Tag Archives: TVP

Kościół katolicki w PL w ruinie i zgliszczach. Jeszcze wierni się pałętają po nim, ale odchodzą od tej szatańskiej instytucji z przekonaniem, że nie będą firmować pedofilii kleru

12 Maj

 

Przykładem cynicznej i wyrachowanej manipulacji po ujawnieniu przypadków pedofilii w polskim kościele jest postawa TVP i przyjęta narracja „Wiadomości”, przypominająca stara radziecką technikę propagandową. Na zarzut odpowiada się niewygodnym dla pytającego stwierdzeniem, które ma go zdyskredytować Kiedyś brzmiało to tak „…a w USA biją murzynów”.

Widać wyraźnie, że „argument murzyński” do dziś nie stracił na swojej aktualności i objawił się w całej krasie przy okazji premiery dokumentu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”.

Telewizja publiczna w materiale „Podwójne standardy opozycji”, nie wspominając o nim w ogóle, skupiła się ni z tego, ni z owego, na osobach trzech pedofilów, którzy – zdaniem PiSowskich dziennikarzy – byli związani z opozycją.

Zaprezentowano więc sylwetkę Piotra Z., byłego radnego PO ze Słupska, który został skazany w 2012 r. za czyny pedofilskie na dwa lata więzienia oraz Rafała P., byłego działacza PO z Gniezna, skazanego za to samo w 2016 r. Nie wspomniano, że drugi mężczyzna był katechetą, ani że Platforma zaraz po aresztowaniu mężczyzn, wyrzuciła ich partii.

Później przypomniano specjalistę ds. wizerunku Piotr T., określanego w materiale „doradcą Palikota” i „jednym z najbliższych współpracowników Donalda Tuska”. Na dodatek środowisko Platformy Obywatelskiej jawnie broniło oskarżonego o seks z nastolatką Romana Polańskiego”.

Najbardziej szokujące jest jednak zamieszanie w pedofilskie skandale imienia Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego Małgorzty Gersdorf. Pani prezes otrzymała bowiem tę samą nagrodę, co sześć lat temu niemiecki polityk Daniel Cohn-Bendit oskarżony później o pedofilię.

Chodzi o nagrodę im. Theodora Heussa, którą pierwsza prezes SN odebrała w sobotę za „wzorową niezłomność, jednoznaczną postawę i odwagę cywilną, z którą broni nieodzownych warunków demokracji”.

Przewodniczący Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna pojawił się dzisiaj w Szczecinie. Nie zabrakło odniesienia do filmu Tomasza Sekielskiego „Tylko nie mów nikomu” na temat pedofilii wśród polskich duchownych.

Abp Sławoj Leszek Głódź skomentował głośny film „Tylko nie mów nikomu” Tomasza Sekielskiego na temat pedofilii w polskim Kościele katolickim.

>>>

Wszyscy podatnicy zrzucają się na sfinansowanie politycznych represji w Polsce pod rządami PiS. Należy się im wiedza, ile ich to kosztuje.

Na same tylko ekspertyzy, mające ujawnić tożsamość osób malujących antypisowskie napisy na chodnikach w Przemyślu policja wydała co najmniej 10 tys. zł – informuje „Gazeta Wyborcza”. Śledztwo trwało rok, zaangażowano w nie tłumy funkcjonariuszy, dzielnicowych, śledczych, dokumentacja liczy 270 stron. Dzielni policjanci ustalili domniemaną tożsamość dwóch sprawczyń i skierowali sprawę do sądu, który obie kobiety uniewinnił. – „Zatrzęsło mnie, gdy zobaczyłam koszty ekspertyzy” – mówi cytowana przez „Wyborczą” Anna Grad-Mizgała. – „Bo kto za to zapłaci? Oczywiście podatnicy, czyli także ja. Wychodzi na to, że jestem prześladowana za moje własne pieniądze”.

Tak jest. Pani płaci, pan płaci, wszyscy płacimy za działania pisowskiej władzy, która nadużywa swych uprawnień, ścigając i represjonując politycznych oponentów. Warto by policzyć, ile w sumie nas to kosztuje. Ile np. wyniósł koszt operacji, polegającej na zidentyfikowaniu i zatrzymaniu w lipcu 2018 r. Elżbiety Podleśnej, która napisała „PZPR” na biurze poselskim Krzysztofa Czabańskiego. W trybie nagłym powołano wówczas specjalny zespół, który pracował w środku nocy. – „Musieli do tego podejść profesjonalnie, jak do ścigania groźnego przestępcy, i zaangażować spore środki. Siódemka, która po mnie przyjechała, przedstawiła się: są z wydziału kryminalnego z Bydgoszczy, Golubia-Dobrzynia i Wąbrzeźna. To wspólna akcja policji z tych miast” – opowiadała mi Podleśna w wywiadzie, który wówczas z nią przeprowadziłem. Doliczmy do tego jeszcze koszty działania zespołu, tropiącego tę samą Podleśną po rozwieszeniu tęczowych Madonn w tym roku.

A pamiętacie sprawę Franciszka Jagielskiego „Farmazona”, który powiedział parę słów do słuchu – skądinąd słusznie – dziennikarzom TVP przed Sejmem w grudniu 2017 r.? Policja zorganizowała przeciw niemu operację, jak przeciw wielkiemu terroryście – przeprowadziła u niego rewizję, skuła kajdankami, przewiozła na przesłuchanie z Wrocławia do Warszawy, ponosząc koszty paliwa, sprzętu etc. i angażując funkcjonariuszy, którzy mogliby w tym czasie zajmować się ściganiem prawdziwych przestępstw.

Takich spraw i śledztw od początku rządów PiS mieliśmy dziesiątki, jeśli nie setki czy wręcz tysiące. Ich łączny koszt obciąża „dobrą zmianę”, ale w ostatecznym rozrachunku i tak płacimy za to my, podatnicy.

Dobrze byłoby przynajmniej z grubsza to oszacować. Nawet jeśli nie ma prawnej możliwości domagania się od PiS-u zwrotu kosztów złego gospodarowania środkami publicznymi, chciałbym przynajmniej wiedzieć, ile tego jest. Ta wiedza należy się nam wszystkim, bo wszyscy się na to zrzucamy.

To zadanie dla Najwyższej Izby Kontroli, która ma uprawnienia i możliwości, by wszcząć kontrolę w policji, ustalając, ile wydano na polityczne śledztwa w sprawach błahych wykroczeń, które zakończyły się uniewinnieniem oskarżonych krytyków władzy.

Reklamy

Morawiecki, certyfikowany kłamca, w sprawie odzyskania tupolewa, w której nic nie zrobił

9 Maj

Jarosław Kaczyński jest wewnętrznie zdruzgotany śmiercią przyjaciółki, brata, matki i myślę, że poczucie proporcji  i rzeczywistości jest u niego zachwiane. Bardzo mu współczuję, ale myślę, że wewnętrzna tragedia nie usprawiedliwia niszczenia wszystkiego wokół siebie – ocenia prof. Jadwiga Staniszkis, socjolog. – Moim zdaniem prawdziwa wiara to przede wszystkim szacunek do drugiego człowieka, a robienie z jakichś zmitologizowanych założeń czy symboli, jak tęcza, czegoś tak zasadniczego jest czymś absurdalnym i pokazuje tak naprawdę wewnętrzną pustkę pisiaków – mówi o zatrzymaniu Elżbiety Podleśnej

JUSTYNA KOĆ: Czy zatrzymanie nad ranem Elżbiety Podleśnej za rozwieszenie plakatów z wizerunkiem Matki Boskiej z aureolą w kolorach tęczy nie jest nadgorliwością władzy?

JADWIGA STANISZKIS: To było absurdalne. Sama byłam niejeden raz aresztowana o 6 rano w czasach komuny i wiem, co się wtedy czuje. Nie widzę żadnej złej woli w tej tęczowej aureoli Matki Boskiej, nie widzę tu też profanacji. Dla mnie wyobrażenie takiej aureoli może nie jest do końca prawidłowe, ale oddaje na pewno silne uczucia. To zostało na wyrost skojarzone z seksualnymi odmiennościami jako symbol homoseksualizmu i LGBT, ale dla mnie to jest absurdalne.

Część osób z obozu władzy tłumaczy, że zostały obrażone ich uczucia religijne.
Ja tego nie rozumiem, może dlatego, że jestem bardziej odporna, bo mam swoje lata, przeżyłam komunizm i

trudno poczuć mi się wewnętrznie obrażoną przez coś takiego. Pewnie też dlatego, że sama wielokrotnie byłam obrażana.

Moim zdaniem prawdziwa wiara to przede wszystkim szacunek do drugiego człowieka, a robienie z jakichś zmitologizowanych założeń czy symboli, jak tęcza, czegoś tak zasadniczego jest czymś absurdalnym i pokazuje tak naprawdę wewnętrzną pustkę pisiaków.

Czy ta nadgorliwość policji i szefa MSWiA może być pokłosiem wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, że „kto podnosi rękę na Kościół, ten podnosi rękę na Polskę”?
Jarosław Kaczyński jest wewnętrznie zdruzgotany śmiercią przyjaciółki, brata, matki i myślę, że poczucie proporcji  i rzeczywistości jest u niego zachwiane. Bardzo mu współczuję, ale myślę, że wewnętrzna tragedia nie usprawiedliwia niszczenia wszystkiego wokół siebie.

On ciągle żyje w przekonaniu, że śmierć jego brata była czyjąś winą. To bardzo niebezpieczne, gdy osoba z kręgów władzy żyje w takim przeświadczeniu, bo to potem rodzi takie absurdalne słowa i zachowania.

Jak ocenia pani wystąpienie Donalda Tuska na UW?
Nie słuchałam go w całości, ale z tego, co widziałam na początku, to wystąpienie nie było uniwersyteckim wykładem. Sama pracowałam na UW i uważam, że wystąpienia w Auditorium Maximum powinny być raczej naukowe. Osobiście nie spodziewałam się, że ogłosi swój start w wyborach prezydenckich, chociaż myślę, że w nich wystartuje.

Jak ocenia pani słowa Jarosława Kaczyńskiego o reparacjach wojennych od Niemiec? To powrót do ostrej kampanijnej retoryki?
Nie wiem, jak to wygląda ze strony prawnej, czy w ogóle ubieganie się o takie reparacje byłoby możliwe. Oczywiście jest to szukanie na oślep jakichś argumentów, które miałyby sprzyjać kolejnemu zwycięstwu PiS-u.

Prawdą jest, że Polska była kompletnie zniszczona po wojnie. Ja pamiętam tamte czasy, bo urodziłam się w 1942 roku. Po wojnie zamieszkaliśmy w Gdańsku i pamiętam to morze ruin, natomiast nie wiem, czy w tym momencie sięganie po takie argumenty jest właściwe. Rozumiem, że

w kampanii wyborczej partie odwołują się do różnych spraw, a czasem próbują grać na najniższych instynktach.

To świadczy o tym, że kampania weszła w decydującą fazę?
Myślę, że ta kampania i wybory majowe to taka próba generalna, ale oczywiście widać ten moment wtłaczania argumentów wspierających własną stronę. Dla mnie to już jest męczące, bo w dużej części to powtarzanie starych banałów. Tymczasem sytuacja globalna jest tak skomplikowana, podobnie jak sytuacja Polski, że dobrze by było, gdyby w kampanii mówiono innym językiem i o innych sprawach.

Te ogromne środki, które przez rząd są rozdawane i wydawane, powinny zostać przeniesione na edukację i inwestycje, żeby tworzyć nowe miejsca pracy w nowych technologiach, podnieść poziom społeczeństwa. Tymczasem mamy powtórkę z tego, co już było, a kampanią rządzą indywidualne ambicje. Ci, którzy już są na stanowiskach, mówią o pieniądzach, które zarabia się w Parlamencie Europejskim, zamiast o sprawach, które są istotne. Dla mnie to żenujące.

Za nami kolejny dzień matur. Decyzja o zawieszeniu strajku przez nauczycieli była słuszna?
Myślę, że ze względu na uczniów i maturę to była dobra decyzja. Inaczej uczniowie straciliby cały rok. Moim zdaniem nauczyciele są jednym z najbardziej odpowiedzialnych środowisk i zawodów i pokazali, że rozumieją interesy swoich uczniów, a także, że są gotowi je realizować nawet kosztem własnych potrzeb.

Co do postawy rządu Morawieckiego, to uważam ją po prostu za nieprzyzwoitą.

Rząd PiS-u przy ich pięknych hasłach wyborczych i jednocześnie brutalnej polityce, którą prowadzi wobec takich środowisk jak nauczycielskie, jest nie do przyjęcia. A pamiętajmy, że to przecież nie tylko nauczyciele zostali w ten sposób potraktowani. Przyznam, że już nie mam siły angażować się w kolejną walkę, ale to, co się dzieje, jest poniżej jakiejkolwiek normy.

Sama brałam udział w strajku w Stoczni i pamiętam, jak to wyglądało, pamiętam też strach i poczucie zagrożenia, ryzyka w imię wolności i godności. Myślę, że ludzie nie rozumieją do końca, o co chodzi nauczycielom, i myślą, że chodzi tylko o kwestie finansowe. Nauczyciele też sami nie wytłumaczyli dokładnie, o co im chodzi w tym strajku, mówiono tylko o podwyżkach, pensum itd., a to błąd. Powinni mówić więcej o poziomie edukacji i w ogóle o kwestii nauczania jako głównej szansy Polski, która jest kluczowa dla przyszłości.

Czy protest, który rozpocznie się na nowo we wrześniu, może być kłopotem dla PiS-u w kontekście jesiennych wyborów? Teraz obeszło się praktycznie bez konsekwencji dla rządzących.
To może być problem, szczególnie jeżeli nauczyciele przedstawią ogólną diagnozę, jakie są perspektywy Polski i jak ważna jest edukacja. Także jak ciężka jest ich praca, bo przecież lekcje to jedno, a przygotowywanie się w domu do nich to drugie tyle.

To też jest rola mediów, które sprowadziły w dużej mierze ten strajk do kwestii płacowych.

Szczególnie w mediach publicznych nauczyciele byli przedstawiani jako nieroby, którzy mają dwa miesiące wakacji.
Ja sama, gdy została wyrzucona w 1968 roku z Uniwersytetu, pracowałam przez jakiś czas w liceum pielęgniarskim na warszawskim Solcu nad Wisłą i pamiętam, że był to nawet większy wysiłek, niż wyspecjalizowane wykłady na wydziale socjologii, gdzie wcześniej pracowałam. Praca nauczyciela jest naprawdę bardzo ciężka i ludzie tego nie doceniają.

„Wszyscy pójdziecie do pierdla” – tymi słowami artysta zwrócił się do kilkunastotysięcznej widowni festiwalowej zapowiadając swój utwór. „Ja go zanucę, a Wy go zaśpiewajcie” – powiedział artysta.

Kilkanaście tysięcy gardeł poniosło pieśń żwawo, rześko i melodyjnie. Był rok 1993, festiwal w Jarocinie, artystą był Paweł Kukiz wówczas z zespołem Piersi, a utwór nosił tytuł „ZChN zbliża się”. Wstęp Pawła nie był od czapy, tylko miał swój sens. Otóż Paweł wraz ze swoim zespołem otrzymał zakaz wykonywania publicznie tego utworu. Wystąpili z tym do sądu Posłowie ZChN – i taki wyrok zapadł. Kuriozalny dla mnie i dla wielu artystów. Zapachniało powrotem cenzury. Nikt nie wiedział, czym to się może w tamtym czasie skończyć. Zespół pozwalał więc sobie na takie wybiegi, a nawet szedł dalej i w moim programie „Róbta, co chceta” o tym zakazie mówił przebrany w stroje pożyczone z zakładu karnego.

Dla młodych czytelników wyjaśnienie – ZChN to skrót nazwy partii – Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, a piosenka, mówiąc najkrócej, opowiada o przygodach księdza proboszcza objeżdżającego swoich wiernych po kolędzie. Śpiewana była na melodię tradycyjnej pieśni kościelnej i istotnie, publiczność nie miała trudności aby ją zanucić, a tym bardziej zaśpiewać. W tamtym czasie piosenka była mega popularna, czego dowodem było wykonanie przez publiczność w Jarocinie. Nie był to jedyny przypadek, kiedy posłowie partii ZChN publicznie, czyli na sali Sejmu RP, podejmowali temat cenzurowania dokonań artystów, którzy – jak wiemy – w systemie demokratycznym i wolnościowym uwielbiają wszelkiego rodzaju prowokacje i wyzwania. Ze swojej natury chcą pobudzać, budzić emocje, a czasem chcą gorszyć, prowokować, bulwersować, a granica między profanacją a obrazą bywa bardzo cienka. Istotą takiej sztuki jest to, że jest to artysta i jego dzieło, którego odbiór to nasza wolna wola – możemy nie brać go pod uwagę, nie oglądać, nie korzystać z tego przekazu. Można zamknąć książkę, wyłączyć telewizor, nie iść do kina, nie patrzeć, nie słuchać.

Dzieło Pani Elżbiety Podleśnej, czyli nadrukowany na kartce papieru wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej z aureolą w formie kolorowej tęczy, jest fantastycznym przykładem przekazu artystycznego. Jest to dalszy ciąg podobnych dzieł, jakie powstawały na przestrzeni wieków, motywowanych treściami religijnymi. Zachwycająca tęcza w „Sądzie Ostatecznym” Memlinga była dla mnie, urodzonego w Gdańsku i oglądającego ten obraz w Kościele Mariackim, nieprawdopodobnym przeżyciem. Sama istota tęczy, którą od dziecka kojarzę ze słodyczami i najpiękniejszymi ilustracjami z dziecinnych lektur, to absolutna doskonałość, której zasad uczyli mnie moi nauczyciele wychowania plastycznego w szkole podstawowej.

Z jakim zdziwieniem wiele, wiele lat temu zauważyłem, że znana mojemu pokoleniu, a założona jeszcze przed wojną, Spółdzielnia Spożywców Społem jako swój znak firmowy ma kolory tęczy! Wizerunek Matki Boskiej z tęczą, w którym to wizerunku artysta nie dodał żadnej nazwy, żadnego znaku, żadnej dodatkowej legendy, jak to czytać i interpretować, jest esencją kultury sztuki, która otwiera nam nieprawdopodobną ilość ścieżek dla własnego rozumienia przekazu. Obraz „Jan Sobieski pod Wiedniem” Jana Matejki znajdujący się w Muzeum Watykańskim czytamy i jednoznacznie, i jednokierunkowo. Nota bene – tu także występuje tęcza! Od lewa do prawa. Najlepsze dzieła to te, które nie próbują stawiać kropki nad „i”. I z takim dziełem mamy tu do czynienia. Dziełem, które – moim zdaniem – także pozwala na interpretacje związane z mówieniem o obrazie katolicyzmu. Dla mnie dzieło to mówi o nieskończonej miłości do Świata Bożego, który roztacza się pod naszym niebem.

Za to z pewnością to dzieło Elżbiety Podleśnej nie może być wytłumaczeniem do pukania do drzwi artysty o 6 rano, aby zabrać na przesłuchanie celem postawienia jakichś zarzutów. Nigdy, nigdy, przenigdy takie zdarzenie nie będzie miało żadnego sensowego uzasadnienia, więc abstrahując od oceny artystycznej dzieła, o której w wolnym kraju możemy debatować – nie możemy zgadzać się na takie zachowania polskiej policji. Zwłaszcza my, artyści, twórcy, dziennikarze, bo 6 rano to nie pora, aby w sprawie sztuki budziło nas policyjne pukanie.

Dziękuję wszystkim artystom, którzy wspierają nasze fundacyjne działania. Dziękuję wszystkim artystom, którzy będą z nami na Najpiękniejszym Festiwalu Świata, gdzie sztuka nie ma granic, gdzie w atmosferze dyskusji, tolerancji i wzajemnego poszanowania spotykamy się z ogromną ilością artystycznych przeżyć. Na końcu powodują one, że w naszych sercach rodzi się nie tylko znajomość, ale także przyjaźń do sztuki, która nie musi być akceptowana, ale która musi być wolna!

 

Największy problem z szumem wokół Leszka Jażdżewskiego polega na tym, że on nic szczególnego nie powiedział. Nie była to wypowiedź ani obraźliwa, ani cyniczna, ani oszczercza, ani kłamliwa. A takich jest przecież mnóstwo.

Reakcja na jego mowę pokazuje jak daleko zaszła nasza autocenzura i strach przed wolną myślą, w jak bardzo nienormalnych czasach żyjemy: gdzie zwykła szczerość jest skandalem a uczciwość intelektualna – aktem heroizmu.

Jeszcze rozumiem potępienie Schetyny, który jest politykiem strachliwym i bez wyobraźni (obecnie potwornie boi się utracić kościółkowy PSL) ale zachowanie Moniki Olejnik, która pokornieje przy Bieleniu, zachwyca się Giertychem i atakuje (jak przekupa) Jażdżewskiego – jest absolutnym skandalem. Nie pamiętam jej tak agresywnej przy bonzach PiSu. Może pora by zmieniła stację? W ekipie Kurskiego z pewnością nie musiała by zapraszać młodych intelektualistów…

>>>

W ogóle coś się niedobrego dzieje ze stacją TVN, płynie w kierunku Polsatu a Polsat już się wita z gąską to znaczy z kaczką. Źle się dzieje!.

Eksperci Edukacyjnego Laboratorium Mediów Społecznościowych z Uniwersytetu Papieskiego w Krakowie sporządzili raport o TVP w 2017 r. Przeanalizowali m.in. programy informacyjne z dni 10-16 lutego 2017. Dokument zamówiła Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, za co zapłaciła 79,5 tys. zł – informuje Gazeta Wyborcza i podaje, że przez półtora roku     odmawiała dziennikowi dostępu do tego dokumentu.

Choć to niezgodne z literą prawa, trudno się temu dziwić. Raport, mówi bowiem wręcz: „Kiedy ogląda się telewizję publiczną, można odnieść wrażenie, że Polska to kraj monopartyjny”- ujawnia Gazeta Wyborcza.

„Zbyt jednostronne informacje polityczne i gospodarcze, brak krytycznego podejścia do prezentowanych treści, brak pluralizmu i bezstronności” – to zarzuty wobec „Wiadomości” TVP nadawanych o godz. 19.30.

Naukowcy zwracają uwagę na pojawiające się materiały „o charakterze propagandowym – wychwalające sukcesy rządu”, a także „przewagę setek wypowiedzi dziennikarzy oraz publicystów kojarzonych z opcją rządzącą czy prawicą”.

Jak czytamy w „Wyborczej”, wśród walorów „Wiadomości” wymieniono m.in. aktualne informacje, większość materiałów własnych czy dobre tempo audycji i poprawny język. Oceniając warsztat poszczególnych dziennikarzy zaznaczają, że np. Michał Adamczyk „od czasu do czasu za mocno akcentuje niektóre słowa, szczególnie w materiałach krytykujących opozycję”, a Danuta Holecka używa „pojedynczych zwrotów nacechowanych i wartościujących”

Tak samo źle wypada w raporcie naukowców „Teleexpress”, w którym autorzy dostrzegli „miażdżącą przewagę jednej opcji politycznej – partii rządzącej PiS”.

Kaczyński robi po butach

8 Maj

Poseł Krzysztof Brejza jest w życiowej formie. W gronie czynnych polityków opozycji nikt tak sprawnie nie atakuje partii rządzącej. Teraz oberwało się samemu Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Nowy Napoleon?

Brejza postanowił wyciągnąć trupa z szafy. Trzy lata temu lider PiS starał się w Polsce kreować na lidera europejskiego formatu, który miałby receptę na uzdrowienie – jego zdaniem chorej – Unii Europejskiej. W 2016 r. Kaczyński twierdził, że poprosił prawnika, by ten „przygotował nowe traktaty” dla europejskiego sojuszu.

Poseł PO postanowił powiedzieć „sprawdzam” i zweryfikować, ile wyszło z planów Prezesa. W tej sprawie skierował swoje kroki do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Odpowiedź musiała zmrozić zwolenników PiS. Okazuje się, że resort „nie posiada żadnych nowych informacji w tej sprawie”. Krótko mówiąc: Kaczyński zadeklarował w mediach, że zleci przygotowanie traktatów europejskich, które – ponownie: w jego rozumieniu – uzdrowią Europę. Ostateczna odpowiedź ministerstwa świetnie nadawałaby się jednak na temat nieszczególnie zabawnych filmików z Youtube’a z serii „Oczekiwania a rzeczywistość”.

Lider PiS niczym Napoleon miał wielkie ambicje, ale kończy na wyspie Św. Heleny. Polska dyplomacja jest dziś raczej skłócona z europejskimi potęgami. O sukcesie na miarę Jerzego Buzka czy Donalda Tuska żaden z polityków Zjednoczonej Prawicy nie może nawet marzyć.

Europejska rozgrywka  

Oczywiście powyższe odnosi się do obecnego rozłożenia głosów w Parlamencie Europejskim. Jeśli w kolejnym, majowym rozdaniu większość uzyskają partie eurosceptyczne, pozycja PiS w Europie może się umocnić. Pytanie brzmi jednak, czy nie będzie to oznaczało rozpoczęcia procesu rozpadu eurowspólnoty.

Unia Europejska nie jest oczywiście organizmem idealnym. Jeśli spojrzymy na nią jednak w skali obecnej geopolityki, możemy uznać, że Europa podzielona, będzie zbyt słaba, by być poważnym partnerem dla czołowych mocarstw: USA i Chin. Dlatego istotne jest przetrwanie UE. Czy to się uda? Odpowiedzią na to w sporej mierze będą nadchodzące wybory. To, na kogo Europejczycy zagłosują w tym czasie, może zadecydować o przyszłości kontynentu w wymiarze politycznym i gospodarczym na całe pokolenie.

Nagonka na Donalda Tuska w mediach publicznych, które są pokazową tubą propagandową partii rządzącej, trwa w najlepsze. Pretekstem stał się przyjazd do Polski przewodniczącego KE i wygłoszenie dwóch wykładów, na Uniwersytecie Warszawskim i poznańskim. Nie ma co, PiS boi się Tuska jak diabeł wody święconej, więc nie odpuści.

Przekaz z wczorajszych „Wiadomości” był bardzo jednoznaczny. Donald Tusk pojawił się w Polsce, bo chce namieszać i nie kryje swoich politycznych ambicji. Swoim wystąpieniem w Poznaniu nawiązał do „do ataku na polski Kościół”, bagatelizując słowa Jażdżewskiego. Mało tego, „rzetelni dziennikarze” przywołali fragment wypowiedzi Tuska z 1987 roku, gdy na pytanie, po co nam Polska, odpowiedział, że „po nic. Uważam, że Polska jest wielkim genetycznym i kulturowym obciążeniem” i „Polskość to nienormalność”. Oczywiście był to zabieg celowy, który miał pokazać jak bardzo poglądy i antypolskość przewodniczący KE są zbieżne z tym, co mówi Jażdżewski.

Oczywiście, kolejny już raz podkreślono, że za Donaldem Tuskiem stoją murem Niemcy, którzy uważają go za „najważniejszego polityka opozycji”, a tak w ogóle to ta właśnie opozycja jest winna śmierci rektora Politechniki Gdańskiej, który zmarł na zawał, zdenerwowany krytyką za udostępnienie Sali na konwencję PiS, czyli…. to wina Tuska.

Nieważne, że Donald Tusk nic nie mówi o swoim ewentualnym powrocie do polskiej polityki. Nieważne, że przyznał, iż z pewnymi tezami Jażdżewskiego się nie zgadza. Takich szczegółów Polacy nie muszą znać. Ważne, by przekonać ich, że Donald Tusk to samo zło, a jego powrót to będzie katastrofa.

No proszę, do czego posuwają się pisowskie media, gdy strach zakłóca im logikę myślenia…

Autor dwóch kontrowersyjnych książek demaskujących rzekome powiązania byłego szefa MON, zaufanego Jarosława Kaczyńskiego – Antoniego Macierewicza, nie próżnuje. Tym razem w polu zainteresowania Tomasza Piątka znalazł się obecny szef rządu Mateusz Morawiecki. 9 maja na półki księgarskie trafi książka zatytułowana „Morawiecki i jego tajemnice”.

Autor dowodzi w niej, że obecny premier jest pośrednio związany z Kremlem i Mafią Sołncewską oraz rosyjskim wywiadem dzięki powiązaniom z takimi osobami i organizacjami jak Tomasz Misiak, Adam Andruszkiewicz czy Solidarność Walcząca.

Przekonuje, że za tzw. aferą taśmową stały rosyjskie służby. Nie wyklucza, że premier zna osobiście Marka Falentę i dowodzi, że ich wspólnym znajomym jest wspomniany Misiak – który miał wprowadzać Falentę „na salony”. Pisze, że w willi biznesmena miał mieszkać Pierre Konrad Dadak, przedstawiany jako handlarz bronią i członek mafii sołncewskiej. Jak przekonuje Piątek, rządzi nią Michaił Fridman, ściśle współpracujący z rosyjskim wywiadem GRU i Kremlem.

Piątek sugeruje w swej najnowszej publikacji, że do otoczenia Putina prowadzą też rzekome powiązania Morawieckiego z politykami. Wskazuje na Adama Andruszkiewicza, powołanego niedawno na stanowisko wiceministra cyfryzacji, a który został uznany przez „organizację ekspercką Political Capital za pośrednie narzędzie Rosji”. Podobnie – Sylwester Chruszcz, który razem z nim dostał się do Sejmu z list Kukiz’15, a później dołączył do koła poselskiego „Wolni i Solidarni”, założonego przez ojca premiera. Przypomina, że przed 10 laty Chruszcz współtworzył wraz z Mateuszem Piskorskim zaplecze otwarcie prorosyjskiej partii „Zmiana”. Ten drugi od trzech lat przebywa w areszcie podejrzany o szpiegostwo na rzecz Rosji i Chin.

Na dodatek Piątek przekonuje, że utworzona przez ojca premiera „Solidarność Walcząca” była infiltrowana przez polski, enerdowski i radziecki wywiad. Autor opisuje, jak związki polityczne i biznesowe, które w latach 80. i na początku 90. powstały wokół Mateusza Morawieckiego w dużym stopniu ukształtowały go jako ekonomistę i polityka.

Dwie poprzednie książki Tomasza Piątka o Antonim Macierewiczu wzbudziły liczne kontrowersje. Mimo oskarżeń o kłamstwa i manipulowanie faktami, autor nie został pozwany. Prokuratura nie podjęła też dochodzenia po zawiadomieniu, jakie w sprawie pierwszej publikacji złożył Antoni Macierewicz.

PiS nadaje ton debacie publicznej, a liberalne elity na najlżejsze tupnięcie prezesa czmychają, gdzie pieprz rośnie

Wystąpienie Leszka Jażdżewskiego na Uniwersytecie Warszawskim, przed wykładem Donalda Tuska było ciekawym testem na dwie rzeczy. Po pierwsze na to, czy liberalne media i komentatorzy nauczyli się myśleć samodzielnie i nie biec stadnie, natychmiast, za każdym tematem i emocją, podrzucaną przez sztabowców PiS.

Po drugie, testem dla polityków, jak bardzo wciąż boją się kościoła. Część komentatorów i szef PSL, Władysław Kosiniak Kamysz ten egzamin oblali z kretesem.

Obserwując reakcje na przemówienie szefa magazynu Liberte!, nie mogłam wyjść ze zdumienia. Nie powiedział niczego szokującego, nikogo nie obraził. Powiedział, jak jest i powiedział prawdę, między innymi o zachowaniu kościoła katolickiego w Polsce i jego konsekwencjach dla tej instytucji. Stał się jednak obiektem takiej nagonki, także ze strony liberalnych i lewicowych komentatorów, że nie wierząc własnym oczom, sięgnęłam do tekstu jego przemówienia jeszcze raz i przeczytałam je z wielką uwagą pod kątem wykrycia treści, które najwyraźniej na mnie robią wrażenia, ale mogły zszokować nawet rozsądnych, nowoczesnych ludzi. A nuż wykryję coś, co umknęło mi w ferworze majowych wydarzeń?

Nie znalazłam niczego.

Bo czy jakiegokolwiek rozsądnego i przytomnego człowieka zaszokować może banalne stwierdzenie, że „Kościół katolicki w Polsce, obciążony niewyjaśnionymi skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze i o wpływy stracił moralny mandat do tego, żeby sprawować funkcję sumienia narodu”?

Czy może zgorszyć skonstatowanie oczywistego faktu, iż „Polski Kościół zaparł się Ewangelii, zaparł się Chrystusa”, a krzyża używa „jak pałki, żeby zaganiać pokorne owieczki do zagrody”?

A może, pomyślałam w desperacji, Jażdżewski zasmucił oświecone liberalne głowy stwierdzeniem oczywistości, którą sami przy każdej okazji powtarzają: że trzeba zmienić zasady publicznej debaty, bo „rywalizacja na inwektywy i na negatywne emocje (…) nie ma sensu, dlatego że po kilku godzinach zapasów ze świnią w błocie orientujesz się, że świnia to lubi?”.

Chyba nie…

Cóż, wydumałam, wciąż nie mogąc w przemówieniu wytropić niczego niewłaściwego, zapewne chodzi o to, że Jażdżewski śmiał powiedzieć, że „Nie może być mowy o odnowie polityki, jeśli rozmowę o niej zaczniemy od pytania „z kim trzymasz”?, zamiast „o co walczysz”? . I że „ci, których łączy tylko matematyka, będą mieli poważny problem z wyborczym sukcesem”?

Ale nie, po stokroć nie! – przecież to wszystko jest oczywiste, proste, wręcz banalne i wcale nie powinno być tematem dyskusji! Że jest, jak powiedział, widzimy przecież wszyscy. Wystarczy otworzyć oczy. Jażdżewski nie zaatakował katolików ani kościoła (skrytykował wyłącznie kościół instytucjonalny, który zachowuje się niegodnie i faktycznie dawno już stracił moralny mandat do bycia sumieniem narodu. Zresztą, na marginesie, dlaczego miałby być sumieniem narodu? Jeśli już to najwyżej sumieniem katolików). Był ostry, z pazurem, polemiczny, ale nikogo nie obraził.

O co więc chodzi?

Czemu dostał baty z własnej, wydawałoby się, centrowej, umiarkowanej strony?

Moim zdaniem, krytycy dali się (nieświadomie oczywiście) po raz kolejny ponieść narracji PiS.

Nie chodzi o wymienianie nazwisk (nie chcę, żeby znienawidzili mnie moi szacowni koledzy), tylko o proces, który można prześledzić krok po kroku, i na który niemal natychmiast zwrócili uwagę co bystrzejsi internauci.
Proces atakowania i dezawuowania wystąpienia Donalda Tuska (jako wydarzenia, niezależnie od tego co powie lub zrobi) i jego treści.

Miał on swoją logikę i kolejność. Najpierw posłowie i sympatycy PiS w internecie i mediach próbowali umniejszyć to wydarzenie. „Tusk spodziewa się, że ludzie przyjdą na niego popatrzeć?” – wyśmiewał się na TT poseł PiS, manipulatorsko fotografując pusty placyk pod telebimem, na którym miało być emitowane przemówienie szefa RE. Zapomniał dodać, że fotkę wykonał dużo wcześniej przed planowanym czasem wystąpienia, więc brak publiki niczego nie dowodził.

Kiedy to nie chwyciło i okazało się, że na wykład przybyły tłumy i tłum czekały na wyjście Tuska z uniwersytetu, rządowa machina propagandy wyprodukowała kolejny przekaz: przemówienie miało być nudne, flaki z olejem, jakaś ekologia, nowoczesność, przyszłość, masło maślane, sam Tusk bez charyzmy i polotu, poprawny, ale nudziarz, jednym słowem, Tusk się kończy …

Po kilku godzinach okazało się, że i to nie chwyciło. Internet szalał, Anna Mierzyńska pokazała, że Donald Tusk zrobił 12 milionów „zasięgów”, a defilada wojskowa emitowana w rządowych mediach tylko cztery. Tusk zdecydowanie Polaków ciekawił i chcieli go wysłuchać.

I wtedy dopiero, jako ostatnią deskę ratunku, podrzucono sklecone naprędce z niezbyt nadającego się do tego przemówienia Jażdżewskiego (które było mocne, fajne i słuszne, ale nie padło w nim przecież nic, co dotąd by wiele razy w debacie publicznej nie wybrzmiało) hasło: Jażdżewski zaatakował kościół. W domyśle: To on, Donald Tusk, wróg Polaków pozwolił, by Jażdżewski brutalnie zaatakował kościół!

Mam wrażenie, że sami PiS-owcy podrzucali temat bez przekonania, a jednak… chwyciło! Co za radość!

Nagle przegrzał się internet i twitter, facebook i portale, rozemocjonowani liderzy opinii komentowali w studiach tv (sądząc po jakości opinii, większość z nich przemówienia Jażdżewskiego nie słyszała, ani nie czytała) – powtarzając propagandowe wrzutki sympatyków władzy.

Bo – niestety – te same argumenty, których na skrajnie prawicowych forach używali fani PiS, zostały powtórzone przez część najważniejszych liberalnych komentatorów.

A więc: moment był niewłaściwy (wiadomo, że przed wystąpieniem Donalda Tuska można było albo wygłosić pean na jego cześć, tak jak w PiS wygłasza się peany na cześć prezesa albo mówić o niczym, żeby uśpioną salę obudził dopiero DT).

Metafora o świniach (znana przecież i powszechnie używana) to atak na kościół! Obraza katolików (z tego powodu od przemówienia odciął się właśnie Kosiniak – Kamysz, który w trakcie przecież klaskał i przyznam, że byłam zażenowana patrząc na to).

Cała ta sytuacja pokazała, że ciągle jeszcze PiS nadaje ton debacie publicznej, a mające aspiracje do pokonania go liberalne elity choć werbalnie stroszą piórka, na najlżejsze tupnięcie prezesa czmychają, gdzie pieprz rośnie.

Radziłabym zyskać nieco odwagi i wziąć sobie do serca niedawne słowa Christine Amanpour, że dziennikarz nie powinien być neutralny, tylko mówić prawdę. Ja rozszerzyłabym to po prostu na ludzi, zwłaszcza tych, którzy kształtują opinię publiczną. Nie bądźcie neutralni, poprawni. Mówcie prawdę, a wszystko będzie dobrze.

Kaczyński chce europejskich płac. Proszę bardzo – zacząć od nauczycieli

14 Kwi

Politycy Prawa i Sprawiedliwości nie lubią odpowiadać na niewygodne i trudne pytania. Całkowite przejęcie kontroli nad pracami Sejmu i najważniejszych sejmowych komisji przez twardogłowych działaczy tej partii oraz przekształcenie TVP w telewizję, w której to gość dziennikarza, nie niepokojony niezaplanowanymi pytaniami, narzuca temat rozmowy bardzo rozpuściły posłów i ministrów. Na tych drugich jednak ciąży konstytucyjnie umocowany obowiązek odpowiadania na każde pytanie, jakie każdy z 460 posłów na Sejm ma prawo zadać przedstawicielom władzy i w ciągu 21 dni oczekiwać na nie odpowiedzi. I choć z odpowiedziami na interpelacje poselskie bywało różnie w poprzednich latach, to jednak dopiero za rządów Zjednoczonej Prawicy stały się one w zasadzie jedynym skutecznym narzędziem opozycji do kontroli nad rządzącymi. Naruszanie konstytucyjnych obowiązków przez premiera, czy szereg ministrów musi być nagłaśniane, a w przyszłości surowo ukarane.

Jak pisze Tomasz Skory z RMF FM, w wielu przypadkach dochodzi nie tylko do opieszałości w odpowiadaniu na pytania posłów, ale wręcz do rażącego i uporczywego uchylania się od tego obowiązku. Rekordowy pod tym względem jest resort zdrowia, który z odpowiedzią na interpelację w sprawie nieprawidłowości przy produkcji żywności dla niemowląt zwleka już 726 dni. Niewiele “gorszy” jest w tej kwestii premier Morawiecki, który z odpowiedzią na jedną z interpelacji spóźnia się o ponad półtora roku, czyli 562 dni.

Jak wynika z danych Sejmu, zapytań, na które odpowiedzi wciąż nie zostały udzielone, jest aktualnie 334, z czego blisko 70% (236 interpelacji) dotyczy resortu, gdzie obecnie rządzi minister Łukasz Szumowski (zastąpił Konstantego Radziwiłła na początku 2018 roku). Kolejne miejsca w tym niechlubnym rankingu zajmują wicepremier Piotr Gliński (24 zaległe dokumenty), minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro oraz premier Mateusz Morawiecki (po 22 opóźnione interpelacje) oraz szef MON Mariusz Błaszczak (8 interpelacji). Pozostali ministrowie łącznie zalegają z kolejnymi 22 odpowiedziami na zapytania posłów (głównie opozycji). Kancelaria Premiera oraz naśladujący ją ministrowie, by pozornie zalegalizować swoją zwłokę, wysyłają do marszałka Sejmu prośbę o przedłużenie 21-dniowego okresu na udzielenie odpowiedzi, choć termin wynikający z art. 115 Konstytucji jest jednoznaczny i żadnej prolongaty tego czasu nie przewiduje. Z tej drogi nie korzysta natomiast Zbigniew Ziobro, który niewygodne interpelacje po prostu ignoruje i pozostawia bez jakiejkolwiek odpowiedzi. Najwyraźniej, mając władzę nad wymiarem sprawiedliwości, czuje się wyjątkowo bezkarny, co pozwala mu na ostentacyjne lekceważenie konstytucyjnych obowiązków.

Taka postawa może być jednak dla czołowych polityków Prawa i Sprawiedliwości, pełniących ministerialne funkcje w rządzie Morawieckiego, zgubna zwłaszcza, gdy prędzej czy później dojdzie do utraty przez Zjednoczoną Prawicę władzy. Za oczywiste i widoczne gołym okiem łamanie przepisów Konstytucji ustawa zasadnicza przewiduje jedną karę – postawienie przed Trybunałem Stanu. O ile w przypadku szeregu podobnych zarzutów o łamanie najważniejszej polskiej ustawy można zasłaniać się różnymi interpretacjami (tak jak np. w przypadku nieopublikowania wyroku TK przez Beatę Szydło), to w kwestii braku odpowiedzi na interpelację w przewidzianym przez Konstytucję terminie sprawa jest oczywista. Za ostentacyjne ograniczanie przez premiera i wielu ministrów możliwości parlamentarnej kontroli władzy wykonawczej kara po prostu się należy. Oby jak najszybciej.

W tak zwanej publicznej telewizji kampania wyborcza w pełnym rozkwicie. Na tapecie oczywiście wrogowie PiSu. Przede wszystkim strajkujący nauczyciele no i artyści, którzy mieli czelność ich poprzeć.

W najnowszym odcinku programu „Alarm” przygotowano prawdziwą sensację. Zarzucono nauczycielom, że nie wystawiają faktur za korepetycje.

Dziennikarz Przemysław Wenerski zapowiadający program napisał na Twitterze: „A może by tak umówić się na prywatne korepetycje ze strajkującymi nauczycielami? W godzinach, gdy trwa protest? Zrobiliśmy to w „Alarm” TVP1. Próby były owocne, kosztowne, ale bez faktur…”

Tę triumfującą zapowiedź programu skomentował na Twitterze Tomasz Lis: „Zamówić korepetycje u protestującego nauczyciela, żeby skompromitować nauczycieli – w TVP odrodził się nurt SB-cki, który – jak błędnie sądzono – dogorywał dokładnie 30 lat temu, w okolicy wyborów z 4 czerwca. Towarzysze od brudnej roboty młodsi, ale też zdolni do wszystkiego”.

Jednak największy cios autorom programu „Alarm” zadał Krzysztof Izdebski, prawnik i dyrektor programowy Fundacji Państwo, który odpowiedział Wenerskiemu: „Rozumiem, że pan dobrze sprawdził, że korepetytor ma obowiązek wystawić fakturę? Bo jak nie to się chyba cały materiał sypnie” – podkreślił.

No i by się sypnął, gdyby nie ostrzeżenia internautów. Trzeba przyznać, że redaktorzy jednak wsłuchali się w głos ludu, bo mimo przygotowanej wcześniej sensacji fakturowej, prowadzący program zdecydował się powiedzieć na końcu jedno istotne zdanie.

Podkreślił, że zgodnie z wprowadzoną przez rząd PiS 30 kwietnia 2018 roku Konstytucją Biznesu , osoba, której przychody nie przekroczą 1000 zł miesięcznie, nie będzie musiała zakładać firmy, no i co oczywiste, wystawiać faktury.

I choć to kapiszon, to nie zmienia faktu, że w stylu z minionych czasów.

Propaganda zagrożonej i rozwścieczonej władzy uderzyła w tony nienawiści znane z najczarniejszych okresów PRL.

W marcu roku 1968 byłem ośmioletnim dzieckiem i nie rozumiałem, co dzieje się w Polsce, pamiętam jednak atmosferę grozy, która towarzyszyła rozmowom moich rodziców i ich znajomych. Dopiero po latach, czytając relacje i historyczne opracowania na temat tamtych wydarzeń, pojąłem ich istotę i byłem w stanie ocenić stopień ześwinienia propagandystów władzy.

Przywołajmy kilka nazwisk: Piotr Goszczyński, Tadeusz Kur, Ryszard Gontarz… Dziś nikomu nic one nie mówią. To pocieszające i optymistyczne. Medialne kanalie, które wówczas budziły powszechną wściekłość i nienawiść (redaktor naczelny „Polityki” Mieczysław F. Rakowski nazwał tych osobników „gnidami polskiego dziennikarstwa”) są kompletnie zapomniane.

Myślę, że ten los czeka też propagandowych lokajów obecnego reżimu. Nawet jeżeli teraz przy lekturze słów Stanisława Janeckiego, braci Karnowskich, Rafała Ziemkiewicza, Cezarego Gmyza i wielu innych ogarnia nas złość i obrzydzenie, miejmy świadomość, że za kilka lat o istnieniu tych ludzi nikt już nie będzie pamiętać. Pozostanie tylko wspomnienie specyficznego fetoru unoszącego się nad debatą publiczną w Polsce w mrocznym okresie pisowskiego pełzającego zamachu stanu.

Pisarze do piór, studenci do nauki, nauczyciele do tablicy

Dzisiejsza propaganda dorównuje marcowej z 1968 r. nie tylko pod względem obrzydliwości. Nawet chwyty retoryczne są żywcem zaczerpnięte z ówczesnego rezerwuaru. „Pisarze do piór, studenci do nauki!” – głosiło popularne hasło, wymierzone w inteligencję, która buntowała się przeciw władzy. Dziś miejsce studentów i pisarzy zajmują strajkujący nauczyciele. „Nauczyciele do tablicy” – wzywają więc propagandyści PiS.

„Szkoła jest od nauki. Nauczyciel jest od nauczania i wychowywania” – pisze anonimowy funkcjonariusz portalu braci Karnowskich, atakując nauczyciela, który w czasie lekcji matematyki ośmielił się niepochlebnie wypowiedzieć na temat programów rozdawnictwa, demotywujących ludzi do pracy. W artykule zacytowano komentarz Dariusza Niedzielskiego, wiceszefa oświatowej „Solidarności” w Zielonej Górze, który potępił nauczyciela-warchoła, podkreślając: „Przecież nauczyciel ma podstawę programową do zrealizowania. Mamy płacone za to, żeby uczyć dzieci”.

Dobór komentatora też nawiązuje do PRL-owskiej tradycji, w której związki zawodowe i inne organizacje rzekomo „społeczne” były nadzorcą ludu i pasem transmisyjnym władzy. Dziś w tej roli występuje reżimowy związek zawodowy „Solidarność”, z którego nauczyciele masowo się wypisują.

Epitety, wyzwiska, donosy i haki

By obrzydzić opinii publicznej nauczycielskich działaczy, pisowska propaganda atakuje ich personalnie, szukając wszelkich możliwych haków, wypominając przeszłość, ujawniając stan majątkowy. Wcześniej ofiarą takich zniesławień padali aktywiści KOD, sędziowie, działacze sektora NGO-sów – teraz kolej na nauczycieli.

Gdy w jednej ze szkół strajk uniemożliwił przeprowadzenie egzaminu, TVP natychmiast wzięła na celownik dyrektorkę tej placówki, ani słowem nie wspominając, że starała się zapewnić zastępstwo w komisji egzaminacyjnej, ale nie znalazła chętnych. Zamiast tego widzowie dowiedzieli się o jej stanie majątkowym: „20 tys. zł pensji rocznie, 100 tys. zł odłożone, dom i mieszkanie o wartości 750 tys. zł, mercedes. To przemawia do wyobraźni. W oświacie można zarabiać przyzwoicie. Trzeba też się przyzwoicie zachowywać”. Powiedział to niejaki Miłosz Manasterski, kolejny godny kontynuator chlubnych tradycji marca 1968 (ponoć „pisarz i poeta” – ktoś? coś?).

W normalnych warunkach akcja strajkowa nauczycieli nie wzbudziłaby wielkiej sensacji, bo mieści się w ramach reguł gry demokratycznego państwa prawa i kapitalizmu. Takie wystąpienia i żądania płacowe różnych grup zawodowych to wręcz rutyna. Jedynie w państwie autorytarnym strajki pracownicze traktowane są jako atak na fundamenty ustroju i na dobry rząd, który dwoi się i troi, by Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej. Mieliśmy z tym do czynienia w PRL – i dziś odbite echo tamtej rzeczywistości do nas wraca.

Protest nauczycielski Rafał Ziemkiewicz nazywa „rokoszem”, na forach internetowych strajkujący określani są mianem „terrorystów”. „Chuligan polityczny” – tytułuje szefa ZNP Sławomira Broniarza pisolubna komentatorka TVP Elżbieta Królikowska-Avis. „Niestety – jedyne, czego dzieci mogą się dziś nauczyć od wielu nauczycieli, to agresja. Smutne” – faryzejsko martwi się anonimowy komentator bliżej nieznanego serwisu o nazwie „Centrum medialne”.

A to lemingi! Nie dość, że robią zrzutkę, to jeszcze są skąpi

Ludzie wspierający strajkujących są obrażani, obrzucani epitetami. „Wyskakiwać z kasy, lemingi” –szydzi Rafał Ziemkiewicz i sugeruje, że zebrane środki zostaną zdefraudowane.

Równocześnie jednak obrońcy władzy sprawdzają kto, ile dał na fundusz strajkowy, by wypomnieć, że za mało. Lech Wałęsa dał 1000 zł. „Kwota nie powala” – komentuje autor w „Do Rzeczy”.

„A ile PLN przeznaczył na wspomniany fundusz z własnych pieniędzy red. Maziarski z GW?” – dopytuje się na Twitterze komentator podpisany „Jarosław”. Spieszę więc odpowiedzieć: przekazałem nauczycielom 500 zł z 500 plus mojej córki.

Nauczyciele, warchoły, Żydzi

Wyróżnikiem propagandy marcowej 1968 roku był wątek antysemicki, niewystępujący na taką skalę w innych okresach PRL. To właśnie on nadał ówczesnym wydarzeniom tak złowieszczy koloryt. Antysemicki, faszyzujący Marzec 68 był wyjątkowym paroksyzmem agresji, nawet mierząc standardami komunistycznej normalności. I pod tym względem dzisiejsze praktyki dorównują marcowym.

Ówczesna władza chytrze podsycała antysemityzm i odwoływała się do antyżydowskiego resentymentu wielu Polaków, mówiąc o „antysyjonizmie”. Dzisiejsza ma analogiczną metodę – mówi o rzekomym „antypolonizmie”, dając do zrozumienia, że my, Polacy musimy się trzymać razem (ma się rozumieć – pod przywództwem PiS), bo atakują nas Izrael i żydowska diaspora.

Efekt tych zabiegów widać na forach internetowych i w komentarzach pod artykułami propagandystów prawicy. Oto dwie typowe próbki spod artykułu o ukonstytuowaniu się społecznego komitetu Wspieram Nauczycieli na portalu braci Karnowskich:

Pewnie cały Polski świat artystyczno filmowy, jak by nie było czerwono-żydowski, przystąpi do poparcia tej w jakiejś formie próby obalenia PiS w roku wyborczym. Lobbowaniem za czerwono-żydowskim ustrojem.

TVN i GW to antypolskie żydowskie media, no i Żakowski, Wałęsa tyż z Polską nie mają nic wspólnego.

Wywalić z roboty na zbity pysk

Marcowa propaganda 68 wyróżniała się też skalą wezwań do stosowania represji i przemocy. Medialni funkcjonariusze reżimu namawiali władze do karania wrogów, stawiania przed sądem, a nawet do wypędzania z Polski. To niebywałe, że w trzeciej dekadzie po upadku komunizmu w Polsce takie głosy znów się rozlegają – i to nie tylko na anonimowych forach internetowych, lecz w oficjalnym, pierwszym obiegu publicystycznym.

Odzywają się kolejni – znani z imienia i nazwiska – podżegacze i nienawistnicy, wzywający władzę, by zastosowała represje, postawiła organizatorów strajków przed sądem, dokonała czystki, wrzucając ich z pracy itp. Chyba jako pierwszy powiedział to były naczelny „Faktu” Grzegorz Jankowski, pisząc na Twitterze: Zupełnie niespodziewanie rządowi sama wchodzi w ręce okazja do totalnej reformy systemu szkolnego: od programów po ludzi. Nigdy żaden rząd nie miałby tak wysokiej akceptacji społecznej do takiej zmiany jak teraz”. Rychło odezwali się następni.

„Nauczyciele, którzy namawiają swoich kolegów, żeby w ramach protestu nie klasyfikować uczniów ostatnich klas szkół średnich i uniemożliwić im zdawanie matury, popełniają przestępstwo. Powinien nimi z urzędu zająć się prokurator. Moim zdaniem nauczycieli, którym takie pomysły przychodzą do głowy kuratoria powinny też odsuwać od pełnieni funkcji zawodowych” – napisał na Facebooku przewodniczący kolegium IPN, historyk prof. Wojciech Polak.

„Jeżeli mamy nauczycieli, którzy są gotowych poświęcić dobro uczniów, to znaczy, że nie nadają się do zawodu nauczycielskiego” – to z kolei publicysta Maciej Pawlicki w TVP.

Zacytujmy więc jeszcze jeden głos sprzed pół wieku. Komentując nagonkę propagandową marca 1968, ówczesny redaktor naczelny tygodnika „Polityka” napisał: „Świnią się ludzie, o których nigdy człowiek by nie pomyślał, że potrafią się stoczyć na takie dno. Jestem świadkiem upadku najlepszych tradycji dziennikarstwa polskiego”.

Zmieńmy datę na kwiecień 2019 i nikt nie zauważy, że to opinia sprzed lat.

26 maja Polacy podziękują rządzącym za „Wesołe” Święta”.

Arcybiskupowi Jędraszewskiemu popieprzyły się epoki. Średniowiecze jakiś czas temu minęło

9 Kwi

Arcybiskup Marek Jędraszewski wystąpił na Europejskim Kongresie Samorządów. W panelu „Czy religia jest jeszcze człowiekowi potrzebna?” potępił Europę Zachodnią, w której według niego dominują „atomizacja, relatywizm, wychwalenie indywidualizmu”.

Poruszył też palący według niego problem współczesnych prześladowań, jakich doznaje Kościół. Tyle, że swój wywód podparł bardzo szokującym argumentem.

„Spójrzmy dzisiaj na Australię, gdzie kardynał Pell został skazany. Tam są łamane prawa człowieka. Chrześcijaństwo zawsze było prześladowane” – stwierdził metropolita. Zapomniał tylko dodać, że kard. George’a Pella skazano na 6 lat więzienia za … pedofilię. Dodajmy: Pell nie przyznaje się do winy. Apelacja ma być rozpatrzona w czerwcu.

Kiedy w mediach pojawiły się informacje, że opozycja, jak wygra, zastąpi telewizję publiczną nową instytucją, odezwał się szef Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański. Odezwał się w stylu bajkopisarskim, oświadczając na antenie radiowej Jedynki: „My się kierujemy dobrem całego społeczeństwa w tym sensie, że społeczeństwo musi mieć media, które nie są zależne od jednej grupy politycznej”.

Podkreślił również, że „media publiczne spełniają swoją rolę. (…) Wypełniają to, czego obywatele powinni od nich oczekiwać. I są w związku z tym solą w oku”.

No i z powodu tej „soli” okropnie denerwują opozycję. Według Czabańskiego, to co najbardziej niepokoi opozycję, to fakt, „że te media po raz pierwszy od wielu lat i w ubiegłym roku, i w tym roku dostały bardzo poważne zasilenie z pieniędzy tytułem rekompensat za utracone wpływy z abonamentu”. Tu wreszcie pan Czabański powiedział prawdę, nie wspomniał jednak słowem, że ta kasa nie przełożyła się na żaden zauważalny, czy też policzalny sukces.

Ale co tam, bajał dalej: „dzięki mediom publicznym każdy z nas może wysłuchać wiadomości pokazywanych z różnych stron, różnych wiadomości, które normalnie nie przebiłyby się na rynku medialnym”.

Nawet to trochę śmieszne. Trzeba jednak uzupełnić, że pod rządami PiS audytorium np. radia publicznego zmniejszyło się niemal o połowę, co znaczyłoby, że „misja”, na którą się często powołuje, jest realizowana tylko w 50 procentach, ale za to za wielokrotnie większą kasę, wyrwaną z kieszeni podatnika. Pan Czabański zna się na tej robocie.

Szczęśliwie politycy opozycji zapowiadają, że zmiany będą radykalne. I dodają: „Przyjdzie w końcu taki dzień, że trzeba będzie położyć ustawę na stole. I będziemy przygotowani. Ostateczne decyzje zapadną oczywiście po wyborach, ale już teraz mogę powiedzieć, że zmiany będą bardzo głębokie”.

Oby dotrzymali słowa.

Strajku nauczycieli winien jest rząd, ponieważ od początku kadencji, od ponad trzech lat, wyciąga miliardy złotych jak króliki z kapelusza. Są pieniądze na 500 plus? Są, bo uszczelniliśmy podatki. Są miliardy na 500 plus na pierwsze dziecko? Dzięki nam – są.

Są pieniądze na trzynastą emeryturę? Są pieniądze na obniżenie nauczycielom kosztów uzyskania dochodu? Są, bo my pamiętamy o milionach emerytów, którzy stanowią wielki elektorat. Są pieniądze na zwolnienie z podatku ludzi młodych, do 26. roku życia? Są, a Tusk z Rostowskim ich nie umieli znaleźć, a jeśli powrócą do władzy, to wam to wszystko odbiorą i zmarnują na in vitro, na seksualizację przedszkolaków. W ten sposób PiS krok po kroku kupował, korumpował wyborców i ogłupiał – młodych, starych i średnich, którzy już mają dzieci. My wam płacimy – wy na nas głosujecie.

Gdyby, powtarzam, gdyby PiS mniej hojnie rozrzucał pieniądze, przyznając np. 500 plus tylko najbiedniejszym rodzinom, gdyby trzynastkę dostali tylko emeryci i renciści, którzy mają najniższe świadczenia – znalazłoby się choć część pieniędzy na nauczycieli. Pieniądze są! Pieniądze są! – mówił rząd i rozdawał na lewo i na prawo, np. na kosztowne projekty i wizje, jak choćby miliony na poprawę wizerunku Polski i premie dla swoich.

Prawo i Sprawiedliwość, mając miliardy do dyspozycji, popełniło kolosalny błąd – kupowało głosy wyborców, zaniedbując nauczycieli i ochronę zdrowia. Co mają zrobić pacjenci, którzy umierają w SOR, gdzie brakuje miejsca na podłodze dla dzieci chorych psychicznie? Co w tej sytuacji miał sobie pomyśleć młody nauczyciel po studiach, który pracuje w szkole publicznej za 1800 zł miesięcznie i uczy w klasie, w której jest 30 dzieci? A obok, w szkole „społecznej”, klasy są o połowę mniej liczne, a zarobki wyższe.

Nauczyciele nie mieli innego wyjścia niż strajk, choć uderzenie akurat w czasie egzaminów jest dyskusyjne. Odnoszę wrażenie, że opozycja i część mediów opozycyjnych zachęcały do strajku, widząc w nim szansę na porażkę rządu. To jest nie fair. Walka z rządem „do ostatniej nauczycielki” nie powinna być celem opozycji. Celem powinna być znaczna poprawa sytuacji materialnej nauczycieli, a co za tym idzie – poprawa ich prestiżu, przede wszystkim w szkole, ale i w społeczeństwie w ogóle. To położyłoby kres negatywnej selekcji do zawodu, wszak wiadomo, że dla wielu młodych ludzi praca w szkole to ostatni ratunek. Rząd w dodatku niepotrzebnie prowokuje nauczycieli. Przynieść na spotkanie ostatniej szansy projekt podniesienia pensum (obecnie niskie, 18 godz. tygodniowo) i zarobków stopniowo przez kilka lat to liczyć na odrzucenie tej idei w tym momencie. Dyskusje o pensum i wzroście zarobków trzeba było położyć na stół dużo wcześniej, a nie ostatniej nocy.

Niewykluczone, że rząd liczy na złamanie strajku, co by utrudniło roszczenia innych grup zawodowych. Rząd, który miesiącami zwlekał z rozpoczęciem negocjacji, lansuje teraz tezę, że jest to strajk „polityczny”, którego plan powstał półtora roku temu „w gabinecie Schetyny”. Oczywiście, że tego typu wydarzenie ma wymowę polityczną. Żółte kamizelki są też polityczne. 500 plus też jest polityczne i to żaden wstyd. Na półtora miesiąca przed wyborami do Europy i pół roku przed wyborami do Parlamentu Kaczyński i Morawiecki woleliby mieć w kraj spokój, posprzątane. Ale są pod ścianą: na wynik starcia z nauczycielami patrzą inni, którzy tylko czekają.

A premier Morawiecki już mówi, że budżet państwa nie jest z gumy. Budżet z gumy nie jest, ale premier – tak. Do tego wszystkiego planowany wyjazd minister Zalewskiej do Paramentu Europejskiego w trakcie „jej” reformy to po prostu wstyd.

Ciemnogród PiS: Beata Kempa, Jacek Kurski, Anna Zalewska

5 Kwi

Minister Beacie Kempie, która z takim wielkim oddaniem poświęca się pomocy humanitarnej, nieco puściły nerwy w programie „Tłit”.

Wystarczyło, że dziennikarz Marek Kacprzak powołał się w rozmowie na Krzysztofa Brejzę, który porównał dzisiejszą Polskę do zawirusowanego komputera, stąd „potrzebny jest głęboki restart. I montaż dobrego antywirusa”, by minister Kempa natychmiast odbiła piłeczkę, mówiąc, żeby poseł „Antywirusa to niech sobie zamontuje w Inowrocławiu, tam gdzie wybuchła gigantyczna afera”.

Czyżby miała na myśli aferę fakturową w mieście, gdzie prezydentem jest ojciec Krzysztofa Brejzy i to on sam złożył zawiadomienie w tej sprawie do prokuratury? No cóż, śledztwo jeszcze się toczy, ale pani Kempa już wie, kto tu jest winny i wykorzystuje sytuację, by zdyskredytować posła w oczach Polaków.

Sama natomiast dość lekceważąco podchodzi do pytania o afery, jakie tropi Krzysztof Brejza. Gdy dziennikarz przypomina sprawę Srebrnej, stanowczo stwierdza, że to żadna afera, a celem działań posła jest tylko i wyłącznie „próba uderzenia w lidera Zjednoczonej Prawicy. Nie dopatruję się nieprawidłowości w tym zakresie”.

Ostatecznie ucina rozmowę na temat Krzysztofa Brejzy, stwierdzając, że „Poseł Brejza to jedyny polityk, z którym nigdy nie usiądę do stołu. Rzadko mi się to zdarza. Nie lubię poniżania kobiet i kłamstw. (…) Nie chcę mówić na temat tego człowieka. Chciałabym, żeby w polityce było jak najmniej takich ludzi jak on”.

No fakt. Polska polityka potrzebuje tylko takich aktywistów jak ona i jej partyjni koledzy…

Wszyscy dobrze wiemy, że media publiczne są tubą propagandową partii rządzącej. Wiemy, że o tym jak mają funkcjonować te media i jaki zespół ma nimi prowadzić, decyduje Rada Mediów Narodowych, powołana właśnie przez PiS, w której 3 członków na 5 to ludzie rekomendowani właśnie przez tę partię, a na jej czele stoi Krzysztof Czabański, bliski znajomy prezesa Kaczyńskiego. Wiemy też, że TK pod koniec 2016 roku, czyli jeszcze pod przewodnictwem prof. Andrzeja Rzeplińskiego, zakwestionował pozbawienie KRRiT możliwości wpływania na wybór członków zarządów spółek medialnych i zobowiązał parlament do uchwalenia odpowiednich zmian w tej sprawie, co nie spotkało się z żadnym odzewem.

Trudno więc dziwić się, że już teraz partie opozycyjne szykują propozycje konkretnych zmian, które pozwolą przywrócić normalne zasady w funkcjonowaniu mediów publicznych. Dziennikarzom onet.pl udało się dotrzeć do osoby z PO, która potwierdziła, że rzeczywiście trwają już prace nad pakietem ustaw. Przyznaje ona, że „przyjdzie w końcu taki dzień, że trzeba będzie położyć ustawę na stole. I będziemy przygotowani. Ostateczne decyzje zapadną oczywiście po wyborach, ale już teraz mogę powiedzieć, że zmiany będą bardzo głębokie”.

O jakie zmiany chodzi? Spółki TVP i Polskiego Radia mają być zlikwidowane i zastąpione przez coś w rodzaju instytutu kultury. Dodatkowo, nowa formuła miałaby ułatwić przeprowadzenie zmian personalnych, bez czego nie dałoby się przywrócić podstawowych zasad funkcjonowania mediów. Tym bardziej, że wiadomo, iż co niektórzy mają podpisane bardzo korzystne umowy, które gwarantują im ogromne odprawy w przypadku rozwiązania stosunku o pracę.

Rozpatrywany jest też wariant, by władze TVP i Polskiego Radia wybierała KRRiT, tak jak to było przed zmianami wprowadzonymi przez PiS. Wprawdzie dzisiaj i KRRiT jest w rękach partii rządzącej, a jej szefem jest sejmikowy radny tej partii Witold Kołodziejski, ale odpowiednimi ustawami będzie można i tutaj wprowadzić poprawki.

Ma się też zmienić forma finansowania mediów. Jak mówi informator onet.pl, „Abonamentu raczej nie uda się uratować (…) PiS zamienił Telewizję Polską w opłacaną z pieniędzy ludzi szczujnię. Nikt już nie będzie chciał na to płacić, nawet jeśli odpowiedzialni za ten codzienny skandal na antenie odejdą – słyszymy. Co w zamian? Jeżeli telewizja stałaby się instytucją kultury, w grę wchodzi w pierwszej kolejności finansowanie… z budżetu”.

Przeszkodą we wprowadzeniu nowej ustawy o mediach może być Andrzej Duda, który pełni funkcję prezydenta do sierpnia 2020 roku. Należy liczyć się z tym, że będzie on torpedował wszelkie działania, które odbiorą PiS-owi władzę nad mediami publicznymi, no i raczej nie ma co wierzyć, że partie opozycyjne będą miały taką większość w sejmie, która pozwoli im na odrzucenie prezydenckiego weta. Tak więc, nawet jeśli uda się w wyborach do parlamentu pokonać PiS, to na nową ustawę o mediach publicznych trzeba będzie trochę poczekać. Dobrze jednak, że prace nad zmianami już trwają, bo gdy przyjdzie odpowiedni czas to będzie można nową ustawę szybko wprowadzić w życie i uwolnić wreszcie media od wpływów PiS.

Nie można odmówić Grzegorzowi Schetynie umiejętności wytrawnego gracza politycznego. Najnowsza inicjatywa jego partii wyraźnie to pokazuje. Dzisiaj PO składa w Sejmie wniosek o wotum nieufności wobec minister edukacji Anny Zalewskiej.

Wiadomo, że PiS swoimi głosami utrzyma ją na stanowisku, ale… znajdzie się w dość niewygodnej sytuacji. Z jednej strony bowiem, partia panią Zalewską obroni, jednak już niebawem ją zdymisjonuje, bo przecież wysyłana ma być do Brukseli, a rząd ponownie zostanie zrekonstruowany.

Tak naprawdę politycy PiS mają tylko jedną możliwość, by wykaraskać się z sytuacji, w jaką wpędził ich lider PO. Biegiem ogłosić nowy skład rządu. Już raz taki manewr im się udał, pytanie tylko czy mają już gotową listę nowych ministrów.

Nie ma co ukrywać, minister Zalewska skompromitowała się całkowicie deformą edukacji. Trudno znaleźć cokolwiek, co usprawiedliwiałoby sens jej startu do europarlamentu. Grzegorz Schetyna świetnie to rozumie, dlatego już tydzień temu, na konwencji we Wrocławiu, odniósł się do pani minister, mówiąc, że to „nie przejdzie”. Polacy są mądrzy, nie doceniacie ich, pani Zalewska nie da rady uciec do Brukseli, bo po prostu Polacy jej nie wybiorą”. Czy wniosek o wotum nieufności pomoże? Oby tak się stało. Przekonamy się o tym już dzisiaj.

Jak inaczej, niż wypalając ogniem (i mieczem) zło wszelakie w postaci czarownictwa, okultyzmu, a też liberalizmu i lewactwa – uwolnić Naród od niebezpiecznych treści i uchronić od upadku moralnego?

Znowu o nas głośno, od Chicago do Tobolska. A wszystko za sprawą skłonności, która powoli staje się naszą specjalnością narodową. Piromanii, mianowicie.

Całkiem niedawno światową sławę zyskał w tym kontekście Wrocław, gdzie doszło do symbolicznego podpalenia kukły Żyda. A teraz w Gdańsku zapłonął stos, w który wrzucono…książki. Tę swoistą rekonstrukcję auto da fe z Harrym Potterem i Hello Kitty w charakterze głównych oskarżonych, urządzili księża jednej z tamtejszych parafii, przy aktywnym uczestnictwie licznych wiernych.

Gdańska inscenizacja „Fahrenheita 451” wzbudziła oburzenie, ale bynajmniej nie tak powszechne, jak można by się spodziewać, i głównie za granicą, bowiem krajowi mocodawcy uczestników „incydentu” wykazali się w tej sprawie daleko posuniętą wyrozumiałością. Cóż – w końcu mamy teraz trend na poszanowanie tradycji i obfitość grup rekonstrukcyjnych, tymczasem Inkwizycja to przecież ważna karta w dziejach Kościoła Powszechnego. No a poza tym nie tylko duchowni, ale też świeccy przedstawiciele aktualnej władzy wykazują specyficzną skłonność w kierunku zabaw z zapałkami.

I tak, miłość ojczyzny, płonącą w sercach młodzieży wszechpolskiej, najłatwiej poznać po krwawej łunie rac nad Marszami Niepodległości, natomiast nigdy niegasnący płomień pamięci ofiar „zamachu smoleńskiego” – po blasku pochodni na każdej miesięcznicy. Nic nie wyraża żaru emocji buzujących w środowiskach „patriotycznych” bardziej niż płonące flagi Unii, swastyki i kukły „wrogów narodu”. Te akurat modę, dotyczącą kukieł „zdrajców”, zapoczątkowało w polskiej polityce symboliczne spalenie wizerunku Lecha Wałęsy. Dla przypomnienia – zapałki trzymał wtedy Jarosław Kaczyński. Potem nadeszła epoka marszów z płonącymi pochodniami. No a teraz przeszliśmy do kolejnego etapu narodowej piromanii- stosów, na których pali się książki. Czego polska prawica oczywiście „nie pochwala, ale jednak rozumie”.

Jej elektorat pewnie też, tym bardziej, że przynajmniej jedną książkę w roku (wliczając w to podręczniki i instrukcje obsługi) czyta w Polsce już tylko 37 procent populacji. Gdyby nie jazgot lewackich mediów, to gdańskie całopalenie przeszłoby więc pewnie niezauważone.

Bo przecież jak inaczej, niż wypalając ogniem (i mieczem) zło wszelakie w postaci czarownictwa, okultyzmu, a też liberalizmu i lewactwa – uwolnić Naród od niebezpiecznych treści i uchronić od upadku moralnego?

Inna sprawa, że palenie książek jest mało skuteczne, bo zawsze można przecież napisać kolejne. Więc następnym nieuniknionym, etapem na drodze do odrodzenia duchowego Narodu wydaje się posłanie na stos ich autorów. Jak to zawsze bywało. Po nich – wydawców. A na ostatku czytelników. Oraz – to już w kontekście politycznym – całej totalnej opozycji, z „Bolkiem” na czele, jej zwolenników, a na koniec całego „gorszego sortu”. No, chyba że w odruchu chrześcijańskiego miłosierdzia jednak wyśle się ich wszystkich na Madagaskar. Niemniej, wobec nadchodzącego kryzysu budżetowego, zapałki wychodzą taniej.

Jak dotąd, owa taktyka spalonej ziemi przynosiła podpalaczom w Polsce niezłe rezultaty. Zabawy z zapałkami mają jednak to do siebie, że w niepowołanych rękach grożą pożarem medialnym, który obróci w popiół resztki naszej reputacji. Mogą też wzniecić oburzenie i rozpalić emocje przeciwników. No i – jak wiemy z filmów kryminalnych – wielu podpalaczy ginie w płomieniach roznieconych własnymi rękami.

Gadzinówka TVP przegrała z prof. Wojciechem Sadurskim

18 Mar

Sąd Rejonowy w Warszawie umorzył sprawę karną z oskarżenia prywatnego o znieważenie, którą TVP wytoczyła prof. Wojciechowi Sadurskiemu. – „Bardzo się cieszę, że sędzia zdecydowała w ten sposób. Jest to potwierdzeniem mojego przekonania, że są jeszcze sądy niezależne w Warszawie. Uważam, że prywatne oskarżenie skierowane przeciwko mnie przez TVP było absolutnie skandaliczne. TVP wydaje publiczne pieniądze dla ochrony samej siebie przed krytykami i na dodatek, zamiast jak każde medium starać się rozszerzać sferę debaty publicznej, próbuje ją zawęzić przez szykanowanie swoich krytyków” – powiedział onet.pl prof. Sadurski po ogłoszeniu wyroku sądu. TVP może wnieść zażalenie na tę decyzję w ciągu siedmiu dni.

A TVP pozwała profesora w związku z jego tweetem, zamieszczonym po śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. – „Po tym, jak zaszczuty przez rządowe media polityk został zamordowany, żaden demokrata, żaden polityk opozycyjny, nie powinien przekroczyć progu Gebelsowskich mediów. Niech się kiszą we własnym sosie: nieudaczników, arywistów i tow Marka Króla, jak bojkot TV przez artystów po 1981” – napisał prof. Sadurski. Miał on w ten sposób godzić w dobre imię TVP.

TVP podobne pozwy wystosowała do Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara i znanego muzyka Krzysztofa Skiby. – „Najpierw dostałem żądanie przedsądowe od TVP, żebym przeprosił ich w internecie i wpłacił pieniądze na WOŚP, co już jest czystą perfidią, bo jak wiemy, TVP usunęła WOŚP ze swojej anteny, a nawet pikselowała serduszka, jeśli ktoś miał.  A tydzień temu dostałem akt oskarżenia z powództwa prywatnego w trybie karnym. Podstawą aktu oskarżenia miało być zdanie z wypowiedzi dla telewizji Polsat News, której udzieliłem w dniu zabójstwa Pawła Adamowicza. To zdanie brzmiało tak, że TVP szczuła na prezydenta Adamowicza i oto mamy tego efekty. Było jeszcze kolejne zdanie, że Jacek Kurski jest moralnie odpowiedzialny za sianie nienawiści i mam nadzieję, że poniesie konsekwencje i zostanie zdjęty ze stanowiska. Widać, że tym trybem karnym TVP chce osiągnąć efekt zastraszenia” – powiedział onet.pl Krzysztof Skiba.

Pełnomocnik Adama Bodnara mec. Maciej Ślusarek potwierdził, że TVP złożyła pozew, żądając przeprosin i wpłacenia 20 tys. zł na WOŚP. – „W tej sprawie wyznaczone jest posiedzenie sądu na 17 maja. Traktujemy pozew TVP jako próbę wywołania tzw. efektu mrożącego, czyli sprawienia, żeby organ konstytucyjny nie zajmował się więcej telewizją. Zarówno sprawę pana rzecznika, jak i pozostałych panów traktuję jako próbę uciszenia jakiejkolwiek krytyki wobec telewizji publicznej” – stwierdził Ślusarek.