Tag Archives: Strajk Kobiet

Banaś, Morawiecki i Zadupie Kaczyńskiego

4 Paźdź

Gdyby wybory parlamentarne 2019 odbyły się w najbliższą niedzielę, wygrałoby je Prawo i Sprawiedliwość. Przewaga partii Jarosława Kaczyńskiego nad ugrupowaniami opozycyjnymi nie byłaby jednak duża. Z sondażu Instytutu Badań Pollster wynika, że PiS otrzyma 234 mandaty, a partie opozycyjne 226 mandatów.

>>>

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>

Marianowi Banasiowi kamienicę w Krakowie podarował znajomy. Spółka syna Banasia dostała na jej remont ok. 81 tys. zł z UE i budżetu państwa. Na remont innej kamienicy otrzymała co najmniej 482 tys. zł dotacji i i 151 tys. zł pożyczki z dwóch funduszy dysponujących publicznymi pieniędzmi. Wzięła też ok. 2,3 mln zł pożyczek z kontrolowanego przez państwo banku

„Superwizjer” TVN ujawnił, że w kamienicy przy ul. Krasickiego w Krakowie, która do sierpnia 2019 roku należała do szefa NIK Mariana Banasia, działał hotelik z pokojami na godziny. Trwało to od 2014 roku. To wtedy Banaś wynajął kamienicę Dawidowi O., pasierbowi Janusza K., karanego w przeszłości za udział w bitwie „o wpływy na krakowskim rynku agencji towarzyskich”.

Po emisji reportażu Bertolda Kittela w „Superwizjerze”, Banaś tłumaczył, że kamienicę dostał od znajomego, nie miał czasu interesować się, co się w niej działo i w ogóle od kilku lat chciał się jej pozbyć.

Jak ustaliło OKO.press, nieruchomość była od lat bazą dla biznesów jego syna – Jakuba Banasia. Dzięki niej i publicznym dotacjom dorobił się sporego majątku.

Według naszych ustaleń, firma Banasia juniora:

  •  w 2006 roku dostała ponad 44 tys. zł dotacji z UE i prawdopodobnie około 37 tys. zł z budżetu państwa na zorganizowanie w kamienicy przy ul. Krasickiego „centrum szkoleniowo – hotelowego Residance” [pisownia oryginalna]. W rzeczywistości prowadziła w niej po prostu hotelik „Rezydencja Krasickiego 24”, z dwoma salkami konferencyjnymi (od 2014, gdy prowadzenie hotelu przejął Dawid O., działał on jako „Rezydencja K. [nazwisko Janusza K.]”).
  • została właścicielem zabytkowej kamienicy – willi przy ul. Podskale, w centrum Krakowa. Na jej remont otrzymała co najmniej 482 tys. zł dotacji z Narodowego Funduszu Rewaloryzacji Zabytków Krakowa i 151 tys. zł pożyczki z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Krakowie.
  • dzięki hipotece na obu kamienicach jesienią 2016 spółka zaciągnęła 1,75 mln zł kredytu w kontrolowanym przez państwo Banku Ochrony Środowiska. W 2016 i 2017 brała w tym banku także inne pożyczki. W sumie zadłużyła się w BOŚ na prawie 2,3 mln zł.

Historia biznesów Banasia juniora, jest doskonałą ilustracją tego, jak buduje się nowa „elita ekonomiczna”, której wspieranie zapowiada prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Kamienica od „pana z AK”

Właścicielem kamienicy przy ul. Krasickiego Marian Banaś został w dość nietypowy sposób.

Po emisji „Superwizjera” tłumaczył w TVP Info, że 30 lat temu poznał „pana z AK, z Kedywu, zasłużonego, naprawdę wielkiego patriotę”. Zaprzyjaźnili się. „Pan z AK” był samotny. „Prawie po 30 latach w umowie dożywocia przekazał mi starą kamienicę, swoją, którą miał rodzinną” – opowiadał Banaś.

Jak wynika z księgi wieczystej kamienicy, darczyńcą był Henryk Stachowski. Marian Banaś został wpisany do księgi jako właściciel na podstawie postanowienia krakowskiego sądu z 29 maja 2000 roku. Nie wiadomo, czego dotyczyło postanowienie.

12 kwietnia 2001 roku Stachowski i Banaś podpisali umowę dożywocia.

Były akowiec przepisał na Banasia 242 metrową działkę z kamienicą o powierzchni użytkowej ok. 400 m kw, w zamian za dożywotnią opiekę i zorganizowanie pogrzebu.

Zmarł w czerwcu 2007 roku.

Kamienica przy ul Krasickiego, którą Marian Banaś dostał od „pana z AK”. Fot. Jakub Porzycki/ Agencja Gazeta

Pod skrzydłami Opus Dei

Gdy Stachowski przepisywał na Mariana Banasia kamienicę, ten był wysoko postawionym urzędnikiem Najwyższej Izby Kontroli. Sprawami związanymi z nieruchomością zajął się więc jego syn – Jakub Banaś.

Do pracy w biznesie wdrażał się pod skrzydłami ludzi z Opus Dei. W czasie studiów prawniczych (1998-2003) działał w Ośrodku Akademickim „Barbakan” w Krakowie i OA „Przy Filtrowej” w Warszawie (w latach 2001-02 był tam „dyrektorem programowym”). Obie placówki są ośrodkami formacyjnymi Opus Dei dla mężczyzn – łączą funkcje akademików i domów modlitewnych. Ale organizują również szkolenia przydatne w karierze biznesowej oraz spotkania studentów z przedsiębiorcami i politykami.

Jakub Banaś był też jednym z inicjatorów powołania w 2002 roku Inkubatora – Fundacji Przedsiębiorczości i Etyki Biznesu.

Miała ona m.in. przygotowywać „profesjonalne i etyczne kadry dla biznesu, polityki, mediów i nauki”.

W zarządzie Inkubatora, obok Jakuba Banasia, zasiadał Marian Moszoro – ekonomista, numerariusz Opus Dei, bratanek ks. Stefana Moszoro-Dąbrowskiego, który budował struktury OD w Polsce. W 2005 roku Moszoro i Marian Banaś zostali powołani równocześnie na wiceministrów finansów w pierwszym rządzie PiS.

Akademik dla uczelni Gowina

Działając w Inkubatorze, Jakub Banaś zaczął równocześnie rozkręcać własny biznes. Jesienią 2003 roku, w kamienicy ojca przy ul. Krasickiego, uruchomił prywatny akademik.

Na portalu linkedin.com, ułatwiającym kontakty zawodowo-biznesowe, chwali się: „Największym osiągnięciem było wymyślenie niestandardowego konceptu na sprzedaż usług. Komercjalizację akademika zakończyłem w ciągu kilku tygodni dzięki nawiązaniu współpracy z tworzącą się wówczas WSE im. ks. Józefa Tischnera. W pierwszym etapie 100% mieszkańców było studentami tej prywatnej uczelni.”

W latach 2003-11 rektorem Wyższej Szkoły Europejskiej w Krakowie był kojarzony z Opus Dei Jarosław Gowin.

Według relacji absolwenta WSE, który skontaktował się z OKO.press, nowoprzyjęci studenci tej uczelni dostawali informację o pokojach w kamienicy przy ul. Krasickiego; powszechnie uważano ją za nieformalny akademik WSE.

„Residance”

Przed uruchomieniem akademika i po zakończeniu jego działalności w kamienicy przy ul. Krasickiego przeprowadzono remonty. Prawdopodobnie oba przy wsparciu z publicznych pieniędzy.

Śladem są dwie tabliczki, które wisiały przed laty przy drzwiach wejściowych do budynku. Widać je na archiwalnych zdjęciach Google. Niestety jakość fotografii nie pozwala odczytać treści tabliczki po prawej stronie – która została już zdjęta.

Kamienica przy ul. Krasickiego 24 z dwiema tabliczkami informacyjnymi. Fot. archiwalne zdjęcia Google Earth

Z informacji na drugiej tabliczce – wciąż wiszącej na ścianie – wynika, że w 2006 roku spółka PI Investment (wcześniej działająca jako IT Investment, a później – jako Open Qualis), otrzymała dotację na uruchomienie w kamienicy „centrum szkoleniowo- hotelowego Residance” [pisownia oryginalna].

Głównym udziałowcem i prezesem tej spółki był wówczas Jakub Banaś.

Inwestycja była „współfinansowana przez UE z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego oraz budżetu państwa w ramach Zintegrowanego Programu Operacyjnego Rozwoju Regionalnego”.

  • Jak wynika z informacji na rządowej stronie o dotacjach unijnych (mapadotacji.gov.pl), cały projekt kosztował 165.745 zł.
  • Tablica na kamienicy informuje: „udział środków w kosztach kwalifikowanych projektu: instytucja wdrażająca – 49%, beneficjent – 51 %”.
  • Wkład własny spółki Banasia powinien więc wynieść 84.530 zł, a dotacja – łącznie 81.215 zł.
  • Portal mapadotacji.gov.pl podaje, że Unia Europejska na projekt „Residance” wyłożyła 44.424 zł. Budżet państwa musiał więc dołożyć 36.791 zł.

Wysokość dotacji przyznanej spółce PI Investment chcieliśmy potwierdzić, pytając o nią Jakuba Banasia. Pytaliśmy także o inne dotacje dla jego firm z publicznych pieniędzy. Syn szefa NIK odmówił nam jednak udzielenia informacji, twierdząc, że „stanowią tajemnicę przedsiębiorstwa”.

Pytania w tej sprawie wysłaliśmy również do małopolskiego urzędu marszałkowskiego, który dzielił pieniądze ze Zintegrowanego Programu Operacyjnego Rozwoju Regionalnego. Mimo wielokrotnych próśb, nie otrzymaliśmy do dziś odpowiedzi. W małopolskim samorządzie rządzi obecnie PiS.

„Menedżer” Dawid O.

Od 2006 roku, przez kilka lat spółka PI Investment prowadziła w kamienicy Mariana Banasia hotelik „Rezydencja Krasickiego 24”. Potem interes przejęła kolejna firma założona przez Jakuba Banasia – X4 Poland. Na portalu Linkedin Banaś pisze o niej:

„W spółce zrealizowałem cztery projekty

  • hotel Rezydencja Krasickiego 24,
  • pub Katedra,
  • pub Sarmacja,
  • touroperator X4 Poland.

W każdym z nich odpowiadałem za cały proces: od pomysłu, do jego wdrożenia, wprowadzenia biznesu na rynek i pozostawienia ustawionego biznesu menadżerowi”.

W przypadku hoteliku „Rezydencja Krasickiego 24” „menedżerem”, któremu Banaś jr. przekazał prowadzenie „ustawionego biznesu” był 25-letni wówczas Dawid O, pasierb związanego z krakowskim półświatkiem Janusza K.

Od 2014 roku O. wynajmował w kamienicy szefa NIK pokoje na godziny. Informacja o tym była od początku na stronie internetowej hoteliku.

Strona internetowa Rezydencji K[…] z 2004 roku.

Willa Podskale

W międzyczasie – 30 grudnia 2009 roku – Jakub Banaś kupił od małżeństwa krakowskich hotelarzy zabytkową, secesyjną Willę Podskale, przy ulicy o tej samej nazwie. W kwietniu 2012, w wyniku „umowy przeniesienia własności celem zwolnienia z długu” przekazał willę swojej firmie – PI Investment (obecnie Open Qualis).

Willa Podskale. Fot. Google Earth

To ta sama spółka, która prowadziła początkowo hotelik przy ul. Krasickiego. Na co dzień zajmuje się ona doradztwem biznesowym i szkoleniami. Jak pisze na swojej stronie internetowej – „wspiera przemianę dobrych organizacji w Wielkie”.

Willę Podskale wskazuje jako swoją „główną inwestycję”. Z dokumentacji architektonicznej wynika, że budynek został przebudowany, rozbudowany i nadbudowany „z przeznaczeniem na pensjonat, z częścią handlowo-usługową, gastronomiczną i mieszkaniem w części poddasza” oraz tarasem na dachu.

Dotacje z NFRZK

Koszty renowacji willi spółka Banasia juniora pokryła w znacznej części z dotacji przyznawanych przez z Społeczny Komitet Odnowy Zabytków Krakowa. Pochodzą one z Narodowego Funduszu Rewaloryzacji Zabytków Krakowa, a ten finansowany jest głównie z budżetu państwa.

Ze sprawozdań SKOZK wynika, że firma Banasia dostała:

  • w 2013 roku – 174.172 zł dotacji na remont konserwatorski elewacji (sama na ten sam cel wydała ze swoich środków 176.480 zł plus dodatkowo 60.000 zł na inne prace w obiekcie);
  • w 2015 roku – 179.240 zł na „zabezpieczenie i konserwację murów oraz klatki schodowej I etap” (z własnych środków wydała 219.071 zł);
  • w 2016 roku – 109.492 zł na kontynuację remontu konserwatorskiego (własne środki – 136.668 zł)
  • i w tym samym roku – 19.053 zł na „prace renowacyjne przy elementach kamiennych wraz z wykonaniem napisu na elewacji i wykonaniem płotków przeciwśniegowych” (własne środki – 24.270 zł).

W 2016 roku SKOZK miał w planach także dofinansowanie „renowacji stolarki drzwiowej” w willi kwotą 61.483 zł. W rozliczeniu wydatków za 2016 nie znaleźliśmy jednak tej pozycji.

Łącznie spółka Jakuba Banasia dostała więc ze SKOZK na remont Willi Podskale co najmniej 481.957 zł, a jeśli przyznano jej także środki na renowację stolarki – w sumie 543.440 zł.

Pożyczka z funduszu ochrony środowiska

Dotacje z Narodowego Funduszu Rewaloryzacji Zabytków Krakowa to jednak nie jedyne środki publiczne, które firma Open Qualis dostała na remont Willi Podskale.

Jak ustaliliśmy, 17 października 2018 roku, spółka podpisała umowę z Wojewódzkim Funduszem Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Krakowie.

Fundusz udzielił jej pożyczki w wysokości 151.024 zł na „kompleksową termomodernizację zabytkowego budynku »Willa Podskale«”.

Prezesem WFOŚiGW w Krakowie był wówczas Witold Kozłowski, od listopada 2018 marszałek województwa małopolskiego z ramienia PiS. To jego urzednicy nie udzielili nam odpowiedzi na pytania o dotacje z UE dla firmy Banasia na remont kamienicy przy ul. Krasickiego.

Kredyt pod hipotekę

Skąd spółka Jakuba Banasia miała setki tysięcy złotych na pokrycie własnego wkładu w renowację Willi Podskale? Prawdopodobnie w znacznej części z pożyczek bankowych.

27 września 2016 roku Open Qualis zaciągnęła kredyt pod zastaw kamienicy przy ul. Krasickiego i Willi Podskale, w kontrolowanym przez państwo Banku Ochrony Środowiska.

Ze sprawozdania spółki Banasia juniora za 2017 rok wynika, że kredyt opiewał na kwotę 1,75 mln zł. W księgach wieczystych kamienicy i willi wpisano hipotekę do wysokości ponad 2,6 mln zł.

To o tyle dziwne, że – jak twierdzi Marian Banaś – przynajmniej od kilku lat kamienica przy ul. Krasickiego przeznaczona była na sprzedaż. W grudniu 2015 roku obecny szef NIK podpisał z najemcą nieruchomości – Dawidem O., przedwstępną umowę sprzedaży. W księdze wieczystej odnotowano wówczas roszczenie Dawida O. „o zawarcie umowy przyrzeczonej sprzedaży”.

Jak wyjaśniał Marian Banaś, do transakcji ostatecznie nie doszło, bo O. nie dostał kredytu. Jego roszczenie wykreślono z księgi wieczystej dopiero na podstawie oświadczenia z grudnia 2018 roku.

Dziwne więc

  • z jednej strony – że Marian Banaś zgodził się, by firma jego syna wzięła kredyt pod na hipotekę nieruchomości, która miała wkrótce zostać sprzedana,
  • z drugiej – że bank udzielił firmie Jakuba Banasia wysokiego kredytu pod zastaw kamienicy, która w księdze wieczystej miała zapisane roszczenie Dawida O.

Według relacji szefa NIK kamienica przy ul. Krasickiego została ostatecznie sprzedana w sierpniu 2019 roku (nie ujawnił komu). W księdze wieczystej zapisano wówczas wzmiankę o planowanym wykreśleniu hipoteki na rzecz BOŚ.

Jak wynika ze sprawozdania Open Qualis za 2017 rok, oprócz kredytu pod hipotekę kamienic, spółka miała w Banku Ochrony Środowiska także:

  • 128 tys. zł kredytu obrotowego odnawialnego (na podstawie umowy z 2016 roku),
  • 100 tys. zł  kredytu obrotowego nieodnawialnego (umowa z 2016 roku)
  • oraz 300 tys. zł innego kredytu (umowa z grudnia 2017).

Wszystkie te pożyczki były zabezpieczone były gwarancjami COSME BGK.

Dyrektor – prezes

Jak wynika z doniesień mediów, obecnie Jakub Banaś jest dyrektorem i pełnomocnikiem zarządu „zrepolonizowanego” przez rząd PiS banku Pekao SA.

Według rejestru sądowego, jest też nadal:

  • wspólnikiem i prezesem spółki Open Qualis,
  • prezesem spółek Apoel i Room4you,
  • prokurentem firmy X4 Poland
  • a także prezesem Fundacji Przedsiębiorczości i Etyki Biznesu…

„Mam nadzieję, że Mateusz Morawiecki będzie premierem przez wiele lat. Może pobije nawet Józefa Cyrankiewicza” – powiedział Jarosław Kaczyński w Telewizji Trwam. Wielu komentatorów oceniło to porównanie do szefa rządu z czasów PRL jako wpadkę prezesa PiS. Tymczasem Kaczyński grę na nucie nostalgii do Polski Ludowej opanował do perfekcji.

Być może pamiętają państwo film „Good bye, Lenin”. To urocza niemiecka komedia opowiadająca o młodym chłopaku, który udaje przed wybudzoną ze śpiączki matką, że mur berliński nie upadł i cały czas istnieje Niemiecka Republika Demokratyczna. W tym celu preparuje newsy i tworzy nawet nowe wersje komunistycznego dziennika telewizyjnego z czasów rządów Ericha Honeckera.

Podobny zabieg stosuje wobec części swoich wyborców Jarosław Kaczyński. I nie jest to strategia pozbawiona racjonalności. Już wyjaśniamy, dlaczego.

Ostatnie badanie CBOS o stosunku Polaków do PRL pochodzi z maja 2014 roku. W porównaniu do pomiarów z roku 2000 i 2009 opinia respondentów o czasach realnego socjalizmu zmieniła się wtedy nieznacznie, można więc ostrożnie założyć, że przez ostatnie pięć lat w poglądach Polaków na ten temat również nie doszło do rewolucji.

Kraj lepszy do życia

Czego się dowiadujemy? 54 proc. badanych powyżej 40. roku życia pozytywnie oceniało w 2014 r. okres PRL w polskiej historii, w tym 39 proc. ówczesnego elektoratu PiS.

Według 43 proc. respondentów powyżej czterdziestki Polska przed 1989 rokiem była krajem lepszym do życia „dla takich osób jak ja”. 37 proc. starszych ankietowanych miało z PRL skojarzenia wyłącznie pozytywne, a 13 proc. zarówno pozytywne i negatywne.

Warto dodać do tego obrazu jeszcze sondaż z maja 2004 r. dla „Wyborczej”, TVN i Radia Zet, według którego połowa Polaków uważała, że Edward Gierek najwięcej zrobił dla Polski  spośród wszystkich polskich przywódców po II wojnie światowej.

Można założyć, że również obecnie istotna grupa starszych wyborców ma duży sentyment do PRL i umiejętne granie na tych emocjach, może przynieść sporo głosów pozwalających zdobyć bądź utrzymać władzę.

Jarosław Kaczyński, trzeba mu to przyznać, opanował tę sztukę do perfekcji.

Mieszkania jak za Gierka

Po raz pierwszy w spektakularny sposób prezes PiS wypróbował tę metodę podczas wyborów prezydenckich w 2010 roku. Walcząc przed drugą turą o wyborców sympatyzujących do tej pory z SLD, nawiązał do rządów I sekretarza PZPR Edwarda Gierka:

„Śmiano się często z tego 10. miejsca na świecie, ale ja się z tego nie śmiałem. Wiedziałem, że to nieprawda, ale uważałem, że to zdrowa ambicja. On miał nawet ambicje dalej idące, takie mocarstwowe. Ja akurat to uważam za dobre. To, że chciał uczynić z Polski kraj ważny – w tamtym kontekście, w tamtych okolicznościach – to była bardzo dobra strona jego działania, wskazująca na to, że był komunistycznym, ale jednak patriotą”.

W tym samym czasie prezes PiS zadekretował również język miłości w stosunku do ludzi z przeszłością w aparacie komunistycznym. Stwierdził, że już nie są dla niego postkomunistami, tylko po prostu lewicą.

Jak informował PAP, Kaczyński zadeklarował, że tak mówić będzie zarówno o politykach młodego pokolenia, jak i do ludzi, „którzy przeżyli kawał życia w komunizmie”: – Jeśli ktoś mnie zapyta, kim jest Józef Oleksy, to powiem: „jest to polski lewicowy polityk – no powiedzmy sobie – starszo-średniego pokolenia”.

Motyw dobrych, gierkowskich czasów pojawił się również w kampanii PiS przed wyborami parlamentarnymi w 2015 roku. Podczas spotkania z wyborcami w kinie „Wisła” Kaczyński mówił:

W latach 70. (…), znaczna część z nas to pamięta, budowano ponad 300 tys. mieszkań rocznie. Dzisiaj 150 tysięcy. Kto by pomyślał 25 lat temu, że tak to będzie w nowej Polsce?

Prezes obiecał, że pod rządami PiS prosperity mieszkaniowe z gierkowskiej dekady powróci w pełnej chwale. Nic z tego nie wyszło, ale jesienią 2015 roku cel został osiągnięty: wzbudzenie nostalgii za czasami PRL zostało odhaczone.

PiS jak PRL: porównanie obosieczne

Nawiązania do PRL podczas poprzednich kampanii wyborczych PiS nie były przypadkowe i z dużą dozą pewności można stwierdzić, że podczas trwającej kampanii jest tak samo. Prezesowi Kaczyńskiemu wcale nie wypsnęło się porównanie Morawieckiego do Józefa Cyrankiewicza, najprawdopodobniej użył go celowo, na zimno.

Zwłaszcza że zrobił to antenie telewizji Trwam, czyli kierował swój komunikat do osób starszych, z mniejszych ośrodków.

Cyrankiewicz, premier za rządów Władysława Gomułki, współodpowiedzialny za krwawe tłumienie robotniczych protestów, nie kojarzy się starszym Polakom tak dobrze, jak Gierek, ale dla wielu z nich może być synonimem politycznej stabilizacji. Można używać jego nazwiska jako zapalnika nostalgii do czasów, gdy rządziła wciąż ta sama władza, nie było kłótni na górze, żyło się raz lepiej, raz gorzej, ale za to stabilnie.

Cyrankiewicz był w premierem PRL łącznie przez 21 lat. Jeśli Mateusz Morawiecki miałby pobić to osiągnięcie, musiałby sprawować urząd co najmniej do 2038 roku.

Dla dużej części opozycyjnej opinii publicznej takie porównania mogą być dyskwalifikujące bądź obraźliwe, ale wiele znaków wskazuje, że PiS odniesień do PRL – nie tylko w retoryce prezesa Kaczyńskiego – używa w sposób bardzo przemyślany.

Kiedy mówi się, że rządy PiS przypominają monopartyjną władzę Polski Ludowej, dla wielu starszych wyborców może to być bardziej komplement niż zarzut. Zwłaszcza dla tych – jak wynika ze wspomnianego wyżej sondażu CBOS – ze wsi i małych miast, czyli grupy wyborców, na której Prawo i Sprawiedliwości zależy szczególnie.

To dla nich tworzy symulację PRL.

Zespół ludowy śpiewa i tańczy

To, co zrobił Jacek Kurski z „Wiadomościami” TVP, do złudzenia przypomina działanie młodego Aleksa w „Good bye, Lenin”. W niemieckim filmie bohater tworzył nowe wersje dziennika NRD „Aktuelle Kamera”.  W polskiej rzeczywistości naśladowanie w TVP retoryki „Dziennika Telewizyjnego” z czasów PRL jest tak wierne, że trudno uwierzyć w przypadek.

Tak w rozmowie z portalem gazeta.pl opisywał to historyk Piotr Osęka:

„Propaganda peerelowska była budowana na tym samym. Jeżeli się mówiło o działaniach państw kapitalistycznych czy polityków brytyjskich, to zawsze trzeba było dodać określenia w stylu „marionetkowy rząd w Seulu” czy „imperialistyczne dążenia Białego Domu”. W materiałach musiały pojawić się ocenne przymiotniki, żeby widz dokładnie wiedział, co jest złe, a co dobre”.

Podobne skojarzenia budzi oprawa dużych imprez partyjnych Prawa i Sprawiedliwości. Tak jak w PRL pochody pierwszomajowe nie mogły się odbyć bez dziewcząt w strojach ludowych, tak konwencji PiS bez elementu ludowszczyzny wyobrazić sobie nie sposób.

Piknik PiS w Chełmie z udziałem prezesa partii Jarosława Kaczyńskiego. fot. z TT PiS

Tak więc największą konwencję PiS w Lublinie otworzyli Mazurkiem Dąbrowskiego członkowie Zespołu Tańca Ludowego „Leszczyniacy” ze Świdnika, w Chełmie prezes Kaczyński przemawiał na tle sympatycznych pań w strojach ludowych i tak dalej i tym podobne.

Do wyborów zostało jeszcze kilka dni i bardzo niewykluczone, że z ust Jarosława Kaczyńskiego usłyszymy kolejne porównanie bądź metaforę nawiązującą do czasów PRL. Pamiętajmy wtedy, że to nie lapsus, pomyłka, przejęzyczenie.

Prezes PiS wie, co robi.

Ciągłe zagrożenie zaostrzeniem ustawy antyaborcyjnej, brak dostępu do legalnej aborcji czy pigułki dzień po na receptę, koniec rządowego programu in vitro, próby wypowiedzenia konwencji antyprzemocowej, walka z edukacją seksualną… W 3. rocznicę Czarnego Protestu podsumowujemy 4 lata rządów PiS w obszarze praw kobiet

Słowa o tym, że Polska musi pozostać wyspa wolności Jarosław Kaczyński powtarzał od 2015 roku wielokrotnie. Ostatnio na konwencji w Tarnowie powiedział:

„Musimy być wyspą wolności, nawet jeżeli wokół tej wolności nie będzie. Musimy być także wyspą sprawiedliwości, solidarności i rozwoju”. 

W kwestii praw kobiet Polska PiS na pewno nie jest wyspą wolności i sprawiedliwości. W ostatnich czterech latach sytuacja kobiet jeszcze się pogorszyła.

W trzecią rocznicę Czarnego Poniedziałku, wielkiego protestu kobiet przeciw zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej, podsumowujemy działania PiS ograniczające prawa kobiet. Chodzi przede wszystkim o:

  • próby zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej,
  • przywrócenie recepty na pigułkę „dzień po”,
  • koniec dofinansowania programu in vitro,
  • klauzulę sumienia w usługach medycznych,
  • walkę z edukacją seksualną,
  • próby likwidacji korzystnych dla kobiet standardów okołoporodowych,
  • próby wypowiedzenia konwencji antyprzemocowej.

Najważniejsze to urodzić

Cała kadencja rządu PiS to bezustanne straszenie Polek zaostrzeniem – i tak już jednej z najbardziej restrykcyjnych w UE – ustawy antyaborcyjnej. Co prawda, projekty zaostrzające ustawę złożyli aktywiści antyaborcyjni i PiS odcinał się od nich, ale jednocześnie nie chciał ich jednoznacznie odrzucić.

Pierwszy, najostrzejszy projekt, Kaja Godek złożyła jeszcze w 2016 roku. Zakazywał on aborcji w przypadku wad płodu oraz ciąży z gwałtu, a karane miały być także kobiety. Przesłanie projektu do prac w komisji sejmowej zaowocowało wielotysięcznymi protestami – Czarnym Poniedziałkiem 3 października 2016 roku. Sejm ostatecznie odrzucił projekt.

W 2017 roku Kaja Godek złożyła kolejny projekt – tym razem zakazujący aborcji w przypadku wad lub choroby płodu. W styczniu 2018 projekt trafił do komisji sejmowej. Wydawało się, że utknie w tzw. sejmowej zamrażarce, ale w marcu 2019 roku biskupi katoliccy popędzili parlamentarzystów i zajęła się nim komisja sprawiedliwości i praw człowieka. Projekt uzyskał pozytywną opinię. O obradach tej komisji pisaliśmy tutaj.

Tuż po przegłosowaniu pozytywnej opinii komisji sprawiedliwości Kaja Godek oraz hierarchowie Kościoła katolickiego naciskali, by projekt jak najszybciej poszedł dalej – czyli właśnie do komisji rodziny. Zdjęto go jednak z porządku obrad komisji w dniach 21-22 marca.

23 marca odbył się kolejny Czarny Protest przeciwko zaostrzeniu ustawy. W samej Warszawie wzięło w nim udział  co najmniej 55 tys. osób. Zobacz relację OKO.press z protestu.

W lipcu 2018 roku komisja rodziny w pół godziny powołała komisję nadzwyczajną, która miała zająć się jej projektem „Zatrzymaj aborcję”. I, co było do przewidzenia, projekt utknął na półtora roku – do wyborów.

Sprawa nie jest jednak przesądzona. W listopadzie 2017 roku poseł PiS Bartłomiej Wróblewski złożył wniosek do TK. Poseł domaga się sprawdzenia, czy jedna z trzech przesłanek do legalnej aborcji (wady i nieuleczalna choroba płodu) jest zgodna z konstytucją.

Zdaniem Wróblewskiego nie jest. Wniosek od roku leży w TK i czeka na termin rozprawy. Od tamtego czasu poparł go zarówno Sejm, jak i Prokurator Generalny.

Za zaostrzeniem ustawy opowiedziało się wielu polityków PiS oraz prezydent Andrzej Duda. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że sterowany przez PiS Trybunał Konstytucyjny poprze wniosek Wróblewskiego i w ten sposób zaostrzy ustawę za pomocą (teoretycznie) niezależnego organu.

Pigułka śmierci na receptę

Po wielomiesięcznej batalii, odbywającej się głównie na sali sejmowej i podczas posiedzeń sejmowej komisji zdrowia, prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę, która przywróciła obowiązkowe recepty na pigułkę „dzień po”.

Ustawa weszła w życie 22 lipca 2017. OKO.press monitorowało cały proces zmiany, sprawdzając wypowiedzi polityków, głównie ówczesnego ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła (PiS). Twierdził on m.in., że pigułka ellaOne jest w Polsce nadużywana (m.in. przez nastolatki), że w całej Europie są ograniczenia w możliwości jej kupowania, że jej główne składniki są niebezpieczne dla zdrowia, oraz, że tak naprawdę to pigułka wczesnoporonna.

Zmiana dotknęła przede wszystkim kobiety niezamożne (szybka wizyta u prywatnego ginekologa kosztuje) i z małych ośrodków, gdzie dostęp do ginekologa jest trudniejszy.

Na temat pigułki „dzień po” głos zabierali politycy PiS, m.in. poseł Marek Suski: „[ellaOne] Przerywa ciążę. Pytam, czy ona coś leczy? Bo jeżeli to jest lek, to powinien być dostępny. Ta pigułka niczego nie leczy. To nie pigułka zdrowia, tylko raczej pigułka śmierci. Jeżeli mamy taką pigułkę, to niech chociaż będzie na receptę”.

„Sumienie mi nie pozwala”

Kwestia wypisania recepty na antykoncepcję awaryjną przypomniała konserwatywnym środowiskom o klauzuli sumienia. Minister Radziwiłł, choć chwilę wcześniej udowadniał, że recepta na ellaOne w niczym Polkom nie zaszkodzi, uznał, że sam by jej nie wypisał.

ZBITY ZEGAR. Klauzula sumienia nie obejmuje wypisywania recept

Jest to niezgodne ze stanowiskiem Komitetu Bioetyki przy Prezydium PAN z 12 listopada 2013 roku, które wskazuje, że klauzula sumienia nie powinna dotyczyć wypisywania recept.

W tej kadencji okazało się, że klauzula sumienia powinna dotyczyć nie tylko lekarzy dokonujących aborcji, ale także… farmaceutów, którzy sprzedają leki w aptekach. W Sejmie pojawił się obywatelski projekt zapewnienia klauzuli sumienia farmaceutom. Projekt poparła komisja ds. petycji oraz Biuro Analiz Sejmowych. Na dezyderat komisji minister zdrowia nigdy nie odpowiedział i sprawa utknęła w styczniu 2018 roku.

Klauzula sumienia utrudniła także dostęp do legalnej aborcji w Polsce.

Oczywiście problem dostępu do legalnej aborcji nie pojawił się w okresie rządów PiS, ale w tym czasie się pogłębił. Monitoring Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny realizowany na przełomie 2015 i 2016 roku ujawnił, że szpitale często odmawiają legalnej aborcji i odsyłają pacjentki do innych placówek. Jednak na przykładzie Warszawy widać, że problem narasta.

Federa w 2019 roku zapytała warszawskie szpitale o to, czy wykonują zabiegi aborcji. Z tabelki poniżej wynika, że liczba takich szpitali spadła w stosunku do 2017 roku:

Dzieci tak, ale tylko naturalnie

W czerwcu 2016 roku, rząd PiS przerwał finansowanie z budżetu programu in vitro „Leczenie Niepłodności Metodą Zapłodnienia Pozaustrojowego”. Problem niepłodności w Polsce nie jest marginalny – dotyka aż 15 proc. par.

Refundacja in-vitro wyrównywała szanse w dostępie do kosztownej procedury medycznej – uśredniając cenniki różnych klinik zajmujących się leczeniem niepłodności, przyjmuje się, że koszt in vitro w Polsce to ok. 8-12 tys. zł.

W grudniu 2018 roku Ministerstwo Zdrowia ujawniło dane, które dowodzą, że rządowy program in vitro leczenia niepłodności z lat 2013-2016 był znacznie większym sukcesem, niż wszyscy sądzili. Na świat przyszło ponad 21 tys. dzieci.

Lukę po in vitro miał wypełnić „Program kompleksowej ochrony zdrowia prokreacyjnego” zaplanowany przez rząd PiS na lata 2016-2020. Ale dokonania finansowanej w tym programie tzw. naprotechnologii trudno nazwać inaczej niż porażką.

W 2019 roku stowarzyszenie „Nasz bocian” poprosiło Ministerstwo Zdrowia o informację dotyczącą efektów programu ochrony zdrowia prokreacyjnego. Ministerstwo odpowiedziało, że nie zna liczby ciąż, które powstały w wyniku programu, bo… „Program nie zakłada zwiększenia liczby urodzeń tylko poprawę diagnostyki i leczenia, wskaźnik liczby ciąż był mylący dla oceny skuteczności Programu”.

I rzeczywiście, w opisie programu liczba ciąż nie jest wskaźnikiem. Jednak jeszcze w 2017 roku – przed aktualizacją – liczba ciąż była oczekiwanym efektem.

6 listopada 2018 do Sejmu wpłynął poselski projekt ustawy ograniczający możliwości stosowania pozaustrojowej metody leczenia bezpłodności – in vitro. Twórcy ustawy – posłowie PiS, Kukiz’15, WiS, PSL i niezrzeszonych, na czele z zasłużonym w inicjatywach anty-choice posłem Janem Klawiterem – chcą, żeby:

  • z metody mogły korzystać jedynie małżeństwa;
  • zapłodnieniu mogła być poddana tylko jedna komórka – a nie sześć jak do tej pory;
  • nie było możliwości mrożenia komórek (tzw. kriokonserwacja);
  • dane dawców nie były anonimowe.

Wychowanie do życia w katolickiej rodzinie

Prawu i Sprawiedliwości zawdzięczamy także zmiany w i tak dość konserwatywnym programie szkolnym Wychowania do życia w rodzinie. Podstawa WDŻ otwarcie stawia na katolicką etykę seksualną. Namawia na przedmałżeńską powściągliwość. Lansuje naturalne planowanie rodziny, potępia antykoncepcję, łącząc ją z aborcją i sterylizacją. W masturbacji widzi zagrożenie pornofilią i uzależnieniem od seksu. Podkreśla, że życie dziecka zaczyna się w jajowodzie. Chce wzmacniać „identyfikację z płcią”.

Dodatkowo Ministerstwo Zdrowia w latach 2017-2019 prowadziło projekt zdrowia prokreacyjnego „W stronę dojrzałości” dla uczniów szkół ponadpodstawowych. Uczniowie mogli się z niego dowiedzieć m.in., że antykoncepcja jest szkodliwa dla zdrowia i nieskuteczna, a seks najlepiej uprawiać dopiero po ślubie. W podręczniku dla nauczycieli znaleźliśmy z kolei takie opinie:

„Swoboda seksualna prowadzi do pustki w miłości. U kobiet powoduje to wstrząs i zupełną zmianę jej psychicznego ukierunkowania (jej psychika z natury nastawiona jest na całkowite oddanie ukochanemu mężczyźnie).

Uleganie kolejnym partnerom powoduje, że znika: delikatność w zachowaniu, zdolność do rozumienia innych, chęć do wypełniania ról opiekuńczych”.

Program ten nie tylko pogłębiał stereotypy płciowe, ale także zniechęcał młodych ludzi do stosowania antykoncepcji, także tej, która zmniejsza ryzyko zakażanie wirusem HIV.

Rodzić po ludzku?

Konstanty Radziwiłł (PiS), minister zdrowia w rządzie Beaty Szydło, chciał wycofać wprowadzone w 2012 roku (za rządów PO-PSL) standardy opieki okołoporodowej i zastąpić je zbiorem rekomendacji medycznych.

Ostatecznie ustąpił w obliczu protestów – fundacja „Rodzić po ludzku” zebrała ponad 70 tys. podpisów w ich obronie. W 2018 rząd uchwalił nowe standardy (nazywając je „organizacyjnymi”), które gwarantują rodzącym w zasadzie podobne prawa jak poprzednio. Wadą jest brak sankcji za ich nieprzestrzeganie (a z realizacją jest źle) oraz brak gwarancji znieczulenia zewnątrzoponowego.

Konwencja? Nie przestrzegałbym

Tak w skrócie zapatruje się prezydent Andrzej Duda na konwencję antyprzemocową, którą Polska podpisała, a tym samym zobowiązała się jej przestrzegać:

OKO.press ujawniło w grudniu 2016 roku plany wypowiedzenia konwencji, które – po serii sprzecznych deklaracji ministrów rządu – zostały zawieszone. Jeżeli jednak sam prezydent państwa ma do aktu prawnego tak lekceważący stosunek, rząd może ponowić próbę. Lub po prostu uznać przepis za martwy.

Konwencja Stambulska, czyli antyprzemocowa, została uchwalona przez Radę Europy w 2011 roku. Polska podpisała ją w 2015 roku. Konwencja uznaje „strukturalny charakter przemocy wobec kobiet za przemoc ze względu na płeć, oraz fakt, że przemoc wobec kobiet stanowi jeden z podstawowych mechanizmów społecznych, za pomocą którego kobiety są spychane na podległą wobec mężczyzn pozycję”. Celem konwencji jest przeciwdziałanie przemocy wobec kobiet.

Wybór Donalda Tuska na szefa ELP może wzmocnić pozycję ugrupowania na europejskiej scenie politycznej

Nowy przewodniczący EPL, następca Francuza Josepha Daula, ma zostać wybrany na kongresie ugrupowania w listopadzie w Zagrzebiu. „Za faworyta uważany jest obecnie polski szef Rady Europejskiej Donald Tusk, który z końcem listopada kończy kadencję na tym stanowisku” – pisze „FAZ”.

Były polski premier miał obiecać we wrześniu, że wkrótce poinformuje o swoich planach na przyszłość. Prezydium EPL ma omawiać sprawę wyboru nowych władz na posiedzeniu przed szczytem UE 17 i 18 października w Brukseli.

Rezygnacja niemieckiego kandydata

Według nieoficjalnych informacji, na które powołuje się niemiecki dziennik, z kandydowania na szefa EPL zrezygnował Niemiec Manfred Weber, który stoi na czele frakcji chadeckiej w Parlamencie Europejskim. Powodem jest przekonanie, że nie należy dopuścić do sytuacji, aby niemieccy politycy pełnili najwyższe funkcje zarówno w Komisji Europejskiej oraz w EPL.

„Na niekorzyść Webera działa też to, że nigdy nie pełnił funkcji rządowej. Nie zapewni tym samym odpowiedniej wagi urzędowi szefa EPL. Prezydent Francji Emanuel Macron miał podnosić ten argument sprzeciwiając się wystawieniu Webera na czołowego kandydata EPL w eurowyborach” – pisze „FAZ”.

Tusk wzmocni pozycję EPL

„W Brukseli mówi się, że wybór Tuska i tym samym powrót do obowiązującej do 2013 roku praktyki nominowania na szefa EPL byłego szefa rządu, wzmocni pozycję ugrupowania na europejskiej scenie politycznej. Oczekuje się też, że nie będzie innych kandydatów oprócz Tuska” – pisze „FAZ”, dodając, że rozważano do niedawna również kandydaturę byłego szefa PE Antonio Tajaniego z Włoch.

Do założonej w 1976 roku Europejskiej Partii Ludowej należą obecnie 84 partie i organizacje partnerskie z 43 krajów europejskich. Z Polski są to Platforma Obywatelska i PSL. Tworzy ona największą frakcję w Parlamencie Europejskim.

Według posłanki PiS Hrynkiewicz i jej partii – bo posłowie w PiS nie są od posiadania osobistego zdania – wizyty, badania i leki są seniorom zbędne.

Z okazji Międzynarodowego Dnia Osób Starszych (1 października) partia aktualnie rządząca zamiast życzeń, przekazała rodakom doskonałą wiadomość. Jak już wcześniej prorokował Paweł Kukiz, właśnie zapadła decyzja polityczna, że siedemdziesiątka to nowa trzydziestka, a każdy Polak ma prawo cieszyć się zdrowiem i sprawnością do co najmniej setki.

Tę fantastyczną nowinę ogłosiła publicznie posłanka Józefa Hrynkiewicz, deklarując w imieniu partii, że „starość to nie choroba”! I że – w związku z tym – nie ma powodu, by poddawać seniorów niepotrzebnej medykalizacji. Mówiąc po ludzku – ludzie w podeszłym wieku zbyt często odwiedzają lekarza. Tymczasem nie powinni, ponieważ nic im nie jest.

Według pani Hrynkiewicz i jej partii – bo posłowie w PiS nie są od posiadania osobistego zdania – te wszystkie wizyty, badania i leki są seniorom zbędne. Wiek zupełnie nie uzasadnia bowiem spadku formy i samopoczucia. Toteż zamiast wysiadywać po przychodniach, emeryci powinni zająć się czymś bardziej konstruktywnym. Na przykład – podpowiadamy, bo żadne przykłady niestety nie padły – pójść na pielgrzymkę. Zachodnie badania już dawno dowiodły, że aktywność fizyczna sprzyja zdrowiu i sprawności, natomiast wiara religijna – długowieczności. Faktem jest również, że chyba już tylko modlitwa o cud może jakoś pomóc polskiej służbie zdrowia wyjść z zapaści.

W tej sytuacji systemowe odstąpienie od „nadmiernej medykalizacji”, likwidacja oddziałów geriatrycznych, niedziałający program „leków za złotówkę” oraz wycofanie funduszy na „bilans siedemdziesiąciolatka” to żadne tam działania godzące w zdrowotność najstarszych pokoleń. To tylko metody łagodnej perswazji. Sposoby przekonywania seniorów, że w zasadzie to czują się świetnie, więc zamiast przesiadywać w przychodni, gdzie o infekcję nietrudno, powinni raczej siedzieć w domu i kisić kapustę, bo kiszonki to samo zdrowie i alternatywa dla szczepień przeciw grypie, które swoje kosztują. Mogliby też dorabiać do emerytury, żeby nie trzeba było nowelizować tak pięknie zbilansowanego budżetu na kolejne „trzynastki”. Wtedy od razu zapomną o strzykaniu w krzyżu, kołataniu serca i dusznościach. A NFZ przyoszczędzi na geotermię w Toruniu. Bo dla zdrowotności ciała i ducha nie ma jak zimny prysznic.

Zresztą – w przychodniach geriatrów i tak jak na lekarstwo, zwłaszcza młodych, których nie kto inny, jak właśnie pani posłanka Hrynkiewicz już dawno temu wysłała przecież za granicę. To ona nawoływała z sejmowej trybuny: „niech jadą!”. No to pojechali.

Na badania przesiewowe dla seniorów, na początek pilotażowe, kasę ministerstwo wprawdzie dało, ale to było zanim partia dokonała oficjalnego uzdrowienia polskich seniorów. Toteż teraz zabrało i badań żadnych już więcej nie będzie. Bo one – jak to ujęto w informacji o zakończeniu programu – powodują „nadwykrywalność” przeróżnych schorzeń, co skutkuje rosnącym apetytem seniorów na fundusze NFZ-u. Teraz widmo nadwykrywalności i tłumów szturmujących przychodnie i oddziały geriatryczne zostało skutecznie przegonione. Obywatele 60 plus są bowiem absolutnie zdrowi! A jeśli już chorują, to jak wszyscy. W końcu katar zdarza się w każdym wieku, a ból kolana też o metrykę nie pyta. Inna sprawa, że w naszym kraju to choroba występująca epidemicznie – powikłanie narodowego katolicyzmu.

Inna sprawa, że kierunek myślenia o starości jako „naturalnym etapie życia człowieka” idealnie wpisuje się w wizerunek partii na każdym kroku powołującej się na tradycję i „prawo naturalne”. Rzeczywiście – do całkiem niedawna żadna tam medykalizacja seniorów, a już zwłaszcza medykalizacja „nadmierna”, nie przeszkadzała Polakom w naturalnym procesie starzenia.

No, ale teraz, w epoce wojującego nihilizmu, chciwe amerykańskie koncerny wmówiły ludziom, że mogą w dobrej kondycji dociągnąć co najmniej do setki. Tylko potrzebują protez, implantów, rozruszników oraz całej listy leków i procedur, które kosztują majątek. Seniorzy zaś bez zastrzeżeń uwierzyli, że mamy tu nad Wisłą państwo dobrobytu, toteż sądzą, że to wszystko „im się należy”. Tymczasem gdyby trochę odpuścili, te środki mogłyby pójść na rozwój naprotechnologii. Trzeba tylko przekonać seniorów, że są zdrowi! A że boli? Boli, bo musi!

Za Peerelu władcy Polski też szanowali tradycję i – wbrew pozorom – prawo naturalne. I także usiłowali przekonać seniorów, że starość to nie choroba. Wdzięczni obywatele ubrali te starania w hasło: „Popierajcie partię czynem. Umierajcie przed terminem”. Budowa państwa dobrobytu w każdym ustroju wymaga poświęceń.

PS. Amerykańska agencja do spraw leków (FDA) koordynuje badania zmierzające do zatwierdzenia pierwszej w historii „pigułki na starość”, która (starość, nie pigułka) w ten sposób zostanie oficjalnie uznana za chorobę. Cukrzyca „dwójka”, demencja, wieńcówka i niektóre typy nowotworów będą odtąd traktowane jako objawy „zespołu senioralnego” czy jak tam ostatecznie nazwą tę nową jednostkę chorobową amerykańscy geriatrzy. Znów jesteśmy „sto lat za Murzynami”.

Geremek, Miller, Tusk są architektami wejścia Polski do UE

1 Maj

15-lecie wstąpienia Polski do Unii Europejskiej Donald Tusk postanowił zaznaczyć odegraniem hymnu Wspólnoty na pozytywce. Otrzymał ją od polskich studentów. – „To chyba najlepsza chwila, żeby na niej zagrać – 15 lat Polski w Unii Europejskiej” – stwierdził w opublikowanym na Instagramie filmiku były polski premier.

„Obyśmy byli w niej nadal!”; – „Pozytywnie z pozytywką”; – „Bądźmy dumni z tego. Mimo że czasem wiatr w oczy. Bądźmy dumni, że mamy możliwość być częścią Europy”; – „Piękna rocznica, życzmy sobie jeszcze wiele takich rocznic”; – „Brawo studenci! W młodych i nowoczesnych nadzieja, że Polska nie wróci do Średniowiecza” – pisali w komentarzach internauci.

Belgijska Polonia też włączyła się w obchody 15-lecia wstąpienia Polski do UE. W Brukseli uroczyście odsłonięto tablicę pamiątkową poświęconą byłemu szefowi polskiej dyplomacji i działaczowi opozycji demokratycznej Bronisławowi Geremkowi. Na tablicy po francusku i niderlandzku umieszczono zdjęcia m.in. z momentu podpisania dokumentów akcesyjnych Polski do NATO w obecności amerykańskiej sekretarz stanu Madeleine Albright. Są też fotografie prof. Geremka, przemawiającego na wiecu Solidarności czy też z Lechem Wałęsą. Ambasador Polski w Belgii Artur Orzechowski, odsłaniając tablicę, stwierdził, że wejście Polski do UE to również zasługa Geremka.

>>>

„Od kiedy w „Rzeczpospolitej” jest rubryka typowo satyryczna?” – całkiem zasadnie zapytał jeden z internautów, komentując opublikowany w tym dzienniku wywiad Jacka Nizinkiewicza z europosłem Jackiem Saryusz-Wolskim. Tytułem rozmowy jest cytat z europosła: „Kaczyńscy wprowadzali Polskę do UE”.

Przyczynkiem do wywiadu była oczywiście 15 rocznica wejścia Polski do Unii Europejskiej. Aby to stało się możliwe, nad naszym członkostwem w tej strukturze przez wiele lat pracowało wiele osób, a kluczową rolę odegrali nieżyjący już Jan Kułakowski, Danuta Huebner i Jan Truszczyński. Saryusz-Wolski lansuje jednak swoją wersję historyczną. – Również bracia Kaczyńscy, jako architekci naszej drogi do niepodległości, wprowadzali Polskę do UE, będąc aktywnymi uczestnikami tego długiego procesu, od NSZZ Solidarność poczynając” – powiedział w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”.

„Jak nieprzeparta chęć kontynuowania chwiejącej się kariery odbiera rozum bystrego i zasłużonego onegdaj człowieka. Że o honorze nie wspomnę…”; – „Morawiecki mówił, że to on wprowadził Polskę do UE, a Saryusz twierdzi, że to Kaczyńscy. Któryś z nich kłamie. A może obydwaj?”; – „Pan Jacek Służalec-Żoliborski zachłyśnie się kiedyś tą wazeliną”; – „Przy tym rozmyciu – „aktywni uczestnicy długiego procesu” – takich architektów niepodległości jest z dziesięć milionów” – komentowali wypowiedź Saryusz-Wolskiego internauci.

Niektórzy kpili: – „Ja jednak mam wrażenie, że architekt zaspał na egzamin, symbolicznie śpiąc do południa…”; – „Nie zapominajmy o roli Morawieckiego, który sam negocjował wejście do Unii”; – „Ciekawe, czy idąc na rozmowę w sprawie miejsca na liście wyborczej trzeba to powiedzieć przez Jarosławem. A na podchwyt. pytanie Jarosława o: Wałęsę, Michnika, Geremka, Kuronia i innych, w roztargniony sposób odparować: „kto?”.

Sąd Okręgowy w Toruniu uchylił decyzję pisowskiego wojewody, uniemożliwiającą przeprowadzenie zaplanowanej na 3 maja manifestacji „Chryja pod Radiem Maryja”. O zakazie wydanym przez Mikołaja Bogdanowicza w artykule „Pisowski wojewoda zablokował „Chryję pod Radiem Maryja”.

Sędzia Hanna Kraszewska powiedziała, że organizatorki demonstracji Toruński Strajk Kobiet złożyły wniosek w sprawie zorganizowania swojego zgromadzenia 4 kwietnia. Natomiast przedstawiciel samorządu studentów uczelni Tadeusza Rydzyka swoje zgłoszenie złożył dopiero 26 kwietnia, twierdząc, że przynajmniej od czterech lat odbywały się przed Radiem Maryja spotkania patriotyczne. Sędzia uznała, że nie przedstawiono wiarygodnych dowodów na to, że studenci uczelni Rydzyka organizowali obchody uchwalenia Konstytucji 3 Maja w poprzednich latach, co jest warunkiem wydania pozwolenia na zgromadzenia cykliczne.

„Sędzia przyznała dziś, że wydany nam zakaz był ograniczeniem swobód obywatelskich. Poza tym, żeby nabyć prawo do zgromadzenia cyklicznego, studenci powinni udowodnić, że w ostatnich latach 3 maja obchodzili Święto Konstytucji przy ul. Żwirki i Wigury. A nie przedstawili na to żadnych mocnych dowodów. Żadnych zdjęć, filmów, zgłoszeń do policji. Nic. Z naszej analizy ich mediów społecznościowych wynika, że ostatnim świętem, jakie obchodzili, było święto pączka” – powiedziała onet.pl Agata Chyżewska-Pawlikowska z Toruńskiego Strajku Kobiet. Postanowienie nie jest prawomocne. Strony mogą się odwołać do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku.

30 kwietnia, w przeddzień 15. rocznicy przyłączenia Polski do Unii Europejskiej, prezydent Polaków „lepszego sortu” wygłosił okolicznościowe orędzie do narodu.

„Naszym celem i zadaniem jest nowoczesna Polska w zjednoczonej Europie” – zapowiedział Duda.

„Europa to my, Unia Europejska to my. Podjęliśmy historyczną decyzję gwarantującą nasze członkostwo w Unii. Każdy, kto próbuje dziś wzbudzić niepokój, co do obecności Polski w Unii Europejskiej, postępuje wbrew interesowi Polski” – kontynuował rozentuzjazmowany prezydent.

Polityk po raz pierwszy w swojej karierze mówił o UE wyłącznie w superlatywach. Duda podkreślał korzyści, jakie Polska uzyskała wraz z akcesem do Unii. „Otwarcie granic dało Polakom dodatkowe możliwości. Wiele polskich firm odniosło sukces w Europie, a Polska zmieniła się dzięki dobrze wykorzystanym środkom unijnym” – deklamowała głowa państwa.

Jeszcze kilka miesięcy temu, Unia Europejska była dla prezydenta z nadania Kaczyńskiego niczym innym jak „wyimaginowaną wspólnotą, z której dla nas niewiele wynika”.

Podobne tendencje Duda wykazywał w 2014 roku. „Wspólnota europejska, wspólne wartości – to jest baju baju dla frajerów. To jest dla naiwnych tylko” – mówił ówczesny europoseł.

Czyżby nagły przypływów euroentuzjazmu miał związek ze zbliżającymi się wyborami do Parlamentu Europejskiego?

Obłęd. Pomnik Lecha Kaczyńskiego to moralna podłość

4 List

11 listopada zapowiada się na wielką kompromitację Polski pisowskiej.

„Proponuję wyłączyć Święto Niepodległości spod ustawy o zgromadzeniach. Przywróćmy Polsce jej święto zanim ekstremiści i prawica nie zniszczą do reszty, i święta, i Polski” – pisze b. minister Bartłomiej Sienkiewicz.

Obywatele RP, KOD i Strajk Kobiet będą tego dnia blokować narodowców z Konstytucją w ręku.

Jak obchodzić 11 listopada?

„To jest święto państwa i państwo powinno wziąć za nie odpowiedzialność” – pisze Bartłomiej Sienkiewicz w apelu, który 2 listopada 2018 opublikował na Facebooku. „Żadnych innych pochodów i manifestacji – wolności manifestowania w jednym zgromadzeniu nie gwarantuje Ruch Narodowy – on ją nam, obywatelom, odbiera. Jeden pochód w każdym mieście wojewódzkim, tylko barwy i symbole państwa, żadnych innych. W takim marszu mogą wziąć udział wszyscy – ale organizator, czyli państwo ma pilnować symbolicznego charakteru tego dnia dla wszystkich Polaków” (podkreśl. red.).

Czy to dobry pomysł? Dziś na pewno nierealny. W 2018 roku, tydzień przed 11 listopada, Marszu Niepodległości nie zatrzyma ani inicjatywa ustawodawcza obywateli, ani władze państwowe – nawet gdyby chciały. A zarówno prezydent, jak i partia rządząca planowały coś przeciwnego – maszerować wraz z narodowcami. Pisaliśmy o tym m.in. w tekście „PiS chciał się układać z narodowcami, ale dostał kosza. I stracił gwóźdź programu”.

Co zatem robić 11 listopada? Blokować albo maszerować, ale obok.

Obywatele RP, Strajk Kobiet i KOD organizują blokadę „Konstytucja na 100 – Nacjonalizm Stop„: „Staniemy z Konstytucją przeciw nacjonalistom. To konstytucja stanowi o godności człowieka, zakazie propagowania ustroju totalitarnego, demokratycznym państwie prawa. Stanowi również o tym, że Rzeczpospolita jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli i obywatelek, a nie tylko wybranej grupy »Prawdziwych Polaków«” (start o godz. 14:00, skwer Wisłockiego).

Inny pomysł ma Koalicja Antyfaszystowska: zaprasza na street party – demonstrację „Za wolność waszą i naszą” w rytmach muzyki na trzech platformach (start o godz. 14:00 z Placu Unii Lubelskiej).

 

Minister Sienkiewicz: „Idziemy po was”

Choć to w początkach jego urzędowania jako szefa MSW służby lekceważyły ataki na tle rasistowskim, a wykrywalność przestępstw z art. 257 była na skandalicznie niskim poziomie (3,5 proc.), Bartłomiej Sienkiewicz zapisał się też podjęciem skutecznych działań przeciwko ruchom neonazistowskim.

Sienkiewicz był szefem resortu spraw wewnętrznych i koordynatorem służb specjalnych w drugim rządzie Donalda Tuska w latach 2013-2014. W 2015 wykrywalność przestępstw z art. 257 wzrosła do 19 proc. W 2013 roku, po serii podpaleń mieszkań cudzoziemców w Białymstoku, Sienkiewicz wypowiedział głośne słowa:

„Jedno mogę powiedzieć, jeśli chodzi o środowiska skinheadowskie: idziemy po was”.

Po tej deklaracji priorytetowo potraktowano śledztwo Prokuratury Apelacyjnej w Białymstoku przeciwko „patriotom” powiązanym z ruchem neonazistowskim. Zatrzymano ponad 100 kiboli, postawiono im ok. 200 zarzutów. „Działali w zorganizowanej grupie przestępczej, kierowanej przez: Adama S., pseudonim Staszyn, Tomasza P., ps. Dragon i Sebastiana Ś., ps. Buben i parających się również zwykłą gangsterką: handlem narkotykami, czerpaniem korzyści z prostytucji, wymuszeniami” – relacjonowała „Gazeta Wyborcza Białystok”.

„Bartłomiej Sienkiewicz zrobił coś, co obok słów prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w Jedwabnem było jednym z najodważniejszych publicznych wystąpień polityka w Polsce. To było ważne, bo my wiemy z badań, że takie wypowiedzi idące z centrum władzy tworzą pewną normę. Także normę wpływającą na zachowania urzędników państwowych” – oceniał prof. Michał Bilewicz zajmujący się naukowo uprzedzeniami i członek Rady ds. Przeciwdziałania Dyskryminacji Rasowej, Ksenofobii i związanej z nimi Nietolerancji (Radę powołał m.in. Michał Boni, a rozwiązała premier Beata Szydło).

Bilewicz uważa, że mocny sygnał ze strony Sienkiewicza ułatwił wykrycie wcześniej tuszowanych przestępstw:

„Rozbicie całej tej ośmiornicy białostockiej, w której byli skrajni kibole Jagiellonii i skrajnie prawicowe organizacje, gdzie dochodziło do przestępstw kryminalnych, które były potem tuszowane – to się udało rozbić właśnie dzięki twardemu postawieniu sprawy na szczeblu centralnym”.

Zdaniem samego Sienkiewicza dziś służby nie mogłyby przeprowadzić takiej akcji. Jak pisze w opublikowanej ostatnio książce „Państwo teoretyczne”:

„PiS, który rządzi się zasadą »nie ma wroga na prawicy«, tworzy klimat, w którym

policja i prokuratura dwa razy się zastanowią, nim zaczną zwalczać takich bandytów. Bo istnieje ryzyko, że usłyszą od przełożonych, że to »patriotyczna młodzież«.

I nie chodzi o jakichś nieszczęśników, którzy w głębi lasu obchodzą urodziny Hitlera przy torciku z wafelków w kształcie swastyki, a ich wytropienie jest obwieszczane jako wielki sukces. Chodzi o bezkarność zwykłych bandytów przenikających kluby piłkarskie, współfinansujących piękne oprawy stadionowe, a równocześnie gotowych pobić, a nawet zabić każdego o innym kolorze skóry, by wytrenować i sprawdzić nowe pokolenie gangsterów”.

Rozbicie białostockiej „ośmiornicy” było jednym z najbardziej spektakularnych przykładów skuteczności państwa – o ile współdziała na wszystkich poziomach, od władz centralnych, przez służby i samorząd. Pamiętając o tym, można inaczej interpretować jedną z najsłynniejszych wypowiedzi w polskiej polityce, czyli słowa Bartłomieja Sienkiewicza nagrane w restauracji Sowa i Przyjaciele i ujawnione:

  • „Państwo polskie istnieje teoretycznie. Praktycznie nie istnieje, dlatego że działa poszczególnymi swoimi fragmentami, nie rozumiejąc, że państwo jest całością. Tam, gdzie państwo działa jako całość, ma zdumiewającą skuteczność”.
  • „chuj, dupa i kamieni kupa” – o rządowym programie Polskie Inwestycje Rozwojowe.

Marsz Niepodległości jest najważniejszy

Marsz Niepodległości korzysta ze szczególnego przywileju, który dała mu Ustawa o zgromadzeniach z 13 grudnia 2016 – jest zgromadzeniem cyklicznym, zarejestrowanym do 2022 roku. Ustawa wprowadziła hierarchię zgromadzeń – najwyżej stoją właśnie wydarzenia cykliczne – mające stałą trasę i datę – i ograniczyła prawo do kontrmanifestacji. Rzecznik Praw Obywatelskich ocenia, że „Nowelizacja radykalnie ograniczyła wolność zgromadzeń”.

Wolność zgromadzeń ograniczył już poprzedni prezydent – Bronisław Komorowski, wprowadził m.in. zakaz dwóch zgromadzeń w tym samym miejscu i czasie, czyli kontrmanifestacji.

Czy zakaz wszelkich manifestacji z wyjątkiem jednej – państwowej – nie byłby również ograniczeniem wolności obywatelskich?


Bartłomiej Sienkiewicz: 11.11: hańba z morałem

Obchody 100-lecia niepodległości Polski, najważniejsze święto państwowe od stu lat, zostało oddane ekstremistom, którzy przy okazji urządzili sobie ogólnoeuropejski zlot „brunatnych” w Warszawie. To hańba dla państwa i wstyd dla rządzących.

Zniszczono najważniejszą rocznicę w ciągu całego wieku istnienia Polski porozbiorowej.

Pełną odpowiedzialność za to ponosi rząd PiS, prezydent Duda i cała ta prawicowa formacja, na co dzień twierdząca, że jest „patriotyczna”, lub nazywająca się „obozem niepodległościowym”. Teraz ten „niepodległy obóz” funduje nam paradę rasistów, ksenofobów i ekstremy z całej Europy jako święto Polski.

Ten sam PiS, kiedy doszedł do władzy znowelizował ustawę o zgromadzeniach, powołując się na konieczność uporządkowania prawa. Tak uporządkowano, by zagwarantować sobie prawo do monopolu „miesięcznic” smoleńskich. Tysiące policjantów, wygrodzona cała Warszawa, wstrzymany ruch – tylko po to, by Jarosław Kaczyński mógł wygłaszać swoje nieśmiertelne zdanie, że „jesteśmy coraz bliżej prawdy o Smoleńsku”. Żeby mógł nadal insynuować, że to nie była katastrofa, a zamach. Ten fundament PiS-owskiej narracji legł w gruzach już dawno po wygłupach Macierewicza i zupełnej kompromitacji „dochodzenia do prawdy”.

Teraz, kiedy jest potrzebne działanie państwa, by ochronić święto Ojczyzny, ten sam PiS tak sprawny w osłanianiu własnych seansów nienawiści i dzielenia Polaków – jest bezradny wobec ekstremistów i oddaje im nasze święto na podstawie tej samej ustawy. Nasze – wszystkich Polaków święto, a nie brunatnych z Serbii czy Włoch.

Tego się już nie odwróci, ten wstyd powinien do PiS przylgnąć na zawsze. Ale to nie znaczy, że nic nie można zrobić. Pora wyłączyć z ustawy o zgromadzeniach święto niepodległości 11 listopada i na mocy spec – ustawy obciążyć obowiązkiem państwo za jego organizację z wykluczeniem innych organizatorów tego dnia. To jest święto państwa i państwo powinno wziąć za nie odpowiedzialność. Żadnych innych pochodów i manifestacji – wolności manifestowania w jednym zgromadzeniu nie gwarantuje Ruch Narodowy – on ją nam, obywatelom, odbiera. Jeden pochód w każdym mieście wojewódzkim, tylko barwy i symbole państwa, żadnych innych. W takim marszu mogą wziąć udział wszyscy – ale organizator czyli państwo ma pilnować symbolicznego charakteru tego dnia dla wszystkich Polaków. To samo powinno dotyczyć innych form organizowania tego święta, bo przecież marsze to nie wszystko.

Dotychczasowe rozwiązania najwyraźniej się nie sprawdzają. Od dawna 11. 11 jest okazją do burd i manifestowania tego co w Polsce najgorsze, a nie najlepsze. Czas na to, byśmy wzięli sprawy we własne ręce. Gotowych do poparcia takiego projektu proszę o podzielenie się tym wpisem i zgłoszenie poparcia. Damy to prawnikom do opracowania i może uda się zrobić to w ramach Obywatelskiej Inicjatywy Ustawodawczej. Przynajmniej spróbujemy uratować następne święto, jeśli nie udało się uratować tego.

Z kroniki prof. Jana Skórzyńskiego.

Jeszcze w ubiegłą sobotę prezydent Andrzej Duda chciał, by politycy i zwolennicy różnych partii poszli razem z nim w Marszu Niepodległości. „To kwestia odpowiedzialności wobec społeczeństwa”. W poniedziałek jego rzecznik ogłosił, że prezydent nie weźmie udziału w marszu, na który innych zapraszał. Powody: wypełniony kalendarz i nieudane rokowania z narodowcami

Premier Mateusz Morawiecki musiał po raz kolejny wycofywać się w trybie wyborczym z podanych wcześniej nieprawdziwych, negatywnych informacji o konkurentach politycznych partii rządzącej.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz przekazał do Trybunału Konstytucyjnego opinię swego resortu, w której wskazywał, że wniosek Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobry o stwierdzenie niezgodności traktatu europejskiego z konstytucją jest bezzasadny. W dzień po upublicznieniu tego dokumentu i krytyce stanowiska MSZ przez rzeczniczkę PiS Czaputowicz oświadczył, że w pełni popiera wniosek Prokuratora Generalnego do TK.

Komendant Służby Ochrony Państwa generał Tomasz Miłkowski zapytany, dlaczego tak często zdarzają się kolizje z udziałem chronionych osób, stwierdził, że ruch drogowy tak czasami wygląda. Generał Andrzej Pawlikowski, mianowany szefem BOR przez rząd PiS, wyraził wątpliwość czy ochrona najważniejszych osób w państwie jest obecnie skuteczna.

Sobota 27 października. Duda: chciałbym, żebyśmy razem poszli w marszu niepodległości

Prezydent Andrzej Duda powiedział w wywiadzie opublikowanym w „Rzeczpospolitej”: „Chciałbym, żebyśmy razem poszli w marszu niepodległości, i jest to kwestia odpowiedzialności wobec społeczeństwa. Stańmy obok siebie i pokażmy ludziom, że można być razem. Można się nie gryźć. […] Jeśli opozycja uważa, że nie może być razem z innymi choćby przy części uroczystości 11 listopada, to jest mi ogromnie przykro”.

A co Pan zrobi, by tak to nie wyglądało 11 listopada? – zapytał dziennikarz. „A może Pan ma jakąś konkretną propozycję? – odparł prezydent. – Jeżdżę pod pomniki ojców niepodległości w całej Polsce i ściskam ręce wszystkich. Cóż więcej trzeba? Mam włożyć wór pokutny? Ja tego od nich nie oczekuję. Oczekuję, że staną ze mną normalnie, jak Polak z Polakiem. Odpowiedzmy sobie razem na pytanie: czy ważne jest to, by Polska była niepodległym i suwerennym państwem?”.

Pytany o zawieszenie ustawy o Sądzie Najwyższym przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej Duda powiedział: „Dziwi mnie ta sytuacja. Postanowienie zostało wydane w składzie jednoosobowym jeszcze przed przedstawieniem przez Polskę uwag w ramach postępowania w przedmiocie środków tymczasowych. Takie działanie Trybunału może budzić zatem wątpliwość w kontekście prawa do sądu Rzeczypospolitej Polskiej przeciwko Komisji Europejskiej przed TSUE. Przeczy to znanej jeszcze z czasów rzymskich zasadzie, iż przed wydaniem rozstrzygnięcia należy wysłuchać wszystkich stron”.

Niedziela 28 października. Duda: Na emeryturę idą sędziowie, którzy orzekali w stanie wojennym

Prezydent Andrzej Duda w wywiadzie dla niemieckiego „Bild am Sonntag” bronił zmian w sądownictwie dokonywanych przez PiS, mówiąc, że „potrzebna jest zmiana pokoleniowa w środowisku sędziowskim. Część sędziów wydawała wyroki jeszcze w czasach komunistycznych represji.

Wskutek wprowadzonych przez nas przepisów sędziowie, którzy orzekali w czasie stanu wojennego, przechodzą na emeryturę. Trzydzieści lat po demokratycznych przemianach w Polsce, najwyższy na to czas”.

Poniedziałek 29 października. Duda nie weźmie udziału w Marszu Niepodległości

Rzecznik prezydenta Błażej Spychalski poinformował, że Andrzej Duda nie weźmie udziału w marszu. „11 listopada prezydent od rana do późnej nocy bierze udział w różnego rodzaju uroczystościach państwowych i to jest powód, dla którego nie będzie uczestniczył w Marszu. Tych uroczystości jest bardzo dużo, kalendarz zdecydował” – powiedział w RMF FM Spychalski.

Tego samego dnia w Polsat News rzecznik Dudy stwierdził, że powodem wycofania się prezydenta z udziału w Marszu Niepodległości organizowanym przez środowiska nacjonalistyczne jest także niepowodzenie rozmów, jakie toczyły się pomiędzy organizatorami marszu a Kancelarią Prezydenta i kancelarią Senatu.

„Podczas tych rozmów jednym z naszych najważniejszych warunków, właściwie próśb ze strony […] pana prezydenta, było to, żebyśmy wystąpili wszyscy pod jednymi barwami, pod biało-czerwoną flagą, żebyśmy mieli ze sobą tylko biało-czerwone flagi, żadnych innych. I tutaj […] stowarzyszenie [organizujące marsz] nie było w stanie zapewnić, że inne rzeczy się nie pojawią na marszu, co też, nie ukrywam, miało ogromne znaczenie dla takiej, a nie innej decyzji”.

Wtorek 30 października. Morawiecki: podane przez mnie informacje były nieprawdziwe

Premier Mateusz Morawiecki przegrał w trybie wyborczym proces z prezydentem Krakowa Jackiem Majchrowskim, który zarzucił mu kłamstwo. Podczas konwencji wyborczej PiS w Krakowie Morawiecki powiedział: „Poprzednicy, w tym ci, którzy rządzili tym miastem, nie zrobili [w sprawie ochrony powietrza] nic lub prawie nic”.

Wykonując wyrok sądu premier opublikował we środę w trzech gazetach sprostowanie: „Nieprawdziwe są informacje podane przeze mnie w dniu 14 października 2018 r. podczas spotkania wyborczego komitetu wyborczego Prawo i Sprawiedliwość w Krakowie o braku działań prezydenta Miasta Krakowa Jacka Majchrowskiego na rzecz poprawy jakości powietrza w Krakowie – Mateusz Morawiecki, Prezes Rady Ministrów”.

Sprostowanie podały również Polsat News i TVP Info.

Wtorek 30 października. Ruch drogowy czasem tak wygląda

Komendant Służby Ochrony Państwa generał Tomasz Miłkowski przyznał w TVN24, że wypadki z udziałem chronionych osób zdarzają się „pewnie” za często. Zapytany, dlaczego tak się zdarza, stwierdził, że „tak ruch drogowy czasami wygląda”.

Miłkowski powiedział, że kierowca samochodu ochrony wicepremier Beaty Szydło służył od dwóch lat w SOP, a wcześniej przez pięć lat jeździł jako kierowca zawodowy w prywatnej firmie. Jego zdaniem to doświadczenie wystarczające.

Jak podała „Rzeczpospolita”, kierowca ten ma 26 lat i nie jest funkcjonariuszem służby stałej w SOP. Od czasu powstania SOP (która zastąpiła BOR) w lutym 2018 roku doszło do 14 zdarzeń drogowych z udziałem samochodów rządowych.

Wtorek 30 października. Czaputowicz krytykuje wniosek Ziobry

Jak ujawniło OKO.press, MSZ 12 października zaopiniowało krytycznie wniosek Prokuratora Generalnego i ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro do Trybunału Konstytucyjnego, w którym poprosił prezesa TK Julię Przyłębską o zbadanie konstytucyjności zapisów Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej.

Ze stanowiska przesłanego do TK przez resort spraw zagranicznych wynika jasno, że Trybunał Konstytucyjny badał już zgodność traktatu europejskiego z Konstytucją RP w 2005 roku i nie miał zastrzeżeń.

W dokumencie podpisanym przez ministra Jacka Czaputowicza uznaje się też zasadność zadawania pytań prejudycjalnych do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej przez sądy krajowe członków UE. Zdaniem MSZ, z pytaniem prejudycjalnym do TSUE mogą się zwracać polskie sądy powszechne, Sąd Najwyższy, sądy administracyjne czy Trybunał Konstytucyjny.

„W związku z tym, że sądy krajowe stosując prawo unijne są zobowiązane wykładać je w sposób autonomiczny, instytucja odesłania prejudycjalnego zapewnia jednolite stosowanie norm prawa UE i pozwala, jeśli nie wyeliminować, to z pewnością ograniczyć ryzyko rozbieżnej wykładni i w konsekwencji stosowania tych samych norm prawa UE w poszczególnych państwach członkowskich w odmienny sposób” – stwierdza w swojej opinii MSZ, cytowane przez OKO.press.

Środa 31 października. Stanowisko Ziobry stanowiskiem PiS

Rzecznik Prawa i Sprawiedliwości Beata Mazurek napisała na Twitterze, że stanowisko Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobry wyrażone we wniosku do Trybunału Konstytucyjnego jest zgodne ze stanowiskiem partii rządzącej.

„Informuję, że wyrażone we wniosku do TK stanowisko Prokuratora Generalnego jest zgodne ze stanowiskiem PiS. Ze zdziwieniem przyjmujemy informację, iż dokument przekazany do TK przez MSZ nie uwzględnia orzeczenia TK z 2010 roku, w którym trybunał potwierdził, że traktat może być przedmiotem badania” – oświadczyła Mazurek.

 Środa 31 października. Nie tylko prawo, ale obowiązek

Wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik powiedział w TVP, że „jest bardzo zaskoczony stanowiskiem MSZ”. „Prokurator Generalny jest rzecznikiem interesu publicznego, stoi na straży praworządności. To oznacza, że kiedy jest stosowana pewna praktyka przez sądy, która budzi bardzo daleko idące wątpliwości, chodzi o składanie pytań prejudycjalnych dotyczących konkretnie ustroju wymiaru sprawiedliwości, to Prokurator Generalny nie tylko ma prawo, ale ma obowiązek sprawdzić, czy czasem w tym zakresie nie narusza to polskiej konstytucji” – mówił zastępca Zbigniewa Ziobry.

Środa 31 października. Czaputowicz w pełni popiera wniosek Ziobry

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz oświadczył, że popie‎ra wniosek Prokuratora Generalnego do Trybunału Konstytucyjnego o uznanie za niezgodne z polską konstytucją postanowienie Traktatu o Funkcjonowaniu UE umożliwiające występowanie przez polskie sądy z pytaniami prejudycjalnymi do Trybunału Sprawiedliwości w sprawach dotyczących sądownictwa.

„Polski Trybunał Konstytucyjny ma pełne prawo oceniać konstytucyjność poszczególnych elementów traktatów europejskich i ich stosowania w praktyce” – uznał Czaputowicz.

Odnosząc się do krytycznej wobec wniosku Ziobry opinii swego resortu, ujawnionej we wtorek, szef MSZ stwierdził, że „rolą MSZ w postępowaniu przed TK nie jest proponowanie konkretnego rozstrzygnięcia, ale przedstawienie informacji, które mogą ułatwić takie rozstrzygnięcie Trybunałowi Konstytucyjnemu. Stanowisko MSZ ma więc charakter informacyjny i ekspercki”.

Dokument nie zawiera konkluzji ani wniosków, jakie sugerują niektóre media. Dokument nie kwestionuje w szczególności dopuszczalności wniosku złożonego przez Prokuratora Generalnego i nie polemizuje z tezami zawartymi w tym wniosku. W pełni popieram wniosek Prokuratora Generalnego do Trybunału Konstytucyjnego” – ogłosił szef MSZ.

Środa 31 października. Premier: nie ma żadnych rozbieżności w rządzie

„Nie ma żadnej rozbieżności pomiędzy ministrem sprawiedliwości i ministrem spraw zagranicznych co do interpretacji możliwości kierowania zapytań o decyzję do naszego TK w zakresie poszczególnych przepisów Traktatu o UE” – powiedział premier Mateusz Morawiecki podczas spotkania w Dąbrowie Górniczej.

Szef rządu, cytowany przez portal wPolityce.pl stwierdził: „Jest rzeczą bezsporną, że minister spraw zagranicznych, zgodnie zresztą ze swoim oświadczeniem, absolutnie przyznaje tutaj rację, że jest możliwość kierowania do TK tego typu zapytań, wątpliwości, co do interpretacji stosowania prawa w poszczególnych przypadkach”.

Środa 31 listopada. Kaczyński: nie musimy przyjmować europejskich chorób

Jarosław Kaczyński powiedział na spotkaniu wyborczym w Chełmie, że „idziemy do przodu by Polska stała się państwem europejskim w całym tego słowa znaczeniu, bo my nie musimy przyjmować europejskich chorób”.

Środa 31 października. „Panorama” bez szefowej

Szefowa „Panoramy” w TVP 2 Aneta Kołodziej zrezygnowała – podał portal Wirtualne Media. Swoją funkcję sprawowała od lipca 2016 roku. Jest to kolejna zmiana w kierownictwie programów informacyjnych TVP. 25 października odszedł szef „Teleexpressu” Piotr Kudzia.

Czwartek 1 listopada. Niezapowiedziana wizyta w Nowym Sączu

Na trzy dni przed drugą turą wyborów samorządowych prezydent Andrzej Duda złożył niezapowiedzianą wizytę w Nowym Sączu. Prezydent udzielił poparcia kandydatce PiS na prezydenta miasta Iwonie Mularczyk – poinformował portal sadeczanin.info.

Duda był m.in. pod pomnikiem legionistów oraz na cmentarzu, gdzie towarzyszyła mu kandydatka Prawa i Sprawiedliwości na urząd prezydenta Nowego Sącza. Iwona Mularczyk była wraz z rodziną (mężem kandydatki jest poseł PiS Arkadiusz Mularczyk). Prezydent złożył też kwiaty pod pomnikiem Józefa Piłsudskiego.

Portalowi sądeczanin.info prezydent powiedział, że jego wizyta ma charakter nieoficjalny. Przyznał, że można ją traktować jako rodzaj przypieczętowania kampanii wyborczej Mularczyk. „Jestem w końcu synem tej ziemi, a pani Iwona Mularczyk i pan poseł są moimi serdecznymi przyjaciółmi od wielu lat” – podkreślił Duda.

Piątek 2 listopada. Prezydent wspiera mentalnie

Rzecznik prezydenta Błażej Spychalski, przekonywał w „Rzeczpospolitej”, że prezydent Andrzej Duda nie angażuje się w kampanię samorządową. Wszelako, stwierdził, „zupełnie naturalnym jest, że pan prezydent ma przyjaciół, ma znajomych i z nimi rozmawia. No tutaj, naprawdę, proszę nie doszukiwać się jakichś wielkich sensacji”.

Zapytany o to, co prezydent robił w Nowym Sączu na cmentarzu u boku kandydatki PiS na prezydenta miasta Iwony Mularczyk, powtórzył: „Tak jak mówiłem, to że pan prezydent ma znajomych, ma przyjaciół. Nie od dziś wiadomo, że z panem posłem Mularczykiem, z żoną pana posła, znają się od wielu, wielu lat, jeszcze z czasów, kiedy pan prezydent nawet w polityce nie był. A więc to, że się przyjaźnią, jest zupełnie naturalne”.

Dopytywany czy prezydent ma na cmentarzu bliskich, Spychalski powiedział: „No, wie pan. Pan prezydent, a właściwie żona pana prezydenta, pochodzi z okolic Starego Sącza, więc no, to są takie tereny, które są panu prezydentowi doskonale znane”.

Czy robienie kampanii na cmentarzu jest moralne? – indagował dziennikarz.

Rzecznik stwierdził: „Ale to są pana słowa, moim zdaniem zupełnie nieuprawnione. Pan prezydent, tak jak powiedziałem, odwiedził cmentarz. No to, że były media, nie wiem, ja ich… ja mediów nie zapraszałem. Więc, no naprawdę, ciężko mi…”.

Czy zatem zaprzecza Pan, że prezydent wspierał kandydatkę PiS na prezydenta Nowego Sącza? – nie ustępował dziennikarz. „Pan prezydent oczywiście zna kandydatkę na prezydenta Nowego Sącza” – tłumaczył Spychalski. „I wspiera ją, tak bardziej mentalnie”.

Piątek 2 listopada. PiS zmaga się z atakami zagranicznego kapitału

Posłanka Joanna Lichocka w Polskim Radiu 24 w odniesieniu do sprawy nagrań Mateusza Morawieckiego, które ujawniono przed kampanią samorządową, stwierdziła, że „kapitał ma narodowość i było widać, że niemieckie media działające w Polsce zaangażowały się w kampanię samorządową. Widać, że było to zaangażowanie dziennikarzy portalu Onet.pl, by z tej starej taśmy z nagraniem Mateusza Morawieckiego wydobyć sformułowania, które miałyby go skompromitować”.

Zdaniem Lichockiej, PiS zmaga się od lat z atakami mediów z zagranicznym kapitałem w Polsce. „PiS po raz czwarty wygrywa wybory pomimo tego mechanizmu medialnego. Trzeba to głośno mówić i powtarzać, by Polacy wiedzieli z jakim produktem mają do czynienia. Mamy do czynienia z zaangażowaniem ogromnych środków w system medialny w Polsce, które są środkami zagranicznymi, nie polskimi”.

Piątek 2 listopada. Pawlikowski: prezydent Polski nie jest dobrze chroniony

Były szef Biura Ochrony Rządu w latach 2006-2007 i 2016-2017 generał Andrzej Pawlikowski, stwierdził w Polskim Radiu 24, że ma wątpliwości czy ochrona najważniejszych osób w państwie jest skuteczna. „Strach przed przyszłością powoduje to, że odchodzą naprawdę bardzo doświadczeni funkcjonariusze. Powstaje przestrzeń, pustka”. Czy najważniejsze osoby w naszym kraju są bezpieczne? – zapytał dziennikarz. „[…] Słuchając wczoraj rozmowy z gen. Miłkowskim mam pewne wątpliwości w tym zakresie” – odparł Pawlikowski. Dziennikarz: czy mówi pan, że prezydent Polski nie jest bezpieczny? Pawlikowski: „Tak. Słuchając wypowiedzi gen. Miłkowskiego w TVN24 z każdą minutą byłem coraz bardziej przerażony i zacząłem mieć wątpliwości czy ta ochrona tak naprawdę jest skuteczna”.

Były szef BOR stwierdził, że „pan komendant [Miłkowski] pościągał przecież swoich kolegów z okolic różnych posterunków powiatowych. […] W tej chwili naprawdę mamy problem, bo odeszło, odchodzą i wiem, że ma odejść wielu doświadczonych kierowców. Z informacji, które do mnie docierają wynika, że system szkoleń zupełnie leży. Dużym problemem jest, że do najważniejszych osób w państwie są przydzielane osoby z kilkumiesięcznym czy maksymalnie dwuletnim doświadczeniem. Tymczasem, żeby do takiego VIP-a dostać angaż, potrzeba 4-, 5 lat szkolenia”.

Piątek 2 listopada. Morawiecki: rola Polski w Unii umacnia się

Premier Mateusz Morawiecki w wywiadzie dla portalu tvp.info powiedział, „My naszą pozycję w Unii Europejskiej teraz umacniamy, bo Unia Europejska jest unią twardej gry interesów krajów członkowskich. My nie uważamy, tak jak nasi poprzednicy, że poklepywanie po plecach i ustępowanie wszystkim to jest realizacja interesów Polski. Wiadomo, ta »brzydka panna na wydaniu«, takie nieładne słowa jednego z członków Platformy Obywatelskiej, bardzo wysoko zresztą postawionych swojego czasu w ich hierarchii”.

„Rola Polski w Unii Europejskiej umacnia się – przekonywał. – Jesteśmy realnie coraz silniejszym partnerem zarówno ze względu na swoją siłę gospodarczą, jak i nasze ogromne sukcesy w uszczelnianiu systemu podatkowego. To zostało tam zauważone na bardzo wielu forach. Odzyskaliśmy też w polityce zagranicznej naszą wewnętrzną sterowność – to od nas zależą kierunki polityki zagranicznej. Nie jesteśmy łódeczką przywiązaną do wielkich możnych tego świata, tylko kierując się interesami polskimi i rozumiejąc realia geopolityki, prowadzimy politykę polską, polską politykę zagraniczną w najlepszym polskim interesie”.

Premier oświadczył, że program PiS „można streścić w czterech słowach: rodzina, praca, płaca i mieszkanie”.

>>>

Fragment ostatniego felietonu Waldemara Mystkowskiego.

Wszystko można pogodzić w ramach demokratycznych struktur – od ideowych lewicy do liberalizmu. Zagrożenia zawsze przychodzą ze strony prawicy. W Polsce jest to regułą – tak było w okresie międzywojennym, tak jest i teraz.

Nareszcie opozycja zebrała się w sobie i po raz pierwszy liderzy sześciu stronnictw opozycyjnych na wspólnej konferencji zapowiedzieli współpracę w samorządach, a są to: Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Inicjatywa Polska, Polskie Stronnictwo Ludowe, Sojusz Lewicy Demokratycznej, Unia Europejskich Demokratów. A więc niemal wszyscy są przeciw PiS.

Nareszcie! Po samorządach przyjdzie czas na wybory do Parlamentu Europejskiego, które mogą być najciekawszym poligonem współpracy opozycji, a następnie do Sejmu i Senatu. Metoda D’Hondta premiuje największych, a opozycja jest 2-krotnie większa niż PiS w swoim najlepszym okresie. Dopiero przegrane PiS można rozliczyć – za dewastację mediów publicznych, niezależności sądownictwa, za demolkę demokracji i prestiżu Polski.

Więcej >>>