i rozmawiać?

Kampania jest wieloaspektowa, musi być złożona z różnych elementów. Nie można dzisiaj wygrać wyborów, opierając się tylko i wyłącznie na dużym przekazie. Kampanię można wygrać, łącząc duży przekaz z intensywną pracą na ulicy. Jestem świeżo po bardzo trudnej, ciężkiej, dużej kampanii do Parlamentu Europejskiego i nie mam wątpliwości, że ten bardzo dobry wynik, który nawet mnie zaskoczył, uzyskałem dzięki temu, że spędziłem trzy miesiące na ulicy, dzień w dzień, od świtu do nocy.

Akurat Pan sobie świetnie radzi w rozmowach oko w oko z wyborcami. Czy jednak koledzy są równie dobrze przygotowani? Nie każdy ma zdolność wejścia w tłum i rozmawiania…

Każdy ma inne umiejętności, ale polityka to jest gra zespołowa i trzeba umieć to połączyć. Jedni mają wyjątkowy dar do organizacyjnego prowadzenia partii politycznych, drudzy mają dar, żeby być na ulicy, trzeci do analiz eksperckich i merytorycznych. Tylko połączenie tych zdolności daje dobry efekt.

Potrzebne są jakieś spójne opowieści, jakieś konkrety… Mówi Pan o tym, że np. na chemioterapię dla wszystkich Polaków chorych na raka w Polsce wydaje się rocznie 1,3 mld zł. Dokładnie tyle samo, ile obecny rząd przekazał na tzw. media publiczne? Czy ludzie to wiedzą?

Na każdym spotkaniu o tym mówię. Ludzie są zaskoczeni, dlatego że przeciętny obywatel nie zdaje sobie sprawy ze skali tej kwoty. Nikt z nas miliarda prawdopodobnie na żywo nie widział. Kwota 1,3 mld to suma trudna do wyobrażenia, ale jak się powie ludziom na spotkaniu, że przekazano na „telewizję publiczną” pieniądze, które wydaje się rocznie na chemioterapię dla wszystkich ludzi chorych na raka w Polsce, to ludzie otwierają oczy szeroko i mówią – to jest niemożliwe. A ja mówię: to jest możliwe i to jest prawda.

Macie więcej takich faktów, krótkich, spójnych….

Oczywiście, rozmawiamy o sprawach bliskich ludziom. Ludzie pytają o ceny, to jest coś, co bardzo doskwiera, widzą to w swoim sklepiku, warzywniaku. Dziś pietruszka kosztuje około 20 zł za kilogram, a masło podrożało przeszło 50 proc. To są rzeczy, o których politycy muszą mówić, dlatego, że jeżeli będziemy mówili tylko o wielkich ideach, projektach politycznych, to nie trafimy do ludzi. To są dla nich obce tematy, ludzie muszą rozmawiać o tym, co dotyczy ich życia, o ich chodniku, drodze czy szkole. Często podchodzą do mnie i mówią: „polityka mnie nie dotyczy, ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego”, nie zdając sobie sprawy z tego, że polityka dzisiaj wkracza do prywatnego domu każdego z nas. Politycy dzisiaj chcą decydować, jak mamy żyć, z kim mamy spać, kogo możemy trzymać za rękę. Polityka wkracza na sale porodowe, mówi kobietom, jak mają rodzić dzieci. Polityka dzisiaj uniemożliwiła korzystanie z programu in vitro. To są fakty, na które codziennie wpływa polityka. Polityka też kształtuje to, jak będą wyglądały nasze szkoły 1 września. Polityka zdecydowała o tym, jak wyglądają podręczniki naszych dzieci. Mógłbym tak wymieniać bez końca…

Podczas ulicznych spotkań nie ma zbyt dużo czasu na odkłamywanie propagandy rządowej. Jesteście przygotowani na odpieranie zarzutów, często fałszywych?

Sianie propagandy nienawiści czy szerzenie nieprawd to specjalność obecnej ekipy rządzącej. Walczymy z tym. Dobry przykład mieliśmy w sobotę, kiedy na konwencji PiS użyto brutalnie człowieka, pana Andrzeja, którego spotkaliśmy na ulicy w Węgrowie i z którym sympatycznie porozmawialiśmy. Na szczęście udało mi się obnażyć manipulację pani premier Szydło oraz całych dywizjonów trolli internetowych, które ruszyły w tej sprawie i próbowały wmówić widzom i czytelnikom, że nasz sympatyczny śmiech był naśmiewaniem się z pana Andrzeja. Ten dzień, jak w soczewce pokazał, że ekipa PiS użyje każdego narzędzia, zniszczy każdego człowieka, dla swojego krótkiego celu politycznego.

PiS śledzi Wasze spotkania kampanijne?

W miniony weekend nie odstępowała nas ani na chwilę TVP Info.

A co najczęściej ludzie Wam zarzucają? Co do Was krzyczą na ulicy? Że odbierzecie 500+?

Ludzie rozsądni doskonale wiedzą, że tak się nie stanie. Że to jest kłamstwo stworzone i wmawiane przez PiS.

Ale głosują też nierozsądni…

Staram się wszystko tłumaczyć, bo jestem zwolennikiem nieodcinania się od elektoratu PiS, czy wręcz przekonywania go do siebie. W kampanii jeździłem głównie do miasteczek, w których mieliśmy najmniejsze poparcie, czy w których PiS wygrywał. Takim miasteczkiem,  gdzie nasze wyniki nie były najlepsze jest Białogard. Byłem tam wielokrotnie po to, żeby przekonać mieszkańców do siebie i udało się. Takich miast „odbijanych” jest dużo. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że jakieś miejsca to są bastiony PiS i tam nie ma po co jeździć. Ja w sobotę byłem w bastionie PiS na Podlasiu, byłem w Augustowie, Suchowoli, w Suwałkach…

Ale to nie są dla Pana przyjemne miejsca?

Nic podobnego. Spotkałem bardzo dużo sympatycznych reakcji. Były też negatywne zachowania, ale nie ma co się tym przejmować. Ludzie w większości byli zadowoleni, że byliśmy w ich miastach, że ich odwiedziliśmy, podaliśmy setki rąk, rozmawiali z nami. Niektórzy mówili, że na nas czekali.

To pewnie była akurat grupa waszych zwolenników…

Nie, na rynku rolno-towarowym w Białymstoku, o 8.00 rano, w sobotę, nie mogłem spotkać wycelowanej grupy. Ja się nie spotykam, jak Kaczyński z gronem swoich fanów przywiezionych autobusami, w zamkniętym pomieszczeniu i w tłumie ochroniarzy, tylko idziemy ekipą „Bartek team”, a teraz „Koalicja team”, na rynek rolno-towarowy w Białymstoku, tam, gdzie stoją ludzie i sprzedają marchewkę, pietruszkę, warzywa i są wkurzeni na rzeczywistość. Tam wchodzimy, ale nie po to, żeby mówili panie Bartku super, że pan przyjechał, tylko wchodzę przekonać gościa, który do mnie krzyczy komunisto. I w końcu go przekonuję.

A sprawdzał pan, jaki miał Pan wynik w Białogardzie?

Tak. W mieście Białogard nasza lista zdobyła 3 665 głosów, co dało 49,78%. Ja sam zdobyłem 2 647 głosów. Dodam, że w Koszalinie, wchodząc na giełdę koszalińską – to jest takie specyficzne miejsce, gdzie kilkanaście tysięcy ludzi handluje wszystkim w każdą niedzielę – udało mi się zdobyć więcej głosów niż cała lista PiS razem wzięta. Czyli wszyscy politycy PiS zdobyli mniej głosów niż ja, chodząc po giełdzie przez cztery niedziele.

Kampania to Pana żywioł… super skutecznie walczył Pan o siebie, ale teraz ma Pan walczyć o partię. To chyba nie to samo?

Mechanizmy są te same. Obiecałem koleżankom i kolegom nie tylko z PO, że pomożemy im w kampanii. Pomogę też niektórym politykom, bo mnie o to poprosili, w kilku kampaniach indywidualnych. W sobotę pomagaliśmy Tomkowi Cimoszewiczowi, Krzysiowi Truskolaskiemu, Bożenie Kamińskiej, Robertowi Tyszkiewiczowi. Będziemy pomagać też i innym koleżankom i kolegom.

Jest Pan tak silny psychicznie i fizycznie, że może Pan z siebie tak dużo dawać?

Nie mnie to oceniać, ale staram się zawsze robić to, co robię dobrze. I zawsze się przykładam niezależnie od tego, czy gram na gitarze, czy robię politykę, czy leczę dzieci.

Jak Pan znosi ataki, oskarżenia… Nie załamuje się Pan?

Nie. Mogę powiedzieć wszystkim trollom, którzy mnie tysiącami codziennie hejtują: szkoda waszych baterii. Niezależnie od tego, ile hejtu wylejecie będziemy robić swoje.

To jednak jest pan silny.

Staram się być silny i zdecydowany.

Trudno jest doradzać doświadczonym politykom Platformy, czy to nie jest tak, że w Platformie każdy wie najlepiej?

Nie ustawiam się w roli osoby doradzającej, ustawiam się w roli osoby pracującej.

Wierzy pan w zwycięstwo koalicji?

Jestem optymistą. Sytuacja polityczna w kraju jest bardzo trudna, to są najważniejsze wybory od 89 r. One określą przyszłość Polski, nie na cztery lata, a co najmniej na osiem, a nawet dwanaście lat. Te wybory będą decydowały o przyszłości naszych dzieci, naszych rodziców, babć, dziadków i nas samych. I nie ma dzisiaj miejsca na mówienie, że ja nie chcę brać udziału w polityce, że niech oni robią politykę, niech oni robią wybory, niech oni w końcu zwyciężą z tym PiS, niech oni odsuną PiS – to my razem musimy odsunąć PiS.

Zabijanie prawdy. Zamach na Adamowicza 17

20 Sty

Na spotkaniu, które odbyło się po pogrzebie Pawła Adamowicza, wielu obecnych po raz kolejny zabrało głos. – Wielkie dzieło przed nami wszystkimi. Tak byśmy byli warci Pawła życia i, niestety, jego śmierci – mówił Donald Tusk o odbudowaniu Gdańska po tragicznej śmierci prezydenta.

Jak podaje Wirtualna Polska, w Europejskim Centrum Solidarności po pogrzebie Pawła Adamowicza spotkali się jego przyjaciele, rodzina, ale także politycy i samorządowcy. Pojawili się m.in. Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Komorowski czy Kazimierz Marcinkiewicz. Obecny był również wieloletni przyjaciel Pawła Adamowicza, Donald Tusk.

Donald Tusk wspominał Pawła Adamowicza

Przewodniczący Rady Europejskiej wspominał przyjaciela jako człowieka, który „nie dość, że miał swój pogląd, ale Gdańsk potrafił naprawdę urządzić tak, że dzisiaj ludzie nie wierzą własnym oczom”.

Odwołał się również do obietnicy, którą złożył Pawłowi Adamowiczowi 10 dni przed jego śmiercią, która dotyczyła obchodów rocznicowych wyborów 4 czerwca 1989 roku. – Paweł z pewną wyobraźnią wiedział, że ten dzień może odwrócić zło, które w Polsce się dzieje, jeśli wszyscy do tego podejdziemy z pełnym przekonaniem – powiedział Donald Tusk, prosząc o pomoc w tworzeniu przez tę rocznicę „dziedzictwa o Pawle”.

„Wielkie dzieło przed nami”

Jednocześnie Donald Tusk zaapelował, aby wspólnie odbudowywać ducha Gdańska, który tak ucierpiał po śmierci prezydenta. – Z polityką wielu ludzi sobie jakoś radzi, ale żeby zbudować na nowo wspaniałe miasto i ducha tego miasta, to jest rzecz bardzo wyjątkowa i dlatego, jak będziemy się z wami dzielić tym, co Paweł chciał, żebyśmy zrobili, a zaczniemy to robić w ciągu najbliższych dni, to bardzo was proszę: potraktujcie to poważnie, jak potraficie – powiedział i dodał: – On na pewno będzie was oglądał i będzie jak zawsze bardzo szczerze mówił, czy jest zadowolony z tego, co robicie.

– Naprawdę, wielkie dzieło przed nami wszystkimi. Tak byśmy byli warci Pawła życia i, niestety, jego śmierci – zakończył przyjaciel prezydenta Gdańska.

>>>

Kiedy zastanawiam się nad słowem, które najlepiej oddaje to, co się wydarzyło dziś wczesnym popołudniem w Gdańsku, to najlepszym określeniem jest słowo „podniosły”.

Nie piszę o smutku, czy powadze, bo to atrybuty każdej uroczystości pogrzebowej. Ale pożegnanie prezydenta Pawła Adamowicza w gdańskiej Bazylice Mariackiej miało dodatkowy ładunek ciężaru metafizycznego. Czegoś wyjątkowego, czego doświadczyliśmy jako Polacy tylko w wyjątkowych chwilach. Takich choćby jak msze w ojczyźnie św. Jana Pawła II. Niosły ze sobą nie tylko poczucie, że jest się żywym świadkiem historii, ale również wyjątkowo mocne doznanie wspólnotowości, polskości per se.

Dokładnie to samo poczułem w nawach gdańskiej Bazyliki Mariackiej, które znalazły miejsce dla codziennych polemistów i antagonistów – Wałęsy i Kwaśniewskiego, Komorowskiego i Dudy, Morawieckiego i Niesiołowskiego. Wszyscy uczestniczyli w tym misterium miłosierdzia i pojednania, narodowej mszy ku pokojowi i przebaczeniu.

Ile z tego wyniosą i jak bardzo wszystkim tym się przejmą? Zobaczymy. Zawsze jednak będzie można im to wypomnieć. Słyszeliście, podawaliście sobie dłonie. Dlaczego nie wyciągniecie wniosków?

Brakowało jednak w Bazylice Mariackiej jednej osoby. Może najważniejszego polityka w kraju. Jego nieobecność aż krzyczała. Dlaczego zignorował ten pogrzeb? Czyżby wciąż uważał, że ból po śmierci brata jest więcej wart, niż inne tragedie Polaków? Albo – jak twierdzi Piotr Zaremba w ostatnim „Plusie Minusie” – wykopana wokół własnego obozu politycznego fosa, do której wlał benzynę, wciąż płonie? A może kieruje nim już wyłącznie, podobnie jak w czasie zignorowanej przez niego minuty ciszy, poświęconej Adamowiczowi w Sejmie, strach przed wrogami politycznymi?

Nieważne. Nieobecność znaczy tylko nieobecność. Fakty są widoczne gołym okiem. A swoją drogą ciekawe, kiedy bohater mojego komentarza zrozumie, że ta nieobecność to alienacja od narodu. Ucieczka od jego ważnych spraw. I jeśli chce się być liderem, tak się nie da.

Po zabójstwie Pawła Adamowicza partia władzy będzie chciała przekonać obywateli, że nie ponosi odpowiedzialności za erupcję nienawistnych emocji.

Okres, jaki pozostał do jesiennych wyborów parlamentarnych, upłynie w atmosferze względnego spokoju. Tak jak cztery lata temu PiS będzie teraz wychodzić ze skóry, by wmówić obywatelom, że jest partią demokratyczną, umiarkowaną i rozsądną, na którą spokojnie można oddać głos, nie obawiając się, że w ten sposób dopuszcza się do władzy ekstremistów, fanatyków i szaleńców. Przed wyborami 2015 r. Prawo i Sprawiedliwość schowało w skrzyni na pościel pana prezesa i zarzekało się, że Antoni Macierewicz na pewno nie będzie ministrem obrony. Dziś pana prezesa też jest wyraźnie mniej, a Krystyna Pawłowicz dostała polecenie, że ma się nie wypowiadać na Twitterze.

Ta pisowska mimikra będzie szczególnie potrzebna po zabójstwie Pawła Adamowicza, które wstrząsnęło całym społeczeństwem, a zarazem przeraziło rządzących. PiS doskonale wie, że choćby wyłaził ze skóry, odium i tak spadnie na niego. Wszak zginął człowiek szczególnie intensywnie zwalczany przez prokuratorskie i propagandowe służby „dobrej zmiany”, a sam zamach miał miejsce w trakcie finału znienawidzonej WOŚP.

To prawdziwy paradoks – z politycznego punktu widzenia zabójstwo Adamowicza jest dla rządzących prawdziwym nieszczęściem, bo może przyczynić się do ich klęski w wyborach. Zarazem jednak niewątpliwie jest ono skutkiem ich własnej polityki. To ich kampania oszczerstw i nienawiści oraz ich flirt ze środowiskami nacjonalistycznej prawicy stworzyły w kraju atmosferę sprzyjającą przemocy.

Dziś oficjalna propaganda dokłada starań, by przekonać obywateli, że zamach był dziełem szaleńca i nie należy do niego przykładać politycznej miarki. Dyskretnie jednak pomija milczeniem pytanie: a kto wskazał temu szaleńcowi cel? Kto dniem i nocą pluł na Adamowicza jadem, oskarżał go o rzekome przestępstwa, wzywał na przesłuchania przed komisją śledczą, produkował o nim oszczercze materiały propagandowe, nasyłał medialnych bojówkarzy z TVP, zarzucał mu narodowe zaprzaństwo itd.?

PiS nie ma teraz wyboru – musi przywdziać owczą skórę, by zmylić wyborców. I musi unikać niepopularnych posunięć i decyzji. Chwilowo możemy więc odetchnąć – zapewne do jesieni 2019 r. nie wróci na tapetę kwestia średniowiecznej ustawy antyaborcyjnej. Nie będzie zamachu na prywatne media. Pewnie zelżeją też szykany i represje wobec demonstrantów oraz działaczy tzw. opozycji ulicznej. Osłabnie atmosfera konfrontacji z Brukselą. Kto wie, może nawet, jeśli Trybunał Sprawiedliwości UE na rozprawie wyznaczonej na 19 marca uzna, że zmiany dokonane w Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa są sprzeczne ze standardami państwa prawa, PiS zamiast wytoczyć działa będzie szukał sposobu, by znaleźć jakiś kompromis, nie tracąc przy tym prestiżu w oczach swych zwolenników?

Nie będzie to łatwe. Władza, chcąc pozyskać głosy umiarkowanych obywateli musi się narazić środowiskom radykalnym. Biskupi i katoliccy talibowie naciskają na wprowadzenie zakazu przerywania ciąży. Hunwejbini w rodzaju braci Karnowskich przebierają nogami, by dorwać się do niezależnych prywatnych mediów. „Solidarność” burzy się, że zakaz handlu w niedzielę wbrew planom nie jest zaostrzany i rozciągany na sobotni wieczór i poniedziałkowy poranek. Kto wie, może nawet władzy chodzi po głowie wycofanie się z niego, tak jak to zrobił Orbán w obliczu niezadowolenia większości obywateli? Dlatego na wszelki wypadek, by usztywnić rządzących, „Solidarność” – dotychczas stojąca murem za władzą – zaczęła wydawać groźne pomruki i mówić, że została oszukana.

PiS jest między młotem a kowadłem. Zadowalając biskupów, „Solidarność” i swój betonowy elektorat, naraża się większości umiarkowanych obywateli. Udając zaś partię umiarkowaną i cywilizowaną, naraża się betonowi. Tak to już jest – stojąc między dwoma przeciwstawnymi grupami, gdy kłaniasz się jednym, wobec drugich wykonujesz całkiem odmienny gest.

Dlatego, poza wszystkim, w najbliższych miesiącach czeka nas pasjonujące widowisko. Warto się przyglądać, jakież to wygibasy będzie robić PiS.

Waldemar Mystkowski pisze o tym, jak chce się zniwel;ować polityczność zabójstwa.

Niewiadomski PiS to gorący kartofel dla polityków rządzącej partii, zwłaszcza w roku  wyborczym 2019

Dla zabójcy prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza naprędce tworzona jest legenda. Stefan W. krwawo obnażył tę władzę i jego udany zamach jest poddawany umniejszeniu. Powoduje jednak historyczne skojarzenia z zabójstwem prezydenta Gabriela Narutowicza przez Eligiusza Niewiadomskiego.

Pisowski Niewiadomski siedział w więzieniu, w którym karmiony był papką propagandową wprost z TVP Jacka Kurskiego. Jak każdy więzień czuł się niewinny, bo wszem i wobec wiadomo, że w kiciu siedzą sami niewinni, na wolności zaś łażą przestępcy.

Myślenie więźnia w zakładzie penitencjarnym jest podobne myśleniu tzw. dziennikarzy w pisowskiej telewizji penitencjarnej, w tym w Wiadomościach TVP, dla których to „penitencjarnych” dziennikarzy winni są opozycja, Tusk i społeczeństwo obywatelskie paradujące w t-shirtach z napisem Konstytucja.

Stefan W. ma charakter spaczony, bo tylko tacy sięgają po nóż i polują. Czy Stefan W. ma zaburzoną psychikę? Oczywiście, że tak. W tym kontekście inne tego rodzaju pytanie jest ważniejsze: Czy zaburzoną psychikę mają dziennikarze mediów pisowskich? Ciągle i wciąż kłamać, manipulować normalny żurnalista raczej nie potrafi.

Zabójstwo Adamowicza jest czysto polityczne. I odpowiada za nie partia rządząca. Wojciech Maziarski pisze w „Wyborczej”, że sztacheta nie jest winna – a tą sztachetą jest Stefan W. – ale ten, kto nią wymachuje. Ile inwektyw słyszeliśmy z ust Jarosława Kaczyńskiego pod naszym adresem? Nie zliczy tego nikt. Słyszeliśmy o gestapo, najgorszym sorcie, kanaliach. Dawno straciłem, rachubę i nie prowadzą słownika z retoryki inwektyw prezesa. Taki mógłby być zresztą fakultet na politologii.

Stefan W. z tak uzbrojoną duszą ruszył do dosłownego pisowskiego boju. Wystarczył tylko „drobiazg” – nóż (sztacheta).

Partia rządzą jak zwykła to robić od 3 lata zwala wszystko na opozycję i Tuska. Taki był pierwszy przekaz w Wiadomściach TVP. Lecz Stefan W. jest złapany i nie wiadomo, co będzie mówił i jakie ślady przy okazji stworzył, które wykryje dziennikarstwo śledcze.

Więc biorą się pisowskie media do tworzenia legendy symetryzmu dla zabójcy. Jest chory psychicznie. Wszak to żadne odkrycie, wszyscy zabójcy są zaburzeni, ale zaburzeni nie zabijają, bo każdy – mój czarny humor – z nas łaziłby zabity, gdyż niejednokrotnie spotkał kogoś z zaburzeniami.

Najnowsze „odkrycie” to wtargnięcie Stefana W. do kancelarii Andrzeja Dudy. Fajnie, tylko monitoring go nie wykrył. A może jak w serialu rodzimej produkcji „Nielegalni” monitoring został przez kolesi Stefana W. zakłócony.

Ciekawe, co będzie następną próbą legendy symetryzmu dla zabójcy? Dlaczego pisowskie media nie zaczęły strzelać z grubej Berty i nie „wysłały” Stefana W. na Nowogrodzką, aby zamachnął się na samego prezesa?

Niewiadomski PiS Stefan W. to gorący kartofel dla polityków rządzącej partii, zwłaszcza w roku  wyborczym 2019. Może on wróżyć przegraną. Nie chcę prorokować najgorszego dla Stefana W., dlatego nawet nie napiszę o czarnej wizji, ale znając partię rządzącą można z góry założyć, że sięgną po najgorsze środki dla kontynuowania władzy.

Pągowski się zaktualizował ❤️