Tag Archives: taśmy Kaczyńskiego

Kaczyński nie przyznaje się do Srebrnej. Pisowskie manipulacje prokuraturą

25 List

Art. 190 Kpk § 1. Przed rozpoczęciem przesłuchania należy uprzedzić świadka o odpowiedzialności karnej za zeznanie nieprawdy lub zatajenie prawdy. No chyba, że słuchamy J.Kaczyńskiego. W trosce o to, by nikt jemu nigdy nie postawił zarzutów z 233 kk.

Dosłownie dwa dni przed wyborami prokurator Renata Śpiewak odmówiła dalszego prowadzenia śledztwa w głośnej sprawie „afery Dwóch Wież”. Ujawniona dziesięć dni później decyzja sprawiła, że nie trzeba było przesłuchiwać żadnych świadków, – w tym Jarosława Kaczyńskiego – na których powoływał się Gerald Birgfellner.

A jednak, jak udało się ustalić „Gazecie Wyborczej” w aktach znajduje się zapis przesłuchania prezesa PiS. Z tych zeznań wynika, że Jarosław Kaczyński padł ofiarą manipulacji austriackiego przedsiębiorcy, który wykorzystał jego „powiązania rodzinne” i wprowadził prezesa w błąd.

W trakcie przesłuchania Kaczyński stwierdził, że „może prowadzić rozmowy z przedstawicielami spółki, jednak nie posiada podstaw formalnych do wydawania im poleceń”. Słowa te są całkowitym zaprzeczeniem tego co zastało przedstawione w nagranych rozmowach, kiedy prezes twierdził: „Srebrna, czyli ja”.

W zapisie prokurator Śpiewak nie ma też odniesień do wizyty prezesa Pekao SA w siedzibie partii. Kaczyński w rozmowie z prokurator powiedział, że zna prezesa banku z czasów, gdy ten ostatni pełnił funkcję wiceministra Skarbu Państwa.

Jednak uważny czytelnik akt znajdzie zdanie, które potwierdza spotkanie prezesa banku z prezesem partii: „w rozmowie [Krupiński – prezes PekaoSA] potwierdził, że prowadzi rozmowy z Geraldem Birgfellnerem, jednak nie precyzował dokładnie o co chodzi.” Kaczyński zaprzecza również temu, że wiedział cokolwiek na temat wysokości kredytu na realizację przedsięwzięcia. Ale ponownie jego słowa stoją w całkowitym zaprzeczeniu z dokumentami z dnia 2 lutego 2018 r., gdzie zapisano, że podczas „walnego zgromadzenia wspólników Srebrnej wyraża zgodę na „zaciągnięcie przez spółkę finansowania dłużnego do maksymalnej kwoty 300 mln euro na realizację przedsięwzięcia”. Decyzję w imieniu Walnego Zgromadzenia podejmuje sam Kaczyński. Jest jedynym obecnym na posiedzeniu. Członek zarządu spółki, Jacek Cieślikowski (b. kierowca prezesa) jest tam tylko protokolantem i sekretarzem.” Podczas przesłuchania ani razu Kaczyński nie został zapytany o „kopertę dla księdza”, w której znalazło się 50 tys. zł za podpis ks. Rafała Sawicza pod uchwałą pozwalającą na rozpoczęcie całej inwestycji.

Według prokuratury Jarosław Kaczyński jest ofiarą pomówień austriackiego biznesmena i nie może ponosić żadnej odpowiedzialności w związku z aferą. „Przedstawione okoliczności towarzyszące pierwszym rozmowom w zakresie inwestycji przy ul. Srebrnej 16 (…) nie pozwalają na przyjęcie, iż faktycznie to Jarosław Kaczyński decydował o wszystkich sprawach związanych z realizacją planowanej inwestycji. […] Przeczą [temu] także zeznania świadka Jarosława Kaczyńskiego (…) w których podkreślił, iż jako Przewodniczący Rady Nadzorczej Fundacji Instytut imienia Lecha Kaczyńskiego, która jest właścicielem spółki Srebrna może z przedstawicielami spółki prowadzić jedynie rozmowy, nie ma jednak formalnej podstawy do wydawania im poleceń” – czytamy w dokumencie prokuratury, według której wszystkie 20 spotkań Kaczyńskiego z Birgfellnerem „były na bardzo ogólnym poziomie, nie ustalono żadnych szczegółów zarówno odnośnie zakresu prac jak i oczekiwanego wynagrodzenia”. Jakiekolwiek przekonania austriackiego przedsiębiorcy o tym, że to Jarosław Kaczyński ma decydujące zdanie w sprawie Srebrnej wynikają „jedynie z poczynionej subiektywnej nie znajdującej odzwierciedlenia w rzeczywistości oceny określonych sytuacji”.

I chyba – niestety – to jest jedyne wyjaśnienie takiego powodzenia pisowskiej i kleszej mafii w naszym kraju…

„Jędraszewski STOP” – to główne hasło marszu, który przeszedł z krakowskiego Rynku Głównego pod kurię. Uczestnicy demonstracji domagali się odwołania arcybiskupa Marka Jędraszewskiego z funkcji metropolity krakowskiego i reakcji Kościoła na mowę nienawiści.

Demonstrujący stanęli pod oknem papieskim, przy wejściu do kurii przy ul. Franciszkańskiej. Przynieśli ze sobą kartki z napisami: „Jędraszewski, twoja wielka wina”, „Miłuj bliźniego jak siebie samego”, „Hipokryzja”, „Stop nienawiści”, „Jędraszewski! Precz z Krakowa!”.

„Protestujemy przeciwko polityce Jędraszewskiego. Pod kurią na Franciszkańskiej spotkaliśmy się z modlącymi się oponentami, którym przewodzi małopolska kurator oświaty Barbara Nowak. Czy to jest rola kuratora? Czy to jest wizja edukacji MEN? Wstyd i hańba!” – napisał podczas demonstracji na Twitterze jeden z jej uczestników Artur Mazur.

Po drugiej stronie Franciszkańskiej bowiem stanęli zwolennicy Jędraszewskiego.

A postaci małopolskiej kurator oświaty naszym czytelnikom nie trzeba przybliżać. „Internauci do Barbary Nowak: „Aż dziw bierze, że jest pani kuratorem oświaty”.

W pewnym momencie jedna z organizatorek demonstracji przeciw Jędraszewskiemu podeszła do modlących się kontrmanifestantów z propozycją pojednania. Nikt nie chciał podać jej ręki…

„Pasy zapięte? Kto ma słabe nerwy niech nie czyta. Oficjalny szacunek wysokości emerytur w przyszłości jaki dostałem z ZUS. Teraz dostajemy 53,8% ostatniej pensji (ok. 2,2tys.zł). W 2045 będzie 32%,w 2060-24,9%,a 2080-23,1%. To będzie ok.1 tys. zł na mc (na dzisiejsze pieniądze)” – napisał na Twitterze były wiceminister pracy w rządzie PiS Bartosz Marczuk.

W kolejnym wpisie „próbował” łagodzić sytuację: – „Dlatego trzeba dodatkowo się zabezpieczać. Dbać o zdrowie, kształcić, oszczędzać (PPK to idealny produkt), mieć więcej dzieci, przygotować się na dłuższą pracę”. No to przypomnijmy nasz artykuł o tym „idealnym produkcie”: „Fiasko nowego programu PiS. Aż 60 proc. Polaków nie chce PPK”.

Wpis Marczuka wywołał falę komentarzy. – „Pan były podsekretarz stanu w rządzie dojnej zmiany nagle wrócił z innej rzeczywistości na Ziemię i się zdziwił? No, no…”; – „Były wiceminister rodziny, obecnie w Polskiej Fundacji (Niedo)Rozwoju płacze, że jego wspaniali koledzy wywinęli taki numer z emeryturami. W przeciwieństwie do milionów Polaków Marczuk sobie sporo zapewne odłoży”; – „Najpierw Szydło mydliła oczy i obniżyła wiek emerytalny, teraz chłopcy rozmontowują OFE i majstrują w emeryturach, bo kasy na wytwory wiedzy ekonomicznej prezesa brak, a teraz zaczyna się straszenie, bo ludzie nie ufają rządowi”; – „Czyli rząd, w którym i pan był, po prostu rozpierniczył Polakom emerytury. Więc pytanie: pan się tym wpisem naśmiewa z tego, co ludziom zrobiliście, czy przyznaje się do winy?” – pisali internauci.

Komentowali też dziennikarze. – „Były minister pracy piszący w tłicie, że ZUS to wielkie oszustwo to jednak nowa jakość…” – Michał Szułdrzyński z „Rzeczpospolitej”. – „Czy rząd PIS właśnie nas informuje, że ta partia, przekonując do obniżenia wieku emerytalnego, świadomie skazała miliony Polaków na głodowe emerytury i tragedię w ostatnich latach życia?” – zapytał Tomasz Lis z „Newsweeka”.

„Dziennikarz w 2014 ostrzega, aby nie obniżać wieku emerytalnego. Polityk od 2015, wiceminister pracy bierze udział w obniżaniu wieku emerytalnego. 2019 jako twitterowicz? ostrzega: emerytury będą niskie” – podsumował gen. Jarosław Stróżyk. Tak rzeczywiście przebiegała kariera zawodowa Bartosza Marczuka. Dodajmy tylko, że z resortu pracy przeniesiono go do Polskiego Funduszu Rozwoju, w którym Marczuk zajmuje się właśnie wspomnianymi wyżej Pracowniczymi Planami Kapitałowymi.

Niedzielny konkurs Eurowizji Junior wygrała Wiktoria Gabor. To drugie pod rząd zwycięstwo Polski w tej imprezie, co niezwykle ucieszyło nie tylko młodziutką wokalistkę, jej fanów i widzów, ale przede wszystkim Jacka Kurskiego, który nie omieszkał przypisać sobie cały sukces za tę wygraną. Przypomniał, że jako prezes obiecał „odbudowę siły i prestiżu TVP”.

„To podwójne, rok po roku, zwycięstwo w Eurowizji jest esencją i kulminacją tej odbudowanej pozycji” i to on podjął decyzję, by to widzowie „Szansy na sukces” wybrali reprezentanta Polski na Eurowizję, więc zwycięstwo młodziutkiej wokalistki to wielki sukces właśnie jego Telewizji.

Kurski towarzyszył Wiki Gabor w spotkaniu w „Gościu Wiadomości” i całkowicie je sobą zdominował. Dziewczynie udało się podziękować rodzicom i fanom, ale prowadząca spotkanie szybko skierowała rozmowę na zasługi prezesa telewizji i Jacek Kurski zaczęło się.

Realizacja lepsza, niż niejednej Eurowizji dla dorosłych. Krótko mówiąc, to jest odbudowa potęgi Telewizji Polskiej” i to właśnie „Myśmy mieli odwagę odbudować siłę Telewizji Publicznej”. 

Żeby nikt nie miał wątpliwości, kto jest ojcem sukcesu Wiktorii, prowadząca zapytała ją, czy śpiewa „od dziecka, ale czy czujesz, że poniekąd Telewizja Polska wskazała ci drogę przez Twoje poprzednie sukcesy?” i znowu zwróciła się do swojego prezesa, który podkreślił, że od początku widział w 12 – latce gwiazdę, bo to „kwestia intuicji, i pewnej odpowiedzialności jednak w telewizji, w zarządzaniu”.

Jak słusznie zauważył jeden z internautów „Ktoś musi w końcu głośno powiedzieć, że prawdziwym zwycięzcą Eurovision Junior jest Jacek Kurski, który odkrył Wiki Gabor, napisał jej tekst, nauczył śpiewać, a nawet przygotował choreografię”.

Każdy może sobie wybrać taką prawdę, jaka mu się podoba, ale nasza jest prawdziwsza

Kilka dni temu wszystkie stacje telewizyjne nadały pierwszy odcinek szóstego sezonu serialu pt. „Sejm według PiS”. Zapowiadano nowych wykonawców i poważne zmiany batalistycznej dotąd fabuły. Faktycznie, zobaczyliśmy sporo nowych twarzy, bo w sukurs oblężonym przybyły posiłki, które osaczyły najeźdźców zarówno z lewej, jak i prawej flanki, i od razu zaczęły kopać ich po kostkach. Jednak scenariusz nie obfitował zbytnio w nowe wątki, tyle że armia napastników po latach zwycięstw przegrała właśnie jedną potyczkę. Obudziło to pewne nadzieje na przełom, bo okazało się, że napastnikom zaczyna brakować amunicji, której nowi obrońcy maja nadmiar, wystrzeliwując ją czasem celnie, a czasem w płot albo na wiwat. Nie zmieniły się natomiast dialogi, obfitujące na przemian w argumenty i inwektywy, często na żałosnym poziomie.

Mimo kulawego scenariusza i amatorszczyzny wielu wykonawców, w pierwszym odcinku nowej edycji nie wiało nudą. Interesujące były zwłaszcza zaciekłe próby konfrontacji nadziei i marzeń z twardymi realiami ponurej rzeczywistości. Fascynująca była zwłaszcza wędrówka zawiłymi meandrami wyobraźni jednego z głównych wykonawców, artysty Mateusza Morawieckiego, grającego w serialu rolę premiera.

Były w tym odcinku sekwencje straszne, były fragmenty podniosłe i scenki naprawdę ucieszne.  Strasznie było, gdy udający premiera pokrzykiwał groźnie, że biada tym, którzy chcą uczyć dzieci tego czegoś, czego uczą się dzieci w każdej szkole każdego cywilizowanego kraju. Biada im, bo są to terroryści, podkładający pod całą Polskę gigantyczny ładunek wybuchowy obcego pochodzenia. Grozą powiało również, gdy Morawiecki odkurzał starą „Strategię na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”, zapowiadając po raz kolejny przekop Mierzei Wiślanej, budowę CPK, Via Carpatia, promów i jeszcze paru przedsięwzięć bezsensownych lub takich, bez których spokojnie możemy się obejść, a na które wydawać będziemy pieniądze których nie ma, co rzecz jasna oznacza równoczesne odbieranie środków projektom absolutnie nieodzownym.

Podniośle było, kiedy reprezentanci rządzących jeden po drugim bohatersko stawali na przedpiersiach okopów prężąc muskuły w obronie rozmaitych wartości wykrzykiwanych dużymi literami. Szło jak od wieków o Tradycję i Wiarę, ale i o nowszy wynalazek PiS – Rodzinę, która powstaje z kobiety i mężczyzny od chwili poczęcia aż do naturalnego rozwodu. Czyli ponad jedną czwartą polskich dzieci, ze związków partnerskich lub zrządzeniem złego losu wychowywanych przez jednego rodzica, PiS pozbawił rodziny! Smutne to bardzo.  Śmiesznie natomiast bywało, gdy rządzący przekonywali zebranych, że to co jest i będzie nadal, to normalność, gdy chwalili się demokratycznym usposobieniem i nieprzemożną potrzebą praworządności, a szczególnie, kiedy swoje zwycięstwa i sukcesy ogłaszali również na zrujnowanych terenach objętych klęską żywiołową, takich jak choćby służba zdrowia czy edukacja. A wyjątkowo zabawny był kadr ukazujący na galerii sejmowej Mariana Banasia przyjmującego do akceptującej wiadomości płynące z mównicy zachwyty nad sukcesami administracji skarbowej.

Nowe odcinki serialu „Sejm według PiS” to program z cyklu dla każdego coś miłego. Bo jest równocześnie filmem wojennym i melodramatem, filmem przygodowym, rozrywkowym i science fiction, a nawet oświatowym z filozoficznym przesłaniem. Pierwszy odcinek szóstej edycji popularyzował np. całkiem nową teorię względności, dowodzącą, że nie ma na świecie zjawisk niewątpliwych ani wartości stałych, bo wszystko jest niejednorodne, wielowymiarowe, płynne i wzajemnie się wykluczające.  Czyli w skrócie: każdy może sobie wybrać taką prawdę, jaka mu się podoba, ale nasza jest prawdziwsza. Na przykład: w konkurencji krajów najbardziej atrakcyjnych dla inwestorów Polska zajmuje miejsce piąte – i równocześnie czterdzieste, ale bardziej piąte. W rankingu mało znanej firmy doradczej Conway Analytics awansowaliśmy ostatnio na szczyty, a w znacznie bardziej prestiżowych, ale dla premiera mało wiarygodnych badaniach „The Global Competitiveness Report” i „Doing Business” w ostatnim roku spadliśmy aż o 7 miejsc. Inny przykład: powrót wielu Polaków mieszkających dotąd za granicą jest – do wyboru – wyłączną zasługą rządu PiS, co ma być prawdą, lub skutkiem Brexitu, co traktowane jest jedynie jak półprawda. Tyle tylko, że w 2018 roku z samej Wielkiej Brytanii wyjechało PONAD 100 tys. mieszkających tam Polaków, a z całego świata powróciło NIESPEŁNA sto tysięcy… Spora „nadwyżka” emigrantów nie uwierzyła w wizję PiS-owskiej krainy szczęśliwości, uchodźcy z GB woleli szukać nowego domu z dala od Polski.

Realizując ambicje oświatowe scenarzystów serial krzewi nowe hasła encyklopedyczne, zastępujące zużyte, nieaktualne pojęcia. „Wolność dla przedsiębiorców” nie oznacza już rynkowych swobód ani trwałych i czytelnych przepisów, tylko prawo drukarzy do odmowy druku tekstów, które im się nie podobają.  Zapowiedziane „przyciąganie zagranicznych inwestorów” i ich kapitału polegać ma m.in. na repolonizacji, czyli po prostu nacjonalizacji prywatnych firm i naruszaniu prawa własności.  Deklarowana głośno „troska o ekologię” to dalszy wzrost produkcji energii na bazie węgla, zaoranie programu farm wiatrowych i … powołanie pełnomocnika ds. odnawialnych źródeł energii z gabinetem, biurkiem i paprotką do podlewania. „Normalność”, to bezprawne powtórzenie przegranego przez PiS głosowania w sprawie skierowania do Trybunału Konstytucyjnego ludzi bez kwalifikacji formalnych i moralnych.

Radykalnie zmieniło się znaczenie pojęć opisujących sferę opieki nad słabymi, ubogimi i wykluczanymi. Radośnie głoszone „wyrywanie rodzin ze skrajnego ubóstwa” oznacza wzrost liczby osób żyjących na poziomie minimum egzystencji z 4,3 proc. do 5,4 proc. w ciągu roku. Czteroletnia „walka z nierównościami dochodowymi” skutkuje niemal najwyższym w Europie rozwarstwieniem. Jak wynika z raportu Centrum Analiz Ekonomicznych z 33,5 mld zł, które PiS obiecał wyborcom w ostatnich miesiącach, aż 32 proc. trafi do osób najbogatszych, a jedynie 9 proc. do najuboższych. W tej kategorii PiS zrealizował obietnicę dogonienia Ameryki: polskie nierówności społeczne stały się porównywalne z amerykańskimi – i nadal rosną.

***

W expose premiera nie zgadzały się liczby, daty, ani fakty. A przecież w nowej edycji telenoweli o parlamencie, Polsce i demokracji w wersji PiS, artysta Morawiecki dopiero się rozkręca. Ciekawe, jak skończy się ten serial. Gdyby ktoś zaproponował mi napisanie scenariusza ostatniego odcinka, to wmontowałbym tam scenkę finałową, trochę przerobioną z kabaretowego skeczu :

Do premiera podchodzi poseł PiS, pokazuje mu szkolny zeszyt i prosi:

– Mateusz, ty masz smykałkę do rachunków, rozwiąż mi proszę zadanie mojego syna, ja nie daję rady, a dziecko walczy o tróję!

– O tróję walczy, powiadasz… czyli tak jak Agamemnon! – życzliwie komentuje premier, z wykształcenia historyk.

– No nie – odpowiada poseł. – Agamemnon walczył przecież o Troję.

– I co, zdał? – zaciekawił się Morawiecki…

Manipulacje prokuratury ws. taśm Kaczyńskiego

24 List

Dosłownie dwa dni przed wyborami prokurator Renata Śpiewak odmówiła dalszego prowadzenia śledztwa w głośnej sprawie „afery Dwóch Wież”. Ujawniona dziesięć dni później decyzja sprawiła, że nie trzeba było przesłuchiwać żadnych świadków, – w tym Jarosława Kaczyńskiego – na których powoływał się Gerald Birgfellner.

A jednak, jak udało się ustalić „Gazecie Wyborczej” w aktach znajduje się zapis przesłuchania prezesa PiS. Z tych zeznań wynika, że Jarosław Kaczyński padł ofiarą manipulacji austriackiego przedsiębiorcy, który wykorzystał jego „powiązania rodzinne” i wprowadził prezesa w błąd.

W trakcie przesłuchania Kaczyński stwierdził, że „może prowadzić rozmowy z przedstawicielami spółki, jednak nie posiada podstaw formalnych do wydawania im poleceń”. Słowa te są całkowitym zaprzeczeniem tego co zastało przedstawione w nagranych rozmowach, kiedy prezes twierdził: „Srebrna, czyli ja”.

W zapisie prokurator Śpiewak nie ma też odniesień do wizyty prezesa Pekao SA w siedzibie partii. Kaczyński w rozmowie z prokurator powiedział, że zna prezesa banku z czasów, gdy ten ostatni pełnił funkcję wiceministra Skarbu Państwa.

Jednak uważny czytelnik akt znajdzie zdanie, które potwierdza spotkanie prezesa banku z prezesem partii: „w rozmowie [Krupiński – prezes PekaoSA] potwierdził, że prowadzi rozmowy z Geraldem Birgfellnerem, jednak nie precyzował dokładnie o co chodzi.” Kaczyński zaprzecza również temu, że wiedział cokolwiek na temat wysokości kredytu na realizację przedsięwzięcia. Ale ponownie jego słowa stoją w całkowitym zaprzeczeniu z dokumentami z dnia 2 lutego 2018 r., gdzie zapisano, że podczas „walnego zgromadzenia wspólników Srebrnej wyraża zgodę na „zaciągnięcie przez spółkę finansowania dłużnego do maksymalnej kwoty 300 mln euro na realizację przedsięwzięcia”. Decyzję w imieniu Walnego Zgromadzenia podejmuje sam Kaczyński. Jest jedynym obecnym na posiedzeniu. Członek zarządu spółki, Jacek Cieślikowski (b. kierowca prezesa) jest tam tylko protokolantem i sekretarzem.” Podczas przesłuchania ani razu Kaczyński nie został zapytany o „kopertę dla księdza”, w której znalazło się 50 tys. zł za podpis ks. Rafała Sawicza pod uchwałą pozwalającą na rozpoczęcie całej inwestycji.

Według prokuratury Jarosław Kaczyński jest ofiarą pomówień austriackiego biznesmena i nie może ponosić żadnej odpowiedzialności w związku z aferą. „Przedstawione okoliczności towarzyszące pierwszym rozmowom w zakresie inwestycji przy ul. Srebrnej 16 (…) nie pozwalają na przyjęcie, iż faktycznie to Jarosław Kaczyński decydował o wszystkich sprawach związanych z realizacją planowanej inwestycji. […] Przeczą [temu] także zeznania świadka Jarosława Kaczyńskiego (…) w których podkreślił, iż jako Przewodniczący Rady Nadzorczej Fundacji Instytut imienia Lecha Kaczyńskiego, która jest właścicielem spółki Srebrna może z przedstawicielami spółki prowadzić jedynie rozmowy, nie ma jednak formalnej podstawy do wydawania im poleceń” – czytamy w dokumencie prokuratury, według której wszystkie 20 spotkań Kaczyńskiego z Birgfellnerem „były na bardzo ogólnym poziomie, nie ustalono żadnych szczegółów zarówno odnośnie zakresu prac jak i oczekiwanego wynagrodzenia”. Jakiekolwiek przekonania austriackiego przedsiębiorcy o tym, że to Jarosław Kaczyński ma decydujące zdanie w sprawie Srebrnej wynikają „jedynie z poczynionej subiektywnej nie znajdującej odzwierciedlenia w rzeczywistości oceny określonych sytuacji”.

Macierewicz z Tworek, Kaczyński z Nowogrodzkiej. Zadanie intelektualne: jak takie pokraki doszły do tak ogromnej władzy?

26 Kwi

„Jarosław Kaczyński zobowiązuje się zapłacić na rzecz Geralda Birgfellnera kwotę 50 tys. zł wraz z odsetkami ustawowymi za opóźnienie od dnia 21 marca 2019 r. do dnia zapłaty, w terminie 7 dni od zawarcia ugody tytułem zwrotu nienależnego świadczenia, które przyjął od Geralda Birgfellnera w gotówce w dniu 7 lutego 2018 r.” – takiej treści ugodę sądową zaproponował prezesowi PiS Gerald Birgfellner i oddał sprawę w ręce wymiaru sprawiedliwości.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza” austriacki biznesman Gerald Birgfellner złożył do sądu wniosek o wezwanie Jarosława Kaczyńskiego do dobrowolnego zwrotu 50 tys. zł.

Pieniądze, które wcześniej przekazał prezesowi PiS, miały być zapłatą dla księdza z fundacji Instytut im. Lecha Kaczyńskiego. Po duchownym ślad wszelki zaginął, a prezes z uporem nie odbiera listów poleconych z wezwaniem do zwrotu pieniędzy.

Na wezwanie sądu prezes PiS będzie musiał się już stawić. Jeśli tego nie zrobi, sąd może zaocznie nakazać mu zwrot pieniędzy.

W piśmie, które w czwartek złożył do sądu pełnomocnik Austriaka mec. Roman Giertych pisze, że 50 tys. zł, które Birgfellner miał przekazać Kaczyńskiemu, jest „świadczeniem nienależnym” i jako takie podlega zwrotowi.

Ponadto, Birgfellner – zdaniem adwokata – „pozostawał w błędnym przekonaniu, że zapłata jest konieczna do uzyskania podpisu pod uchwałą, od której podjęcia uzależniona była realizacja inwestycji”.

Giertych zwraca uwagę na to, że biznesmen „jest obcokrajowcem, nie zna polskiego prawa ani statutu fundacji Instytut im. Lecha Kaczyńskiego, stąd nie miał świadomości, że nie istniał żaden stosunek zobowiązaniowy, w ramach którego byłby on zobowiązany do zapłaty kwoty 50 tys. zł za podpis członka organu fundacji”.

Mylił się ten kto sądził, że Antoni Macierewicz wygodnie usadowił się już w swojej „szafie” i zgodnie z PiSowskim „protokołem” do wyborów będzie siedział cicho. Niestety! Były szef resortu obrony nie powstrzymał się i zabrał głos w sprawie strajku nauczycieli.

„Próba ataku na państwo polskie, próba zasłaniania się uczniami, czynienia tarczy z uczniów, z młodzieży w walce z państwem, to coś zupełnie niebywałego, coś, czego nigdy w przeszłości nie było i mam głęboką nadzieję, że nigdy więcej się nie powtórzy” – zagrzmiał były minister w feliet

„Ci nauczyciele, których jeszcze moje pokolenie pamięta, którzy potrafili przeciwstawić się komunizmowi, którzy potrafili przeciwstawić się demoralizacji moralnej, ale także atakowi na polskość, na formację niepodległościową, Kościół katolicki, na to wszystko, co jest dla Polski i dla polskości najważniejsze, ci sami nauczyciele, czy też kierownictwo, bo mówimy tylko i wyłącznie o kierownictwie ZNP, stali się jakby przedłużeniem czasów komunistycznych, przedłużeniem działań wymierzonych w polskość” – powiedział Antoni Macierewicz.

Stał się tym samym jednym z najbrutalniejszych i niesprawiedliwych krytyków zrywu polskich pedagogów – po Patryku Jakim, który wcześniej porównał ich do żołnierzy Wehrmahtu. Wiceminister co prawda później wycofał swoją inwektywę, ale… obraźliwe słowo padło, panie Jaki i raczej będzie zapamiętane.

Oświatowy „okrągły stół” to stół-atrapa, stół-dekoracja, służący pozorowaniu dialogu.

Lubimy sobie pogadać. Wprawdzie z tygodnia na tydzień staliśmy się europejską Doliną Krzemową (pan premier wcale się nie pomylił, bo część Polski właśnie zasypał piasek znad Sahary), ale zanim zaczniemy się w świecie kojarzyć z półprzewodnikami, słyniemy głównie meblarstwem. Owszem, chodzi tylko o stoły i do tego jedynie te okrągłe, ale za to na tym polu skutecznie konkurujemy w świecie nawet z IKEĄ. Choć „okrągły stół” to wynalazek brytyjski, Lech Wałęsa odebrał go królowi Arturowi i teraz stół bez kantów stanowi w świecie symbol polskiej pokojowej rewolucji, przeprowadzonej samą siłą słowa, siłą mądrego kompromisu osiągniętego w dialogu.

To nie przypadek. „Długie, nocne Polaków rozmowy” mamy w narodowym genotypie i może dlatego częściej „lejemy wodę” niż przelewamy krew. Toteż partia aktualnie rządząca, która zresztą sztukę przelewania z pustego w próżne opanowała do perfekcji, w obliczu buntu elit gorszego sortu też postanowiła się odwołać do narodowej tradycji „przegadywania” problemów i zaprosiła buntowników do dialogu przy „okrągłym stole”.

Ale – jak to ona (partia, znaczy) – zrobiła to po swojemu, jako że skupia w swoich szeregach zwolenników szczególnego rodzaju dialogu. Wewnętrznego, mianowicie. Od przejęcia władzy mówią oni głównie sami do siebie. Niektórzy uważają, że to objaw zaburzeń kognitywnych, ale chodzi raczej o to, że nie ma sensu gadać z gorszym sortem.

O szczegółach konstrukcji nowej wersji „mebla” opowiedział w programie red. Piaseckiego Jacek Sasin. „Stół” ma więc stanąć na stadionie, bo dyskusja o stanie edukacji ma być powszechna i demokratyczna. Pan poseł określił plotkę o kilku tysiącach uczestników „rozmowy” jako „fejk njusa”, ale potwierdził, że do udziału w debacie zaproszono… każdego, kto się zgłosi.

I to jest pierwsza, a też chyba najważniejsza różnica między „stołami”. Bo przy tamtym pierwszym zasiedli wyłącznie starannie wybrani „decyzyjni” przedstawiciele różnych środowisk oraz najlepsi eksperci reprezentujący wszystkie strony dialogu. Tutaj natomiast o przyszłości polskiej szkoły mają rozmawiać wszyscy chętni. Zwłaszcza ci, co to „nie wiedzą, więc się wypowiedzą”. Bo – jak argumentował pan poseł – sprawa dotyczy nas wszystkich.

Demokracja to – jak wynikło z wypowiedzi pana posła – „demo – racja”. Większość ma władzę, to i większość ma… rację! No, fakt. Jak to czytać po polsku… A wiadomo, że w partii aktualnie rządzącej z językami obcymi jest tak sobie. A już z łaciną, to w ogóle…

Przekonanie, że wszyscy znają się w Polsce na wszystkim świadczy zresztą o wyjątkowym szacunku władzy dla Narodu i uznaniu jego zbiorowej inteligencji, co daje się zresztą obserwować od początku rządów PiS. I tak, na przykład, ekspertem w podkomisji smoleńskiej został jeden pan, który się na lotnictwie zna, bo „dużo latał samolotem”. W charakterze pasażera, ale zawsze. A całkiem niedawno na dyrektora szpitala awansował inny pan, który doskonale rozumie problemy służby zdrowia, ponieważ „dużo chorował”. Wracając zaś do edukacji, to cała reforma oświaty została w dużej mierze oparta na pomysłach pewnej sympatycznej pary, której kwalifikacje polegają na posiadaniu kilkorga dzieci.

No, ale – na przykład – resortem sprawiedliwości rządzi dziś skromny magister prawa, a inna pani magister rozstawia po kątach profesorów belwederskich w Trybunale Konstytucyjnym… Oboje państwo uczą też podstaw prawa międzynarodowych ekspertów i przeróżne gremia, od Komisji Weneckiej po Europejski Trybunał Sprawiedliwości, no bo skoro wygrali wybory, to przecież… mają rację. „Demo – racja” rządzi!

Skoro zaś władza ma zastąpić wiedzę, to naród może sobie dyskutować do woli. Może gadać do upojenia, bo w tym momencie chodzi już tylko o samo… gadanie.

Nowy „okrągły stół” ma być – z założenia – stołem ze sklejki. Stołem-atrapą. Stołem-dekoracją, służącym do pozorowania dialogu. Przecież wszystkim i tak wiadomo, że władza nie zamierza spełnić żadnego z postulatów zbuntowanych „belfrów”. Nie zaprosi też żadnych ekspertów gorszego sortu, a jeśli nawet, to przecież nie zamierza ich słuchać. No i żadne rozwiązania wypracowane w takich warunkach też nie będą dla nikogo wiążące.

Rządzący i tak wiedzą wszystko najlepiej. Decyzje natomiast, co do reform w oświacie, już zostały podjęte, i to bynajmniej nie przez panią minister od oświaty. W tej sytuacji „okrągły stół” bis zapowiada się na klasyczny dialog „dziada z obrazem”.

Kłamstwa Kaczyńskiego i jego przydupasów dla dobra narodu

15 Kwi

W piątek otrzymałem wezwanie, abym stawił się we wtorek razem z Geraldem Birgfellnerem na przesłuchanie. Wezwanie podpisała… prokurator Śpiewak. Ta sama, co do której mój Mocodawca złożył zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa polegającego na świadomym przedłużaniu postępowania celem ochrony osoby, której dotyczy zawiadomienie oraz z pobudek osobistych związanych z awansem.

Razem z tym wnioskiem złożyliśmy do akt postępowania wniosek o wyłączenie prokurator Śpiewak. Zgodnie z przepisami osoba, która ma spór z jedną ze stron lub z świadkiem nie może prowadzić postępowania. Tymczasem trudno o ostrzejszy spór, niż sytuacja, w której p. Gerald Birgfellner domaga się wszczęcia postępowania w sprawie pani prokurator, a w przypadku gdyby ustalono, że rzeczywiście popełniła ona przestępstwo, to zagrożenie karą z przepisu art. 231 par. 2 kk jest bardzo surowe (do 10 lat). Tak więc bez względu na kwestie rozstrzygnięcia złożonych zawiadomień pani Śpiewak nie może prowadzić postępowania.

Zaznaczam, że podczas ostatniego przesłuchania prokurator prowadząca stwierdziła, że nie ma już więcej pytań i w związku z tym brak podstaw do jakichkolwiek nowych przesłuchań. Ale w tym postępowaniu nic nie jest normalne.

Pokrzywdzonego przesłuchuje się kilkadziesiąt godzin, a osoby których zawiadomienie dotyczy nie pyta się nawet, czy zaprzeczają zarzutom. Pokrzywdzonego straszy się funkcjonariuszami skarbowymi, którzy chcą go zmusić do przyjmowania korespondencji w atmosferze zbliżonej do zatrzymania. Pokrzywdzonego karze się najsurowszymi karami porządkowymi, które nawet sąd uchylając je ocenił jako przejaw rażąco nadmiernej surowości (takie słowa w ustach sądu karnego to właściwie lincz na prokuratorze). Wobec pokrzywdzonego kierownictwo prokuratury tj. Prokurator Generalny i Prokurator Krajowy formułują zarzuty, że przedłuża postępowanie. Zarzuty te również ocenił uchylając kary sąd i uznał, że nie ma mowy o przedłużaniu przez pokrzywdzonego postępowania. Wreszcie prokuratura powtarza w nieskończoność te same pytania, tylko poto, aby uzasadnić, że potrzebuje kolejnego przesłuchania.

W związku z tymi wszystkimi działaniami, które pokrzywdzony odbiera jako prześladowanie wysłał on do prokuratury informacje, że kolejne przesłuchania w ramach postępowania sprawdzającego (przed wszczęciem śledztwa) mogą się odbyć wyłącznie w polskich placówkach dyplomatycznych w Austrii. Możliwość i tryb takich przesłuchań dopuszcza kodeks postepowania karnego. Uważamy jednak, że nie ma żadnych podstaw, aby kontynuować tę fazę postępowania.

Oczekujemy na natychmiastowe wszczęcie śledztwa w tej sprawie. Jeżeli prokuratura uważa, że ma zbyt mało podstaw do wszczęcia śledztwa (bo nie przesłuchała pokrzywdzonego po raz kolejny), to niech wyda postanowienie o odmowie wszczęcia. Wówczas takie postanowienie zweryfikuje sąd. Mam nadzieję, że wówczas prowadzący to postępowanie doznają już trzeciej sądowej porażki w tej sprawie.

Nadto oczekujemy na natychmiastowe odsunięcie od prowadzenia sprawy prokurator Śpiewak oraz nadzorującego ją prokuratora, który ponosi część odpowiedzialności za przebieg tego postępowania. Po przegranych przed sądem dwóch sprawach o nałożenie kar porządkowych obydwoje tych prokuratorów powinno ze wstydem odsunąć się od sprawy.

Pilnie tego oczekujemy.

Największą krzywdą, jaką PiS zrobił Polakom, jest powszechne oswojenie kantu, przekrętu i łgarstwa.

Ostatnie sondaże wskazują, że zwolenników PiS nie ubywa. Według IBRiS w wyborach parlamentarnych na partię Kaczyńskiego zamierza głosować prawie 40% Polaków. Zdumiewające. Afera goni aferę, kolejni przedstawiciele władzy zaliczają kolejne wpadki, jedna po drugiej protestują rozmaite grupy zawodowe, rośnie niezadowolenie społeczeństwa, rządzący zachowują się coraz bezczelniej, wypowiedzi funkcjonariuszy PiS są coraz bardziej chamskie – a PiS-owi słupki rosną.  Nie chce mi się wierzyć, że staliśmy się aż tak interesowni i chciwi, że dla kasy rozrzucanej bez opamiętania przez nieodpowiedzialną władzę gotowi jesteśmy zrezygnować z przyzwoitości i godności. Myślę, że ważną przyczyną naszych politycznych aberracji jest raczej rosnąca odporność na kłamstwo.

Polacy już nie raz dowiedli, że dłużej potrafią znosić niedostatki i niedogodności życia niż oszustwa władzy. Organicznie nie cierpią, gdy robi się ich w balona. Dlaczego więc nagle poddają się bez oporu grubo ciosanej propagandzie partii, która łgarstwa zaliczyła do naturalnych metod zdobywania i utrzymania władzy? Czemu puszczamy mimo uszu oczywiste bzdury i pokrętne argumenty? Skąd nasza tolerancja dla prymitywnego języka propagandy?

Prawie nikt nie zareagował, gdy premier Morawiecki ogłosił, że za rządów PO-PSL nie było żadnej podwyżki płac dla nauczycieli, chociaż właśnie wtedy zarobki tej grupy zawodowej wzrosły o 40 procent. Komentatorzy przyzwoitej telewizji puścili mimo uszu sprytną wrzutkę Zbigniewa Giżyńskiego: „Ja nie chcę obarczać PO wyłączną odpowiedzialnością za kryzys w Europie…”, jakby zapomnieli, że poprzedni rząd nie tylko nie miał nic wspólnego ze światową katastrofą gospodarczą, ale wręcz uratował Polskę przed recesją. Nie słyszałem protestów, gdy wiceprezes PiS i guru religii smoleńskiej zełgał w żywe oczy, że wybuch w tupolewie i fakt, że rozpadł się on w powietrzu, potwierdziła właśnie Rada Europy.  Bez echa minął tweet Ryszarda Makowskiego, barda i piewcy idei PiS, że „Polska jest w stanie wojny ze światowym lewactwem” , a nauczyciele uderzając w dzieci wykonują zadania agenturalne.

W każdym społeczeństwie jest margines ludzi niedokształconych lub chorobliwie podatnych na teorie nienaukowe, nielogiczne, spiskowe lub wręcz zwariowane. Tysiące członków grupuje International Flat Earth Research Society, czyli stowarzyszenie ludzi wierzących, że ziemia jest płaska. Setki tysięcy ludzi jest przekonanych, że Ziemią rządzą kosmici.  Były minister obrony Kanady twierdzi, że tajny rząd światowy ukrywa przed ludzkością sekret wolnej energii i inne supertechnologie mogące rozwiązać wiele problemów naszej planety, a elity kontaktują się z Obcymi i zamierzają wprowadzić na Ziemi nowy porządek.  Były minister obrony Polski nie ustępuje swemu amerykańskiemu koledze w konstruowaniu odjechanych teorii i też ma rzesze zwolenników. Ale nie oni decydują o losach świata i Polski.  O naszej przyszłości decydują ludzie w dużej części zamroczeni narracją cynicznych funkcjonariuszy partii, która służy jednemu bogu w dwóch osobach, bożkowi objawiającemu się pod postacią Władzy i Kasy.  I uważam, że największą krzywdą, jaką PiS zrobił Polakom, to powszechne oswojenie kantu, przekrętu i łgarstwa.

Czytam internetowe posty ludzi, którzy próbują rozmawiać ze zwolennikami obecnej władzy i starają się przekonać ich twardymi dowodami, że białe nie jest czarne. Pominąwszy rozmaite „a wcale nie, bo tak!” oraz obelgi fanatyków, którzy ślepo wierzą młotkowej agitacji telewizji żartobliwie zwanej „publiczną” – ze strony wyborców PiS coraz częściej pada odpowiedź w rodzaju: – Może i masz rację, ale co z tego, że kłamią, przecież to tylko polityka… A tak naprawdę to im przecież chodzi o dobro narodu!

Dobro narodu… W całej historii ludzkości z sąsiedztwa tych dwóch słów nigdy nie wynikło nic dobrego.

PS. Kolejni funkcjonariusze PiS porównują strajkujących nauczycieli do lekarzy opuszczających pacjentów, albo wręcz do chirurgów odchodzących od stołu operacyjnego. Internauci zwracają uwagę, że nie jest to precyzyjna ocena. Ofiary błędów lekarskich trafiają bowiem na cmentarz, natomiast ofiary beztroski nauczycieli dostają się często do rządu.

 

Kaczyńskiego zgnilizna moralna

2 Kwi

Austriacki biznesmen Gerald Birgfellner po raz pierwszy publicznie zabrał głos w sprawie afery Srebrnej. „Gazecie Wyborczej” ujawnił szczegóły współpracy z prezesem PiS, którego oskarża o oszustwo przy projekcie budowy bliźniaczych wież na działce spółki Srebrna w centrum stolicy.

 „Kaczyński zabiegał o to, by nikt mnie nie znał. Nawet premier. Żałuję, że mu zaufałem” – powiedział biznesmen. – „Wiedział, że jego ludzie nie są w stanie podołać takiemu zadaniu. Mówił mi, że to jego wielka idea. Że próbował ruszyć tę inwestycję od 15 lat, ale nikt nie był w stanie jej zrealizować. Jego ludzie tylko o tym gadali”. Dlatego o projekcie wielokrotnie rozmawiał z nim sam na sam. – „Raporty zawsze składałem bezpośrednio Kaczyńskiemu, nie ludziom ze Srebrnej” – ujawnił. „Czasami musiałem czekać w kuchni, by ludzie w poczekalni mnie nie widzieli” – dodał, relacjonując szczegóły współpracy z Kaczyńskim.

To nie wszystko. Austriak twierdzi, że prezes PiS w 2017 r. powiedział mu, że musi przeprowadzić się do Polski, by w pełni skoncentrować się na projekcie. – „Przeprowadziłem się w grudniu. Ufałem Kaczyńskiemu, i to nie tylko dlatego, że był członkiem rodziny. To najważniejsza dziś postać w Polsce. Jeśli nie można było ufać jemu, to komu można?” – pyta retorycznie. Prezesa PiS poznał w 2011 r. w Boże Narodzenie, u Jana Marii Tomaszewskiego, kuzyna Kaczyńskiego, podczas rodzinnego obiadu w Warszawie. Tomaszewski jest ojcem żony austriackiego biznesmena. Birgfellner z początku nie miał pojęcia kim jest Kaczyński, bo przedstawiono mu go jako wujka. Miał wrażenie, że „Kaczyński to poważny człowiek. Biła od niego charyzma, był uprzejmy i bezpośredni. Na pewno nie wydawał się kimś, kto może później zachować się tak, jak się zachował”. Biznesmen jest przekonany, że Kaczyński oszukał go, bo jest cudzoziemcem.

Wzmianka o inwestycji po raz pierwszy pojawiła się w 2016 r. Kaczyński wiedział, że Austriak obraca się w branży nieruchomości. – Mówił, że sprawa ma długą historię, a on bardzo chciałby ją zrealizować, ale musi jeszcze coś posprawdzać i poukładać sobie w głowie. Wtajemniczył mnie w 2017 r. Wtedy po raz pierwszy spotkaliśmy się na Nowogrodzkiej. Dowiedziałem się, że chodzi o wieżowiec – relacjonuje Austriak. Powiedział prezesowi PiS, że „na słowo nie możemy się umawiać”. Dlatego otrzymał od zarządu Srebrnej pełnomocnictwo, ale cały projekt miał przebiegać „w absolutnej tajemnicy”. Jak mówił mu Kaczyński, rozmawiał z Mateuszem Morawieckim o wieżowcu i usłyszał od niego, iż obawia się naszego projektu, bo może to kosztować PiS utratę głosów – dodaje. Dlatego na prośbę prezesa PiS zgodził się „przynieść pieniądze do zapłaty za podpis, bez którego projekt nie ruszy”.

Birgfellner twierdzi, że Kaczyński mógł go oszukać, by na biurku mieć najlepsze z możliwych projekty umów z deweloperami i najlepszych wykonawców. Dlaczego? Otóż „Umowa ze Strabagiem została uzgodniona w każdym szczególe, gotowa do podpisania. Tak samo z Gleeds. Był przygotowany przetarg dla architektów – wymienia biznesmen. Wszystko było gotowe w maju 2018 r., włącznie z umową o kredyt. I wówczas, w ostatniej chwili Jarosław Kaczyński wycofał się ze współpracy z austriackim biznesmenem. – „Wystarczyło podpisać dokumenty, ale Kaczyński powiedział mi „dziękuję” i że chciałby mi zapłacić, ale nie może. I kazał iść do sądu, w którym miał potwierdzić, że wszystkie te prace wykonaliśmy dla Srebrnej” – mówi „GW” Gerald Birgfellner. W odpowiedzi na to Austriak złożył zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, tj. braku zapłaty za zlecenie związane z przygotowaniami do budowy wieżowców.

>>> (stan gry)

Pierwszy raz od wybuchu afery z inwestycją spółki Srebrna w Warszawie głos w tej sprawie zabrał autor zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego – austriacki biznesmen Gerald Birgfellner. O kulisach przygotowań do budowy monumentalnego wieżowca, zwodzenia go przez faktycznego szefa Srebrnej czy niezwykle nieprzyjemnym zakończeniu współpracy bez uzyskania od zleceniodawcy ani złotówki mówił w rozmowie z dziennikarzami “Gazety Wyborczej”.

Myślę, że właśnie dlatego mnie oszukał, bo jestem cudzoziemcem. Wiedział, że pracuję w branży nieruchomości od długiego czasu, dowiedział się od rodziny o moich osiągnięciach w Austrii. Wiedział, że jego ludzie nie są w stanie podołać takiemu zadaniu jak budowa wieżowca przy Srebrnej. Mówił mi, że to jego wielka idea, że próbował ruszyć tę inwestycję od 15 lat, ale nikt nie był w stanie jej zrealizować. Jego ludzie tylko o tym gadali. Może wykorzystał mnie i moją wiedzę tylko po to, by mieć na biurku najlepsze z możliwych projektów umów z deweloperami, żeby mieć najlepszych wykonawców. Umowa ze Strabagiem została uzgodniona w każdym szczególe, gotowa do podpisania. Tak samo z Gleeds. Był przygotowany przetarg dla architektów, którzy mieli zaprojektować budynek, współpracując z prof. Neumannem, twórcą koncepcji wieżowca. Wszystko było gotowe w maju 2018 rok. łącznie z umową o kredycie. Wystarczyło podpisać dokumenty. Ale potem Kaczyński powiedział mi “dziękuję” i że chciałby mi zapłacić, ale nie może. I kazał iść do sądu, w którym miał potwierdzić, że wszystkie te prace wykonaliśmy dla Srebrnej – pada pierwszy i w zasadzie najpoważniejszy zarzut z ust austriackiego biznesmena.

Poniekąd jest w nim cała istota oszustwa, którego podczas 50 godzin przesłuchań w warszawskiej Prokuraturze Okręgowej nie może dopatrzeć się prokurator Śpiewak. Półtora roku ciężkiej pracy na poziomie nieznanym środowisku skupionym wokół “dobrej zmiany”, popchnięcie sprawy przygotowań do inwestycji niemal do samego finału, przejęcie od Birgfellnera kartonów z przygotowanymi dokumentami, a następnie zrobienie z niego oszusta i zakwestionowanie wszystkich jego roszczeń. Koszmarny obrazek dla każdego zagranicznego inwestora, który kiedykolwiek myślał o wchodzeniu we współpracę z pisowską władzą. Zresztą aspekt bycia obcokrajowcem i współpracy w ramach swoich zleceń właśnie z zagranicznymi kancelariami i firmami doradczymi stał się nawet przedmiotem żenującego “przesłuchania”, jakiego dopuściły się osoby skupione wokół Srebrnej, gdy już zapadła decyzja o odprawieniu Birgfellnera z kwitkiem.

Kaczyński kazał mi przynieść faktury, przekazałem mu je. Powiedział, bym przyszedł na Nowogrodzką następnego dnia o 10 rano. Spodziewałem się, że porozmawiamy o płatnościach. Na miejscu okazało się, że w jego gabinecie siedzi piętnaście osób, ale Kaczyńskiego nie ma. A przecież przez rok o projekcie rozmawialiśmy praktycznie raz w tygodniu. I nagle zaczęło się coś, co wyglądało jak rozprawa przed jakimś trybunałem. Tak to nazywam. Ludzie Srebrnej – pani Goss, pani Kujda, pan Cieślikowski, Grzegorz Tomaszewski, pani Basia – siedzieli w dwóch rzędach, ja naprzeciw nich. Ich prawnik Michał Zuchmantowicz zaczął mnie przesłuchiwać. (…) Od ludzi Srebrnej biła nienawiść. Pytano, kto mi doradził, by zrobić to czy tamto, by skorzystać z takiej oferty, z takiego prawnika. Odpowiedziałem, że pan Kaczyński. Padło absurdalne pytanie o to, jak zamierzałem dostać wuzetkę. Albo dlaczego zleciłem prace architektowi z Austrii. Bo oni mają architekta, który pracowałby za 3 tys. zł. Ewidentnie nie mieli pojęcia, co to znaczy budować wieżowiec. Nagle dowiedziałem się też, że Nuneaton nie należy do Srebrnej, tylko do mnie . To absurdalne kłamstwo. Nieustannie mnie atakowali. Miałem wrażenie, że nie mają pojęcia o tym, co robiłem i co udało mi się załatwić. Dla nich byłem kłamcą, oszustem, austriackim złodziejem. To, że jestem obcokrajowcem jeszcze ich nakręcało. To było niewiarygodne. Nie przeżyłem czegoś takiego do tej pory. Gdybym wiedział, że odbędzie się nade mną sąd, wziąłbym prawników i partnerów. Byłem w głębokim szoku, moi partnerzy też. Pytali, dlaczego do tego doszło. Odpowiedziałem, że nie wiem. Zaraz po spotkaniu Srebrna wymówiła mi pełnomocnictwo, a ja od razu zrezygnowałem z zasiadania w zarządzie Nuneatonu – mówił dziennikarzom GW roztrzęsiony biznesmen.

Co ciekawe, Birgfellner wspomina o nowym politycznym wątku tej sprawy i możliwym udziale premiera Morawieckiego w ostatecznym podjęciu decyzji o zaprzestaniu inwestycji. Jego zdaniem to właśnie obecny szef rządu, który jak opisywały niedawno media, zyskuje coraz większe zaufanie prezesa PiS, miał również odwodzić Kaczyńskiego od sfinalizowania umowy z Birgfellnerem. Premier miał się bać reakcji polskich wyborców, obawiał się o stratę głosów. Może przekonał Kaczyńskiego, by mnie odsunął, a pracę nad zapięta przeze mnie na ostatni guzik inwestycją powierzył komuś innemu? Jakiemuś polskiemu deweloperowi? – pyta retorycznie Austriak.

Sprawa niewątpliwie będzie jeszcze wracać przez wiele miesięcy, choć jak przyznaje w rozmowie z dziennikarzami “GW” biznesmen, nie ma już nadziei, że śledztwo przed polskim prokuratorem będącym częścią systemu, nad którym Jarosław Kaczyński sprawuje pieczę, posunie się do przodu choćby o krok przed wyborami parlamentarnymi. Poddawać się jednak nie zamierza i z obszernej rozmowy wprost wynika, że nie chodzi mu jedynie o pieniądze, ale o jego zszarganą reputację oraz o elementarne prawo i sprawiedliwość. Ich brak w naszym rodzimym kraju nad Wisłą należy wytykać z bezwzględną stanowczością.

Cały wywiad tutaj

…i kto wie czy nie ma racji. Różnica zdań w resorcie finansów, opór obecnej jego szefowej wobec populistycznych pomysłów PiS, zmusza trzeźwo myślących do zastanowienia. Wygląda tak jakby wicepremier też tracił dotychczasową pewność…

„Tzw. piątka Kaczyńskiego jest – co sam prezes podkreśla – trudna do wykonania, ale możliwa do pogodzenia z rygorami budżetowymi” – oświadczył ostrożnie w rozmowie z „Dziennikiem Gazeta Prawna” Jarosław Gowin.

Biada jednak opozycji, gdyby przejęła władzę, bo wtedy … „Jak rząd próbuje rozdać więcej niż stać na to budżet, to po krótkiej fieście funduje obywatelom biedę. Taki scenariusz grozi Polsce, gdyby jesienią władzę przejęła opozycja” – dodaje.

Wypowiedź Gowina razi jeszcze większą niekonsekwencją, gdy bardziej się w nią wsłuchać. Wicepremier straszy, że budżet zrujnują obietnice… opozycji. O których myśli, tego nie precyzuje. Mówi natomiast:

„Realizacja tych zapowiedzi pchnęłaby nas na ścieżkę rumuńską. Rząd Rumunii zaczął obiecująco, bo od zdecydowanego obniżenia podatków. Efektem był 7-procentowy wzrost gospodarczy. Równocześnie jednak o kilkadziesiąt procent podniesiono emerytury, świadczenia socjalne i zarobki w sferze budżetowej. Konsekwencją okazała się inflacja, gwałtowny wzrost importu, ogromny deficyt budżetowy, radykalny spadek konkurencyjności rumuńskich firm i w efekcie stagnacja gospodarcza, z której Rumunia będzie wychodzić długimi latami” – mówi Jarosław Gowin.

Jednocześnie zapewnia, że „w tym i następnym roku realizacja programu (PiS – red.) jest niezagrożona.” Jak będzie dalej tego już nie precyzuje. „Ale – wbrew temu co twierdzi opozycja – nie ma już pola na dalsze programy socjalne” – podkreśla. „Można by je realizować tylko drogą podnoszenia podatków. Czyli jedną ręką dając, a drugą odbierając” – dodaje wicepremier Gowin jakby nie dostrzegając mechanizmów, które rządzą obecną populistyczną polityką rządzących.

Jak wiemy wprowadzenie nowych rozwiązań prezes PiS Jarosław Kaczyński zapowiedział na lutowej konwencji wyborczej w Warszawie. W tzw. piątce Kaczyńskiego znalazły się: świadczenie wychowawcze z programu Rodzina 500 Plus na każde dziecko, „trzynasta emerytura” w wysokości najniżej emerytury z ZUS, zerowy PiT dla pracujących do 26 roku życia, obniżenie kosztów pracy oraz przywrócenie lokalnych połączeń autobusowych. Sadząc po wypowiedzi Gowina – właśnie doszedł do „ściany”.

W mediach aż huczy. Posłowie Platformy składają wniosek do marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego o rozszerzenie porządku najbliższego posiedzenia Sejmu o informację koordynatora ds. służb specjalnych Mariusza Kamińskiego na temat działań, jakie podejmowało CBA w sprawie „afery podkarpackiej”. A pan premier tkwi w błogiej niewiedzy…

Po prostu adresowany do niego raport byłego agenta CBA, Wojciecha J. który informował m.in. o tuszowaniu w CBA seks-skandalu z ważnym politykiem PiS… miał nigdy nie trafić do KPRM.

„To patologiczna sytuacja w służbach. Jeden z funkcjonariuszy CBA, posiadając, jak twierdzi, kompromitujące materiały dotyczące jednego z polityków PiS, zwrócił się do szefostwa CBA oraz do premiera. I ta sprawa, poprzez działania kierownictwa CBA, miała być „skręcona”. Funkcjonariusz był przekonywany, by zmieniać zeznania i treść notatek! To skandal” – powiedział Wirtualnej Polsce były wiceminister w rządzie PO Paweł Olszewski.

Z kolei Marcin Kierwiński, szef sztabu wyborczego PO zapewnił, że sprawy nie odpuści i tak mówi o agencie, który raportował o rzekomym tuszowaniu spraw przez CBA: „Były funkcjonariusz CBA Wojciech J. miał bardzo szerokie uprawnienia od szefa CBA. Był agentem ze specjalnymi licencjami, potrzebnymi do kontrolowania właściwie każdego w kraju, łącznie z byłymi szefami służb specjalnych. Wykrył poważną aferę. Zgłosił ją kierownictwu CBA. I co ono zrobiło? Zajęło się tym, by uciszyć tego agenta. Zatrudnionego przecież przez ekipę PiS. Przez wiele lat ten agent był dla szefostwa CBA wiarygodny! Przestał, gdy poinformował o aferze z udziałem polityka partii rządzącej” – podsumowuje Kierwiński.

Politycy opozycji mówią wprost: „polskie służby nie działają i stały się agencją ochronną polityków PiS”.

„Jeśli służba antykorupcyjna przestała zajmować się władzą, to znaczy, że przestała działać” – podsumowuje Kierwiński i w imieniu opozycji domaga się przeprowadzenia kontroli w CBA przez Centralne Biuro Śledcze Policji.

Waldemar Mystkowski pisze o seksaferze z Kuchcińskim w roli głównej.

Marek Kuchciński to swoisty fenomen. Mało kto wie, że jest marszałkiem Sejmu, czyli drugą osobą (głową) w państwie. Gdyby Andrzejowi Dudzie coś się stało, Kuchciński – znany niewielu Polakom – pełniłby obowiązki prezydenta RP.

Można powiedzieć, że Kuchciński powoduje kolokwialny śmiech na sali. Nie tylko z tego powodu, że jego znaczenie publiczne jest groteskowe, bo nie dał się ludziom poznać, oprócz takich okruchów incydentalnych, nic nieznaczących epizodów, gdy wykluczył z posiedzenia Sejmu Michała Szczerbę za zwrot „Panie marszałku kochany…”, oraz z taśmy wideo z jakiegoś spotkania z elektoratem pisowskim, na którym poczynił swoje wyznanie polityczne, iż „odszczurzyłby” Polskę z tych, którzy mu się nie podobają. Kuchcińskiego poznaliśmy więc ze strony braku osobowości, który to brak nie pozwala mu uczestniczyć w debatach, dyskusjach, a nawet w wywiadach.

Taka zmarginalizowana postać jak Kuchciński ma szansę zaistnieć tylko dzięki skandalowi. Czy będzie skandalem seksafera – w istocie źle rozpoznane semantycznie przypuszczenie – w której podejrzewa się, że Kuchciński dopuścił się aktu z nieletnią Ukrainką? Czy jest to prawdą? Czy Andrzej Rozenek, były poseł, a obecnie dziennikarz tygodnika „Nie” ma twarde dowody na to, że Kuchciński dopuścił się tego skandalicznego czynu?

Mniemana seksafera z Kuchcińskim waniajet już jakiś czas. Sam zainteresowany nie dementuje, nie wypowiada się. Za Kuchcińskiego wyraził się dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu (czujecie to nomenklaturowe nabzdyczenie, a to tylko rzecznik) Andrzej Grzegrzółka, informując, że „marszałek Sejmu będzie stanowczo bronił swojego dobrego imienia” i pozywał za teksty o skandalu obyczajowym. Słabe to bronienie „dobrego imienia” – wygląda na to, że zwłoka z dementowaniem seks-skandalu może służyć zamiataniu zdarzenia pod dywan, „rozmowom” z osobami – w tym z agentem CBA – dzięki którym wieść wyciekła. Rozważając rzecz na chłodno, stwierdzam, iż Kuchciński nie wytrzymuje ciśnienia sprawowanego urzędu.

Zbuki Kaczyńskiego

1 Kwi

Pierwszy kwietnia to dzień żartów i psikusów. Nie inaczej należało potraktować poranny wpis Romana Giertycha na Twitterze: – „JK przybył na pocztę z awizo i odebrał pismo z sądu.”

Jeśli jednak ktoś potraktował te słowa poważnie, adwokat spieszy z wyjaśnieniami, kierowanymi bezpośrednio do Jarosława Kaczyńskiego. – „Dopiero po kilku godzinach dotarła do mnie świadomość tego, jak bardzo niestosowne jest żartowanie z tego, że mógł Pan zostać zmuszony do osobistej wizyty na poczcie. Człowiek takiego kalibru, zasług, majestatu, godności, który miałby jak zwykły obywatel odbierać jakieś listy z poczty? Nie, panie prezesie. Stanowczo się zagalopowałem” – napisał Giertych na Facebooku.

Więcej >>>

Adwokat „tłumaczy” swoje zachowanie kultywowaniem „pogańskiego święta 1 kwietnia”. – „Dopuściłem się obrazy pana majestatu sugerując, że jest Pan jak inni obywatele zobowiązany do odbierania korespondencji z sądu. Gdyby Pan chciał odbierać jakieś listy z sądu, to prezes takiego sądu (mianowany przez pana niezawodnego ministra), stawiłby się grzecznie na Nowogrodzkiej i po odczekaniu godzinki lub dwóch doznałby zaszczytu położenia przed Panem koperty z pismem (oj, znowu zapomniałem, że koperta na Nowogrodzkiej może się Panu źle kojarzyć, ale zostawię ten fragment, aby Pan wiedział jaki ze mnie niezdara).

Jako pokutę ze swojej strony mogę Panu obiecać, że zrobię wszystko, aby za rok 1 kwietnia już nie był Pan prawnie zobligowany do chodzenia na jakąkolwiek pocztę i żeby wszelką korespondencję dostarczano panu bezpośrednio” – zakończył Giertych.

Naziści na Jasnej Górze. Kłopoty Morawieckiego i Kaczyńskiego z rozumem

31 Mar

„Składam najserdeczniejsze podziękowania wam, bracia i siostry ze środowiska narodowego, za to wszystko, co dobrego uczyniliście” – powiedział ks. Henryk Grządko z Gorzowa Wielkopolskiego, główny celebrans uroczystej mszy do przedstawicieli Młodzieży Wszechpolskiej, Obozu Narodowo-Radykalnego, Ruchu Narodowego i Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych przybyłych tłumnie z kolejną pielgrzymką na Jasną Górę.

Sztandary z nacjonalistycznymi symbolami Szczerbca i falangi powiewały w sobotnie popołudnie nad ich głowami.

„Jesteście środowiskiem bardzo cennym. I dlatego tak atakowanym” – powiedział Grządko i wyliczył zadania jakie teraz stoją przed narodowcami.

Precyzyjnie diagnozując sytuację w dzisiejszej Polsce oznajmił: „Jest napaść cywilizacyjna na Polskę. Ona dzisiaj polega na tym, że pod znakiem tęczowej flagi próbuje się okraść nas z wartości wewnętrznych, takich jak prawda, miłość, życie ludzkie, rodzina oparta na małżeństwie, moralność oparta na Ewangelii i Dekalogu. W zamian proponuje się nie wiadomo co, nie wiadomo w imię czego”.

Po Apelu Jasnogórskim narodowcy zeszli na jasnogórskie błonia, gdzie odpalili race i sztuczne ognie oraz wykrzykiwali hasła: „Bóg, Honor i Ojczyzna, „Prymas, prymas Wyszyński” (na melodię kibolską), „Wielka Polska katolicka, wielka Polska narodowa”, „Młodość, wiara, nacjonalizm”.

„Szambo na Brunatnej Górze znowu wybiło. Bo to z pewnością nie jest już Jasna Góra, a sanktuarium czystego zła” – komentują tymczasem internauci szóstą już z rzędu pielgrzymkę narodowców do Częstochowy.

Według ustaleń dziennikarzy „Newsweeka” odejście minister finansów Teresy Czerwińskiej z rządu zostało już przesądzone. Pani minister choć „wydawała się lojalną, spokojną kobietą”, to jednak ośmieliła się wyrazić wątpliwość czy budżet wytrzyma wszystkie przedwyborcze obietnice PiS, zwane w skrócie „piątką Kaczyńskiego”.

Spór o sfinansowanie obietnic, które pochłoną ok. 40 miliardów złotych nie jest na rękę politykom PiS. Z tego powodu, jeśli Czerwińska „będzie dalej hamletyzować” to najpewniej obejmie ją najbliższa rekonstrukcja rządu. Jak twierdzą dziennikarze „Newsweeka” ma to być „aksamitny rozwód, żeby nie wyglądało to jak rozdzieranie szat przeciw piątce Kaczyńskiego.”

Na panią minister finansów ma czekać stanowisko w jednej z międzynarodowych instytucji. Według informacji resort finansów ma objąć podsekretarz stanu, związany z Instytutem Sobieskiego – Leszek Skiba.

Najprawdopodobniej będzie bardziej spolegliwy niż Czerwińska, która jasno twierdzi, że „prowadzenie odpowiedzialnej polityki budżetowej wymaga przyjęcia perspektywy planowania daleko wykraczającej poza jeden rok budżetowy”.

To wygląda na żart, bo wiele można o PiS-ie powiedzieć, ale nie to, że jest gwarantem wolności. Mówienie tego w Gdańsku, dzień po tym, jak wojewoda de facto zabronił organizowania obchodów 4 czerwca, bo wpisał na ten dzień cykliczną imprezę, jest dodatkową kpiną – mówi dr Anna Materska-Sosnowska, politolog z UW. Pytamy też o sondaże i kampanię wyborczą, a także spór rządu z nauczycielami i rolę związków zawodowych. – Zastanawiam się, czy 2019 nie będzie taką kropka kończącą piękna historię „Solidarności”, tym bardziej, że ten koniec już dawno się rozpoczął, a pan Duda nie jest pierwszym, który flirtuje z władzą. Pamiętajmy, gdzie jest dziś pan Śniadek – w PiS-ie

JUSTYNA KOĆ: Już nie „piątka Kaczyńskiego”, tylko „piątka plus” – prezes PiS-u dołożył do finansowych bonusów „wolność”. Żart czy dobre posunięcie?

ANNA MATERSKA-SOSNOWSKA: To na pewno taktycznie dobre posunięcie, dlatego że do twardych materialnych obietnic dochodzi – szkoda, że nie jako pierwsza i podstawowa – wolność, czyli wartość. To z politycznego punktu widzenia. Z praktycznego to wygląda na żart, bo wiele można o PiS-ie powiedzieć, ale nie to, że jest gwarantem wolności. Mówienie tego w Gdańsku, dzień po tym, jak wojewoda de facto zabronił organizowania obchodów 4 czerwca, bo wpisał na ten dzień cykliczną imprezę, jest kpiną. Mówienie tego w Gdańsku, mieście wolności, jest dodatkowo próbą zawłaszczenia tego w sposób przemyślany. Czy to jest potrzebne elektoratowi i czy elektorat PiS-u to kupi, mam wątpliwości.

Przy okazji Jarosław Kaczyński zaatakował Platformę i PE, oskarżając ich o zabieranie wolności poprzez wprowadzanie tzw. ACTA 2.
Nie sądzę, aby to wywołało zamierzony skutek, bo po pierwsze, to zbyt skomplikowana materia i ona nie wywoływała już takich protestów, jak ACTA2, bo i nie mogła. Poza tym

czy ktokolwiek wierzy PiS-owi, że cokolwiek uda mu się osiągnąć w PE po przegraniu 27:1?

Grzegorz Schetyna na konwencji PO we Wrocławiu zapowiedział złożenie wotum nieufności wobec minister edukacji Anny Zalewskiej. Rozumiem, że PO zależy na debacie nad wnioskiem, bo wiadomo, że Zalewska zostanie.
Niestarty tak. Jedna z nielicznych pozostałych funkcji kontrolnych parlamentu odbywa się właśnie przez wotum nieufności. Jeżeli ma odbyć się dyskusja o szkole, nauczycielach, o tym, co nas za chwile czeka, to jest to jedyna ścieżka. Skutek będzie wiadomy, ale z drugiej strony opozycja nie ma innej możliwości doprowadzenia do debaty.

Prawie co tydzień publikowane są nowe sondaże, w których raz prowadzi Koalicja Europejska, a raz Zjednoczona Prawica. Jak to tłumaczyć?
Po pierwsze, można porównywać sondaże tylko z jednej pracowni i w dłuższym cyklu, bo jak wiemy, pracownie stosują różne metodologie, niektóre, mówiąc delikatnie, pozostawiają wiele do życzenia. Po drugie, dziś analizowałabym tylko te sondaże, które badają Zjednoczoną Prawicę, która występuje pod szyldem PiS, oraz Koalicję Europejską. Badanie Zjednoczonej Prawicy i rozproszonych partii po drugiej stronie nie jest dziś badaniem uzasadnionym. Dopiero przy tych dwóch założeniach możemy zastanowić się, co pokazują nam sondaże. To z pewnością mocna polaryzacja, aczkolwiek miesiąc temu można było się zastanawiać, czy języczkiem u wagi nie będzie Biedroń. W zależności od tego, jak intensywnie jedna ze stron prowadzi kampanię, to odbija się to w sondażach. Powiedziałabym, że

ba bloki idą dość wyrównanym krokiem, nie bardzo widać też efekt „piątki Kaczyńskiego”, a kampania tak naprawdę zaczęła się połowicznie.

Rozpoczął ją PiS, ale nie widać tu jakiegoś zdecydowanego wzrostu poparcia, zasoby wydają się już dość wyczerpane, więc dla nich większą wartością jest utrzymanie tego, co mają. Myślę jednak, że „piątka Kaczyńskiego” miała nie tylko utwardzić własnych wyborców, ale trochę też ten elektorat poszerzyć.

Ta tzw. piątka Kaczyńskiego była skierowana do własnego elektoratu?
Ta teza jest prawdziwa w przypadku wyborów do PE, bo w innych wyborach ten elektorat jest zdyscyplinowany. Wynik wyborów europejskich pokaże, kto ma większe szanse na zwycięstwo. To bardziej skomplikowane, bo oczywiście w trudniejszej sytuacji z wynikami wyborczymi jest KE, która liczy na efekt kuli śnieżnej. Tak to zwykle bywa, że jedna wygrana przybliża nas do kolejnej.

Tak było w 2015 roku.
Tak, ale nie tylko. Potwierdzają to badania oraz przykłady z innych krajów. W tym przypadku mamy jednak wiele zmiennych. Co z partiami trzecimi, czy zostaną zmarginalizowane? Czy wejdą na scenę? Jeżeli tak, to czy się utrzymają i z jakim poparciem? Jeżeli mówimy o wyborach jesiennych, to kto je wygra i czy będzie miał możliwość tworzenia koalicji? Z kim tę koalicję stworzy? Jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, że KE wygrywa wybory w maju, tylko pytanie, czy współkoalicjanci będą na tyle zadowoleni z wyniku, że w koalicji pozostaną. Racjonalnie powinni pozostać, ale ambicje wielu są nieposkromione, stąd pytanie, czy koalicja przetrwa i jakie zasoby ma jeszcze partia rządząca i co jeszcze rzuci na stół.

W ogóle

powinniśmy pamiętać, że te wybory europejskie są ważne nie tylko ze względu na nasze wewnętrzne podwórko jesienią, ale one też są ważne dla przyszłości UE. I to nie są puste słowa.

Przejdźmy do kampanii europejskiej, która na razie wygląda dość niemrawo, ale wyraźnie widać, że po stronie obozu rządzącego wrócono do atakowania Donalda Tuska, który jest oskarżany nawet o brexit. PiS wraca na stare tory?
PiS prowadzi już kampanię, co widać po cotygodniowych konwencjach i objeździe po Polsce. Brexit jest paliwem dla PiS-u i oczywiście wraca tu stwierdzenie „wina Tuska”, bo jakżeby inaczej. Nie wydaje mi się jednak, żeby to była dobra droga. Pewnie w wewnętrznych badaniach potwierdziło im się, że to wrogiem numer jeden jest Donald Tusk, ale na tym koniec. Widać też, że już nie LGBT, ale uchodźcy wrócili w wypowiedziach PiS-u, ale jeżeli w kontrze do tego pani premier Szydło mówi, że głosowanie 27:1 to nie była porażka, tylko sukces, to daje jednocześnie paliwo drugiej stronie. Nie wydaje mi się, żeby długofalowo ataki na Donalda Tuska i brexit były dobrą bronią, bo to ostatecznie zostanie wykorzystywane przeciwko nim. Po drugie, nie jestem przekonana, czy brexit jest zrozumiały dla wyborców PiS-u. Brexit miał być czymś pięknym, wstawaniem z kolan, dumą, a jest inaczej.

Czyli brexit powinna wykorzystywać Koalicja Europejska pokazując, do czego może doprowadzić nieodpowiedzialna polityka?
Tak i KE to mówi. Proszę pamiętać, że zarzucano Platformie, że nie ma pomysłu na inną kampanię, niż mówienie o polexicie w wykonaniu PiS-u. Natomiast KE dopiero zapowiada odpalenie kampanii, Biedroń dopiero powoli zaczyna rozkręcać kampanię. Myślę, że

z czasem zobaczymy tu polaryzację na prodemokratyczną Polskę w Unii Europejskiej versus wstawanie z kolan w wersji PiS, mówiąc w skrócie.

Ani CBA, ani prokuratura nie zamierza podejmować żadnych działań w sprawie tzw. taśm Kaczyńskiego, a sama pani prokurator przesłuchująca Geralda Birgfellnera dostała awans. Czy to są sprawy, które dla wyborcy są w ogóle istotne?
W moim przekonaniu są istotne, oczywiście nie mówimy o wyborcy PiS-u, bo on jest przekonany, że Kaczyński jest niewinny i nie ma o czym mówić. W całej sytuacji najbardziej zaskakujący i niebezpieczny jest jednak ostatni element, o którym pani powiedziała, czyli awans pani prokurator. Oczywiście nie to, że awansuje, ale w jakich okolicznościach i jakiej sytuacji.  Tym bardziej, że wiemy, jaką miała wcześniej ścieżkę kariery. Tu widać jak na dłoni mechanizm upartyjnienia i zależności od ministra Ziobry. To jest bardzo niebezpieczne. Nad pewnymi kwestiami prawnymi można by się zastanawiać, każda ze stron znalazłaby swoje argumenty. Wiemy też, że gdyby sprawa dotyczyła kogo innego, to wyglądałoby to zupełnie

Jak to możliwe, że wyborcy PiS-owskiemu to się składa w całość? Ta partia robi dokładnie to, co zarzucała swoim przeciwnikom jako głęboko niemoralne.
To prawda, ale po pierwsze, ważne jaki przekaz trafia do wyborców PiS-u, a po drugie, ten wyborca też nie jest jednolity. Widać pęknięcia w tym elektoracie. Ponadto warto się zastanowić, ile jest w tym gry samego ministra Ziobry, a ile innych graczy. Wcale bym nie była zaskoczona, gdyby to były jego inicjatywy, nie tylko w obronie prezesa, ale też pokazania swojej siły.

To, co robi minister Ziobro, nie zawsze służy całej partii.

Prawie 80 proc. szkół przystąpi do strajku. W co gra tu rząd w roku wyborczym, na 2 miesiące przed wyborami do PE?
Dziś pojawiła się teza, że partyjne badania wewnętrzne muszą pokazywać, że nauczyciele nie są wielkim zagrożeniem dla elektoratu PiS-u, że jednak obawa rodziców będzie silniejsza, niż inne mechanizmy. Pytanie, czy dla rządu nie jest wręcz korzyścią to całe zamieszanie w szkołach, bo zrzucą winę na nauczycieli za bałagan związany z reformą. Wystawienie Anny Zalewskiej na pierwszym miejscu na listach wyborczych, czyli w nagrodę, aby pomóc jej w tym wyjeździe, jest absolutną kpiną. Mówienie o dbaniu o uczniów i apel do nauczycieli, aby nie zostawiali uczniów podczas egzaminów, jest wręcz abstrakcją.

Wiemy też, co mówiła minister finansów – że budżet nie jest z gumy, wiadomo też, że pewne wydatki zostały źle oszacowane i rosną w zatrważającym tempie. Kolejną sprawą jest kwestia podziału środowiska nauczycielskiego.

Wypowiedzi „Solidarności” centralnej wskazują na ostry konflikt wewnętrzny.

Pytanie, jak z tego konfliktu wyjdzie sama „Solidarność”, bo szeregowi członkowie prowadzą głodówkę w kuratorium, pan Duda, czyli główny przewodniczący, stoi murem za rządem, pan Proksa, czyli szef „Solidarności” oświatowej jest trochę za, a trochę przeciw, jednocześnie sam jest radnym PiS-u. Pojawiają się głosy, że „Solidarność” może na tym sporo stracić.
Też bym tak to oceniała. ZNP i „Solidarność” to dwie najsilniejsze centrale związkowe i zastanawiam się, czy 2019 nie będzie taką kropką kończącą tę piękną historię „Solidarności”, tym bardziej, że ten koniec już dawno się rozpoczął, a pan Duda nie jest pierwszym, który flirtuje z władzą. Pamiętajmy, gdzie jest dziś pan Śniadek – w PiS-ie.

Czeka nas zmiana na stanowisku przewodniczącego PKW. Następcę sędziego Hermelińskiego wybierze mgr Przyłębska, pełniąca obowiązki prezesa TK. To może budzić obawy?
Mam mieszane uczucia. Do jesiennych wyborów ostrożnie powiem, że nie, po wyborach to PKW wygasa i zostanie powołana nowa. To pokazuje, po co PiS-owi były sądy, Trybunał Konstytucyjny

Izba SN stwierdzająca legalność wyborców jest już całkowicie obsadzona nominatami PiS-u. To rodzi niebezpieczeństwa, ale mam nadzieję, że to jeszcze nie będzie koniec wolnych wyborów.

Trudno sobie wyobrazić, że w XXI wieku w kraju UE ktoś może myśleć o sfałszowaniu wyborów.
A Węgry? Tam mają to przećwiczone. Poza tym nie trzeba fałszować wyborów, bo można tak uchwalić przepisy, a wiemy, że PiS jest to w stanie zrobić, że prawnymi środkami wybory wygrają. W tej sprawie również Węgry stanowią świetny przykład.

Donald Tusk – normalny

31 Mar

…a nawet stanął w kolejce trzymając awizo w ręku. Na dodatek nie widać było w pobliżu ochrony przewodniczącego Rady Europy… Sensacja? Dla samego Tuska pewnie żadna, widywany już był na spacerze z rodziną i dźwigający siatki z zakupami. Teraz tę „niecodzienną” sytuację opisał internauta na Twitterze

„Dziś przed 13 siedział cierpliwie na poczcie w Sopocie. Kolejki były spore. Podszedłem, porozmawialiśmy kilka minut. Po następnych kilku minutach podszedł do okienka z awizo i odebrał przesyłkę. Nazywa się @donaldtusk.” – zauważył internauta.

Dla Romana Giertycha była to świetna okazja by skomentować historię innej słynnej, nieodebranej przesyłki.

„Może PDT udzieliłby małego szkolenia panu prezesowi Kaczyńskiemu pt. Odbieranie awizo” – zaproponował na Twitterze Roman Giertych i przypomniał, że Jarosław Kaczyński mimo dwukrotnego awizo nie odebrał wezwania do zwrotu 50 tys. zł.

Domaga się tego od niego Gerald Birgfellner, którego pełnomocnikiem jest właśnie Giertych. Pieniądze, które zgodnie z jego zeznaniami prezes PiS „miał w ręku”, miały być przeznaczone dla ks. Rafała Sawicza, by ułatwić inwestycję spółki Srebrna w wieżowce.

JK nie odebrał wezwania do zwrotu 50 tysięcy, bo jak z radosnym uśmiechem tłumaczyła rzeczniczka PiS Beata Mazurek, awizo nie zastało prezesa w domu, ponieważ… pracuje.

Kaczyński, przed sąd! Ty amoralny człeku

27 Mar

„Weryfikacja” – pod takim tytułem ukazał się najnowszy spot wyborczy Platformy Obywatelskiej. Przypomina on kontrowersyjne wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego z ostatnich lat i tym sposobem zachęca Polaków do pójścia na wybory oraz „należytego” głosowania.

Całość zaczyna się od „gołębiej” postawy prezesa, przypominającego o tym, że „rządzący nie dzielą Polaków”, a potem już tylko z górki:

„my jesteśmy tu, gdzie wtedy, oni tam gdzie stało ZOMO”- słyszymy. Dalej tylko gorzej i gorzej: „to nie są ludzie, którzy mają sprawne głowy”; „bo jesteśmy panami, w przeciwieństwie do innych”; „najgorszy sort Polaków”; „mordy zdradzieckie, kanalie, aferzyści, gangsterzy” itd.

W tak czytelnej formie Platforma kieruje jasny przekaz do liberalnego wyborcy: „Nie daj się oszukać. Przed nami wielki wybór”- woła.

Kiedyś było może trochę oględniej, ale do historii przeszły negatywne spoty „Oni pójdą na wybory, a ty?”, „schowaj babci beret” itp…

Wszystko dla mobilizacji swojego własnego elektoratu i przyciągnięcia do siebie choć części wyborców niezdecydowanych.

W mediach społecznościowych politycy Koalicji Europejskiej mają używać od dziś hashtagu #WielkiWybór.

„JK nie odebrał wezwania do zwrotu 50 tysięcy. Pomimo dwukrotnego awizo. W przyszłym tygodniu kierujemy sprawę do sądu” – napisał na Twitterze Roman Giertych. Do wpisu dołączył zdjęcie nieodebranej przez Jarosława Kaczyńskiego przesyłki.

Chodzi o zwrot 50 tysięcy złotych, które austriacki biznesmen Gerard Birgfellner przekazał prezesowi PiS. W prokuraturze pod przysięgą Austriak zeznał: – 7.02.2018 r. w godz. 15-17 przekazałem kopertę, a pan Kaczyński z kopertą wszedł do swojego pokoju, gdzie pan Sawicz już siedział. 50 tys. zł w 100 zł banknotach”. Sawicz to ksiądz, członek Rady Fundacji Instytut im. Lecha Kaczyńskiego. Jego zgoda była niezbędna, aby spółka Srebrna mogła rozpocząć przygotowania do budowy dwóch wież w Warszawie. 50 tys. zł pochodziło z prywatnych środków Birgfellnera.

 „Może trzeba było napisać Jaśniepan? Dajcie sobie spokój z polskim wymiarem sprawiedliwości pod kierownictwem Zbigniewa ZERO”; – „Na kaczystowskie sądy nie ma co liczyć. Lepiej było od razu zwrócić się do prokuratury w Wiedniu”; – „Należy dostarczyć list przy pomocy gońca. Może odbiorca pomyśli, że to znowu jest kasa i odbierze. Najlepiej w świetle kamer”;

„Miejcie litość dla ,,słońca ” narodu. Chłopina taki ,,niematerialny”, podarte buty, wytarty garnitur… Dajcie spokój, z czego Jarosław ma oddać?”; – „Nie odbiorę Pańskiej przesyłki i co Pan mi zrobisz?” W takim świecie żyje Jarek” – komentowali internauci.

A majowe i jesienne wybory nie będą walką do pierwszej krwi, ale wojną totalną.

Politycy PiS nie atakują osób LGBT i nie wracają do kultu smoleńskiego, bo są nienormalni czy też nagle zwariowali. Pomijając pojedyncze przypadki, nie ma w tym odrobiny szaleństwa i fanatyzmu, wyłącznie czysty pragmatyzm. To strategia – bo zwycięstwo PiS w majowych i jesiennych wyborach zależy głównie od tego, czy PiS uda się przekonać Polaków, żeby zapomnieli o aferach, a skupili na tym, że zagraża nam wojna cywilizacji, najazd zdegenerowanych barbarzyńców, im bardziej mglistych, tym lepiej, przed którymi może obronić nas tylko partia Kaczyńskiego.

Podprogowy przekaz wtłaczany nam już od jakiegoś czasu do głów brzmi w związku z tym mniej więcej tak: „może i nie jesteśmy doskonali, może mamy na sumieniu grzeszki, a nawet duże grzechy, może dopuściliśmy się nepotyzmu, korupcji, załatwialiśmy poza konkursami posady naszym rodzinom i kochankom, ale wciąż tylko my, jesteśmy w stanie obronić Polskę przed demonami, które nadciągają ze zgniłego Zachodu (zwróciliście uwagę jak bardzo ta retoryka przypomina przekaz Putina?). Jeśli na nas nie zagłosujecie, Polska jaką znacie i kochacie przestanie istnieć”.

Oczywiście owi barbarzyńcy za wszelką cenę nie mogą być konkretni, a przeciwnie, bardzo niedookreśleni i mgliści, podobnie jak powodowane przez nich zagrożenia.

Dlatego osoby LGBT, a wcześniej „gender”, „feministki”, „zdrajcy” czy „lewacy” nadają się do tego wręcz idealnie – nie można wskazać nikogo konkretnego, ani żadnej konkretnej rzeczy, którą ten ktoś miałby zrobić. Bo jak się wskaże konkret, to już nie jest tak wesoło. Bo popatrzcie: geje są przecież krwiożerczy i straszni, ale już konkretny Robert Biedroń wydaje się przecież normalnym, miłym facetem i nikt się go nie boi. Feministki niby zgroza, ale jak się spojrzy na jedną czy drugą, to się okazuje, że to miłe babki, mają rodziny, hobby, są kreatywne i wygadane. Zdrajcy i lewacy – niby brzmi groźnie, ale jak się zacznie dociekać kto kogo konkretnie zdradził i co to znaczy lewak i dlaczego ten lewak, nawet gdyby istniał, miałby komuś szkodzić i kto miałby tę szkodę ocenić – to już jakoś trudno sprecyzować.

I o to właśnie chodzi: zagrożenie ma być przerażające, lęk wyborców PiS wszechogarniający i jak to z lękiem bywa, bardzo niekonkretny, bo przy skonkretyzowaniu okazałoby się, jak zawsze, że nie ma się czego bać, oprócz samego strachu.

Prawda jest oczywiście taka, że w Polsce – wyjąwszy rządy PiS – nic nietypowego się nie dzieje. Ludzie żyją, jak żyli, myślą, co myśleli, chodzą do kina, oglądają seriale, wyjeżdżają za granicę, kłócą się i godzą, rodzą, umierają, rozwodzą i żenią. Jest jak było, a nawet coraz bardziej liberalnie, bo kilka ostatnich badań opinii społecznej pokazało, że więcej niż połowa Polaków jest za uzyskaniem przez kobiety prawa do aborcji na życzenie do 12 tygodnia ciąży. Pod wpływem tego co wyprawiają księża pedofile i chroniący ich biskupi spada także zaufanie do kościoła. Nie toczy się u nas rzecz jasna również, żaden „spór cywilizacyjny”. Nie istnieje podział na cywilizację życia i śmierci ani obrońców i przeciwników rodziny. To całkowicie sztuczne problemy wymyślone przez zdolnych PR-owców na użytek kampanii wyborczej PiS.

I teraz: przegrana lub zwycięstwo PiS w wyborach zależą od tego, czy opozycja sprawi, że Polacy to dostrzegą, zobaczą kłamstwo, które się im wciska.

Opinia publiczna powinna zrozumieć, że w interesie Jarosława Kaczyńskiego jest odwrócenie uwagi opinii publicznej od jego własnych podejrzanych biznesów, dwóch wież, przywilejów i nieudolności władzy, nepotyzmu, łamania prawa i afer finansowych i korupcyjnych i skierowanie ją na sprawy obyczajowe, które z politycznego punktu widzenia nie są w tym momencie istotne, ale od zawsze wzbudzają ogromne emocje.

Jego determinacja, żeby tak się stało jest ogromna, bo ta kampania wyborcza, to nie tylko dla opozycji, ale także dla PiS wojna o wszystko. Bo majowe i jesienne wybory nie będą wcale, jak sobie to wciąż wielu co bardziej naiwnych komentatorów i polityków  wyobraża, walką do pierwszej krwi, ale wojną totalną.

Wygra ją ten, kto narzuci przeciwnikowi temat kampanii i na kilka miesięcy zawładnie wyobraźnią Polaków, narzuci im o czym mają myśleć, czym ekscytować i czego się bać, w taki sposób, że nawet tego nie zauważą.

Sprawa jest prosta. Opozycja zwycięży, jeśli wyborcy skupią się na aferach finansowych PiS, pedofilii w kościele, która pośrednio uderza też w formację Kaczyńskiego, dwórkach Glapińskiego, domniemanej korupcji Chrzanowskiego, dwóch wieżach Kaczyńskiego, zniknięciu Falenty, przywilejach i bezczelności władzy i olbrzymim deficycie budżetowym. przegra, jeśli pozwoli by w nieskończoność prowadzić głupie dyskusje o LGBT i tym podobnych.

Dlatego z ciekawością obserwuję pojedynek obu partii i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że na razie lekko prowadzi PiS.

Owszem, pojedyncze nadużycia PiS budzą oburzenie opinii publicznej, ale opozycja nie potrafi skonstruować z niej spójnej, ciągłej opowieści, którą można by snuć miesiącami. Nie jest w tym, w przeciwieństwie do PiS konsekwentna.

Obserwując dziś scenę polityczną, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wygra nie ten, który ma słuszność, tylko ten, kto lepiej sprzedaje swoją wersję Polski. A przede wszystkim: jest w tym bardziej konsekwentny i ma silniejsze nerwy.

Waldemar Mystkowski o związkach PiS i Kościoła katolickiego.

Nie od dzisiaj Kościół katolicki ma problem sam ze sobą. Stosuje sprawdzoną metodę, najstarszą dialektykę świata. To nie my, pasterze, mamy problem, ale wy, wierni.

Pasterze z Konferencji Episkopatu Polski w poniedziałek zaprezentowali list społeczny w sprawie „głębokich podziałów społecznych, które podzieliły Polaków”. Biskupi w liście „O ład społeczny dla wspólnego dobra” apelują „o dialog o Polsce z udziałem polityków, samorządowców i przedstawicieli klubów parlamentarnych”. W liście biskupi podkreślają wagę dialogu między rządzonymi (wiernymi) a rządzącymi, między sprawującymi władzę a opozycją.

Szybko przyszedł sprawdzian listu biskupów apelujących „O ład społeczny…” Episkopat przyjął oficjalne stanowisko w sprawie strajku nauczycieli. Nauczyciele religii nie mogą brać udziału w proteście, nie mogą angażować się politycznie i „rezygnować z głoszenia ewangelii ze względów ekonomicznych”.

W ten oto sposób biskupi zaprzeczają sami sobie. Apelują o dialog między rządzonymi i rządzącymi, aby następnie stanąć po stronie rządzącego PiS, rządzonym zaś proponować „zrezygnowanie ze strajku ze względów ekonomicznych”.

Troska biskupów apelujących o ład jest nieodmiennie traktowana ewangelicznie, „co cesarskie cesarzowi”, a że w kraju cesarzem jest prezes, więc należy strawestować tę słynną maksymę „co cesarskie prezesowi”.

Nie da się ukryć, że w Polsce mamy sojusz ołtarza z tronem, a dokładnie: sojusz ołtarza z prezesem.

>>>

Dowody na korupcję Kaczyńskiego są coraz liczniejsze. Będziesz koleś siedział jak amen w pacierzu

22 Mar

W trakcie przesłuchania, do którego doszło 13 marca, Gerald Birgfellner dodał nowe, ważne szczegóły do sprawy „koperty dla księdza”.

Przypomnijmy: mowa o środkach finansowych, przeznaczonych dla ks. Sawicza, członka Rady Fundacji Instytut im. Lecha Kaczyńskiego. Bez zgody rady fundacji spółka Srebrna nie mogłaby się zająć działalnością deweloperską. Dlatego po otrzymaniu gotówki ksiądz miał złożyć podpis pod odpowiednią uchwałą. Birgfellner, jak wynika z jego zeznania, 7 lutego 2018 roku przywiózł do centrali PiS 50 tys. zł w gotówce, do czego miał go nakłonić sam Jarosław Kaczyński.

Teraz Birgfellner dodał nowe szczegóły do swoich zeznań. Według Austriaka Kaczyński miał mu proponować, żeby przekazać ks. Sawiczowi nie 50 tys. zł, a kwotę… dwukrotnie wyższą. Jednak biznesmen miał wówczas odpowiedzieć, że na szybko zdobędzie jedynie 50 tys. zł ze swoich prywatnych środków. Wspomnianego już 7 lutego 2018 roku Birgfellner pojawił się w siedzibie PiS po południu. Widział tam Sawicza i dostał informację, że ksiądz podpisał uchwałę.

Gdyby doszło do przesłuchania Jarosława Kaczyńskiego w tej sprawie, prokuratura musiałaby sprawdzić wątek nakłaniania Birgfellnera do wypłacenia gotówki ks. Rafałowi Sawiczowi, w zamian za podpis na uchwałach rady.

Płacenie za podpis członkowi rady nie ma bowiem, jak podkreśla GW, żadnego prawnego uzasadnienia. Tymczasem Kaczyński nie zaprzecza twierdzeniom Austriaka. Wiadomo jednak, że prokuratura naciskała na Birgfellnera, by wycofał się z twierdzeń o „kopercie dla księdza”. Ten zaś (R. Sawicz odszedł ze stanu duchownego) nie chce niczego komentować.

“Gazeta Wyborcza’ opublikowała kolejne informacje w sprawie przebiegu śledztwa w sprawie inwestycji przy ul. Srebrnej 16, którą Jarosław Kaczyński rękami spokrewnionego ze sobą Geralda Birgfellnera chciał przeprowadzić w Warszawie. Finalnie, po niemal roku przygotowań do rozpoczęcia inwestycji, wobec obaw o negatywny odbior wypłynięcia tej sprawy do przestrzeni publicznej, lider PiS zarządził wycofanie się z niej, zostawiając austriackiego biznesmena na lodzie. Sprawa wylądowała w prokuraturze, która od ponad 50 dni nie potrafi podjąć decyzji o wszczęciu śledztwa przeciwko liderowi partii rządzącej, kompletnie ignorując także inne wątki pojawiające się w tej sprawie, jak m.in. kwestia 50 tys. złotych, jakie Birgfellner miał zapłacić byłemu księdzu Rafałowi Sawiczowi za podpis na uchwale spółki Srebrna, by ta mogła uruchomić przygotowania do inwestycji.

W wyniku szokującego paraliżu decyzyjnego prokuratury w tej sprawie, w Sejmie posłowie Platformy Obywatelskiej postanowili ujawnić swoje kolejne działania. Przypomnieli, że postępowanie z zawiadomienia biznesmena z Austrii nie jest jedynym, jakie trafiło do prokuratury i które jest w niewyjaśniony sposób blokowane.

Przez 50 dni w tej sprawie nie zdarzyło się ze strony organów państwa kompletnie nic. Wiemy, że zaskarżenie na bezczynność prokuratury złożyli mecenasi austriackiego przedsiębiorcy. Dzisiaj takie zażalenie składamy także my, zależenie na bezczynność prokuratury w związku z naszym wnioskiem, który składaliśmy ponad 50 dni temu. Po pierwszej publikacji GW złożyliśmy wniosek o możliwości popełnienia przestępstwa przez funkcjonariuszy PiS, przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego, podawaliśmy dokładne uzasadnienie. Od 50 dni z tą sprawą nie zdarzyło się kompletnie nic. Nie dostaliśmy nawet informacji, czy postępowanie zostało wszczęte, czy odmówiono wszczęcia” – mówił na konferencji prasowej w Sejmie Marcin Kierwiński z PO – „Nie może być tak, że w państwie prawa prokuratura niejako abdykowała. Prokuratura zaczyna pełnić rolę obrońcy Jarosława Kaczyńskiego”.

Obrywa także CBA, którego działania w sprawie Jarosława Kaczyńskiego i nieprawdy o rzeczywistej funkcji, jaką pełni w spółce Srebrna, nie sposób interpretować inaczej, niż jako roztoczenie parasola ochronnego nad liderem partii rządzącej.

CBA powstało, żeby chronić Polaków przed korupcją. CBA nie powstało po to, żeby bronić polityków przed ujawnianiem korupcji, których politycy dokonują. To instytucja zaufania publicznego, która musi stać na straży przestrzegania prawa. Nie została stworzona po to, żeby bronić interesu polityków. Nawet na sejmowych korytarzach krąży taka plotka, że politycy PiS chcą zmienić nazwę CBA na Centralne Biuro Korupcyjne. Bo jak nazwać inaczej fakt, że centralny organ w państwie, który powinien zajmować się wykrywaniem korupcji na szczytach władzy, od kilkudziesięciu dni nie jest w stanie zająć się oświadczeniem majątkowym Jarosława Kaczyńskiego, mimo nowych faktów?” – dodawał Cezary Tomczyk z PO – Prokuratura i CBA przestały w Polsce funkcjonować”.

Szpilkę Jarosławowi Kaczyńskiemu postanowił także wbić poseł Krzysztof Brejza, który zauważył, że opisywane dziś przez “Gazetę Wyborczą” wydarzenia, tj. przekazanie 50 tys. złotych Jarosławowi Kaczyńskiemu, by ten przekazał je ukrywającemu się w sąsiednim pokoju ks. Sawiczowi, miało miejsce w czasie posiedzenia Sejmu, co oznacza, że lider PiS jawnie lekceważył swoje obowiązki parlamentarzysty na rzecz załatwiania interesów spółki Srebrna.

To, co szokuje najbardziej, to fakt, że w środku posiedzenia Sejmu, 7 lutego 2018 roku, wbrew obowiązkowi ustawowemu prezes PiS, poseł Jarosław Kaczyński, zamiast uczestniczyć w obradach Sejmu, uczestniczył w interesie deweloperskim w siedzibie partii” – powiedział na konferencji poseł Brejza – „Państwo PiS chroni, osłania, nakłada czapę na tę sytuację, robi wszystko, żeby ta sytuacja nie była wyjaśniona”.

Trudno oczekiwać, by polska prokuratura nagle zmieniła strategię i z odpowiednim zaangażowaniem zajęła się sprawami dotyczącymi lidera obozu władzy. Dla Jarosława Kaczyńskiego realnym zmartwieniem może jednak być zawiadomienie, jakie pełnomocnicy austriackiego biznesmena złożyli w kraju jego pochodzenia. Tam bowiem długie macki pisowskiego systemu sprawiedliwości sięgnąć nie mogą.

„Czy marszałek Kuchciński zawsze w taki sposób przemieszcza się po Sejmie? W asyście trzech funkcjonariuszy Straży Marszałkowskiej z szablami paradnymi? Pytam dla kolegi, zwykłego podatnika… PiSancjum” – zapytał na Twitterze Maciej Sonik, starosta krapkowicki. Samorządowiec dołączył zdjęcie Marka Kuchcińskiego oraz Ryszarda Terleckiego, otoczonego funkcjonariuszami Straży Marszałkowskiej.

„Ostatnio tak. Bo w lektyce uszkodzona jest klimatyzacja: prowadzący ją funkcjonariusz miał czterotygodniowe doświadczenie na symulatorze hulajnogi. Nie był przygotowany na to, że zahaczy szablą o kotarę. Efektem są też uszkodzenia Systemu Rozpoznawania Lektyk Swój-Obcy (SRLS-O)” – odpowiedział samorządowcowi Tomasz Skory z RMF. Dodajmy, że w ubiegłym roku to PiS przeforsował w Sejmie nowelizację ustawy o Straży Marszałkowskiej. Funkcjonariuszom zmieniono m.in. uniformy, o tym w artykule „Straż Marszałkowska w nowych mundurach przypomina… grupę rekonstrukcyjną”.

Inni internauci też kpili z Kuchcińskiego: – „Pozazdrościł „koledze” z NBP i obstalował sobie własną świtę”; – „Tylko płatków róż sypanych pod nogi brak…”; – „Może ktoś złożyć interpelacje do Marszałka Kuchcińskiego czy kancelaria Sejmu planuje w tym roku zakup lektyki?”; – „Oj tam… to kroczy… umiar i pokora”;

„Kuchciński w Gulfstreamie albo odprowadzany jak Cezar przez Pretorian w Sejmie, wygląda jak wół przy karecie, czyli w mniemaniu Kuchcińskiego dostojnie”. O podróżach rzeczonym Gulfstreamem w artykule „Marszałek Kuchciński na weekend samolotem!”.

„Lewactwo” trzyma potomstwo z dala od Kościoła, toteż jego przedwczesna seksualizacja nie ma żadnego znaczenia dla dobrostanu kapłanów i kondycji moralnej samej religijnej instytucji

Pan prezydent dokonał kilka dni temu bohaterskiego comming outu jako zwolennik deprawacji dzieci. Wziął – mianowicie – stronę nauczycieli w ich sporze z rządem o kasę i powiedział publicznie, że żądania belfrów są uzasadnione.

Zaraz się wprawdzie wytłumaczył, że owszem, powinni zarabiać więcej, ale przecież nie tyle, ile się należy za powołanie na świat dwójki potomstwa, bo jednak działalność prokreacyjną państwo ceni znacznie wyżej, niż wystawanie pod tablicą. No i – naturalnie – nie od razu. Bo partia pana prezesa ma przecież w tej chwili inne, znacznie pilniejsze wydatki. Trzeba wszak z czegoś sfinansować obiecane narodowi „prezenty od Jarosław Kaczyńskiego”. Niemniej, już sama deklaracja poparcia dla belferskich postulatów to w naszych czasach akt wyjątkowej odwagi. Bo przecież każdy, kto wyrazi choćby trochę zrozumienia dla nauczycielskich pretensji, automatycznie trafia do kategorii „liberałów i lewaków”. Deprawatorów „naszych dzieci”.

Nauczyciele bowiem sugerują otwarcie, że pieniądze na podwyżki można by zorganizować rezygnując z opłacania z budżetu lekcji…religii! I jeszcze – na dowód moralnej klęski całego środowiska – kosztem naszej bohaterskiej przeszłości i unikalnej tradycji chcieliby modyfikacji programów nauczania w kierunku wiedzy przydatnej w czasach współczesnych. Chcą ograniczyć wymiar nauczania historii i języka ojczystego i uczyć – w to miejsce – podstaw prawa, wiedzy obywatelskiej, medycyny, a nawet filozofii i logiki! Zamiast karności i posłuszeństwa chcieliby wolności intelektualnej i swobody dyskusji.  No i postulują wprowadzenie do programów szkolnych porządnej edukacji seksualnej. Nie wszyscy, co prawda, ale zdecydowana większość. Toteż ich protest to nie jest zwyczajny spór o pieniądze, tylko zamach na najświętsze wartości. Godzenie w podstawy moralności i próba zaszczepienia w narodzie, przez wczesną indoktrynację, obcych nam wartości.

Tymczasem pan prezes wyraźnie zapowiedział w kampanii: „wara od naszych dzieci!”

Inna sprawa, że z tą prezesową deklaracją jest niejaki problem, bo nie do końca wiadomo, jakich konkretnie małoletnich miał na myśli oraz przed kim i z jakich powodów tak naprawdę chce ich chronić.

Bo przecież, choć niby wszystkie są „nasze”, dzieci „gorszego sortu” są zdeprawowane od kołyski, niejako z definicji. A być może nawet przyniosły na świat lewactwo i liberalizm w dziedzictwie genetycznym (bo raczej nie wyssały go z mlekiem matek-feministek karmiących potomstwo z butelki). Już w wieku przedszkolnym trudno je zdemoralizować zajęciami z edukacji seksualnej. Ale też – z drugiej strony – „lewactwo” trzyma potomstwo z dala od Kościoła, toteż jego przedwczesna seksualizacja nie ma żadnego znaczenia dla – powiedzmy – dobrostanu kapłanów i kondycji moralnej samej religijnej instytucji. Mały genderysta nie będzie raczej wodził przedstawicieli kleru na pokuszenie, jak to ostatnio sugerowali najwyżsi przedstawiciele Episkopatu, i z kieszeniami pełnymi środków antykoncepcyjnych proponował im nawiązania intymnej relacji w celu kompromitacji całej instytucji. Choćby dlatego, że potomstwo feministów raczej nie uczęszcza do kościoła.

Musi więc chodzić konkretnie o dzieci „lepszego sortu”. Te niewinne i jeszcze w liceum nieświadome nie tylko skąd się biorą dzieci, ale też na czym polega propaganda i co to jest sofistyka.

W teorii, edukacja, przynajmniej ta seksualna, ma być nieobowiązkowa. Jak lekcje religii. No i rodzice mają przecież święte i na dodatek zapisane w Konstytucji prawo swobodnej decyzji w sprawie wychowania swoich dzieci. Ale wiadomo, że w praktyce to nie działa, i że na szkolne rekolekcje na razie chodzą teraz prawie wszystkie przedszkolaki i wszyscy uczniowie. Zbiorowo, bez oglądania się na „sorty”, uczestniczą też w szkolnych Wigiliach, jasełkach i uroczystościach z udziałem kapłana oraz uczą się w klasach dekorowanych symbolami religijnymi. „Gorszy sort” nie ma tu nic do gadania, więc podobnie mogłoby być i z logiką, i z edukacją obywatelską i z „deprawacją” seksualną.

Na razie zagrożenie, że przymusowa seksualizacja obejmie „nasze dzieci” jest znikome, więc nie ma też szczególnego powodu, by bronić potomstwa „lepszego sortu” przed nauczycielami, a w szczególności przed edukatorami seksualnymi. Ale na wszelki wypadek belfrów lepiej trzymać krótko i Boże broń, nie rozzuchwalać nadmiarem kasy. Przeciwnie – powinni drżeć przed utratą posady, karnie wprowadzać w życie kolejne „reformy edukacji”, słuchać się katechetów, a w wolnym czasie, którego mają w nadmiarze, dorobić parę groszy robiąc dodatkowe dzieci. No i czekać grzecznie – jak wszyscy – na „prezenty od pana prezesa”, to może już za pięć lat dostaną po dodatkowej stówce na waciki.

Tak, czy inaczej – „wara im” od naszych dzieci. A tak w ogóle, to edukację szkolną trzeba pilnie ograniczyć do niezbędnego minimum, co się już powoli dzieje. Od razu poprawi się od tego morale narodu i stan budżetu.

Rząd uszczuplił pulę pieniędzy na służbę zdrowia o 10 mld zł obliczyła Naczelna Rada Lekarska. Ale to podpisana przez prezydenta Rafała Trzaskowskiego deklaracja jest problemem, tak? Rządzie, zajmij się służbą zdrowia zamiast szczuciem na ludzi – komentuje dziennikarka Gazety Wyborcze Estera Flieger.

Jeśli w sprawie tak ważnej dla całego społeczeństwa jak wzrost nakładów na służbę zdrowia, PiS oszukał protestujących rezydentów na blisko 10 mld złotych to jak nauczyciele mają wierzyć rządzącym, że podwyżki będą, ale później? Tyle jeśli chodzi o wiarygodność „dobrej zmiany” – wypowiada się Michał Kuczyński z portalu crowdmedia.pl

Posłowie Platformy Obywatelskiej ponownie złożyli zażalenie do prokuratury na bezczynność jej działań w sprawie tzw. taśm Kaczyńskiego. – Przez 50 dni w tej sprawie nie zdarzyło się nic. Prokuratura abdykowała i zaczęła pełnić rolę obrońcy Jarosława Kaczyńskiego – uważa Marcin Kierwiński. Wczoraj zażalenie na działanie prokuratury złożyli pełnomocnicy Geralda Birgfellnera.

Bezczynna prokuratura

Ponad 6 tygodni temu pełnomocnicy austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera złożyli do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa.

Czynności sprawdzające według prawa mogą trwać maksymalnie miesiąc.

Po 6 tygodniach prawo przewiduje możliwość złożenia zażalenia na bezczynność prokuratury. Takie pismo pełnomocnicy Geralda Birgfellnera złożyli wczoraj. Dziś zażalenie na opieszałość prokuratury złożyli też posłowie PO.

– Złożyliśmy wniosek o możliwości popełnienia przestępstwa przez funkcjonariuszy PiS przez samego prezesa Jarosława Kaczyńskiego,  podawaliśmy tam dokładne uzasadnienie. Od 50 dni nie wydarzyło się nic – tłumaczył wniosek Marcin Kierwiński.

Posłowie opozycji nie otrzymali nawet informacji, czy zostało wszczęte postępowanie, czy też jego wszczęcia odmówiono.

Koperta z 50 tys.

Z doniesień „Gazety Wyborczej”, która ujawnia część zeznań austriackiego biznesmena, wynika, że w chwili wręczenia Jarosławowi Kaczyńskiemu koperty z 50 tys. były ksiądz Rafał Sawicz, członek Rady Fundacji Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego, znajdował się w pokoju obok.

– Przekazałem kopertę, a pan Kaczyński z kopertą wszedł do swojego pokoju, gdzie pan Sawicz już siedział – miał zeznać Birgfellner. Po tym zajściu Sawicz miał złożyć podpis pod uchwałą rady pozwalającą na rozpoczęcie inwestycji.

– Cóż więcej trzeba, aby prokuratura obudziła się w tej sprawie i zaczęła zajmować się tą sprawą? Prokuratura abdykowała i zaczęła pełnić rolę obrońcy Jarosława Kaczyńskiego – komentował w Sejmie Marcin Kierwiński.

Do całej sytuacji miało dojść 7 lutego zeszłego roku w czasie posiedzenia Sejmu. Prezesa partii rządzącej na tym posiedzeniu nie było.

– To, co szokuje najbardziej, to fakt, że w środku posiedzenia Sejmu 7 lutego 2018 roku, wbrew obowiązkowi ustawowemu, prezes PiS poseł Jarosław Kaczyński zamiast uczestniczyć w pracach Sejmu uczestniczył w interesie deweloperskim w siedzibie partii opłacanej z pieniędzy podatników – mówił Krzysztof Brejza.

Służby chronią PiS

PO zarzuca zaniedbania w tej sprawie nie tylko prokuraturze, ale i CBA.

– Centralny organ w państwie nie jest w stanie od kilku dni zająć się oświadczeniem Kaczyńskiego mimo nowych faktów. CBA powstało po to, aby chronić Polaków przed korupcją, a nie bronić polityków przed ujawnianiem korupcji, której politycy dokonują – mówił Cezary Tomczyk.

Parlamentarzyści występowali też z prośbą o informacje, czy akta sprawy Srebrnej były udostępniane prokuratorowi generalnemu. O tym, że doszło do spotkania Kaczyńskiego z ministrem sprawiedliwości po przesłuchaniu Austriaka, mówił sam minister prokurator generalny Zbigniew Ziobro, tłumacząc, że spotkanie dotyczyło wówczas jednej z ustaw.

Na to pismo posłowie także nie otrzymali odpowiedzi.

– Państwo PiS jest bezradne i nakłada czapę na tę sytuację – uważa Krzysztof Brejza. – Nie jest to nawet państwo z dykty i z tektury, to państwo z koperty, a z koperty wypadają banknoty w kwocie 50 tys. zł i twarz księdza Sawicza i twarz Jarosława Kaczyńskiego. To symbol państwa PiS – dodaje.

Ponowny wniosek do CBA

PO złożyła też ponowny wniosek do CBA, aby sprawdzono oświadczenie majątkowe Jarosława Kaczyńskiego.

– Poprzednio 4 godziny wystarczyły CBA, aby stwierdziło, że nie ma sprawy, mimo że od 50 dni opinia publiczna zajmuje się godzinami nagrań, powstały dziesiątki publikacji i cała polska słyszała o wieżach Kaczyńskiego. Dziś CBA musi to zbadać – uważa Cezary Tomczyk.