Tag Archives: USA

Kaczyński przekroczył granicę nikczemności

17 Czer

>>>

 „To, co powiedział prezes Jarosław Kaczyński jest absurdalne. To klasyczny przykład fake newsa. Zdecydowanie się temu sprzeciwiam i będę żądał sprostowania, jak również przeprosin” – powiedział były premier Jan Krzysztof Bielecki w Polsat News. Chodzi o wypowiedź prezesa PiS, który stwierdził, że to właśnie Bielecki rzekomo miał proponować likwidację polskiej armii.

„Proponowano mi, a dokładnie to był premier Bielecki, likwidację Wojska Polskiego, Polska miała być krajem bez armii. Polska jako podmiot polityki zagranicznej miała zostać zlikwidowana” – stwierdził prezes PiS podczas sobotniego Zjazdu Klubów „Gazety Polskiej” w Spale. Więcej na ten temat w artykule „Kaczyński ogłosił publicznie kolejne zagrożenie, przed którym może obronić Polskę tylko PiS”.

„Nie jest problemem, że jest taki JK i czasami bredzi. Problemem jest to, że duża grupa ludzi uwierzy w te brednie, bo wypowiedział je sam JK” – skomentował jeden z internautów.

„JK: „Proponowano wtedy (w 91), a dokładnie premier Bielecki, likwidację Wojska Polskiego. Polska miała być krajem bez armii”. Panie Kaczyński: Pan wie, że to obrzydliwe kłamstwo. Do tej pory pozywał Pan polityków PO. Teraz czas na Pana. Z tą różnicą, że teraz jest za co” – podsumował Andrzej Halicki z PO.

„Myślę, że wywrzaskujący swe wystąpienia A. Duda, powinien się powstrzymać od nazywania swych oponentów „krzykaczami” – skomentował na Twitterze Tomasz Lis wypowiedź prezydenta. Podczas objazdu Stanów Zjednoczonych Andrzej Duda zareagował na wiele krytycznych głosów, że zakup myśliwców F-35 kosztuje Polskę zbyt dużo.

„Nie ma jeszcze cen, nie ma szczegółowych warunków. Nic nie zostało ustalone; to jest dopiero absolutny początek drogi. Bardzo proszę wszystkich krzykaczy o spokój” – stwierdził Duda. – „A krzykacze to kto? I kto to mówi?! Adrian zabiera się do połajanek? To mogłoby być śmieszne, a jest tragiczne”; – „Groteskowy wrzaskun o „krzykaczach”; – „Proszę krzykaczy o spokój, te samoloty to tylko wyborcza ściema!” – wtórowali Lisowi inni internauci.

Z kolei do pierwszej części wypowiedzi odniósł się na Twitterze prof. Wojciech Sadurski: – „Prezydent Duda o zakupie F-35: „Nie ma jeszcze ceny, nie ma warunków, nic nie zostało ustalone; to jest dopiero absolutny początek drogi”. To gdzie ten wielki sukces?”.

Internauci i ten wątek komentowali: – „Czyli wszystko Patrykiem na wodzie. PAD to potwierdził własnymi ustami. Gdzie sukces, no gdzie? A może na szczęście g… o załatwił?”; – „Już raz łódź podwodną tak w Australii kupował”; – „Przecież idą wybory… Musieli napompować ludzi czymś wielkim i wyjątkowym. No przecież 1000 żołnierzy nie robi wrażenia, bo żołnierze już są. A kto z wyborców PiS będzie dociekał prawdy. Partia myśli, oni nie muszą”.

Prof. Jadwiga Staniszkis o Dudzie:

Więcej >>>

O Dudzie jako Dupie tutaj >>>

Największą krzywdą, jaką prezes uczynił Polakom, jest zrelatywizowanie kantu, oszustwa i kłamstwa

Kiedy partia Kaczyńskiego zawłaszczała telewizję publiczną, nawet rozsądni politycy wzruszali ramionami przywołując przykład komuny, gdzie w informacje Dziennika TV mało kto wierzył, a głoszone tam poglądy były przedmiotem kpin i setek żartów.  Spodziewano się, że rodacy i tym razem nie dadzą się nabierać, że masowo opuszczą widownię TV publicznej i powiększą grono widzów stacji niezależnych od rządzących. Istotnie, po 2015 roku wielu odeszło od telewizji zaanektowanej przez PiS, ale w ostatnich miesiącach widzowie coraz liczniej zaczęli wracać do państwowego nadawcy.  W ubiegłym roku na telewizyjnym rynku zwiększył się udział zarówno publicznej „jedynki”, jak i „dwójki”. Co więcej: TVP1 pokonała TVN, ustępując tylko Polsatowi.

Nie jest zaskoczeniem, że PiS odniósł w wyborach największy sukces tam, gdzie telewizja publiczna cieszy się największą popularnością. Obie mapy notowań nakładają się na siebie z sakramencką precyzją.  A równocześnie w rejonach z przewagą wyborców PiS znacznie więcej jest „ofiar jednostronnej indoktrynacji”, a mniej telewidzów śledzących jeszcze jakąś inną stację informacyjną. Zdawałoby się, że naród z doświadczeniami okupacji i komuny na dziesięciolecia pozostanie sceptyczny wobec rządzących, że nie uwierzy żadnemu despocie i nie pozwoli się otumanić. A jednak przybywa Polaków, którzy dają się nabierać zdemoralizowanemu autokracie. Dlaczego?

Część odpowiedzi znaleźć można w wywiadach i postach telewidzów na stronie tvpinfo: Bo dają pełny obraz każdej sprawy i kiedy prezentują jakiś temat, to na końcu nie ma już o co pytać. Bo mówią prostym językiem i nie trzeba się wysilać, żeby zrozumieć, o co chodzi. Bo obraz świata w TVP Info jest klarowny, kontrastowy i wyraźny. Bo w rządowych mediach politycy rzadko się kłócą i nie przerywają sobie. Bo TVPInfo jest dostępna dla każdego Polaka, a jak chce się mieć na przykład TVN24, to trzeba osobno płacić za kablówkę albo satelitę. Bo zawsze prezentują polski interes, a my przecież jesteśmy Polakami… Uderzające, że w deklaracjach przywiązania do telewizji publicznej rzadko przywoływany jest argument, który decyduje o oglądalności w cywilizowanych społeczeństwach. Jakby kryterium prawdy przestało mieć znaczenie. Jakby wiarygodni i niewiarygodni różnili się od siebie tylko liczbą zapewnień o własnej uczciwości oraz wagą oskarżeń, pomówień i epitetów, którymi obrzucany jest przeciwnik.

Szkoda miejsca na wyliczankę dowodów rozwalania budowanego przez lata etosu mediów publicznych i demolowania etyki zawodowej przez pracowników Jacka Kurskiego, uważających się za dziennikarzy.  Rada Języka Polskiego opublikowała raport, który jest dla TVP miażdżący. Spośród 306 ocenianych pasków informacyjnych, które ukazały się w głównych wydaniach „Wiadomości”, ogromna większość „powstała z myślą o wpływaniu na opinię odbiorcy komunikatu, a nie o dostarczeniu mu obiektywnego powiadomienia o danym zdarzeniu” . Oceniono, że TVP nie wypełnia nałożonego na nią ustawowo obowiązku rzetelnej, obiektywnej i niezależnej informacji. I co? I nic. Krajowa Rada Radiofonii nie zajmie się niekorzystną dla TVP analizą , bo ma ona jakieś „mankamenty w zakresie metodologii„.  Informacja o tych badaniach i bezczelnej reakcji organu powołanego do ochrony wiarygodności mediów elektronicznych dotarła do opinii publicznej i bynajmniej nie odstręczyła widzów od TVP. Przeciwnie. Dla coraz większej liczby odbiorców wiarygodność przestaje się liczyć.

Owszem, są wyznawcy PiS, którzy uwierzą w każdą narrację wymyśloną przez inżynierów dusz z partyjnej komórki propagandy i agitacji. Są też ludzie, którzy żyją w telewizyjnej bańce informacyjnej i nie weryfikują pozyskanych informacji, bo nie mają czasu, bo nie interesują się polityką, albo: bo nie i już. Tak bywa w każdym kraju. Polska specyfika polega jednak na tym, że przybywa odbiorców, dla których łgarstwa PiS są oczywiste mimo wysiłków funkcjonariuszy władzy idących w zaparte, czyli rośnie liczba Polaków, którzy ignorują kłamstwo. Przywykli? A może zaakceptowali fałsz jako oczywistą i naturalną formę uprawiania polityki? Może doszli do wniosku, że wszyscy politycy kłamią i kradną, ale jeśli jedni z nich dzielą się ukradzionym dobrem, to mniejsza o ich kłamstwa? Może uznali, że z dwojga złego cel – korzyść własna i sukces własnej formacji – uświęca stosowany środek, usprawiedliwia posługiwanie się nieuczciwymi metodami? A może doszli do wniosku, że telewizja zawsze kłamała i kłamać będzie, więc nie należy nadawać jakiekolwiek znaczenia jej wiarygodności?

Wielkim sukcesem Jarosława Kaczyńskiego jest zniszczenie zapisanych w prawie mechanizmów zabezpieczających wolność słowa i chroniących media publiczne przed zagarnięciem przez polityków jednej partii. A największą krzywdą, jaką prezes uczynił Polakom, jest zrelatywizowanie kantu, oszustwa i kłamstwa oraz oswojenie chamstwa, pazerności i przekrętów, które dla wielu, tak jak kiedyś w PRL, stały się znowu objawami życiowej zaradności.

Wykład Asha tutaj >>>

Kaczyński coraz mocniej trzyma naród za mordę

16 Czer

Zbigniew Ziobro zapowiada pozew przeciwko naukowcom z Uniwersytetu Jagielońskiego, którzy odważyli się skrytykować wprowadzone przez niego zmiany w kodeksie karnym.

Ostatnie dni w mediach to pokaz samozadowolenia polskich polityków, którzy chełpią się “sukcesem” w staraniach na rzecz wzmocnienia bezpieczeństwa Polski. Przyjęcie z honorami w Białym Domu, zwiększenie obecności sojuszników i w końcu zakup supernowoczesnych samolotów F-35 świadczyć mają o rosnącej sile naszego potencjału obronnego. Modernizacja sił zbrojnych pod auspicjami PiS ma bowiem przeżywać złote czasy, kiedy już podpisano kontrakt na dostarczenie “Patriotów” oraz artylerii dalekiego zasięgu, a kolejne zakupy są w toku, a jakby tego było mało liczebność naszej armii ma ulec istotnemu zwiększeniu. Obraz rosnącego potencjału obronnego i mit dobrego gospodarza nie wytrzymuje jednak starcia z danymi o całościowym stanie naszego wojska i wpływu przyjętej przez PiS strategii na jego potencjał. Druzgocąca analiza błędów obecnej linii MON została właśnie stworzona na zlecenie Ośrodka Analiz Strategicznych.

Wyczytamy w niej, że obecnie mamy do czynienia z sytuacją, że powstały istne “wyspy nowoczesności w morzu zacofania”. Okazuje się bowiem, że mimo miliardowych kontraktów nadal tylko około jedną czwartą naszego sprzętu można uznać za nowoczesną. Nic w tej kwestii miało nie zmienić się w ciągu ostatnich 20 lat, czyli od wstąpienia Polski do NATO. Nasze siły zbrojne mają nadal nie być zdolne do stawiania efektywnego oporu, a strategia rządu przy ograniczonych zasobach finansowych okazuje się ekonomicznie nieracjonalna. Chwalimy się bowiem transporterami opancerzonymi Rosomak, ale już mniej mówimy o tym, że podstawowym wyposażeniem armii nie są one, ale pochodzące jeszcze z lat 60-tych transportery BWP-1. W wojskach pancernych cieszymy się z używanych czołgów Leopard 2, które jednak na naszych poligonach spotykają się z dwa razy większą liczbą radzieckich T-72. Z powodu braku nowoczesnych śmigłowców transportowych mamy ograniczoną możliwość wykorzystania nawet naszych atutów, jakimi są choćby jednostki specjalne. Równocześnie wśród śmigłowców bojowych przestarzałe i zmodernizowane Mi-24 bez dużych nakładów nieuchronnie będą musiały wyjść z użycia, a ich następców nie widać. Równocześnie w 2020 z linii mają wyjść ostatnie posiadane przez Polskę sprawne okręty podwodne. W lotnictwie sytuacja jest też dramatyczna, ponieważ obok 48 myśliwców F-16, wciąż używamy radzieckie MiG-29 i Su-22. Te ostatnie są jednak awaryjne, co prowadziło do szeregu wypadków, a ich wartość bojowa jest dyskusyjna.

W obliczu tak wielkich potrzeb zakupowych i modernizacyjnych strategia MON wydaje się jednak chybiona. Polska kupując zaledwie 32 samoloty F-35 wraz z niezbędnym zapasem rakiet, pakietem logistycznym i szkoleniami może zapłacić ponad 20 mld zł. Tymczasem zakupiony sprzęt nie będzie bezpieczny w kraju i w razie konfliktu będzie najprawdopodobniej musiał zostać przeniesiony do… Niemiec. Rząd oszczędza bowiem na zakupie systemu obrony przeciwlotniczej i rakietowej. Kontrakt na “Patrioty” ogłoszony wielkim sukcesem, w rzeczywistości okazał się kosztowną klapą. Z powodu wysokiej ceny zamiast 8 baterii kupiono zaledwie 2, co oznacza, że nie będziemy mieli możliwości osłaniać skutecznie lotnisk, na których mają stacjonować wspomniane F-35. Tymczasem zaledwie dwie baterie przy rezygnacji ze znacznej części ambicji offsetowych kosztować mają aż 16,6 mld zł. Do stworzenia systemu z prawdziwego zdarzenia zdaniem analizy ma brakować kolejnych 40-50 mld zł, których dziś nie ma. Kosztowną prowizorką miał okazać się również zakup artylerii rakietowej dalekiego zasięgu HIMARS.Zamiast planowanych 160 wyrzutni z powodu kosztów kupiliśmy zaledwie 20, z zapasem amunicji zmniejszonym z 600 do 300 pocisków, co gwarantuje utrzymanie zdolności bojowej przez zaledwie kilka godzin walki.

Równocześnie, gdy rząd tnie plany zakupowe, które całkowicie przekreślają ich sensowność, to w tym samym czasie MON stawia na ilość, a nie jakość. Przy iluzorycznym zwiększeniu finansowania z 1,95% PKB do 2% PKB rząd nie tylko bowiem tworzy obronę terytorialną, ale i zamierza podwoić rozmiar sił zbrojnych o 100% w ciągu najbliższej dekady. Skąd sfinansować nowoczesne uzbrojenie dla tak wielkiej liczby ludzi, nie wie nikt. Prawda jest bowiem taka, że przy obecnym finansowaniu nie stać nas na nowoczesne wyposażenie nawet sił zbrojnych w obecnej liczebności. Te zresztą są obecnie zbiurokratyzowane, a w wielu jednostkach pozbawione realnej zdolności bojowej.

Wnioski z analizy Witolda Jurasza dla Ośrodka Analiz Strategicznych są jasne, Polska albo musi radykalnie zwiększyć finansowanie, albo ograniczyć swoje ambicje, stawiając na jakość a nie ilość, dalej redukując etaty w siłach zbrojnych na rzecz nowoczesnego i skutecznego, a nie medialnego sprzętu.

Obserwując przytoczone dane widać zatem, że rządzący swoją nieodpowiedzialnością i brakiem kompleksowego spojrzenia na potrzeby sił zbrojnych mogą realnie nie zwiększyć bezpieczeństwa Polski wydając na wielkie kontrakty nawet dziesiątki miliardów złotych. Strategia medialnych sukcesów na niewiele przyda się na polu walki, gdzie liczyć się będzie zdolność z eliminacji jednostek przeciwnika. PiS tymczasem budując iluzję przygotowania sił zbrojnych i nieracjonalnie gospodarując ograniczonymi środkami naraża długoterminowo bezpieczeństwo państwa w warunkach coraz mniej stabilnej sytuacji międzynarodowej.

Prof. Jadwiga Staniszkis o Dudzie:

Więcej >>>

O Dudzie jako Dupie tutaj >>>

Jest sprawa, która sztabowcom Prawa i Sprawiedliwości spędza sen z powiek. To groźba rozwinięcia się wątków seksafery z Podkarpacia. Jako że jesteśmy u progu sezonu ogórkowego, kilka miesięcy przed wyborami wydaje się zasadne w tym momencie rozbroić bombę. Prawdopodobnie więc dlatego TVP wyemitowała reportaż dyskredytujący byłego agenta CBA Wojciecha Janika, który ujawnił, że Biuro miało być w posiadaniu seks-taśmy z politykiem PiS.

Czwartkowe wydanie Magazynu Śledczego Anity Gargas w całości poświęcono sylwetce byłego agenta CBA. Opisano w nim przeszłość oraz karierę Janika. A to wszystko z powodu nagrania z agencji towarzyskiej, na której miał znajdować się Marek Kuchciński. Według Janika taśma zniknęła z sejfu kierownictwa CBA, co kilkukrotnie powtórzył podczas posiedzenia sejmowego zespołu ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa.

 

Jak wobec stawianych zarzutów ustosunkował się wymieniany w związku z aferą marszałek Kuchciński, wiemy. Oskarżył Janika o pomówienia, a jego sprawą od maja zajmuje się prokuratura. W materiale TVP wypowiadają się m.in. zastępca koordynatora ds. służb specjalnych Maciej Wąsik, rzecznik CBA Temistokles Brodowski, szef Biura Prasowego Kancelarii Sejmu Andrzej Grzegrzółka. Zgodnie zaprzeczają informacjom przekazywanym przez Janika. W dalszej części materiału inni bohaterowie reportażu podważają wiarygodność agenta. Według nich Janik to konfabulant z problemami w pracy, który w przeszłości miał już dopuszczać się innych bezzasadnych zawiadomień do prokuratury. Nie obyło się również bez dewaluacji jego dorobku naukowego.

Tezom stawianym przez TVP przyjrzał się portal wp.pl. Poprosił Wojciecha Janika o ustosunkowanie się wobec nich. Były agent stwierdza, m.in., że to oficerowie Biura złożyli mu finansową ofertę odkupienia płyty, co może potwierdzić nagraniem. Wobec tezy, iż Janik ujawnił aferę, by pomóc opozycji w wyborach, powiedział: „Nigdy nie interesowała mnie polityka. Takie tezy świadczą o infantylności obecnej władzy, która w każdej nieprzychylnej jej osobie widzi swego wroga. Dla mnie liczy się tylko dobro państwa”.

Jakiekolwiek nie stały za tym zamiary, teza postawiona w TVP tłumaczy za to intencje dziennikarzy co do publikacji materiału. Jakby chcieli powiedzieć przezeń „tylko nie mów nikomu”. Sprawa jest grubego kalibru i wymaga wyjaśnienia, ktokolwiek nie brałby w niej udziału, milczenie nie jest odpowiednią strategią.

Nowelizacja kodeksu karnego to kolejny etap w realizowanym przez Kaczyńskiego planie przekształcenia Polski w państwo autorytarne.

Nowy – jednocześnie drakoński i absurdalny – kodeks karny dobrze demaskuje autorytarną naturę rządów PiS, opartych na oszustwie i podstępie. Rządzący twierdzą, że nowelizacja została przygotowana w reakcji na poruszający film „Tylko nie mów nikomu” Tomasza Sekielskiego o przypadkach pedofilii wśród duchownych.

Film Sekielskiego jak pożar Reichstagu

Gdy jednak się przyjrzymy wprowadzanym zmianom, gołym okiem widać, że to zwykła ściema. Zmieniane zapisy nie mają nic wspólnego z przestępstwami seksualnymi i pedofilskimi. Nie wiadomo też, w jaki sposób ogólne podniesienie wymiaru kar w kodeksie miałoby się przyczynić do zwalczania pedofilii wśród księży – wszak istotą problemu nie były w tym przypadku zbyt łagodne wyroki, lecz brak jakichkolwiek wyroków. Sprawcy chowali się pod parasolem Kościoła, więc w ogóle nie dochodziło do procesów.

Nie wydaje się też możliwe, by cała ta nowelizacja została przygotowana od podstaw po emisji filmu Sekielskiego. Prace nad nią musiały trwać dłużej i niemal na pewno zostały w sekrecie podjęte znacznie wcześniej, a autorzy tylko czekali na nadarzającą się sposobność, by projekt ujawnić i skierować do Sejmu na fali moralnego wzburzenia po jakimś skandalu budzącym powszechne emocje. Wybrali akurat film Sekielskiego, ale równie dobrze mogłaby to być inna głośna sprawa.

Dyktatury w okresie prenatalnym i niemowlęcym tak mają – potrzebują pretekstów do wprowadzania rządów silnej ręki. Gdy się już umocnią, wszelkie uzasadnienia staną się zbędne. Wówczas już samo przez się będzie zrozumiałe, że władza ma prawo brać poddanych za mordę. Na początku jednak potrzebny jest pożar Reichstagu, by „ciemny lud” to zaakceptował.

Wprowadzając drakoński kodeks karny, władza bierze na cel przestępczość pospolitą, nie polityczną, ale nie łudźmy się – tak naprawdę chodzi o zmianę całokształtu relacji między rządzącymi a społeczeństwem. Zresztą długotrwałe trendy w statystykach pokazują, że przestępczość w Polsce spada, więc zaostrzenie kar nie jest potrzebne dla wyeliminowania jakichś groźnych i nasilających się patologii. Ono jest niezbędne dla zmiany klimatu politycznego w Polsce i dla zmodyfikowania prawnych standardów. Gdy już obywatele – niczym pomalutku gotowana żaba – oswoją się z faktem, że za kradzież batonika idzie się na długo do więzienia, wówczas przyjdzie czas na przykręcenie śruby także tym, którzy demonstrują i rozklejają antyrządowe ulotki.

Tajny plan PiS

PiS nigdy się tym głośno nie chwalił, ale od samego początku zamierzał zmienić ustrój Polski i ustanowić autorytarne rządy twardej ręki. Plan był przygotowany zawczasu i po dojściu Kaczyńskiego do władzy zaczął być realizowany z metodyczną konsekwencją. W pierwszym etapie władza zapewniła sobie osłonę medialną, przejmując kontrolę (w istocie nielegalną, antykonstytucyjną) nad mediami publicznymi i nad niezależną prokuraturą.

Następnie przystąpiła do demontażu niezwisłego sądownictwa, zaczynając do samej góry – od Trybunału Konstytucyjnego, czyli punktu domykającego system. Po wyeliminowaniu tego zabezpieczającego zwornika można było kolejno likwidować niezawisłość kolejnych szczebli wymiaru sprawiedliwości.

Do zamachu na Trybunał Konstytucyjny, podobnie jak do zaostrzenia kodeksu karnego, potrzebny był pretekst – i władza go znalazła. „Pożarem Reichstagu” był w tym przypadku fakt, że poprzednia ekipa, ewidentnie naginając prawo, wybrała „na zapas” trzech sędziów Trybunału. Gdyby jednak nie to – znalazłoby się coś innego, a różni symetryści, „pożyteczni idioci” władzy i zwykli kretyni z taką samą gorliwością, jak obecnie mogliby powtarzać, że wart Pac pałaca, że w Polsce, w której rządzi duopol POPiS, ścierają się „dwa polityczne plemiona”, a obrona fundamentów demokracji i państwa prawa to przejaw zacietrzewienia.

Wybory przesądzą o losie Polski

Dziś w realizacji planu PiS doszliśmy do etapu nowelizacji prawa karnego i zaostrzenia represyjności systemu. W kolejny etap wejdziemy po wyborach, jeśli nie daj Boże przyniosą one przedłużenie władzy PiS na kolejne cztery lata – czyli w praktyce na znacznie dłużej. Projekt „ustawy dekoncentracyjnej”, czyli plan zniszczenia wolnych mediów prywatnych czeka już w partyjnych szufladach. Jeśli partia Kaczyńskiego wygra te wybory, niepotrzebny nawet będzie żaden pożar Reichstagu, by go stamtąd wyciągnąć. Zamiast szukać pretekstu władza powoła się na wolę suwerena, który ponoć tak zadecydował przy urnach wyborczych.

Czy w 2014 r. mieliśmy do czynienia – jak stwierdził Bartłomiej Sienkiewicz – z „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”?

Taśmy Marka Falenty od początku ich ujawnienia, czyli od 2014 roku, miały co najmniej podwójny zapaszek i wpisują się w epikę PiS, której oblicze raczej znamy, ale treść szczegółowa jest na razie ukryta, choć się coraz bardziej ujawnia.

Więcej >>>

 

Kaczyński trzęsie portkami, a więc pozywa

15 Czer

Prezes PiS Jarosław Kaczyński pozywa Platformę Obywatelską i jej posłów za łączenie go z aferą dotyczącą spółki Srebrna. – Jarosław Kaczyński postanowił zakneblować nam usta w sprawie Srebrnej – komentuje pozew Krzysztof Brejza, a Marcin Kierwiński dodaje: – Panie prezesie Kaczyński, jest pan jednym z obywateli tego państwa i obowiązuje pana to samo prawo, co innych obywateli.

Jarosławowi Kaczyńskiemu nie spodobało się to, że posłowie opozycji dopytywali o jego powiązania ze spółką Srebrna i aferą dotyczącą budowy dwóch wież w Warszawie.

Pozew dotyczy zarówno Platformy Obywatelskiej, jak i poszczególnych posłów – Krzysztofa Brejzy, Cezarego Tomczyka i Marcina Kierwińskiego. Chodzi o ochronę dóbr osobistych.

– Jarosław Kaczyński postanowił zakneblować nam usta w sprawie Srebrnej – komentuje pozew Krzysztof Brejza. – Będziemy pytać o to imperium, o oligarchię, która uwłaszczyła się na majątku publicznym poprzez spółkę Srebrną. Będziemy pytać o ten biznes deweloperski, interes życia Jarosława Kaczyńskiego, o szczegóły negocjacji z biznesmenem austriackim, i będziemy pytać, co w biurze partii robił prezes banku – dodaje Krzysztof Brejza.

Kilka pytań opozycji

Posłowie opozycji sprawę pozwu Kaczyńskiego chcą wykorzystać, aby zmusić prezesa do stawienia się w sądzie i odpowiedzenia na pytania odnośnie do Srebrnej i działalności biznesowej prezesa PiS-u. Do tej pory prokurator Renata Śpiewak, która zajmuje się sprawą Geralda Birgfellnera, nie zdecydowała się na przesłuchanie prezesa PiS.

– Składamy wniosek o to, aby to pan stawił się przed sądem i skorzystamy z tego pozwu, żeby spojrzeć panu prosto w oczy i żeby zadać kilka pytań o spółkę Srebrna, reklamy państwowych firm uruchomionych w supertrybie do spółki Forum, będziemy pytać o inwestora, całą sprawę oszustwa – dodaje Krzysztof Brejza.

– Przypomina się przysłowie: pokaż mi swojego wroga, a powiem ci, kim jesteś. Dziś trzeba jasno powiedzieć, że całe państwo PiS zostało użyte po aferze spółki Srebrna, aby uderzyć w niezależnych dziennikarzy i posłów – mówi Cezary Tomczyk.

– Nie można pozwolić, żeby państwo prawa przerodziło się w państwo Prawa i Sprawiedliwości, bo to taka różnica, jak między krzesłem a krzesłem elektrycznym. My musimy dziś stać po stronie prawa i po stronie zasad i nie możemy pozwolić na to, aby sprawa spółki Srebrna została zamieciona pod dywan – dodaje Tomczyk.

„Po ujawnieniu rozrostu aparatu kadrowego w ministerstwach jest i odp. z KPRM. 2015 – 583 pracowników / 56 funkcji kierowniczych. 2019 – 714 pracowników / 80 funkcji kierowniczych. Rząd – wielki, większy, największy…” – napisał na Twitterze Krzysztof Brejza. Poseł PO udostępnił odpowiedź Kancelarii Premiera na jego pytanie o stan zatrudnienia na początku 2015 i 2019 roku.

Ten przerost zatrudnienia Kancelaria tłumaczy m.in. likwidacją Ministerstwa Skarbu, którego pracownicy przeszli do KPRM. A w związku z powstaniem Centrum Analiz Strategicznych i Narodowego Instytutu Wolności trzeba było zatrudnić nowych.

Klupa znaczy kupa.

„Jako prawnicy widzimy wszystkie błędy i niebezpieczeństwa tej ustawy. Jako obywatele nie możemy milczeć. Naszym obowiązkiem jest zaprotestować. Przyjęte rozwiązania pozostają w sprzeczności z przepisami Konstytucji RP i międzynarodowymi zobowiązaniami Polski. Zrywają z tysiącletnim dorobkiem europejskiej kultury prawnej, zbliżając nas do obcych kulturowo systemów i filozofii karania praktykowanych w niektórych państwach azjatyckich” – napisali w liście do Andrzeja Dudy profesorowie prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, macierzystej uczelni obecnego prezydenta. Pod listem podpisali się m.in. prof. Jan Widacki, prof. Andrzej Zoll, prof. Stanisław Waltoś prof. Andrzej Mączyński, prof. Piotr Kardas.

Sygnatariusze apelują, że Duda zawetował przegłosowaną w Sejmie i Senacie przez posłów PiS nowelizację Kodeksu karnego. – „W sytuacji, gdy ta zła ustawa została w sposób skandaliczny i bezrefleksyjny przyjęta przez parlament, tylko Pana weto może powstrzymać wejście jej w życie i wyrządzenie nieodwracalnych szkód społecznych, nieodwracalnych szkód poniesionych przez poszczególnych ludzi, szkód dla Polski” – napisali profesorowie.

Według profesorów, pisowska nowelizacja „cofa nas co najmniej o wiek”. – „Twórcy ustawy, poza kilkoma demagogicznymi, na ogół nieprawdziwymi hasłami, nie potrafili rzeczowo podać celu, jakiemu ta nowelizacja ma służyć ani co zmusza do jej wprowadzenia w tak wielkim pośpiechu. Jako prawnicy zdajemy sobie sprawę z wadliwości i społecznej szkodliwości wprowadzanych uregulowań, z kłamliwości jej publicznych uzasadnień. Tę ustawę uchwalano w niedopuszczalnym trybie, bez żadnej rzeczowej konsultacji, bez wysłuchania ekspertów, w warunkach paniki moralnej i silnych społecznych emocji” – stwierdzają sygnatariusze listu. Przypomnijmy, że Ziobro ujawnił swój projekt po emisji filmu braci Sekielskich, ale – jak zaznaczają prawnicy z UJ – nowelizacja Kodeksu karnego ma niewielki związek z karaniem księży pedofilów.

Prof. Jadwiga Staniszkis o Dudzie:

Więcej >>>

O Dudzie jako Dupie tutaj >>>

Stajemy się przyczółkiem amerykańskim w Europie, co dla Donalda Trumpa jest wielkim sukcesem, ale dla nas kompletną klapą.

Wizyta Andrzeja Dudy z rodzinką w USA jest tematem numer jeden w ostatnich dniach. Jedni chwalą, drudzy ganią. Jedni głoszą sukces, inni szukają drugiego dna i podśmiewają się pod nosem. Jednak nie spotkanie panów A.D. i D.T. dzisiaj mnie zajmuje, ale pewna sprawa, która dzięki nim jakoś mi się wbiła do głowy i wyjść z niej nie chce. To ostro przyspieszony proces militaryzacji.

Zbrojenia, których jestem świadkiem, bardzo mnie niepokoją. Każdy, kto dobrze zna historię, rozumie, że to nic nowego. Mechanizm jest niezwykle powtarzalny i prosty. Najpierw straszy się naród, przekonuje, że jest niedoceniany, inni chcą go wykorzystać i w każdej chwili grozi nam jakiś bliżej niesprecyzowany atak. Następny krok to właśnie ładowanie olbrzymiej kasy w modernizację armii, jakieś organizacyjne roszady w wojsku, szukanie pewnego sojusznika, który nas obroni, tworzenie nowych struktur „wojskowopodobnych”. Oczywiście, towarzyszy temu zjawisko narastających pretensji do całego świata, a właściwie konkretnych państw, a na sile przybiera też postawa roszczeniowa. Dodajmy do tego jakiś niewielki nawet kryzys gospodarczy i skupienie się na archaicznym patriotyzmie, który ma przekonać do wyższości narodu nad innymi. Jeśli nie znajdzie się jakaś mądra głowa, która skutecznie swoim autorytetem i siłą pokojowych argumentów, powstrzyma takie działania, to świetnie wiemy, czym one mogą się zakończyć. Nawet nie muszę o tym wspominać, prawda?

– „Oczywiście, zwykli ludzie nie chcą wojny, (…) ale w końcu to przywódcy kraju określają politykę i zawsze łatwo jest pociągnąć za sobą ludzi, niezależnie, czy jest to demokracja, faszystowska dyktatura, parlament czy dyktatura komunistyczna. (…) Mając głos czy go nie mając, ludzie zawsze mogą być podporządkowani przywódcom. To łatwe. Jedyne, co trzeba zrobić, to powtarzać ludziom w kółko, że są atakowani oraz potępić pacyfistów za brak patriotyzmu i narażanie kraju na niebezpieczeństwo. To działa w każdym kraju”. Jeśli się rozejrzymy po własnym podwórku, to trzeba przyznać, że te słowa brzmią bardzo znajomo. Jednak muszę was zaskoczyć. To nie prezes, to wypowiedź Hermanna Göringa podczas procesu w Norymberdze.

Ta nasza droga z czołgiem z przodu i karabinem pod pachą zaczęła się dość niewinnie i początkowo nikt nie przykładał do tego specjalnej wagi, tylko uśmiechał się pobłażliwie i pukał w czoło. Ot, prezes partii rządzącej bąknął kilka razy coś o wrogach i wydawałoby się, że koniec tematu. Jednak z czasem rozpoczęło się istne szaleństwo. Okazało się, że Polacy chętnie kupują podawany im na tacy strach przed Rosją, Niemcami i innymi „złymi”, którzy tylko czyhają gdzieś w ciemnych zakamarkach na odpowiedni moment, by nas zaatakować, zgnębić, podbić, zniszczyć. Poszli jak lep na muchy, nie zdając sobie nawet sprawy, że ten temat w retoryce PiS to nic innego, jak zwykła manipulacja. Partia rozkręciła się na całego, atakując nas z każdej możliwej strony newsami o wrogach, którzy czają się wszędzie, więc musimy biegiem się zmilitaryzować, poprawić stan polskiej armii i być gotowi na najgorsze. Lud coraz bardziej przestraszony, włos mu się jeży z przerażenia i ma narastającą obsesję na punkcie zagrożenia państwowości. Przestaje już łapać, że to jakaś wielka imaginacja rodem z krainy fantasy i z wielką wdzięcznością zapatrzony jest w prezesa, premiera, prezydenta i resztę, którzy nie dadzą nas przecież skrzywdzić, nie oddadzą Polski, obronią nas, zapewnią bezpieczeństwo.

Kiedy naród jest już odpowiednio ustawiony, naładowany patriotyzmem i poczuciem misji dziejowej, PiS wchodzi w kolejny etap, czyli właśnie w tę nieszczęsną militaryzację. Już w lutym 2018 roku było wiadomo, że Polska wydaje procentowo w stosunku do swojego PKB najwięcej na zbrojenia ze wszystkich krajów NATO w Europie. Tylko w tym roku państwo przeznaczy na obronność 44 mld 674 mln zł. Antoni Macierewicz ze swoją obsesją wziął się ostro do roboty w MON – rozwalił, co się dało, tu zawalił jakiś przetarg, tam się wycofał z już gotowej umowy, władował miliony w twór zwany WOT, wymyślił klasy wojskowe w każdym powiecie i rach-ciach, a nowa armia w nowej odsłonie, uzbrojona po zęby stała się wizytówką pisowskiej Polski. To znaczy miała się stać, bo chwilowo przypomina to jeden wielki miszmasz. Jego dzieło kontynuuje z wdziękiem, choć totalnym brakiem kompetencji, Mariusz Błaszczak i tak sobie idziemy w kierunku uzbrojenia po zęby. Na każdym kroku demonstrujemy siłę militarną, która wciąż jest kolosem na glinianych nogach, ale co tam. Ważne, że jeszcze trochę i będziemy zwarci i gotowi, by odeprzeć każdy atak, by poradzić sobie z każdym wrogiem.

PiS-owi udało się też zdobyć nie byle jakiego sojusznika. Faceta, któremu zupełnie nie przeszkadza pisowski populizm, łamanie zasad demokracji, dążenie do autorytaryzmu w najczystszej postaci. I to właśnie z nim Andrzej Duda świętuje teraz przyjaźń, podpisuje różne umowy. Stajemy się przyczółkiem amerykańskim w Europie, co dla Donalda Trumpa jest wielkim sukcesem, ale dla nas kompletną klapą.

Polska to niezła krowa dojna dla USA. Nie dość, że korzystamy już z dostaw amerykańskiego nierentownego gazu łupkowego, którego nikt na świecie nie chce kupować z uwagi na wysokie ceny wydobycia i transportu, zapewniamy dochody amerykańskim firmom wydobywczym w zamian za obietnicę, że Trump wspomoże naszą walkę z Nordstream 2, to teraz będziemy bulić jak za zboże za stacjonowanie większych sił amerykańskich w Polsce. Daliśmy się nieźle wkręcić, stając przeciwko jednolitej i solidarnej polityce UE. Wybraliśmy antyunijnego Trumpa i zapewne w którymś momencie solidnie za to zapłacimy. Ale czy to ważne dla pisowskiej władzy? Skąd… ważne, że będziemy mieć amerykańskich żołnierzy, jakieś tam rakiety, śmigłowce, działa i pewność, że im więcej kasy na nie wydamy, tym bardziej Trump będzie nas kochał.

Przyglądam się polityce PiS i nie wiem, do czego tak naprawdę ta militaryzacja ma nas zaprowadzić. Zrozumiałabym, gdyby te działania miały być zgodne z zasadą, że państwo musi pokazać swoją siłę, gdy chce rozmawiać o pokoju, ale w tym przypadku widzę tylko same zbrojenie się, a co z chęcią utrzymania porozumienia i pokojowego rozwiązywania problemów? Przez te już prawie 4 lata rządów PiS nie zauważyłam, by ta partia potrafiła, a nawet chciała rozmawiać z państwami, z którymi nie zawsze nam po drodze. Mało tego, czasami odnoszę wrażenie, że PiS jest coraz bardziej nastawiony na konfrontację.

Ktoś mi więc może wyjaśni, o co chodzi? Czy to tylko jakaś sztuka dla sztuki, pozorowanie potęgi, prymitywna fanfaronada czy najzwyklejsze lekceważenie polityki, której celem jest utrzymanie bezpieczeństwa światowego? Czym to się dla nas skończy?

Czy w 2014 r. mieliśmy do czynienia – jak stwierdził Bartłomiej Sienkiewicz – z „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”?

Taśmy Marka Falenty od początku ich ujawnienia, czyli od 2014 roku, miały co najmniej podwójny zapaszek i wpisują się w epikę PiS, której oblicze raczej znamy, ale treść szczegółowa jest na razie ukryta, choć się coraz bardziej ujawnia.

Więcej >>>

Rządy Młotków PiS gorsze niż rządy ciemniaków Gomułki

14 Czer

Politycy PiS robią co mogą, aby zdeprecjonować najnowsze informacje biznesmena Marka Falenty skazanego przez sąd ws. afery taśmowej.

„Administracja Donalda Trumpa nadała wizycie polskiego prezydenta wysoką rangę i „rozjeżdżała czołgiem” każdą próbę jej sabotowania” – podaje dziennikarz Wirtualnej Polski Marcin Makowski – powołując się na swoje źródło z MSZ.

Dodaje, że właśnie dlatego sprawa listu amerykańskich kongresmenów – na temat sytuacji w Polsce – wystosowanego do prezydenta USA, w przededniu wizyty Andrzeja Dudy w Białym Domu, została skutecznie storpedowana, lecz teraz powoli nabiera rozgłosu.

Jego inicjatorzy Eliot L. Engel, przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Izby Reprezentantów w Kongresie oraz William R. Keating, przewodniczący Podkomisji ds. Europy, Eurazji, Energii i Środowiska wraz z 13 demokratycznymi członkami Izby Reprezentantów apelują w nim o zwrócenie uwagi na „pogwałcenie wolności słowa” w Polsce, „uzależnienie sądownictwa”, „zagrożenie dla praworządności” oraz nierozwiązaną kwestię „restytucji mienia pożydowskiego”.

Autorzy listu domagają się interwencji w sprawie rządów Prawa i Sprawiedliwości, partii, która od 2015 r. ma „dokonywać bezprecedensowych kroków w sprawie konsolidacji władzy, kosztem instytucji demokratycznych, włączając w to kontrolę nad sądami, instalując partyjnych lojalistów na wpływowych pozycjach w wojsku i spółkach skarbu państwa oraz podważając rolę niezależnych mediów – cytuje WP.

Kongresmani są szczególnie zaniepokojeni stanem sądownictwa w Polsce oraz Sądem Najwyższym. Te same metody „co w Sądzie Najwyższym, zostały również wykorzystane przez prezydenta Andrzeja Dudę oraz ministra Antoniego Macierewicza do dokonania czystki w polskim wywiadzie” – przekonują.

Piszą również o „zagrożeniu wolności słowa”, zwracając uwagę na „media amerykańskich inwestorów w Polsce, które konfrontowane są z coraz większymi zagrożeniami dla ich biznesu oraz możliwości dostarczania niezależnych, obiektywnych i opartych na faktach wiadomości”.

Sygnatariusze listu proszą prezydenta Donalda Trumpa o podniesienie wszystkich tych problemów podczas rozmów z polską głową państwa.

„Nic takiego nie miało miejsca. Żadne z tych zagadnień nie było na agendzie, Trump ani żaden inny członek delegacji USA o nich nie wspominał w czasie rozmów w Białym Domu. Wizyta była merytorycznym i wizerunkowym sukcesem” – oświadczył Wirtualnej Polsce polityk obecny podczas rozmów 12 czerwca w Waszyngtonie.

Prof. Jadwiga Staniszkis o Dudzie:

Więcej >>>

O Dudzie jako Dupie tutaj >>>

Jak podaje TVN24 Władysław Pociej, obrońca oskarżonego Sebastiana K. ws. nieumyślnego spowodowania wypadku wicepremier Beaty Szydło w Oświęcimiu złoży zawiadomienie do prokuratury. Zawiadomienie ma dotyczyć nieumyślnego uszkodzenia nagrań z wydarzenia, do którego doszło dwa lata temu.

Uszkodzeniu miały ulec dwie płyty. Pierwsza z nagraniem przejazdu kolumny Beaty Szydło, a druga zawierająca materiał TVN24 z programu „Czarno na białym”.

Adwokat oskarżonego zdążył skomentować już sprawę. „To jest niebywałe, że dowód w tak ważnej sprawie zostaje uszkodzony. Razem w porozumieniu z moim klientem podjąłem decyzję o złożeniu zawiadomienia do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa, wszczęcia odpowiedniego postępowania w celu wyjaśnienia sprawy i pociągnięcia osób odpowiedzialnych za ewentualne uszkodzenie nagrań” – odniósł się Władysław Pociej do sprawy w rozmowie z TVN24.

Do wypadku z udziałem ówczesnej premier Beaty Szydło doszło 10 lutego 2017 roku. Z ustaleń śledczych wynika, że Sebastian K. przepuścił samochód BOR-u. Natomiast nie zauważył wozu w której znajdowała się Szydło w wyniku czego doszło do zderzenia. Kierowca Fiata Seicento nie przyznaje się do winy.

Tylko patrzeć, jak najlepsze restauracje wpiszą do swoich wykwintnych jadłospisów eskalopki z płetwy bobra na pietruszce, a po osiedlach z wielkiej płyty rozniosą się aromaty bulionu na gryzoniach.

Władza rozdaje awanse, a że nie dyskryminuje absolutnie nikogo, bez względu na pochodzenie i gatunek, o „sortach” to już nawet nie wspominając, toteż ostatnio wielce awansowały… bobry. Zwierzątka dotąd słynęły głównie z budowania tam i grobli.

Awans dotyczy podniesienia rangi bobrów do kategorii zwierząt jadalnych, czyli takich, których zaszczytnym przeznaczeniem jest nekrolog w formie restauracyjnego menu. W ostatnich czasach bobry nie uchodziły za stworzenia do zjedzenia, podobnie jak na przykład żubry. Ale to tylko dlatego, że w narodzie, pod wpływem lewactwa i liberalizmu, upadły pradawne tradycje, w tym również te kulinarne. Bo przecież każde dziecko zna piękne polskie przysłowie: „Dobra to jest zupa z bobra”. Czyż więc – w zaistniałych okolicznościach – można się dziwić „dobrej zmianie”, że w trosce o dietę rodaków zapragnęła przypomnieć o starych dobrych czasach, kiedy bobry stanowiły podstawę smacznej i zdrowej kuchni piastowskiej?

Czy wypada też dworować sobie, jak to teraz czyni „totalna opozycja”, z jakże naturalnego pragnienia partii rządzącej, by „rewolucja” stała się wyłączną specjalnością „dobrej zmiany” i – nawet od strony kuchni – przestała się rodakom kojarzyć z Magdą Gessler?

Ale to już za nami i „twarzą” Kuchennych Rewolucji został minister Ardanowski! Bo to on jest autorem śmiałego projektu, by – jak kiedyś kura we Francji – tak teraz pyszny i pożywny bóbr znalazł się w garnku każdego Polaka. Nie tak, jak za PO, która w karcie dań miała tylko mirabelki i szczaw.

Nie dziwota, że na takiej diecie przez kolejne dekady spadał nam przyrost naturalny. Ale teraz to się zmieni i to wcale nie z powodu „pięćsetplusa”, bo ten jak na razie nie spełnił pokładanych w nim nadziei demograficznych. Za to wprowadzenie do diety zupy z bobra będzie mieć jeszcze i ten dodatkowy skutek, że statystyki dzietności nareszcie odbiją się od dna. Według ministra rolnictwa, płetwa bobra to bowiem… afrodyzjak. Coś jak słowiańska wersja rogu nosorożca.

Więc tylko patrzeć, jak najlepsze restauracje wpiszą do swoich wykwintnych jadłospisów eskalopki z płetwy bobra na pietruszce, a po osiedlach z wielkiej płyty rozniosą się aromaty bulionu na gryzoniach. Całkiem niedawno byliśmy już zresztą potentatem na skalę światową w dziedzinie produkcji kiełbasy z nutrii. A bóbr do nutrii podobny jest z gatunku i urody. I nawet nieco bardziej – by tak rzec – apetyczny.

Poza tym nie takie rzeczy uchodzą na świecie za wyjątkowe przysmaki. Rosjanie zasłynęli z jaj jesiotra, które dla elegancji nazwali „kawiorem”. Francuzi wcisnęli wszystkim w charakterze rarytasów żaby i ślimaki. Wylansowali też jadanie ostryg na surowo. Albo weźmy takie raki. Też stworzenia wodne. Jak bobry prawie. A do tego wyglądają jak duże karaluchy. Ba, karaluchy też bywają jadalne. I jeszcze gąsienice, larwy i świerszcze. W ogóle zapanowała teraz na świecie moda na konsumpcję owadów ze względu na ich powszechną dostępność, niskie koszty pozyskania oraz bogate źródło łatwo przyswajalnego białka. Więc z tą zupą z bobra jako kulinarnym symbolem „dobrej zmiany” to – w sumie – nic szczególnego. Ot, taka piękna polska tradycja.

Niestety, przepis ministra na bobra na szaro nie przyjął się. Może dlatego, że Grzegorze Schetyna – znany zwolennik zachodnich mód – jako przystawkę do szczawiowej i kompotu z mirabelek niedawno zaproponował narodowi szaszłyczki z szarańczy…

Czy w 2014 r. mieliśmy do czynienia – jak stwierdził Bartłomiej Sienkiewicz – z „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”?

Taśmy Marka Falenty od początku ich ujawnienia, czyli od 2014 roku, miały co najmniej podwójny zapaszek i wpisują się w epikę PiS, której oblicze raczej znamy, ale treść szczegółowa jest na razie ukryta, choć się coraz bardziej ujawnia.

Więcej >>>

Duda i Morawiecki: padaczka władzy

13 Czer

Zbigniew Hołdys skomentował wystąpienie prezydent Andrzeja Dudy w Waszyngtonie. Prezydent zaatakował w obecności prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa sędziów Sądu Najwyższego.

Prof. Jadwiga Staniszkis o Dudzie:

Więcej >>>

O Dudzie jako Dupie tutaj >>>

ALARM! Dobry Znajomy premiera, miliarder Tomasz Misiak chce zakazać sprzedaży książki „Morawiecki i jego tajemnice”. Misiak twierdzi, że obrażają go informacje o jego powiązaniach z Mateuszem Morawieckim, Markiem Falentą i Rosją” – napisał na Facebooku Tomasz Piątek autor książki „Morawiecki i jego tajemnice”.

Okazało się bowiem, że – choć trafiła już ona na półki księgarskie – do sądu wpłynął właśnie wniosek o zakazanie jej sprzedaży. Nie złożył go jednak ani sam premier, ani nikt z jego partii tylko właśnie Tomasz Misiak przedsiębiorca, były senator i „dobry znajomy premiera”.

Warto podkreślić, że miliarder nie złożył do sądu żadnego pozwu, ale jedynie wniosek o wstrzymanie sprzedaży, a ten nie został jeszcze rozpatrzony.

Jak zapewnia sam Piątek w rozmowie z portalem naTemat fakty i informacje zawarte w publikacji pochodzą m.in. z Krajowego Rejestru Sądowego, ze strony internetowej firmy Misiaka (Work Service) oraz z opublikowanych rozmów Morawieckiego, nagranych w restauracji „Sowa & Przyjaciele”.

Dziennikarz zaapelował również o czytanie jego książki „póki jeszcze można”.

W komentarzach internauci spekulują jednak, że być może przyczyna takiej decyzji przedsiębiorcy jest całkiem inna, niż ta oficjalna. „Boją się”, „Muszą nieźle portkami trząchać, że chcą zakazać sprzedaży książki”, „Początkowo udawali spokój, a teraz działają. Wydaje im się, że nikt nie zauważy. Trzeba o tym trąbić” – brzmią niektóre z nich.

Nie ma praktycznie tygodnia, żeby Mateusz Morawiecki nie chwalił się, jak Polska pod rządami PiS to kraj mlekiem i miodem płynący.

Tym razem Mateusz Morawiecki nie omieszkał pochwalić się, że za czasów rządów dobrej zmiany pensja minimalna wzrosła już o 700 złotych. Szef rządu nie wspomniał oczywiście, że rząd nie daje Polakom swoich pieniędzy, lecz środki własne pracodawców i pracowników, a najbardziej zyskuje na tym… budżet państwa.

W opublikowanym na Twitterze filmie premier chwali się, że rządy Prawa i Sprawiedliwości podwyższyły pensję minimalną już o 700 złotych. W jej efekcie od 2020 roku najniższe świadczenie nie będzie mogło być niższe niż 2450 złotych miesięcznie. To o 200 złotych więcej niż obecnie.

Mowa oczywiście o kwocie brutto. Dziś pensja minimalna wynosi 2250 zł brutto, co oznacza realną wypłatę w wysokości 1634 zł. Po jej podniesieniu od 2020 roku do 2450 złotych brutto, najmniej zarabiający dostaną 1774 zł na rękę. To oznacza realną podwyżkę w wysokości 140 złotych miesięczne.

Szef rządu chełpi się tym, że będzie to de facto jak dodatkowa, 13. pensja w skali roku.

„Przed nami czasy europejskiego poziomu życia i gospodarki na europejskim poziomie” – kwituje premier.

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że premier ma o swojej ekipie rządowej wyjątkowo wysokie mniemanie. Ale z tym europejskim poziomem życia to jednak trochę przesadził…

Czy w 2014 r. mieliśmy do czynienia – jak stwierdził Bartłomiej Sienkiewicz – z „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”?

Taśmy Marka Falenty od początku ich ujawnienia, czyli od 2014 roku, miały co najmniej podwójny zapaszek i wpisują się w epikę PiS, której oblicze raczej znamy, ale treść szczegółowa jest na razie ukryta, choć się coraz bardziej ujawnia.

Więcej >>>

Morawieckiego postawić przed sądem za oszczerstwa

23 Kwi

„Składam doniesienie o niszczeniu dobrego imienia Polski” – napisał na Twitterze Wojciech Sadurski.„Ob. M Morawiecki wczoraj w Nowym Jorku publicznie ogłosił, że w Polsce nadal orzekają sędziowie stalinowscy, a także winni skazywania dziecięcia Morawieckiego w stanie wojennym i głęboko skorumpowani. Co na to Prokuratura?” – zapytał profesor, po skandalicznej wypowiedzi szefa PiSowiskiego rządu na Uniwersytecie w Nowym Jorku.

Środowisko sędziowskie jest oburzone słowami Morawieckiego, a internauci okrzyknęli go certyfikowanym kłamcą roku.

„Panie premierze Morawiecki jak Pan śmie opowiadać takie banialuki, wysuwać takie oszczerstwa pod adresem polskich sędziów?” – napisał wzburzony adwokat Michał Wawrykiewicz, członek Inicjatywy „Wolne sądy”.

Premier udał się do Nowego Jorku, by promować Polskę i uczynił to w najgorszy ze sposobów. Uniwersytecka debata dotyczyła zmian dokonywanych przez rządzących w sądownictwie. „Dla mnie to jest sytuacja, którą możemy porównać z Francją, z okresem post-Vichy, kiedy Michel Debré w 1958 roku i Charles de Gaulle kompletnie przebudowali system” – oznajmił Mateusz Morawiecki. Nie uwzględnił faktu, że Francja Vichy po klęsce armii francuskiej w 1940 roku, była państwem kolaborującym z hitlerowskimi Niemcami. Przypomnijmy, że premier jest historykiem z wykształcenia. Działa więc z pełną premedytacją.

Porównanie do państwa Vichy, po oskarżaniu sędziów o korupcję przelało czarę goryczy. „Jesteśmy porównywani do nazistowskich kolaborantów odpowiedzialnych za śmierć, za deportację siedemdziesięciu tysięcy Żydów” – ocenia Igor Tuleya, sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie.

„Proszę sobie wyobrazić tych wszystkich ciężko pracujących ludzi, którzy od ponad trzech lat słyszą bez przerwy tego typu zarzuty” – zwraca uwagę zniesmaczony rzecznik SN, sędzia Michał Laskowski.  „To jest naprawdę bardzo bolesne, niesprawiedliwe po prostu” – dodaje. „Te oskarżenia wracają za każdym razem, gdy PiS zmienia prawo. Teraz PiS pracuje już nad ósmą nowelizacją ustawy o Sądzie Najwyższym, która przewiduje między innymi możliwość, że prezesa Sądu Najwyższego będzie wybierał prezydent, co zdaniem opozycji i prawników łamie polską konstytucję” – podkreślił sędzia Laskowski.

Nie milkną komentarze, po spaleniu kuły Żyda przez mieszkańców Pruchnika. Do wydarzeń odniósł się m.in. słynny brytyjski naukowiec Richard Dawkins.

Obłudne kupowanie opłacalnej wyborczo większości przy kompletnym braku wrażliwości na sprawy mniejszości to – oględnie rzecz ujmując – nie jest chyba to, o co chodziło Chrystusowi.

Jestem chrześcijaninem. Pomimo tego, iż Kościół powszechny, a szczególnie ten polski zrobił już bardzo wiele, by od wiary mnie odwieść, ja wciąż uporczywie jestem chrześcijaninem. Nie dla Kościoła jednak ani nie przez Kościół nim jestem. Jestem chrześcijaninem przez, dzięki i dla Chrystusa.

Z drugiej strony mam pewną przypadłość, która od ślepej i bezrefleksyjnej wiary mnie strzeże. Przez całe intelektualnie aktywne życie zastanawiam się, zadaję pytania, podaję w wątpliwość to, co jeszcze przed chwilą uważałem za pewnik, weryfikuję, sprawdzam, upewniam się. Kiedy zbliża się Wielkanoc, czyli najważniejsze święto mojej religii, a On szykuje się do przejścia w krainę, z której nie powrócił żaden podróżnik, oprócz Niego, zastanawiam się jeszcze bardziej. Myślę, że chyba po prostu szukam Prawdy, której do końca znaleźć oczywiście nie sposób.

Bardzo chciałbym wiedzieć, po której stronie coraz wyraźniej i bardziej jednoznacznie spolaryzowanego świata byłby dziś ten najlepszy z ludzi, którzy żyli na ziemi, jedyny z nas, który narodził się bez grzechu pierworodnego i który zmarł nie zgrzeszywszy ni razu.

Swoją drogą zastanawiam się, czy On się zastanawiał, czy miewał wątpliwości, czy choć raz nie był do końca pewien, po której stronie jest racja, czy podał kiedyś w wątpliwość swoje wcześniejsze mniemanie? W gaju oliwnym tamtej nocy, gdy od końca dzieliło go zaledwie kilka godzin, a może po tym, gdy wściekł się na kupczących w świątyni i zniszczył im stragany? Na krzyżu, gdy był najbardziej człowiekiem i gdy był i jest mi najbliższy? Eli, Eli Lamma Sabachthani.

Po której stronie byłby dziś oprócz tego oczywiście, że na pewno nigdy nie obrałby jednoznacznie żadnej strony, bo interesuje Go człowiek jako taki, a nie strony, frakcje, partie, opcje, koterie i grupy światopoglądowe.

Zostawmy Chrystusa. Nie wypada mieszać Boga w lokalne i chwilowe spory toczące się w małej Polsce, a choćby i w wielkim świecie. Nie wypada szczególnie teraz, gdy znów po raz bodaj tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty szósty, w święto Paschy próbujemy wraz z nim przejść od życia do śmierci i z powrotem, od zła do dobra, od mroku do światła. Zostawmy Chrystusa, ale nie zostawiajmy tego, o czym do nas mówi wciąż od nowa, wciąż z miłością.

Dla największego z ludzi najważniejsi zawsze byli ci najmniejsi, najbardziej bezbronni, najubożsi, ci, którzy nie radzą sobie często z najprostszymi rzeczami, ci, dla których życie nie jest zabawą lekką i przyjemną, a raczej drogą prowadzącą pod górę, kamienistą, wśród cierni wiodącą.

Tak zwana dobra zmiana (swoją drogą jest coś lekko niepokojącego w tym, iż jej ojcowie sami nazywają ją dobrą) na swoich sztandarach od początku miała pomoc dla takiego właśnie człowieka. Flagowy projekt PiS, czyli 500+ miał być skierowany do ludzi, którzy w życiu mają pod górę i to nieważne z własnej czy z czyjejś winy. Inna sprawa, że w świecie tzw. dobrej zmiany nic nigdy nie jest z własnej winy. Podobnie miało być z projektami już nie wprost ekonomicznymi, a bardziej dotyczącymi dziedziny sprawiedliwości społecznej, czyli z tak zwanym wstawaniem z kolan. W Polsce owo wstawanie miało polegać na rozliczeniu tych, którzy dorobili się na schedzie po komunie i podzielenie odzyskanych dóbr i odzyskanej godności między do tej pory wykorzystywanych i niszczonych. Na arenie międzynarodowej wstawanie z kolan miało być przemianą z petenta w pełnoprawnego obywatela świata żądającego zasłużonego uznania i szacunku.

Takie były sztandarowe hasła prawych i sprawiedliwych na moment przejścia od III RP, będącej wedle ich wykładni ustawką postkomunistycznych elit ze źle życzącymi Polsce podobnymi, choć chyba niepostkomunistycznymi elitami świata zachodniego, do IV RP, która miała być krainą wiecznej szczęśliwości dla wcześniej haniebnie wykorzystywanych. Celowo piszę o sztandarowych hasłach, a nie o zamiarach albo nawet o programie. Tak naprawdę, co jawi mi się na każdym kroku i co za każdym razem w końcu rozwiewa moje wątpliwości – wszystko to od początku podszyte było bowiem cynicznym kłamstwem i czysto politycznym wyrachowaniem, zimną kalkulacją ludzi, dla których najważniejszą i w gruncie rzeczy jedyną wartością jest utrzymanie się przy władzy.

Młodzi lekarze na dorobku, niepełnosprawne dzieci i ich umęczeni rodzice i w końcu dziś, gdy piszę te słowa, nauczyciele to tylko kilka z wielu grup, które mają pod górę, ale którym tzw. dobra zmiana postanowiła nie pomagać. Dlaczego? Dlatego, że to grupy – jakkolwiek o ogromnym znaczeniu dla funkcjonowania, moralności i przyszłości całego narodu – to jednak mniejszościowe i przez to nieposiadające żadnego literalnie znaczenia dla arytmetyki politycznej rządzących. Do tego w przeciwieństwie do rolników czy górników nie są to grupy, które mogą zagrozić ładowi społecznemu, bo przecież żadna z nich nie przyjedzie przed Sejm z oskardami i łomami, żadna nie będzie palić opon, żadna nie obali siłą ustroju.

Tzw. dobrej zmianie jak kani dżdżu potrzeba do istnienia antagonizmów i tak zwanych wrogów ludu, dlatego źle traktowane mniejszości są tak ważne. A to, że społeczeństwo będzie chorowite, jak niepełnosprawne dzieci i niewyedukowane, jak obywatele trzeciego świata, to po pierwsze nie ma znaczenia ani dziś, ani jutro, kiedy odbędą się wybory, a po drugie akurat niewyedukowane społeczeństwo jest jak najbardziej rządzącym na rękę, bo ludzi nietrzeźwych i niewyedukowanych łatwiej omotać. Wiedzieli to nasi zaborcy i później okupanci, wiedzą to mało sprzyjający przyszłości Polski włodarze dzisiejszej Rosji, którzy nota bene wspierają teraz za pośrednictwem opłaconych przez siebie internetowych trolli kampanię wymierzoną propagandowo w nauczycieli. Na marginesie owa nie pierwsza już zbieżność interesów polskiej tak zwanej dobrej zmiany ze złą zmianą w Rosji jest dość symptomatyczna, szczególnie w kontekście drugiego z kluczowych projektów obecnie rządzących, czyli wstawania Polski z kolan na arenie międzynarodowej. Oto bowiem wypięliśmy na salonach dumnie nasze piersi zdobne w martyrologię i odwieczną walkę narodu polskiego o dobro dla całego świata, ale niestety wygląda na to, że wszyscy wyszli, a ostali się jedynie zawsze czujni przedstawiciele rosyjskiej czerezwyczajki. Na arenie międzynarodowej stoimy zatem tyleż wyprostowani, co kompletnie osamotnieni, a wyjątkowo źle życzący nam duży sąsiad przygląda się temu z chłodnym uśmiechem.

Wygląda na to, że z dobrozmianowych obietnic dla narodu udało się bezwzględnie zrealizować jedną. Ci, którzy wcześniej czuli się mniejsi i gorsi od wyimaginowanych często elit, teraz czują czystą i coraz bardziej nieokiełznaną nienawiść. Pytanie tylko, czy to aby na pewno posunęło nas na chrześcijańskiej drodze ku światłu i przemianie zła w dobro.

Reasumując rozważania na Wielką Noc, oczywiście nie śmiem rościć sobie prawa do wiedzy na temat tego, co na to wszystko powiedziałby Ten, który jest najważniejszą postacią dramatu rozgrywającego się pomiędzy Wielkim Piątkiem a Rezurekcją. Nie śmiałbym, ale z mojego rozumienia przekazu, który nam pozostawił, sianie nienawiści między ludźmi, obłudne kupowanie silnej w swej masie i opłacalnej wyborczo większości przy kompletnym braku wrażliwości na sprawy mniejszości, wmawianie ludziom, że działa się w interesie ich domu, czyli kraju, podczas gdy tak naprawdę niszczy się jego przyszłość w świecie, to oględnie rzecz ujmując nie jest chyba to, o co chodziło Chrystusowi. Nie jest bez względu na to, jak szczere miałbym chęci wobec tak zwanej dobrej zmiany i jak wiele razy nie obróciłbym wszystkiego w swojej głowie w tę i z powrotem, żeby sprawdzić, zweryfikować, podać w wątpliwość, zrozumieć i dojść albo chociaż zbliżyć się do Prawdy.

Wszystko to zaś nie miałoby aż takiego znaczenia i prawdopodobnie w ogóle nie prowadziłbym tego typu rozważań, gdyby nie fakt, iż tzw. dobra zmiana w swej oficjalnej nazwie jawi się jako prawa i sprawiedliwa, a na swych sztandarach nosi krzyż, z którego właśnie w tych dniach po raz kolejny zdejmiemy umęczone ciało Chrystusa. Obłuda to cecha, która w połączeniu z cynizmem daje mieszankę bodaj najgorszą z możliwych. Znów na chwilę sięgam pamięcią do opowieści o zdarzeniach z dni poprzedzających ukrzyżowanie. Tam najbardziej obłudni byli bodaj faryzeusze. Czy dobrze pamiętam, że de facto to oni w końcu z pomocą populistycznej manipulacji zawiedli najświętszego z ludzi na krzyż? Sanhedryn prawych i sprawiedliwych z krzyżem na sztandarach? Dziwnie zestawienie.

Zastanawiam się, dlaczego mam uwierzyć w szczerość intencji rządzących, skoro cały ich obraz kraju, świata i ludzi jest z gruntu fałszywy, nielogiczny i zwyczajnie głupi.

Kancelaria Premiera opublikowała minutowy filmik, w którym Mateusz Morawiecki w krawacie dosiada się do stołu ludzi normalnie ubranych i ku ich zdumieniu przez 50 sekund reklamuje „piątkę Kaczyńskiego”, a przez pozostałe 10 sekund próbuje złożyć nam wielkanocne życzenia. W tym czasie wicepremier Szydło, w tradycyjnej scenerii mieszkania z kominkiem i rodzinnymi fotografiami na ścianach, informuje nas o konieczności przeżywania radości, miłości i nadziei. Natomiast prezes Kaczyński, któremu nie sprawdziło się ani jedno z trzech bożonarodzeniowych życzeń „Polski silnej, sprawiedliwej i dostatniej”, zwraca się tym razem tylko do mniej pamiętliwych mieszkańców Mazowsza za pośrednictwem Facebooka – nie swojego oczywiście, a sekretarza propagandy KC PiS Adama Bielana, który w ten sposób stara się zwiększyć swoje szanse ewakuacji do parlamentu europejskiego.

Na rozmaitych forach wielu innych dostojników posłużyło się tradycją i starannie wybranymi kanonami wiary katolickiej, usiłując przekonać Polaków o doniosłości swej posługi dla kraju i osobistej kolosalnej życzliwości dla rodaków. Ich twarze wygładzały się w ciepłym uśmiechu, a z ust płynęły słowa serdeczne i przyjazne. Nad wielkanocnym przekazem dnia, przygotowanym przez partyjnych propagandystów PiS, unosił się duch Boży, zachęcający do narodowego pojednania i wspólnych pląsów rządzonych z rządzącymi.

Chwilo – trwaj! – chciałoby się powiedzieć, gdyby nie pewność, że natychmiast po świętach znowu się okaże, kto formułuje warunki powszechnej zgody i na czym ma ona polegać. Wyjdzie na jaw, że narodowe porozumienie ma twarz szefa kancelarii premiera, który nie przepuści żadnej okazji, by przydeptać rozmówcę gigantycznym formatem własnego intelektu i przygniatającą wyższością racji partii, z której się wywodzi. Jego występ w „kropce nad i”, gdzie zachowywał się jak właściciel TVN, oszołomił samą Monikę Olejnik. Michał Dworczyk przerywał jej, pokrzykiwał na nią i odpowiadał głównie na niezadane pytania, a swoje tezy, których związek z rzeczywistością był odległy i przypadkowy, uwiarygodnił złowróżbnym pytaniem: – Zarzuca mi pani kłamstwo?!

Wiele lat temu dokładnie taki sam zajadły wyraz twarzy miał sekretarz propagandy, besztający młodego reportera działu miejskiego lokalnej gazety, który próbował pisać nie tylko o leniwych dozorcach i bezczelnych kelnerach. Pochylił się do mnie i wycedził z nieskrywaną groźbą w głosie: – Chcecie powiedzieć, że nasza partia popełnia jakieś błędy?!

Pojednanie oferowane przez PiS ma czasem wykrzywioną w amoku twarz Jarosława Kaczyńskiego, wykrzykującego obelgi pod adresem ludzi opozycji, a czasem, gdy prezes potrafi się opanować, ujawnia oblicze cynicznego manipulanta, który żąda, by wszyscy podpisywali zobowiązanie, że nie zechcą waluty euro póki nie będziemy tak bogaci jak najbogatsi w Europie, czyli może nigdy. Nie zauważył, że wśród 10 krajów, które razem z nami wchodziły do Unii, siedem zdecydowało się na euro i wszystkie już przeskoczyły Polskę pod względem wartości PKB na 1 mieszkańca.

Zgoda narodowa ma dzisiaj strapione oblicze pani Szydło, która rozdzierającym głosem biada nad koszmarną krzywdą polskich dzieci, opuszczonych przez bezdusznych nauczycieli, którzy nie chcą dopisać się do ugody dogadanej z zaprzyjaźnioną „Solidarnością”.  Porozumienie polskie ma równocześnie promienną twarz uśmiechającej się do siebie minister edukacji, o kwalifikacjach gwarantujących sukces wyłącznie w sztuce układania wróżb do ciasteczek. Pojednanie przybiera też sprężystą postać Zbigniewa Ziobry, który – niezrażony siedmioma klęskami projektu ustawy o Sądzie Najwyższym – po raz ósmy próbuje usadowić swoich podwładnych na czele władzy sądowniczej, by w przyszłości ochronić siebie i partyjnych kolesiów przed odpowiedzialnością karną za notoryczne łamanie konstytucji i kodeksowych przepisów.

Liczne niepowodzenia rządzących i niepewność utrzymania stołków spowodowały, że partia władzy przekroczyła kolejny Rubikon. W machinie propagandowej wymontowano hamulce, eliminując wyrzuty sumienia, żenadę i poczucie wstydu. Dolano wysokooktanowego paliwa, bo nowa instrukcja obsługi nakazuje jazdę z cegłą na pedale gazu. Przed kamerami ludzie PiS nie pozwalają teraz wypowiedzieć się przeciwnikom, przerywają rozmówcom, zagadują niewygodne pytania plotąc nie na temat, obwiniają poprzednie rządy o każdą zmianę pogody i bez mrugnięcia okiem kłamią, starając się łgać seriami, bo nawet jak jedno sprostują, to inne zapadną w pamięć. Prominenci PiS konkurują ze sobą na jadowite frazy, mściwe oblicza i przeciwczołgowe miny. Podstawą strategii obronnej jest dzisiaj atak. Dawna opinia Jacka Kurskiego, że Polacy łykną każdą ściemę propagandową, byle atrakcyjnie podaną – teza, która wzbudziła niegdyś wielkie oburzenie – dziś już nie razi. Mało kto reaguje na coraz bardziej bzdurne rewelacje serwowane telewidzom i słuchaczom przez narodową fabrykę kłamstw Jacka Kurskiego.

Upoważnionym do występów przed kamerami rozdano zdjęcia prezesa ZNP w towarzystwie polityków opozycji, które mają dowodzić, że pan Broniarz jest agentem pana Schetyny i robi, co mu każą. Impet, z jakim funkcjonariusze PiS wymachują tymi fotkami oraz słowotok spiskowych podejrzeń skutecznie jak na razie chroni ich przed pytaniem, czy analogicznie liczne zdjęcia Jarosława Kaczyńskiego z politykami opozycji a wręcz obok Donalda Tuska, to dowód, że prezes PiS wykonuje tajną misję PO?

Prominenci PiS sprawiają wrażenie, jakby miesiącami trenowali gesty, miny i zachowania właściwe dla określonych sytuacji. Kiedy w telewizyjnych debatach ktoś ośmiela się zwątpić w sensowność wyborczych prezentów PiS, przedstawiciele tego ugrupowania reagują identycznie: nakładają sobie groźną maskę, pochylają się w stronę rozmówcy, celują w niego palcem i oskarżycielskim tonem cedzą: – To znaczy, że jesteście przeciwko i chcecie ludziom zabrać 500 plus! Ta mimika i ton głosu wystarczają, by rozmówców opuściły refleks i odwaga. Dlatego nie odpowiadają: – Tak, jestem przeciw wypłacaniu 500+ pani Martynie zarabiającej ponad 40 czy 50 tys. miesięcznie za pracę świadczoną prezesowi NBP. Jestem przeciw, bo z raportu Centrum Analiz Ekonomicznych wynika, że z ponad 18 mld zł, które idą na ten cel, blisko 6 mld wędruje do 20 proc. gospodarstw domowych z najwyższymi dochodami! I jestem też przeciw 13 emeryturze dla pobierających z ZUS ponad 20 tys. miesięcznie (są tacy).

Świąteczne życzenia składane Polakom przez rządzących obfitują w zwroty: „serdecznie”, „szczerze”, „prawdziwie” i „z całego serca”.  Zastanawiam się, dlaczego mam uwierzyć w szczerość intencji rządzących , skoro cały ich obraz kraju, świata i ludzi jest z gruntu fałszywy, nielogiczny i zwyczajnie głupi. Polska opływa w dostatki, stać nas na zwiększenie dotacji na kolejny projekt o. Rydzyka (z 70 do 117 mln zł), ale nie ma ani grosza więcej dla nauczycieli, chociaż rząd potwierdza, ze zarabiają skandalicznie mało. W budżecie są „w pełni zabezpieczone” środki na piątkę Kaczyńskiego , ale trzeba podnieść akcyzę, wprowadzić opłatę recyklingową i podatek cyfrowy, oraz skasować do końca OFE wprowadzając drakońską opłatę za samo potwierdzenie, że nasze własne oszczędności są nasze własne.  Jak to było? „Niech nie mówią, że nie ma pieniędzy, bo jeśli się dobrze gospodaruje, to…” Wystarczy ukraść.

Wszystkiego normalnego, kochani!

Karol Nawrocki raduje się, że Chrystus zmartwychwstał w rocznicę wybuchu wojny, a kobiety uwięzione przez hitlerowców w Ravensbrück dla uczczenia tego namalowały pisanki. Alleluja!

Z okazji 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej życzymy Państwu Wesołych Świąt Wielkanocnych – tak należy odczytać treść kartki świątecznej rozsyłanej przez dyrektora tej placówki Karola Nawrockiego. Dobra zmiana przejęła Muzeum dwa lata temu, zaledwie dwa tygodnie po otwarciu, usunęła jego twórcę i pierwszego dyrektora Pawła Machcewicza, zastępując go właśnie Nawrockim.

Dziś Nawrocki rozsyła kartki świąteczne opatrzone logotypem obchodów 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Dwie stylizowane bombki lotnicze wspaniale korespondują z malowanymi talerzykami i pisankami. Właściwie jeszcze ładniej byłoby pokazać, jak te pisanki zrzuca bombowiec średni PZL.37 Łoś, chluba polskiego lotnictwa w 1939 r. W kampanii wrześniowej Łosie zrzuciły w sumie 119 ton bomb, więc gdyby dołożyć do tego kilka pisanek, to i tak nikt by się nie zorientował.

Ja tego niestety nie mogę zrobić, bo nie mam prawa posługiwać się logotypem obchodów 80. rocznicy II światowej. Na stronie muzeum wyraźnie napisano: „Złóż wniosek o zgodę na posługiwanie się identyfikacją wizualną obchodów”. Nie złożyłem takiej prośby, więc mi nie wolno. Mogę jedynie prywatnie i bez logotypu radować się ze zmartwychwstania Pańskiego w 80. rocznicę wybuchu. Ale sam dyrektor Nawrocki to co innego. On w sposób zinstytucjonalizowany i jak najbardziej oficjalny cieszy się, że Zbawiciel powstał z grobu i rozpętał II wojnę światową. Nawiasem mówiąc, czy nie o tym właśnie mówił film Tadeusza Chmielewskiego?

A myślicie, że te pisanki to takie tam zwykłe pokolorowane jajka? Broń Boże. „Ręcznie malowane papierowe pisanki i talerzyki wykonane techniką akwareli w okresie świąt Wielkanocnych przez więźniarki niemieckiego obozu koncentracyjnego Ravensbrück wiosną 1945 r. Na odwrocie pisanek znajdują się autografy więźniarek” – radośnie informuje kartka od dyr. Nawrockiego.

Ta informacja też świetnie koresponduje z życzeniami: „Niech radość płynąca ze Zmartwychwstania Chrystusa nieustannie nam towarzyszy i umacnia nas w wierze, nadziei i miłości. Zdrowych i pogodnych Świąt Wielkanocnych życzy dr Karol Nawrocki”.

Z niecierpliwością czekam na Boże Narodzenie, przed którym pan dyrektor będzie rozsyłać sianko wyciągnięte z sienników więźniarek.

Klechy wychowują polski Ciemnogród, łożymy na to ogromny szmal. Jesteśmy g… warci, fundnęliśmy sobie piekiełko

22 Kwi

Poseł Marek Sowa zapytał Ministerstwo Edukacji Narodowej, ilu katechetów państwo zatrudnia w placówkach publicznych.

MEN odpowiedziało na zapytanie posła Sowy ws. zatrudniania nauczycieli religii w szkołach i  przedszkolach. 

Mieszkańcy Pruchnika (woj. podkarpacki) zorganizowali w Wielki Piątek sąd nad Judaszem.

Kukła Żyda została w pierwszej kolejności powieszona na latarni. Następnie ciągnięto ją po ziemi, okładano kijami, podpalono i wrzucono do rzeki. 

Mateusz Morawiecki w minionym tygodniu udał się z dwudniową wizytą do Stanów Zjednoczonych. W czasie rozmowy z amerykańskimi mediami kolejny raz zaatakował polskich sędziów.

Filozof prof. Jan Hartman zareagował na niedzielne wystąpienie metropolity gdańskiego abp Leszka Sławoja Głódzia w bazylice w Gdańsku-Oliwie.

Polskie władze odniosły się do zamachów terrorystycznych na Sri Lance. Na słowa premiera Matusza Morawieckiego zareagowała Joanna Senyszyn (SLD).