Tag Archives: Tadeusz Rydzyk

Dziurka Rydzyka, galopujący sukces Szydło. Z życia pasqud 15

10 Lip

Wirtualna Polska napisała o najnowszym apelu T. Rydzyka, w którym redemptorysta domaga się od wiernych kasy na zakup nowego wozu transmisyjnego dla toruńskiej rozgłośni. Okazją do zbiórki na ten cel będzie zapowiedziana na najbliższy weekend 28. pielgrzymka „Rodziny Radia Maryja” do Częstochowy.

„Zapraszamy wszystkich – przybywajcie osobiście, w grupach zorganizowanych i indywidualnie, różnymi środkami lokomocji. W domach niech zostaną tylko chorzy” – napisał duchowny

Apel nie pozostał bez zgryźliwych komentarzy, bo choć Rydzyk skarży się, iż dotychczasowy sprzęt, jakim dysponuje radio liczy sobie już 16 lat, jest zdezelowany i bez 5 mln zł nie uda się go zastąpić nowym lepszym, to nie wszystkim ta nienowa inicjatywa redemptorysty przypadła do gustu.

Pikanterii dodaje jej precyzyjny instruktarz: „…prosimy o pomoc, o symboliczną ‘Różę’ dla Matki Najświętszej – dla Jej radia, bo to jest Jej radio. Te ofiary składamy w małych namiotach pomiędzy namiotami Fundacji ‘Nasza Przyszłość’, w małych kopertach, podpisanych imieniem, nazwiskiem i adresem dla podziękowania – równocześnie zaznaczenia, że ofiara doszła. Wkładamy je do skarbon dostosowanych do małych, a nie wielkich kopert. Nie wielkie koperty. Tej wielkiej koperty nie da rady włożyć do takiej skarbony, a nie chcielibyśmy, aby to było gdzieś z boku. Niech się to nigdzie nie zapląta. Niech dotrze pod właściwy adres” – apeluje Rydzyk do fanów swojej rozgłośni.

Grupa internautów zareagowała nie przebierając w słowach: „że też tego ciula jeszcze nikt nie odstrzelił…”, „powiesić w końcu tego lumpa”, „TY ŻEBRAKU PASKUDNY TY LEPIEJ ZBIERAJ DLA SIEBIE NA SZNUREK”, „Tylko batem po grzbiecie tego naciągacza…” – cytuje komentarze przewodniczący Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami i Przemocą Ryszard Nowak, grożąc portalowi i autorom wpisów konsekwencjami prawnymi. Sugeruje, że wiele z nich nawołuje do zabójstwa duchownego. O możliwości popełnienie przestępstwa napisał do prokuratora generalnego, twierdząc że stoi za tym jakaś opłacana grupa.

„Standardowa ochrona SOP przysługiwała mi do 4 lipca. Została przedłużona gdyż otrzymywałam groźby karalne (powiadomiłam o tym organa ścigania). Ponieważ sprawa ochrony jest wykorzystywana do politycznych ataków opozycji, dlatego dziś z niej zrezygnowałam” – poinformowała na Twitterze Beata Szydło. O objęciu jej tą ochroną: „Czy pani nie wstyd, pani Szydło, wyciągać kasę z naszych kieszeni? „Dobro narodowe” chronione za 2 tys. dziennie”.

Można snuć przypuszczenia, że gdyby nie ujawniono tego faktu, Szydło dalej objęta byłaby ochroną SOP, a twierdzenie, że opozycja ją z tego powodu atakuje brzmi mało wiarygodnie. Przypomina się sytuacja z wysokimi premiami pieniężnymi, które ówczesna premier Szydło przyznała sobie i członkom swojego rządu. Gdyby nie ujawnienie tego przez posła PO Krzysztofa Brejzę, pewnie byłyby one dalej przyznawane, bo przecież „te nagrody im się należały”.

„Serio? Nagle przestało pani zagrażać niebezpieczeństwo, bo sprawa wożenia się rządową limuzyną wyszła na jaw i stała się głośna? Nie widzi pani tego obciachu i ściemy?”; – „Uroki kampanii – w niej decyzje o rezygnacji z przywilejów posłom PiS przychodzą tak jakoś łatwiej…”; – „Zrezygnowała, bo sprawa się „rypła”. Tyle w temacie”;

„Ponieważ sprawa ochrony jest wykorzystywana do politycznych ataków opozycji”? Gdyby pani nie wykorzystywała uprawnień, które pani nie przysługują, pewnie opozycja nie miałaby się do czego przyczepić, a swoją drogą to trzeba mieć tupet, żeby swoimi grzeszkami obarczać innych”; – „I teraz będą ci paskudni, zwykli ludzie podchodzić i zadawać trudne pytania. Jacyś niepełnosprawni, rodzice dzieci z podwójnego rocznika, chorzy bez dostępu do lekarza, niepełnosprawni… Jak żyć….” – komentowali wpis Szydło internauci.

Polacy to bez wątpienia wielki, wspaniały naród i pod wieloma względami całkiem fajne społeczeństwo. Jednak gdybym mogła coś w nas zmienić, sprawiłabym, żebyśmy byli wszyscy aż i tylko – dużo bardziej życzliwi.

Istnieją wielkie cnoty, zawsze i wszędzie gloryfikowane, jak mądrość, nieprzeciętna inteligencja, ba! – nawet marny spryt życiowego cwaniaczka, elokwencja i oczytanie, erudycja i dobre wychowanie, o kreatywności, polocie, niepoślednich talentach, poczuciu humoru i bystrości umysłu nie wspominając. Wszystko to są cechy wielkie i chwalebne, niestety, zauważcie, jak rzadko zdarza nam się dorzucać do tej listy zwykłą, prostą życzliwość.

Jest to o tyle paradoksalne, że ta właśnie cecha, jak żadna inna decyduje o tym, czy nasze życie, tak prywatne, jak i społeczne, a nawet państwowe jest szczęśliwe, satysfakcjonujące i udane, czy przeciwnie, szare, pełne konfliktów i wiecznego wkurzenia. Możesz być mądry, wyszczekany, dobry, a nawet najlepszy w jakiejś dziedzinie, wrażliwy lub bezwzględny, możesz być małomówny lub być wielką gadułą – i wszystko to nie ma znaczenia, bo o jakości twojego życia decyduje to, czy inni są na co dzień dla ciebie życzliwi, czy miło i dobrze cię traktują i czy ty robisz to samo dla nich.

Większość naszych polskich bolączek bierze się z nieżyczliwości. Krzyczymy i warczymy na siebie w sklepach, urzędach, na ulicy, u cioci na imieninach, w domach i w pracy. Denerwujemy się tam, gdzie denerwować się wcale nie trzeba, wiecznie spieszymy, myślimy tylko o sobie.

Uważam, że zazwyczaj wszelkie zło idzie z góry, dlatego jestem skłonna odpowiedzialność za ten stan rzeczy przypisywać politykom, bardziej niż innym grupom społecznym. Codzienny pokaz chamstwa, prostactwa, szczerej i bezinteresownej złośliwości, małostkowości serwowany nam w telewizjach od paru lat zrobi swoje. Poza tym – jeśli politycy i ich poplecznicy zachowują się w ten sposób i nieźle na tym wychodzą – ludzie widzą przecież, jak można się obłowić i jakie zająć stanowiska, byle tylko mieć znajomka w PiS – to tłum zaczyna sądzić, że to jedyny sposób, żeby coś „osiągnąć” i z ochotą zaczyna naśladować.

Ponieważ jednak znają mnie Państwo już trochę i wiedzą, że wszystkie rewolucje skłonna jestem raczej zaczynać od siebie, powiem i tym razem: trzeba zacząć od siebie. Częściej się uśmiechać, spokojniej mówić, nie krzyczeć, tylko przekonywać, tłumaczyć, demaskować fałsz spokojnie i bez nerwów, polubić choć trochę ludzi, przepuścić kogoś czasem w drzwiach, czy jako kierowca nie wymuszać pierwszeństwa. Brak życzliwości to nasza społeczna cecha, która często rzuca mi się w oczy. Nie dotyczy rzecz jasna wszystkich, nie chcę uogólniać, ale jednak stanowi problem na tyle duży, że warto go odnotować.

Nie dajmy się zwariować i zamienić bezwzględnym politykom w stado warczących na siebie, obnażających kły wilków, bo różnorodność jest inspirująca, nie obciążająca, a umiejętność spojrzenia na sprawy z innego punktu widzenia, podobnie jak prosta życzliwość i dobroć, to jedne z najwspanialszych ludzkich cech. A potrzebujemy ich przecież dziś bardziej niż kiedykolwiek.

Reklamy

Furia Krystyny Pawłowicz i inne pisizmy

20 Czer

Gdy myślisz, że w kontekście posłanki Pawłowicz nic cię już nie zaskoczy, kontrowersyjna fighterka PiS powraca w wielkim stylu. W tle zamach wrogów Polski na Bogu ducha winne dziecko jednego z sędziów.

Scenariusz na nowy film Vegi

Patryk Vega ma już gotowy scenariusz na film o polskich politykach. Szkoda! Dlaczego? Bowiem Pawłowicz mogłaby być jego muzą. Jej nowy tweet jest popisem… no właśnie, piszący te słowa nawet nie wie, do końca czego:

Z „podanego dalej” przez posłankę tweeta dowiadujemy się, że ktoś odkręcił ponoć koło w samochodzie sędziego Dariusza Drajewicza. Samochodem transportowane było dziecko prawnika, więc w świecie Pawłowicz był to zamach właśnie na nie. Co więcej, Krystyna Pawłowicz, niczym genialny detektyw, błyskawicznie znalazła winnych całej sytuacji. Nie jest nowością, że odpowiedzialnością za całe zło tego świata posłanka obarcza opozycję i wolne media. Tak też było tym razem.

Nieodkryta artystka

Czasami zastanawiam się jednak, czy pani poseł przypadkiem wszystkich nas nie nabiera. Analizując bowiem jej wpisy w mediach społecznościowych, można pokusić się nawet o wyodrębnienie charakterystycznych cech „twórczości” ulubienicy Jarosława Kaczyńskiego.

Tak, tak, z tą „twórczością” to nie żart! Tweety Pawłowicz można bowiem zakwalifikować do liryki. Ze swoim awangardowym podejściem do interpunkcji (stawianie np. przecinku po kropce) posłanka mogłaby uchodzić za jednego z najbardziej odważnych twórców gatunku. Czy to inspiracja, a wręcz pociągniecie dalej stylu Józefa Czechowicza, twórcy nostalgicznego i katastroficznego?

Uwagę zwraca podejście do wielkości liter. Tu zapewne nasza domniemana poetka daje upust swoim emocjom, ale może także podkreśla znaczenie szczególnie bliskich jej wyrazów („SZCZUCIA”, „,MACIE KREW”). Niekiedy wielkość liter pokazuje samo znaczenie wyrazu (przymiotnik „maleńkie”). Czasami mamy zaś do czynienia z innowacyjnymi skrótami dot. np. nazw znienawidzonych mediów („gazWyb”).

Niekiedy owe cechy charakterystyczne są ze sobą zestawiane („RĘKACH,ZDRAJCY. ,”). Najprawdopodobniej nie przypadkowo ma to miejsce na samym końcu utworu. Tu bowiem następuje punkt kulminacyjny, swoiste katharsis, co podbija tylko zapewne celowe odrzucenie norm języka polskiego. Majstersztyk!

Pani Krystyno, już czekamy na kontynuację!

„W przypadku zwycięstwa Zjednoczonej Prawicy w jesiennych wyborach parlamentarnych jednym z zadań rządu w kolejnej kadencji będzie repolonizacja mediów” – zapowiedział wicepremier Jarosław Gowin na spotkaniu w Kartuzach. Przekonywał, że rząd PiS wcale a wcale „nie ma obsesji wobec kapitału zagranicznego w mediach”. – „Super! Będzie nareszcie jak za PRL! Już nikt nie zarzuci PiS, że jesteście tylko namiastką dawnych, dobrych czasów. Mam nadzieje, że bracia Karnowscy zaczną wydawać moją ukochaną Trybunę Ludu, która będzie rzetelnie informować suwerena o sukcesach Partii. Tak trzymać!” – gorzko skomentował jeden z internautów.

„No to już wiadomo, co zrobią po wygranych wyborach… Wszystkie media mają klaskać i chwalić PiS… Wzorce ze wschodu zaczerpnięte…”; – „Repolonizacja dla nich znaczy PISonizacja, media à la TVP i Telewizja Republika Bananowa”; – „Wszędzie będzie pracować Holecka i będzie podobny obiektywizm jak w Wiadomościach TVP…”; – „Ależ nazywajmy to po imieniu – chodzi o zamach na wolność mediów. Media mają być zależne, co zagwarantuje tej władzy trwanie” – komentowali inni internauci.

Swoje komentarze na Twitterze umieścili także dziennikarze. – „Repolonizacja mediów to jedno z przyszłych zadań rządu. Ale jestem pewien, że jako wolnościowiec pan premier poprze polonizację mediów, czyli podporządkowanie ich władzy, bez radości” – napisał  Bartosz Węglarczyk z onet.pl.

„Kilkanaście dni temu napisałem do nowego Press, że jeśli PiS wygra kolejne wybory, to media patrzące władzy na ręce skończą jak te na Węgrzech. I m. in. pod płaszczykiem repolonizacji tak właśnie może się stać” – to wpis Jacka Nizinkiewicza z „Rzeczpospolitej”.

Androny ancymonków

Politycy wypowiedzieli się nt. biznesu Tadeusz Rydzyka w Toruniu.

Nie talent, nie szerokie horyzonty, mądrość, uczciwość, pracowitość czy wartości decydują dziś o odniesieniu sukcesu w polityce, tylko umiejętność knucia.

Intrygowanie jest dziś cechą, która najbardziej popłaca i zamienia się w złoto.
Dlatego dziwią mnie te wszystkie pytania, zadawane coraz bardziej płaczliwym tonem: co z tą polityką? I politykami? Czemu tacy pazerni, bufonowaci, skupieni na sobie i niewidzący dalej niż czubek własnego nosa?

Dlaczego polska polityka jest w takiej złej formie? Dlaczego brakuje liderów, ludzi utalentowanych, z widoczną pasją i charyzmą, pracowitych i skutecznych? Bo ci, którym o coś chodzi, którzy ciężko pracują, są zajęci w terenie i nie mają czasu siedzieć w partyjnych biurach i intrygować. Za to ci, którzy na rzecz wyborców nie pracują wcale albo bardzo mało, za to skutecznie intrygują, wygrywają i biorą wszystko. Najbardziej biorące miejsca na listach, partyjne stanowiska i eksponowane miejsca, władzę i prestiż. No i jak niby potem mają wyglądać rządy tych zwycięzców? Najbieglejszych z biegłych w knuciu?

Ano właśnie tak: moralność i wartości tylko na pokaz. Wyborcy traktowani jako nieistotny element układanki i maszynki do głosowania, a po wyborach traktowani jak zera. Polityka jako zasłona dymna do zdobywania pieniędzy i władzy, która – oprócz bogacenia się – umożliwia też znęcanie się nad ludźmi i ich kontrolowanie. Malutkie, maciupeńkie ega w natarciu, zajęte nieustannym udowadnianiem całemu światu, że są coś warte, właśnie dlatego, że nic warte nie są.

Znam historię posła, dziś podziwianego przez całą liberalną Polskę, skutecznego i pracowitego, który przez lata miał problem z przebiciem się w swojej własnej partii. Dlaczego? Ano dlatego, że liderów jego partii bardziej niż to, że poseł robi kawał dobrej roboty interesowało to, że zyskuje coraz większą popularność i może zagrozić ich pozycji. Posła na wszelkie sposoby usiłowano więc „spacyfikować” – a to nie zapraszając go do zarządu partii, a to ograniczając jego obecność w mediach, a to rzucając mu dziesiątki małych, ale dolegliwych kłód pod nogi.

„Nikt cię tak nie zniszczy jak koledzy z własnej partii” – to credo wszystkich polityków, ze wszystkich opcji, złota uniwersalna zasada, której teoretyczną skuteczność z wypiekami na twarzy ogląda się w serialach typu „Gra o tron” czy „House of cards”, ale której działanie praktyczne jeży włos na głowie na naszym własnym podwórku i w odniesieniu do nas samych.

Odróżnianie ziarna od plew zawsze było jedną z najważniejszych ludzkich umiejętności, w zasadzie decydującą o jakości życia – tak prywatnego, jak publicznego. Społeczeństwo, które nabiera się na pozory, nie wnikając w istotę sprawy, rzeczywiste kompetencje i działania swoich przedstawicieli, ich intencje, jest skazane na porażkę i rządy chciwych, podłych głupców. Dlatego zanim kolejny raz zaczniemy narzekać na chciwych, głupich, płytkich polityków, zastanówmy się, kto na nich oddał głos.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Więcej >>>

 

Pedofil u Rydzyka i pisowskie zakłamanie Morawieckiego oraz Szydło

22 Maj

Proboszcz z Tylawy – skazany przez sąd za molestowanie 6 dziewczynek – wciąż codziennie odprawia msze – tak wynika z ustaleń reportera TVN 24 Leszka Dawidowicza. Ks. Michał M. w każdy piątek dzwoni też do Radia Maryja, by przeprowadzić poranny różaniec ze słuchaczami rozgłośni Tadeusza Rydzyka.

To ten sam ksiądz, którego sprawę umorzyła prokuratura w Krośnie. Jej ówczesny szef prokurator Stanisław Piotrowicz tak w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” tłumaczył księdza pedofila– „Dla dzieci nocowanie w obcym domu jest atrakcją. Kąpiel wynikała zaś z tego, że dzieci były brudne. Całowanie w usta według niego było na zasadzie „daj ciumka” czy „gilgotanie brodą”.

Proboszcz z Tylawy ostatecznie został skazany w 2004 roku na 2 lata więzienia. Ksiądz w rozmowie z reporterem TVN stwierdził, że Piotrowicz miał mu powiedzieć już po wyroku, że uważa, iż jest niewinny. – „Do dziś jest przekonany” – twierdzi ksiądz Michał M.

Reporter TVN24 rozmawiał z ofiarami Michała M. – „Dla mnie to jest potwór. To jest człowiek, który nigdy nie powinien pracować z dziećmi. On szukał ofiar, brał na kolana, ściskał aż się cały trząsł” – mówi dorosła już dzisiaj kobieta. Jak zaznacza dziennikarz TVN24, w świetle prawa świeckiego wyrok ks. Michała M. już się zatarł. W świetle wytycznych kościelnych pojawia się pytanie, dlaczego wciąż jest księdzem…

„Ksiądz z Tylawy odmawia co piątek różaniec w Radiu Maryja. Napisałabym, że czekam na deklaracje polityków, którzy tam masowo bywają, że nie przyjmą zaproszenia, póki to się nie zmieni, ale przecież nie czekam, bo to bez sensu” – podsumowała Dominika Długosz z „Newsweeka”. A prawniczka Dorota Brejza dodała: – „Różaniec na antenie Radia Maryja odprawia ksiądz z Tylawy skazany prawomocnie za molestowanie 6 dziewczynek. Ten sam ksiądz, którego „adwokatem” został prokurator Piotrowicz, ówczesny szef prokuratury w Krośnie (która umorzyła postępowanie). Mariaż tronu i ołtarza”.

„Do PMM: Twierdził Pan w prokuraturze, że o działkach wie od kard. Gulbinowicza. Pańska żona twierdzi, że od pośrednika nieruchomości. – Kto kłamie? Pan do protokołu i pod przysięgą? Czy żona? Czy kłamiecie państwo oboje? Bo oboje nie możecie mówić prawdy” – oznajmił na Twitterze wicenaczelny „Gazety Wyborczej” Jarosław Kurski. To jego komentarz po dzisiejszej konferencji prasowej Mateusza Morawieckiego. A chodzi o „Złoty interes premiera Morawieckiego. „Kupić za 700 tysięcy, zarobić potencjalnie 70 mln od państwa”.

Premier zawile usiłował się dziś tłumaczyć, głównie atakując dziennikarzy „Gazety Wyborczej”.  – „To atak na moją małżonkę” – mówił Mateusz Morawiecki. Pozwolił też sobie na taki komentarz: – „Jak będę od tej pory czytał wyniki meczów, tabelę ligową w „Gazecie Wyborczej”, to będę również sprawdzał na wszelki wypadek w innych mediach”.

„Złapany za rękę mówi, że to nie jego ręka – klasyk”; – „Sytuacja teoretycznie tylko możliwa w sytuacji, gdy kardynał po godzinach jest pośrednikiem nieruchomości”; – „Gulbinowicz był pośrednikiem, państwo M. słupem. Zaraz pojawi się pewnie jakiś bezdomny z Maybachem…..” – „Obstawiam, że to fachowiec od oszczędnego gospodarowania prawdą”; – „Że też mi nigdy żaden pan kardynał (ani nawet pan biskup, lub chociaż pan proboszcz) nie powiedział, że mogę tanio hektary kupić…” – komentowali internauci.

Nie można bać się hejtu – skuteczną odtrutką na niego jest odwaga i siła własnych przekonań.

Od jakiegoś czasu, a jest to zwłaszcza widoczne w kampanii wyborczej, zauważyłam, że najważniejszym politycznym kryterium zrobienia lub niezrobienia czegoś, zagłosowania za lub przeciw, podjęcia takich czy innych ustaleń jest: co na to powie konkurencja polityczna? Co napiszą rządowe media? Jak będzie można to zmanipulować w oczach opinii publicznej? Czy to, co chcemy zrobić nie zostanie, aby przekręcone i nie posłuży do ataku na nas? Czy nie będzie zbyt łatwe do użycia przeciw nam? I oczywiście nieśmiertelne: czy to się naszej partii opłaca? Czy urośnie nam czy spadnie w sondażach?

Rozumiem tę postawę i rozumiem, że wynika ona z bezprecedensowego w historii pokomunistycznej Polski upadku debaty publicznej, botów, fejków, manipulacji, propagandy i brutalnych, personalnych nagonek, a jednak pozwolę sobie ją skrytykować. Bo moim zdaniem wiele z polskich bolączek wynika właśnie z tego, że już niemal wszyscy (choć nie wszyscy na szczęście!) politycy zapomnieli, że powinno się brać pod uwagę tylko jedno jedyne kryterium: czy to, co chcemy zrobić jest słuszne? Czy jest dobre dla ludzi? Czy przyczyni się do rozwoju obywateli, Polski, także w dłuższej perspektywie?

Wiem, że to trudne i pracochłonne. Znam wszystkie argumenty przeciw, łącznie z tym, że „my będziemy szlachetni i dobrzy, a tymczasem przeciwnicy nie mający takich skrupułów nakradną, nakłamią i wygrają wybory i wtedy żadne z tych szczytnych planów się nie ziszczą”. A jednak uważam, że mam rację.

Nigdy nie sądziłam, że to, że coś jest trudne jest argumentem, żeby tego nie robić. Nigdy nie uważałam, że to, że coś na początku jest niepopularne jest argumentem, żeby tego nie robić. Dla mnie taka sytuacja oznacza tylko tyle, że trzeba włożyć więcej pracy, więcej wysiłku, więcej pomysłów, żeby przekonać do tego ludzi, zarazić ich swoją pasją i swoją wizją. I bardzo bym chciała, żeby tak myśleli także politycy.

Nie oczekujmy od polityków mniejszego zła i przeciętności. Oczekujmy tego, co najlepsze, programu i projektu, jak się rozwinąć kulturowo i cywilizacyjnie, jak żyć w kraju sprawiedliwym, przejrzystym, sprawnym, praworządnym i tolerancyjnym, życzliwym. Oczekujmy, że będą mieli na to plan, pomysły i recepty. Nie przyjmujmy niekompetencji i byle jakich tłumaczeń, bo zawsze tylko to będziemy dostawać.

I na koniec jedna tylko uwaga. Politycy, którzy sądzą, że jak będą „grzeczni”, poprawni politycznie i nie będą się narażać, unikną hejtu, bardzo głęboko się mylą. Istotą hejtu, wbrew angielskiej nazwie, nie jest bowiem nienawiść, tylko władza nad drugim człowiekiem. I ustępowanie hejterom kończy się dokładnie tak, jak ustępowanie terrorystom – zastraszeniem, śmiercią, czasem fizyczną, a czasem cywilną i nieuchronną eskalacją żądań.

Jestem przekonana, że jedyną sensowną strategią wobec hejtu jest składanie doniesień organom ścigania i ograniczanie go metodami prawnymi. Poza tym trzeba robić swoje, nie ustępując na krok. Bo nie tchórzostwo jest skuteczną odtrutką na hejt, tylko odwaga i siła własnych przekonań. A że to trudne? Jak wszystko, co jest coś warte.

Prawo PiS wzmacnia ochronę pedofilów w Kościele katolickim

16 Maj

Prawniczka prof. Monika Płatek wypowiedziała się na temat zaostrzenia – przez polityków Prawa i Spraeidliwości – prawa karnego ws. przestępstw na tle seksualnym.

Duchowni Kościoła katolickiego są niemal bezkarni ws. przestępstw na tle seksualnym. Dobitnie lekceważące podejście instytucji państwa do przestępstw księży-pedofilów obrazują statystyki.

 „Czytam projekt zmian kk druk 3451. To jest oszustwo! To nie jest o pedofilii! Jest m.in. o kradzieży tablic sam., przestępstwach przeciw mieniu, bankowych, zmowach przetargowych, kradzieżach paliw, terroryzmie. Ziobro wykorzystuje sytuację. PiS nie czyta, co uchwala” – napisał na Twitterze Sławomir Nitras. Rzeczony druk sejmowy to zgłoszony przez PiS projekt zmian w Kodeksie karnym.

Wcześniej problem, o którym pisze poseł PO, sygnalizował też jeden z internautów: – Pilny projekt zmian w prawie karnym w zakresie pedofilii stwarza okazję do zmiany szeregu innych przepisów, które zostaną przepchnięte „przy okazji”. Ofc wiecie, że czekali z tym projektem akurat na taką chwilę, w której nikt nie będzie zwracał uwagi na pozostałe zmiany”.

„To jest bat na opozycję. Jeżeli są tam niekorzystne zmiany prawa, które nie mają związku z pedofilią i nie zagłosujecie za nimi, to jeszcze przed 26.05. mogą sprzedać narrację, że KE jest przeciw karaniu pedofilii” – „Proste, jak ktoś zaprotestuje, to przypiszą mu obronę pedofilów” – komentowali internauci.

W kolejnym wpisie poseł Nitras dodał: – „Marek Kuchciński łamie Regulamin Sejmu: – Zmiany kodeksów można procedować 14 dni po przedstawieniu posłom projektu. Dzisiaj przedstawiono projekt, który zmienia ponad 100 art. kodeksu karnego. Jutro Sejm go uchwali. Dostałem karę, gdy próbowałem marszałkowi to przypomnieć”.  – „To się w pale nie mieści – kara dla posła za to, że wskazuje na przepisy, które marszałek ordynarnie łamie! Już nie można mówić, że Polska to „państwo prawa”. Co najwyżej to „państwo Prawa i Sprawiedliwości. Prywatne”!” – podsumował jeden z internautów.

„Mieliśmy już maczugę antysemityzmu, nazizmu, nacjonalizmu, faszyzmu, teraz wyciągnięto maczugę pedofilii” – powiedział w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” ks. T. Rydzyk, dyrektor Radia Maryja – komentując dokument braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”.

Redemptorysta uważa, że mamy teraz do czynienia ze zorganizowanymi działaniami wcześniej przetestowanymi już za granicą.

Stwierdził jednocześnie, że co prawda to nie usprawiedliwia niczego, ale odsetek księży wśród pedofilów „jest nikły”.

Tymczasem – jego zdaniem – z dramatu pokrzywdzonych przez księży zrobiono „przemysł pedofilii, a osoby w ten rzekomy proceder zaangażowane chcą nie tylko zarabiać na oskarżeniach o pedofilię, ale też zniszczyć Kościół”.

Toruński duchowny – wbrew oficjalnym danym – oświadczył, że przez 30 lat znaleziono tylko kilka przypadków przestępstw seksualnych wśród księży, a nikt nie mówi o tym, ile dobra dokonali ludzie Kościoła.

„To jest walka z Kościołem, obliczona na jego zniszczenie. Grzech należy wyrywać, ale nie niszczyć człowieka, nie niszczyć Kościoła” – ocenił dyrektor Radia Maryja.

Tadeusz Rydzyk nie przestaje szokować. W czasie, gdy Kościół przeprasza za akty pedofilii, on nadal atakuje.

– Pedofilia jest czymś obrzydliwym, nie ma na to słów. Zauważmy jednak, że najpierw ktoś współczesny świat od lat seksualizuje. Gdzie są głosy oburzenia przeciwko deprawacji dzieci? – przekazał za pośrednictwem „Naszego Dziennika” twórca Radia Maryja.

Dodaje, że problem pedofilii “nie może nam zasłaniać tego wszystkiego, co Kościół robi dobrego”.

– To, co dzieje się dziś, nie może nam przyćmić wielkiego dobra, które przez dwadzieścia wieków działo się za sprawą Kościoła – podkreśla o. Rydzyk.

Pycha i brak refleksji?

Z jego słowami można się zgodzić, ale jeśli mielibyśmy analizować całą historię Kościoła, można w niej znaleźć sporo innych ciemnych plam.

Na potrzeby tego tekstu darujmy sobie jednak wyciąganie wszelkich brudów kapłanów. Film „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich ponownie wywołał jednak w Polsce dyskusję na temat pedofilii w Kościele. Co zaskakujące, hierarchowie postanowili tym razem szybko posypać głowy popiołem i przeprosić za owe patologie.

Rydzyk przyjął jednak inną strategię. Pełny pychy rozpoczął wręcz atak. Twierdzi, że obecna rzeczywistość “epatuje dzieci i młodych obrzydliwościami”.

– Nie ma sztuki, ale antysztuka, nie ma pedagogiki, ale antypedagogika. Dlaczego nad tym się nie ubolewa? – uważa.

– Gdyby za tym, co dziś się dzieje, stała troska o dobro i rzeczywista chęć walki z pedofilią, pokazywano by to zjawisko w innych stanach i zawodach, mówiono, jaki procent osób w innych grupach społecznych dopuszcza się tej zbrodni. Nie usprawiedliwiamy niczego, ale trzeba mówić prawdę, że odsetek księży jest nikły – twierdzi dyrektor Radia Maryja.

“Przemysł pedofilii”

Dalsze jego słowa dotyczą już “przemysłu pedofilii” i są szczególnie skandaliczne.

– To są zorganizowane działania, które już przetestowano za granicą. Mieliśmy już maczugę antysemityzmu, nazizmu, nacjonalizmu, faszyzmu, teraz wyciągnięto maczugę pedofilii. Za tym wszystkim stoi nienawiść – dodaje.

Cios w PiS?

Rydzyk od lat jest nieoficjalnym sojusznikiem PiS. Tym razem – może nieświadomie – chyba zaszkodzi Jarosławowi Kaczyńskiemu. Ostatnimi wypowiedziami duchowny staje się bowiem obciążeniem tej wagi co odsunięty Antoni Macierewicz. Czy to świadome działania i mobilizowanie ekstremalnego elektoratu. Czy może pierwsze oznaki tracenia kontaktu z rzeczywistością?

„To największa afera finansowa ostatnich lat, która kosztowała nas wszystkich wiele miliardów złotych. Myślę, że film dokumentalny pokazujący mechanizmy i ludzi, którzy stali za tą aferą spotka się z uznaniem widzów. Tym bardziej, że tam mieszają się wpływy służb specjalnych, polityki, biznesu i mafii. Afera wciąż jest niewyjaśniona i wiele rzeczy jest jeszcze do ujawnienia” – powiedział Tomasz Sekielski w TOK FM.

„To, co ludzie PiS-u wyczyniają wokół sprawy SKOK-ów, to inżynieria kłamstwa”.

Pieniądze na dokument o SKOK-ach bracia Sekielscy chcą zebrać dzięki zbiórce publicznej. Podobnie sfinansowany został ich film „Tylko nie mów nikomu” o pedofilii w polskim Kościele.

Komentarz i grafika Andrzeja Pągowskiego. Teraz już wszystko będzie inne,ale by udało się zmienić KK potrzeba odwagi i determinacji tych wszystkich ,którzy doświadczyli podobnych sytuacji…

Geremek, Miller, Tusk są architektami wejścia Polski do UE

1 Maj

15-lecie wstąpienia Polski do Unii Europejskiej Donald Tusk postanowił zaznaczyć odegraniem hymnu Wspólnoty na pozytywce. Otrzymał ją od polskich studentów. – „To chyba najlepsza chwila, żeby na niej zagrać – 15 lat Polski w Unii Europejskiej” – stwierdził w opublikowanym na Instagramie filmiku były polski premier.

„Obyśmy byli w niej nadal!”; – „Pozytywnie z pozytywką”; – „Bądźmy dumni z tego. Mimo że czasem wiatr w oczy. Bądźmy dumni, że mamy możliwość być częścią Europy”; – „Piękna rocznica, życzmy sobie jeszcze wiele takich rocznic”; – „Brawo studenci! W młodych i nowoczesnych nadzieja, że Polska nie wróci do Średniowiecza” – pisali w komentarzach internauci.

Belgijska Polonia też włączyła się w obchody 15-lecia wstąpienia Polski do UE. W Brukseli uroczyście odsłonięto tablicę pamiątkową poświęconą byłemu szefowi polskiej dyplomacji i działaczowi opozycji demokratycznej Bronisławowi Geremkowi. Na tablicy po francusku i niderlandzku umieszczono zdjęcia m.in. z momentu podpisania dokumentów akcesyjnych Polski do NATO w obecności amerykańskiej sekretarz stanu Madeleine Albright. Są też fotografie prof. Geremka, przemawiającego na wiecu Solidarności czy też z Lechem Wałęsą. Ambasador Polski w Belgii Artur Orzechowski, odsłaniając tablicę, stwierdził, że wejście Polski do UE to również zasługa Geremka.

>>>

„Od kiedy w „Rzeczpospolitej” jest rubryka typowo satyryczna?” – całkiem zasadnie zapytał jeden z internautów, komentując opublikowany w tym dzienniku wywiad Jacka Nizinkiewicza z europosłem Jackiem Saryusz-Wolskim. Tytułem rozmowy jest cytat z europosła: „Kaczyńscy wprowadzali Polskę do UE”.

Przyczynkiem do wywiadu była oczywiście 15 rocznica wejścia Polski do Unii Europejskiej. Aby to stało się możliwe, nad naszym członkostwem w tej strukturze przez wiele lat pracowało wiele osób, a kluczową rolę odegrali nieżyjący już Jan Kułakowski, Danuta Huebner i Jan Truszczyński. Saryusz-Wolski lansuje jednak swoją wersję historyczną. – Również bracia Kaczyńscy, jako architekci naszej drogi do niepodległości, wprowadzali Polskę do UE, będąc aktywnymi uczestnikami tego długiego procesu, od NSZZ Solidarność poczynając” – powiedział w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”.

„Jak nieprzeparta chęć kontynuowania chwiejącej się kariery odbiera rozum bystrego i zasłużonego onegdaj człowieka. Że o honorze nie wspomnę…”; – „Morawiecki mówił, że to on wprowadził Polskę do UE, a Saryusz twierdzi, że to Kaczyńscy. Któryś z nich kłamie. A może obydwaj?”; – „Pan Jacek Służalec-Żoliborski zachłyśnie się kiedyś tą wazeliną”; – „Przy tym rozmyciu – „aktywni uczestnicy długiego procesu” – takich architektów niepodległości jest z dziesięć milionów” – komentowali wypowiedź Saryusz-Wolskiego internauci.

Niektórzy kpili: – „Ja jednak mam wrażenie, że architekt zaspał na egzamin, symbolicznie śpiąc do południa…”; – „Nie zapominajmy o roli Morawieckiego, który sam negocjował wejście do Unii”; – „Ciekawe, czy idąc na rozmowę w sprawie miejsca na liście wyborczej trzeba to powiedzieć przez Jarosławem. A na podchwyt. pytanie Jarosława o: Wałęsę, Michnika, Geremka, Kuronia i innych, w roztargniony sposób odparować: „kto?”.

Sąd Okręgowy w Toruniu uchylił decyzję pisowskiego wojewody, uniemożliwiającą przeprowadzenie zaplanowanej na 3 maja manifestacji „Chryja pod Radiem Maryja”. O zakazie wydanym przez Mikołaja Bogdanowicza w artykule „Pisowski wojewoda zablokował „Chryję pod Radiem Maryja”.

Sędzia Hanna Kraszewska powiedziała, że organizatorki demonstracji Toruński Strajk Kobiet złożyły wniosek w sprawie zorganizowania swojego zgromadzenia 4 kwietnia. Natomiast przedstawiciel samorządu studentów uczelni Tadeusza Rydzyka swoje zgłoszenie złożył dopiero 26 kwietnia, twierdząc, że przynajmniej od czterech lat odbywały się przed Radiem Maryja spotkania patriotyczne. Sędzia uznała, że nie przedstawiono wiarygodnych dowodów na to, że studenci uczelni Rydzyka organizowali obchody uchwalenia Konstytucji 3 Maja w poprzednich latach, co jest warunkiem wydania pozwolenia na zgromadzenia cykliczne.

„Sędzia przyznała dziś, że wydany nam zakaz był ograniczeniem swobód obywatelskich. Poza tym, żeby nabyć prawo do zgromadzenia cyklicznego, studenci powinni udowodnić, że w ostatnich latach 3 maja obchodzili Święto Konstytucji przy ul. Żwirki i Wigury. A nie przedstawili na to żadnych mocnych dowodów. Żadnych zdjęć, filmów, zgłoszeń do policji. Nic. Z naszej analizy ich mediów społecznościowych wynika, że ostatnim świętem, jakie obchodzili, było święto pączka” – powiedziała onet.pl Agata Chyżewska-Pawlikowska z Toruńskiego Strajku Kobiet. Postanowienie nie jest prawomocne. Strony mogą się odwołać do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku.

30 kwietnia, w przeddzień 15. rocznicy przyłączenia Polski do Unii Europejskiej, prezydent Polaków „lepszego sortu” wygłosił okolicznościowe orędzie do narodu.

„Naszym celem i zadaniem jest nowoczesna Polska w zjednoczonej Europie” – zapowiedział Duda.

„Europa to my, Unia Europejska to my. Podjęliśmy historyczną decyzję gwarantującą nasze członkostwo w Unii. Każdy, kto próbuje dziś wzbudzić niepokój, co do obecności Polski w Unii Europejskiej, postępuje wbrew interesowi Polski” – kontynuował rozentuzjazmowany prezydent.

Polityk po raz pierwszy w swojej karierze mówił o UE wyłącznie w superlatywach. Duda podkreślał korzyści, jakie Polska uzyskała wraz z akcesem do Unii. „Otwarcie granic dało Polakom dodatkowe możliwości. Wiele polskich firm odniosło sukces w Europie, a Polska zmieniła się dzięki dobrze wykorzystanym środkom unijnym” – deklamowała głowa państwa.

Jeszcze kilka miesięcy temu, Unia Europejska była dla prezydenta z nadania Kaczyńskiego niczym innym jak „wyimaginowaną wspólnotą, z której dla nas niewiele wynika”.

Podobne tendencje Duda wykazywał w 2014 roku. „Wspólnota europejska, wspólne wartości – to jest baju baju dla frajerów. To jest dla naiwnych tylko” – mówił ówczesny europoseł.

Czyżby nagły przypływów euroentuzjazmu miał związek ze zbliżającymi się wyborami do Parlamentu Europejskiego?

Rydzyk, akuszer nienawiści

27 Mar

W sobotę na scenie Teatru Horzycy w Toruniu, odbędzie się premiera spektaklu „Wróg się rodzi”, który – jak mówią jego twórcy – zajmie się fenomenem społecznym jakim stało się Radio Maryja.

Marcin Kącki, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, autor scenariusza oraz reżyserka Aneta Groszyńska pytają w nim o jego skutki.  „Zadajemy sobie pytanie, jak to się stało. Na ile jesteśmy winni temu, że przeoczyliśmy moment, w którym oddaliśmy naszych bliskich na pastwę słów, które są pozorną miłością, pozorną ewangelią” – mówi Kącki.

„Szukamy korzeni naszego strachu, a one są tuż obok, w Toruniu” – stwierdza Aneta Groszyńska.

„Wróg się rodzi” to rzecz o mechanizmach językowych i społecznych związanych z mediami oraz brutalizacji języka debaty publicznej. W sztuce pojawia się więc obok stacji Radio Maryja, również Radio RTLM, które w 1994 roku wprost namawiało do mordów. Obok T. Rydzyka przewiną się przez scenę inne postaci historyczne, m.in. żydowska poetka Zuzanna Ginczanka, badaczka korzeni totalitaryzmu Hannah Arendt i Adolfa Hitlera.

Całość prowadzi do wniosku, że „każde społeczne wzburzenie, które jest tragiczne w skutkach, każda historia z podziałem społecznym zaczyna się od słów”.

„Tak się zaczęło w Rwandzie, w Jugosławii, na Bliskim Wschodzie, tak się dzisiaj zaczyna w Europie, w Stanach Zjednoczonych. Zaczyna się od strasznych słów.” – mówią twórcy spektaklu.

„Chcemy, by widzowie wyszli ze spektaklu, zwłaszcza po ostatniej scenie, i pomyśleli sobie: może ja też mam coś do zrobienia, może chociaż zadzwonię do moich bliskich, by powiedzieć, że ich kocham, by choć w ten sposób zadbać o społeczne więzi” – wyznaje Groszyńska.

Rydzyk, Lech Kaczyński i Morawiecki – trzech małych ludzi

26 Mar

Tym razem Fundacja Lux Veritatis ubiega się o dofinansowanie dla Parku Pamięci, który ma upamiętnić bohaterstwo Polaków ratujących Żydów. Nawet już udało się jej przejść weryfikację formalną.

Przypomnijmy, że od dojścia do władzy PiS, Fundacji ojca Rydzyka przyznano już grubo ponad 100 mln zł. Imperium Rydzyka z roku na rok rośnie w siłę, a państwowe fundusze leją się do niego strumieniami.

Jednak tym razem jest pewna zmiana. Do tej pory opinia publiczna dowiadywała się o dotacjach państwowych po fakcie. Teraz jest inaczej, bo „Gazeta Wyborcza” poinformowała, że fundacja o wsparcie dopiero się ubiega.

Rok temu, podczas urodzin Radia Maryja, ojciec Rydzyk powiedział o tym projekcie: – „Będzie to piękne. Tam będą nazwiska tych, którzy z narażeniem życia ratowali Żydów. Mamy około 40 tys. takich nazwisk. Instytut pracuje cały czas. Kilkanaście osób bada te wszystkie sprawy. Trzeba to robić, czy nie? Przecież Polacy to nie są antysemici, prawda? Tak nam chcą wmówić”.

Na stronie Lux Veritatis można znaleźć zapowiedź powstania parku: „Park Pamięci Narodowej będzie stanowił nie tylko hołd dla Polaków ratujących Żydów podczas II wojny światowej, ale posłuży również jako miejsce spotkań służące refleksji i szukaniu przesłania z trudnego doświadczenia, jakim była wojna i Holocaust”.

Według informacji udostępnionych przez fundację, partnerem przy tworzeniu parku są dwie spółki powiązane ze Skarbem Państwa. To Jastrzębskie Zakłady Remontowe oraz Jastrzębska Spółka Węglowa, której większość udziałów należy do państwa.

Tymczasem polsko-amerykański historyk Jan Tomasz Gross otwarcie posądza ojca Rydzyka o antysemityzm. Również portal Onet przypomina, że przez wiele lat na antenie Radia Maryja w całkiem otwarty sposób uciekano się do antysemityzmu. Czy więc redemptorysta jest właściwą osobą do upamiętniania Żydów?

A może ojciec Rydzyk się zmienił… Na to podobno nigdy nie jest za późno.

Choć Pierwsze Przykazanie Boskie mówi wyraźnie: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”, PiSowska posłanka Bernadetta Krynicka, z obcą swej partii wyrozumiałością komentuje „przypadek” człowieka, modlącego się do pomnika Lecha Kaczyńskiego w Warszawie. Obrazek wzbudził kpiarskie komentarze internautów.

„Nooo… ja bym tego nie lekceważył.. bo pomyślmy: modlący ogłosi, że doznał od LK łaski i np. znikły mu pryszcze. Znajomy biskup przeprowadzi/załatwi proces przed sądem kościelnym i mamy świętego lechakaczyńskiego… brrr, głupi żart..”- skomentował zdarzenie czytelnik pod tekstem portalu naTemat.

„Strasznie to słabe i obce naszej polskiej kulturze szydzić z modlącego się człowieka” – napisała natomiast na Twitterze Krynicka, nie zwracając uwagi na argumentacje użytkowników portalu, że to nie pomnik jakiegoś świętego, a postać byłego prezydenta.

„Modlitwa do pomnika Lecha Kaczyńskiego to profanacja” – zauważył publicysta Waldemar Kuczyński, były minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.

„Na jakiej zasadzie pani przesądza, że może rozstrzygać co jest, a co nie jest obce polskiej kulturze? Że należy do PiS, do wybranej części narodu, a co ze zdaniem reszty? Resztę, jak napisał wasz poeta Rymkiewicz „pies może j…ć”?- napisał Kuczyński.

Nie mając najwyraźniej zbyt wiele do powiedzenia Krynicka odpaliła: „Rozumiem, że pańskim zdaniem szydzić z drugiego człowieka leży w polskiej naturze.. Nie wiem, gdzie się pan wychowywał. Mnie w domu rodzinnym, w szkole, w kościele wpajano szacunek do drugiego człowieka. Ale pan ma najwyraźniej inne doświadczenia” – podsumowała PiSowska funkcjonariuszka, jak pamiętamy jedna z największych przeciwniczek strajku opiekunów osób niepełnosprawnych w Sejmie.

I na tym się nie skończyło, bo Kuczyński nie pozostał dłużny: „Nie ma we wpisie szyderstwa, tylko stosunek do tego co robi ten człowiek. A dodam, że gdyby pani wpojono szacunek do innego człowieka, to nie byłaby pani w PiS, który z nienawiści do co najmniej połowy Polaków i wykluczania ich z polskości zrobił swą moralność i ewangelię” – napisał.

Kaczyński nie jest już zauroczony Morawieckim. „Czar prysł”

Czarne chmury zbierają się nad premierem Mateuszem Morawieckim. Zarówno na Nowogrodzkiej, jak i w rządzie rośnie irytacja sposobem rządzenia przez prezesa Rady Ministrów. – Czas zauroczenia Kaczyńskiego Morawieckim się kończy… – mówią nasi informatorzy.

Marzec 2019. Biuro prezesa PiS w Warszawie przy ul. Nowogrodzkiej. Na jednej z narad Jarosław Kaczyński krytykuje otwarcie premiera Mateusza Morawieckiego. Pada nazwisko Tomasza Filla. To zaufany człowiek szefa rządu, który jest z nim od początku kariery politycznej. W KPRM pracował z Morawieckim kilka miesięcy, zajmował się public relations i komunikacją społeczną. Później przeszedł do Polskiego Funduszu Rozwoju.

Jego pojawienie się w Kancelarii Premiera, dla wielu polityków PiS, było nie do zaakceptowania. Powód? Fill zajmował kierownicze stanowiska w spółkach skarbu państwa za rządów PO-PSL. Kaczyński wbija szpilkę Morawieckiemu. – Takie osoby, jak ten pan, czekają tylko na zmianę władzy – irytuje się Kaczyński. Premier jest skonsternowany. Do tej pory bowiem mógł liczyć na specjalne względy u prezesa, ale – jak twierdzą nasi rozmówcy – czar prysł.

Komunikacja przez e-mail

Irytacji mają nie ukrywać również niektórzy ministrowie, którzy coraz częściej skarżą się na sposób komunikacji w rządzie. – W otoczeniu premiera funkcjonuje tzw. grupa 30-latków, to jego najbliżsi współpracownicy. Większość nie ma większego doświadczenia w pracy w administracji rządowej, spora grupa ukończyła jedynie politologię. Mają wysyłać do ministrów polecenia drogą e-mailową. Do obiegu weszło już powiedzenie „premier z Gmaila” – mówi nam nasz informator z otoczenia kierownictwa Zjednoczonej Prawicy w rozmowie z Wirtualną Polską.

Wysyłanie poleceń, zadań i dyspozycji e-mailem – Morawiecki wyniósł jeszcze z pracy w banku WBK. Jako prezes najczęściej komunikował się z pracownikami właśnie drogą elektroniczną. Podobną praktykę wobec swoich podwładnych stosował w resorcie finansów, w okresie kiedy pełnił funkcję ministra.

Według naszych rozmówców, „grupa 30-latków” w ostatnim czasie ma coraz większy wpływ na to co się dzieje w rządzie. Dla czołowych polityków Zjednoczonej Prawicy jest to nie do zaakceptowania.

Grudzień 2018. Morawiecki domaga się odwołania ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego. Nie podoba mu się nadzór nad polityką lekową oraz budżetem NFZ. W obronie Szumowskiego staje wicepremier, minister nauki Jarosław Gowin. Szumowskiemu udaje się obronić stanowisko. Ale relacje z premierem Morawieckim ulegają ochłodzeniu.

W resorcie zdrowia, szef rządu ma swojego człowieka. To kolejny „30-latek”, wiceminister Janusz Cieszyński. W przeszłości doradca Morawieckiego w resortach rozwoju i finansów. Prywatnie syn Przemysława Cieszyńskiego, dobrego znajomego premiera z okresu Solidarności Walczącej, a obecnie członka zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego.

– Premier nie słucha Szumowskiego, tylko 31-letniego Cieszyńskiego, który odpowiada m.in. za e-recepty. Polega na jego opinii. To on wszystkim zarządza i to on podejmuje kluczowe decyzje w resorcie zdrowia – ujawnia nam nasz informator.

Taktyczny sojusz z Szydło

Jak ujawniła Wirtualna Polska, premier w ostatnim czasie – widząc jakie ma notowania w PiS – zaczął tworzyć taktyczne sojusze. Także takie, które jeszcze do niedawna byłyby nie do pomyślenia. Jednym z nich jest współpraca z byłą szefową rządu Beata Szydło. Według naszych informacji, obecna wicepremier będzie mogła liczyć na mocne wsparcie w kampanii ze strony Morawieckiego.

Zdaniem naszych informatorów zbliżonych do KPRM, premier polecił swoim współpracownikom, by zamieszczać w mediach społecznościowych wspólne zdjęcia z szefową Komitetu Społecznego.

Te same źródła twierdzą, że do największego zgrzytu między premierem a prezesem PiS doszło na sobotniej konwencji PiS we Wrocławiu. Morawiecki miał na niej wystąpić, miał przygotowane przemówienie. Nie wystąpił. A decyzję w tej sprawie mógł podjąć tylko jeden polityk.

Obietnice socjalne nic nie zmienią

Z Mirosławą Marody rozmawia Jakub Bodziony

„PiS uwierzyło, że jak się ludziom zapłaci, to oni uznają ich za dobrych wujków, na których warto zagłosować. Pieniądze, które się dostaje, są traktowane jako należne i żadnej łaski ze strony rządu tutaj nie ma. Ta licytacja socjalna ma swój kres, a coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z tego, że te pieniądze pochodzą z ich podatków”, mówi profesor socjologii z Uniwersytetu Warszawskiego.

Jakub Bodziony: Czy Koalicja Europejska to był dobry pomysł?

Mirosława Marody: Wyborcom łatwiej jest się zorientować na scenie politycznej, kiedy mają do wyboru dwie partie. Dla polityków ten podział też jest bardzo wygodny, bo wymusza zadeklarowanie się po jednej z dwóch stron.

Ale to nie są dwa spójne bloki. KE zrzesza ugrupowania o bardzo różnych poglądach. Władysław Kosiniak-Kamysz powiedział nawet, że rządy PO–PSL-u światopoglądowo nie różnią się od PiS-u, a komentatorzy pytali, co łączy Barbarę Nowacką lub SLD z Romanem Giertychem.

A co łączy Stanisława Piotrowicza z Krystyną Pawłowicz, oprócz tego, że są prawnikami? Z punktu widzenia odbiorcy jest to obojętne. Dla Koalicji Europejskiej podstawową sprawą i jedynym programem jest „nie bycie PiS-em”.

I to wystarczy?

Zobaczymy w maju. Proszę nie zapominać o tym, że na decyzję o głosowaniu mają wpływ czynniki, które w ogóle nie są uwzględniane przez polityków, a mają ogromne znaczenie.

Na przykład?

To, jaka jest pogoda, ile muszę iść do punktu wyborczego, czy mi się w ogóle chce dzisiaj wyjść z domu… I chociaż podział polityczny jest bardzo głęboki, to w życiu codziennym statystyczna większość społeczeństwa stara się go nie dostrzegać. W codziennych rozmowach jest to problem z kategorii wstydliwych. W przeprowadzonych przez nas ostatnio grupowych wywiadach, to rozróżnienie prawie w ogóle nie występowało.

Na czym polegały te badania?

Dobieraliśmy osobno zwolenników PiS-u i PO i zadawaliśmy im o to pytania. Co ciekawe, czytając później odpowiedzi, nie byłam w stanie rozpoznać, z którą grupą mam do czynienia, bo problemy, które się pojawiały, były podobne. A w dodatku nie były to kwestie związane z tym, czym na co dzień żyją politycy i media.

Czyli ten podział na Polskę PiS-u i anty-PiS-u to mit?

Jest to kategoryzacja, w którą ludzie próbują się wpasować, ale ona jest stworzona przez polityków. Jeżeli poproszę pana o dołączenie do grupy A lub B, to z większą lub mniejszą chęcią którąś pan będzie musiał wybrać. I jak pan już wybierze, to zacznie pan przejmować treści charakterystyczne dla danej kategorii.

Ale wyborca nie jest ograniczony do wyboru dwóch partii. Robert Biedroń odrzuca podział na dwa bloki, twierdząc, że wyborcy są tym zmęczeni.

Bo są, a nowość ma w sobie obietnicę zmiany. Ludzie od początku transformacji liczą, że coś się zmieni.

I ta sama potrzeba zmiany, która teraz napędza Wiosnę, wcześniej była w projektach politycznych Samoobrony, Kukiza czy Nowoczesnej?

Jestem przekonana, że poparcie dla tych ruchów było generowane przez narastający gniew na rzeczywistość. Bo ludzie nie przejmują się konfliktem pomiędzy Grzegorzem Schetyną a Jarosławem Kaczyńskim.

A czym?

Tym, że służba zdrowia działa fatalnie i tracą masę czasu na stanie w kolejkach, po to żeby uzyskać termin wizyty za pół roku. Tym, że nie wiedzą, co doradzić swoim dzieciom, jeśli chodzi o wykształcenie, które do niedawna było uważane za najważniejszy zasób. Ludzie mówili o tym, że czują się bezradni, bo przez całe życie inwestowali w edukację swoich dzieci, a teraz one im mówią, że chyba wyjadą za granicę, bo tutaj nie da się żyć.

Nikt nie będzie protestował, jak dostanie dodatkową gotówkę. Ale to i tak nie zmieni tego, że kolejki do prywatnego i publicznego lekarza stają się porównywalnie długie. Te pieniądze nie załatwiają podstawowego problemu, jakim jest narastająca uciążliwość życia codziennego.

Mirosława Marody

Przejmują się tym, że pewne grupy zawodowe znakomicie sobie radzą, a inne są na skraju nędzy. Chyba najlepiej to oddaje mail od moich doktorantów, którzy pojechali na rok do Nowej Zelandii. Napisali, że na razie nie wracają.

Dlaczego?

Bo ludzie są tam mili, życie płynie wolniej i dobrze się z tym czują. Te same powody przewijają się również w badaniach emigrantów zarobkowych w Unii Europejskiej. Mniejsze napięcie, wyższy poziom usług, ale przede wszystkim – lepsza jakość relacji na linii państwo–obywatel. Nikt mnie nie usiłuje przekupywać, a w dodatku, jak przychodzę do lekarza, to on wychodzi z gabinetu i podaje rękę, a nie mówi: „Niech siada!”.

Proszę zobaczyć, że u nas nawet nauczyciele, którzy nie są zbyt aktywną politycznie grupą, z powodów materialnych i godnościowych decydują się na strajk, który może zagrozić egzaminom uczniów. To są codzienne problemy jednostki, których ona sama nie może rozwiązać i których rozwiązania oczekuje od państwa.

Ten gniew na rzeczywistość zadziała na korzyść rządu czy opozycji?

Może zadziałać na zasadzie „spróbujmy czegoś innego”. Skoro PiS ewidentnie traci grunt pod nogami i nie spełniło obietnic

Jak to? Przecież to właśnie tym szczyci się rząd. Wyborczym hasłem podczas kampanii samorządowej było „Dotrzymujemy słowa”, a sztandarowy program 500+ został wprowadzony i ma zostać rozszerzony. Dodatkowo PiS zapowiada ulgi podatkowe dla młodych i jednorazową „trzynastkę” dla emerytów.

Ale tu nie chodzi tylko o pieniądze. PiS uwierzyło, że jak się ludziom zapłaci, to oni uznają ich za dobrych wujków, na których warto zagłosować.

A tak nie jest?

Nie. Pieniądze, które się dostaje, są traktowane jako należne i żadnej łaski ze strony rządu tutaj nie ma.

Wiele osób to właśnie bezpośrednie transfery gotówkowe do obywateli uważa za przyczynę wysokiego poparcia dla PiS-u. Wszyscy mówili, że się nie da, że budżet nie wytrzyma. A politycy PiS-u przyszli i dali.

Ale ta licytacja socjalna ma swój kres, a coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z tego, że te pieniądze pochodzą z ich podatków.

Według ostatniego sondażu tak twierdzi niespełna 40 procent.

To jest bardzo przyzwoity wynik, biorąc pod uwagę, że ponad 90 procent Polaków nie przekracza najniższego progu podatkowego i rzadko musi dopłacać do tego, co im potrącono z pensji. Oczywiście, nikt nie będzie protestował, jak dostanie dodatkową gotówkę. Niby dlaczego ma nie wziąć, skoro dają? Ale to i tak nie zmieni tego, że kolejki do prywatnego i publicznego lekarza stają się porównywalnie długie. Te pieniądze nie załatwiają podstawowego problemu, jakim jest narastająca uciążliwość życia codziennego.

Jakie są źródła tej „uciążliwości”?

Jesteśmy społeczeństwem, które dokonało potwornego wysiłku, żeby wpasować się w ramy rynku i demokracji. Przez pierwsze cztery lata transformacji ludzie po prostu ufali reformatorom i czekali, aż wszystko się zmieni, a oni znajdą się w rzeczywistości Zachodu. Byli w stanie znieść zamykane zakłady, ogromne bezrobocie, bo „jeszcze chwila i reforma Balcerowicza zaskoczy”.

Potem doszło do nich, że jeśli oni sami nie będą w tej rzeczywistości walczyć, to ona odrzuci ich na margines. Tak zaczęło się gorączkowe poszukiwanie własnego miejsca, pozycji, tego skąd i jak wziąć pieniądze. W tej transformującej się rzeczywistości, która nijak miała się do podręcznikowego, zachodniego kapitalizmu, ludzie zaczęli dostrzegać, że niektóre jednostki z nieznanych przyczyn zarabiają olbrzymie pieniądze. Nie dlatego, że ciężej pracują, tylko mają pewną wiedzę o rzeczywistości, której reszta nie posiada.

Ale po pewnym czasie system okrzepł.

Tak – i ludzie łyknęli liberalistyczną ideologię, wedle której pozycja jednostki zależy od tego, ile wysiłku wkłada w pracę. To widać w badaniach wartości Polaków, które powtarzamy co 10 lat. Od 1990 roku blisko 60 procent badanych uważa, że konkurencja jest dobra, a dochody powinny być bardziej zróżnicowane. Ponad 40 procent uważa, że bezrobotni powinni bezwarunkowo brać każdą pracę, jaką im się oferuje.

I jak to ma się do programu 500+?

W tych dwunastu grupach fokusowych ludzie narzekali na politykę 500+.

Nie rozumiem. Przeszkadza im program, którego są beneficjantami?

Sama byłam w szoku, gdy okazało się, że to świadczenie stało się nagle powodem wzajemnej niechęci. Ale tu chodzi o to, że ono unieważnia ich wysiłek. Teraz wystarczy mieć kolejne dziecko, żeby na stałe dostać dodatkowe pieniądze. A to, co robią na co dzień, przestaje się liczyć. Słynna wypowiedź Krzysztofa Szczerskiego o tym, że nauczycieli domagających się podwyżek nie obowiązuje celibat i mogą mieć dzieci, jest emblematycznym skrótem tego, co politycy myślą o naszym społeczeństwie.

To znaczy?

Chcesz mieć większy dochód, zrób sobie dziecko. Przecież to jest kuriozalne! Ludzie przez tyle lat usiłowali się odnaleźć w nowej rzeczywistości i ciężko zasuwali, a tu ktoś im mówi, że to nieważne, a kolega, który nic nie robił, przeskakuje do wyższej kategorii dochodowej dzięki spłodzeniu kolejnego syna.

W najbiedniejszych grupach te pieniądze stanowią istotną różnice w budżecie.

Oczywiście, ale jednocześnie wyzwala to niechęć klasy, którą umownie nazwijmy średnią. To świadczenie znosi różnice między ludźmi, te różnice, które stanowią odzwierciedlenie ich ciężkiej pracy.

A nie wyrównuje szanse?

W jaki sposób?

Rodziny stać na większe zakupy, nowe buty czy dodatkowe zajęcia dla dziecka.

Jeżeli już to wyrównuje szanse dla tych dzieci, a nie dla rodziców. Zresztą, z tym wyrównywaniem różnic, to też nie do końca. Co z tego, że może pan zabrać dziecko nad morze, skoro wciąż nie może ono dojechać do szkoły, bo nie ma autobusu? Za 500 złotych nie da się tego zmienić. Jeżeli chce się pan prywatnie leczyć, to ta kwota jest żartem.

Czy pani stara mi się powiedzieć, że największy sukces PiS-u, który do programu wpisała niemal każda partia, nie ma politycznego znaczenia?

W pewnym sensie 500+ jest politycznie przeciwskuteczne, gdyż zwiększa napięcie pomiędzy indywidualnym wysiłkiem jednostki a pozycją, jaką może ona osiągnąć w społeczeństwie. W dodatku wyłącza u polityków realistyczne myślenie.

Pan jest za młody, żeby pamiętać pochody pierwszomajowe, ale proszę sobie wyobrazić sytuację z lat 80. Ludzie mają już komuny po dziurki w nosie, ale wiadomo, że w ten dzień w różnych punktach miastach pojawiają się samochody z rzadkimi dobrami, których nie ma w sklepach. W efekcie mamy piękne wiosenne święto, z tłumem ludzi, który radośnie chodzi po mieście. Zabiegi socjotechniczne działają i ludzie będą bardzo zadowoleni z dodatkowych korzyści, ale to nie zmienia ich stosunku do tego, kto wystawia te samochody.

Słynna wypowiedź Krzysztofa Szczerskiego o tym, że nauczycieli domagających się podwyżek nie obowiązuje celibat i mogą mieć dzieci, jest emblematycznym skrótem tego, co politycy myślą o naszym społeczeństwie. Chcesz mieć większy dochód, zrób sobie dziecko.

Mirosława Marody

Ale przecież korzystanie z programu 500+ nie ogranicza mnie w żaden sposób. Mogę się sam rozwijać, a do tego państwo pomaga mi w wychowaniu dzieci.

To brzmi jak jedna z tych pięknych idei socjalistycznych, które zostały pogrzebane przez próby wcielenia ich w życie. Bo do ich realizacji potrzeba jeszcze sprawnych instytucji, a nie państwa jako bankomatu. Zresztą skala tych wypłat rodzi poważne zagrożenia. Oczywiście, na razie mamy na to pokrycie, jednak koniunktura gospodarcza lepsza nie będzie. Grupa, którą na potrzeby rozmowy określiliśmy jako „klasa średnia”, o tym wie.

I wie o tym, że nie jesteśmy tak bogaci, jak to sugerują obietnice socjalne rządu?

Tak. Rośnie świadomość tego, że jest to czysto wyborczy zabieg, zwłaszcza że dla różnych protestujących grup pieniędzy nie ma i nie było. A poza tym te 500 złotych i tak nie rozwiązuje innych problemów, na przykład tego, że szef traktuje mnie jak śmiecia. PiS dało plamę, bo nic nie zmieniło w rzeczywistości społecznej, a przynajmniej w tych jej fragmentach, które są ważne dla zwykłych ludzi. Pamięta pan główne hasło Kaczyńskiego z 2015 roku?

Zapowiedź dobrej zmiany?

„Wystarczy nie kraść”. To niech się pan rozejrzy, co tydzień mamy nową aferę. Nie udało się zmienić nic.

Rząd skarży się na opór kast, grup interesów czy czynników zewnętrznych.

Nawet gdyby to była prawda, to ludzi niespecjalnie obchodzą obiektywne przyczyny. To znaczy, że naczelnik państwa jest nieudolny.

Skoro nic się zmieniło, to skąd wciąż stabilne i wysokie poparcie dla PiS-u?

Poparcie dla prezydenta Komorowskiego tuż przed wyborami prezydenckimi było porównywalne. Losy PiS-u zależą od tego, czy ludzie uwierzą w hasło spełnionych obietnic, co jest bardzo indywidualną sprawą. Z naszych badań ten twardy elektorat rządu pozostaje w granicach 20–30 proc. Element godnościowy, który PiS bardzo dobrze zagospodarowało w 2015 roku, się wyczerpuje.

Wyborcy się nasycili czy wręcz przeciwnie – czują się odrzuceni, bo ich oczekiwania nie zostały spełnione?

Powiedziałabym raczej, że im obiecywano, że wszystko się zmieni, a skończyło się na 500 złotych. To oczywiście miły dodatek, ale nie załatwia głównego problemu, jakim jest deficyt szacunku społecznego.

Ale jeżeli wcześniej nie było mnie stać na to, żeby pojechać na wakacje z rodziną, a dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu mam na to pieniądze, to zaspokaja po części potrzebę szacunku, o której pani mówi.

Tak, na dwa tygodnie wyjęte z codziennej rzeczywistości. Obietnice socjalne nie zmienią już dynamiki wyborczej, ten roztwór jest nasycony. Sprowadzenie człowieka wyłącznie do potrzeb materialnych, z etycznego punktu widzenia, jest niemoralne, ale przede wszystkim jest nieprawdziwe.

W pewnym sensie 500+ jest politycznie przeciwskuteczne, gdyż zwiększa napięcie pomiędzy indywidualnym wysiłkiem jednostki a pozycją, jaką może ona osiągnąć w społeczeństwie. W dodatku wyłącza u polityków realistyczne myślenie.

Mirosława Marody

Czy jakieś ugrupowanie polityczne odpowiada na te szersze potrzeby?

Nie, może z pewnymi wyjątkami w postaci postulatów Wiosny. Ale żaden z polityków nie ma pomysłu na to, w jaki sposób przełożyć pragnienia ludzi na struktury społeczne oraz instytucje. Dlatego też, co wynika z analiz profesora Radosława Markowskiego, polski wyborca zmienia partie jak skarpetki.

I na poziom tej lojalności nie wpłynęło 500+?

W żadnym wypadku. Fundamentem lojalności nie są pieniądze.

A mówi się, że każdy ma swoją cenę…

To powiedzenie dotyczy jednostek. Ale nie można całego społeczeństwa zapisać do rad nadzorczych w spółkach skarbu państwa. Zawsze dla kogoś zabraknie miejsca.

Ale to nie jest tak, że tylko PiS nie potrafi zmienić rzeczywistości społecznej. Żadna partia nie miała do tej pory takiej władzy.

I żadna tak jej nie roztrwoniła. Problem polega na tym, że politycy tej partii odrzucają podstawowy element współczesnej wiedzy o społeczeństwie – mamy do czynienia ze zbyt złożonym systemem, żeby można było na niego oddziaływać wyłącznie przy pomocy prostych decyzji, kogo kupić, a kogo stłamsić. Politycznie trzeba budować demokratyczne instytucje i podtrzymać te, które już funkcjonują.

To dlaczego wszystkie partie prześcigają się w obietnicach socjalnych?

Zafiksowano się na tej olśniewającej strategii PiS-u do tego stopnia, że nikt nie ma czasu, żeby pomyśleć, jakimi innymi kategoriami można byłoby mówić do ludzi. Tu nie chodzi o kwestie utrzymania czy zniesienia 500+, a o wytworzenie nowego języka.

Obietnice socjalne nie zmienią już dynamiki wyborczej, ten roztwór jest nasycony. Sprowadzenie człowieka wyłącznie do potrzeb materialnych, z etycznego punktu widzenia, jest niemoralne, ale przede wszystkim jest nieprawdziwe.

Mirosława Marody

To akurat obiecuje Biedroń.

Bo on, zanim ogłosił program, to jeździł po Polsce i teraz próbuje grać tym dyskursem. Tylko, że to wszystko jest jeszcze bardzo świeże, a pięć stów to jest konkret i w dodatku prosty do spełnienia. Bo jak w konkret ubrać obietnicę, że wszystkim nam będzie się żyło trochę lżej? Należałoby szukać czegoś, co łączy politykę z tymi ogromnymi staraniami ludzi, które trwają już 30 lat.

Ale to brzmi jak banał polityczny, kolejny okrągły frazes. Korektą transformacji według PiS-u miały być właśnie transfery socjalne. Nie obietnice poprawy sytuacji w ciągu kilku lat, ale natychmiastowa gratyfikacja.

500+ to są grosze przy tym, że asystentka prezesa NBP zarabia 50 tysięcy złotych miesięcznie. I ludziom nawet nie chodzi o to, żeby zarabiać te pieniądze. Chodzi im o to, żeby te wypłaty, zarówno pieniędzy, jak i społecznego szacunku, odzwierciedlały zasługi. A co myślą ludzie o asystentce dyrektora, która tyle zarabia?

Dopóki rzeczywistość będzie dostarczała nam informacji, że nie trzeba być uczciwym, że nie warto ciężko pracować, że wystarczy znać odpowiednich ludzi i robić to, co nam każą, nawet kosztem szacunku do samego siebie, gniew będzie narastał. I będzie pojawiać się myśl, że może jak zagłosuję na tę drugą partię albo na zupełnie nową, to oni coś zmienią. Trudno jest też wytępić w ludziach podstawowe poczucie przyzwoitości i tego, że rzeczywistość nie powinna tak wyglądać. Zwłaszcza że obecny rząd szedł po władzę pod sztandarem moralnej odnowy.

>>>