Tag Archives: szkolnictwo

Zalewska za zniszczenie edukacji powinna wylądować w pierdlu

23 Mar

Zwracam się do wszystkich nauczycieli, by byli przy swoich uczniach, dzieciach. By razem z nimi emocjonowali się tylko tym, by napisano dobrze egzaminy – przemówiła do nauczycieli minister edukacji narodowej Anna Zalewska. Na odpowiedź ZNP nie trzeba było długo czekać. – My byliśmy, jesteśmy i będziemy przy uczniach, nawet jak pani minister skończy już kampanię do europarlamentu – skomentował Sławomir Broniarz.

Zalewska apeluje do nauczycieli

Minister Anna Zalewska postanowiła porozmawiać w piątek z nauczycielami, ale za pośrednictwem mediów, na zorganizowanej przez siebie konferencji.

– Drogie koleżanki i koledzy. Dla miliona uczniów nadchodzi wyjątkowy czas, najważniejsze egzaminy. Centralna Komisja Egzaminacyjna jest przygotowana do tego. Zwracam się do wszystkich nauczycieli, by byli przy swoich uczniach, dzieciach. By razem z nimi emocjonowali się tylko i wyłącznie tym, by napisano dobrze egzaminy – mówiła Zalewska.

Minister edukacji przekonywała, że od trzech lat rozmawia z nauczycielami, a w 2017 roku była to jedyna grupa, która otrzymała waloryzację.

– Zapowiedzieliśmy podwyżki. Konsekwentnie realizujemy obietnice, przyspieszyliśmy – chwaliła się minister.

ZNP: Będziemy przy uczniach, nawet jak pani już skończy

Słowa minister Anny Zalewskiej zirytowały nauczycieli. – My byliśmy, jesteśmy i będziemy przy uczniach, nawet jak pani minister skończy już kampanię do europarlamentu – skomentował Sławomir Broniarz, prezes ZNP. – Tego rodzaju postawa minister jedynie irytuje środowisko i pokazuje arogancję i lekceważenie resortu – dodaje szef ZNP.

Sławomir Broniarz podkreślił, że termin strajku został przedstawiony 4 marca, co dawało rządzącym czas na rozmowy i szukanie porozumienia z nauczycielami.- Do tej pory nie było żadnych propozycji ministerstwa. Nie spełniono naszych postulatów, a już z pewnością tych wokół przedmiotu napięcia – mówił Broniarz.

Szef ZNP dodał też, że w poniedziałek oczekuje od minister edukacji przedstawienia rozwiązań.

Opozycja: Minister ucieka od odpowiedzialności

– Minister na piątkowej konferencji nie zaproponowała żadnego rozwiązania. Powtarza te same argumenty jak zdarta płyta, nie odpowiada na pytania dziennikarzy. Nie ma odwagi zderzyć się z rzeczywistością, która jest w polskich szkołach – komentowała słowa szefowej MEN Krystyna Szumilas z PO.

Od 5 marca trwa w szkołach referendum strajkowe w ramach prowadzonego przez ZNP sporu zbiorowego. ZNP w referendum pyta nauczycieli: „Czy wobec niespełnienia żądania dotyczącego podwyższenia wynagrodzeń zasadniczych nauczycieli, wychowawców, innych pracowników pedagogicznych i pracowników niebędących nauczycielami o 1000 zł z wyrównaniem od 1 stycznia 2019 r. jesteś za przeprowadzeniem w szkole strajku począwszy od 8 kwietnia br.?”. Referendum potrwa do 25 marca.

Jeżeli  nauczyciele opowiedzą się za strajkiem, ten rozpocznie się 8 kwietnia, czyli na 2 dni przed egzaminami.

– Minister Zalewska sama narobiła chaosu w szkole, skrzywdziła uczniów, a teraz winę za chaos chce zrzucić na nauczycieli – dodaje była szefowa resortu edukacji.

TSUE nakazuje PiS powrócić do standardów demokratycznych w sprawie Sądu Najwyższego

18 Gru

„Podpisał nowelizację do nowelizacji o nowelizacji w sprawie nowelizacji w odniesieniu do nowelizacji, która była nowelizacją nowelizacji ustawy o SN. Podpisywał klęcząc!!!” – skomentował internauta podpisanie przez Andrzeja Dudę ustawy o Sądzie Najwyższym. To rzeczywiście siódma wersja ustawy.

A tak w TVN24 o podpisie prezydenta pod tą ustawą mówił Adam Bielan: – „My nie uważamy, że to było złamanie Konstytucji. Dalej uważamy, że mieliśmy w tym sporze rację, natomiast respektujemy wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE. Skoro takie orzeczenie zabezpieczające zapadło, dzisiaj zostało podtrzymane, potwierdzone, to musimy się do tego dostosować”.  22 sędziów SN, w tym troje prezesów, przeniesionych pół roku temu poprzednią pisowską ustawą w stan spoczynku, wróciło do orzekania.

Nawet prawicowy dziennikarz Łukasz Warzecha ironizował na Twitterze: – „Towarzysze, nasza bohaterska armia, zadawszy ciężkie straty wrogowi, wycofała się na z góry zaplanowane pozycje”. Janusz Piechociński z PSL pospieszył z radą: – „Politykom PiS do nucenia piosenka Joanna Rawik Po co nam to było? Po co nam to było? Jeszcze nic się nie zaczęło A już się skończyło Ledwie zapłonęło Jedną krótką nocą Po co nam to było? Po co?!”.

„Ani kroku w tył… Tak mówili…”; „Duda podobno płakał jak podpisywał nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym”; – „Adrian podkulił ogon i podpisał nowelizację ustawy o SN. Oznacza to, że rząd PiS nie będzie już kwestionował pozycji I prezes SN Małgorzaty Gersdorf. No to czekamy na przeprosiny? A nie… To przecież PiS. Do przeprosin trzeba honoru”;

„PiS wnosi do sejmu ustawę o SN, Duda niby wetuje; Duda wnosi niby swoją, PiS przegłosowuje; TSUE kwestionuje zapisy, PiS ustawę niby nowelizuje; Duda nowelizację po miesięcznym niby namyśle podpisuje; Andrzej, jak ty mi teraz zaimponowałeś” – podsumowali internauci.

Już ponad tydzień temu pojawiła się w mediach informacja o postawieniu zarzutów karnych oszustwa Markowi P., byłemu bliskiemu współpracownikowi Kornela Morawieckiego, szefa stowarzyszenia “Solidarność Walcząca”. Zdaniem śledczych z wrocławskiej Prokuratury Regionalnej miał on zdefraudować pieniądze, jakie miały zostać przekazane przez fundację “SOS dla życia” prowadzoną przez księdza Tomasza Jegierskiego.

Tyle tylko, że taka decyzja i postawienie zarzutów tylko jednej osobie będącej w całej historii ujawnionej przez szefa fundacji zasadniczo jedynie pionkiem, wcale nie zamyka tej sprawy, a wręcz prowokuje do zadawania głośno pytań, czy nie jest on jedynie kozłem ofiarnym, który w tej sprawie musiał się znaleźć. Tym bardziej, że skoro śledczy zdecydowali się na zarzuty oszustwa to nie tylko potwierdzili istnienie zaginionych (zdaniem Jegierskiego niezwróconych) pieniędzy, ale uwiarygodnili zeznania samego księdza oraz historii przez niego opowiedzianej. A ta jest zupełnie niespójna, gdy tak jak chcą śledczy, uznamy, że Marek P. sam, z własnej inicjatywy i bez żadnej wiedzy swojego szefa połakomił się na te pieniądze. Cóż bowiem wiemy o tej sprawie?

W marcu z mównicy sejmowej, z ust Stanisława Gawłowskiego padają głośne pytania pod adresem Kornela Morawieckiego oraz jego syna, premiera rządu RP, Mateusza “Panie premierze Morawiecki, stawiam publiczne pytania, czy pan jest skorumpowany? Czy pan wpłacał ze swego banku dotacje dla dzieci pod warunkiem, że pieniądze zostaną przekazane na rzecz pańskiego ojca?” – pytał były sekretarz generalny PO, sam będący przecież ofiarą pisowskiej prokuratury. Powodem postawienia takich zarzutów była historia, którą opowiedział ks. Tomasz Jegierski, dotycząca wydarzeń z 2013 roku, kiedy to asystent posła Kornela Morawieckiego zaproponował wsparcie m.in. ze strony Wielkopolskiego Banku Kredytowego (BZ WBK), którym wówczas zarządzał obecny premier Mateusz Morawiecki. Warunkiem tej pomocy (czyt. warunkiem udzielenia wsparcia) miała być wpłata 96 tys. złotych na rzecz Kornela Morawieckiego i jego organizacji Solidarność Walcząca. 5 stycznia 2013 roku Kornel Morawiecki odebrał te pieniądze, a na żądanie księdza pokwitował je jako pożyczkę, na co przedstawił zdjęcie pokwitowania z podpisem obecnego lidera Wolnych i Solidarnych.

Sam Kornel Morawiecki sprawie konsekwentnie zaprzecza, przekonując że Ks. Jegierski wszystko zmyślił, dokument to fałszywka, a sama afera jest próbą szantażu, co zgłosił do prokuratury. I właśnie tu warto się zatrzymać, by wyciągnąć pewne wnioski.

Skoro śledczy wrocławskiej prokuratury postawili zarzut Markowi P., to tym samym są przekonani, że pieniądze jednak zostały przez ks. Jegierskiego przekazane na rzecz stowarzyszenia Solidarność Walcząca. Ksiądz w marcu tego roku pokazał wydruki zrachunku bankowego fundacji, potwierdzające dwukrotną wypłatę po 48 tys. złotych oraz twierdzi wprost, że do przekazania pieniędzy doszło 5 stycznia 2013 roku w siedzibie Stowarzyszenia „Solidarność” Walcząca we Wrocławiu. Otrzymał tam pokwitowanie podpisane przez Kornela Morawieckiego, które mówi o pożyczce.

Problemy zaczynają się, gdy szef fundacji zaczął domagać się zwrotu pożyczonych pieniędzy. Tu bowiem sprawa bardzo poważnie się komplikuje, a Jegierski z ofiary ma w oficjalnej narracji stać się potencjalnym przestępcą.

Kornel Morawiecki przekonuje, że nie jest Jegierskiemu nic winien, a samo wezwanie do zwrotu pieniędzy to próba szantażu. Składa zawiadomienie do prokuratury, a funkcjonariusze ABW (podlegli przecież jego synowi) błyskawicznie reagują, próbując przedstawiać księdza jako szantażystę. Bulwersować powinna kwestia bardzo dużej mobilizacji służb, by odnaleźć oryginał pokwitowania. Funkcjonariusze są na tyle zdeterminowani, że oprócz siedziby fundacji przeszukują nawet mieszkanie babci Jegierskiego. Czy nie powinno nas dziwić tak nerwowe działanie funkcjonariuszy? Czy nie dzieje się tak dlatego, że potwierdzenie wiarygodności ks. Jegierskiego i przedstawianej przez niego historii obciążałoby zarówno Kornela Morawieckiego, jak i samego premiera? Jedno jest pewne – zarzuty dla Marka P. oznaczają, że Kornel Morawiecki po prostu kłamał, że takich pieniędzy w ogóle nie było. Czy kłamał też w innych kwestiach?

W ostatnich dniach doszło do konfrontacji Marka P. z księdzem Jegierskim, jednak prokuratura we Wrocławiu milczy w tej sprawie. Szef Fundacji “SOS dla życia” przekonuje, że ma jeszcze inne dowody, mające potwierdzać jego wersję. Przekonuje jednak, że dalsze prowadzenie śledztwa akurat przez prokuraturę we Wrocławiu, gdzie kontakty obu Morawieckich są bardzo rozległe, może poważnie wpłynąć na jego finałowe ustalenia.

Niestety, ostatnia decyzja o postawieniu zarzutów defraudacji pieniędzy Markowi P. daje podstawy, by podejrzewać, że w sprawie nikt “drążyć nie będzie” i asystent Kornela Morawieckiego zostanie klasycznym kozłem ofiarnym (niewykluczone, że z wyboru). Dla zakończenia śledztwa nie ma znaczenia fakt, że bardzo wątpliwe jest, by fundacja księdza Jegierskiego dostała takie wsparcie ze strony dwóch banków (darowiznę otrzymano także z PKO BP, gdzie prezesem jest Zbigniew Jagiełło), których szefostwo powiązane jest personalnie ze stowarzyszeniem “Solidarność Walcząca” tylko w oparciu o samodzielne i prowadzone z własnej inicjatywy działania Marka P. Sprawę trzeba jak najszybciej zamknąć, bo jeśli się to nie uda, to w najbliższych miesiącach może ona skutkować postawieniem zarzutu udziału w oszustwie nie tylko szefowi Marka P., ale i jego synowi, pełniącemu obecnie funkcję premiera.

Trybunał Sprawiedliwości UE w ostatecznym orzeczeniu podtrzymał swoją decyzję o zastosowaniu środków tymczasowych w postaci zawieszenia przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym – poinformował TSUE. Polski rząd nie zdołał przekonać unijnego Trybunału, że postępuje słusznie w kwestii reformy sądownictwa.

W październiku Trybunału Sprawiedliwości UE podjął decyzję o zastosowaniu środków tymczasowych, zawieszających stosowanie przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym, tym samym w pełni przychylając się do wniosku Komisji Europejskiej w tej sprawie. Trybunał zdecydował, że sędziowie wysłani przez PiS na emeryturę zostaną przywróceni do pracy.

Październikowa decyzja nie była to jednak decyzja ostateczna. W listopadzie w Luksemburgu odbyła się rozprawa w tej kwestii, na której Polska i KE przedstawiły swoje argumenty w sprawie. Komisja Europejska przekonywała, że niezbędne jest zawieszenie przepisów do czasu wydania ostatecznego wyroku, a Polska argumentowała, że nie ma do tego przesłanek.

„Podnoszone przez Komisję zarzuty faktyczne i prawne uzasadniają zarządzenie środków tymczasowych” – tłumaczy jednak Trybunał w swojej decyzji.

Oznacza to, że TSUE przychylił się do wniosku KE o to, aby sędziowie, których dotyczą sporne przepisy, mogli powrócić na stanowiska oraz by wstrzymane zostało mianowanie nowych sędziów na miejsca tych, którzy zostali odesłani na emeryturę. Zgodnie z tą decyzją Polska ma też powstrzymać się od powołania nowego pierwszego prezesa SN.

Trybunał przypomniał, że środki tymczasowe mogą być zarządzone jedynie wtedy, gdy zostanie wykazane, że ich zastosowanie jest prawnie i faktycznie uzasadnione oraz że mają one pilny charakter. Chodzi o to, że ich zarządzenie i wykonanie przed ostatecznym rozstrzygnięciem sprawy jest konieczne, by uniknąć poważnej i nieodwracalnej szkody dla interesów UE.

„Przedstawione przez Komisję argumenty nie wydają się prima facie (na pierwszy rzut oka – przyp. red.) pozbawione poważnych podstaw, a zatem nie można wykluczyć, że sporne przepisy prawa krajowego naruszają zasady nieusuwalności sędziów i niezawisłości sędziowskiej – podkreślił TSUE.

Nowelizacja ustawy o SN

Oznacza to, że błyskawiczna nowelizacja ustawy o Sądzie Najwyższym, przyjęta w listopadzie przez polski Sejm nie wstrzymała postępowania przed TSUE. Poprawka przewidywała, że sędziowie SN i Naczelnego Sądu Administracyjnego, którzy przeszli w stan spoczynku po osiągnięciu 65. roku życia, powrotu do pełnienia urzędu. Ustawa w nowym kształcie miała także potwierdzić, że I prezesem SN do końca kadencji pozostanie prof. Małgorzata Gersdorf. Nowelizacja czeka teraz na podpis prezydenta Andrzeja Dudy.

Nie da się po raz drugi zrobić dobrego pierwszego wrażenia, ale wejść dobrze do Unii, to jak najbardziej… Nie ma przeciwwskazań

Kiedy Krystyna Pawłowicz zapowiada odejście na polityczną emeryturę i zamyka konto na Twitterze, a z okazji zjazdu partii aktualnie rządzącej odprasowuje się unijne „szmaty” i wiesza w sali konferencyjnej, to – by zacytować klasyka – wiedz, że coś się dzieje.

Wchodzimy do Europy, mianowicie. Że już raz weszliśmy i to dawno temu? Niby tak, ale w Unii coraz częściej podnoszą się głosy, że wcale nie jesteśmy prawdziwymi Europejczykami. A Bruksela wytoczyła nawet postępowanie przed Trybunałem UE, by nam to udowodnić.

Czyli coś z tym wchodzeniem musiało być nie tak, co zresztą oczywiste, skoro zabrali się za to liberałowie i lewacy. Więc nie ma rady, trzeba wchodzić od nowa, przy okazji zadając kłam krzykaczom z opozycji, straszącym Naród Polexitem. Przekaz dnia z Nowogrodzkiej informuje więc: Polexitu żadnego nie będzie. Przeciwnie – partia właśnie zapowiedziała Pol-enter. Czy raczej Pol-re-enter.

Bo owszem, nie da się po raz drugi zrobić dobrego pierwszego wrażenia, ale wejść dobrze do Unii, to jak najbardziej… Nie ma przeciwwskazań.

Na początek chodzi – oczywiście – o to, żeby Polska po raz kolejny weszła do Europy w osobach swych najlepszych przedstawicieli z – ma się rozumieć – partii aktualnie rządzącej. Nasze Powtórne Przyjście muszą bowiem w Europie poprzedzić poważne reformy i liczne ustawy naprawcze. Niemniej jednak, jeśli tylko wyborcy dadzą kandydatom formacji władzy odpowiednio szeroki mandat, to oni „dadzą radę”. Zrobią to dla kraju! A co tam – poświęcą się i ostatecznie pojadą do tej nieszczęsnej, brudnej, niebezpiecznej, zdziczałej i pozbawionej wartości Brukseli. Poza tym „się im należy” za cierpienia moralne związane z udawaniem Europejczyków i znoszenia widoku unijnych „szmat” na oficjalnych partyjnych konwencjach. No i przecież to są fachowcy, którzy w trzy lata uczynili z Polski „w ruinie” kraj mlekiem, miodem i milionami z budżetu płynący. To i Unia też popłynie.

Niektórzy mają już nawet dla Europy ambitne programy naprawcze, wzorowane na spektakularnych sukcesach partii władzy nad Wisłą. Na przykład Beata Szydło już zawczasu przygotowała dla europosłów prezentację pod tytułem „Zobacz, Europo, jak można pięknie żyć!”.

Istnieje wprawdzie niebezpieczeństwo, że z Brukseli niewiele da się zobaczyć ze względu na smog zalegający akurat nad Krakowem i Warszawą, ale być może plan jest taki, żeby zamiast narażać wzrok europosłów, od razu oprzeć wykłady o materiał wizualny z „Dziennika” TVP. Tam najpiękniej widać, jak Polska pod nową ekipą rośnie w siłę, a ludzie żyją dostatniej.

Krążą słuchy, że w składzie delegacji, która miałaby odpowiadać za przygotowanie Unii na Polenter, mają się – między innymi – znaleźć były minister obrony narodowej Antoni Macierewicz oraz aktualny minister sprawiedliwości – Zbigniew Ziobro. I słusznie, bo obronność i praworządność pozostawiają w Europie najwięcej do życzenia. O stan środowiska unijnego miałby z kolei zadbać były minister Szyszko, wsławiony w świecie nowatorskimi metodami walki z kornikami, a o zdrowie Europejczyków – ex-minister Radziwiłł. Warto by również uzupełnić naszą brukselską ekspedycję o szefa Komisji Finansów – senatora Biereckiego. Bowiem bogate unijne banki aż się proszą o jakieś ambitne SKOKi na kasę.

Chodzą też słuchy, że za politykę imigracyjną Brukseli miałaby odpowiadać pani minister Kempa i słusznie, bo uchodźcom najlepiej jest „pomagać na miejscu”. A za media – prezes Kurski (Jacek, znaczy). Ministerstwo wyznań najlepiej byłoby powierzyć paniom posłankom Sobeckiej albo Sierakowskiej. A były wiceminister obrony Kownacki może nauczyłby wreszcie Europejczyków, jak posługiwać się widelcem.

Gdyby wyborcy dali tym państwu szansę, to już za kilka lat otworzyłaby się dla nas kolejna szansa na porządny, nielewacki Polenter do Europy „naszych marzeń”. A zamiast euro, czy to nad Sekwaną, czy nad Renem płacilibyśmy w złotówkach.

Niestety, w przeciwieństwie do pań i panów posłów delegowanych do Unii przez partię władzy, na swoją szanse na prawdziwą europeizację zwykli Kowalscy będą jednak musieli chwilę poczekać. Bo wprawdzie pan premier zapowiedział ostatnio nasz szybki „powrót do Europy” w kwestii przeciętnych wynagrodzeń (mają wzrosnąć do średniej europejskiej), ale zapomniał dodać, że musimy na to poczekać nie krócej, niż dekadę. No i że będzie to raczej średnia grecka, niż niemiecka.

Do tego zaś czasu, kto liczy na Polenter, musi samodzielnie spakować walizki. Albo pójść na wybory.

Prawicowa rewolucja Jarosława Kaczyńskiego nie tylko dąży do autorytaryzmu, zniesienia państwa prawa, braku wolności mediów i obywatelskich. Przygotowuje też młodzież do idei tradycji, w której nie myśli się samodzielnie, bo taki elektorat w przyszłości kształtuje się na własne potrzeby, jest jak plastelina.

Ta „rewolucja” prawicowa może przynieść największe straty wśród młodych Polaków, bo czego nie nauczą się za młodu, mogą nie mieć szans dowiedzieć się w życiu dorosłym. Brak głodu wiedzy i innowacji oraz ograniczania służą każdej indoktrynacji. Jeden z największych ideologów w historii Lenin, z którego dorobku  intelektualnego zdaje się czerpać prezes Kaczyński, sformułował tezę: „Jeżeli policjant zarabia więcej od nauczyciela, mamy do czynienia z państwem policyjnym”.

Lenin był wówczas na etapie walki z caratem, potem stworzył idealne państwo policyjne. U nas policjanci i nauczyciele zarabiają marnie, nie znaczy to, że państwo PiS nie dąży do autorytaryzmu. Na razie znajduje się na etapie tworzenia własnych kadr. Zresztą Lenin też wypowiedział się o tym: „Kadry są  najważniejsze”.

Kadry w wojsku, w policji zostały przez PiS obsadzone posłusznymi, spolegliwymi, także podobnie zindoktrynowani pracują w kuratoriach oświaty. Ale te kadry podstawowe, na dole hierarchii, nie są dowartościowane, szczególnie finansowo.

Głowę podnieśli już policjanci, połowicznie ich protest zażegnano (na razie). Protestują pracownicy sądów i prokuratur. W okresie przedświątecznym do protestu przystąpili nauczyciele. Stosują ten sam sposób legalności protestu, jak policjanci – biorą chorobowe, idą po prostu na L4.

W tym sensie protest jest oryginalny, bo nie można nazwać tego strajkiem. Ponadto nauczyciele protestują w sposób niezorganizowany, nie stoją za nimi żadne związki zawodowe. Protest na L4 w sensie braku odgórności przypomina strajki sierpniowe 1980 roku, które  potem posłużyły do utworzenia „Solidarności”.

Jak każdy protest, jak każdy strajk, który przewraca porządek prawny bądź polityczny, ma podłoże socjalne – to jest najlepszy motor do wspólnego działania, do przeciwstawiania się, do trwania w determinacji. Nauczyciele chcą zarabiać średnią krajową, z obliczeń wychodzi, iż domagają się od państwa podwyżek o 1000 zł.

Protestują nauczyciele w całym kraju, na razie kilka szkół w Warszawie, także we wszystkich większych miastach Polski. Pedagodzy zwołują się w mediach społecznościowych, informują siebie nawzajem za pomocą sms-ów. Ten protest może przewrócić porządek obecnej władzy przynajmniej w szkolnictwie. Jest inny z ducha niż policjantów, którym Joachim Brudziński na odczepnego rzucił po kilka setek i zapewnienie o lepszym przejściu na emeryturę. PRL-owski satyryk ludowy Jerzy Ofierski jako sołtys Kierdziołek, zwykł mówić: „Cie choroba, ale się porąbało!”. Nauczyciele władzy powiedzieli: „Cie choroba, to was porąbało, my idziemy na L4”.

Na tropach mafijnych sposobów PiS Krzysztof Brejza

17 Gru

C.M. Dlaczego pan się zajął pokazywaniem, jak uwłaszczają się ludzie PiS? Czy chodziło tylko o czarny PR, który faktycznie się udał? Może łatwiej jest nagłośnić błędy przeciwnika, niż najważniejsze punkty własnego programu?

K.B. Nie, dla mnie to jest temat centralny. Chciałem poznać metodę polityczną Jarosława Kaczyńskiego, jego sposób sprawowania władzy, myślenie o państwie. On przecież wszystkim w PiS zarządza osobiście, więc także uwłaszczenie działaczy partyjnych to jego „programowy” pomysł. Może jedyny, bo żadnych pozytywnych reform państwa czy gospodarki nie widać. Jest tylko wymiana kadr i przechwytywanie przez tych nowych ludzi publicznej własności i budżetowych pieniędzy. Tak było od czasu założonej przez Kaczyńskiego w 1990 roku Fundacji Prasowej „Solidarność”, dzięki której on i skupieni wokół niego działacze Porozumienia Centrum po raz pierwszy uwłaszczyli się na majątku publicznym. To on wymyślił spółkę „Srebrna”, jego podpisy są na akcie notarialnym tej spółki. Tu nic się nie zmieniło. Do mnie od dawna z różnych źródeł docierały sygnały, że aby dostać dobrą posadę w naprawdę bogatej spółce Skarbu Państwa trzeba osobiście udać się do Kaczyńskiego, zostać przez niego przesłuchanym i zatwierdzonym. To wszystko są jego osobiste decyzje, a przez to także jego osobista odpowiedzialność. Nawet jeśli on celowo unika dziś przyjmowania funkcji państwowych, aby tej odpowiedzialności – politycznej, konstytucyjnej, karnej – uniknąć.

Jak rozumiem, jest wystarczająco dużo dokumentów i świadków, którzy mogą potwierdzić, że Kaczyński podejmował kluczowe decyzje personalne związane z uwłaszczeniem jego działaczy partyjnych na majątku publicznym?

Z informacji, które do mnie docierają wynika, że to on wymyślił nawet wprowadzenie zasady rotacyjności we władzach spółek skarbu państwa. Tak, by prezesi i członkowie zarządów pełnili swoje funkcje najwyżej przez rok czy półtora. Aby jak największa liczba ludzi związanych z rządzącą ekipą mogła otrzymać odprawy.

W czasach rządów Akcji Wyborczej Solidarność, którą Jarosław Kaczyński oskarżał o stosowanie zasady o Teraz K… My, zarządy spółek Skarbu Państwa zmieniły się zwykle tylko raz, po zmianie władzy, a i to nie wszystkie. Później w wyjątkowych sytuacjach dochodziło do pojedynczych zmian w zarządach jednej czy drugiej spółki, jeśli toczyły się jakieś walki frakcyjne i zmieniał się np. minister.

Dziś w niektórych największych i najbogatszych spółkach Skarbu Państwa, pozwalających wyciągnąć w postaci odpraw miliony złotych, doszło już często do trzech albo czterech zmian prezesów i składów zarządów. Za czym bardzo często szła wymiana sporej części kadry kierowniczej. Co daje możliwość uwłaszczenia parokrotnie większej liczby działaczy PiS i Zjednoczonej Prawicy. I prowadzi do ogromnego marnotrawstwa publicznych pieniędzy, które powinny trafić do budżetu państwa albo zostać przeznaczone na inwestycje w rozwój tych spółek.

Zmiana prezesa i zarządu spółki co parę miesięcy oznacza paraliż decyzyjny, zablokowanie długoterminowych inwestycji, co obok zastraszenia przedsiębiorców prywatnych jest jedną z przyczyn zapaści, a później stagnacji inwestycji w Polsce pod władzą PiS.

Jednak Kaczyński uznał, że politycznie ta metoda się sprawdza. Także jako narzędzie dyscyplinowania i korumpowania koalicjantów Prawa i Sprawiedliwości. Ja to obserwuję chociażby na przykładzie działaczy Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobro, gdzie bardzo młodzi ludzie, mający po dwadzieścia parę lat, bez doświadczenia i kwalifikacji, którzy przed chwilą zarabiali 2000 złotych, nagle trafiają do central wielkich spółek w Warszawie, zostają kierownikami, osiągają dochody na poziomie co najmniej kilkunastu, a czasami nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie.

To jest przyspieszony awans pokoleniowy, w III RP zawsze był z tym problem, a PiS w ten sposób kupuje sobie młodzież.

Blokady awansu pokoleniowego istnieją i trzeba z nimi walczyć. Jednak awans pokoleniowy, który wzmacnia państwo i nie demoralizuje ludzi, którzy z niego korzystają, to taki awans, który odbywa się dzięki wykształceniu, talentowi, pracowitości. Tutaj mamy masowy awans wyłącznie dzięki legitymacji partyjnej. To jest sytuacja, z którą po raz ostatni mieliśmy w Polsce do czynienia w latach 1946-1948, kiedy stalinowska władza niszczyła elity tego społeczeństwa, jego strukturę i budowała ustrój, który doprowadził Polskę do katastrofy.

Stalinizm był narzucony z zewnątrz, Kaczyński przekonuje, że jego rewolucja oddaje państwo i gospodarkę w ręce patriotów.

Efekty są te same – cynizm, niszczenie instytucji i ludzi. To jest stonka, która obsiada polską gospodarkę; pleśń, która niszczy i koroduje kluczowe struktury państwa. Tysiące ludzi, którzy przejmują stanowiska oczyszczone z osób mających wykształcenie, osiągnięcia zawodowe, dorobek. Dla ludzi PiS tworzy się też zupełnie nowe stanowiska w firmach – na poziomie zastępców dyrektora czy kierownika. Albo też zakłada się dla nich specjalne fundacje i spółki, które mają uprzywilejowany dostęp do zamówień publicznych. W tym znaczeniu PiS jest głęboko antypaństwowe. Na naszych oczach upada mit wielkiego państwowca budowany wokół Jarosława Kaczyńskiego od początku lat 90. Jak to zawsze myślał on o wzmocnieniu państwa, o jego reformie. Ani wtedy o tym nie myślał, ani nie myśli dzisiaj. Myślał zawsze tylko o swojej partii – jak ją kosztem państwa uwłaszczyć. Mną naprawdę wstrząsnęły zupełnie jawne dokumenty z Krajowego Rejestru Sądowego dotyczące Fundacji Prasowej „Solidarność” oraz spółki „Srebrna”. Tam osobistej odpowiedzialności nie da się uniknąć. Podpisy Kaczyńskiego widnieją pod dokumentami i decyzjami, dzięki którym powstał system uwłaszczenia się jego środowiska na majątku publicznym. Kiedy to wszystko widzimy, rozpada się mit człowieka uczciwego, skromnego, wręcz niezgrabnego jeśli chodzi o finanse, przecież nawet nie mającego przez wiele lat własnego bankowego konta. To wszystko była ściema. Kaczyński zna kodeks spółek handlowych, umie wszystko ustawić tak, aby sam miał pełne panowanie nad własnością przechwyconą przez jego partię. Choćby status „Srebrnej”, którą zarządza jego sekretarka i dwóch jego kierowców.

Znów sam Jarosław Kaczyński ucieka od odpowiedzialności, w razie czego inni staną przed sądem, a jednocześnie zachowuje pełną kontrolę.

Ale właśnie dlatego powiedziałem na samym początku, że badając ten mechanizm uwłaszczenia PiS mam wrażenie docierania do sposobu działania i sposobu myślenia Jarosława Kaczyńskiego. Bez osłony mitów i propagandy, za którą on zawsze się chowa.

Jaka jest skala tego partyjnego uwłaszczenia? Czy publiczne pieniądze przetransferowane już na prywatne konta PiS-owców to miliony, dziesiątki, czy setki milionów złotych? I jak to wygląda, jeśli chodzi o liczbę beneficjentów. Ilu jest nowych milionerów, najbardziej zaufanych ludzi Kaczyńskiego, takich z poziomu Jasińskiego czy Jaworskiego, którzy na karuzeli spółek skarbu państwa w ciągu dwóch lat zarobili po kilka milionów, a ilu działaczy rządzącej prawicy uwłaszczyło się „zaledwie” na poziomie dziesiątek czy setek tysięcy?

Trudno to precyzyjnie powiedzieć przy tak ogromnej skali całego zjawiska. Ja nie jestem szefem NIK-u czy jakiejś służby państwowej dysponującej dziesiątkami ludzi. Działam jednoosobowo, pomagają mi mój asystent i szefowa biura poselskiego. Te wszystkie interpelacje i interwencje dotyczące pseudonagród dla ludzi PiS czy ich zarobków w spółkach skarbu państwa powstają z dnia na dzień. Ale po blisko trzech latach, jeśli dodamy do siebie spółki Skarbu Państwa, kontrolowane przez partię fundacje, nagrody dla całej nowej PiS-owskiej nomenklatury w administracji państwowej wszystkich szczebli, można mówić o kilkuset milionach złotych, które trafiły do ludzi rządzącego obozu ze środków publicznych, z podatków płaconych przez wszystkich Polaków, z których przecież większość nie głosowała na PiS. Kto wie, może już nawet „pękł” pierwszy miliard. Liczbę osób, które z tego skorzystały jeszcze trudniej określić. Myślę że na tym najwyższym poziomie partyjnej nomenklatury, tam gdzie nominacje zatwierdza osobiście Kaczyński, w największych spółkach skarbu państwa, przewinęła się co najmniej setka ludzi, a może więcej. Na poziomie działaczy rządzącego obozu uwłaszczonych na dziesiątki czy setki tysięcy złotych – poprzez pseudonagrody i pseudopremie, fikcyjne stanowiska, fundacje i firmy tworzone często przez rodziny i znajomych PiS-owskich polityków, które monopolizują zamówienia publiczne – można mówić co najmniej o kilkunastu tysiącach ludzi. Mną wstrząsnęła lista osób wyrzuconych w całym kraju z Agencji Rozwoju i Modernizacji Rolnictwa, zastąpionych tam przez działaczy albo sympatyków PiS i rządzącej prawicy.

To jest mordowanie PSL-u, żeby PiS miało polityczny monopol na polskiej wsi.

I tak, i nie. Ja patrzę na poziom lokalny, gdzie owszem, zdarzali się działacze PSL, ale w ARiMR pracowała też cała masa ludzi będących po prostu urzędnikami, kompetentnymi, odpowiednio wykształconymi, z wieloletnim doświadczeniem zawodowym. Oni zostali wyrzuceni. Teraz trafiają tam ludzie, których jedyną kwalifikacją jest legitymacja partyjna. To samo dzieje się w KRUS, w terenowych ośrodkach wsparcia rozwoju rolnictwa, w oddziałach ZUS, w administracji skarbowej. Z identyczną sytuacją mamy do czynienia w Trybunale Konstytucyjnym, w sądach – tam, gdzie trafili już prezesi mianowani przez Ziobrę. To samo dzieje się w lokalnych i centralnych strukturach PGNiG czy spółek energetycznych. Państwo jest systematycznie niszczone, społeczeństwo głęboko demoralizowane. Dokładnie tak, jak to się działo w 1947 roku. Ja to obserwuję także w skali lokalnej. W moim powiecie na tej karuzeli stanowisk pojawiło się co najmniej kilkudziesięciu działaczy PiS. W tym ludzie z wyrokami, np. lokalna szefowa Prawa i Sprawiedliwości, która kiedyś pracowała w administracji skarbowej i ma – dziś już oczywiście zatarte – wyroki za korupcję, za przyjmowanie łapówek. Ona została teraz szefową lokalnego KRUS-u, z wysoką pensją. Albo inny przykład, właściciel jednoosobowej firmy prowadzącej kursy na prawo jazdy, dzięki legitymacji partyjnej PiS zostaje szefem ARiMR na duży powiat. Nie ma do tego żadnych kwalifikacji, chociażby zbliżonych. Tacy ludzie nie wnoszą do instytucji państwa żadnej nowej jakości, tylko patologie.

Jest jedno alibi, które Kaczyński zawsze stosuje w odpowiedzi na takie zarzuty. Ono do ludzi trafia, bo jest w tym ziarno prawdy. W 1989 roku było nomenklaturowe uwłaszczenie, przez jakiś czas próbowano budować „kapitalizm państwowy”, gdzie wcześniejsza pozycja w strukturach władzy dawała „przewagi konkurencyjne” w prywatnym biznesie. Druga część tego alibi to stwierdzenie, że przecież wszystkie inne partie też wysyłały swoich ludzi do gospodarki. Jakie są różnice między wcześniejszymi patologiami pojawiającymi się na styku polityki i gospodarki po roku 1989, a dzisiejszą rewolucją Kaczyńskiego?

Nie ma porównania, ani jeśli chodzi o skalę, ani jeśli chodzi o fatalny dobór ludzi, ani jeśli chodzi o ostentację i poczucie bezkarności, z jaką jest to przeprowadzane. Zacznijmy od tego, że to co robią dzisiaj Kaczyński i PiS nie da się porównać do zmiany ustrojowej roku 1989. Oczywiście byli wtedy ludzie z dawnej nomenklatury idący do gospodarki, ale były też masowy ruch oddolny, który zbudował nową polską klasę średnią. Te słynne składane łóżka, na których rozpoczynały się drobne biznesy – to naprawdę nie była partyjna nomenklatura. Poza tym media krytykowały patologie od samego początku, to docierało do wszystkich i dyscyplinowało także polityków. Powstał mechanizm przetargów na zamówienia publiczne, powstały bardziej czytelne mechanizmy finansowania partii, wreszcie – co może najważniejsze – powstała niepartyjna apolityczna służba cywilna. Teraz PiS ją świadomie zniszczył, zastępując wykwalifikowanych urzędników państwowych, których III RP już się dorobiła, swoją niekompetentną, „bierną, mierną, ale wierną” partyjną nomenklaturą. Ja sobie przypominam przypadek Janusza Tomaszewskiego, wicepremiera w rządzie AWS, który musiał odejść po oskarżeniu go o lobbowanie na rzecz polskich producentów żelatyny. On powiedział coś na ten temat na posiedzeniu rządu i musiał ze wszystkich stanowisk ustąpić. W porównaniu ze standardami dzisiejszego PiS to było połechtanie piórkiem. Dziś mamy Polską Fundację Narodową, mamy spółkę Solvere, którą tworzyli prawnicy Kaczyńskiego u niego w biurze, mamy pół miliarda złotych przekazane przez wicepremiera Glińskiego fundacji Czartoryskich, które od razu trafiły do Liechtensteinu, gdzie trudniej jest zdobyć informacje o ich ostatecznym przeznaczeniu.

Z tych pieniędzy miał być sponsorowany zjazd klubów Gazety Polskiej. Wycofano się z tego dopiero wówczas, kiedy sprawa przeciekła do mediów.

Potwierdziło się także to, że pseudonagrody dla PiS-owskiej nomenklatury w administracji państwowej były przyznawane już od 2016 roku, od razu po przejęciu władzy, często bez żadnej podstawy prawnej, w wysokości wcześniej niespotykanej. Kaczyński znowu kłamał mówiąc, że w 2017 roku to był „wypadek przy pracy” i nigdy wcześniej takich rzeczy PiS nie robiło. Dla partii rządzącej to jest po prostu kolejny stały kanał uwłaszczania tych działaczy, dla których nie starczyło miejsca w spółkach skarbu państwa. Do roku 2015 takie przypadki były przez wszystkich uznawane za łamanie reguł, stawały się skandalami, ministrowie i rządy przez to upadały, a formacje przegrywały wybory. Kaczyński w ogóle zlikwidował reguły, a skok na kasę przedstawia jako „dobrą zmianę”, zatem różnica chyba jest?

A inne alibi: „oni brali i my bierzemy, ale oni wam nic nie dawali, a my daliśmy wam 500 plus”. Czyli program 500 plus dla ludzi jako osłona programu 50 tysięcy, 500 tysięcy, a w pojedynczych przypadkach nawet 5 milionów plus dla PiS-wskiej nomenklatury. Czy to jeszcze działa?

Z moich spotkań z wyborcami, także tymi, którzy w 2015 roku zagłosowali na PiS, wynika, że takie tłumaczenie przestało już działać. Mimo całej propagandy PiS-u ludzie zrozumieli, że Platforma nie zlikwiduje 500 plus. Uczynimy ten program bardziej sprawiedliwym, mniej zależnym od politycznego widzimisię władzy. I wprowadzimy inne rozwiązania – bardziej motywacyjne i wyraźnie adresowane do potrzebujących. Ale nikt nie zabierze 500 plus, więc ten program nie osłania patologii tej władzy. Argument „my przyznajemy sobie samym po kilkadziesiąt tysięcy złotych pseudonagrody, a wy dostaliście 500 złotych, może dodamy wam jeszcze 300, więc siedźcie cicho” nie tylko nie działa, ale wkurza ludzi. Poza tym Polacy znają lokalnych działaczy PiS w swoich powiatach czy miastach, widzą ludzi, którzy nic sobą nie reprezentują, byli znani z korupcji, z przekrętów, a teraz dorzucają do swojego domowego budżetu kilkadziesiąt, kilkaset tysięcy, albo nawet milion, jak pracują w dużej spółce skarbu państwa. Tego nie da się przykryć trzystoma złotymi jednorazowej wyprawki dla dziecka i aż się dziwię, że Mateusz Morawiecki próbuje. PiS rozbudziło ogromne oczekiwania przedstawiając w swoich kampaniach wyborczych wszystkich swoich politycznych konkurentów jako złodziei, a siebie jako jedynych uczciwych. Teraz stracili wiarygodność i to już jest równia pochyła.

Rozmawiał Cezary Michalski

Krzysztof Brejza, polityk, doktor nauk prawnych. Od 2005 roku członek Platformy Obywatelskiej, od 2007 roku poseł na Sejm z ramienia tej partii. Jest członkiem sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych, członkiem komisji śledczej ds. Amber Gold, a także ministrem sprawiedliwości w gabinecie cieni PO. Rozpoczęta przez niego akcja ujawniania skali uwłaszczenia działaczy PiS na majątku publicznym przyczyniła się do spadku poparcia i największego kryzysu Prawa i Sprawiedliwości od czasu przejęcia władzy przez tę partię.

>>>