Tag Archives: Tadeusz Rydzyk

Prawo PiS wzmacnia ochronę pedofilów w Kościele katolickim

16 Maj

Prawniczka prof. Monika Płatek wypowiedziała się na temat zaostrzenia – przez polityków Prawa i Spraeidliwości – prawa karnego ws. przestępstw na tle seksualnym.

Duchowni Kościoła katolickiego są niemal bezkarni ws. przestępstw na tle seksualnym. Dobitnie lekceważące podejście instytucji państwa do przestępstw księży-pedofilów obrazują statystyki.

 „Czytam projekt zmian kk druk 3451. To jest oszustwo! To nie jest o pedofilii! Jest m.in. o kradzieży tablic sam., przestępstwach przeciw mieniu, bankowych, zmowach przetargowych, kradzieżach paliw, terroryzmie. Ziobro wykorzystuje sytuację. PiS nie czyta, co uchwala” – napisał na Twitterze Sławomir Nitras. Rzeczony druk sejmowy to zgłoszony przez PiS projekt zmian w Kodeksie karnym.

Wcześniej problem, o którym pisze poseł PO, sygnalizował też jeden z internautów: – Pilny projekt zmian w prawie karnym w zakresie pedofilii stwarza okazję do zmiany szeregu innych przepisów, które zostaną przepchnięte „przy okazji”. Ofc wiecie, że czekali z tym projektem akurat na taką chwilę, w której nikt nie będzie zwracał uwagi na pozostałe zmiany”.

„To jest bat na opozycję. Jeżeli są tam niekorzystne zmiany prawa, które nie mają związku z pedofilią i nie zagłosujecie za nimi, to jeszcze przed 26.05. mogą sprzedać narrację, że KE jest przeciw karaniu pedofilii” – „Proste, jak ktoś zaprotestuje, to przypiszą mu obronę pedofilów” – komentowali internauci.

W kolejnym wpisie poseł Nitras dodał: – „Marek Kuchciński łamie Regulamin Sejmu: – Zmiany kodeksów można procedować 14 dni po przedstawieniu posłom projektu. Dzisiaj przedstawiono projekt, który zmienia ponad 100 art. kodeksu karnego. Jutro Sejm go uchwali. Dostałem karę, gdy próbowałem marszałkowi to przypomnieć”.  – „To się w pale nie mieści – kara dla posła za to, że wskazuje na przepisy, które marszałek ordynarnie łamie! Już nie można mówić, że Polska to „państwo prawa”. Co najwyżej to „państwo Prawa i Sprawiedliwości. Prywatne”!” – podsumował jeden z internautów.

„Mieliśmy już maczugę antysemityzmu, nazizmu, nacjonalizmu, faszyzmu, teraz wyciągnięto maczugę pedofilii” – powiedział w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” ks. T. Rydzyk, dyrektor Radia Maryja – komentując dokument braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”.

Redemptorysta uważa, że mamy teraz do czynienia ze zorganizowanymi działaniami wcześniej przetestowanymi już za granicą.

Stwierdził jednocześnie, że co prawda to nie usprawiedliwia niczego, ale odsetek księży wśród pedofilów „jest nikły”.

Tymczasem – jego zdaniem – z dramatu pokrzywdzonych przez księży zrobiono „przemysł pedofilii, a osoby w ten rzekomy proceder zaangażowane chcą nie tylko zarabiać na oskarżeniach o pedofilię, ale też zniszczyć Kościół”.

Toruński duchowny – wbrew oficjalnym danym – oświadczył, że przez 30 lat znaleziono tylko kilka przypadków przestępstw seksualnych wśród księży, a nikt nie mówi o tym, ile dobra dokonali ludzie Kościoła.

„To jest walka z Kościołem, obliczona na jego zniszczenie. Grzech należy wyrywać, ale nie niszczyć człowieka, nie niszczyć Kościoła” – ocenił dyrektor Radia Maryja.

Tadeusz Rydzyk nie przestaje szokować. W czasie, gdy Kościół przeprasza za akty pedofilii, on nadal atakuje.

– Pedofilia jest czymś obrzydliwym, nie ma na to słów. Zauważmy jednak, że najpierw ktoś współczesny świat od lat seksualizuje. Gdzie są głosy oburzenia przeciwko deprawacji dzieci? – przekazał za pośrednictwem „Naszego Dziennika” twórca Radia Maryja.

Dodaje, że problem pedofilii “nie może nam zasłaniać tego wszystkiego, co Kościół robi dobrego”.

– To, co dzieje się dziś, nie może nam przyćmić wielkiego dobra, które przez dwadzieścia wieków działo się za sprawą Kościoła – podkreśla o. Rydzyk.

Pycha i brak refleksji?

Z jego słowami można się zgodzić, ale jeśli mielibyśmy analizować całą historię Kościoła, można w niej znaleźć sporo innych ciemnych plam.

Na potrzeby tego tekstu darujmy sobie jednak wyciąganie wszelkich brudów kapłanów. Film „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich ponownie wywołał jednak w Polsce dyskusję na temat pedofilii w Kościele. Co zaskakujące, hierarchowie postanowili tym razem szybko posypać głowy popiołem i przeprosić za owe patologie.

Rydzyk przyjął jednak inną strategię. Pełny pychy rozpoczął wręcz atak. Twierdzi, że obecna rzeczywistość “epatuje dzieci i młodych obrzydliwościami”.

– Nie ma sztuki, ale antysztuka, nie ma pedagogiki, ale antypedagogika. Dlaczego nad tym się nie ubolewa? – uważa.

– Gdyby za tym, co dziś się dzieje, stała troska o dobro i rzeczywista chęć walki z pedofilią, pokazywano by to zjawisko w innych stanach i zawodach, mówiono, jaki procent osób w innych grupach społecznych dopuszcza się tej zbrodni. Nie usprawiedliwiamy niczego, ale trzeba mówić prawdę, że odsetek księży jest nikły – twierdzi dyrektor Radia Maryja.

“Przemysł pedofilii”

Dalsze jego słowa dotyczą już “przemysłu pedofilii” i są szczególnie skandaliczne.

– To są zorganizowane działania, które już przetestowano za granicą. Mieliśmy już maczugę antysemityzmu, nazizmu, nacjonalizmu, faszyzmu, teraz wyciągnięto maczugę pedofilii. Za tym wszystkim stoi nienawiść – dodaje.

Cios w PiS?

Rydzyk od lat jest nieoficjalnym sojusznikiem PiS. Tym razem – może nieświadomie – chyba zaszkodzi Jarosławowi Kaczyńskiemu. Ostatnimi wypowiedziami duchowny staje się bowiem obciążeniem tej wagi co odsunięty Antoni Macierewicz. Czy to świadome działania i mobilizowanie ekstremalnego elektoratu. Czy może pierwsze oznaki tracenia kontaktu z rzeczywistością?

„To największa afera finansowa ostatnich lat, która kosztowała nas wszystkich wiele miliardów złotych. Myślę, że film dokumentalny pokazujący mechanizmy i ludzi, którzy stali za tą aferą spotka się z uznaniem widzów. Tym bardziej, że tam mieszają się wpływy służb specjalnych, polityki, biznesu i mafii. Afera wciąż jest niewyjaśniona i wiele rzeczy jest jeszcze do ujawnienia” – powiedział Tomasz Sekielski w TOK FM.

„To, co ludzie PiS-u wyczyniają wokół sprawy SKOK-ów, to inżynieria kłamstwa”.

Pieniądze na dokument o SKOK-ach bracia Sekielscy chcą zebrać dzięki zbiórce publicznej. Podobnie sfinansowany został ich film „Tylko nie mów nikomu” o pedofilii w polskim Kościele.

Komentarz i grafika Andrzeja Pągowskiego. Teraz już wszystko będzie inne,ale by udało się zmienić KK potrzeba odwagi i determinacji tych wszystkich ,którzy doświadczyli podobnych sytuacji…

Reklamy

Geremek, Miller, Tusk są architektami wejścia Polski do UE

1 Maj

15-lecie wstąpienia Polski do Unii Europejskiej Donald Tusk postanowił zaznaczyć odegraniem hymnu Wspólnoty na pozytywce. Otrzymał ją od polskich studentów. – „To chyba najlepsza chwila, żeby na niej zagrać – 15 lat Polski w Unii Europejskiej” – stwierdził w opublikowanym na Instagramie filmiku były polski premier.

„Obyśmy byli w niej nadal!”; – „Pozytywnie z pozytywką”; – „Bądźmy dumni z tego. Mimo że czasem wiatr w oczy. Bądźmy dumni, że mamy możliwość być częścią Europy”; – „Piękna rocznica, życzmy sobie jeszcze wiele takich rocznic”; – „Brawo studenci! W młodych i nowoczesnych nadzieja, że Polska nie wróci do Średniowiecza” – pisali w komentarzach internauci.

Belgijska Polonia też włączyła się w obchody 15-lecia wstąpienia Polski do UE. W Brukseli uroczyście odsłonięto tablicę pamiątkową poświęconą byłemu szefowi polskiej dyplomacji i działaczowi opozycji demokratycznej Bronisławowi Geremkowi. Na tablicy po francusku i niderlandzku umieszczono zdjęcia m.in. z momentu podpisania dokumentów akcesyjnych Polski do NATO w obecności amerykańskiej sekretarz stanu Madeleine Albright. Są też fotografie prof. Geremka, przemawiającego na wiecu Solidarności czy też z Lechem Wałęsą. Ambasador Polski w Belgii Artur Orzechowski, odsłaniając tablicę, stwierdził, że wejście Polski do UE to również zasługa Geremka.

>>>

„Od kiedy w „Rzeczpospolitej” jest rubryka typowo satyryczna?” – całkiem zasadnie zapytał jeden z internautów, komentując opublikowany w tym dzienniku wywiad Jacka Nizinkiewicza z europosłem Jackiem Saryusz-Wolskim. Tytułem rozmowy jest cytat z europosła: „Kaczyńscy wprowadzali Polskę do UE”.

Przyczynkiem do wywiadu była oczywiście 15 rocznica wejścia Polski do Unii Europejskiej. Aby to stało się możliwe, nad naszym członkostwem w tej strukturze przez wiele lat pracowało wiele osób, a kluczową rolę odegrali nieżyjący już Jan Kułakowski, Danuta Huebner i Jan Truszczyński. Saryusz-Wolski lansuje jednak swoją wersję historyczną. – Również bracia Kaczyńscy, jako architekci naszej drogi do niepodległości, wprowadzali Polskę do UE, będąc aktywnymi uczestnikami tego długiego procesu, od NSZZ Solidarność poczynając” – powiedział w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”.

„Jak nieprzeparta chęć kontynuowania chwiejącej się kariery odbiera rozum bystrego i zasłużonego onegdaj człowieka. Że o honorze nie wspomnę…”; – „Morawiecki mówił, że to on wprowadził Polskę do UE, a Saryusz twierdzi, że to Kaczyńscy. Któryś z nich kłamie. A może obydwaj?”; – „Pan Jacek Służalec-Żoliborski zachłyśnie się kiedyś tą wazeliną”; – „Przy tym rozmyciu – „aktywni uczestnicy długiego procesu” – takich architektów niepodległości jest z dziesięć milionów” – komentowali wypowiedź Saryusz-Wolskiego internauci.

Niektórzy kpili: – „Ja jednak mam wrażenie, że architekt zaspał na egzamin, symbolicznie śpiąc do południa…”; – „Nie zapominajmy o roli Morawieckiego, który sam negocjował wejście do Unii”; – „Ciekawe, czy idąc na rozmowę w sprawie miejsca na liście wyborczej trzeba to powiedzieć przez Jarosławem. A na podchwyt. pytanie Jarosława o: Wałęsę, Michnika, Geremka, Kuronia i innych, w roztargniony sposób odparować: „kto?”.

Sąd Okręgowy w Toruniu uchylił decyzję pisowskiego wojewody, uniemożliwiającą przeprowadzenie zaplanowanej na 3 maja manifestacji „Chryja pod Radiem Maryja”. O zakazie wydanym przez Mikołaja Bogdanowicza w artykule „Pisowski wojewoda zablokował „Chryję pod Radiem Maryja”.

Sędzia Hanna Kraszewska powiedziała, że organizatorki demonstracji Toruński Strajk Kobiet złożyły wniosek w sprawie zorganizowania swojego zgromadzenia 4 kwietnia. Natomiast przedstawiciel samorządu studentów uczelni Tadeusza Rydzyka swoje zgłoszenie złożył dopiero 26 kwietnia, twierdząc, że przynajmniej od czterech lat odbywały się przed Radiem Maryja spotkania patriotyczne. Sędzia uznała, że nie przedstawiono wiarygodnych dowodów na to, że studenci uczelni Rydzyka organizowali obchody uchwalenia Konstytucji 3 Maja w poprzednich latach, co jest warunkiem wydania pozwolenia na zgromadzenia cykliczne.

„Sędzia przyznała dziś, że wydany nam zakaz był ograniczeniem swobód obywatelskich. Poza tym, żeby nabyć prawo do zgromadzenia cyklicznego, studenci powinni udowodnić, że w ostatnich latach 3 maja obchodzili Święto Konstytucji przy ul. Żwirki i Wigury. A nie przedstawili na to żadnych mocnych dowodów. Żadnych zdjęć, filmów, zgłoszeń do policji. Nic. Z naszej analizy ich mediów społecznościowych wynika, że ostatnim świętem, jakie obchodzili, było święto pączka” – powiedziała onet.pl Agata Chyżewska-Pawlikowska z Toruńskiego Strajku Kobiet. Postanowienie nie jest prawomocne. Strony mogą się odwołać do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku.

30 kwietnia, w przeddzień 15. rocznicy przyłączenia Polski do Unii Europejskiej, prezydent Polaków „lepszego sortu” wygłosił okolicznościowe orędzie do narodu.

„Naszym celem i zadaniem jest nowoczesna Polska w zjednoczonej Europie” – zapowiedział Duda.

„Europa to my, Unia Europejska to my. Podjęliśmy historyczną decyzję gwarantującą nasze członkostwo w Unii. Każdy, kto próbuje dziś wzbudzić niepokój, co do obecności Polski w Unii Europejskiej, postępuje wbrew interesowi Polski” – kontynuował rozentuzjazmowany prezydent.

Polityk po raz pierwszy w swojej karierze mówił o UE wyłącznie w superlatywach. Duda podkreślał korzyści, jakie Polska uzyskała wraz z akcesem do Unii. „Otwarcie granic dało Polakom dodatkowe możliwości. Wiele polskich firm odniosło sukces w Europie, a Polska zmieniła się dzięki dobrze wykorzystanym środkom unijnym” – deklamowała głowa państwa.

Jeszcze kilka miesięcy temu, Unia Europejska była dla prezydenta z nadania Kaczyńskiego niczym innym jak „wyimaginowaną wspólnotą, z której dla nas niewiele wynika”.

Podobne tendencje Duda wykazywał w 2014 roku. „Wspólnota europejska, wspólne wartości – to jest baju baju dla frajerów. To jest dla naiwnych tylko” – mówił ówczesny europoseł.

Czyżby nagły przypływów euroentuzjazmu miał związek ze zbliżającymi się wyborami do Parlamentu Europejskiego?

Rydzyk, akuszer nienawiści

27 Mar

W sobotę na scenie Teatru Horzycy w Toruniu, odbędzie się premiera spektaklu „Wróg się rodzi”, który – jak mówią jego twórcy – zajmie się fenomenem społecznym jakim stało się Radio Maryja.

Marcin Kącki, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, autor scenariusza oraz reżyserka Aneta Groszyńska pytają w nim o jego skutki.  „Zadajemy sobie pytanie, jak to się stało. Na ile jesteśmy winni temu, że przeoczyliśmy moment, w którym oddaliśmy naszych bliskich na pastwę słów, które są pozorną miłością, pozorną ewangelią” – mówi Kącki.

„Szukamy korzeni naszego strachu, a one są tuż obok, w Toruniu” – stwierdza Aneta Groszyńska.

„Wróg się rodzi” to rzecz o mechanizmach językowych i społecznych związanych z mediami oraz brutalizacji języka debaty publicznej. W sztuce pojawia się więc obok stacji Radio Maryja, również Radio RTLM, które w 1994 roku wprost namawiało do mordów. Obok T. Rydzyka przewiną się przez scenę inne postaci historyczne, m.in. żydowska poetka Zuzanna Ginczanka, badaczka korzeni totalitaryzmu Hannah Arendt i Adolfa Hitlera.

Całość prowadzi do wniosku, że „każde społeczne wzburzenie, które jest tragiczne w skutkach, każda historia z podziałem społecznym zaczyna się od słów”.

„Tak się zaczęło w Rwandzie, w Jugosławii, na Bliskim Wschodzie, tak się dzisiaj zaczyna w Europie, w Stanach Zjednoczonych. Zaczyna się od strasznych słów.” – mówią twórcy spektaklu.

„Chcemy, by widzowie wyszli ze spektaklu, zwłaszcza po ostatniej scenie, i pomyśleli sobie: może ja też mam coś do zrobienia, może chociaż zadzwonię do moich bliskich, by powiedzieć, że ich kocham, by choć w ten sposób zadbać o społeczne więzi” – wyznaje Groszyńska.

Rydzyk, Lech Kaczyński i Morawiecki – trzech małych ludzi

26 Mar

Tym razem Fundacja Lux Veritatis ubiega się o dofinansowanie dla Parku Pamięci, który ma upamiętnić bohaterstwo Polaków ratujących Żydów. Nawet już udało się jej przejść weryfikację formalną.

Przypomnijmy, że od dojścia do władzy PiS, Fundacji ojca Rydzyka przyznano już grubo ponad 100 mln zł. Imperium Rydzyka z roku na rok rośnie w siłę, a państwowe fundusze leją się do niego strumieniami.

Jednak tym razem jest pewna zmiana. Do tej pory opinia publiczna dowiadywała się o dotacjach państwowych po fakcie. Teraz jest inaczej, bo „Gazeta Wyborcza” poinformowała, że fundacja o wsparcie dopiero się ubiega.

Rok temu, podczas urodzin Radia Maryja, ojciec Rydzyk powiedział o tym projekcie: – „Będzie to piękne. Tam będą nazwiska tych, którzy z narażeniem życia ratowali Żydów. Mamy około 40 tys. takich nazwisk. Instytut pracuje cały czas. Kilkanaście osób bada te wszystkie sprawy. Trzeba to robić, czy nie? Przecież Polacy to nie są antysemici, prawda? Tak nam chcą wmówić”.

Na stronie Lux Veritatis można znaleźć zapowiedź powstania parku: „Park Pamięci Narodowej będzie stanowił nie tylko hołd dla Polaków ratujących Żydów podczas II wojny światowej, ale posłuży również jako miejsce spotkań służące refleksji i szukaniu przesłania z trudnego doświadczenia, jakim była wojna i Holocaust”.

Według informacji udostępnionych przez fundację, partnerem przy tworzeniu parku są dwie spółki powiązane ze Skarbem Państwa. To Jastrzębskie Zakłady Remontowe oraz Jastrzębska Spółka Węglowa, której większość udziałów należy do państwa.

Tymczasem polsko-amerykański historyk Jan Tomasz Gross otwarcie posądza ojca Rydzyka o antysemityzm. Również portal Onet przypomina, że przez wiele lat na antenie Radia Maryja w całkiem otwarty sposób uciekano się do antysemityzmu. Czy więc redemptorysta jest właściwą osobą do upamiętniania Żydów?

A może ojciec Rydzyk się zmienił… Na to podobno nigdy nie jest za późno.

Choć Pierwsze Przykazanie Boskie mówi wyraźnie: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”, PiSowska posłanka Bernadetta Krynicka, z obcą swej partii wyrozumiałością komentuje „przypadek” człowieka, modlącego się do pomnika Lecha Kaczyńskiego w Warszawie. Obrazek wzbudził kpiarskie komentarze internautów.

„Nooo… ja bym tego nie lekceważył.. bo pomyślmy: modlący ogłosi, że doznał od LK łaski i np. znikły mu pryszcze. Znajomy biskup przeprowadzi/załatwi proces przed sądem kościelnym i mamy świętego lechakaczyńskiego… brrr, głupi żart..”- skomentował zdarzenie czytelnik pod tekstem portalu naTemat.

„Strasznie to słabe i obce naszej polskiej kulturze szydzić z modlącego się człowieka” – napisała natomiast na Twitterze Krynicka, nie zwracając uwagi na argumentacje użytkowników portalu, że to nie pomnik jakiegoś świętego, a postać byłego prezydenta.

„Modlitwa do pomnika Lecha Kaczyńskiego to profanacja” – zauważył publicysta Waldemar Kuczyński, były minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.

„Na jakiej zasadzie pani przesądza, że może rozstrzygać co jest, a co nie jest obce polskiej kulturze? Że należy do PiS, do wybranej części narodu, a co ze zdaniem reszty? Resztę, jak napisał wasz poeta Rymkiewicz „pies może j…ć”?- napisał Kuczyński.

Nie mając najwyraźniej zbyt wiele do powiedzenia Krynicka odpaliła: „Rozumiem, że pańskim zdaniem szydzić z drugiego człowieka leży w polskiej naturze.. Nie wiem, gdzie się pan wychowywał. Mnie w domu rodzinnym, w szkole, w kościele wpajano szacunek do drugiego człowieka. Ale pan ma najwyraźniej inne doświadczenia” – podsumowała PiSowska funkcjonariuszka, jak pamiętamy jedna z największych przeciwniczek strajku opiekunów osób niepełnosprawnych w Sejmie.

I na tym się nie skończyło, bo Kuczyński nie pozostał dłużny: „Nie ma we wpisie szyderstwa, tylko stosunek do tego co robi ten człowiek. A dodam, że gdyby pani wpojono szacunek do innego człowieka, to nie byłaby pani w PiS, który z nienawiści do co najmniej połowy Polaków i wykluczania ich z polskości zrobił swą moralność i ewangelię” – napisał.

Kaczyński nie jest już zauroczony Morawieckim. „Czar prysł”

Czarne chmury zbierają się nad premierem Mateuszem Morawieckim. Zarówno na Nowogrodzkiej, jak i w rządzie rośnie irytacja sposobem rządzenia przez prezesa Rady Ministrów. – Czas zauroczenia Kaczyńskiego Morawieckim się kończy… – mówią nasi informatorzy.

Marzec 2019. Biuro prezesa PiS w Warszawie przy ul. Nowogrodzkiej. Na jednej z narad Jarosław Kaczyński krytykuje otwarcie premiera Mateusza Morawieckiego. Pada nazwisko Tomasza Filla. To zaufany człowiek szefa rządu, który jest z nim od początku kariery politycznej. W KPRM pracował z Morawieckim kilka miesięcy, zajmował się public relations i komunikacją społeczną. Później przeszedł do Polskiego Funduszu Rozwoju.

Jego pojawienie się w Kancelarii Premiera, dla wielu polityków PiS, było nie do zaakceptowania. Powód? Fill zajmował kierownicze stanowiska w spółkach skarbu państwa za rządów PO-PSL. Kaczyński wbija szpilkę Morawieckiemu. – Takie osoby, jak ten pan, czekają tylko na zmianę władzy – irytuje się Kaczyński. Premier jest skonsternowany. Do tej pory bowiem mógł liczyć na specjalne względy u prezesa, ale – jak twierdzą nasi rozmówcy – czar prysł.

Komunikacja przez e-mail

Irytacji mają nie ukrywać również niektórzy ministrowie, którzy coraz częściej skarżą się na sposób komunikacji w rządzie. – W otoczeniu premiera funkcjonuje tzw. grupa 30-latków, to jego najbliżsi współpracownicy. Większość nie ma większego doświadczenia w pracy w administracji rządowej, spora grupa ukończyła jedynie politologię. Mają wysyłać do ministrów polecenia drogą e-mailową. Do obiegu weszło już powiedzenie „premier z Gmaila” – mówi nam nasz informator z otoczenia kierownictwa Zjednoczonej Prawicy w rozmowie z Wirtualną Polską.

Wysyłanie poleceń, zadań i dyspozycji e-mailem – Morawiecki wyniósł jeszcze z pracy w banku WBK. Jako prezes najczęściej komunikował się z pracownikami właśnie drogą elektroniczną. Podobną praktykę wobec swoich podwładnych stosował w resorcie finansów, w okresie kiedy pełnił funkcję ministra.

Według naszych rozmówców, „grupa 30-latków” w ostatnim czasie ma coraz większy wpływ na to co się dzieje w rządzie. Dla czołowych polityków Zjednoczonej Prawicy jest to nie do zaakceptowania.

Grudzień 2018. Morawiecki domaga się odwołania ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego. Nie podoba mu się nadzór nad polityką lekową oraz budżetem NFZ. W obronie Szumowskiego staje wicepremier, minister nauki Jarosław Gowin. Szumowskiemu udaje się obronić stanowisko. Ale relacje z premierem Morawieckim ulegają ochłodzeniu.

W resorcie zdrowia, szef rządu ma swojego człowieka. To kolejny „30-latek”, wiceminister Janusz Cieszyński. W przeszłości doradca Morawieckiego w resortach rozwoju i finansów. Prywatnie syn Przemysława Cieszyńskiego, dobrego znajomego premiera z okresu Solidarności Walczącej, a obecnie członka zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego.

– Premier nie słucha Szumowskiego, tylko 31-letniego Cieszyńskiego, który odpowiada m.in. za e-recepty. Polega na jego opinii. To on wszystkim zarządza i to on podejmuje kluczowe decyzje w resorcie zdrowia – ujawnia nam nasz informator.

Taktyczny sojusz z Szydło

Jak ujawniła Wirtualna Polska, premier w ostatnim czasie – widząc jakie ma notowania w PiS – zaczął tworzyć taktyczne sojusze. Także takie, które jeszcze do niedawna byłyby nie do pomyślenia. Jednym z nich jest współpraca z byłą szefową rządu Beata Szydło. Według naszych informacji, obecna wicepremier będzie mogła liczyć na mocne wsparcie w kampanii ze strony Morawieckiego.

Zdaniem naszych informatorów zbliżonych do KPRM, premier polecił swoim współpracownikom, by zamieszczać w mediach społecznościowych wspólne zdjęcia z szefową Komitetu Społecznego.

Te same źródła twierdzą, że do największego zgrzytu między premierem a prezesem PiS doszło na sobotniej konwencji PiS we Wrocławiu. Morawiecki miał na niej wystąpić, miał przygotowane przemówienie. Nie wystąpił. A decyzję w tej sprawie mógł podjąć tylko jeden polityk.

Obietnice socjalne nic nie zmienią

Z Mirosławą Marody rozmawia Jakub Bodziony

„PiS uwierzyło, że jak się ludziom zapłaci, to oni uznają ich za dobrych wujków, na których warto zagłosować. Pieniądze, które się dostaje, są traktowane jako należne i żadnej łaski ze strony rządu tutaj nie ma. Ta licytacja socjalna ma swój kres, a coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z tego, że te pieniądze pochodzą z ich podatków”, mówi profesor socjologii z Uniwersytetu Warszawskiego.

Jakub Bodziony: Czy Koalicja Europejska to był dobry pomysł?

Mirosława Marody: Wyborcom łatwiej jest się zorientować na scenie politycznej, kiedy mają do wyboru dwie partie. Dla polityków ten podział też jest bardzo wygodny, bo wymusza zadeklarowanie się po jednej z dwóch stron.

Ale to nie są dwa spójne bloki. KE zrzesza ugrupowania o bardzo różnych poglądach. Władysław Kosiniak-Kamysz powiedział nawet, że rządy PO–PSL-u światopoglądowo nie różnią się od PiS-u, a komentatorzy pytali, co łączy Barbarę Nowacką lub SLD z Romanem Giertychem.

A co łączy Stanisława Piotrowicza z Krystyną Pawłowicz, oprócz tego, że są prawnikami? Z punktu widzenia odbiorcy jest to obojętne. Dla Koalicji Europejskiej podstawową sprawą i jedynym programem jest „nie bycie PiS-em”.

I to wystarczy?

Zobaczymy w maju. Proszę nie zapominać o tym, że na decyzję o głosowaniu mają wpływ czynniki, które w ogóle nie są uwzględniane przez polityków, a mają ogromne znaczenie.

Na przykład?

To, jaka jest pogoda, ile muszę iść do punktu wyborczego, czy mi się w ogóle chce dzisiaj wyjść z domu… I chociaż podział polityczny jest bardzo głęboki, to w życiu codziennym statystyczna większość społeczeństwa stara się go nie dostrzegać. W codziennych rozmowach jest to problem z kategorii wstydliwych. W przeprowadzonych przez nas ostatnio grupowych wywiadach, to rozróżnienie prawie w ogóle nie występowało.

Na czym polegały te badania?

Dobieraliśmy osobno zwolenników PiS-u i PO i zadawaliśmy im o to pytania. Co ciekawe, czytając później odpowiedzi, nie byłam w stanie rozpoznać, z którą grupą mam do czynienia, bo problemy, które się pojawiały, były podobne. A w dodatku nie były to kwestie związane z tym, czym na co dzień żyją politycy i media.

Czyli ten podział na Polskę PiS-u i anty-PiS-u to mit?

Jest to kategoryzacja, w którą ludzie próbują się wpasować, ale ona jest stworzona przez polityków. Jeżeli poproszę pana o dołączenie do grupy A lub B, to z większą lub mniejszą chęcią którąś pan będzie musiał wybrać. I jak pan już wybierze, to zacznie pan przejmować treści charakterystyczne dla danej kategorii.

Ale wyborca nie jest ograniczony do wyboru dwóch partii. Robert Biedroń odrzuca podział na dwa bloki, twierdząc, że wyborcy są tym zmęczeni.

Bo są, a nowość ma w sobie obietnicę zmiany. Ludzie od początku transformacji liczą, że coś się zmieni.

I ta sama potrzeba zmiany, która teraz napędza Wiosnę, wcześniej była w projektach politycznych Samoobrony, Kukiza czy Nowoczesnej?

Jestem przekonana, że poparcie dla tych ruchów było generowane przez narastający gniew na rzeczywistość. Bo ludzie nie przejmują się konfliktem pomiędzy Grzegorzem Schetyną a Jarosławem Kaczyńskim.

A czym?

Tym, że służba zdrowia działa fatalnie i tracą masę czasu na stanie w kolejkach, po to żeby uzyskać termin wizyty za pół roku. Tym, że nie wiedzą, co doradzić swoim dzieciom, jeśli chodzi o wykształcenie, które do niedawna było uważane za najważniejszy zasób. Ludzie mówili o tym, że czują się bezradni, bo przez całe życie inwestowali w edukację swoich dzieci, a teraz one im mówią, że chyba wyjadą za granicę, bo tutaj nie da się żyć.

Nikt nie będzie protestował, jak dostanie dodatkową gotówkę. Ale to i tak nie zmieni tego, że kolejki do prywatnego i publicznego lekarza stają się porównywalnie długie. Te pieniądze nie załatwiają podstawowego problemu, jakim jest narastająca uciążliwość życia codziennego.

Mirosława Marody

Przejmują się tym, że pewne grupy zawodowe znakomicie sobie radzą, a inne są na skraju nędzy. Chyba najlepiej to oddaje mail od moich doktorantów, którzy pojechali na rok do Nowej Zelandii. Napisali, że na razie nie wracają.

Dlaczego?

Bo ludzie są tam mili, życie płynie wolniej i dobrze się z tym czują. Te same powody przewijają się również w badaniach emigrantów zarobkowych w Unii Europejskiej. Mniejsze napięcie, wyższy poziom usług, ale przede wszystkim – lepsza jakość relacji na linii państwo–obywatel. Nikt mnie nie usiłuje przekupywać, a w dodatku, jak przychodzę do lekarza, to on wychodzi z gabinetu i podaje rękę, a nie mówi: „Niech siada!”.

Proszę zobaczyć, że u nas nawet nauczyciele, którzy nie są zbyt aktywną politycznie grupą, z powodów materialnych i godnościowych decydują się na strajk, który może zagrozić egzaminom uczniów. To są codzienne problemy jednostki, których ona sama nie może rozwiązać i których rozwiązania oczekuje od państwa.

Ten gniew na rzeczywistość zadziała na korzyść rządu czy opozycji?

Może zadziałać na zasadzie „spróbujmy czegoś innego”. Skoro PiS ewidentnie traci grunt pod nogami i nie spełniło obietnic

Jak to? Przecież to właśnie tym szczyci się rząd. Wyborczym hasłem podczas kampanii samorządowej było „Dotrzymujemy słowa”, a sztandarowy program 500+ został wprowadzony i ma zostać rozszerzony. Dodatkowo PiS zapowiada ulgi podatkowe dla młodych i jednorazową „trzynastkę” dla emerytów.

Ale tu nie chodzi tylko o pieniądze. PiS uwierzyło, że jak się ludziom zapłaci, to oni uznają ich za dobrych wujków, na których warto zagłosować.

A tak nie jest?

Nie. Pieniądze, które się dostaje, są traktowane jako należne i żadnej łaski ze strony rządu tutaj nie ma.

Wiele osób to właśnie bezpośrednie transfery gotówkowe do obywateli uważa za przyczynę wysokiego poparcia dla PiS-u. Wszyscy mówili, że się nie da, że budżet nie wytrzyma. A politycy PiS-u przyszli i dali.

Ale ta licytacja socjalna ma swój kres, a coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z tego, że te pieniądze pochodzą z ich podatków.

Według ostatniego sondażu tak twierdzi niespełna 40 procent.

To jest bardzo przyzwoity wynik, biorąc pod uwagę, że ponad 90 procent Polaków nie przekracza najniższego progu podatkowego i rzadko musi dopłacać do tego, co im potrącono z pensji. Oczywiście, nikt nie będzie protestował, jak dostanie dodatkową gotówkę. Niby dlaczego ma nie wziąć, skoro dają? Ale to i tak nie zmieni tego, że kolejki do prywatnego i publicznego lekarza stają się porównywalnie długie. Te pieniądze nie załatwiają podstawowego problemu, jakim jest narastająca uciążliwość życia codziennego.

Jakie są źródła tej „uciążliwości”?

Jesteśmy społeczeństwem, które dokonało potwornego wysiłku, żeby wpasować się w ramy rynku i demokracji. Przez pierwsze cztery lata transformacji ludzie po prostu ufali reformatorom i czekali, aż wszystko się zmieni, a oni znajdą się w rzeczywistości Zachodu. Byli w stanie znieść zamykane zakłady, ogromne bezrobocie, bo „jeszcze chwila i reforma Balcerowicza zaskoczy”.

Potem doszło do nich, że jeśli oni sami nie będą w tej rzeczywistości walczyć, to ona odrzuci ich na margines. Tak zaczęło się gorączkowe poszukiwanie własnego miejsca, pozycji, tego skąd i jak wziąć pieniądze. W tej transformującej się rzeczywistości, która nijak miała się do podręcznikowego, zachodniego kapitalizmu, ludzie zaczęli dostrzegać, że niektóre jednostki z nieznanych przyczyn zarabiają olbrzymie pieniądze. Nie dlatego, że ciężej pracują, tylko mają pewną wiedzę o rzeczywistości, której reszta nie posiada.

Ale po pewnym czasie system okrzepł.

Tak – i ludzie łyknęli liberalistyczną ideologię, wedle której pozycja jednostki zależy od tego, ile wysiłku wkłada w pracę. To widać w badaniach wartości Polaków, które powtarzamy co 10 lat. Od 1990 roku blisko 60 procent badanych uważa, że konkurencja jest dobra, a dochody powinny być bardziej zróżnicowane. Ponad 40 procent uważa, że bezrobotni powinni bezwarunkowo brać każdą pracę, jaką im się oferuje.

I jak to ma się do programu 500+?

W tych dwunastu grupach fokusowych ludzie narzekali na politykę 500+.

Nie rozumiem. Przeszkadza im program, którego są beneficjantami?

Sama byłam w szoku, gdy okazało się, że to świadczenie stało się nagle powodem wzajemnej niechęci. Ale tu chodzi o to, że ono unieważnia ich wysiłek. Teraz wystarczy mieć kolejne dziecko, żeby na stałe dostać dodatkowe pieniądze. A to, co robią na co dzień, przestaje się liczyć. Słynna wypowiedź Krzysztofa Szczerskiego o tym, że nauczycieli domagających się podwyżek nie obowiązuje celibat i mogą mieć dzieci, jest emblematycznym skrótem tego, co politycy myślą o naszym społeczeństwie.

To znaczy?

Chcesz mieć większy dochód, zrób sobie dziecko. Przecież to jest kuriozalne! Ludzie przez tyle lat usiłowali się odnaleźć w nowej rzeczywistości i ciężko zasuwali, a tu ktoś im mówi, że to nieważne, a kolega, który nic nie robił, przeskakuje do wyższej kategorii dochodowej dzięki spłodzeniu kolejnego syna.

W najbiedniejszych grupach te pieniądze stanowią istotną różnice w budżecie.

Oczywiście, ale jednocześnie wyzwala to niechęć klasy, którą umownie nazwijmy średnią. To świadczenie znosi różnice między ludźmi, te różnice, które stanowią odzwierciedlenie ich ciężkiej pracy.

A nie wyrównuje szanse?

W jaki sposób?

Rodziny stać na większe zakupy, nowe buty czy dodatkowe zajęcia dla dziecka.

Jeżeli już to wyrównuje szanse dla tych dzieci, a nie dla rodziców. Zresztą, z tym wyrównywaniem różnic, to też nie do końca. Co z tego, że może pan zabrać dziecko nad morze, skoro wciąż nie może ono dojechać do szkoły, bo nie ma autobusu? Za 500 złotych nie da się tego zmienić. Jeżeli chce się pan prywatnie leczyć, to ta kwota jest żartem.

Czy pani stara mi się powiedzieć, że największy sukces PiS-u, który do programu wpisała niemal każda partia, nie ma politycznego znaczenia?

W pewnym sensie 500+ jest politycznie przeciwskuteczne, gdyż zwiększa napięcie pomiędzy indywidualnym wysiłkiem jednostki a pozycją, jaką może ona osiągnąć w społeczeństwie. W dodatku wyłącza u polityków realistyczne myślenie.

Pan jest za młody, żeby pamiętać pochody pierwszomajowe, ale proszę sobie wyobrazić sytuację z lat 80. Ludzie mają już komuny po dziurki w nosie, ale wiadomo, że w ten dzień w różnych punktach miastach pojawiają się samochody z rzadkimi dobrami, których nie ma w sklepach. W efekcie mamy piękne wiosenne święto, z tłumem ludzi, który radośnie chodzi po mieście. Zabiegi socjotechniczne działają i ludzie będą bardzo zadowoleni z dodatkowych korzyści, ale to nie zmienia ich stosunku do tego, kto wystawia te samochody.

Słynna wypowiedź Krzysztofa Szczerskiego o tym, że nauczycieli domagających się podwyżek nie obowiązuje celibat i mogą mieć dzieci, jest emblematycznym skrótem tego, co politycy myślą o naszym społeczeństwie. Chcesz mieć większy dochód, zrób sobie dziecko.

Mirosława Marody

Ale przecież korzystanie z programu 500+ nie ogranicza mnie w żaden sposób. Mogę się sam rozwijać, a do tego państwo pomaga mi w wychowaniu dzieci.

To brzmi jak jedna z tych pięknych idei socjalistycznych, które zostały pogrzebane przez próby wcielenia ich w życie. Bo do ich realizacji potrzeba jeszcze sprawnych instytucji, a nie państwa jako bankomatu. Zresztą skala tych wypłat rodzi poważne zagrożenia. Oczywiście, na razie mamy na to pokrycie, jednak koniunktura gospodarcza lepsza nie będzie. Grupa, którą na potrzeby rozmowy określiliśmy jako „klasa średnia”, o tym wie.

I wie o tym, że nie jesteśmy tak bogaci, jak to sugerują obietnice socjalne rządu?

Tak. Rośnie świadomość tego, że jest to czysto wyborczy zabieg, zwłaszcza że dla różnych protestujących grup pieniędzy nie ma i nie było. A poza tym te 500 złotych i tak nie rozwiązuje innych problemów, na przykład tego, że szef traktuje mnie jak śmiecia. PiS dało plamę, bo nic nie zmieniło w rzeczywistości społecznej, a przynajmniej w tych jej fragmentach, które są ważne dla zwykłych ludzi. Pamięta pan główne hasło Kaczyńskiego z 2015 roku?

Zapowiedź dobrej zmiany?

„Wystarczy nie kraść”. To niech się pan rozejrzy, co tydzień mamy nową aferę. Nie udało się zmienić nic.

Rząd skarży się na opór kast, grup interesów czy czynników zewnętrznych.

Nawet gdyby to była prawda, to ludzi niespecjalnie obchodzą obiektywne przyczyny. To znaczy, że naczelnik państwa jest nieudolny.

Skoro nic się zmieniło, to skąd wciąż stabilne i wysokie poparcie dla PiS-u?

Poparcie dla prezydenta Komorowskiego tuż przed wyborami prezydenckimi było porównywalne. Losy PiS-u zależą od tego, czy ludzie uwierzą w hasło spełnionych obietnic, co jest bardzo indywidualną sprawą. Z naszych badań ten twardy elektorat rządu pozostaje w granicach 20–30 proc. Element godnościowy, który PiS bardzo dobrze zagospodarowało w 2015 roku, się wyczerpuje.

Wyborcy się nasycili czy wręcz przeciwnie – czują się odrzuceni, bo ich oczekiwania nie zostały spełnione?

Powiedziałabym raczej, że im obiecywano, że wszystko się zmieni, a skończyło się na 500 złotych. To oczywiście miły dodatek, ale nie załatwia głównego problemu, jakim jest deficyt szacunku społecznego.

Ale jeżeli wcześniej nie było mnie stać na to, żeby pojechać na wakacje z rodziną, a dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu mam na to pieniądze, to zaspokaja po części potrzebę szacunku, o której pani mówi.

Tak, na dwa tygodnie wyjęte z codziennej rzeczywistości. Obietnice socjalne nie zmienią już dynamiki wyborczej, ten roztwór jest nasycony. Sprowadzenie człowieka wyłącznie do potrzeb materialnych, z etycznego punktu widzenia, jest niemoralne, ale przede wszystkim jest nieprawdziwe.

W pewnym sensie 500+ jest politycznie przeciwskuteczne, gdyż zwiększa napięcie pomiędzy indywidualnym wysiłkiem jednostki a pozycją, jaką może ona osiągnąć w społeczeństwie. W dodatku wyłącza u polityków realistyczne myślenie.

Mirosława Marody

Czy jakieś ugrupowanie polityczne odpowiada na te szersze potrzeby?

Nie, może z pewnymi wyjątkami w postaci postulatów Wiosny. Ale żaden z polityków nie ma pomysłu na to, w jaki sposób przełożyć pragnienia ludzi na struktury społeczne oraz instytucje. Dlatego też, co wynika z analiz profesora Radosława Markowskiego, polski wyborca zmienia partie jak skarpetki.

I na poziom tej lojalności nie wpłynęło 500+?

W żadnym wypadku. Fundamentem lojalności nie są pieniądze.

A mówi się, że każdy ma swoją cenę…

To powiedzenie dotyczy jednostek. Ale nie można całego społeczeństwa zapisać do rad nadzorczych w spółkach skarbu państwa. Zawsze dla kogoś zabraknie miejsca.

Ale to nie jest tak, że tylko PiS nie potrafi zmienić rzeczywistości społecznej. Żadna partia nie miała do tej pory takiej władzy.

I żadna tak jej nie roztrwoniła. Problem polega na tym, że politycy tej partii odrzucają podstawowy element współczesnej wiedzy o społeczeństwie – mamy do czynienia ze zbyt złożonym systemem, żeby można było na niego oddziaływać wyłącznie przy pomocy prostych decyzji, kogo kupić, a kogo stłamsić. Politycznie trzeba budować demokratyczne instytucje i podtrzymać te, które już funkcjonują.

To dlaczego wszystkie partie prześcigają się w obietnicach socjalnych?

Zafiksowano się na tej olśniewającej strategii PiS-u do tego stopnia, że nikt nie ma czasu, żeby pomyśleć, jakimi innymi kategoriami można byłoby mówić do ludzi. Tu nie chodzi o kwestie utrzymania czy zniesienia 500+, a o wytworzenie nowego języka.

Obietnice socjalne nie zmienią już dynamiki wyborczej, ten roztwór jest nasycony. Sprowadzenie człowieka wyłącznie do potrzeb materialnych, z etycznego punktu widzenia, jest niemoralne, ale przede wszystkim jest nieprawdziwe.

Mirosława Marody

To akurat obiecuje Biedroń.

Bo on, zanim ogłosił program, to jeździł po Polsce i teraz próbuje grać tym dyskursem. Tylko, że to wszystko jest jeszcze bardzo świeże, a pięć stów to jest konkret i w dodatku prosty do spełnienia. Bo jak w konkret ubrać obietnicę, że wszystkim nam będzie się żyło trochę lżej? Należałoby szukać czegoś, co łączy politykę z tymi ogromnymi staraniami ludzi, które trwają już 30 lat.

Ale to brzmi jak banał polityczny, kolejny okrągły frazes. Korektą transformacji według PiS-u miały być właśnie transfery socjalne. Nie obietnice poprawy sytuacji w ciągu kilku lat, ale natychmiastowa gratyfikacja.

500+ to są grosze przy tym, że asystentka prezesa NBP zarabia 50 tysięcy złotych miesięcznie. I ludziom nawet nie chodzi o to, żeby zarabiać te pieniądze. Chodzi im o to, żeby te wypłaty, zarówno pieniędzy, jak i społecznego szacunku, odzwierciedlały zasługi. A co myślą ludzie o asystentce dyrektora, która tyle zarabia?

Dopóki rzeczywistość będzie dostarczała nam informacji, że nie trzeba być uczciwym, że nie warto ciężko pracować, że wystarczy znać odpowiednich ludzi i robić to, co nam każą, nawet kosztem szacunku do samego siebie, gniew będzie narastał. I będzie pojawiać się myśl, że może jak zagłosuję na tę drugą partię albo na zupełnie nową, to oni coś zmienią. Trudno jest też wytępić w ludziach podstawowe poczucie przyzwoitości i tego, że rzeczywistość nie powinna tak wyglądać. Zwłaszcza że obecny rząd szedł po władzę pod sztandarem moralnej odnowy.

>>>

Rydzyk i Brudziński na swoim, kler wypiera się pedofilii, jak to przestępcy

1 Mar

Producent kotłów parowych, wodnych i urządzeń kotłowych firma Rafako zajmie się budową Muzeum „Pamięć i Tożsamość” w Toruniu. Placówka potocznie nazywana jest „muzeum Rydzyka”, bo to fundacja redemptorysty Lux Veritatis zamierza uruchomić tę instytucję.  Otwarcie planowane jest na 2020 r.

Rafako to spółka, w której największe udziały ma obecny jej prezes Jerzy Wiśniewski. W skład firmy wchodzą także m.in. państwowe banki PKO BP i Pekao, zarządzane przez osoby powiązane z PiS.

Firma wygrała przetarg, mimo że w przypadku jednego z czterech kryteriów nie otrzymała ani jednego punktu. Z komunikatu na stronie internetowej muzeum wynika, że spółka Rafako złożyła „najkorzystniejszą ofertę”. Zamierza wybudować „muzeum Rydzyka” za 145 mln zł.

Przypomnijmy, że fundacja Rydzyka połowę kwoty potrzebnej na budowę muzeum dostała z budżetu państwa, czyli z pieniędzy wszystkich podatników. Umowę o przekazaniu 70 mln zł fundacji Lux Veritatis podpisał minister kultury Piotr Gliński. Kontroli CBA w tej sprawie domagała się opozycja.

Jesteśmy przekonani, że zachodzą wszelkie przesłanki, które pozwalają postawić tezę, że Tadeusz Rydzyk i jego prywatne interesy są traktowane w sposób specjalny przez rządzących. A jeżeli jakikolwiek podmiot prowadzący działalność gospodarczą traktowany jest na specjalnych zasadach, to zasadne jest pytanie, czy dochodzi tutaj do przekroczenia polskiego prawa, do korupcji” – mówił w czerwcu ubiegłego roku poseł PO Marcin Kierwiński. CBA nie odniosło się do sprawy…

Fundacja Nie Lękajcie Się oskarża wrocławskich hierarchów kard. Henryka Gulbinowicza i abp. Mariana Gołębiewskiego o ukrywanie ks. Pawła Kani, odsiadującego dzisiaj karę 7 lat więzienia za gwałt i molestowanie chłopców. Według kurii wrocławskiej to oskarżenie jest niczym innym jak „daleko idącą manipulacją”.

Paweł Kania został po raz pierwszy zatrzymany przez policję 5 września 2005 roku, gdy zaproponował trzem chłopcom 100 zł za usługi seksualne. Był wówczas wikariuszem parafii św. Ducha we Wrocławiu. O sprawie poinformował abp. Gołębiewskiego nieżyjący już proboszcz parafii, Czesław Mazur. Zero reakcji… – czytamy w wyborczej.pl

Dopiero gdy kilka dni później policja znalazła na plebanii pornografię dziecięcą, Kania został urlopowany i przeniesiony do domu dla księży emerytów. Wówczas poręczył za niego kardynał Gulbinowicz. Śledztwo w sprawie księdza pedofila toczyło się swoim trybem, a on sam został skierowany do jednej z parafii w Bydgoszczy, gdzie prowadził katechezę i opiekował się ministrantami. Po skargach rodziców na jego niewłaściwe zachowanie, został przeniesiony do Milicza, gdzie również nie krył swoich upodobań. Wikariusz parafii wraz z jednym z ministrantów złożyli na niego skargę do biskupa pomocniczego Edwarda Janiaka. Zero reakcji…

W 2010 roku zapadł prawomocny wyrok w jego sprawie. Udało mu się wybronić przed oskarżeniem o molestowanie, został skazany tylko za posiadanie dziecięcej pornografii. Wówczas usunięto go z Milicza, ale nadal odprawiał msze i udzielał sakramentów. Dwa lata później został przyłapany w jednym z wrocławskich hoteli, gdzie zameldował się z nieletnim chłopcem. W czerwcu 2015 roku został skazany na siedem lat więzienia. Wówczas pełnomocnik kurii, mecenas Michał Kelm spotkał się z ofiarą Kani i próbował przekonać go do zrzeczenia się roszczeń wobec kościoła w zamian za stypendium w wysokości 40 tys., zł. W proponowanym dokumencie ugody znalazł się zapis „Archidiecezja oświadcza, iż podpisanie porozumienia nie oznacza w żadnej mierze przyjęcia przez nią odpowiedzialności za przestępstwa Pawła Kani, te ustalone wyrokiem sądu i te, które w dniu podpisania porozumienia nie zostały ujawnione”.

Ksiądz Kowalski w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” uważa, że trudno mówić o niewłaściwej postawie kościoła w tej sprawie, bo „był to efekt błędów wielu ludzi. Wymiar sprawiedliwości nie dopatrzył się winy ks. Kani w 2005 r., w następstwie czego pewne błędy mogły być udziałem również ludzi Kościoła”.

Dzisiaj Henryk Gulbinowicz i Marian Gołębiewski są arcybiskupami seniorami, Ksiądz Kania może się już ubiegać o przedterminowe zwolnienie. Nadal pozostaje duchownym…

„Jakbym chciał doposażyć rodzinę, to nie byłbym parlamentarzystą, tylko trafiłbym do zarządu jakiejś dużej spółki Skarbu Państwa” – tak powiedział Joachim Brudziński w Radiu Zet o swoim kandydowaniu do Parlamentu Europejskiego. Można by rzec: wyszło – nomen omen – szydło z worka. Wiceprezes PiS, jeden z najbliższych współpracowników Jarosława Kaczyńskiego, szczerze przyznał, do czego partii rządzącej „służą” państwowe spółki.

Kuriozalne słowa Brudzińskiego komentowali na Twitterze dziennikarze. – „Wg jednego z ministrów rządu Mateusza Morawieckiego państwowe spółki służą do „doposażania” rodzin polityków. W rzeczywistości są to firmy o często strategicznym znaczeniu dla państwa i dlatego powinny mieć profesjonalne zarządy” – Bertold Kittel z TVN.

„Bo do spółek idzie się, żeby doposażyć rodzinę i jak widzę już nikt tego nie ukrywa. „Trafiłbym” – mówi minister, bo wie, że decyduje o tym tylko polityczne wskazanie” – Patryk Michalski z RMF FM. – „Wow, cóż za szczerość…” – Bartosz Wieliński z „GW”

„Prościej nie można! Model działania PiS w pigułce”; – „Czyli Brudziński przyznaje, że spółki to wysysalnia kasy dla działaczy”; – „Oj chyba niechcący prawdę powiedział… ciekawe co na prezes?”; „Doposażyć rodzinę można również w inny sposób. Tak jak Kamiński (ten uniewinniony), tak jak Cymański, jak Czarnecki… Po prostu można znaleźć im robotę w NBP, w spółkach…” – pisali inni internauci.

Ziobro kroi szmal dla Rydzyka

13 Lu

Nie pierwszy to raz Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu jest beneficjentem konkursu  organizowanego przez Ministerstwo Sprawiedliwości. „Szkolenia z zakresu metod i narzędzi niezbędnych do skutecznej komunikacji ze stronami sporu sądowego” – taki był temat konkursu, ogłoszonego w kwietniu 2018 roku.

W efekcie, uczelnia Tadeusza Rydzyka dostać może nawet blisko cztery miliony zł. Jest to największa dotacja – pozostałe dwa podmioty, które wybrano dostaną odpowiednio – około miliona zł dla KUL i dwie dotacje po 1,7 mln na dwa wybrane projekty Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury.

Choć warunki spełniło kilkanaście podmiotów wśród nich Fundacja Court Watch Polska czy Asseco – do dofinansowania resort wybrał tylko cztery. Jak podaje Onet uczelnia toruńska wypadła najskromniej, a  otrzymała najwięcej.

Środki, które trafią do szkoły T. Rydzyka pochodzą ze funduszy unijnych – z programu „Wiedza Edukacja Rozwój” przewidziane na lata 2014-2020. Rok wcześniej Ziobro wyasygnował na szkolenia medialne pracowników prokuratur i sądów blisko trzy mln zł.

Antysemityzm w Auschwitz, Rydzyk nie po polsku. Musimy się zdobyć na wysiłek, aby wykopać antyeuropejskie PiS od władzy

27 Sty

„Te straszne świadectwa tamtych czasów nie łatwo jest przywoływać. Państwo polskie stoi na straży prawdy, prawdy która nie może być relatywizowana w żaden sposób. Taką obietnice pełnej prawdy o tamtych czasach chcę złożyć. Musimy prawdzie patrzeć prosto w oczy. Po to żeby ta śmierć okrutna, która dotknęła wszystkich więzionych tutaj, żeby oni nie zginęli jeszcze raz” – mówił dzisiaj w muzeum Auschwitz premier Mateusz Morawiecki z okazji 74. rocznicy wyzwolenia obozu i obchodzonego na całym świecie Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu.

W swoim przemówieniu Morawiecki podkreślił, że za całą zagładę nie są odpowiedzialni naziści ale hitlerowskie Niemcy, które karmiły się ideologią faszystowską. „Całe zło wzięło się z tego państwa i nie wolno o tym zapominać, bo następuje relatywizacja zła”  – podkreślał premier.

Oprócz premiera podczas uroczystości głos zabrali byli więźniowie Auschwitz: Janina Iwańska i Leon Weintraub. W tym samym czasie pod bramą obozu Auschwitz demonstrowali narodowcy „z biało-czerwonymi flagami na drzewcach, w kibicowskich szalikach na szyjach i z opaskami Polski Walczącej na przedramionach.”

Główny inicjator tej demonstracji, Piotr Rybak – skazany za spalenie kukły Żyda na wrocławskim Rynku – przemawiał do zgromadzonych: „Cieszę się, że mamy takich patriotów. Cieszę się, że jest nas tak dużo, i wierzę, że za rok będzie jeszcze więcej. Czas walczyć z żydostwem i uwolnić od niego Polskę!”    

Po zabójstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza rozgorzała dyskusja o telewizji, a szczególnie Telewizji Publicznej. Głos zabrał również założyciel Radia Maryja i telewizji Trwam. „Zabrzmiało to tak, jakby ludożerca mówił o walorach diety wegańskiej” – skomentował słowa Rydzyka  czytelnik portalu naTemat.

Toruński redemptorysta, pomijając w ogóle oburzające materiały TVP  na temat byłego prezydenta Gdańska stwierdził: „Dziennikarze i politycy powinni być  ludźmi na wskroś etycznymi”. Otwierając w sobotę  w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu konferencję  pt. „Oblicza kolonizacji mediów” stwierdził, że tej etyki brakuje.

„Tego brakuje nadal, tej etyki, ale nie etyki byle jakiej” – podkreślił. Wspominając o atakach na Radio Maryja powiedział: „Ja się nie dziwię, że Radio Maryja było tak atakowane od samego początku. Oszczerstwa i wszelkie błoto kierowano w naszą stronę w myśl zasady „plujcie, plujcie, a zawsze przyschnie”. To Lenin tak mówił:  „kłamcie, kłamcie, a zawsze coś zostanie”. I tak jest”.

Rydzyk stwierdził również, że jego stację radiową atakuje… lewacja. „W ludziach emocje wywołują – tak, że można sobie do oczu skoczyć. Gdy rozpoczynało się Radio Maryja i widziałem, co dzieje się w świecie oraz widziałem, jak ciężko się w Polsce robi te przemiany, to mówiłem, że oni są gotowi z Polski zrobić Jugosławię. Oni – strona przeciwna, którą nazywam „lewacją” – ocenił.

Tę ostatnią wypowiedź skomentował inny czytelnik portalu. „Jak to się stało, że drobny cwaniaczek mający problemy z budowaniem zdań rządzi w takim dużym kraju?”

Stawką tegorocznych wyborów jest nie tylko ocalenie polskiej demokracji i państwa prawa, lecz także samej Unii Europejskiej.

Zjednoczona Europa się chwieje. Konstrukcja wznoszona przez kilka pokoleń obywateli po II wojnie światowej okazuje się mniej odporna na zagrożenia niż myśleliśmy. Jeszcze dziesięć lat temu wydawało się, że integracja jest procesem jednokierunkowym, który stopniowo doprowadzi do zrośnięcia się państw narodowych w spójny organizm polityczny. Że siły nacjonalistyczne i „eurosceptyczne”, czy mówiąc wprost – antyeuropejskie, to tylko margines i folklor polityczny, który nigdy nie umocni się na tyle, by mieć wpływ na kształt Europy.

Integracja europejska to nie droga jednokierunkowa

Brexit pokazał, że to przekonanie było błędne. Integracja to nie droga jednokierunkowa – można nią iść także w przeciwnym kierunku, przywracając architekturę polityczną sprzed II wojny światowej, czyli odtwarzając warunki, które do tej wojny doprowadziły. Integracja europejska miała być właśnie receptą zabezpieczającą nas przed powtórką.

Brexit nie byłby tak niepokojący, gdyby pozostawał odosobnionym incydentem. Niestety jednak nie jest jedynym symptomem dezintegracji. Towarzyszą mu przesunięcia elektoratów w wielu państwach UE, gdzie w wyborach umacniają się partie populistyczne i mniej lub bardziej antyeuropejskie. Alternatywa dla Niemiec, Front Narodowy we Francji, Ruch Pięciu Gwiazd i Liga Północna we Włoszech, Fidesz na Węgrzech, PiS w Polsce – te ugrupowania albo już zdobyły władzę w swoich państwach, albo osiągnęły pozycję pozwalającą myśleć o zdobyciu jej w nieodległej przyszłości.

Unia Europejska nas obroni. Czyżby?

Broniąc w Polsce demokracji i państwa prawa przed PiS-em budującym autorytaryzm, odwołujemy się do wspólnych europejskich wartości i liczymy na wsparcie instytucji unijnych. Pomoc ta rzeczywiście nadchodzi. Trybunał Sprawiedliwości zmusił PiS do cofnięcia się w sprawie Sądu Najwyższego, a w rozprawie wyznaczonej na marzec być może zmusi też do cofnięcia się w innych obszarach, np. w kwestii obsady KRS. Na początku stycznia Parlament Europejski uchwalił, że część funduszy dla organizacji pozarządowych będzie trafiać do beneficjentów z pominięciem rządów krajowych, dzięki czemu PiS czy Fidesz Viktora Orbána nie będą już mogły morzyć głodem inicjatyw, które się im nie podobają.

Te posunięcia UE przynoszą otuchę i dają zwolennikom demokracji poczucie względnego bezpieczeństwa: jak by co, zawsze można liczyć na to, że Unia nam pomoże. Ejże, rzeczywiście zawsze?

Unia może stać się wydmuszką

Niestety, to poczucie bezpieczeństwa może okazać się złudne. Słabnąca, ulegająca dezintegracji Unia Europejska będzie wywierać coraz mniejszy wpływ na swoich członków, którzy coraz mniej będą się przejmować upomnieniami i pouczeniami płynącymi z Brukseli. Już dziś widać to w postawie Viktora Orbána, który zhardział i nabrał butnej pewności siebie. Jeszcze kilka lat temu cieszył się w UE opinią sprytnego i elastycznego gracza, który na użytek wewnętrzny posługuje się populistycznym nacjonalizmem, lecz na europejskich salonach stara się przestrzegać obowiązujących reguł i idzie na kompromis –  np. gdy w 2011 r. Trybunał Sprawiedliwości UE zakwestionował obniżenie wieku emerytalnego węgierskich sędziów do 62 lat, Orbán wycofał się z tego.

Ostatnio jednak węgierski przywódca wyraźnie prowokuje Brukselę i idzie w zaparte. Mimo nacisków i upomnień twardo obstaje przy jawnie zamordystycznych decyzjach, jak usunięcie z Węgier Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego czy przyjęcie wymierzonej w sektor pozarządowy ustawy „Zatrzymać Sorosa”, która pozwala represjonować organizacje pomagające uchodźcom.

Z komentarzy i przecieków wynika, że Orbán przestał przejmować się stanowiskiem Brukseli, bo liczy na to, iż po wiosennych wyborach europejskich zmieni się konstelacja w europarlamencie i dotychczasowe elity przestaną być elitami – stracą swą pozycję, a ich miejsce zajmą przedstawiciele środowisk „eurosceptycznych”. Władza w UE dostanie się w ręce obozu antydemokratycznego i antyeuropejskiego. To będzie koniec Unii Europejskiej, jaką znamy. Jeśli nawet przetrwa, to tylko jako wydmuszka – instytucjonalna skorupa pozbawiona rzeczywistej treści.

Wiktoria wiedeńska, cud nad Wisłą i…

W polskiej publicystyce i wystąpieniach polityków wielokrotnie padała teza, że tegoroczne wybory parlamentarne będą najważniejsze od demokratycznego przełomu 1989 r., bo zadecydują o przyszłości Polski – czy pozostanie państwem demokratycznym, czy ostatecznie stoczy się w mroczną otchłań autorytaryzmu.

Nikt chyba jednak nie zwrócił uwagi, że wybory 2019 r. – i europejskie, i krajowe – będą miały jeszcze jeden historyczny wymiar: europejski. Polscy wyborcy, dwukrotnie idąc do urn, będą współdecydować o kierunku, w jakim rozwinie się sytuacja w Europie. Jeśli wiosną wyślą do europarlamentu przedstawicieli tzw. dobrej zmiany, a jesienią powierzą im władzę w kraju, praktycznie postawią krzyżyk nie tylko na europejskich aspiracjach Polaków, ale i na samej Unii Europejskiej.

Jeśli jednak opowiedzą się za demokracją i wolnością, jeśli odbiorą władzę nacjonalistom i wrogom liberalnej demokracji, dadzą całej Europie mocny sygnał i impuls do obrony wartości. Spektakularne zwycięstwo nad PiS-em dałoby nową nadzieję Europejczykom, których duch upadł po Brexicie i kolejnych wyborczych sukcesach antyeuropejskich populistów.

Polacy w przeszłości wygrali dwie batalie, które ocaliły Europę: w 1683 r. rozgromili pod Wiedniem Turków, a w 1920 r. pokonali nad Wisłą bolszewików. Dobrze byłoby w 2019 roku dopisać do tej listy zwycięstwo nad antyeuropejską armią Kaczyńskiego.

(fragment)

Afera KNF jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego.

Wszystko do tej pory w aferze KNF jest zbieżne z aferą Rywina. Według „Wyborczej”, Chrzanowski miał zeznać, że rozmawiał z bankierem Czarneckim z inspiracji Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Afera Rywina była ostatecznie klęską samego Rywina, SLD i polityków tej partii. Afera KNF jest rozleglejsza – jak rozległa personalnie, nie wiemy – ale przede wszystkim jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego, bo Glapiński to konstytucyjny (nieusuwalny w trakcie kadencji) prezes banku centralnego.

Glapiński sam nie ustąpi. Jeżeli zeznania Chrzanowskiego są prawdą, to Jarosław Kaczyński może uruchomić skuteczne narzędzie, aby Glapiński podał się do dymisji. Może, lecz nie musi. Koszty poniesie PiS w roku wyborczym, czy zatem prezes PiS na to pójdzie? Raczej, a w zasadzie na pewno nie.

Jaka z tego w tej chwili może być sformułowana konkluzja? Otóż SLD miał Rywina i grupę trzymającą władzę, Platforma osławione ośmiorniczki, a PiS ośmiornicę i wszyscy wiemy, kto w niej trzyma wszechwładzę. Ta afera z Chrzanowskim i Glapińskim kiedyś zostanie ujawniona. Oby nie za późno dla Polski.

>>>

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>