Tag Archives: Srebrna

Kaczyńskiego zgnilizna moralna

2 Kwi

Austriacki biznesmen Gerald Birgfellner po raz pierwszy publicznie zabrał głos w sprawie afery Srebrnej. „Gazecie Wyborczej” ujawnił szczegóły współpracy z prezesem PiS, którego oskarża o oszustwo przy projekcie budowy bliźniaczych wież na działce spółki Srebrna w centrum stolicy.

 „Kaczyński zabiegał o to, by nikt mnie nie znał. Nawet premier. Żałuję, że mu zaufałem” – powiedział biznesmen. – „Wiedział, że jego ludzie nie są w stanie podołać takiemu zadaniu. Mówił mi, że to jego wielka idea. Że próbował ruszyć tę inwestycję od 15 lat, ale nikt nie był w stanie jej zrealizować. Jego ludzie tylko o tym gadali”. Dlatego o projekcie wielokrotnie rozmawiał z nim sam na sam. – „Raporty zawsze składałem bezpośrednio Kaczyńskiemu, nie ludziom ze Srebrnej” – ujawnił. „Czasami musiałem czekać w kuchni, by ludzie w poczekalni mnie nie widzieli” – dodał, relacjonując szczegóły współpracy z Kaczyńskim.

To nie wszystko. Austriak twierdzi, że prezes PiS w 2017 r. powiedział mu, że musi przeprowadzić się do Polski, by w pełni skoncentrować się na projekcie. – „Przeprowadziłem się w grudniu. Ufałem Kaczyńskiemu, i to nie tylko dlatego, że był członkiem rodziny. To najważniejsza dziś postać w Polsce. Jeśli nie można było ufać jemu, to komu można?” – pyta retorycznie. Prezesa PiS poznał w 2011 r. w Boże Narodzenie, u Jana Marii Tomaszewskiego, kuzyna Kaczyńskiego, podczas rodzinnego obiadu w Warszawie. Tomaszewski jest ojcem żony austriackiego biznesmena. Birgfellner z początku nie miał pojęcia kim jest Kaczyński, bo przedstawiono mu go jako wujka. Miał wrażenie, że „Kaczyński to poważny człowiek. Biła od niego charyzma, był uprzejmy i bezpośredni. Na pewno nie wydawał się kimś, kto może później zachować się tak, jak się zachował”. Biznesmen jest przekonany, że Kaczyński oszukał go, bo jest cudzoziemcem.

Wzmianka o inwestycji po raz pierwszy pojawiła się w 2016 r. Kaczyński wiedział, że Austriak obraca się w branży nieruchomości. – Mówił, że sprawa ma długą historię, a on bardzo chciałby ją zrealizować, ale musi jeszcze coś posprawdzać i poukładać sobie w głowie. Wtajemniczył mnie w 2017 r. Wtedy po raz pierwszy spotkaliśmy się na Nowogrodzkiej. Dowiedziałem się, że chodzi o wieżowiec – relacjonuje Austriak. Powiedział prezesowi PiS, że „na słowo nie możemy się umawiać”. Dlatego otrzymał od zarządu Srebrnej pełnomocnictwo, ale cały projekt miał przebiegać „w absolutnej tajemnicy”. Jak mówił mu Kaczyński, rozmawiał z Mateuszem Morawieckim o wieżowcu i usłyszał od niego, iż obawia się naszego projektu, bo może to kosztować PiS utratę głosów – dodaje. Dlatego na prośbę prezesa PiS zgodził się „przynieść pieniądze do zapłaty za podpis, bez którego projekt nie ruszy”.

Birgfellner twierdzi, że Kaczyński mógł go oszukać, by na biurku mieć najlepsze z możliwych projekty umów z deweloperami i najlepszych wykonawców. Dlaczego? Otóż „Umowa ze Strabagiem została uzgodniona w każdym szczególe, gotowa do podpisania. Tak samo z Gleeds. Był przygotowany przetarg dla architektów – wymienia biznesmen. Wszystko było gotowe w maju 2018 r., włącznie z umową o kredyt. I wówczas, w ostatniej chwili Jarosław Kaczyński wycofał się ze współpracy z austriackim biznesmenem. – „Wystarczyło podpisać dokumenty, ale Kaczyński powiedział mi „dziękuję” i że chciałby mi zapłacić, ale nie może. I kazał iść do sądu, w którym miał potwierdzić, że wszystkie te prace wykonaliśmy dla Srebrnej” – mówi „GW” Gerald Birgfellner. W odpowiedzi na to Austriak złożył zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, tj. braku zapłaty za zlecenie związane z przygotowaniami do budowy wieżowców.

>>> (stan gry)

Pierwszy raz od wybuchu afery z inwestycją spółki Srebrna w Warszawie głos w tej sprawie zabrał autor zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego – austriacki biznesmen Gerald Birgfellner. O kulisach przygotowań do budowy monumentalnego wieżowca, zwodzenia go przez faktycznego szefa Srebrnej czy niezwykle nieprzyjemnym zakończeniu współpracy bez uzyskania od zleceniodawcy ani złotówki mówił w rozmowie z dziennikarzami “Gazety Wyborczej”.

Myślę, że właśnie dlatego mnie oszukał, bo jestem cudzoziemcem. Wiedział, że pracuję w branży nieruchomości od długiego czasu, dowiedział się od rodziny o moich osiągnięciach w Austrii. Wiedział, że jego ludzie nie są w stanie podołać takiemu zadaniu jak budowa wieżowca przy Srebrnej. Mówił mi, że to jego wielka idea, że próbował ruszyć tę inwestycję od 15 lat, ale nikt nie był w stanie jej zrealizować. Jego ludzie tylko o tym gadali. Może wykorzystał mnie i moją wiedzę tylko po to, by mieć na biurku najlepsze z możliwych projektów umów z deweloperami, żeby mieć najlepszych wykonawców. Umowa ze Strabagiem została uzgodniona w każdym szczególe, gotowa do podpisania. Tak samo z Gleeds. Był przygotowany przetarg dla architektów, którzy mieli zaprojektować budynek, współpracując z prof. Neumannem, twórcą koncepcji wieżowca. Wszystko było gotowe w maju 2018 rok. łącznie z umową o kredycie. Wystarczyło podpisać dokumenty. Ale potem Kaczyński powiedział mi “dziękuję” i że chciałby mi zapłacić, ale nie może. I kazał iść do sądu, w którym miał potwierdzić, że wszystkie te prace wykonaliśmy dla Srebrnej – pada pierwszy i w zasadzie najpoważniejszy zarzut z ust austriackiego biznesmena.

Poniekąd jest w nim cała istota oszustwa, którego podczas 50 godzin przesłuchań w warszawskiej Prokuraturze Okręgowej nie może dopatrzeć się prokurator Śpiewak. Półtora roku ciężkiej pracy na poziomie nieznanym środowisku skupionym wokół “dobrej zmiany”, popchnięcie sprawy przygotowań do inwestycji niemal do samego finału, przejęcie od Birgfellnera kartonów z przygotowanymi dokumentami, a następnie zrobienie z niego oszusta i zakwestionowanie wszystkich jego roszczeń. Koszmarny obrazek dla każdego zagranicznego inwestora, który kiedykolwiek myślał o wchodzeniu we współpracę z pisowską władzą. Zresztą aspekt bycia obcokrajowcem i współpracy w ramach swoich zleceń właśnie z zagranicznymi kancelariami i firmami doradczymi stał się nawet przedmiotem żenującego “przesłuchania”, jakiego dopuściły się osoby skupione wokół Srebrnej, gdy już zapadła decyzja o odprawieniu Birgfellnera z kwitkiem.

Kaczyński kazał mi przynieść faktury, przekazałem mu je. Powiedział, bym przyszedł na Nowogrodzką następnego dnia o 10 rano. Spodziewałem się, że porozmawiamy o płatnościach. Na miejscu okazało się, że w jego gabinecie siedzi piętnaście osób, ale Kaczyńskiego nie ma. A przecież przez rok o projekcie rozmawialiśmy praktycznie raz w tygodniu. I nagle zaczęło się coś, co wyglądało jak rozprawa przed jakimś trybunałem. Tak to nazywam. Ludzie Srebrnej – pani Goss, pani Kujda, pan Cieślikowski, Grzegorz Tomaszewski, pani Basia – siedzieli w dwóch rzędach, ja naprzeciw nich. Ich prawnik Michał Zuchmantowicz zaczął mnie przesłuchiwać. (…) Od ludzi Srebrnej biła nienawiść. Pytano, kto mi doradził, by zrobić to czy tamto, by skorzystać z takiej oferty, z takiego prawnika. Odpowiedziałem, że pan Kaczyński. Padło absurdalne pytanie o to, jak zamierzałem dostać wuzetkę. Albo dlaczego zleciłem prace architektowi z Austrii. Bo oni mają architekta, który pracowałby za 3 tys. zł. Ewidentnie nie mieli pojęcia, co to znaczy budować wieżowiec. Nagle dowiedziałem się też, że Nuneaton nie należy do Srebrnej, tylko do mnie . To absurdalne kłamstwo. Nieustannie mnie atakowali. Miałem wrażenie, że nie mają pojęcia o tym, co robiłem i co udało mi się załatwić. Dla nich byłem kłamcą, oszustem, austriackim złodziejem. To, że jestem obcokrajowcem jeszcze ich nakręcało. To było niewiarygodne. Nie przeżyłem czegoś takiego do tej pory. Gdybym wiedział, że odbędzie się nade mną sąd, wziąłbym prawników i partnerów. Byłem w głębokim szoku, moi partnerzy też. Pytali, dlaczego do tego doszło. Odpowiedziałem, że nie wiem. Zaraz po spotkaniu Srebrna wymówiła mi pełnomocnictwo, a ja od razu zrezygnowałem z zasiadania w zarządzie Nuneatonu – mówił dziennikarzom GW roztrzęsiony biznesmen.

Co ciekawe, Birgfellner wspomina o nowym politycznym wątku tej sprawy i możliwym udziale premiera Morawieckiego w ostatecznym podjęciu decyzji o zaprzestaniu inwestycji. Jego zdaniem to właśnie obecny szef rządu, który jak opisywały niedawno media, zyskuje coraz większe zaufanie prezesa PiS, miał również odwodzić Kaczyńskiego od sfinalizowania umowy z Birgfellnerem. Premier miał się bać reakcji polskich wyborców, obawiał się o stratę głosów. Może przekonał Kaczyńskiego, by mnie odsunął, a pracę nad zapięta przeze mnie na ostatni guzik inwestycją powierzył komuś innemu? Jakiemuś polskiemu deweloperowi? – pyta retorycznie Austriak.

Sprawa niewątpliwie będzie jeszcze wracać przez wiele miesięcy, choć jak przyznaje w rozmowie z dziennikarzami “GW” biznesmen, nie ma już nadziei, że śledztwo przed polskim prokuratorem będącym częścią systemu, nad którym Jarosław Kaczyński sprawuje pieczę, posunie się do przodu choćby o krok przed wyborami parlamentarnymi. Poddawać się jednak nie zamierza i z obszernej rozmowy wprost wynika, że nie chodzi mu jedynie o pieniądze, ale o jego zszarganą reputację oraz o elementarne prawo i sprawiedliwość. Ich brak w naszym rodzimym kraju nad Wisłą należy wytykać z bezwzględną stanowczością.

Cały wywiad tutaj

…i kto wie czy nie ma racji. Różnica zdań w resorcie finansów, opór obecnej jego szefowej wobec populistycznych pomysłów PiS, zmusza trzeźwo myślących do zastanowienia. Wygląda tak jakby wicepremier też tracił dotychczasową pewność…

„Tzw. piątka Kaczyńskiego jest – co sam prezes podkreśla – trudna do wykonania, ale możliwa do pogodzenia z rygorami budżetowymi” – oświadczył ostrożnie w rozmowie z „Dziennikiem Gazeta Prawna” Jarosław Gowin.

Biada jednak opozycji, gdyby przejęła władzę, bo wtedy … „Jak rząd próbuje rozdać więcej niż stać na to budżet, to po krótkiej fieście funduje obywatelom biedę. Taki scenariusz grozi Polsce, gdyby jesienią władzę przejęła opozycja” – dodaje.

Wypowiedź Gowina razi jeszcze większą niekonsekwencją, gdy bardziej się w nią wsłuchać. Wicepremier straszy, że budżet zrujnują obietnice… opozycji. O których myśli, tego nie precyzuje. Mówi natomiast:

„Realizacja tych zapowiedzi pchnęłaby nas na ścieżkę rumuńską. Rząd Rumunii zaczął obiecująco, bo od zdecydowanego obniżenia podatków. Efektem był 7-procentowy wzrost gospodarczy. Równocześnie jednak o kilkadziesiąt procent podniesiono emerytury, świadczenia socjalne i zarobki w sferze budżetowej. Konsekwencją okazała się inflacja, gwałtowny wzrost importu, ogromny deficyt budżetowy, radykalny spadek konkurencyjności rumuńskich firm i w efekcie stagnacja gospodarcza, z której Rumunia będzie wychodzić długimi latami” – mówi Jarosław Gowin.

Jednocześnie zapewnia, że „w tym i następnym roku realizacja programu (PiS – red.) jest niezagrożona.” Jak będzie dalej tego już nie precyzuje. „Ale – wbrew temu co twierdzi opozycja – nie ma już pola na dalsze programy socjalne” – podkreśla. „Można by je realizować tylko drogą podnoszenia podatków. Czyli jedną ręką dając, a drugą odbierając” – dodaje wicepremier Gowin jakby nie dostrzegając mechanizmów, które rządzą obecną populistyczną polityką rządzących.

Jak wiemy wprowadzenie nowych rozwiązań prezes PiS Jarosław Kaczyński zapowiedział na lutowej konwencji wyborczej w Warszawie. W tzw. piątce Kaczyńskiego znalazły się: świadczenie wychowawcze z programu Rodzina 500 Plus na każde dziecko, „trzynasta emerytura” w wysokości najniżej emerytury z ZUS, zerowy PiT dla pracujących do 26 roku życia, obniżenie kosztów pracy oraz przywrócenie lokalnych połączeń autobusowych. Sadząc po wypowiedzi Gowina – właśnie doszedł do „ściany”.

W mediach aż huczy. Posłowie Platformy składają wniosek do marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego o rozszerzenie porządku najbliższego posiedzenia Sejmu o informację koordynatora ds. służb specjalnych Mariusza Kamińskiego na temat działań, jakie podejmowało CBA w sprawie „afery podkarpackiej”. A pan premier tkwi w błogiej niewiedzy…

Po prostu adresowany do niego raport byłego agenta CBA, Wojciecha J. który informował m.in. o tuszowaniu w CBA seks-skandalu z ważnym politykiem PiS… miał nigdy nie trafić do KPRM.

„To patologiczna sytuacja w służbach. Jeden z funkcjonariuszy CBA, posiadając, jak twierdzi, kompromitujące materiały dotyczące jednego z polityków PiS, zwrócił się do szefostwa CBA oraz do premiera. I ta sprawa, poprzez działania kierownictwa CBA, miała być „skręcona”. Funkcjonariusz był przekonywany, by zmieniać zeznania i treść notatek! To skandal” – powiedział Wirtualnej Polsce były wiceminister w rządzie PO Paweł Olszewski.

Z kolei Marcin Kierwiński, szef sztabu wyborczego PO zapewnił, że sprawy nie odpuści i tak mówi o agencie, który raportował o rzekomym tuszowaniu spraw przez CBA: „Były funkcjonariusz CBA Wojciech J. miał bardzo szerokie uprawnienia od szefa CBA. Był agentem ze specjalnymi licencjami, potrzebnymi do kontrolowania właściwie każdego w kraju, łącznie z byłymi szefami służb specjalnych. Wykrył poważną aferę. Zgłosił ją kierownictwu CBA. I co ono zrobiło? Zajęło się tym, by uciszyć tego agenta. Zatrudnionego przecież przez ekipę PiS. Przez wiele lat ten agent był dla szefostwa CBA wiarygodny! Przestał, gdy poinformował o aferze z udziałem polityka partii rządzącej” – podsumowuje Kierwiński.

Politycy opozycji mówią wprost: „polskie służby nie działają i stały się agencją ochronną polityków PiS”.

„Jeśli służba antykorupcyjna przestała zajmować się władzą, to znaczy, że przestała działać” – podsumowuje Kierwiński i w imieniu opozycji domaga się przeprowadzenia kontroli w CBA przez Centralne Biuro Śledcze Policji.

Waldemar Mystkowski pisze o seksaferze z Kuchcińskim w roli głównej.

Marek Kuchciński to swoisty fenomen. Mało kto wie, że jest marszałkiem Sejmu, czyli drugą osobą (głową) w państwie. Gdyby Andrzejowi Dudzie coś się stało, Kuchciński – znany niewielu Polakom – pełniłby obowiązki prezydenta RP.

Można powiedzieć, że Kuchciński powoduje kolokwialny śmiech na sali. Nie tylko z tego powodu, że jego znaczenie publiczne jest groteskowe, bo nie dał się ludziom poznać, oprócz takich okruchów incydentalnych, nic nieznaczących epizodów, gdy wykluczył z posiedzenia Sejmu Michała Szczerbę za zwrot „Panie marszałku kochany…”, oraz z taśmy wideo z jakiegoś spotkania z elektoratem pisowskim, na którym poczynił swoje wyznanie polityczne, iż „odszczurzyłby” Polskę z tych, którzy mu się nie podobają. Kuchcińskiego poznaliśmy więc ze strony braku osobowości, który to brak nie pozwala mu uczestniczyć w debatach, dyskusjach, a nawet w wywiadach.

Taka zmarginalizowana postać jak Kuchciński ma szansę zaistnieć tylko dzięki skandalowi. Czy będzie skandalem seksafera – w istocie źle rozpoznane semantycznie przypuszczenie – w której podejrzewa się, że Kuchciński dopuścił się aktu z nieletnią Ukrainką? Czy jest to prawdą? Czy Andrzej Rozenek, były poseł, a obecnie dziennikarz tygodnika „Nie” ma twarde dowody na to, że Kuchciński dopuścił się tego skandalicznego czynu?

Mniemana seksafera z Kuchcińskim waniajet już jakiś czas. Sam zainteresowany nie dementuje, nie wypowiada się. Za Kuchcińskiego wyraził się dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu (czujecie to nomenklaturowe nabzdyczenie, a to tylko rzecznik) Andrzej Grzegrzółka, informując, że „marszałek Sejmu będzie stanowczo bronił swojego dobrego imienia” i pozywał za teksty o skandalu obyczajowym. Słabe to bronienie „dobrego imienia” – wygląda na to, że zwłoka z dementowaniem seks-skandalu może służyć zamiataniu zdarzenia pod dywan, „rozmowom” z osobami – w tym z agentem CBA – dzięki którym wieść wyciekła. Rozważając rzecz na chłodno, stwierdzam, iż Kuchciński nie wytrzymuje ciśnienia sprawowanego urzędu.

Reklamy

Kaczyński i jego agent esbecki, zaś Morawiecki powinien zmienić nazwisko

8 Mar

Ujawnienie, że przez ostatnie trzy dekady w najbliższym otoczeniu prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego znajdował się tajny współpracownik służb PRL o pseudonimie “Ryszard” musiało być dla polityków tego ugrupowania olbrzymim szokiem. To, że były prezes spółki Srebrna, a za rządów Prawa i Sprawiedliwości etatowy szef Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, Kazimierz Kujda przez tyle lat zajmował się interesami finansowego zaplecza środowiska skupionego wokół braci Kaczyńskich sprowokowało pytania, czy i inne osoby z najbliższego otoczenia prezesa PiS mają w swoich życiorysach sekrety, których elektorat Zjednoczonej Prawicy mógłby nie zrozumieć i nie wybaczyć.

Drugim, po Kujdzie, ciosem w antykomunistyczny wizerunek lidera obozu rządzącego było ujawnienie przez posła PO Krzysztofa Brejzę kłopotliwej przeszłości słynnej “pani Basi”, czyli Barbary Skrzypek, sekretarki prezesa PiS i szefowej biura prezydialnego tej partii. Już wcześniej pojawiały się pytania, czy pani Basia również ma swoją “teczkę” w IPN, ale najwięcej o jej zawodowej przeszłości można dowiedzieć się z odpowiedzi Kancelarii Premiera na interpelację głównego śledczego opozycji.

Jedna z najbliższych dziś współpracownic prezesa Kaczyńskiego przez blisko 9 lat, także w czasie stanu wojennego, była bowiem ważną urzędniczką w otoczeniu komunistycznych dygnitarzy. Nie można więc mówić o epizodzie, tylko o w pełni świadomym pozostawaniu w najbliższym otoczeniu gen. Janiszewskiego, szefa Urzędu Rady Ministrów w latach 1985-89, a potem szefa Kancelarii Prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego. Co więcej, pani Skrzypek pracowała także w Kancelarii Tajnej, a więc miała dostęp do największych tajemnic poprzedniego systemu. Kto wie, czy nie dlatego jest dla Jarosława Kaczyńskiego tak cennym współpracownikiem i czy nie miało to także wpływu na późniejszy, niezwykle korzystny dla środowiska braci Kaczyńskich, rozwój sytuacji w kwestii uwłaszczenia się na majątku komunistycznym.

Dziś natomiast portal Onet pochwalił się owocami swoich poszukiwań osób związanych ze spółką Srebrna w czeluściach zbiorów Instytutu Pamięci Narodowej. Udało się odnaleźć dokumenty z nazwiskiem Grzegorza Tomaszewskiego, kuzyna braci Kaczyńskich, znanego z tzw. “taśm Kaczyńskiego” jako jednego z najważniejszych uczestników narad nad inwestycją K-Towers. Jak ustalili dziennikarze portalu, nie ma śladów, by był on tajnym współpracownikiem komunistycznych służb, jednak brał udział w tajnym projekcie dla “reżimowej” armii Ludowego Wojska Polskiego, co wiązało się z przyznaniem mu dostępu do tajnych prac na zamówienie komunistycznego państwa.

— Żadnych szczegółów nie podam. Ale mogę powiedzieć, że ośrodek dostał od wojska zlecenie na opracowanie linii do produkcji łusek do nabojów, bardzo wydajnej linii. Mieliśmy opracować dokumentację i przygotować prototyp — mówi Onetowi Tomaszewski. Do projektu został włączony jako jeden z konstruktorów zatrudnionych w Ośrodku Badawczo-Rozwojowym Obróbki Plastycznej Metali PLASOMET. Mimo, iż było to zaledwie trzy miesiące po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego, który uderzył m.in. w jego kuzyna Lecha Kaczyńskiego, Tomaszewski nie widział nic złego w realizowaniu projektu wojskowego dla gen. Jaruzelskiego. Co więcej, w dokumentach IPN jest informacja, że Tomaszewski posiadał paszport wielokrotny do wyjazdów na cały świat, wydany w 1976 r. Zdaniem Onetu, otrzymanie w latach 70. takiego paszportu niewątpliwie było dowodem dużego zaufania ze strony władzy.

Obraz najbliższego otoczenia prezesa Kaczyńskiego i osób odpowiedzialnych za funkcjonowanie zaplecza finansowego środowiska byłego Porozumienia Centrum zaczyna zatem być coraz bardziej zaciemniony i powinien poważnie zaniepokoić nawet twardy, antykomunistyczny elektorat tej partii. Ilość zbiegów okoliczności wokół początków pierwszej partii braci Kaczyńskich oraz budowania przez nich olbrzymiego majątku, mającego zabezpieczać interesy politycznego ugrupowania, którym przewodzili staje się zbyt duża, by mówić tu o przypadku.

W miesiąc po tym, gdy w 2006 r. Jarosław Kaczyński został premierem, do tajnej teczki Kazimierza Kujdy zaglądali i opracowali ją upoważnieni przez ABW archiwiści – wynika z ustaleń Gazeta.pl. Teczkę pozostawiono w „zetce”, choć wówczas nie było podstawy, by ją trzymać pod kluczem.

Po wybuchu lustracyjnej sprawy Kujdy, który w latach 1979-87 był TW „Ryszardem”, sam Jarosław Kaczyński zapewniał, że nic o jego agenturalnej przeszłości nie wiedział. – Nie wiedziałem. Dowiedziałem się dopiero, gdy sprawa wybuchła w mediach. Gdy powstawał zbiór zastrzeżony, nie byliśmy przy władzy. Zielonego pojęcia nie miałem o sprawie. Nie ukrywam, że ta informacja spadła na mnie jak grom z jasnego nieba – stwierdził w wywiadzie dla PAP.

Ale wątpiących nie brakuje. Paweł Kowal, który był wiceministrem spraw zagranicznych w rządzie Kaczyńskiego, wprost powiedział: – Oczywiście, że wiedział i moim zdaniem to jeden z największych problemów PiS-u.

Osoba z kręgu prezesa PiS: – Ale on naprawdę nie wiedział.

Inny: – Wcale nie był zaskoczony.T

Nie można wykluczyć, że Jarosław Kaczyński faktycznie żył bez świadomości, że Kujda to TW „Ryszard”. Ale w służbach specjalnych, które nadzorował jako premier, ta wiedza była. Prezes PiS na dowód swojej niewiedzy podkreślił: „gdy powstawał zbiór zastrzeżony [IPN], nie byliśmy przy władzy”. To prawda, bo wtedy rządziło SLD. Jednak w miesiąc po tym, gdy w 2006 r. Kaczyński został premierem, teczkę Kujdy przeglądano na zlecenie lub za wiedzą Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego – służby podlegającej premierowi.

Jarosław Kaczyński premierem

Teczki Kujdy włączono do „zetki” na podstawie decyzji wiceszefa ABW nr 00130 z 11 grudnia 2002 r. – była to decyzja nominata rządzącego wówczas SLD, płk. Pawła Pruszyńskiego. Prezes IPN prof. Leon Kieres zatwierdził tę decyzję po niemal roku. Mikrofilm z dokumentami dotyczącymi Kujdy zastrzeżono z kolei w lipcu 2004 r. – też na wniosek ABW.

SLD dogorywało, aż w 2005 r. władzę w Polsce przejęło Prawo i Sprawiedliwość. Kazimierz Kujda zostaje 2 stycznia 2006 r. pełniącym obowiązki prezesa NFOŚiGW, a potem już prezesem pełną gębą.

Po wygaśnięciu kadencji Kieresa w IPN jego miejsce zajął prof. Janusz Kurtyka (od 29 grudnia 2005 r.). Zapał do publikowania dokumentów odziedziczonych po SB dokumentów się zwiększył. Po rządach Kazimierza Marcinkiewicza, którego prezes PiS uznaje za swój może i największy błąd personalny, tekę szefa rządu przejął osobiście Jarosław Kaczyński. Premierem był od 14 lipca 2006 do 16 listopada 2007 r.

Lustracja w Sejmie

Już wówczas w Sejmie był procedowany projekt ustawy lustracyjnej – była to nowela ustawy o IPN. Dziwnym trafem nie wymieniała ona wprost prezesa NFOŚiGW (to stanowisko Kazimierza Kujdy) jako zobowiązanego do złożenia oświadczenia lustracyjnego, choć inne instytucje centralne do projektu wpisano. Projekt tej ustawy co prawda wpłynął do Sejmu już 18 listopada 2005 r., ale na serio w Sejmie zaczęto nad nią prace w lipcu 2006 r. Prace w komisjach: 17 lipca. Sejm przyjął ją po raz pierwszy 24 lipca 2006 r., a Senat w sierpniu. Ostatecznie posłowie uporali się z poprawkami Senatu 18 października 2006 r. i trafiła do podpisu prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a ten złożył autograf.

Gdy w Sejmie wzbierała burza wokół ustawy lustracyjnej, to teczka Kujdy leżała w „zetce” – zbiorze zastrzeżonym IPN. Ale wcale się nie kurzyła. Na dokumentach z teczki znajdują się dopiski z roku 2006.

W spisie dokumentów znajdujących się w teczce na samym dole dopisano: „Sprawdzono. 17.08.2006 r. B.” [pełnych nazwisk pracowników nie podajemy – red.]. Podobnie w przeglądzie akt odnotowano zmianę numeracji stron – też z tą datą. Na tej samej karcie również dopisano „Sprawdzono”. Na kopercie, w której pierwotnie znajdowało się własnoręcznie napisane zobowiązanie Kujdy do współpracy z SB, dopisano: „PUSTA KOPERTA. 17.08. 2006 r.” i dwa autografy osób sprawdzających teczkę. Jest też na innej stronie sprostowanie, że notatka liczy dwie, a nie trzy karty. Podobnych drobnych dopisków – nie licząc nowych numerów stron – jest dziewięć z datami 17 albo 18 sierpnia 2006 r.

Gdy przeglądano teczkę Kujdy szefem ABW był gen. Witold Marczuk – jeden z zaufanych ludzi braci Kaczyńskich. Ale na tym stanowisku zaszła zmiana: od 19 października 2006 r. Marczuka zastąpił Bogdan Święczkowski, jeden z najbliższych współpracowników Zbigniewa Ziobry.

Podsumujmy:

– Jarosław Kaczyński zostaje premierem.

– Kazimierz Kujda jest szefem NFOŚiGW.

– Szefami ABW, podlegającej Kaczyńskiemu, są zaufani ludzie Kaczyńskich i Ziobry.

– Utajniona w „zetce” teczka Kujdy jest przeglądana i opracowana przez archiwistów na zlecenie lub za wiedzą ABW.

– Zgodnie z ustawą nie ma żadnego uzasadnienia, by teczka pozostawała tajna.

– ABW nie odtajnia teczki Kujdy.

„W ABW nie uznali teczki za zasługującą na ujawnienie”

Osoba znająca praktykę w IPN i kontakty ze służbami: – Te dwie osoby, które podpisywały się w 2006 r. na aktach Kujdy, to najpewniej archiwiści IPN ze specjalnej grupy mającej ze strony służb [ABW] prawo dostępu do materiałów w zbiorze zastrzeżonym. Na początku 2006 r., gdy w IPN pojawił się Janusz Kurtyka, zaczął odkręcać błędy przy tworzeniu „zetki” i zainicjował odchudzanie.

Jak podkreśla nasz rozmówca, sprzyjała temu postawa nowego kierownictwa służb. – Archiwiści zaczęli przygotowywać dla funkcjonariuszy służb kolejne teczki, by dokonali w nich przeglądu i zakwalifikowali je do ewentualnego ujawnienia – mówi. I dodaje: – Jednak teczki Kujdy – i tu pojawia się oczywiste pytanie: dlaczego? – ludzie z ABW nie uznali za zasługującą na ujawnienie.

Zaznacza też: – Nie mam wątpliwości, że jeżeli Kaczyński chciałby sprawdzić w 2006 r. jako premier przeszłość kogokolwiek, to – podobnie jak poprzednicy i następcy – mógł to bez problemu zrobić pytając szefów służb, a jeśli nie miałby do nich zaufania, to dodatkowo także przez prezesa IPN. Janusz Kurtyka był w latach 2006-07 częstym gościem w gabinecie premiera. Osobiście nie wierzę, że Kaczyński tego nie zrobił.

Jak informuje nas IPN, materiały dot. Kujdy zostały wyjęte z „zetki” dopiero 13 czerwca 2016 r. Ich zawartość stała się publiczna miesiąc temu.

Dlaczego tyle lat teczka Kujdy była tajna? Osoba dobrze zorientowana w tym temacie nie ma wątpliwości: – Jak coś się ujawnia, to przestaje się już mieć haka. Kaczyński naprawdę nie wiedział o agenturalności Kujdy, ale nie była to wiedza tajemna w środowisku służb.

W obozie władzy musi być naprawdę nerwowo, skoro premier Morawiecki zdecydował się udzielić wywiadu w znienawidzonym przez władzę i jej elektorat TVN24. Szef rządu potrafi pięknie dobierać słowa do bardzo łatwo weryfikowalnych kłamstw oraz bez zmrużenia okiem odwracać kota ogonem w każdej niewygodnej dla PiS sprawie. Jego wystąpienie niczym zatem nie zaskoczyło – dowiedzieliśmy się, że afera wokół Srebrnej tylko wzmocniła wizerunek Jarosława Kaczyńskiego jako polityka kryształowego, pieniądze publiczne rosną na drzewach, ceny prądu wcale nie wzrosną (choć każdy niemal dostał już wyższy rachunek), a zarobki najbliższych blond-współpracownic prezesa Glapińskiego w NBP to zjawisko całkowicie normalne, bo tak się zarabia w banku centralnym. Zwłaszcza ta ostatnia manipulacja jest bardzo ryzykowna, bo już w ciągu najbliższych dwóch tygodni samo NBP zobowiązane jest opublikować dane, które ją obnażą. Czyżby premier nie był tego świadomy?

Mateusz Morawiecki pytany o to, czy zszokowały go horrendalne zarobki Martyny Wojciechowskiej, dyrektor Departamentu Komunikacji i Promocji stwierdził, że niekoniecznie. “Bo wiem, że podobne zarobki występowały w czasach Marka Belki (poprzedniego szefa NBP – red.). Szkoda, że wtedy różne ośrodki medialne nie interesowały się tą sprawą” – mówił w rozmowie z Anitą Werner. O kwestii najbardziej bulwersującej, tj. fakcie, że zarobki na poziomie 50 tys. zł w NBP i ok. 10-12 tys. dzięki nominacji w pokrewnych instytucjach otrzymują kobiety o wątpliwych i utajnionych kompetencjach, kierujące departamentami niemerytorycznymi, premier wspomniał jedynie mimochodem. Przyznał, że może faktycznie kierujący pracami technicznych i finansowych departamentów powinni zarabiać “kilka tysięcy więcej”, ale ogólnie ta dysproporcja nie jest dla niego problemem. Premier przekonuje bowiem, że wynagrodzenia w NBP należy równać do wynagrodzeń w sektorze bankowym, a te są zbliżone.

– Rozumiem, że ta wysokość zaskakuje, porównuję ją do porównywalnych wynagrodzeń w departamentach dużych instytucji finansowych. Pan prezes Glapiński, z grubsza rzecz ujmując, odziedziczył tę siatkę płac po prezesie poprzednim i zarządza tą instytucją. Dodatkowo chcę podkreślić, że jest to instytucja zupełnie niezależna od rządu polskiego – dodał premier.

Istotą manipulacji w tej wypowiedzi jest fakt, że olbrzymie średnie wynagrodzenie słynnych “aniołków” wcale nie wynika z siatki wynagrodzeń, zwłaszcza tych z formalnego zaszeregowania. Panie Wojciechowska i Sukiennik zarabiają średnio o 10-20 tys. miesięcznie więcej niż jej koledzy dlatego, że mogą liczyć na zdecydowanie największe uznaniowe nagrody i premie. Z NBP nie sposób jednak wydobyć informację, jak na te nagrody zapracowały, jakie efekty ich pracy za nimi przemawiały, a jeśli powierzono im zadania dodatkowe, to jakie i jak zostały wykonane. Szef polskiego rządu, zwracając uwagę na “siatkę wynagrodzeń”, próbuje przesłonić najbardziej bulwersujący aspekt afery z wynagrodzeniami w NBP.

O tym, że słowa Morawieckiego zostaną bezlitośnie zweryfikowane już wkrótce, może świadczyć nawet wypowiedź kadrowej NBP, która uczestniczyła w pamiętnej konferencji prasowej, gdy po wybuchu afery powiedziano wiele, by w zasadzie nie rozwiać żadnych wątpliwości. Ewa Raczko, zastępca Departamentu Kadr w banku centralnym dementując 11 lutego medialne doniesienia o olbrzymich pensjach mówiła, że wynagrodzenie miesięczne na poziomie 60 tys. miesięcznie przekroczył tylko jeden dyrektor w NBP i było to za prezesury Marka Belki. I choć pani Raczko ukryła niewygodną dla prezesa NBP prawdę o tym, czym wspomniany dyrektor się zajmował i jaką wagę dla zadań banku centralnego miała praca jego departamentu, to opinia publiczna już wkrótce pozna całą prawdę w tej kwestii. Wszystko za sprawą ustawy dot. jawności wynagrodzeń w NBP.

Można odnieść wrażenie, że wszyscy politycy obozu władzy, którzy dziś wciąż robią dobrą minę do złej gry i bronią sprawy wynagrodzeń pani Wojciechowskiej i pani Sukiennik, kompletnie zapomnieli o tym, że opublikowana 22 lutego 2019 roku ustawa zobowiązała NBP do opublikowania pełnej siatki wynagrodzeń w NBP także za lata 1995-2018 i to w ciągu 30 dni od wejścia ustawy w życie. Wówczas polityka kadrowa prezesa Glapińskiego na tle poprzedników stanie się jeszcze większym obciążeniem dla obozu Prawa i Sprawiedliwości, a broniący go dziś będą musieli ze wstydu zapaść się pod ziemię. Co gorsza dla partii rządzącej, sprawa zamiast umrzeć medialną śmiercią naturalną powróci ze zdwojoną siłą, obciążona także niedorzecznymi słowami premiera. Umiejętność zarządzania kryzysem gdzieś Zjednoczonej Prawicy uciekła, co jednak wcale nie powinno nas martwić.

Kaczyński nie płaci za wykonaną robotę, pogrąża się w szambie Srebrnej

8 Mar

Uczciwość prezesa Kaczyńskiego ponownie stanęła pod wielkim znakiem zapytania. Okazuje się, że nie tylko Birgfellner ma problemy z odzyskaniem swoich pieniędzy. Mecenas Irena Sobczak, córka znajomej prezesa, która pracowała przy projekcie drapacza chmur spółki Srebrna, do dzisiaj nie zobaczyła ani złotówki za wykonane zlecenie.

To jej kancelaria została zarekomendowana właśnie przez Kaczyńskiego, by opracować całą potrzebną dokumentację. Po opublikowaniu nagrań rozmów austriackiego architekta z prezesem PiS, Birgfellner przekazał prokuraturze e-maila, w którym prawniczka napisała „Szanowny Panie Birgfellner, z powodu ekstraordynaryjnej sytuacji przesyłam panu w załączeniu korektę faktury, ostatecznie wystawię fakturę na spółkę Srebrna za analizę prawną podziału nieruchomości. Poza tym muszę przyznać, że taśmy mnie zaskoczyły”.

Już pół roku temu Kaczyński obiecywał, że „3 tys. to nie jest żadna sprawa, to będzie załatwione. Zapłacimy”. Kiedy pani mecenas przeczytała fragment nagranej rozmowy, dotyczący właśnie jej należności, postanowiła się o nią upomnieć, jednak, jak poinformowała w środę dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, „do dnia dzisiejszego faktura nie została opłacona przez odbiorcę faktury”. Wyborcza podaje, że faktura trafiła w ręce Małgorzaty Kujdy, prezes Srebrnej i, że pani Kujda odmówiła uregulowania tej kwoty.

Proszona o rozmowę Irena Sobczak odpowiedziała, że „mając na względzie fakt, że sprawa rozliczeń z klientami objęta jest tajemnicą adwokacką, nie jestem upoważniona do udzielenia odpowiedzi w tej kwestii”. Milczy również spółka Srebrna, choć według niektórych z kręgu firmy, sprawa została załatwiona.

Ciekawa jestem, jak dalej rozwinie się sprawa.  Jak długo politycy PiS będą uważać, że to sztucznie rozdmuchany problem, a prokuratura będzie bronić się rękami i nogami przed przesłuchaniem Jarosława Kaczyńskiego, wciąż nie dostrzegając podstaw ku temu. No cóż, jaka władza, takie i państwo prawa.

Waldemar Mystkowski pisze o „korzyściach” z afery Kaczyńskiego.

Prezes PiS do perfekcji opanował strategię posiadania pełni władzy, a zarazem nie chce być odpowiedzialnym za jej sprawowanie.

Odpowiedzialność prawna bowiem spada na jego marionetki, które kiedyś – gdy władza wypadnie mu z rąk, jak Ceaușescu bądź Janukowyczowi – staną przed niezależnym wymiarem sprawiedliwości i odpowiedzą za bezprawie. Kaczyński swoją odpowiedzialność rozpisuje na Andrzeja Dudę, Beatę Szydło i Mateusza Morawieckiego, którzy w niepohamowanej własnej żądzy władzy stali się zakładnikami prezesa PiS.

Afera ze spółką Srebrna pokazuje – niczym w podręczniku politycznej korupcji –  w jaki sposób splatają się wątki narracji dyktatury i zarządzania marionetkami delegowanymi przez prezesa PiS. Winniśmy całować po rękach Geralda Birgfellnera, że zdecydował się ujawnić taśmy z transakcji biznesowych przeprowadzanych z Jarosławem Kaczyńskim. Niemniej bardzo ważną postacią w demitologizacji prezesa PiS jest Roman Giertych, zaś dziennikarze „Wyborczej”, opisujący kolejne rozdziały afery K-Towers, zasługują na najwyższe nagrody dziennikarskie i to międzynarodowe – jakiegoś globalnego Pulitzera.

Kaczyński na poziomie państwa odpowiedzialnymi za swoje bezprawie czyni prezydenta i premierów (na razie jest dwoje). Oni kiedyś odpowiedzą za niszczenie Polski i to na wszelkich poziomach: prawnym, moralnym, finansowym.

We władzach spółki Srebrna, którą zarządza Jarosław Kaczyński, są osoby bez znaczenia, które nadstawiają kark za prezesa, jak sławny już Kujda i „pani Basia”, osoby, które nie wiedzą, za co odpowiadają, za co jednak są wynagrodzeni sowitymi synekurami państwowymi. Birgfellner, rozmawiając z Kaczyńskim, był zdziwiony, że nie rozmawia z zarządem Srebrnej, Kaczyński miał na to odpowiedź: „Ci ludzie kręcą własne lody”.

A zatem mamy do czynienia z ludźmi-słupami, którzy nie są świadomi odpowiedzialności. Tak też wyglądać miał model biznesowy K-Towers (wieżowców na cześć braci Kaczyńskich). Odpowiedzialność prawną i finansową brały na siebie dwie spółki-krzaki Nuneaton (komandytowa i z o.o.), zaś Srebrna pełnię zysków. Gdyby biznes z wieżowcami nie wypalił, odpowiedzialne byłyby spółki-krzaki, a Srebrna nie straciłaby na tym ani grosza.

Kaczyński zarządzą Srebrną za pomocą ludzi-słupów i tak zarządza państwem – za pomocą słupów, w które ochoczo zgodzili się wcielić Duda, wcześniej Szydło, a dzisiaj Mateusz Morawiecki. Aby w przyszłości osądzić bezprawie i dążenie Kaczyńskiego do dyktatury, nie wystarczy powołanie jakiejś komisji śledczej ani postawienia go przed sądem. Najpierw do spółki Srebrna winni wejść śledczy i to ci o najwyższych kompetencjach i profesjonalizmie. Ten akt „pożegnania dyktatury” winien odbywać się przy podniesionej kurtynie, jednocześnie dobrze byłoby, gdyby osądzane były polityczne słupy prezesa – jako to podsądnymi winni być Duda, Szydło i Morawiecki – z jednym zarzutem: legitymizowanie bezprawia.

Musimy zdawać sobie sprawę, że Kaczyński, jego słupy i kadry partyjne nie oddadzą władzy, tylko dlatego, że przegrają wybory. Czeka nas męka przez dyktaturę – ku demokracji.

Kaczyński rozsypuje się w proch. Tyle po nim zostanie – zgnilizna

7 Mar

W tym samym czasie, gdy rząd Prawa i Sprawiedliwości wszem i wobec ogłaszał program “zero tolerancji” dla kombinowania przy podatkach, prezes Jarosław Kaczyński, faktycznie zarządzający spółką Srebrna, polecił taki właśnie schemat stworzyć i zastosować w inwestycji K-Towers, które miały stanąć przy ul. Srebrnej 16 w Warszawie. Dzisiejsza publikacja “Gazety Wyborczej”, ujawniająca poufną umowę z renomowaną kancelarią Baker McKenzie i zeznania Geralda Bigrfellnera w tej kwestii, pokazuje nowy wątek przedsięwzięcia, którego upublicznienie miało być “politycznie nie do obrony”. 

W 2016 roku Unia Europejska przyjęła dyrektywę wprowadzającą zalecenia Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) w sprawie obligatoryjnego raportowania schematów podatkowych. Nasze Ministerstwo Finansów, w myśl strategii walki z oszustami podatkowymi, pracowało i wciąż pracuje nad wdrożeniem unijnych rozwiązań, jednak w wersji najdalej idącej, obejmującej raportowanie wszystkich rozwiązań w spółkach powiązanych, które mają charakter sztuczny i nastawiony na korzyść podatkową. Tymczasem, pod koniec 2017 roku w zaciszu gabinetu prezesa PiS przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie trwały przygotowania do rozpoczęcia wielkiej inwestycji K-Towers, która miała na wiele długich lat zapewnić bezpieczne finansowanie zaplecza partii rządzącej. Jak to dziś tłumaczy Jarosław Kaczyński, budowa wpływowego prawicowego think tanku, miała być przeciwwagą dla “lewackiej” Fundacji Batorego, co miało być korzyścią nie tylko dla jego środowiska, ale wręcz dla całej Polski. Żeby korzyść dla jego najbliższych współpracowników była jednak możliwie największa, strategia biznesowa i podatkowa została obmyślona tak, by faktyczny beneficjent budowy bliźniaczych wieżowców miał zagwarantowane maksimum zysku z inwestycji przy minimalnym ryzyku gospodarczym i podatkowym.

Jak pisze “GW”, ustalony model biznesowy opiera się na dwóch spółkach powołanych do przeprowadzenia inwestycji. Obie nazywają się Nuneaton (jedna z o.o., druga komandytowa) i obie mają minimalny kapitał. Srebrna – właściciel wartej miliony działki – wnosi symboliczny wkład do spółki komandytowej, prawdopodobnie 5 tys. zł, stając się w niej komandytariuszem, dzięki czemu jedynie do tej kwoty ogranicza się jej odpowiedzialność. W przypadku fiaska inwestycji działka przy Srebrnej jest bezpieczna. Nie mogliby po nią sięgnąć potencjalni wierzyciele, bo przed nimi odpowiadałby Nuneaton. Sprawa zysków z inwestycji przedstawiać się miała zgoła odmiennie, bo 99,9% zysków trafiać miało do Srebrnej, a jedynie 0,1% do Nuneatona.

O tych okolicznościach Gerald Birgellner informował prokurator, która wciąż nie zdecydowała o wszczęciu śledztwa w sprawie oszustwa. – Wielokrotnie omawialiśmy strukturę z Kaczyńskim i Baker McKenzie. Żeby przy projekcie kwestia podatkowa była dobrze dopracowana (…), by ustawić ten projekt optymalnie pod względem podatkowym, aby zaoszczędzić na podatkach – miał mówić Austriak. – Odbyliśmy wiele spotkań, w których brał udział pan Kaczyński (…). Birgfellner podkreśla także, że prezes Kaczyński nalegał na to, by takie sprawy załatwiać bezpośrednio z nim i by nie wprowadzać zarządu spółki Srebrna w szczegóły umów. Bardzo interesujące dla prokuratury powinno być jednak uzasadnienie tej prośby. „Słyszałem, że (…) ludzie ze spółki Srebrna »kręcą własne lody«, dlatego pan Kaczyński powiedział, że mam ich o tym nie informować. (…) Pomysł dwóch wież podobał się Kaczyńskiemu, bo wyglądałyby jak bliźniacze wieże, jak bliźniacy Kaczyńscy”.

Ujawnione przez “GW” rewelacje o machinacjach prawnych, mających na celu ograniczyć odpowiedzialność rzeczywistego beneficjenta, kluczowej z punktu widzenia przyszłości obozu władzy inwestycji, rzucają kolejny cień na “kryształowość” prezesa Jarosława Kaczyńskiego, co nie umknęło też uwadze komentatorów politycznych.

Niestety dla Jarosława Kaczyńskiego, model zarządzania państwem, który stworzył po 2015 roku jest bliźniaczo podobny do modelu działalności Srebrnej, Prędzej czy później będzie miało dla sądu kluczowe znaczenie w ocenie wiarygodności zeznań Geralda Birgfellnera. W końcu, jeśli lider PiS zarządza dziś nieformalnie całym państwem z tylnego siedzenia, w sposób zupełnie wolny od odpowiedzialności za te działania, to dokładnie tak samo mógł zarządzać spółką Srebrna, choć przepisy Konstytucji mu tego zabraniają.

>>>

W sprawie ogłoszonej dziś decyzji Rady Miasta Gdańska naprawdę trudno nie zgodzić się z radnym PiS Janem Kanthakiem. Tak, „decyzja o odebraniu honorowego obywatelstwa czy usunięcia pomnika to tylko zamiatanie sprawy pod dywan”, by odwołać się do jego słów.

Radni miejscy usuwają w cień trudny temat. Na pewno zyskają poklask części tytułów prasowych. Łatwiej też im będzie spojrzeć w lustro; przecież przez tyle lat tolerowali ten mocno chwiejący się kult. Dziś mogą odetchnąć. Ale czy na pewno?

Prałat Jankowski stracił honorowe obywatelstwo Gdańska

Kłopoty z wiarygodnością oskarżyciela prałata Jankowskiego

„Solidarność” sama rozbierze pomnik ks. Jankowskiego

Bo przecież – idę o zakład – nie wszyscy z tą decyzją się zgodzą. Z kręgów gdańskiej Solidarności już nieoficjalnie dochodzą głosy, że związek pomnika tak łatwo nie odpuści. Znajdą się i inni, bardziej radykalni, którzy (to już wróżby) sprzeciwią się fizycznie usuwaniu pomnika i wymianie tabliczek na skwerze. To ci, co szukają zadym, a zadymy w okresie przedwyborczym to niezły oręż polityczny.

Należy spodziewać się więc na skwerze Guzikiewicza, narodowców, Młodzieży Wszechpolskiej, ONR-u itp. Wszystkich, którzy swą „niepokorną” postawą będą chcieli zaistnieć w kampanii. Obawiam się, mówiąc już całkiem otwarcie, że Gdańsk zafundował sobie kolejną polską bitwę o pomnik. A jak bywają bolesne takie bitwy, jak głębokie zostawiają rany wiemy dokładnie od czasów Krakowskiego Przedmieścia.

Zarazem rozumiem radnych Gdańska, którym ciężko był podjąć inną decyzję. Presja była zbyt wielka. Czy ktoś można nas uratować przed takim scenariuszem? Nie mam wątpliwości, że tylko gdańska Kuria. Arcybiskup L.S. Głódź powinien w trybie pilnym powołać komisję, która ustali fakty w sprawie Jankowskiego. Jeśli tego nie zrobi, zachowa się nieodpowiedzialnie, zwłaszcza w świetle tego, o czym ostatnio dyskutowano w Watykanie. Wie, jak ważnym tematem dla papieża Franciszka jest pedofilia wśród kapłanów. Wie, że czasy tolerancji skończyły się ostatecznie. A jeśli gdański hierarcha nie zdecyduje się na powołanie komisji?

Jest jeszcze jedna ścieżka. Nuncjusz, który posiada mocne instrumenty wpływu na polskich biskupów. Ma nie tylko prawo, ale obowiązek ich uruchomienia. Apeluję jednak najpierw do arcybiskupa. Niech pomoże uniknąć tej groźnej konfrontacji. Niech podejmie odważną decyzję. Bez niej będzie miał ten potencjalny konflikt na sumieniu.

„Nie będziemy budować aliansu w Parlamencie Europejskim z partiami, które są za niszczeniem lub osłabianiem UE” – stwierdził Mateusz Morawiecki. Ale PiS układa się z eurosceptycznymi populistami z Włoch, Francji i Holandii, rozważa współpracę ze skrajną prawicą z Austrii i Hiszpanii i marzy o sojuszu z Viktorem Orbánem. To jak to jest, Panie Premierze?

W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” 6 marca 2019 roku Mateusz Morawiecki mówił niemal o wszystkim, niewiele natomiast o planie Prawa i Sprawiedliwości na zbliżające się eurowybory. Premier zaprzeczał jedynie, jakoby PiS planowało nawiązać współpracę z partiami o profilu „antyeuropejskim i antyunijnym”.

Morawiecki albo nie wie, z kim układa się PiS, albo próbuje wprowadzić w błąd opinię publiczną.

Dzisiejszy eurosceptycyzm to głęboki brak zaufania do unijnych instytucji, brukselskich elit i wpisanej jeszcze w rzymskie traktaty idei budowania „coraz ściślejszej Unii”.

Wszystkie formacje, z którymi partia Kaczyńskiego prowadzi rozmowy o sojuszu mają w programie mniej lub bardziej wyraźne osłabienie centralnej roli Komisji Europejskiej i powrót do luźnego związku państw członkowskich. Do tego sprowadza się lansowana także przez PiS idea „Europy ojczyzn” lub „Europy narodów”.

Potwierdził to zresztą sam Morawiecki, zapytany o to, jaki będzie PE po wyborach:

„Spodziewam się osłabienia głównych, mainstreamowych partii i wzmocnienia centroprawicowych, konserwatywnych, które chcą tak jak my mocniejszej Europy ojczyzn” – odpowiedział.

Tymczasem nowi potencjalni sojusznicy PiS to nie niewinna centroprawica, a walczący o przejście do mainstreamu populiści lub wręcz prawica skrajna.

O jakie partie chodzi? Lista potencjalnych nowych partnerów PiS ciągle się wydłuża, a jej skład nie zachwyca:

  • włoska „Liga” Matteo Salviniego,
  • francuska „Powstań Francjo” (DLF),
  • holenderskie Forum na rzecz Demokracji (FvD),
  • hiszpański „Głos” (Vox),
  • Wolnościowa Partia Austrii (FPÖ),
  • a także, oczywiście, węgierski Fidesz.

Wszystkie łączą dwie kluczowe sprawy: chęć osłabienia Unii Europejskiej oraz budowanie kapitału politycznego na pogardzie dla elit, „tradycyjnych wartościach” i lęku przed obcymi. Oto w jakim gronie widzi dziś siebie PiS.

Przetasowania w PE

Nowi sojusznicy są im dziś niezbędni, bo wielkimi krokami zbliża się brexit, a wraz z nim partię Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (EKR) opuszczczą brytyjscy Torysi.

Jak na razie wydaje się, że PiS planuje po wyborach pozostać w EKR i formować ją według własnego pomysłu, skręcając przy tym ostro w prawo. Taktyka polega na przyciąganiu potencjalnych sprzymierzeńców w budowaniu „Europy ojczyzn”, nawet tych o podejrzanej reputacji.

PiS wspierają obecni partnerzy w EKR, m.in. Czesi z Obywatelskiej Partii Demokratycznej (ODS). Ale partia Kaczyńskiego szuka sojuszników także w innych frakcjach w Parlamencie Europejskim, zwłaszcza w „Europie Narodów i Wolności” (ENF).

ENF to dziś zbiorowisko partii „egzotycznych” – antyimigranckich, populistycznych i głęboko nieufnych wobec Europy. Są w niej m.in. posłowie włoskiej Ligi Matteo Salviniego, brytyjskiego UKIP Nigela Farage’a (partia powstała, by wyprowadzić Wielką Brytanię z UE), francuskiego Zjednoczenia Narodowego (RN) Marine Le Pen, Holendrzy z Partii Wolności (PVV) Geerta Wildersa oraz Wolnościowa Partia Austrii (FPÖ).

Dla nich przyłączenie się do EKR to szansa na zmianę wizerunku z niebezpiecznych radykałów na zatroskanych o losy UE konserwatystów.

PiS szuka też w Europie ugrupowań pokrewnych ideologicznie, które mają szanse po raz pierwszy trafić do PE, jak francuskie Powstań Francjo (DLF), holenderskie Forum na rzecz Demokracji (FVD) i hiszpański Głos (Vox). Nie ustaje też w wysiłkach, by przyciągnąć do siebie węgierski Fidesz, któremu coraz poważniej grozi wykluczenie z Europejskiej Partii Ludowej.

Prorosyjski Salvini

W OKO.press pisaliśmy, że na początku stycznia 2019 roku Polskę odwiedził wicepremier i minister spraw wewnętrznych Włoch Matteo Salvini. Spotkał się wówczas z Jarosławem Kaczyńskim, by rozmawiać o sojuszu w wyborach do PE.

Partia Salviniego – Liga – ma szanse znacznie powiększyć swoją reprezentację w Brukseli i Strasburgu. Większość sondaży wskazuje, że to właśnie partia Salviniego zwycięży w majowych wyborach. Jeżeli prognozy się potwierdzą, Liga wyśle do PE drugą największą reprezentację – aż 27 eurodeputowanych. Liczniejsi będą tylko niemieccy chadecy.

Obecnie sześcioro eurodeputowanych z Ligi zasiada w grupie „Europa Narodów i Wolności” (ENF). Europosłem był zresztą także sam Matteo Salvini.

Jakie poglądy reprezentuje Liga? Partia Salviniego jest dziś najczęściej określana jako „populistyczna skrajna prawica”. Jest partią prorosyjską, nacjonalistyczną i skrajnie antyimigrancką. To właśnie na podsycaniu lęku przed obcymi zbudowała swoją dzisiejszą popularność.

Relacje Ligi z UE? Burzliwe. Przed wyborami w 2018 roku Salvini nakręcił we Włoszech kampanię rewizji unijnych traktatów i wyprowadzenia Italii ze strefy euro. Zdanie zmienił, gdy wszedł do rządu i okazało się, że rezygnacja ze wspólnej waluty doprowadziłaby kraj do gospodarczej katastrofy. Musiał też ustąpić, gdy Bruksela nakazała Rzymowi rewizję budżetu tak, by dostosować się do unijnych limitów.

Z antybrukselskiej agendy Salviniego dziś pozostaje przede wszystkim obietnica „zmieniania UE od środka”, czyli budowania luźnej formacji „Europy narodów”.

Francuzi za przywróceniem granic

PiS dogadało się już za to z francuską „Powstań Francjo” (fr. Debout la France, DLF), której liderem jest Nicolas Dupont-Aignan. W grudniu 2018 roku Dupont-Aignan podpisał z EKR deklarację stowarzyszeniową, jednocześnie odrzucając zaproszenie Marine Le Pen do tworzenia wspólnej listy.

Tym samym najpewniej oddaliła się perspektywa współpracy między Le Pen a Kaczyńskim, na którą wyraźnie zanosiło się jeszcze w 2017 roku.

Dupont-Aignan, obecnie jedyny poseł DLF we francuskim parlamencie, dwa lata temu kandydował na prezydenta Francji. Otrzymał 4,7 proc. głosów. W drugiej turze poparł Le Pen, która zapowiedziała, że jeśli wygra wybory, Dupont-Aignan zostanie premierem w jej rządzie.

Choć DLF dopiero po raz pierwszy ma szanse wysłać do Parlamentu Europejskiego swoich przedstawicieli, dwóch jej posłów zasiada już w PE. To byli eurodeputowani od Le Pen, którzy postanowili przejść do DLF. Najnowsze sondaże dają partii Dupont-Aignana ok. 6 proc. głosów i 6 mandatów w PE.

Samych siebie członkowie DLF lubią plasować gdzieś pomiędzy „ekstremistami” pokroju Marine Le Pen a „systemem”, czyli centroprawicą. Z Le Pen nadal mają jednak wiele wspólnego. Podobnie jak RN, DLF jest partią konserwatywną i eurosceptyczną. Chce wyprowadzić Francję ze strefy euro, osłabić rolę Komisji Europejskiej w UE, przywrócić kontrole graniczne i ograniczyć migrację. Jest również prorosyjska.

Forum na rzecz Demokracji

PiS dogadało się także z partnerami w Holandii. W lutym 2019 wolę przystąpienia do EKR po majowych wyborach 36-letni Thierry Baudet, szef holenderskiego Forum na rzecz Demokracji (FvD).

To partia dość młoda, podobnie jak jej przewodniczący. Powstała w 2015 jako think tank. W 2016 zyskała rozgłos, gdy włączyła się w kampanię na rzecz referendum w sprawie umowy stowarzyszeniowej między UE a Ukrainą. Niedługo później, bo w 2017 roku, wysłała do holenderskiego parlamentu dwóch posłów.

W sondażach FvD jest obecnie na czwartym miejscu – może liczyć na ok. 11 proc. głosów i 3 miejsca w PE.

Formacja Thierry’ego Baudeta ma wiele wspólnego z Partią Wolności (PVV) Geerta Wildersa, który dziś blisko współpracuje z Marine Le Pen. Podobnie jak Wilders, Baudet chce ograniczenia imigracji i osłabienia roli UE. Swoją kampanię opiera przede wszystkim na niechęci do elit – także tych w Brukseli.

Zbliżenie EKR i FvD nie spodobało się holenderskiej Unii Chrześcijańskiej (CU), której jeden eurodeputowany zasiada dziś w EKR. Zdaniem CU Baudet nakręca w Holandii kampanię Nexitu, co jest sprzeczne z celami EKR, która miała „zmieniać Unię Europejską od środka”. CU może jednak liczyć na znacznie mniej głosów w nadchodzących wyborach. PiS bardziej opłaci się sojusz z silniejszym FvD.

Legutko: a może FPÖ?

Z kim jeszcze swoją przyszłość potencjalnie wiąże Prawo i Sprawiedliwość?

Europoseł PiS Ryszard Legutko wspominał o toczących się rozmowach z hiszpańskimi radykałami z Głosu (Vox). Popularność Vox w Hiszpanii rośnie od momentu, gdy w grudniu 2018 roku zdobyła 12 miejsc w andaluzyjskim parlamencie regionalnym. Sondaże wskazują, że może liczyć na ok. 12 proc. głosów i 7-8 miejsc w nowym PE.

Vox powstała w 2013 roku. Jest określana jako populistyczna skrajna prawica – chrześcijańska i nacjonalistyczna. Jej politycy sprzeciwiają się autonomii hiszpańskich regionów, lansują społeczny konserwatyzm i, oczywiście, „większą niezależność państw członkowskich w ramach UE”.

Legutko stwierdził również, że osobiście „wziąłby na poważnie pod uwagę zaproszenie Wolnościowej Partii Austrii (FPÖ) do EKR”.

FPÖ to partia o długiej i niezbyt chlubnej historii. Powstała jeszcze w latach 50. XX wieku. Zawsze określana była mianem skrajnej prawicy, a jej pierwszym liderem był nazista Anton Reinthaller, były oficer SS. Od tego czasu porzuciła pangermańskie idee i zwróciła się w stronę prawicowego populizmu.

Dziś reprezentuje podobny zestaw poglądów co większość potencjalnych sojuszników PiS. Jest eurosceptyczna, antyimigrancka i prorosyjska. Ostatnie sondaże dają FPÖ 23 proc. głosów i 5 miejsc w PE.

Jak na razie nie wiadomo nic na temat planowanych rozmów między FPÖ a EKR. Obecnie Austriacy zasiadają w EFD razem Francuzami od Marine Le Pen i Holendrami od Geerta Wildersa.

Fidesz Orbana? Wspaniała nowina

Nie ulega wątpliwości, że PiS nadal liczy na sformalizowanie związku z węgierskim Fideszem poprzez przyciągnięcie go do EKR.

Do tej pory szanse na to, że Viktor Orbán opuści Europejską Partię Ludową, były niewielkie. Pozostali członkowie EPL nabierali wody w usta, gdy pytano ich, kiedy wreszcie pozbędą się Węgrów. Milczeli także wówczas, gdy Orbán zdecydował wyrzucić z Budapesztu Uniwersytet Środkowoeuropejski.

Ostatnio jednak Fidesz zaostrzył antyunijny kurs. W najnowszej kampanii węgierskiego rządu na plakatach pokazano szefa Komisji Europejskiej Jeana-Claude’a Junckera i amerykańskiego miliardera George’a Sorosa. Podpis głosi, że chcą oni „wprowadzić obowiązkowe kwoty relokacyjne”, „osłabić prawa państw członkowskich do ochrony granic” i  „ułatwić imigrację poprzez wizę migracyjną”.

Kilkanaście partii – członków EPL, oburzonych tą kampanią, wystąpiło do przewodniczącego z wnioskiem o wykluczenie Fideszu z członkostwa w formacji. Poparcie wniosku rozważają posłowie PO i PSL. Większość komentatorów jest jednak zdania, że EPL nie wyrzuci Fideszu przed majowymi wyborami. Decyzja ma zapaść na zlocie EPL 20 marca.

O tym, żeby Orbán już wkrótce był „do wzięcia” marzą natomiast politycy PiS.

„Orbán potrzebował EPL jako tarczy. To dlatego Fidesz tak długo był członkiem tej partii” – mówił Ryszard Legutko w rozmowie z Politico. Dodał, że gdyby Fidesz zechciał dołączyć do EKR, dla polskiego rządu byłaby to „wspaniała nowina”.

Kaczyński dalej mąci w sprawie własnej korupcji. Jak ktoś taki się nazywa? Czyż nie męt

2 Mar

Nic bardziej rozbrajającego z usta Kaczyńskiego paść nie mogło: „Jestem obywatelem, jak każdy inny. Jeśli trzeba będzie, stawię się w prokuraturze” – oświadczył w rozmowie z RMF FM, odnosząc się m.in. do afery Srebrnej i zarzutów austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera, który twierdzi, że został przez prezesa PiS oszukany.

>>>

Jeśli będzie taka potrzeba – pojawi się na przesłuchaniu w prokuraturze – zapewnił dodając, że w gruncie rzeczy nie widzi podstaw do wszczęcia śledztwa wobec niego.

„Śledztwo nie ma sensu” – stwierdził lider PiS. „Mamy przykład pewnej nierzetelności, ale nie z mojej strony, a ze strony osoby uważanej dzisiaj za bohatera, a nawet ofiarę” – powiedział Kaczyński.

„Nie mam sobie niczego do zarzucenia” – powiedział i przyznał, że chciał wybudować wieżowiec w centrum Warszawy, by stanowić konkurencję dla Fundacji im. Stefana Batorego.

„Nie będę mówił, jaki mam stosunek do bohatera tej sprawy. Chciałem zrobić coś bardzo dobrego w Polsce” (…) „Gdyby ten budynek powstał, Instytut im. Lecha Kaczyńskiego stałby się instytucją bardzo silną, a w dalszej perspektywie, już nie za ludzi mojego pokolenia, mógłby robić jeszcze więcej” – dodał prezes PiS.

Kaczyński odniósł się też do swojej roli w instytucie i spółce Srebrna. Zapewnił, że żadnej funkcji w niej nie pełni. „Jednak, jako członek Rady Nadzorczej, w pewnym sensie ją reprezentuję” – powiedział Jarosław Kaczyński.

Warto pamiętać, że uchwalony już budżet zamyka się deficytem w wysokości 28,5 mld zł.

Znamy już termin wyborów do Europarlamentu. 26 maja będziemy wiedzieć, na jakiego politycznego konia postawiliśmy, kogo uważamy za wartego reprezentowania Polski w UE, komu zawierzymy, z kim chcemy iść do Europy. Powiem szczerze, że mamy „przegwizdane”. Do listopada będziemy permanentnie w trakcie kampanii wyborczej, bo przecież w tym roku będziemy też wybierać posłów do naszego rodzimego parlamentu. Będziemy więc kłócić się, pałać agresją, tępić każdego, kto myśli inaczej, czyli… zatopimy się w polskim piekiełku na amen.

Partia rządząca już rozpoczęła swój maraton wyborczy, licząc że nikt jej nie dogoni. Gna jak szalona, zalicza kolejne metry, byle bliżej mety. Byle pozostać niepokonanym, jedynym zwycięzcą w tym szalonym wyścigu. Pierwszy ruszył Mateusz Morawiecki. Wprawdzie popełnił falstart, ale kto premierowi zabroni? Jemu wolno, tym bardziej, że swój objazd Polski nazywa dyplomatycznie „spotkaniami z ludem” i wydaje się wielce zdziwiony, gdy ktoś mu zarzucał, że to jeszcze nie czas na walkę o głosy. Tak więc pojeździ sobie premier po miastach i miasteczkach, głosząc wszem i wobec, że tylko PiS da obywatelom dobre życie, dobre państwo, że będziemy krainą mlekiem i miodem płynącą, praworządną, sprawiedliwą, cudną po prostu.

Na swojej konwencji PiS wniósł na scenę cały worek kolejnych obietnic, którymi ma na tyle omamić obywateli, by ci wiedzieli, że tylko poparcie tej partii da jej wygraną i w eurowyborach, i parlamentarnych i potem, gdy będziemy wybierać prezydenta. Będzie kasa w ramach 500 plus na każde, nawet pierwsze, dziecko. Będą „trzynastki” dla emerytów, zniesienie podatku PIT dla pracowników do 26. roku życia, obniżenie kosztów pracy i wiele jeszcze dobroci wszelakich. Mnóstwo gadania, baloników, miłości do obywateli i demokracji. Cuda po prostu… cuda…

Zdaje się, że prezes, czarując społeczeństwo, zapomniał, że nie tak dawno to jego partia zawaliła te sprawy, które dzisiaj chce nazwać swoim sukcesem. To politycy PiS przeforsowali w sejmie ustawę o ziemi, która dobiła rolników. To oni nie poparli opozycji, gdy ta chciała wprowadzić pierwsze dzieci w rodzinie do programu 500 plus. To oni doprowadzili do likwidacji wielu połączeń PKS w powiatach i przyczynili się do upadku firm przewozowych, regulując to swoją ustawą w 2016 roku. To oni wymyślili teraz te „trzynastki” dla emerytów, choć PSL proponowało emerytury bez podatku, co byłoby o wiele korzystniejsze. To oni byli na nie, gdy PO chciało wprowadzić ulgi w podatkach dla młodych i gdy ugrupowanie Kukiz’15 proponowało podnieść koszty uzyskania przychodu o 20 proc. Tak więc te obietnice to nic innego jak tylko poprawianie tego, co sami zawalili i to jest powód do dumy? To jest podstawa, na której można budować wiarygodność?

Po ponad trzech latach sprawowania władzy, PiS przypomniało sobie też o frankowiczach. W Sejmie prace nad prezydencką ustawą nabrały ostrego tempa, bo przecież trzeba zdążyć zadowolić tę grupę ludzi, by wiedzieli, komu co zawdzięczają i stanęli przed urnami wyborczymi, w pełni świadomi, na kogo głosować. Wprawdzie frankowicze chcą więcej, ale „na bezrybiu i rak ryba”, więc może dadzą się kupić.

No proszę, ile można zdziałać, gdy zbliża się czas walki o koryto. Szkoda tylko, że politycy PiS zapomnieli o obietnicach darmowych leków czy właściwej listy leków refundowanych. Tutaj to jest już totalny bajzel. Leki wspomagające po przeszczepach czy też niektóre, wręcz ratujące życie, zniknęły z listy, a ich koszt miesięczny to nawet kilkaset zł. Te darmowe dla seniorów to jakieś kiepskie zamienniki, z małą skutecznością i niewspomagające skutecznego leczenia szeregu chorób typowych dla wieku.

Partia rządząca całkowicie pominęła w swych obietnicach osoby niepełnosprawne, które jeszcze nie tak dawno temu przekonywano, że „budżet nie jest z gumy” i nie ma pieniędzy, by wspomóc ich w prawie do godnego życia. Pominęła też nauczycieli, rezydentów, lekarzy. A co się ma nimi przejmować… Bez ich głosów świetnie da sobie radę. A co z programem Mieszkanie plus? Też cisza i wiara, że ich wyborcy nie zauważą, że to kompletna klapa.

Obiecując Polakom gwiazdki z nieba, PiS jest przekonane, że są oni tak głupi i naiwni, iż uwierzą, że ta cała kasa to nic innego jak prezent od prezesa i jego polityków. Ot, prezes wyciąga z portfela kolejne stówki i rozdaje, komu chce i jak chce. Nie ma tak dobrze. Dając jednym, rząd odbierze drugim… Warto pamiętać, że uchwalony już budżet zamyka się deficytem w wysokości 28,5 mld zł, a tu jest mowa o kolejnych, nieuwzględnionych wcześniej wydatkach, rzędu 40 mld zł.

Skąd więc wziąć na to kasę? Politycy PiS nie widzą problemu i uśmiechają się pobłażliwie. A tu się coś przesunie, tam skorzysta z tzw. rezerw celowych w budżecie i będzie super. Rzeczywiście tak super i uda się utrzymać stabilność finansową państwa?

Ech, pewnie się czepiam, bo PiS-u nie lubię, nie wierzę w te wszystkie deklaracje i dlatego z przerażeniem i lekkim szokiem patrzę na bieg wyborczy polityków tej partii. Ależ mają przyspieszenie i wydaje się, że idą na rekord, ale… może zdarzy się cud. Złapią ostrą zadyszkę, potkną się o własne afery, poślizgną się na swoich kłamstwach oraz pazerności, a meta pozostanie tylko w zasięgu ich marzeń. I niech tak się stanie…

Ksiądz od Kaczyńskiego milionerem, Macierewicz zapomniał o zamachu smoleńskim i inne pisowskie populizmy

28 Lu

Małe sprostowanie, wynajęli willę. Reszta zostaje.

Ksiądz Rafał Sawicz od czasu, kiedy w „Gazecie Wyborczej” pojawiły artykuły o tzw. taśmach Kaczyńskiego, był nieuchwytny. A to właśnie ksiądz był jedną z osób, która w imieniu Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego podpisała się pod dokumentami, umożliwiającymi rozpoczęcie budowy dwóch wież przez związaną z PiS spółkę Srebrna. Austriacki biznesmen Gerald Birgfellner zeznał w prokuraturze, że przekazał 50 tys. zł w gotówce, które miały trafić do księdza Sawicza za złożenie tegoż podpisu.

Teraz „cudem” odnaleziony ksiądz wydał oświadczenie, które rozpowszechnił jego pełnomocnik mecenas Janusz Masiak. – „Nie chcę i nie będę rozmawiać z żadnymi mediami. Jeżeli zajdzie taka konieczność, będę oczywiście do dyspozycji odpowiednich organów państwowych” – napisał ks. Sawicz.

Z oświadczenia wynika, że ks. Sawicz czuje się „ofiarą”. – „Jestem zdumiony zamieszaniem i skalą zmanipulowanych informacji wokół mojej osoby. Od lipca 2016 roku nigdy nie prowadziłem i nie prowadzę działalności publicznej i uważam, że zasługuję na ochronę prywatności mojej i moich najbliższych. Niestety — ta prywatność w ostatnim czasie była naruszana przez dziennikarzy i ich publikacje” – uważa Sawicz.

Zdumiewać mogą jego słowa, że „wchodząc w skład Rady Fundacji uważałem, że nie będzie to działalność publiczna i nadal tak uważam”. Oświadczenie księdza Sawicza nosi datę 26 lutego.

Poseł PO, Krzysztof Brejza bezskutecznie od wielu miesięcy próbuje się dowiedzieć szczegółów na temat postępów prac sejmowej podkomisji badającej katastrofę smoleńską. Nic dziwnego – ostatni komunikat na jej stronie pochodzi z września zeszłego roku. Najwyraźniej „chodzi o to, aby wyjaśniać, a nie żeby wyjaśnić i skończyć wyjaśnianie…” – komentuje ten fakt na Twitterze poseł Brejza.

Co więcej, gdy poseł próbował wysłać kilka pism listem poleconym na adres podkomisji, pisma … wróciły. Listonosz nie zastał nikogo pod wskazanym adresem i nikt awiza nie odebrał.

Czy taki sam los spotka przesyłkę kogoś, kto zechce przesłać pocztą nowe informacje dotyczące katastrofy w Smoleńsku? – zastanawia się Krzysztof Brejza.

Portal naTemat przypomina, że już w grudniu zeszłego roku poseł wysłał do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie pismo w sprawie zatajania informacji o aktywności podkomisji smoleńskiej przez Antoniego Macierewicza. Polityk pytał między innymi o liczbę posiedzeń podkomisji, jej koszty i zlecone opinie oraz ekspertyzy.

PiS zapewnia, że środki na obietnice zostały zabezpieczone, choć nie ma po nich śladu w ustawie budżetowej.

W związku z rokiem wyborczym Gwiazdka – wyjątkowo – zacznie się już w maju i potrwa aż do końca października. Po konwencji partii aktualnie rządzącej wiadomo już również, kto wystąpi w roli Świętego Mikołaja. Będzie to – osobiście – prezes Jarosław Kaczyński, choć to jednak nie do końca pewne, jak będzie wyglądała obsada roli Gwiazdora na jesieni. Bo do przejęcia Wielkiego Worka z prezentami sposobią się też Robert Biedroń i Grzegorz Schetyna.

A to dlatego, że – jak się to mówi – „nie ma zmiłuj” i jak się nie obieca wypełnić worka z „plusami” po samą kokardę, to nie ma sensu stawać do żadnych wyborów. Kto chce sobie porządzić, ten musi wysupłać te 35-40 miliardów.

Opozycja przyjęła do wiadomości, że za sprawą pana prezesa dokonał się – jak to ujęła na konwencji premier Szydło – „przewrót kopernikański” w dziedzinie marketingu politycznego, polegający na rewolucyjnej obserwacji, że świat lokalnej polskiej polityki kręci się nie wokół interesu publicznego, tylko osobistych korzyści materialnych konkretnego Kowalskiego. Mówiąc inaczej, wygrywa ten, kto obiecuje „kasę do ręki”.

Sądząc po katalogu obietnic przedwyborczych, tę lekcję odrobili już chyba politycy wszystkich opcji, którzy – jak jeden – starają się wrzucić do Wielkiego Wora z prezentami jak najwięcej. I – w zasadzie – wszyscy to samo.

Skąd ta kasa? Tego akurat to na razie nie wiadomo, ale partia aktualnie rządząca zapewnia, że środki na obietnice zostały zabezpieczone, choć nie wiadomo gdzie je trzymają, bo nie ma po nich śladu w ustawie budżetowej. Więc pewnie leżą w sejfie przy Nowogrodzkiej.

Natomiast co do opozycji, to wskazuje te same źródła, co partia rządząca (rezerwy budżetowe) plus oszczędności na… „minusach”. Bo przecież od dawna wiadomo, że – cytując klasyka – w każdym zbiorze Plusów istnieją „plusy dodatnie” oraz „plusy ujemne”.

„Dobra zmiana” i jej „plusy dodatnie” miały zaś pewne – nazwijmy to – „koszty dodatkowe”, o których informowano wyjątkowo drobnym drukiem. Opłata za pięćsetplusa została odebrana w praworządności, wolności mediów i sądów, niezależności służb i prokuratury, polityce zagranicznej oraz posadach w spółkach skarbu państwa dla „nowych elit”. No i w rozlicznych interesach robionych na układzie zależności i znajomości między biznesem i partią władzy.

Te „pięćset minusy” chce zmonetaryzować opozycja, wstrzymując bizantyjskie inwestycje, zamykając nietrafione projekty, oszczędzając na pensjach asystentek w NBP, odprawach zmieniających się co kwartał prezesów spółek oraz na transferach środków do rozlicznych Instytutów Tego i Owego. A też na hojnych dotacjach dla zaprzyjaźnionych z władzą mediów, organizacji i fundacji.

Do zapowiadanych przez wszystkie partie transferów socjalnych KE dokłada jeszcze niemal bezkosztową opcję „normalność plus” – naprawę relacji z Unią, przywrócenie praworządności i swobód obywatelskich oraz ukrócenie szalejącego kolesiostwa i nepotyzmu, a też wyjaśnienie rozlicznych świeżo ujawnionych „afer” wokół obozu władzy.

Te same „plusy dodatnie” plus – oczywiście – 500 plus i inne transfery socjalne ma też w standardzie „Wiosna” Biedronia, która dodatkowo proponuje jeszcze „bonus”, też niemal bezkosztowy, w postaci pakietów „świeckie państwo”, „węgiel minus” oraz „postęp – społeczny, obyczajowy i technologiczny”. To wszystko da się zrobić niemal za darmo. Wystarczą odpowiednie ustawy.

Natomiast co do kolejnych „plusów”, kosztujących dziesiątki miliardów, to warto trzymać się starej, bo jeszcze antycznej zasady, odnoszącej się – skądinąd – do Konia Trojańskiego: „Timeo Danaos et dona ferentes” (Boję się Greków, nawet gdy niosą dary). Bo z „darami” zawsze może się skończyć tak, jak niedawno w Grecji…

Rekonstrukcja Morawieckiego, czyli wykop już w maju

26 Lu

Super Ekspress informuje nieoficjalnie, że zaraz po majowych eurowyborach PiSowski rząd czeka rekonstrukcja.

Gazeta podaje nawet konkretne nazwiska i sugeruje, że obecny szef Kancelarii Premiera Michał Dworczyk otrzyma tekę szefa resortu obrony, a dotychczasowy minister Mariusz Błaszczak jest przymierzany do objęcia MSWiA w sytuacji, gdy mandat europosła zdobędzie minister Joachim Brudziński. „Mariusz radził sobie w MSWiA, czego nie można powiedzieć o jego aktywności w MON”– ocenił w rozmowie z dziennikiem ważny polityk PiS.

SE powołując się na niego zapewnia, że nie będzie miejsca w rządzie dla Antoniego Macierewicza, chociaż wielu widziałoby go znów w resorcie obrony.

„Nawet jeśli jego były współpracownik, Bartłomiej M. wyszedłby z aresztu, i tak Macierewicza nikt by nie wpuścił do rządu. Mielibyśmy zbyt dużo do stracenia gdybyśmy się na to zgodzili, choć dochodzą do nas słuchy, że Antoni bardzo chciałby wrócić” – tłumaczy PiSowski funkcjonariusz.

SE zapowiada też, że minister edukacji Annę Zalewską może zastąpić wiceminister Marzena Machałek lub prof. Andrzej Waśko, doradca prezydenta do spraw wdrażania reformy oświaty, gorący zwolennik likwidacji gimnazjów.

Mecenasi Geralda Birgfellnera poprosili ambasadę Austrii o ochronę dyplomatyczną dla swojego klienta. – Podaliśmy konkretne daty i zdarzenia, opisaliśmy je i uznaliśmy, że w tej sytuacji nie mamy do czynienia z procesem sprawiedliwym, w którym dąży się do ustalenia prawdy materialnej, a mamy proces, który faworyzuje jednego z uczestników – tłumaczy Jacek Dubois, pełnomocnik Birgfellnera.

Pismo do ambasady

Jacek Dubois i Roman Giertych, pełnomocnicy austriackiego biznesmena, złożyli wniosek o dopuszczenie do przesłuchań Geralda Birgfellnera przedstawicieli ambasady Austrii. Stosowne pismo jest już ambasadzie.

Pełnomocnicy chcą, aby przedstawiciele ambasady Austrii mogli uczestniczyć w następnych przesłuchaniach, wnioskują też o ochronę dyplomatyczną dla austriackiego biznesmena.

Procedura ta nie jest określona, natomiast stosuje się ją w oparciu o przepisy łączące oba kraje. W tym przypadku pełnomocnicy powołali się na konwencję konsularną między RP a Republiką Austrii.

– Obserwatorzy z ambasady często biorą udział w sprawach, czasem zwracają się o wyjaśnienia, czasem składają wnioski. Ma to na celu kontrolowanie, czy sprawa przebiega zgodnie z regułami – tłumaczy nam Jacek Dubois.

Długa lista uzasadnień

Mecenasi we wniosku informują ambasadę Austrii, że istnieje poważne ryzyko, że konstytucyjna zasada równości wobec prawa, wynikająca z art. 32 konstytucji, nie jest zachowana, po drugie mają wątpliwości, czy przepisy procedury karnej są należycie stosowane. – Ponieważ nie mamy się do kogo zwrócić, bo w zasadzie przedstawiciele władzy jednoznacznie w tej sprawie opowiedzieli się za jedną ze stron, musieliśmy się zwrócić do ambasady kraju, której obywatel został pokrzywdzony, aby ambasada poddała tę sprawę kontroli – tłumaczy mec. Jacek Dubois.

Wniosek opatrzony został kilkunastoma przykładami, że osoba, przeciwko której zostało wniesione zawiadomienie, jest faworyzowana.

– Pan Jarosław Kaczyński, czyli osoba, której dotyczy podejrzenie, nie jest traktowany jako obywatel zwykły, tylko obywatel nadzwyczajny, czego konsekwencją jest zachowanie organów władzy i prokuratury odbiegające, w naszej ocenie, od standardów – tłumaczy Jacek Dubois i dodaje: – Przedstawiciele władzy, nie znając akt sprawy, przesądzili publicznie o niewinności osoby, której dotyczy podejrzenie popełnienia przestępstwa,  próbowali tym samym wpłynąć na organa prokuratury, chcąc im narzucić pewną decyzję.

Po drugie, doszło do spotkania prokuratora generalnego z Jarosławem Kaczyńskim po przesłuchaniu pana Birgfellnera. Mecenasi podkreślają, że to Jarosław Kaczyński jest tu osobą, która w ostateczności decyduje.

Po trzecie, doszło do wycieku akt postępowania, które otrzymali dziennikarze zbliżeni ze stroną rządową, którzy podjęli próbę zdyskredytowania Austriaka w oczach opinii publicznej. W opinii pełnomocników doszło też do próby manipulacji protokołem z zeznań.

Kolejnym zarzutem wobec prokuratury jest próba wywołania efektu mrożącego, czyli zniechęcenia do dochodzenia swoich praw: – doszło do sytuacji, kiedy wobec naszego klienta została nałożona kara grzywny, mimo że usprawiedliwił on swoją nieobecność. Dodatkowo prokuratura wydaje komunikaty w sposób jednoznacznie uderzający w naszego klienta i opierając się na nieprawdziwych informacjach, które musimy prostować – dodaje mecenas Dubois.

Prokuratura odpowiada

Na skutek powyższych zdarzeń w zeszłym tygodniu mecenas Roman Giertych złożył wniosek o odsunięcie prokurator prowadzącej od sprawy. Według mec. Giertycha prokuratura próbowała w zapisie zeznań zawrzeć wypowiedzi, które nie zostały wypowiedziane przez świadka, mimo wyraźnego sprzeciwu zarówno Geralda Birgfellnera, jak i pełnomocników.

Zdaniem prokuratury to właśnie mecenas Roman Giertych próbował zmieniać treść zeznań biznesmena.

Jak powiedział wczoraj rzecznik warszawskiej prokuratury okręgowej prok. Łukasz Łapczyński, wniosek pełnomocnika Austriaka „nie zawierał żadnych racjonalnych przesłanek, które uzasadniałyby stronniczość prokuratora, miał czysto polemiczny charakter, a analiza nagrań bezsprzecznie wykazała, że przesłuchanie było prowadzone prawidłowo” – podała Polska Agencja Prasowa.

– Co do słów prokuratury na temat pana mec. Giertycha, to rozważa on możliwość wszczęcia postępowania o naruszenie dóbr osobistych, ponieważ było to ewidentne nadużycie – komentuje mec. Dubois.

Na pytanie, czy wobec takiej postawy prokuratury mecenasi nie obawiają się próby niedopuszczenia przedstawiciela ambasady Austrii do sprawy, mec. Jacek Dubois odpowiada: – Prokuratura jest samodzielnym gospodarzem, ale ambasada ma obowiązek dbania o swojego obywatela, powinna ocenić zatem, czy jego prawa są należycie reprezentowane, gdyby się okazało, że dochodzi do dyskryminacji obywatela austriackiego w Polsce, to ambasada ma odpowiednie narzędzia dyplomatyczne, z których prawdopodobnie skorzysta.

Najbliższe przesłuchanie Geralda Birgfellnera w sprawie tzw. taśm Kaczyńskiego odbędzie się w czwartek 28 lutego, następne dzień później. Na razie nie wiadomo, jaką decyzję w tej sprawie podjęła ambasada.