Tag Archives: Stanisław Gawłowski

Pasqudy PiS prowadzą Polskę do faszyzmu. Z życia pasqud 14

9 Lip

Sędzia Igor Tuleya w programie Onet Ranowypowiedział się na temat zmian w sądownictwie wprowadzanych przez rząd PiS.

Stowarzyszenie Sędziów Polskich: Przedstawiamy kompleksowy raport, opisujący wszystkie przypadki represji władz wobec niezależnych polskich sędziów. W raporcie opisano różnego rodzaju działania, jakie zostały już podjęte, wobec dwudziestu jeden polskich sędziów.

>>>Raport<<<

Lider SLD Włodzimierz Czarzasty w ostry słowach odpowiedział – w programie Onet Rano – na liczne komentarze, jakie pojawiły pod jego głośnym twittem z 3 lipca.

„Byłem z Julią Przyłębską w Socjalistycznym Związku Studentów Polskich a ze Stanisławem Piotrowiczem i Marcinem Wolskim w PZPR. Myślałem, że jestem wielką mendą a okazuje się że można być większą. Można z taką przeszłością zapisać się do PIS i awansować. Uczę się całe życie” – napisał wówczas polityk.

Teraz równie mocno stwierdził, że od historii nikt nie ucieknie i on sam nie ma zamiaru uciekać.Przyznał, że należał zarówno do Zrzeszenia Studentów Polskich jak i do PZPR, a później wstąpił do SLD. „Nie mówię, że nie byłem, nie tłumaczę tego, nie zasłaniam się, nie ukrywam” – oznajmił polityk. Dodał, że najbardziej śmieszy go to, że w związku z tym, że rządzi PiS to nie wszyscy, ale część ludzi, którzy służyli reżimowi chowają to gdzieś pod koszulę, w staniki, w buty i mówią: „nie, nigdy w życiu nas tam nie było”.

To jest mendziarstwo” – ocenił, podkreślając, że „każdy ma swój życiorys i musi za ten życiorys brać odpowiedzialność”.

Polski populizm rości sobie prawo do przemawiania w imieniu całego, jednolitego narodu i stawiania poza granicami tego narodu tych, którzy się z tym nie zgadzają; decyzje podejmowane są przez jedną osobę, co jest więcej niż zagrożeniem dla demokracji, bo jest już brakiem demokracji – takie m.in. tezy stawia w obszernym wywiadzie profesor uniwersytetu w Sydney Wojciech Sadurski.

  • – Polska nie jest państwem faszystowskim. Ktoś, kto by to powiedział, byłby winny dewaluacji tego strasznego pojęcia. Natomiast mamy do czynienia z elementami dyskursu faszystowskiego – mówi Sadurski
  • – Patrząc na nasz kraj przez okulary konstytucjonalisty, uznaję, że załamanie podziału władz jest najgroźniejszym elementem ataku na demokrację – uważa
  • – Tak naprawdę wszystkie inne instytucje realizują wolę jednego człowieka. Na tym nie może polegać demokracja – komentuje
  • – To chore i patologiczne, że Kaczyński mógł nastraszyć społeczeństwo zalewem fali imigrantów – ocenia

Z Wojciechem Sadurskim rozmawiałem za pośrednictwem Skype’a. Pan profesor jest prawnikiem konstytucjonalistą, filozofem, politologiem. Wykłada w Instytucie Europejskim uniwersytetu we Florencji oraz na uniwersytecie w Sydney, gdzie mieszka na stałe. Jest też bardzo aktywnym komentatorem w mediach społecznościowych.

Profesor Sadurski jest jednym z współtwórców Concilium Citivitas, rady, w skład której wchodzi kilkudziesięciu polskich uczonych pracujących poza granicami kraju. W dniach 9-10 lipca odbywa się pierwszy zjazd Concilium, na który wstęp jest wolny po rejestracji na stronie www.conciliumcivitas.pl. Onet jest partnerem medialnym wydarzenia, partnerem radiowym jest TOK FM.

Prof. Sadurski na zjazd Concilium Civitas nie zdołał dojechać, a kiedy rozmawialiśmy, był akurat w Santiago, stolicy Chile. Oto zapis najważniejszych wątków rozmowy:

Pisze Pan obszernie o populizmie. Czy może Pan to zjawisko zdefiniować?

Wojciech Sadurski: Populizm jest ogromnie szkodliwy i dla państwa, i dla społeczeństwa. Jest jednak zjawiskiem nie tylko polskim, ale i europejskim, światowym.

Uważam, że populizm jest reakcją na niedostatki demokracji liberalnej, ale reakcją niedemokratyczną i w tym sensie tak zwana demokracja nieliberalna, taka, która powstaje w reakcji na niedostatki demokracji liberalnej, jest pojęciem wewnętrznie sprzecznym.

Demokracja – ta bezprzymiotnikowa – nieuchronnie zakłada nie tylko władzę większości, wyrażoną w wyborach, ale także to, by ten efekt wyborczy był ugruntowany pewnymi wolnościami i uprawnieniami obywatelskimi, bez których nie ma mowy o wolnych wyborach.

Jak by Pan opisał polski populizm?

Każdy populizm jest reakcją na pewne niedostatki sytuacji społeczno-politycznej, ale te niedostatki są różne. Stąd mamy do czynienia z populizmami w liczbie mnogiej na świecie, a nie z populizmem jednym i tym samym. Niemniej są pewne cechy wspólne i te cechy wspólne w Polsce przejawiają się w sposób wyjątkowo aberracyjny.

To jest, po pierwsze, niechęć do uznania pluralizmu politycznego i związane z tym roszczenie do przemawiania w imieniu całego, jednolitego narodu. I stawianie poza granicami tego narodu tych, którzy się z tym nie zgadzają.

Po drugie, niechęć do instytucji demokracji przedstawicielskiej i rozmaitych instytucji parlamentarnych, które wymagają trudnego uzgadniania kompromisów. Chodzi o podejście do demokracji na zasadzie, którą nazywam plebiscytarną, to znaczy na zasadzie plebiscytu nad przywódcą, a nie nad poszczególnymi politykami.

Po trzecie niechęć do rozmaitych instytucji tzw. wetujących, czyli instytucji opóźniających – wpływających, a czasem wręcz kwestionujących decyzje organu przedstawicielskiego, w oparciu o pewne ograniczenia o charakterze praw i wolności obywatelskich. To są sądy konstytucyjne, czy na przykład organy polityki finansowej, jak niezależny bank centralny, czy też służba cywilna, która nie jest jednoznacznie podporządkowana większości parlamentarnej.

Populizm odrzuca demokrację?

Populizm odrzuca tę strukturę instytucjonalną demokracji, która modyfikuje, a czasem kwestionuje decyzje większości parlamentarnej. Populizm działa na zasadzie „zwycięzca bierze wszystko”.

Skoro w plebiscycie wyborczym wyborca dał nam władzę, to przez okres najbliższej kadencji mamy carte blanche na rządzenie, a rozmaite instytucje, jak niezależne sądy, inne niezależne instytucje służby publicznej np. bankowości czy wojska, są pewnym irytującym balastem, który należy porzucić. To wszystko jest cechą populizmu wszędzie na świecie i tak jest niestety w tej chwili w Polsce.

Jak to działa?

Populizm opiera się na pewnych hasłach. Jeżeli uda się przekonać społeczeństwo, że populistyczny przywódca zna odpowiedź na problemy zawarte w tych hasłach, to jest to droga do zwycięstwa.

Do tych haseł należy po pierwsze bardzo silny antyelityzm lub antyestablishmentowość, czyli przekonanie społeczeństwa, że dotychczas rządząca elita oderwała się od społeczeństwa i nie rozumie, nie szanuje jego problemów.

Po drugie niechęć do „obcych”, najczęściej definiowanych jako imigranci lub uchodźcy, ale często są to również obcy „wewnętrzni”, czyli ludzie należący do innej niż dominująca religii i rasy, orientacji seksualnej itd. Przedstawia się tych obcych jako wrogów, zagrażających dotychczasowemu trybowi życia.

Po trzecie jest to frustracja klas średnich i średnich niższych, które uważają, że tracą swoją społeczno-ekonomiczną pozycję.

I wreszcie ostatnie z tych haseł, hasło kontrkulturowe, czyli lęk przed nowym w kulturze społecznej, lęk przed tym, co wydaje się sprzeczne z tradycyjnymi ustalonymi hierarchiami, światopoglądem, religią, rodziną itd. A zatem wołanie o równość, w tym równość dla społeczności LGBT, równość płci, niedyskryminacja, otwartość na „nowinki kulturowe”.

Populiści prawicowi przeciwko temu wszystkiemu mobilizują opinię publiczną, mówiąc, że oni są po stronie wartości tradycyjnych.

I teraz, jeżeli weźmiemy te cztery kategorie haseł, to w różnych konfiguracjach i z różną intensywnością występują one w różnych państwach, gdzie populizm dominuje. W Polsce wydaje mi się, że element społeczno-ekonomiczny ma raczej drugorzędną wagę. Ale największą wagę ma połączenie trzech haseł PiS-u, czyli antyelitaryzmu, lęku przeciwko obcym i tradycjonalizmu kulturowego.

Ale dlaczego publiczność tego słucha?

Te zjawiska, hasła, które wymieniłem, mają być odpowiedzią na niewątpliwie załamanie się dotychczasowego linearnego wzrostu pozycji klasy średniej i niższej średniej – to jest kwestia mniej więcej ostatniej dekady.

Ale jeżeli przyjrzymy się temu w Polsce, to tutaj widzimy, że trzy główne elementy, o których powiedziałem – element antyelitarny, antyobcy i tradycjonalizmu kulturowego – w sposób naturalny zaostrzyły się w ostatnich latach rządów PO.

Jeśli chodzi o pierwszy element, to mieliśmy do czynienia po raz pierwszy z bezprecedensową sytuacją w całej Europie Środkowej, że jedna i ta sama formacja polityczna rządziła przez dwie następujące po sobie kadencje, czyli stosunkowo łatwo było dostrzec zmęczenie aktualnym establishmentem, aktualną elitą, ona już się opatrzyła, ale w pewnym sensie nastąpiło jakieś zmęczenie materiału.

Jeśli chodzi o drugi, to przecież jest chore i patologiczne, że Kaczyński mógł nastraszyć polskie społeczeństwo zalewem fali imigrantów, w szczególności imigrantów muzułmańskich. I wreszcie, jeśli chodzi o trzecią sprawę tradycjonalizmu, to jakby ten rosnący wpływ na świadomość publiczną ze strony rozmaitych nowych form egalitaryzmu, z których niektóre są sprzeczne z tradycyjnym nauczaniem Kościoła. I to również jest kwestia mniej więcej ostatniej dekady.

Te trzy typy zjawisk nastąpiły z taką intensywnością, że zmiana ma charakter jakościowy. I mogły dać populistom odpowiedzi na wszystkie lęki związane z tymi trzema sytuacjami.

A co z zakwestionowaniem trójpodziału władzy?

Patrząc na Polskę przez okulary konstytucjonalisty, uznaję, że załamanie podziału władz jest absolutnie centralnym, najważniejszym, najgroźniejszym elementem ataku na demokrację, na instytucje demokratyczne. Ja przyjmuję definicję demokracji jako składającą się z trzech elementów, to znaczy z wolnych wyborów, praw i wolności obywatelskich oraz trójpodziału władz.

I w Polsce, jeśli chodzi o wpływ PiS-u na strukturę demokratyczną, to ten ostatni element uległ totalnej destrukcji, w odróżnieniu do pierwszych dwóch. Zatem mamy do czynienia z sytuacją, w której cała władza skoncentrowana jest w jednych rękach, czyli w rękach przywódcy partii większościowej, partii hegemonistycznej.

Jest to fundamentalnym nie tylko podważeniem, ale jest atakiem na same fundamenty demokracji. Bo demokracja wymaga, by cała władza nie była w jednych rękach.

Czy taki model demokracji jest wszędzie na świecie taki sam?

Mamy w światowym konstytucjonalizmie rozmaite modele. Mamy model tzw. trójpodziału władzy wywodzącego się od Monteskiusza, który to model generalnie panuje w Europie. I mamy model zwany w Stanach Zjednoczonych „checks and balances” (kontrola i równowaga) – to nie jest trójpodział władzy, ale zasada jest taka, że żadna z władz nie ma absolutnych kompetencji w swoim zakresie, czyli jest jakby kontrolowana i ograniczana przez inne instytucje.

W Polsce mamy do czynienia z zaprzeczeniem i jednego modelu i drugiego – nie mamy już trójpodziału władzy dlatego, że władza większości parlamentarnej, czyli władza ustawodawcza, kontroluje zarówno władzę wykonawczą, jak i w coraz większej mierze władzę sądowniczą. Nie mamy do czynienia z „checks and balances”, dlatego że władza lidera partyjnego jest niczym nieograniczona.

A dokładniej?

Struktura konstytucyjna, która mówi o tym, kto ma jakie kompetencje, nie ma odzwierciedlenia w faktycznym podejmowaniu decyzji publicznych, gdyż wszystkie istotne decyzje podejmowane są przez jedną osobę.

I teraz, gdyby nawet ta osoba była człowiekiem nadzwyczajnej mądrości i cnoty – a nie jest – ale nawet gdyby była, to sam ten fakt jest śmiertelnym zagrożeniem dla demokracji. Więcej niż zagrożeniem – jest już brakiem demokracji.

W Polsce PiS-owi udało się prawie całkowicie obalić podział władzy. To znaczy, są jeszcze jakieś reduty niezależnej władzy, czyli niektórzy sędziowie, którzy nie poddają się dominacji ministra sprawiedliwości, czy organy takie, jak Rzecznik Praw Obywatelskich, który z kolei ma dużą moc symboliczną i prawną, ale bardzo małą moc sprawczą, bo nie podejmuje decyzji.

Tak naprawdę wszystkie inne instytucje realizują wolę jednego człowieka. Powtarzam: na tym nie może polegać demokracja. Demokracja musi być władzą ograniczoną. A w Polsce nie jest.

Ten autorytaryzm, o którym Pan mówi, odbieranie demokracji atrybutów demokracji, czy to nie brzmi jak faszyzm?

Nie, absolutnie to nie jest faszyzm. Natomiast skoro pan to słowo przywołał, chciałbym wyjaśnić, że należy odróżnić instytucjonalny faszyzm, czyli ustrój faszystowski, od dyskursu faszystowskiego.

Otóż w Polsce mamy do czynienia z obecnością już nie tylko śladowego, niestety, dyskursu typowo faszystowskiego. Nie obciążam za jego wprowadzenie samej władzy, natomiast obciążam ją za tolerowanie i czasem wykorzystywanie tego dyskursu. Na przykład nieskrywany rasizm widoczny w propagandzie antyimigranckiej jest dla mnie przejawem dyskursu faszystowskiego.

Polska nie jest państwem faszystowskim. Ktoś, kto by to powiedział, byłby, poza wszystkim innym, winny dewaluacji tego strasznego pojęcia.

Natomiast mamy do czynienia z elementami dyskursu faszystowskiego i jakkolwiek by to brzmiało radykalnie, to jestem gotów bronić tego poglądu i dawać dowody tego dyskursu w sferze publicznej, w tym także w telewizji publicznej. Bo to, że są jacyś faszyści gdzieś na obrzeżach społeczeństwa, to jest to cecha każdego państwa demokratycznego – w każdym państwie demokratycznym mamy do czynienia z rozmaitymi typami aberracji.

W momencie jednak, gdy elementy tych aberracji są przejmowane przez telewizję publiczną, telewizję kontrolowaną przez władzę publiczną i utrzymywaną przez podatnika, w tym momencie ten dyskurs polityczny – dyskurs faszystowski – wpełza do życia publicznego i wtedy wszyscy musimy się temu przeciwstawić.

Czy to się może zmienić?

To znaczy, czy mam nadzieję, że najbliższe wybory coś zmienią? Oczywiście, że mam na to wielką nadzieję i bardzo bym tego chciał. Nie jestem jednak politologiem, kimś kto się zajmuje liczeniem słupków i wróżeniem z fusów o tym, jakie będą wybory, ale bardzo na to liczę i bardzo, bardzo tego pragnę dla Polski.

Sianie propagandy nienawiści czy szerzenie nieprawd to specjalność PiS – mówi Bartosz Arłukowicz w rozmowie z Magdą Jethon.

Śledzi Pan kampanię PiS?

Generalnie rzecz ujmując tak, choć będąc w środku naszej kampanii, nie oglądam się na przeciwników. Nie prowadzę też walki wewnątrz partii, takie mam zasady. Każdego dnia robię swoje.

A słyszał Pan, że Jarosław Kaczyński na konwencji PiS powiedział: „Jesteśmy wyspą wolności i dlatego jesteśmy tak cenni dla całego świata”?

To jest absurdalne rozumowanie. Kaczyński od lat buduje alternatywną rzeczywistość. To przecież on jest autorem słynnych słów, że „nikt nam nie będzie wmawiał, że czarne jest czarne, a białe jest białe”. To oni – politycy PiSu podzielili Polaków na lepszy i gorszy sort, nazywali „kanaliami”, „zdradzieckimi mordami” z wtórującym Joachimem Brudzińskim krzyczącym na ulicy „komuniści i złodzieje”. A na okrasę, wisienka na torcie, pani premier Szydło krzycząca z mównicy sejmowej „nam się te pieniądze po prostu należały” to jest dla mnie kwintesencja PiS.

A jak się Panu podoba taki obrazek: Kaczyński z karabinem w ręku, spoglądający w celownik i hasło: „Przed nami nowe cele” .

A to nie jest jakiś mem?

Zdjęcie z takim hasłem zamieściło na Twitterze Małopolskie PiS jako reklamę konwencji tej partii w Katowicach…

Cała filozofia PiS polega na podziale Polaków, na podziale społeczeństwa, dewaluacji elit, próbie wymiany elit, destabilizacji instytucji państwa. To jest zamierzony plan, który Kaczyński wprowadza w życie, budując nienawiść każdego dnia. Wzbudza takie emocje, które powodują, że Polacy nie patrzą na „osiągnięcia” rządu, nie widzą tych wszystkich złych rzeczy, które dzieją się w rządzie. Budowanie tych emocji zasłania prawdę o rządzie i o tym, co tam się dzieje – myślę o sposobie rządzenia państwem, nepotyzmie, zatrudnianiu najbliższych, o nagrodach etc.

Wasza kampania już się zaczęła, chociaż jeszcze nie wiadomo, kto będzie w koalicji. PSL zostawiło decyzję Platformie, ale tak naprawdę to podjęło decyzję…

Uważam, że nie ma miejsca na spory w opozycji. To mnie bardzo boli, bo o to właśnie chodzi Kaczyńskiemu. Taki jest jego scenariusz – skłócona, polemizująca ze sobą, opozycja. Jestem przeciwnikiem dyskutowania opozycji ze sobą i o sobie, jestem zwolennikiem prowadzenia kampanii w walce o głosy wyborcze z PiS, a nie z Biedroniem, czy z Kosiniakiem-Kamyszem.

Kosiniak-Kamysz tego nie rozumie?

Jestem przekonany, że akurat Władek to rozumie. Pytanie tylko, czy jest dobry czas, żeby dyskutować między sobą i stawiać warunki, że z tym tak, a z tamtym nie.

Połowa społeczeństwa martwi się, czy dacie radę, czy wyciągnęliście jakieś wnioski z kampanii do Europarlamentu, czy wiecie, co poszło nie tak?

Czas kampanii opartej tylko i wyłącznie na billboardach, na konferencjach prasowych, na konwencjach partyjnych bezpowrotnie minął. Dzisiaj, w dobie Internetu, powszechnego i błyskawicznego dostępu do informacji, tysiąca opinii różnych ludzi na ten sam temat, nie można zbudować skutecznie kampanii tylko na konwencjach. To musi być interaktywna praca z wyborcami, dostosowana do nowych warunków i rzeczywistości, musi to być kampania na ulicy.

PiS ponoć podczas kampanii prezydenckiej Dudy korzystał z usług amerykańskiej firmy z Chicago. Czy opozycja ma takie wsparcie?

Tego nie wiem, ale ja najlepiej czuję się wśród ludzi, w niewielkich miejscowościach, miasteczkach, wioskach i taką kampanię zamierzam prowadzić.

Prezes Kaczyński nie ukrywa, że PiS korzysta z badań socjologicznych. Czy koalicja robi to również?

Oczywiście, że tak. Rozmawiamy z profesorami, ekspertami, socjologami, psychologami społecznymi, ale kluczem w polityce są jednak emocje wyczuwania nastroju społecznego. To jest najważniejsze w kampanii.

Wierzy Pan, że wystarczy wyjść do ludzi, uścisnąć dłoń i rozmawiać?

Kampania jest wieloaspektowa, musi być złożona z różnych elementów. Nie można dzisiaj wygrać wyborów, opierając się tylko i wyłącznie na dużym przekazie. Kampanię można wygrać, łącząc duży przekaz z intensywną pracą na ulicy. Jestem świeżo po bardzo trudnej, ciężkiej, dużej kampanii do Parlamentu Europejskiego i nie mam wątpliwości, że ten bardzo dobry wynik, który nawet mnie zaskoczył, uzyskałem dzięki temu, że spędziłem trzy miesiące na ulicy, dzień w dzień, od świtu do nocy.

Akurat Pan sobie świetnie radzi w rozmowach oko w oko z wyborcami. Czy jednak koledzy są równie dobrze przygotowani? Nie każdy ma zdolność wejścia w tłum i rozmawiania…

Każdy ma inne umiejętności, ale polityka to jest gra zespołowa i trzeba umieć to połączyć. Jedni mają wyjątkowy dar do organizacyjnego prowadzenia partii politycznych, drudzy mają dar, żeby być na ulicy, trzeci do analiz eksperckich i merytorycznych. Tylko połączenie tych zdolności daje dobry efekt.

Potrzebne są jakieś spójne opowieści, jakieś konkrety… Mówi Pan o tym, że np. na chemioterapię dla wszystkich Polaków chorych na raka w Polsce wydaje się rocznie 1,3 mld zł. Dokładnie tyle samo, ile obecny rząd przekazał na tzw. media publiczne? Czy ludzie to wiedzą?

Na każdym spotkaniu o tym mówię. Ludzie są zaskoczeni, dlatego że przeciętny obywatel nie zdaje sobie sprawy ze skali tej kwoty. Nikt z nas miliarda prawdopodobnie na żywo nie widział. Kwota 1,3 mld to suma trudna do wyobrażenia, ale jak się powie ludziom na spotkaniu, że przekazano na „telewizję publiczną” pieniądze, które wydaje się rocznie na chemioterapię dla wszystkich ludzi chorych na raka w Polsce, to ludzie otwierają oczy szeroko i mówią – to jest niemożliwe. A ja mówię: to jest możliwe i to jest prawda.

Macie więcej takich faktów, krótkich, spójnych….

Oczywiście, rozmawiamy o sprawach bliskich ludziom. Ludzie pytają o ceny, to jest coś, co bardzo doskwiera, widzą to w swoim sklepiku, warzywniaku. Dziś pietruszka kosztuje około 20 zł za kilogram, a masło podrożało przeszło 50 proc. To są rzeczy, o których politycy muszą mówić, dlatego, że jeżeli będziemy mówili tylko o wielkich ideach, projektach politycznych, to nie trafimy do ludzi. To są dla nich obce tematy, ludzie muszą rozmawiać o tym, co dotyczy ich życia, o ich chodniku, drodze czy szkole. Często podchodzą do mnie i mówią: „polityka mnie nie dotyczy, ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego”, nie zdając sobie sprawy z tego, że polityka dzisiaj wkracza do prywatnego domu każdego z nas. Politycy dzisiaj chcą decydować, jak mamy żyć, z kim mamy spać, kogo możemy trzymać za rękę. Polityka wkracza na sale porodowe, mówi kobietom, jak mają rodzić dzieci. Polityka dzisiaj uniemożliwiła korzystanie z programu in vitro. To są fakty, na które codziennie wpływa polityka. Polityka też kształtuje to, jak będą wyglądały nasze szkoły 1 września. Polityka zdecydowała o tym, jak wyglądają podręczniki naszych dzieci. Mógłbym tak wymieniać bez końca…

Podczas ulicznych spotkań nie ma zbyt dużo czasu na odkłamywanie propagandy rządowej. Jesteście przygotowani na odpieranie zarzutów, często fałszywych?

Sianie propagandy nienawiści czy szerzenie nieprawd to specjalność obecnej ekipy rządzącej. Walczymy z tym. Dobry przykład mieliśmy w sobotę, kiedy na konwencji PiS użyto brutalnie człowieka, pana Andrzeja, którego spotkaliśmy na ulicy w Węgrowie i z którym sympatycznie porozmawialiśmy. Na szczęście udało mi się obnażyć manipulację pani premier Szydło oraz całych dywizjonów trolli internetowych, które ruszyły w tej sprawie i próbowały wmówić widzom i czytelnikom, że nasz sympatyczny śmiech był naśmiewaniem się z pana Andrzeja. Ten dzień, jak w soczewce pokazał, że ekipa PiS użyje każdego narzędzia, zniszczy każdego człowieka, dla swojego krótkiego celu politycznego.

PiS śledzi Wasze spotkania kampanijne?

W miniony weekend nie odstępowała nas ani na chwilę TVP Info.

A co najczęściej ludzie Wam zarzucają? Co do Was krzyczą na ulicy? Że odbierzecie 500+?

Ludzie rozsądni doskonale wiedzą, że tak się nie stanie. Że to jest kłamstwo stworzone i wmawiane przez PiS.

Ale głosują też nierozsądni…

Staram się wszystko tłumaczyć, bo jestem zwolennikiem nieodcinania się od elektoratu PiS, czy wręcz przekonywania go do siebie. W kampanii jeździłem głównie do miasteczek, w których mieliśmy najmniejsze poparcie, czy w których PiS wygrywał. Takim miasteczkiem,  gdzie nasze wyniki nie były najlepsze jest Białogard. Byłem tam wielokrotnie po to, żeby przekonać mieszkańców do siebie i udało się. Takich miast „odbijanych” jest dużo. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że jakieś miejsca to są bastiony PiS i tam nie ma po co jeździć. Ja w sobotę byłem w bastionie PiS na Podlasiu, byłem w Augustowie, Suchowoli, w Suwałkach…

Ale to nie są dla Pana przyjemne miejsca?

Nic podobnego. Spotkałem bardzo dużo sympatycznych reakcji. Były też negatywne zachowania, ale nie ma co się tym przejmować. Ludzie w większości byli zadowoleni, że byliśmy w ich miastach, że ich odwiedziliśmy, podaliśmy setki rąk, rozmawiali z nami. Niektórzy mówili, że na nas czekali.

To pewnie była akurat grupa waszych zwolenników…

Nie, na rynku rolno-towarowym w Białymstoku, o 8.00 rano, w sobotę, nie mogłem spotkać wycelowanej grupy. Ja się nie spotykam, jak Kaczyński z gronem swoich fanów przywiezionych autobusami, w zamkniętym pomieszczeniu i w tłumie ochroniarzy, tylko idziemy ekipą „Bartek team”, a teraz „Koalicja team”, na rynek rolno-towarowy w Białymstoku, tam, gdzie stoją ludzie i sprzedają marchewkę, pietruszkę, warzywa i są wkurzeni na rzeczywistość. Tam wchodzimy, ale nie po to, żeby mówili panie Bartku super, że pan przyjechał, tylko wchodzę przekonać gościa, który do mnie krzyczy komunisto. I w końcu go przekonuję.

A sprawdzał pan, jaki miał Pan wynik w Białogardzie?

Tak. W mieście Białogard nasza lista zdobyła 3 665 głosów, co dało 49,78%. Ja sam zdobyłem 2 647 głosów. Dodam, że w Koszalinie, wchodząc na giełdę koszalińską – to jest takie specyficzne miejsce, gdzie kilkanaście tysięcy ludzi handluje wszystkim w każdą niedzielę – udało mi się zdobyć więcej głosów niż cała lista PiS razem wzięta. Czyli wszyscy politycy PiS zdobyli mniej głosów niż ja, chodząc po giełdzie przez cztery niedziele.

Kampania to Pana żywioł… super skutecznie walczył Pan o siebie, ale teraz ma Pan walczyć o partię. To chyba nie to samo?

Mechanizmy są te same. Obiecałem koleżankom i kolegom nie tylko z PO, że pomożemy im w kampanii. Pomogę też niektórym politykom, bo mnie o to poprosili, w kilku kampaniach indywidualnych. W sobotę pomagaliśmy Tomkowi Cimoszewiczowi, Krzysiowi Truskolaskiemu, Bożenie Kamińskiej, Robertowi Tyszkiewiczowi. Będziemy pomagać też i innym koleżankom i kolegom.

Jest Pan tak silny psychicznie i fizycznie, że może Pan z siebie tak dużo dawać?

Nie mnie to oceniać, ale staram się zawsze robić to, co robię dobrze. I zawsze się przykładam niezależnie od tego, czy gram na gitarze, czy robię politykę, czy leczę dzieci.

Jak Pan znosi ataki, oskarżenia… Nie załamuje się Pan?

Nie. Mogę powiedzieć wszystkim trollom, którzy mnie tysiącami codziennie hejtują: szkoda waszych baterii. Niezależnie od tego, ile hejtu wylejecie będziemy robić swoje.

To jednak jest pan silny.

Staram się być silny i zdecydowany.

Trudno jest doradzać doświadczonym politykom Platformy, czy to nie jest tak, że w Platformie każdy wie najlepiej?

Nie ustawiam się w roli osoby doradzającej, ustawiam się w roli osoby pracującej.

Wierzy pan w zwycięstwo koalicji?

Jestem optymistą. Sytuacja polityczna w kraju jest bardzo trudna, to są najważniejsze wybory od 89 r. One określą przyszłość Polski, nie na cztery lata, a co najmniej na osiem, a nawet dwanaście lat. Te wybory będą decydowały o przyszłości naszych dzieci, naszych rodziców, babć, dziadków i nas samych. I nie ma dzisiaj miejsca na mówienie, że ja nie chcę brać udziału w polityce, że niech oni robią politykę, niech oni robią wybory, niech oni w końcu zwyciężą z tym PiS, niech oni odsuną PiS – to my razem musimy odsunąć PiS.

Reklamy

Furia Krystyny Pawłowicz i inne pisizmy

20 Czer

Gdy myślisz, że w kontekście posłanki Pawłowicz nic cię już nie zaskoczy, kontrowersyjna fighterka PiS powraca w wielkim stylu. W tle zamach wrogów Polski na Bogu ducha winne dziecko jednego z sędziów.

Scenariusz na nowy film Vegi

Patryk Vega ma już gotowy scenariusz na film o polskich politykach. Szkoda! Dlaczego? Bowiem Pawłowicz mogłaby być jego muzą. Jej nowy tweet jest popisem… no właśnie, piszący te słowa nawet nie wie, do końca czego:

Z „podanego dalej” przez posłankę tweeta dowiadujemy się, że ktoś odkręcił ponoć koło w samochodzie sędziego Dariusza Drajewicza. Samochodem transportowane było dziecko prawnika, więc w świecie Pawłowicz był to zamach właśnie na nie. Co więcej, Krystyna Pawłowicz, niczym genialny detektyw, błyskawicznie znalazła winnych całej sytuacji. Nie jest nowością, że odpowiedzialnością za całe zło tego świata posłanka obarcza opozycję i wolne media. Tak też było tym razem.

Nieodkryta artystka

Czasami zastanawiam się jednak, czy pani poseł przypadkiem wszystkich nas nie nabiera. Analizując bowiem jej wpisy w mediach społecznościowych, można pokusić się nawet o wyodrębnienie charakterystycznych cech „twórczości” ulubienicy Jarosława Kaczyńskiego.

Tak, tak, z tą „twórczością” to nie żart! Tweety Pawłowicz można bowiem zakwalifikować do liryki. Ze swoim awangardowym podejściem do interpunkcji (stawianie np. przecinku po kropce) posłanka mogłaby uchodzić za jednego z najbardziej odważnych twórców gatunku. Czy to inspiracja, a wręcz pociągniecie dalej stylu Józefa Czechowicza, twórcy nostalgicznego i katastroficznego?

Uwagę zwraca podejście do wielkości liter. Tu zapewne nasza domniemana poetka daje upust swoim emocjom, ale może także podkreśla znaczenie szczególnie bliskich jej wyrazów („SZCZUCIA”, „,MACIE KREW”). Niekiedy wielkość liter pokazuje samo znaczenie wyrazu (przymiotnik „maleńkie”). Czasami mamy zaś do czynienia z innowacyjnymi skrótami dot. np. nazw znienawidzonych mediów („gazWyb”).

Niekiedy owe cechy charakterystyczne są ze sobą zestawiane („RĘKACH,ZDRAJCY. ,”). Najprawdopodobniej nie przypadkowo ma to miejsce na samym końcu utworu. Tu bowiem następuje punkt kulminacyjny, swoiste katharsis, co podbija tylko zapewne celowe odrzucenie norm języka polskiego. Majstersztyk!

Pani Krystyno, już czekamy na kontynuację!

„W przypadku zwycięstwa Zjednoczonej Prawicy w jesiennych wyborach parlamentarnych jednym z zadań rządu w kolejnej kadencji będzie repolonizacja mediów” – zapowiedział wicepremier Jarosław Gowin na spotkaniu w Kartuzach. Przekonywał, że rząd PiS wcale a wcale „nie ma obsesji wobec kapitału zagranicznego w mediach”. – „Super! Będzie nareszcie jak za PRL! Już nikt nie zarzuci PiS, że jesteście tylko namiastką dawnych, dobrych czasów. Mam nadzieje, że bracia Karnowscy zaczną wydawać moją ukochaną Trybunę Ludu, która będzie rzetelnie informować suwerena o sukcesach Partii. Tak trzymać!” – gorzko skomentował jeden z internautów.

„No to już wiadomo, co zrobią po wygranych wyborach… Wszystkie media mają klaskać i chwalić PiS… Wzorce ze wschodu zaczerpnięte…”; – „Repolonizacja dla nich znaczy PISonizacja, media à la TVP i Telewizja Republika Bananowa”; – „Wszędzie będzie pracować Holecka i będzie podobny obiektywizm jak w Wiadomościach TVP…”; – „Ależ nazywajmy to po imieniu – chodzi o zamach na wolność mediów. Media mają być zależne, co zagwarantuje tej władzy trwanie” – komentowali inni internauci.

Swoje komentarze na Twitterze umieścili także dziennikarze. – „Repolonizacja mediów to jedno z przyszłych zadań rządu. Ale jestem pewien, że jako wolnościowiec pan premier poprze polonizację mediów, czyli podporządkowanie ich władzy, bez radości” – napisał  Bartosz Węglarczyk z onet.pl.

„Kilkanaście dni temu napisałem do nowego Press, że jeśli PiS wygra kolejne wybory, to media patrzące władzy na ręce skończą jak te na Węgrzech. I m. in. pod płaszczykiem repolonizacji tak właśnie może się stać” – to wpis Jacka Nizinkiewicza z „Rzeczpospolitej”.

Androny ancymonków

Politycy wypowiedzieli się nt. biznesu Tadeusz Rydzyka w Toruniu.

Nie talent, nie szerokie horyzonty, mądrość, uczciwość, pracowitość czy wartości decydują dziś o odniesieniu sukcesu w polityce, tylko umiejętność knucia.

Intrygowanie jest dziś cechą, która najbardziej popłaca i zamienia się w złoto.
Dlatego dziwią mnie te wszystkie pytania, zadawane coraz bardziej płaczliwym tonem: co z tą polityką? I politykami? Czemu tacy pazerni, bufonowaci, skupieni na sobie i niewidzący dalej niż czubek własnego nosa?

Dlaczego polska polityka jest w takiej złej formie? Dlaczego brakuje liderów, ludzi utalentowanych, z widoczną pasją i charyzmą, pracowitych i skutecznych? Bo ci, którym o coś chodzi, którzy ciężko pracują, są zajęci w terenie i nie mają czasu siedzieć w partyjnych biurach i intrygować. Za to ci, którzy na rzecz wyborców nie pracują wcale albo bardzo mało, za to skutecznie intrygują, wygrywają i biorą wszystko. Najbardziej biorące miejsca na listach, partyjne stanowiska i eksponowane miejsca, władzę i prestiż. No i jak niby potem mają wyglądać rządy tych zwycięzców? Najbieglejszych z biegłych w knuciu?

Ano właśnie tak: moralność i wartości tylko na pokaz. Wyborcy traktowani jako nieistotny element układanki i maszynki do głosowania, a po wyborach traktowani jak zera. Polityka jako zasłona dymna do zdobywania pieniędzy i władzy, która – oprócz bogacenia się – umożliwia też znęcanie się nad ludźmi i ich kontrolowanie. Malutkie, maciupeńkie ega w natarciu, zajęte nieustannym udowadnianiem całemu światu, że są coś warte, właśnie dlatego, że nic warte nie są.

Znam historię posła, dziś podziwianego przez całą liberalną Polskę, skutecznego i pracowitego, który przez lata miał problem z przebiciem się w swojej własnej partii. Dlaczego? Ano dlatego, że liderów jego partii bardziej niż to, że poseł robi kawał dobrej roboty interesowało to, że zyskuje coraz większą popularność i może zagrozić ich pozycji. Posła na wszelkie sposoby usiłowano więc „spacyfikować” – a to nie zapraszając go do zarządu partii, a to ograniczając jego obecność w mediach, a to rzucając mu dziesiątki małych, ale dolegliwych kłód pod nogi.

„Nikt cię tak nie zniszczy jak koledzy z własnej partii” – to credo wszystkich polityków, ze wszystkich opcji, złota uniwersalna zasada, której teoretyczną skuteczność z wypiekami na twarzy ogląda się w serialach typu „Gra o tron” czy „House of cards”, ale której działanie praktyczne jeży włos na głowie na naszym własnym podwórku i w odniesieniu do nas samych.

Odróżnianie ziarna od plew zawsze było jedną z najważniejszych ludzkich umiejętności, w zasadzie decydującą o jakości życia – tak prywatnego, jak publicznego. Społeczeństwo, które nabiera się na pozory, nie wnikając w istotę sprawy, rzeczywiste kompetencje i działania swoich przedstawicieli, ich intencje, jest skazane na porażkę i rządy chciwych, podłych głupców. Dlatego zanim kolejny raz zaczniemy narzekać na chciwych, głupich, płytkich polityków, zastanówmy się, kto na nich oddał głos.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Więcej >>>

 

PIS z Kościołem katolickim potrafi zniszczyć wszystko

14 Maj

Gdy tysiąc ludzi przez miesiąc wierzy w jakąś zmyśloną opowieść jest to fake news. Gdy miliard ludzi wierzy w nią przez tysiąc lat, jest to religia – i ten, kto nazywa ją fake newsem ma tego nie robić, żeby nie ranić uczuć wierzących[…]

Yuval Noah Harari

21 lekcji na XXI wiek

Rzecznik prezydenta Andrzej Dudy – Krzysztof Szczerski był dzisiaj gościem programu Poranna rozmowa RMF. Polityk komentował m.in. pedofilię w Kościele katolickim.

Reporter Paweł Żuchowski (RMF FM) informuje ze Stanów Zjednoczonych o końcu tymczasowej oceanicznej promocji Polski. Wszystko za sprawą zniszczonego jachtu.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Kwestia walki z pedofilią w polskim Kościele katolickim jest dopiero na początku drogi i bynajmniej nie jest oczywiste, ile ona potrwa i czy skończy się pełnym sukcesem, czyli kontrolą społeczeństwa: co też dzieje się w tej sprawie za zamkniętymi drzwiami plebanii i kurii.

Jak to trudna sprawa społecznie i politycznie, mogliśmy przekonać się w ostatnich latach. Prominentny abp. Wesołowski nie wzbudził większej rewizji moralnej w kwestii zbrodni seksualnej na dzieciach. Karierę w partii rządzącej zrobił prokurator Stanisław Piotrowicz, który bronił księdza pedofila zamiast oskarżać, a frontmani instytucjonalni Kościoła, jakimi są biskupi i arcybiskupi, winę zwalali na dzieci, którym kler nie mógł się oprzeć. Nawet świetna fabuła filmowa Wojciecha Smarzowskiego miała lajtową siłę, bo zrodziła się w wyobraźni twórców, choć miała podstawy w ogromnej ilości doniesień o złu, które dzieje się w polskim Kościele katolickim.

Niespecjalnie wierzyłem w zapowiedź Tomasza Sekielskiego, że przełamie tę niemożność filmem dokumentalnym, tym bardziej, że realizowany był poza telewizjami i znaczącymi firmami producenckimi. A jednak talent dziennikarza i determinacja, aby dotrzeć do centrum zła, przyniosła nadspodziewane efekty, nie tylko sensacyjnością materiału, ale prymarnym problemem dla wszystkich: jak to jest, iż instytucja roszcząca sobie prawo do ferowania wyroków moralnych jest siedliskiem amoralności?

W ciągu kilku dni każdy rodak już oglądał bądź będzie oglądał dwugodzinny dokument „Tylko nie mów nikomu”. Gdy to piszę, po dwóch dobach na You Tube oglądalność przekroczyła 8 milionów odsłon.

„Ciekawa” jest strategia obronna samego Kościoła katolickiego i jego sojusznika politycznego, rządzącej partii PiS. Z pewnością pogardliwa jest odpowiedź abp Sławoja Leszka Głódzia, iż nie ogląda „byle czego”. Prymas abp Wojciech Polak zdobył się na stereotypowe przeprosiny „za każdą ranę zadaną przez ludzi Kościoła”. A któż to jest ów „ludź” Kościoła: klecha, wierny, czy też jakiś ufoludek?

Nie spodziewajmy się za wiele po instytucji, w której wylęgło się zło najgorszego autoramentu, iż się oczyści, podejmie środki prawne, aby ukarać sprawców i zadośćuczynić ofiarom. Od tego powinno być prawo i służby państwa.

Bardzo nikczemna jest postawa partii rządzącej. Prezes Jarosław Kaczyński zapowiedział podwyższenie kary więzienia za pedofilię do 30 lat, bez zaznaczenia, że chodzi o kler. Podwyższenie karalności niczego nie załatwia, bo pedofil klecha na katechezie wypracuje nowe skuteczniejsze metody pozyskiwania ofiar swoich zbrodniczych popędów.

Złotousty Andrzej Duda nawet rozszerzył swoją troskę o ofiary pedofilów i zapowiedział mus: „Z pedofilią musimy walczyć wszędzie. Szkoła, kolonie, harcerstwo”. Znowu uklęknie w niedzielę przed jakimś kapłanem i złoży hołd.

Zawiedziony jestem też opozycją, bo usłyszałem, że po odebraniu władzy PiS „żaden pedofil nie schowa się w kurii ani w partii„. Ten chowający się w „partii” to aluzja do Marka Kuchcińskiego? Nie słychać jednak o żadnej komisji państwowej ws. pedofilii w Kościele katolickim, najlepiej gdyby była ona społeczno-państwowa.

Polakom jednak zakodowała się treść filmu braci Sekielskich, nie można jej wymazać marną retoryką polityczną. Inne ofiary księży pedofilów dostały przykład, że można pokonać ogromny wstyd i mówić o złu wyrządzonym im przez zbrodniczą chuć kapłanów.

Sekielski zapowiada kolejny film o pedofilii w Kościele. Presja społeczna będzie coraz większa i dojdzie do rozliczenia pedofilii wśród kleru. Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS, którzy imitują walkę z kleszą pedofilią. Imitatorami walki są Kaczyński, Duda, Ziobro i inni, wszak to klienci katolickiej kruchty pozyskujący zindoktrynowany przez nich elektorat.

Brudziński szerzy kulcik swojej osoby, bo kult jest zarezerowany dla prezesa

11 Sty

„Kult ministra Brudzińskiego szerzy się po komendach:) Szkoda, że jeszcze kwiatków nie położyli! Jakie trzeba mieć kompleksy, żeby pozwalać podwładnym na takie infantylne lizusostwo? Obciach!”– skomentował na Twitterze były szef MON w rządzie PO-PSL poseł PO Tomasz Siemoniak.

Chodzi o filmik, który też na Twitterze udostępnił inny polityk PO Stanisław Gawłowski. Na nagraniu widać wyświetlane na ekranie telewizora obrazki z szefem MSWiA Joachimem Brudzińskim w roli głównej. – „Witacz” w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Szczecinie” – napisał Gawłowski.

„W tym PiS chyba wszyscy są niedowartościowani: * Zieliński – konfetti * Jojo – witacze w komendach * Misiewicz – honory od żołnierzy * Kaczyński – armia ochroniarzy * Karczewski – portret własny * Kuchciński – twierdza Sejm * Macierewicza – żandarmi prowadzą przez ulicę”; – „Panie Tomaszu, oni cały czas się uczą, cały czas, wszędzie się uczą”; – „Oni przebijają PRL”; – „Łubudubu, łubudubu, niech nam żyje Prezes naszego klubu! To mówiłem ja, Jarząbek…” – komentowali internauci.

Już nic gorszego Adam Glapiński nie mógł usłyszeć po swoich aroganckich i butnych wystąpieniach, mających wyjaśnić płacowe nieprawidłowości w NBP. Były premier Kazimierz Marcinkiewicz w programie Moniki Olejnik „Kropka nad i” ostro podsumował aferę, którą żyje dziś kawał Polski, a przy pomocy młodzieżowego słowa roku 2018 dość precyzyjnie określił samego bankowego prezesa. „Okazał się absolutnym dzbanem”- powiedział Marcinkiewicz o Glapińskim.

„On czuje się uprawniony do tego, żeby wkraczać także w obronę tego człowieka, żeby wkraczać w pracę prokuratury. To jest niesłychane!” – oburzał się były premier na antenie TVN24., komentując wypowiedź prezesa NBP, który na środowej konferencji prasowej zaskoczył deklaracją, iż główny bohater afery KNF Marek Chrzanowski wkrótce wyjdzie z aresztu.

Marcinkiewicz stwierdził, że całokształt ostatnich działań Glapińskiego dyskwalifikuje go jako szefa banku centralnego. A jednak trwa… Jakim cudem?

O jego  wyjątkowej pozycji w Partii Kaczyńskiego wspominał już wcześniej  Michał Kamiński: „…usunięcie Glapińskiego mogłoby się wydawać jedynym i oczywistym wyjściem z punktu widzenia interesów PiS. A jednak z jakiegoś powodu tak się nie dzieje i Glapiński ma w PiS immunitet” – mówił były spin doctor w rozmowie z portalem naTemat.

Przypomniał, że w otoczeniu lidera partii  zajmuje on stale bardzo wysoką pozycje i ważny już był w czasach PC. „Mało kto pamięta – mówił Kamiński – ale PC w 1992 roku mogło wejść do rządu Hanny Suchockiej, ale nic z tego nie wyszło tylko dlatego, że reszta koalicjantów nie godziła się na ministerialną tekę dla Glapińskiego – przypominał obecny krytyk „dobrej zmiany”.

Regularnie co kilka lat, przed każdymi ważniejszymi wyborami, politycy Prawa i Sprawiedliwości emanują euroentuzjazmem i uwielbieniem dla unijnych wartości. Nie inaczej rysuje się sytuacja przed startem kampanii poprzedzających majowe eurowybory i jesienne wybory do Sejmu. Pierwsze symptomy prounijnego ocieplenia można było zauważyć niecały miesiąc temu. W trakcie grudniowej konwencji PiS w Szeligach premier Mateusz Morawiecki przekonywał słuchaczy o tym, że Polska jest bijącym sercem Europy. W następnych dniach działacze Zjednoczonej Prawicy powielali ten przekaz w mediach o najróżniejszym zabarwieniu ideologicznym.

To będzie najważniejszy rok w dziejach III RP

Euroentuzjazm PiS. Regularny, niewiarygodny

Przedwyborcza miłość PiS do Unii jest w polskiej polityce zjawiskiem stałym i powtarzalnym. Ostatnio euroentuzjazm polityków partii rządzącej dał o sobie znać przed wyborami parlamentarnymi w 2015 r. Andrzej Duda niedługo po objęciu urzędu udał się do Berlina, gdzie zapewniał o zamiarach budowy silnej Unii w oparciu o partnerstwo z niemieckim rządem. Jeszcze kilka lat wcześniej prezes PiS w internetowych spotach przekonywał o zaletach wspólnoty, a prezydent Lech Kaczyński w trakcie sprawowania urzędu wychwalał korzyści płynące z ratyfikacji traktatu z Lizbony.

Euroentuzjazm PiS jest jednak tak regularny, jak niewiarygodny. Prounijne wypowiedzi polityków partii przeplatają się bowiem z mniej lub bardziej poważnymi manifestacjami obrzydzenia wspólnotą. Zaledwie dwa tygodnie po konwencji w Szeligach premier zaprosił do rządu nacjonalistę, eurosceptyka i byłego lidera Młodzieży Wszechpolskiej Adama Andruszkiewicza. Z kolei najnowszym przykładem antyunijnego nastawienia partii rządzącej było spotkanie Jarosława Kaczyńskiego z szefem włoskich eurosceptyków Matteo Salvinim. Włoch przedstawił propozycję stworzenia wspólnego bloku w europarlamencie po majowych wyborach – w nowym ugrupowaniu znalazłyby się też m.in. francuska i holenderska skrajna prawica Marine Le Pen i Geerta Wildersa. Nawet jeśli Prawo i Sprawiedliwość ostatecznie nie dołączy do nowego frontu eurosceptyków, to samo rozważanie takiego scenariusza przez prezesa PiS obnaża prawdziwą wizję partii wobec Unii.

Od traktatu lizbońskiego po usuwanie unijnych flag

Zresztą podobnych dysonansów w polityce europejskiej PiS można wymieniać na pęczki. Już w referendum akcesyjnym z 2003 r. Kaczyński bardzo długo rozważał, czy poprzeć unijne członkostwo. Ostatecznie Prawo i Sprawiedliwość kampaniowało na rzecz wejścia do wspólnoty, ale już po wyborach do PE w 2004 r. pierwsi europosłowie PiS dołączyli do frakcji eurosceptyków – zasiedli w niej wspólnie z włoskimi neofaszystami oraz ówczesnymi ugrupowaniami Le Pen i Salviniego. Kilka lat później prezydent Kaczyński odmawiał podpisania traktatu z Lizbony do czasu, aż ratyfikują go pozostałe kraje Unii. W trakcie negocjacji dokumentu wielokrotnie podważał sens jego powstania, co doprowadziło do osamotnienia Polski w UE i konfliktu z większością państw członkowskich.

Wydarzenia od wyborów parlamentarnych w 2015 r. tylko podkreślają konsekwentną antyunijną ideologię partii rządzącej. Eurosceptycyzm PiS objawia się zarówno w sferze symbolicznej, jak i formalnej. Partia Jarosława Kaczyńskiego nie miała problemów ze zbijaniem kapitału politycznego na atakowaniu Unii za kryzys migracyjny, a jedną z pierwszych decyzji premier Beaty Szydło było usunięcie unijnych flag z sali konferencyjnej w KPRM. W kolejnych latach konflikt pogłębiał się za sprawą łamania unijnych dyrektyw (m.in. wycinka w Puszczy Białowieskiej) i prób przeprowadzania niekonstytucyjnych zmian w wymiarze sądownictwa. PiS nie przestraszyły groźby unijnych sankcji polegających na zawieszeniu głosu Polski w Radzie. Do wycofania się z części zmian partię przekonała dopiero realna groźba nałożenia na rząd kar finansowych. Karne przesyłanie pieniędzy do Unii byłoby bowiem trudne do wytłumaczenia elektoratowi.

Mniej unijnych środków, mniejsze poparcie dla wspólnoty?

Tak naprawdę jedynym silnem ogniwem prounijnego stanowiska PiS jest niesłabnące poparcie dla UE wśród wyborców. Członkostwo we wspólnocie popiera niemal dziewięciu na dziesięciu Polaków, więc otwarte opowiedzenie się za polexitem byłoby dla partii Kaczyńskiego politycznym samobójstwem. Pytanie, jak na krajowy euroentuzjazm wpłynie wejście w życie nowego unijnego budżetu w 2021 r. Polska w kolejnej perspektywie finansowej dostanie znacznie mniej unijnych środków, co może przełożyć się na spadek poparcia społeczeństwa dla UE. To z kolei niemal na pewno przekonałoby polityków PiS do zdjęcia maski euroentuzjastów.

Czy żona prezydenta RP powinna otrzymywać pensję; jeżeli tak, to w jakiej wysokości?

Rusza debata na ten temat i jak wszystko w polityce polskiej będzie gorące, a może nawet gotujące, zwłaszcza że niemal wszyscy pod pojęciem „prezydentowa” będą sobie przedstawiać tę jedną osobę – Agatę Kornhauser-Dudę. I na tym skupi się debata. Przed Dudową prezydentowe były aktywne i często wznosiły się ponad partyjne spory. Choćby Maria Kaczyńska, która była mało kaczystowska.

Jeżeli prezydentowa – a w przyszłości może zdarzyć się prezydent jako kobieta, więc jej małżonek byłby jakimś prezydenciakiem – dostanie szmal z kasy państwowej, to obowiązkiem jej będzie wypowiedzieć się w ważnych kwestiach społecznych, a nawet politycznych. Więc czyje zdanie ma prezentować? Czy Agata Duda ma mówić swoim głosem, czy być echem Andrzeja Dudy albo mówić to, co Nowogrodzka rozsyła w oficjalnych komunikatach dnia?

A zatem zasadne jest pytanie: czy prezydentowa ma być politykiem, czy człowiekiem? Przecież nie została wybrana w procesie demokratycznym na stanowisko żony prezydenta, bo np. Dudzie bardziej „należałaby” się Beata Szydło albo Beata Kempa, a może pasowałaby mu Anna Sobecka…

Agata Duda kiedy jeszcze była Agatą Kornhauser wybrała Andrzeja jednym głosem i bynajmniej nie była to urna, lecz serce. Czy w polityce jest miejsce na serce? W PiS serce – nawet polityczne – zostało zamordowane.

Żona prezydenta Dudy pochodzi z jednego z najlepszych domów krakowskich, wszak jej ojcem jest wybitny poeta Julian Kornhauser. Stosując nie tylko wytrych liryczny do odczytywania charakterów osób, ale i narracyjny – bo milczenie i jego przeciwieństwo logorea, dużo mówią o charakterach osób – Agata Duda-Kornhauser miałaby często odmienne zdanie, niż Kaczyński – daruję sobie Dudę, bo ten mówi, co prezes mu nakaże.

A więc Agata Korhauser-Duda na państwowym etacie zamiast posyłać ironiczne dmuchane całusy z dłoni w stronę protestujących, może przesłałaby kciuka skierowanego w dół? Lecz co najważniejsze, prezydentowa mówiłaby, bo za to między innymi by jej płacono. Czy zatem należałoby obawiać się o nierozerwalność małżeńską w chwili wyrażania odmiennego zdania przez nią od zdania, jakie wypowiadałby Jarosław Kaczyński? Takie czekają nas wygibasy polityczne. Nad uregulowaniem statusu małżonki prezydenta rozpoczęła prace jedna z komisji sejmowych – Komisja ds. Petycji.

Drożyzna, do takiej sytuacji doprowadził rząd PiS. Platforma proponuje rozwiązania, które polepszą sytuację Polaków

15 Gru

Obniżenie obecnych stawek PIT z 18 i 32 proc. do 10 i 24 proc. – to jeden z głównych punktów  programu PO.  – „Program „Wyższe płace” składa się z dwóch filarów, które pozwolą podwyższyć wynagrodzenia wszystkich Polaków. Pierwszy filar to obniżka opłat i podatków, żeby nie było tak jak dzisiaj – 50% obciążeń, z których cieszy się premier Morawiecki – my chcemy, żeby to obniżyć z 50% do 35%. Drugi filar to wsparcie dla osób pracujących, bo to praca popłaca. To ma być program, który tym wszystkim, którzy pracują, daje większe dochody niż korzystanie z systemu pomocy społecznej. Ma aktywizować ludzi na rynku pracy” – powiedział przewodniczący klubu PO Sławomir Neumann.

Platforma proponuje także comiesięczne 500-złotowe wsparcie dla osób otrzymujących płacę minimalną. – „Chcemy zwiększyć wynagrodzenia Polaków i ograniczyć skutki drożyzny, która szaleje w Polsce w związku z działaniami tego rządu. Premier Morawiecki wielokrotnie mówił o wyrwaniu Polaków z pułapki średniego wzrostu, tak naprawdę efektów nie widać. Program „Wyższe płace” ma przebić szklany sufit niskich zarobków w Polsce” – dodał szef klubu PO.

Neumann przypomniał, że PO złożyła w Sejmie projekty, dotyczące m.in. 5-proc. VAT na całą żywność oraz obniżki akcyzy na energię elektryczną.

— DOMINIKA WIELOWIEYSKA PYTA CZY SOLORZA ŁĄCZY Z WŁADZĄ MISTERNA SIEĆ ZALEŻNOŚCI – jak pisze w GW: “Próbujemy wyjaśnić, czy Zygmunta Solorza, jednego z najbogatszych przedsiębiorców, który dostarcza Polakom rozrywkę, telewizję, usługi telekomunikacyjne, zapewnia internet i prąd, łączy z władzą misterna sieć zależności”.

— W POLSACIE NIE MA TOTALNEJ PROPAGANDY, ALE POLITYCY PIS TRAKTOWANI SĄ ŁAGODNIE – TWIERDZI WIELOWIEYSKA: “Dziś w serwisach informacyjnych i publicystyce Polsat News nie ma topornej propagandy w stylu TVP, ale czołowi politycy obozu władzy pojawiają się na antenie częściej, są przepytywani łagodnie, a dziennikarze krytycznie wypowiadający się o PiS w mediach społecznościowych albo tacy, których na Nowogrodzkiej się nie lubi, powoli schodzą z wizji albo znikają z firmy. Strategia PiS jest przemyślana: z jednej strony telewizja rządowa wali opozycję pałką po głowie i uprawia propagandę sukcesu, zaspokajając emocje twardego elektoratu PiS. Z drugiej strony ofertę dla umiarkowanych, nieprzekonanych i obojętnych ma przyjazny władzy, ale stonowany Polsat”.

— WIELOWIEYSKA O RÓŻNYCH OPINIACH O MODELU SOLORZA: “Od ludzi z kręgów biznesowych słyszę różne opinie. Jedni mówią: nie ma nic złego w tym, że państwo pójdzie Solorzowi na rękę, choćby w opłacie za częstotliwość. Musimy wspierać rodzimych przedsiębiorców, wszystkie kraje to robią. Solorz buduje swój biznes tu, w Polsce, i to długofalowo. To nie jest ten typ biznesmena, który tanio kupuje od rządu, a drogo sprzedaje zagranicznym inwestorom. Jeśli coś kupuje, to żeby w tę firmę inwestować. A poza tym miliarder gra tak, jak przeciwnik pozwala. Inni kontrują: za chwilę stworzymy w Polsce system oligarchiczny na wzór węgierski. Współpraca państwa z wielkim biznesem jest korzystna i potrzebna, ale jeśli przekroczy pewną granicę i splecie się z władzą, przerodzi się w patologię. Wtedy Polska zamieni się w kraj bez równych szans w biznesie, w którym do przodu idą tylko, ci, którzy wykonują polecania władzy. A jeśli robią interesy w mediach, finansach, telekomunikacji – to zniszczą nie tylko gospodarkę wolnorynkową, ale również demokrację”.

— WIELOWIEYSKA PRZYTACZA ANEGDOTĘ O PRZEDSIĘBIORCZEJ NATURZE SOLORZA: „Dobre kilka lat temu ówcześni właściciele TVN Mariusz Walter i Jan Wejchert postanowili odwiedzić swojego kolegę z branży w jego willi w południowej Francji. Solorz przyjął gości w chińskich klapkach i w stroju niezobowiązującym, który można nabyć na bazarze Różyckiego. Na stole postawił trzy białe plastikowe kubki i polał tanie wino z kartonu. Anegdota pokazuje charakter Solorza. Tak, prestiż musi być, więc wartą fortunę willę we Francji trzeba mieć. Każdy szanujący się polski miliarder ma. Ale Solorz nie jest nadętym snobem, on tworzy i inwestuje, a nie trwoni grosz na konsumpcyjne luksusy”.
wyborcza.pl

— PAWEŁ WROŃSKI O DELFINIE MORAWIECKIM – pisze w GW: “Premier Mateusz Morawiecki właśnie przejmuje przywództwo w PiS i zapewne poprowadzi obóz władzy do wyborczego maratonu w 2019 r. Sobotnia konwencja partii może odpowiedzieć na pytanie, na jakich zasadach ta generacyjna zmiana będzie zachodzić”.

— WROŃSKI O MORAWIECKIM JAKO LIBERALE NARODOWYM: “W istocie Morawiecki usiłuje przekonać, że on, liberał narodowy, nie jest „moralnie lepszym”, ale znacznie skuteczniejszym  gospodarzem niż liberał europejski, czyli Tusk. I dyscyplinuje partię, rozsiewając pogłoski o przyspieszonych wyborach, np. poprzez rozwiązanie Sejmu, jeśli nie uchwali budżetu na czas”.

— WROŃSKI O ROLI KACZYŃSKIEGO: “Nadal jest jednak zagadką, jaką rolę dla siebie widzi Kaczyński. Czy w roku wyborczym pozostanie w cieniu, godząc się na bycie „ideowym patronem”? Jest pewne, że tym razem zmiana pokoleniowa odbywa się za jego zgodą i aprobatą. Granica tej zmiany jest jedna – skuteczność wyborcza”.
wyborcza.pl

>>>

Konwencja PiS >>>

>>>

Duda andrzejkowy, czy tradycyjnie odmówił mu posłuszeństwa rozum, którego nie ma za wiele, tylko rozumek?

1 Gru

To „sprawdzam” dla ministra Ziobro – mówi opozycja i zapowiada złożenie  zawiadomienia do prokuratury w związku z zeznaniami Piotra P., jednego z głównych podejrzanych w tzw. aferze SKOK Wołomin, który twierdzi, że Jacek Sasin, czołowy polityk PiS-u, oraz dwóch senatorów PiS otrzymywało pieniądze ze SKOK Wołomin. – Padły oskarżenia o to, że osoby, które są oskarżone w tej aferze,  przekazywały wprost pieniądze politykom Prawa i Sprawiedliwości – tłumaczy Arkadiusz Myrcha z PO.

Oskarżenie polityka

Podczas procesów osób oskarżonych w tzw. aferze SKOK Wołomin jeden z głównych oskarżonych Piotr P., były oficer kontrwywiadu WSI, oskarżył kilku polityków PiS-u, w tym szefa Komitetu Stałego Rady Ministrów Jacka Sasina, o przyjmowanie pieniędzy od osób oskarżonych w aferze SKOK.

Jacek Sasin w sprawie oskarżeń Piotra P. wydał oświadczenie, w którym nazwał jego twierdzenia „absurdalnym pomówieniem” – Afera SKOK Wołomin jest aferą WSI. Piotr P., były oficer WSI, to „mózg” tej afery – twierdzi Jacek Sasin.

– Padły oskarżenia o to, że osoby, które są oskarżone w tej aferze, przekazywały wprost pieniądze politykom Prawa i Sprawiedliwości – tłumaczy Arkadiusz Myrcha z PO.

Posłowie opozycji od kilku dni czekali, czy w tej sprawie prokuratura będzie działała tak samo gorliwie, jak w innych przypadkach, kiedy z ust oskarżonych padają zarzuty w stosunku do innych osób publicznych. Taka sytuacja miała miejsce ostatnio, gdy główny organizator „urodzin Hitlera” z reportażu o polskich neonazistach oskarżył dziennikarza o prowokację.

PO: Składamy zawiadomienie do prokuratury

– Składamy zawiadomienie do prokuratury o wszczęcie postępowania i zbadanie, czy faktycznie składniki majątkowe osób, które zostały wskazane przez Piotra P., mają pokrycie, czy też mogły być sfinansowane z nielegalnie przekazywanych pieniędzy od osób zamieszanych w aferę SKOK Wołomin – poinformował Arkadiusz Myrcha.

Poseł PO przypomniał, że oświadczenie majątkowe ministra Jacka Sasina było już analizowane przez CBA i prokuraturę. – W dość niewyjaśnionych okolicznościach sprawa ta został umorzona przez prokuraturę Zbigniewa Ziobry  – dodaje Myrcha.

– Tym zawiadomieniem mówimy panu ministrowi, Prokuratorowi generalnemu Zbigniewowi Ziobrze „sprawdzam”. Czy zareaguje równie szybko, jak w przypadku operatora kamery TVN w sprawie reportażu, czy natychmiast zostaną wysłane służby, zostaną postawione zarzuty, czy będzie próba dociśnięcia i wyjaśnienia jak najszybciej sprawy – tłumaczyła Joanna Augustynowska.

Przypomnijmy, w zeszłą sobotę Radio ZET podało, że Piotr P., który jest jednym z głównych podejrzanych w śledztwie dotyczącym wyłudzeń ze SKOK Wołomin, zeznał jako świadek w innym procesie, że przekazywał politykom PiS koperty z pieniędzmi ze SKOK-ów. Jednym z polityków, któremu Piotr P. – według doniesień Radia ZET – miał wręczać gotówkę, jest Jacek Sasin.

Andrzej Duda kolejny raz pozwolił sobie na więcej, niż pozwala na to powaga sprawowanego przez niego urzędu. Głowa państwa wdała się w polemikę z dziennikarzem WP Kamilem Sikorą, odpowiadając w napastliwym tonie na jego uwagi. „Zniesmaczony jestem, a i Święty by nie wytrzymał… więc sorry” – napisał Duda na Twitterze.

Andrzej Duda na Twitterze zamieścił odnośnik do artykułu Onetu, w którym zacytowana została wypowiedź szefa klubu PO Sławomira Neumanna. Poseł PO mówiąc o możliwości wyprowadzenia przez PiS Polski z Unii Europejskiej zaznaczył, że „ścieżka do Polexitu jest faktem, niezależnie od zaklęć Kaczyńskiego czy Morawieckiego”.

Wypowiedź polityka wyraźnie oburzyła Dudę, który dał temu wyraz w krótkim komentarzu. „Polexit staje się chyba jedynym znanym elementem programu PO. Powtarzają to jak mantrę i wyraźnie prą w tym kierunku. PO chce wypchnąć Polskę z UE?” – napisał Duda na Twitterze.

Do wpisu prezydenta odniósł się m.in dziennikarz Wirtualnej Polski Kamil Sikora. Publicysta stwierdził, że sam Duda nie jest apartyjny.

„Oczywiście apolityczna prezydentura to mit. Ale apartyjna to chyba nie są zbyt wygórowane oczekiwania? Tymczasem pan prezydent włącza się w międzypartyjne pyskówki” – napisał Sikora na Twitterze. Wtedy Andrzejowi Dudzie puściły nerwy.

„Bo już mnie męczy ta wasza natrętna propaganda i odwracanie kota ogonem. Zniesmaczony jestem, a i Święty by nie wytrzymał… więc sorry” – napisał prezydent.

„Panie Prezydencie, proszę oszczędniej gospodarować nieprawdą”

Na wpis głowy państwa na Twitterze o rzekomym doprowadzeniu przez PO Polski do Polexitu odpowiedział także Grzegorz Schetyna. „Andrzej Duda zarzuca Platformie, że prze w kierunku polexitu. Pyta, czy chcemy wypchnąć Polskę z UE. Panie Prezydencie, proszę oszczędniej gospodarować nieprawdą” – napisał na Twitterze szef PO.

I podkreślił, że do Polexitu przyczynia się sam Andrzej Duda. „Antyeuropejską partią jest PiS, a łamanie przez Pana konstytucji przyczynia się do wypychania Polski z Europy” – napisał Schetyna.

Światowi przywódcy okazali się ponownie trudnymi partnerami dla polskiego rządu. Tym razem okazuje się, że kolejni politycy z pierwszych stron gazet nie pojawią się jednak na strategicznym grudniowym szczycie klimatycznym ONZ w Katowicach. Nie będzie prezydenta Stanów Zjednoczonych, Donalda Trumpa, a także europejskich liderów – Angeli Merkel, Władimira Putina, a także Emanuela Macrona, czy nawet prezydenta sąsiedniej Ukrainy, Petra Poroszenki. Sprawia to, że Polska stała się gospodarzem szczytu bez kluczowych graczy, co oznacza, że z góry nie przyniesie on żadnych istotnych ustaleń. W sprawie klimatu kluczowy jest bowiem spór na linii USA-reszta świata, po tym jak nasi sojusznicy zerwali paryskie porozumienie klimatyczne. Dziś zaś nic nie wskazuje na gotowość Białego Domu do kompromisu.

Prawo i Sprawiedliwość tymczasem liczyło, że wydarzenie to stanie się wielkim festiwalem propagandowego znaczenia Polski na świecie. Bycie gospodarzem spotkania, które ściągnie uwagę świata i zgromadzi najważniejszych przywódców, jest wymarzonym prezentem dla zmęczonej kolejnymi aferami i kryzysami partii rządzącej. Katowice były bowiem jedną z ostatnich okazji, aby wysłać w świat solidny przekaz, że Polska rzeczywiście wstaje z kolan. Teraz jednak zadanie to staje się coraz trudniejsze do realizacji i nawet talent propagandzistów rządu może nie wystarczyć.

TVP Info nie będzie mogła nadać aż takiej rangi wydarzeniu. Politykom PiS zabraknie części okazji na pokazanie się wśród osób ważnych. Andrzej Duda i Mateusz Morawiecki będą mieli zdjęcia z zagranicznymi liderami, ale nie tymi, których kojarzą ich przeciętni wyborcy. Długo wyczekiwanego family photo w TVP po prostu nie będzie.

Równocześnie wszyscy krytycy rządu dostali w ręce poważne argumenty przeciwko nieuchronnej nachalnej propagandzie władzy. Nawet w warunkach polskich mediów dosyć trudne będzie promowanie się na ochronie klimatu rządu, który rozbudowuje energetykę węglową i zapowiedział likwidację energetyki wiatrowej. Brak obecności światowych przywódców zniszczy zaś podstawowy temat zastępczy, który odwróciłby uwagę od błędnej polityki PiS.

Mec. Roman Giertych zwrócił się z apelem do Prokuratury w sprawie ukrywanej opinii dot. dowodów obrony, w śledztwie przeciwko posłowi opozycji. Jak się okazuje, podwładni Ziobry przeciągają śledztwo, ukrywając opinię, wskazującą słuszność i prawdziwość linii obrony. Czy PiS boi się gigantycznego odszkodowania dla posła i kompromitacji w pokazowym śledztwie?

– Od ponad roku reprezentuję jako obrońca pana posła Stanisława Gawłowskiego. Pierwszym zarzutem, który został postawiony panu posłowi była sprawa rzekomej korupcji polegającej zdaniem prokuratury na tym, że przyjął dwa wartościowe zegarki od pracownika podległej mu instytucji w zamian za „ogólną życzliwość”. Pracownik ten miał być do tego namawiany przez dyrektora IMGW, który również miał być osobą organizującą ich przekazanie do ówczesnego wiceministra środowiska Stanisława Gawłowskiego. To podejrzenie rozpoczęło śledztwo wobec Stanisława Gawłowskiego i stanowiło podstawowy argument dla podważania jego uczciwości (wszystkie pozostałe zarzuty są bowiem oparte wyłącznie na zeznaniach osób, które dzięki swym zeznaniom polepszyły swoją sytuację procesową przebywając w areszcie). Tymczasem obrona odnalazła zdjęcie dyrektora IMGW zrobione dwa lata po czasie, gdy rzekomo wręczono zegarki, jak paradował w Maroko z zegarkiem na ręku, który do złudzenia przypominał ten, który miał być przedmiotem łapówki dla Gawłowskiego. Złożyliśmy wówczas wniosek do prokuratury o zbadanie przez biegłego, czy to zdjęcie jest autentyczne i czy na tym zdjęciu znajduje się zegarek, który zakupił pracownik IMGW przed wręczeniem go swojemu dyrektorowi rzekomo dla Gawłowskiego. Opinia ta została dopuszczona po sześciu!!! wnioskach obrony w tej sprawie. W tym tygodniu prokuratura zdecydowała się udostępnić jej treść obrońcy, bez prawa do kopii. Nie mogę podać wniosków z tej opinii, ale mogą zaapelować do fundamentalnej uczciwości. Szanowni Państwo! Na podstawie błędnego zarzutu korupcyjnego doprowadziliście do tego, że niewinna osoba spędziła w areszcie trzy miesiące. Publicznie próbowaliście zdyskredytować go na różne sposoby (chociażby wycieki z prokuratury o rzekomym domu publicznym w mieszkaniu wynajmowanym komuś przez Gawłowskiego). Miejcie teraz odwagę opublikować treść tej opinii. I miejcie odwagę wziąć odpowiedzialność za popełnione błędy. Wszystko, prędzej czy później, ujrzy światło dzienne. To że będziecie się chronić za tajemnicą śledztwa nie spowoduje, że unikniecie osądu publicznego. Nagłaśnialiście zarzuty wobec posła Gawłowskiego we wszystkich mediach. Stańcie teraz w prawdzie i pokażcie, że nie się jej nie boicie. Jeszcze raz apeluję o upublicznienie opinii biegłego. Nie ma żadnych przesłanek procesowych, aby jej upublicznienie miało zaszkodzić śledztwu – napisał mec. Roman Giertych.

Stawianie pomników za życia to mocno kontrowersyjny pomysł. Tymczasem Społeczny Komitet Budowy Pomnika Lecha Wałęsy chce wybudowania w Warszawie monumentu przywódcy „Solidarności”. Pomysłodawcy wybrali już nawet lokalizację.

„Uważamy, że komu jak komu, ale Lechowi Wałęsie Rodacy powinni postawić pomnik, za jego walkę o wolną i niepodległą Polskę w czasach PRL. I ten pomnik powinien stanąć niedaleko pomnika Marszałka Piłsudskiego. Dlatego też powołaliśmy Społeczny Komitet budowy pomnika Lecha Wałęsy” – informuje Społeczny Komitet Budowy Pomnika Lecha Wałęsy. Monument poświęcony byłemu prezydentowi miałby staną przy placu marszałka Józefa Piłsudskiego, nieopodal odsłoniętego niedawno pomnika śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Kto stoi za inicjatywą? Jak informuje „Super Express” upamiętnienia Wałęsy chcą działacz ruchu Kukiz’15 – Daniel Sosin oraz Rafał Motyka, Prezes Koła Porozumienie Warszawa-Bemowo. – Nie, to nie jest prowokacja. Jest coś takiego jak historia i prawda historyczna. Lech Wałęsa zmienił bieg historii – mówi Motyka. I dodaje: – Chcemy ustalić, kto włada tym terenem. Wystosowaliśmy pismo do prezydenta miasta st. Warszawy, wojewody mazowieckiego i konserwatora zabytków. Chcemy zbadać ścieżkę prawną i administracyjną.

– Pomnik prezydenta Lecha Kaczyńskiego został postawiony przez władzę, nie przez obywateli. Trochę w ukryciu, pod osłoną nocy. Wywołało to wzburzenie, a nie o to powinno chodzić. Słowo „Rodacy” na projekcie pomnika Lecha Wałęsy zostało wybrane nieprzypadkowo, bo naprawdę chcielibyśmy, żeby to wyszło od ludzi, nie od polityków. Żeby to był pomnik ponad podziałami politycznymi. Lech Wałęsa nie działał dla siebie, działał dla Polaków, pokazał, że potrafimy wszyscy osiągać wspólne cele – argumentuje Rafał Motyka w rozmowie z Wirtualną Polską.

Komitet powołał 26 listopada Fundację Inicjatyw Obywatelskich Ponad Podziałami. Jest w trakcie rejestracji w sądzie. Już niedługo ma ruszyć zbiórka pieniędzy na budowę monumentu.

Lech Wałęsa miał nie krzyczeć i nie dowcipkować. Alfred Miodowicz był tak bardzo przekonany o swoim zwycięstwie, że nie chciał się przygotowywać. Andrzej Bober i Stanisław Ciosek, którzy przygotowywali polityków, wspominają słynną debatę z 30 listopada 1988 r.

Telewizyjna debata Alfreda Miodowicza (ówczesnego szefa Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych) i Lecha Wałęsy (przewodniczącego NSZZ „Solidarność”) odbyła się dokładnie 30 lat temu. Jej tematem był pluralizm związkowy i sytuacja polityczna w Polsce. Wałęsa pojawił się wtedy w telewizji po raz pierwszy od czasu wprowadzenia przez władze PRL stanu wojennego.

„Lechu, nie krzycz”

Pomysł zorganizowania debaty wyszedł od Miodowicza. – On był przekonany, że wygra. Ja byłem pewny, że zwycięży Wałęsa – wspominał w studiu TOK FM Stanisław Ciosek, były członek PZPR i ambasador PRL w ZSRR.

Ciosek był wtedy „trenerem” Miodowicza. – W zasadzie odbyła się tylko jedna rozmowa na ten temat. Odniosłem wrażenie, że Miodowicz jednym uchem mnie słuchał, a drugim wszystko wypuszczał. Traktował to jako typowe spotkanie – mówił Ciosek.

Lecha Wałęsę do debaty przygotował dziennikarz Andrzej Bober. – W sprawach merytorycznych przygotowywali go odpowiedni ludzie, np: Bronisław Geremek wykładał mu o pozycji Polski na arenie międzynarodowej. Ja starałem się przyzwyczaić Wałęsę do słownictwa Miodowicza. Wcześniej przez 1,5 doby studiowałem jego wszystkie wypowiedzi w gazetach – mówił Bober.

Co radził Wałęsie? – Prosiłem go, żeby nie krzyczał, bo to oznacza słabość. Podpowiadałem mu też, żeby nie dał się wciągnąć w żadne uśmiechy, dowcipkowania, poklepywania. Miał być poważny i spokojny – wspominał dziennikarz.

Ludzie związani z obozem solidarnościowym nie mieli wątpliwości, że Wałęsa ogra Miodowicza. – Wałęsa w dniu debaty był chory, miał cały czas szyję owiniętą szalikiem, współpracownicy podawali mu mleko z jajkiem czy cukrem. Baliśmy się tylko tego, czy w studiu telewizyjnym nie zawiedzie go głos – mówił trener Wałęsy.

„Dzięki Bogu, że się odbyła”

Debata telewizyjna trwała niecałą godzinę i była transmitowana na żywo. Za plecami rozmówców znalazł się zegar z sekundnikiem. – To był pomysł Andrzeja Wajdy. Gdyby doszło do próby manipulacji, wycięcia czegoś, to na zegarze byłoby to od razu widać – wyjaśniał Bober.

Wałęsa wyszedł z debaty z Miodowiczem zwycięsko. – Zachód, prasa – od razu stanęli po stronie Wałęsy. U nas była atmosfera klęski, jakieś docinki na posiedzeniach Potem pojawiły się badania opinii publicznej, które też stanęły po stronie Wałęsy – wspominał Stanisław Ciosek.

Obóz solidarnościowy tuż po debacie chwalił postawę Lecha Wałęsy, jednak ten, czekał głównie na opinię… żony. – Prosił swojego asystenta, by ten zadzwonił do Gdańska i zapytał, co na to Danka. Potem dostał informację, że żona oceniła występ na 3 z plusem. Wałęsa wtedy złapał się za gardło i powiedział: uprzedzałem, gdyby nie ta szyja, to byłoby na pięć – opowiadał Andrzej Bober.

– Czy można było tego uniknąć? Dzięki Bogu, że ta debata się odbyła, że nie stało się to na ulicy, tylko w studiu. Pokazano kulturę polityczną, która potem charakteryzowała całą zmianę polskiego ustroju. Na pohybel tym, którzy uważają, że to nie było dobre – podkreślał Stanisław Ciosek.

Kluczowa debata

Pojedynek retoryczny Wałęsy i Miodowicza miał ogromne konsekwencje dla dalszego biegu wydarzeń. Dzięki niemu znacząco wzrosło poparcie dla legalizacji „Solidarności”. Dopuszczenie jej lidera do udziału w nieocenzurowanej debacie z przedstawicielem władz pokazało, że jest on przywódcą znaczącego ruchu społecznego.

– Nie ulega wątpliwości, że po tej debacie pozycja Wałęsy w Polsce bardzo się umocni. Właściwie trudno będzie przekonać kogokolwiek, dlaczego nie godzimy się na uznanie »S«. […] Po audycji zadzwoniłem do Wojciecha Jaruzelskiego. Był wściekły. […] W istocie rzeczy, Miodowicz stworzył nową sytuację polityczną w kraju – pisał w swoim dzienniku ówczesny premier PRL Mieczysław Rakowski.

– Od tego dnia Lech Wałęsa przestał być nieznanym mężczyzną z wąsem, tylko przewodniczącym „Solidarności”, przyszłym prezydentem – oceniał redaktor Bober.

Historycy uważają, że debata była też motorem napędowym do zorganizowania obrad Okrągłego Stołu.

Jednak Ciosek nie do końca się z tym zgadza. – Myśmy nie mieli już pomysłu na Polskę. W „Solidarności” było 10 milionów osób. Partii wymówiono posłuszeństwo, a wynik debaty nie miał znaczenia. Szukaliśmy sposobu na bezkrwawą przemianę. Tylko ślepy nie widział, co się dzieje – przekonywał były ambasador.

Jest postępowanie? Może być kontrola operacyjna. Najpierw postępowanie „w sprawie” dziennikarzy „Superwizjera” TVN, którzy rzekomo zamówili i opłacili „urodziny Hitlera”, i związany z tym skandal dyplomatyczny, bo TVN ma amerykańskiego właściciela. Teraz kolej na „Newsweeka”. A prokuratura wprowadza opinię publiczną w błąd.

Dziennikarz Wojciech Cieśla został wezwany na przesłuchanie w sprawie ujawnienia miejsca zamieszkania Mariusza Muszyńskiego, dublera sędziego Trybunału Konstytucyjnego mianowanego wiceprezesem TK. Doniesienie o przestępstwie złożył sam Muszyński. Fragment tekstu – z lipca – w którym Cieśla miał popełnić przestępstwo „ujawnienia danych wrażliwych”, brzmi tak: „Rodzina sędziego jest znana w okolicy. W miejscu, w którym ulica Sybiraków kończy się szutrem, przed obrośniętym domem parkuje terenowy samochód. Muszyńscy mieszkają w piętrowej willi z dwójką dzieci”.

Po upublicznieniu sprawy przez „Newsweek” i poruszeniu, jakie wiadomość wywołała w mediach, a także po oświadczeniu Press Club Polska, w którym Stowarzyszenie uznało takie praktyki za „brutalną i niedopuszczalną próbę zastraszenia, zapewne w celu wymuszenia zaniechania tego typu publikacji”, prokuratura wydała oświadczenie. Zaprzecza, jakoby wezwanie było szykaną, i tłumaczy, że „obowiązujące prawo obligowało prokuraturę do wszczęcia w tej sprawie dochodzenia, aby wyjaśnić, czy został popełniony czyn z art. 49 ustawy z 26 stycznia 1984 r. – Prawo prasowe”.

Prokuratura dezinformuje opinię publiczną. To nieprawda, że prawo zmusza ją do „wszczęcia dochodzenia”. Jedyne, co czego prawo ją zmusza w tej sytuacji, to wszczęcie postępowania wyjaśniającego. Najpierw musi bowiem ustalić, czy popełnienie przestępstwa jest „uprawdopodobnione”. Tylko w takiej sytuacji wszczyna się dochodzenie czy śledztwo.

Zatem nieprawdziwe jest twierdzenie prokuratury, że została przez prawo zmuszona do wszczęcia dochodzenia. Nieprawdą jest też, że „dane wrażliwe, jakim jest m.in miejsce zamieszkania, są chronione prawem, tj. art. 107 ust. 1 ustawy z dnia 10.05.2018 r. o ochronie danych osobowych”. „Wrażliwe” są jedynie informacje o pochodzeniu rasowym lub etnicznym, poglądach, przynależności do związków zawodowych, o danych genetycznych, biometrycznych, zdrowiu, seksualności lub orientacji seksualnej. Nieuprawnione przetwarzanie wszelkich danych osobowych rzeczywiście jest karalne. Prokuratura dodała sobie te dane „wrażliwe” chyba dla podbicia grozy czynu dziennikarza. Ale o to mniejsza.

Podanie informacji, że pan Muszyński mieszka przy ulicy Sybiraków w miejscu, gdzie kończy się szutr, wypełnia zdaniem prokuratury znamiona przestępstwa z prawa prasowego: „podania informacji, których ujawnienie mogłoby naruszać chronione prawem interesy osób trzecich”.

A wydawałoby się, że okoliczność jest co najmniej wątpliwa. Po pierwsze, prokuratura zapewne uważa, że dubler Muszyński jest osobą publiczną – sędzią i wiceprezesem TK. A wiemy przecież, że osoby publiczne korzystają z mniejszej ochrony prywatności niż zwykli śmiertelnicy. Po drugie, oceniając głębokość ingerencji w prywatność pana Muszyńskiego, należało wziąć pod uwagę, że państwo nakazało sędziom ujawniać majątki. I to w sposób najbardziej publiczny, jak to możliwe, czyli w internecie. A to ingerencja w prywatność znacznie poważniejsza niż podanie nazwy ulicy, przy której ktoś mieszka. Skoro ustawodawca pozwolił na więcej, to chyba można mniej? A przynajmniej jest to warte rozważenia.

Wreszcie trzeba wziąć pod rozwagę i to, że ujawnienia nazwy ulicy dokonał dziennikarz, w gazecie. A więc należy sprawę oceniać także w kategoriach odgrywania przez media – nałożonej na nie konstytucją – roli kontrolnej. Szczególnie wobec władzy.

Do tego prokuratura ewidentnie łamie prawo do obrony. Wezwała go – jak sama podkreśla – „w charakterze świadka”. A więc świadkiem ma być osoba, na którą złożono doniesienie o przestępstwie. Wojciecha Cieślę prokuratura chce więc przesłuchać w warunkach, w których ma on OBOWIĄZEK zeznawać. A nie w warunkach, w których ma prawo milczeć – czyli jako osobę podejrzaną. Trudno to potraktować inaczej niż wyłudzenie czy wymuszenie zeznań. To zresztą ulubiona taktyka organów działających pod kontrolą PiS. To samo robią rzecznicy dyscyplinarni z sędziami, którym zamierzają stawiać zarzuty: najpierw przesłuchują ich jako świadków.

W sprawie dziennikarzy „Superwizjera” za podstawę wszczęcia śledztwa – też bez postępowania wyjaśniającego – posłużyło zaznanie osoby mającej zarzut propagowania faszyzmu, postawiony w wyniku publikacji materiału. A więc nie ma przeciwko dziennikarzom żadnego dowodu oprócz zeznania człowieka, który jest osobiście zainteresowany w propagowaniu takiej wersji zdarzeń. Zmniejsza ona jego winę i daje możliwość zablokowania procesu karnego do czasu prawomocnego rozstrzygnięcia, czy dziennikarze „Superwizjera” rzeczywiście zamówili i opłacili „urodziny Hitlera”. W tych okolicznościach prokuratura nie ma wątpliwości, że przestępstwo dziennikarzy jest uprawdopodobnione – i wszczyna śledztwo.

Okoliczności obu spraw dowodzą, że działania prokuratury są formą szykan wymierzonych w dziennikarzy. Zapewne nie przypadkiem pracujących w mediach krytykujących władzę, która rządzi prokuraturą.

Jak na razie nie ma zapowiadanej „ustawy medialnej”, która ma „spolonizować” media (będzie stacja telewizyjna „za złotówkę”?). I pewnie przed wyborami nie będzie, bo mogłaby zmniejszyć szanse PiS na ponowne zwycięstwo. Ale działania prokuratury mogą wywołać pożądany „efekt mrożący” i bez ustawy. Możemy się spodziewać doniesień kolejnych krytykowanych oficjeli i akolitów PiS. Wszczęcie śledztwa nie kosztuje. I można je prowadzić w nieskończoność. Przesłuchiwać. Przeszukiwać. Zabezpieczać telefony i komputery dziennikarzy. Albo tylko dostać zgodę na podsłuch – w ramach prowadzonego śledztwa. Albo stosować „podsłuchy pięciodniowe” bez zgody. Albo tylko ogłosić wszczęcie postępowania „w sprawie”.

ZOBACZ CAŁY PROGRAM „FAKTY PO FAKTACH” >>>

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o wykluczaniu przez PiS.

Partia Kaczyńskiego przez trzy lata doprowadziła do sytuacji, gdy głos Polski przestał się liczyć

Świat na naszych oczach się zmienia w tempie niesamowitym. Uchodźcy w Europie, narastające problemy z biedą i głodem, coraz więcej tzw. wykluczonych, wzrastające dysproporcje społeczne. Radykalizacja, różne odcienie koloru brunatnego, maszerujące z coraz wyżej podniesioną głową. Powrót do haseł, które leżały u podstaw faszyzmu i jego ciemniejszej odmiany, czyli nazizmu. Zapędy mocarstwowe Putina. Zmiany klimatu, które, jeśli nie weźmiemy się do roboty, doprowadzą nas do zagłady. Świat płonie. Na razie jeszcze delikatnie, jeszcze nie parzy nas ten ogień, ale poczekajmy…

Można uznać, że to nic nowego. Przecież już niejeden raz w historii ludzkości powstawały wielkie cywilizacje, rozkwitały, upadały. Nieraz dochodziło do wędrówek ludów, szukających bezpiecznych dla siebie miejsc. Zawsze istniały grupy uprzywilejowane i te, dla których życie to ciężka droga przez mękę. Zawsze ludzkości towarzyszyły wojny… Ot, historia zatacza koło. Jeśli przyjmiemy takie założenie, to oznacza, że odpuszczamy sobie przyszłość. Tego chcemy? Nie wydaje mi się…

Coraz bardziej oczywiste staje się, że dzisiejszy świat potrzebuje mądrych przewódców. Ludzi, którzy mają odpowiednią wiedzę, umiejętności, charyzmę. Ludzi, którzy zdają sobie sprawę, do czego zmierzamy i potrafią wziąć na swoje barki odpowiedzialność za nasze losy. Potrafią rozmawiać, przekonać do wspólnych działań, powstrzymać ten marsz ludzkości ku zagładzie.

Niestety, my Polacy, mamy pecha, na własne oczywiście życzenie. Postawiliśmy na bardzo złego konia trzy lata temu. Na prezesa Kaczyńskiego i jego świtę, a na nich nie ma co liczyć. Naiwny ten, kto sądzi, że ta właśnie partia włączy się w światowe działania, które mają zapewnić Ziemi i nam, jego mieszkańcom, bezpieczne, stabilne życie.

Polska polityka zagraniczna to jedna wielka porażka. PiS psuje wszystko, czego się dotknie. Nieszczęsna nowelizacja ustawy o IPN wywołała burzę. To, że pod naciskiem opinii światowej, została wycofana, niczego nie zmienia. Dyskusja, w którą wkręcili nas politycy PiS, dała bardzo negatywny efekt. Polska zaczęła być postrzegana jako kraj ksenofobiczny, gdzie antysemityzm hula w najlepsze.

Fatalnie wyglądają nasze relacje z sąsiadami. Niemców obrażamy na każdym kroku, wciąż przypominając im swastyki, ciągoty nazistowskie, żądając kasy w ramach odszkodowań za okupację niemiecką. Przyłębski, pisowski ambasador w Berlinie, zachowuje się jak wciąż nadąsana i pełna pretensji baletnica, której nikt nie chce oglądać, bo coś talentu w niej mało. Prezydent Duda chce budować właściwe relacje z UE, opowiadając o żarówkach.

Nie lepiej wyglądają nasze stosunki z Ukrainą i innymi sąsiadami zza wschodniej granicy. Wszyscy chyba pamiętamy słowa Jana Parysa, szefa gabinetu Waszczykowskiego, który powiedział, że nie jest tak, iż „istnienie Ukrainy jest niezbędnym warunkiem istnienia wolnej Polski”. Ten sam pan, będąc z wizytą na Litwie, stwierdził, że nie było sensu wypełniać zobowiązań NATO wobec Litwy i bronić jej przed agresywną polityką Rosji, bo „tak źle traktuje się tam polską mniejszość”. Nie omieszkał dodać przy okazji, że na takiej Białorusi polska mniejszość ma się lepiej niż na Litwie, co oburzyło rząd litewski. MSZ wydało oświadczenie, w którym uznano porównanie demokratycznego państwa z reżimem białoruskim za haniebne.

Słowacja i Czesi również patrzą na pisowską Polskę krytycznym okiem. Słowacy wyłamali się z wcześniejszych ustaleń i poszli na kompromis z UE, decydując się na przyjęcie uchodźców. Mało tego, mieli już lekko dosyć polityki Waszczykowskiego, a poza tym chętnie zajęliby nasze miejsce w UE, które od czasu, jak „wstajemy z kolan”, jest niezagospodarowane. Z kolei Czechom nie podoba się pisowska „reforma” sądownictwa i nie wykazują jakiejś szczególnej chęci, by zacieśnić relacje z nami.

Podpadliśmy również Szwecji. Kaczyński broniąc nas przed uchodźcami, wskazał właśnie na Szwecję jako ten kraj, gdzie „są 52 strefy szariatu, boją się wywieszać flagę, bo jest krzyż. Czy chcecie, żeby tak było u nas? Żebyśmy przestawali być gospodarzami we własnym kraju? Ja tego nie chcę i nie chce tego Prawo i Sprawiedliwość”. Szwedzcy dyplomaci szybko sprawę wyjaśnili, ale niesmak pozostał.

Mamy też Francję, która pewnie nie daruje nam tych nieszczęsnych Caracali i stwierdzenia, że to od nas Francuzi uczyli się jeść widelcami. Mamy Unię Europejską, która patrzy i nadziwić się nie może, co się z tą Polską dzieje. Unię, która według PiS jest samym złem. O Rosji to już nawet nie wspominam, bo to odrębna i bardzo długa historia. Myślę, że PiS-owi jest bardzo na rękę to, co wyprawia Putin, bo przynajmniej można pomachać drewnianą szabelką, można wydawać odpowiednie oświadczenia, można trzymać polski lud w szachu, wieszcząc na okrągło, że przyjdzie zły ludzik ze wschodu i nas zje.

Mamy też własną wizję zwalczania skutków fatalnej polityki klimatycznej, która zagraża przyszłości. Cały świat stawia na energię odnawialną, a my ją u siebie niszczymy. Mało tego, partia rządząca wciąż zastanawia się nad budową elektrowni atomowej, choć świat od takich pomysłów już dawno odszedł.  Przed nami szczyt klimatyczny COP24 w Katowicach i jestem ciekawa, z czym PiS tutaj wyskoczy. Polskę reprezentować będą Jastrzębska Spółka Węglowa, Tauron, Polska Grupa Energetyczna oraz PGNiG, czyli… grupa największych w Polsce emitentów dwutlenku węgla, metanu, tlenków siarki, azotu i rakotwórczego benzenu. No nie ma co, czeka nas ostra wtopa.

Ech, obrażamy wszystkich, najmocniej jak się da, dziwiąc się jednocześnie, że nie jesteśmy zapraszani na spotkania „wielkich tego świata”, że pomija się nas i nikt już właściwie nie chce z nami rozmawiać. Partia rządząca wykazuje się niezwykłą niefrasobliwością w podejmowaniu błędnych decyzji, nie potrafi ogarnąć problemów, z jakimi zmierza się współczesny świat. Zamknięta w szklanej bańce nie rozumie, że sama wykluczyła Polskę ze współdecydowania o przyszłości. Takie przywództwo, w tak trudnych czasach to nie tylko katastrofa. To całkowita kompromitacja.

Pamiętam, jak w czasach PRL marzyłam, by poczuć się częścią Europy i świata, a dzisiaj PiS nas wyautował. Przez trzy lata doprowadził do sytuacji, gdy nasz głos przestał się liczyć, gdy znowu wróciliśmy tam, gdzie staliśmy przed 1989 rokiem. To inni będą rozmawiać o problemach świata. To inni będą podejmować decyzje o realizacji programów, które pozwolą może przywrócić poczucie bezpieczeństwa i nieco naprawią to, co przez minione lata schrzaniliśmy. A my? Wciąż będziemy krytykować, krzyczeć o naszej wielkości, żądać hołdów i… mieć w nosie, że źle się dzieje, że świat potrzebuje zdecydowanych, wspólnych działań, by w ogóle była przed nami jakaś przyszłość. By nie iść w kierunku kolejnej wojny, by nie zniszczyć tego, co udało nam się osiągnąć. PiS nam w osiągnięciu tych celów nie pomoże…

Waldemar Mystkowski pisze o „szczycie klimatycznym” w Katowicach (fragment).

Zanieczyszczenie powietrza w Polsce jest rekordowe, choć obecna władza deklaruje walkę ze smogiem. Otóż wg klasyfikacji trzech tysięcy miast na świecie, opublikowanej przez Światową Organizację Zdrowia, w których dokonano pomiarów zanieczyszczeń, czterdzieści pięć polskich miast jest w pierwszej setce najbardziej zanieczyszczonych.

Mamy problem cywilizacyjny, zaś PiS nic z tym nie robi, a nawet zajmuje stanowisko, że świat nie ma racji, dlatego tacy, a nie inni zostali wystawieni jako strategiczni partnerzy szczytu. No i pójdzie w świat kolejna zła fama o Polsce. W Katowicach mają być obecne takie tuzy świata politycznego, jak Emmanuel Macron i Angela Merkel, będą też gwiazdy świata kultury największego formatu, jak Leonardo di Caprio i Bono.

Szczyt w Katowicach to nie będzie jakaś kolejna wtopa PiS, to będzie potwierdzenie, że Polska wypisuje się ze świata, że jest niewarta zainteresowania. Coraz bardziej wpadamy w model, jaki kiedyś w historii nam się już zdarzył: kraj wsobny, zapyziały, ksenofobiczny, sarmacki, który skończył swój byt utratą suwerenności.