Tag Archives: Tomasz Siemoniak

Nowotwór Kaczyńskich

5 Sty

Janina Goss, przyjaciółka matki Kaczyńskich, nie posiada żadnych umiejętności, za to przy Kaczyńskich nakradła się ze skarbu państwa.

Goss to nowotwór autorstwa Kaczyńskich, degeneruje pastwo polskie, zresztą jak obydwaj bracia (jeden wykopyrtnął pod Smoleńskiem i ponosi odpowiedzialność za śmierć 95 innych)

Janina #Goss wynajmuje powierzchnię reklamową spółce Skarbu Państwa #PGE, w której członkiem rady nadzorczej jest Janina #Goss

Podkomisja smoleńska funkcjonuje „w oparciu o roczny budżet”, a wyniki jej prac mogą być udostępnione tylko na potrzeby postępowań przygotowawczych lub sądowych – taką odpowiedź z MON uzyskał poseł klubu KO Krzysztof Truskolaski. Resort poinformował przy tym, że przewodniczący podkomisji Antoni Macierewicz nie pobiera z tytułu pełnienia tej funkcji żadnego wynagrodzenia.

Więcej >>>

Na konflikcie ewidentnie spowodowanym przez Putina także Kaczyński i Morawiecki usiłują zbić polityczny kapitał. Jednak to ich wcześniejsze błędy doprowadziły do izolacji Polski, co zawsze w naszej historii oznaczało dla nas ogromne ryzyko

Tekst Cezarego Michalskiego tutaj >>>

Wyborcze zwycięstwo PiS w 2015 roku zaktywizowało tkwiące w umysłach wielu Polaków mentalne relikty sarmatyzmu, które wcześniej nie mogły szerzej zaistnieć pod rządami sił liberalnych czy socjalliberalnych. Wiele zachowań przedstawicieli i zwolenników obozu rządzącego, zwłaszcza demonstrowane przez nich przejawy megalomanii narodowej i ksenofobii, jako żywo przypominają szlacheckich panów braci w czasach schyłku litewsko-polskiego państwa.

Więcej o sarmackości i małości polskiej tutaj >>>

TOMASZ SIEMONIAK: To nie jest łatwa decyzja, bo zdaję sobie sprawę z ogromnej odpowiedzialności, jaką biorę na siebie kandydując. Miałem okazję z bliska obserwować innych przewodniczących PO i współpracować z nimi blisko – z premierem Donaldem Tuskiem, z premier Ewą Kopacz, z przewodniczącym Schetyną – i wiem, jak duża to odpowiedzialność.

Więcej Siemoniaka tutaj >>>

Pierwsza lekcja ze śmierci Sulejmaniego? USA są nieobliczalne, a więc budowanie hipotez na temat ich prawdopodobnych reakcji na takie czy inne okoliczności i wydarzenia jest stratą czasu. To nie zwiększa wpływu Ameryki na sytuację w świecie, lecz wydatnie go zmniejsza.

O nieobliczalnym Trumpie >>>

PiS zachowuje się jak pani Dulska, która chciałaby swoje brudy prać w domu, aby nikt o nich nie wiedział.

(…)

Historia lubi się powtarzać. Przypominam sobie, jak w PRL komunistyczna sitwa atakowała działaczy opozycji, którzy informowali opinię publiczną świata o łamaniu praw człowieka w Polsce. Ówcześni władcy sięgali dokładnie po te same argumenty i epitety, którymi dziś PiS obrzuca swoich krytyków – że to donosiciele, sługusi niemieckich rewanżystów, zdrajcy szkalujący swój kraj itp. Przez całe lata musieliśmy znosić takie opluwanie przez ludzi będących ówczesnymi odpowiednikami Jacka Kurskiego, Krzysztofa Szczerskiego czy Zbigniewa Ziobry.

Więcej Maziarskiego >>>

Stan wojenny dla sędziów, niedługo dla pozostałych

13 Gru

Jest różnica pomiędzy stanem wojennym w PRL a stanem wojennym wprowadzonym wobec sędziów przez PiS. W PRL sędziowie obchodzili dekret o stanie wojennym cichcem, a dziś działają nie tylko z otwartą przyłbicą, ale też dokumentują i nagłaśniają swoje działania – także na całą Europę. I to im daje dodatkową siłę

Projekt, który posłowie PiS-u wnieśli w czwartek (12 grudnia 2019) wieczorem do Sejmu, jest ogłoszeniem stanu wojennego wobec sędziów. Wprowadza prawo stanu wojennego, które stanowi, co wolno, a czego nie wolno sędziemu orzec. I tak: ciężkim deliktem dyscyplinarnym, za które grozi wydalenie z zawodu, ma się stać stosowanie się przez sędziów do art. 379 pkt 4 kodeksu postępowania cywilnego, który nakazuje każdemu sądowi z urzędu badać prawidłowość obsadzenia sądu w sprawie, którą sądzi.

Sytuację można porównać do tej, w jakiej znaleźli się sędziowie po wprowadzeniu przez Komitet Obrony Narodowej (zwany WRONą) dekretu o stanie wojennym. Dekret zmuszał sędziów do orzekania wbrew prawu, np. do karania za działalność związkową. I odbierał prawo do odwołania od wyroku.

Sędzia Markiewicz już ma 55 zarzutów

PiS zresztą już ściga za działalność związkową: Krystian Markiewicz, szef Iustitii dostał 55 zarzutów dyscyplinarnych właśnie za działalność w imieniu Stowarzyszenia, zgodną z zarejestrowanym w sądzie statutem stowarzyszenia.

Sędziom zakazuje się, pod groźbą kary, badania, czy nominaci neo-KRS są prawidłowo powołanymi sędziami. Zakazuje się im odwoływać do wyroku TSUE i wyroku Izby Pracy Sądu Najwyższego, dotyczących legalności powołania neoKRS i Izby Dyscyplinarnej, a co za tym idzie legalności powołania wszystkich sędziów z nominacja neo-KRS.

Projekt PiS-u stanowi, że „oczywistą i rażącą obrazą przepisów prawa”, czyli ciężkim przewinieniem dyscyplinarnym, będzie odmowa stosowania przepisu ustawy, jeżeli jego niezgodności z konstytucją lub umową międzynarodową nie stwierdził Trybunał Konstytucyjny.

To by znaczyło, że sędziom odbiera się ich konstytucyjne prawo stosowania wprost konstytucji i ratyfikowanych umów międzynarodowych.

Ciężkim deliktem dyscyplinarnym mają być też „działania lub zaniechania mogące uniemożliwić lub istotnie utrudnić funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości”.

Prawdopodobnie chodzi o zawieszanie spraw w celu ustalenia, czy zasiadający w składzie sędzia-nominat neo-KRS jest sędzią, ale przepis jest tak gumowy, że można pod niego podciągnąć np. wzięcie zwolnienia chorobowego.

Wprost badania prawomocności powołania neo-sedziów dotyczy inny przepis: że ciężkim deliktem są „działania kwestionujące istnienie stosunku służbowego sędziego lub skuteczność jego powołania”. Czyli np. kierowanie do Sądu Najwyższego wniosku o rozstrzygnięcie zagadnienia prawnego dotyczącego legalności działania neo-KRS i jej sędziowskich nominacji.

Deliktem mają być też „działania o charakterze politycznym”. Za to wszystko grozić ma wydalenie z zawodu. Wprowadza się też nowe kary: karę pieniężną i przeniesienie na inne miejsce służbowe.

To drugie jest wprost niezgodne z art. 180 konstytucji, który gwarantuje sędziemu nieprzenaszalność (chyba, że w przypadku zmiany struktury sądownictwa). To pierwsze – to praktyka żywcem przeniesiona z PRL-u.

Zastraszyć sędziów, zablokować SN, pominąć TSUE

Po co PiS wnosi tak skandaliczny i nie mieszczący się w cywilizowanych ramach projekt? Wygląda na to, że zorientował się, że sędziowie nie przestraszyli się nasilonych po wyroku TSUE represji i chce podkręcić śrubę.

Drugim celem może być próba postawienia Sądu Najwyższego w sytuacji, gdy orzekanie o statusie neo-sędziów – np. w odpowiedzi na pytania prawne sądów – będzie według nowego prawa nielegalne.

Trzecim celem może być wyścig z TSUE. Jeśli TSUE orzeknie o Izbie Dyscyplinarnej, lub – jak apeluje o to kilkadziesiąt organizacji z całego świata – zawiesi jej działanie do czasu wydania orzeczenia, PiS powoła sobie drugą Izbę, która będzie orzekać na mocy nowego prawa.

Zanim Komisja Europejska je zaskarży a TSUE osądzi, minie wiele miesięcy. PiS już kilka razy bawił się w uchylanie przepisów, które były zaskarżone do TSUE, żeby uniemożliwić Trybunałowi ich ocenę. Nieskutecznie, ale niczego go to nie nauczyło.

Stan wojenny w Unii Europejskiej?!

Cokolwiek planuje PiS i cokolwiek zrobi – w starciu z sędziami skazany jest na porażkę. Sędziowie  mogą – tak, jak powiedział Trybunał Sprawiedliwości w wyroku z 19 listopada – pominąć przepisy krajowe i orzec w zgodzie z unijnymi, jeśli ocenią prawo krajowe jako sprzeczne z prawem UE. Represje PiS-u osiągnęły takie natężenie, że w tej chwili dawanie świadectwa niezawisłości i oparcie się presji stało się kwestią godności zawodu sędziego i osobistej godności sędziów.

Jest różnica pomiędzy stanem wojennym w PRL-u a stanem wojennym wprowadzonym wobec sędziów przez PiS. Wtedy Polska była w obozie komunistycznym, dziś jest w Unii Europejskiej.

W PRL-owskim stanie wojennym sędziowie obchodzili dekret o stanie wojennym cichcem, a dziś działają nie tylko z otwartą przyłbicą, ale też dokumentują i nagłaśniają swoje działania – także na całą Europę. I to im daje dodatkową siłę.

Artykuł prof. Ewy Łętowskiej dostępny także tutaj >>>

Autorzy projektu z pewnością wiedzą, że jest on niekonstytucyjny i niedemokratycznie obraźliwy. Ma zamknąć usta sędziom, zakazuje „krytyki władz”, jak za PRL. Demonstracyjnie idzie w odwrotnym kierunku niż wyrok TSUE i narusza traktatowe zobowiązania Polski. Dokonuje się Polexit – pisze prof. Łętowskiej o „poselskim” projekcie zmian w sądownictwie

„Spokój ma panować w Warszawie”, tak można zatytułować tekst o zmianach ustrojowych sądownictwa przedstawionych w druku nr 69 – pisze prof. Ewa Łętowska* w syntetycznym komentarzu dla OKO.press, tuż po opublikowanym formalnie poselskiego projektu na stronach Sejmu  późnym wieczorem 12 grudnia 2019. I dalej:

„Projekt przechodzi do porządku dziennego nad ideą „podziału i równoważenia” inkorporowaną w obecnym konstytucyjnym ujęciu podziału władz.

Zamykanie ust sędziom, jak w PRL

Projekt zamyka usta sędziom, wprowadzając kauczukowe zakazy „krytyki podstawowych zasad ustroju RP” i uchwał „wyrażających wrogość wobec innych władz RP i jej konstytucyjnych organów”.

Identyczne normy obowiązywały przez wiele lat w PRL. Starsze pokolenie, do którego należę, przeżywa niemiłe déjà vu.

Prezydent powołał – nie do obalenia

Projekt wprowadza nowość: nieobalalne domniemanie legalności pełnienia urzędu przez sędziego, o czym ma przesądzać powołanie przez Prezydenta.

Czego sędziom nie będzie wolno

Pojawiają się kwalifikowane – oprócz widać zbyt mało pojemnych „działań o charakterze politycznym” i „uchybień godności urzędu” – delikty dyscyplinarne (czyny niedozwolone zagrożone wysokimi grzywnami – red.) w postaci:

  • uznania za oczywistą i rażącą obrazę prawa odmowy stosowania ustawy, bez uprzedniego stwierdzenia jej niezgodności z konstytucją przez TK (rozproszonej kontroli konstytucyjności nie zabraniano sądom nawet w PRL!);
  • kwestionowania istnienia stosunku służbowego sędziego lub skuteczności jego powołania;
  • działania lub zaniechania mogącego uniemożliwić lub istotnie utrudnić funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości (zwraca tu uwagę elastyczność formuły wyrażającej potencjalność czynu).

(Wszystkie te zakazy miałyby uniemożliwić sędziom stosowanie się do wyroku TSUE i Sądu Najwyższego – red.).

Towarzyszy temu wzmocnienie dyskrecjonalnej władzy rzeczników dyscyplinarnych będących w decernacie (wyłącznej gestii -red.) ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry.

Kontrola sukcesji I Prezes SN

Głównym celem projektu jest zapewnienie płynnej sukcesji na stanowisku I Prezesa SN, aby nie było tu niespodzianek (kadencja prof. Małgorzaty Gersdorf trwa do 30 kwietnia 2020 r. – red.).

Techniczna strona osiągnięcia tego celu przypomina swobodę wyboru koloru samochodu u Forda – istnieje pełna dowolność, pod warunkiem, aby był to kolor czarny.

Niekonstytucyjne zarządzanie strachem

Autorzy projektu z pewnością wiedzą, że projekt jest niekonstytucyjny (co nie znaczy, że zostanie za taki uznany) i niedemokratycznie obraźliwy. Czy okaże się skutecznym przykładem zarządzania strachem – czas pokaże.

Demonstracyjnie przeciw wyrokowi TSUE

W wyroku TSUE, z 19 listopada 2019 r., w sprawie trzech połączonych pytań prejudycjalnych C-585/18,C-624/18,C-625/18, w pkt 124 mowa o konieczności zagwarantowania niezależności sądów względem władzy ustawodawczej i wykonawczej; a w pkt 125, że sędziowie mają być chronieni przed ingerencją lub naciskami z zewnątrz, które mogłoby zagrozić ich niezależności.

Projekt idzie demonstracyjnie w przeciwnym kierunku, mimo wymagań art. 4 ust. 3 TUE, który stanowi, że „Państwa Członkowskie podejmują wszelkie środki ogólne lub szczególne właściwe dla zapewnienia wykonania zobowiązań wynikających z Traktatów lub aktów instytucji Unii”.

Na poziomie standardu niezawisłości sędziów i niezależności sądów Polexit właśnie się dokonuje.

*Ewa Łętowska – profesor w Instytucie Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk, członek korespondent Polskiej Akademii Umiejętności. Pierwszy rzecznik praw obywatelskich w Polsce (1988–1992), sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego (1999–2002) i Trybunału Konstytucyjnego (2002-2011). Zasiada też w Radzie Programowej Archiwum Osiatyńskiego.

– Projekt ustawy o ustroju sądów powszechnych PiS ma dyscyplinować sędziów, którzy przekraczają swoje uprawnienia. To odpowiedź na działanie, które podejmuje część środowiska sędziowskiego, które samo nazwało się nadzwyczajną kastą – wypowiadali się w Sejmie posłowie Kanthak, Kaleta i Ozdoba.

– Złożyliśmy w Sejmie projekt ustawy, który uchroni przed próbą destabilizacji systemu prawnego realizowaną przez niektórych sędziów. Sędzia nie może oceniać czy inny sędzia jest sędzią, to materia ustrojowa, zastrzeżona dla organów konstytucyjnych; Krajowej Rady Sądownictwa, Prezydenta – dopowiada Kaleta z PiS-u.

Posłowie, którzy podpisali się pod projektem ustawy PiS-u.

– Nazwijmy rzecz po imieniu. Nie mamy do czynienia z ustawą dyscyplinującą sędziów, tylko z ustawą o prześladowaniu sędziów. PiS chciałby, aby sędziowie orzekali tak, jak nakazuje interes partii. Ale sędziowie muszą być niezawiśli. Ich ma wiązać nie partyjna smycz, ale litera prawa – komentuje posłanka Kamila Gasiuk-Pihowicz. 

Wojciech Czuchnowski (dziennikarz,”Gazeta Wyborcza”): Posłowie PiS Kanthak, Kaleta i Ozdoba złożyli właśnie projekt zamordyzacji sądów powszechnych dla niepoznaki nazywany projektem nowelizacji ustawy o ustroju sądów powszechnych. Szykuje się stan wojenny dla wolnych sędziów. Nawet data się prawie zgadza… Brońmy sądów!”.

Borys Budka (poseł): „Skandaliczny projekt ustawy kneblującej sędziów to kolejny krok w kierunku wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. To standardy państw autorytarnych, próba całkowitego podporządkowania sądów PiS”.

Waldemar Kuczyński (publicysta): Przygotowywana ustawa represyjna wobec sędziów da tylko pogłębienie chaosu i dalsze zaostrzenie konfliktu z zasadami praworządności Unii, a więc i z Komisją Europejską i TSUE„.

Komentarz Tyszkiewicza

„Kiedy wróci praworządność, a wróci, ci, którzy dzisiaj łamią prawo i nawołują do jego łamania, te młode wilczki na usługach partii chcący się za wszelką cenę przypodobać prezesowi, mam nadzieję, że staną przed niezależnym sądem i zostaną sprawiedliwie osądzeni, a kara będzie sroga. Opozycja powinna jasno się określić, że dla przestępców nie będzie litości”. 

Reakcje internautów:

Przez 4 lata PiS krzyczał o usunięciu niewygodnych sędziów typu Igor Tuleya czy Wojciech Łączewski i tego nie zrobił – Łączewski sam przeszedł na stan spoczynku -, więc teraz będzie jeszcze więcej zastraszania sędziów, bo przegrywają”.

PiS już jedzie ostro po bandzie. Wiedzą, że jest bardzo źle, już przeczuwają, że zabawa w dobrą zmianę skończy się dla nich fatalnie, dlatego też w geście rozpaczy próbują nas jeszcze złapać za „mordę”. Musimy obronić sędziów, a po wyborach podstawić taczkę krzykaczowi z miną duce”.

Sędziów na smyczy chce prowadzić PiS władza. Represje w czystej postaci. Opresyjne państwo mamy. Zamordyzm trwa. Kiedy ulica? I gdzie jest opozycja? Snuje fantasmagorie na temat kandydata na prezydenta? Grzegorzu Dyndało, obudź się!”.

Teraz Komisja Europejska ma wolną rękę do proponowana narzędzi ogłoszonych w ramach inicjatywy Nowego Zielonego Ładu. Zmarnowaliśmy szansę na zostanie bohaterem wieczoru. Pozostaliśmy w roli Czarnego Piotrusia – mówi ekspert po nocnym final szczytu UE. Polska została już sama jako eko-hamulcowy UE

Około godz. 1 w nocy 13 grudnia 2019 przywódcy 28 państw członkowskich Unii Europejskiej po trudnych negocjacjach uzgodnili nowy ambitny cel unijnej polityki klimatycznej. W roku 2050 UE ma stać się pierwszą neutralną klimatycznie gospodarką.

Polska jednak – jako jedyny z 28 krajów – odmówiła akceptacji celu i dojdzie do niego „w swoim tempie”. Na szczycie Rady Europejskiej czerwcu 2019 Polska wetowała już unijny plan redukcji emisji do zera w roku 2050 razem z Węgrami, Czechami i Estonią. Tym razem sąsiedzi podpisali się pod porozumieniem, podobnie jak uboższe od Polski Bułgaria, Rumunia, czy Chorwacja, a także Słowacja, Litwa i Łotwa. I oczywiście wszyscy starsi członkowie UE.

Ta wyjątkowa pozycja rządu Morawieckiego na grudniowym szczycie nie oznacza jednak ani większych problemów dla planów przyspieszenia w polityce klimatycznej UE, ani możliwości zachowania Polski jako węglowego rezerwatu.

Polska zwolniona? Wcale nie

Polska uzyskała zwolnienie z zasady zastosowania polityki neutralności klimatycznej. Będziemy dochodzić do niej w swoim tempie” – napisał cokolwiek nieprecyzyjnie – na Twitterze Morawiecki. Żadnego „zwolnienia” bowiem nie będzie.

W świetle najnowszej dostępnej wiedzy naukowej i w związku z potrzebą zintensyfikowania globalnych działań na rzecz klimatu Rada Europejska zatwierdza cel polegający na osiągnięciu przez UE neutralności klimatycznej do 2050 r., zgodnie z celami porozumienia paryskiego. Na tym etapie jedno państwo członkowskie nie może zobowiązać się do realizacji tego celu; Rada Europejska wróci do tej kwestii w czerwcu 2020 r.” – czytamy w konkluzjach szczytu.

Najprawdopodobniej więc Polska ostatecznie zgodzi się na rok 2050 za pół roku, być może za cenę dodatkowych ustępstw ze strony unijnej, które władza będzie mogła  sprzedać jako swój sukces.

Jednocześnie konkluzje szczytu jasno pokazują, że już teraz nasz kraj staje się częścią rewolucji w polityce środowiskowej i klimatycznej, czyli Europejskiego Zielonego Ładu. Neutralność klimatyczna – czyli obniżka i pochłanianie emisji gazów cieplarnianych tak, by końcowa emisja netto wyniosła zero – to fundament tej rewolucji.

Ile dla Polski ze 100 miliardów i z biliona euro?

Cały proces dochodzenia do neutralności politycznej będzie wspomagany przez fundusz wysokości 100 mld euro. Znaczna część tego funduszu przypadnie Polsce na sprawiedliwą transformację” – napisał w kolejnym tweecie premier.

Tzw. mechanizm sprawiedliwej transformacji ma ułatwić odejście od gospodarki opartej na spalaniu paliw kopalnych regionom takim, jak Śląsk czy wschodnia Wielkopolska (Konin).

W konkluzjach po szczycie znajdziemy też zapowiedź wsparcia przez Europejski Bank Inwestycyjne (EBI) „wartych 1 bilion euro inwestycji w zakresie działań na rzecz klimatu i zrównoważenia środowiskowego w okresie 2021–2030.”

Wszelkie odpowiednie przepisy i polityki UE muszą być spójne z realizacją celu w postaci neutralności klimatycznej i muszą się do tej realizacji przyczyniać przy poszanowaniu równych warunków konkurencji” – to kolejny punkt konkluzji szczytu. Będzie on mieć potężny wpływ na krajową legislację, bez względu na „weto” premiera.

A to, jaka część funduszu 100 miliardów przypadnie Polsce zależy nie od gromkich deklaracji lecz od konstruktywnych propozycji zmiany polityki energetycznej z prowadzonej obecnie na proekologiczną.

Weto, czyli marnowanie kapitału

Polscy analitycy i eksperci zgodnie uznają, że od nowej polityki klimatycznej nie będzie ucieczki, a „weto” Morawieckiego to bardziej pusty gest pod krajową politykę, niż realne działania. UE chce zachować pozycję lidera światowej polityki klimatycznej. Przyspieszający kryzys klimatyczny powinien – przynajmniej w teorii – tylko spowodować intensyfikację działań.

Można się też zastanawiać, kto jest większym hamulcowym unijnej polityki klimatycznej: Polska z jej retoryką z nocy 12/13 grudnia, czy Niemcy, które planują pozbawić się dziesiątków terawatogodzin zeroemisyjnej energii z elektrowni atomowych do 2022 roku?

Brak zgody Polski na cel neutralności klimatycznej do 2050 r. nie zwalnia jej z obowiązku wdrażania unijnego prawa, w którym ochrona klimatu już stoi bardzo wysoko.

To prawo już teraz przewiduje stałe zwiększanie ambicji w polityce krajowej zgodnie z zasadami Porozumienia Paryskiego, a plan Europejskiego Zielonego Ładu wyznacza nowe, o wiele wyższe tempo zazieleniania wszystkich unijnych polityk i Polska tego nie powstrzyma” – mówi Lidia Wojtal, specjalistka ds. dyplomacji klimatycznej.

Polska znów zmarnowała swój kapitał na bezsensowne weto. Weto, które niczego nie załatwia, ani niczego nie blokuje.

Teraz Komisja Europejska ma wolną rękę do proponowana narzędzi ogłoszonych w ramach inicjatywy Nowego Zielonego Ładu. Zmarnowaliśmy szansę na zostanie bohaterem wieczoru. Pozostaliśmy w roli Czarnego Piotrusia”

– mówi Krzysztof Bolesta z Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych i (w latach 2012-2015) były członek gabinetu ministra środowiska w roli doradcy ds. energii i klimatu.

Oczywiście wszystkie kierunki nowej polityki klimatycznej UE zawarte w konkluzjach muszą przetłumaczone na język dyrektyw, a te – ustaw krajowych. To następne wyzwanie przed Komisją Europejską, Parlamentem Europejskim i krajami członkowskimi.

Polska i tak posłucha Ursuli von der Leyen

Nie chcę psuć zabawy… ale nie ma jeszcze legislacji, brakuje wsparcia co najmniej pięciu grup politycznych w PE i Polski. Tak, ten deal ma swoją wartość oraz tak – nie będzie łatwo wprowadzić go w życie” – napisał na Twitterze Ryan Heath z Politico, który przez lata obserwował niuanse polityki unijnej.

Realizacja Europejskiego Zielonego Ładu oznacza gorący czas w polityce europejskiej, a co za tym idzie – naszej krajowej.

Już w marcu 2020 KE zaproponuje legislację wprowadzającą cel neutralności klimatycznej w 2050 roku. Latem przyszłego roku pojawi się plan zwiększenia redukcji emisji gazów cieplarnianych w roku 2030 w stosunku do 1990 r.: z obecnych 40 proc. do 50-55 proc.

Mimo odmowy przyjęcia celu neutralności, Polska po prostu będzie musiała wziąć udział w pracach nad tymi i innymi inicjatywami według harmonogramu przedstawionego przez KE. Tym samym przyjmując cele rewolucji Ursuli von der Leyen.

Zwłaszcza, że – jak wskazują sondaże – Polacy, a szczególnie Polki w znacznej większości popierają program Zielonego Ładu dla Europy.

Jeżeli się ma takiego np. Jana Pietrzaka lub Zenka Martyniuka, to ktoś taki jak Olga Tokarczuk nie jest już żadnym cudem świata. Tak najwyraźniej rozumują rządzący lekceważąc noblistkę i jej dzieło. Głośno mówią, że nie znają twórczości pisarki…

Nie czytałem żadnej książki pani Olgi Tokarczuk. Mam w ogóle w tej chwili, nad czym bardzo ubolewam, bardzo mało czasu na czytanie” – przyznał w programie #RZECZoPOLITYCE wicepremier Jacek Sasin (PiS), minister aktywów państwowych. Zapytany czy ma zamiar przeczytać którąś z książek Tokarczuk? – Raczej chyba nie, bo to nie jest taka literatura, z tego co wiem, która mnie jakoś szczególnie pociąga – odpowiedział powiedział Sasin.

Uważa, że noblistka nie zrobiła dla dobrego imienia Polski niczego więcej niż taka np. Polska Fundacja Narodowa.

„Każdy ma tutaj swoje zasługi” – ocenił „filozoficznie” Jacek Sasin i w tym kontekście wspomniał o udziale PFN w „dużym projekcie„, produkcji filmu o rotmistrzu Pileckim.

„Tych działań jest rzeczywiście, z tego co wiem, sporo” – mówił i jakby opamiętawszy się wyksztusił: „natomiast oczywiście oddaję tutaj również to, co należne pani Oldze Tokarczuk. Gratuluję jej tej nagrody, myślę, że wszyscy się z tego cieszymy”.

Nawet groźba utraty funduszy unijnych lub wręcz wykluczenia Polski ze Wspólnoty nie będzie w stanie powstrzymać obecnie rządzących przed „reformą” sądownictwa według swojego scenariusza.

To już naprawdę przechodzi ludzkie pojęcie! Jak można tak anarchizować życie społeczne i narażać Polskę na konflikt z Brukselą, a być może nawet na wykluczenie z Unii Europejskiej? I pomyśleć, że szalejący teraz nad Wisłą chaos prawny, wyrok TSUE i zszargana opinia za granicą to dlatego, że prof. Gersdorf uparła się, żeby jeszcze nie odchodzić na emeryturę!

W ogóle cała ta sędziowska kasta jakby zmówiła się przeciwko legalnie wybranej władzy i podkopuje fundamenty praworządności, uparcie twierdząc, że wcale nie pochodzi z nadania komuny. Tymczasem, jak nie pochodzi, skoro pochodzi. Przecież sam pan prezydent tak powiedział i to niejeden raz. A kwestionować słowa pana prezydenta, to kwestionować wolę suwerena, który go na urząd wybrał. Czyli występować przeciwko wyrokom demokracji!

Podobnie, jak  twierdzić, że za komuny miało się tyle samo albo i mniej lat, co pan prezydent. Toż to zwyczajne chamstwo i bezczelność. Podobnie, jak wypominanie prezydentowi zaprzysiężenia na sędziego TK peerelowskiego prokuratora Piotrowicza, co to skazywał opozycję. Bo może i skazywał, ale się nie cieszył. Po drugie, uroczystość była skromna i bez fleszy. No, a po trzecie kto jest, a kto nie jest „komuna” decyduje teraz osobiście sam pan prezes. A  panu prezesowi się nie odmawia.

Władza wie najlepiej, jakich sędziów potrzeba „dobrej zmianie”. A potrzeba jej ludzi dalekowzrocznych, co sięgając w świetlaną przyszłość Polski Dobrobytu nie będą w stanie skupić wzroku na aferach wybuchających na wyciągnięcie ręki (na tym właśnie polega presbiopia, czyli starczowzroczność), takich jak choćby afera GetBack, w której straty dziesiątki razy przekraczają przekręty niesławnej firmy AmberGold. Sięgając, gdzie wzrok nie sięga, ci sami sędziowie nie dopatrzą się też korupcyjnych ofert składanych właścicielom prywatnych banków przez urzędników KNF-u, o SKOK-ach to już nawet nie wspominając. Nie zauważą też problemu pedofilii w Kościele katolickim.

Nie będą w stanie zauważyć faszystowskich haseł na pochodach narodowców, a też „strefy wolne od LGBT”, proklamowane w niektórych gminach, też zupełnie będą im wyglądały na wykluczenie ze względu na orientację, co nie jest niczym innym, jak współczesnym apartheidem w środku Europy. Nie bez powodu – jak widać – kolejki do okulistów liczy się już nie w tygodnie, ale miesiące, a nawet lata.

Po prostu władza pilnie potrzebuje sądów podległych tejże władzy oraz jej posłusznych. I wie, co robi. Dobrze rozumie, że dla „dobrej zmiany”, a zwłaszcza dla jej przodowników, tacy sędziowie to jedyny warunek bezkarności, jak już niewdzięczny Naród zdecyduje się zamienić zmianę „dobrą” na „jeszcze lepszą”. A kiedyś zechcą, bo – jak to nie bez racji mawiają Amerykanie – „lepsze jest wrogiem dobrego”.

Wobec powyższego oraz coraz wyraźniejszej perspektywy podzielenia się władzą lub nawet jej utraty, jedyne, co może zatrzymać wprowadzenie „jeszcze lepszych zmian”, to niewolne sądy. Bo to one decydują o wyniku wyborów. One rozstrzygają o sposobach interpretacji prawa. One też przesądzają o aresztach, wyrokach oraz apelacjach i to od nich zależy działanie (bądź niedziałanie) wymiaru sprawiedliwości. Nieusuwalność takich sędziów nawet po – odpukać – zmianie władzy, gwarantuje zaś Konstytucja.

Toteż każdy chyba rozumie, że władza wyjścia nie ma. I nawet groźba utraty funduszy unijnych lub wręcz wykluczenia Polski ze wspólnoty nie będzie jej w stanie powstrzymać przed „reformą” sądownictwa według swojego scenariusza. Stawką jest tu bowiem majątek, a w niektórych wypadkach także wolność osobista „dobrozmianowych” „gwałcicieli Konstytucji”. Tym bardziej, że gwałt jest przecież ścigany z urzędu, a minister Ziobro zadbał, by wyroki z tego paragrafu zapadały surowsze niż wcześniej.

W tej sytuacji jest też chyba oczywiste, że aktualni sędziowie, którzy nie popierają PiS-owskiej „reformy sądownictwa”, to niezależnie od wieku i przebiegu kariery – agenci Vichy, komuniści i złodzieje. A może nawet cykliści.

Macierewicz wyciąga kasę państwową dla swego młodego przyjaciela

9 Gru

Premiera „Szczerze” Donalda Tuska 12 grudnia. Już dziś publikujemy fragmenty bardzo osobistych dzienników byłego przewodniczącego Rady Europejskiej i obecnego szefa Europejskiej Partii Ludowej (EPP).

Książka autorstwa Donalda Tuska ma formę osobistego dziennika. Są to zapiski z lat 2014-2019 uzupełnione i wzbogacone późniejszymi przemyśleniami. Były premier Polski opisuje kolejne dni na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej (czy, jak woli jego wnuk, Króla Europy). Relacjonuje spotkania z Angelą Merkel, Petrem Poroszenką, Francois Hollande’em, Barackiem Obamą czy Davidem Cameronem. Ujawnia kulisy narad na szczytach europejskich władz. Możemy wraz z nim śledzić m.in. pierwsze przymiarki do referendum brexitowego czy narastający konflikt w UE w sprawach dotyczących sankcji na Rosję, wsparcia dla Ukrainy oraz kryzysu w Grecji. Tusk dużo miejsca poświęca też swoim bliskim i sprawom polskim, do których jako szef RE musiał zachowywać dyplomatyczny dystans.

Poniżej pierwsze fragmenty książki Donalda Tuska. Premiera książki zaplanowana jest na 12 grudnia, a 14 grudnia w sobotę w Centrum Premier Czerska 8/10 odbędzie się spotkanie z autorem.

NIEDZIELA, 13 STYCZNIA 2019

Przez cały dzień pracujemy z Junckerem nad listem do Theresy May. Zapewniamy w nim – na jej prośbę – że będziemy gotowi na podpisanie withdrawal agreement natychmiast, jak tylko zostanie przegłosowany przez Izbę Gmin. Dodajemy też kilkanaście zdań, które mają „osłodzić” backstop i uczynić go strawnym dla brytyjskich posłów.

W domu jestem tuż przed dwudziestą. Nagle dzwoni telefon. To Michał. Mówi coś, co wydaje się zupełnie nieprawdopodobne. W czasie „Światełka do nieba”, gdańskiego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ktoś zaatakował nożem Pawła Adamowicza. Jeszcze nie wiadomo, czy jest ciężko ranny. „Nie, na pewno wszystko będzie dobrze” – odpowiadam. Przecież takie rzeczy się zdarzają. Włączam TVN 24, reporterka wyraźnie zdenerwowana, widać, jak odjeżdża karetka. Po chwili znowu dzwoni Michał. Mówi, że sytuacja jest jednak poważna.

Całą noc telefony. Gosia jest w kontakcie z Piotrem Adamowiczem, bratem Pawła, rozmawia z Jackiem Karnowskim, prezydentem Sopotu, który w szpitalu czeka na wieści od lekarzy. Około trzeciej nad ranem telefon od Piotra. Rozumiem, że jest bardzo źle. Coś mnie chwyta za gardło. Zaczynam ryczeć jak dziecko.

Na wszystkich portalach Paweł mówiący do zebranych ludzi tuż przed atakiem:

Gdańsk jest szczodry. Gdańsk dzieli się dobrem. Gdańsk chce być miastem solidarności.

I to światełko w jego ręku… Zasypiam po czwartej.

PONIEDZIAŁEK, 14 STYCZNIA 2019

Od rana cała polska ekipa w moim gabinecie. Mówię im, czego się dowiedziałem od Piotra Adamowicza: stan jest krytyczny, Paweł może nie przeżyć. Ktoś dopowiada, że podobno lekarze podtrzymują go przy życiu dzięki aparaturze po to, by żona, która leci ze Stanów, zdążyła go jeszcze zobaczyć.

Dzwonią z Gdańska, że mieszkańcy będą się zbierać po południu pod Dworem Artusa, żeby się modlić za Pawła i na znak solidarności z nim i jego rodziną. „Przecież nie będę tu siedział jak idiota i czekał na telefony” – pomyślałem. Dwie godziny później byłem już na lotnisku.

Tuż przed odlotem odbieram jeszcze jeden telefon od Wojtka Dudy. „To chyba koniec” – mówi. Na lotnisku w Gdańsku dziwna cisza. Twarze smutne, wściekłe, przestraszone. „Prezydent nie żyje” – mówi oficer ochrony, potwierdzając najgorsze. Jedziemy w kierunku Długiej, setki samochodów w tym samym co my kierunku, tkwimy w wielokilometrowym korku. Gdańszczanie tego wieczora chcą być razem.

Stoimy na przedprożu Dworu Artusa. Wałęsa, Borusewicz, Dulkiewicz. Przed nami morze głów; gdańskie, polskie, europejskie flagi. Ola z Wałęsą proszą, żebym coś powiedział do ludzi, ale jak tu mówić z czarną pustką w głowie, kiedy chce się płakać, milczeć albo wyć. Mówię kilka zdań przez ściśnięte gardło, trzęsąc się z zimna albo z emocji. Z głośników słychać „The Sound of Silence” i już nikt nie kryje łez.

Więcej Tuska tutaj >>>

Tak wynika z informacji, do których dotarł onet.pl. A odbywa się to za pośrednictwem amerykańskiej firmy White House Writers Group, która została wynajęta przez Polską Fundację Narodową, aby poprawiała wizerunek Polski w USA. Płacą za to wszyscy podatnicy, bo na budżet PFN – powołanej przez PiS – składają się kontrolowane przez partię rządzącą spółki skarbu państwa.

Onet dotarł do raportu finansowego WHWG. Było to możliwe tylko dzięki skorzystaniu z amerykańskiego prawa, które obliguje wszystkie amerykańskie firmy, organizacje, a nawet na prywatne osoby do składania rozliczeń z pieniędzy otrzymywanych z zagranicy. Sama PFN nie chciała ujawnić rozliczeń z WHWG.

Z najnowszego raportu WHGW, obejmującego okres od maja do października tego roku, wynika, że Amerykanie otrzymali ponad 1,2 mln dol., czyli ponad 4,5 mln zł. Z tych pieniędzy sfinansowano wydatki Edmunda Jannigera, młodego byłego doradcy Antoniego Macierewicza. Jak donosi onet.pl, za przelot do USA i zakwaterowanie Jannigera PFN zapłaciła w maju 6 tys. 284 dolary, czyli niemal 25 tys. zł. Hotel kosztował ponad tysiąc dolarów (niemal 4 tys. zł), a bilet lotniczy — 5 tys. 280 dolarów (ponad 20 tys. zł).

Janniger nie zamierza się z tego tłumaczyć i wynajął kancelarię prawną, której przedstawiciel zaczął grozić dziennikarzowi Onetu. Mecenas Richard S. Gordon twierdzi, że „Minister Macierewicz poprosił naszego klienta [czyli Jannigera], aby towarzyszył mu w podróży do Chicago i podczas tego wydarzenia, co Pan Janniger zrobił w ramach swoich obowiązków służbowych”.

Tym wydarzeniem była konferencja, którą WHWG zorganizowała za pieniądze PFN. Odbyła się w luksusowym hotelu Blackstone. Według onet.pl, to tam prawdopodobnie nocowali Macierewicz i Janniger. W sumie podczas tej konferencji na samo tylko jedzenie i picie poszło ponad 9 tys. dolarów (35 tys. zł), choć trwała ona zaledwie 90 min.

Onet przypomina, że Macierewicz od dawna nie jest już szefem resortu obrony. W jakim więc charakterze z szeregowym posłem, którym Macierewicz jest w tej chwili, podróżował Janniger? Pojawia się także pytanie, co miał na myśli jego adwokat, pisząc o „obowiązkach służbowych” Jannigera wobec Macierewicza.

Na wtorek zapowiedziana jest konferencja prasowa NIK. Jak podejrzewają dziennikarze, zostanie na niej przedstawiony raport, dotyczący nieprawidłowości związanych z działalnością Funduszu Sprawiedliwości, działającego pod kuratelą Zbigniewa Ziobry, a za tym ma pójść informacja o złożeniu zawiadomień „do prokuratury z podejrzeniem popełnienia przestępstwa. Ma ich być co najmniej kilkanaście”.

O sytuacji w Funduszu NIK informowała już w ubiegłym roku, zarzucając wydanie milionów „złotych z Funduszu Sprawiedliwości na całkowicie nieuzasadnione zadania, marginalizacja podstawowych celów funduszu oraz dotowanie organizacji bez doświadczenia”.

Wówczas partia rządząca podeszła do raportu NIK-u dość beztrosko, sugerując, że prace Izby budzą wiele wątpliwości i są nierzetelne, bo przecież na czele tej instytucji stoi nie związany z PiS-em Krzysztof Kwiatkowski. W tej sytuacji trudno więc mówić o wiarygodności i obiektywizmie kontrolerów.

Pytanie, jak teraz PiS będzie tłumaczył raporty, które mogą być przedstawione jutro, na konferencji. Zarówno ten, dotyczący właśnie Funduszu Sprawiedliwości oraz dwa kolejne, związane z aferą GetBack oraz z działalnością Krajowej Administracji Skarbowej (KAS) mogą być dla partii rządzącej bardzo niewygodne i trudne do schowania pod dywan.

Jedno jest pewne. Banaś tak jak obiecywał, nie podda się bez walki. Ciekawe, ile jeszcze przed nami odsłon tego konfliktu?

Ledwie co dziesiąty sędzia rozpoczynał karierę w PRL – to znacznie mniejszy odsetek niż wśród posłów PiS rozpoczynających pracę zawodową w komunie

Nie chcę straszyć, ale naprawdę jest się czego bać. Orzeczenie sędziów Izby Pracy Sądu Najwyższego, którym Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej powierzył zbadanie legalności działania Krajowej Rady Sądownictwa i Izby Dyscyplinarnej SN,  nie zakończył sporu o legalność „dobrej zmiany” w sądownictwie, a przeciwnie, otworzył bezwiednie nowy etap eskalacji bezprawia. W najgorszym, ale jak najbardziej realnym scenariuszu, może się on zakończyć chaosem w gigantycznej skali i prawną anarchią, która nie raz już bywała pretekstem do przejęcia pełni władzy przez grupę trzymającą tę władzę w garści, a naród za pysk, albo do dyktatury pojedynczego despoty, sprawującego oczekiwane przez naród rządy silnej ręki.  Jest przy tym oczywiste, że pierwszą decyzją każdej autokratycznej władzy będzie wyprowadzenie Polski z Unii.

PiS idzie na zderzenie czołowe. Wyrok Sądu Najwyższego to dla tej partii niewiążąca opinia. Funkcjonariusze PiS bajdurzą, że orzeczenie jest sprzeczne z Konstytucją, że kłóci się z zasadą nieusuwalności sędziów, że jedni sędziowie nie mogą usuwać drugich – tyle tylko, że nikt nie usuwa sędziów, bo ludzie skierowani przez władzę wykonawczą do KRS i ID sędziami wcale nie są! Równie bzdurny jest argument, że wyrok dotyczy tylko jednostkowej sprawy, z powodu której sędziowie Izby Pracy zwrócili się o opinię do TSUE. Przewodniczący KRS Leszek Mazur oświadczył, że wyrok Izby Pracy Sądu Najwyższego nie będzie miał konsekwencji dla funkcjonowania KRS i Izby Dyscyplinarnej SN. To nieprawda. Listopadowy wyrok unijnego trybunału, zrealizowany przez polski Sąd Najwyższy,  wiąże każdy sąd w kraju, od SN do szeregowego sędziego sądu powszechnego, także Izbę Dyscyplinarną, KRS, prezydenta, premiera, ministra sprawiedliwości, rzeczników dyscyplinarnych – wszystkich.  Tymczasem KRS, który zgodnie z wyrokiem nie daje wystarczających gwarancji niezależności od organów władzy ustawodawczej, uznał, że wyrok SN go nie dotyczy i obraduje w najlepsze. Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego, która nie jest sądem w rozumieniu prawa UE – a przez to i prawa krajowego, odebrała właśnie immunitet warszawskiej prokuratorce Justynie Brzozowskiej za odmowę „trałowania” w lipnej sprawie reprywatyzacyjnej, zapowiadając, że na wokandzie ma aktualnie trzynaście kolejnych rozpraw przeciw protestującym sędziom i prokuratorom.

W normalnym kraju premier z ministrem sprawiedliwości natychmiast usiedliby do przygotowania nowej ustawy o KRS. Sędziowie Izby Dyscyplinarnej, KRS oraz nominowani przez KRS, zakończyliby orzekanie, a do społeczeństwa dotarłaby wiadomość, że sprawy kierowane do sądów, które sądami nie są, rozpatrywane nie będą. Ale Polska od dawna nie jest normalnym krajem, mimo zaklęć premiera furt wzywającego do normalności – samego siebie zapewne. Cokolwiek bezradnie zabrzmiało oświadczenie Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego, wzywającą „parlament, rząd, prezydenta do tego, żeby dostosowali nasze prawo do standardów unijnych, bo przecież te standardy unijne zostały przez Polskę zaaprobowane, podpisane i to są nasze standardy”. – No i co z tego?! – usłyszałaby prezes Gersdorf w odpowiedzi, gdyby ktokolwiek z rządzących zechciał jej odpowiedzieć.

Widać wyraźnie, że PiS idzie na czołówkę z sędziami, trybunałem europejskim, Unią, polską racją stanu i zdrowym rozsądkiem. Idzie z fanfarami, sztandarami, narodowymi hasłami i z Gowinem, który zamykając pochód pali za sobą mosty (pali, ale się nie zaciąga).  Co takiego stało się z wymiarem sprawiedliwości, ze trzeba go wysadzić w powietrze? Dlaczego PiS chce rządzić i egzekwować prawo na gruzowisku? Argumenty, którymi próbuje przekonać Polaków, a co gorsza również zagranicznych partnerów, są najzwyczajniej durne, a często także śmieszne. Dociera to nawet do niektórych funkcjonariuszy władzy, którzy nie mówią już, że reforma ma skrócić sądowe procedury, bo wszyscy widzą, ze sprawy wloką się teraz znacznie dłużej.  Minister Ziobro nie opowiada już o sędzim – zbrodniarzu, który poważył się wziąć w sklepie część do wiertarki i nie zapłacić, ani o byłym sędzi niezrównoważonym psychicznie, który ukradł spodnie. Ale nie przestał bredzić dlatego, że ledwie kilka takich przypadków, które zdarzyły się wśród 10 tys. sędziów w ciągu kilkunastu lat, to wręcz powód do zawodowej dumy.

Ziobro ma wiele powodów, by o tym milczeć. Wyliczmy kilka najświeższych. Afera Misiewicza, aresztowanego za łapówki w zamian za wpływy w rządzie i biznesie. Afera KNF z prezesem Chrzanowskim, prezesem Glapińskim i bliskimi Mariusza Kamińskiego w rolach głównych. Afera związana z ukrywaniem majątku premiera Morawieckiego, przepisanego na żonę. Afera sponsorującej PiS piramidy finansowej Get Back, w której Polacy utopili trzy razy więcej pieniędzy niż w Amber Gold. Afera Polskiej Fundacji Narodowej, która miała „pokazywać Polskę piękną, przyjazną i ambitną”, a wykonała kampanię szkalującą sędziów, która za prawie milion euro kupiła biało-czerwony jacht stojący od pół roku w porcie USA ze złamanym masztem oraz zapłaciła amerykańskiej firmie piarowej 5,5 mln USD za promocję na profilach obserwowanych przez kilkadziesiąt osób. Afera b. marszałka Sejmu Kuchcińskiego, który zarzekał się, że z transportu lotniczego korzysta sam, incydentalnie i tylko w sprawach niecierpiących zwłoki, a w rzeczywistości odbył 135 podróży, zabierając na pokład luksusowego gulfstreama żonę, synów i córkę oraz kolegów z PiS i partyjnych działaczy samorządowych. Afera hejterów w Ministerstwie Sprawiedliwości, którzy pod wodzą wiceministra Łukasza Piebiaka szkalowali sędziów przeciwnych dobrej zmianie. Afera z „taśmami prawdy” Jarosława Kaczyńskiego, planami budowy dwóch wież, tajemniczym udziałem księdza Sawicza, który miał wziąć łapówkę, z oskarżeniem Kaczyńskiego o oszustwo i dziwnej reakcji prokuratury. I wreszcie afera Banasia, który mimo toczącego się przeciw niemu śledztwu został prezesem NIK. I jeszcze towarzysząca mu afera mafii VAT, której Zbigniew Ziobro długo szukał i w końcu znalazł – u siebie w ministerstwie.

I tak dysponentom koszmarnej zmiany pozostał już tylko jeden dowód degrengolady stanu sędziowskiego, wymuszający natychmiastowe drastyczne decyzje: SĘDZIOWIE TO KOMUCHY!  Niemal na każdym spotkaniu w terenie prezydent Duda łamiącym się głosem biada nad stanem polskiego sądownictwa przesiąkniętego wrażą ideologią i gromko wygraża postkomunistom ukrywającym się wśród sędziów, ze szczególnym uwzględnieniem ich głównego sztabu – Sądu Najwyższego.  Prezydentowi wtóruje premier, sypiąc z rękawa coraz to nowymi liczbami opisującymi rozmiar komuszego zagrożenia w wymiarze sprawiedliwości. Solistą tego chóru jest szeregowy poseł Kaczyński – autor „komunistów i złodziei”, „sędziowskiej kasty”, „bezkarnych synekur”, „ojkofobii, czyli nienawiści sędziów do własnego narodu” i kilku jeszcze bonmotów. Funkcjonariusze władzy rozgłaszają te i podobne bzdury na cztery strony świata nie zważając, że przed chwilą jeszcze odsądzali od czci i wiary każdego, kto o polskich kłopotach ledwie wspomniał za granicą.  Opowiadają swoje dyrdymały nie zważając, że myślący słuchacze, w tym wszyscy zagraniczni, dawno sprawdzili, jak jest naprawdę z tymi polskimi sądami splamionymi miazmatami komuny.  A jak jest?

PREZYDENT DUDA KŁAMIE. PREMIER MORAWIECKI KŁAMIE. POSEŁ KACZYŃSKI KŁAMIE.  Bo nawet Biuro Komunikacji i Promocji Ministerstwa Sprawiedliwości informuje, że w obecnym składzie Sądu Najwyższego nie ma nikogo, kto byłby w tym sądzie w poprzednim ustroju, na 101 orzekających w SN, żaden nie czynił tego przed 1989 rokiem. Ledwie co dziesiąty sędzia rozpoczynał karierę w PRL – to znacznie mniejszy odsetek niż wśród posłów PiS rozpoczynających pracę zawodową w komunie. Podobne proporcje dotyczą byłych członków PZPR. Ciekawostką jest, że to samo biuro nie dysponuje danymi dotyczącymi Izby Dyscyplinarnej KRS oraz powołanymi na podstawie ustawy z grudnia 2017.

Mimo to Kaczyński, Ziobro, Duda i Morawiecki chórem wciskają Polakom i światu, że sądownictwo trzeba wywrócić do góry nogami, bo pełne jest komunistycznych złogów. Sugerują, że aktywiści PZPR dzielą się na przyzwoitych popierających PiS, którzy zapisali się do partii, by rozwalać komunę od środka – i na zatwardziałych postkomunistów, których należy eliminować z publicznych zawodów. Najgorszym sortem wśród nich są sędziowie, bo nie dość, że nie pomagają reformować kraju, to jeszcze przeszkadzają w tym zbożnym dziele pod pretekstem, że władza narusza praworządność.   Nie rozumieją, że władza jest praworządna z definicji, a legalnie wybranym wolno tworzyć prawo wedle swego uznania. Tacy sędziowie są po prostu kastą, która postawiła się ponad władzą PiS. To ten najgorszy sort komuchów, którzy zbierają się nocami czytając manifest komunistyczny i nucąc Międzynarodówkę.

Ciekawe, czy takie argumenty, które mają dowieść słuszności demolki w sądownictwie i usprawiedliwić wojnę wypowiedzianą Trybunałowi Sprawiedliwości UE, Sądowi Najwyższemu i niezawisłym sędziom sądów powszechnych, zwolnią obecnie rządzących od przyszłej odpowiedzialności karnej i dyscyplinarnej.

Uniwersytet Warszawski właśnie rozpoczął akcję „UW gratuluje Oldze Tokarczuk”. I pokazał zdjęcie noblistki z jej dyplomu ukończenia studiów.

Banaś, nieodrodny syn Kaczyńskiego. A mówili, że prezes impotent bezdzietny

4 Gru

PiS ma aktualnie 35% poparcia w najnowszym sondażu Kantar. Tego spadku nie zatrzyma już nic. Przedłużająca się afera Banasia ciągnie partię Kaczyńskiego w dół.

 

Zastępca rzecznika dyscyplinarnego Przemysław Radzik zrobił kolejną dyscyplinarkę sędziemu Krystianowi Markiewiczowi. Zarzuca mu 55 przewinień, m.in. podżeganie sędziów do odmowy współpracy z powołaną przez PiS Izbą Dyscyplinarną SN i podważanie legalności nowej KRS

O nowych zarzutach dla szefa Iustitii poinformował Główny Rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab w środę 4 grudnia 2019. Z jego komunikatu wynika, że sędzia Markiewicz dostał zarzuty popełnienia 55 przewinień dyscyplinarnych „oczywistej i rażącej obrazy przepisów prawa i uchybienia godności urzędu sędziego”.

Zastępcy głównego rzecznika Przemysławowi  Radzikowi nie spodobało się to, że w maju 2019 Markiewicz jako szef Iustitii skierował do prezesów sądów i sędziów dyscyplinarnych działających przy sądach apelacyjnych list, w którym zarząd Iustitii wzywał m.in. do powstrzymania się od orzekania w sprawach dyscyplinarnych oraz do nieprzesyłania akt z odwołaniami do Izby Dyscyplinarnej przy Sądzie Najwyższym, którą powołał PiS.

Zarząd Iustitii  przekonywał, by poczekać na wyrok TSUE o legalności nowej, niekonstytucyjnie powołanej KRS i Izby Dyscyplinarnej, obsadzonej głównie prokuratorami, którzy współpracowali ze stronnikami Zbigniewa Ziobry w prokuraturze.

Według Radzika, list podpisany przez Markiewicza jako przewodniczącego największego stowarzyszenia sędziów w Polsce, to manifest polityczny, w którym zakwestionował niezależność i legalność nowej KRS oraz legalność i apolityczność Izby Dyscyplinarnej.

Ponadto szef Iustitii miał podżegać adresatów listu do „popełnienia deliktu dyscyplinarnego, polegającego na nierespektowaniu porządku prawnego Rzeczpospolitej Polskiej poprzez powstrzymywanie się od orzekania oraz zaniechanie przedstawiania odwołań stron i akt spraw dyscyplinarnych Izbie Dyscyplinarnej”.

Zdaniem rzecznika w ten sposób Markiewicz miał naruszyć konstytucyjną zasadę apolityczności sędziów oraz miał złamać rotę ślubowanie sędziowskiego.

Markiewicz: Nie mamy zamiaru siedzieć cicho

Krystian Markiewicz mówi OKO.press: „Rzecznicy dyscyplinarni Piotr Schab, Michał Lasota i Przemysław Radzik po wyroku TSUE wzmogli działania, by zastraszyć sędziów, by nie walczyli o praworządność i nie wykonywali wyroku TSUE.
Ale my nie mamy zamiaru siedzieć grzecznie i czekać, by jak w Turcji sędziów zastąpili polityczni urzędnicy. Nadal będziemy protestować, a ja nadal będę wydawał niezależne wyroki dopóki będzie to możliwe” – mówi Markiewicz.

Krystian M. jak przestępca

Co ważne rzecznik dyscyplinarny pisze o sędzim Markiewiczu Krystian M., tak jakby był przestępcą. Ale to nie nowość. We wszystkich komunikatach rzecznik dyscyplinarnych tak pisze o sędziach, którym stawia zarzuty. Cały komunikat w tej sprawie jest tutaj.

Zarzuty dla Markiewicza to nie zaskoczenie, bo „dobra zmiana” w sądach od wielu miesięcy pokazuje, że z sędziami broniącymi niezależności wymiaru sprawiedliwości chce rozprawić się siłowo. Czyli robiąc im dyscyplinarki, zakładając im sprawy karne i wyrzucając z zawodu.

Reakcja na wyrok TSUE

Sygnały tego, że tak będzie, pojawiły się zwłaszcza po ostatnim wyroku TSUE, w którym Trybunał dał wskazówki polskim sądom jak należy oceniać legalność Izby Dyscyplinarnej przy Sądzie Najwyższym i nowej KRS.

Po tym wyroku sędzia z Olsztyna Paweł Juszczyszyn wykonując wyrok TSUE zażądał od Sejmu list poparcia kandydatów do nowej KRS. I spadł na niego grad represji. Najpierw minister Ziobro odwołał go z delegacji w sądzie okręgowym, potem główny rzecznik dyscyplinarny powołany przez ministra Ziobrę zrobił mu dyscyplinarkę. A na koniec prezes Sądu Rejonowego w Olsztynie powołany przez ministra Ziobro odsunął Juszczyszyna od sądzenia, zawieszając go w obowiązkach.

To jak potraktowano Juszczyszyna, to sygnał dla całego środowiska sędziowskiego, co zrobi władza z niepokornymi sędziami jeśli dalej będą kwestionować legalność nowej KRS, legalność awansowania przez nią sędziów i legalność Izby Dyscyplinarnej, którą PiS powołał po to, żeby wyrzucać szybciej z zawodu niepokornych sędziów, prokuratorów i adwokatów.

Jednak sędziowie w całej Polsce stanęli w obronie olsztyńskiego kolegi.

Siłowy kurs obecnej władzy wobec niezależnych sędziów potwierdzają też przecieki do prasy o projekcie ustawy, który PiS ma złożyć w Sejmie. Kilka dni temu pisał o tym „Dziennik Gazeta Prawna”. Dziennik podał, że w najbliższym czasie ma być złożony w Sejmie projekt dyscyplinujący sędziów, wprowadzający kary dla tych, co kwestionują niekonstytucyjne „reformy” wprowadzane przez PiS w wymiarze sprawiedliwości.

Trałowanie Krystiana Markiewicza

Najnowsze zarzuty dla szefa Iustitii wpisują się w akcje rozprawy z niepokornymi sędziami. Pod rządami Markiewicza Iustitia skonsolidowała się, sędziowie są zjednoczeni i stoją za sobą murem. Dla władzy PiS to duży problem.

Najnowsze zarzuty dla Markiewicza to już kolejna dyscyplinarka jaką mu zrobił rzecznik dyscyplinarny Ziobry.

W połowie listopada wraz z czwórką innych sędziów z władz Iustitii dostał zarzuty za to, że odmówił stawienia się na przesłuchanie przed głównym rzecznikiem dyscyplinarnym. Sędziowie mają prawne powody, by podważać legalność wszczynanych przez rzeczników Ziobry postępowań dyscyplinarnych dla sędziów sądów powszechnych. I dlatego odmawiają stawiania się na przesłuchania u niego.

Markiewicz dodatkowo w tej sprawie ma zarzut podżegania innych sędziów do ignorowania głównego rzecznika dyscyplinarnego Piotra Schaba i jego zastępców Przemysława Radzika i Michała Lasoty.
Pisaliśmy o tym w OKO.press.

Będą kolejne dyscyplinarki?

Sędzia Markiewicz, wraz z innymi sędziami z Iustitii, może mieć kolejną dyscyplinarkę za krytykę „dobrej zmiany” w internecie. Rzecznik dyscyplinarny może chcieć zrobić z nich grupę hejtującą sędziów, którzy poszli na współpracę z resortem ministra Ziobry.

Zarzuty dla Markiewicza są jednak absurdalne. Bo jego działalność publiczna związana jest z tym, że wypowiada się jako szef stowarzyszenia Iustitia, do czego ma prawo.

Ponadto rzecznik dyscyplinarny ściga go, choć to on jest prawdziwą ofiarą hejtu, jaki organizowała Mała Emi. Akcje oczerniania Markiewicza jako lidera Iustiti omawiała ona m.in. z byłem wiceministrem sprawiedliwości Łukaszem Piebiakiem.

Media opisały to jako aferę hejterską w ministerstwie sprawiedliwości. Nikt za tę aferę nie ma postawionych zarzutów, ani dyscyplinarki. Za to rzecznik dyscyplinarny Ziobry sprawdza plotki, którymi oczerniano Markiewicza. Pisaliśmy o tym w OKO.press.

Na tym jednak nie koniec. Rzecznicy dyscyplinarni systematycznie zaostrzają swoje podejście wobec niepokornych sędziów. I od niedawna składają wnioski o zawieszenie w czynnościach służbowych sędziów (którym stawiają zarzuty dyscyplinarne) i obniżenia im wynagrodzenia.

Tak zrobili wobec sędzi Olimpii Barańskiej-Małuszek z Gorzowa Wielkopolskiego. Rzecznik dyscyplinarny uprzedza, że taki wniosek rozważy też wobec sędziego Markiewicza. Decyzję o zawieszeniu sędziego podejmuje sąd dyscyplinarny, do którego trafia sprawa z zarzutami dyscyplinarnymi.

Jeśli sąd zgodzi się na zawieszenie, to sędzia może mieć zmniejszone wynagrodzenie w granicach 25-50 proc. To dodatkowa represja dla niezależnych sędziów.

Ostatnio Izba Dyscyplinarna dała nowe narzędzie ministrowi Ziobrze, by mógł skarżyć wszystkie decyzje dotyczące dyscyplinarek dla adwokatów. Dodajmy – skarżyć do Izby Dyscyplinarnej.

Więcej o Tusku >>>

PiS ma coraz większy kłopot z Banasiem. „Pancerny Marian” tkwi i tkwi na stanowisku szefa NIK. PiS próbuje nowych wybiegów retorycznych. Bartosz Kownacki mówi, że Banaś zapisał się do opozycji, Jacek Kurski, że Banasia pogrążyła jego telewizja. Końca nie widać

MAFIJNE PORACHUNKI W PIS >>>

Co piszą o Banasiu – tutaj >>>

Polityczna saga z Marianem Banasiem w roli głównej nie ma końca. 2 grudnia „Dziennik Gazeta Prawna” podał, że prezes NIK w piątek 29 listopada złożył na ręce Marszałek Sejmu Elżbiety Witek. Dymisja nie została przyjęta, ponieważ PiS miało się nie zgodzić na treść pisma, na nową propozycję treści dymisji z kolei sam Banaś nie chciał się zgodzić.

„Dziennik Gazeta Prawna” podał dziś, że w swoim piśmie Banaś miał napisać: „Wobec utraty mandatu, jaki został mi udzielony, a także kierując się Dobrem Polski, Najwyższej Izby Kontroli oraz mojej rodziny składam w dniu dzisiejszym rezygnację ze stanowiska Prezesa Najwyższej Izby Kontroli”. To pismo miał przekazać Witek 29 listopada kierowca Banasia. „Potwierdziliśmy autentyczność dokumentu, który został napisany i odręcznie podpisany przez prezesa NIK” – pisze dziennik.

PiS zaproponował Banasiowi bardziej formalnie, zredagowane pismo, miał się powołać na art. 17 ustawy o NIK, a następnie wskazać na mocy art. 21 ust. 3 osobę, która będzie go zastępowała. Miał to być powołany dwa dni wcześniej wiceprezes NIK Tadeusz Dziuba. Prezes NIK miał odrzucić tę wersję.

Dlaczego „zwykła” dymisja nie wystarczyła? „Zgodnie z prawem prezes NIK pełni swoją funkcję do momentu wyboru nowego. Jeśli Banaś złoży rezygnację, nikogo nie wyznaczając, to rządzi w Izbie do zaprzysiężenia nowego prezesa. A z tym może być problem, bo na kandydaturę musi się zgodzić Senat, w którym większość ma opozycja” – tłumaczy „Wyborczej” jeden z jej informatorów.

No i mamy pat. A politycy PiS sięgają po nowe wybiegi retoryczne, które mają pokazać, że nie ponoszą odpowiedzialności za tę coraz bardziej absurdalną sytuację.

Banaś – od bohatera do zera

To pogłębia problem PiS z Banasiem, który jeszcze niedawno był ważnym członkiem rządu i „kryształowym człowiekiem”. Problemy zaczęły się 21 września, gdy reportaż śledczy TVN24 ujawnił, że w należącej do prezesa NIK kamienicy gangsterzy prowadzą hotel z pokojami na godziny.

Początkowo PiS starał się bronić Banasia. 25 września prezes PiS Jarosław Kaczyński chwalił prezesa NIK 25 września: „.Jeżeli ktoś, jak Marian Banaś, zabrał co najmniej dwieście kilkadziesiąt miliardów przestępcom, to ma wrogów i ci wrogowie mogą posunąć się do daleko idącej operacji, żeby kogoś takiego skompromitować”. Dodał jednak z ostrożności: „Niczego nie przesądzamy, czekamy na rozstrzygnięcia”.

Banaś był dla PiS cenny, bo był twarzą opowieści o odbieraniu przestępcom miliardów złotych przez sprawny rząd „dobrej zmiany”. O tym, że opowieść ta jest w dużym stopniu fałszywa, pisaliśmy m.in. w tekście „PiS: PO ukradła Polakom 250 mld złotych z VAT. W takim razie PiS ukradł już 87 mld”

Tuż po wyborach parlamentarnych z 13 października publiczne wypowiedzi o Banasiu zaczęły się zmieniać, o czym pisaliśmy w tekście „Teoria dwóch Banasiów, czyli niestała miłość PiS do prezesa NIK”.

„Banaś wszedł w koalicję z opozycją”

Prezesa NIK nie można po prostu usunąć, ma mocną pozycję zapisaną w Konstytucji. Pod koniec listopada PiS uznał, że dosyć tego. Jarosław Kaczyński tupnął nogą i powiedział, że oczekuje od Banasia dymisji. Premier Morawiecki zapoznał się z raportem CBA z kontroli oświadczeń majątkowych szefa i również publicznie, razem z chórem polityków PiS, zaczął namawiać Banasia do ustąpienia ze stanowiska.

Teraz PiS idzie jeszcze dalej i próbuje zapisać prezesa NIK do opozycji.

2 grudnia wieczorem w Polsat News poseł PiS Bartosz Kownacki mówił:

„Mam wrażenie, że Banaś wszedł w koalicję z opozycją. On jest dzisiaj najbardziej przydatny dla opozycji. To widać po deklaracjach, które składali liderzy pana Tomczyka”

Cezary Tomczyk z PO był drugim gościem programu. Kownacki powiedział jeszcze do niego:

„W waszym interesie jest to, żeby Banaś nadał był szefem NIK”.

Kurski: To TVP pogrążyła Banasia

Logikę związków Banasia z opozycją do granic możliwości wykręcił Jacek Kurski w rozmowie z braćmi Karnowskimi w tygodniku „Sieci”.

Kurski powiedział: „To TVP pogrążyła szefa NIK. Słowa, które u nas Marian Banaś wypowiedział w »Gościu Wiadomości«, były dlań dużym problemem, przedmiotem ataku opozycji”.

Kurskiemu chodzi o wywiad Banasia w TVP 23 września, dwa dni po materiale „Superwizjera”. Według Kurskiego to jego telewizja pogrążyła Banasia. Zrobiła to, oddając mu głos, żeby nieniepokojony wytłumaczył się ze swojej kamienicy. Banaś powiedział wtedy, że kamienicę dostał od weterana AK. Rzeczywiście, był za ten występ w TVP krytykowany. A skoro był atakowany, to trzeba było się go pozbyć. W ten sposób to Jacek Kurski bohatersko obalił Banasia.

Przekaz dnia

Portal rmf24.pl dotarł do przekazu dnia polityków PiS na temat Banasia. Członkowie partii Kaczyńskiego mają w mediach mówić, że:

  • PiS zrobił wszystko co mógł, decyzja należy do Banasia;
  • Zbadają możliwość usunięcia Banasia za pomocą zmiany prawa;
  • PO wykazuje się hipokryzją, bo nie nawoływali do usunięcia z tej samej funkcji Krzysztofa Kwiatkowskiego, na którym ciążyły zarzuty prokuratorskie;

Dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu poinformował, że: „W nawiązaniu do doniesień medialnych chciałbym zakomunikować, że do sekretariatu marszałek Sejmu nie wpłynęło pismo opisane w artykule. Co jednocześnie oznacza, że marszałek Sejmu nie mogła się z nim zapoznać ani tym bardziej go odesłać”.

Bartosz Godusławski z „DGP” skomentował to na Twitterze krótko: „To prawda, pismo trafiło do pani marszałek bezpośrednio”.

Musi być grubo – jak mówią politycy – skoro lider Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński w swoim ostatnim oświadczeniu majątkowym, złożonym na koniec minionej kadencji Sejmu, przemilczał spółkę Srebrna.

Tymczasem chociaż prezes PiS nie jest udziałowcem spółki Srebrna, to był pełnomocnikiem do reprezentowania Fundacji „Instytut Lecha Kaczyńskiego” oraz pozostałych wspólników na nadzwyczajnym zgromadzeniu wspólników Srebrna Sp. z o.o. oraz wykonywania prawa głosu z wszystkich przysługujących wspólnikom udziałów w kapitale zakładowym Spółki. Brał też udział w rozmowach dotyczących budowy przez Srebrną wieżowca w centrum Warszawy.

Gdy wybuchła afera spółki Srebrna wyszły na jaw kompromitujące szczegóły. Okazało się, że w Warszawie miały one budować „Kaczyński tower”, 190-metrowy biurowiec, a w przygotowaniach do inwestycji miał brać udział sam Jarosław Kaczyński. Nazwa Srebrna pojawia się nawet jeszcze w oświadczeniu Kaczyńskiego majątkowym za 2018 rok.

W zeznaniu przekazanym przez prezesa PiS do Kancelarii Sejmu czytamy: „Posiadał jednorazowo pełnomocnictwo do reprezentowania Fundacji „Instytut Lecha Kaczyńskiego” oraz pozostałych wspólników na nadzwyczajnym zgromadzeniu wspólników Srebrna Sp. z o.o. oraz wykonywania prawa głosu z wszystkich przysługujących wspólnikom udziałów w kapitale zakładowym Spółki. Posiedzenie to nie odbyło się, pełnomocnictwo zostało odwołane.”

W odczuciu wielu osób rezygnacja Kaczyńskiego z udziału w pracach spółki jest wielce wątpliwa, zwłaszcza, że pozostaje on nadal przewodniczącym Rady Fundacji Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego, czyli większościowym udziałowcem spółek Srebrna i Srebrna media.

Związane z Prawem i Sprawiedliwości spółki to potężne przedsiębiorstwa, które zajmują się m.in. wynajmem i zarządzaniem warszawskimi nieruchomościami przy Srebrnej 16 oraz w Alejach Jerozolimskich 125/127. Jest to ścisłe centrum stolicy, gdzie każdy metr jest na wagę złota. Spółki dysponują też gruntami w centrum Puszczy Augustowskiej.

Pawłowicz hipokryzja postępująca i inne pisizmy

16 List

Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie. Walczę o państwo prawa, wolności obywatelskie, w tym wolność od pełnego zła Kościoła. A kaczyści precz!

Krystyna Pawłowicz, która obiecywała zawiesić działalność na Twitterze, właśnie opublikowała kolejne już – po złożeniu tej obietnicy – wpisy. „Tłumaczy” w nich, jak to jest możliwe, że mimo swojego wieku może kandydować do Trybunału Konstytucyjnego. Była posłanka PiS ma 67 lat.

– „ŻADNE przepisy, ani art.3 ustawy o TK, ani art.30 ustawy o SN określający „wymogi” dla bycia sędzią SN – JEDYNY do którego w sprawie „wymogów” odsyła art.3 ustawy o sędziach TK – NIE określają „końcowego” wieku dla kandydowania do SN/TK” – napisała Pawłowicz.

W następnym wpisie dodała: – „Przepis o 65 latach, po osiągnięciu których sędzia SN przechodzi z ustawy w stan spoczynku NIE MA przy tym jednak charakteru bezwzględnego, bo na wniosek tego sędziego można mu PRZEDŁUŻYĆ jeszcze o kilka lat czas wykonyw. funkcji sędziowskiej. Takie wnioski do KRS są dość częste”.

– „Art. 3 ustawy o statusie sędziego TK odsyła do „wymagań stawianych sędziemu SN lub NSA”. A do nich pośrednio należy też górna granica wieku sędziego SN lub NSA czyli 65 lat (art. 37 ustawy o SN). Ergo: dotyczy też górnej granicy wieku, do którego można zostać sędzią TK. Inaczej można by powołać do TK staruszka w wieku 90 lat na 9 letnią kadencję. Co zdaje się, że bardzo Pani Profesor podkreślała, gdy były procedowanie zmiany w SN, że powinno dać się szanse młodszym, bo ci bardziej wiekowi to nazbyt geriatryczni umysłowo” – odpisał Pawłowicz prawnik Tomasz Krawczyk.

Dominika Długosz z „Newsweeka” przypomniała wypowiedzi Pawłowicz sprzed dwóch lat: – „Za starzy sędziowie są niebezpieczni dla systemu prawnego. To nie jest już wiek… cierpi się na różnego rodzaju żylaki, choroby, zaburzenia krążenia, jakieś zmiany charakterologiczne… To wymaga już odpoczynku, wzięcia się za ogródek… Krystyna Pawłowicz, 2017”.

– „Hipokryzja postępująca”; – Łoj-tam, łoj-tam! Przecież poprawki do ustaw to dla was pikuś. Nie tylko ten przepis „nie ma CHARAKTERU”; – „Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy to jest zły uczynek. Dobry, to jak Kali zabrać komuś krowy.” Tyle warte te pani wyjaśnienia, co deklaracja o zawieszeniu konta”; – „Punkt widzenia od punktu siedzenia… Szczyt hipokryzji w pani wykonaniu” – komentowali wpisy Pawłowicz internauci.

Pacjenci, umierajcie! Rzecze PiS i jego guru Kaczyński

OKO.press

Więcej >>>

Operacja „Grodzki”, czyli 500 plus (dolarów) i inne hejty. „Szczecińska Pawłowicz” sfałszowana przez TVP

Wbrew propagandzie TVP szczecińska biolożka prof. Popiela nie twierdziła na FB, że w 1998 roku dała łapówkę prof. Grodzkiemu. Co więcej, szybko łagodziła swoje wpisy. Ale Radio Publiczne robi fejkową infografikę, a „Wiadomości” TVP orwellowski materiał. Czemu ten Grodzki taki groźny? OKO.press analizuje, co zostało w sieci i to, co z niej zniknęło

Więcej >>>

Po zapowiedzi ministra obrony narodowej Mariusza Błaszczaka, że złoży zawiadomienie na Lotną Brygadę Opozycji po happpeningu z tekturowym czołgiem, działacze postanowili mu „pomóc”. Stawili się więc w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie, gotowi do odbycia „kary”.

Ubrani w pasiaki przynieśli „dowody zbrodni”. – „Tu jest corpus, a tu jest delicti” – powiedział jeden z brygadzistów, pokazując korpus czołgu i jego lufę. – „Proszę wyjść z tym przedmiotem!” – zakrzyknął strażnik.

Niewiele zdziałali w prokuraturze, choć prosili: – „Pan dzwoni do Błaszczaka” i „Przykujcie nas chociaż do stojaków na rowery na 5 minut”.

Poszli więc do Kancelarii Prezydenta, która mieści się nieopodal Sejmu przy Wiejskiej. Uznali, że skoro Andrzej Duda ułaskawił Mariusza Kamińskiego, zanim zapadł prawomocny wyrok sądu, to może zrobić to samo w ich przypadku. Tutaj jednak nie znaleźli „Duda pomocy”…

Znaleźli za to uznanie w sieci. – „Uśmiech i humor to oznaka zwycięstwa na głupotą polityków. W tekturowym państwie, to i corpus delicti z tektury”; – „Biedne ciecie, pewnie się modlą, abyście na ich zmianie nie wpadli”; – „Dawno się tak nie uśmiałem, mój typ poczucia humoru, delikatnie absurdalny i cholernie inteligentny. Szacunek, szkoda tylko, że Mariusz do usranej śmierci tego nie zrozumie” – komentowali internauci.

Depeszę o tym, jak Telewizja Polska zrelacjonowała wizytę „pierwszego Polaka w USA bez wizy” nadała czołowa agencja informacyjna Associated Press, a podały ją dalej m.in. „The Washington Post”, czy „The New York Times”. AP odnotowała, że materiał został wyśmiany. O sprawie pisze Gazeta.pl.

AP zauważa, że relacja w Polsce została wyśmiania, gdy widzowie zorientowali się, że podróżnym był pracownik stacji oraz były polityk PiS. Agencja pisała także, że TVP jest wykorzystywana przez partię rządzącą do „trąbienia o sukcesach”.

Materiał „Wiadomości” TVP1. Dziennikarze zarzucają ustawkę

Dziennikarze i użytkownicy Twittera po emisji materiału w „Wiadomościach” zarzucili TVP ustawkę. Dyrektor TAI Jarosław Olechowski zapewniał w tym serwisie społecznościowym, że lot pierwszego Polaka bez wizy do Stanów Zjednoczonych pokazany w „Wiadomościach” nią nie był. „Red. Bakalarski przeszedł standardową procedurę ESTA jak każdy podróżny. Materiał miał charakter poradnikowy, pokazujący co należy zrobić, żeby polecieć do USA bez wizy” – poinformował Olechowski.

Czytaj więcej o całej sprawie

Pan były marszałek czuje się bardzo rozgoryczony, wręcz skrzywdzony tą wielką niesprawiedliwością, jaka go spotkała.

Ależ gorący tydzień za nami. Zaprzysiężenie nowych posłów, lekki demakijaż rządu, rozpaczliwe poszukiwanie kasy, co już owocuje nowymi pomysłami, ile i jak ją z nas wyciągnąć. Dla mnie jednak „bohaterem” ostatnich dni jest Stanisław Karczewski i jego walka o jego Senat. To najbardziej tragiczna postać, pełna smutku i rozżalenia. Biedaczek, który zupełnie nie potrafi odnaleźć się w nowych realiach.

Zacznijmy jednak od początku. 13 października odbyły się wybory do parlamentu. Oczywiście Zjednoczona Prawica wygrała Sejm, co nie było żadnym zaskoczeniem. Wprawdzie okazało się, że PiS jest teraz bardziej uzależnione od swoich sojuszników, bo bez nich nie ma większości, że ogólnie na partie opozycyjne głosowało w sumie więcej Polaków niż Zjednoczoną Prawicę, że prezes nie krył rozczarowania, bo miał nadzieję, że zwycięstwo to będzie druzgoczące i opozycja na wieki wieków zostanie wyeliminowana, ale co tam. Wygrana to wygrana. Gorzej, gdy doszło do podsumowania wyników głosowania na senatorów i tutaj PiS poległo. To było jak uderzenie w policzek, zniewaga, nad którą ciężko przejść do porządku dziennego.

Najpierw zapadła cisza. Trzeba było ogarnąć temat i zastanowić się, co dalej. Najlepszym pomysłem okazał się ten, który już niejeden raz wspomógł prezesa i jego kolesi, czyli… przekupstwo. Sam Karczewski nie krył, że wszystko możliwe, bo przecież „nigdy nie było takiej sytuacji, że senatorowie, którzy rozpoczęli kadencję, w takich samych konfiguracjach politycznych tę kadencję kończyli”.

Ruszyła więc pisowska brać do boju, wierząc, że znajdzie kilku senatorów, którzy przejdą na ich stronę mocy, a tu klapa. Nie pomogły obietnice świetlanej przyszłości, nie pomogło zastraszanie. Senatorowie opozycyjni i niezależni zaparli się i koniec. Dla PiS-u to sytuacja nie do ogarnięcia, bo jak to. Przecież ta partia jest mistrzem w kupowaniu poparcia, a tu taka porażka. Ciężko to było przegryźć, tym bardziej, że zgłoszone protesty wyborcze, dotyczące nieprawidłowości w wyborze senatorów, też zostały odrzucone.

Fakt stał się faktem. PiS stracił Senat i choć na uszach stawał, nie udało się tego zmienić. No i tu wyskakuje nam ten biedak, pan Karczewski. Do końca, do ostatniej chwili był przekonany, że uda mu się zatrzymać stanowisko marszałka Senatu, bo przecież był takim wspaniałym marszałkiem. Jak mówił, „debaty wokół spraw nawet najbardziej dyskusyjnych, problematycznych, kontrowersyjnych, toczyły się do późnych godzin nocnych, nigdy nie ograniczałem możliwości wypowiadania się senatorów opozycji, mieli sytuację wręcz komfortową w Senacie. Moje drzwi były, są i będą otwarte dla wszystkich senatorów”, a tak w ogóle jego kadencja „była udaną kadencją. Myślę, że panowałem nad emocjami senatorów, potrafiłem prowadzić obrady, ale przede wszystkim prowadzić sprawy, za które odpowiedzialny jest Senat”.

Naprawdę nie wiem, czy to zaklinanie rzeczywistości czy też początki demencji, bo zupełnie inaczej pamiętam rządy marszałka Karczewskiego. Wyrzucenie flagi unijnej, skracanie czasu wypowiedzi, wyłączanie mikrofonów, nocne obrady, bezkrytyczne przyjmowanie każdej ustawy Zjednoczonej Prawicy, nawet tej, pełnej błędów i potem wielokrotnie poprawianej. Zapomniał o tym?

Teraz pan były marszałek czuje się bardzo rozgoryczony, wręcz skrzywdzony tą wielką niesprawiedliwością, jaka go spotkała. Walkę o fotel marszałka Senatu przegrał z profesorem Grodzkim i ależ ta porażka boli. Żegnaj luksusowy apartamencie w jednej z willi rządowych. Żegnaj cateringu i usługi prania oraz sprzątania w gratisie. Żegnajcie loty z rodzinką… I co teraz z tym pięknym portretem Karczewskiego, który był niezbędny „dla dobrego funkcjonowania państwa”? Pewnie zabierze do domu, powiesi w salonie i będzie się przed nim modlił o rychły upadek Senatu, który w obecnym składzie do niczego prezesowi i partii się nie przyda.

Jestem jednak przekonana, że nieraz usłyszymy jeszcze o panu Karczewskim. Już dzisiaj wieszczy on, że Senat nowej kadencji zamieni się w „izbę politycznych awantur”, bo przecież inaczej być nie może, a on sam będzie krytycznie patrzył na ręce nowego marszałka i ostro go punktował. Upokorzony i nieszczęśliwy pan Karczewski dzisiaj przywdziewa zbroję don Kichota i rusza na samotną walkę. On kontra senatorowie, którzy nie dali się przekupić. On i jego wiara, że wszystko jeszcze może się zmienić i powróci do koryta w blasku chwały i sławy. On silny, niezłomny, oddany prezesowi i pisowskiej Polsce nie odpuści. Jeszcze pokaże wszystkim, kto tu rządzi…

– Musimy teraz wybrać kandydata na prezydenta, potem czekają nas wybory szefa partii, a na końcu – wybory szefów regionów – mówił w sobotę w Swarzędzu przewodniczący PO Grzegorz Schetyna. Na spotkanie z działaczami przyjechał z prawdopodobną kandydatką partii na prezydenta RP Małgorzatą Kidawą-Błońską.

Więcej >>>

 

Duda, Macierewicz, Jędraszewski, Ziobro – pisowska groteska grozy

8 List

Posłowie KO zaapelowali do prezydenta, aby ten zmienił swoją decyzję i wyznaczył kogoś innego na stanowisko marszałka seniora niż Antoniego Macierewicza. – Wierzę w to, że prezydent Duda, kierując się zgodą w Sejmie i odpowiedzialnością za polską demokrację, tę decyzję zmieni – tłumaczył wiceprzewodniczący PO Tomasz Siemoniak. Podobne pismo do prezydenta złożyła też Lewica.

Jest czas na zmianę decyzji

Posłowie Koalicji Obywatelskiej wysłali do prezydenta specjalne pismo w sprawie Antoniego Macierewicza, który ma w nowym Sejmie pełnić rolę marszałka seniora.

– Ma pan kolejny raz szansę być prezydentem nie tylko jednej partii, ale wszystkich Polaków. Do tego wymagana jest zmiana tej decyzji. Nie może być tak, że człowiek, który w ostatnich latach szkodzi polskiej racji stanu, jest nominowany na takie stanowisko – mówił Marcin Kerwiński.

Wiele powodów, aby decyzję zmienić

W obszernym, 3-stronicowym piśmie posłowie opozycji argumentują, dlaczego były szef MON nie powinien piastować tej funkcji.

Posłowie przypominają w nim niejasne powiązania Antoniego Macierewicza z obcymi służbami, miliony wydane na komisję smoleńską i budowanie kapitału politycznego na kłamstwie smoleńskim, a także demolowanie polskiej armii.

– Antoni Macierewicz kłamał z mównicy sejmowej o rzekomych “mistralach za dolara”, a teraz kilka metrów dalej ma otwierać uroczyście pierwsze posiedzenie Sejmu jako marszałek senior. To zła decyzja i żadne zasługi Macierewicza, wokół których i tak są kontrowersje, tego nie usprawiedliwią – tłumaczył Tomasz Siemoniak.

Politycy przypomnieli, że jako szef MON chciał zdegradować major zasłużoną na misjach w Afganistanie. Oskarżył kłamliwie o szpiegostwo byłych szefów SKW, a prezydenckiego generała Kraszewskiego wręcz “niszczył”. To m.in. ten konflikt doprowadził to tego, że prezydent wypowiedział się, że Antoni Macierewicz używa “ubeckich metod”.

– Prezydent zaprzecza swojej ocenie i podejmuje fatalną decyzję dla polskiego parlamentaryzmu. Prosimy, apelujemy i wzywamy do zmiany tej decyzji. Jest jeszcze czas, są godne osoby w Sejmie do tego, aby sprawować funkcję marszałka seniora – komentuje Tomasz Siemoniak.

Upokorzenie Sejmu

– To decyzja, która obraża nas wszystkich – komentuje wybór na marszałka seniora Antoniego Macierewicza Joanna Kluzik-Rostkowska. – Ta decyzja to próba upokorzenia Sejmu i posłów i tej znaczącej części opinii publicznej, która ma wyrobione zdanie o Macierewiczu – mówił także Tomasz Siemoniak. – Wierzę w to, że prezydent Duda, kierując się zgodą w Sejmie i odpowiedzialnością za polską demokrację, decyzję zmieni – dodaje.

Podobne pismo do prezydenta złożyła też Lewica.

Macierewicz to hańba – więcej >>>

„237 osób na 100 tys. umarło z powodu raka w 2017 w Polsce. To jeden z najwyższych wskaźników wśród krajów OECD, dla których średnia wyniosła 201 osób” – poinformowała na Twitterze Alicja Defratyka z ciekaweliczby.pl.

A tak do podanych przez Defratykę informacji odniósł się były wiceminister zdrowia w rządzie PiS: – „Szanowna Pani. Na coś ludzie muszą umierać. Jeśli nie umierają na choroby serca to będą umierać na raka. Sukces polskiej kardiologii musi się przełożyć na pogorszenie surowego współczynnika umieralności w onkologii. Potrzeba standaryzowanych współczynników umieralności” – napisał Krzysztof Łanda. W latach 2015-2017 był on podsekretarzem stanu w Ministerstwie Zdrowia.

„Czy mamy się cieszyć, że umieralność na raka wzrosła, bo umieralność na choroby serca spadła? Czy według Pana mamy się cieszyć, że w innych krajach ten wskaźnik spada, a w Polsce rośnie?” – zapytała Łandę Defratyka.

Ale nie tylko ją oburzył wpis byłego wiceministra zdrowia. – „Czy Pan przeczytał to, co napisał? Choć raz?”; – „Wypowiedź w stylu „żywność zdrożała, ale za to lokomotywy staniały”!”; – „To jeżeli pan kiedyś (czego nie życzę), zachoruje na raka, może się pan na łożu śmierci pocieszać, że za to sąsiad z zawałem przeżyje”; – „Szanowny Panie” gdyby ludzie umierali na głupotę to w PiS nie miałby kto rządzić!”; – „Co za chamskie odzywki. Nic dziwnego, że polska służba zdrowia jest najgorsza w UE skoro odpowiedzialni za nią potrafią tylko bezczelnie pyskować”.

Jeden z internautów w odpowiedzi Łandzie napisał o swojej sytuacji rodzinnej: – „Na chemioterapii dziennej Onkologii Szpitala MSWiA w Wa-wie zostało 2 lekarzy! Przerwali chorym chemioterapię. Za 2 tygodnie mają pytać, kiedy będzie wznowiona. Wiem, bo moja mama też czeka. Nowych pacjentów się nie rejestruje. Mogą umierać!”.

Z wielką pompą na Zamku Królewskim w Warszawie wręczane były nagrody prawicowego tygodnika „Do Rzeczy” „Strażnik pamięci 2019”. Podczas uroczystości przyznano także nagrodę specjalną Instytutu Współpracy Polsko-Węgierskiej im. Wacława Felczaka „Strażnik Wartości”. Otrzymał ją arcybiskup Marek Jędraszewski.

Laudację ku czci metropolity krakowskiego wygłosił dyrektor tego Instytutu Maciej Szymanowski. – „Takim kurierem z Krakowa, posłańcem, a zarazem strażnikiem wartości, jest także nasz laureat, którego wygłoszone w rocznicę Powstania Warszawskiego słowa sprzeciwu wobec destrukcyjnych względem człowieka, rodziny i rodziny rodzin – czyli narodu pseudo-prawd, zabłysnęły w tym roku niczym światło latarni morskiej” – powiedział Szymanowski. Chodzi o skandaliczne słowa metropolity krakowskiego: „Abp Jędraszewski znów bulwersuje – mówi o „nowej zarazie”: już nie czerwonej, a tęczowej”.

Na gali na Zamku w pierwszych rzędach zasiedli m.in. Mateusz Morawiecki, Piotr Gliński, Ryszard Terlecki, Zbigniew Ziobro. Uroczystość została objęta patronatem narodowym (!?) przez Andrzeja Dudę.

„W następnym odcinku naszej bajki: pani prof. Krystyna Pawłowicz i pan prof. Piotr Gliński dostają ex aequo nagrodę „Strażnika/strażniczki kultury”; – „Nagroda za tuszowanie skandali. Obrzydliwość”; – „Strażnik Wartości abp Paetza?”; – „Strażnik Szczucia, Obłudy i Nienawiści. Takich w Polsce PiS się nagradza” – komentowali oburzeni internauci.

A nowo mianowany „Strażnik Wartości” w wieczornym wywiadzie dla Telewizji Republika powtórzył swoje słowa o „tęczowej zarazie”. – „Fikcyjna ideologia przeczy wizji urojonego bytu – taki sens mają słowa hierarchy, który znów powtarza nawiązujący do repertuaru nazistów refren o „tęczowej zarazie”. Być może wierzy, że powtórzony tysiąc razy objawi prawdę – w to również wierzyli naziści” – podsumował jeden z internautów.

Coraz głośniej mówi się o narastającym konflikcie między Zbigniewem Ziobro a Mateuszem Morawieckim. Obaj panowie zdecydowanie za sobą nie przepadają i jak informują media, premier stara się za wszelką cenę powstrzymać zapędy Ziobry do kontrolowania jak największej liczby spółek skarbu państwa.

Ostatnio też słyszymy o tym, że Ziobro wynegocjował przejęcie przez Solidarną Polskę dodatkowego ministerstwa. Ma je objąć bliski współpracownik ministra i prokuratora w jednym, 28-letni Michał Woś.

Możliwe, że to właśnie jest powodem, dla którego Zbigniew Ziobro unika posiedzeń rządu. We wrześniu opuścił dwa spotkania, w październiku cztery i na tym ostatnim, 6 listopada, również go nie było. Ministra sprawiedliwości reprezentuje jego wiceminister i uważa on, że to nic dziwnego, bo pan minister – jak twierdzi Sebastian Kaleta – jest na bieżąco „o wszystkim poinformowany i jest w bieżącym kontakcie z premierem, jak i innymi ministrami”, a że nie przychodzi na posiedzenia rządu? No cóż, nie ma czasu, bo jako prokurator generalny ma mnóstwo zajęć, niecierpiących zwłoki.

Wiceminister Kaleta zapomniał dodać, że mimo licznych obowiązków, Ziobro znalazł czas, by aktywnie prowadzić własną kampanię wyborczą i gościć, ile się da, w siedzibie Prawa i Sprawiedliwości, gdzie walczył o stołki dla swoich ludzi.

Ewidentnie więc widać, że to nie kwestia braku czasu, ale jednak chyba właśnie ta wzajemna niechęć. Czy ta wojenka osłabi PiS? Podejrzewam, że nie, bo w odpowiednim momencie, panowie zjednoczą siły, byle tylko utrzymać się przy władzy i dalej razem demolować Polskę.

Chyba nie ma już powodu, by zajmować się składem TK (Trybunałem Kaczyńskiego), chyba że kogoś interesują najnowsze „odkrycia towarzyskie” pana prezesa.

Słychać wycie? Owszem, słychać. Ale to niekoniecznie znakomicie. Bo protesty podniosły się nie tylko w okopach opozycji. Decyzja o nominacjach partii pana prezesa do TK nie spodobała się nie tylko „totalsom”. Wzbudziła też ponoć spore kontrowersje w „Dużym Pałacu”. No i Jarosław Gowin, jeśli ją nawet poprze, bo nie ma zbyt wielkiego wyboru, to cieszył się raczej nie będzie. Ba, pomysł, że na straży Konstytucji mają stanąć Stanisław Piotrowicz i Krystyna Pawłowicz skonsternował również część… wyborców PiS-u. Ma on poparcie zaledwie jednej trzeciej głosujących na „dobrą zmianę”. Okazuje się, że nawet Pięćset Plus to dla części z nich za mało, jak na Trybunał dla pana Staszka oraz pani Krysi…

No, ale z drugiej strony, zrozumcie prezesa. Przecież państwo P&P to żywe symbole rewolucji moralnej, jaka dokonuje się właśnie między Odrą a Bugiem. Trudno o bardziej oczywiste wzorce osobowe „dobrej zmiany”, co zresztą pięknie zaprezentowano w uzasadnieniu tych szczególnych nominacji.

To osoby, które – jak podsumował to sam pan Stanisław – mają „piękną przeszłość”, on w peerelowskiej prokuraturze, a ona przy Okrągłym Stole. Mają też nieocenione zasługi w utrwalaniu władztwa PiS w wymiarze sprawiedliwości i pacyfikacji opozycji („Cicho! Teraz ja mówię!”). Nikt nie potrafił tak skutecznie przeciwstawiać się atakom lewactwa w komisji sprawiedliwości, jak pan Stanisław właśnie, ani pacyfikować „myszek-agresorek”, jak pani Krystyna.

Ale nie tylko te merytoryczne talenty zdecydowały – zapewne – o wyborze nominatów. Znalazłoby się przecież kilku profesorów prawa z większym dorobkiem i budzących mniej – delikatnie mówiąc – kontrowersji. Niemniej w aktualnym Trybunale obok kompetencji liczą się też inne przymioty, w tym wyrobione gusty kulinarne oraz umiejętność eleganckiej i dyskretnej konsumpcji sałatek z tuńczykiem na sali rozpraw, w czym nikt nie sprosta przecież pani Pawłowicz. Tymczasem nie wiadomo wprawdzie, jaki dorobek naukowy ma za sobą pani prezes Julia, ale wiadomo za to, że świetnie gotuje…

Ważna jest także odporność nominatów na takie lewackie wynalazki, jak fakty, logika i racjonalna argumentacja, a też ich naturalna umiejętność recytacji z pamięci partyjnego „przekazu dnia” tonem nieznoszącym wątpliwości ani sprzeciwu, tak charakterystycznym dla przodowników „dobrej zmiany”. Nie bez znaczenia jest też zapewne ironiczno-pogardliwy grymas, jaki w niewymuszony sposób pojawia się na twarzach prawdziwych patriotów (w tym także państwa P&P) w relacjach z lewactwem. Ale najważniejsza jest lojalność w stosunku do partii, a w szczególności jej prezesa. Tej zaś obojgu nominatom nie można wszak odmówić. Bo przecież, jak ujęła to sama pani Krystyna – „Konstytucja jest martwa”, w przeciwieństwie do interesów PiS.

Dlaczego to ważne? Cóż – łaska suwerena na pstrym koniu jeździ, więc nigdy nie wiadomo, kiedy partii aktualnie rządzącej przyda się absolutna przychylność Trybunału. Była posłanka Pawłowicz ma już zresztą za sobą dowód lojalności w postaci głosowania za wnioskiem, który sama uznała za niekonstytucyjny. Była jednak „za”, bo „takie były partyjne uzgodnienia”. Czyż trzeba lepszego przykładu jej bezstronności i obiektywizmu?

Prokurator Piotrowicz jako niedościgły wzór praworządności dał się z kolei poznać, firmując tak zwaną reformę sądownictwa. Był w tym lepszy nawet od samego ministra Ziobry, więc taki talent nie mógł pozostać niezauważony, a zasługi – nienagrodzone.

No i jest jeszcze coś. Praca w Trybunale to praca zespołowa. Nowi sędziowie nie powinni zatem za bardzo odstawać od reszty nominatów partii aktualnie rządzącej, co – zważywszy na dotychczasowe awanse – nie było łatwe. Wypada więc zrozumieć pana prezesa, który musiał znaleźć aż trójkę chętnych do orzekania pod kierownictwem aktualnej szefowej Trybunału i jej zastępcy. Dobrze, że zgłosili się sami, bo inaczej trzeba by chyba urządzać łapankę pod jakąś prokuraturą rejonową na Podkarpaciu.

Inna sprawa, że w tej chwili nie ma już żadnego powodu, by zajmować się składem TK (Trybunałem Kaczyńskiego). No, chyba że kogoś interesują najnowsze „odkrycia towarzyskie” pana prezesa.

Kaczyński chce, aby Polska zdechła razem z nim. Psychologia, nie tylko inżynieria społeczna

7 List

„Jarosław Kaczyński lubi oglądać rodeo i takie rodeo zrobił w Polsce: Macierewicz w Sejmie, a Pawłowicz i Piotrowicz w TK. Pani Pawłowicz jest czynnym, frontowym politykiem i przez ostatnie 4 lata pokazywała nam, jaki ma stosunek do prawa, obywateli, Konstytucji czy koleżanek i kolegów z Sejmu” – powiedział europoseł PO Bartosz Arłukowicz w TVN24.

Według Arłukowicza na tym ma polegać zapowiedziana przez prezesa PiS wymiana elit. – „To jest elita zbudowana przez Jarosława Kaczyńskiego: p. poseł Pawłowicz, wypowiadająca różne straszne słowa, Piotrowicz, prokurator PRL w TK, wcześniej dewastujący polski system prawny i Macierewicz, który skłócił miliony Polaków” – stwierdził.

Przewiduje, że Jarosław Gowin i inni posłowie jego ugrupowania poprą kandydatury Pawłowicz i Piotrowicza do TK. – „Pan Jarosław Gowin wielokrotnie pokazał nam wszystkim, że jest człowiekiem, który z całą pewnością może trafić do podręczników ortopedii, gdyż tak ma giętki kręgosłup. Najpierw mówi, że coś mu się nie podoba, a potem grzecznie to akceptuje” – stwierdził Arłukowicz.

Europoseł PO uważa, że „Kaczyński odczuwa perwersyjną satysfakcję z drwienia z Polaków”. – „Szef wielkiej partii, wielkiego obozu politycznego w sposób świadomy niszczy struktury państwa” – podkreślił Arłukowicz.

Pawłowicz i Piotrowicza próbował nieudolnie bronić europoseł PiS Ryszard Czarnecki, który też był gościem w TVN24. Np. nazywanie przez Pawłowicz flagi unijnej szmatą czy jej inne skandaliczne słowa i zachowania w Sejmie Czarnecki nazwał „wypowiedziami politycznymi, które można oceniać różnie”…

„Dziękuję wszystkim, którzy rozumieją moją decyzję, przepraszam wszystkich nią zawiedzionych. Mnie też jest trochę smutno, ale od emocji i własnej ambicji ważniejsze są odpowiedzialność i uczciwa ocena sytuacji” – napisał na Twitterze Donald Tusk.

To pierwszy komentarz przewodniczącego Rady Europejskiej po ogłoszeniu przez niego decyzji o niekandydowaniu w nadchodzących wyborach prezydenckich w Polsce.

Na tweet Tuska natychmiast zareagowali internauci. – „Z bólem serca to piszę, ale rozumiem Pana decyzję. Proszę chociaż podpowiedzieć KO kogo powinni zaproponować na kandydata do wyborów prezydenckich. To musi być dynamiczna, energiczna osoba, która przyciągnie młody elektorat!”; – „Rozumiem, choć jestem zawiedziony. Nie widać nikogo, kto z równym powodzeniem mógłby stanąć w szranki i wygrać..”; – „Ja zasadniczo Pana Premiera rozumiem, ale dopóki ma Pan wpływ na swoich kolegów może Pan Im wyjaśnić, ze czas się wziąć do roboty i czym to grozi? Będę wdzięczny – bo czuję się rozczarowany ugrupowaniem, na które oddałem głos, a które jest Panu bliskie”; – „Dziękuję za rozwagę w działaniu i uczciwe postawienie sprawy”.

„Słusznie. Chociaż w pewnym sensie szkoda. Mógł Pan zrobić w debacie „komisję Horały bis”…. Zacierałem ręce” – napisał jeden z internautów. Chodzi oczywiście o kompromitujące wpadki posła PiS w trakcie przesłuchania Donalda Tuska przed sejmową komisją śledczą ds. VAT.

„Wolne media są fundamentem demokracji i praworządności, dlatego trzeba szczególnie chronić dziennikarzy” – to konkluzja z wysłuchania o wolności mediów i swobody wypowiedzi w UE. Odbyło się ono w komisji wolności obywatelskich Parlamentu Europejskiego w Brukseli.

Podczas spotkania poruszono wątki dotyczące sytuacji w naszym kraju. – „W Polsce Tomasz Piątek ujawnił informacje na temat powiązań ministerstwa obrony z mafią rosyjską. Są też inne dochodzenia wobec dziennikarzy, którzy zajmowali się kwestią wątpliwych inwestycji Jarosława Kaczyńskiego w projekty nieruchomościowe” – powiedziała Julie Majerczak, szefowa brukselskiego biura organizacji Reporterzy bez Granic.

Europosłanka PO Magdalena Adamowicz stwierdziła, że w Polsce istnieje problem z wolnością mediów. – „Dziennikarze, którzy znajdują i odkrywają różne afery dokonywane przez polityków i kolegów polityków partii rządzącej, niestety bardzo często są prześladowani, ograniczana jest ich wolność” – mówiła. Adamowicz dodała, że w Parlamencie Europejskim trzeba znaleźć odpowiedź  na pytanie, co zrobić, by chronić wolne media, wolność słowa, a jednocześnie nie ulegać mowie nienawiści i dezinformacji.

Dziennikarz śledczy z Węgier Peter Erdelyi mówił o sytuacji w jego kraju pod rządami Wiktora Orbana. – „Władze ograniczają dziennikarzom swobodę poruszania się po parlamencie, maile wysłane posłom rządzącej partii Fidesz są ignorowane, a niezależni dziennikarze nie mają szans na rozmowy z przedstawicielami rządu. Walka z niezależnymi mediami oznacza budowanie własnego imperium medialnego przez rząd. Prorządowa machina jest wykorzystywana do krytyki antyrządowych protestów” – powiedział Erdelyi.

Podczas wysłuchania była też mowa o zabójstwach dziennikarzy na Malcie, Słowacji i w Bułgarii. – „Zostali zabici, ponieważ pracowali nad dochodzeniami dotyczącymi korupcji” – przypomniała Julie Majerczak. Dodała, że we Włoszech dziennikarze muszą być chronieni przez policję.

„Trzeba walczyć z językiem nienawiści i chronić dziennikarzy. Media to kamień węgielny naszych społeczeństw. To podstawowa reguła praworządności” – podsumowała europosłanka z Malty Roberta Metsola.

O jedną niewiadomą mniej. Czas zatem na decyzję PO i jej władz. Już wiemy, że rycerz na białym koniu nie przyjedzie. Koń chyba zresztą też nie – mówi o decyzji rezygnacji Donalda Tuska prof. Marek Migalski, politolog. Nie tylko o wyborach prezydenckich, ale też o wyborze Macierewicza na marszałka seniora i ostatnich nominacjach PiS-u do TK. – Może to oznacza, że Jarosław Kaczyński dopuszcza możliwość, że Andrzej Duda nie wygra wyborów. Być może Kaczyński zakłada, że po maju dyskomfort rządzenia PiS może spaść, bo w Pałacu Prezydenckim może się znaleźć kandydat opozycji. Dlatego z przejmowaniem do końca takich instytucji jak TK trzeba się śpieszyć – mówi.

JUSTYNA KOĆ: Donald Tusk nie wystartuje w wyborach prezydenckich. To dobra decyzja?

MAREK MIGALSKI: O jedną niewiadomą mniej. Czas zatem na decyzję PO i jej władz. Już wiemy, że rycerz na białym koniu nie przyjedzie. Koń chyba zresztą też nie. A tak serio to bardzo rozsądna decyzja. Przy tak ogromnym elektoracie negatywnym pokonanie najpopularniejszego obecnie polityka w Polsce, jakim jest Andrzej Duda, byłoby bardzo ciężkie.

Prezydent Andrzej Duda powierzył Antoniemu Macierewiczowi prestiżową misję marszałka seniora Sejmu. Jest pan zaskoczony?
Ta decyzja musiała zostać wymuszona na prezydencie, bo oczywiście nie on ją podjął, tylko Jarosław Kaczyński.

PREZYDENT MIAŁ FATALNE RELACJE Z MACIEREWICZEM, WYSTARCZY PRZYPOMNIEĆ, CO SIĘ DZIAŁO, GDY BYŁ MINISTREM OBRONY NARODOWEJ. ZASTANAWIA MNIE TYLKO, CZY JAROSŁAW KACZYŃSKI NIE CHCE PORAŻKI ANDRZEJA DUDY W WYBORACH MAJOWYCH, BO TYM RUCHEM ODCINA GO OD WYBORCZEGO CENTRUM.

Zresztą podobnie jak wystawienie Stanisława Piotrowicza i Krystyny Pawłowicz na sędziów do TK.

No właśnie. Co możemy wyczytać z tych nominacji?
To może oznaczać, że Jarosław Kaczyński po 2 tygodniach wahań, w którą stronę pójść w ciągu najbliższego pół roku, a może i 4 lat, wybrał jednak prawą stronę. Bedzie tak samo jak było, tylko że bardziej. To z kolei oznacza, że większym zagrożeniem jest według niego pojawienie się Konfederacji w parlamencie. To uderzenie w jego modus operandi – po prawej stronie nic nie może istnieć, czy to była LPR, czy właśnie narodowcy, on starał się anihilować te podmioty.

Jedna z teorii mówi, że jeżeli rządzący chcą zrobić coś kontrowersyjnego, to najlepszy czas jest właśnie po wyborach, ale my właśnie wkraczamy w kampanię prezydencką. Ciężko o lepszy prezent dla opozycji, niż zdjęcie obecnego prezydenta zaprzysięgającego Stanisława Piotrowicza, prokuratora stanu wojennego.
To prawda i dopuszczałem możliwość, że przez pół roku PiS będzie udawać normalną partię. Koncepcja, o której pani mówi, czyli Miltona Friedmana, zakłada, że najlepiej przeprowadzać trudne reformy zaraz po wyborach, bo później słabnie entuzjazm i dynamika. Rzeczywiście wydawało się, że majowe wybory złamią tę zasadę i PiS będzie udawać normalną partię po to, aby prezydent Andrzej Duda mógł udawać normalnego prezydenta. Okazało się, że jednak nie i sądzę, że to zdjęcie z nowymi sędziami TK – z Piotrowiczem po lewej stronie i panią Pawłowicz po prawej – może być druzgocące dla prezydenta. A może to oznacza, że Jarosław

KACZYŃSKI DOPUSZCZA MOŻLIWOŚĆ, ŻE ANDRZEJ DUDA NIE WYGRA WYBORÓW.

Być może Kaczyński zakłada, że po maju dyskomfort rządzenia PiS może spaść, bo w Pałacu Prezydenckim może się znaleźć kandydat opozycji. Dlatego z przejmowaniem do końca takich instytucji jak TK trzeba się śpieszyć.

Ale dlaczego takie nominacje? Na pewno w znalazłoby się kilku innych wiernych a mniej kontrowersyjnych kandydatów.
Może tak, a może ta ławka jest tak krótka, że Jarosława Kaczyński miałby jednak kłopot. Może też chce w ten sposób obsłużyć prawicowy elektorat, a może po prostu im to obiecał. Nie doceniamy faktu, że prezes potrafi zachowywać się lojalnie. Przecież nie da się inaczej wytłumaczyć niektórych karier politycznych, np. marszałka Kuchcińskiego, panów Krasulskiego czy Jasińskiego. Może ten najbardziej banalny powód jest prawdziwy. My próbujemy jakoś zracjonalizować tę decyzję, a być może tu zadziałały względy czysto osobiste. Przyznam, że nie czuję, aby moja odpowiedź była w pełni satysfakcjonująca dla czytelników – mnie też nie satysfakcjonuje – ale tę decyzję trudno racjonalnie zrozumieć.

A kandydatura Elżbiety Chojny-Duch? To nagroda na zeznania na komisji VAT-owskiej?
Nie znam tej pani, ale wszystko na to wskazuje.

Ale dlaczego nie stanowisko w spółce Skarbu Państwa, tylko w TK?
Być może pani Elżbieta Chojna-Duch uznała, że spółka Skarbu Państwa zapewnia jej tylko pieniądze, a tutaj jeszcze będzie mieć prestiż i 9 lat spokoju. Może chodzi o to, że chce być nie tylko bogata, ale i szanowana, chociaż ten drugi element nie zostanie spełniony przynajmniej przez połowę społeczeństwa.

Władysław Kosiniak-Kamysz ogłosił, że wystartuje w wyborach prezydenckich. Twierdzi się, że jest jedynym, który może odebrać głosy Andrzejowi Dudzie. To prawda?
Moim zdaniem tylko ktoś taki jak Władysław Kosiniak-Kamysz może pokonać Andrzeja Dudę. Ktoś o podobnym profilu ideologicznym, podobnej zdolności zyskiwania sympatii, podobnej koncyliacyjności nawet wobec osób, które mają inne poglądy polityczne. Tyle tylko, że

TO MUSI BYĆ KTOŚ TAKI JAK WŁADYSŁAW KOSINIAK-KAMYSZ, A NIE SAM WŁADYSŁAW KOSINIAK-KAMYSZ.

Dlaczego?
Najpoważniejszą jego wadą jest to, że jest prezesem PSL. Jakkolwiek byłyby przeprowadzone prawybory – i nawet jeśli wygrałby w nich – to trudno sobie wyobrazić, żeby działacze PO, która dostała ponad 3 razy więcej niż PSL, przeznaczyli swój czas i pieniądze na promowanie prezesa konkurencyjnej partii. Tak samo jak nie wyobrażam sobie, aby działacze Lewicy, która uzyskała lepszy wynik niż PSL, pracowali na szefa ludowców. Polityka ma swoje wymogi i jednym z nich jest to, że partie polityczne w wyborach prezydenckich popierają swoich kandydatów w pierwszej turze.

Czyli prawybory to nie najlepszy pomysł?
A jak one miałyby wyglądać? Kto miałby brać w nich udział? Członkowie partii politycznych? Jeżeli tak, to Władysław Kosiniak-Kamysz wygrywa bezapelacyjnie, bo PSL ma najwięcej członków. Można Schetynie wiele zarzucać, ale nie to, że nie potrafi liczyć. Druga możliwość to otwarte prawybory powiedzmy na jakiejś platformie internetowej, gdzie ludzie będą mogli głosować. W tym wariancie powstaje z kolei problem, jak odsiać wyborców PiS-u. Na jedno skinienie Jarosława Kaczyńskiego wyborcy PiS-u mogliby się zarejestrować na takiej platformie i wybrać kogoś, kogo z łatwością mógłby pokonać Andrzej Duda. W ogóle prawybory w Polskich warunkach na 6 miesięcy przed wyborami to banialuki. Jedyna szansa na “prawybory” byłaby wówczas, gdyby liderzy partii opozycyjnych usiedli przy zielonym stoliku i zdecydowali, ale to, przyzna pani, z prawyborami ma niewiele wspólnego. Ironicznie mogę dodać, że gdyby się na to jednak zdecydowali, to polecam salki katechetyczne Kościoła św. Katarzyny, bo na pewno są wolne, a proceder wyglądałby pewnie podobnie jak 20 lat temu wybieranie wspólnego kandydata prawicy.

Czyli każda partia wystawi swojego kandydata. Lewica Zandberga albo Biedronia, PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza, a Koalicja Obywatelska?
To jest kluczowe pytanie. Wiemy już, że to nie będzie Donald Tusk.

OCZYWISTE JEST TO, ŻE KANDYDAT KO W I TURZE UZYSKA NAJWIĘCEJ GŁOSÓW WŚRÓD KANDYDATÓW OPOZYCYJNYCH, BO W I TURZE DZIAŁA LOJALNOŚĆ PARTYJNA.

Notabene moim zdaniem wystawienie jednego kandydata opozycji już w I turze daje w niej wygraną obecnemu prezydentowi, ponieważ wspólny kandydat zniechęciłby cześć elektoratu prawicowego lub lewicowego, w zależności kto by to był. Ważne jest co innego. Jeżeli KO myśli o pokonaniu Andrzeja Dudy w II turze, to musi wystawić kandydata bardziej centroprawicowego niż centrolewicowego, ponieważ większość wyborców w Polsce jest centroprawicowa i opozycja musi się z tym pogodzić, że jej wyborcy to Polacy, a nie np. Czesi. To musi być  “Duda Plus”, a nie “anty-Duda”. Także dlatego, aby udało mu się podkraść głosy Andrzejowi Dudzie, a być może nawet Konfederacji.

Kandydat musi być też pozapartyjny, oczywiście musi być polityczny, ale nie może być partyjniakiem. Jeżeli KO wystawi członka aparatu partyjnego, to zmniejsza szanse pozyskania głosów, np. wyborców PSL. I trzeci warunek – to musi być osoba lubiana. To nie może być arogant, ktoś, kto jest znany z tego, że ma problemy z rozmową z ludźmi, bo jeśli ma wygrać w II turze, to muszą na niego zagłosować nie tylko wyborcy KO, ale też PSL-owcy, lewicowcy i cząstka elektoratu Konfederacji, a może nawet wyborców Dudy. Jeżeli to będzie wyrazista postać, to nie ma szans.

Adam Bodnar?
To fantastyczny człowiek, ale niestety przez wielu postrzegany jako “lewak”. On podziała na Konfederatów i PSL jak płachta na byka.

Zatem kto?
Im mniej znana osoba, tym mniejszy elektorat negatywny. Nie przywiązując się do nazwisk, tylko mówiąc o pewnym modelu kandydata, to np. prof. Marcin Matczak i prof. Krystian Markiewicz. Wybitni prawnicy, potrafiący zachować się w studiu telewizyjnym, mający temperament, potrafiący dyskutować, kojarzeni z obroną tego, co łączy wszystkich wyborców opozycji – obrony demokracji, proeuropejskości, wolności słowa, trójpodziału władzy, a jednocześnie niebędący funkcjonariuszami partyjnymi. Idealny byłby prof. Strzembosz, tylko młodszy. To byłby ideał kandydata, ale nie przywiązuje się do tych nazwisk, bo być może oni by nie chcieli kandydować, ale trzeba szukać kandydata wśród takich nazwisk.

Niezależność Trybunał stracił w chwili, gdy nie opublikowano orzeczenia. To, co potem się działo, było tylko konsekwencją tamtego zdarzenia. W PRL nie mieliśmy Trybunału Konstytucyjnego i jakoś żyliśmy, tyle tylko, że nie w standardach państwa prawa – mówi były prezes TK Jerzy Stępień. – Co do pani prof. Pawłowicz, z formalnej strony wymogi zostały spełnione, natomiast dała się poznać jako osoba kłótliwa, arogancka i używająca niecenzuralnego słowa i krytykująca konstytucję. Jeśli chodzi o pana Piotrowicza, to zważywszy na jego przeszłość i to, co robił teraz, to mam wątpliwości, czy on w ogóle jest osobą, która wyróżnia się poziomem wiedzy prawniczej. Mam tu spore wątpliwości – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Ostanie nominacje na sędziów TK to upolitycznianie czy kompromitowanie Trybunału?

JERZY STĘPIEŃ: Przyznam, że te nominacje mnie jednak zaskoczyły, bo nie przyszło mi do głowy, że kiedykolwiek komuś wpadnie do głowy taki ruch. Z drugiej strony, jak widać, pan prezes nagradza synekurami osoby, które szczególnie się zasłużyły dla obozu władzy. To dotyczy także pani prof. Chojny-Duch, która złożyła bardzo korzystne dla obozu władzy zeznania przed komisją VAT-owską. Prawdę mówiąc, nie będę specjalnie darł szat z powodu tych nominacji, bo musimy po prostu sobie po raz kolejny uświadomić, że Trybunału Konstytucyjnego już nie ma. On z chwilą, kiedy rząd zakwestionował wyrok Trybunału i odmówił jego publikacji, w zasadzie przestał istnieć. On oczywiście wydaje jakieś orzeczenia, jest budynek, pensje, czyli właśnie synekury dla osób zasłużonych, ale

TRYBUNAŁU JAKO ORGANU NIEZALEŻNEGO, KTÓRY JEST W STANIE SKUTECZNIE KONTROLOWAĆ KONSTYTUCYJNOŚĆ DZIAŁAŃ WŁADZY, NIE MA.

Czyli to, co się już teraz dzieje z Trybunałem, jest bez większego znaczenia?
Chciałbym przypomnieć wypowiedź jednego z twórców europejskiego sądownictwa konstytucyjnego jeszcze z lat 20., Hansa Kelsena: dopóki w państwie nie ma niezależnego organu, który jest w stanie uchylić niekonstytucyjną ustawę, to tak długo konstytucja pozostaje zbiorem pobożnych życzeń. Jeżeli coś jest zbiorem pobożnych życzeń, to nie jest aktem normatywnym i nie jest konstytucją. Tak było w PRL, gdzie nikt się konstytucją nie przejmował, bo nie było niezależnego organu, który byłby w stanie kontrolować konstytucyjność ustaw czy rozporządzeń.

Niezależność Trybunał stracił w chwili, gdy nie opublikowano orzeczenia. To, co potem się działo, było tylko konsekwencją tamtego zdarzenia. W PRL nie mieliśmy TK i jakoś żyliśmy, tyle tylko, że nie w standardach państwa prawa.

Niektórzy te nominacje interpretują jako chęć skompromitowania instytucji, co znane jest z historii rodzących się autorytaryzmów, np. z czasów II RP po przewrocie majowym.
Być może, chociaż ja mam na ten temat inne zdanie.

TK ZOSTAŁ SKOMPROMITOWANY JUŻ DAWNO I DUŻO CZASU MINIE ZANIM PODNIESIE SIĘ Z TEGO UPADKU. BĘDZIE BARDZO TRUDNO ODBUDOWAĆ JEGO POZYCJĘ, ETOS TRYBUNAŁU ZOSTAŁ ZNISZCZONY.

Wiele składów przez lata pracowało na wysoką rangę TK na arenie międzynarodowej. Jako prezes, ale i sędzia wielokrotnie tego doświadczałem, a polski Trybunał był instytucją do naśladowania. Nasze orzecznictwo specjalne było nawet publikowane w innych językach, aby je popularyzować. To już niestety czas przeszły dokonany. W koncepcji państwa pana Kaczyńskiego jakakolwiek niezależna instytucja się nie mieści. To system autorytarny czy półautorytarny, w którym nie ma miejsca na niezależne instytucje.

Gdy PiS straci władzę, to będzie można usunąć tych sędziów z TK? Pamiętajmy, że ciągle są wybrani zgodnie z konstytucją trzej sędziowie, od których prezydent nie odebrał przysięgi.
Od tego trzeba będzie rozpocząć. Sadzę, że niektórzy będą nawet sami chcieli przenieść się w stan spoczynku, ale proces odbudowy TK to będą lata. To przekonanie społeczeństwa, a w szczególności prawników, że Trybunał potrafił jednak kwestionować ustawy niekonstytucyjne i miał pozycję niezależną, nawet poprzez pewien czas był w konflikcie z establishmentem rządzącym, szczególnie w latach 2005-07, ale nikt nie kwestionował jego niezależności i pozycji. Nigdy nie było przypadku, że orzeczenia TK były kwestionowane.

TA WŁADZA W 2015 ROKU ZDECYDOWAŁA SIĘ NA UNICESTWIENIE TRYBUNAŁU. TERAZ TO TYLKO MIEJSCA DO ROZDANIA I WĄTPLIWE ZASZCZYTY.

W Trybunale niewiele się dzieje, niewiele się też pracuje. Tych orzeczeń prawie nie ma. Prasa pisze, że pani prezes dwa razy w tygodniu lata do Berlina i ma na to czas, zatem ma niewiele do roboty. Ja nie mogłem sobie pozwolić na prywatne wycieczki w takim rozmiarze, a często nawet urlopy nie były wykorzystywane, było tak dużo pracy. Każdego roku było wydawanych ponad 100 orzeczeń.

Elżbieta Chojna-Duch to dobra kandydatka do TK?
Formalne kompetencje pani profesor ma. Nikt nie odmówi jej także doświadczenia w sferze finansów publicznych. Była wielokrotnie wiceministrem, członkiem Rady Polityki Pieniężnej, więc od tej strony wątpliwości nie ma. Natomiast w jej życiorysie zdarzały się przypadki, wydarzenia, które ciążą.

MAM WĄTPLIWOŚCI, CZY TA OSOBA DAJĘ RĘKOJMIĘ NALEŻYTEGO WYKONYWANIA I CZY JEST OSOBĄ NIESKAZITELNEGO CHARAKTERU, A TEGO OD KAŻDEGO SĘDZIEGO KONSTYTUCJA WYMAGA.

A Krystyna Pawłowicz, doktor habilitowana prawa?
Znowu z formalnej strony wymogi zostały spełnione, natomiast dała się poznać jako osoba kłótliwa, arogancka i używająca niecenzuralnego słowa i krytykująca konstytucję. Jeśli chodzi o pana Piotrowicza, to zważywszy na jego przeszłość i to, co robił teraz, to mam wątpliwości, czy on w ogóle jest osobą, która wyróżnia się poziomem wiedzy prawniczej. Mam tu spore wątpliwości.

Rzecznik dyscyplinarny Michał Lasota ściga trzech sędziów z Gdańska za wydany wyrok. To kolejna sprawa dyscyplinarna dla sędziów za wykonywanie swoich obowiązków orzeczniczych. Dyscyplinarki za wyroki mogą nie tylko zastraszać sędziów, ale naruszają też ich niezawisłość

Zastępca głównego rzecznika dyscyplinarnego Michał Lasota zażądał właśnie wyjaśnień od trzech sędziów Sądu Apelacyjnego w Gdańsku. Wśród nich jest Włodzimierz Brazewicz, który angażuje się w obronę niezależności sądów i w działania edukacyjne m.in. dla młodzieży. Zastępca rzecznika Michał Lasota chce, by tłumaczyli mu się z wyroku, jaki wydali w marcu 2018.

Sędziowie mają się tłumaczyć z uchylonego wyroku

W 2018 roku trzyosobowy skład orzekający, w którym był też sędzia Brazewicz, uchylił wyrok Sądu Okręgowego w Elblągu. Sprawa dotyczyła oskarżenia prokuratury za przywłaszczenie mienia w jednej z firm. Sąd Okręgowy w Elblągu skazał za to oskarżonych na karę więzienia w zawieszeniu. Ale Sąd Apelacyjny w Gdańsku wyrok uchylił, bo orzekł, że w materiale dowodowym są braki. Sąd zakwestionował wyliczenia dotyczące szkody, jaką miała ponieść w wyniku niedozwolonego czynu poszkodowana firma. A wysokość szkody ma znaczenie dla kwalifikacji czynu.

Sąd Apelacyjny uznał, że braki dowodowe są na tyle poważne, że ich uzupełnienie zajmie dużo czasu. Dlatego zwrócił sprawę do sądu okręgowego, by ten je uzupełnił jako sąd pierwszej instancji (to na tym poziomie przeprowadza się postępowanie dowodowe, apelacja może je jedynie uzupełnić) lub żeby zwrócił sprawę prokuraturze.
Kasację od tego wyroku złożyła jednak prokuratura, która uważa, że Sąd Apelacyjny nie powinien uchylać wyroku, tylko sam wyliczyć szkodę i dopuścić opinię biegłych sądowych. Prokuratura uważała, że Sąd Apelacyjny powinien przeprowadzić uzupełniające postępowanie dowodowe.

Sąd Najwyższy uchylił wyrok Sądu Apelacyjnego z marca 2018. SN ocenił, że sprawy nie trzeba zwracać do pierwszej instancji, bo robi się to, gdy trzeba uzupełnić cały materiał dowodowy. SN uznał, że w tej sprawie będzie można wykorzystać w procesie część zgromadzonych już dokumentów.

Sprawa ponownie wróciła więc do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku i inny skład orzekający uzupełnił brakujące dowody oraz wydał prawomocny wyrok. I teraz zastępca rzecznika dyscyplinarnego Michał Lasota z wyroku SN wywodzi, że sędziowie z Gdańska, zwracając sprawę do pierwszej instancji, źle zastosowali przepisy kodeksu postępowania karnego. Kwalifikuje to jako możliwe przewinienie dyscyplinarne w postaci „oczywistej i rażącej obrazy przepisów”.

Sędzia Brazewicz na celowniku rzecznika dyscyplinarnego

Uchylanie wyroków przez sądy wyższej instancji to normalna procedura. Po to są wyższe instancje, by kontrolować prawidłowość wyroków i ich zasadność. I nikt do tej pory tego nie kwestionował.

Zmieniło się to za obecnej władzy. Powołany rok temu przez ministra Zbigniewa Ziobrę główny rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab i jego dwaj zastępcy Michał Lasota i Przemysław Radzik zaczęli ścigać sędziów za wydawane orzeczenia. Dotyczy to sędziów znanych z obrony niezależności sądów.

To raczej nie przypadek, że rzecznik czepia się teraz wyroku sądu gdańskiego, bo sędzia Włodzimierz Brazewicz, który go wydał, już wcześniej był wzywany przez rzecznika dyscyplinarnego.

Najpierw był wzywany do złożenia wyjaśnień za to, że prowadził w Gdańsku spotkanie sędziego Igora Tulei z obywatelami. Potem rzecznik dyscyplinarny sprawdzał jakość pracy Brazewicza, między innymi to, czy pisał uzasadnienia wyroków po terminie. A teraz grozi mu dyscyplinarka za ten wyrok.

Co ciekawe, jest to jedyny w ostatnich latach uchylony przez Sąd Najwyższy wyrok, w którego wydaniu brał udział Brazewicz. I wygląda to tak, jakby rzecznik Lasota chwytał się teraz tego wyroku jako szansy na postawienie niepokornemu sędziemu zarzutów.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że sędzia Brazewicz w kilku sprawach jest obrońcą innych niepokornych sędziów ściganych przez rzeczników Ziobry, m.in. znanej z obrony wolnych sądów sędzi Doroty Zabłudowskiej z Gdańska.

Brazewicz angażuje się również w działania edukacyjne. Brał np. udział w procesie Wilka z bajki o Czerwonym Kapturku. To była lekcja prawa dla dzieci zorganizowana w Sądzie Najwyższym.

Sędziowie ścigani przez rzeczników dyscyplinarnych za orzeczenia

Sędzia Brazewicz nie jest pierwszym sędzią, którego rzecznicy dyscyplinarni ścigają za wydane orzeczenia i wyroki. Do złożenia wyjaśnień wezwano trzech sędziów z Sądu Okręgowego w Krakowie, bo chcieli sprawdzić, czy asesor, którego wyrok mieli ocenić w instancji odwoławczej, został powołany prawidłowo. Czyli: czy został powołany przez legalną, starą KRS, którą wbrew Konstytucji rozwiązał PiS, czy przez nową KRS powołaną w niekonstytucyjny sposób przez posłów PiS i Kukiz’15.

Pisma wysłane do krakowskich sędziów przez głównego rzecznika dyscyplinarnego Piotra Schaba zawierały ostrzeżenie o poważnych konsekwencjach za dozwoloną działalność orzeczniczą, bo Schab pisał o przekroczeniu przez nich uprawnień.

Za wydany wyrok dyscyplinarkę ma sędzia Sławomir Jęksa z Poznania, który uniewinnił żonę prezydenta Poznania Joannę Jaśkowiak. Rzecznikowi dyscyplinarnemu nie spodobało się ustne uzasadnienie do tego wyroku, bo sędzia odniósł się w nim do zmian w wymiarze sprawiedliwości wprowadzonych przez władzę PiS.

Dyscyplinarka za orzeczenie grozi też sędzi Ewie Mroczek z Działdowa. Jej też zarzuca się, że wydała orzeczenie o umorzeniu jednej ze spraw z uwagi na duże braki formalne w oskarżeniu prokuratury. To orzeczenie uchylił sąd odwoławczy. I za to teraz ściga ją rzecznik dyscyplinarny.

W tle tej sprawy są relacje sędzi Mroczek z Michałem Lasotą, który mieszka w Działdowie. Sędzia na jednym ze spotkań nie podała mu ręki. Chłodno przyjęła też nowego prezesa sądu w Działdowie z nominacji resortu ministra Ziobry.

Jak dotąd najgłośniej było o sprawie sędzi Aliny Czubieniak z Gorzowa Wielkopolskiego, którą ściga rzecznik dyscyplinarny za to, że w orzeczeniu ujęła się za niepełnosprawnym intelektualnie chłopakiem podejrzewanym o napastowanie seksualne dziewczynki.

Sędzia miała pecha, bo sprawą zainteresował się resort ministra Ziobry. I zrobiono sędzi dyscyplinarkę za sprawiedliwe orzeczenie, w którym zdaniem rzecznika dyscyplinarnego sędzia powołała się na zły przepis. Została za to ukarana upomnieniem przez Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego. Izbę tę powołał PiS do szybkiego usuwania z zawodu niepokornych sędziów, prokuratorów i prawników.

Sędziowie ścigani za orzeczenia przez prokuraturę

Za działalność związaną z orzecznictwem sędziowie są też ścigani przez prokuraturę.
Zarzuty grożą sędziemu Igorowi Tulei, który nakazał śledztwo w sprawie głosowania nad budżetem przez posłów PiS w Sali Kolumnowej Sejmu w grudniu 2016 roku. Uzasadnienie tego orzeczenia było dla PiS-u miażdżące. A teraz specjalny zespół do ścigania sędziów i prokuratorów w Prokuraturze Krajowej sprawdza, czy mógł wpuścić na salę dziennikarzy i czy nie ujawnił tajemnicy śledztwa podczas wygłaszania uzasadnienia do swojego orzeczenia.

Zarzuty grożą też sędzi Irenie Majcher z Opola. Orzeka ona w Krajowym Rejestrze Sądowym. Zdaniem Prokuratury Krajowej nie dopełniła ona obowiązków, bo nie wezwała jednej ze spółek do przerejestrowania się. Choć przepisy ustaw obowiązek przerejestrowania nakładały na spółki. Teraz prokuratura chce uchylić sędzi immunitet, by postawić jej zarzuty.

Lasota i Radzik sami mają problemy z jakością pracy jako sędziowie

Sędziów za wydawane orzeczenia ścigają dwaj zastępcy rzecznika dyscyplinarnego, którzy sami mają problemy z jakością pracy jako sędziowie. To Michał Lasota i Przemysław Radzik. Obu groziły za to dyscyplinarki, ale nie będą ich mieć, bo ich szef Piotr Schab uznał, że nie można mieć zastrzeżeń do ich pracy.

Wobec Radzika, który już ma w swoim życiorysie wyrok dyscyplinarny sprzed lat, były zastrzeżenia do tego, że oddaje uzasadnienia do wyroków po terminie. Zaś Michał Lasota sam ma uchylane wyroki przez sąd odwoławczy. Rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab sprawdzał też, czy prawidłowo przesłuchał dziewczynkę w sprawie karnej.

Ponadto jak ujawniliśmy w OKO.press, Lasota ma w swoim macierzystym sądzie stos zaległych spraw do załatwienia. W jednej ze spraw stwierdzono zaś przewlekłość postępowania i państwo ma zapłacić obywatelowi 2 tys. zł odszkodowania. Sędziowie z Elbląga, którzy orzekli przewlekłość byli już wezwani do złożenia wyjaśnień u rzecznika dyscyplinarnego.

Radzik i Lasota korzystają jednak na współpracy z resortem ministra Ziobry. Radzik jest prezesem Sądu Rejonowego w Krośnie Odrzańskim, a Michał Lasota w Nowym Mieście Lubawskim. Obaj dzięki decyzji resortu Ziobry orzekają też na delegacji w Sądzie Okręgowym w Warszawie.

„Żyjemy w kłamstwie. I nie potrafimy wyjaśnić, na czym właściwie to kłamstwo polega. Państwo staje się reżimem klientelistycznym, los jednostki jest całkowicie zależny od woli władzy” – tak prof. András Sajó diagnozował rządy Orbána. Dr hab. Bodnar mówił o polsko-węgierskiej wspólnocie zagrożeń. Prof. Łętowska o tym, by zobaczyć świat poza tekstem prawa

Więcej >>>

Dojrzały człowiek większą uwagę niż na słowa zwraca na czyny, wie, że one zawsze mówią prawdę. Nie ufa obietnicom, rozlicza z efektów.

Zgadzam się z tezą Anny Mierzyńskiej, że historia Donalda Tuska, jego zawoalowanych sygnałów, że może wystartuje w wyborach prezydenckich, a następnie wycofanie się i pozostawienie rzeszy wielbicieli nieutulonych w żalu i osamotnionych, z poczuciem, że zostali porzuceni, to tak naprawdę historia naszego dojrzewania. Świetna historia! Bo prawdziwa.

I jak każda taka historia, stanowi wielką szansę, żebyśmy wreszcie społecznie dojrzeli i zaczęli zachowywać się jak dorośli. Bo w Polsce nie tylko politycy zachowują się jak dzieci. Infantylni politycy są efektem tego, że jak dzieci (straumatyzowane i z PTSD) zachowują się wyborcy.

Miotamy się od emocji do emocji, od uczucia do uczucia, głodni uznania i pochwały, łaknący obietnic i łatwych rozwiązań, demonstrujący swoją bezradność, lęk i złość. Wysyłamy więc sygnały bez pudła odczytywane przez rasowych politycznych uwodzicieli: zaopiekuj się mną, spraw, żebym był/była bezpieczna, przyjdź i powiedz, co mam zrobić ze swoim życiem i jak mam to zrobić. I daj na to pieniądze.

Oczywiście populistom w to graj – natychmiast i z wielką wprawą odpowiadają na takie wołanie, prezentując zestaw tyleż głupich, nieskutecznych i nierealnych, co efektownych rozwiązań.

A my się na nie łapiemy, bo jesteśmy niedojrzali. I głodni bezpieczeństwa. Tylko nie dorośliśmy i nie zrozumieliśmy, że bezpieczeństwo to nie jest coś, co ktoś daje w prezencie, tylko coś, co się wypracowuje samemu, szeregiem mądrych decyzji i rozważnych wyborów.

Dojrzały człowiek rozumie, że nie ma szybkich i dobrych rozwiązań skomplikowanych problemów. Że na to, co wartościowe, trzeba zapracować, że jeśli coś przychodzi łatwo, to znaczy, że nie jest wiele warte. Że czasami nikt nie ma racji, a czasem ma ją wiele osób i po prostu trzeba wybrać rozwiązanie – nie jedynie słuszne, ale takie, które jest najbardziej wartościowe, wziąwszy pod uwagę nasze dzisiejsze konkretne problemy i potrzeby.

Dojrzały człowiek większą uwagę niż na słowa zwraca na czyny, wie, że one zawsze mówią prawdę. Nie ufa obietnicom, rozlicza z efektów. Nie czeka (to a’propos Tuska), że zjawi się książę na białym koniu i zrobi porządek w jego życiu – wie, że tę robotę musi zrobić sam.

I wie, że rzeczy rzadko dzieją się same mocą pobożnych życzeń – żeby coś zadziałało, demokracja, praworządność, system polityczny, trzeba na to zapracować, ciężko i bez chodzenia na skróty.

Politycy tacy jak Kaczyński, Piotrowicz, Gowin i wielu innych nie są żadną chorobą polskiej demokracji, są zaledwie objawem. Zmiany polityczne musimy zacząć nie od nich, lecz od siebie. Bo gwarantuję, że w dojrzałym, myślącym, racjonalnym społeczeństwie, pragmatycznym i logicznym, kłamcy, fanatycy i populiści nie będą mieli racji bytu.

Po decyzji Tuska. Władysław Kosiniak-Kamysz za bardzo podobny do Dudy. Nawet mówi podobnie.