Tag Archives: Tomasz Cimoszewicz

Glapiński doskonale wprowadził zasadę PiS „nam się należy”. Jest pierwszym złodziejem Polski po bogu Kaczyńskim

10 Sty

Coś jest na rzeczy, bo jak dowiadujemy się z  portalu radia RMFFM, po spotkaniu najważniejszych polityków PiS na Nowogrodzkiej, lider partii przystał na ustawowe uregulowanie wynagrodzeń kadry kierowniczej Narodowego Banku Polskiego.

Z nieoficjalnych informacji autor tekstu Patryk Michalski wnioskuje, że Jarosław Kaczyński w rozmowie w cztery oczy z Adamem Glapińskim domagał się, żeby to prezes banku centralnego sam przeciął spekulacje, lecz  najwyraźniej bezskutecznie, co pokazała konferencja prezesa NBP – odebrana jako pokaz arogancji względem Nowogrodzkiej.

Podczas spotkania z mediami szef NBP powiedział bowiem, że jest „zbulwersowany atakiem” na swoje współpracowniczki. „Szczególnie się uczepiono dwóch pań dyrektor”. (…) „Z nieznanych mi powodów. Z powodu ich może wyglądu, czy czegoś innego. Haniebne, brutalne, prymitywne, seksistowskie pastwienie się nad dwoma matkami, nad ich dziećmi, które chodzą do szkoły i przedszkola, nad ich mężami, nad ich rodzicami. Wszyscy są w Warszawie szalenie zbulwersowani”– podsumował.

Na dodatek Glapiński oświadczył, że nie ujawni zarobków swoich pracownic, bo nie pozwala mu na to RODO – czyli unijne prawo o ochronie danych osobowych. Jak dodał, kwoty poda, gdyby powstała ustawa, która nakazywałaby ujawnienie tych zarobków.

Opozycja zapowiedziała złożenie projektu takiej ustawy.

Skutki  starcia obydwu prezesów nietrudno przewidzieć bo wyraźnie widać, że Jarosław Kaczyński stracił cierpliwość do politycznego kompana z dawnych lat. A politycy PiS mówią żartobliwie – w nieoficjalnych rozmowach z dziennikarzem RMFFM, że – „prezes jest tylko jeden”.

Konferencja NBP w sprawie płac i późniejsza samego Adama Glapińskiego nie wyczerpały tematu – spostrzega portal gazeta.pl. i powołuje się na OKO.press. który ujawnił średnią pensję innej pracownicy banku Sylwii Matusiak.

W NBP objęła ona stanowisko dyrektorki Departamentu Edukacji i Wydawnictw  w 2016 r., zaraz po tym, jak szefem firmy został Adam Glapiński. Pełniła swoją funkcję do października 2017 roku, a później przez trzy miesiące była zatrudniona jako doradca w gabinecie prezesa NBP – donosi OKO.press.

Z dokumentów, do których dotarli dziennikarze portalu wynika, że Matusiak w ciągu sześciu miesięcy zarobiła na stanowisku dyrektorki departamentu w NBP ponad 273 tys. zł, co daje średnio 45,5 tys. zł pensji miesięcznie.

W odpowiedzi na pytania portalu Sylwia Matusiak wytłumaczyła, że tak duża kwota wynika z faktu, że złożyły się na nią wynagrodzenie podstawowe za 6 miesięcy, dwie premie kwartalne oraz nagroda prezesa.

Wcześniej pracowała jako dyrektor biura prasowego klubu PiS, wicedyrektor biura prasowego w kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego, była sztabowcem w kampaniach PiS. Od 2013 piastowała stanowisko wiceburmistrza podwarszawskich Marek na początku 2018 roku została dyrektorką Centrum Informacyjnego Rządu (CIR)

Obecnie jest dyrektorką Działu Komunikacji i Marketingu warszawskiej giełdy.

Cóż, faktycznie prezes NBP nie ma się czego bać – Konstytucja zapewnia mu 6-letnią kadencję.

Wygląda na to, że najbliższy współpracownik Jarosława Kaczyńskiego  prezes Narodowego Banku Polskiego, Adam Glapiński urwał się z łańcucha. Od początku afer związanych z finansami państwa jego nazwisko pojawia się, jak łeb hydry. Łeb odcięty w jednej aferze odradza się w drugiej – ten łeb to głowa Glapińskiego.

Jakoś udało się zamieść pod dywan aferę KNF, bo były szef nadzoru finansowego Marek Chrzanowski jest pod kluczem w areszcie. Podobnie medialnie zażegnano aferę SKOK Wołomin, a tu nagle łeb hydry  Glapińskiego pojawił się w aferze NBP, w której chodzi o zarobki najbliższych jego współpracownic Martyny Wojciechowskiej i Kamili Sukiennik.

Obydwie są blondynkami, pod tym względem rozpoznawalne estetycznie, lecz niewiele wiadomo o ich kompetencjach i merytorycznym przygotowaniu do pełnienia wysokich funkcji w NBP. Jeżeli blondynka, to od razu pojawia się podejrzenie, że to prawdziwa blondynka z dowcipów o blondynkach.

Blondynka może zarabiać krocie, jak w wypadku Martyny Wojciechowskiej, o której uposażeniu mówi się  – po prostych matematycznych wyliczeniach – iż zarabia 65 tys. zł plus kilkanaście następnych. Więc każdy chciałby być blondynką, bo może nie ustępować talentom Wojciechowskiej, ale nie każdy jest Martyną Wojciechowską. I podejrzewam, że tutaj pies jest pogrzebany.

Przed południem zwołano konferencję prasową przez kierownictwo NBP, na której miano dać odpór medialnym doniesieniom. Ale na konferencji nie zjawił się ani Glapiński, ani jego blondynka Wojciechowska, która jest – nomen omen – dyrektorem departamentu komunikacji, czyli kimś od konferencji prasowych. Na konferencji NBP zaprezentowała się wiceszefowa kadr Ewa Raczko, ale nie odpowiedziała na podstawowe pytanie, ile faktycznie zarabia Wojciechowska, bo… nie miała tego w przygotowanym oświadczeniu. Po co więc odbyła się konferencja, na której Raczko nie odpowiadała merytorycznie na pytania, dotyczące Wojciechowskiej i Sukiennik? I dlaczego Wojciechowska tak kiepsko przygotowała Raczko we własnej sprawie?

Z ust kadrowej można było usłyszeć wypowiedź kuriozum – mianowicie stwierdziła, że Narodowy Bank Polski nie jest finansowany z budżetu państwa. To odpowiedź na zarzut, że wynagrodzenie Wojciechowskiej jest finansowane z kieszeni podatników. Ależ NBP to esencja finansów państwa, wraz z Radą Polityki Pieniężnej konstytucyjnie odpowiada za kurs złotówki i inflację.

Podczas późniejszej konferencji – już z udziałem samego prezesa Glapińskiego – też nie dowiedzieliśmy się niczego konkretnego, ale „sukcesem” tej konferencji jest to, że „totalna opozycja” i PiS mówią niemal jednym głosem. Platforma Obywatelska zgłosiła projekt ustawy dotyczącej jawności zarobków w NBP, zaś rzeczniczka PiS Beata Mazurek wyraziła się, że – uwaga, uwaga – PiS poprze projekt Platformy.

A więc trzeba kolejnych afer PiS, aby partia Kaczyńskiego przyznała rację PO. Ciekawie wobec tego wygląda Glapiński. Wygląda, że się urwał z łańcucha i prezesa nie słucha. Cóż, faktycznie Glapiński nie ma się czego bać, Konstytucja zapewnia mu 6-letnią kadencję.

Reklamy

Misiewicz pozazdrościł Andruszkiewiczowi. Gliński i plugawienie Polski. Kaczyńscy średniacy

6 Sty

Wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, uznający, że Polska przeprowadzając ekshumację Arkadiusza Rybickiego i Leszka Solskiego wbrew woli ich żon naruszały art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, uzyskał statut prawomocnego. Państwo polskie nie odwoływało się od wyroku.

>>>

Awantura wokół nominacji Adama Andruszkiewicza na wiceministra cyfryzacji doprowadziła do ponownego przywołania w mediach równie skandalicznych nominacji, których symbolem stał się Bartłomiej Misiewicz. Ten ostatni poczuł się jednak porównaniami do byłego szefa Młodzieży Wszechpolskiej głęboko urażony i postanowił zabrać w sprawie głos. Można powiedzieć, że doszło między politykami do pewnej licytacji, kto bardziej nadaje się do pełnienia funkcji wiceministra. Pupil Antoniego Macierewicza jest przekonany, że to on o wiele bardziej nadaje się na takie stanowisko.

Andruszkiewicz ukończył stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie w Białymstoku i bardzo podkreślał, że posiadanie wyższego wykształcenia jest niezwykle ważną kompetencją na stanowisku wiceministra. Bartłomiej Misiewicz pochwalił się jednak znacznie dłuższą listą “osiągnięć”:

“Widzę, że znów brakuje arg. i wyciera się gęby moim nazwiskiem. Przypomnę: 21 lat: zespoły park. ds kat. smoleńskiej, 24 lata: ds skutków działalności WSI. 25 lat: pomoc przy org. szczytu NATO 2016. CEK NATO. 
Od 2006 asystent, koordynator, szef biura. Szef GP, rzecznik i pełn. MON”.

Zadziwia, że polityk uznał, że CV w postaci samych funkcji politycznych jest to coś, czym warto się w tym momencie pochwalić. Mało kto pomyślałby, że objęcie w wieku 21 lat funkcji w zespole parlamentarnym ds. katastrofy smoleńskiej jest źródłem kompetencji do sprawowania kolejnych wysokich stanowisk publicznych. Skandalem jest bowiem to, że ktoś bez doświadczenia zawodowego i wybitnych kompetencji w takim organie się znalazł. Warto tu także zwrócić uwagę, że Misiewicz na początku swojej kariery nie miał nawet takiej “kompetencji”, którą ma Andruszkiewicz, czyli wykształcenia. Zdobył je bowiem dopiero w 2015 nigdzie indziej jak w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu ojca Rydzyka. W 2018 ukończył tam studia licencjackie i obronił pracę pt. „Szczyt NATO 2016 w Warszawie i jego wpływ na bezpieczeństwo Polski”.

Pewność siebie polityka sugeruje, że ten uważa najwyraźniej, że został nieuczciwe potraktowany i na jakiś stołek tak jak Andruszkiewicz najwyraźniej zasługuje.

Komentarz Misiewicza przywołuje ponownie nie tylko kwestie jego ambicji politycznych, ale także pewnego niefortunnego dla PiS ciągu wydarzeń. W sprawie Misiewicza powstała bowiem w końcu w PiS specjalna komisja, która wydała pismo jedyne w swoim rodzaju – poświadczenie niezdatności do pełnienia jakiejkolwiek funkcji publicznej przez Bartłomieja Misiewicza, oceniając negatywnie jego postawę i uznając brak jego kompetencji. Sprawia to, że dziś można się naigrywać, że Andruszkiewicz ma w sobie nieznane jeszcze opinii publicznej kompetencje albo doszło do udokumentowanej wręcz na papierze degradacji standardów państwa PiS.

Jakkolwiek odpowiemy sobie na powyższe pytanie, jedno pozostaje niezmienne, nazwiska Misiewicza i Andruszkiewicza staną się symbolami obsadzania stanowisk publicznych przez pozbawionych kompetencji partyjnych lizusów, których jedyną zasługą jest zdobycie zaufania jednego z partyjnych wodzów.

Do sieci trafiły sprawozdania merytoryczne Polskiej Fundacji Narodowej z pierwszego roku jej działalności. Spółka wówczas dużo namieszała w polityce, stała się jaskrawym przykładem kumoterstwa rządu Beaty Szydło. PFN miała dbać o wizerunek Polski za granicą, jak się okazało prawie połowa z wyznaczonych na rok 2017 środków przekazanych Fundacji przez spółki Skarbu Państwa przeznaczono na kampanię wymierzoną w autorytet polskiego sądownictwa.

Zaznaczmy – spółka wydała publiczne pieniądze na niestatutowy cel, czym przyczyniła się do postępującego procesu destabilizacji zaufania do państwa prawa. Dziennikarze Konkretu24 jako pierwsi przeanalizowali sprawozdanie. W dokumencie jest jeszcze więcej bulwersujących szczegółów.

PFN w roku 2017 wydała 9,2 mln złotych, lwią część z tego, czyli aż 8,4 mln zł pochłonęła przeprowadzona jesienią kampania „Sprawiedliwe sądy”. Co warte zaznaczenia, w listopadzie 2018 r. stołeczny sąd okręgowy stwierdził, że choć sfinansowanie przez PFN kampanii “Sprawiedliwe sądy” nie naruszyło prawa, było niezgodne ze statutowymi celami Fundacji. W uzasadnieniu wyroku sąd stwierdził, że „podejmowane w trakcie tej kampanii działania nie tylko nie promują i nie chronią wizerunku Rzeczypospolitej Polskiej, ale wręcz przeciwnie. Wizerunek ten znacznie osłabiają”.

Drugi największy wydatek to projekt noszący wdzięczną nazwę „Promocja wielokulturowości Polski… w świadomości mieszkańców USA. Życzenia świąteczne z Polski”. Na film przeznaczono ponad 3,7 mln złotych. Przy okazji pojawiający się w nim zwrot „Happy Holidays” rozsierdził zwolenników Prawa i Sprawiedliwości za rzekomą „poprawność polityczną”, gdy chodziło w rzeczywistości o życzenia dla świętujących Chanukę.

Całe szczęście, choć dużo mniejsza kwota, bo 2,6 mln trafiła do młodych sportowców z Team100 – projektu stworzonego wraz z resortem sportu, który pomaga i promuje młodych, obiecujących sportowców. Obecnie beneficjentami programu jest 250 osób, które wywalczyły do tej pory 186 medali na różnych imprezach sportowych. 

Mniejsze kwoty trafiły na rejs, którego nie było – jachtem Polska100, wizytę prezydenta USA na pikniku wojskowym, promocję filmu „Niezwyciężeni”, kampanię informacyjną ws. dezubekizacji nazw ulic i album z nauczaniem Jana Pawła II o Europie. 370 tys. złotych kosztowało zaś wydanie śpiewnika żołnierskiego na 150. urodziny Marszałka Piłsudskiego. Śpiewnik wydany w liczbie 361 756 egzemplarzy był dodatkiem do trzech gazet: “Naszego Dziennika”, “Super Ekspressu” i “Gazety Polskiej Codziennie”. Czy promował Polskę za granicą, czy pozwolił komuś zarobić?

Sprawozdanie PFN wymienia też projekty „w realizacji o charakterze otwartym”. Na „Promocję Rzeczpospolitej Polskiej za granicą w tym ochronę jej wizerunku, a także przeciwdziałanie rozpowszechnianiu w kraju i za granicą informacji i publikacji o nieprawdziwych treściach historycznych, krzywdzących lub zniesławiających Rzeczpospolitą Polską i Naród Polski – Reputacja” organizacja wydała 796,9 tys. zł.

Z dokumentu wynika też, że w PFN od 2017 roku trwają prace nad filmem związanym z historią Polski, w omawianym okresie Fundacja wydała na ten cel 104 tys. zł.

Co do kwestii zarobków, 17 zatrudnionych osób w PFN zarabiało średnio 6,3 tys zł miesięcznie, czworo członków zarządu Fundacji wypłacono w sumie ponad 473 tys. zł.

Co PFN robi z resztą z przelanych przez siedemnaście spółek Skarbu Państwa 166 mln zł w latach 2016 i 2017, jeszcze dokładnie nie wiadomo. Póki co, PFN twierdzi, że nie musi przekazywać do wiadomości szczegółów związanych z umowami cywilno-prawnymi. Na szczęście w kwietniu Polska Fundacja Narodowa nieprawomocnie przegrała sprawę przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym z dziennikarzem, który chciał poznać ich szczegóły. Jednak z ujawnionego wraz ze sprawozdaniem zestawienia wynika, że PFN podpisywała umowy m.in. na zakup porcelany, monitoring mediów, prowadzenia kampanii mediowych, promocji medialnej. W roku 2018 na tzw. usługi obce wydano aż 14,1 mln złotych.

Wersal za publiczne pieniądze. Ujawnione dokumenty odkrywają bulwersującą prawdę o powołanej przez rząd instytucji. Z grubych milionów PFN przeznaczyła jedynie ułamek na sensowne działania statutowe, dublując jednocześnie kompetencje choćby Ministerstwa Sportu. Ile przy okazji środków zmarnowano i ile zarobili na tym znajomi polityków Prawa i Sprawiedliwości, jeszcze nie wiemy, ale dowiedzieliśmy się właśnie, że PFN w roku 2017 najwięcej zrobiła w służbie destabilizacji państwa i szargania jego imienia za granicą.

Newsweek: Bracia Kaczyńscy, Marek Safjan, Andrzej Rzepliński, Małgorzata Gersdorf to byli wszyscy pana znajomi z uniwersytetu?

Prof. Wojciech Sadurski: Krystyna Pawłowicz również. Z tym, że akurat z Markiem Safjanem i Andrzejem Rzeplińskim w czasie studiów znałem się stosunkowo najsłabiej, bo byli starsi ode mnie. Małgorzata Gersdorf była podobnie jak Krystyna Pawłowicz młodsza ode mnie, natomiast Jarek i Lech Kaczyńscy byli ode mnie o rok starsi, ale razem chodziliśmy na prywatne seminarium do prof. Stanisława Ehrlicha.

I jak było na tym seminarium?

– Bardzo ciekawie. Tam byli ciekawi ludzie. Muszę powiedzieć, że akurat ani Jarek, ani Leszek nie błyszczeli. I nie mówię tego, żeby ich teraz jakoś zdezawuować, ale być może ich inteligencja miała charakter troszkę mniej błyskotliwy. Raczej siedzieli dość cicho. Profesor Ehrlich miał taki pomysł, żeby do tej późnej polskiej komuny wprowadzać ostrożnie elementy pluralizmu.

Czyli odrzuciłby pan taką kalkę, że „Ehrlich to były stalinista i być może z tego chowu jest Jarosław Kaczyński – chciałby jednolitej władzy, która niby zachowuje jakieś pozory pluralizmu, ale tak naprawdę ma wszystko w garści”?

– Odrzucałbym takie określenie. Rzeczywiście Ehrlich był byłym stalinistą, pełnił wyjątkowo paskudną rolę w polskim środowisku prawników. Ale przeszedł pewną transformację. Kiedy Kaczyńscy go poznali, to on nie miał już żadnych stalinowskich ciągot. To z Ehrlicha Kaczyński pewnie wziął pojęcie „centralnego ośrodka dyspozycji politycznej”. On naprawdę uważa, że w państwie władza powinna mówić jednym głosem, powinna być scentralizowana i skonsolidowana. Więc ten ośrodek, o którym on mówi, obecnie istnieje. Istnieje na ulicy Nowogrodzkiej.

W polskim wydaniu to coraz bardziej przypomina chyba Ludwika XIV: „Państwo to ja”?

– Dokładnie tak! Albo – ale mówię to z pewnym przerażeniem – przypomina to coś w rodzaju mafii, albo zorganizowanej grupy przestępczej, dlatego że – notabene za to pojęcie mam przed sądem beknąć niedługo, bo mnie PiS o to pozywa – ale chcę powiedzieć…

Sam się pan będzie bronił?

– Nie, nie. Będę miał adwokata (śmiech).

A jednak.

– Ze względów czysto praktycznych.

To musi pan mieć dylemat, czy mówić, że został pan źle zrozumiany, czy twierdzić, że został pan doskonale zrozumiany i udowodnić słuszność swojej tezy.

– (śmiech) Pozwoli pan, że tego nie skomentuję, bo sprawa może przyjść do sądu i adwokat mi zabronił o tym mówić. Mogę natomiast posłużyć się pewną analogią. Gdy pan prezes Kaczyński rzuca w stronę opozycji parlamentarnej słowa „zamordowaliście mojego brata”, czy oznacza to, że on każdego z nich z osobna oskarża o zabójstwo tak, jak jest ono rozumiane przez kodeks karny? Albo gdy Joachim Brudziński wrzeszczy do swoich zwolenników pod adresem opozycji „komuniści i złodzieje”, to czy oznacza to, że on wszystkim członkom opozycji zarzuca przywłaszczanie sobie dóbr prywatnych innych osób? Jest oczywiste, że często w retoryce, nazwijmy to publicystycznej czy politycznej, stosujemy pewne metafory zapożyczone także z kodeksu karnego.

Nie uważa pan, że ryzykowną taktyką jest linia obrony utkana ze słów Kaczyńskiego i Brudzińskiego?

– (śmiech) To zabieg mający na celu pokazanie, że po wszystkich stronach barykady politycznej stosujemy podobny zabieg o charakterze publicystycznym. To na pewno ostre, ale taka jest poetyka debaty publicznej.

Mamy w Polsce fundamentalny spór prawny, a strony tego sporu doskonale się znają. Kaczyńscy byli z Safjanem i Rzeplińskim na szkoleniu wojskowym, panią Gersdorf Kaczyński zna z podwórka, pana z seminarium. Czyli cały ten dramat rozgrywa się w jakimś sensie w ramach grupy znajomych.

– Tylko widać na liście dużą asymetrię. Wszystkie z osób przez pana wymienionych, poza jedną, są po stronie liberalno-demokratycznej. Po tej drugiej stronie jest tylko Jarosław Kaczyński. To on zainfekował życie polityczne Polski swoimi kompleksami, niepewnościami, ale także nienawiścią i podejrzliwością. To on stworzył obecny system monowładzy. Natomiast Leszka Kaczyńskiego bym do tego nie mieszał, bo Leszek był zupełnie innym człowiekiem.

Gryglas, przypadek zeszmacenia

1 Sty

Awantury nikt się nie spodziewał, gdy na wizję Superstacji wkraczali posłowie Tomasz Cimoszewicz z PO i Zbigniew Gryglas  ze Zjednoczonej Prawicy, lecz zawrzało od pierwszego momentu, jak tylko  w programie „Debata Grzegorza Łaguny” pojawił się  temat energetyki.

„Pan broni Niemiec, ja bronię polskich interesów, w tym pewnie się różnimy” – zaszarżował ostro zaraz na początku Zbigniew Gryglas, czego poseł Tomasz Cimoszewicz – do tego momentu spokojny – wytrzymać już nie mógł i odpalił: „To jest coś, za co  mógłbym pana pozwać, ale tak obniżyliście nasze pensje, że nas nie stać na dobrych prawników” – powiedział.

Później było już tylko gorzej, a ton z jednej i drugiej strony znacznie się wyostrzał: „Jak pan śmie w ogóle mówić do polskiego posła, że broni interesu Niemiec? Na jakiej podstawie pan wysnuł takie wnioski? Ja powiedziałem, że Niemcy korzystają w tak dużej ilości ze źródeł odnawialnych, a pan mówi, że ja reprezentuję niemieckie interesy. Czy pan na głowę upadł, panie pośle?” – powiedział Cimoszewicz.

I tak się rozkręcił, że przypomniał Gryglasowi, iż to PiS importuje więcej węgla z Rosji. „Mogę powiedzieć, że reprezentujecie interesy rosyjskie. Jakim cudem dwukrotnie wzrósł import rosyjskiego węgla? – dopytywał, a Pisowski parlamentarzysta wił się jak piskorz wyjaśniając „nieudaną restrukturyzacją górnictwa”, która doprowadziła do tego, że „czasowo jest niezbędny import”.Zapewniał dodatkowo, że „import dokonywany jest głównie do ciepłownictw”.

Prowadzący program – Grzegorz Łaguna umieścił fragment nagrania na Twitterze i  tam na dobre rozkręciła się słowna przepychanka parlamentarzystów.

Gryglas opublikował fotkę mające ilustrować „blackout i 20 stopień zasilania”, do którego doszło w 2015 r., za rządów PO-PSL. Pech jednak chciał, że Cimoszewicz łatwo rozpoznał na niej fragment Nowego Jorku:
„Na zdjęciu, chłopie, masz wieże WTC zburzone po 9.11″ – napisał z  rozbawieniem.

„Spokojnie to tylko ilustracja” – odpowiedział na to Gryglas i jakby to miało jakikolwiek związek wypali: „Szczęśliwie przegraliście wybory w 2015 i przegracie je także w 2019″.

Wtedy Cimoszewicz już Gryglasa w ogóle nie oszczędzał… Przypomniał mu koleje  jego politycznej kariery. Podkreślił, że wyłącznie „dzięki szczęściu wślizgnął się do Sejmu z Petru”. „Dzisiaj żadnego z Was nie ma w Nowoczesnej. Może lepiej nie baw się w proroka” – doradził pisowcowi.

PiS psuje się od głowy Kaczyńskiego

15 List

>>>

Tomasz Siemoniak i internauci komentują aferę z udziałem Komisji Nadzoru Finansowego.

Mecenas Roman Giertych skomentował dostęp byłego szefa Komisji Nadzoru Finansowego Marka Chrzanowskiego do biura w siedzibie KNF.

CBA czekało kilka godzin, aby były szef KNF Marek Chrzanowski zatarł ślady przestępstw w siedzibie KNF.

Komentarze ws. nadzoru Zbigniewa Ziobro nad aferą Komisji Nadzoru Finansowego z politykami PiS w tle.

>>>

Afera w KNF – to trzeba wiedzieć: