Tag Archives: Waldemar Żurek

Ośmieszanie i degradowanie Polski

19 Maj

Degradowanie i ośmieszanie Polski – to specjalność Kaczyńskiego i jego pachołków.

Za to prezes PiS powinien być osądzony nie tylko publicystycznie, wszak Ziobro, Morawiecki i Duda ratując swoje dupy wskażą sprawstwo Kaczyńskiego.

Mamy do czynienia z charakterystycznymi znamionami należnymi dla działań mafijnych.

Prosta piosenka, wykonana w stylu przedwojennych warszawskich kapel ulicznych na perkusji i akordeonie, stała się w Polsce politycznym ładunkiem wybuchowym – pisze we wtorek (19.05.2020) „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Korespondent gazety Gerhard Gnauck relacjonuje, że bohaterem tekstu piosenki Kazika Staszewskiego pt. „Twój ból jest większy niż mój” jest szef partii rządzącej PiS Jarosław Kaczyński. „Wprawdzie jego nazwisko nie pada, ale wszyscy w Polsce wiedzą, o co chodzi” – dodaje Gnauck, opisując treść utworu.

Więcej >>>

Europejski Trybunał Praw Człowieka przyjął do rozpoznania skargę sędziego Waldemara Żurka, znanego z obrony wolnych sądów. Sędzia chce, by Trybunał ocenił usunięcie go w niekonstytucyjny sposób przez PiS z Krajowej Rady Sądownictwa.

Więcej >>>

Trzaskowski ma bardzo liczne atuty i to niedobra wieść dla Hołowni i Kosiniaka-Kamysza. Ma szanse w krótkim czasie stać się głównym konkurentem Dudy. Ważne, aby w tej grze w opozycji nie zostały wykopane zbyt głębokie rowy, które by utrudniły przepływ wyborców między I a II turą – mówi prof. Jacek Raciborski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – To niestety będzie trudne, bo Hołownia „już był w ogródku, już witał się z gąską”, a w tej chwili jego szanse na bycie w II turze bardzo spadły – dodaje. – Szansa wygrania z Dudą będzie powodowała ogromną mobilizację, podobną, jaka wystąpiła w wyborach samorządowych w Warszawie. Proszę zwrócić uwagę, że wówczas w krótkim czasie Trzaskowski skoczył mocno w sondażach, choć początkowo na fali wysokiego poparcia dla PiS rywalizacja z Patrykiem Jakim była wyrównana. W efekcie mieliśmy znakomitą frekwencję, a wynik nokautujący – podkreśla. – Duda wcale nie jest w dobrej sytuacji. Tendencja spadkowa poparcia dla Dudy wystąpiła w całej okazałości. Między listopadem a lutym spadło do niego zaufanie do poziomu niższego, niż miał Komorowski w tej fazie kampanii, a o poziomie zaufania do Kwaśniewskiego to przez całą kadencję mógł tylko pomarzyć, w żadnym sondażu preferencji nie uzyskiwał wyniku powyżej 50 proc. – zauważa.

Rozmowa z prof. Raciborskim >>>

Łukasz Szumowski i jego żona weszli w biznes z Danielem O. Ich firma – Necor miała budować klinikę kardiologii. W tym samym czasie O. budował piramidę finansową. W 2018 r. aresztowano go pod zarzutem kierowania grupą przestępczą, prania pieniędzy i wielomilionowych oszustw. Na lodzie zostali także obligatariusze Necoru.

Łukasz Szumowski, a potem jego żona Anna weszli we wspólny interes z Danielem O. – byłym piłkarzem Wigier Suwałki, a później wspólnikiem i członkiem władz kilkudziesięciu spółek najrozmaitszych branży.

Należąca do nich spółka Necor miała otworzyć klinikę kardiologii inwazyjnej w Bielsku Podlaskim. By zdobyć środki na inwestycję, emitowała obligacje.

Inwestorzy chętnie je kupowali, bo reklamowano jej jako papiery firmy „związanej ze znanym kardiologiem – prof. Szumowskim”.

Więcej: jak wyglądają powiązania Szumowskiego z szumowinami świata przestępczego >>>

Z życia pasqud (3): Patologiczne PiS i patologie Kościoła kat.

28 Czer

„Powinien powstrzymać swój antysądowy temperament, bo to może odwrócić się przeciwko niemu. Od polityka wymagamy wyważenia, a jak on już nie ma co do powiedzenia na temat łamania Konstytucji przez ustawy przez niego firmowane, to nie może stale mówić o tym, że to są zbrodnie komunistyczne i to jest powód tej zmiany. To nie godzi się politykowi” – skomentowała wypowiedź Zbigniewa Ziobry Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf w RMF FM. Minister sprawiedliwości stwierdził bowiem, że dzisiejsza opinia rzecznika generalnego TSUE jest „obroną patologii w polskim sądownictwie”.

Przypomnijmy – rzecznik generalny Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w swojej opinii uznał, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego – nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej. Poza tym według rzecznika TSUE „sposób powoływania członków KRS ujawnia nieprawidłowości, które mogą zagrozić jej niezależności od organów ustawodawczych i wykonawczych”. Wyrok unijnego Trybunału spodziewany jest jesienią – najczęściej opinia wydana przez rzecznika jest zbieżna z werdyktem TSUE.

Prof. Gersdorf stwierdziła, że gdyby Trybunał uznał, że obecna KRS została nieprawidłowo powołana, może czekać nas gigantyczny chaos. – Wybór członków Rady przez polityków to grzech pierworodny, który wpływa na wymiar sprawiedliwości. Wszystkie decyzje wydane przez Radę mogłyby być kwestionowane – w tym opinie dotyczące awansów sędziowskich czy członków Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego – powiedziała I Prezes SN w RMF FM. Prof. Małgorzata Gersdorf dodała, że jeżeli wyrok TSUE będzie podobny do opinii rzecznika Trybunału, to zmiany w prawie wydają się nieuniknione.

Prokuratura Okręgowa w Gdańsku nie przeprowadzi śledztwa w sprawie tuszowania pedofilii księży przez hierarchów Archidiecezji Gdańskiej. Po emisji filmu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” zbadania sprawy w zawiadomieniu do prokuratury domagała się Anna Górska z partii Razem.

W dokumencie „Tylko nie mów nikomu” jest mowa m.in. o wykorzystywaniu seksualnym dziecka przez ks. Franciszka Cybulę, spowiednika Lecha Wałęsy. Cybula przed kamerą przyznał się do molestowania chłopca, wkrótce potem zmarł. O wykorzystaniu przez ks. Andrzeja Srebrzyńskiego z Kartuz opowiadał w filmie Marek Mielewczyk, który jako dziecko był przez niego gwałcony.

„Należy domniemać, że urzędnicy, funkcjonariusze i hierarchowie Archidiecezji Gdańskiej i Kurii Metropolitalnej w Gdańsku nie informowali stosownych organów ścigania o przestępstwach pedofilskich. Dodatkowo, w świetle informacji zawartych w filmie pt. „Tylko nie mów nikomu”, w Archidiecezji Gdańskiej i Kurii Metropolitalnej w Gdańsku miał miejsce proceder tuszowania wykorzystywania seksualnego małoletnich przez księży, poprzez przenoszenie ich między parafiami lub skłaniania ofiar do milczenia” – napisała w swoim zawiadomieniu Górska. W przesłanej do niej odpowiedzi prokuratura poinformowała w jednym zdaniu, że „odmówiono wszczęcia śledztwa w sprawie podejrzenia popełnienia przestępstw przez urzędników, funkcjonariuszy i hierarchów Archidiecezji Gdańskiej i Kurii Metropolitalnej w Gdańsku”.

„Bardzo dziękuję za wszystkie wyrazy wsparcia i modlitwy!!! Jestem pewny, że udowodnię swoją niewinność przed Sądem. Tymczasem… carpe diem! 🙂 Ps. Nazywam się Misiewicz, Bartłomiej Misiewicz. A nie Bartłomiej M… ;)” – tak brzmi jego pierwszy wpis po wczorajszym wyjściu z aresztu. – „Sugeruje pan, że Polska rządzona przez PiS jest państwem bezprawia, w którym niewinni siedzą pół roku w areszcie?” – kąśliwie zapytał jeden z internautów.

Pod wpisem Misiewicza pojawiło się mnóstwo komentarzy: – „Ale jak to. Kaucja była w złotówkach czy modlitwach?”; – „A ja jestem pewny, że nie udowodnisz… Carpe diem Bartłomieju, carpe póki czas”;

„Wierzymy tobie jak Macierewiczowi mówiącemu o zamachu w Smoleńsku”; – „A trzeba było iść do normalnej szkoły… i nie kozaczyć: „Czołem panie ministrze”; – „M. pozwala na zapomnienie, że ktoś taki w ogóle istniał. Apteka chyba nadal czeka na powrót ;-)”; – „Pisałeś już do Andrzeja o ułaskawienie?”.

„Ten Trybunał Konstytucyjny przestał posługiwać się prawem, tylko uprawia politykę. 8 lat byłem I Prezesem Sądu Najwyższego. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać z ministrem sprawiedliwości, premierem, jakimś innym przedstawicielem organów władzy poza sytuacjami oficjalnymi” – tak prof. Adam Strzembosz w TVN24 skomentował bliskie kontakty niektórych obecnych sędziów TK z politykami PiS. A o zażyłości z Julią Przyłębską mówił przecież prezes tej partii Jarosław Kaczyński. – „Kiedy byłem przewodniczącym KRS i jeden z moich zastępców zaczął się bardzo przyjaźnić z politykami, postawiłem sprawę ostro. Albo złożę rezygnację z przewodnictwa, albo on odejdzie ze stanowiska mojego zastępcy. Jego KRS zwolniła” – dodał prof. Strzembosz.

Były I Prezes Sądu Najwyższego skomentował opinię wydaną przez rzecznika generalnego Trybunału Sprawiedliwości UE, który uznał, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej, a sposób powoływania członków KRS ujawnia nieprawidłowości, które mogą zagrozić jej niezależności od organów ustawodawczych i wykonawczych. – „Wszystkie ostrzeżenia, jakie były kierowane do ministra sprawiedliwości, rządu, prezydenta były puszczane obok uszu, bo uważano, że to jest taka sprawa, którą we własnym zakresie się załatwi. Nie chcę myśleć, co się stanie, jeśli TSUE podzieli stanowisko rzecznika, a to wydaje mi się w wysokim stopniu prawdopodobne. Dla mnie Izba Dyscyplinarna nie jest częścią SN – jest sądem specjalnym, zakazanym w naszej Konstytucji poza sytuacją wojenną. Jeżeli będzie ostateczne orzeczenie TSUE, należałoby natychmiast znowelizować ustawę o KRS – wybrać do niej sędziów w sposób dotychczas nie tylko praktykowany, ale wynikający wprost z Konstytucji” – powiedział prof. Strzembosz.

Prof. Strzembosz odniósł się również do słów Zbigniewa Ziobry, który skrytykował opinię rzecznika TSUE, twierdząc, że jest ona „wewnętrznie niespójna i niekonsekwentna; sprowadza się do obrony patologii w polskim sądownictwie”. – „To niech on to wykaże. Od ministra sprawiedliwości można oczekiwać, że będzie się posługiwał metodami, instrumentami, których używa prawnik, a nie historyk czy geograf. To są takie opowiadania, za którymi nie stoi żadna analiza prawnicza. Opowiadania w Polsce i poza Polską, nie tylko przez ministra sprawiedliwości, że się próbuje naprawić wymiar sprawiedliwości. On nie jest naprawiany, on jest psuty” – uważa prof. Adam Strzembosz.

Obawiam się, że będzie tu głęboka przepychanka. I rząd będzie robił wszystko, żeby nie wykonać tych orzeczeń. I musimy mieć świadomość, że będzie w tym przypadku tak jak w sprawie wycinki Puszczy – albo wykonujecie postanowienia TSUE, albo płacicie ogromne kary i wtedy politycy pójdą po rozum do głowy – mówi sędzia Waldemar Żurek, były rzecznik i członek Krajowej Rady Sadownictwa, której kadencja została zakończona ze złamaniem konstytucji. Rozmawiamy nie tylko o opinii rzecznika TSUE, ale też o poziomie praworządności w Polsce. Pytamy też, czy opinię przyjął z satysfakcją. – Przyznam, że tak, bo to znaczy, że miałem rację i walczę w słusznej sprawie i te wszystkie koszty, które ponoszę, zwłaszcza te, które ponosi moja rodzina, nie idą na marne. Moja żona, dzieci, moi dziś starzy i schorowani rodzice bardzo martwią się tym, co oglądają. Moja rodzina, gdy słucha tych orzeczeń TSUE, też wie, że miałem rację, i dla mnie to bardzo ważne – mówi

JUSTYNA KOĆ: „Sposób powoływania członków KRS ujawnia nieprawidłowości, które mogą zagrozić jej niezależności od organów ustawodawczych i wykonawczych” – stwierdził w opinii rzecznik TSUE. Spodziewał się pan takiego orzeczenia?

SĘDZIA WALDEMAR ŻUREK: Przewidywaliśmy, że takie będzie stanowisko rzecznika. Mamy zresztą ostatnio ciąg zdarzeń, które dotyczą polskiego wymiaru sprawiedliwości w TSUE. Ostatnio o sędziach SN, które poprzedziły działania przedstawicieli rządu i które dodatkowo skompromitowały nasz kraj. Te wypowiedzi mające wyłączyć przewodniczącego Trybunału, które miały miejsce, nie mieszczą się w ramach kultury prawnej UE. To wszystko plasuje nas na mapie Europy jako kraj nieprzewidywalny. To wyjątkowo przykre dla mnie, bo przez wiele lat mieliśmy dobrą opinię, na równi ze starymi państwami Unii. Mimo tych kuriozalnych zachowań przedstawicieli polskiego rządu okazało się, że

TSUE nie dał się ograć i kolejne nowelizacje ustawy o SN nie zamydliły oczu sędziom w Trybunale.

Dla mnie to było oczywiste, że każde państwo może regulować wewnętrzne prawo, o ile nie wkracza w zagadnienia niezawisłości sędziowskiej, bo sędzia polski jest sędzią europejskim. Trybunał wyraźnie to powiedział i podkreślił, jak ważna jest gwarancja  niezawisłości sędziego. Sędzia w Polsce jest także sędzią unijnym, zatem nie sądzi tylko Polaków, ale i każdego obywatela UE, który się przemieszcza, ma swobodę zamieszkania, podejmowania pracy na terenie całej Unii.

Podobną opinię rzecznik TSUE wydał odnośnie do Izby Dyscyplinarnej, która jego zdaniem nie spełnia wymogów sądu.
Tu także nie ma żadnego zdziwienia co do tego opinii rzecznika generalnego. Ewidentnie Izba Dyscyplinarna jest powołana przez jedną opcję polityczną. To organ dramatycznie upolityczniony. Nie ma tu mowy nie tylko o równowadze władz konstytucyjnych, ale także władzy sądowniczej, bo przecież Izba Dyscyplinarna została wyłączona spod normalnej administracyjnej władzy I Prezesa SN. Mamy nadzwyczajną Izbę z politycznymi nominatami jednej partii, która ma na celu szykanowanie sędziów broniących niezawisłości. Co prawda ten pomysł poparł też Kukiz ’15; pamiętam wypowiedź posłanki Ścigaj z tej partii, która tłumaczyła, że ich kandydaci do KRS „to są ci, którzy będą realizować program Kukiz ’15”, co oznacza całkowite niezrozumienie tego, o co chodzi w sądownictwie. Środowiska prawnicze łapały się za głowę, jak to słyszały.

W KRS muszą być niezależni sędziowie, którzy będą umieli i mogli postawić tamę upolitycznianiu sądownictwa i będą dokonywać merytorycznych wyborów najlepszych kandydatów na sędziów. Inaczej wchodzimy w model państw autorytarnych. Przecież w państwach autorytarnych też jest sądownictwo, ale całkowicie podporządkowanie jednowładzy.

Wprowadzone u nas zmiany szły w tym kierunku i trzeba się tylko cieszyć, że jesteśmy członkiem UE, która te zakusy blokuje.

Rząd podporządkuje się wyrokowi TSUE, jeśli będzie zgodny z opinią rzecznika?
Na razie słyszałem pana Piotrowicza, byłego prokuratora stanu wojennego, który pokrzykiwał, że będą bronić neo-KRS i nie będą respektować orzeczenia. Takie sugestie to całkowite niezrozumienie sytuacji. Albo jesteśmy członkiem Unii, albo nie. Tu nie ma półśrodków. UE na pewno nie pozwoli, żeby w środku wspólnoty jakieś państwo miało upolitycznione sądownictwo. Nie może być tak, że jeden z krajów bierze tylko pieniądze unijne, ale nie respektuje wartości UE i zapisów traktatowych.

Zatem trzeba będzie zmienić zasady powoływania członków do KRS i wymienić obecny skład, a może najprostszym sposobem będzie przywrócenie starej KRS?
Ja napisałem kiedyś taki artykuł „Nie dzielmy skóry na niedźwiedziu”, więc odsyłam po szczegóły do niego. Są różne scenariusze naprawy. Jest np. projekt społeczny sędziów z Iustitii, który mówi o tym, jak można zgodnie z konstytucją zreformować KRS. Jest tam mowa m.in. o parytecie liczby sędziów sądów rejonowych i to jest moim zdaniem jedyny temat do dyskusji.

Według mnie warto przywrócić starych członków KRS, zwłaszcza że większość członków KRS, w którym ja zasiadałem, kończyło kadencję. Mnie skrócono jedynie o kilkanaście dni i nie byłem tu jedyny. Tu chodzi o zasady przywracania ładu konstytucyjnego.

Należy przywrócić starą KRS, aby zadość stała się prawu, i przygotowywać zmiany w zgodzie z konstytucją.

Gdy naturalnie zwolnią się miejsca w KRS w ciągu 1-2 miesięcy, można je będzie obsadzić według nowego prawa.

Projekt Iustitii zakłada też wprowadzenie tzw. Rady Społecznej, czyli grupy obywateli, która będzie mogła zasiadać przy Radzie z głosem doradczym. Dzięki temu byłaby też większa dostępność społeczeństwa do wiedzy, do tego, co robi KRS, dlaczego i według jakich przepisów i zasad. Jestem za pełną otwartością. Jedyny przepis, który udał się ministrowi Ziobrze, to transmisje obrad w sieci. Niestety, neo-KRS utajnia wybrane przez siebie kandydatury. Czyżby ukrywano nepotyzm? Jasne, że w kwestii stanu zdrowia czy dóbr osobistych tę jawność można wyłączyć, ale nie przy procedurze wyboru. Wprowadziłbym także jawność z przesłuchań kandydatów, bo to pokazuje poziom tych osób, dlaczego wybieramy Kowalskiego, a nie Nowaka.

Ten neo-KRS w mojej ocenie jest nie do uratowania i zreformowania. Ponadto osoby, które brały czynny udział w łamaniu konstytucji, nie mają moralnego prawa do piastowania takich funkcji w demokratycznym państwie prawa.

Gdyby dostał pan propozycję dokończenia kadencji i powrotu do KRS, to by się pan zgodził?
Ten okres w KRS to czas bardzo ciężkiej i stresującej pracy. Ja nie tęsknię za funkcjami, natomiast uważam, że jeżeli stanie się to koniecznością, to jestem gotowy, mimo że mam różne plany zawodowe i prywatne.

Należy wrócić do tego punktu wyjścia po to, aby pokazać, że przywracamy stan praworządności. To się da zrobić zwykłą ustawą.

Wystarczy wrócić na przerwane kadencje członków Rady, w moim przypadku to 12 dni. Potem w zgodzie z konstytucją powołać nowych członków na zasadach nowej ustawy, ale to musi odbyć się według zasad państwa prawa. Procedowanie musi być normalne, a nie jakiś niby projekt pseudoposelski, choć wiadomo, że napisany został w ministerstwie, tylko dlatego, żeby przepchnąć go bez konsultacji społecznych.

Niestety, obawiam się, że będzie tu głęboka przepychanka. I rząd będzie robił wszystko, żeby nie wykonać tych orzeczeń. I musimy mieć świadomość, że będzie w tym przypadku tak jak w sprawie wycinki Puszczy – albo wykonujecie postanowienia TSUE, albo płacicie ogromne kary i wtedy politycy pójdą po rozum do głowy.

Długo był pan na pierwszej linii frontu walki o niezależne sądy. Spotkał się pan z ogromną falą hejtu i pomówień. Czy w tym zakresie będzie się pan domagał sprawiedliwości?
Prowadzę kilka spraw, które są sprawami o zasady i dotyczą nie tylko mnie, ale szeregu sędziów. To m.in. sprawa o mobbing i bezprawne odwoływanie z pomięciem różnych opinii niezbędnych organów sądów i przerzucenie mnie do innego wydziału. Takich przypadków jest wiele i z mojej strony nie będzie ustępstwa, bo prawo nie może ustępować bezprawiu. Pozostałe to sprawy w Sądzie Najwyższym, m.in. sprawa odwołania do neo-KRS z tytułu przeniesienia, i wreszcie sprawy dyscyplinarne, których mam dwie.

Nie odpuszczę, chociaż mam świadomość, że żyjemy obecnie w kraju, w którym prawo nie jest respektowane.

Podjąłem też sprawę w kwestii ukrócenia najbardziej hejtujących, kłamliwych tekstów na portalach społecznościowych.

Jest też wypowiedź pani prof. Pawłowicz przy okazji problemów z kołem jednego z członków neo-KRS. Pani Pawłowicz skomentowała, że dokonano zamachu na sędziego i że ja jestem odpowiedzialny za ten „zamach” i mam „krew na rękach”. To skandaliczna wypowiedź naruszająca w sposób ewidentny moje dobra osobiste. Minister Jaki nawiązał też w jednym z  wywiadów do moich spraw osobistych w sposób kłamliwy. Poszło wezwanie do przeproszenia i zobaczymy, jak ta sprawa się rozwinie, ale szczerze powiem pani, że gdybym reagował na wszystkie tego typu hejterskie i kłamliwe zachowania, to nie miałbym czasu na nic innego.

Czuje pan satysfakcję po opinii rzecznika TSUE?
Przyznam, że tak, bo to znaczy, że miałem rację i walczę w słusznej sprawie i te wszystkie koszty, które ponoszę, zwłaszcza te, które ponosi moja rodzina, nie idą na marne. Moja żona, dzieci, moi dziś starzy i schorowani rodzice bardzo martwią się tym, co oglądają. Moja rodzina, gdy słucha tych orzeczeń TSUE, też wie, że miałem rację, i dla mnie to bardzo ważne.

Czy „lepszy sort” zdaje sobie sprawę, że po orzeczeniu TK w niektórych sklepach, instytucjach i urzędach także i on może się spotkać z odmową obsługi?

Dopiero co pan prezydent na wizycie „czwartej kategorii” w USA promował tam Polskę jako światowego lidera wolności. Nieco na wyrost, ale w sumie cóż znaczą te niespełna dwa tygodnie różnicy. Bo nareszcie „mamy to”! Mamy orzeczenie tak zwanego Trybunału Konstytucyjnego w sprawie wolności dla każdego Kowalskiego. Wolności sumienia, mianowicie.

Do tej pory taka wolność była tylko dla elit, a konkretnie to wyłącznie dla lekarzy ginekologów. Ale teraz to już każdy może poczuć się wolny we własnym kraju.

Prosta magister, a przecież tak zwana prezes tak zwanego TK dała radę naprawić błędy wszystkich poprzednich składów sędziowskich i uwolniła od kary pewnego drukarza, któremu sumienie nie pozwoliło obsłużyć klienta ze względu na treść jego zamówienia. Fakt, że prawo było dotąd dla takich Kowalskich po prostu nieludzkie, nakładając na usługodawców, pracodawców i w ogóle na wszystkich, w tym drukarzy, obowiązek równego traktowania klientów, petentów, pacjentów i w jakiej tam jeszcze roli nie występujemy w urzędach, sklepach czy instytucjach publicznych.

No, a przecież do sklepu mógł wejść taki – z przeproszeniem – muzułmanin i zakupić fajerwerki, płacąc petrodolarami. Skromna panienka, co wyskoczyła z Mordoru na szybki Seks na Plaży. Jakiś lewak po „Newsweek” albo liberał po „Politykę”. Ewentualnie – po ocet i zapałki – Nowak „gorszego sortu”. I co wtedy? Zbyć albo nie zbyć, oto jest pytanie! Teraz dzięki pani tak zwanej prezes nareszcie nastały czasy prawdziwej wolności. Więc wolno już (chyba?), jak w Ameryce, wywiesić na drzwiach tabliczkę: „Psom i Irlandczykom wstęp wzbroniony!”?

Fakt, że za oceanem takie tabliczki wieszano przed stuleciem, więc każdy może sobie łatwo policzyć, ile to konkretnie lat jesteśmy – względem wolności – „za Murzynami”, ale lepiej późno, niż wcale. Poza tym Amerykę nie tylko dogoniliśmy, ale i prześcignęliśmy, bo u nich za taką tabliczkę można teraz trafić do paki. Więc to tu, nad Wisłą, bije teraz prawdziwe źródło wolności! A przy tym nasze tabliczki są znacznie bogatsze w treści. Miejsce „psów i Irlandczyków” może bowiem na nich zająć dobrych kilka kategorii osób nieobsługiwalnych, od LBGT po Żydów, ateistów, przyjaciół Sorosa, właścicieli mediów polskojęzycznych i wyznawców Latającego Potwora Spaghetti.

Niestety, istnieje niebezpieczeństwo, że w niektórych sklepach, instytucjach i urzędach z odmową obsługi może się również spotkać „lepszy sort”. Bo ta wolność – cóż poradzić – dla wszystkich. No ale z drugiej strony dotyczy ona – jak wskazuje nazwa – sumienia, tymczasem liberałowie, lewacy i gorszosortowcy sumienia nie posiadają z definicji. Podobnie jak prawdziwej wiary, a przecież prawo do „klauzuli” ma – w założeniu – chronić wyłącznie sumienia ludzi wierzących. Tak to – przynajmniej – wyjaśnił przedstawiciel Ministerstwa Sprawiedliwości w programie Moniki Olejnik.

Drukarz – jego zdaniem – miał prawo odmówić wykonania zlecenia, jest bowiem żarliwym katolikiem, a według KK – LGBT to grzech. No, a zmuszać człowieka do grzechu, to trzeba nie mieć sumienia… Jak rozumiemy, podstawą do bezkarnego korzystania z prawa do wolności jest tu kategoria grzechu właśnie. Znaczy – mamy prawo powiedzieć nasze stanowcze „nie”, ale wyłącznie grzesznikom.

Problem, co z wierzącymi z obozu „anty-PiS”, a są i tacy. Bo weźmy – na przykład – „mówienie fałszywego świadectwa”. Kłamstwa wprost zakazuje ósme przykazanie. Kłamca to grzesznik, niemiły sumieniu prawdziwego chrześcijanina. Jako takiemu, w myśl wykładni tak zwanego TK, wolno mu – chyba – odmówić obsługi? Bo wszak każdy kłamca to – według Pisma – uczeń największego z nich – Szatana.

Tylko więc patrzeć, jak na kancelariach, gabinetach, muzeach i kawiarniach na Krakowskim Przedmieściu pojawią się tabliczki – polityków partii rządzącej nie obsługujemy (podstawa prawna: orzeczenie tzw. TK).

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

PiS szabruje naszą wspólną kasę

25 Czer

Zapewne zdecydowana większość wyborców Prawa i Sprawiedliwości nie ma zielonego pojęcia o tym, że partia Jarosława Kaczyńskiego to prawdopodobnie najbogatsze ugrupowanie w polskiej polityce. Osoby z otoczenia prezesa PiS ponoć od lat zarządzają gigantycznymi środkami, pochodzącymi w dużej mierze z uwłaszczenia się na majątku komunistycznym. Wygrana w 2015 roku, dająca Zjednoczonej Prawicy samodzielną większość w parlamencie i możliwość samodzielnego przejęcia kontroli nad kasą państwowych spółek, agencji i instytucji tylko tę hegemonię finansową miała wzmocnić. Opisywany dziś przez “Gazetę Wyborczą” systemowy mechanizm drenowania ich z publicznych pieniędzy ma być tej ogromnej przewagi najlepszym przykładem. Wystarczy odnotować, że choć PiS dysponuje ogromnym majątkiem własnym i otrzymuje subwencję z budżetu państwa, olbrzymią i bardzo drogą kampanię wyborczą przed wyborami samorządowymi jesienią 2018 roku sfinansowało bez udziału żadnej złotówki z partyjnej kasy.

Kto zatem za nią zapłacił? Otóż, wykorzystując nieco kulawe przepisy oraz wdzięczność za możliwość wzbogacania się przez „miernych, biernych, ale wiernych” w spółkach z udziałem Skarbu Państwa, PiS tylko w ciągu dwóch miesięcy kampanii wyborczej miał uzyskać od nich 21 milionów złotych, z czego okrągły milion trafić miał prosto od nominatów partyjnych w zarządach SSP. Dokładną listę przedstawia Gazeta Wyborcza na swoich łamach.

Ustalenia te wywołały oczywiście olbrzymie oburzenie polityków opozycji, którzy wprost mówią o ściąganiu haraczu z osób pełniących kierownicze funkcje w SSP.

Problem jednak w tym, że takie działanie pozostaje legalne, a biorąc pod uwagę fakt, iż to Prawo i Sprawiedliwość w wyłączny sposób decyduje o kierunku ewentualnych zmian w prawie, raczej się to nie zmieni. To z kolei oznacza, że partia Jarosława Kaczyńskiego jest w stanie z dużą łatwością wysupłać dziesiątki, jeśli nie setki milionów na kampanię wyborczą w rozmiarach, której w Polsce jeszcze nie widzieliśmy. Będzie ona również wspierana przez media narodowe, realizujące w 100% interes partyjny, będące transmiterem partyjnych przekazów do “ciemnego ludu”, także finansowane przecież całkowicie z pieniędzy publicznych, nie partyjnych.

Budowany przez Jarosława Kaczyńskiego system do żywego przypomina standardy wschodnie, które najwyraźniej są bardzo bliskie liderowi partii rządzącej. Armia posłusznych trutni od odwalania czarnej roboty, premierzy czy ministrowie, którzy są gotowi rezygnować z prestiżowych funkcji komisarza w UE, byle tylko nie uniezależnić się od woli wielkiego wodza. Aż strach pomyśleć, jak bardzo ten system się rozszczelni i załamie, gdy Jarosława Kaczyńskiego w polskiej polityce zabraknie. Oby wówczas było jeszcze z czego zbierać. Bo póki co perspektywy są bardzo pesymistyczne.

.

Publicyści i politycy szeroko komentują postanowienie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ws. pisowskiej ustawy o Sądzie Najwyższym.

Rząd polski przegrywa w TSUE. Trybunał w Luksemburgu orzekł, że przepisy wprowadzone przez Polskę w lipcu 2017 roku dotyczące obniżenia wieku przejścia w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego są sprzeczne z prawem Unii. Mimo że rząd zdecydował się na zmianę niektórych przepisów nowelizacji, KE nie wycofała wniosku z TSUE.

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał wyrok i stwierdził, że polski rząd złamał unijne prawo. Skargę wniosła Komisja Europejska po tym, jak rząd wprowadził kontrowersyjne przepisy, na mocy których wiek przejścia w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego został obniżony do 65 lat.

Po wniesieniu skargi do TSUE  rząd PiS-u zdecydował się na wycofanie kontrowersyjnych przepisów, jednak Komisja Europejska nie wycofała sprawy z Trybunału.

– Od samego początku było wiadomo, że ta sprawa będzie wielką porażką rządu PiS. Nie było i nie ma żadnej reformy wymiaru sprawiedliwości. Po „skoku” na TK i umieszczeniu tam 3 sędziów dublerów PiS chciał zawłaszczyć SN – mówi nam były minister sprawiedliwości Borys Budka i dodaje: – Dzięki TSUE i dzięki temu, że jesteśmy w UE, ta operacja się nie powiodła.

– Mamy wyrok TSUE. Pierwszy, historyczny i symboliczny dla walki o zachowanie w Polsce praworządności. Po nim będą następne. Już za 3 dni opinia rzecznika generalnego w sprawie neo-KRS. Wyroki TSUE w kompleksowym ujęciu pozwolą odbudować rządy prawa. To wielki sukces – skomentował orzeczenie Trybunału mecenas Michał Wawrykiewicz, który reprezentuje sędziów SN w sprawie pytań prejudycjalnych przed TSUE.

Przypomnijmy, że to tylko jedna z 5 spraw toczących się w sprawie Polski przed TSUE.

Sędziowie muszą być niezależni od władzy

W orzeczeniu Trybunał tłumaczy, że wprowadzone przez PiS nowe przepisy naruszają zasadę nieusuwalności sędziów. Zakwestionowali także specjalne prawo przyznane prezydentowi, który mógł wskazywać, kto pozostaje na stanowisku, a kto z sądu musi odejść.

W orzeczeniu podkreślili, że przy podejmowaniu decyzji prezydent nie byłby związany żadnymi kryteriami, a jego decyzja nie jest przedmiotem kontroli sądowej.

Trybunał przypomniał, że choć organizacja wymiaru sprawiedliwości należy do państw członkowskich, to kraje UE muszą poruszać się w granicach prawa Unii i dotrzymywać zobowiązań z płynących z niego.

Trybunał przypomniał, że Karta Praw Podstawowych UE mówi o zapewnieniu skutecznej ochrony sądowej w dziedzinach objętych prawem UE, a żeby Sąd Najwyższy mógł zagwarantować taką ochronę, musi być niezależny.

W konsekwencji decyzją sędziów TSUE Polska została obciążona kosztami postępowania. Wyrok jest ostateczny, oznacza koniec sprawy przed TSUE i nie ma już środków odwoławczych.

Nielegalne działanie rządu

– Wyrok TSUE to punkt zwrotny dla oceny prezydentury Andrzeja Dudy. Już nie „kasta ze stanu wojennego”, ani „krzykacze” z opozycji, lecz obiektywny zewnętrzny trybunał stwierdził, że nie tylko nie wypełnił on swojej roli strażnika Konstytucji, ale wspierał i legitymizował bezprawie – skomentował na Twitterze Tomasz Siemoniak, wiceprzewodniczący PO.

Takie rzeczy, jakie dzieją się w polskich mediach rządowych w BBC są niewyobrażalne – mówi dziennikarz BBC Maciej Czajkowski w rozmowie z Magdą Jethon  

Magda Jethon: – Przez dwadzieścia lat mieszkałeś w Wielkiej Brytanii, studiowałeś tam dziennikarstwo. Potem podjąłeś pracę w BBC i BBC News. Miałeś różnego rodzaju sukcesy, łącznie z nominacją do Oscara za krótkometrażowy film. No i pewnego dnia wpadłeś na pomysł, żeby przyjechać do Polski i zatrudnić się w TVP. Twoja przygoda z telewizją trwała niecałe 5 lat, „dobra zmiana” Cię wymiotła. Spodziewałeś się tego?

Maciej Czajkowski: – Do Polski przyjechałem ze względów rodzinnych, z zamiarem krótkiego pobytu. Nie starałem się o pracę w TVP, szczęśliwie ktoś mnie zauważył i zapytał, czy chciałbym wykorzystać w niej swoje doświadczenie i wiedzę. No i zostałem. Znałem Telewizję Polską i Polskie Radio z czasów PRL-u, ale wierzyłem, że wszystko, jak trzeba, można zmienić.

Czy na początku tej przygody z TVP robiłeś porównania, myślałeś – w BBC zrobilibyśmy to inaczej?

Tak, na początku porównywałem, ale szybko, żeby nie zwariować, musiałem przestać.  Próbowałem znaleźć inną, trzecią drogę. W końcu zobaczyłem, że nie da się wielu rzeczy, które są w Wielkiej Brytanii, przeszczepić do Polski, bo tu jest zupełnie inna kultura polityczna. Inna jest też świadomość obywateli.

A my Polacy mamy poczucie, iż należymy do zachodu, czyli jesteśmy tacy sami jak oni…

Nie, nie jesteśmy tacy sami.

Dlatego pewnie zaskoczyła mnie Twoja opowieść o brytyjskim polityku, który zamieszkał obok Twojego domu.

Tak, to był Peter Mandelson. Musiałem o tym poinformować moich szefów w BBC. Oni natychmiast – o czym sam wiedziałem – przypomnieli mi, że nie mogę utrzymywać z nim prywatnych kontaktów, no i oczywiście tym bardziej nie wolno mi tego wykorzystywać w pracy zawodowej. Zresztą takie sytuacje reguluje kodeks BBC.

Co na to sąsiad? Zagadywał Cię, podchodził do płotu?

Trzeba wiedzieć, że stosunki dobrosąsiedzkie w Wielkiej Brytanii w sposób naturalny są bardzo ciepłe. Mówimy sobie po imieniu, pomagamy w różnych sytuacjach, jeśli jest grill, to zapraszamy się wzajemnie. Moja sytuacja musiała być inna. Poruszyłem ten temat z Peterem Mandelsonem, powiedziałem mu, że mam taki problem związany z pracą, a on mi na to: ty nie musisz mi tego mówić, bo ja bardzo dobrze o tym wiem. I tak dotrwaliśmy do końca.

No to co pomyślałeś, kiedy dowiedziałeś się, że u nas w Polsce na charytatywny bal dziennikarze zapraszają polityków?

To był dla mnie szok. Nie tylko polityków, ale i świat biznesu. Idealne miejsce do budowania wszelkich układów korupcyjnych. Nigdy nie byłem na tym balu i głośno tę sytuację krytykowałem. Od pewnego czasu, wiem, że przychodzą na ten bal już tylko dziennikarze. Mam nadzieję, że mój głos miał wpływ na tę zmianę. Muszę jednak przyznać, że przerażają mnie w Polsce prywatne kontakty dziennikarzy z politykami. Nie ukrywam, że ja też znam kilku polityków prywatnie i to jest niedobre ze względu na moją wiarygodność i bezstronność. To zawsze może mieć wpływ na pracę, bo jesteśmy tylko ludźmi.

Co powiedzieliby dziennikarze BBC o rozmowie z Jarosławem Kaczyńskim, która odbyła się w „Pytaniu na śniadanie” w TVP2 i to podczas kampanii?

Taka rozmowa w BBC byłaby niemożliwa. Ona złamała wszelkie reguły związane z misją, z wartościami, z zawodem dziennikarza mediów publicznych. No, ale trzeba pamiętać, że w Polsce obecnie media publiczne to są media rządowe. Media publiczne na świecie mają inne zadania. Oczywiście w BBC możemy prowadzić rozmowę, w której poruszane są wątki trochę bardziej prywatne, dotyczące polityka,  jednak to musi być jedynie niewielki dodatek do meritum, a nie główny powód spotkania. Naszym zadaniem jest weryfikować różne zdarzenia, zadawać trudne pytania – co zresztą przez polskich polityków traktowane jest jako atak – a nie „miziać się” na oczach dużej publiczności.

W jakimś sensie wybranej publiczności…

Powiedziałbym raczej tej wykluczonej. Ostatnio przejeżdżałem przez polską wieś i obserwowałem, jakie anteny mają ludzie na dachach. W ogromnej większości są to anteny do odbioru telewizji naziemnej, czyli rządowej. W związku z tym polska wieś oglądając jednostronny przekaz jest wykluczona. Jej mieszkańcy mają katalog tylko kilku programów, a większość z nich to kanały telewizji rządowej. Będąc wykluczeni, nie mają własnego zdania. Oni postrzegają świat według Jacka Kurskiego. Pomyślałem więc, że fajnie by było taką małą społeczność, wieś czy gminę, wyposażyć w anteny satelitarne i nie mówiąc im, co mają oglądać, dać im dostęp do innych kanałów. Niech oglądają nie tylko newsy, ale i programy life stylowe czy przyrodnicze. Eksperyment polegałby na tym, że na początku dostaliby konkretny zestaw pytań i ten sam zestaw na końcu badania. Można by wtedy zaobserwować, jak się zmienia ich postrzeganie świata, nie tylko polityki, ale też życia społecznego, kultury czy tolerancji.

Próbujesz ten pomysł realizować?

Pracuję z dwoma socjologami i innymi naukowcami, na razie nie chcę zdradzać nazwisk. To jest eksperyment, być może pierwszy na skalę światową, który może pokazać, jak media wpływają na postrzeganie świata. Co ciekawe – wspieraniem tego eksperymentu nie są zainteresowane w Polsce ani osoby, ani firmy, czy NGOS-y, ale organizacje zagraniczne, np. amerykańskie i niemieckie. Tylko tyle mogę powiedzieć.

Czy to znaczy, że praca dziennikarzy wolnych mediów to dziś w dużej mierze „para w gwizdek”?

Dziennikarze tzw. wolnych mediów wykonują ogromną i ważną robotę. Jednak problem polega na tym, że wyniki ich prac, ich artykuły czy audycje nie docierają do szerokiej publiczności. Powtarzam, ogromna część polskiego społeczeństwa jest wykluczona. I to jest poważny problem. Dotyczy on zresztą nie tylko spraw politycznych. Chodzi również między innymi o kształtowanie gustu. Prosty przykład: dzięki telewizji publicznej popularną gwiazdą Brytyjczyków jest Adele, nasza telewizja „publiczna” wylansowała Zenka Martyniuka.

Wysokie standardy BBC są dowodem na to, że media publiczne mogą cieszyć się ogromnym szacunkiem. W Polsce media publiczne są raz lepsze, raz gorsze w zależności od tego, kto rządzi…

Przekleństwem Polaków jest to, że w mediach publicznych brak jest stałych regulacji, a jak wiadomo, prawo ustalają politycy. Niestety, wszyscy wiemy, że przy obecnej świadomości polityków i społeczeństwa, konieczne i fundamentalne zmiany w tych mediach mogą być niemożliwe.

Powszechnie wiadomo, że prawie każdy Brytyjczyk wie, jaka jest misja mediów publicznych. W Polsce większość ludzi mówi: a po co nam media publiczne…

Uważam, że od prawie czterech lat nie mamy mediów publicznych. Wszystkich  przeciwników i krytyków tych mediów pytam dziś: jesteście teraz zadowoleni? Czy jesteście zadowoleni, że media publiczne zostały uprowadzone przez polityków, przez rząd, że indoktrynują ludzi, że wykluczają, że kreują jakąś równoległą rzeczywistość, nie tylko naszą, ale też europejską równoległą rzeczywistość? I ci obywatele mniej wymagający lub wykluczeni z powodów technicznych mają dostęp tylko do takiej informacji. Według nich tak świat wygląda. Przyjdzie taki moment, kiedy wszyscy obudzą się z ręką w nocniku, będzie im wstyd, bo zdadzą sobie sprawę, że świat pojechał dużo dalej, a my tkwimy w jakimś okropnym grajdole.

Opowiadasz swoim kolegom z BBC o słynnych paskach w TVP Info, o tym, jak Cię zwalniano?

Chociaż mnie dobrze znają, to w opowieści o paskach nie wierzą. Oni przez cały czas zadają mi pytanie, co ja zrobiłem, że mnie wyrzucili z pracy. Ja im opowiadam, że po prostu zostałem wezwany do szefa, który mi powiedział, że docenia moją pracę, ale moja wizja newsów jest niezgodna z obecną wizją szefów telewizji i polskiego radia. Moi koledzy z BBC nie mogą w to uwierzyć.

???

Takie rzeczy, jakie dziś dzieją się w polskich mediach rządowych są tam niewyobrażalne.

Czujesz się człowiekiem mediów brytyjskich czy polskich?

Ciekawe pytanie, ponieważ kiedy jadę do Wielkiej Brytanii lub robię coś dla BBC z Polski, muszę się kompletnie mentalnie przestawić. Nie mogę w żaden sposób używać standardów, które obowiązują w Polsce, ponieważ najzwyczajniej w świecie byłbym wyrzucony z pracy i nikt nigdy nie poprosiłby mnie o kolejny materiał.

Czego nie możesz zrobić w BBC, co uszłoby w Polsce?

Przede wszystkim muszę być bezstronny. Gdybym teraz usiadł do wywiadu z Jarosławem Kaczyńskim, to muszę wszystko, co mam emocjonalnego wyrzucić z mojej głowy i włączyć tryb profesjonalny, czyli zadawać pytania absolutnie bezstronne, niesugerujące niczego. Ale też muszę zadawać pytania trudne dla rozmówcy, które równocześnie w żaden sposób nie sugerują mojego stosunku do niego. Ostatnio miałem taki przypadek, robiłem materiał dla BBC News. Na konferencji prasowej, tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, zadałem pytanie Beacie Szydło o flagi unijne, które zniknęły z KPRM. Zadałem to pytanie po angielsku, co oczywiste, bo materiał robiłem dla BBC. Oczywiście wszyscy natychmiast myśleli, że ja sprawdzam jej angielski. A ja, kiedy zorientowałem się, że ona nie zrozumiała pytania, natychmiast powtórzyłem je po polsku, co spowodowało zmasowany atak dziennikarzy na mnie. Wszyscy uważali, że trzeba było nie zadawać po polsku, bo by wyszło, że premier Szydło nie zna angielskiego, a jedzie do Brukseli. Ja nie mogłem tego zrobić, ponieważ zadając pytanie i oczekując odpowiedzi, zgodnie ze standardami BBC, musiałem się upewnić, że mój rozmówca zrozumiał, o co pytam.

No tak, ale pokazanie, że europarlamentarzystka nie zna języka to jest też jakaś obiektywna informacja.

To jest informacja obiektywna, ale cel mojego pytania był inny. Chciałem wiedzieć, dlaczego po objęciu premierostwa wyprowadziła z KPRM flagi unijne. Zadałem bardzo ważne pytanie, którego nikt chyba wcześniej nie zadał i to nas interesowało. To, czy ona mówi po angielsku, to jest oczywiście bardzo ważna informacja, ale dla mnie najważniejsza była odpowiedź na moje pytanie. Ja rozumiem, że w Polsce większość dziennikarzy, zadając pytanie politykowi ma jeszcze jakiś ukryty cel.

A to źle?  

Tak się w BBC nie pracuje.

Spotykasz się z kolegami z TVP, z tymi, którzy tam nadal pracują?

Nie i to nie wynika z jakiejś mojej niechęci, oceniania, bo kim ja jestem, żeby ich oceniać. To oni z jakiegoś powodu przestali ze mną rozmawiać, kontaktować się. Są to prawdopodobnie osoby, dla których kompas moralny nie jest tak bardzo ważny, ale też są to ludzie inteligentni i być może nie tylko boją się, że ktoś zauważy, że się ze mną kontaktują, ale też się wstydzą, że robią to, co robią.

Przyszło Ci do głowy, żeby wrócić do Wielkiej Brytanii?

Jestem tylko człowiekiem, w związku z tym mam też wahania nastrojów. Po ostatnich wynikach wyborów do Parlamentu Europejskiego moja pierwsza reakcja była, że wyjeżdżam. Z drugiej strony wierzę, że społeczeństwo będzie powoli zmieniało poglądy. Polska to wspaniały kraj. Wiem, że brzmi to patetycznie, ale naprawdę, tak uważam. Polska jest genialnym miejscem i są tutaj genialni ludzie. Czuję, że tu się szczególnie rozwijam (obecnie jestem związany z Gazetą Wyborczą). Ale też często się tu denerwuję, wiele spraw mnie dręczy, w końcu myślę, przecież to jest bardzo młoda demokracja i może niedługo się to zmieni. Mnie bardzo marzy się Polska europejska, więc chyba jednak zostanę…

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

PiS argumentował, że organizacja wymiaru sprawiedliwości należy do kompetencji krajów unijnych. Owszem, twierdzi TSUE, ale musi być zachowane dotrzymanie zobowiązania wynikające z prawa unijnego, mianowicie prawo do skutecznej ochrony sądowej, czyli niezależności sądownictwa. TSUE rozumie nieusuwalność sędziów jako gwarant ich niezawisłości.

Zauważmy, że TSUE wydał wyrok po skardze wniesionej przez Komisję Europejską, która dotyczy polskiej ustawy z lipca 2017. PiS z części zarzutów KE się wycofał, zmienił przepisy, ale mimo to wyrok TSUE podtrzymuje zarzuty KE, bo nie wszystkie problemy zostały rozwiązane.

Dlaczego TSUE wydaje taki wyrok? Po pierwsze, to bojaźń, iż dojdzie do recydywy i ponownego złamania prawa unijnego w kwestii niezależności sędziów w Polsce, a po wtóre opinia TSUE o władzy PiS jest fatalna. Można to porównać z wyrokiem dla recydywisty, któremu odwiesza się wyrok za poprzednie przestępstwo.

Ważny jest inny kontekst tego wyroku, mianowicie za trzy dni wydana zostanie opinia przez rzecznika generalnego TSUE w sprawie neo-KRS, która w obecnym kształcie jest batem na sędziowską niezależność.

Można zatem stwierdzić, iż polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom. Wiemy jednak, że Jarosław Kaczyński chce je podporządkować sobie. Jakie zatem ma wyjście? Jeżeli prezes PiS nie podporządkuje się wyrokom TSUE i będzie postępował z ustawami tak, jak dotychczas, stanowiąc prawo wbrew unijnym standardom, zapisanym w Traktacie o UE, to będzie oznaczało faktyczny Polexit.

A może jest tak, iż Kaczyński już zadecydował o Polexicie? Kwestią pozostaje jego forma i za pomocą jakiej argumentacji Polska ma być wyprowadzona z UE.

Ośmiornica PiS i jej głupi Jasiek, Marek Suski

13 Sty

Ujawnienie w 2014 roku faktu, że politycy poprzedniego obozu władzy prowadzą okołopolityczne rozmowy w ekskluzywnych restauracjach, zajadając się ośmiorniczkami i popijając je niebotycznie drogimi alkoholami, niewątpliwie wstrząsnęło opinią publiczną. Od tamtej pory, choć ośmiorniczki można już kupić za generalnie niewielkie pieniądze nawet w sieciach sklepów Biedronka czy niemieckim Lidlu, wciąż politycy boją się medialnego wydźwięku i oskarżeń o rozpasanie i burżujstwo. Warto przypomnieć choćby wydarzenia z czerwca tego roku, gdy dziennik “Super Express” najpierw poinformował o tym, że Kancelaria Sejmu rozpisała przetarg na dostawę produktów żywnościowych do sejmowej restauracji (w tym owoce morza, obejmujące osławione ośmiorniczki), by dwa dni później z tego asortymentu zrezygnować.

Teraz dowiadujemy się, że jednak nie wszędzie z nich zrezygnowano, a przez ostatnie pół roku VIP-y z PiS objadały się frykasami z bardzo wystawnej restauracji greckiej, która dostarczała catering na przyjęcia koktajlowe czy na te zamknięte, tylko dla najważniejszych gości senatorów. Dziennik “Super Express” dotarł do wykazu umów Kancelarii Senatu i trzeba przyznać, że kwoty powalają. Wspomniana restauracja grecka wystawiła rachunek na bagatela 307 tys. złotych – nic dziwnego, gdy serwuje ośmiornicę z grilla czy koźlinę z ziołami.

Dziennik ujawnia też inne przykłady rozrzutności podwładnych marszałka Karczewskiego, który dopiero co musiał się głupio tłumaczyć ze zlecenia wykonania swojego portretu za blisko 8 tys. złotych. Tym razem Kancelaria Senatu tłumaczyć się nie chce, dlatego nie udało się “SE” ustalić, skąd tak wysokie kwoty cateringu na pokładzie samolotu specjalnego (60 tys.) czy specjalnej kolacji w Rezydencji Belweder (16 tys.).

Politycy PiS gustujący, jak widać, w ekskluzywnych smakach, znaleźli zatem na nie sposób. Zamiast iść do prywatnej restauracji, w prywatnym czasie, by prowadzić prywatne rozmowy przy ośmiorniczkach i drogim winie, zrobią to samo w czasie wykonywania swoich służbowych obowiązków, w parlamencie i za publiczne pieniądze. W końcu za ten znój i trud takie luksusy im się po prostu należą.

Samochody przyjmowane jako łapówki od przestępców, sędziowie – złodzieje i osoby stosujące przemoc – w taki sposób opisywał środowisko sędziowskie szef gabinetu premiera Marek Suski, gdy we wrześniu zeszłego roku członkowie Parlamentu Europejskiego odwiedzili Polskę. Raport z tego spotkania dostępny jest na stronie europarlamentu – a dziś minister Suski wyjaśnia, że zacytowano jego słowa niedokładnie zaś on sam sprawozdania PE… nie autoryzował. Odniósł się też do swoich – słynnych już słów o złocie, jakie sędziowie mieli rzekomo zakopywać w ogródkach.

  • Członkowie komisji PE – LIBE (Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych) podczas wrześniowego spotkania odwiedzili siedzibę MSZ
  • W spotkaniu, na którym padły słynne słowa Suskiego uczestniczył też, m.in. szef dyplomacji i jego zastępca
  • Minister Suski – tłumacząc wdrażane przez PiS zmiany w sądownictwie mówił, że PiS obiecał reformę jeszcze w kampanii wyborczej – a jest ona niezbędna, bo sądownictwo w Polsce nie było reformowane od czasów komunizmu
  • Jak dodał szef gabinetu premiera, „niektórzy sędziowie to złodzieje a inni mają zakopane w ogródkach złoto niewiadomego pochodzenia”
  • Dziś Suski wyjaśnia, że te cytaty „nie są dokładne”. A złoto miał – według niego – zakopać w ogródku były polityk PSL Jan Bury, który w poprzedniej kadencji reprezentował Sejm w KRS

„Niektórzy z nich to złodzieje, inni stosują przemoc, jeszcze inni wydawali wątpliwe, kontrowersyje wyroki” – takie cechy „kasty” (użył tego słowa) wymieniał podczas wrześniowego spotkania z delegacją z PE minister Suski.

„Część sędziów, z KRS jest bogata, w ogrodach mają zakopane sztabki złota niewiadomego pochodzenia” – dodawał minister Suski, przekonując też, że niektórych sędziów przestępcy mieli przekupywać samochodami – w zamian za korzystne wyroki.

Po upublicznieniu tych słów w środowisku sędziowskim zawrzało, podobnie wśród polityków. Byli ministrowie sprawiedliwości – Włodzimierz Cimoszewicz, ZBigniew Ćwiakalski i Borys Budka – w rozmowie z Onetem wprost stwierdzili, że słowa Suskiego to pomówienie a sędziowie maja podstawy do złożenia przeciw niemu pozwu.

Politycy PiS nabrali wody w usta – zaś sam minister Suski swoje słowa zdecydował się skomentować dopiero dziś.

Ministrowie sprawiedliwości komentują słowa Marka Suskiego o „złocie zakopanym w ogródkach”

„Cytaty niedokładne, nie autoryzowałem”

 – To nie są dokładne cytaty. Nie autoryzowałem tego tekstu – informuje nas szef gabinetu premiera.

Tu warto podkreślić, że chęć autoryzowania oficjalnych dokumentów Parlamentu Europejskiego przez członków polskiego rządu to żądanie co najmniej zaskakujące.

Dalej, minister Suski podkreśla, że „rozmowa była prowadzona przez tłumacza i mogła być niedokładnie tłumaczona”.

Odnosząc się do słynnego „złota w ogródku” szef gabinetu premiera dokładnie wskazuje, którego z członków KRS miał na myśli. – Rozmowa (z delegacją PE) dotyczyła KRS dlatego podałem przykład Jana Burego, który był zgłoszony i utrzymywany do końca przez koalicję PO-PSL, pomimo poważnych podejrzeń – podkreśla Suski. – Chodzi o członka KRS w czasach władzy PO-PSL Jana Burego i złotą sztabkę zakopaną w ogródku. Fakt ten swego czasu był szeroko opisywany przez media – wyjaśnia Suski.

Faktycznie, podczas badania tzw. afery podkarpackiej pojawił się wątek jednej sztabki złota, jaką rzekomo otrzymać miał były polityk PSL Bury. Jednak sztabkę znaleziono nie w ogródku a w sejfie na plebanii. Zaś Bury nie był członkiem KRS-sędzią a jedynie reprezentował w niej Sejm, jako jeden z czterech posłów, których obecność przewiduje w Radzie konstytucja.

To dwie pseudo wdowy Gosiewskie, z których jedna była wiele lat po rozwodzie z nim, a druga w separacji, czerpią całymi garściami. Mam nadzieje, że dojdzie jeszcze do tego iż wyłudzone pieniądze, które im się w ogóle nie należały, będą zwracały do budżetu państwa.

Kaczyński nie ukrywa: zaprowadzę wam faszyzm i wyprowadzę z Unii Europejskiej

5 Sty

Na początku roku, w którym odbędą się wybory do europarlamentu, nominację na stanowisko wiceministra cyfryzacji uzyskał Adam Andruszkiewicz: narodowiec, prymitywny homofob i przeciwnik UE. A w przyszłym tygodniu do Warszawy – na zaproszenie prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego – przybywa Matteo Salvini, lider włoskiej Ligi Północnej, minister spraw wewnętrznych Włoch, przeciwnik „elit brukselskich” i sankcji wobec Rosji.

Andruszkiewicz jest pierwszym ministrem polskiego rządu, który uznał za konieczne oświadczyć w „Super Expressie”, że „nigdy nie był faszystą”. Salvini, który przez część przywódców unijnych jest oskarżany o faszyzm, m.in. za swój stosunek do uchodźców, już na to określenie się nie obraża. „To nie faszyzm, to stosowanie prawa” – mówi.

Te dwa zdarzenia obrazują ideową ewolucję PiS. Kończy się „eksperyment”, w ramach którego szef MSZ Jacek Czaputowicz miał poprawić relacje z Unią, zabagnione za czasów jego poprzednika Witolda Waszczykowskiego. Dziś Czaputowicz publicznie obraża szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska oraz europejskich partnerów takich jak Francja.

Tak Bartłomiej Przymusiński, rzecznik prasowy Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”, skomentował na Twitterze opublikowane przez konkret24.tvn24.pl wydatki Polskiej Fundacji Narodowej w 2017 r. Z jej sprawozdania finansowego wynika, że taką właśnie kwotę przeznaczono na pisowską kampanię billboardową „Sprawiedliwe sądy”, która zawierała nieprawdziwe treści. Przypomnijmy, że budżet PFN stanowią wpłaty spółek skarbu państwa, co oznacza, że koszt jej działalności ponoszą wszyscy podatnicy.

Kolejne wydatki PFN także budzą kontrowersje. 3,7 mln zł przeznaczono np. na… świąteczne życzenia. Projekt szumnie nazwano „Promocja wielokulturowości Polski w świadomości mieszkańców USA”. Nakręcono spot, w którym pięciu polskich duchownych różnych wyznań (katolik, luteranin, prawosławny, muzułmanin i rabin) składało po angielsku Amerykanom życzenia.

Wydanie 370 tys. zł na śpiewnik pieśni żołnierskich i legionowych z okazji 150. urodzin marszałka Józefa Piłsudskiego wydaje się w kontekście innych wydatków „drobiazgiem”.

Ze sprawozdania PFN dowiedzieć się można, ile za tę działalność zarobili czterej członkowie zarządu Fundacji. Otóż w 2017 roku zainkasowali oni w sumie ponad 473 tys. zł.

Internauci najczęściej komentowali wydanie 8,4 mln zł na kampanię o sądach. – Czyli tak: PiS zabrał te pieniądze złodziejom, czyli podatnikom, a dał je, stworzonej przez siebie Polskiej Fundacji Narodowej, by ta w prowadzonych kampaniach za pomocą spotów i bilboardów oczerniała w oczach obywateli polskich sędziów”; – „PFN żyje bogato za nasze pieniądze”; – „A można było wydać na wynagrodzenia dla pracowników administracji sądowej, których brakuje i może skrócilibyśmy czas załatwiania sprawy, a nie jak niby reforma, która go wydłużyła” – podsumował były rzecznik KRS Waldemar Żurek.

Tak wynika z odpowiedzi, której zmuszony był udzielić pełniący obowiązki prezesa Stadniny Koni w Janowie Podlaskim Grzegorz Chochański. Po wysłaniu do niego wniosku o dostęp do informacji publicznej przez reporterkę TOK FM przyznał także, że informował przełożonych o możliwości utraty płynności finansowej przez spółkę.

Wcześniej jednak Chochański nie chciał podać żadnych informacji posłom PO, którzy w listopadzie ubiegłego roku pojawili się w Janowie z poselską kontrolą. Odmówił im także wglądu do dokumentów. Twierdził wtedy, że sytuacja w jest stabilna. Jak się okazało – w tym samym czasie zawiadamiał o groźbie utraty płynności finansowej!

TOK FM podaje, że – opierając się na odpowiedzi Chochańskiego – w 2015 r. zysk netto stadniny w Janowie Podlaskim wyniósł ponad 3,2 mln zł. Rok później, było to 81 tys. zł, a w 2017 r. spółka odnotowała stratę w wysokości 1,64 mln zł.

 „Wstali z kolan. Zapewnili ideologicznie właściwą dyrekcję, podzielającą poglądy PiS. Skutek ekonomiczny – wiadomy”; – „Do tego karuzela kadrowa z czterema prezesami na czele (obecny jako p.o.) w ciągu zaledwie trzech lat”; – „Co powinno się zrobić z ludźmi, którzy do tego doprowadzili????”– komentowali internauci.

„Odpowiedź” Komendanta Głównego Policji na wydarzenie z udziałem kierowcy-ochroniarza J. Kaczyńskiego w Bydgoszczy. Wg KGP do niczego nie doszło. KGP nie chce ujawnić notatki policjanta, któremu groził ochroniarz JK. Ale dopytujemy dalej” – poinformował na Twitterze poseł PO Krzysztof Brejza. Chodzi o skandaliczne zachowanie kierowcy Jarosława Kaczyńskiego, który groził funkcjonariuszowi zwolnieniem z pracy. O sprawie w artykule „Przepisy ruchu drogowego szefa PiS nie dotyczą?”.

A z rzeczonej odpowiedzi wynika, że zdaniem zastępcy Komendanta Głównego Policji Andrzeja Szymczyka… nic się nie stało.  – „Informuję, że kierowca pana Jarosława Kaczyńskiego nie próbował wymusić na policjancie odstąpienia od czynności przepuszczenia pojazdu, wbrew przepisom ustawy Prawo o Ruchu Drogowym. Nie miało też miejsca kierowanie wobec funkcjonariusza gróźb zwolnienia z pracy, stąd na tą okoliczność nie została sporządzona notatka” – napisał Szymczyk.

Jednak jak ustalił portal wp.pl, bydgoska policja wszczęła postępowanie wyjaśniające, dotyczące zachowania funkcjonariusza. Jak twierdzą informatorzy portalu, polecenie miało przyjść z samej góry.

Funkcjonariusz, który nie chciał przepuścić jadącego pod prąd auta z prezesem PiS, już w policji nie pracuje. Odszedł na własną prośbę. Kierowca Kaczyńskiego nie został ukarany żadnym mandatem.

„Kolejny awans za zasługi dla PiS! Klaudiusz Pobudzin, jeszcze niedawno funkcjonariusz pisowskiej telewizji, został właśnie szefem biura prasowego Energi!” – tak skomentował jeden z internautów nową posadę byłego reportera Telewizji Trwam i TVP. Pobudzin przez pewien czas kierował także „Teleexpressem”, a potem został szefem Telewizyjnej Agencji Informacyjnej. Na tym stanowisku nadzorował programy informacyjne: „Wiadomości”, „Panoramę”, „Teleexpress” oraz TVP Info.

W czasach, kiedy pracował jako reporter w „Wiadomościach” zasłynął z przygotowywania materiałów, które zamiast dziennikarskimi, nazwać należałoby propagandowymi, gloryfikującymi dokonania „dobrej zmiany”.  Ponoć w redakcji ukuto na określenie tych materiałów, zgodnych z linią PiS, nazwę „wykręcić Pobudzina”.

Komentarze internautów brzmiały jednoznacznie. – „Także ten. Partia nagradza swoich wiernych funkcjonariuszy”; – „Kolejny transfer dobrozmianowca do SSP, gdzie będzie budował “nowoczesny system komunikacji z odbiorcami energii”, czyli nic nie robił za pieniądze podatnika!”; – „Prorządowy propagandzista z TVP do… energetyki. Nigdy jeszcze nie było takiego kolesiostwa i promowania nieuków jak za rządów PiS”; – „Były dyrektor z TVP na dyrektora w Enerdze. Kolejna „dobra zmiana”, a ja jestem wciąż zdziwiony”.

Morawiecki obiecał miliardowe rekompensaty za odejście od podwyżki energii, co może oznaczać niedozwoloną przez UE pomoc publiczną.

Nie jestem ekspertem w dziedzinie prądu i nie ukrywam, że wszelkie liczby dość trudno do mnie przemawiają. Ot, tak to jest, gdy się człowiek rozwija głównie humanistycznie. Dlatego ostatnie zawirowania z polską energetyką są dla mnie niesamowicie ciężkie do ogarnięcia. Te wszystkie eksperckie statystyki, dane, wykresy, strzałki w górę lub w dół, to dla mnie czarna magia. Jak to jednak człowiek ciekawski, próbuję, sięgam do źródeł, szukam faktów, słucham opinii tych, do których mam zaufanie i powoli, powolutku przekładam sobie na język bardziej łopatologiczny, bardziej zrozumiały.

Cały świat usilnie pracuje nad produkcją zielonej energii. Wiąże się to z coraz szybszymi zmianami klimatycznymi, które źle wróżą na przyszłość i może przyjść moment, że nasi potomkowie po prostu wymrą. To, co się dzieje, to nasza zasługa, całej ludzkości i teraz to już ostatni dzwonek, by próbować cokolwiek naprawić i dać szansę, by ludzkość miała jeszcze przed sobą jakieś perspektywy.

Jednym z największych problemów jest ten nieszczęsny CO2, powstały w wyniku spalania węgla w atmosferze. Ależ ten dwutlenek węgla nam miesza w głowach, truje i wykańcza naszą planetę. Nie może więc nikogo dziwić, że mądra polityka energetyczna to właśnie postawienie na energię odnawialną. Nie może też nikogo dziwić, że UE, walcząc z ociepleniem klimatu, wprowadziła opłaty za uprawnienia do emisji CO2 i węgla. Nie po to, by dowalić takim uparciuchom jak Polska, ale by zachęcić i przekonać do inwestycji w energię bardziej przyjazną środowisku.

I mądre, patrzące w przyszłość państwa to robią, a co dzieje się w Polsce? Wiem, że w latach 2009 – 2016 Polska postawiła na odnawialne źródła energii, dzięki czemu produkowana energia rosła o 20% rocznie. Po przejęciu władzy przez PiS nastąpił spadek do… 1% rocznie. Ale zjazd, prawda? No cóż, ludzie dali się przekonać, że wiatraki im szkodzą, więc postawili na polityków PiS, którzy obiecali, że gdy wygrają wybory to wprowadzą ustawę, która oddali to „diabelskie urządzenie” od domostw. Wybory PiS wygrał i już w lipcu 2016 roku ustawa antywiatrakowa, przygotowana oczywiście błyskawicznie i bez rzetelnych konsultacji, weszła w życie. Efekt? Właśnie spadek produkcji energii odnawialnej do 1% rocznie i wycofanie się wielu zagranicznych firm, które rozwijały tę branżę.

PiS twardo stawia na węgiel. Ten, wydobywany u nas i ten, kupowany za niezłą kasę poza Polską. To nieważne, że należymy do niechlubnej czołówki państw, emitujących najwięcej CO2. Nieważne, że fundujemy naszym wnukom niezły kanał i przykładamy ochoczo łapę do zniszczenia życia na Ziemi. Ważne, że partia rządząca nie da skrzywdzić polskich górników i zamierza na maksa wykorzystać polskie pokłady węgla, które mogą starczyć według Andrzeja Dudy i na 200 lat.

A przecież wiadomo było już od kilku lat, że właśnie w 2018 roku pojawi się problem z opłatą za produkcję prądu. Handel zezwoleniami na emisję został przez UE uwolniony, ich cena ostro idzie w górę i niech PiS nie udaje nagle takiego zaskoczenia. Świetnie ta partia wiedziała, że tak będzie, a jednak z pełną świadomością, odstawiła zieloną energię na boczne tory, bo my mamy węgiel i nikt nam nie będzie dyktował, czym palić i jak. Mało tego, minister energetyki Tchórzewski zapowiedział budowę kolejnych, po Ostrołęce, elektrowni na węgiel. Zapowiedział i szybko oddał polską energetykę pod opiekę Matki Boskiej. Hm… daje to do myślenia, prawda?

No i teraz, nagle partia rządząca urwała się z choinki i zafundowała nam niezłą jazdę. Z jednej strony firmy energetyczne, które drastycznie podniosły opłaty za prąd, z drugiej zaś premier Morawiecki i jego kumple postawieni pod ścianą. Rach ciach, napisano szybciutko ustawę, w której zamrożono ceny za prąd na cały 2019 rok, przegłosowano ją w podobnym tempie w Sejmie, dając posłom opozycji aż 30 sekund na wyrażenie własnego zdania i teraz już władza może spać spokojnie. Polacy wdzięczni za powstrzymanie podwyżki na pewno zagłosują na tę partię w kolejnych wyborach, a co dalej z prądem? Przyjdzie czas – to PiS będzie znowu kombinować.

Oczywiście ta partia nie byłaby sobą, gdyby nie rozpoczęła szukać winnych, którzy doprowadzili do takiego chaosu i szumu informacyjnego. Wiadomo przecież, że to nie ona… Już zostało skierowane do prokuratury zawiadomienie o celowej manipulacji cenami prądu na giełdzie energii. Prezes Urzędu Regulacji Energetyki Maciej Bando jest przekonany, że zadziałał tu wrednie czynnik ludzki, ale teraz zostanie to dokładnie sprawdzone. Winny będzie znaleziony i surowo ukarany. Jak znam życie, to prokuratura weźmie z łapanki jakiegoś biedaka, któremu można będzie udowodnić powiązania z PO, a najlepiej bezpośrednio z Donaldem Tuskiem i znowu Macierewicz będzie mógł się pobawić w budowę i rozwiązanie kolejnej teorii spiskowej.

No nic, najważniejsze jest, że podwyżek za prąd nie będzie. Jakoś tak zupełnie bokiem przemykają informacje, że jesteśmy w czołówce trucicieli, że fundujemy przyszłym pokoleniom niezłą jatkę, że brak umiejętności perspektywicznego myślenia odbije się nam niezłą czkawką. Cieszymy się i w ogóle nas nie rusza, że Morawiecki obiecuje miliardowe rekompensaty za odejście od podwyżki, co może oznaczać niedozwoloną pomoc publiczną, która zakłóca konkurencję i wymianę handlową miedzy państwami UE. Zgodnie z przyjętymi zasadami, na przestrzeganie których wyraziła zgodę i Polska „Państwa członkowskie są zobowiązane do notyfikowania Komisji Europejskiej o wszelkich działaniach o pomocy publicznej przed ich wdrożeniem. Do tej pory nie otrzymaliśmy notyfikacji od polskich władz, ale tego byśmy oczekiwali”.

Taki komunikat wyszedł wczoraj z Brukseli i może zacząć się kolejna wojenka PiS z UE. Unia zarzuci nam łamanie postanowień, które sami podpisaliśmy, PiS zacznie się wydzierać, że znowu ten europejski twór ingeruje w naszą suwerenność i chce nam coś narzucać, a co zrobią Polacy w nadchodzących wyborach do europarlamentu? Zagłosują na polityków partii rządzącej, bo ona tak o nas dba, nie pozwala zrobi nam krzywdy, więc niech idzie do Brukseli i tam, na miejscu pilnuje, by włos nam z głowy nie spadł. W końcu zatrucie, klimat i inne takie bzdury Polaków nie obchodzą. Liczy się tylko to, co teraz i to „teraz” ma być po naszej myśli.

Waldemar Mystkowski pisze o nieuchronnym faszyzowaniu Polski.

Prezes PiS spotka się z szefem włoskiej antyeuropejskiej Ligi Północnej Matteo Salvinim.

Możemy się zastanawiać, ile bracia Kaczyńscy zawdzięczają Lechowi Wałęsie. Pierwszy szef „Solidarności” na pewno przyspieszył ich karierę. Obydwaj byli rozmazanym tłem w czasie klasycznej „Solidarności”, acz Lech „załapał” się na internowanie w stanie wojennym.

Kluczem jest Okrągły Stół, w którym Wałęsa wystawił ich jako reprezentantów opozycji solidarnościowej, choć nie zasługiwali na to, lecz szef „S” budował swoje zaplecze i padło na ambitnych Kaczyńskich. I obydwaj na tym skorzystali, przede wszystkim Jarosław stworzył potem majątek partyjny na uwłaszczeniu się na komuszych mediach.

Gdyby nie Wałęsa, Jarosław Kaczyński i tak zaistniałby, bo to „zwierzę polityczne”. Okrągły Stół dał Kaczyńskim impet, to ich chrzest bojowy, wówczas stali się rozpoznawalni. Raczkowali w politycznych pieluchach, które przewijał im Wałęsa.

„Rzeczpospolita” dokopała się w tzw. archiwum Kiszczaka w USA do korespondencji Lecha Kaczyńskiego z PRL-owskim ministrem spraw wewnętrznych Czesławem Kiszczakiem, który wraz z Wojciechem Jaruzelskim stał na czele ówczesnej strony partyjno-rządowej, gdy w Polsce następował bezkrwawy przewrót ustrojowy. Niczego nie ma zdrożnego w tej korespondencji, ale staje ona w poprzek pisowskiemu mitowi, w poprzek zakłamywaniu najnowszej historii. Lech Kaczyński wdzięczy się do Kiszczaka, który przesyła mu zdjęcia z Magdalenki. Ot, kawałek historii.

Zakłamanie polityczne zawsze prowadzi do katastrofy. Lecha Kaczyńskiego doprowadziło do katastrofy smoleńskiej, w której oprócz niego zginęło 95 osób. Jarosław jest zdecydowanie ambitniejszy od brata, doprowadza Polskę do katastrofy – nazywam ją: ogólnopolską katastrofą smoleńską.

Oczywistym kłamstwem jest ostatnia maska prounijna, którą na konwencji PiS nałożyła sobie na twarz rządząca partia z zasadniczego powodu, iż zbliżają się wybory. Spod tej maski ukazują się prawdziwe intencje Kaczyńskiego, bo tych nie da się ukryć. 9 stycznia ma dojść do rozmowy na Nowogrodzkiej Kaczyńskiego z wicepremierem Włoch Matteo Salvinim, liderem Ligii Północnej, partii antyeuropejskiej.

Jak pisze włoska „Repubblica”, celem Salviniego jest wciągnięcie PiS do nowej międzynarodówki antyunijnej. Na tapecie są także Marine le Pen, sponsorowana przez Kreml i holenderski nacjonalista Geert Wilders. W tym kontekście staje się zrozumiałe, dlaczego Mateusz Morawiecki wzmocnił rząd o „agenta wpływu  Kremla” Adama Andruszkiewicza.

Morawiecki na wokandę, marsz! Kłamco

24 List

Idziemy do sądu, bo nie może być naszej zgody na kłamstwa premiera” – powiedział onet.pl sędzia Waldemar Żurek. Prawie 50 krakowskich sędziów złożyło w sądzie pozew przeciw „Gazecie Polskiej”, której redaktorem naczelnym jest Tomasz Sakiewicz.

Chodzi o wywiad z premierem Mateuszem Morawieckim opublikowany w tym tygodniku. Rozmowa ukazała się w czerwcu tego roku przed przyjazdem do Polski wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej Fransa Timmermansa. Morawiecki zamierzał go wtedy przekonywać, że PiS „naprawia” polskie sądownictwo. – „W mojej opinii szczególnie znamienny jest przykład sądu z Krakowa. Będę zachęcał pana przewodniczącego Timmermansa, aby się przyjrzał temu przykładowi bardzo uważnie. Wszystko wskazuje bowiem na to, że działała tam zorganizowana grupa przestępcza” – powiedział premier.

Sędziowie najpierw domagali się sprostowania i przeprosin, a ponieważ nie zostały one opublikowane, złożyli pozew. – „Prawo w Polsce funkcjonuje tak, że jeśli ktoś opublikuje rzeczy, które są kłamstwem, a to kłamstwo oczernia inne osoby, to wydawca ma obowiązek opublikować sprostowanie osoby, która poczuła się dotknięta. Brak reakcji z naszej strony mógłby zostać odebrany jako przyzwolenie na kłamstwa premiera” – stwierdził sędzia Żurek. Były rzecznik KRS nie wyklucza, że kolejnym krokiem może być pozwanie do sądu Mateusza Morawieckiego.

Burdel się szykuje na 100. lecie odzyskania niepodległości

9 List

A może Jarosław Kaczyński w marszu Dudy i Morawieckiego uratowałby napiętą sytuację i powstrzymał nacjonalistów?

To oznacza, że Sąd Okręgowy w Warszawie uwzględnił odwołanie złożone przez Stowarzyszenie Marsz Niepodległości od decyzji Hanny Gronkiewicz-Waltz. W środę prezydent Warszawy zakazała organizacji Marszu Niepodległości 11 listopada, który organizowany jest przez Stowarzyszenie Marsz Niepodległości współtworzone przez m.in. Młodzież Wszechpolską, Obóz Narodowo-Radykalny i Ruch Narodowy. – „Przy obecnych kłopotach policji trudno uwierzyć, że uda się je zapewnić podczas marszu 11 listopada. Po drugie historia – historia Polski, a w szczególności Warszawy. Warszawa dość już wycierpiała przez agresywny nacjonalizm” – mówiła o swojej decyzji prezydent Warszawy.

Sędzia Michał Jakubowski z XXV wydziału cywilnego Sądu Okręgowego w Warszawie w uzasadnieniu uchylenia decyzji Hanny Gronkiewicz-Waltz mówił, że prawo do zgromadzeń jest zagwarantowane w Konstytucji. Zaznaczał, że można zakazać zgromadzenia, ale trzeba to „przekonująco uzasadnić”. – „Odnosząc się do argumentacji prezydenta Warszawy, organ gminy nie może zakazać zgromadzenia z powodu możliwości zagrożenia życia, zdrowia lub mienia w dużych rozmiarach, które mogły wynikać z tego, że 40 proc. policjantów jest na zwolnieniach lekarskich. MSWiA i Komenda Stołeczna Policji zapewniają, że mimo to są w stanie zapewnić bezpieczeństwo. Oczywiście nikt nie może przewidzieć, czy na tegorocznym marszu pojawią się hasła rasistowskie czy ksenofobiczne, ale nie możemy udowodnić, że to może zagrażać życiu czy zdrowiu” – powiedział sędzia Jakubowski.

Od postanowienia sądu przysługuje zażalenie do sądu apelacyjnego, które należy złożyć w ciągu 24 godzin od wydania postanowienia.  – Miasto stołeczne Warszawa szanuje wyroki sądów, ale mamy jeszcze ścieżkę odwoławczą. Decyzję o szczegółach dalszego postępowania w tej sprawie podejmiemy po zapoznaniu się z uzasadnieniem sądu” – powiedział Onetowi Bartosz Milczarczyk, rzecznik stołecznego Ratusza.

Czyżby szykował się jakiś mały stan wojenny? Hę?

Amerykanie przerażeni, ostrzegają swopich obywateli.

Paweł Kowal o marszu.

Więcej >>>