Tag Archives: Ukraina

Rydzyk, afera KNF, bolszewizm – totalitarne stygmaty PiS

3 Gru

Wierchuszka PiS, jak co roku, nie tylko przemawiała, ale też śpiewała na urodzinach Radia Maryja. Moment uchwyciła kamera „Super Expressu” – widać, kto najlepiej bawił się podczas wspólnego wykonywania „Abba Ojcze”. 

Wydawać by się mogło, że na temat sobotnich urodzin Radia Maryja napisaliśmy już wszystko, a jednak docierają do nas kolejne informacje. „Super Express” opublikował na swojej stronie nagranie z tradycyjnego elementu święta rozgłośni – śpiewania „Abba Ojcze”.

Kamera uchwyciła sektor, w którym gościli politycy PiS. W pierwszym rzędzie podrygiwali Mateusz Morawiecki, Mariusz Błaszczak, Joachim Brudziński, Zbigniew Ziobro, Beata Kempa, Adam Kwiatkowski, Antoni Macierewicz i Jan Szyszko.

W drugim rzędzie widać Stanisława Piotrowicza, Józefinę Hrynkiewicz, Annę Sobecką, Zbigniewa Kuźmiuka i Krzysztofa Jurgiela. Na dalszych miejscach znaleźli się też m.in. Łukasz Zbonikowski (oskarżony o naruszenie nietykalności cielesnej żony, sąd umorzył postępowanie ze względu na „znikomą szkodliwość społeczną czynu”) i Waldemar Bonkowski (również oskarżany przez żonę o stosowanie przemocy, z PiS wyleciał za antysemityzm).

Podobne nagranie pojawiło się w sieci przed trzema laty, okazją do śpiewów i tańców były wtedy również urodziny Radia Maryja. W 2014 roku, jeszcze przed dojściem PiS do władzy, na urodzinach rozgłośni obecny był nawet Jarosław Kaczyński. Na tle polityków wyróżniała się zdecydowanie Beata Kempa, która słynie ze swoich umiejętności wokalnych (pochwaliła się nimi m.in. w Watykanie, gdzie odśpiewała psalm na mszy) i sama przyznaje, że lubi śpiewać i często to robi.

Podczas tradycyjnego śpiewania „Abba Ojcze” znów to Kempa wydaje się czerpać największą radość ze śpiewania i podrygiwania.

Czy ktoś z pisowców przypomniał….?

Jest niedzielne popołudnie 4 listopada. Miliarder Leszek Czarnecki, właściciel Getin Noble Banku, ląduje w Warszawie. Prosto z lotniska jedzie do Józefowa do willi Romana Giertycha, niegdyś polityka, dziś znanego adwokata. Zamykają się w gabinecie Giertycha i Czarnecki puszcza mu nagranie swojej rozmowy z szefem Komisji Nadzoru Finansowego Markiem Ch., które dwa tygodnie później zatrzęsie rządem PiS. Na nagraniu Ch. przedstawia słynny już „plan Zdzisława”, dotyczący przejęcia banków Czarneckiego przez państwo za symboliczną złotówkę. Deklaruje, że państwo może dać spokój biznesmenowi, jeśli ten zatrudni jego znajomego prawnika. Wynagrodzenie miało wynieść 1 procent od wartości banków za trzy lata, co miliarder wyliczył na 40 milionów złotych. Czarnecki ma wątpliwości, czy to można uznać za korupcyjną propozycję, bo szef KNF miał zapisać ów 1 procent na kartce, a on tej kartki nie ma, bo nie zabrał jej z jego gabinetu.

– To jest czysta korupcja – odpowiada mecenas. Jednak, żeby uspokoić miliardera, dzwoni po prawnika ze swojej kancelarii. Puszcza nagranie jemu oraz żonie Barbarze, także adwokatce. Cała trójka jest zgodna, że to była propozycja korupcji.

Giertych wie o sprawie od lata. To wtedy Czarnecki po raz pierwszy powiedział mu, że ma nagranie rozmowy z szefem KNF. Oryginał nagrania trzymał w swoim domu we Francji, ze względów bezpieczeństwa. To stamtąd przywiózł je do Giertychów. Przez całe spotkanie Giertych się zastanawia, czy Czarnecki zdecyduje się złożyć zawiadomienie do prokuratury, bo jeśli tak, to – jak uprzedza swojego klienta – „będzie burza na cztery fajerki”. Dla Giertycha to wymarzony scenariusz. Znowu będzie na pierwszej linii frontu w swojej ulubionej roli pogromcy PiS, którego szczerze nie cierpi, odkąd wypadł z polityki w 2007 roku.

Glapiński jednak się nie obroni?

Dwa tygodnie później Czarnecki zeznaje w katowickiej prokuraturze 11 godzin. Towarzyszy mu Giertych. Politycy PiS przekonują, że po odwołaniu Marka Ch. ze stanowiska szefa KNF afera się wypala. Ale nie wiedzą jeszcze, że Czarnecki złożył w prokuraturze nie tylko nagranie rozmowy z szefem KNF. W sumie – jak ustalił „Newsweek” – są trzy nagrania. Jedno z nich – według źródła znającego sprawę – może obciążać szefa NBP Adama Glapińskiego. To jest nagranie spotkania Leszka Czarneckiego z członkami KNF, które odbyło się pod koniec kwietnia, trzy tygodnie po rozmowie Czarneckiego z Markiem Ch. Szef KNF nie wiedział jeszcze, czy miliarder przyjmie korupcyjną propozycję.

– Marek Ch. z jednej strony naciskał Czarneckiego, żeby uzupełnił rezerwy w bankach, a z drugiej zapewniał, że Glapiński obiecał mu pomoc w restrukturyzacji. To może oznaczać, że panowie działali razem – zaznacza mój rozmówca. To byłby poważny problem dla PiS. Bo szefa NBP nie można tak po prostu odwołać. Ma on 6-letnią kadencję zapisaną w konstytucji i sam musiałby się podać do dymisji. A Glapiński wierzy, że się uratuje.

Katowiccy prokuratorzy, prowadzący śledztwo w sprawie afery w KNF, potwierdzają, że Czarnecki złożył w prokuraturze nagrania rozmów i dyktafony. Jednak o szczegółach nagrań nie chcą mówić. Badają je biegli, a ekspertyzy będą gotowe w ciągu kilkunastu dni.

„Nie jest ważne, jak jest, ale jak się mówi”. Słowa te pochodzą z kabaretu Pod Egidą z lat 70. Przypomniały mi się po reakcjach na słowa p. Tuska: „Józef Piłsudski, kiedy pokonywał bolszewików, a więc bronił Zachodu, to miał trochę trudniejszą sytuację niż my dzisiaj. Kiedy Lech Wałęsa pokonywał bolszewików w symbolicznym sensie, to miał o wiele trudniejszą sytuację. Skoro oni dali radę pokonać bolszewików, dlaczego wy nie mielibyście pokonać współczesnych bolszewików?”.

Prawica snuje dywagacje na temat Donalda Tuska

Zaraz rozpoczęły się prawicowe dywagacje, co też p. Tusk miał na myśli. Pan Makowski, dziennikarz pisma „Od [pardon, Do] Rzeczy”, napisał: „Szkoda, że nie dowiedzieliśmy się z ust historyka, kto jest współczesnym bolszewikiem. Putinowska Rosja chce nieść na Zachód idee rewolucji komunistycznej?”. Cóż, p. Makowski nie jest historykiem i zapewnie nie wie, że współczesna Rosja, jeśli chce cokolwiek nieść na Zachód, to raczej tradycyjny imperializm z czasów carskich, ale mniejsza o to. Nie takie rzeczy od rzeczy opowiadają dziennikarze z „Do Rzeczy”, więc ich opinie można, a nawet trzeba uznać za folklor polityczny.

Z drugiej strony wielu aktywistów dobrej zmiany zawrzało oburzeniem i objawiło, że czują się obrażeni, np. w imieniu jednej trzeciej Polaków głosujących na Zjednoczoną Prawicę. Z kolei p. Dworczyk prawi: „Wciąż nie mogę uwierzyć, że [Donald Tusk] przyjeżdża do ojczyzny i w przeddzień Święta Niepodległości jedynym jego przesłaniem są słowa o współczesnych bolszewikach”. Zwykle wiara czyni cuda, ale u p. Dworczyka rolę tę odgrywa niewiara, gdyż dzięki niej przeoczył inne słowa p. Tuska w przeddzień Święta Niepodległości. Problem jest jednak istotny i polega na pytaniu: co znaczy fraza „współczesny bolszewik”?

Co znajdziemy w najnowszych podręcznikach historii

Czy chodzi o PiS i kto poczuł się dotknięty

Przytoczone wyżej odpowiedzi nie są jedyne. Pan Bukowski, doktor filozofii, rzecznik Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych (POKiN), ostatnio mianowany przez IPN świadkiem historii, dokonał poważnej pracy analitycznej i głosi jej wyniki: „Pytanie o to, kogo miał [Tusk] na myśli, mówiąc o współczesnych bolszewikach, padło chyba we wszystkich wywiadach z polskimi politykami, jakie przeprowadzili dziennikarze od ubiegłej soboty. Odczekawszy kilka dni i poobserwowawszy reakcje na swoje słowa, Tusk napisał na Twitterze: »Kiedy powiedziałem, że Polacy dziś też mogą pokonać współczesnych bolszewików, wszyscy uznali, że to było o PiS. Nawet PiS tak pomyślał. A to było o bolszewikach, o nikim innym«. Tą repliką (…) niby zaprzeczył, ale zrobił to w taki sposób, że nadal można zasadnie podejrzewać, iż chodzi mu o rządzący obecnie Polską obóz polityczny”.

Internauta o pseudonimie okryw (dzielny, acz anonimowy), jedna z prawych rąk p. Bukowskiego, doktora filozofii, świadka historii etc., w jego polemikach z adwersarzami (można nawet rzec, iż aparatura wspomagająca rzecznika POKiN) tak zareagował na uznanie go za współczesnego bolszewika: „Chwyty retoryczne jako najważniejszy atrybut bolszewizmu – tu jest miara waszej ponurej głupoty. A może ja coś znacjonalizowałem? Wymordowałem sporą część własnego społeczeństwa? Zsyłałem ludzi do łagrów do niewolniczej pracy kończącej się śmiercią? Przeprowadzałem czystki? Uruchomiłem namolną, tępacką propagandę? Wprowadziłem monopartyjne, totalitarne rządy? Fałszowałem wyniki wyborów? Kradłem państwowe? Albo tak jak wy, towarzyszu, czerpałem pełnymi garściami, korzystając z przywilejów należnych kanaliom, które zapisały się do bolszewickiej partii??? A może tak jak wy z pianą na pysku walczyłem z religią???”. Pan Bukowski, doktor filozofii, świadek historii etc., jakoś nie skomentował tej filipiki, co zdaje się wskazywać, że jest po jego myśli i być może wyraża właściwą troskę o imponderabilia narodowe.

A może neobolszewizm?

Część z tych sympatycznych pytań jest skierowana bezpośrednio do mnie, ale to sprawa drugorzędna. Otóż okryw rozumuje (proszę wybaczyć to sformułowanie – terminy mentalne stosują się do okrywa analogicznie, nie dosłownie) tak: „jeśli x jest określany jako współczesny bolszewik, to jest tym samym uznany za bolszewika”. Nie mogę tutaj zająć się szczegółami logiki przymiotników, ale niech wystarczy uwaga, że odróżnia się przymiotniki determinujące i modyfikujące. Pierwsze wydzielają z pewnej kolekcji obiektów jej część, np. wysoki student jest studentem, natomiast drugie modyfikują znaczenie towarzyszącego im rzeczownika, np. fałszywy przyjaciel nie jest przyjacielem (to nie to samo co wewnętrzna sprzeczność, np. „rozumny okryw”). W pewnych kontekstach mamy do czynienia z mieszaniną semantyczną, np. współczesny ekonomista jest ekonomistą, ale zajmuje się innymi problemami ekonomicznymi i czyni to inaczej niż np. Adam Smith. Owe modyfikacje są mniejsze lub większe, ale zawsze można sprawdzić, jak daleko sięgają.

W rozważanym wypadku, tj. współczesnego bolszewika (w Polsce), nikt nie twierdzi, że wymordował część swego narodu, zsyłał ludzi do łagrów, wprowadził monopartyjne, totalitarne rządy czy fałszował wybory. Te i inne okoliczności sprawiają, że słowo „bolszewik” ma negatywne konotacje przenoszące się na złożenie „współczesny bolszewizm”. Można ewentualnie zaproponować, aby mówić o neobolszewizmie, ale to zapewne nie ostudzi emocji. W swoich felietonach już wskazywałem na analogie pomiędzy państwem dobrej zmiany a PRL. Jeśli to drugie uznać za bolszewizm, był on (stosunkowo) miękki (zwłaszcza po 1956 r.) i w tym sensie neobolszewizm.

Parady, handel i kasa. Czyli Polska „potęgą” na świecie

Jeśli nie PRL, to neo-PRL

Nie o słowa jednak chodzi, ale właśnie o to, jak jest. Jeśli kogoś rażą terminy „współczesny bolszewizm”, „neobolszewizm” czy „miękki bolszewizm”, można z nich zrezygnować bez jakiegokolwiek uszczerbku dla analizy. Można powiadać o neo-PRL, a jeśli to miałoby być też naganne – o tendencjach autorytarnych w Polsce po 2015 r. Oto pierwsza seria analogii oparta na cytacie z okrywa. Czyżby nie przeprowadzało się czystek, np. w sądownictwie, kulturze czy mediach publicznych? Rzecz nie w tym, że wymienia się kadry, ponieważ tak jest wszędzie, ale że czyni się to z powodów politycznych, tak jak w PRL. Czyżby nie prowadziło się namolnej, tępackiej propagandy? Jeśli ktoś ma wątpliwości, niech poczyta okrywa, „Od [pardon, Do] Rzeczy”, posłucha Polskiego Radia i oglądnie TVP Info.

Czyżby dobra zmiana nie dążyła do monopartyjnej władzy? Nie jest totalitarna (na razie?), ale na pewno jest autorytarna. Czyżby obecna władza szanowała mienie państwowe? Nawet jeśli poprzednia ekipa robiła to samo, niewiele lub nawet nic się nie zmieniło. Gorzej, dobra zmiana zaczyna zagarniać mienie prywatne, to niewielkie, wprowadzając coraz to nowe podatki oraz własność sporą, np. projektując przejmowanie banków. Czyżby więksi, średni i całkiem mali aktywiści dobrej zmiany nie czerpali korzyści ze swych wyborów politycznych (ba, nawet to się im „należy”)? Co do piany na pysku, przypomnę, że tak byli często określani krytycy socjalizmu.

Polska zmierza w stronę państwa autorytarnego

Zwykły poseł grozi palcem

Nie ma przecież wątpliwości, że PiS jest partią wodzowską – pod tym względem podobną do PZPR. Tam było Biuro Polityczne, tutaj Komitet Polityczny, tam I sekretarz, tu pewien zwykły poseł. Gdy byłem na drugim roku prawa, profesor prawa rzymskiego, zwany Pretorem, krótko trzymał swych asystentów (dwóch). Pewnego dnia wykładał przy otwartym oknie, a na zewnątrz było dość głośno. W pewnym momencie powiedział: „Jest za duży hałas”. I spojrzał na starszego ze swych podwładnych. Ten spojrzał na młodszego kolegę, który wstał, podszedł do okna i zamknął je. Popatrzył na starszego, ten pokiwał głową, spojrzał na Pretora, ten kiwnął głową i zakończył. Piękny przykład autorytaryzmu.

Zdarzyło się, że p. Tarczyński, poseł, przesadził w swej oracji, i zwykły poseł postanowił zwrócić mu uwagę. Kiwnął ręką w stronę p. Tarczyńskiego, ale ten chyba nie zauważył wezwania. Pan Piotrowicz, siedzący akurat obok zwykłego posła, od razu zaczął energicznie gestykulować w stronę p. Tarczyńskiego, co odniosło pożądany skutek w postaci podejścia tego ostatniego do stanowiska rzeczywistego dowodzenia w Sejmie. Wszystko obyło się bez słowa, niemal dokładnie tak jak w przypadku rozkazu wydanego przez rzeczonego Pretora. Kilka dni później odbyła się debata sejmowa nad kolejną ustawą o zmianie ustawy o Sądzie Najwyższym. Jedna z posłanek była przeciw i tym samym sprzeciwiła się nagle powstałej woli politycznej zgoła odmiennej od tej wcześniejszej o kilka dni, ale równie niezłomnej i jednoznacznej. Zwykły poseł pogroził nieposłusznej parlamentarzystce palcem. W tym przypadku rzecz skończyła się bezboleśnie dla denatki (przynajmniej nie wiadomo, aby było inaczej), ale gdy jeden z radnych wypromowanych przez dobrą zmianę sprzymierzył się z wrażym obozem, zaraz pojawiły się głosy, że trzeba sprawę przemyśleć, aby podobne przypadki nie miały miejsca w przyszłości. Dokładnie tak bywało w innych partiach wodzowskich.

PiS ma ważniejsze sprawy niż etaty w Banku Światowym

W latach 70. głośno było o Andrzeju Jaroszewiczu, synu premiera mającym rozmaite przywileje. Na jednym z zebrań partyjnych ktoś skrytykował „czerwonego księcia”, jak powiadano o rzeczonym synu dostojnika. Kierownik Wydziału Nauki Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Krakowie, obecny na tym spotkaniu, dramatycznie zapytał: „Dlaczego syn premiera ma być dyskryminowany?”. Potomek p. Kamińskiego, osoby ułaskawionej przez p. Dudę, niezupełnie zgodnie procedurami otrzymał intratną posadę w Banku Światowym. Pan Mosiński (z PiS) skwitował to stwierdzeniem: „Gdzieś dzieci pracować muszą”. Fakt, ale (to z Leca) pozostaje nagim, nawet jeśli jest ubrany wedle ostatniej mody.

Pani Mazurek wyjaśniła, że Pan Prezes nic o tym nie wiedział. W końcu uznano, że partia (PiS) nie zajmuje się tym, kto pracuje w Banku Światowym. Też nic nowego. Kiedyś (na początku lat 50.) dwaj autorzy napisali pracę o aktualnych problemach teorii państwa prawa w okresie budowy socjalizmu. Redaktor pisma zarzucił im, że nie cytują towarzysza Bieruta. Cóż było robić, uzupełnili artykuł, ale okazało się, że gwiazda Bieruta nieco przygasła. Rzeczony redaktor wezwał autorów do siebie i groźnie zauważył, że mają pominąć wprowadzone zmiany. Ujął to tak: „Towarzysz Bierut ma ważniejsze sprawy na głowie niż teoria państwa i prawa”. Fakt, PiS ma ważniejsze sprawy niż etaty w Banku Światowym. Pan Piotrowicz nauczył się w młodości stosownego języka i komentując wspomnianą ustawę o kolejnej zmianie ustawy o SN, rzekł tak: „Jeden krok w tył dla zrobienia dwóch kroków naprzód”. To prawie kalka z twórcy bolszewizmu (w wypadku p. Piotrowicza nie trzeba zmieniać terminologii), czyli Lenina, który napisał pracę o taktyce socjaldemokratów „Jeden krok naprzód, dwa kroki w tył”.

I tak liczą się czyny

Już tylko krótko przypomnę niektóre dalsze analogie, np. konstruowanie historii na nowo, administracyjne kreowanie pomnikowych bohaterów, coraz bardziej opresyjne prawo (typowa polityka reżimów autorytarnych), prymat (czytaj: religii) ideologii nad polityką, zamazywanie trójpodziału władz, dezawuowanie sądownictwa (fragment oświadczenia POKiN: „zupełnie nadzwyczajna kasta z rodowodem ubecko-komunistycznym zajęta jest ściąganiem pomocy dla siebie z Berlina i Brukseli”), filipiki przeciwko zgniłemu Zachodowi i zarzucanie mu wtrącania się w nasze suwerenne prawa (specjalność czasów tzw. realnego socjalizmu), wręcz chorobliwą nieufność do obywateli, tłumaczenie własnych porażek błędami poprzedników (tj. winami Tuska), groźby wobec niezależnych mediów, oskarżenia o antypolską współpracę z zachodnimi mediami (tak jak kiedyś z Wolną Europą), bezceremonialną propagandę sukcesu itd.

A jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, niech rozważy następujące słowa wysokiego działacza Porozumienia Centrum (formacji prekursorskiej wobec dobrej zmiany), który miał powiedzieć: „Oni mają kasę, spółki nomenklaturowe, kontrolują biznes. My z tą naszą moralną postawą przegramy. Musimy robić to co oni, tylko mocniej. Trzeba przejąć państwowe przedsiębiorstwa, stworzyć finansowe podstawy partii, zmusić komuchów, by dali nam kasę, wykorzystać ich, by pracowali dla nas. My jesteśmy dobrzy, oni źli. Dla Polski lepiej, byśmy my wygrali”. O ile wtedy słowo „komuch” miało w miarę określone znaczenie, związane z niedawną (wówczas) przeszłością, to obecnie jego zakres został rozszerzony na wszystkich, którzy nie zapisują się do dobrej zmiany. Neobolszewizm lub nie, ale wreszcie trzeba zrozumieć, że ważne, jak jest, a nie to, jak się mówi.

Skąd się bierze lekceważący stosunek Polaków do prawa

Szczyt klimatyczny w Katowicach może okazać się porażką dla organizatorów. Wszystko wskazuje na to, że podczas tego wydarzenia zabraknie najważniejszych światowych przywódców. Wielką nieobecną będzie kanclerz Niemiec Angela Merkel, nie pojawi się też prezydent Francji Emmanuel Macron, ani prezydent Ukrainy Petro Poroszenko. W Katowicach nie będzie również Władimira Putina.

O tym, że najważniejszych światowych przywódców zabraknie na szczycie klimatycznym w Katowicach poinformował wiceminister spraw zagranicznych Bartosz Cichocki na antenie Radia Zet. Wydarzenie rozpocznie się 2 grudnia i potrwa do 14 grudnia.

Informacje o nieobecności Władimira Putina potwierdził pod koniec tygodnia rzecznik Kremla – Dmitri Pieskow. Nie podał też nazwiska osoby, która miałaby pojawić się w Katowicach zamiast prezydenta Rosji.

Stany Zjednoczone będzie reprezentował Wells Griffith, doradca Donalda Trumpa ds. klimatu. To on stanie na czele amerykańskiej delegacji w Katowicach. Nie pojawią się jednak senatorowie Partii Demokratycznej, którzy zrezygnowali z wizyty w Polsce z powodu ważnych głosowań w Kongresie.

Media informowały natomiast, że podczas szczytu klimatycznego w Katowicach mają gościć zaangażowane w walkę o ochronę środowiska gwiazdy – lider U2 – Bono i aktor Leonardo DiCaprio. Wiceminister Bartosz Cichocki w rozmowie z Radiem Zet stwierdził, że nie wie, czy gwiazdorzy rzeczywiście będą uczestniczyć w tym wydarzeniu.

Szczyt klimatyczny odbędzie się od 2 do 14 grudnia w trzech lokalizacjach: katowickim Spodku, Centrum Kongresowym i Strefie Kultury, która w czasie obrad ma status strefy eksterytorialnej zarządzanej przez ONZ. W związku z organizacją szczytu klimatycznego w Katowicach od 26 listopada na Śląsku i w Krakowie obowiązuje pierwszy stopień zagrożenia terrorystycznego.

Katowice: szykują się gigantyczne problemy z parkowaniem

Minister pogardliwie: Nie umawiam się z celebrytami. O kim mowa?

>>>

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o bezpieczeństwie Polski.

Mam wrażenie, że w obecnej Polsce poczucie bezpieczeństwa zdarza się tylko ludziom z niedostatkiem wyobraźni

PiS zdobył władzę pod hasłami praworządności, uczciwości i zapewnienia Polakom bezpieczeństwa. Pierwsza obietnica szybko okazała się nieporozumieniem, Polska pod panowaniem Kaczyńskiego jest dzisiaj co najwyżej prawa żądna. Co do przyzwoitości rządzących – codziennie przybywa przykładów ich arogancji i buty oraz pazerności żarłocznej szarańczy partyjnych nominatów, która obsiadła atrakcyjne stanowiska w administracji, spółkach skarbu państwa i nadzorowanych instytucjach.  A jeśli chodzi o trzecie zobowiązanie, PiS zaklina ponurą rzeczywistość i usiłuje urzędowo zadekretować swoją obietnicę zapewnienia Polakom bezpieczeństwa.

Za poprzedniej władzy groził nam najazd terrorystów przebranych za kobiety i dzieci. Za wschodnią granicą czaiły się tłumy zielonych ludzików z regularnej armii rosyjskiej, rozzuchwalonej strachliwą i służalczą polityką Tuska. W kraju rządziła mafia i „układy”. I nagle stał się cud. Ledwie w październiku 2015 PiS przejął rządy, a już po miesiącu premier Beata Szydło zapewniła, że Polacy mogą czuć się bezpiecznie, biorąc pod uwagę zaangażowanie i pracę naszych służb”.  Niedługo potem Mariusz Błaszczak zagroził, że dopóki rządzi PiS, Polscy mogą się czuć bezpiecznie, bo „my nie zgodzimy się na żadne kompromisy, które by spowodowały, że zagrożone będzie bezpieczeństwo”.  A później premier Morawiecki ogłosił wyniki jakichś badań, z których wynikało, że prawie 90% rodaków żyje już sobie spokojnie, bez jakiegokolwiek poczucia zagrożenia.

Czy Polacy czują się dzisiaj bezpiecznie? Czy sytuacja międzynarodowa, stan wojenny za wschodnią granicą i obecna pozycja Polski uprawnia nas do błogiej pewności jutra? W oficjalnym obiegu obowiązuje narracja, że sytuacja jest poważna, ale bezpośredniego niebezpieczeństwa dla Polski nie ma”.  Zapewne nie ma też niebezpieczeństwa pośredniego, skoro pan prezydent nie zwołał Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Nie zwoływał jej zresztą od 2016 r., bo po pierwsze po co, skoro jest tak bezpiecznie jak nigdy, a po drugie, co takiego mogliby mu powiedzieć ludzie opozycji, czego on sam nie wie, wiedząc przecież wszystko?

Na spędzie funkcjonariuszy PiS, zorganizowanym naprędce pod pretekstem spóźnionego podsumowania trzech lat rządów, o bezpieczeństwie Polaków nikt się nawet nie zająknął. Po co mówić o tym, co oczywiste, co jest i co będzie, póki PiS u władzy? Prawda, że rozpędzono prawie całe dowództwo armii i że w kamasze posłano większość cenionych w NATO polskich generałów za to, że w czasach PRL ośmielili się służyć w wojsku i nie zdezerterowali, gdy wysłano ich na naukę do niesłusznych uczelni wojskowych. I prawdą jest, że sprzęt i uzbrojenie wojska przerdzewiało trochę, a nowe przysługuje tylko żołnierzom terytorialnym. Ale przecież chwalą nas w Ameryce, że zwiększamy wydatki na armię. A poza tym o zwycięstwach nie decyduje uzbrojenie ani liczba żołnierzy, tylko ich duch i wola zwycięstwa. Ile razy trzeba to powtarzać, żeby dotarło do malkontentów?

Na obronność wydajemy dziś ponad 40 mld rocznie. Zwiększenie wydatków do 2,5% PKB, za co Trump chwali rząd PiS, to już zmartwienie następnych rządów, pod warunkiem, że znajdą jeszcze w budżecie jakieś pieniądze. Ale nie procenty przecież decydują o sile armii. Trudno się zorientować, jaki odsetek budżetu przeznaczony jest bezpośrednio na potrzeby wojska. Z kasy MON zakupiono samoloty dla VIP-ów. Z puli na obronę finansowana jest smoleńska tragikomedia, bizantyjskie wydatki byłego ministra, odprawy dla zwalnianych oficerów i podwyższone pensje dla nowych generałów bez większych dokonań, ale popierających chore projekty tej władzy. Ostatnio takie szlify otrzymał płk Tadeusz Szczurek, rektor Wojskowej Akademii Technicznej (z wykształcenia filozof), który włączył się w eksperymenty smoleńskie Wacława Berczyńskiego (słynny „wybuch termobaryczny”), jednocześnie zwalniając z uczelni generałów Adama Sowę, Janusza Lalkę, Jana Klajszmita i Artura Kołosowskiego – naukowców, którzy ustalenia Berczyńskiego negowali.

Marynarka wojenna jest w stanie muzealnym.  Nasza armia lądowa zajmuje 22 pozycję na świecie (wg danych CIA), ale jej wyposażenie znajduje się w permanentnym remoncie. Siły powietrzne dysponują prawie 35-letnimi samolotami Su-22, a helikopterów praktycznie już nie ma.  Co prawda, w ostatnich dniach zakupiliśmy najnowocześniejsze Black Hawki, ale nie dla wojska, tylko dla policji. To świadectwo priorytetów PiS: dobrze wyposażona armia skuteczniej broni społeczeństwa, a dobrze wyposażona policja – kogo?

Podczas spotkania sumującego trzy lata demolowania kraju – konferencji pod żartobliwym tytułem „Praca dla Polski” – okazało się nagle, że Unia jest fajna. A jeszcze tak niedawno prezydent Duda informował, że z przynależności do wspólnoty europejskiej „niewiele wynika dla Polaków”„Mamy prawo do tego, by się tutaj sami rządzić i decydować o tym, jaki Polska ma mieć kształt” – ogłaszał na spotkaniu wyborczym z mieszkańcami Leżajska. Aż do teraz Unia była „wyimaginowaną wspólnotą”, a jej zastrzeżenia do „reformy” sądownictwa – nieuprawnioną ingerencją utrudniającą naprawę Polski, wynikającą z ignorancji, lewackiej proweniencji kierownictwa UE oraz kłamliwych donosów polskiej opozycji.  I oto nagle na zebraniu PiS załopotały unijne flagi. Ktoś uwierzył, że ta partia broni europejskiej wspólnoty przed niewybrednymi atakami opozycji, która bredzi coś o polexicie? Każdy trzeźwo myślący już dostrzegł, że jest to prymitywne odwracanie kota ogonem i że kot Kaczyńskiego podniesionym ogonem zwrócony jest w kierunku Brukseli.  Manewr ten nie poprawi naszej pozycji w Europie i nie poprawi wiarygodności.

Kaczyński trwa w przekonaniu, że konflikty z Unią i zaczepki wobec stowarzyszonych krajów nie wpływają na bezpieczeństwo, bo nie przekładają się na pozycję Polski w NATO. Jest pewny, że artykuł 5 traktatu północnoatlantyckiego, który napaść na jeden kraj utożsamia z agresją na wszystkie państwa NATO, zapewni nam bezpieczeństwo, choćby Polska była „na noże” z każdym uczestnikiem paktu. Jednak gdyby Kaczyński przeczytał traktat, zauważyłby, ze przez wsparcie sojusznika rozumie się podjęcie takich działań, jakie każdy kraj „uzna za konieczne”.  Wobec rzetelnego i przyjaznego sojusznika będą to z pewnością działania natychmiastowe i zdecydowane, a w obronie niewiarygodnego, kłótliwego buca wsparcie ograniczyć się może do podniesienia gotowości armii i wyrażenia kategorycznego oburzenia.

Wraz z Brexitem PiS stracił głównego sojusznika w Europie. Kibicując polskim nacjonalistom, głupio awanturującym się z nacjonalistami ukraińskimi, i mizdrząc się do „ciepłego i miłego” Łukaszenki, rząd polski stracił pozycję stabilizatora wschodnich rubieży Unii.  Nie przysłużyły się nam prowokowane na użytek elektoratu PiS konflikty -z Niemcami o powtórne odszkodowania, z Francją o helikoptery, widelce i fregatę za dolara oraz z pozostałymi państwami NATO za to, że ośmieliły się krytykować „dobrą zmianę”.  Pozostał nam jeszcze „wieczysty sojusz z USA”, który jest jednak niebezpiecznym złudzeniem, bo Trump znacznie częściej niż o przyjaźni z Polską mówi: „America First!”, a rzeczniczka jego Departamentu Stanu już trzykrotnie wytykała nam psucie demokracji. Ostatnio również pani ambasador Georgette Mosbacher uprzejmie nakazała funkcjonariuszom PiS, żeby zabrali łapy od amerykańskiej stacji TVN i w ogóle trzymali się jak najdalej od wolnych mediów. Polskie władze – jak to one – doznały amoku i gwałtownego wzmożenia poczucia godności, uczuć właściwych przedszkolakom, którzy nie potrafią jeszcze oceniać konsekwencji swoich nadpobudliwych reakcji. Minister Brudziński oświadczył w odwecie, że będzie krytykował stacje zagraniczne, w tym amerykańskie, ile razy zechce. Prominentni działacze PiS prześcigali się w inwektywach przezywając panią ambasador nieprofesjonalną, nonszalancką, „nowojorską celebrytką”, bez szacunku dla państwa polskiego, a pupil TVP (obecnie postawiony do kąta), nawoływał, by „zbesztać babsztyla za brzydkie zachowanie” . Tak więc w sojuszu z Polską pozostały tylko Węgry, ale i one lekceważą nasz kraj, oceniając, że wymachujemy szabelką bez powodu, a wyimaginowana godność jest dla Polaków ważniejsza od praktycznych korzyści wynikających choćby z pogłębionej przyjaźni z Rosją.

Ludzie oszczędnie korzystający z rozumu z trudnością odnoszą bezpieczeństwo państwa do ich własnego, prywatnego zagrożenia. Człowiek spytany: – Czy czujesz się bezpiecznie? – w pierwszej kolejności przebiegnie pamięcią, czy on lub ktoś z rodziny oberwał po gębie w ciemnej ulicy, czy ktoś z rodziny został okradziony i czy skarbówka nie wpadła na trop niezgłoszonego dochodu.  Ministrowie rządu PiS na wyścigi zapewniają, że przestrzegającym prawo nic nie grozi, a Polska jest bezpieczna jak nigdy. Jednak wołałbym, żeby zamiast ministra Brudzińskiego wypowiedziały się w tej sprawie kobiety pobite przez narodowców na oczach policjantów, którzy  z zainteresowaniem przyglądali się temu wydarzeniu.  Ciekawy jestem też opinii działaczki na rzecz tolerancji z Wałbrzycha, której całkowicie nieznani sprawcy podpalili mieszkanie, zostawiając wiadomość ( a może raczej swoją wizytówkę): „Źródło smrodu – brudasy”. W sprawie poczucia bezpieczeństwa chciałbym usłyszeć opinię oplutych za to, że w publicznym miejscu rozmawiali z kimś w obcym języku, pobitych za kibicowanie nie tej drużynie co należało, skopanych za koszulkę z „konstytucją”, albo za nic.

Państwo PiS gwarantuje nam bezpieczeństwo, popierając równocześnie tych, którzy nam zagrażają: antyszczepionkowców, nacjonalistów, kiboli, oszołomów smoleńskich czy religijnych fanatyków. Przez cały rok prokuratura biedzi się nad aktem oskarżenia znanych jej ludzi, którzy w świetle jupiterów i często w asyście policji w sposób oczywisty złamali prawo. Słabo rozróżnia między faszystą a patriotą. Nie przyjdzie jej do głowy, że faszystą jest także ten, kto faszyzm usprawiedliwia i również ten, kto faszyzm toleruje. Nie potrafi oskarżyć nawołujących do wieszania myślących samodzielnie. Umarza sprawy o propagowanie faszyzmu. Nawet bandzior, który zgwałcił dwie kobiety, zasługuje na życzliwość prokuratury, bo zakapował kolegów przynosząc splendor organom ścigania. Wiele jeszcze przykładów dowodzi, że organ Zbigniewa Ziobry jest dziś rachityczny, niezdolny do samodzielnego działania i trzeba go pobudzać ręcznie.

Mam wrażenie, że w obecnej Polsce poczucie bezpieczeństwa zdarza się tylko ludziom z niedostatkiem wyobraźni. Pod rządami PiS trzeba się bać. Wojciech Młynarski ostrzegał kiedyś, że „najtrudniej czasami jest rozpoznać bandytę, gdy dokoła są sami szeryfi”.

Waldemar Mystkowski pisze o Morawieckim u Rydzyka.

Nie jestem zaskoczony postawą Mateusza Morawieckiego, zarówno podczas przesuniętego w czasie zjazdu PiS z okazji 3-lecia sprawowania rządów przez tę partię, ani podczas składania hołdu Tadeuszowi Rydzykowi w podczas innego zjazdu – rodzin Radia Maryja.

Morawiecki jest typowym słupem w życiu publicznym, można na nim powiesić obce mu wartości, a on je wygłosi jako własne. Jakie wyznaje poglądy obecny premier rządu RP? Raczej nie wiemy (bo może ich nie mieć), więcej można napisać o jego charakterze, a jest on nieciekawy.

Morawiecki był słupem w banku grupy Santader Bank Zachodni WBK, dzisiaj jest słupem Jarosława Kaczyńskiego. Wcześniej chciał być słupem u Donalda Tuska, ale ten poznał się na jego syndromie żony Lota (która zamieniła się w słup soli), zresztą określił go jako nie wychylającego się podczas dyskusji w gronie doradców, bo… trzeba było mówić własnym głosem. Dobrze to słychać na taśmie z podsłuchu w „Sowie & Przyjaciele”, na której przytakuje politykom Platformy, aby się im przypodobać.

Taki marny charakter, aby się dowartościować zostaje zwykle mitomanem. I tak z nim jest. Jeżeli oglądniemy się do tylu i przeanalizujemy postawy ważniejszych naszych polityków działających na scenie politycznej od 1989 roku sklasyfikujemy Morawieckiego, jako największego mitomana. Nawet jest lepszy w te klocki od samego prezesa PiS, który do swego mitomaństwa używa psychologicznego lustra, zamiast o sobie mówi o „wielkości” brata bliźniaka Lecha.

Jak to z mitomanami bywa, rozmijają się z rzeczywistością, bo żyją w alternatywie kłamstwa i służalczości wobec innych. Mitoman musi komuś się podlizać, komuś służyć, bo czuje się niepełnowartościowy. Przyjmuje za swoje inne wartości i stosuje się do zasady politycznej – wróg mojego przyjaciela jest moim wrogiem.

Świetnie to było słychać podczas wystąpienia Morawieckiego na zjeździe u Rydzyka, ten ostatni za pełnowartościowych Polaków uznaje swoje owieczki, a reszta to lewactwo. I tak podlizał się w hołdzie Rydzykowi premier rządu RP, zwrócił się do niebytu Matki Boskiej i w tej wierze podzielił Polaków wg mniemanej miłości do ojczyzny: „Matko Boska Nieustającej Pomocy, to jest moja wielka prośba, wielkie zawołanie. Miej w opiece naród cały. Również tych, którzy nie kochają Polski aż tak mocno jeszcze póki co, tak jak my tutaj, tak jak cała Rodzina Radia Maryja”.

To się dzieje tu i teraz, a nie w jakiejś przestrzeni średniowiecznej, to nie jest żart, ani mara piekielna. Słup Kaczyńskiego głosi poglądy iście szamańskie, zwraca się do postaci z rzeczywistości alternatywnej, nierealnej. Guzik mnie obchodzi w co wierzy Morawiecki, to jego prywatna sprawa, byle nie wygadał publicznie takich średniowiecznych bzdur i nie klasyfikował wg nich rodaków.

>>>

PiS się cofa na z góry zaplanowane pozycje, czyli nieuchronna porażka zagląda w oczy

27 List

Zniesienie kadencyjności sprawowania funkcji kierowniczych powoduje, że ich utrzymanie wymaga posłuszeństwa i uległości wobec przełożonych. To jeden z wniosków płynących z raportu „Prokuratura pod specjalnym nadzorem” pokazującego szczegółowo mechanizmy i skutki całkowitego podporządkowania prokuratury partyjnemu dyktatowi na przestrzeni trzech ostatnich lat, od listopada 2015 r. do października 2018 r.

Magdalena Kołodziej – wzorowa prokurator PiS

Kto został wymieniony

To pierwsza publikacja startującego dziś serwisu internetowego panstwo-pis.pl poświęconego monitorowaniu działań prokuratury. Redaktorem serwisu jest Krzysztof Król, reprezentujący Stowarzyszenie „Paragraf Państwo”, wydawcy serwisu http://www.panstwo-pis.pl. Szefem rady programowej stowarzyszenia został prof. Leszek Balcerowicz, poza nim w Radzie są m.in. prof. Monika Płatek i prof. Marcin Matczak.

Raport, jak precyzują autorzy, powstał na podstawie publikacji medialnych, powszechnie dostępnych raportów, oficjalnych danych oraz informacji własnych. Większość faktów jest znana, ale zestawione razem w postaci skondensowanej piguły informacyjnej robią piorunujące wrażenie.

Choćby zmiany kadrowe. I tak od samej góry: wymiana sześciu na siedmiu zastępców prokuratora generalnego, niemal wszystkich prokuratorów kierujących biurami lub departamentami, a także ich zastępców w Prokuraturze Krajowej, szefów i zastępców wszystkich 11 prokuratur regionalnych i 44 z 45 prokuratur okręgowych. Swoje stanowisko zachowała tylko Hanna Lewczuk, kierująca Prokuraturą Okręgową w Suwałkach. Autorzy raportu zauważają, że pani prokurator okręgowa jest często obecna na uroczystościach organizowanych przez wiceministra MSWiA Jarosława Zielińskiego.

Prokurator Duś, człowiek Ziobry, do Izby Dyscyplinarnej

Miotła sięgnęła prokuratorskich dołów

W 90 proc. prokuratur rejonowych również wymieniono kadry kierownicze. I to nie tylko prokuratorów rejonowych czy ich zastępców, ale także szefów wydziałów w prokuraturach regionalnych, okręgowych i rejonowych. Tu dokładnych danych brak, bo jak zauważają autorzy raportu, proces jest ciągły, trwa już ponad dwa i pół roku, więc szefów niektórych jednostek wymieniano w tym czasie już dwukrotnie.

Awanse, zwłaszcza te przyspieszone, w szczególnym trybie (art. 76 par. 5 ustawy z 28 lutego 2016 r., Prawo o prokuraturze), bez wymaganego stażu pracy na niższym stanowisku służbowym, były najczęściej nagrodą dla prokuratorów prowadzących sztandarowe śledztwa w okresie pełnienia przez Zbigniewa Ziobrę funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego w latach 2005–07. „Gwardia Ziobry” założyła w 2008 r. Stowarzyszenie Prokuratorów Ad Vocem. Teraz, za drugiego Ziobry, awansowała połowa członków stowarzyszenia. Do Ad vocem należy choćby pięciu zastępców prokuratora generalnego: Bogdan Święczkowski, Marek Pasionek, Krzysztof Sierak, Robert Hernand i Przemysław Funiok.

Prokuratura ma większy budżet, ale działa mniej sprawnie

Kolejna grupa awansujących to krewni polityków PiS

Awansują córki, żony, bracia, jak np. Magdalena Witko, prokurator okręgowy w Piotrkowie Trybunalskim, żona byłego posła PiS Marcina Witki, prezydenta Tomaszowa Mazowieckiego.

Ukrytą formą awansu stały się delegacje prokuratorów przenoszonych w ten sposób do jednostek wyższego stopnia. Zachętę do pilnego wykonywania czynności zawodowych w ramach delegacji do prokuratury nadrzędnej stanowi należne w tym czasie wyższe wynagrodzenie. Jest marchewka, jest i bat: prokurator delegowany ma słabszą pozycję służbową w nowej jednostce i łatwo go odwołać.

Od marca 2016 r., kiedy wprowadzono zmiany w funkcjonowaniu prokuratury, delegowano do jednostek nadrzędnych ponad 1100 prokuratorów. W Prokuraturze Krajowej tylko ok. 60 prokuratorów jest powołanych w normalnym trybie. Większość, czyli 281, to prokuratorzy delegowani. Pozostałe delegacje to 274 do prokuratur regionalnych i 574 do okręgowych.

Prokuratura umiera w ciszy

Przykłady tzw. podwójnych awansów

Chodzi o sytuację, kiedy np. szef prokuratury okręgowej otrzymuje jednocześnie stanowisko prokuratora Prokuratury Regionalnej. A prokurator regionalny awansuje na stanowisko prokuratora Prokuratury Krajowej (przypadek Andrzeja Szeligi, prokuratora regionalnego w Warszawie). Poza prokuratorem Szeligą w ten sposób podwójnie awansowało dwóch prokuratorów regionalnych (obaj to członkowie Ad Vocem) i siedmiu prokuratorów okręgowych.

Kiedy jedni awansują, inni zostają zdegradowani: 22 prokuratorów Prokuratury Generalnej i 91 prokuratorów prokuratur apelacyjnych przeniesiono na niższe stanowiska służbowe. Wielu z tych, którzy uzyskali uprawnienia emerytalne, nie czekało na degradację. Do 15 kwietnia 2016 r. w stan spoczynku odeszło 194 prokuratorów, w tym 16 prokuratorów Prokuratury Generalnej i 30 prokuratorów prokuratur apelacyjnych. W 2016 r. – 305. Do połowy 2017 r. – 128. A wcześniej, przed erą Ziobry, z uprawnień emerytalnych korzystało średnio tylko 120 prokuratorów rocznie.

Zmiany prawno-organizacyjne i związane z nimi zmiany kadrowe zdaniem autorów raportu stworzyły system, w którym istnieją duże możliwości wywierania wpływu na niezależność prokuratorów. Bo ponad 1000 prokuratorów otrzymuje dodatki funkcyjne związane ze sprawowaniem kierowniczych funkcji. Kolejnych 1100 prokuratorów to prokuratorzy delegowani, również potencjalnie podatni na naciski przełożonych. I wreszcie 300 asesorów, którzy muszą uzyskać zgodę przełożonego na wydanie przygotowanej decyzji procesowej. Autorzy raportu podsumowują: ok. 2400, ponad jedna trzecia zatrudnionych w prokuraturze może być podatna na naciski przełożonych.

Raport omawia także działania samej prokuratury: budzące wątpliwości postępowania czy zaniechania ich prowadzenia, przenoszenie spraw pomiędzy prokuratorami. Czyli efekty kadrowej zmiany.

Cykl wydarzeń – od mianowania Mateusza Morawieckiego prezesem Rady Ministrów po drugą turę wyborów samorządowych – zmienił polską politykę – mówi prof. Rafał Chwedoruk, politolog z UW. – Skończyła się ofensywa PiS i chyba pojawiło się coś na kształt wojny pozycyjnej, gdzie obie strony są zdolne do odnoszenia taktycznych sukcesów. Rok 2018 wyglądał zupełnie inaczej niż 2017, kiedy PiS o tej porze roku był u szczytu popularności – dodaje prof. Chwedoruk. Mówi też o aferze KNF i możliwej rekonstrukcję rządu.

JUSTYNA KOĆ: Czy PiS przeszedł do defensywy?

RAFAŁ CHWEDORUK: Niewątpliwie mamy do czynienia ze zmianą sytuacji, co nie przeczy, że PiS cieszy się i będzie cieszyć poparciem wyższym, niż jakakolwiek inna partia. Niemniej ciężko wskazać teraz przesłanki, które wskazywałyby na to, że ta przewaga może się jeszcze powiększyć. Cykl wydarzeń – od mianowania Mateusza Morawieckiego prezesem Rady Ministrów po drugą turę wyborów samorządowych – zmienił polską politykę. Skończyła się ofensywa PiS i chyba pojawiło się coś na kształt wojny pozycyjnej, gdzie obie strony są zdolne do odnoszenia taktycznych sukcesów.

Być może Polska polityka wróciła do stanu sprzed ostatnich wyborów parlamentarnych; wiemy, że PiS wygra, ale do ostatniej chwili nie będziemy wiedzieć, kto będzie miał ile mandatów w Sejmie.

Najważniejsze jest to, że o tym, iż PiS znalazł się w tej defensywie, wiedzieliśmy już po wyborach samorządowych, chociaż podział mandatów w sejmikach przyniósł PiS wielkie zwycięstwo. Natomiast jeśli chodzi o rywalizację międzypartyjną, to niebezpieczeństwo uczynienia z następnych wyborów plebiscytu na temat integracji europejskiej jest dla PiS wyzwaniem. Ta partia musi szybko znaleźć takie tematy, które na nowo określą podziały polityczne tudzież przywrócą te, które przed wyborami były główne. W tym kontekście rzeczywiście możemy mówić, że rok 2018 wyglądał zupełnie inaczej niż 2017, kiedy PiS o tej porze roku był u szczytu popularności.

Pytanie, czy PiS będzie w stanie znaleźć takie osie podziału, żeby znowu podbić słupki poparcia i przejść do ofensywy.
PiS to solidna partia z poważnym zapleczem intelektualnym, z całą pewnością byłaby do tego zdolna, ale widzę tu dwa problemy. Po pierwsze czas –

w tej chwili mamy do czynienia z pewnym interludium w polityce, tzn. wszyscy czekają na następne wyniki sondaży w dalszym odstępie czasu od wyborów samorządowych.

Te sondaże pokażą, czy tendencje zarysowane w wyborach samorządowych mają przełożenie na poparcie dla partii w perspektywie innego typu elekcji, czy będziemy mieli do czynienia z powrotem mechanizmów, które mieliśmy w czasie sporów dotyczących sądownictwa; w szczytowych momentach mobilizacji środowisk opozycyjnych sondaże rosły, natomiast tydzień czy dwa po manifestacjach słupki wracały do normy bądź też nawet po chwili refleksji obywateli następował wzrost poparcia dla partii rządzącej. Drugi

problem PiS polega na tym, że szczególną polityczną broń, jaką są zmiany personalne na szczycie, łącznie z premierem, PiS już wykorzystał. Owszem, może zmienić któregoś z ministrów, ale zauważmy, że już dziś ministrowie PiS-u to nie są ludzie, którzy budziliby ogromne emocje, w tym negatywne.

Nie ma w rządzie Antoniego Macierewicza czy ministra Szyszki. W tym rządzie są politycy z głównego nurtu PiS-u albo drobni koalicjanci lub technokraci. Nie sposób sobie wyobrazić, aby drugi raz w ciągu jednej kadencji bez wyraźnego powodu PiS zmieniło prezesa Rady Ministrów. Dziś już widać, jak bardzo ryzykownym krokiem i nieczytelnym wtedy, a dziś tym bardziej niezrozumiałym, była zmiana premiera u szczytu popularności rządu. Obecna sytuacja prosiłaby się o zmianę premiera i właśnie aby to Mateusz Morawiecki został premierem, pokazując bardziej technokratyczne, liberalne niemal, europejskie oblicze PiS. A tak obecny prezes Rady Ministrów musiał tracić swoje polityczne zasoby na gaszenie różnych drobnych pożarów.

PiS nie może zatem jednym manewrem uciec do przodu, a wojna pozycyjna jest dla tej partii siłą rzeczy kosztowna. Opozycja, która nie organizuje wielkich, spektakularnych manifestacji, nie atakuje PiS-u z jednakową zaciętością w każdym temacie, paradoksalnie jest dużo trudniejszym przeciwnikiem.

Czy „czterdzieści milionów” z afery KNF będą tym samym, co „lub czasopisma” dla SLD albo ośmiorniczki dla PO? Czy to spowoduje znaczne osłabienie rządów PiS-u i w konsekwencji oddanie władzy? Elektorat PiS-u już dużo przełknął: nagrody, Misiewicza, ministra Szyszkę, 27:1…
Znaczenie tych poszczególnych historii było inne. Paradoksalnie to nagrody były dla PiS najgroźniejsze ze względu na etos tej partii i tradycyjne hasła walki z nepotyzmem. Powiedziałbym, że jeśli afera KNF zatrzyma się na obecnym etapie, to nie sądzę, żeby miała wielkie znaczenie dla relacji PiS-u z jego wyborcami i widzę tu dwie przyczyny. Po pierwsze, żelazny elektorat raczej na to nie zareaguje, z kolei ten elektorat, który dołączał do PiS-u w ostatnich kampaniach, który nie był stricte prawicowy i konserwatywny, w wielu wypadkach nie ma złudzeń co do polityków. Drugą istotną sprawą jest to, że trudno wyobrazić sobie bankiera w pozytywnej roli – mówię tu o panu Czarneckim. Mówiąc w skrócie, konsumowanie ośmiorniczek za pieniądze podatnika w restauracji może być dla wyborców, i to różnych, czymś co staje się symbolem. Natomiast świat wielkich finansów, co do którego zaufanie w ostatnich latach, mówiąc delikatnie, raczej nie wzrosło, nie jest czymś, co mogłoby obrosnąć w symbole.

To, że państwo próbuje przejąć bank, który ma kłopoty, było wręcz normą w czasach wielkiego kryzysu. Jedyną perspektywą, aby coś się tu zmieniło, byłyby kolejne informacje w sprawie, które pokazałyby inne bulwersujące aspekty, czego oczywiście nie możemy wykluczyć.

Znaczenie tej sprawy jest inne i nie ma co patrzeć na segmenty elektoratu. Żyjemy w świecie, w którym sektor finansów jest najważniejszy w gospodarce i to w skali globalnej. Każda partia, nawet ta, która przedstawia się jako szczególnie wrażliwa na ekscesy rynku i asertywna wobec kapitalistów, wcześniej czy później, rządząc, musi zacząć szukać jakiegoś modus vivendi z finansjerą krajową i międzynarodową. Nie ma wątpliwości, że PiS uczynił wiele kroków w tę stronę, stąd może nieinteresujące dla wyborców ukłony w stronę przedsiębiorców, stąd też nominacja dla Mateusza Morawieckiego itd. Znalezienie przez PiS jakiegoś modus vivendi z biznesem, dużym polskim biznesem, często powiązanym z międzynarodowym, dawałoby większe perspektywy długotrwałego rządzenia. Myślę, że

po tej sprawie droga PiS-u do porozumienia ze światem finansjery wydłuży się znacznie. Biznes będzie teraz raczej czekać na wynik następnych wyborów, i to jest moim zdaniem jedyna strategicznie ważna kwestia w tej sprawie.

A sprawa pracy dla syna ministra Kamińskiego? To musi wkurzać nawet elektorat PiS-u.
Na pewno nie wzbudzi entuzjazmu, szczególnie biorąc pod uwagę strukturę tego elektoratu, gdzie nadreprezentowane są grupy mniej zamożne i siłą rzeczy wyczulone na kariery na skróty. Natomiast nie jest to precedens w polskiej polityce i wskazanie dziesiątek przykładów u poprzedników nie nastręcza tutaj problemów. Być może większym problemem będzie fakt, że dotyczy to polityka, co do pryncypialności którego nawet najwięksi przeciwnicy nie mieli wątpliwości. Być może spowoduje to większe kłopoty nawet w samym PiS-ie niż na zewnątrz. Natomiast skoro wcześniej sprawa Misiewicza, dużo bardziej jednoznaczna, nie spowodowała rewolucji, to teraz również tej rewolucji nie będzie. Ta sprawa powinna natomiast nauczyć polityków powściągliwości w krytyce nepotyzmu. Okazuje się, że trudno funkcjonować bez elementarnej dozy zaufania do współpracowników, co z kolei zwiększa perspektywy nepotyzmu. Niestety,

Polska nigdy nie będzie pod tym względem drugą Szwecją. Pamiętajmy, że jesteśmy społeczeństwem postchłopskim, które walczyło dramatycznie o przetrwanie i nie sposób będzie moim zdaniem trwale wykorzenić tych zjawisk, bo wiele uwarunkowań historycznych się na to złożyło. Powinniśmy zatem rozliczać osoby protegowane przez polityków przede wszystkim z kompetencji.

Jeden z lewicowych publicystów napisał niedawno, że PiS jako partia weszła w „okres Bieruta”, rozpoczął się etap gnicia władzy. Zgadza się pan z tym określeniem?
Nie zgadzam się z żadnymi metaforami, które porównują polską rzeczywistość i w ogóle obecny świat do lat 30. i 40. Bardzo bym przestrzegał przed używaniem takich analogii, niezależnie od tego, czy te słowa padły z ust lewicującego publicysty, czy ministra w rządzie PiS, czy z ust przewodniczącego Rady Europejskiej, choćby ze względu na nieadekwatność tych słów i pamięć o ofiarach dramatycznych dekad.

Myślę też, że słowo „gnicie” jest błędne, bo PiS rządzi za krótko. Procesy erozji władzy, kiedy nie wiadomo już, jaki jest sens rządzenia, kiedy okazuje się, że kierujący państwem rządzą tylko po to, aby sprawować władzę, kiedy stają się zdolni do wszystkich możliwych kompromisów, żeby tylko utrzymać stołki, z reguły następuje w formacjach, które rządzą wiele kadencji. Myślę, że problem PiS-u jest inny.

Zresztą był jasny jeszcze zanim PiS objął władzę, to jest problem kadr. PiS ma w miarę sprawny klub parlamentarny, ale krótką ławkę. Z wielu historycznych powodów prawica w Polsce ma w kwestiach kadrowych pod górę. Kolejne rządy po 89 roku, w których główne nurty postsolidarnościowej prawicy uczestniczyły, to potwierdzały. Stąd otwartość obecnie rządzących na ludzi z zewnątrz, którzy są kompetencyjnie przygotowani, można tu wskazać wiele przykładów także w obecnej Radzie Ministrów. PiS nie ma problemu z zawieraniem koalicji na niższych szczeblach samorządów, mimo że wydawało się, że będzie odwrotnie. To, co obserwujemy, jest raczej potwierdzeniem kadrowych problemów PiS-u, niż zjawiskiem charakterystycznym dla partii, która sprawuje długo władzę i zdążyła zapomnieć, dlaczego tę władzę zdobyła.

To raczej problem kadrowej „krótkiej kołdry” paraliżuje momentami działalność partii rządzącej, aniżeli coś takiego, co kiedyś pogrążył angielskich torysów czy hiszpańskich socjalistów czy teraz ewidentnie ma miejsce w niemieckiej CDU.

Czy wycofanie się PiS-u ze zmian w Sądzie Najwyższym, chociaż wielokrotnie zapowiadali, że nie ma o tym mowy, nie jest właśnie takim rządzeniem za wszelką ceną?
Każda partia, która chce być partią o masowym poparciu i walczyć o zwycięstwo w wyborach, musi siłą rzeczy balansować między różnymi segmentami wyborców. PiS wygrał wybory, ponieważ jawił się wyborcom z centrum, niezaangażowanym politycznie, jako bliższy normie niżeli konkurenci. Jeśli chodzi o sprawy europejskie, to Polacy generalnie pozostają prounijni. Z drugiej strony istnieje niewielki krąg mocno prawicowych wyborców, którzy są eurosceptyczni.

Cała umiejętność rządzenia w wykonaniu PiS-u polega na tym, żeby być bliżej tych pierwszych wyborców, ale od czasu do czasu wykonywać gesty wobec mniejszościowej grupy. To udawało się PiS-owi do trzech dni przed wyborami samorządowymi.

W tym sensie PiS po takim przebiegu kampanii i rezultacie wyborów zmuszone było dokonać zmiany ustawy. Nie sądzę, aby było to bardzo kosztowne dla partii. Trudno tu też nie oprzeć się refleksji, że w sprawie Trybunału Konstytucyjnego PiS został trochę postawiony przez opozycje pod ścianą i wiadomo było, że finał tej sprawy będzie polityczny, a nie prawno-sądowy. Natomiast w sprawie SN był wcześniej casus węgierski związany z kwestią wieku i walką instytucji europejskich, niezwiązany tylko z wymiarem sprawiedliwości, ale z problemem dyskryminowania ludzi ze względu na wiek, i trudno powiedzieć, jaki sens miałoby brnięcie w konflikt akurat w materii wieku przechodzenia na emeryturę. Warto tu dodać, że pani prof. Gersdorf okazała się dużo zręczniejszym przeciwnikiem, zarówno niż opozycja, jak i jej poprzednicy na kanwie TK, którzy często polityzowali ten spór i dawali PiS-owi możliwość mocnych odpowiedzi medialnych. W tym wypadku unikanie polityzacji i prostych ataków na PiS jako podmiot polityczny było dużo zręczniejsze. Oczywiście

to pokazuje stawkę gry, na razie jeśli chodzi o wybory do PE – opozycja i Grzegorz Schetyna będą robić wszystko, aby przeistoczyć wybory w referendum w sprawie rządzących. PiS będzie robiło wszystko, żeby tematyka europejska w taki prosty sposób nie stała się osią konfliktu.

To będzie trudne w przypadku wyborów europejskich.
Tak i opozycji będzie sprzyjać prostota zarysowanego sporu. Wielu wyborców łatwiej się odnajduje w prostym sporze, aniżeli w skomplikowanych kwestiach. PiS może mieć natomiast nadzieję na to, że targające Europą polityczne wstrząsy osłabią perspektywę kształtowania konfliktu wokół problemów relacji z UE. Istotną kwestią jest to, czy Angela Merkel zapewni sobie wpływ w partii po przekazaniu oficjalnej władzy.

Relacje między KE a Włochami, rządzoną przez lewicę Rumunią, między KE a Węgrami, kryzys polityczny i społeczny we Francji, plus amerykańska ręka pilnująca, aby Europa za bardzo się nie usamodzielniła – to wszystko będzie miało duże znaczenie.

Jeżeli będziemy mieli tu cykl spektakularnych wydarzeń, pokazujących, że Europie towarzyszy niepewność, to może to pracować na korzyść PiS-u. Paradoksalnie jest to czynnik, na który polscy politycy nie mają kompletnie żadnego wpływu.

Po pięciu miesiącach prac rządowy zespół ds. walki z faszyzmem i przestępstwami z nienawiści postuluje poprawienie jednego przepisu kodeksu karnego i stworzenie katalogu symboli niedozwolonych. Katalogu, który PiS sam wycofał w 2016 roku. Na działalności zespołu cieniem kładzie się ukrywanie sprawozdania i polityczny kontekst jego powołania

Po głośnym reportażu dziennikarzy Superwizjera TVN24 o polskich neonazistach premier Mateusz Morawiecki powołał międzyresortowy zespół, który miał zaproponować zmiany w prawie i procedurach, tak by umożliwić służbom skuteczniejszą walkę z przestępstwami z nienawiści i z propagowaniem ustrojów totalitarnych.

Decyzja dość groteskowa, bo choć system ścigania grup neofaszystowskich i sprawców przestępstw z nienawiści wymaga zmian, to podobny zespół w 2016 roku rozwiązała była premier Beata Szydło. Nowy zespół zakończył prace 30 lipca 2018 roku.

I w końcu, po dwumiesięcznych próbach wydobycia sprawozdania z jego prac 23 listopada Kancelaria Premiera przesłała nam 14-stronnicowy dokument (cała treść niżej).

Jak czytamy w sprawozdaniu, w pracach zespołu ds. przeciwdziałania propagowania faszyzmu (pełna nazwa brzmi: i innych ustrojów totalitarnych oraz przestępstwom nawoływania do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość) wzięli udział przedstawiciele czterech ministerstw – w tym Ministerstwa Sprawiedliwości i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, Pełnomocnik ds. Równego Traktowania, a także przedstawiciele Kancelarii Premiera, prokuratury, policji i ABW.

Od marca do czerwca zespół spotkał się cztery razy. Stworzono cztery specjalistyczne grupy robocze przy ministerstwach, a Adam Lipiński był odpowiedzialny za kontakt z organizacjami pozarządowymi, które mogły zgłaszać swoje uwagi. Zgodnie z treścią sprawozdania, zespół szczegółowo analizował przepisy prawa – głównie kodeksu karnego – i postulaty wnoszone przez Rzecznika Praw Obywatelskich.

Efekt tych prac – delikatnie mówiąc – jest marny. Na siedem rekomendacji pięć dotyczy jednego przepisy kodeksu karnego.

Chodzi o art. 256: „Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”;

Analiza, którą przeprowadził zespół wygląda tak, jakby jego członkowie jeden do jeden sprawdzali, które przepisy nie zdały egzaminu w konkretnym przypadku, czyli działalności stowarzyszenia „Duma i Nowoczesność”, które w lesie pod Wodzisławiem Śląskim wyprawiło huczne urodziny Hitlera.

Czemu nie ścigamy za nienawiść klasową?

Diagnoza, którą przeprowadzili eksperci z ministerstw i służb, sprowadza się do 10 krótkich wniosków. Zespół uznał, że:

  • ograniczenie ścigania do „propagowania ustroju” uniemożliwia realne ściganie przestępstw;
  • w wymienionych przesłankach brakuje wskazania na inne niż faszystowski ustroje totalitarne, co również utrudnia służbom identyfikację przestępstw;
  • górna granica sankcji (do 2 lat) z art. 256 kk jest za niska, żeby spełniła rolę odstraszającą;
  • trudna do zdiagnozowania jest przesłanka publicznego charakteru czynów zabronionych w art. 256 kk.;
  • niekonsekwencją w przepisach jest ściganie ze względu na nienawiść na tle etnicznym czy rasowym i ominięcie „nienawiści klasowej”, która „była i wciąż jest w wielu państwach podstawą oficjalnej ideologii skrajnej lewicy”;
  • chociaż fakt posiadania przedmiotów nawiązujących do symboliki faszystowskiej jest łatwy do ustalenia, to już udowodnienie celu – czyli rozpowszechnianie – jest trudne. A to oznacza, że służby nie mają kontroli nad handlem tego typu przedmiotami;
  • służby mają problem w ściganiu sprawców działających w grupach zakonspirowanych;
  • trudni do ścigania są sprawcy popełniający przestępstwa za pośrednictwem internetu;
  • brakuje jednolitego katalogu symboli uznawanych za niedozwolone.

Ścigać za propagowanie ideologii i czczenie Hitlera

W oparciu o powyższą analizę zespół złożył na ręce premiera siedem rekomendacji – jeszcze szczuplejszych niż sama diagnoza.

Proponuje, by w art. 256 kk obok ustroju faszystowskiego znalazło się dokładne wskazanie, że karze podlega też ten, kto propaguje też ustrój „komunistyczny” i „nazistowski„.

Postulują też, by poza „ustrojem” w przepisie dodać nowy typ przestępstwa dotyczący propagowania „ideologii faszystowskiej, nazistowskiej, komunistycznej lub innej ideologii totalitarnej opowiadającej się za użyciem przemocy w celu na wpływania na życie polityczne lub społeczne„. A kara za powyższe przestępstwa ma zwiększyć się do trzech lat pozbawienia wolności.

Ma też pojawić się nowy przepis, czyli art. 256a w brzmieniu: „Kto wspólnie z innymi osobami oddaje hołd lub uroczyście upamiętnia postać historyczną stanowiącą symbol zbrodni związanej z ideologią faszystowską, nazistowską lub komunistyczną podlega karze pozbawienia wolności do roku”.

A jeśli czyn został popełniony w miejscu publicznym to wymiar kary pozbawienia wolności zwiększa się do dwóch lat.

Zespół postuluje też, by zmienić uprawnienia policji i przyznać jej możliwość prowadzenia kontroli operacyjnej w przypadku wszystkich przestępstw zapisanych w art. 256 k.k. Ostatnia rekomendacja dotyczy stworzenia katalogu symboli uznawanych za niedozwolone. Miały by tym się zająć ABW, policja i prokuratura.

Neofaszystowskie stowarzyszenia mogą hulać w internecie

Czego zabrakło? Przede wszystkim żadna rekomendacja nie dotyczy możliwości ścigania przestępstw z nienawiści w internecie. A o to postulował Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar.

Marcin Sośniak z biura RPO mówi OKO.press: „Rzecznik proponował np., by usprawnić komunikację miedzy trzema instytucjami: operatorem internetowym, prokuraturą i organami nadzoru (np. starostami sprawującymi nadzór nad stowarzyszeniami) w razie zidentyfikowania działalności organizacji, o których mowa w art. 13 Konstytucji RP, czyli organizacji odwołujących się do praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakładają lub dopuszczają nienawiść rasową i narodowościową.

Dziś operator kasuje co prawda treści, które są mową nienawiści czy propagują ustroje totalitarne, ale często nie czuje się w obowiązku, aby przekazać informacje organom ścigania. A taki materiał dowodowy dotyczący np. rejestrowanych stowarzyszeń mógłby stanowić podstawę do ich delegalizacji.

Nie ma też żadnego punktu, który dotyczyłby penalizacji członkostwa w organizacjach, których cele lub działalność wypełniają dyspozycję art. 13 Konstytucji, czyli organizacjach, które w swoich programach nawiązują do totalitarnych praktyk i dopuszczają nienawiść rasową czy narodowościową. Udział w tych grupach – tak jak w grupach przestępczych – zgodnie z rekomendacjami międzynarodowych instytucji powinien być karalny.

Praca zespołu była też świetną okazja, by uzupełnić katalog przesłanek przestępstw z nienawiści. Wciąż brakuje w nim wieku, orientacji seksualnej, tożsamości płciowej, płci, czy niepełnosprawności. Jednak zespół zupełnie się do tych kwestii nie odniósł”.

Czczenie lub propagowanie, czyli masło maślane

Marcin Sośniak z biura RPO uważa, że słusznie zespół rozważał przesłankę publicznego propagowania ustroju. ABW w szczegółowych rekomendacjach postulowała, by całkowicie usunąć ją z przepisów. Jednak w rekomendacjach zaproponowanych premierowi panuje chaos.

Nie jest jasne, czy postulat usunięcia przesłanki „publiczności” ze znamion przestępstwa z art. 256 kk zostanie uwzględniony czy nie.

Za to nowy przepis dotyczący czczenia osób utożsamianych z totalitarnymi ustrojami i ideologiami to raczej reakcja na konkretny przypadek nagłośniony przez stację TVN.

Sośniak: „Do tej pory nie było wątpliwości, że publiczne czczenie postaci związanych z ustrojami totalitarnymi może być uznane za przestępstwo propagowania takich ustrojów, czyli przestępstwo z art. 256”.

Sośniak zwraca uwagę, że skoro wśród ideologii wymieniono faszyzm, nazizm i komunizm, to po przecinku można też dodać rasizm. „Jeśli ktoś maszeruje przez miasto w koszulce z krzyżem celtyckim, to trzeba mu zarzucić propagowanie ustroju totalitarnego. Pytanie którego? Dużo wyraźniejsze i łatwiejsze do zakwalifikowania byłoby gdyby w przepisach pojawiło się jasne wskazanie, że propagowanie ideologii rasistowskiej jest zakazane” – mówi Sośniak.

Służby potrzebują drogowskazu, a nie listy symboli zakazanych

„Dobrze, że Zespół wrócił do tematu katalogu symboli niedozwolonych. Choć to nie będzie łatwe zadanie. Łatwiej byłoby stworzyć podręcznik dla służb, który w czytelny sposób objaśniałby znaczenie konkretnych znaków. Prawne zakazanie symboli to raczej coś, co dzieje się na poziomie orzecznictwa, a nie – ustawy”- dodaje Sośniak.

Warto przypomnieć, że w czerwcu 2016 r. MSWiA wycofało podręcznik dla policjantów, opracowany za rządów PO-PSL, który służył właśnie do rozpoznawania przestępstw motywowanych nienawiścią i dyskryminacją. Ministerstwo uznało go za „zideologizowany”.

Wiceminister Jarosław Zieliński, odpowiedzialny za policję, tłumaczył, że podręcznik uczył funkcjonariuszy nienawiści do środowisk prawicowych. MSWiA decyzję podjęło po interpelacji posła Adama Andruszkiewicza, prezesa Młodzieży Wszechpolskiej, któremu nie podobało się, że symbol falangi znalazł się na liście symboli nienawiści.

Marcin Sośniak z Biura Rzecznika Praw Obywatelskich o rekomendacjach wypowiadał się na podstawie dokumentu, który OKO.press dostało od Kancelarii Premiera. Rzecznik wciąż nie dostał ani treści sprawozdania ani odpowiedzi na szczegółowe pytania przesłane do MSWiA.

Waldemar Mystkowski pisze o porażce Ziobry dotyczącej reportażu o faszystach (fragment).

Reportaż TVN zastąpił służby państwa i pokazał im jak na dłoni, czego nie dopatrzyli, czego nie potrafią. W „podzięce” ABW – rzecz jasna za sprawą Prokuratury Krajowej – zamierzało wezwać Wacowskiego i postawić mu absurdalny zarzut propagowania faszyzmu.

Ale już następnego dnia pisowskie mędrki wycofały się. Prokuratura wydała komunikat, iż „przedwczesne jest stawianie zarzutów operatorowi TVN” i jednocześnie odwołuje termin przesłuchania.

Ten komunikat opatrzyć można tylko frasobliwym rechotem. Na tyle zasługuje prokuratura, za którą odpowiedzialny jest magister prawa Ziobro, autor sporej ilości kompromitacji, a ta wcale nie jest największym jego „osiągnięciem”.

To, że materiał TVN nie nosi żadnych znamion przestępstwa, że nie ma w nim szkodliwości społecznej (wręcz przeciwnie), nie ma żadnych podstaw do ścigania dziennikarza, ani tym bardziej stawiania mu zarzutów, wie byle aplikant, byle kauzyperda.

Więcej: winien jest ten, kto ściga bez podstawy – a ściganym był Piotr Wacowski – przekracza uprawnienia i tłumi krytykę prasową (prawo prasowe). I to powinno być zbadane, kto stoi za zleceniem ABW, aby zastraszać.

W tym sensie głupota przykryła aferę KNF, ale tylko na chwilę. Zresztą większość decyzji politycznych PiS przykrywają się nawzajem, są nieustannym kompromitowaniem się, niestety – w imieniu Polski.

Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk potępił działania Rosji wobec Ukrainy na Morzu Azowskim. Zażądał od Moskwy zwrotu zatrzymanych jednostek i zaniechania dalszych prowokacji.

We wpisie zamieszczonym na Twitterze Donald Tusk potępia działania Rosji, ale też żąda od niej zwrotu zajętych trzech jednostek ukraińskiej marynarki wojennej i ich załóg.

Domaga się też, aby Rosja zaniechała dalszych prowokacji.

Tusk omówił już sprawę incydentu na Morzu Azowskim z prezydentem Petrem Poroszenko, ale prócz tego jeszcze dziś spotka się z jego przedstawicielem.

„Europa solidarnie popiera Ukrainę” – napisał Tusk.

Podobne słowa oburzenia na działania Rosji popłynęły już z Niemiec i z Polski.

Moskwa utrzymuje jednak, że winę za incydent ponosi Ukraina, której jednostki bezprawnie wpłynęły na obszar Morza Azowskiego. Rosyjskie media nazywają to „ukraińską prowokacją”.

>>>

>>>

Platforma coraz silniejsza

26 List

Kierwiński: Jeżeli Tusk zdecyduje się wrócić do polskiej polityki, to wróci nie na koniu, tylko po prostu samolotem z Brukseli

– Myślę, że jeżeli Donald Tusk zdecyduje się wrócić do polskiej polityki, to wróci nie na koniu, tylko po prostu samolotem z Brukseli i myślę, źe ta armia Donalda Tuska to nie będzie tylko Platforma, to będzie cała rzesza Polaków, którzy mają dość tego, co z Polską robi pan Duda i pan Kaczyński – stwierdził Marcin Kierwiński w rozmowie z Pawłem Lisickim w „Salonie politycznym Trójki”.

Kierwiński: Nie jest tak, że cała nadzieja spoczywa na Tusku. W wyborach samorządowych KO startowała jako połączenie dwóch partii i te wybory były bardzo dobre

– Nie jest tak, że cała nadzieja spoczywa na Donaldzie Tusku. Proszę zwrócić uwagę, że w tych wyborach, wyborach samorządowych Koalicja Obywatelska startowała jako połączenie dwóch partii, Platformy i Nowoczesnej, dołączała się do tego Inicjatywa Polska i de facto te wybory dla KO były bardzo, bardzo dobre – stwierdził Marcin Kierwiński w „Salonie politycznym Trójki”.

– Nie jest tak, że my nic nie robimy, czekamy tylko na Donalda Tuska na tym przysłowiowym białym koniu. Nie, my swoje robimy. Natomiast jeżeli Donald Tusk chciałby, a ufam, że tak będzie, wrócić i wystartować w wyborach prezydenckich, zmierzyć się z prezydentem Dudą, to będzie tylko dodatkowe wzmocnienie sił opozycyjnych – dodał poseł PO.

Siemoniak o działaniach prokuratury wobec dziennikarza TVN: Czarna seria ministra Ziobry. Chodzi o to, żeby zastraszyć wolne media

Kolejna fatalna wpadka ministra Ziobry po polexitowym wniosku do TK czy parę miesięcy wcześniej nowelizacja ustawy o IPN-ie. Czarna seria ministra Ziobry trwa i sądzę, że jest głównym kandydatem do rekonstrukcji, bo przynosi same kłopoty PiS-owi” – mówił w rozmowie z Beatą Lubecką Radiu Zet wiceprzewodniczący PO, Tomasz Siemoniak.

Pytany o wizytę agentów ABW w domu dziennikarza TVN, odpowiadał: „Przedziwna sytuacja. ABW jest traktowane jak listonosz. Dodatkowy element zastraszania. To słowo „zastraszanie”, które poszło w świat, jest absolutnie właściwie. Chodzi o to, żeby zastraszyć wolne media”.

Darmowe żłobki, 100 złotych na zajęcia pozalekcyjne dla uczniów, podwyżki dla nauczycieli, mieszkania na wynajem, rozpoczęcie prac nad III linią metra – Trzaskowski przedstawił swoje plany

Jak mówiłem podczas kampanii wyborczej, po fazie infrastrukturalnej przyszedł czas na to, żeby skupić się na jakości życia i duża część pierwszych decyzji, kroków będzie dokładnie tego dotyczyła. Pierwszą i najważniejszą decyzją i obietnicą, którą zaczniemy realizować w przyszłym roku, to darmowe żłobki dla wszystkich warszawiaków, niezależnie od tego ile zarabiają. Jeżeli dzieciaki w Warszawie nie znajdą miejsca w żłobku publicznym, będziemy dopłacać do żłobków prywatnych. Od września 2019 roku zapewnimy wszystkim dzieciom w Warszawie miejsce w darmowym żłobku” – mówił na konferencji prasowej prezydent Warszawy, Rafał Trzaskowski.

Zaczynamy od podwyżek. Na początku przyszłego roku 5-procentowa podwyżka dla najmłodszych stażem nauczycieli. Tu mamy największy deficyt. Chcemy przyciągać i zostawiać w zawodzie młodych nauczycieli, żeby było komu uczyć nasze dzieci. Później podwyżki obejmą też nauczycieli kontraktowych. Nowe szkoły – już w przyszłym roku będziemy realizowali kolejne inwestycje na Białołęce, Pradze-Południe, Ursynowie, Żoliborzu, Targówku i Wawrze. Mówiłem o 100 złotych dopłat dla każdego ucznia na zajęcia pozalekcyjne. Zaczniemy program pilotażowy już w 2019 roku, żeby przygotować ten program na kolejne lata. W wybranych szkołach, w wybranych dzielnicach zaczniemy ten program w roku 2019” – dodawał.

W tym roku rozpoczynamy planowanie. W przyszłym roku oddamy 300 mieszkań i będziemy sukcesywnie w kolejnych latach oddawać nowe mieszkania na wynajem. TBS-y już planują nowe lokalizacje. Te lokalizacje zostaną wyznaczone w przyszłym roku, żeby od 2020 budować zgodnie z obietnicą 1500 nowych mieszkań”. Trzaskowski zapowiada też realizację pakiet propozycji dla seniorów i osób z niepełnosprawnościami oraz dla warszawskiego sportu.

Komunikacja to sprawa niesłychanie istotna. Będziemy kończyć II linię metra, ale również rozpoczniemy rozmowy nt. jej ewentualnego przedłużenia do Ursusa. Rozpoczniemy planowanie III linii metra: ekspertyzy, prace geologiczne, planowanie. Musimy to wszystko zacząć robić już w przyszłym roku, żeby ta inwestycja mogła być realizowana w nowej perspektywie budżetowej. Nowe linie tramwajowej – już w przyszłym roku chcemy rozpocząć budowę linii na Wilanów i Gocław, ale chciałbym rozpocząć też prace przygotowawcze nad przygotowaniem nowej linii na Zieloną Białołękę” – zapowiadał Trzaskowski.

Schetyna: Oczekujemy, że rząd RP wykorzysta członkostwo w RB ONZ, aby zagwarantować realizację praw Ukrainy do swobodnego przepływu statków przez Cieśninę Kerczeńską

— KACZYŃSKI ZMUSIŁ ZIOBRĘ DO PRZEŁKNIĘCIA ŻABY – DOMINIKA WIELOWIEYSKA w GW: “Prezes Kaczyński, świadomy tych zagrożeń, postanowił Ziobrze wybić z głowy rozłamy. Szef resortu sprawiedliwości robił wszystko, aby nie stać się twarzą upokarzającego spektaklu, w którym PiS wycofuje się ze zmian o Sądzie Najwyższym. Chciał, aby ktoś inny to firmował, a dla siebie zamierzał zarezerwować rolę niezłomnego, który nigdy na ustępstwa wobec Unii by nie poszedł. Z moich informacji wynika, że Kaczyński tę taktykę przewidział i zmusił Ziobrę do wystąpienia w środowej debacie sejmowej o nowelizacji ustawy o SN. To był patent prezesa PiS na to, by Ziobro nie mógł kreować się na ostatniego niezłomnego. Skuteczny, sądząc po tym, jak Ziobro niemal łamiącym się głosem uzasadniał zmianę. Przełykanie tej żaby szło mu wyjątkowo opornie, ale w końcu ją połknął przy wtórze śmiechów opozycji”.
wyborcza.pl

— NIEUDANY ATAK PROKURATURY NA TVN – SWASTYKĄ W WOLNE MEDIA, SPADA POZYCJA ZIOBRY? – jedynka GW: “Dziennikarza TVN, który zdemaskował neofaszystów, śledczy chcieli ścigać za propagowanie faszyzmu. Ale nagle się wycofali. Czy to oznacza, że w rządzie spada pozycja Zbigniewa Ziobry?”

— MORAWIECKI SIĘ WŚCIEKŁ – DALEJ CZUCHNOWSKI: “Zaraz po tej deklaracji prokuratura Ziobry podjęła decyzję o postawieniu zarzutów Wacowskiemu. Zdaniem naszych rozmówców Morawiecki „się wściekł”, bo „odebrał to jako prowokację ze strony Ziobry”.
wyborcza.pl

— PIS CHCE PRZECZEKAĆ AFERĘ – Agata Kondzińska w GW:“Ta sprawa już zdycha, powołanie komisji tylko by ją podsycało, media ciągle by do tego wracały – mówi nam polityk PiS. – Jest skomplikowana, a bohaterowie średnio rozpoznawalni. Chrzanowski nie był szerzej znany, wraz z dymisją stał się bohaterem negatywnym, niewielu będzie go żałować. Czarnecki może jest bardziej popularny, ale na pozytywnego bohatera też się średnio nadaje. Multioligarcha, który słynie z agresywnych działań na rynku bankowym, z polisolokat czy kredytów frankowych, drugim Kluską dla Polaków nie będzie – dodaje”.
wyborcza.pl

>>>

Najświętszej Panience chcą zawierzyć miasto. Kołtuny w Ciemnogrodzie

26 List

„Prezydent miasta oraz rada miasta świadomi bogactwa duchowego i kultu maryjnego, który przez wieki był obecny w Piotrkowie Trybunalskim pragną w sposób szczególny związać miasto z Najświętszą Maryją Panną, Królową Polski. Wsłuchując się w głos ruchów i wspólnot katolickich działających na terenie naszego miasta, chcemy zawierzyć wszystkie sprawy Piotrkowa Trybunalskiego Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny” – tak brzmi treść oświadczenia, nad którym już w najbliższą środę głosować będą piotrkowscy radni. To jedna z pierwszych kwestii, którą w nowej kadencji postanowili zająć się rajcowie – informuje portal piotrkowtrybunalski.naszemiasto.pl.

Autorem tego „aktu” jest przewodniczący piotrkowskiej rady Marian Błaszczyński, związany z PiS, a wybrany z ugrupowania „Razem dla Piotrkowa”. Nie udało się dziennikarzom portalu dowiedzieć od Błaszczyńskiego, skąd ten pomysł – przewodniczący nie odbierał telefonu.

– „Jestem zszokowana, że rada ma podejmować takie stanowisko. Rozumiem, że to ukłon w stronę kościelnego elektoratu ugrupowania pana prezydenta, bo co ono wnosi, co zmieni w życiu mieszkańców?” – powiedziała Marlena Wężyk-Głowacka z Koalicji Obywatelskiej portalowi piotrkowtrybunalski.naszemiasto.pl. Jak dodała, sama jest katoliczką, ale uważa, że wiara to sfera prywatna i przeciwna jest przenoszeniu jej na grunt polityki. Podczas środowej sesji będzie więc pytała, w głos jakich „ruchów i wspólnot” wsłuchiwał się przewodniczący i jaki procent społeczeństwa miasta one reprezentują.

Zdziwieni pomysłem byli nawet oo. Bernardyni z Piotrkowa, w klasztorze których znajduje się Sanktuarium Matki Bożej Piotrkowskiej, która wcześniej została patronką miasta. – „Piotrków został już oddany w szczególną opiekę Matce Bożej Piotrkowskiej. A Matka Boża to matka Boża, niezależnie od tego, w jakim wizerunku” – stwierdził o. Gracjan Kubica, gwardian klasztoru. Niektórzy radni – jak widać – nie widzą w tym sprzeczności.

Morawiecki znów podpisuje się pod coś, w czym nie uczestniczył. Dyskusja nad umową brexitową trwała raptem trzydzieści kilka minut.

Smutna prawda jest taka, że Polska nic już nie znaczy. Ani w UE,ani na świecie. Z “whizz kid of Europe”(prymusa Europy) zrobili z Polski pośmiewisko. Polski premier to juz dziś tylko pokarm dla tutejszych pelikanów. Zwanych przez rządzących” ciemnym ludem”.

Polscy dyplomaci, prezydent i premier powinni być w Kijowie. Źle się dzieje na Wschodzie. Ale nasze jelopki nie uprawiają żadnej polityki wschodniej.

„Wnoszę do sądu prywatny akt oskarżenia, gdzie domagam się kary ograniczenia wolności dla Jacka Kurskiego poprzez nakazanie prac społecznych. Mam nadzieję, że w przypadku wyroku sądu Trzaskowski znajdzie mu jakąś użyteczną pracę (dbanie o czystość metra?)” – poinformował Roman Giertych na Twitterze. A na Facebooku uściślił: – „Poleciłem przygotować prywatny akt oskarżenia przeciwko każdemu z członków zarządu. Jeżeli któryś z członków zarządu nie zgadza się z oświadczeniem zarządu TVP, to ma czas do wtorku, aby oświadczyć to publicznie”.

To jego reakcja na oświadczenie TVP, o czym w artykule „Giertych to pełnomocnik banksterów i skompromitowanych polityków”. Tego rodzaju określenia zawarte zostały pod adresem adwokata w oświadczeniu zarządu TVP.

>>>

„Tego typu działania TVP jak atakowanie adwokata i to w trakcie, gdy on wykonuje swoje czynności lub później straszenie go prokuraturą, gdy chce dochodzić swych praw, są zwykłym przejawem paniki wywołanej tym, że naród zobaczył oczywistą korupcję na szczytach władzy” – czytamy dalej we wpisie Giertycha.

Adwokat stwierdził, że odbiera jako próbę zastraszania go zapowiedź Jacka Kurskiego o ewentualnym skierowaniu przeciw Giertychowi zawiadomienia do prokuratury. – „Na mało kogo pisano w życiu tyle zawiadomień do prokuratury, czy organów dyscyplinarnych. Generalnie spływa to po mnie jak po kaczce (mam nadzieję, że pan prezes mi wybaczy). I zawsze kończy się tak samo, gdyż nie przekraczam prawa” – dodał Giertych.

Jeśli członkowie zarządu TVP nie wycofają się ze swojego oświadczenia, Giertych napisał na Facebooku, czego będzie od nich żądał. – „Dla każdego z członków zarządu będę się domagał roku ograniczenia wolności poprzez prace społeczne (myślę, że m.st. Warszawa znajdzie dla nich jakąś użyteczną społecznie pracę) w wymiarze 20 godzin miesięcznie, a dla prezesa TVP 40 godzin miesięcznie” – zakończył adwokat.

>>>