Tag Archives: Tomasz Nałęcz

Stalinowskie ciągoty Kaczyńskiego

2 Maj

Kaczyński przypomina swoją postawą Stalina, który wymordował elity polskie w Katyniu.

Elity więc odmawiają uczestniczenia w procederze mordowania ich.

Dziwicie się?

Kaczyńskiemu na pohybel. Mam nadzieję, że niedługo będzie gnić w pierdlu.

On naprawdę nas nienawidzi, on naprawdę powiedział: zakazane mordy, gestapo, gorszy sort.

Nie posiada jakichś szczególnych uzdolnień, okazuje się, ze za pomocą nienawiści można sięgnąć po władzę autorytarną.

Aby wybory legitymizowały władzę, nie tylko muszą być wolne i uczciwe, ale też za takie uznawane. Jeśli dojdzie do wyborów korespondencyjnych w maju, zarzuty o ich uczciwość z pewnością się pojawią. Jednak nie będzie możliwości wykazania ich ewentualnej niesłuszności. Skąd będziemy wiedzieć, że wysuwane zarzuty będą nieuzasadnione? – pisze prof. Jacek Haman.

Esej Jacka Hamana tutaj >>>

Decyzja o nieuczestnictwie jest niekiedy krytykowana jako przejaw bierności, oddawania sprawy walkowerem. Nie zgadzam się z tym. Dla mnie byłaby przejawem odrzucenia legitymizacji prezydenta wybranego w ten sposób – pisze prof. Andrzej Rychard, socjolog.

Esej prof. Rycharda >>>

Corbyn, Sanders, Czarzasty czy Zandberg też chcieliby manipulować ludem. Jednak Trump, Johnson, Kaczyński czy Orbán zawsze sprzątną im ten lud sprzed nosa – pisze Cezary Michalski. Dlaczego lewica na Zachodzie i w Polsce nie skorzystała na epidemicznym kryzysie, choć obnażył on wiele patologii neoliberalnego porządku?

Bardzo ciekawy esej Cezarego Michalskiego >>>

Przyznam, że od 5 lat wręcz niechętnie myślę o tej dacie, bo wiem, że znowu będę musiał oglądać człowieka, który jest prezydentem Rzeczpospolitej, który będzie mówił piękne i wzniosłe słowa rażąco sprzeczne z praktyką jego działania. Pewnie znowu usłyszymy o jedności, oddaniu ojczyźnie, patriotyzmie, a widzimy, jak to na co dzień wygląda – łamanie konstytucji – mówi prof. Tomasz Nałęcz, historyk i były doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego. – Niejedną taką dyktaturę potrafię opisać i wiem jedno – to się prędzej czy później zawali, a im dłużej to będzie trwało, tym większy będzie upadek i większa nicość. Dzisiaj bez większego niebezpieczeństwa pomyłki można powiedzieć, że Andrzej Duda zapisuje się nie złotymi zgłoskami czy nawet pastelowymi kolorami, tylko ciemną barwą – dodaje.

Rozmowa z prof. Tomaszem Nałęczem >>>

Może tak naprawdę szansą i nadzieją dla Polski są właśnie oni?

Mija już piąty rok, odkąd Polska pokazała zupełnie inne swoje oblicze. Takie, które dla wielu jest nie do przyjęcia, cofające nas w czasy PRL-u, prowadzące w stronę dyktatury i ostrego autorytaryzmu. Jednych to cieszy, ale dla takich jak ja to wielka porażka. Klęska, przekreślenie 26 lat niby wolnych, ale jak się okazuje, pełnych ukrytych demonów niezadowolenia, agresji, nacjonalizmu, roszczeń, zahamowań, złości, niezaspokojonych ambicji i przerośniętych ego. Wystarczyła chwila, jedno zdarzenie, a ta, wydawałoby się, poukładana Polska, okazała się puszką Pandory, otwartą przez tych, którzy wzięli na siebie główną rolę kreatorów „prawdziwej” Polski.

Felieton Tamary Olszewskiej >>>

Po bezprawiu Ziobry naprawić wymiar sprawiedliwości

5 Paźdź

Czy do Ciebie już dzwoniła ?

Zbigniew Ziobro i jego zastępca – prokurator krajowy Bogdan Święczkowski wzięli udział w otwarciu nowej siedziby prokuratur w Sosnowcu. Było uroczyste przecięcie wstęgi, oczywiście poświęcenie budynku przez miejscowego biskupa i okolicznościowe przemówienia.

Niewątpliwie kuriozalnie zabrzmiały słowa Święczkowskiego, który stwierdził, że ukończenie budynku w niespełna dwa lata to… efekt modlitwy oraz wsparcia moralnego biskupa Grzegorza Kaszaka! – „A ja głupia do remontu budowlańca szukam, zamiast dzwonić na plebanię” – skomentowała jedna z internautek.

Biskup Kaszak nie pozostał dłużny zastępcy Ziobry. Rozpływał się w pochwałach Święczkowskiego, który – zdaniem duchownego – „dla rodzinnego Sosnowca czyni samo dobro”.

– „Dzięki modlitwie beton szybciej wiązał… Co ci ludzie mają w głowach??”;  – „Oni już naprawdę są porąbani w tej fałszywej pobożności. Co jeden to bardziej święty, szkoda, że czyny nie idą w parze z tym, co głoszą. Bo to teraz kazania, nie przemówienia”; – „Czyli nie budowlańcy, tylko cud, jprd”; – „To już przestaje być zabawne, nawet w Iranie nie gadają takich głupot, że to ajatollah pomógł w budowie jakiegoś budynku” – komentowali internauci.

Dodajmy, że to nie koniec „cudów” w Sosnowcu. W mieście ma zostać wybudowana także nowa siedziba Sądu Rejonowego. Kieruje nim obecnie… Małgorzata Hencel-Święczkowska, żona prokuratora krajowego. Biskup na pewno znowu pospieszy z „pomocą”.

– „Teraz z mediów publicznych Polacy nie dowiedzą się o tym, co naprawdę dzieje się w ich kraju. Nie dowiedzą się o zamykanych szpitalach, o tym, że leki drożeją; tam jest tylko obrażana opozycja, mówienie półprawd” – stwierdziła Małgorzata Kidawa-Błońska. Kandydatka Koalicji Obywatelskiej na premiera zapowiedziała zniesienie abonamentu, rozwiązanie Rady Mediów Narodowych i przywrócenie uprawień Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Kidawa-Błońska podkreśliła, że media publiczne muszą być mediami wszystkich obywateli. – „Zasługujemy na to, żeby z tych mediów dostawać dobrą i rzetelną informację, prawdziwą informację. Zasługujemy także na to, żeby były tam programy edukacyjne, żeby były ciekawe propozycje kulturalne. To wszystko powinno być w tych mediach, a tego nie ma” – powiedziała wicemarszałek Sejmu.

Zaznaczyła, że kierowane przez przedstawicieli PiS obecne media publiczne straciły moralne prawo do tego, żeby oceniać przedstawicieli opozycji i całe społeczeństwo. – „Przekroczono cienką czerwoną linię, dlatego zniesiemy abonament, bo te pieniądze nie mogą trafiać na tego typu programy i audycje. Polacy potrzebują obiektywnych, dobrze zorganizowanych mediów, gdzie będą mogli uzyskać prawdziwą informację, gdzie będzie używany język kultury, język, który będzie Polaków łączył, a nie dzielił” – stwierdziła wicemarszałek Sejmu.

Według Kidawy-Błońskiej, za jakość mediów publicznych powinien odpowiadać minister kultury. – „Tam powinna być oferta kulturalna, język, sposób mówienia, a nie fala hejtu i nienawiści. Dlatego przywrócimy KRRiT konstytucyjne zadania, które zostały jej zabrane i zlikwidujemy Radę Mediów Narodowych” – zadeklarowała Kidawa-Błońska.

Europosłanka PO Magdalena Adamowicz, żona zamordowanego w styczniu prezydenta Gdańska, apelowała o zmianę języka debaty publicznej. – „Moja rodzina sama doświadczyła wiele nienawiści z różnych stron, ale prym w tym wiodły niestety media publiczne. Obecny język debaty publicznej praktycznie sięgnął dna, mowa nienawiści, dezinformacje, półprawdy, inwektywy stały się codziennością” – powiedziała Adamowicz.

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>

Gang Ziobry >>>

– „Przez ostatnie 4 lata kwestia obrony praworządności i niezależności sądów wyprowadzała na ulice setki tysięcy ludzi. Chcemy, żeby ta mobilizacja znalazła reprezentację w Sejmie. Dlatego stworzyliśmy Pakt na rzecz Reformy i Naprawy Wymiaru Sprawiedliwości. Konsultowaliśmy go z Fundacją Helsińską, poparły go także Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia” i Stowarzyszenie Prokuratorów „Lex Super Omnia” – powiedział Piotr Cykowski z Akcji Demokracja. To właśnie ta fundacja organizowała największe protesty w obronie polskiego sądownictwa.

Pakt zawiera dziewięć punktów, które demokratyczna opozycja zamierza wypełnić po wyborach:

  1. Przywrócić rządy prawa i ład konstytucyjny w Polsce, opierając się na Konstytucji, działając na jej podstawie i w jej granicach.
  2. Wykonywać wszystkie wiążące wyroki sądów powszechnych, administracyjnych, SN, NSA i Trybunałów, w tym Trybunału Sprawiedliwości UE i Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.
  3. Przeprowadzić zarówno naprawę wymiaru sprawiedliwości, jak i jego reformę – tj. odwrócić wszystkie zmiany z ostatnich 4 lat uderzające w niezawisłość sędziów oraz niezależność sądów.
  4. Przywrócić niezależność Trybunału Konstytucyjnego i odbudować jego autorytet – poprzez przywrócenie prawidłowego składu, zarówno na stanowiskach sędziów, jak i prezesa.
  5. Stworzyć Krajową Radę Sądownictwa niezależną od polityków.
  6. Zapewnić, aby sądy były niezależne od polityków – co oznacza m.in. ograniczenie nadzoru ministra sprawiedliwości nad sądami powszechnymi i przekazanie części kompetencji do niezależnej KRS, wybór prezesów sądów wśród kandydatek i kandydatów przedstawionych przez samorząd sędziów.
  7. Zapewnić prokuratorom niezależność od politycznych nacisków – poprzez rozdzielenie funkcji Ministra Sprawiedliwości od funkcji Prokuratora Generalnego.
  8. Zadbać o sprawne sądy.
  9. Uczynić sądy dostępnymi.

Dzisiaj (4.10.2019) pod Paktem Sprawiedliwości podpisali się przedstawiciele Koalicji Obywatelskiej i PSL. – „Kwestia sprawności i dostępności sądów jest istotna, jednak priorytetem jest naprawa naruszeń Konstytucji przez PiS. Jeśli wygramy wybory, przywrócenie praworządności będzie jednym z naszych najważniejszych zadań, które będziemy realizować w ciągu pierwszych miesięcy” – zapewniła Małgorzata Kidawa-Błońska, kandydatka KO na premiera.

– „PiS wprowadził do wymiaru sprawiedliwości chaos. Sprzątając musimy pamiętać, że my działamy zgodnie z Konstytucją i że jest to ważniejsze niż nasze przekonanie o własnej racji. To bardzo ważne, że pod Paktem podpisała się cała demokratyczna opozycja. Możemy się nie zgadzać w kwestiach polityki rolnej czy ochrony zdrowia, możemy na ten temat dyskutować. Ale uznanie państwa prawa jest podstawą demokracji” – powiedział Władysław T. Bartoszewski z PSL. Dwa dni temu pod paktem podpisał się w imieniu Lewicy Adrian Zandberg.

W PiS-ie panuje przekonanie, że opozycja jest tak słaba, że nie jest w stanie wykorzystać ich potknięć. PO zresztą też liczyła na słabość PiS w 2015, lecz się przeliczyła. W 2007 roku PiS liczył, że PO nie da rady i też się pomylił. Lekceważył Platformę, aż okazało się, że na ostatniej prostej porażka była naprawdę duża. PiS nie tylko przegrał wyścig, ale PO miała jeszcze wybór, kogo chce na koalicjanta. PiS nie miało nic wtedy do powiedzenia. Taki zwrot już się raczej nie powtórzy, lecz przewaga PiS nie daje za dużego zapasu – mówi 10 dni przed wyborami prof. Jarosław Flis, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Rozmawiamy o kampanii wyborczej i pytamy, dlaczego PiS mimo afer ciągle prowadzi w sondażach. – Jeżeli wyborcy z Żoliborza będą nieustająco wysyłać do wyborców z Suchej Beskidzkiej komunikat, że “będziemy głosować tylko na takich jak my”, to powinni się nastawić na wiele lat w opozycji – mówi

JUSTYNA KOĆ: Do wyborów zostało mniej niż dwa tygodnie, a Jarosław Kaczyński przechodzi do ciężkich dział – mówi o potrzebie tworzenia nowej elity gospodarczej, sądowniczej, o walce z postkomunizmem.  Jak to rozumieć?

PROF. JAROSŁAW FLIS: Moim zdaniem to efekt jakiegoś “rozochocenia” i prób mobilizacji najtrwalszego elektoratu. Wydaje mi się, że to jednak nieprzemyślane działania, które mają motywować aktywistów, bo to chyba oni będą tą nową elitą. Generalnie te słowa są sprzeczne ze strategią, którą jeszcze przed chwilą partia sugerowała – sam prezes mówił, aby unikać agresywnych wypowiedzi pod groźbą usunięcia z listy. Tymczasem te słowa są na pewno konfrontacyjne, zatem dużo bardziej mobilizują drugą stronę, niż własnych aktywistów, gdy rolą rządzących jest raczej usypianie oponentów.

TO NIE UKŁADA SIĘ W SPÓJNY PLAN, A RACZEJ JEST REAKCJĄ NA WYNIKI SONDAŻY, SUGERUJĄCE, ŻE ELEKTORAT PIS NIE JEST TAK ZMOBILIZOWANY JAK ELEKTORAT PRZECIWNIKÓW

Gdyby opozycja miała lepsze wyczucie, to zrobiłaby taką kompilację najlepszych konfrontacyjnych wypowiedzi: o “nowej elicie”, “ludzkich panach”, “udeptywaniu ziemi do pojedynku” i wszystkich innych przeszarżowaniach, które były udziałem prezesa.

Co się stało, że prezes tak błędnie zadziałał? Do tej pory raczej o błędach w kampanii PiS-u nie było mowy, a przynajmniej sondaże tego nie zanotowały.
Błędów było mnóstwo, chociażby sposób załatwienia sprawy Kuchcińskiego – “nie zgadzamy się z wami, ale zrobimy jak chcecie”. To nie jest modelowe poradzenie sobie z sytuacją kryzysową. Sprawa Banasia też jest ciągle żywa, ale w PiS-ie panuje przekonanie, że opozycja jest tak słaba, że nie jest w stanie wykorzystać tych potknięć. PO zresztą też liczyła na słabość PiS w 2015, lecz się przeliczyła. W 2007 roku PiS liczył, że PO nie da rady i też się pomylił. Lekceważył Platformę, aż okazało się, że na ostatniej prostej porażka była naprawdę duża. PiS nie tylko przegrał wyścig, ale PO miała jeszcze wybór, kogo chce na koalicjanta. PiS nie miało nic wtedy do powiedzenia. Taki zwrot już się raczej nie powtórzy, lecz przewaga PiS nie daje za dużego zapasu. Choć jeśli opozycja nie będzie chciała wygrać, to nikt jej tego nie zapewni, nawet takie prezenty od PiS-u jak sprawa Banasia.

Czyli to wina opozycji, że afery nie przynoszą PiS-owi szkody i nie robią na społeczeństwie wrażania?
Robią wrażenie, tylko problemem jest konkurencja. Być może jednym z elementów są liberalne media, które nieustająco próbują obrazić większość społeczeństwa i wepchnąć je w ramiona PiS. Taki chyba jest efekt przekazów w stylu “ciemniaki na nic nie reagują, bo PiS przekupił ich 500 Plus”. Tymczasem

GDY MAMY WYBRAĆ MIĘDZY NIEUDACZNIKAMI A TAKIMI, KTÓRZY NAS OBRAŻAJĄ, TO WYBÓR NIE JEST TAKI PROSTY…

Być może też, gdyby nie te afery, to PiS miałby 60 proc. poparcia. Orbán przekraczał 50 proc. w najlepszych dla siebie wyborach. Być może tak byłoby z PiS-em, gdyby nie te kule u nogi.

Sytuacja ciągle jest niepewna, bo – jak widzieliśmy w wyborach samorządowych przed rokiem – w społeczeństwie są duże zasoby niechęci do PiS-u, i to takiej samoorganizującej się niechęci. Być może to przeważy szalę, bo gdy przełożymy wyniki na podział mandatów, to niewiele brakuje, aby PiS nie miał większości. A jak nie ma większości, to najpewniej nie ma też władzy.

PATRZĄC NA DZISIEJSZE DEKLARACJE, NIE BĘDZIE SENSU NEGOCJOWAĆ Z KOSINIAKIEM-KAMYSZEM CZY Z ZANDBERGIEM.

Ja jestem sobie w stanie wyobrazić rozmowy z kukizowcami.
Ale ilu ich będzie: dwóch, trzech? W realnym scenariuszu premierem jest albo Morawiecki, albo Kosiniak-Kamysz, innych alternatyw na dziś nie ma; albo PiS ma samodzielną większość i nie ma o czym rozmawiać, albo nie ma większości i wtedy Kosiniak-Kamysz może grać wysoko, pewnie właśnie o premiera. Tylko on ma możliwość zmiany koalicjanta i premierostwo może być jego ceną. Przypuszczalnie PiS byłby w stanie ją zapłacić za utrzymanie się przy władzy, więc PO i Lewica też będą musiały się na to zgodzić, jeśli nie chcą dalszych rządów PiS.

Dlaczego PiS wraca do strachów, że opozycja zabierze 500 Plus? Pytam w kontekście ostatniego sporu z prezydentem Warszawy Rafałem Trzaskowskim. Ma wewnętrzne sondaże, które są dla niego niedobre?
Tego nie wiem. Na pewno konflikt z samorządami trwa już od jakiegoś czasu.

PIS MIAŁ OGROMNĄ NADZIEJĘ, ŻE PRZEJMIE WŁADZĘ W SAMORZĄDACH I TO SIĘ UDAŁO W BARDZO NIEWIELKIM STOPNIU.

Poziom nieufności względem niezależnych sił i wykorzystywania sytuacji w Warszawie jako straszaka na swoich wyborców to nic nowego. Inna rzecz, że PO mogłaby tę Warszawę jakoś usuwać w cień, bo nie widzę, jak to miałoby jej pomóc w reszcie kraju.

Byli prezydenci apelują w sprawie tzw. paktu senackiego, aby nie mnożyć kandydatów na opozycji. Największy spór mieliśmy chyba w Warszawie, gdzie jest Ujazdowski z Koalicji i Kasprzak jako wolny strzelec. Czy ktoś z nich powinien odpuścić dla wyższego dobra, a jeżeli tak, to który?
Teraz już trochę na to za późno (Kasprzak podjął decyzję, by jednak startować – red.). Być może przewaga opozycji w Warszawie jest tak duża, że i tak kandydat PiS nie wygra. Przypomnę jednak, że były takie przypadki, jak np. w 2011 r. w okręgu podhalańskim, gdzie było 2 kandydatów związanych z PiS-em i wygrał wspólny kandydat PO i PSL. To jest kwestia tego, że najbardziej zagorzali ideowi aktywiści opozycji uważają, że robienie ukłonów względem umiarkowanych konserwatystów ich obraża. PiS się na pewno z tego cieszy.

Umiarkowani konserwatyści, którzy stanowili olbrzymią cześć elektoratu PO w czasach jej największych sukcesów, coraz bardziej oddalają się od tej partii, i to nie w stronę lewicy czy KOD-u.

W OGÓLE NIE WIDAĆ JAKIEGOŚ WYMARZONEGO PRZEZ “GAZETĘ WYBORCZĄ” NARODOWEGO ZWROTU W LEWO.

Mimo wszystko zastanawiam się nad sensem wystawiania w Warszawie, która w pierwszej turze wybrała liberalnego Trzaskowskiego na prezydenta, akurat Kazimierza Ujazdowskiego.
Oczywiście można się zastanawiać, ale Ujazdowski został zarejestrowany jako kandydat. Nawet jeśli to był błąd i dla warszawiaków to jest taka obelga, to gorąco przeciw temu protestując muszą się chyba pogodzić z kolejnymi 4 latami rządów PiS-u w całym kraju. W Suchej Beskidzkiej w 2007 roku kandydat PiS miał 34 proc., a PO z PSL i lewicą 66 proc. Dzisiejsza opozycja wygrywała 2/1. W wyborach do europarlamentu, które PiS już w Suchej Beskidzkiej wygrał, KE na spółkę z Wiosną miała już tylko 40 proc. Dzisiejsza opozycja odepchnęła od siebie co czwartego wyborcę.

DZIŚ JEJ PROBLEMEM NIE JEST TO, JAK ODZYSKAĆ ŻOLIBORZ, ALE SUCHĄ.

Tylko jeżeli wyborcy z Żoliborza będą nieustająco wysyłać do wyborców z Suchej Beskidzkiej komunikat, że “będziemy głosować tylko na takich jak my”, to powinni się nastawić na wiele lat w opozycji.

Jeżeli PiS wygra ponownie wybory, to będzie koniec demokracji liberalnej – pojawiają się takie obawy. Zgadza się pan z tym stwierdzeniem?
W takim samym stopniu jak z tym, że gdy wygra opozycja, to nastąpi koniec narodu polskiego. Oczywiście różne rzeczy mogą się zdarzyć, ale na dziś to są chwyty retoryczne. Oczywiście PiS świerzbią ręce, ale od tego to jeszcze daleko do skuteczności w manipulacjach. Już 3 lata temu były poważne obawy związane z inicjatywą zmian w prawie wyborczym. Jednak żadnych efektów te zmiany nie przyniosły dla wyniku wyborczego i naprawdę nie te zmiany sprawiły, że pan Kałuża zmienił front po śląskich wyborach do sejmiku. Do tego większość tych zmian tuż po wyborach wylądowała w koszu. Oczywiście o demokrację trzeba się troszczyć, ale nie można wpadać w panikę z powodu swoich strachów. Prawdą jest, że prezes się rozochoca i chciałby stworzyć nową elitę, ale na razie to mu się udało zrazić starą.

Gra idzie o przyszłość demokracji w Polsce, o państwo prawa, wolność słowa, prawa obywatelskie. Kolejne 4 lata rządów PiS-u są ogromnym zagrożeniem dla tych wartości. Kaczyński nawet tego nie ukrywa. Oczywiście używa słów zakłamujących rzeczywistość, ale jak się zdeszyfruje ten jego język, to wiadomo, co będzie. Wiadomo, że określenie “reforma sądów” oznacza całkowite podporządkowanie ich władzy wykonawczej, czyli PiS-owi – mówi prof. Tomasz Nałęcz, historyk, były doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego i były marszałek Sejmu. Rozmawiamy o kampanii, zepsuciu władzy i wyborach. – Gra toczy się zatem o naprawdę dużą stawkę, tak wysokiej nie było od 1989 roku. Były różne koncepcje stronnictw ubiegających się o władzę, ale takiej jeszcze nie było. To są także moje odczucia i obawy – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: W najnowszym sondażu PiS z niewielką przewagą nad opozycją zdobywa 234 do 226 mandatów. Sondaż prognozuje też rekordową frekwencję: 63 proc. ankietowanych deklaruje, że na pewno pójdzie, 20 proc. – że prawdopodobnie pójdzie. Będzie rekord?

TOMASZ NAŁĘCZ: Zdziwiłbym się, gdyby frekwencja była rzeczywiście na poziomie z sondażu, bo jeżeli zsumuje się wyniki, to do urn miałoby pójść ponad 80 proc. wyborców. To frekwencja niewyobrażalna i byłby to rekordowy wynik. Zawsze w sondażach wychodzi wyższa frekwencja, powód jest prosty – aby zagłosować, trzeba zaangażować się w realne działanie.

Jednak wielu ekspertów mówi o rekordowej frekwencji.
Trudno być tu prorokiem, ale podejrzewam, że frekwencja, mimo że nie będzie na takim poziomie jak wskazuje sondaż, to i tak będzie rekordowa, pewnie koło 60 proc. Wyższa frekwencja była tylko w wyborach prezydenckich, i to w momencie ogromnej koncentracji, kiedy rywalizował Wałęsa z Kwaśniewskim w II turze w 1995 roku. Frekwencja będzie wysoka, bo obie strony są przekonane, że gra toczy się o wysoką stawkę, i słusznie.

Dlaczego?
Inne są motywacje zwolenników PiS-u i partii opozycyjnych. Ci drudzy uważają – i słusznie – że gra idzie o przyszłość demokracji w Polsce, o państwo prawa, wolność słowa, prawa obywatelskie. Kolejne 4 lata rządów PiS-u są ogromnym zagrożeniem dla tych wartości. Kaczyński nawet tego nie ukrywa. Oczywiście używa słów zakłamujących rzeczywistość, ale jak się zdeszyfruje ten jego język, to wiadomo, co będzie. Wiadomo, że określenie “reforma sądów” oznacza całkowite podporządkowanie ich władzy wykonawczej, czyli PiS-owi. Sądy mają według Kaczyńskiego zachowywać się tak jak dziś prokuratura; jeśli przedmiotem postępowania prokuratury jest sprawa z udziałem Kaczyńskiego i dwóch wież, to widzimy, jak działa prokuratura – w ogóle nie działa. Ten sam model ma zostać przeniesiony na sądy.

KACZYŃSKI MÓWI O REFORMIE, ALE KAŻDY WIE, CO W JEGO USTACH TO ZNACZY – TO DEMOLKA.

Podobnie będzie z tą częścią mediów, które postulują wolność i nie są po stronie władzy. Oczywiście Kaczyński mówi o unarodowieniu i spluralizowaniu, ale tu również wszyscy wiemy, o co chodzi. Wystarczy spojrzeć na media zwane kiedyś publicznymi. Gra toczy się zatem o naprawdę dużą stawkę, tak wysokiej nie było od 1989 roku. Były różne koncepcje stronnictw ubiegających się o władzę, ale takiej jeszcze nie było. To są także moje odczucia i obawy.

Jeżeli chodzi o drugą stronę, to rozumiem ją, choć nie podzielam ich obaw. Wielu Polakom PiS skutecznie wmówił, że jak tylko opozycja wygra wybory, to polityka socjalna, którą wprowadził, ulegnie zniszczeniu – to nie jest prawda. Ugrupowania opozycyjne złożyły twarde deklaracje w tej sprawie i ja daję im wiarę. Tę szeroko zakrojoną politykę PiS-u może zniszczyć jedna rzecz, czy nadwyrężyć w zależności od skali zagrożenia – kryzys w gospodarce. Jeśli Polska znajdzie się w sytuacji jak Grecja, to niezależnie, kto będzie rządził, chcąc ratować kraj przed ostateczną klęską gospodarczą i przed anarchią, będzie musiał radykalnie obniżyć wydatki z budżetu. Także wydatki socjalne.

CO DO SYTUACJI GOSPODARCZEJ, TO PIS NIE MA ŻADNEJ CUDOWNEJ RECEPTY, TYLKO TRAFIŁ NA DOBRĄ KONIUNKTURĘ, UŚMIECHNĄŁ SIĘ DO NIEGO LOS, ALE JUŻ SĄ ZNAKI, ŻE TA KONIUNKTURA ZACZYNA SIĘ ZAŁAMYWAĆ.

Czy był pan zdziwiony aferą Mariana Banasia?
Byłem zszokowany, choć nie do końca. Zdziwiła mnie szybkość procesu, bo Jarosław Kaczyński czyni coraz bardziej z polskiej demokracji wydmuszkę: zachowuje instytucje, które były filarami systemu demokratycznego, ale obsadza ich swoimi ludźmi. Forma zatem pozostaje ta sama, ale treść już jest zupełnie inna. W gruncie rzeczy mamy miękkie osuwanie się w system autorytarny. Każdy historyk i politolog wie, że system autorytarny służy demoralizacji ludzi władzy, bo nie ma mechanizmów kontroli. My nie mamy w Polsce systemu autorytarnego, jest jeszcze fragment niezależnej opinii publicznej. To przecież dzięki dziennikarzom, a nie służbom specjalnym sprawa Banasia ujrzała światło dzienne. Wydawało mi się, że Kaczyński i jego ludzi mają świadomość, że jest jeszcze szereg instytucji obywatelskich niezależnych, które monitorują sytuację. Okazuje się, że bezkarność rozzuchwala.

SPRAWA PANA BANASIA, NIEZALEŻNIE, CZYM SIĘ SKOŃCZY, BO JA W PIS-OWSKI WYMIAR SPRAWIEDLIWOŚCI NIE WIERZĘ, POKAZUJE, ŻE TA DEMORALIZACJA POSTĘPUJE BARDZO SZYBKO.

Jak ocenia pan finisz kampanii?
Nabrała tempa. Wydaje mi się, że jednak przytłaczająca większość wyborców jest spolaryzowana, a kampania nie ma dla nich większego znaczenia. Może utwierdzić ich w przekonaniu, mobilizować do głosowania, ale jako tako poglądów nie zmieni. W kampanii wyborczej jest coś z romansu, gdy jedna strona widzi, że drugiej nie zależy, to też macha ręką. Jeżeli coś ma jednak zmienić, to raczej nie na korzyść PiS-u.

Na pewno na tym finiszu nie zyskuje PiS, bo wiele brzydkich spraw PiS-u ostatnio wyszło na jaw. Jeżeli ktoś nie jest bardzo przywiązany do tej partii, to może mieć wręcz odruch wymiotny.

GŁOSOWAĆ NA FORMACJĘ, KTÓRA DAJE WIARĘ, ŻE MINISTER ZIOBRO NIE WIEDZIAŁ O AFERZE HEJTERSKIEJ W SWOIM MINISTERSTWIE, ŻE SŁUŻBY SPRAWDZAJĄ OD KILKU MIESIĘCY PANA BANASIA I NIE MOGĄ DOJŚĆ DO WNIOSKÓW, KTÓRE DZIENNIKARZ USTALIŁ NIE POSIADAJĄC MOŻLIWOŚCI, JAKIE MAJĄ SŁUŻBY, TO RZECZYWIŚCIE TRZEBA BYĆ CZŁOWIEKIEM BARDZO ZAKOCHANYM W PIS-IE, ABY NIE WIDZIEĆ TYCH SKAZ NA WIZERUNKU.

Do wyborów został tydzień, a w niektórych okręgach, np. w  Warszawie, jest dwóch kandydatów opozycji do Senatu. Czy któryś z powinien się wycofać?
Oczywiście. Wszyscy kandydaci mniejszościowi powinni się wycofać. Tu sytuacja jest jasna jak słońce. Okręgi są jednomandatowe, a ordynacja jest większościowa. Wygrany bierze wszystko. Tu nie ma dogrywki czy drugiego miejsca. Jeżeli głosy na opozycji podzielą się między dwóch kandydatów, to mimo iż razem zgromadzą większą część głosów, to wygra kandydat partii rządzącej.

Ja bardzo cenię to, co publicznie robi pan Kasprzak, doceniam jego osobistą ofiarność i determinację. Jednak jeżeli w jego okręgu i okręgu pana Ujazdowskiego wejdzie do Senatu kandydat PiS-u, to nie może nam potem tłumaczyć, że chciał dobrze.

NAWET JEŻELI PAN KASPRZAK DOBRZE CHCE, TO MOŻE SIĘ OKAZAĆ, ŻE STANIE SIĘ TAK, ŻE UMOŻLIWI ZDOBYCIE MIEJSCA W SENACIE KANDYDATOWI PIS-U. POLITYKA OPRÓCZ MORALNOŚCI I IDEOWOŚCI MUSI MIEĆ JESZCZE ELEMENT SKUTECZNOŚCI.

Bardzo wiele nieszczęść w przeszłości sprawili idealiści, którzy dobrze chcieli, ale nie potrafili słusznej idei wcielić w życie. Apelowałbym do tych wszystkich kandydatów, którzy dzielą głosy opozycji, aby poza ideami pamiętali o niezbędnym dodatku do polityki, jakim jest skuteczny wybór metody. Pan Kasprzak ma na sztandarach niezwykle piękne wartości i zachowania, ale brakuje mu skuteczności, a jest to wartość w polityce realnej, czyli w dniu głosowania.

Czy wolność kandydowania nie jest solą demokracji?
Nie można też ulegać narracji PiS-owskiej, że przecież jest demokracja, więc niech kandyduje każdy, kto chce – bo ilu jest kandydatów z PiS-u w okręgach do Senatu? Tylko jeden. Dlaczego w PiS-ie nie może kandydować, kto chce? Bo to strategia na samospalenie i prezes o tym wie. Jeszcze jest czas i można wycofać się z kandydowania.

Od 4 lat żyję w państwie, gdzie kłamstwo stało się jedyną prawdą, nepotyzm sprawiedliwością, korupcja naturalnym zaspokojeniem potrzeb rządzących, agresja sprawiedliwością dziejową, niedouczenie powodem do dumy.

Gdyby to, co wyprawia się w Polsce było tematem jakiejś książki z gatunku fantasy, to zaśmiewałabym się do łez. Śmiałabym się i jednocześnie pukała w głowę, nie rozumiejąc, co z tą książkową społecznością nie tak, iż pozwala po sobie jeździć jak po łysej kobyle, że jest aż takie przyzwolenie na demolkę państwa, że w ogóle niesamowitą wyobraźnię miał autor, opisując coś takiego. Po przeczytaniu, odłożyłabym tę książkę, by już nigdy do niej nie wrócić, bo wydałaby mi się totalnie wydumana, oderwana od realiów, bez sensu.

Problem jednak polega na tym, że to się dzieje naprawdę i to już od 4 lat. To nie jakiś książkowy twór, matrix, ale nasza polska rzeczywistość, więc ani się pośmiać, ani przejść nad tym do porządku dziennego. Gdzie się nie ruszę, gdzie nie spojrzę tam stykam się z totalnym absurdem i realiami jak w krzywym zwierciadle. I im głębiej w to wchodzę, tym mniej rozumiem. Od 4 lat żyję w państwie, gdzie kłamstwo stało się jedyną prawdą, nepotyzm sprawiedliwością, korupcja naturalnym zaspokojeniem potrzeb rządzących, agresja sprawiedliwością dziejową, niedouczenie powodem do dumy, postawa roszczeniowa podstawą rozwoju państwa, niezaspokojona żądza władzy i kasy należy się jak psu zupa, a buta i arogancja brylują na politycznych salonach, pozwalając i nam, maluczkim, na coraz większe hołdowanie tym demonom.

Staje przede mną facet i mówi, że polska służba zdrowia jest najlepsza w Europie, a na SOR-ach umierają ludzie, lekarze padają z przepracowania, posiłki w szpitalach mogą prowadzić do wyniszczenia głodowego pacjentów. Gwiazda polskiej edukacji uwiła sobie bezpieczne gniazdko w Brukseli, jej następca zachwala reformę, a szkoły ledwo zipią. Prezydent opowiada bajeczki o tym, jakoby zagrożenie klimatyczne to jakaś manipulacja, woli bronić interesów grup społecznych, a smog wywołuje coraz bardziej tragiczne skutki, upały stają się nie do zniesienia, ludzkość staje na granicy zagłady. Były minister rolnictwa chce karać dzieciaki za udział w strajku klimatycznym, zapominając, ile się napracował, by rozwalić polski ekosystem. Premier już kilkakrotnie został przyłapany na kłamstwie, a co wystąpienie to bajdurzy jak z nut. Prezes partii rządzącej wciąż gada o wolności i rozkwicie demokracji, jednocześnie rozwalając praworządność, idąc przez Polskę z hasłami nienawiści, obrażając każdego, kto się pod jego słowami nie podpisuje.

Służba zdrowia, przemysł, edukacja, przedsiębiorczość, kultura, wojskowość, dyplomacja zagraniczna, inwestycje, stosunki społeczne… to wszystko leży i kwiczy. 4 lata! Wystarczyły 4 lata, by zamienić Polskę w skansen nietrafionych decyzji, fatalnego gospodarowania, politycznej mitomanii. Wystarczyły 4 lata, by Polak Polakowi stał się wrogiem, a o wzajemnym szacunku, uśmiechu czy życzliwości można zapomnieć.

Co będzie po kolejnych czterech, jeśli uda się PiS-owi wygrać i mieć większość parlamentarną? Władza przejmie już całkowicie kontrolę nad wymiarem sprawiedliwości, media niezależne będą musiały przejść do podziemia, UE ciachnie nam dotacje, co znacznie pogorszy sytuację gospodarczą,  część narodu z wyciągniętą ręką będzie żądała jeszcze więcej i więcej, Polska Instytucja Kościelna będzie pławić się w luksusie, policja będzie karała za wszystko jak leci, wolność i swoboda staną się pustymi słowami, Konstytucja zostanie przerobiona na pisowską modłę, podatki nas zeżrą, bo przecież ktoś będzie musiał zarobić na rozdawnictwo kasy, a prawa człowieka wylądują w koszu na śmieci. Widzę ciemność i tylko ciemność…

Taką właśnie Polskę zafunduje nam prezes, który już dzisiaj nie ukrywa swoich planów. Wielu Polakom to się podoba, bo najważniejsze jest przecież to, by do władzy nie wrócił wróg numer jeden, czyli PO, by i inne partie opozycyjne oblizały się smakiem. Jakże skutecznie Kaczyński wbił ludowi do głowy, że jego partia może wszystko, bo i tak jest lepsza od poprzedników. Stąd to nieustające uwielbienie i pełna akceptacja. Tej partii wolno wszystko, bo zasługuje ona na swoje koryto, tym bardziej, że ochłapami z niego umie się podzielić, a nie tak jak poprzednicy.

Jeszcze kilka dni do wyborów. Nie ukrywam, że jestem pełna niepokoju. Nie tylko dlatego, iż dzięki ciężkiej pracy Kościoła i rzuconym kolejnym obietnicom, zapewne wielu Polaków zagłosuje na PiS, ale obawiam się też, jaką decyzję podejmą ci, którzy z zasady na wybory w ogóle nie chodzą. Czy i tym razem odpuszczą, uważając, że polityka ich nie dotyczy, wierząc w swoją dobrą karmę, której żadna władza nie zaszkodzi? Co zrobimy, gdy okaże się, że rację miał Kochanowski, pisząc „(…) Nową przypowieść Polak sobie kupi/  Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi”?

Obawiam się też sytuacji, gdy jednak PiS nie osiągnie zamierzonego celu. Znając prezesa i jego ludzi, podejrzewam, że są przygotowani na każdy wariant i raz zdobytej władzy tak szybko nie oddadzą. Co wymyślą, by może unieważnić wybory czy tak je zmanipulować, by móc spać spokojnie?

Zachowanie Kaczyńskiego w Sejmie to odmowa odpowiedzialności za rynsztok, który się stworzyło w kraju. Zamach na Adamowicza 8

17 Sty

„To czysty przypadek, proszę nie doszukiwać się w tym drugiego dna” – tak rzecznik Prawa i Sprawiedliwości Beata Mazurek tłumaczyła swoją nieobecność podczas minuty ciszy na cześć tragicznie zmarłego Pawła Adamowicza w Sejmie. Przesłanek, by sądzić, że absencja prezesa z przybocznymi podczas symbolicznego gestu nie była przypadkowa dostarcza przykład z terenu. Otóż radni Prawa i Sprawiedliwości w Łodzi wzięli dziś przykład z góry i nie uczestniczyli dziś w posiedzeniu Rady Miasta, na którym żegnano Pawła Adamowicza, zamordowanego prezydenta Gdańska.

Podczas sesji Rady Miasta obecny był tylko jeden radny Prawa i Sprawiedliwości. Puste krzesła łódzkich działaczy PiS zostaną w pamięci smutnym znakiem politycznej i ludzkiej małości. Chyba, że to był również czysty przypadek.

Zachowania Jarosława Kaczyńskiego trudno nie nazwać celowym. Tuż po tragicznej śmierci Pawła Adamowicza wielu wyrażało nadzieję na poprawę poziomu w polskim dyskursie politycznym. Niestety, zawistnego, jedynie słusznie cierpiącego prezesa Prawa i Sprawiedliwości nie było stać na klasę nawet na poziomie czysto symbolicznym. Przykład z góry poszedł do Łodzi. Niestety, jak Kaczyński zdołał wielokrotnie udowodnić, „góra” to człowiek mały. 

Próbujący narzucić dziś, skądinąd krzywdzącą narrację o „chorym psychicznie” zamachowcu, działającemu samodzielnie w oderwaniu od motywacji politycznych, w ramach dobrze przyjętej w Polsce „symetrii”, chętnie wspominają dziś o zabójstwie Marka Rosiaka w biurze europosła PiS Janusza Wojciechowskiego z października 2010 roku. Zamachowiec chciał wtedy zabić Jarosława Kaczyńskiego. Wtedy też politycy PiS na czele z prezesem oskarżali rządzących o kampanię nienawiści przeciwko ich partii. „Zaczyna się zabijanie opozycji. Nie zabijajcie nas, chcemy pracować dla demokratycznej Polski. Wróćmy do normalnych zasad funkcjonowania polskiego państwa” – apelował Witold Waszczykowski.

Pamięć tragicznie zmarłego Marka Rosiaka uczcili w Łodzi ówcześni Prezydent, premier i Marszałek Sejmu. Gdy wielu liczyło na symboliczne pojednanie w geście podania dłoni na znak pokoju podczas pogrzebu, Jarosław Kaczyński zgrabnie uniknął niechcianej sytuacji czekając w przejściu pomiędzy ławkami. Mimo tego prezes mówił o wybuchu „socjotechniki nienawiści, która zaczęła być stosowana jako socjotechnika władzy”. „I jeśli można dziś o coś apelować, prosić, to o to, by ta socjotechnika, by ten sposób rządzenia został odrzucony, z całym zdecydowaniem, jednoznacznie, bez żadnych uników” – dodał.

W myśl apelu Prawo i Sprawiedliwość ogłosiło powstanie tzw. Deklaracji łódzkiej “przeciw przemocy i nienawiści w życiu publicznym i mediach”. Jako pierwszy deklarację podpisał sam Jarosław Kaczyński, wezwał do tego samego Bronisława Komorowskiego, warunkował tym możliwość rozmowy z prezydentem. Zobowiązał się przez to, jak mówił na konferencji, „do nie posługiwania się w życiu publicznym sformułowaniami obraźliwymi, bardzo skrajnymi, sformułowaniami bez których można w polskim naszym języku wyrazić nawet najbardziej krytyczny pogląd”.

W Deklaracji napisano:

„Dlatego uważamy za niedopuszczalne: 

– Wyrażenia wzywające do przemocy i życzące śmierci, szyderstwo z sytuacji zagrożenia życia np. jaka wizyta taki zamach; 

– Wypowiedzi przypisujące choroby psychiczne, wmawianie nienawiści i działania z niskich pobudek; 

– Używanie dla określenia oponenta słów powszechnie traktowanych za obelżywe – np. bydło, wataha czy wypowiedzi takich jak : „(…) znajduje się grupa ludzi, która w tym czasie – kiedy wszyscy bez wyjątku ciężko pracują – plądruje walizki pasażerów” czy „Przyjdzie taki dzień, że Jarosław Kaczyński będzie już rozmawiał z siłami ostateczności (…) być może będzie miało to miejsce jeszcze w tym roku (…) wówczas uznamy, że to był naprawdę dobry rok”. 

Ten język nienawiści i wykluczenia odrzucamy! Apelujemy do uczestników życia publicznego, redakcji prasowych, działaczy społecznych i związkowych, osób zaufania publicznego, a przede wszystkim do obywateli, aby przystąpili do tej deklaracji”.

Co zostało z Deklaracji? Co zostało z chęci zmiany? Czy Prawo i Sprawiedliwość po prostu perfidnie wykorzystało ludzką tragedię do walki politycznej?

Prawo i Sprawiedliwość nie zachowało choćby pozorów przyzwoitości. W tych smutnych okolicznościach dobre jest jedno. Podłe zachowanie polityków prawicy budzi wśród Polaków jeszcze szczere oburzenie. Tym razem nie spot

Są ludzie winni takiej atmosfery, która popchnęła tego osobnika do zabójstwa prezydenta Adamowicza, tak samo jak popchnęła do zabójstwa prezydenta Narutowicza. Nie podzielam poglądu, że trzeba wyciszyć emocje, pogrążyć się we wspólnej zadumie, znam ten ton z 1922 roku. Nie, takie rzeczy trzeba nazywać po imieniu. Tak jak sobie wszyscy upudrowali sumienia po zabójstwie Narutowicza, że to szaleniec zabił, a druga strona wykazała się wspaniałomyślnością, nie dążyła do publicznego rozliczenia – mówi prof. Tomasz Nałęcz, historyk specjalizujący się w historii dwudziestolecia międzywojennego. – Jeżeli tak się stanie, to prezydent Adamowicz zginie dwa razy. Raz z ręki mordercy, a drugi raz w wyniku tego, że nie wyciągnięto z tej śmierci wniosku.

JUSTYNA KOĆ: W całym kraju odbyły się w poniedziałek marsze przeciw nienawiści. W Warszawie ludzie spotkali się przed PKiN, po czym spontanicznie ruszyli przed Zachętę, intuicyjnie łącząc zabójstwo prezydenta Pawła Adamowicza z zabójstwem prezydenta Gabriela Narutowicza. Słusznie?

PROF. TOMASZ NAŁĘCZ: Też bym tak zrobił, chociaż kierowany nie intuicją, a wiedzą historyczną, bo zajmuję się zawodowo przede wszystkim okresem międzywojennym, a więc czasami Gabriela Narutowicza.

Widzę ogromne podobieństwa tych dwóch sytuacji. Oczywiście jest też mnóstwo odmienności, nieporównywalna jest Polska po blisko 100 latach, inne jest społeczeństwo, inne państwo, inna kultura, inny sposób komunikowania. Nie ma dwóch porównywalnych w historii momentów jeden do jednego, natomiast istota zjawiska jest ta sama.

Nienawiść?
Nienawiść sączona instrumentalnie przez ludzi polityki ludziom, którzy nie dostrzegali istoty tej gry i którzy zarzuty stawiane fałszywie Narutowiczowi traktowali poważnie. Narutowicza po wyborze na prezydenta oskarżano o najgorsze rzeczy, wcześniej nie budził żadnych emocji, dopiero kiedy został wybrany i przepadł, wydawało się żelazny kandydat endecji, hrabia Maurycy Zamoyski.

Ludzie prości, przyjmujący słowa wypowiadane przez polityków jako wierzenia, traktowali Narutowicza jako zło wcielone, a szczególnie niebezpieczni są w takich sytuacjach ludzie, którzy są niezrównoważeni, odbiegają od normy psychologicznej. To niekonicznie muszą być ludzie ogarnięci chorobą, ale podatni na nastroje.

Nie znam się na psychologii, ale nie ulega wątpliwości, że zabójca prezydenta Narutowicza był człowiekiem z ówczesnej elity intelektualnej, krytykiem sztuki, wysokim urzędnikiem państwowym, cieszył się szacunkiem. To, że popełnił ten mord, nie cofa tych poprzedzających opinii, wiedzy i umiejętności. Niewiadomski od dłuższego czasu przygotowywał się do zamachu na Piłsudskiego. Gdyby ten nie zrezygnował z kandydowania, Zgromadzenie Narodowe wybrałoby go prawdopodobnie już w pierwszym głosowaniu i to Piłsudski by zginął.

Poszukajmy tych analogii głębiej. W 1922 roku gazety pisały o Narutowiczu jako obywatelu Szwajcarii, nie-Polaku, pisano o rządzie „powołanym przez prezydenta narzuconego przez obce narodowości: Żydów, Niemców i Ukraińców”Dziś pojawiają się statystyki, że w ciągu ostatniego roku w TVP wyemitowano ponad 100 materiałów szkalujących Adamowicza.

Zabójstwo prezydenta Adamowicza jest dokładnie taką samą sytuacją jak morderstwo prezydenta Narutowicza.

Ja nie oglądam tych programów, bo uważam, że to uwłacza godności normalnego człowieka, chociaż płacę abonament jak porządny obywatel. Uważam, że to jest warte przebadania i oczywiście, że ci pseudodziennikarze nie hodowali świadomie mordercy, tak jak ludzie, którzy atakowali Narutowicza, nie chcieli jego mordu.

Czym innym jest rzucanie błotem, a czym innym, jak to błoto zamienia się w krew ofiary.

Co było po zabójstwie?
Obozowi winnemu śmierci Narutowicza uszło to na sucho, oczywiście oprócz zamachowca, który poniósł karę śmierci, został stracony kilka tygodni po zamachu, ale obóz polityczny nie. Przeciwnie, pięć miesięcy po zabójstwie Narutowicza w koalicji z PSL-Piast objął władzę w Polsce. Jestem przekonany, że są tu sytuacje analogicznie.

Są ludzie winni takiej atmosfery, która popchnęła tego osobnika do zabójstwa prezydenta Adamowicza, tak samo jak popchnęła do zabójstwa Narutowicza. Nie podzielam poglądu, że trzeba wyciszyć emocje, pogrążyć się we wspólnej zadumie, znam ten ton z 1922 roku. Nie, takie rzeczy trzeba nazywać po imieniu.

Tak jak sobie wszyscy upudrowali sumienia po zabójstwie Narutowicza, że to szaleniec zabił, bo rzeczywiście ten morderca nie miał organizacyjnych związków z obozem narodowym. Politycznie ten akt nikomu nie zaszkodził, oczywiście oskarżenie o moralną winę za zabójstwo prezydenta w krótkim czasie szkodziło temu  środowisku, ale druga strona wykazała się wspaniałomyślnością, nie dążyła do publicznego osądu całej tej sprawy, bała się konfliktu wewnętrznego, wojny domowej, starała się załagodzić sytuację. Słyszę ten ton także teraz w debacie publicznej.

Nie przypisujmy nikomu winy, zbadajmy tę sprawę, słyszę komunikaty o konieczności badań medycznych zabójcy. Oczywiście, że one są elementem procedury śledczej, a potem sądowej, ale uważam, że jest jedną wielką przestrogą przypadek Narutowicza i tego, co potem się działo w imię tzw. wyższego dobra i spokoju, nienapinania konfliktu społecznego, nierozliczania winnych.

Jestem przekonany, że śledztwo prokuratora Ziobry będzie zmierzało w kierunku, że morderca prezydenta Gdańska był psychicznie chory. To zawsze jest łatwiejsze usprawiedliwienie, gdy szaleniec sięga po broń.

Powinny nastąpić twarde rozliczenia?
Uważam, że ktoś swoją argumentacją wkłada do ręki broń szaleńcowi, ktoś sprawia, że szaleniec sięga po rewolwer czy po nóż, przecież sam tego nie wymyślił podczas spacerów nad Wisłą czy Wełtawą. On słucha i chłonie.

Nie wystarczy w przypadku złowrogiej audycji zniszczyć odbiornika, tylko trzeba uciszyć radiostację. Tak jest też w tym przypadku.

W 1922 roku mówiono „ciszej nad tą trumną”.
I rozejdźmy się w zadumie, kto bez winy, niech rzuci kamieniem. Oczywiście, że te emocje, atmosfera oskarżeń, ciężkich słów to jest przekleństwo współczesnej polityki, nie tylko polskiej, ale jak się tak to zostawi, to będzie tak samo jak 97 lat temu. Ruchy skrajne wyniosą mordercę na swoje sztandary, może nawet jak w przypadku Narutowicza będą kontrowersje, czy umieścić tablicę pamiątkową, czy nie, będą dziwne uchwały za kilka miesięcy.

Przestrzegam przed tą strategią zabliźniania tej rany w imię „wyższego dobra”. Jak mówił pisarz, którego niezwykle cenię, Stefan Żeromski, burzyciel ludzkich sumień u zarania niepodległości, to jest zabliźnianie ran podłością.

Z naszej rozmowy wynika, że nawet z tak tragicznej śmierci nie potrafimy wyciągać wniosków, czy teraz będzie inaczej?
Chciałbym, bo tamta śmierć poszła na marne, ona nie stała się momentem otrzeźwienia, refleksji, bo ludziom winnym uszło to na sucho. Co więcej, nie mamy czasu na dokładne analizy historyczne, ale powiem jeszcze, że

w tamtych demonstracjach pełnych jadu, nienawiści, podjudzających do przemocy była pewna racjonalna metoda. Chodziło o to, aby nie dopuścić do utrwalenia bardzo przypadkowej rzeczywiście, sytuacyjnej koalicji, która Narutowicza wybrała.

Taka koalicja w świecie ówczesnej polityki nie miała prawa powstać. Endecji się wydawało, że to niemożliwe, aby zjednoczyli się centrum, lewica i mniejszości narodowe. Zdarzyła się jednak w wyniku błędów prawicy, nie mamy czasu, aby powiedzieć dlaczego, ale to właśnie prawica scementowała tak egzotyczną koalicję. I endecja się przestraszyła, że ta koalicja sformuje gabinet i zacznie rządzić Polską, spychając endecję, która zebrała jednak najwięcej głosów, jej wynik był znacząco lepszy, niż innych ugrupowań. Tamte demonstracje nienawiści urządzano też po to, aby pokazać, że bez prawicy rządzić Polską się nie da.

Prędzej Polska spłynie buntem, niż będą rządzić inni. Ta strategia przyniosła śmierć prezydenta, uruchomiła ludzi słabych, biorących hucpę polityczną za prawdę objawioną, a w kilka miesięcy potem endecja sięgnęła po władzę. Endecji udało się tę koalicję prezydenta zniszczyć, zdążyła jeszcze tylko wybrać następcę Narutowicza, prezydenta Wojciechowskiego.

To powinna być dla nas ogromna przestroga, że nie można powtórzyć tego samego scenariusza, a jak widzę komentarze, płynące zwłaszcza z prawej strony, które chyba i druga strona jest w stanie przyjąć, tę strategię „w imię spokoju społecznego”, to rzeczywiście prezydent Adamowicz zginie dwa razy. Raz z ręki mordercy, a drugi raz w wyniku niewyciągnięcia z tej śmierci wniosku. Z tym że sytuacja o tyle się różni, że o ile w II RP już takiego mordu nie było, to uważam, że tym razem, bardzo bym nie chciał, ale jeżeli wejdziemy w scenariusz naszych pradziadów, to mogą być następne takie mordy.

Prezydenci trzech miast wystosowali apel do wszystkich prezydentów i burmistrzów, aby w dniu pogrzebu Pawła Adamowicza zorganizowali w każdej miejscowości „możliwość spotkania się na centralnym placu” i zapalania zniczy. – Aby ci wszyscy, którzy nie będą mogli być w Gdańsku, u siebie, we własnej miejscowości, mogli się ze sobą spotkać – mówił podczas konferencji prasowej Rafał Trzaskowski. Razem z prezydentem Warszawy wystąpili prezydenci Sopotu i Poznania. Zadeklarowali, że po ostatnich wydarzeniach nie chcą ochrony, ale powrotu do normalności.

„To moment, kiedy wszyscy powinniśmy być razem”

„Żegnamy Pawła Adamowicza, Prezydenta Miasta Gdańska, wspaniałego człowieka, wielkiego samorządowca, naszego Przyjaciela z Unii Metropolii Polskich i Związku Miast Polskich. Apelujemy do włodarzy wszystkich samorządów, aby w czasie sobotnich uroczystości pogrzebowych umożliwili swoim mieszkańcom zebranie się na centralnych placach swoich miast i zapalenie zniczy. W obecnej sytuacji jedynie nasze myśli i wsparcie duchowe są w stanie wesprzeć Rodzinę i mieszkańców Gdańska. Niech ten okres żałoby będzie czasem zadumy, spokoju i zastanowienia” –  czytamy w apelu trzech prezydentów miast: Warszawy, Sopotu i Gliwic.

– Sobota, godz. 12, to jest taki moment zadumy, żeby każdy prezydent, każdy samorządowiec, każdy burmistrz zapewnił w swojej miejscowości możliwość spotkania się na centralnym placu. Aby ci wszyscy, którzy nie będą mogli być w Gdańsku, u siebie, we własnej miejscowości, mogli się ze sobą spotkać – mówił podczas konferencji prasowej Rafał Trzaskowski. Według niego „to jest taki moment, kiedy wszyscy powinniśmy być razem”.

W konferencji prasowej przed siedzibą PO w Warszawie uczestniczyli także prezydenci Sopotu Jacek Karnowski i Poznania Jacek Jaśkowiak.

„Był jednym z twórców samorządów”

Prezydent Sopotu apeluje do wszystkich miast i gmin, „aby zastanowić się, jak uhonorować zmarłego tragicznie prezydenta Gdańska”. Chce także, aby jego przesłanie o wolności, solidarności, otwartości wprowadzić do szkół.

– Wielu samorządowców zastanawia się, co dalej, i dlatego też wystosowaliśmy dzisiaj apel o to, żeby zastanowić się nad tym, jak godnie, w każdym mieście, w każdej gminie uhonorować naszego przyjaciela, prezydenta Paweł Adamowicza. Był jednym z twórców samorządów, nie tylko w Gdańsku, ale i w Polsce – mówił Jacek Karnowski.

Pogrzeb Pawła Adamowicza odbędzie się w sobotę o godz. 12. Prezydent Gdańska zostanie pochowany w Bazylice Mariackiej w Gdańsku. Sobota będzie dniem żałoby narodowej.

Od czwartku od godz. 17 w Europejskim Centrum Solidarności przez 24 godziny będzie wystawiona trumna prezydenta Gdańska. Stamtąd w piątek wyruszy pochód, który odprowadzi ją ulicami miasta do Bazyliki Mariackiej.

„Nie chcemy ochrony, tylko normalności”

Czy prezydenci Warszawy, Sopotu i Poznania rozważają możliwość otrzymania ochrony? – My, samorządowcy, nie chcemy ochrony, chcemy normalności tak, by prokuratura i CBA nie robiły z nas malwersantów, a media publiczne nas nie szkalowały – odpowiadał prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak.

Prezydent Poznania zapowiedział, że odwoła się od umorzenia przez prokuraturę postępowania w sprawie „politycznych aktów zgonu” wydanych przez Młodzież Wszechpolską m.in. jemu i zamordowanemu prezydentowi Gdańska. Prokuratorzy uznali, że akty były formą krytyki i nie zawierały gróźb czy nawoływania do nienawiści.

– Paweł nie zdążył podpisać tego odwołania, ja mam je teraz przed sobą i ponieważ jestem jednym z pokrzywdzonych, złożę odwołanie od postanowienia prokuratury – zapowiedział Jaśkowiak. W swoim odwołaniu chce wykorzystać tezy, które przygotował prezydent Gdańska.

– Jeśli prokuratura nie podejmie działań w tego rodzaju sprawach, to niedługo mogą się pojawić w przestrzeni publicznej polityczne wyroki śmierci, które także, zgodnie ze stanowiskiem prokuratury, trzeba będzie odczytywać przez pryzmat wolności słowa i wyrażania poglądów politycznych jako zjawiska co najwyżej naganne, a nie przestępstwo – mówił na konferencji prasowej Jaśkowiak, cytując odwołanie Pawła Adamowicza.

Zabójstwo polityka nie powoduje w „Prezesie” żadnych reperkusji emocjonalnych

Co miałoby oznaczać brak prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego podczas minuty ciszy w Sejmie na cześć zamordowanego Pawła Adamowicza?

A po niej na salę obrad wszedł demonstracyjnie wraz z rzecznik Beatą Mazurek i marszałkiem Ryszardem Terleckim. Zestaw osób piastujących dane funkcje jest znamienny. Powstaje zatem pytanie: co kierowało prezesem? Strach, brak wychowania, demonstracja polityczna?

Wszystko po trochu, ale najwięcej demonstracji. Zabójstwo polityka nie powoduje w Kaczyńskim żadnych reperkusji emocjonalnych, a jedynie podkreślenie własnego wywyższenia ponad zdarzenie, „myślcie duszyczki, co to miałoby znaczyć, bo nieodgadnione są moje zamiary”, taka jest wola pana K., dla pospólstwa nie do pojęcia.

Tak zachowuje się bufon autokrata, którego ego rozrosło się do nieogarniętych rozmiarów. A przecież w tym momencie mógłby rozpocząć się nowy rozdział współczesnej historii polskiej, spuszczania złej atmosfery ze sfery publicznej. Kaczyński wcale nie musiałby się kajać, wystarczyłyby okrągłe słowa dla Adamowicza, którego zabiła nienawiść, bo to ona podniosła rękę z nożem zabójcy na finale WOŚP w Gdańsku.

Nie padły żadne słowa, bożek Idol Kaczyński celowo nie zdążył na minutę ciszy. Niektóre środowiska opozycyjne proponują, aby przerwać spiralę nienawiści w ten sposób, iż bezwarunkowo i radykalnie się wybacza, zastosować formułę polskich biskupów sprzed pięćdziesięciu lat: „Wybaczamy i prosimy o wybaczenie!”.

Lecz to wymaga konkretnego adresata. Kim poczuliby się pisowcy i sam prezes, gdyby to do nich skierowano podobne słowa? Niemcami? Tak! Ależ to by ich rozjuszyło, a ponadto bezwarunkowe przebaczenie postawiłoby nas w roli Chrystusów, a ich Judaszów, Barabaszów, ciemnej mocy. Rozjuszenie PiS pewne.

Grzegorz Schetyna ma rację: Pawła Adamowicza zabiła nienawiść obłąkana, dobrze zorganizowana, sączona z tub propagandowych PiS. A więc nie tędy droga, aby bezwarunkowo przebaczać, tak mogą postępować instytucje przestrzegające procedur prawnych i uznające vox populi.

Bożek Kaczyński wszedł na salę obrad Sejmu w asyście swoich archaniołów, on nie przejmie się śmiercią następnych osób po Adamowiczu, ani kajaniem się przebaczających ofiar, bożkowi można tylko odebrać jego lud, odebrać poprzez dialog, debatę. I tego boi się każdy bożek – otwartości. Powietrze wolności, demokracji, prawa zabija każdego dyktatora.

Kaczyński: Gardzi ludźmi. Brzydzi się przeciwnikami. Nienawidzi wrogów. Taki człowiek rządzi obecnie Polską.

Czy Kaczyński szurnie Ziobrą?

3 List

Jarosław Kaczyński jest dziś jak ten stary lew, który nikomu już nie zagraża, lecz jeszcze ryczy. Młode lwy czekają przyczajone – żadnemu nie chce się skakać byłemu samcowi alfa do gardła, bo po co ryzykować zranienie, skoro można poczekać? Młode podchodzą bliżej i bliżej, zaczepiają samice, znaczą terytorium. A stary tylko ogonem macha i grzywą potrząsa.

Wybory samorządowe poszły fatalnie, a druga tura nie zapowiada się lepiej. Miało być eldorado, ostateczne przejęcie kraju, a wyszło, że nawet połowy władzy w terenie nie będzie. Biedny Kaczyński stał się zakładnikiem partii, która jak kukłę obwozi go po kraju, choć ten za wszelką cenę chciałby tego uniknąć. Błazeństwa z wbijaniem palików na plaży i inne tam „konwencje” po małych miasteczkach to dowód na to, że najbliższe otoczenie Kaczyńskiego może już nim sterować i go dręczyć.

Słabnięcie Kaczyńskiego zaczęło się, gdy przez całe miesiące nie był w stanie pozbyć się coraz bardziej oszalałego Macierewicza, w dodatku podzielając jedno z tych szaleństw, jakim było perwersyjne odgrywanie komedii polegającej na udawaniu wiary w zamach smoleński. Kaczyński zagubił się w tym tak dalece, że z lęku przed własną obłudą i znieważaniem pamięci ofiar sam zaczął bodajże wierzyć w zamach. A w polityce ten, kto traci rozsądek i poczucie rzeczywistości, w końcu traci władzę.

Potem przyszła afera z nagrodami dla rządu. Kaczyński kazał je oddać – jedni posłuchali, inni nie. Ta niesubordynacja nadszarpnęła autorytet wodza – potem już nic nie było tak samo.

A dalej był szpital – po wyjściu z niego Kaczyński już nie odzyskał pełni władzy w partii, która zaczęła się rozłazić. I oto doszliśmy do kluczowego momentu, w którym Kaczyński musi stoczyć walkę ze swoim największym wewnętrznym wrogiem. Jeśli się od niej uchyli albo ją przegra, to już po nim – nie będzie już kontrolował ani resortów, ani spółek, ani list.

Chodzi rzecz jasna o walkę ze Zbigniewem Ziobrą, który rzuca Kaczyńskiemu harde wyzwanie. Najpierw, razem z Jakim, dokonał sabotażu z nieszczęsną nowelą ustawy o IPN zakazującą mówienia o udziale Polaków w mordowaniu Żydów, sprowadzając tym samym na Polskę i samego Kaczyńskiego najcięższe upokorzenie. Po raz pierwszy obce państwa, z Izraelem włącznie, wprost zaingerowały w polski porządek prawny. Antysemici mają wreszcie to, czego tak pragnęli: Żydzi nimi rządzą! A dewastacja wizerunku państwa polskiego i prestiżu Polski w świecie jest prawdziwą tragedią dyplomatyczną, której skutki będą ciągnąć się przez wiele lat po upadku reżimu.

Teraz znowu Ziobro zaatakował Unię Europejską, otwarcie podważając prerogatywę Trybunału Sprawiedliwości UE oraz prawo Sądu Najwyższego do kierowania doń pytań dotyczących interpretacji traktatów europejskich. Zapachniało polexitem. I znów Kaczyński musi gasić pożar – ale co się spali, to się spali. Akcja Ziobry, obliczona na upokorzenie Kaczyńskiego, będzie kosztować Polskę ładnych parę miliardów euro. Nikt już z nami cackać się nie będzie. A już na pewno nie Macron ani następca Merkel.

Jeśli Kaczyński chce zachować władzę i autorytet w partii, musi wyrzucić Ziobrę – jako wroga, buntownika i sabotażystę. Musi, ale czy może?

Dawno by już to zrobił, gdyby sprawa była prosta. Dlaczego Kaczyński przygląda się bezradnie, jak Ziobro przejmuje prokuratury i sądy, wsadzając wszędzie swoich ludzi, którzy wszak są właśnie jego ludźmi, a nie ludźmi PiS i Kaczyńskiego? Odpowiedź może być tylko jedna (chyba że znacie inną): Ziobro ma już tyle haków na Kaczyńskiego, PC i PiS, że Kaczyński musi się go po prostu bać. Obrośnięta biznesowo-korupcyjnymi układami partia, poczęta z nieetycznych uwłaszczeń na państwowym majątku i mediach, jest z pewnością kopalnią diamentów pozamykanych w teczkach, do których Ziobro ma pełny dostęp. Kaczyński zapewne nawet nie wie, co Ziobro na niego ma. Wie natomiast, że w razie wyrzucenia z posady były delfin nie zawaha się użyć całego arsenału. Taka jak nie zawahają się użyć swoich nagrań dysponenci taśm.

Hakownie, taśmy, teczki – wszystko, co tak wesoło i niefrasobliwie, pod dyktando KGB i z pomocą paru szemranych typów chłopcy z PiS i okolic sobie sprokurowali, teraz zwróci się przeciwko nim. I żadnej kontroli nad tym procesem Kaczyński nie ma. Teczki w jego własnym archiwum są zapewne jak pamiątki z przedszkola z porównaniu z tym, co mają Ziobro, Ruscy i rozmaita gangsterka. Polityka w stylu Kaczyńskiego to przy tym czysta dziecinada. No i jest jeszcze Kościół, z którym Ziobro trzyma, i to z wzajemnością. Na biskupów teczek jest pewnie co niemiara, a do tego audio i wideo, bo jest wszak postęp w domu i zagrodzie. Dopóki Ziobro z Kamińskim rządzą, biskupi i Rydzyk czują się bezpieczni. I Kaczyński wie, że posunięcie Ziobry kosztować go będzie starcie z Rydzykiem. I nie chodzi tu bynajmniej o wyłączenie tuby propagandowej w jego mediach, lecz o poważny konflikt, w którym mogą polecieć haki. Za Ziobrę Kaczyński nie będzie mógł zapłacić Rydzykowi parudziesięciu baniek – jak za Szyszkę. To nie ten kaliber.

A jednak Kaczyński musi… Żeby tego dokonać i jakoś przetrwać, musi sprzymierzyć się z Morawieckim, Dudą i pewnie jeszcze z paroma innymi. Ale potraktowanie po partnersku swoich pionków to również będzie oznaka słabości. A jednak chyba na to pójdzie. Bo dla Kaczyńskiego już nie władza jest najważniejsza – większej już nie będzie, a i ta się powoli kończy. Teraz musi pracować na swoją legendę, czyli na konsens w partii, że po jego odejściu zapanuje kult braci Kaczyńskich jako ojców założycieli. I ten cel jest do osiągnięcia – pod warunkiem że partia nie znajdzie się w rękach najbardziej cynicznych i zdeprawowanych cwaniaków, gotowych wyrzucić Kaczyńskich na śmietnik.

Napis „Konstytucja” uważa się za antypaństwowy, a w 1918 roku miliony Polaków marzyły o momencie, gdy własny Sejm uchwali własną konstytucję. Nie da się zbudować wspólnego święta, kiedy przez 365 dni w roku od 3 lat tej wspólnotowości się odmawia i jedna z partii zawłaszcza kraj. To jak w patologicznej rodzinie, gdzie na co dzień jest przemoc i nagle jeden dzień w roku wszyscy mają się trzymać za ręce i uśmiechać, mówić, że się kochają przez te sińce i rany – mówi prof. Tomasz Nałęcz, historyk, były doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego. – Nadzieja prezydenta, że on ucywilizuje ten marsz, była założeniem absurdalnym. Równie dobrze prezydent może się udać do lasu i namawiać wilki, żeby zaczęły odżywiać się trawą. Moim zdaniem jesteśmy w obliczu konfuzji, że najwyższe władze państwowe w organizacji tego wyjątkowego święta się nie sprawdzą. Cała nadzieja w społeczeństwie, zresztą tak samo jak przed 100 laty. To miliony Polaków w obliczu rozpadania się dotychczasowego ładu międzynarodowego, będącego grobem Polski, wzięły władzę w swoje ręce. Polska zaczęła powstawać w setkach miast, w tysiącach wsi.

JUSTYNA KOĆ: Myślałam, że zaczniemy od historii wydarzeń sprzed 100 lat, ale muszę spytać o dziwne zachowanie prezydenta, który najpierw zaprasza na marsz narodowców, a potem sam ogłasza, że nie weźmie w nim udziału. O co tu chodzi?

Prof. TOMASZ NAŁĘCZ: Myślę, że warto zacząć od jeszcze bardziej generalnej uwagi na temat tych przygotowywanych obchodów. Rządzące PiS-owskie władze od początku nie miały formuły odpowiadającej powadze i godności tego święta. Najlepszym tego świadectwem jest to, że w 100-lecie niepodległości wypadałoby, aby uhonorować tych, którzy byli zasłużeni w tej materii. Tymczasem

głównym wydarzeniem będzie odsłonięcie na placu Józefa Piłsudskiego pomnika Lecha Kaczyńskiego. Józef Piłsudski będzie nadal stał na przylegającej do placu bocznej uliczce i – jak przez łzy sobie żartują warszawiacy – nadal będzie pilnował zlokalizowanego tam parkingu. To moim zdaniem pokazuje najlepiej stosunek PiS-u do tego święta. Uczynić z niego partyjną fetę, raz jeszcze wykorzystać coś, co powinno być własnością całego narodu, w służbie partii. Wszystkie te ruchy, także prezydenta, są tego pochodną.

Prezydent nie stanął na wysokości zadania?
Oczywiście głównym winowajcą jest ten, w którego ręku spoczywa władza w Polsce, czyli czynnik ulokowany zupełnie poza ładem konstytucyjnym – Jarosław Kaczyński. Przed narodem jest jednak ogromna odpowiedzialność prezydenta Dudy. Przypomnę, że konstytucyjnym obowiązkiem prezydenta jest być prezydentem wszystkich obywateli. Obchodzenie tak ważnych wydarzeń z historii narodowej jest właśnie momentem, kiedy ten element łączący wszystkich Polaków, ponad normalnymi w społeczeństwie różnicami, winien być szczególnie widoczny.

Prezydent takiej strategii nie realizował, bo od początku swojego urzędowania nie jest prezydentem wszystkich Polaków, tylko jednej partii. Zresztą sam tego nie ukrywa. Wiele jest takich posunięć, które wskazują, że tak właśnie postrzega także obchody niepodległości.

Specjalna ustawa sejmowa to prezydenta uczyniła organizatorem tych obchodów. Na mocy tej ustawy został też powołany komitet obchodów 100-lecia niepodległości. Wydawałoby się, że skoro okoliczności są tak wyjątkowe, to do tego komitetu zostaną zaproszeni nie tylko politycy partii rządzącej, ale też byli prezydenci RP. Oni wszyscy mieli mandat od całego społeczeństwa, aby przez pięć, a Aleksander Kwaśniewski przed dziesięć lat, je reprezentować. Naturalnym odruchem powinno być zaproszenie do komitetu byłych prezydentów, skoro mamy 100. rocznicę odzyskania niepodległości.

Tymczasem komitet został obsadzony przez PiS-owskich dygnitarzy. Jako pewne alibi próbowano dołączyć kilka osób z opozycji, część z nich zresztą odmówiła, nie chcąc być zasłoną dymną dla zawłaszczania przez PiS tego święta.

Skończyło się na zaproszeniu na marsz narodowców…
Wydawałoby się, że w 100-lecie niepodległości to prezydent powinien być organizatorem marszu, skoro takowy ma się odbyć, marszu dla wszystkich Polaków. Taką ideę realizował Bronisław Komorowski, co przypominam nie dlatego, że z nim pracowałem, tylko dlatego, że to idea najlepiej oddająca wspólnotowy charakter tego święta.

Tak się bowiem historycznie złożyło, że przy najważniejszym szlaku komunikacyjno-historycznym w Warszawie, Trakcie Królewskim, są ulokowane pomniki większości polityków, których nazywamy ojcami założycielami II RP. Jest pomnik Józefa Piłsudskiego, Romana Dmowskiego, Wincentego Witosa, Ignacego Paderewskiego, ba, ma być w listopadzie odsłonięty pomnik Ignacego Daszyńskiego, bo do tej pory brakowało tej postaci, tak symbolicznej dla polskiej lewicy niepodległościowej, niesłychanie zasłużonej dla odbudowania naszego państwa. Aż się prosiło, aby prezydent zorganizował taki marsz.

Nawet jeśli nie chce kontynuować tradycji poprzednika, to mógłby go jakoś inaczej nazwać. W takim marszu ludzie różnych przekonań mogliby przejść przez Warszawę i pokłonić się tym, którzy byli wówczas w różnych miejscach sceny politycznej, których zgodnym wysiłkiem zostało odbudowane własne państwo. Mottem tych obchodów powinno być właśnie łączenie Polaków, tak jak przed 100 laty. Wówczas, mimo bardzo ostrych podziałów, potrafili połączyć się w budowaniu państwa, bo rozumieli, że albo się zjednoczą i zbudują państwo, albo będą ze sobą rywalizować politycznie i zmarnują ten wyjątkowy moment.

Ten duch powinien być odbudowany i to nie tylko pustym wezwaniem „bądźmy razem”, tylko w całych obchodach. Tymczasem prezydent z pustymi rękami próbował się podczepić pod cudzą inicjatywę, która nie ma nic wspólnotowego.

Prezydent nie zrobi też sam nic spektakularnego: złoży kwiaty pod pomnikiem, weźmie udział w mszy, w południe przed Grobem Nieznanego Żołnierza weźmie udział w uroczystościach, jak co roku. Warszawiakom zostaje chyba tylko ten nieszczęsny marsz?
Od kilku ładnych lat jest to marsz skrajnych sił politycznych w Polsce, nawet nie ruchu narodowego, tylko jego skrajnych organizacji.

Jak chcemy honorować II RP, to wpisywanie się w marsz organizacji, które były w niej zdelegalizowane jako zagrażające porządkowi państwowemu, jest samo w sobie pikantne.

A już nadzieja prezydenta, że on ucywilizuje ten marsz i namówi narodowców, żeby nie występowali pod swoimi partyjnymi flagami i nie głosili swoich haseł nacjonalistycznych, było założeniem absurdalnym. Równie dobrze prezydent może się udać do lasu i namawiać wilki, żeby zaczęły odżywiać się trawą.

Moim zdaniem jesteśmy w obliczu konfuzji, że najwyższe władze państwowe w organizacji tego wyjątkowego święta się nie sprawdzą. Cała nadzieja w społeczeństwie, zresztą tak samo jak przed 100 laty. To miliony Polaków w obliczu rozpadania się dotychczasowego ładu międzynarodowego, będącego grobem Polski, wzięły władzę w swoje ręce. Polska zaczęła powstawać w setkach miast, w tysiącach wsi.

Uznajemy datę 11 listopada jako symboliczną rocznicę odzyskania niepodległości, ale to był proces, który zaczął się wcześniej.
Oczywiście i zresztą to jest kolejny zarzut, który ja formułuję pod adresem prezydenta Dudy, że w tych jego mgławicowych, niezbornych propozycjach nie ma w ogóle takiej formuły, która by oddała ten obywatelski wysiłek i go uhonorowała. Żaby to zrobić,

nie można świętować jednego dnia na centralnym placu Warszawy, dodając jeszcze Polakom dzień wolny po tym święcie. Zresztą każdy rozsądny człowiek wie, że jest to próba przekupienia wyborców. Tak w historii próbowali przekupywać Polaków tylko najgłupsi. Mądrzy odwoływali się do ich wyższych uczuć, patriotyzmu, gotowości do poświęceń.

Dziś, aby uczcić 100-lecie niepodległości, prezydent powinien pielgrzymować po Polsce, tak jak przetaczała się fala wolności. 11 listopada niewiele się wydarzyło, wolność przychodziła do Polski w różnych momentach. Dla Krakowa to jest powstanie Polskiej Komisji Likwidacyjnej 28 października. Kłuło mnie w oczy, że w ramach obchodów nie było nic na ten temat w Krakowie. Można to tłumaczyć partyjnym garniturem prezydenta, no bo jak prezydent, choć krakowianin, miałby udać się tam udać i świętować razem z prezydentem Majchrowskim, gospodarzem miasta? Wszystko wskazuje też na to, że władze państwowe w ogóle nie zamierzają świętować 100-lecia utworzenia pierwszego rządu 7 listopada 1918 roku, który aspirował do bycia rządem centralnym, czyli Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej w Lublinie. Też żadnych obchodów w 100-lecie powstania rządu Daszyńskiego nie będzie.

Może dlatego, że był to rząd lewicowy i rządzącej prawicy to nie w smak?
Być może, ale warto podkreślić, że były wtedy dwie lewice.

Daszyński to lewica niepodległościowa, w przeciwieństwie do lewicy bolszewickiej, komunistycznej, która była wroga odbudowaniu Polski. Ta lewica niepodległościowa odegrała niesłychanie ważną rolę. Na ziemiach polskich, zajmowanych przez zaborców, było wtedy dużo biedy, nędzy, która radykalizowała nastroje w sposób znaczny, co groziło rewoltą. Sformowanie tego pierwszego rządu, którzy rządził co prawda tylko 2 miesiące, bo do stycznia 1919 roku, spowodowało, że udało się przekonać Polaków, że wolna Polska będzie sprawiedliwa społecznie.

Rację mieli socjaliści w okresie międzywojennym, którzy mówili, że 7 listopada 1918 roku w Lublinie zadano śmiertelny cios komunizmowi w Polsce. Jak się to wszystko pozbiera do kupy, to przykro się robi, że tak to wygląda. I do tego jeszcze odsłonięcie pomnika Lecha Kaczyńskiego na placu Piłsudskiego. Oczywiście Lechowi Kaczyńskiemu, jak i kilkunastu innym osobom zasłużonym dla odbudowania wolności po 1989 roku, pomnik się należy.

Wolałbym jednak, aby zacząć od stawiania pomników osobom bardziej znaczącym, jak Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek czy Jacek Kuroń. Akurat w przyszłym roku będzie 30-lecie odzyskania wolności, byłaby zatem świetna okazja do uhonorowania w ten sposób także Lecha Kaczyńskiego. Zresztą jestem pewny, że także tamte obchody zostaną zawłaszczone przez PiS, tak jak tegoroczne.

Prezydent Komorowski próbował wprowadzić 11 listopada radosny patriotyzm, to było robienie kotylionów, marsz ulicami miast, inny niż narodowców. Czemu to się nie przyjęło?
Rzeczywiście, ma pani rację, że w naszej tradycji jest formuła patriotyzmu heroicznego; patriotyzm to ofiara, przelana krew, bo tak też wyglądała nasza historia. Pewnie trochę wynika to z tego, że nie mamy takiej tradycji, którą mają narody, bardziej cieszące się dostatkiem i pokojem niż wojną i jej okropieństwami. Wzorem tego radosnego patriotyzmu są Stany Zjednoczone, które od 200 lat nie zaznały wojny na swoim terytorium. Ostatnią była wojna domowa, secesyjna, którą sami sobie zgotowali. Bronisław Komorowski próbował znaleźć taką formułę na różne sposoby, bo jak się szuka, to w końcu się znajdzie. PiS gruntowanie tę formułę zdezawuował, obśmiał, uważał wręcz za sprofanowanie polskiego patriotyzmu i zarzucił Komorowskiemu brak wrażliwości patriotycznej, co jest akurat absurdem. Samo jego życie jako działacza opozycji demokratycznej, antykomunistycznej, więźnia PRL, cała jego tradycja rodzinna wpisuje się właśnie w ten patriotyzm heroiczny, cierpiętniczy.

Prezydent Komorowski rozumiał, że jeżeli chcemy Polskę zakorzeniać w pokoju, stabilności, pomyślności, to musimy też dostosować do tego nasz patriotyzm, a taka Polska się prezydentowi marzyła. PiS uwielbia ten patriotyzm heroiczny, nawet o ofiarach katastrofy komunikacyjnej mówi „polegli”, chociaż to słowo zarezerwowane jest dla tych, którzy zginęli na polu walki.

Jarosław Kaczyński i góra partyjna unika spędzania 11 listopada w Warszawie. Dlaczego?
Ten dzień świętuje w Krakowie. To pokazuje strategię Kaczyńskiego, że najważniejszym polskim bohaterem narodowym jest jego brat, a ponieważ jego grób jest na Wawelu, zresztą z woli Jarosława, to prezes chce świętować na Wawelu. Ten sukces narodowców polega też na tym, że warszawskie ulice zostały przez rządzących narodowcom oddane. PiS 11 listopada przenosi stolicę do Krakowa, a Warszawa zostaje oddana narodowcom. Stąd też ta pułapka na Andrzeja Dudę.

Zresztą skandalem jest, że policja potrafi skutecznie ścigać protestujących przeciwko takim marszom narodowym, a różne sprzeczne z prawem ekscesy uczestników tego marszu są tropione w taki sposób, jakby kret wyszedł nagle na powierzchnię, oślepiło go słońce i nic nie widzi.

Świetnie policja ściga tych, którzy koszulki z napisem „Konstytucja” zawieszają na pomnikach.
To też jest przyczynek do atmosfery obchodów 100-lecia niepodległości. Napis „Konstytucja” uważa się za antypaństwowy, a w 1918 roku miliony Polaków marzyły o momencie, gdy własny Sejm uchwali własną konstytucję. Nie da się zbudować wspólnego święta, kiedy przez 365 dni w roku od 3 lat tej wspólnotowości się odmawia i jedna z partii zawłaszcza kraj. Dobre dla Polski jest tylko to, co ona robi, a ci, którzy się z tą partią nie zgadzają, są wrogami. Nie można oczekiwać, że jeden dzień w roku wszyscy zapomną i będą udawać, że jest wspaniale. To jak w patologicznej rodzinie, gdzie na co dzień jest przemoc i nagle jeden dzień w roku wszyscy mają się trzymać za ręce i uśmiechać, mówić, że się kochają przez te sińce i rany.

Jak będzie wyglądać 11 listopada 2018 roku?
Będziemy świętować podzieleni.

Nie chciałbym być fałszywym prorokiem, ale znowu przez Warszawę przejdzie marsz narodowców z ich okrzykami i hasłami, policja znowu ich nie będzie widziała, znowu będzie głównie zajmowała się represjonowaniem ludzi, którzy w patriotycznym, obywatelskim odruchu będą protestowali przeciwko temu. Taki obraz pójdzie w świat i taki obraz zostanie skonfrontowany z tym, co tego dnia będzie się działo w Paryżu.

Pana zdaniem była szansa na połączenie tych dwóch rocznic?
Przecież PiS nawet nie próbował uczynić 100-lecia niepodległości Polski wydarzeniem międzynarodowym. Normalnie funkcjonujący jako partner w Europie rząd podjąłby próbę zorganizowania polskich uroczystości z udziałem przynajmniej części gości, którzy będą w Paryżu. Przecież z Paryża do Warszawy jest zaledwie krok, dwie godziny lotu. Wtedy miałoby sens świętowanie także i 12 listopada. Wówczas okazałoby się, że Europa upamiętnia dwa arcyważne wydarzenia sprzed 100 lat. 11 listopada w Paryżu zakończenie I wojny światowej, a dzień później w Warszawie, mieście tak doświadczonym, w kraju, gdzie rozgrywały się wydarzenia bardzo znaczące dla całego regionu. To byłaby piękna sprawa, ale nikt nawet nie próbował tego zrobić, wiedząc, że przy takiej polityce, jaką PiS prowadzi, nikt nie zechce przyjechać do Warszawy.

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o 200ml zł, które poszły w nacjonalistyczne i faszystowksie błoto.

Komitet Narodowych Obchodów Setnej Rocznicy Odzyskania Niepodległości miał ponad 200 mln zł – na co zostały wydane?

Już tylko dni dzielą nas od obchodów najważniejszej rocznicy w naszej historii – 100-lecia niepodległości Polski. Mam pełną świadomość faktu, że nigdy więcej nie będę miała okazji, by świętować okrągłą rocznicę tak ważnego wydarzenia, więc i moje oczekiwania co do tego dnia były ogromne. Wyobrażałam sobie, że mimo dość demonicznych realiów, mimo podziału społeczeństwa, uda nam się tego dnia poddać pamięci, refleksji, szacunkowi wobec wszystkiego, co przez te 100 lat warte było zapamiętania. Ech… i znowu okazało się, że jestem naiwna…

W kwietniu tego roku Komitet Narodowych Obchodów Setnej Rocznicy Odzyskania Niepodległości przedstawił dokładny program uroczystości rocznicowych. I tak w maju uroczyste obchody Święta Flagi (2 maja) oraz Święta Narodowego 3 Maja, w czerwcu spotkanie Dam i Kawalerów Orderu Virtuti Militari, w lipcu Zgromadzenie Narodowe z okazji 525. rocznicy zwołania Sejmu walnego w Piotrkowie. W sierpniu uroczystości związane ze Świętem Wojska Polskiego oraz stuleciem Lotnictwa Polskiego, we wrześniu z Dożynkami Prezydenckimi w Spale, w październiku ze stuleciem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, w listopadzie ze stuleciem Marynarki Wojennej, a całość miała się zamknąć wielką fetą narodową 11 listopada. No i tutaj pojawia się problem…

Prezydent Duda już kilka dni temu ostro wziął się do roboty i zaczął przekonywać naród do wspólnego udziału w Marszu Niepodległości, który przejdzie ulicami Warszawy właśnie 11 listopada. Zaproponował, by na ten czas zawiesić wszelkie niesnaski narodowe, zapomnieć o wzajemnej agresji, nienawiści, podziale społeczeństwa i RAZEM uczcić ten dzień, tak ważny dla nas wszystkich.

Wiecie, czego mi zabrakło w jego słowach? Zwykłego „przepraszam” – za zdrajców, gorszy sort, elitę lewaków i komuchów, za ignorowanie obywateli, niesłuchanie ich, oddzielenie grubą kreską tych „złych” od dobrych – „pisolubnych”. Przez myśl mu nawet nie przeszło, że mówiąc o zgodzie narodowej tego dnia, sam przyczynił się do tego, by naród był coraz bardziej skłócony, coraz bardziej wrogi wobec siebie. On naprawdę uwierzył, że wystarczy wygłosić kilka banałów i będzie już w porządku? O święta naiwności! A może to nawet nie naiwność, tylko najzwyklejsza buta, wrodzona arogancja i nadmierna wiara we własne ego?

Mało tego prezydent, namawiając nas na przyjazd do Warszawy, zapomniał wspomnieć, że Marsz Niepodległości to nie impreza państwowa, ale zorganizowana przez ONR, Młodzież Wszechpolską i inne ugrupowania skrajnie prawicowe o ostrym zabarwieniu neonazistowskim. Ten fakt przeoczył również premier i inni politycy obozu rządzącego, zapraszający nas z całego serca swego na marsz „wszystkich Polaków”.

I nagle okazało się, że pan prezydent i cała reszta mają być tylko gośćmi. Wprawdzie narodowcy zaproponowali mu, by Duda szedł w pierwszym szeregu, a nawet mógł przemówić, jednak dla prezydenta okazało się to zdecydowanie za mało. Tym bardziej, że ponoć nie przystano na jego warunek, by jedynymi flagami na marszu były te nasze, państwowe, biało – czerwone i nie zagwarantowano, że nie pojawią się na nim „inne rzeczy”.

Co w tej sytuacji robi Duda? Ogłasza wszem i wobec, że on nie weźmie udziału w marszu. Tym, na który tak gorąco wszystkich zapraszał. Nie weźmie, bo nagle kalendarz imprez tak mu się wypełnił, że po prostu nie da rady. Wychodzi na to, że mówiąc kilka dni wcześniej, iż chciałby, „żebyśmy razem poszli w Marszu Niepodległości, i jest to kwestia odpowiedzialności wobec społeczeństwa. Stańmy obok siebie i pokażmy ludziom, że można być razem”, kolejny raz pokazał swoją „wiarygodność”.

No i mamy, to co mamy. Komitet Narodowych Obchodów Setnej Rocznicy Odzyskania Niepodległości dostał ponad 200 mln zł na organizację święta, co jednak okazało się za mało, by zorganizować obchody centralne w stolicy. Teraz jedyną propozycją Dudy jest, by cała Polska w południe odśpiewała hymn państwowy. I to wymagało wielomiesięcznych przygotowań?

Jedyną wielką imprezą w Warszawie będzie więc marsz narodowców, którzy zaklinają rzeczywistość i powtarzają jak mantrę, że będzie patriotycznie, bardzo „polsko”, bardzo rodzinnie. Ot, imprezka dla każdego.

Dla każdego? A to ciekawe, bo wiadomo już, że przededniu Marszu odbędzie się skrajnie nacjonalistyczny koncert. Jego organizatorem jest stowarzyszenie, na którego czele stoi pracownik Muzeum Katyńskiego, instytucji podległej ministerstwu. Grzegorz Prujszczyk z Koalicji Antyfaszystowskiej alarmuje, że „Wieczorem, 10 listopada, rozgrzewkę przed świętowaniem na „Marszu Nienawiści” zapewnią „patriotom” neonazistowskie zespoły na festiwalu „Ku Niepodległej”. Zagra na nim śmietanka brunatnych wykonawców, którzy zaśpiewają o „lewackich psach”, „bronieniu czystości swojej krwi”, „białej armii” czy „brudnych rasach”. To cytaty z piosenek, które wykonują zaproszeni wykonawcy. Zaskakujące jest głównie to, że te żywcem wyjęte z nazistowskiej propagandy zdania wypowiadane są po polsku, a nie w niemieckim oryginale”.  Wśród wykonawców znajdzie się grupa Code 291, której wokalista ma wytatuowaną na piersi swastykę oraz zespół Obłęd, znany z występu na imprezie z okazji urodzin Adolfa Hitlera.

Ciekawe, bo na Marsz Niepodległości wybierają się również włoscy faszyści. Wpadną do nas Selene Ticchi, afiszująca się w koszulce z nadrukiem przedstawiającym ogrodzenie obozu w Auschwitz i tory prowadzące do jego bramy oraz lider faszystowskiej Forza Nuova Roberto Fiore, który zaszczyci 100 rocznicę niepodległości Polski swoim przemówieniem. Możemy też liczyć na obecność zaprzyjaźnionych faszystów ze Słowacji i Węgier. Jestem przekonana, że i na samym Marszu organizatorzy zadbają, by pokazać jego prawdziwy, pełen fobii, antysemityzmu i nietolerancji charakter. 

Rzeczywiście w tym Marszu będzie miejsce dla każdego? Naprawdę tak powinno świętować się 100-lecie niepodległości Polski? Jakim cudem rząd państwa, które doznało tyle zła z rąk faszystów i nazistów dzisiaj oddaje Warszawę propagatorom chorej ideologii?

Mizeria, drodzy Państwo. Totalna mizeria. Duda ucieka z Warszawy. Nie mam pojęcia, gdzie będzie premier, rząd, politycy PiS. Może w Krakowie? Nie zaszczycą nas swoją obecnością przedstawiciele innych państw. Tu się złoży kwiatki, tam zapali znicz, zaśpiewa się wspólnie hymn Polski i „po ptakach”. No, można jeszcze liczyć na Kościół, który zapewne od rana do wieczora będzie nas karmił mszami w intencji… kogo, czego?

Żeby zasadzie „chleba i igrzysk” stało się zadość, na wariata wprowadza się 12 listopada dniem wolnym, choć nie dla każdego i nie wszędzie. Co tu jest grane? Jak można było tak się skompromitować i rozwalić TAKI DZIEŃ? Co to za władza, co to za rząd, co to za patrioci, którzy nie potrafią oddać honorów tej wspaniałej, jedynej, bo setnej rocznicy. 

Co za szczęście, że mamy jeszcze normalne samorządy. W Poznaniu szykuje się wielkie święto, które łączy się z urodzinami ulicy Św. Marcin. Będzie „bogato”, będzie pysznie (bo rogale marcińskie tego dnia rządzą). Będzie parada, impreza za imprezą, mnóstwo radości i uśmiechu.  Na zaproszenie prezydenta Jaśkowiaka odwiedzi Poznań prezydent Bronisław Komorowski, a może i Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski oraz Donald Tusk. Wspaniała impreza szykuje się też w Łodzi i w wielu innych miastach.

Cała Polska, dzięki swoim samorządom, będzie godnie świętować 100-lecie niepodległości, a tylko Warszawa, nasza stolica, oddana narodowcom, pozostanie brunatna…

Waldemar Mystkowski pisze o możliwości wygranej przez opozycję.

Chciałoby się napisać: nareszcie, więc piszę: nareszcie! Opozycja poszła po rozum do głowy, bo w ciszy gabinetów wodzów partyjnych musi się coś nie zgadzać, wszak wynik PiS – 34 proc. – jakby nie patrzył wg wszelkich absurdów polskich, nie jest zwycięstwem ani tym bardziej większością.

Wybory samorządowe wygrała opozycja, niezależnie od rozdrobnienia partyjnego. Opozycja wygrała wyścig do rozumu wyborców, co może brzmi górnolotnie, na koturnie, lecz tak jest. Motorami rozwoju kraju są duże ośrodki miejskie, one skupiają elity, a w żadnym dużym i średnim mieście PiS nie wygrał ani wyborów samorządowych, ani prezydenckich.

Wygrana z PiS – wg najbardziej niekorzystnych przeliczników głosów, z obowiązującą u nas metodą D’Hondta – jest na wyciągnięcie ręki.  Potrzeba do tego nie tylko mobilizacji elektoratu – a na taki można liczyć, o czym przekonaliśmy się w I turze wyborów samorządowych. Przede wszystkim trzeba wymusić mobilizację liderów partyjnych, mobilizację do kompromisów.

Wszystko można pogodzić w ramach demokratycznych struktur – od ideowych lewicy do liberalizmu. Zagrożenia zawsze przychodzą ze strony prawicy. W Polsce jest to regułą – tak było w okresie międzywojennym, tak jest i teraz.

Nareszcie opozycja zebrała się w sobie i po raz pierwszy liderzy sześciu stronnictw opozycyjnych na wspólnej konferencji zapowiedzieli współpracę w samorządach, a są to: Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Inicjatywa Polska, Polskie Stronnictwo Ludowe, Sojusz Lewicy Demokratycznej, Unia Europejskich Demokratów. A więc niemal wszyscy są przeciw PiS.

Nareszcie! Po samorządach przyjdzie czas na wybory do Parlamentu Europejskiego, które mogą być najciekawszym poligonem współpracy opozycji, a następnie do Sejmu i Senatu. Metoda D’Hondta premiuje największych, a opozycja jest 2-krotnie większa niż PiS w swoim najlepszym okresie. Dopiero przegrane PiS można rozliczyć – za dewastację mediów publicznych, niezależności sądownictwa, za demolkę demokracji i prestiżu Polski.

>>>