Tag Archives: TSUE

Mordeczki Kaczyńskiego w Trybunale Konstytucyjnym

21 List

Europa doceniła Donalda Tuska. Stając do wyborów na szefa europejskiej Partii Ludowej, jako jedyny kandydat, mówił: „Wierzę, że tylko ci, którzy dają ludziom poczucie bezpieczeństwa i jednocześnie przestrzegają praw i wolności, mają prawo sprawować władzę. Jestem gotowy do walki, mam nadzieję, że wy też”

20 listopada 2019 w Zagrzebiu Donald Tusk został wybrany szefem Europejskiej Partii Ludowej. 491 osób było za, 37 – przeciw. Zastąpił na stanowisku Francuza Joseph Daula. Były polski premier jest pierwszym przedstawicielem Europy Wschodniej na czele największej partii politycznej w Unii Europejskiej.

„Stańmy razem na tym najważniejszym polu politycznej bitwy, przeciwstawiając się nieodpowiedzialnym populistom, będąc partią odpowiedzialną i popularną.

Po pięciu latach mam dość bycia głównym europejskim biurokratą. Jestem gotowy do walki, mam nadzieję, że wy też”,

mówił Tusk podczas przemówienia przed głosowaniem.

„Wierzę, że tylko ci, którzy dają ludziom poczucie bezpieczeństwa i jednocześnie przestrzegają praw i wolności, mają prawo sprawować władzę. Pod żadnym pozorem nie wolno nam rezygnować z bezpieczeństwa i porządku na rzecz populistów, manipulatorów i autokratów, którzy przekonują ludzi, że wolności nie można pogodzić z bezpieczeństwem. Że obrona naszych granic nie da się pogodzić z liberalna demokracją, a efektywne rządzenie z praworządnością”.

Nie poświęcimy takich wartości jak wolności obywatelskie, praworządność i przyzwoitość w życiu publicznym dla bezpieczeństwa i porządku, bo nie ma takiej potrzeby. Bo one się nie wykluczają”.

„Wszystko, co napisałam, podtrzymuję. Nic nie cofam” – odpowiedziała Krystyna Pawłowicz, kandydatka do TK, na zarzuty o używanie mowy nienawiści. Drugi kandydat Stanisław Piotrowicz w ogóle nie musiał odpowiadać na pytania o karierę w PZPR i obronę księdza-pedofila z Tylawy, bo przewodniczący komisji przyspieszył głosowanie. Komisja poparła oboje kandydatów

W środę 20 listopada wieczorem sejmowa Komisja Sprawiedliwości i Praw Człowieka zaopiniowała kandydatury na nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Dwie, nie trzy, bo w ostatniej chwili posłowie PiS wycofali swoje poparcie dla Roberta Jastrzębskiego, którego niespodziewanie zgłosili w piątek.

„Procedura zgłoszenia kandydata na to stanowisko zostanie ponowiona, termin zgłoszeń najpewniej w tym tygodniu przedstawi marszałek Sejmu” – poinformował PAP dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu Andrzej Grzegrzółka.

Pod obrady komisji w środę trafili więc tylko Krystyna Pawłowicz i Stanisław Piotrowicz, oddani żołnierze rządu PiS.

„Będziemy opiniowali dwie czy trzy kandydatury? W stabilnych demokracjach nie wprowadza się zmian na ostatnią chwilę” – ubolewała na początku posiedzenia posłanka PO Kamila Gasiuk-Pihowicz, wiceprzewodnicząca Komisji.

Po dwóch i pół godzinie wojny na argumenty – formalne, merytoryczne i prawne – przewodniczący komisji Marek Ast z PiS postanowił skrócić obrady i przejść do głosowania. Jeszcze zanim Stanisław Piotrowicz zdołał odnieść się do któregokolwiek z pytań opozycji.

Komisja sprawiedliwości, w której przewagę mają posłowie Prawa i Sprawiedliwości, zgodnie z przewidywaniami poparła obie kandydatury. Opozycja głosowała przeciw, ale była w mniejszości.

Już w czwartek 21 listopada po południu Sejm będzie głosował nad ich przyjęciem. W Sejmie większość ma PiS, więc Pawłowicz i Piotrowicz są o włos od zajęcia zwalniających się w grudniu posad w TK.

Opozycja: „Pokażcie ekspertyzy!”

Zanim posiedzenie Komisji zaczęło się na dobre, posłowie opozycji zgłosili do przewodniczącego Asta szereg wniosków formalnych. Chcieli, by zarządził przerwę, bo nie zdążyli zapoznać się z treścią ekspertyz prawnych przygotowanych na wniosek wicemarszałków Sejmu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i Piotra Zgorzelskiego.

Opinie te przygotowali uznani eksperci prawni – profesorowie Marek Chmaj i Marcin Matczak.

„Te opinie zostały przygotowane na koszt Kancelarii Sejmu. Nie możemy zadawać pytań kandydatom, jeżeli nie ustalimy, co zawierają”

– apelował poseł PO Michał Szczerba.

Ekspertyzy Matczaka i Chmaja dotyczyły spełniania przez kandydatów wymogów formalnych. Jak pisaliśmy w OKO.press, Krystyna Pawłowicz i Stanisław Piotrowicz przekroczyli 65. rok życia. W efekcie „reform” sądowniczych PiS mogą być… za starzy, by zasiadać w TK.

„Czy osoba, która skończyła 65 lat, wypełnia kryteria konieczne do pełnienia urzędu? Skoro w tym wieku nie można być czynnym sędzią SN?” – pytała Kamila Gasiuk-Pihowicz.

Posłowie PiS odrzucili jednak wnioski o przerwę i zgodnie twierdzili, że przy kandydowaniu do TK wiek Piotrowicza i Pawłowicz nie ma znaczenia.

„Głosy w doktrynie są podzielone” – stwierdził Marek Ast. „Nie ma tu żadnej kwestii związanej z cenzusem wieku” – komentował Piotr Sak. „Profesorowie, którzy sporządzili te analizy, nie są bezstronni, zwłaszcza prof. Matczak” – grzmiał Przemysław Sobolewski, wicedyrektor Biura Analiz Sejmowych.

Przypudrowane życiorysy

Wkrótce potem posłanka PiS i wiceprzewodnicząca komisji Anna Milczanowska przeszła do przedstawienia kandydatur Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza. Usłyszeliśmy obszerne fragmenty życiorysów tej przebojowej dwójki. Jak zauważyli posłowie opozycji – mocno przypudrowane.

Jako pierwszy swoje wątpliwości przedstawił w pytaniach poseł PO Michał Szczerba. Odniósł się do opinii prawników i zwrócił uwagę na potencjalnie dyskwalifikujący wiek Piotrowicza i Pawłowicz. Ale nie tylko.

„Jest też kryterium nieskazitelnego charakteru. W ostatnich latach do Komisji Etyki Poselskiej wielokrotnie wpływały wnioski dotyczące wypowiedzi pani poseł Pawłowicz.

Czy pani podtrzymuje te wypowiedzi? Czy jest pani gotowa przeprosić posłankę Gasiuk za obrażanie jej? Za używanie języka poniżającego i nienawistnego, m.in. wobec Donalda Tuska? Czy z czystej krwi polityczki może pani stać się niezawisłym sędzią TK?”

– pytał Szczerba.

Poseł punktował też przemilczane fragmenty CV Stanisława Piotrowicza.

„Jakie ma pan odczucia wobec postawy, którą prezentował pan, gdy jako prokurator umorzył sprawę księdza z Tylawy? Czy nie wstydzi się pan, że publicznie oczyszczał go pan z zarzutów?” – pytał.

Przewodniczący Ast kilkakrotnie próbował odebrać głos Szczerbie. Ostatecznie, ku oburzeniu opozycji, posłowie PiS przegłosowali pomysł, by skrócić czas na zadawanie pytań do jednej minuty na każdego kandydata.

Ekspresowe pytania

Na szybko swoje pytania musieli zadać m.in. polityk Wiosny Krzysztof Śmiszek, Katarzyna Piekarska i Anna Maria Żukowska z SLD, Kamila Gasiuk-Pihowicz, Krzystof Paszyk z PSL, Magdalena Filiks z KO i Barbara Dolniak z Nowoczesnej.

Mimo niesprzyjających warunków opozycja z ogromnym wysiłkiem przypominała wady obydwojga kandydatów.

„Czy podtrzymuje pani swoją opinię, że sędziowie po 65 roku życia nie są w stanie podejmować racjonalnych decyzji? Po co kandyduje pani do TK, skoro mówiła Pani, że Trybunał narusza zasadę demokratyzmu? Czy prawo unijne ma prymat nad prawem krajowym?” – wyliczał Śmiszek.

„Za co dostał pan brązowy krzyż zasługi w 1984 roku, bo chyba nie za działalność opozycyjną?” – pytała Piotrowicza Katarzyna Piekarska.

„Stanowiliście państwo prawo, teraz będziecie wyłączeni ze spraw, które dotyczą ustaw, przy których pracowaliście – czy ma to sens? Czy pan Piotrowicz może stać się apolityczny miesiąc po wyborach, w których kandydował? Czy jest dobrym kandydatem do TK, skoro nie dostał nawet wystarczająco głosów, by zostać posłem?” – argumentowała Magdalena Filiks.

„Czy to prawda, że razem z marszałkiem Kuchcińskim łamał pan instrukcję HEAD? Pani profesor Pawłowicz, czy podtrzymuje pani opinię w sprawie flagi UE? Nadal nazwałaby ją pani szmatą?” – dopytywał Krzysztof Paszyk.

„Czy będą państwo niezależni i niezawiśli? Nie było tego symptomów w ostatnich czterech latach. Oboje jesteście prawnikami, a mimo swojej wiedzy podejmowaliście decyzje, które są sprzeczne z konstytucją. Jak chcą nas państwo do siebie przekonać?” – mówiła Barbara Dolniak.

Laurkę dla Pawłowicz wygłosił poseł PiS Bartosz Kownacki.

„Znam panią profesor jako wykładowcę na UW. To były jedne z najlepszych zajęć. Te wcześniejsze wypowiedzi to ataki ludzi, którzy zostali beneficjentami złodziejstwa, które przeprowadzono po 89 roku” – stwierdził.

Pawłowicz: „Wszystko podtrzymuję”

Po skończonej rundzie pytań głos zabrała Krystyna Pawłowicz.

„To wasza zasługa, że tutaj siedzimy. PiS chciało ograniczyć wiek emerytalny sędziów TK, ale państwo protestowaliście. Dzięki państwu jesteśmy na tej sali jako kandydaci” – zaczęła posłanka.

„Komisja Etyki Poselskiej jest reliktem czasów PRL, kiedy była jedność moralno-polityczna wszystkich posłów.[…] Przewagę mają w niej zawsze posłowie opozycji i wykorzystują jako pałkę do cenzurowania wolnych wypowiedzi politycznych, do których posłowie są upoważnieni” – przekonywała.

„Zacytował pan moje wypowiedzi. Wszystko, co napisałam, podtrzymuję. Nic nie cofam, proszę pana” – odpowiedziała Pawłowicz Michałowi Szczerbie i Krzysztofowi Śmiszkowi.

„Morda to jest morda, to nie jest żadne słowo wulgarne” – stwierdziła.

„W razie konfliktu polskiego prawa z prawem UE, odsyłam do art. 8 i 91 konstytucji, które mówią, że prymat ma polska konstytucja. Jest najwyższym prawem RP” – podkreśliła Pawłowicz.

Posłanka przyznała, że zdarzyło jej się głosować za przepisami, które uznała za niekonstytucyjne, bo tak nakazywała jej partyjna dyscyplina.

„To była moja prywatna opinia, o konstytucyjności decyduje Trybunał Konstytucyjny. Poseł ma swoje obowiązki” – ucięła.

Na sali rozgorzała dyskusja. Wkrótce potem przewodniczący Ast postanowił zakończyć debatę i przejść do głosowania, zanim jeszcze na którekolwiek z pytań odpowiedział Stanisław Piotrowicz.

Gdy posłowie PiS poparli kandydaturę Krystyny Pawłowicz, część posłów opozycji zamierzała opuścić salę. Zostali jednak na głosowaniu nad kandydaturą Piotrowicza. Także i on otrzymał zielone światło dzięki głosom PiS.

„Posadzilibyście córki na kolanach księdza z Tylawy? Tak traktujecie TK?” – ubolewała Kamila Gasiuk-Pihowicz.

Jastrzębski w odstawkę

Posłowie i posłanki nie mieli okazji przepytać sędziego Roberta Jastrzębskiego, bo PiS tuż przed posiedzeniem komisji wycofało dla niego poparcie.

„To prawda, ale nie wiem, skąd taka decyzja” – mówił Onetowi w środę Marek Ast.

Posłowie PiS zgłosili Jastrzębskiego na ostatnią chwilę, w piątek 15 listopada, wycofując zarazem zaproponowaną wcześniej Elżbietę Chojnę-Duch.

Chojna-Duch miała dowiedzieć się o tym z publikacji Onetu. „Były wcześniej rozmowy, że rozważają taką możliwość. Ale odpowiedź mieli mi dać w poniedziałek. Czemu zmienili zdanie na temat mojej kandydatury? Nie mam pojęcia. Nie tłumaczyli tego” – komentowała prawniczka.

Jak pisaliśmy w OKO.press Jastrzębski jest jednym z „ośmiu wybitnych konstytucjonalistów” Zbigniewa Ziobry. Gdy Trybunał Konstytucyjny w marciu 2016 roku orzekł, że nowelizacja ustawy o TK przeprowadzona przez PiS była niekonstytucyjna, Ziobro powoływał się m.in. na ekspertyzę Jastrzębskiego, który „podzielał zdanie rządu”.

Media spekulują, że PiS musiało wycofać jednego z kandydatów ze względu na toczące się w obozie Zjednoczonej Prawicy rozmowy koalicyjne. Naciskać mieli koalicjanci partii Kaczyńskiego, którzy też chcą mieć w TK swoich przedstawicieli.

„Jedną z trzech osób zastąpi kandydat naszych koalicjantów. Swojego reprezentanta zgłoszą też w styczniu, gdy skończy się kadencja kolejnego sędziego TK” – powiedział „Gazecie Wyborczej” anonimowy rozmówca z kręgów władzy.

>>>

„Potrzebuję tego boksu, tego wysiłku, ciosów i bólu, żeby zejść na ziemię. Inaczej nie zachowam dystansu do samego siebie” – opowiadał w 2017 roku. „Od dłuższego czasu widać było, że ma większe ambicje niż samorząd. To nie jest zając ustawiony, by prawybory się odbyły. Czekał na właściwy moment” – mówi OKO.press polityczka KO

„Polska potrzebuje silnej prezydentury, która zatrzyma łamanie praworządności, wydobędzie kraj z chaosu partyjniactwa i przywróci wszystkim obywatelom prawdziwe poczucie wspólnoty. Podjąłem się tego wyzwania. Dlatego zgłosiłem swoją kandydaturę w prawyborach” – napisał na Twitterze w środę 20 listopada 2019, tuż przed godz. 18.

Człowiek w kopercie

We wtorek o północy minął termin zgłaszania kandydatów i kandydatek w prawyborach prezydenckich Koalicji Obywatelskiej, planowanych na 14 grudnia. Zanosiło się na to, że prawyborów nie będzie, bo zgłosiła się tylko Małgorzata Kidawa-Błońska, była marszałkini Sejmu, zgłoszona jako kandydatka KO na premiera w czasie kampanii przed wyborami 2019. Zebrała 150 głosów poparcia.

W środę w południe pojawiły się pogłoski, że jest jeszcze czyjeś zgłoszenie. O 17.30 Grzegorz Schetyna potwierdził (z Zagrzebia, gdzie pojechał na spotkanie EPL i wybory Tuska), że jest jeszcze jedno zgłoszenie, w zamkniętej kopercie.

Gdy nazwisko Jacka Jaśkowiaka (rocznik 1964) zaczęło się powtarzać, potwierdził na Twitterze.

W 2010 roku kandydował na prezydenta Poznania z listy ruchów miejskich Porozumienie My-Poznaniacy – i przegrał, zdobywając 7,16 proc. głosów. W 2013 wstąpił do Platformy Obywatelskiej i ponownie wystartował w wyborach – jako kandydat PO i sensacyjnie wygrał z Ryszardem Grobelnym, który rządził Poznaniem przez 16 lat. Jaśkowiak zdobył w drugiej turze 59,09 proc.

Był pierwszym polskim prezydentem miasta, który wziął udział w Marszu Równości – w 2015 roku. Robił to również w kolejnych latach, w końcu organizatorzy poprosili Jaśkowiaka o honorowy patronat nad Marszem – zgodził się. W 2018 roku Poznański Marsz Równości przeszedł pod patronatem Prezydenta Poznania.

Był biznesmenem. W latach 90. pracował w firmie Jana Kulczyka, potem założył własną, która zajmowała się doradztwem i obsługą księgową. Był też menedżerem barda opozycji Jacka Kaczmarskiego. Angażował się w organizację imprez sportowych – Pucharu Świata w biegach narciarskich w Szklarskiej Porębie.

„Od dłuższego czasu widać było że ma większe ambicje niż samorząd, więc moim zdaniem to nie jest zając ustawiony tylko by prawybory się odbyły.
Po prostu czekał na właściwy moment” – mówi OKO.press polityczka KO.

OKO.press przedstawia wybór wypowiedzi Jaśkowiaka, w większości z wywiadu-rzeki Violetty Szostak i Włodzimierza Nowaka. „Dżej Dżej. Rozmowy z Jackiem Jaśkowiakiem Prezydentem Poznania” wydanej w 2017 roku, Wydawnictwo Poznańskie.

O kandydowaniu na prezydenta (2017)

Violetta Szostak i Włodzimierz Nowak: Namawiają cię?

No tak… Idę na jakieś przyjęcie, podchodzi do mnie właściciel firmy wartej pięćset milionów i mówi: „Jestem zaszczycony, że mogę przywitać przyszłego prezydenta Polski”.

O! I co?

Nie mam takich ambicji (…)

Ciekawi jesteśmy spotkania z tobą za jakiś czas, gdy okaże się na przykład, że Jaśkowiak jednak kandyduje na prezydenta Polski.

Dajcie spokój! Dziesięć razy więcej mogę zrobić jako prezydent Poznania – mam dziesięć razy większy budżet. Prezydent Polski to funkcja czysto reprezentacyjna. Nie mówiąc już o tej patologii, jaką mamy teraz, gdy Duda pełni funkcję długopisu. Po co mi to? Mam swoje ego huśtać? Jaki to jestem wspaniały i tak dalej? (…) Pisałem się na Poznań. Co zacząłem, to skończę.

O kandydowaniu na prezydenta (2018)

Nie za bardzo wydaje mi się, żeby było to możliwe ze strony jakiegokolwiek samorządowca. Bo ta kampania wymaga dużego zaangażowania czasowego, a każdy z nas ma tutaj ciężką pracę do wykonania. Jestem przekonany, że opozycja będzie w stanie wystawić dobrego kandydata (Onet, 15 października 2018).

O uchodźcach i PiS

Stanowisko Kościoła jest w sprawie uchodźców jednoznaczne: należy pomagać. A skoro PiS tak bardzo identyfikuje się z Kościołem, że aż rząd jedzie na mszę prymicyjną syna Beaty Szydło na Jasną Górę, to niech sięgną również do Pisma Świętego. Niech naprawdę posłuchają głosu tego Kościoła! Bo klęczą na procesjach, swoją wiarę manifestują politycznie, a potem robią coś zupełnie innego.

O konserwatyzmie

Czy Merkel z CDU jest konserwatywna? Jeżeli o takim konserwatyzmie mówimy, to ja się z nim absolutnie identyfikuję.

O Schetynie

Grzegorz wyraźnie dał do zrozumienia, kto jest dla niego partnerem.

Jaśkowiak?

Jaśkowiak. Jestem członkiem rady programowej, na konwencjach Grzegorz trzyma mnie blisko, gdy jest w Poznaniu, siadamy przy jednym stoliku. Pokazuje, na kogo liczy.

(…) Spotykam się ze Schetyną regularnie, wspieram go, jak umiem. Pamiętam, kiedy PO miała strasznie słabe sondaże, w mediach opinie, że Schetyna jest do niczego, a w partii panuje warcholstwo, bo każdy pieprzył, co mu ślina na język przyniesie. Przed jakąś konwencją powiedziałem Grzegorzowi: wypnij klatę, nie garb się, olej te komentarze, musisz iść z powerem. Potem mi dziękował, bo dałem mu zastrzyk energii. Podziwiam go, że to wszystko wytrzymał i wyprowadził Platformę z dołka.

O tym, jak wygrać z PiS? Razem

Dla mnie są w tej chwili ważne dwa elementy. Pierwszy: jak wygrać z PiS-em, jak wygrać Polskę dla wartości europejskich. Drugi: jak to potem poskładać – jeżeli teraz nie będziemy w stanie dogadać się jako demokratyczna opozycja, to jak chcemy się dogadać później, po obaleniu PiS?

(…) PiS-owi możemy wgrzać tylko wtedy, jak się zjednoczymy. Bo wyglądanie rycerza na białym koniu to dziecinada. To pokazuje, że – jako społeczeństwo – mamy jeszcze dużo do zrobienia, by dorosnąć.

O współpracy opozycji

Już teraz musimy pokazać, że potrafimy współpracować. Tak jak dziś w Poznaniu – prezydent jest z Platformy, jeden zastępca z ruchów miejskich, drugi z lewicy. Mamy porozumienie programowe Platformy i lewicy. To najlepszy model dla Polski.

O Poznaniu, który jest trendy

To, czego najbardziej brakowało poznaniakom, to poczucia dumy. Mam nadzieję, że im to dałem, że poczuli: nie jesteśmy obciachowi. W tej chwili Poznań jest trendy. Być symbolem anty-PiS-u, bastionem wolności – niezłe. Poznań wydawał się konserwatywny, ale wcale taki nie jest.

Byłem na wszystkich wyborach prezydenckich, parlamentarnych i samorządowych, również w tych pierwszych częściowo wolnych. Nie opuściłem żadnych wyborów. Na jakie partie głosowałeś? Najpierw na Unię Wolności. Ale zagłosowałem też później na Kwaśniewskiego i SLD. Potem głosowałem na PO. A w wyborach samorządowych głosowałem na Grobelnego w pierwszych dwóch kadencjach. Mam szacunek do wszystkich dawnych opozycjonistów, którzy tyle zrobili dla Polski. Do Macierewicza też miałem. Ale teraz on zachowuje się jak radziecki dygnitarz czy PRL-u.

O tym, na kogo głosował od 1989 roku

Najpierw na Unię Wolności. Ale zagłosowałem też później na Kwaśniewskiego i SLD. Potem głosowałem na PO. A w wyborach samorządowych głosowałem na Grobelnego w pierwszych dwóch kadencjach.

O kobietach

Wolałbym oczywiście spędzić życie w zgodzie z jedną kobietą, być jej wiernym, mieć z nią więcej niż jedno dziecko, ale z Joanną nam się to nie udało. Nie uważam jednak, by mój stosunek do kobiet był niewłaściwy. Nie traktuję kobiet przedmiotowo. Przeżyłem z nimi i dzięki nim najważniejsze chwile w moim życiu.

O boksie

Chodzę na treningi z wyczynowymi bokserami! Z Saszą, który ma gabaryty prawie jak Kliczko: waga sto dwa kilogramy, sto dziewięćdziesiąt osiem centymetrów wzrostu. Szybki jak cholera – pięć lat trenuje boks, a wcześniej trójbój siłowy. Ciężko się z nim ćwiczy w parze… Jest też Rusłan, z Ukrainy. Trenuje z nami chłopak, który właśnie wyszedł z poprawczaka. Był też student farmacji z Arabii Saudyjskiej. Dopytywał, kim jestem. Myślał, że ten siwy to pomocnik trenera. Jak mu powiedzieli, że to „mayor of the city”, nie uwierzył: „I on tak tu przychodzi? Bez ochrony?!”. No to ktoś mu powiedział: „Popatrz na niego, on nie potrzebuje ochrony” ( śmiech ). Wiecie, jaką mam frajdę z tych treningów? Jak to mnie teraz niesie?

Staram się tak z osiem godzin tygodniowo. I raz w tygodniu mam sparing z zawodowym bokserem. Czasami wstaję o piątej rano, by potrenować przed pracą.

Potrzebuję tego boksu, tych sparingów, tego wysiłku, ciosów i bólu, żeby zejść na ziemię. Muszę iść na ten ring i tę presję z siebie zrzucić. Inaczej nie zachowam dystansu do samego siebie.

O przegrywaniu

Przegrany polityk jest jak przegrany bokser – nikt go już nie potrzebuje. Polityk jest potrzebny wtedy, gdy ludzie go kochają, kochają media. Przegranego nikt nie kocha. I wtedy wrócę po prostu do tego, co robiłem wcześniej. To kusząca perspektywa, żeby razem z synami poprowadzić firmę Jaśkowiak. Sprawdzę, czy jeszcze umiem zarabiać pieniądze.

Już teraz wiem, co powiem, odchodząc z polityki. Mam nadzieję, że będę odchodził z podniesionym czołem. Że mnie nie zniosą z ringu, wmanewrują w jakieś aresztowanie

czy podobne rzeczy… ale przed tym też nie ma we mnie strachu. Co powiesz? Z „Boba Dylana” Kaczmarskiego:

Oddaj komuś rząd dusz
I na własny szlak rusz
Tam gdzie żadne nie zdarzą się porty
Mówić będą żeś zbiegł
Ale wyjdą na brzeg
I zdradzieckie ci lampy zapalą
Ale ty patrząc w dal
Płynąć będziesz wśród fal
Aż sam wreszcie staniesz się falą

O przypadku

Tak sobie dzisiaj myślę, że granica między byciem prezydentem a byciem takim człowiekiem w miejskim kontenerze jest bardzo cienka. Przecież ja też jako młody chłopak mogłem sięgnąć po alkohol, narkotyki. To akurat mnie nie kręciło, ale mam świadomość, że scenariusz mógł być inny.

O bogactwie

Długo oglądałem świat za szybą i chciałem się do niego przebić. Nawet ta fascynacja Joanną – córką dyrektora szpitala i nauczycielki, z willą, jak się wtedy mówiło – było aktem tego przebijania się. Jej życie było dla mnie egzotycznym światem. Nasz związek był przez jej otoczenie postrzegany jako mezalians – półsierota żeni się z księżniczką.

Myślę też o bogactwie – to znaczy o świecie biznesu i wielkich pieniędzy. Ten świat też był dla mnie za szybą, potem tam wszedłem, pomacałem to wszystko. Wystarczyło. Poczułem smak całkiem dużych pieniędzy i przywilejów, jakie dają. Fajnie smakują. Ale nie stałem się ich niewolnikiem.

 

O zabójstwie Adamowicza (i odpowiedzialności Jarosława Kaczyńskiego)

Paweł Adamowicz padł ofiarą goebbelsowskich metod propagandy. Uruchomiono pokłady nienawiści, zbudzono demony nacjonalizmu, straszono uchodźcami. To wszystko cynicznie wykorzystano do wygrania wyborów. Dano przyzwolenie na agresję i język nienawiści, a mediom publicznym – wręcz nakaz szkalowania politycznych oponentów. Paweł Adamowicz i Jacek Karnowski padli ofiarą goebbelsowskich wręcz metod propagandy. Kłamstwo smoleńskie, wykorzystanie służb i mediów do celów politycznych, demontowanie demokratycznego modelu państwa. Za to wszystko i za doprowadzenie do wczorajszej tragedii w mojej ocenie odpowiada Jarosław Kaczyński.

O nacjonalizmie

Nacjonalizm wzrasta nie tylko w Polsce, jest widoczny również np. we Włoszech. Warto sięgnąć do tego, co było fundamentem powstania Unii Europejskiej, czyli zbudowania wspólnoty, by uniknąć wojen w Europie. Musimy przestać przedstawiać wojnę jako coś honorowego i chwalebnego, a wrócić do działania, aby więcej do niej nie doszło.

PAP: Czy również w drugiej kadencji nie pominie pan żadnej okazji, żeby dopiec PiS?

Są pewne wartości i elementy dla mnie kluczowe, ważne w dyskursie politycznym, a jednocześnie istotne dla Poznania i Wielkopolski. Nie widzę powodów, by o tych kwestiach nie mówić wprost.

O Tusku

Żeby naprawić ten bałagan, który zafundował nam PiS na poziomie międzynarodowym, potrzebujemy kogoś z pierwszej ligi. Tusk jest jeszcze młody, zna ważne osobistości, nie tylko w Europie. Prezydent Stanów Zjednoczonych czy Chin będzie z nim rozmawiał zupełnie inaczej. Pytanie tylko, czy Tusk będzie chciał z pozycji jednego z najważniejszych polityków w Europie wracać na arenę krajową. Ja bardzo bym sobie życzył, by wrócił do Polski.

O supporcie Jażdżewskiego

Prezydent Poznania w TOK FM komentował między innymi wystąpienie Leszka Jażdżewskiego przed wykładem Donalda Tuska na Uniwersytecie Warszawskim. – Nie jestem zbulwersowany wypowiedzią Leszka Jażdżewskiego. Jednak patrzymy na kościół z perspektywy hierarchów. Jak patrzymy na abp Głódzia czy o. rydzyka, to trudno się dziwić słowom Leszka Jażdżewskiego. One są bardzo trafne – stwierdził Jacek Jaśkowiak. I dodał: – Dla osób takich jak Donald Tusk, które patrzą na Polskę z dystansu, takie wypowiedzi, jak Leszka Jażdżewskiego, mniej szokują (TOK FM, 5 września 2019)

O aktach zgonu

Paweł Jaśkowiak był jednym z 11 prezydentów polskich metropolii, którzy dostali od Młodzieży Wszechpolskiej „polityczne akty zgonu”; , po ich stanowisku w sprawie przyjmowania imigrantów (tu czytaj o spocie wyborczym PiS z atakiem na nich)

My już wcześniej  składaliśmy różnego rodzaju doniesienia, gdy grożono mnie i moim zastępcom. Utraciliśmy wiarę w działanie organów państwa. W przypadku mojego zastępcy prokurator uzasadnił umorzenie tym, że osoby grożącej nie stać na wynajęcie zabójców z Ukrainy. To ośmieszanie organów państwa. Nie wierzę, że organy państwa będą mnie chronić.

Z Pawłem [Adamowiczem – przyp. red.] rozmawialiśmy na ten temat i byliśmy zbulwersowani tym, że te organy zamiast chronić obywatela, to go nękają, nawet wtedy, gdy jest samorządowcem. To, co dzieje się w Polsce jest straszne (Fakty po faktach, 20 stycznia 2019)

O Dudzie i Kaczyńskim (Lechu)

Nie wyobrażam sobie, żeby prawica wystawiła tego ośmieszonego i skompromitowanego prezydenta Dudę. Kaczyński go wykorzystał tak, jak trzeba było. No ale on już się zużył i teraz trzeba wystawić kogoś, kto nie będzie ośmieszał nam kraju, tylko będzie go godnie reprezentował (15 października 2019, Onet)

PAP: Jak w tym kontekście należy rozumieć pańską decyzję o zaproszeniu byłych prezydentów Polski na obchody 11 listopada 2018 bez zaproszenia obecnej głowy państwa?

Zaprosiłem prezydentów Wałęsę i Komorowskiego, którzy – walcząc o naszą wolność i demokrację – mieli bardzo duży udział w odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Zaproszenie wysłałem też do prezydenta Kwaśniewskiego, który przyczynił się do naszej obecności w NATO i Unii Europejskiej. Natomiast prezydent Duda, będąc strażnikiem konstytucji, wielokrotnie ją złamał. Tak naprawdę jest prezydentem nie tyle Polaków, co Prawa i Sprawiedliwości. Swoją postawą wielokrotnie dowiódł, że odbiega od standardów wyznaczonych przez poprzednich prezydentów, także Lecha Kaczyńskiego. Gdyby żył – jego też bym zaprosił.

Rządy PiS znalazły się w oblężeniu, w sytuacji, w której nie mogą liczyć nawet na siebie. To rodzi obawy nie tylko o skuteczność rządzenia, przede wszystkim powoduje chaos – zarówno w sferze publicznej, jak i gospodarczej.

Każdy dzień dla PiS wydaje się być krytyczny, permanentny stan załamania, dołowanie za dołowaniem. Publiczność jest zaskakiwana nowymi aktami korupcji, dewastacji demokracji, a następnego dnia nie ma szans na sensowne rozliczenie ostatniego kryzysu, bo zostały ujawnione nowe kompromitujące fakty.

Więcej >>>

Zachwyt, jakim darzymy każdego polityka, który normalnie się wypowiada i który potrafi sprawnie przemawiać pokazuje, gdzie jesteśmy jako społeczeństwo obywatelskie i demokracja – bardzo blisko standardów rosyjskich i białoruskich.

Z pewnym gorzkim rozbawieniem obserwuję zachwyt nad profesorem Grodzkim, a ostatnio Adrianem Zandbergiem. Pierwszy to marszałek Senatu, który zachowuje się jak marszałek Senatu i senator zachowywać się powinien, czyli normalnie i godnie. Dyskutuje argumentując, bez obrażania ludzi i wyzwisk. Do polityki nie przyszedł znikąd, jest lekarzem, chirurgiem, w dodatku cenionym i z dobrą opinią (pomijam paszkwile na jego temat w TVP, bo nie traktuję tej partyjnej stacji jako wiarygodnego źródła informacji). Prof. Grodzki (no właśnie, profesor!) jest zatem wykształconym, poukładanym zawodowo człowiekiem, który, jak twierdzi i na razie nie ma nic, co by temu przeczyło, jest w polityce nie, żeby się wzbogacić czy obłowić, ale żeby coś zrobić.

Potrafi w dodatku – i to już prawdziwa wisienka na torcie – wygłosić takie orędzie telewizyjne, które będzie mądre, złożone ze zdań mających podmiot, orzeczenie, dopełnienie i przydawkę, mające sensowny wstęp, rozwinięcie i zakończenie, ciąg logiczny, pozbawione natomiast obelg i wykrzykników (sic!), nawet wobec ludzi, których poglądów prof. Grodzki nie podziela.

Adrian Zandberg natomiast potrafi – i to wiadomo nie od dziś – wejść na sejmową mównicę albo do studia telewizyjnego i zwyciężyć w debacie, przemawiając inteligentnie, rzeczowo, konkretnie, a przy tym z pewną dozą brytyjskiej ironii i sarkazmu i niepozbawionej uroku złośliwości. Potrafi dopiec premierowi Morawieckiemu po jego expose, ale go nie obrazić, wyzłośliwić się, ale nie poniżyć, wskazać błędy w rozumowaniu, ale posługując się danymi, a nie przymiotnikami. Jednym słowem – tak się wysłowić, że nawet jeśli się poglądów pana Zandberga nie podziela, słuchanie go sprawia przyjemność.

I wszystko super i bardzo mi się to podoba, ale – i tu nie zrozumcie mnie źle – niczego panom Grodzkiemu i Zandbergowi nie ujmując – takie cechy i zachowania powinny być i w wielu krajach są normą, a nie wyczynem, za który powinno się wręczać medale i opiewać w sonetach.

Niebywały zachwyt wielu obywateli i dziennikarzy tym kawałkiem upragnionej normalności, który odsłania się przed nami gdzieniegdzie i od czasu do czasu w sposobie bycia niektórych polityków, pokazuje, jak daleko od niej odeszliśmy. I to, że w ciągu zaledwie jednej kadencji rządów PIS, przez szereg putinowsko – białoruskich zachowań tej władzy, jak brak konsultacji społecznych, używanie siły bezpośredniej i instytucjonalnej wobec obywateli protestujących przeciw rządowi i posłom opozycji, upartyjnienie publicznych mediów, sianie topornej propagandy, przyzwyczailiśmy się do życia w nienormalności i przemocy.

Cieszy mnie, że to się zaczyna powolutku zmieniać, ale zawsze miejmy świadomość – że to, co prezentują posłowie i senatorowie, których podziwiamy za „ogromną kulturę”, to nie jest nic ekstra, tylko coś, co nam się po prostu należy i czego musimy nauczyć się wymagać na co dzień.

Morawieckiego polityka oparta na dyrdymałach, Ziobro nie pojmuje wyroku TSUE

20 List

Premier Mateusz Morawiecki przed rozpoczęciem exposé musiał wiedzieć o porannym wyroku TSUE ws. forsowanych przez PiS zmian w sądach. Jednak – co zdumiewające – nie odniósł się do niego ani słowem. Bił za to w opozycję, powtarzając oklepaną narrację o „donoszeniu na swój kraj

„Lepsze państwo to też lepszy wymiar sprawiedliwości. Będziemy kontynuować reformę w tym obszarze” – zapowiedział w exposé 19 listopada 2019 premier Mateusz Morawiecki. To echo wypowiedzi prezesa PiS z początku października. Jeszcze przed wyborami parlamentarnymi Jarosław Kaczyński obiecywał, że jego partia wróci do reformowania sądów „jeżeli społeczeństwo jej zaufa”.

Ale reformy sądownictwa prowadzone przez resort sprawiedliwości pod egidą Zbigniewa Ziobry były wielokrotnie krytykowane przez instytucje Unii Europejskiej jako zagrażające polskiej demokracji i trójpodziałowi władz. Trybunał Sprawiedliwości UE już dwukrotnie uznał elementy ziobrowskiej rewolucji za niezgodne z unijnym prawem.

We wtorek 19 listopada, tuż przed exposé premiera, TSUE wydał kolejny kluczowy wyrok: odniósł się to statusu powołanej przez PiS Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego oraz, pośrednio, Krajowej Rady Sądownictwa.

Jak pisała w OKO.press Anna Wójcik, Trybunał polecił polskiemu SN, by ten zbadał niezależność nowej Izby za pomocą konkretnych kryteriów.

Premier nie skomentował wyroku wprost, choć z pewnością został o nim poinformowany, a exposé zaczęło się z 10-minutowym opóźnieniem. Skorzystał natomiast z okazji, by – po raz kolejny – wygłosić połajanki dla opozycji, która „donosi na Polskę do instytucji międzynarodowych” i bronić rządowych reform. Które – według niego – są tak niewinne, jak za zachodnią granicą.

Niby nic o wydarzeniach w Luksemburgu, a jednak.

Zahaczając o TSUE

„Niezawisłość jest bardzo ważna, ale ona nie oznacza braku odpowiedzialności. Podział władz, ale też ich równowaga. Demokratycznie wybrany parlament ma wpływ na obsadę sądów w każdym kraju. W USA, Francji, Hiszpanii, wszędzie. W Niemczech np. czynny polityk CDU został rok temu wybrany na wiceprezesa federalnego Trybunału Konstytucyjnego” – zapewniał Mateusz Morawiecki.

Słowa premiera to jasne odniesienie do reformy Krajowej Rady Sądownictwa, której m.in. dotyczył dzisiejszy wyrok TSUE.

Po nowelizacji przeprowadzonej przez PiS 15 członków-sędziów Rady w marcu 2018 roku wybrali posłowie, a nie środowisko sędziowskie. Zdaniem licznych ekspertów prawnych doprowadzono tym samym do upolitycznienia Rady. Przez co nie jest ona w stanie skutecznie stać na straży niezawisłości sędziów.

Opinia KRS jest kluczowym elementem postępowań konkursowych na wszystkie stanowiska sędziowskie. Upolityczniona KRS to zatem upolitycznione sądy, w tym np. Izba Dyscyplinarna SN, której wszystkich członków powołano już po zmianach PiS.

Choć TSUE nie orzekł dziś wprost, czy Izba Dyscyplinarna spełnia wymagania niezależnego sądu, to nakazał Sądowi Najwyższemu zbadanie tej sprawy. Przedstawił szereg kryteriów, które musi spełniać sąd, by gwarantować obywatelom prawo do rzetelnego procesu.

Robimy to, co inni

Słowa premiera w exposé to echo ulubionego argumentu PiS, gdy trzeba bronić zamachu na sądy: polskie reformy niczym nie różnią się od rozwiązań funkcjonujących m.in. w Niemczech czy Hiszpanii. Kilkakrotnie demaskowaliśmy go w OKO.press.

Jak pisaliśmy, podobieństwo między ustawami Ziobry a systemem hiszpańskim jest pozorne. A Hiszpania, która dołuje w europejskich rankingach niezależności władzy sądowniczej, to niezbyt dobry wzór do naśladowania.

Przywołany przez Morawieckiego system niemiecki należy do najbardziej upolitycznionych w UE. Ale na korzyść Niemców działa długa tradycja, obecność opozycji w komisji rekrutacyjnej, opinia sędziów i dobry obyczaj. W Niemczech nie do pomyślenia jest na przykład, by do sądu wybrano kandydata bez doświadczenia i kompetencji.

Problemem, jak słusznie zauważyli międzynarodowi politycy, jest całokształt polskiej reformy, nie jej wyrwane z kontekstu elementy.

Przypomnijmy:

PiS upolityczniło KRS. Podporządkowało sobie Trybunał Konstytucyjny. Próbuje przejąć Sąd Najwyższy. Ściga sędziów, którzy ośmielą się krytykować te pomysły. Do tego dochodzi czystka w prokuraturze.

Żeby było „normalnie”

„Czy opozycja w tych krajach chodzi do instytucji międzynarodowych ze skargą, że tam nie ma praworządności? Nie. Bo oni rozumieją, że mocno szkodzi to ich krajom. Bardzo bym sobie życzył, żeby w Polsce było pod tym względem normalnie. Jak w dojrzałych krajach Zachodu. Nie osłabiajmy Polski, skarżąc się na nią, tylko razem Polskę wzmacniajmy” – apelował Morawiecki w exposé.

Premier zarzuca politykom opozycji, że „donosząc” unijnym instytucjom o posunięciach PiS, szkodzą własnemu krajowi. Ale do osłabienia pozycji Polski na świecie doprowadziły właśnie reformy sądownictwa partii Kaczyńskiego. To one zaowocowały m.in. rekordowym spadkiem oceny stanu polskiej demokracji w rankingu Freedom House.

Trybunał Sprawiedliwości UE dwukrotnie potwierdził, że próba przeprowadzenia czystki w sądach, była niezgodna z unijnym prawem. „Donosy” opozycji nie były zatem bezpodstawne.

Z Morawieckim nie zgadza się także większość polskiej opinii publicznej.

58 proc. badanych w najnowszym sondażu OKO.press odpowiedziało, że unijny Trybunał ma prawo zatrzymać „reformę” PiS, jeśli uzna, że narusza ona zasady UE. Przeciw było 1,7 raza mniej – 35 proc. Nawet wśród wyborców PiS 25 proc. daje takie prawo TSUE, wśród pozostałych osób aż 78 proc.

Poparcie dla działań Trybunału w Luksemburgu rośnie, a narracja PiS, powtórzona w exposé Morawieckiego, słabnie. Półtora roku temu „za” opowiedziało się 54 proc. respondentów. Wśród wyborców PiS było ich wyraźnie mniej niż dziś.

Mateusz Morawiecki jest baronem Münchausenem polskiej polityki. Jego specjalnością są różnego rodzaju niestworzone historie i zapowiedzi podlane patetycznym sosem. Kiedy się okazuje, że prawie nic nie zostało zrealizowane, płynnie przechodzi się do następnych wielkich zapowiedzi, obietnic i kolejnej porcji sosu – mówi OKO.press Marek Borowski

Pamiętam wypowiedzi premiera Morawieckiego sprzed kilku lat, gdy próbował zawładnąć umysłami Polaków, wygłaszając płomienne obietnice dotyczące wielkich projektów, które wprowadzą Polskę do świata innowacji i wprawią w zachwyt cały świat. Pamiętam auta elektryczne, promy, lukstorpedy, drony… Mieliśmy mieć też znaczący wzrost inwestycji w ciągu kilku lat i szybko doganiać średnią europejską, jeśli chodzi o PKB na głowę mieszkańca.

To były wspaniałe perspektywy i plany, problem w tym, że akurat te, które wymieniłem, nie zostały zrealizowane nawet w pięciu procentach. Mijają cztery lata rządów PiS, pan premier znów wychodzi na mównicę i nie mówi o tym słowa. Słyszymy za to o 9 tys. km linii kolejowych, którymi można opasać trzykrotnie polskie granice. Słyszymy o wielkiej transformacji z gospodarki papierowej do cyfrowej.

Państwo dobrobytu? Morawiecki kompromituje tę ideę

Gdybyśmy Mateusza Morawieckiego usłyszeli po raz pierwszy, pewnie robiłby jakieś wrażenie. Teraz rozczarowuje. Nie łączyłem z nim wielkich nadziei, ale myślałem, że stać go na więcej. Gdyby premier odniósł się także chociaż w paru słowach do rzeczy, które się nie udały, to by ociepliło jego wizerunek. Pokazałby, że stoi na czele rządu, który boryka się także z problemami. Ale nic takiego nie usłyszeliśmy.

Rząd Morawieckiego znów objawił się jako ekipa, który preferuje rozwiązania indywidualne, zaniedbując rozwiązania zbiorowe. Mamy 500 plus, bardzo ładnie, bardzo dobrze, ale przecież za 500 złotych żadna rodzina nie kupi dobrej edukacji i dobrego lekarza.

W państwie dobrobytu, o którym Morawiecki cały czas opowiadał, interes indywidualny jest równoważony z interesem grupowym, społecznym. Te zaniedbania, które mają miejsce w zdrowiu, w edukacji, w administracji publicznej, w polityce senioralnej, to zaniedbania dramatyczne, które ideę państwa dobrobytu kompromitują.

I co pan premier miał w tej sprawie do powiedzenia?

Jeśli chodzi o edukację, premier stwierdził, że przeznaczy na nią więcej pieniędzy. Z tym że chodzi raczej o pieniądze samorządów. Coś wspomniał o nauczycielach, że „inwestujemy w edukację”, co było tak śmieszne, że aż nie wierzyłem w to, co słyszę. Dowiedzieliśmy się też, że nauczyciele dostaną podwyżki w skali takiej jak sfera budżetowa – problem w tym, że nauczyciele spadli poniżej jakichkolwiek sensownych wskaźników płac i należą im się te podwyżki znacznie wyższe. Ze słów Morawieckiego wynika, że nic z tego nie będzie.

Zdrowie? Dramat. Pan premier, zwracam uwagę, już nie wspomniał, że Polska w ciągu czterech lat osiągnie pułap wydatków na ochronę zdrowia w wysokości 6 proc. w relacji do PKB. Stwierdził natomiast, że już bardzo dużo na zdrowie przeznaczyliśmy, a prawda jest taka, że w rzeczywistości wzrost jest minimalny, jeśli chodzi o stosunek do PKB.

Nie usłyszeliśmy też ani słowa, jak rząd chce sobie poradzić z problemem gigantycznego zadłużenia szpitali.

Puste słowa o zgodzie

A poza tym oczywiście praworządność w Polsce kwitnie, jesteśmy też w czołówce demokracji. Morawiecki powiedział też, że sądownictwo musi być niezawisłe, ale musi być też odpowiedzialne.

To mi przypomina taką tezę, którą słyszałem ponad 40 lat temu, że krytyka, jak najbardziej, jest dopuszczalna, ale musi być konstruktywna. Jeżeli krytyka będzie niekonstruktywna, to takich krytykantów my tutaj potraktujemy odpowiednio.

To pokazuje, jak bardzo pewne stereotypy peerelowskie są ciągle żywe i obecne w PiS. Sądownictwo ma być po prostu niezawisłe i koniec!

I wreszcie mieliśmy wyciąganie ręki do opozycji, w patetycznym sosie, że są pewne sprawy, że trzeba razem, że wspólnie. Jak trzeba razem i wspólnie, to już wysłuchaliśmy w exposé pana Antoniego Macierewicza jako marszałka seniora,  ale o to mniejsza.

Natomiast gdyby premier powiedział, że podejmie działania, by media publiczne stały się naprawdę mediami publicznymi, że to, co było do tej pory, teraz się skończy, to bym rozumiał, że wyciąga rękę. Bez tego jego słowa są puste. On swoje, prezes będzie swoje mówił, a Jacek Kurski swoje. Za chwilę pamięć o exposé przeminie i zderzymy się z rzeczywistością. I wtedy się okaże, że ile warte były te zapowiedzi.

Premier nie zająknął się również o tym, że mamy na świecie spowolnienie gospodarcze, powiedział natomiast, że chcemy utrzymać tempo wzrostu o 2, 3 pkt. proc. wyższe niż w Europie Zachodniej. Cóż, muszę powiedzieć, że to nie jest żaden ambitny program. Europa się będzie rozwijać w tempie, załóżmy, 1, 1,2, 1,3 proc. W takim wypadku polskie PKB będzie rosnąć ledwie o 3 proc. z kawałkiem.

Nie słyszymy już  także, że w dziesięć lat dogonimy Niemcy. Nie było zapowiedzi wzrostu poziomu inwestycji, bo premier już się zorientował, że to jest łatwy cel do krytyki. Wspomniał tylko o budżecie zrównoważonym – wspaniale, natomiast Morawiecki doskonale wie, że ten budżet jest zrównoważony jednorazowymi przychodami, a także sztuczkami księgowymi.

Zapewne trudno byłoby oczekiwać od premiera, by mówił, że jak będzie źle, to przytniemy to, czy tamto, ale widać było wyraźnie, że znacznie przycichło chwalenie się sukcesami polegającymi na szybkim tempie wzrostu.

Wsi spokojna, wsi wesoła…

Pan premier jest elokwentny, kocha poezję, odwoływanie się do ekonomistów, cytatów – od Norwida do Dmowskiego. A jeszcze przy okazji oczywiście postraszył LGBT i nowinkami z Zachodu. Znowu jakbym słyszał peerelowską propagandę. Na całym świecie te sprawy się zwyczajnie rozwiązuje, ale u nas? Wsi spokojna, wsi wesoła, my tu przedmurze chrześcijaństwa, gdzie absolutnie nie wpuścimy żadnych nowych prądów.

Zwłaszcza – jakżeby inaczej – przed nowinkami chronić będziemy dzieci. Gdy Morawiecki powiedział „kto podniesie rękę na nasze dzieci…”, to myślałem, że za chwilę usłyszymy „…tę rękę mu odrąbiemy”. Ale premier był łagodny i zamiast odrąbywania usłyszeliśmy, że się przeciwstawimy. Inna sprawa, że jak Morawiecki mówił o dzieciach, to każdemu muszą przyjść do głowy księża i problem pedofilii w Kościele. On oczywiście nie o tym myślał, zabrakło mu po prostu wyczucia.

Co właściwie orzekł europejski sąd? Jakie są skutki wyroku dla Izby Dyscyplinarnej i neo-KRS? Czy rację ma triumfujący Ziobro? Tłumaczy to wszystko sędzia TSUE Marek Safjan i ośmioro wybitnych ekspertów. Polecamy lekturę zwłaszcza rozczarowanym, że Luksemburg nie zmiażdżył „deformy sądów”

Niewątpliwie wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE wydany dziś (19 listopada) w odpowiedzi na pytania prejudycjalne zadane przez Izbę Pracy Sądu Najwyższego (C-585/18, C-624/18 i C-625/18) okazał się rozczarowaniem dla wszystkich, którzy oczekiwali, że Wielka Izba TSUE powtórzy miażdżącą krytykę Izby Dyscyplinarnej SN i KRS,  jaką w czerwcu wygłosił rzecznik generalny TSUE prof. Jewgienij Tanczew.

Tanczew ocenił wówczas wprost, że Krajowa Rada Sądownictwa i powołana przez nią Izba Dyscyplinarna w SN nie spełniają wymogu skutecznej ochrony sądowej w rozumieniu prawa unijnego, o której mówi art. 19 ust.1 Traktatu o Unii Europejskiej i art. 47 Karty Praw Podstawowych UE.

TSUE nie poszedł tak daleko.

W wyroku z 19 listopada Trybunał zachował się podobnie jak w sprawie pytań prejudycjalnych zadanych przez sąd irlandzki (a dokładniej, przez sędzię Aileen Donnelly): przedstawił kryteria, na podstawie których to sąd krajowy ma ocenić, czy sąd, do którego odsyła sprawę, jest niezawisły i niezależny w rozumienia prawa unijnego.

O co pytał SN i co odpowiedział Trybunał

Izba Pracy SN zapytała TSUE, „czy niezawisłym i niezależnym sądem w rozumieniu prawa Unii Europejskiej jest sąd, który z uwagi na ustrojowy model jego ukształtowania oraz sposób działania, nie daje rękojmi niezależności od władzy ustawodawczej i wykonawczej?”.

Odpowiedź na to pytanie jest Izbie Pracy potrzebna, aby ocenić, czy sąd, do którego chce odesłać rozpatrywaną sprawę – czyli utworzona za rządów PiS Izba Dyscyplinarna SN – jest niezawisły i niezależny w rozumieniu prawa unijnego.

Wielka Izba TSUE wydała wyrok, w którym nie odpowiedziała wprost na to pytanie, ale przedstawiła przekrojowe i szczegółowe kryteria tej oceny.

Sędzia TSUE prof. Marek Safjan podkreślił, że w odpowiedzi na pytanie prejudycjalne zadane przez sądy krajowe, TSUE podaje kryteria niezbędne do rozstrzygnięcia sprawy, ale nie „wyręcza” sądu krajowego, w tym wypadku Izby Pracy SN, od dokonania samodzielnej oceny.

Pytania zadane przez Izbę Pracy SN nie dotyczyły wprost Krajowej Rady Sądownictwa.

Ale w orzeczeniu TSUE są dwa nowatorskie elementy, które sprawiają, że Izba Dyscyplinarna SN ma jasne kryteria także oceny KRS.

Po pierwsze, TSUE orzekł, że istnieje relacja między niezawisłością sędziowską a mechanizmami wyłaniania kandydatów na sędziów. W Polsce w procesie wyłaniania kandydatów na sędziów kluczową rolę odgrywa Krajowa Rada Sądownictwa.

Po drugie, TSUE wskazuje, że należy dokonać oceny funkcjonowania całego systemu, który determinuje niezawisłość sądów. To znaczy, że przy ocenie organu, który wyłania sędziów (KRS), należy wziąć pod uwagę cały kontekst jego działania (cała analiza prof. Safjana w nagraniu Inicjatywy Wolne Sądy).

Piłka po polskiej stronie boiska, ale według europejskich zasad gry

Orzeczenie TSUE zostało z entuzjazmem przyjęte przez Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobro:

„Bardzo dobre orzeczenie. Trybunał Sprawiedliwości orzekł to, czego się spodziewałem.

Czyli, że nie jest właściwy do oceniania spraw związanych z organizacją polskiego sądownictwa i przesunął piłeczkę z powrotem na polskie podwórko”.

Nie sposób zweryfikować prawdziwości pierwszej części wypowiedzi ministra Ziobry, ponieważ nie wiadomo, jakie były jego przewidywania.

Druga część rozmija się z prawdą.

Owszem TSUE „przesunął piłeczkę na polskie podwórko” w tym sensie, że nie dokonał wprost oceny Izby Dyscyplinarnej SN i KRS.

Rozwijając metaforę Ziobry: piłka jest po polskiej stronie boiska, ale arbiter wyraźnie powiedział, że gra toczy się według europejskich reguł. I precyzyjnie je opisał.

Zupełnym wymysłem jest stwierdzenie, że Trybunał Sprawiedliwości powiedział,  że nie jest sądem właściwym do oceniania spraw związanych z organizacją polskiego sądownictwa.

Przeciwnie, podkreślił, że kwestie niezawisłości i niezależności sądów są materią prawa europejskiego.

Tę kwestię wyjaśnia prof. Marek Safjan:

„TSUE potwierdził, że jest kompetentny do oceny sądownictwa w państwie członkowskim UE. Kwestie związane z niezależnością i niezawisłością sądów są objęte prawem europejskim, należą do materii traktatów i Karty Praw Podstawowych. To nie jest sprawa wewnętrzna prawa krajowego. To sprawa, która wymaga oceny na podstawie przepisów prawa unijnego.

Art. 2 Traktatu o UE, wskazujący na rządy prawa, zawiera zarazem wymagania odnośnie wymiaru sprawiedliwości.

TSUE mówi: to prawda, że każde państwo członkowskie zachowuje autonomię co do organizacji wymiaru sprawiedliwości, mechanizmów powoływania sędziów, trybu funkcjonowania sądów. Tych wyborów dokonuje państwo członkowskie. Ale owe wybory muszą być podporządkowane temu, by funkcjonowanie sądów zapewniało skuteczną ochronę praw jednostek.

Taką ochronę może zapewnić tylko niezawisłe sądownictwo i niezawiśli sędziowie. Stąd wywodzimy wymaganie dotyczące niezawisłości sądów.”

Luksemburski Trybunał podał szczegółowe kryteria oceny niezawisłości i niezależności sądów

TSUE w liczącym aż 172 paragrafy wyroku przedstawił przekrojowe, rozbudowane i szczegółowe kryteria, które musi wziąć pod uwagę sąd krajowy (czyli Izba Pracy SN) przy dokonywaniu oceny, czy odsyła sprawę do sądu spełniające wymogi niezależności i niezawisłości w rozumieniu prawa unijnego (Izba Dyscyplinarna SN).

Sednem wyroku TSUE jest to, że organizacja sądownictwa podlega ocenie pod względem wpływu na niezależność i niezawisłość sądów. Dotyczy to także organów powołujących sędziów.

Co więcej, obowiązkiem sądów jest oceniać ten wpływ nie tylko na podstawie przepisów obowiązującego prawa, ale również tego, jak te przepisy są stosowane i jak rzeczywiście funkcjonują instytucje, które powinny stać na straży niezawisłych sądów.

Trybunał podał kryteria oceny KRS. „Wyrok instrukcyjny”

W komunikacie prasowym wydanym rano przez biuro Trybunału Sprawiedliwości UE położono nacisk na te elementy wyroku TSUE, które odnosiły się do kryteriów oceny przez Izbę Pracy SN sądu, do którego ta izba chce odesłać rozpatrywaną przez siebie sprawę czyli Izby Dyscyplinarnej SN.

Nie powinno to jednak przesłaniać kwestii kluczowej z punktu widzenia oceny stanu praworządności w Polsce: TSUE podał kryteria dotyczące organu biorącego udział w powoływaniu sędziów. Takim organem w Polsce jest Krajowa Rada Sądownictwa.

Prof. Marek Safjan:

„Wyrok na ogromne znaczenie. Zawiera podsumowanie wszystkich najważniejszych tez w orzecznictwie TSUE związanych z niezawisłością. Wskazuje też na pośrednie zagrożenia, jakie mogą wpływać na niezawisłość sędziowską. Te pośrednie zagrożenia są związane ze sposobem, trybem powoływania sędziów i funkcjonowania takiego organu, jakim w Polsce jest KRS.

TSUE mówi, że przesłanki związane z niezawisłością sędziowską mogą być zagrożone w sytuacji, gdy istnieją nieodpowiednie mechanizmy związane z powoływaniem sędziów, przede wszystkim chodzi tutaj o funkcjonowanie takiego ciała jak KRS.

Krajową Radę Sądownictwa Trybunał ocenia (w Motywach wyroku) jako instytucję niespełniającą – prawdopodobnie – pewnych przesłanek gwarantujących niezależność kandydatów powoływanych na podstawie opinii KRS. Ta ocena KRS będzie wymagała potwierdzenia przez Sąd Najwyższy. Ale istotne jest to, że TSUE dokładnie wskazał, jakie są najbardziej wątpliwe punkty w powołaniu i funkcjonowaniu KRS.”

Podobnie widzi to dr Maciej Taborowski, zastępca Rzecznika Praw Obywatelskich:

„Trybunał Sprawiedliwości UE potwierdził, że KRS jako organ odpowiedzialny za nominacje sędziów jest objęta przez prawo unijne. Dał sądom wskazówki, jak oceniać takie organy. TSUE zasiał też ziarno niepokoju w ocenie funkcjonowania KRS w Polsce. Do tego orzekł, że proces nominowania sędziów nie może budzić w zewnętrznym obserwatorze wątpliwości, co do bezstronności i niezawisłości tak wybranego sądu”.

Prawniczka Maria Ejchart-Dubois z Inicjatywy Wolne Sądy podkreśla, że

„Trybunał Sprawiedliwości UE wydał dzisiaj wyrok instrukcyjny.

Określił standardy, jakie ma spełniać niezawisły i niezależny w rozumieniu prawa unijnego sąd. Zrobił to w sposób przekrojowy i szczegółowy. TSUE orzekł m.in. jakie cechy powinien mieć organ opiniujący sędziów – takim organem w Polsce jest KRS. Czyli od tego momentu jest jasne, jakich według TSUE należy używać kryteriów do oceny KRS. Według kryteriów przedstawionych w wyroku TSUE, przy tej ocenie trzeba wziąć pod uwagę nie tylko okoliczności prawne, ale też faktyczne funkcjonowania organu biorącego udział w powoływaniu sędziów. Czyli sposób i okoliczności powołania, a także rzeczywiste funkcjonowanie KRS i sposób, w jaki wypełnia – bądź nie – konstytucyjnie powierzoną mu rolę stania na straży niezawisłości sądów w Polsce. To ma kolosalne znaczenie dla oceny KRS”.

Wyrok siódemkowy Izby Pracy SN. A może wcześniej?

Dr hab. Piotr Bogdanowicz, adiunkt w Katedrze Prawa Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego precyzyjnie wskazał, że Trybunał Sprawiedliwości UE w punktach 140, 143, 144 i 145 wyroku podał pięć elementów kluczowych do oceny KRS. Są to:

  • skrócenie kadencji poprzedniej KRS przed terminem;
  • fakt, że członkowie KRS są z nadania politycznego,
  • nieprawidłowe powołanie KRS,
  • sposób funkcjonowania KRS oraz
  • brak skutecznej procedury odwoławczej od decyzji KRS.

Adwokat Paulina Kieszkowska-Knapik, również z Inicjatywy Wolne Sądy, wskazuje na znaczenie wyroku dla organów państwa, ale też dla sędziów adwokatów w całej Europie. „Kryteria podane przez Trybunał Sprawiedliwości UE musi zastosować każdy sędzia, który ma wątpliwości, co do niezawisłości sądu, do którego odsyła sprawę. Adwokaci  w całej Europie będą świadomi konieczności przeprowadzenia takiego testu i na pewno będą to uwzględniać w strategiach procesowych, przy reprezentowaniu swoich klientek i klientów. To może wpłynąć na przebieg wielu spraw. Z punktu widzenia ochrony interesów obywateli najważniejsze jest jednak, aby Izba Pracy SN oceniła nie tylko Izbę Dyscyplinarną SN pod kątem niezależności, ale też organ biorący udział w procesie powoływania do Izby Dyscyplinarnej sędziów, czyli KRS.

Mam nadzieję, że Izba Pracy SN zdecyduje się powziąć uchwałę w składzie siedmiu sędziów, co sprawi, że ta uchwała będzie miała moc zasady prawnej i będzie obowiązywać wszystkie sądy.”

Adwokat Michał Wawrykiewicz, kolejny współtwórca Inicjatywy Wolne Sądy, który wraz z adwokat Sylwią Gregorczyk-Abram reprezentował sędziego NSA, którego sprawa stała się dla Izby Pracy SN przyczynkiem do zadania pytań TSUE, uważa jednak, że sądy nie muszą czekać na „uchwałę siódemkową” SN, ponieważ wyroki TSUE są wykonywane niezwłocznie i obowiązują wszystkie organy polskiego państwa. Wawrykiewicz twierdzi, że

„już dziś na podstawie tego wyroku, organy polskiego państwa – w tym sądy i KRS –  powinny doprowadzić do wstrzymania orzekania przez sędziów, którzy zostali powołani z udziałem nowej KRS”.

Uzasadnienie lepsze niż komunikat. Pełne konkretów

Sędzia Waldemar Żurek, rzecznik prasowy poprzedniej KRS:

„Uzasadnienie wyroku jest bardzo precyzyjne, o wiele lepsze niż komunikat prasowy. W punkcie 143 wyroku TSUE wyraźnie wskazuje np., że nowa KRS została utworzona w drodze skrócenia czteroletniej kadencji poprzedniej KRS.

Ponadto, TSUE wskazuje, że sędziowie, którzy zasiadają obecnie w KRS, byli desygnowani przez organy władzy ustawodawczej.

TSUE zwrócił nawet uwagę na ewentualne nieprawidłowości, jakimi mogą być dotknięte procesy powoływania niektórych członków KRS.

TSUE wyraźnie wskazuje na zagadnienie utajniania list poparcia kandydatów do KRS. Kancelaria Sejmu ich nie publikuje pomimo wyroku NSA.

Oczywiście, sam wyrok każe sądowi pytającemu – czyli Izbie Pracy SN – ocenić wszystkie te przesłanki i ich wpływ na niezależność samej KRS. Kwestia niezależności KRS ma bezpośredni wpływ na prawidłowość wyborów sędziów izb SN, ale i sądów powszechnych, którzy zostali rekomendowani przez KRS”.

Jeżeli SN rozstrzygnie o statusie KRS w składzie rozszerzonym, składzie siedmiu sędziów, jego rozstrzygnięcie będzie miało moc zasady prawnej obowiązującej wszystkie składy sędziowskie w Polsce.

„Nie można panu odmówić wyobraźni, czasami bujnej. Nie można opierać polityki na dyrdymałach” – zwracał się do Morawieckiego Grzegorz Schetyna, wytykając mu kłamstwa i niespełnione obietnice. Władysław Kosiniak-Kamysz i Adrian Zandberg szachowali premiera własnymi projektami – o klimacie, równych płacach i emeryturach. Pytali, czy PiS je poprze.

Po expose premiera Morawieckiego usłyszeliśmy trzy wystąpienia polityków opozycji. Każde inne – nie tylko w treści. Obrazowały bowiem różne strategie różnych odłamów opozycji:

  • Grzegorz Schetyna mówił w imieniu klubu Koalicji Obywatelskiej.

Rząd Morawieckiego nazwał rządem kontynuacji i może dlatego przemówienie lidera PO też było przemówieniem kontynuacji – niezłomnej opozycji, która będzie bronić państwa prawa. Schetyna nazywał Morawieckiego kłamcą, wytykał niespełnione obietnice. Nie dowiedzieliśmy się wiele o tym, jaka jest kontrpropozycja KO.

Przemówienia liderów PSL i Lewicy roiły się od zapowiedzi projektów, które zgłoszą, w przemówieniu szefa PO takich deklaracji nie było. Zrobił to później Borys Budka, zapowiedział złożenie dwóch projektów – o bezpieczeństwie pieszych oraz in vitro.

  • Adrian Zandberg – to pierwsze wystąpienie polityka Lewicy z trybuny sejmowej w tej kadencji Sejmu.

Zrobiło wrażenie porównywalne z występem Zandberga w telewizyjnej debacie w 2015 roku. Dobitne, merytoryczne, wygłoszone z pasją. Komentatorzy pisali o „expose Zandberga” albo o „kontrexpose”.

Polityk Lewicy odniósł się bowiem niemal do wszystkich obszarów, w których wcześniej coś obiecywał Morawiecki. I odpowiadał kontrpropozycjami. Siła jego krytyki nie polegała na epitetach, ale na pokazaniu możliwych rozwiązań problemów społecznych, które PiS pomija.

I na łapaniu PiS za słowo: „Jesteście tacy prospołeczni? To zobaczmy, czy poprzecie prospołeczne ustawy Lewicy. „Przemówienie na miarę kandydata w wyborach prezydenckich?” – pytali dziennikarze.

  • Władysław Kosiniak-Kamysz – tu też komentowano, że szef PSL wygłosił przemówienie prezydenckie.

Silne nie tyle szczegółowością krytyki, ile próbą budowania porozumienia. Lider ludowców docenił obecną na sali Lewicę.

A jako motyw przewodni lekarz Kosiniak-Kamysz wybrał temat, który najbardziej chyba interesuje dziś polskie społeczeństwo – opłakany stan systemu ochrony zdrowia.

Kosiniak-Kamysz przedstawił PSL jako inicjatora wspólnych projektów – przypomniał, że „Pakt na rzecz zdrowia” podpisali liderzy czterech innych ugrupowań. Mówił przede wszystkim do przedsiębiorców i mieszkańców małych miejscowości.

Poniżej szczegółowe omówienie trzech przemówień.

Schetyna: Polityczne science fiction Morawieckiego

Platforma Obywatelska przez całe expose punktowała je w mediach społecznościowych pod hasztagiem #exposeKłamstw. I właśnie kłamstwo było głównym motywem wystąpienia Grzegorza Schetyny.

Zresztą PiS nie pozostawał dłużny, Schetynie raz po raz przerywały okrzyki „kłamstwa” – krzyczał tak z ław rządowych m.in. Mariusz Błaszczak, na co szef PO odkrzyknął: „Prawda boli!”. I przypomniał, że Mateusz Morawiecki dwukrotnie przegrał przed sądem – właśnie za kłamstwo. „To jest prawda o pańskiej polityce” – mówił.

Gdy Schetyna zaczął przemawiać, z sali plenarnej wyszedł Jarosław Kaczyński. A przewodniczący PO wykorzystał okazję, by wytknąć Morawieckiemu, że nie jest on samodzielnym premierem:

„Faktycznym twórcą tego rządu jest prezes Kaczyński. Widzieliśmy to na Nowogrodzkiej. Suflował przez rzecznika rządu premierowi wskazówki personalne”.

Upomniał się o oświadczenie majątkowe premiera i zaapelował o ujawnienie majątku również żony Morawieckiego. Schetyna zapytał też, czy premier dostał od służb notę ostrzegającą przed Marianem Banasiem.

Morawiecki nie zdefiniował, czym jest „normalność”, Schetyna – tak: „Normalność to prawda, uczciwość, rządy prawa i gospodarność”. „A wy wszystko to łamiecie dzień w dzień”.

Schetyna mówił: „Z tym się zgodzę [że nowy rząd będzie rządem kontynuacji]. Będzie kontynuował waszą pisowską nieudolność, łamanie prawa, zasad demokracji, brutalną propagandę i kłamstwo. To słyszeliśmy i to zapowiedź tego. Widzieliśmy to przez ostatnie 4 lata i rozumiem, że będziemy widzieć te próby przez następne 4, a może krócej”.

Stwierdził, że pomysł PiS na politykę to „ciągłe obietnice”. I przypomniał obietnicę miliona aut elektrycznych, prom, przemysł stoczniowy – „stępka została”, oddłużenie szpitali.

„Ochrona zdrowia nigdy nie była tak zadłużona jak za waszych czasów”- mówił. Zwrócił uwagę na fatalną sytuację na SOR-ach i „inwestycje porośnięte krzakami”. „Dalej pan nakręca spiralę politycznego science fiction” – punktował Schetyna.

Mówił o rozbieżności między słowami Morawieckiego a rzeczywistością: „Nie można panu odmówić wyobraźni, czasami bujnej. Nie można opierać polityki na dyrdymałach”. „Państwo nie jest bytem wirtualnym, tu mieszka 38 milionów ludzi. O ich interes trzeba walczyć.

Schetyna zdefiniował zadania opozycji na najbliższe cztery lata:

„Będziemy pilnować praworządności, demokracji, wreszcie zdrowego rozsądku. Będziemy pokazywać wasze błędy, wasze zaniechania, wasze niespełnione obietnice”.

O Senacie: „nie będzie nocnego procedowania w Senacie, Senat nie będzie na wasze usługi. Tego już nie będzie. Będzie normalnie”.

Zandberg: Polska PiS nie jest państwem dobrobytu

To wystąpienie zelektryzowało komentatorów.

Adrian Zandberg po raz pierwszy stanął na mównicy sejmowej oko w oko z premierem Morawieckim. I przemawiał tak, jakby prowadził z premierem rozmowę – poważną debatę o Polsce, jak równy z równym. A jednocześnie pokazywał, że premier RP nie ma pojęcia, o czym mówi.

Zandberg dowodził, że Polska ani państwem dobrobytu nie jest, ani się nim nie stanie pod rządami Prawa i Sprawiedliwości. Wymieniał kolejne dziedziny, w których PiS nie dotrzymał obietnic: mieszkalnictwo, szkolnictwo, ochrona zdrowia. Upomniał się o lokatorów, lekarzy-rezydentów, osoby starsze, małych przedsiębiorców, pracowników budżetówki.

Zandberg:

„Polska po czterech latach pańskich rządów nie jest państwem dobrobytu. Młodzi nauczyciele zarabiają tyle, że nie da się za to przeżyć. Ludzie uciekają z budżetówki, bo państwo staje się najgorszym z pracodawców. Nadal kwitną śmieciówki i łamane jest prawo pracy”.

Polityk Lewicy postanowił wytłumaczyć Morawieckiemu i PiS-owi, na czym faktycznie polega „państwo dobrobytu”:

„Porozmawiajmy zatem o tym, czym jest państwo dobrobytu. To tanie mieszkania na wynajem, dostępne dla każdego. To dobrze dofinansowane szpitale. Naprawdę bezpłatna ochrona zdrowia i edukacja.

To państwo, w którym każdy czuje się bezpiecznie na ulicy. A nie jest ofiarą bicia i wyzwisk ze strony prawicowych radykałów. Nowoczesne państwo dobrobytu szanuje pracowników, związki zawodowe i dialog.

Państwo dobrobytu wreszcie to takie państwo, w którym podatki płacą wielkie korporacje, a nie tylko pracownicy i mali przedsiębiorcy”.

Premier nie zna Polski – podkreślał Zandberg. A nie zna, bo nie rozmawia między innymi  z pracownikami: „Szkoda, bo może by Pan usłyszał o problemach polskich pracowników. O problemach, które dotykają milionów Polaków. To bardzo znaczące i chciałbym zwrócić na to uwagę – w pańskim expose prawie nie mówił Pan o pracy. A to z pracy, nie z pana puszenia się, bierze się dobrobyt”.

Program „mieszkanie plus” Zandberg nazwał „totalną kompromitacją”: „opowiadaliście bajki”, „Przez cztery lata zbudowaliście 900 mieszkań. Mydliliście oczy, że da się budować mieszkania bez pieniędzy”.

Czasem Zandberg zaznaczał, że PiS niektóre problemy odziedziczył po poprzednich rządach, ale ich nie rozwiązał. Tak jest na przykład w przypadku zapaści w ochronie zdrowia: „Żeby była jasność, to nie jest tylko pana wina. Ochrona zdrowia zapada się od lat. Teraz po prostu przechodzą na emerytury kadry medyczne, które wykształciła Polska Ludowa.

W Polsce ten, kto jest bogaty, żyje nawet kilkanaście lat dłużej niż biedny. Tak jest też pod waszymi rządami i niczego z tym nie zrobiliście”.

„Powie Pan: porządne usługi publiczne, podwyżki dla budżetówki – to wszystko kosztuje. To prawda. Tyle, że przez cztery lata, zamiast zbudować nowoczesny system podatkowy, po prostu administrowaliście tym, co wam zostawił Tusk. Fakt – pogoniliście paru VAT-owskich złodziei. To wystarczyło na 500+. Ale w sprawie kluczowej, w sprawie wielkich korporacji – stchórzyliście”.

Wytknął wycofanie się rządu z podatku cyfrowego: „Szczerze mówiąc dziwię się, że poruszył Pan temat unikania opodatkowania. Przecież za każdym razem od interesu polskich obywateli ważniejszy był telefon z ambasady USA. Gdzie jest podatek od platform cyfrowych? Wycofaliście się, bo kazał wam to zrobić Mike Pence. Tak samo było z Uberem czy z listą leków refundowanych. I tak samo było z reprywatyzacją. A to sprawa wyjątkowo haniebna”.

Zandberg zwrócił też uwagę, że idzie spowolnienie gospodarcze, a rząd nie ma pomysłu, co z nim zrobić: „Skąd weźmie Pan pieniądze, skoro boi się Pan sięgnąć po podatki od wielkich korporacji?”

O polityce zagranicznej: „Bezpieczeństwo Polski to Europa. To dobra współpraca z naszymi sąsiadami z zachodu i północy.

Dlatego, proszę wybaczyć, śmieszą mnie dziś, Panie premierze, pańskie słowa o polityce europejskiej. Przecież wy tę współpracę od kilku lat niszczycie. Lewica widzi w Europie przyjaciół – wy wrogów.

My chcemy wspólnie budować politykę obronną. Wy skłócacie nas z naszymi sąsiadami. To, co robicie, Panie premierze, jest nieodpowiedzialne. Żeby przypodobać się Trumpowi, wystawiacie na ryzyko naszą przyszłość. Jeżeli ktoś uważa, że prezydent Trump jest gwarantem czegokolwiek, niech przyjrzy się Kurdom”.

O normalności i rodzinie: „Lewica chce Polski, która jest krajem wolności. Nowoczesne państwo dobrobytu jest gwarancją wolności. Wolności od biedy, od bezdomności, wolności od strachu i przemocy – ale też wolność wyboru. Polacy i Polki nie chcą żeby jakakolwiek władza mówiła im jak mają żyć, kogo wolno im kochać, z kim wolno im zakładać rodziny”.

O nietykalnych dzieciach: „Dzieci są nietykalne – mówi premier. Szkoda, że pan premier chce dzieci chronić przed jakąś wyimaginowaną ideologią, a nie ma problemu z pedofilią i jej ukrywaniem wśród kleru. Zamiast o kolejnych skazanych księżach, z mediów cały czas napływają kolejne wiadomości o umorzonym postępowaniach przeciwko pedofilom w sutannach”.

Zandberg zapowiedział, że Lewica będzie sprawdzać PiS – ale nie wytykając niedotrzymywanie obietnic, tylko zgłaszając konkurencyjne projekty:

„My nie będziemy czekać. Już teraz, w tym Sejmie powiemy wam: sprawdzam. Mówicie, państwo z PiSu, że jesteście prospołeczni? Damy wam szansę to udowodnić”.

Tu padła propozycja ustawy „która podniesie wydatki na publiczną ochronę zdrowia do europejskiego poziomu, do 7.2% produktu krajowego brutto” oraz drugiej „która wprowadzi leki na receptę za 5 złotych”.

„Te ustawy, ustawy naprawiające sytuację w ochronie zdrowia, trafią do tego Sejmu. I oczekuję, że za nimi Państwo zagłosujecie. Jeżeli pani marszałek Elżbieta Witek zapakuje te prospołeczne propozycje do zamrażarki, to sami wydacie sobie świadectwo” – mówił Zandberg.

Ale to nie wszystko. Lider Lewicy obiecał „projekt podwyższenia płac w całej budżetówce”, zwiększenie uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy i ustawę o płacy minimalnej: „Lewica zaproponuje nowy mechanizm: powiązanie płacy minimalnej ze średnim wynagrodzeniem”.

Wytknął też Morawieckiemu hipokryzję w sprawie równości kobiet: „To, że w Pańskim rządzie zasiadają tylko trzy kobiety, dobrze pokazuje, jak traktujecie większość społeczeństwa”.

Kosiniak-Kamysz: Expose, czyli Wszystkiego najlepszego dla wszystkich

Kosiniak-Kamysz zaczął od metafory lekarskiej: expose to powinno być postawienie diagnozy i zaproponowanie odpowiedniego leczenia. A tak nie jest: „Premier przedstawił koncert życzeń: wszystkiego najlepszego dla wszystkich”.

„Może jest i dobra wola, ale nie ma konkretów” – mówił. Zwracał uwagę, że nie raz premier zapraszał opozycję do współpracy, a potem „zamrażarka albo niszczarka”.

O ile Adrian Zandberg tłumaczył Morawieckiemu, czym jest państwo dobrobytu, o tyle lider ludowców zmierzył się z pojęciem „normalności”:

  • „Czy normalnym jest państwo, w którym emerytka odchodzi z apteki, bo nie może wykupić wszystkich leków?
  • Czy normalnym jest państwo, w którym asystentka prezesa z waszej nominacji zarabia więcej w miesiąc niż pielęgniarka w ciągu roku?
  • Czy normalnym jest państwo, w którym rolnik na dopłaty do modernizacji gospodarstwa czeka miesiącami, a nawet latami?
  • Czy normalnym jest państwo, w którym dzieli się Polki i Polaków na lepszy i gorszy sort?”

Przewodniczący PSL dużo mówił o przedsiębiorcach, m.in, że składki na ZUS wzrosną z 1100 do 1500 zł, wzrosną też opłaty za prąd dla małych i średnich przedsiębiorstw.

„Jest prawda przedwyborcza i prawda PiS-owska – powyborcza”. „Państwo dobrobytu za dnia, a po nocy sięganie do kieszeni. Obłuda do kwadratu”.

Premier Morawiecki lubi się powoływać na liczby i zagraniczne rankingi, w swoim expose przywołał kilka z nich. Kosiniak-Kamysz zrobił rzecz prostą i efektowną – sprawdził, jak Polska wypadła w rankingu Banku Światowego Doing business, o którym mówił premier: „Kiedy przejmowaliście władzę, byliśmy na 25. miejscu, jesteśmy na 40. miejscu, wyprzedza nas Azerbejdżan, Ruanda, Kazachstan i Mauritius. Nie jest to zbyt wielki powód do dumy”.

Wielkim korporacjom przeciwstawił małe i średnie przedsiębiorstwa „polskich rzemieślników”:

„Ręce precz od polskich przedsiębiorców!” – zawołał lider ludowców, dodając, że to zawołanie „trochę w waszym [PiS] stylu”.

Kosiniak-Kamysz wykorzystał sytuację, by zadbać o dobre stosunki z Lewicą. Nawiązał do głośnej wypowiedzi Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i stwierdził: „My się możemy różnić, my się możemy spierać, ale ja nigdy nie powiem, że jesteście nic nie warci. Wasz głos też jest potrzebny i my go bardzo potrzebujemy.” Chodziło o ochronę zdrowia.

Mówił, że kluczowa jest dostępność do specjalistów i to, by mogli oni pracować w godnych warunkach. O pracownikach ochrony zdrowia mówił „są niedofinansowani, są zmęczeni, jest za dużo biurokracji”.

„Żeby nie było tak jak w Barlinku, Mrągowie, Głupczycach czy Cieszynie, gdzie są zamknięte oddziały pediatryczne, czy jak w Zakopanem i Kamieniu Pomorskim, gdzie gdzie zamknięte są oddziały ginekologiczno-położnicze, czy Wodzisławiu Śląskim, gdzie jest zamknięta chirurgia albo w Rzeszowie, gdzie są przyjmowani tylko pacjenci w trybie nagłym, w stanach zagrożenia życia.”

Właśnie w sprawie ochrony zdrowia Kosiniak-Kamysz zapowiadał porozumienie ponad podziałami: „Potrzeba współpracy wszystkich sił politycznych”. Domagał się natychmiastowej realizacji paktu na rzecz zdrowia.

Zapowiedział, że zgłosi poprawkę, by pieniądze z podniesionej akcyzy przeznaczyć na walkę z chorobami onkologicznymi.

Inny ważny temat wystąpienia Kosiniaka-Kamysza to współpraca z partnerami społecznymi, konsultacje i dialog. Jest to od pewnego czasu jeden z głównych motywów wystąpień szefa ludowców. „Pięknie pan mówił: wolność, solidarność, dialog społeczny, ze wszystkim trzeba się zgodzić, ale czy wszystko jest realizowane? Jak traktowaliście partnerów społecznych? Nie tylko związkowców, ale też przedsiębiorców”.

Zadeklarował współpracę w podnoszenia bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Ale jednocześnie pytał, dlaczego PiS zapowiedział konsultacje tylko w tym obszarze.

Kosiniak-Kamysz obiecał, że zgłosi ustawy Pawła Kukiza – m.in. o zmianie ordynacji i sędziach pokoju. Chodzi o „zmiany ustrojowe, które doprowadzą do pełnej demokratyzacji państwa polskiego”.

„Jak nie będzie demokracji bezpośredniej, to wcześniej czy później w Polsce będą żółte kamizelki” – ostrzegał.

Sporą część przemówienia poświęcił klimatowi. Zapowiedział Pakt na rzecz klimatu – przechodzenie na energię odnawialną: „to jest prawdziwe bezpieczeństwo energetyczne”.

„Zrobimy wszystko, żeby kolejnym pokoleniom naszą planetę Ziemię, nasze środowisko przekazać w lepszym stanie niż zastaliśmy” – deklarował.

Nie odmówił sobie złośliwości: PiS tak zabiegał o odebranie PSL poparcia na wsi, a nie wiele dla rolników zrobił. „30 sekund było o rolnictwie w tym expose. No ja wiem, że nie ma się czym pochwalić”. „Najlepszy obraz, jaki bałagan, jaki syf zrobiliście w rolnictwie, to jest stajnia w Janowie i Michałowie”. Zauważył też, że Morawiecki zapomniał o samorządach.

W finale Kosiniak-Kamysz mówił o wspólnocie narodowej, w której jest miejsce dla wszystkich.

Waldemar Mystkowski pisze także o expose Morawieckiego.

Rządy PiS znalazły się w oblężeniu, w sytuacji, w której nie mogą liczyć nawet na siebie. To rodzi obawy nie tylko o skuteczność rządzenia, przede wszystkim powoduje chaos – zarówno w sferze publicznej, jak i gospodarczej.

Każdy dzień dla PiS wydaje się być krytyczny, permanentny stan załamania, dołowanie za dołowaniem. Publiczność jest zaskakiwana nowymi aktami korupcji, dewastacji demokracji, a następnego dnia nie ma szans na sensowne rozliczenie ostatniego kryzysu, bo zostały ujawnione nowe kompromitujące fakty.

Jak to się dzieje, że ciągle utrzymuje się wysoki stan poparcia dla partii Kaczyńskiego? Wszak to nie tylko działanie propagandy mediów, zwanych kiedyś publicznymi, od których nauki mogłyby pobierać bardziej zaawansowane rządy autorytarne.

Dzień, w którym następuje polityczna inauguracja kadencji PiS, też należy do bardzo nieudanych. Z rana z Trybunału Sprawiedliwości UE dochodzą wieści o orzeczeniu tej nadrzędnej instytucji prawa – mianowicie Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego została powołana z naruszeniem unijnych norm. Czytać to należy, iż ustawy sądownicze PiS są złamaniem prawa unijnego, w istocie w Polsce mamy do czynienia z aktami bezprawia.

Co na to najwyżsi politycy PiS? Raczej spłynie po nich, jak po kaczce, bo wałkują najważniejszy dla siebie lokalny akt polityczny, mianowicie expose premiera Mateusza Morawieckiego.

Politycy i komentatorzy wsłuchali się w półtoragodzinną orację Morawieckiego, który w swoim stylu – przejętym od prezesa Jarosława Kaczyńskiego – chwalił się, że jest najlepszy, a jeszcze będzie lepszy w przyszłości.

Niewiele można było usłyszeć konkretów, za to pełno przeinaczeń, półprawd. Morawiecki uprawia fikcję polityczną, której narracja jest wzięta z alternatywnej rzeczywistości. Można w niej przyczepić się do każdego elementu, wykazać szalbierstwo polityczne. Morawiecki nawet nie zająknął się o rzeczywistych problemach, które już są albo pojawią się jutro.

A dramaty mają miejsce w służbie zdrowia, w szkolnictwie, sądownictwo jest w rozkwicie degrengolady (niejaka aluzja pojawiła się w stwierdzeniu, iż „opozycja donosi na własny kraj”), a także mamy do czynienia ze zjazdami we wszelkich rankingach, co uświadamia, iż wizerunek Polski na zewnątrz jest postrzegany bardzo źle. Polak już nie brzmi dumnie, a durnie.

Prześmiesznie w tym kontekście wygląda wycofanie się z szumnie zapowiadanego projektu znoszącego limit 30-krotności składki na ZUS. Ta ostatnia wiadomość to woda na młyn na egalitarne idee lewicy, która niewątpliwie wykorzysta pisowski projekt do zadawania politycznych ran PiS.

Opozycja ma coraz więcej narzędzi, aby powstrzymać partię Kaczyńskiego w degradacji kraju, a także w perspektywie – nie tylko wyborczej – odsunąć ją od władzy. Senat jest wszak „nasz”, bo marszałkuje mu prof. Tomasz Grodzki. Rusza do tego prezydencka kampania. Co prawda wycofał się z tej walki najważniejszy polski polityk Donald Tusk (co dla mnie było oczywiste, w każdym razie zdziwiłbym się, gdyby chciał zasiadać w Belwederze), właśnie w tym dniu dowiedzieliśmy się, że największa partia opozycyjna – Platforma – wyłoniła już swego kandydata, a jest nim koncyliacyjna Małgorzata Kidawa-Błońska.

Opozycja tej sytuacji nie może spaprać, jak w wyborach parlamentarnych. Już wówczas przy odpowiedniej konsolidacji PiS dziś nie rządziłby.

W obozie władzy nie ma żadnej osoby, którą można by obdarzyć chociaż minimalnym szacunkiem i zaufaniem. Wszyscy oni tworzą jakąś alternatywną rzeczywistość przy pomocy nowomowy.

Moim zdaniem zbyt łatwo daliśmy się wziąć pod but „dobrej zmiany”, wykorzystując niewiele możliwości, chociażby prawnych, żeby przeciwstawić się jej zapędom zmierzającym do utworzenia autorytarnej dyktatury. I w tym wypadku, niestety, niedawna historia niczego nas nie nauczyła.

Casus Leppera

Pierwszym po 1989 roku osobnikiem, który wypowiedział wojnę prawu i zaczął podważać demokratyczny ład państwa był Andrzej Lepper. Prosty chłopek-roztropek kreował się na obrońcę „uciśnionego ludu” i wręcz jego trybuna. Niestety, od początku z rozmysłem łamał przy tym prawo, przekraczając kolejne granice, sondując, dokąd może się posunąć. Nielegalne, wielogodzinne blokady dróg, połączone niekiedy ze „szturchaniem” kierowców, którzy chcieli je ominąć, polewanie bardzo niemrawo próbujących interweniować policjantów gnojówką itp. ekscesy nie spotykały się praktycznie z żadnym przeciwdziałaniem władzy, więc eskalował przemoc, np. wysypując importowane podobno ziarno z wagonów kolejowych stojących na bocznicach. Te wybryki uchodziły mu praktycznie bezkarnie, a z drugiej strony był to show dla dziennikarzy, którzy zbiegali się tłumnie na wszystkie takie wydarzenia, co robiło z pokazywanego w mediach Leppera bohatera sporej części społeczeństwa. Wjechał on potem na tym do Sejmu, gdzie już ubrany w garnitur, bezkarnie polewał z mównicy sejmowej gnojówką – tym razem werbalną – wszystkich, z najważniejszymi przedstawicielami władz włącznie i ciągle pozostawał nietykalny.

Nie wiem, w jakim stopniu Kaczyński wzorował się na Lepperze, ale poszedł tą samą drogą, tyle tylko, że wyrabiając sobie status nietykalnego nie miał już żadnych zahamowań w  kłamstwach, pomówieniach i obrzucaniu całych grup społecznych i zawodowych błotem, rozwijając jednocześnie parasol ochronny nad swoimi lokajami, którzy starali się naśladować swego wodzusia. Obserwując przez kilka lat to środowisko, nabrałem pewności, że to służalczość wobec niego i jak największa zdolność do bezgranicznej podłości wobec przeciwników politycznych, decydują o pozycji w hierarchii PiS.

Prezes generalnie nienawidzi ludzi (dlaczego tak jest, to już pole popisu dla psychologa lub psychiatry), co bardzo łatwo zauważyć, a swoich partyjnych lokajów tylko toleruje, bo mu są potrzebni do utrzymania władzy, ale nie waha się też przed publicznym poniżaniem ich od czasu do czasu, żeby ich zastraszyć.

Nie miał nigdy żadnych przyjaciół, od śmierci brata nie ma również praktycznie rodziny, otoczony od lat tylko ochroniarzami i służącymi – klakierami ma całkowicie wypaczony obraz świata, nie ma pojęcia o życiu, jest skrajnie niesamodzielny, powiedziałbym nawet, iż niezdolny do normalnej egzystencji. I te wszystkie swoje kompleksy i frustracje przekłada na politykę, dążąc w niej do dyktatorskiej władzy, która jest jego jedynym celem bez względu na wszystko.

Każdy reżim, który obejmie władzę dąży do zniszczenia zastanej struktury społeczeństwa, żeby na jej miejscu zbudować „nowy ład”. Najczęściej odbywało się to poprzez fizyczną eliminację dotychczasowych elit, tak jak wtedy, gdy Stalin pragnął stworzyć „nowego socjalistycznego człowieka”, co skończyło się wielomilionowym ludobójstwem.

Wodzuś otwarcie mówi, że w Polsce „trzeba stworzyć nowe elity”. Ponieważ jednak fizyczna likwidacja obecnych jest na szczęście niemożliwa, próbuje tego dokonać poprzez zniszczenie wszystkich autorytetów, ludzi zasłużonych dla niepodległości Polski, zdobytej w 1989 roku, czy też obecnych przeciwników politycznych obrzucanych fekaliami przez hordę bezwzględnych, prymitywnych pałkarzy pióra i mikrofonu (bo przecież nie można nazwać ich dziennikarzami). Wydawałoby się, że problemem będzie znalezienie kogokolwiek, kogo można postawić na ich miejsce – ale nie dla prezesika. Tak ogłupił i przekupił naszymi pieniędzmi plebs, że dla nich PO to komuchy, Wałęsa zdrajca Bolek (chociaż nikt tego nigdy nie udowodnił), Tusk to hitlerowiec na usługach Niemiec, a na bohatera wyniósł swojego brata, najgorszego do czasów Dudy prezydenta. Choć w tym wypadku tak naprawdę jest to kreacja własnej osoby, bo tak „przy okazji” najchętniej na pomnikach Lecha widziałby napis „Brat Jarosława Kaczyńskiego”. Nie miał żadnych hamulców, żeby forsować na wysokie funkcje w Sejmie komunistycznego prokuratora stanu wojennego, iście parszywą postać polityczną i dziesiątki innych miernot „lepszego sortu”.

Czy opozycja, będąc co prawda w Sejmie w mniejszości, zrobiła cokolwiek, żeby powstrzymać tę eskalację nienawiści? Czy wystarczająco protestowała przeciw obrzydliwym oskarżeniom sędziów, czy stanęła na wysokości zadania, gdy Kaczyński nazywał setki tysięcy protestujących „elementem animalnym”, „komunistami i złodziejami”? Czy nie można było wnieść oskarżeń przeciw tym pomówieniom, a przynajmniej nagłaśniać je do granic możliwości?

A zaczęło się wszystko od tego, że człowiek w zniszczonych, brudnych butach z podartymi sznurowadłami ogłosił się wraz ze swoimi lokajami „lepszym sortem”, co świadczyło oczywiście o ogromnym kompleksie niższości i frustracji wobec ludzi na poziomie, których zaczęto nazywać „gorszym sortem”. W normalnej demokracji osobnik wygłaszający takie poglądy byłby politycznie skończony, ale naszemu swojskiemu motłochowi się to podobało.

Dlaczego posłowie opozycji tak łatwo przeszli do porządku dziennego nad tym, jak dyktatorek wpadł w furię, dorwał się do mikrofonu i zaczął wykrzykiwać, że są „kanaliami i zdradzieckimi mordami”? Zresztą – tak przy okazji – kamera pokazał go kilkadziesiąt sekund później, gdy wrócił już do ław poselskich i siedział z uśmiechem na twarzy, najwidoczniej zadowolony z siebie. Czy to jest normalne zachowanie?

„Dobra zmiana” w akcji

PiS sprowadził życie polityczne w Polsce do poziomu szamba, a jego funkcjonariusze z „lepszego sortu” bezkarnie przekraczali kolejne granice niewyobrażalnego chamstwa, prymitywizmu i prostactwa. No cóż, klasyczne zachowanie, takie samo, jakie prezentowali bolszewiccy komisarze zaraz po wojnie w Polsce, często niepiśmienni chłopi, w stosunku do ludzi inteligentnych, bogatszych i wykształconych, poniżając ich na każdym kroku, aby podnieść swoje ego. Sfrustrowana, prymitywna „dobra zmiana” (chociaż niektórzy z jej członków legitymują się nawet jakimiś tytułami naukowymi) dopchała się wreszcie do żłoba i zaczęła uważać za właścicieli Polski.

O „poziomie” „lepszego sortu” świadczy wymownie żałosne zachowanie, poniżej wszelkiej krytyki i zwykłej godności jej czołowego, przynajmniej jeśli chodzi o sprawowaną funkcję, przedstawiciela – byłego już marszałka Senatu Karczewskiego, który od tygodnia jest w szoku, że na skutek demokratycznych procedur został oderwany od senackiego żłobu – luksusowej willi, służbowego samochodu, darmowej wyżerki i innych przywilejów i w żaden sposób nie może się z tym pogodzić, o czym pisaliśmy kilka dni temu.

W kraju rozkwitła nowomowa, prawie jak ta u Orwella – „dobra zmiana” znaczyła w rzeczywistości rządy dążące do totalitaryzmu, łamiące filary demokracji, jak niezawisłość sądownictwa, nazywaną dla kpin „reformą wymiaru sprawiedliwości”, a której twarzą został skompromitowany prokurator komunistyczny stanu wojennego, odznaczony przez PRL-owskie władze za zasługi dla PZPR niejaki Piotrowicz. Zaczęto posługiwać się nic nieznaczącymi zbitkami słów, ale stygmatyzującymi przeciwników politycznych, takimi jak „totalna opozycja” i wieloma innymi podobnymi terminami.

Łajdactwa „dobrej zmiany” są powszechnie znane i nie sposób opisać tutaj nawet drobnej ich części, ale czy musieliśmy na wszystkie biernie się zgadzać? Oto niejaki poseł Tarczyński, zwykły prymityw, co dowiódł wielokrotnie swoim zachowaniem, pisze do Lecha Wałęsy te oto słowa: „Bolek mówi przez media do posła na sejm RP, że wyrwie mnie z korzeniami. Zapraszam Cię na solo bydlaku!”.

I co? Właściwie nic, trochę głosów oburzenia w tzw. mediach społecznościowych i na tym koniec. Wyobrażają sobie państwo, co by się działo, gdyby któryś z posłów opozycji napisał coś podobnego do Kaczyńskiego? W swoim czasie ów pan poseł, żeby sobie dodać powagi i patriotyzmu pojechał „metodą na dziadka” – oświadczając, że ten był w NSZ, nie precyzując jednak tej informacji. Na jego miejscu byłbym ostrożny z takimi deklaracjami, bo a nuż się okaże, że przodek był w tzw. Brygadzie Świętokrzyskiej, grupie zdrajców i kolaborantów hitlerowskich, którzy wypowiedzieli posłuszeństwo Komendzie Głównej AK, a tym samym jedynemu wówczas legalnemu polskiemu rządowi w Londynie i byli jedynym oddziałem polskich sił zbrojnych, który poszedł na taką współpracę. O przepraszam, według historii obowiązującej od 2015 roku byli to „żołnierze wyklęci”, na których grobach w Niemczech kwiaty składał premier Morawiecki, historyk (!) z wykształcenia, a honorowy patronat nad obchodami jej powstania objął sam prezydent Duda – dwa wyjątkowo haniebne zdarzenia z udziałem najwyższych władz polskich. I znowu – zamiast jakichś zdecydowanych protestów, ciche popiskiwanie opozycji i jedynie wyraźny głos sprzeciwu ze strony niektórych środowisk kombatanckich.

Inny funkcjonariusz PiS, niejaki Joachim Brudziński, ponoć druga persona w PiS, wielotysięczne demonstracje w obronie sądów skwitował w TV „wierszykiem”: „Cały świat się z was śmieje, komuniści i złodzieje”. Może pan Jojo sądzi po sobie – do tej pory w internecie można znaleźć teksty na temat jego młodzieńczych „wyczynów”, a w 2006 roku tygodnik „Nie” pisał: „”Jojo” [szkolna ksywka Brudzińskiego] wyleciał ze szkoły za rozbój i kradzież, której dokonał na torach przed budynkiem szkoły – opowiadał były wicedyrektor szkoły Czesław Hinc. Według relacji matki poszkodowanego chłopca Joachim Brudziński miał okraść jej syna”. Nie wiem, czy to prawda, ale jeśli jest sporo doniesień na ten temat i ludzie piszą to pod swoimi nazwiskami, powołując się na świadków, którzy też nie ukrywają swojej tożsamości, to może jednak coś   jest na rzeczy?

Dlaczego nikt nie zaprotestował, chociażby podając sprawę do sądu, przeciwko takim chamskim pomówieniom, gdzie byli posłowie opozycji, którzy mają wielokrotnie większe możliwości działania w takich momentach od przeciętnego obywatela?

Zupełnym uwiądem w działaniu wykazuje się opozycja w sprawie tzw. telewizji publicznej, zwanej już powszechnie „Kurwizją”. Takiego szamba, jakie stworzył z niej prezes Jacek Kurski nie było od czasów stanu wojennego, a czasem nawet odnoszę wrażenie, że może telewizja tamtego okresu była bardziej obiektywna. Ja rozumiem, że babranie się w fekaliach tworzonych przez prezesa i jego pałkarzy mikrofonu, skądinąd osobnika, który nie cofnie się przed żadną podłością, nie sprawia nikomu przyjemności, ale – na Boga – nawet w początkach totalitarnego reżimu są jakieś granice, których przekroczenie powinno skutkować adekwatną reakcją – twierdzę, że stek brudów, kłamstw, pomówień mógłby być wielokrotnie zatrzymany przez sąd, tylko trzeba by do niego wnieść sprawę przeciw „Kurwizji”. Sądzę, że kilka przegranych procesów z wysokimi nawiązkami na cele charytatywne skutecznie powstrzymałoby bezwzględnych pisowskich pałkarzy z Woronicza od następnych „wybryków”. Tylko trzeba chcieć i wykazać chociaż trochę zaangażowania, a nie tkwić w opozycji i spać snem zimowym – bo zaczynam coraz bardziej nabierać przekonania, że rola niemrawej opozycji coraz bardziej przypada jej posłom do gustu.

Strach przed Macierewiczem, czyli „perełka” zaniechania

W 2007 roku opublikował on raport z likwidacji WSI, który podano do publicznej wiadomości, łącznie z aneksem nr 16, który zawierał m.in. imienną listę agentów i współpracowników tych służb na Bliskim Wschodzie, co doprowadziło do całkowitej dekonspiracji polskiej siatki wywiadowczej w tamtym regionie i – prawdopodobnie, o czy donosiły nieoficjalne źródła – śmierci kilku zdradzonych agentów. Macierewicz twierdził, że byli to jednocześnie agenci Moskwy, co nie przeszkodziło mu, jak donosiła potem prasa, pobiec z raportem – przed pokazaniem go komukolwiek z polskich władz – do tłumaczki Iriny O. (nawiasem mówiąc, żony polskiego dyplomaty pracującego długo m.in. w Moskwie) zamieszkałej w enklawie rosyjskiej w Warszawie przy ulicy Sobieskiego, żeby przetłumaczyła go na rosyjski. Ciekawe, prawda?

Raport był rzeczą bez precedensu – w nowożytnej historii nie zdarzyło się, aby jakikolwiek kraj zdradził swoich agentów, podając ich listę do powszechnej publicznej wiadomości, skazując ich na śmiertelne niebezpieczeństwo i dobrowolną likwidację własnego wywiadu na dużym, do tego zapalnym terenie świata. Nawet po bolszewickiej rewolucji w Rosji nowi władcy nie zdekonspirowali publicznie agentów carskiej Ochrany.

Po publikacji raportu wszczęto śledztwa w sprawie domniemanych przestępstw WSI w nim ujawnionych, większość jednak umorzono. Osoby wymienione w raporcie jako agenci wytoczyły MON ponad 20 procesów. MON przeprosiło większość z nich, a koszty z tego wynikające przekroczyły 1,2 mln zł.

W 2008 r. Trybunał Konstytucyjny uznał za sprzeczne z Konstytucją m.in. pozbawienie osób z raportu prawa do wysłuchania przez komisję przed ujawnieniem dokumentu, prawa dostępu do akt sprawy oraz odwołania do sądu od decyzji o umieszczeniu w raporcie. Po tym prezydent Kaczyński zdecydował nie ujawniać przygotowanego przez Macierewicza aneksu do raportu.

Jeżeli zdekonspirowanie własnego wywiadu nie jest zdradą, to co nią jest? I oczywiście jego likwidatorowi nie spadł włos z głowy.

Od 2007 roku toczyło się co prawda w warszawskiej Prokuraturze Okręgowej niemrawe śledztwo w sprawie możliwości popełnienia przestępstwa przez Antoniego Macierewicza przy likwidacji WSI, ale dopiero  prokurator Krzysztof Kuciński, który prowadził sprawę od 2009 do jesieni 2013 roku wystąpił do prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta o uchylenie mu immunitetu, bo po zbadaniu sprawy planował postawienie wielu zarzutów byłemu przewodniczącemu Komisji Weryfikacyjnej WSI. Zwierzchnik jednak po naradzie w Prokuraturze Apelacyjnej, na której skrytykowano zamiar stawiania zarzutów Macierewiczowi, dwukrotnie odmówił odebrania immunitetu wiceprezesowi PiS. Wtedy prokurator Kuciński zrezygnował z dalszego prowadzenia śledztwa.

Umorzenie śledztwa było umotywowane wręcz kuriozalnymi powodami, które po prostu kompromitowały Prokuraturę Apelacyjną. I tak na przykład wyjaśniano, że art. 231 Kodeksu karnego o karaniu do 3 lat więzienia za niedopełnienie obowiązków bądź ich przekroczenie odnosi się tylko do pojęcia „funkcjonariusza publicznego”. Prokuratura uznała, że Macierewicz jako szef komisji weryfikacyjnej nie był takim funkcjonariuszem publicznym, bo był jedynie „osobą pełniącą funkcję publiczną”, zaś komisja weryfikacyjna nie była instytucją państwową, której szef podlega odpowiedzialności z art. 231 Kk, lecz „innym organem państwowym”, powołanym na mocy ustawy do załatwienia konkretnej sprawy.

Według PA nie można też uznać, by raport był „dokumentem” w myśl art. 271 Kk. Stanowi on, że „funkcjonariusz publiczny lub inna osoba uprawniona do wystawienia dokumentu, która poświadcza w nim nieprawdę co do okoliczności mającej znaczenie prawne, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”. Według tej prokuratury raport nie ma takiego „znaczenia prawnego” w myśl prawa karnego.

No cóż, przechodził sobie jakiś zupełnie prywatny pan, w tym wypadku o nazwisku Macierewicz, koło budynku zawierającego archiwa WSI i zaciekawiony wstąpił je zobaczyć, i tak go one wciągnęły, że się bidulek zasiedział kilka miesięcy przy ich wertowaniu. Broń Boże, nie był on oczywiście żadną osobą urzędową, ot społecznik – hobbysta, a to co sobie tam z nich wynotował i ujawnił, nie miało przecież w ogóle znaczenia prawnego.

Przypomnijmy – był to przełom 2013 i 2014 roku, gdy u władzy była koalicja PO-PSL. Dlaczego zwierzchnicy Seremeta dopuścili do umorzenia śledztwa w tak ponurej i haniebnej sprawie, jak denuncjacja agentów przez Macierewicza, do tego umotywowanego tak pokrętnymi i wręcz żałosnymi tłumaczeniami? Już wtedy się go bali, chcieli mieć święty spokój czy kierowały nimi jakieś inne przesłanki, o których nie wiemy?

Nie mam wystarczającej wiedzy, by ocenić, na ile zarzuty wobec funkcjonariuszy WSI były zasadne – sądząc jednak po przegranych ponad 20 sprawach i wypłacanych odszkodowaniach,  można przypuszczać, iż większość z nich była wyolbrzymiona, kłamliwa albo wręcz idiotyczna – jednemu z agentów, niejakiemu Makowskiemu, zarzucono, że nie rozliczył się z sum, które płacił swoim arabskim informatorom za współpracę. Czy Macierewicz chciał dostawać faktury przez nich wystawiane? Oczywiście, prawdopodobnie mogły być jakieś sprzeniewierzenia i przywłaszczanie pieniędzy, ale działania wywiadowcze na obcym terenie i pozyskiwanie do nich miejscowej ludności zawsze są grą nieprzejrzystą i trzeba się z tym liczyć, ważne są ich efekty. A WSI miała akurat dobrze rozpracowany teren Bliskiego Wschodu, o czym świadczy chociażby ewakuacja przez te służby agentów amerykańskich z Iraku i była za to wysoko ceniona przez USA.

Drugim, jeszcze ważniejszym dowodem na miałkość oskarżeń jest to, że chyba na ich podstawie nikt ze służb nie został skazany przez sąd. WSI miało być w koncepcji PiS-u największym złem w Polsce po 1989 roku i do tej tezy Macierewicz dopasował swoje oskarżenia.

Gdyby wtedy „społeczny” likwidator Antoni został surowo ukarany za to oczywiste zniszczenie polskiego wywiadu, uniknęlibyśmy pewnie w dużej mierze szaleństw tego pana przy okazji jego przewodnictwa w tzw. podkomisji smoleńskiej, która jest jednym wielkim skandalem i wprost hucpą kompromitującą nie tylko jej członków, a szczególnie Macierewicza, ale także całe państwo polskie. Realne w tej „komisji” są tylko miliony złotych przelewane na konto jej „badaczy”, z których kilku sami się ośmieszyli, porównując katastrofę samolotu do pękających parówek i miażdżenia puszek po piwie. Może te kiełbaski i puszki po piwie, a również stan umysłu zostały im jeszcze po jakimś grillu „integracyjnym”?

W styczniu 2018 roku Macierewicz ujawnił, że koszt działania podkomisji przekroczył 6 mln złotych, rok później jednak oddzielny budżet podkomisji został skasowany i jest ona w tej chwili po prostu w budżecie MON i nie sposób już będzie dociec, ile nas to kosztuje. Tajne są także umowy z zagranicznymi „badaczami”, często nawet nie wiadomo z kim personalnie są zawierane.

I jeszcze taka oto ciekawostka: za sekretarza komisji podaje się niejaka Magda Palonek, na której temat jeden z dzienników napisał: „Wtajemniczeni twierdzą, że tak naprawdę to blogerka Martynka, która wielokrotnie pisała dla sprzyjającego rządowi portalu „wPolityce.pl”. Spytaliśmy Palonek, czy blogerka Martynka to faktycznie ona. Poprosiła, by „zwolnić ją z odpowiedzi”. Cóż, 10 tys. zł miesięcznie pensji za samo członkostwo w komisji smoleńskiej piechotą nie chodzi”.

Rozochocony bezkarnością Macierewicz dokonał całkowitej destrukcji MON, z którego wyrzucił ponad 200 pułkowników i kilkunastu najważniejszych generałów, już po uczelniach amerykańskich, mających doskonałe kontakty w NATO pod pretekstem… dekomunizacji kadry. Po dopuszczeniu do bezkarnego zniszczenia kilkanaście lat wcześniej polskiego wywiadu to następny klasyczny przykład całkowitej bierności ze strony opozycji, lenistwa albo wprost niewiarygodnej głupoty. Czy naprawdę nie można było zrobić nic więcej, żeby uratować polską armię przed totalną dewastacją ze strony tego niszczyciela, który do tego poniżał najwyższych dowódców przy pomocy jakiegoś pętaka aptekarza, swojego faworyta?

Swoją drogą pomyślałem sobie w tym kontekście o czasach przedwojennych – gdyby do któregoś z ówczesnych generałów „podskoczył” w jego gabinecie jakiś cywilny gnojek, zostałby pewnie solidnie wypłazowany szablą, a potem wyrzucony sążnistym kopniakiem jego adiutanta…

Banaś i inni…

Bezczelność i arogancja podłej zmiany rośnie niemal w postępie geometrycznym. Najnowszym tego przykładem jest zachowanie szefa NIK-u, obszernie ukazywane przez media, z czego on sobie zupełnie nic nie robi. Niestety, opozycja też niewiele robi – rozumiem, że nowy Sejm i Senat nie rozpoczęły jeszcze na dobre działalności, ale obawiam się, że aktywność opozycji w tej sprawie znowu skończy się na niczym… A przecież w normalnym kraju działalność tego osobnika mogłaby doprowadzić do upadku rządu. Ale jak powiedział kiedyś niejaki Marcin Wolski, wieloletni członek PZPR, nawrócony teraz na pisowską religię, „przegraliście wybory, więc morda w kubeł”.

W obozie władzy nie ma, nie tylko moim zdaniem, żadnej osoby, którą można by obdarzyć chociaż minimalnym szacunkiem i zaufaniem. Wszyscy oni tworzą jakąś alternatywną rzeczywistość przy pomocy nowomowy i monstrualnych kłamstw – kto zajmuje wyższe stanowisko, tym bardziej – nazwijmy rzecz po imieniu – łże. Nie używajmy eufemizmów w rodzaju „kontrowersyjna wypowiedź”, „mija się z prawdą”, czy nawet „kłamie”. Oni po prostu monstrualnie łżą. I znowu – chyba tylko w dwóch przypadkach podano Morawieckiego (który dorobił się już pseudonimu „Pinokio”) do sądu i musiał za kłamstwa przepraszać. Dlaczego nie można wytykać ich za każdym razem i głośno protestować, chociażby w Sejmie, jeśli ktoś nie chce wstępować na drogę sądową?

O hipokryzji rządzących można pisać opasłe tomy, ale warto zwrócić uwagę na jedną rzecz, którą można nazwać okradaniem państwa „w majestacie prawa”. Pamiętacie pewnie sejmowe przemówienie pani sołtysowej w Sejmie, gdy bredziła, że „wystarczy nie kraść”. Nie wiem, kogo miała na myśli, bo przez cztery lata PiS nawet nie próbował oskarżyć kogokolwiek z opozycji o jakieś przestępstwa finansowe. Kiedy indziej, po rozdaniu bardzo wysokich nagród swoim kumplom, skrzekliwym głosem niemal krzyczała „im te pieniądze się po prostu należą”. I to jest właśnie kwintesencja rządu „dobrej zmiany” – wpychanie niekompetentnych, ale swoich ludzi na wysokie, świetnie płatne stanowiska w spółkach skarbu państwa, przyznawanie im wysokich nagród, obsypywanie przywilejami, „bo im się to po prostu należy”.

Jaskrawym tego przykładem jest sytuacja w NBP, gdzie dwie panie, „dwórki” pana prezesa, jak się je eufemistycznie nazywa, zarabiają przy zupełnie niejasnym oficjalnym zakresie obowiązków po kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie (co do roli, jaką te panie pełnią w rzeczywistości nikt nie ma złudzeń – wystarczy poczytać internetowe opinie na ten temat). I co dalej? Ano nic, prezes NBP i jego „dwórki” mają się dobrze, opozycja trochę poszumiała, prasa pokpiła z sytuacji, a ta została bez zmian.

Ciekawe, czy w obecnej, już mocno zmienionej sytuacji politycznej chociażby ze względu na przewagę głosów w Senacie opozycja weźmie się wreszcie do roboty, żeby walczyć z takimi patologiami?

Expose Morawieckiego: kupa półprawd, pełne kłamstw i krętactw

19 List

Mateusz Morawiecki wygłosił exposé. Nie obyło się rzecz jasna bez odwołań do historii, niekiedy bardzo zawiłych. Ale premier nie pominął też i kwestii ubóstwa, nierówności społecznych, wychowywania młodego pokolenia i … problemu bezpieczeństwa pieszych. Słowem, dla każdego coś miłego.

Rozpoczynając expose Morawiecki przypomniał postać Czesława Mostka, pseudonim “Wilk”, który zmarł dokładnie przed rokiem, w wieku 103 lat. Był on uczestnikiem asysty wojskowej, która  wiozła serce zmarłego marszałka Józefa Piłsudskiego do Wilna.

Jeśli o Marszałku mowa, premier nie omieszkał podzielić się refleksją, co było dla niego ważne, przy okazji… miksując przesłanie Piłsudskiego z cytatem z… jego politycznego rywala – Romana Dmowskiego. –  Używając po raz pierwszy fonografu [Piłsudski] powiedział, że stoi przed „dziwaczną trąbą” i choć nasze czasy wydawałyby mu się jeszcze dziwniejsze, nie zmieniłaby się zasada, którą miał w sercu i w głowie. Trzeba robić wszystko co buduje silną i normalną Polskę. Jesteśmy Polakami, więc trzeba nam mieć obowiązki polskie” – powiedział premier, jak zwykle beztrosko operując faktami.

Nie obyło się bez innych „wielkich cytatów”: „Rodzina to bastion całej Polski” prymasa Stefana Wyszyńskiego i „Wszystko bierze żywot z ideału” – poety Cypriana Kamila Norwida. Padło także: „Polska nie jest ani na wschodzie, ani na zachodzie. Polska jest centrum cywilizacji europejskiej” prezydenta USA Ronalda Reagana z czerwca 1982. Załapał się i polski, nieżyjący prezydent, Lech Kaczyński ze swoim: “nie ma nic bardziej normalnego niż walka o własne miejsce w Unii”. Generalnie – podkreślił kilkakrotnie premier Morawiecki – „polskość to normalność”. Był to przytyk do chętnie wyrywanej z kontekstu, w którym go napisał, frazy Donalda Tuska: “polskość to nienormalność”.

Posłanki i posłowie z wystąpienia premiera dowiedzieć się mogli, że ostro mkniemy “od Polski papierowej do Polski cyfrowej” (czytaj: PiS walczy z biurokracją), że “państwo nie może być tylko nocnym stróżem” (…rozprawia się z liberałami, wiadomo kim) i dba o wychowanie przyszłych pokoleń (bo „dzieci są nietykalne, kto podniesie na nie rękę, tę ideologiczną rękę, ten podnosi rękę na całą wspólnotę”). Osobliwie pan premier lubi – podobnie jak i Jarosław Kaczyński – powracać do  „ręcznego” motywu Cyrankiewicza. Wszak prezes PiS rzekł niedawno, w kampanii wyborczej, że „kto podnosi rękę na Kościół, ten podnosi rękę na Polskę”. Co do dzieci – premier sprecyzował zagrożenie następująco: „Kto chce zatruć dzieci ideologią, odgrodzić od rodziców, rozbić więzi rodzinne, bez zaproszenia wejść do szkół i pisać ideologiczne podręczniki, ten podkłada pod Polskę ładunek wybuchowy i chce wywołać wojnę kulturową”. Premier zastrzegł jednak, że w takim starciu zawsze „wygra rodzina”. – „Bo to wartość arcypolska” – zapewniał Morawiecki.

Nie zabrakło dość typowej ostatnio polskiej „kołysanki” – w tym wypadku Mateusz Morawiecki odwołał się do słów swojego ojca, założyciela Solidarności Walczącej, Kornela Morawieckiego, który podkreślać ponoć miał, że Polacy dysponują dorobkiem stanowiącym powód do wielkiej dumy – „z naszej ojczyzny nie wychodziły wojny, nie byliśmy sprawcami niczyjej zagłady i jak mało kto byliśmy obrońcami wolności”.

Podczas ogłaszania planów rządu na najbliższe cztery lata Morawiecki najwięcej mówił o rodzinie i dokonaniach, które ma na swoim koncie jego rząd. – „Przez cztery lata naszych rządów zmniejszyły się nierówności społeczne, wyrwaliśmy 2 mln osób z biedy” – stwierdził, na co posypały się w mediach społecznościowych komentarze opozycji, lekko uśpionej wcześniej wykładem historycznym. Agnieszka Pomaska z PO napisała na Twitterze, że dane GUS mówią co innego, i że liczba osób żyjących w skrajnym ubóstwie od poprzedniego roku z 4,3 proc. do 5,4 proc. w 2018. Koalicja Obywatelska w sieci na bieżąco komentowała wystąpienie Morawieckiego pod hasłem „expose kłamstw”, na bieżąco punktując nieścisłości dotyczące służby zdrowia, budownictwa mieszkaniowego, zrównoważonego budżetu i wielu innych obszarów życia publicznego. Także PSL nie omieszkał skomentować wzrostu składek ZUS jako nienajlepszy przykład „wzmacniania polskiej przedsiębiorczości”.

Tymczasem premier w końcówce exposé – w typowej dla siebie manierze – radził górnolotnie „iść za radą Andrzeja Trzebińskiego, wojennego poety”:  “Nie udawajmy, że Polska jest gdzie indziej, że jest czymś innym. Jest w miejscu, w którym zostawili ją nasi przodkowie i zajdzie tam, gdzie zaniosą ją nasze wysiłki”.

W temacie „chodzenia” w exposé – dodajmy – nie zabrakło … zapowiedzi wprowadzenia pierwszeństwa dla pieszych przed wejściem na przejście i możliwości jazdy po bus pasach i skuteczniejszego karania pijanych kierowców. Bardzo się to chwali. — ”Polska jest dziś bezpiecznym krajem, ale wyjątek to bezpieczeństwo na drogach. Będzie to jeden z naszych priorytetów. Utworzymy program bezpiecznej infrastruktury drogowej” — zapowiedział premier Morawiecki. Polska – zmęczona drogowymi katastrofami – czeka na to z niecierpliwością, to pewne.

Więcej o expose Morawieckiego >>>

O kłamstwach Morawieckiego tutaj >>>

Więcej >>>

Chcecie zmieniać Konstytucję? Najpierw zacznijcie przestrzegać obowiązującą. #exposeKłamstw

PiS podwyższa opłatę paliwową i to już od stycznia 2020 r. Minister infrastruktury Andrzej Adamczyk podpisał rozporządzenie w tej sprawie, które opublikowano w Monitorze Polskim.

Stawka za 1000 litrów benzyny wzrośnie do 138,49 zł z 133,21 zł obowiązujących w tym roku. Opłata za 1000 litrów oleju napędowego wzrośnie z 297,61 zł do 306,34 zł, a opłata za 1000 kg gazu z 164,61 zł do 170,55 zł.

– „To jest oczywiste, że na końcu zapłacimy za to my, konsumenci. Nawet jeśli podniosą ceny paliw dla przemysłu, to piekarze będą musieli to uwzględnić w cenie. Konsumenci zawsze za to płacą” – powiedział w rozmowie z TVN24 BiS poseł PO Robert Kropiwnicki. – „Mam wrażenie, że skończył się karnawał i zaczyna się bardzo ciężka zimowa sesja egzaminacyjna. Wszyscy będziemy się teraz zrzucać na spinanie budżetu Mateusza Morawieckiego” – dodał.

Podobne opinie zamieszczali na Twitterze internauci: – „Podwyżka opłaty paliwowej to nie tylko droższe paliwa, ale i wyższe koszty transportu towarów. Wyższe koszty transportu z kolei oznaczają jeszcze większą drożyznę w sklepach”; – „PiS = Populizm i Socjalizm”;

– „Matołusz podnosi akcyzę za alkohol i fajki, bo dba o zdrowie Polaków. Podniesie ceny paliw, bo dba o ekologię i walczy ze smogiem. Czego nie rozumiecie?”; – „Trwa zrzuta na „pincet” plus i resztę rozdawnictwa…”; – „A ja gorąco proponuję, żeby podwyżkami zostały objęte wyłącznie osoby głosujące na PiS”.

Przypomnijmy, że w 2011 r. Jarosław Kaczyński zarzucał rządowi Donalda Tuska zbyt wysokie opodatkowanie paliw. To wtedy prezes PiS wystąpił na konferencji prasowej, na której głównym rekwizytem był kanister.

Kaczyński upodlił Polskę

2 Wrz

„Widzę, że zachowano protokół dyplomatyczny i zasady precedencji. Szeregowy poseł między szefami rządów, ministrami i kierownikami najważniejszych instytucji państwa. Niby w jakiej roli?” – zapytał na Twitterze Patryk Wachowiec z FOR.

Jarosław Kaczyński podczas obchodów 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej siedział bowiem w pierwszym rzędzie trybuny honorowej. Obok niego ulokowano jego „odkrycie towarzyskie”, czyli Julię Przyłebską, a po drugiej stronie – wicepremiera Piotra Glińskiego.

„Precedencja w Polsce nie przewiduje specjalnego traktowania szefa partii rządzącej. Protokół dyplomatyczny jest trochę jak z plasteliny, ale tutaj jednak ktoś przesadził. Nie ma to żadnego uzasadnienia protokolarnego. Kogo reprezentował Kaczyński?” – dziwił się w natemat.pl dr Janusz Sibora, specjalista ds. protokołu dyplomatycznego i ceremoniału państwowego. Wspomniana precedencja reguluje porządek pierwszeństwa zajmowania miejsc podczas oficjalnych spotkań władz państwowych.

Na dodatek prezes PiS otoczony był prawie wyłącznie przez polityków swojej partii. – Oprócz tego, że organizatorzy nie uszanowali zagranicznych gości, to samych przedstawicieli instytucji państwowych usadzili nie tak, jak trzeba. Mamy do czynienia z protokołem partyjnym, a nie dyplomatycznym. Porządek na trybunie ma się nijak do hierarchii dostojników państwowych. To potwierdza, że stan faktyczny w państwie jest inny, aniżeli ten zapisany w Konstytucji. Dotykamy tym samym tego, w jaki sposób funkcjonuje demokracja w państwie” – dodał Sibora w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.

Ameryka kocha Polskę, Ameryka kocha Polaków. Dziś – jako wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki – jest moim wielkim zaszczytem, że mogę stanąć tu w imieniu Amerykanów w Polsce, która jest wolna, silna i bezpieczna. Historia Polski jest historią narodu, który nigdy nie utracił nadziei, który nigdy nie dał się złamać, który nigdy nie zapomniał kim jest. Dzisiaj w samym sercu Warszawy, stając tutaj przed Grobem Nieznanego Żołnierza, zebraliśmy się, żeby dać świadectwo odwadze wielkiego narodu” – mówił na placu Piłsudskiego w Warszawie podczas obchodów 80. rocznicy wybuchu II Wojny Światowej wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Mike Pence.

Gdyby choć jedna rzecz spośród tych, które dziś się z sądami i sędziami wyczynia, wydarzyła się, gdy nie rządził PiS, Jarosław Kaczyński i jego ludzie byliby pierwsi w głośnym protestowaniu i żądaniach wszelkich możliwych dymisji i retorsji.

Obywatelska Polska nie posiada się z oburzenia, poznając nowe szczegóły związane z funkcjonowaniem w Ministerstwie Sprawiedliwości grupy sędziów zajmujących się ordynarnym szkalowaniem i zniesławianiem za pośrednictwem anonimowej korespondencji sędziów krytykujących politykę Zbigniewa Ziobry, opartą na politycznym sterowaniu sądami i prokuraturą oraz szykanowaniu prokuratorów i sędziów, których działania są nie po myśli władzy.

Kilkuosobowa grupa „Kasta”, jak się okazuje, była jedynie częścią większej grupy „Zespół”, organizującej w resorcie tzw. hejt przeciwko niepokornym sędziom. Stan wiedzy o tym procederze (na 29 sierpnia) podsumowuje w swym artykule na Wyborcza.pl Wojciech Czuchnowski.

Jan Woleński: Kto odpowie za aferę z trollami?

Degrengolada obyczajów

Groteskowe w swej wulgarności wydarzenia w każdym przyzwoitym kraju doprowadziłyby do upadku rządu – a właściwie by nie doprowadziły, bo w ogóle nie byłyby możliwe, podobnie jak niemożliwa byłaby afera KNF czy afera Kaczyńskiego i spółka Srebrna. Ale skoro niemożliwe u nas akurat jest jak najbardziej i możliwe, i rzeczywiste, to czyż nie trzeba się z tym pogodzić? Bo czy np. w PRL byliśmy jacyś tacy „niepogodzeni”?

Jest, jak jest – człowiek się przyzwyczaja. I na tym właśnie polega degrengolada obyczajów i upadek kultury politycznej. Podobne procesy zachodzą zresztą nie tylko w Polsce – pewna w tym pociecha, lecz i wskazówka, że przyczyn trzeba szukać gdzieś głębiej niż w fenomenie PiS i właściwościach jego elektoratu. Czy moglibyśmy przed paroma laty przypuszczać, że w USA czy w Wielkiej Brytanii wydarzy się to, co właśnie się wydarza? No właśnie. Coś niedobrego dzieje się w całym świecie.

Dlaczego Ziobro powinien odejść

PiS śmieje się Polsce w nos

W niedawnych, niesłusznie minionych czasach niemożliwa byłaby taka działalność, jaką prowadzi Zbigniew Ziobro, niemożliwe byłoby, aby ten człowiek, z taką polityczną przeszłością, był ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym. W ogóle nie miałaby szansy takiej przeszłości (a nie tylko przyszłości) mieć. Zresztą gdyby choć jedna rzecz spośród tych, które dziś się z sądami i sędziami w Polsce wyczynia – na poziomie ustaw i w bieżącym zarządzaniu resortem – wydarzyła się kiedykolwiek wcześniej, gdy nie rządził jeszcze PiS, Jarosław Kaczyński i jego ludzie byliby pierwsi w głośnym protestowaniu i żądaniach wszelkich możliwych dymisji i retorsji.

Gdy teraz rządzą – moralne złachmanienie swych rządów poczytują sobie niemal za tytuł do dumy. Śmieją się w nos demokratycznej Polsce, bo wiedzą, że ci, którzy już dwa razy wynieśli ich do władzy, a zapewne zrobią to po raz trzeci, w najgorszym razie są na bezprawie obojętni, a w najlepszym – bardzo im się ono podoba.

A demokratyczna opinia? Po każdej aferze coraz bardziej bezsilna i zniechęcona, patrzy tylko na własną narastającą obojętność, domyślając się tego, jak coraz bardziej ekscesy władzy nic nie znaczą dla ogółu społeczeństwa. Schamienie naszego życia zaszło tak daleko, że żadna afera nie może mieć decydującego znaczenia dla losów rządu. Każda afera, każdy skandal jest już tylko „tak zwany”. Mając na co dzień wgląd do kuchni wydarzeń, widząc pospolitość i prostactwo ludzi na stanowiskach, którzy nic sobie nie robiąc z powagi swych urzędów, bez żadnych hamulców popisują się głupotą, stajemy się najpierw cokolwiek cyniczni, a potem już tylko amoralni i obojętni. Oto w jakim puncie się dziś znaleźliśmy. I żadne wybory tego z dnia na dzień nie zmienią.

Kaczyński z sercem na dłoni. Ratuj się, kto może!

Głupstwo, nie afera?

Bardzo ciekawym przypadkiem bezczelności władzy, lecz jednocześnie jej jakże poprawnej, by nie powiedzieć: wytrawnej samowiedzy, jest odpowiedź, jakiej udzielił na pytanie redaktorki TVN Justyny Dobrosz-Oracz o wpływ afery Piebiaka na sondażowe notowania PiS oraz odpowiedzialność polityczną Ziobry jako ministra sprawiedliwości wicemarszałek Sejmu prof. Ryszard Terlecki. Odpowiedział jej (i innym dziennikarzom) następująco: „Nie powinniśmy tracić. Czemu? Zostało to rozstrzygnięte, przecięte. […] To jest przedmiot zainteresowania, nie wiem, pięciuset osób w Polsce. Co to obchodzi wyborców? […] O czym my rozmawiamy? Rozmawiamy o głupstwie, jakie popełnił jeden z wiceministrów, i został za to zdymisjonowany. No, to poważne głupstwo. Bardzo poważne głupstwo”.

Tak jak zwykle pytany o jakiś kolejny skandal (jak niedawno ten z marszałkiem Kuchcińskim), Terlecki odpowiada z dobrotliwie wyższościowym uśmieszkiem, cynicznie bagatelizując sprawę, za każdym razem niby to będącą czyimś osobistym błędem, którego konsekwencje powinna ponieść konkretna osoba, złapana za rękę.

Rzecz jasna Terlecki wie doskonale, że w danym wypadku proceder „hejtu” uprawiają kumple Ziobry ściągnięci do ministerstwa właśnie po to, by parać się różnego rodzaju „mokrą robotą”. Obrzydliwie protekcjonalne i amoralne wypowiedzi są dowodem osobistego cynizmu i bezczelności marszałka. Przymioty te doskonale konweniują z jego wizerunkiem i historią. Nic specjalnego.

Afera demaskuje nie tylko zepsucie, ale też słabość państwa

Terlecki diagnozuje własny elektorat

Godna uwagi jest wszelako osobliwa mądrość i słuszność słów Terleckiego oraz sam fakt, że ma on czelność je wypowiadać również do własnego elektoratu. Należy wszak przyznać mu rację – sprawą Piebiaka, podobnie jak aferami z Krajową Radą Sądownictwa czy wcześniej z Trybunałem Konstytucyjnym, interesuje się bardzo niewielu wyborców PiS. Owszem, interesuje się nimi bardzo wielu przeciwników tej władzy – tych jednakże Terlecki i całe PiS może ostentacyjnie ignorować.

Politologiczna diagnoza Terleckiego jest słuszna, a ogólna demoralizacja życia publicznego, jak również utrwalony (może nie najgorszy) zwyczaj, by mówić w przestrzeni publicznej to, co się myśli, sięgając do nieformalnych kulis wydarzeń i manifestując makiawelizm, sprawia, że bezczelność, z jaką się tę diagnozę wypowiada, nie niesie z sobą żadnego ryzyka.

Możemy się bezsilnie oburzać, jak to Terlecki pogardza własnym elektoratem, dając do zrozumienia, że upadek moralny środowiska władzy nie obchodzi i nie przeszkadza jej zwolennikom, ale czym bardziej my jesteśmy bezsilni, tym bardziej bezczelny uśmieszek Terleckiego jest na miejscu. Mogę sobie tylko wyobrażać, z jaką satysfakcją będzie czytał ten artykuł lub inny podobny komentarz do jego kolejnego popisu cynizmu i amoralizmu.

Adam Szostkiewicz: Piebiak i hejterka, czyli dramat państwa polskiego

>>>

Sędziowie nie chcą orzekać z bohaterami afery farmy trolli w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Jest takie powiedzenie, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Wydaje się, że właśnie sprawdza się w przypadku polskich sędziów. Im silniejsza jest opresja ze strony władzy politycznej, tym bardziej otwarcie stawiają opór. I tym silniej utrwala się w środowisku postawa godnościowa i przywiązanie do sędziowskiego etosu.

Dzisiaj podczas rozprawy w X Wydziale Karnym Sądu Okręgowego w Warszawie zdarzyła się rzecz bez precedensu: sędzia Anna Bator-Ciesielska odmówiła orzekania z sędzią i rzecznikiem dyscyplinarnym Przemysławem Radzikiem. Rzecz dotyczyła odwołania od wyroku w sprawie karnej. Sędzia Bator-Ciesielska jako przewodnicząca składu orzekającego, w którym oprócz niej i sędziego Radzika zasiadł sędzia Grzegorz Miśkiewicz, odroczyła rozprawę z powodu niemożności ustalenia miejsca pobytu oskarżonego.

Drugim powodem odroczenia są jej wątpliwości co do możliwości wypełniania obowiązków sędziowskich przez Radzika, jednego z bohaterów afery zorganizowanego hejtu, wspieranego dokumentami z akt w resorcie sprawiedliwości i w biurze rzecznika dyscyplinarnego przy ministrze. Niezbędnym przymiotem sędziego jest bowiem nieskazitelność charakteru, bezstronność i niezawisłość.

Sędzia powołała się na:
– art. 6 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka gwarantujący każdemu prawo do rzetelnego procesu przed niezawisłym sądem
– art. 7 konstytucji: „Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa”, art. 32 (prawo do równego traktowania) i art. 45 (prawo do rzetelnego procesu przed niezawisłym sądem)
– art. 66 ustawy o ustroju sądów powszechnych zawierającego rotę ślubowania sędziowskiego: „Ślubuję (…) stać na straży prawa, obowiązki sędziego wypełniać sumiennie, sprawiedliwość wymierzać zgodnie z przepisami prawa, bezstronnie według mego sumienia, dochować tajemnicy prawnie chronionej, a w postępowaniu kierować się zasadami godności i uczciwości”.

Zaznaczyła, że czuje się związana tym przyrzeczeniem, które składała najpierw przed prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, a potem przed prezydentem Lechem Kaczyńskim, „gdy obejmowałam urząd sędziego Sądu Okręgowego w Warszawie, gdzie mam zaszczyć – jeszcze – pełnić służbę” – powiedziała.

To nie koniec. Zarządziła przekazanie akt sprawy z jej zarządzeniem przewodniczącej wydziału Moniki Jankowskiej w celu przedstawienia innym sędziom pod rozwagę, czy Przemysław Radzik i Michał Lasota (kolejny bohater afery hejterskiej) powinni dalej orzekać w tym wydziale. W razie gdyby sędziowie uznali, że nie powinni – sędzia Bator-Ciesielska rekomenduje rozważenie zwrócenia się do „ministra sprawiedliwości, szanownego pana Zbigniewa Ziobry” o odwołanie z delegacji sędziów Lasoty i Radzika. Obaj zostali delegowani z sądów rejonowych.

Sędzia Anna Bator-Ciesielska zapowiedziała też, że 2 września poinformuje, czy w związku ze sprawą skieruje do Trybunału Sprawiedliwości UE pytanie prejudycjalne. Można się domyślać, że chodzi o możliwość odmowy – w obronie prawa podsądnego do bezstronnego sądu – orzekania z sędzią, który sprzeniewierzył się zasadzie bezstronności i niezawisłości.

To, co zrobiła sędzia Bator-Ciesielska, to pierwszy publicznie znany przypadek, gdy sędzia formalnie odmówił sądzenia z człowiekiem, co do którego nieskazitelności ma wątpliwości.

Sędziowie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie także nie chcą orzekać z bohaterem afery hejterskiej: Tomaszem Szmydtem. Najpierw prezes NSA Marek Zirc-Sadowski odwołał go z delegacji do biura neo-KRS, a teraz Wojciech Mazur, prezes WSA, gdzie „dobra zmiana” obsadziła Szmydta, odsunął go od orzekania „do czasu wydania przez sąd dyscyplinarny uchwały w przedmiocie zawieszenia sędziego w czynnościach służbowych, nie dłużej niż do dnia 28 września 2019 r.”.

W uzasadnieniu napisano, że wymaga tego „powaga sądu i istotne interesy służbowe”. W poniedziałek rzecznik dyscyplinarny NSA poinformował, że podjął czynności wyjaśniające w sprawie sędziego Szmydta i sędziego NSA Rafała Stasikowskiego, także wymienianego w kontekście afery hejterskiej.

Do orzekania mają za to wrócić „Herszt” – jak go nazywali członkowie hejterskiej grupy – czyli zdymisjonowany wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak, oraz jego najbliższy współpracownik w ministerstwie, sędzia Jakub Iwaniec.

Piebiak prawdopodobnie wróci do swojego macierzystego sądu: Rejonowego dla m.st. Warszawy, natomiast Iwaniec do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa. Nie od razu, bo musi im zostać wyznaczony przez prezesa – po zaopiniowaniu przez Kolegium Sadu – zakres obowiązków. Pytanie, czy ich także nie spotka front odmowy? Wszystkich sędziów – bohaterów afery – jest dwunastu.

Wreszcie na aferę zareagowała nawet neo-KRS. Najpierw jej prezydium, a potem przewodniczący Leszek Mazur wydali pryncypialne oświadczenia, stwierdzając, że jeśli doniesienia o aferze „potwierdzą się”, to sędziowie, którzy w takim zorganizowanym hejcie brali udział, nie mogą być uważani za osoby mające przymiot nieskazitelnego charakteru, powinni złożyć urząd w KRS i zostać wydalonymi z zawodu.

Wczoraj zaś KRS zawiesiła przesłuchania kandydatów na sędziów do Sądu Najwyższego. Wśród oceniających jest trzech bohaterów hejterskiej afery: sędziowie Dariusz Drajewicz, Jarosław Dudzicz i Maciej Nawacki. W dodatku Drajewicz zgłosił swoją kandydaturę do SN.

Kilka dni wcześniej – co jest zaskoczeniem – prezydium neo-KRS wezwało jego i innego członka neo-KRS, sędziego Rafała Puchalskiego, do wycofania kandydatur: „Prezydium Krajowej Rady Sądownictwa negatywnie ocenia fakt zgłoszenia się członków KRS: Pana Dariusza Drajewicza i Pana Rafała Puchalskiego – sędziów sądów rejonowych, na stanowiska sędziów Sądu Najwyższego, dokonane z pominięciem dwóch szczebli sądownictwa powszechnego. Prezydium oczekuje, że wskazani sędziowie wycofają zgłoszenia na stanowiska sędziów SN albo niezwłocznie zrzekną się mandatów członków KRS”.

To, że sędziowie z prezydium neo-KRS stali się wrażliwi na kwestie etyki sędziowskiej, jest zaskakujące, zważywszy na dotychczasową działalność neo-KRS i sposób jej powołania. Ale może to być też sygnał, że władza polityczna naprawdę przesadziła. Że ugodziła w jakiś fundament sędziowskiej godności. Albo że sędziowie z neo-KRS czują wiatr politycznej zmiany.

Lada tydzień spodziewany jest wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE – ma się odnieść do legalności powołania neo-KRS i tego, czy jej działalność może być uznana za działanie na rzecz niezawisłości sędziów i niezależności sądów. A także w sprawie zgodności z tymi zasadami działalności Izby Dyscyplinarnej SN. Jeden z jej członków, Konrad Wytrykowski, też jest bohaterem afery hejterskiej.

Wszyscy wymieniani w kontekście afery zaprzeczają, że brali w niej udział.

Samorządom wydaje się, że mają do czynienia z jakąś tam zwykłą reformą, a tymczasem jest to wielki cywilizacyjny projekt, w dodatku realizowany na wyraźne żądanie elektoratu!

Przed trzema laty, u zarania „dobrej zmiany” w polskich szkołach, opublikowałem w tym miejscu felieton o identycznym tytule. Napisałem w nim, że projekt reformy jest kumulacją bezmyślnej głupoty, której nie wykorzeniła taka sama szkoła, do jakiej chce wrócić Kaczyński, jego wyznawcy i ludzie bezrefleksyjnie wspierający chorą zmianę. Dziś wydaje mi się, że może przesadziłem, że prawdziwą i bardziej prozaiczną przyczyną koszmarnego zamieszania w oświacie jest buńczuczne przekonanie, że wszystko co było przed PiS-em jest złe, bo nie wymyślił tego PiS.

Minister oświaty Dariusz Piontkowski, podobnie jak jego poprzedniczka, zachwyca się dzisiaj stanem oświaty po reformie, ale czyni to inaczej, nie reklamując usług swojego stomatologa. W pocie czoła produkuje oświadczenia, pisma i listy, które dowodzą głównie tego, że premier Morawiecki może nie zasługiwać na laur niedoścignionego mistrza w konkurencji „rzut kłamstwem”. Pan premier miota w tłum bujdy ssane na bieżąco z dużego palucha, czyniąc to na pełnym luzie, z radosnym rozbawieniem i chłopięcą nonszalancją. Natomiast minister Piontkowski przeciwnie, dokleja sobie poważną minę, marszczy czoło i wbija wzrok w rozmówców, podkreślając głębię swoich nieprawd, głoszonych hipnotyzującym tonem współczesnego Kaszpirowskiego.  Kto z nich lepszy – nie wiadomo.

Pan minister często nie dorównuje swemu szefowi ciężarem i rozmiarami głoszonych bredni, ale przerasta go rozmachem i wyobraźnią. – Rekrutacja do szkół ponadpodstawowych i ponadgimnazjalnych na rok szkolny 2019/2020 przebiegała sprawniej niż dotychczas – napisał Dariusz Piontkowski w odpowiedzi na wystąpienie RPO Adama Bodnara w sprawie tzw. podwójnego rocznika. No pewnie! Poszło jak z płatka, a jeśli jeszcze coś nie gra, jeśli są jakieś pretensje, to proszę się czepiać samorządów. Opanowane przez opozycję nie dość, że sabotują fantastyczną reformę, to jeszcze okazują się pazerne, żądając obiecanego zwrotu wydatków. Co z tego, że rząd miał opłacić koszty nakazanych zmian? Miał, ale nie ma. Nie ma z czego, po prostu. Przecież przed wyborami trzeba dać ludziom jakiś kolejny „plus”, a poza tym już obiecano Polakom, że nowy budżet dopnie się bez zadłużenia…

Zdaniem pana Piontkowskiego samorządom wydaje się, że mają do czynienia z jakąś tam zwykłą reformą, a tymczasem jest to wielki cywilizacyjny projekt, w dodatku realizowany na wyraźne żądanie elektoratu! Pisze o tym minister do prezydenta Warszawy wyjaśniając, że „poprzedni system edukacyjny był negatywnie oceniany przez społeczeństwo”. Warto zatrzymać się na chwilę przy tym argumencie, bo nie wiedzieć czemu nawet przytomni dziennikarze i łebscy politycy opozycji łykają owo fundamentalne łgarstwo jak roztargniony bocian żmiję. Po raz kolejny, zresztą.  To prawda, że społeczeństwo domagało się zmian w sądach i że do reformy upoważniło PiS. Tyle że PiS zamiast skrócić procedury i wprowadzić inne zmiany przez suwerena oczekiwane, dokonał zmian nieoczekiwanych, służących jedynie umocnieniu swojej władzy, pogarszających jeszcze sytuację wyjściową. Również twierdzenie, że sytuacja w oświacie, którą oglądamy obecnie i którą w pełnej krasie zobaczymy niedługo, jest realizacją oczekiwań zbulwersowanych dzisiaj rodziców i znerwicowanych dzieci, przekracza granice zwykłego kłamstwa: jest bezczelnym oszustwem.

Minister Piontkowski dwoi się i troi, by usprawiedliwić demolkę polskiego systemu oświatowego. W tym celu występuje na licznych konferencjach i spotkaniach, gdzie przekonuje, że za poprzedników oświata miała się fatalnie, przy obecnej władzy sytuacja jest znakomita, a będzie jeszcze świetniej, bo „celem wprowadzanych zmian jest stworzenie szkoły nowoczesnej, a jednocześnie silnie zakorzenionej w naszej tradycji, szkoły dającej solidne fundamenty wiedzy i wspierającej rodzinę w jej wychowawczej funkcji”. Jego zdaniem wdrażaną u nas reformę oświaty można bez fałszywej skromności nazwać modelową i życzyć należy krajom zachodnim, by swoje lewackie, niesprawne i przestarzałe systemy co prędzej wymieniły na polski nowoczesny model oświaty.  A jaka jest prawda? Jeszcze pięć lat temu prestiżowy ranking Pearsona wykazywał, że Polska ma jeden z najlepszych systemów edukacji na świecie. W trakcie drugiej kadencji rządów PO-PSL awansowaliśmy z 14 na 10 miejsce na świecie i piąte w Europie. A potem, po rozpoczęciu deformy PiS,  prestiż polskiej oświaty runął na łeb, na szyję. W roku ubiegłym, w rankingu Worldwide Educating For the Future  (Edukacja dla przyszłości), Polska zajęła dopiero 27 miejsce wśród 50 analizowanych krajów. Wyprzedziła nas nie tylko Rosja, ale również Ghana.

Wiem, że z obecną władzą nie wygra się na statystyki i rankingi, bo tajne badania i sondaże rządzących zawsze będą, lepsze, dokładniejsze, prawdziwsze i mniej lewackie. Jednak różnice między polskim a jakimś zachodnim systemem oświatowym łatwo wykazać na konkretnych przykładach. Tak się złożyło, że dwoje dzieci z mojej rodziny zamieniło na rok podstawówkę w powiatowym mieście Polski centralnej na „równoległą”, usytuowaną w niemieckim mieście średniej wielkości. Rok szkolny rozpoczął się tam w połowie sierpnia – o dziwo – bez apelu, bez podniosłych przemówień, bez powitań przedstawicieli władz i parafii. Na „dzień dobry” dzieci otrzymały „dzienniczek” z rzeczową wiadomością na pierwszej stronie, że w szkole nie ma miejsca na obelgi, przemoc, seksistowskie komentarze i rasizm – i zakaz ten rzeczywiście jest bezzwłocznie i bezwarunkowo egzekwowany.

W polskiej szkole na początku roku cytowano dzieciom górnolotne i średnio zrozumiałe fragmenty statutu o „podtrzymaniu poczucia tożsamości narodowej, etnicznej, językowej i religijnej poprzez: a) organizowanie i udział w uroczystościach z okazji świąt państwowych i kościelnych; b) eksponowanie i szanowanie symboli narodowych w pomieszczeniach szkolnych; c) organizowanie lekcji religii…”. A w obecnej szkole, zamiast troski o „tożsamość narodową i religijną” dzieci otrzymały zapewnienie, że szkoła dba o życzliwą atmosferę” oraz pragnie wspierać uczniów „w nauce życia społecznego opartego na szacunku i wzajemnej odpowiedzialności”. Rodzice natomiast dostali list, w którym tamtejszy minister oświaty (nawiasem mówiąc profesor doktor habilitowany) przypomniał, ze głównym zadaniem szkoły, oprócz przekazania niezbędnej wiedzy, jest wychowanie dzieci i młodzieży „w duchu demokracji i poszanowania konstytucji”.

W nowej szkole klasy są kilkunasto-, najwyżej 20-osobowe. Nie ma tam świetlicy, ale po lekcjach dzieci są pod opieką wychowawców odpowiedzialnych za zajęcia popołudniowe i mogą samodzielnie korzystać ze wszystkich zawsze otwartych pomieszczeń szkoły lub bawić się zewnątrz, na ogrodzonym terenie. Mogą też wybrać sobie nawet po kilka spośród kilkunastu bezpłatnych zajęć, realizowanych po lekcjach na terenie szkoły. W ofercie zajęć dodatkowych znaleźć można np. ratownictwo i pierwszą pomoc, ochotniczą straż pożarna oraz szkolenie w zakresie „negocjacji i rozwiązywania konfliktów”. Absolwenci tego kursu otrzymują odznakę i mediują między skłóconymi uczniami, którzy sami zwracają się do nich o rozstrzygnięcie sporu. Ba, wsparcia u młodych negocjatorów szukają również nauczyciele!

W szkole polskiej na zajęciach wychowania fizycznego chłopcy i dziewczynki ćwiczyły osobno, przy czym dziewczynki nie biegały, żeby się nie spocić, i nie trenowały zbyt intensywnie, bo – jak mówiła nauczycielka – od tego mięśnie rosną, a umięśniona dziewczynka nie wygląda dobrze. W szkole obecnej dzieci ćwiczą wspólnie i razem grają w koedukacyjnych drużynach. W polskiej szkole do sprzątania klasy angażowane były tylko dziewczynki, a zdarzyło się, że nauczycielka kazała im zrobić porządki w piórnikach chłopców z uzasadnieniem, że przecież będą niedługo żonami i matkami… W obecnej szkole sprzątają po sobie wszyscy, a na obowiązkowych lekcjach gotowania i nauki szycia z równym zapałem pracują zarówno chłopcy, jak i dziewczynki . W szkole polskiej odbywały się regularne uroczystości religijne z obowiązkowym udziałem wszystkich uczniów, opiekunem samorządu była katechetka, rekolekcje traktowane były jak planowe zajęcia szkolne (nauczyciele prowadzili dzieci do kościoła i pilnowali, by odbyły tam wielkopostną spowiedź), a w miejsce Halloween ogłoszono szkolny „dzień aniołka” podczas którego dzieci przebierały się za świętych, w tym za o. Kolbego w pasiaku. W obecnej szkole podczas obowiązkowych lekcji religii (lub etyki) nie uczy się pobożności, lecz przekazuje wiedzę religioznawczą z wyraźnym przesłaniem, by wdrażać i umacniać szacunek dla ludzi innych wyznań lub osób bezwyznaniowych.

A na koniec jeszcze jedna różnica między świetnym, zreformowanym i na wskroś nowoczesnym systemem szkolnictwa polskiego, a zdegenerowanym i skażonym polityką gender modelem zachodnim.  Moje przykładowe (chociaż najprawdziwsze) dzieci nie otrzymują w obecnej szkole zadań domowych, nie wkuwają wieczorami tego, czego nie zdążyli ich nauczyć w czasie lekcji. Z niezrozumiałych powodów udaje się tam zrealizować program nauczania wyłącznie w szkole. Jeden Pan Bóg wie dlaczego we wspomnianym już rankingu „Edukacja dla przyszłości” Niemcy zajmują 7 miejsce ze stratą ledwie 6 pkt. do zwycięzcy (Finlandia), a Polska uplasowała się 20 miejsc niżej, poniżej średniej światowej, ze stratą aż 29 punktów.

Karnowscy w sieci szujstwa, Morawieckiego wyczyny krętactwa, smogiem chcą nas zabić. Z życia pasqud (6)

1 Lip

„Mam nadzieję, że za takie okładki Karnowscy doczekają się wreszcie kary. To już przechodzi ludzkie pojęcie, do jakiego stopnia można się upodlić, żeby przypodobać się PiSowi. Prezydent Gdańska wybrało 84% mieszkańców. Zestawiać nas ze swastyką?” – tak jedna z internautek podsumowała okładkę najnowszego wydania prawicowego tygodnia „Sieci”. Redaktorem naczelnym pisma jest Jacek Karnowski, a jego brat Michał (poza publikowaniem w nim tekstów) zasiada we władzach spółki Fratria, która pismo wydaje.

Na okładce najnowszego numeru tygodnika widnieją fotografie prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz, jej poprzednika, zamordowanego w styczniu tego roku Pawła Adamowicza oraz Donalda Tuska. Otoczeni są m.in. flagami ze swastykami, a tytuł głosi: „Czy Gdańsk chce do Niemiec?”.

„To z bezsilności. Gdańsk ich uwiera! To wolne Miasto wolnych Ludzi i nie mogą nic z tym zrobić. Wiedzą, że jak spróbują na siłę – będzie jak z poprzednią komuną. Potkną się, połamią sobie te spróchniałe kły i skończą na śmietniku. Prawdziwi Polacy potrzebują Gdańska jak powietrza”;

„Gdańsk do Niemiec, Wy do Tworek”; – „Tak sobie pomyślałem że przejęcie terenu Westerplatte ma służyć temu, żeby w przyszłości postawić posąg naszego świetlistego wodza JK i okaże się, że to on wywołał, a potem wygrał wojnę i rozgromił III Rzeszę”; – „Władze Gdańska powinny bez żadnej zwłoki złożyć pozew o takie odszkodowanie, dzięki któremu bracia ciągnący państwowe pieniądze do końca życia będą tylko rozwozić gazety” – komentowali internauci.

Polska w ruinie, zwijanie państwa, konieczność reindustrializacji gospodarki, państwo teoretyczne, czy najdroższe drogi świata – tak od lat propaganda kolportowana przez zwolenników i funkcjonariuszy medialnej “dobrej zmiany” mówi o działaniach w obszarze infrastruktury w czasie rządów koalicji PO-PSL.  Tak samo często politycy PiS przekonują, że teraz jest inaczej, że poprzednicy mogliby od nich uczyć się skutecznego zarządzania, że dopiero teraz wykorzystywane są wszystkie możliwości. Tyle tylko, że to pic na wodę. Nie jest przypadkiem, że Mateusz Morawiecki to właśnie w kwestii budowania dróg przez ekipę Donalda Tuska i Ewy Kopacz został skarcony przez sąd w trybie wyborczym. Dziś szczegółowe dane, pokazujące przepaść w skali “Polski w budowie” tj. wielkiego programu budowy infrastruktury drogowej pokazała na Twitterze Alicja Defratyka, autorka projektu ciekaweliczby.pl

Okazuje się, że tempo przyrostu dróg szybkiego ruchu i autostrad radykalnie spadło w czasie ostatnich dwóch lat rządów PiS. Jak wynika z oficjalnych odpowiedzi z Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, łączna liczba kilometrów autostrad w Polsce zwiększyła się 3-krotnie (z 535 km do 1 638 km), a dróg ekspresowych aż 11-ktrotnie (z 190 km do 2092 km) między 2004 r. a 2018 r. Najwięcej nowych autostrad oddano do użytku w 2011 r. – 210 km i w 2012 r. – prawie 241 km. Między 2017 r. a czerwcem 2019 r. nie oddano do użytku ani jednego kilometra autostrady!

Zestawienie danych dotyczących budowy dróg i autostrad w Polsce skomentował poseł PO Sławomir Neumann, który zauważył, że te kilometry autostrad, dróg ekspresowych i dróg krajowych, które w zestawieniu wliczone zostały “na konto” dobrej zmiany to w olbrzymiej części dokończenie inwestycji przygotowanych i podpisanych za rządów PO-PSL, co tylko jeszcze wydatniej pokazuje, jak bardzo PiS skapitulowało w tym obszarze. Polityk opozycji zwrócił także uwagę, że dużą determinację w załatwianiu dróg lokalnych w zasadzie wykazał jedynie w przypadku budowy drogi w Brzeszczach, z której teraz korzystać może mieszkająca tam Beata Szydło.

Pozostaje jedynie zadać sobie pytanie, na ile szybciej mogłaby się dziś rozwijać polska gospodarka, gdyby owoców jej wzrostu nie wykorzystywano do kupowania wyborców w szeregu programów socjalnych tylko inwestowano w polepszanie warunków prowadzenia polskich biznesów. Moglibyśmy skorzystać wszyscy, korzystają jedynie nieliczni. Oto państwo PiS w pigułce.

Komisja Europejska nie będzie spotykać się już z polskim rządem i pracować nad zmianą programu „Czyste powietrze”. W praktyce oznacza to, że z 4 mln pieców na węgiel uda nam się zlikwidować niewielki procent.

Nie ma zgody Komisji Europejskiej na kontynuowanie unijnej pomocy przy programie „Czyste powietrze”  – dowiedziała się „Wyborcza”. Informacja z Komisji o tym, że nie spotka się z polską stroną i odwołuje Komitet Sterujący, trafiła już do przedstawicieli polskiego rządu, Banku Światowego, samorządowców, niezależnych ekspertów oraz urzędników Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i wojewódzkich funduszy ochrony środowiska.

Komitet Sterujący to instytucja powołana przez polski rząd i KE do podejmowania strategicznych decyzji dotyczących „Czystego powietrza”. Najbliższe spotkanie, na którym miały zapaść finalne decyzje dotyczące reformy programu, miało odbyć się 4 lipca.

– To spotkanie nie ma sensu, Komisja straciła cierpliwość. Od pół roku strona polska nie podejmowała żadnych decyzji niezbędnych dla reformy programu – tak nieoficjalnie unijni eksperci komentują swoją decyzję.

KE miała zastrzeżenia do realizacji programu

Nim ją podjęli, Marc Lemaitre, dyrektor generalny KE ds. polityki regionalnej i miejskiej, wysłał do polskiego rządu list. Opisaliśmy go 19 czerwca. Lemaitre podkreślał w nim, że obecnie program nie kwalifikuje się do uzyskania unijnych funduszy i „stanowi ryzyko utraty reputacji dla Komisji, Banku Światowego i polskiego rządu”. KE dała ultimatum: albo strona polska zreformuje program i dysponowanie pieniędzmi na wymianę pieców na węgiel odda w ręce samorządów i banków komercyjnych (dziś zarządza nimi tylko NFOŚ podległy ministrowi środowiska), albo Unia na program pieniędzy nie da.

Liczone na ponad dziesięć lat „Cp” jest warte ok. 35 mld euro. Za te pieniądze ma zostać wymienionych 4 mln kopciuchów i docieplone budynki. Celem jest ograniczenie smogu, którego głównym źródłem są domy opalane węglem.

Unia w najbliższej perspektywie finansowej 2021-27 zamierzała dołożyć Polsce miliardy euro na walkę ze smogiem i gotowa była też przekazać niewykorzystane środki z obecnej perspektywy. Bez tych pieniędzy programu nie uda się zrealizować. Obecnie bowiem NFOŚ dysponuje ok. 1 mld zł na „Cp”. W przyszłym roku publicznych pieniędzy będzie ok. 2,5 mld. zł.

Lemaitre dał rządowi na odpowiedź czas do 21 czerwca i wezwał do zorganizowania przed 4 lipca spotkania najważniejszych urzędników odpowiedzialnych za „Cp”.

PiS nie widział problemu

Do spotkania jednak nie doszło, a minister inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński, który miał je zorganizować, w mailu do „Wyborczej” przekonuje, że KE nie postawiła polskiej stronie żadnego ultimatum, lecz zapytała grzecznie, czy „polska strona wyraża chęć kontynuowania wsparcia Banku Światowego w realizacji programu” i dalszej współpracy.

Co więcej, jak udało nam się dowiedzieć, oficjalna odpowiedź ministra Kwiecińskiego KE jest lakoniczna. Resort zaznacza w niej jedynie, że Polska jest zdeterminowana, by walczyć ze smogiem.
To jeszcze bardziej zirytowało europejskich ekspertów KE i Banku Światowego, którzy od początku roku przyjeżdżali na spotkania z rządem i na podstawie analiz BŚ wskazywali, co zrobić, by poprawić niedziałający dziś program. Szacuje się, że na dotychczasową pomoc przy flagowym programie PiS KE wydała ok. 1 miliona euro.

Mimo to flagowy program PiS, którym premier Mateusz Morawiecki chwalił się w 2018 r., został źle przygotowany i jest dziś źle realizowany.

Miliony kopciuchów w Polsce

Program „Czyste powietrze” zakłada, że w ciągu najbliższej dekady zlikwidujemy 4 mln kopciuchów dymiących w polskich domach i docieplimy przestarzałe budynki, z których na potęgę ucieka ciepło. Mieszkają w nich głównie ludzie dotknięci ubóstwem energetycznym – ci, których nie stać na ekologiczne ogrzewanie, nie mają możliwości jego podłączenia, bo w pobliżu ich domów nie biegną sieci ciepłownicze i gazowe, oraz ci, których nie stać na termomodernizację budynków, przez co płacą znacznie wyższe rachunki za ogrzewanie.

Premier Morawiecki, ogłaszając program, zapowiadał, że na jego realizację potrzebnych jest ponad 100 mld zł. Skąd te pieniądze?

Unia miała sypnąć pieniędzmi

Mają pochodzić z budżetu państwa, z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i wojewódzkich funduszy ochrony środowiska, przychodów w ramach handlu emisjami (ETS), a przede wszystkim z funduszy unijnych. Ochrona środowiska będzie bowiem w najbliższej perspektywie unijnej 2021-27 jednym z głównych priorytetów, a ponieważ program „Czyste powietrze” miał być największym programem modernizacji budynków, na jego realizację pieniądze miały dotrzeć do Polski już teraz – niewykorzystane w ramach obecnej perspektywy.

Aby jednak otrzymać pieniądze z UE, program musi być dostosowany do unijnych przepisów i wytycznych. Dlatego Komisja Europejska, od momentu gdy program „Czyste powietrze” został przygotowany, wyliczała jego błędy i wzywała do jego reformy. Po pierwsze, resort środowiska zapisał w nim, że przestarzałe kopciuchy zatruwające powietrze będą mogły być wymieniane na inne kotły na węgiel, tyle że nowoczesne, oraz że dopuszczalne jest montowanie pieców węglowych w nowo budowanych domach. To jasno kłóci się z polityką UE, która nie finansuje i nie wspiera żadnych inwestycji opartych na paliwach kopalnych.

Po drugie, eksperci Banku Światowego wyliczyli, że w ciągu roku musi być likwidowane ok. 400 tys. kopciuchów, by osiągnąć cel programu i prawidłowo wydatkować pieniądze. Dlatego – wzywali eksperci BŚ – realizacją programu powinny zająć się samorządy (tak jak np. programem 500 plus) i banki komercyjne. To one powinny przyjmować wnioski o dotacje i udzielać dofinansowania. MŚ jednak od miesięcy upiera się, by pieniędzmi zarządzał jedynie NFOŚ poprzez fundusze wojewódzkie. To doprowadziło do zastoju w programie i zamiast kilkuset udzielonych dotacji po dziesięciu miesiącach trwania programu udzielono ich niewiele ponad 20 tys., a kolejne prawie 60 tys. czeka w długiej kolejce.

Unia mówi koniec

Dlatego po miesiącach prób współpracy KE mówi dość współpracy z polskim rządem. Co to oznacza w praktyce dla przeciętnego Kowalskiego?

Dotychczas złożone 60 tys. wniosków o dotację ma szanse na realizację, bo w budżecie NFOŚ jest w tym roku ok. 1 mld zł na program „Czyste powietrze”. Uśredniając, że jedna dotacja to 15 tys. zł, obecnie złożone wnioski sięgają 900 mln. Bez unijnej kasy nie uda się jednak zrealizować kolejnych 340 tys. planowanych przez BŚ inwestycji.

W przyszłym roku na program NFOŚ ma blisko 2,5 mld zł. W programie będzie mogło wziąć więc udział ok. 160 tys. mieszkańców.

Na tyle jest szansa ze środków krajowych. Oznacza to więc, że bez unijnych pieniędzy tego programu nie uda się zrealizować, bo w optymistycznym wariancie 160 tys. dotacji udzielanych przez dziesięć lat daje 1,6 mln zlikwidowanych pieców zamiast 4 mln. A więc polskie miasteczka zimą dalej będą spowite chmurą pyłów, a Polska nadal będzie brunatną, zanieczyszczoną plamą na mapie Europy.

„Domniemanie niewinności nie ma zastosowania przy zatrzymaniu osoby, której popełnienie przestępstwa zostało wystarczająco uwiarygodnione. W chwili zatrzymania traktuje się ją jak osobę winną.”

W szkole mojej młodości dyżurne pytanie wielu sprawdzianów z języka polskiego brzmiało: co autor chciał przez to powiedzieć? Uzyskana w owych czasach sprawność w doszukiwaniu się sedna rozmaitych cytatów przydaje mi się ostatnio coraz częściej, umożliwiając dotarcie do rzeczywistych intencji polityków. Szczególnie polityków rządzących, którzy do perfekcji opanowali sztukę skrywania brudnych myśli i paskudnych intencji w stercie słów wzniosłych, płomiennych, porywających masy ludowe. Mimo, że wszyscy posługują się argumentacją wymyśloną w wydziale propagandy i agitacji PiS, to jednak każdy funkcjonariusz tej partii ma swój charakterystyczny sznyt.

Weźmy przykładowo takiego premiera. Mateusz Morawiecki nie jest wirtuozem skomplikowanych narracji, chociaż lubi mówić, a jeszcze bardziej kocha słuchać jak mówi. Co do formy wypowiedzi – to serce na dłoni po prostu. Owszem, jak kłamie, to już kłamie, ale kiedy mówi prawdę, to bynajmniej nie kryje prawdziwych intencji. Wystarczy posłuchać go uważnie. Weźmy taki przykład: – Nie ma dzisiaj konkretnych planów dotyczących repolonizacji mediów w Polsce. Co to oznacza? Oczywiście to oznacza, że takie plany są. Od dawna straszy nimi Jarosław Kaczyński, już przed rokiem Krystyna Pawłowicz groziła że PiS przejmie media prywatne zaraz po wakacjach i nie bez powodu powrócił teraz do tematu Jarosław Gowin.  Zatem plany repolonizacji mediów bezsprzecznie istnieją, ale – jak podkreśla Morawiecki – nie ma planów KONKRETNYCH. One są jeszcze niekonkretne.  Bo na przykład nie wiadomo czy zmusić właścicieli do sprzedaży swoich mediów jakąś specustawą, czy stworzyć im takie bariery i przeszkody, które zniechęcą właścicieli mediów i skłonią ich do wycofania się z interesu, czy może nakazać spółkom skarbu państwa, by cichcem wykupiły udziały w prywatnych mediach za cenę, której nie oprze się żaden człowiek interesu? Premier Morawiecki zaprzeczając planom zagarnięcia przez PiS niezależnych mediów, nie ukrywa, że plany takie są – tyle, że DZISIAJ nie są jeszcze KONKRETNE.

W tej samej sprawie odmienną formę narracji przyjął szef gabinetu premiera Marek Suski, który w TVP „wyjaśniał”: – Bo te zagraniczne koncerny, które wykupiły naszą prasę – mieliśmy takie informacje, że gdzieś z zagranicy dostawali instrukcje w jaki sposób atakować rządzących. Czyli – tłumacząc z języka Suskiego na język polski – media z udziałem kapitału zagranicznego uczestniczą w zamachu stanu, realizując instrukcje swoich mocodawców, żywo zainteresowanych unicestwieniem polskiego rządu.  Oczywiście nikt w TVP nie ośmielił się poprosić o dowody potwierdzające zatrważającą tezę pana Suskiego, ani tym bardziej nie spytał na jakim etapie jest obecnie śledztwo ABW w sprawie zagrożenia Polski puczem inspirowanym przez wrogie państwa, takie jak USA i Niemcy – bo stamtąd wywodzą się właściciele niemal wszystkich polskich mediów niezależnych od rządu PiS. Nietrudno jednak odgadnąć co Marek Suski, autor groźnego scenariusza, miał na myśli: nic, albo co najwyżej bardzo niewiele.

Europoseł Richard Henry Czarnecki (naprawdę tak ma w papierach), do niedawna zabawny kuglarz słowami oraz niekwestionowany mistrz świata w odwracaniu kota ogonem na czas, stara się teraz o pozycję zasłużonego ideologa PiS, bezkompromisowego i pryncypialnego do bólu. Możliwe, że w tym właśnie celu wygłosił następującą groźbę: – My wycofaliśmy się z projektu sądowego [chodzi o ustawę odsyłającą na wcześniejszą emeryturę niepokornych sędziów Sądu Najwyższego], ale Timmermans nie wycofał skargi z TSUE, a to oznacza, że w przyszłości będziemy mniej elastyczni… Zastanawiam się co by powiedział o tym Czarnecki, gdyby go spytać prywatnie, na luzie, przy ośmiorniczkach na przykład. Znam tego pana z czasów gdy szefował nowej, ale szybko bankrutującej gazecie dolnośląskiej, kiedy polemizowałem z nim na łamach mojego „Słowa Polskiego” – i mam podstawy by wyobrazić sobie taką oto wypowiedź: – Jasne, że ta nasza ustawa była niekonstytucyjna, ale wcale nie musieliśmy się z niej wycofywać! Przecież inne, konieczne, ale też bezprawne ustawy pozostały w obiegu. A jednak poszliśmy Unii na ustępstwo, ponieśliśmy poważną stratę wizerunkową, bo nasz wyborczy ludek nie zrozumiał dlaczego pozostawiamy na stanowiskach sędziów, o których mówimy że kradną i że skazywali opozycję w stanie wojennym. Poszliśmy więc Unii na rękę, licząc, że Timmermans zachowa się przyzwoicie i odpuści. Okazało się, że jednak zrobił nam świństwo. Jeśli tak, to na drugi raz już się nie cofniemy. Uchwalimy co chcemy i co nam zrobią?

Zbigniew Ziobro – zarazem minister, prokurator i buldożer rozjeżdżający państwo prawa – ogłosił święto wolności (…) sumienia, wyznania, decydującej o tożsamości każdego z polskich obywateli, bo każdy ma prawo sam tę tożsamość określać, ale też święto wolności konkurencji, wolności gospodarczej, bo ta wolność też była miarą rozstrzygnięcia sądu konstytucyjnego”. Okazją do świętowania był wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który głosami 3:2 z przewagą nominatów PiS stwierdził, że przepis Kodeksu wykroczeń przewidujący karanie za umyślną, bez uzasadnionej przyczyny, odmowę świadczenia usług, jest niekonstytucyjny, czyli praktycznie przedsiębiorca czy handlowiec ma prawo odmówić obsługi każdego, kto mu się nie podoba. Minister – buldożer podkreślił, że ten wyrok oznacza zwycięstwo wolności, bo o wolną Polskę nam chodziło i byłoby rzeczą smutną, gdyby zmory i zaszłości komunistyczne mogły nam tę wolność ograniczać”. Oczywiście nie chodziło mu w tej sprawie o żadne wolności, swobody ani o demokracje, tylko o to, że przyczyną całej procedury zakończonej w TK była odmowa wykonania usługi na rzecz organizacji LGBT, których Ziobro i jego formacja z całej duszy nienawidzą.  Nie przyszło mu do głowy, że teraz każdy właściciel sklepu czy punktu usługowego może wywiesić kartkę NIE OBSŁUGUJEMY WYBORCÓW PiS, albo wręcz odmówić wykonania usługi Zbigniewowi Ziobrze argumentując, że nie jest w stanie znieść jego idiotycznych argumentów, bufonady i zachwytu nad własnym geniuszem prawnym.

Niezgłębioną dotąd wiedzą prawniczą popisała się również Krystyna Pawłowicz, enfant terrible prezesa. Doktor hab. nauk prawnych, żartobliwie nazywana „profesorem”, wyjaśniła maluczkim, że „domniemanie niewinności nie ma zastosowania przy zatrzymaniu osoby, której popełnienie przestępstwa zostało wystarczająco uwiarygodnione. W chwili zatrzymania traktuje się ją jak osobę winną.” Wszystkich prawników zatkało tak skutecznie, że nikt nie spytał tej pani skąd wywodzi owo rewolucyjne przeświadczenie, stanowiące przełom nawet w prawodawstwie białoruskim. Warto przypomnieć, że nieco wcześnie w radiu Maryja pani Pawłowicz komentując sprawę

Niewinnego Tomasza Komendy grzmiała, że w jego sprawie wszystkie postępowania wyglądały bardzo dziwnie, w ogóle nie działało domniemanie niewinności”.

Nietrudno zgadnąć co autorka miała na myśli głosząc te sprzeczne komentarze. Pamiętamy, że już raz dokonała politycznego sepuku informując w Sejmie, że oto z lojalności dla swojej partii głosuje za ustawą mimo świadomości, że jest ona niekonstytucyjna. To zdumiewający przypadek medyczny człowieka, który dwukrotnie popełnił skuteczne samobójstwo. A obserwując jej środowisko można dostrzec, że nie jest to przypadek pojedynczy.

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Przekręty PiS nie mają końca. Z życia pasqud (5)

30 Czer

Po kilka tysięcy złotych wpłacili pracownicy państwowych spółek, ulokowanych w Bydgoszczy, na kampanię PiS przed ubiegłorocznymi wyborami samorządowymi. Złośliwcy twierdzą, że to swoisty „dowód wdzięczności” za zatrudnienie w kontrolowanych przez partię spółkach Skarbu Państwa.

Według „Gazety Wyborczej”, „rekordzistą” w Bydgoszczy jest Błażej Najdowski – przekazał ponad 21 tys. zł. To dyrektor techniczny Zespołu Elektrociepłowni Bydgoszcz, którego właścicielem jest państwowy gigant Polska Grupa Energetyczna. Zapytany o powód, dla którego wpłacił taką kwotę, Najdowski stwierdził, że musi się zastanowić nad odpowiedzią. Dodał, że powód… jest banalny. Nie wytłumaczył jednak reporterowi „GW, co miał na myśli.

Kolejny z listy Michał Krzemkowski wpłacił 14 tys. zł. Jako radca prawny obsługuje Wody Polskie, czyli spółkę powołaną przez PiS. Krzemkowski  jest też członkiem rady nadzorczej Polskiego Radia. 11,2 tys. zł wpłacił były bydgoski radny, Mirosław Jamroży, wiceprezes Enea Pomiary. Inny działacz PiS, który znalazł zatrudnienie w spółce skarbu państwa, Tomasz Rega, dyrektor oddziału Totalizatora Sportowego, wpłacił 11 tys. zł.

Podobna sytuacja miała miejsce w Inowrocławiu. Z ustaleń „GW” wynika, że 17 tys. wpłacił Ireneusz Stachowiak, prezes oddziału Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. A Damian Polak, zatrudniony w zależnej od państwowego Orlenu spółce Inowrocławskie Kopalnie Soli „Solino”, zasilił konto komitetu wyborczego PiS kwotą 10 tys. zł.

Nowo utworzona Izba Dyscyplinarna polskiego Sądu Najwyższego nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej ustanowionych prawem UE” – brzmi w wielkim skrócie opinia rzecznika Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, Jewgienija Tanczewa, w sprawie polskiego sądownictwa. Oczywiście z tego stanowiska nie jest zadowolona prawa strona polskiej polityki.

Zarówno politycy, jak i dziennikarze związani z PiS zaczęli „prześwietlać” rzecznika TSUE, doszukując się ciemnych kart w jego życiorysie. „Rzecznik Generalny TSUE to syn prominentnego komunisty nagrodzonego Nagrodą Lenina” – można przeczytać na stronie Salon24.

Papcio Peter Tanczew był w latach 1974-1989 przewodniczącym partii odpowiedniczki naszego PSL, prawej ręki Bułgarskiej Partii Komunistycznej.” Również wiceminister sprawiedliwości, Sebastian Kaleta nie omieszkał umieścić odpowiedniego wpisu na Twitterze: „a wiecie jak jest w Bułgarii? Na czele organu dyscyplinarnego stoi…Minister Sprawiedliwości Bułgarii. 11 spośród 25 członków powołuje parlament.”

Internauci nie kryją swego oburzenia wobec wpisu wiceministra, tym bardziej, że jeszcze w lutym szef polskiego MSZ przekonywał, że „Bułgaria to kraj naszych sojuszników.”

To, że partii rządzącej nie spodoba się opinia TSUE nie powinno być zaskoczeniem. Trudno jednak zrozumieć personalny atak na Tanczewa, tym bardziej, że jako rzecznik jest przedstawicielem całego składu TSUE, który zajął krytyczne stanowisko wobec pisowskich zmian w polskim sądownictwie. Szukanie w przeszłości czy przywoływanie sytuacji w Bułgarii jest zachowaniem, delikatnie pisząc, mało dojrzałym.

OKO.press ujawnił, że w oświadczeniach ministra Michała Dworczyka nie zostały zapisane dochody ze sprzedaży nieruchomości i udziały w domu, który został później przepisany żonie.

Ponadto OKO.press poinformował o kolejnych nieścisłościach w oświadczeniach ministra, który co najmniej dwanaście razy – jako radny, poseł i minister – zataił swoje udziały w spółce zapewniającej budynki i wyposażenie placówkom oświatowym pod patronatem Opus Dei.

Po publikacji Dworczyk natychmiast napisał oświadczenie na facebooku, informując przy okazji, że złożył już stosowne korekty wyjaśniające jego niedopatrzenia w oświadczeniach. „W związku z publikacją na portalu OKO.press uprzejmie informuję, że w 2008 roku zapisałem moje dziecko do przedszkola prowadzonego przez Stowarzyszenie Wspierania Edukacji i Rodziny Sternik. Dokonując zapisu uiściłem opłatę wpisową, która de facto była nabyciem 0,13% udziałów spółki, będącej organizacją non profit, Rodzice dla Szkoły. Nigdy nie uczestniczyłem w żadnych pracach związanych z funkcjonowaniem w/w podmiotu. Nigdy też nie uzyskałem żadnych przychodów.”

W podobnym tonie Dworczyk wyjaśnia swoje „zapominalstwo” dotyczące nieruchomości.

W obronie kolegi stanął poseł PiS, Zbigniew Gryglas zapewniając, że minister „to uczciwy bardzo człowiek, który chce naprawić własne niedopatrzenia.”

Zupełnie innego zdania jest Marcin Kierwiński z PO, który powiedział: „tego typu uchybienia formalno-prawne są zawsze uchybieniami. W polskiej polityce zdarzały się bardzo poważne procesy karne związane z nieuwzględnieniem pewnych drobnych rzeczy w oświadczeniu majątkowym.”


Podobnego zdania jest dziennikarka Bianka Mikołajewska, która odniosła się do „niedopatrzenia” Dworczyka na Twitterze. „Opinia publiczna ma prawo oczekiwać od pana umiejętności wypełniania oświadczeń i rzetelności we wszystkich podejmowanych przez Pana działaniach. Przypominam Panu bardzo purytańskie stanowisko Pana partii w sprawie zegarka, którego nie wpisał do swojego oświadczenia minister rządu PO, Sławomir Nowak.

Nie rozumiem, dlaczego dominuje tak powszechna krytyka i przekonanie o porażce opozycji. Do jesiennych wyborów może pójść nawet 3-4 miliony ludzi więcej, niż miało miejsce przy i tak dużej frekwencji w wyborach europejskich. To może zdecydowanie odwrócić bieg wydarzeń. Ale siła mechanizmu samospełniającej się przepowiedni jest bardzo duża – mówi nam dr Robert Sobiech, socjolog, dyrektor Centrum Polityki Publicznej Collegium Civitas. – Racjonalna kalkulacja wskazuje, że do wygrania z PiS-em konieczna jest szeroka koalicja z kluczowymi punktami programowymi i nieukrywanie różnic poglądowych – podkreśla

Zadaje pan sobie pytanie, gdzie jest opozycja?
Opozycja w tym momencie przyjęła rozsądną taktykę. Nie wiedząc, w jakiej konfiguracji pójdzie do jesiennych wyborów, ogranicza swoje wypowiedzi na zewnątrz, minimalizując ryzyko pojawiania się niespójnych przekazów. Powinna zresztą zrobić to już wcześniej.

Niespójne przekazy to dla potencjalnych wyborców sygnał słabości, wewnętrznych rozbieżności.

Ten stan nie może jednak trwać długo. Potencjalni wyborcy partii opozycyjnych czekają teraz na spójny komunikat, który będzie miał dwie części: w jakim składzie idziemy do wyborów i główne tematy kampanii, czyli to, co ma być najważniejszymi zmianami po wygranych wyborach.

Opozycja będzie się jednoczyć?
To w dużej mierze zależy od analiz sondaży, które będą się pojawiać, i symulacji wyników wyborczych. Mam przed sobą najnowsze badanie firmy Kantar, z którego wynika, że Zjednoczona Prawica w ciągu miesiąca straciła 6 punktów procentowych (34% poparcia), PO zyskała 3 punkty (24% poparcia), a SLD i PSL znalazły się poniżej progu wyborczego (po 4%). To pokazuje, że samo zjednoczenie z PSL-em i SLD w jednym bloku (przy wszystkich zastrzeżeniach co do prostego sumowania danych sondażowych) daje mniej więcej tyle samo poparcia, ile ma Zjednoczona Prawica. To sygnał, że warto się jednoczyć. Tymczasem z przecieków medialnych dowiadujemy się, że znaczna część partii opozycyjnych rozważa wariant łączenia się w mniejsze koalicje (np. Wiosna+SLD, PSL+Kukiz). W swoich archiwach odnalazłem symulację prof. Flisa, opierającą się na podobnych wynikach sondaży.

W sytuacji, kiedy PiS (formalnie Zjednoczoną Prawicę) popiera 36% wyborców, PO 23%, a reszta głosów oddana zostaje na pozostałe partie, PiS posiada od 226 do 237 posłów. Czyli ma ponownie większość lub do większości brakuje mu kilku posłów, których z łatwością pozyska z innych partii.

Podobno liczy się tylko wygrana w wyborach.
Jeżeli PO (po fuzji z Nowoczesną) pójdzie do wyborów sama, SLD dogada się z Wiosną Roberta Biedronia i uzyska ok. 10% poparcia, a PSL być może nieznacznie przekroczy próg wyborczy, oznacza to wysokie prawdopodobieństwo, że PiS przez następne 4 lata będzie rządzić samodzielnie.

Czyli jedyne wyjście to zjednoczenie opozycji?
Racjonalna kalkulacja wskazuje, że do wygrania z PiS-em konieczna jest szeroka koalicja z kluczowymi punktami programowymi i nieukrywanie różnic poglądowych. Najważniejsze pytanie brzmi: co jest celem opozycji? Przejęcie rządów czy zabezpieczenie kilkunastu czy kilkudziesięciu miejsc w parlamencie dla swoich liderów i uzyskanie dotacji dla swoich partii? A na to pytanie nie mamy do tej pory jasnej odpowiedzi.

Racjonalność zwycięży?
Polityk to zawód jak każdy inny. Oni też martwią się, gdzie będą pracować przez najbliższe 4 lata.

Jeżeli górę weźmie kalkulacja indywidualna obliczona przede wszystkim na przetrwanie, to będziemy mieli po stronie opozycji przynajmniej trzy bloki. To bardzo dobra wiadomość dla PiS, który okazuje się jedyną partią, która potrafiła zintegrować większość partii prawicowych w jeden blok.

Tam również są znaczne różnice poglądów i interesów. W przeciwieństwie do wielu partii opozycyjnych nie są one ujawniane publicznie.

Grzegorz Schetyna mówi, że to będzie ważny sprawdzian dla opozycji. Rzeczywiście?
Na pewno. Przyznam, że w ogóle jestem zdziwiony dyskusją, która miała miejsce po wyborach do Parlamentu Europejskiego. Znaczna część polityków i komentatorów właściwie orzekła, że PiS wygraną w wyborach parlamentarnych ma już w kieszeni. W naukach społecznych to jest klasyczny mechanizm samospełniającej się przepowiedni – jeżeli liderzy opinii publicznej mówią, że coś się zdarzy, to automatycznie przekłada się na poglądy ludzi i ich zachowania. Nie rozumiem, dlaczego dominuje tak powszechna krytyka i przekonanie o porażce opozycji. Do jesiennych wyborów może pójść nawet 3-4 miliony ludzi więcej, niż miało miejsce przy i tak dużej frekwencji w wyborach europejskich. To może zdecydowanie odwrócić bieg wydarzeń. Ale siła mechanizmu samospełniającej się przepowiedni jest bardzo duża.

Opozycja musi nakręcić własną samospełniającą się przepowiednię?
Musi przede wszystkim pokazywać, że szanse na wygraną są realne.

Jeżeli sami politycy uwierzą, że nie da się tych wyborów wygrać, to strategia zabezpieczania miejsc pracy będzie miała niestety duże szanse powodzenia.

Musi wyjść do ludzi i tam pokazać, że będzie walczyć?
Przewidywania były takie, że szczególnie wybory do Parlamentu Europejskiego będą wyborami o niskiej frekwencji i przyciągną, podobnie jak w poprzednich wyborach, wielkomiejski, lepiej wykształcony elektorat. Dlatego niektórzy politycy wyszli z założenia, że nie warto się starać. Okazało się, że skuteczna kampania zmobilizowała wyborców PiS i zdemobilizowała wyborców opozycji. W porównaniu z wyborami do sejmików wojewódzkich z jesieni 2018 roku PiS pozyskał blisko milion dodatkowych wyborców, a partie wchodzące w skład Koalicji Europejskiej straciły 1,8 mln głosów.

Opozycja odrobiła lekcje i dlatego ruszyła „w teren”?
Oczywiście warto iść w te miejsca, gdzie można pozyskać dodatkowych zwolenników, odzyskać prawie 1,8 miliona głosów, które Koalicja Europejska straciła w porównaniu z wyborami samorządowymi i zakładając wyższą frekwencję, pozyskać nowych wyborców.

Potrzebna jest jednak dobra analiza tego, kim są ludzie, którzy nie poszli głosować, także kim są ci, którzy prawdopodobnie pójdą głosować, ale do tej pory na te partie nie głosowali.

PiS może sięgnąć po bardziej konserwatywny elektorat PO?
Wyjmowanie sobie wzajemnie elektoratu jest mało prawdopodobne. Analizy powyborcze pokazują, że dwa polityczne bloki mają swoich stałych zwolenników. Ale do wzięcia i tak jest bardzo dużo – ponad połowa ludzi, którzy zostali w domach. Przy tej skali mobilizacji i konfliktu politycznego można z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć, że frekwencja wyborcza będzie oscylowała w granicach 60%,czyli do wyborów pójdzie ok. 18 mln Polaków. To o blisko 4,5 mln więcej, niż w wyborach europejskich. O nich trzeba zawalczyć.

PO-KO powołała swój sztab wyborczy, na jego czele stanął Krzysztof Brejza. To będzie nowy początek?
Skład sztabu wyborczego pracuje zazwyczaj w zaciszu gabinetów. Najważniejsze będzie to, kim będą twarze kampanii i kto znajdzie się na czołowych miejscach list wyborczych.

Kluczową sprawą będzie też to, w jaki sposób opozycja będzie rozliczać 4 lata rządów PiS-u. Do tej pory prawie w ogóle tego nie robiła.

Niektórzy mówią, że nic innego nie robiła.
Chodzi o to, żeby dokładnie przyjrzeć się temu, co rząd PiS-u zrobił w sferze usług publicznych czy programów społecznych i co zrobił, a właściwie czego nie zrobił w ochronie zdrowia, edukacji, ochronie środowiska. To jest klasyczny element kampanii wyborczej. Do tej pory wystarczyło hasło „anty-PiS”, ale bez wnikania, dlaczego.

Czyli przede wszystkim punktowanie rządzących, a nie własny program?
W ciągu ostatnich 4 lat uwidoczniła się istotna zmiana postrzegania państwa przez obywateli. Wielu Polaków uwierzyło, że politycy nie mają recepty na zapewnienie lepszych i bardziej dostępnych usług medycznych, dostarczenie wiedzy i umiejętności umożliwiających realizację indywidualnych aspiracji czy nawet ograniczenie smogu.

Zmiana polega na tym, że przy całej niechęci do instytucji państwowych partia rządząca zaoferowała bezpośredni zastrzyk gotówki.
PiS wyszedł z założenia, że skoro ludzie i tak uważają, że państwo jest niewydolne, to zamiast zajmować się poprawą sytuacji w służbie zdrowia, edukacji czy ochronie środowiska, wykorzystując rekordowy wzrost gospodarczy odda podatnikom część ich pieniędzy. Tak dużą część, że znacząco wpłynie to na poprawę ich sytuacji materialnej. Programy typu 500+ istnieją we wszystkich państwach Unii Europejskiej. PiS postanowił jednak zgrać va banque. Polskie zasiłki dla dzieci są porównywalne z zasiłkami w znacznie bogatszych państwach (Austria, Irlandia) i znacząco niższe, niż w u naszych sąsiadów (Słowacja, Czechy, Węgry).

Hasło: jesteśmy pierwsi, którzy dzielą się wzrostem gospodarczym, jest przez 4 lata motorem napędowym obecnej władzy. Opozycja została zepchnięta do narożnika. W tej chwili politycznym samobójstwem byłoby powiedzenie, że komuś odbierzemy.

Przez cztery lata opozycji nie udało się wytłumaczyć, że tak wielka skala transferów bezpośrednich sprawi, że w kolejnych latach nie będzie możliwe zwiększenie nakładów na edukację ochronę zdrowia czy walkę ze smogiem. Opozycji nie udało się także wytłumaczyć, że za 500 czy 1500 złotych nie można kupić ani dobrej edukacji, ani dobrej ochrony zdrowia, szczególnie na wsi czy w małych miastach, skąd pochodzi znaczna część wyborców PiS.

Samorządowcy będą ważnym wzmocnieniem opozycji na listach wyborczych?
Poparcie samorządowców musi być widoczne nie tylko w dużych, ale przede wszystkim w średnich i małych miastach. To tam mogą decydować się losy wyborów.

Może powinni zawalczyć przede wszystkim o Senat?
Zwycięstwo w Senacie może tylko czasowo opóźnić zmiany proponowane przez większość rządzącą. Zakładając, że PiS będzie miał większość w Sejmie, poprawki Senatu są odrzucane w Sejmie zwykłą większością głosów.

Przy zmianach, które sygnalizuje partia rządząca, zwycięstwo w Senacie nie wystarczy.

Donald Tusk usunął się w cień?
Wydaje mi się, że czeka na rozstrzygnięcie wyborów parlamentarnych i dopiero wtedy podejmie decyzję o swojej przyszłości politycznej. Może wspierać opozycję z boku, ale na pewno nie stanie na jej czele przed jesiennymi wyborami.

Podobno ma być kandydatem na szefa Komisji Europejskiej, tak twierdzi np. Politico. To byłoby dla niego najlepsze rozwiązanie?
Takiego rozwiązania nie można wykluczyć. Historia wyborów szefów instytucji Unii Europejskiej dostarcza wielu przykładów, kiedy efektem braku poparcia dla głównych kandydatów był wybór innego polityka. Jeżeli taka sytuacja miałaby miejsce w przypadku Donalda Tuska, byłoby to wyjątkowe wydarzenie – po raz pierwszy od ostatnich zmian traktatowych w UE ktoś przeszedłby z jednego kluczowego stanowiska na drugie.

W kraju jego notowania spadają. Według najnowszego sondażu IBRiS dla portalu Onet największym zaufaniem cieszy się prezydent Andrzej Duda. Donald Tusk jest poza podium. Wyprzedzają go Mateusz Morawiecki, Beata Szydło, a nawet Jarosław Kaczyński. O czym to świadczy?
Takie sondaże są jednak zawodnym miernikiem. Biorą pod uwagę głosy wszystkich Polaków, a nie tych, którzy chcą wziąć udział w wyborach.

Pamiętamy, że Bronisław Komorowski przegrał wybory, chociaż miał zdecydowanie większe poparcie, niż obecnie Andrzej Duda.

Taki sondaż wyraża bardziej życzeniowe i chwilowe myślenie Polaków, a gdy przychodzi do rzeczywistej rywalizacji, często okazuje się zawodny.

Stanowisko rzecznika TSUE, zapowiadające niekorzystny dla PiS wyrok Trybunału, to kolejny sygnał wskazujący, że czas tolerowania autokratów i kieszonkowych Putinków dobiegł w Unii Europejskiej końca.

„Eee tam” – tak z grubsza odpowiadali funkcjonariusze PiS na pytania o przewidywane reakcje instytucji Unii Europejskiej na łamanie zasad państwa prawa przez polską władzę. Starali się to formułować w sposób bardziej dyplomatyczny, ale istota komunikatu brzmiała: „Nie podskoczą nam, mogą nas pocałować gdzieś”.

Wygląda na to, że ludzie władzy przez całe lata naprawdę sądzili, że mogą bezkarnie robić, co im się podoba, nie przejmując się obowiązującymi w Europie standardami. Do niedawna. Wydana ostatnio opinia rzecznika Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej Ewgenija Tanczewa, który stwierdził, że obsadzona przez ludzi PiS Krajowa Rada Sądownictwa oraz Izba Dyscyplinarna SN nie spełniają wymogów niezależnego sądownictwa, powinna być dla nich dzwonkiem alarmowym. Czas bezkarności się kończy. Zaczyna się czas kar i konsekwencji.

Opinia Tanczewa jest prognostykiem pozwalającym przewidzieć jesienny wyrok TSUE. Wprawdzie wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki zareagował bagatelizującym stwierdzeniem: „Szanujemy, ale nie musimy się przejmować” – ale zapewne była to tylko poza, mająca pokryć zakłopotanie i złość. Nawet jeśli potraktujemy PiS jako obszar strukturalnej nędzy intelektualnej, nie wydaje się możliwe, by ważny polityk tej partii naprawdę nie rozumiał powagi sytuacji.

Wyrok TSUE da sędziom podstawę do bojkotowania i ignorowania Izby Dyscyplinarnej, podważy też prawomocność decyzji KRS. W gruncie rzeczy będzie początkiem erozji panowania partii Kaczyńskiego nad wymiarem sprawiedliwości. Tylko od determinacji oraz odwagi sędziów będzie zależało, jak radykalny będzie ich bunt – czy posuną się do całościowego zakwestionowania władzy PiS i czy zaczną ignorować decyzje i polecenia płynące od Ziobry i jego nominatów (osobiście gorąco bym ich do tego namawiał).

Europejska machina ruszyła jak żółw ociężale

Dlaczego PiS uwierzył w swoją potęgę i bezkarność? Być może zasugerował się postawą UE wobec Viktora Orbána, któremu liczne wybryki długo uchodziły na sucho. Tyle tylko, że ciężar polityczny 10-milionowych Węgier jest nieporównywalny z rangą i wagą Polski. Bruksela mogła sobie pozwolić na tolerowanie polityki węgierskiego autokraty, uznając, że mały kraj na obrzeżach Unii nie stanie się rozsadnikiem antydemokratycznej gangreny i nie zagrozi spójności całego organizmu europejskiego. Zresztą sam Orbán dość umiejętnie poruszał się na brukselskich salonach i długo potrafił prezentować tu zupełnie inne oblicze niż w kraju.

Gdy jednak do kontestujących europejskie zasady Węgier dołączyła blisko 40-milionowa Polska, kraj kluczowy we wschodniej części Unii, sytuacja zrobiła się poważna. Brukselscy decydenci nie mogli dłużej przymykać oczu na problem i udawać, że nic się nie dzieje.

Unia Europejska jest wielką i skomplikowaną konstrukcją, cechuje ją spora inercja. Od wciśnięcia guzika „start” do momentu, aż machina się rozpędzi, mijają nie miesiące nawet, lecz lata. Jednak w końcu uruchomione procesy owocują konkretnymi decyzjami i posunięciami. Guzik został naciśnięty już dość dawno i teraz obserwujemy jak potężna europejska maszyneria nabiera prędkości. Para buch, koła w ruch.

Przygotujmy się na kary. Będzie bolało

„Unia poczyniła pierwsze kroki na drodze do skutecznego zwalczania przestępstw popełnianych przez państwa członkowskie – np. wprowadzając kryterium przestrzegania prawa do mechanizmu rozdziału funduszy na rozwój” – piszą w „Gazecie Wyborczej” dwaj węgierscy autorzy Bálint Madlovics i Bálint Magyar (ten ostatni, były minister edukacji, jest autorem głośnej książki „Węgry. Anatomia państwa mafijnego”).

Stanowisko rzecznika TSUE, zapowiadające niekorzystny dla PiS wyrok Trybunału, to kolejny sygnał wskazujący, że czas tolerowania autokratów i kieszonkowych Putinków dobiegł w Unii Europejskiej końca.

Jestem gotów się założyć, że w nadchodzących miesiącach będziemy świadkami kolejnych kar, nakładanych na kraje łamiące wspólne zasady – czyli na Polskę i Węgry. Można się spodziewać, że instytucje unijne, podejmując decyzje w różnych sprawach, w sposób demonstracyjny będą ignorować interesy Warszawy czy Budapesztu. Zapewne Polska i Węgry poniosą też dotkliwe konsekwencje finansowe, choćby przy rozdziale nowych funduszy. Także w rozliczeniach dotychczasowych programów finansowych można się spodziewać szczególnej surowości europejskich kontrolerów.

W sumie więc – będzie bolało. Niestety wszystkich – nie tylko polityków i wyborców PiS, choć tak byłoby najsprawiedliwiej.

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Z życia pasqud (4): Klęski PiS nie mogą być klęskami Polski. Trzeba cofnąć degradację kraju

29 Czer

Jednym z największych wyzwań XXI wieku przed którymi stoi Polska jest transformacja energetyczna. Odejście od węgla i włączenie się w walkę z globalnym ociepleniem jest obowiązkiem stojącym przed całym obecnym pokoleniem. Jest to także duża bitwa gospodarcza, ponieważ tania i dostępna energia stanowi atut w rywalizacji z innymi graczami światowej gospodarki. Nie bez znaczenia jest także cena energii dla samych konsumentów, co szczególnie pokazało desperackie dążenie rządu do refundacji podwyżek cen prądu. Do realizacji wszystkich powyższych celów potrzeba zatem wydajnego źródła energii. Tymczasem strategia rządu staje się na tle świata coraz bardziej zacofana. Głównym problemem polskich władz jest bowiem opóźnienie w czasie odchodzenia od węgla w celu zadowolenia licznego grona wyborców lobby węglowego, oraz zwalczanie z przyczyn ideologicznych energetyki wiatrowej na lądzie. Absurd obu założeń widać  szczególnie mocno na tle raportu Międzynarodowej Agencji Odnawialnych Źródeł Energii (IRENA) o kosztach produkcji odnawialnych źródeł energii.

Okazuje się bowiem, że te dynamicznie maleją. Tylko w zeszłym roku o aż 13 proc. w przypadku fotowoltaiki (PV) oraz elektrowni wiatrowych na lądzie (onshore). W efekcie OZE stały się najtańszym źródłem energii w wielu miejscach świata. Autorzy doszli przy tym do wniosku, że ponad trzy czwarte lądowych wiatraków i cztery piąte elektrowni słonecznych, które zostaną oddane do użytku w tym roku będą produkować taniej niż nawet najtańsze technologie oparte o węgiel czy gaz.

W 2020 roku koszt produkcji kWh w przypadku elektrowni wiatrowych ma spaść do 4,5 centa za kWh, a w przypadku fotowoltaiki do 4,8 centa. Eksperci szacują, że powyższe mogą docelowo spaść nawet do 3-4 centa za kWh. Wszytko dzięki dynamicznemu rozwojowi nowych technologii.

Innymi słowy energia ze źródeł odnawialnych staje się tańsza od węglowej. W przypadku Polski zaś jest to szczególnie aktualne w stosunku do wiatraków, ponieważ elektrownie słoneczne przy naszych warunkach nasłonecznienia nie osiągają optymalnej wydajności. Tymczasem zgodnie z przegłosowaną na początku rządów PiS ustawą w praktyce uniemożliwiono budowę nowych farm wiatrowych, a istniejące skazano na rozbiórkę. Był to cios w najdynamiczniej rozwijający się sektor OZE w Polsce. Rząd wprawdzie deklaruje swoje poparcie dla energetyki odnawialnej, ale jak wynika z przekazów medialnych widzi przyszłość w budowie wiatraków na morzu (offshore), które jednak generują znacznie droższy prąd niż ich odpowiedniki na lądzie. Równocześnie kiedy technologie lądowe tanieją, to koszt wspomnianych farm morskich spadł w badanym okresie zaledwie o 1%.

Do omawianego dochodzi w Polsce również problem budowy nowych bloków węglowych w Ostrołęce, które zdaniem ekspertów nie są opłacalne ekonomicznie, jednak inwestycja idzie do przodu dzięki poparciu polityków.

Widać zatem wyraźnie, że Polska może przegapić swoją szansę w trwającej na świecie transformacji energetycznej. Cenę za to zapłacą zaś konsumenci i przedsiębiorcy. W energetyce potrzeba zatem więcej zdrowego rozsądku niż polityki.

Pomimo wzrostu płac, rośnie też w Polsce ubóstwo. Według GUS, ponad 5 proc. Polaków żyło w ubiegłym roku w skrajnym ubóstwie, czyli poniżej minimum egzystencji. To o ponad 1 pkt. proc. – czyli jedną czwartą – więcej niż rok wcześniej. Przybyło też osób żyjących w ubóstwie relatywnym, których nie stać nawet na połowę przeciętnych wydatków gospodarstw domowych.

Osoby słabo wykształcone, które mieszkają na wsi utrzymując się głównie z rent i emerytur, a także rodziny wielodzietne – to oni stanowią większość Polaków żyjących w skrajnym ubóstwie mierzonym poziomem wydatków gospodarstw domowych. W zeszłym roku ta grupa zwiększyła się do 5,4 proc. z 4,3 proc. w 2017 r. Co więcej miniony rok przełamał widoczny od 2015 r. spadkowy trend zasięgu ubóstwa ekonomicznego.

Ile dziś warte jest 500+? Inflacja zjadła jego sporą część 

W 2018 r. wzrósł zarówno odsetek osób żyjących na poziomie minimum egzystencji, jak też tych uprawnionych do pomocy społecznej, a także osób relatywnie ubogich, których miesięczny budżet nie sięgał 50 proc. przeciętnych wydatków gospodarstw domowych (co wynika także z wzrostu tych wydatków i ogólnej poprawy sytuacji dochodowej Polaków).

W praktyce oznaczało to, że relatywnie ubodzy samotnie gospodarując mieli pod koniec zeszłego roku do wydania co najwyżej 810 zł, zaś czteroosobowa rodzina (z dwójką dzieci do 14 lat) mogła wydać 2187 zł, czyli niespełna 547 zł na osobę. Ci skrajnie ubodzy żyjąc samotnie mieli do wydania odpowiednio 595 zł, a w rodzinie 1,6 tys. zł. Najwięcej z nich mieszkało na wsi, gdzie zasięg skrajnego ubóstwa wzrósł w zeszłym roku do 9,4 proc. (o ponad 2 pkt proc.).

W podobnym tempie rosło też skrajne ubóstwo rodzin wielodzietnych (z co najmniej trójką dzieci do 17 lat) – prawie co dziesiąta z nich żyła na poziomie minimum egzystencji (albo poniżej). Pomimo programu 500+ odsetek dzieci do 17 roku życia powiększył się w zeszłym roku do 6 proc. (z 4,7 proc. rok wcześniej).

Nie od dziś wiadomo, że Prawo i Sprawiedliwość jest jedną z najpotężniejszych partii na polskiej scenie politycznej od 1989 roku. Tajemnicą poliszynela jest jednak fakt, że wokół gromadzonego przez otoczenie Kaczyńskiego majątku narosło wiele kontrowersji.

Obecnie, gdy PiS od prawie 4 lat sprawuje niczym nieskrępowaną władzę, potencjał finansowy partii rośnie jeszcze bardziej, a to za sprawą bezprecedensowego skoku na spółki Skarbu Państwa, szerzącego się kolesiostwa i nepotyzmu. Prawo i Sprawiedliwość otrzymuje również co roku gigantyczną subwencję, w samym 2017 roku wyniosła ona 18,5 miliona złotych.

Jeszcze więcej pytań i kontrowersji narosło wokół sposobu, w jaki Kaczyński i spółka zgromadzili tak ogromny majątek w latach 90. Te środki stały się w ocenie wielu komentatorów podwaliną pod budowę obecnej potęgi PiS.

W tej kwestii niewygodne pytania oraz mocną tezę stawia Piotr Kupś, bloger, publicysta i twórca fan page “Ruch Wkurwionych” na portalu Facebook. Zdaniem Kupsia partia Kaczyńskiego jak nikt inny uwłaszczyła się na majątku upadłej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. 

Według poniższej teorii, paradoks całej sytuacji miał polegać na tym, że podczas gdy Kaczyński spał do 12 w dniu wybuchu stanu wojennego, inni ludzie bili się o wolność, zaś to prezes PiS i jego otoczenie ostatecznie najbardziej skorzystali na upadku tak znienawidzonej przez nich komuny. 

O ile powyższa hipoteza nie została nigdy potwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu, czy ostatecznie udowodniona, to wiele wskazuje na to, że nie ma dymu bez ognia. Wielu polityków i dziennikarzy węszyło swego czasu wokół afery FOZZ, a także spółki Srebrna oraz nieruchomości, jakie zgromadziło otoczenie Kaczyńskiego w Warszawie. Wszystkie te sprawy mocno śmierdzą…

Jednocześnie, trudno nie uznać całej ekipy dobrej zmiany za największych hipokrytów polskiej polityki. Bo jak inaczej nazwać całą tę sytuację?

Minister Michał Dworczyk tłumaczy, że zapomniał ujawnić udziałów w nieruchomości przez „szereg dokonywanych czynności prawnych”

😂

. Oodpowiedź na oświadczenie szefa @PremierRP

To zdecydowanie nie jest dobry tydzień dla obozu władzy, na którą właśnie spadły bolesne konsekwencje przeprowadzonego wbrew Konstytucji i naczelnym zasadom Unii Europejskiej skoku na władzę sądowniczą. Nie tylko zanosi się na spektakularną porażkę Krajowej Rady Sądownictwa przed Trybunałem Sprawiedliwości UE w kontekście utraty ich niezależności od władzy wykonawczej, co przecież wywraca całą tę pseudoreformę do góry nogami, ale na dodatek dziś marszałek Sejmu Marek Kuchciński prawomocnie przegrał przed Naczelnym Sądem Administracyjnym sprawę zatajenia przed opinią publiczną list poparcia dla kandydatów do nowej upolitycznionej KRS.

Jak donosi portal RMF FM, Kancelaria Sejmu niezwłocznie musi opublikować imiona i nazwiska tych, którzy zdecydowali się wesprzeć kandydatów do KRS w myśl nowych przepisów ustawy uchwalonej przez Prawo i Sprawiedliwość.

Pozostaje w mocy ocena, że informacja zawarta w załącznikach obejmujących wykazy sędziów popierających kandydatury członków do KRS jest informacją publiczną. Jak powiedział sąd pierwszej instancji, nie ma tu zastosowania wyłączenie, zatem informacja ta podlega udostępnieniu– powiedział w uzasadnieniu piątkowego orzeczenia sędzia Wojciech Jakimowicz. Sąd podkreślił, że te okoliczności muszą być brane pod uwagę przy rozpatrywaniu spawy przez szefa Kancelarii Sejmu.

Jeśli rządzący zastosują się do decyzji NSA, lada moment może się okazać, że wybrani do KRS sędziowie w jeszcze mniejszym stopniu są reprezentantami swojego środowiska, niż starają się regularnie przekonywać. To także kolejna szpilka w Prawo i Sprawiedliwość i deklaracje tej partii o dążeniu do transparentności życia publicznego.

Decyzja sądu w pełni wynagrodziła trud, jaki Patryk Wachowiec, analityk z Forum Obywatelskiego Rozwoju włożył w wydobycie od urzędników Marka Kuchcińskiego tak skrzętnie ukrywanych nazwisk. Zaraz po jej ogłoszeniu wezwał polityka PiS do upublicznienia przedmiotowych list.

Wtórowali mu politycy opozycji, dla których wyrok NSA jest potwierdzeniem słuszności opinii rzecznika TSUE.

Jeśli okaże się, że podpisy poparcia pod kandydaturami należą albo do podwładnych Zbigniewa Ziobry, albo do podwładnych kandydatów to byłaby kolejna kompromitacja tej całej procedury i obecnej KRS. Jednocześnie chyba nikt nie ma wątpliwości, że takie skrupulatne ukrywanie przez polityków PiS od wielu miesięcy list poparcia oznacza, że albo członkowie KRS wstydzą się kto ich poparł, albo ci którzy podpisali listy wstydzą się kogo poparli – napisała na Twitterze posłanka klubu PO-KO Kamila Gasiuk-Pihowicz.

PiS ma zatem nie lada zagwozdkę, bowiem cała misternie tworzona reforma wymiaru sprawiedliwości może obrócić się w gruz. A stąd już tylko krok do utraty wiarygodności i wrażenia bycia nie do pokonania, a to na kilka miesięcy przed wyborami może być na wagę złota.

Andrzej Duda skierował do Trybunału Konstytucyjnego Kodeks karny, przygotowany przez Zbigniewa Ziobrę. – „Tryb postępowania z przedmiotową ustawą wzbudza poważne zastrzeżenia, co do dochowania konstytucyjnych standardów procesu legislacyjnego” – napisano w komunikacie Kancelarii Prezydenta. Jednak tylko to budzi zastrzeżenia Dudy. – „Ustawa stanowi obszerną nowelizację wprowadzającą istotne zmiany w zakresie polityki karnej. W tym zakresie ustawa nie budzi wątpliwości Prezydenta RP, ponieważ zrozumiałe jest dążenie ustawodawcy do stanowienia prawa karnego odpowiadającego wymogom sprawiedliwości” – podkreślono w komunikacie KPRP.

„Jestem rozczarowany decyzją prezydenta Andrzeja Dudy. Po raz kolejny pokazał, iż samodzielność nie jest jego mocną cechą. To żaden heroizm, bo ten Trybunał Konstytucyjny nie spełnia żadnych europejskich standardów kontroli konstytucyjnej. Wyrok zostanie napisany na Nowogrodzkiej” – skomentował były minister sprawiedliwości poseł Borys Budka z PO. – „Gdyby prezydent RP rzeczywiście dbał o przestrzeganie Konstytucji to – jako były poseł – na pierwszy rzut oka widziałby, że regulamin Sejmu i Senatu został w sposób rażąco naruszony i w związku z tym cała nowelizacja nadaje się do kosza” – dodał.

Zdaniem Budki, jedynym wyjściem „było zawetowanie noweli”. – „Nie wchodząc nawet w meritum. Regulamin Sejmu i Senatu został tak naruszony, że jedynym wyjściem dla strażnika Konstytucji było zawetowanie tej ustawy. Tu nie trzeba doktoratu z prawa, który ma pan prezydent. Tu student prawa, po prześledzeniu ścieżki legislacyjnej wie, że ta ustawa jest niezgodna z Konstytucją. Od prezydenta oczekiwałbym jasnej decyzji, a nie oddania ustawy pod osąd pani Julii Przyłębskiej i jej kolegów” – powiedział Budka.

Opozycja nie ma szans wygrać z PiS-em konkurencji o względy Kościoła, bo PiS wszystko już mu daje. Opozycja powinna myśleć, jak zneutralizować ten wpływ Kościoła i proboszczów, co jest trudne, ale nie niemożliwe. Na pewno nie da się tego zrobić, gdy opozycja lub opozycyjni publicyści będą atakować działaczy LGBT i obwiniać ich o swoje porażki – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych. Rozmawiamy o strategii rządu na wyboru i sojuszu tronu z Kościołem. Pytamy też o konsekwencje wyroków TSUE. – Bardzo ważny morał tego sporu o rządy prawa od 2015 roku i zamachu na Trybunał Konstytucyjny jest taki, że ten spór i działania KE i TSUE nie powodują, że Polacy stają się antyeuropejscy. To moim zdaniem bardzo ważne przesłanie, które trzeba ciągle powtarzać – mówi nasz rozmówca. – Populiści zyskują na podziałach opozycji i są zresztą bardzo sprawni w podsycaniu tych podziałów – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Negatywne orzeczenie TSUE może zaszkodzić rządom PiS?

JACEK KUCHARCZYK: Dotychczasowe badania pokazujące, jak Polacy do tej pory reagowali na spór polskiego rządu z Unią w kwestii rządów prawa, dowodziły, że oceny były silnie skorelowane z preferencjami wyborczymi i politycznymi. Wyborcy PiS-u kupowali narrację tej partii, że Unia wtrąca się w nasze wewnętrzne sprawy i narusza naszą suwerenność, jest podżegana przez opozycję, lewaków i środowiska LGBT. Co do wyborców opozycji, to wyraźnie wybrzmiało uznanie, że Unia nie tylko ma prawo reagować w kwestii naruszeń zasady rządów prawa, czyli wartości traktatowych, ale też, że racja jest po stronie Unii. Nadal będziemy mieć do czynienia z tym podziałem społeczeństwa, chociaż trzeba powiedzieć, że PiS-owi udawało się dotąd rozbroić narrację opozycji, choć to trudne i niewygodne dla PiS-u.

Badania wyraźnie pokazują, że także wśród wyborców PiS-u jest duże poparcie dla członkostwa w UE, dlatego ta partia nie może pozwolić sobie na otwarty spór z Brukselą.

Stąd ta próba przerzucenia odpowiedzialności na opozycję, że to wszystko wina jej „donosów do Brukseli na Polskę”. Widzieliśmy to dokładnie podczas kampanii do PE, gdzie PiS rozbroił tę bombę, pozycjonując się jako partia proeuropejska, ale jednocześnie bardzo mocno widać było, że PiS się boi UE. Wiedzą, że to dla nich problem, bo art. 7 to wciąż tykająca bomba, podobnie postępowania przed Trybunałem Sprawiedliwości UE. To ważna informacja dla opozycji, która musi konsekwentnie się trzymać tej linii, że PiS łamie wartości europejskie i że krytyka zmian w wymiarze sprawiedliwości to nie tylko głos opozycji i Komisji Europejskiej, ale też niezależnego Trybunału unijnego.

Bardzo ważny morał tego sporu o rządy prawa od 2015 roku i zamachu na TK jest taki, że ten spór i działania KE i TSUE nie powodują, że Polacy stają się antyeuropejscy. To moim zdaniem bardzo ważne przesłanie, które trzeba ciągle powtarzać.

Jak to wpłynie na niezdecydowanych? Wiemy, że frekwencja w wyborach europejskich i samorządowych była wyższa, niż zazwyczaj, ale wciąż jest kilkadziesiąt procent wyborców niezagospodarowanych. Czy to może podziałać na nich?
To zależy, jak będzie działać opozycja. Wiadomo, że wszystkich się nie zmobilizuje, na cuda nie ma co liczyć. Chociaż oczywiście

gdy porównamy wybory europejskie sprzed 5 lat i te ostatnie, to widać wyraźnie, że jednak w pewnych warunkach można zmobilizować wyborców.

Z tych samych wyborów do PE wynika też, że ważne jest, kogo zmobilizujemy i gdzie. W wyborach europejskich skuteczniejsza okazała się partia rządząca. Oczywiście miała ku temu mocniejsze instrumenty,  dziś widzimy, że największy przyrost był wśród emerytów, zatem można doszukiwać się przyczyny w wypłaceniu trzynastej emerytury. Pewnie też dodatkowo zostali zmobilizowani przez księży proboszczów, którzy przekonywali, że opozycja z gejami chce zniszczyć polską rodzinę. To zmobilizowało nie tylko emerytów, ale i mieszkańców wsi, którzy wcześniej specjalnie nie chodzili na wybory europejskie.

Dlatego też trzeba mieć dokładny plan, kogo się chce zmobilizować. Opozycja musi umieć przełożyć to, co wynika z orzeczeń TSUE, na język zrozumiały dla swoich obecnych i potencjalnych sympatyków. Opozycja musi wykorzystać tę szansę.

Słyszałam opinię, że mamy w Polsce trzecią siłę, „partię proboszczów”, czyli dużą grupę wyborców, która głosuje nie na PiS czy KO, tylko tak jak powie proboszcz. Prawdą jest, że od zawsze w Polsce mówi się, że nie można wygrać wyborów w jawnym sporze z Kościołem. Ten sojusz ołtarza z tronem jest kluczowy?
Można powiedzieć nawet mocniej, że

to Kościół wygrał ostatnie wybory dla PiS-u.

Natomiast nie tu jest pies pogrzebany, że opozycja wojuje z PiS-em, bo gdybym miał sobie pozwolić na śmiałą metaforę, to raczej Kościół wypowiedział wojnę nie tyle opozycji, co tej części społeczeństwa, która bardzo szybko i systematycznie osłabia swoją więź z Kościołem. To, co wydarzyło się z Kościołem w ciągu ostatniej dekady, to moim zdaniem taka próba kontrreformacji, to reakcja Kościoła na zmianę społeczeństwa w kierunku społeczeństw zachodnich. Mimo że statystyczny procent katolików w Polsce się nie zmienia, to wyraźnie widać, że mamy inne obyczaje; coraz mniej ślubów kościelnych, chrztów, rodzice wypisują dzieci z lekcji religii. Myślę, że możemy mówić wręcz o rewolucji w tym kontekście, która dokonała się w ciągu dwóch dekad. Do tego dochodzi sprawa tuszowania licznych przypadków pedofilii, która jest długofalowym zagrożeniem dla pozycji Kościoła. Dlatego

polscy biskupi nie chcieli czekać, aż spełni się scenariusz irlandzki, tylko przeszli do ofensywy.

Zatem to nie opozycja wywołała wojnę z Kościołem, a wręcz chodziła na paluszkach wokół biskupów i proboszczów. To Kościół postanowił urządzić w Polsce krucjatę i znalazł sobie sojusznika w PiS-ie. To nie zaczęło się w 2015 roku, tylko w 2010, gdy po raz pierwszy Kaczyński walczył z Komorowskim o prezydenturę. To wtedy Kościół tak wyraźnie opowiedział się politycznie, a Palikot powiedział słynne słowa, że Polska to „republika proboszczów”. To Kościół wymyślił wojnę z „ideologią gender”, którą sprzedał prawicy.

Faktycznie Kościół stał się uczestnikiem debaty politycznej i wyraźnie zawarł sojusz z PiS-em. Nie sadzę, że to, co mówią teraz politycy PSL, że nie można wojować z Kościołem, to dobra diagnoza sytuacji.

Popierając PiS, Kościół jest de facto stroną politycznego sporu.

Co zatem powinna robić opozycja?
Opozycja nie ma szans wygrać z PiS-em konkurencji o względy Kościoła, bo PiS wszystko już mu daje. Opozycja powinna myśleć, jak zneutralizować ten wpływ Kościoła i proboszczów, co jest trudne, ale nie niemożliwe. Na pewno nie da się tego zrobić, gdy opozycja lub opozycyjni publicyści będą atakować działaczy LGBT i obwiniać ich o swoje porażki. To będzie tylko uwiarygodnianie dyskursu PiS-u.

Powinna niczym prezydent Trzaskowski w Warszawie znaleźć w sobie odwagę, aby stanąć po ich stronie?
Myślę, że to, co zrobił Trzaskowski, jest najlepszą metodą. Proszę zobaczyć, że w warszawskiej Paradzie Równości wziął udział nie tylko Trzaskowski, ale też ambasady naszych sojuszników, np. Wielkiej Brytanii. Ostatnio ambasada USA wywiesiła tęczowe flagi. Różne wielkie firmy szły w paradzie. Sam widziałem ekipę JP Morgan z tęczowymi balonami, a przecież to firma, której ściągnięciem do Polski chwalił się Mateusz Morawiecki.

Zatem

jedyny sposób to ucieczka do przodu.

Ten temat jest dla niektórych wyborców toksyczny i trzeba znaleźć sposób, aby przestał takim być, stał się czymś normalnym. To zadanie nie tylko dla polityków, ale też działaczy organizacji społecznych, którzy może powinni więcej energii poświęcać na zmianę postaw społecznych, niż walenie w polityków opozycji za to, że nie do końca popierają wszystkie ich postulaty. Wszyscy tu mają ważną rolę do odegrania. Na pewno

nie warto konkurować z PiS-em na homofobię, bo tej konkurencji się nie wygra, podobnie jak konkurencji na gorliwość wiary.

Media, Kościół, pieniądze z budżetu – wszystko po stronie PiS-u. Opozycja jest na przegranej pozycji?
Absolutnie nie. Zresztą biskupi zaczną się zastanawiać nad tym sojuszem, gdy stanie im przed oczami możliwa przegrana PiS-u. Wtedy ta miłość do Kaczyńskiego zacznie spadać, ale dopóki wydaje się pewnym zwycięzcą, opozycja nie ma tu szans, aby przyciągnąć biskupów na swoją stronę. Może natomiast minimalizować wpływ proboszczów na wyborców.

W Turcji Istambuł został odbity przez opozycyjnego burmistrza, a Pradze 250 tys. protestuje przeciwko rządom Andreja Babisza, w USA Donald Trump zapowiada ubieganie się o reelekcję, ale na razie przegrywa z demokratami, na Słowacji prezydentem zostaje liberałka Zuzana Čaputová. Czy czas populistów się kończy?
Te skuteczne przykłady oporu przeciwko autorytarnym populistom pokazują, że

populiści nie muszą wygrywać cały czas, ale nie cieszyłbym się przedwcześnie.

Na Słowacji poprzednie wybory prezydenckie też wygrał liberał, może nie tak spektakularny, ale jednak prezydent Kiska był mainstreamowym, staroświeckim politykiem w stylu naszej Unii Wolności i starał się tamować populistyczne zapędy rządu.

Moim zdaniem te przykłady pokazują, że gdy opozycja dobrze się zmobilizuje, to potrafi osiągać zwycięstwa. Na razie jednak nie widać spektakularnych zwycięstw. Babisz dalej jest premierem, a w Turcji rządzi prezydent Erdogan, Trump jest prezydentem i zobaczymy, jak skończy się jego wyścig o reelekcję. W Stanach Zjednoczonych Demokraci są bardzo podzieleni i mam wrażenie, że dla części demokratów, która sama siebie określa mianem socjalistów, większym wrogiem są liberałowie w Partii Demokratycznej niż Trump. Nie dzielmy zatem skóry na niedźwiedziu.

Populiści zyskują na podziałach opozycji i są zresztą bardzo sprawni w podsycaniu tych podziałów.

Widzimy to w USA czy w Wielkiej Brytanii, gdzie większość społeczeństwa ma dość brexitu, a główna siła opozycyjna, czyli Partia Pracy, która mogłaby zakończyć brexit, gdyby chciała, jest podzielona w tej kwestii. Dzięki temu wybory europejskie  wygrywa totalnie oszołomska partia Brexit i to wszystko dzieje się w kolebce demokracji, jaką jest Wielka Brytania.

To, o czym pani mówi, to oczywiście bardzo optymistyczne wydarzenia. Ta mobilizacja w Czechach jest fantastyczna, zresztą wielu Czechów mówi wprost, że nie chce, żeby Czechy poszły tą samą drogą, co Polska. Babisz jest jednak aksamitnym populistą w porównaniu do Kaczyńskiego czy Orbána.

Najważniejszy wniosek moim zdaniem jest taki, że społeczeństwa potrafią się zmobilizować przeciwko populistom, więc ta walka nie jest z góry przegrana, nawet gdy populiści mają wszelkie instrumenty władzy do swojej dyspozycji. Jednak też nie przesadzajmy z optymizmem, po prostu opozycja musi brać się do roboty.

Nie pamiętam takiej władzy, która po 1989 roku musiała tak często poprawiać własne buble jak właśnie PiS.

Już tylko trzy miesiące i znowu staniemy przed wyborem, komu oddać władzę nad nami i Polską. PiS jest pewne wygranej i jedyne, co mu spędza sen z oczu to obawy, czy uda się zdobyć większość w parlamencie i móc wreszcie ostro zaszaleć ze zmianą Konstytucji.

Trzeba przyznać, że mamy teraz „powtórkę z rozrywki”. Partia rządząca znowu usiłuje nas przekonać, podobnie jak 4 lata temu, że ma świetnie opracowane lekarstwo na wszystkie bolączki Rzeczpospolitej, chwali się sukcesami i kusi obywateli niezła kasą za nic. Eksperci już w akcji, w pięknej teczce leżą gotowe projekty „dobrych zmian” i gdy tylko znowu prezes Kaczyński i reszta opanują korytko, to natychmiast zaczną działać, realizować genialne pomysły, a wszystko to ku ogólnej chwale i szczęśliwości wszelakiej.

No to popatrzmy może, jak wyglądało to „świetne przygotowanie” PiS-u, jak te perfekcyjnie opracowane projekty z poprzedniej kampanii zostały zrealizowane. Czy przyniosły ze sobą ład i porządek, czy też niezły chaos…

Zacznijmy od Sądu Najwyższego. Ustawa o SN została uchwalona przez Sejm 8 grudnia 2017 roku. Ponoć była dopracowana w każdym szczególe i całkowicie zgodna z zasadami demokracji. Ponoć miała wreszcie rozwiązać problem z tymi sędziami, co to są złodziejami i komuchami. Miała przywrócić „wiarę w sprawiedliwość, wiarę w polskie sądy, wiarę w wymiar sprawiedliwości”. Tyle prawd głoszonych przez pisowskich ekspertów, a jak to wypadło w rzeczywistości? Minęły niecałe dwa lata i ustawa ta musiała być już dziewięciokrotnie nowelizowana. Dziewięciokrotnie!!! Dlaczego? Okazało się, że w wielu swoich zapisach jest ona niekonstytucyjna, niezgodna z prawem unijnym, naruszająca zasadę trójpodziału władzy. „Pieszczoszek” ministra Ziobry okazał się totalnym niewypałem. Podobnie ze zmianami w KRS czy zasadami pracy sądów powszechnych. PiS musiało z podkulonym ogonkiem dokonać pewnych poprawek, a to jeszcze nie koniec, bo wciąż toczy się sprawa polskiego sądownictwa przed TSUE i spokojnie możemy oczekiwać kolejnych poprawek.

Słynna już ustawa o IPN, wprowadzająca kary grzywny lub 3 lata więzienia za przypisywanie polskiemu narodowi lub państwu odpowiedzialności m.in. za zbrodnie III Rzeszy Niemieckiej oraz zapisy o zbrodniach ukraińskich nacjonalistów. Mija kilka miesięcy i… już 17 lipca 2018 r. weszła w życie nowelizacja wcześniej znowelizowanej ustawy, w której odchodzi się od wymierzania kar. Skąd ta zmiana? Pojawił się zarzut, że to ograniczenie wolności debat i dyskusji historycznych, co wywołało wielki protest m. in. Izraela i USA. Pod naciskiem światowej opinii publicznej i polityków, PiS musiało zmienić zdanie.

Ustawa dezubekizacyjna, uchwalona w grudniu 2016 roku, miała być pięknym przykładem sprawiedliwości społecznej, karzącym tych wstrętnych panów w mundurach i panie, zatrudnionych w instytucjach „hańby” nawet, gdy przepracowali tam tylko jeden dzień. Po niecałych dwóch latach okazało się, że artykuł obniżający emeryturę lub rentę za pracę w policji po roku 1990 nie jest zgodny z konstytucyjną zasadą równości obywateli wobec prawa (art. 32 ust. 1 Konstytucji RP) i politycy PiS zmuszeni byli wycofać się z tego zapisu. Warto przypomnieć, że po wejściu tej ustawy w życie zmarło 37 osób objętych nowymi przepisami (część popełniła samobójstwo, część zmarła bezpośrednio po otrzymaniu decyzji o obcięciu dochodów).

Do wyborów 2015 roku PiS szło ze wspaniałym pakietem zmian dla rolników. Najbardziej skuszono mieszkańców wsi obietnicą ochrony ich ziemi przed obcokrajowcami. Ależ super, rolnicy ucieszyli się niebywale, a tu dostali obuchem w głowę, bo pojawiła się w kwietniu 2016 roku ustawa, która całkowicie zlikwidowała swobodny obrót ziemią rolną. Teraz w roku wyborczym 2019, gdy toczy się walka o stołki w parlamencie, ustawę tę znowelizowano, ułatwiając obrót ziemią. Ma być łatwiej, milej i przyjemniej. Zmieniono nieco restrykcyjne zasady dziedziczenia ziemi, ułatwiono postępowanie egzekucyjne i upadłościowe oraz wprowadzono pewne ułatwienia w sprzedaży gruntów. Aż trzech lat pisowski rząd potrzebował, by zrozumieć, że zaproponowane wcześniej  zmiany, są niewiele warte.

W ubiegłym roku PiS wziął się też za nauczycieli. Wydłużył im ścieżkę awansu zawodowego z 10 do 15 lat, dzięki czemu w 2019 roku oszczędności MEN miały wynieść 23 mln zł, w 2020 – 69 mln, a w 2024 już ponad miliard zł. Niestety, niedoceniający wspaniałej pracy pani minister, nauczyciele zastrajkowali i w tej sytuacji nastąpił powrót do poprzedniej procedury. Oczywiście, partia rządząca nazwała to swoim wielkim sukcesem, udała, że to nie oni przedłużyli ścieżkę awansu, licząc, że nikt już nie pamięta, jak chciała załatwić pedagogów.

Wciąż mam przed oczami Beatę Szydło, która w poprzedniej kampanii parlamentarnej, pokazywała nam tajemniczą teczkę, wypchaną gotowym pakietem ustaw. Obiecywała, że po zdobyciu władzy biegusiem wprowadzi je w życie i będzie super. Gwarantowała ich najwyższą  jakość, pełen profesjonalizm i oparcie się na wybitnych ekspertach. Miały być fantastyczne zmiany wszędzie, gdzie się da. Tymczasem popatrzmy, podałam raptem kilka  przykładów na to, jak PiS zmagało się z własnymi ustawami, przepychanymi w tempie błyskawicznym i często pod osłoną nocy. W praktyce okazały się one nieprzemyślane, niedopracowane, pełne błędów. Trudno więc dzisiaj uwierzyć, że ktokolwiek w tej partii jest rzeczywiście na tyle kompetentny, znający się na rzeczy, by warto było zainwestować swój szacunek i zaufanie właśnie w tę formację polityczną. Pamiętajmy o tym, gdy jesienią będziemy wrzucać swój głos do urn wyborczych.

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>