Tag Archives: Srebrna

Z życia pasqud (4): Klęski PiS nie mogą być klęskami Polski. Trzeba cofnąć degradację kraju

29 Czer

Jednym z największych wyzwań XXI wieku przed którymi stoi Polska jest transformacja energetyczna. Odejście od węgla i włączenie się w walkę z globalnym ociepleniem jest obowiązkiem stojącym przed całym obecnym pokoleniem. Jest to także duża bitwa gospodarcza, ponieważ tania i dostępna energia stanowi atut w rywalizacji z innymi graczami światowej gospodarki. Nie bez znaczenia jest także cena energii dla samych konsumentów, co szczególnie pokazało desperackie dążenie rządu do refundacji podwyżek cen prądu. Do realizacji wszystkich powyższych celów potrzeba zatem wydajnego źródła energii. Tymczasem strategia rządu staje się na tle świata coraz bardziej zacofana. Głównym problemem polskich władz jest bowiem opóźnienie w czasie odchodzenia od węgla w celu zadowolenia licznego grona wyborców lobby węglowego, oraz zwalczanie z przyczyn ideologicznych energetyki wiatrowej na lądzie. Absurd obu założeń widać  szczególnie mocno na tle raportu Międzynarodowej Agencji Odnawialnych Źródeł Energii (IRENA) o kosztach produkcji odnawialnych źródeł energii.

Okazuje się bowiem, że te dynamicznie maleją. Tylko w zeszłym roku o aż 13 proc. w przypadku fotowoltaiki (PV) oraz elektrowni wiatrowych na lądzie (onshore). W efekcie OZE stały się najtańszym źródłem energii w wielu miejscach świata. Autorzy doszli przy tym do wniosku, że ponad trzy czwarte lądowych wiatraków i cztery piąte elektrowni słonecznych, które zostaną oddane do użytku w tym roku będą produkować taniej niż nawet najtańsze technologie oparte o węgiel czy gaz.

W 2020 roku koszt produkcji kWh w przypadku elektrowni wiatrowych ma spaść do 4,5 centa za kWh, a w przypadku fotowoltaiki do 4,8 centa. Eksperci szacują, że powyższe mogą docelowo spaść nawet do 3-4 centa za kWh. Wszytko dzięki dynamicznemu rozwojowi nowych technologii.

Innymi słowy energia ze źródeł odnawialnych staje się tańsza od węglowej. W przypadku Polski zaś jest to szczególnie aktualne w stosunku do wiatraków, ponieważ elektrownie słoneczne przy naszych warunkach nasłonecznienia nie osiągają optymalnej wydajności. Tymczasem zgodnie z przegłosowaną na początku rządów PiS ustawą w praktyce uniemożliwiono budowę nowych farm wiatrowych, a istniejące skazano na rozbiórkę. Był to cios w najdynamiczniej rozwijający się sektor OZE w Polsce. Rząd wprawdzie deklaruje swoje poparcie dla energetyki odnawialnej, ale jak wynika z przekazów medialnych widzi przyszłość w budowie wiatraków na morzu (offshore), które jednak generują znacznie droższy prąd niż ich odpowiedniki na lądzie. Równocześnie kiedy technologie lądowe tanieją, to koszt wspomnianych farm morskich spadł w badanym okresie zaledwie o 1%.

Do omawianego dochodzi w Polsce również problem budowy nowych bloków węglowych w Ostrołęce, które zdaniem ekspertów nie są opłacalne ekonomicznie, jednak inwestycja idzie do przodu dzięki poparciu polityków.

Widać zatem wyraźnie, że Polska może przegapić swoją szansę w trwającej na świecie transformacji energetycznej. Cenę za to zapłacą zaś konsumenci i przedsiębiorcy. W energetyce potrzeba zatem więcej zdrowego rozsądku niż polityki.

Pomimo wzrostu płac, rośnie też w Polsce ubóstwo. Według GUS, ponad 5 proc. Polaków żyło w ubiegłym roku w skrajnym ubóstwie, czyli poniżej minimum egzystencji. To o ponad 1 pkt. proc. – czyli jedną czwartą – więcej niż rok wcześniej. Przybyło też osób żyjących w ubóstwie relatywnym, których nie stać nawet na połowę przeciętnych wydatków gospodarstw domowych.

Osoby słabo wykształcone, które mieszkają na wsi utrzymując się głównie z rent i emerytur, a także rodziny wielodzietne – to oni stanowią większość Polaków żyjących w skrajnym ubóstwie mierzonym poziomem wydatków gospodarstw domowych. W zeszłym roku ta grupa zwiększyła się do 5,4 proc. z 4,3 proc. w 2017 r. Co więcej miniony rok przełamał widoczny od 2015 r. spadkowy trend zasięgu ubóstwa ekonomicznego.

Ile dziś warte jest 500+? Inflacja zjadła jego sporą część 

W 2018 r. wzrósł zarówno odsetek osób żyjących na poziomie minimum egzystencji, jak też tych uprawnionych do pomocy społecznej, a także osób relatywnie ubogich, których miesięczny budżet nie sięgał 50 proc. przeciętnych wydatków gospodarstw domowych (co wynika także z wzrostu tych wydatków i ogólnej poprawy sytuacji dochodowej Polaków).

W praktyce oznaczało to, że relatywnie ubodzy samotnie gospodarując mieli pod koniec zeszłego roku do wydania co najwyżej 810 zł, zaś czteroosobowa rodzina (z dwójką dzieci do 14 lat) mogła wydać 2187 zł, czyli niespełna 547 zł na osobę. Ci skrajnie ubodzy żyjąc samotnie mieli do wydania odpowiednio 595 zł, a w rodzinie 1,6 tys. zł. Najwięcej z nich mieszkało na wsi, gdzie zasięg skrajnego ubóstwa wzrósł w zeszłym roku do 9,4 proc. (o ponad 2 pkt proc.).

W podobnym tempie rosło też skrajne ubóstwo rodzin wielodzietnych (z co najmniej trójką dzieci do 17 lat) – prawie co dziesiąta z nich żyła na poziomie minimum egzystencji (albo poniżej). Pomimo programu 500+ odsetek dzieci do 17 roku życia powiększył się w zeszłym roku do 6 proc. (z 4,7 proc. rok wcześniej).

Nie od dziś wiadomo, że Prawo i Sprawiedliwość jest jedną z najpotężniejszych partii na polskiej scenie politycznej od 1989 roku. Tajemnicą poliszynela jest jednak fakt, że wokół gromadzonego przez otoczenie Kaczyńskiego majątku narosło wiele kontrowersji.

Obecnie, gdy PiS od prawie 4 lat sprawuje niczym nieskrępowaną władzę, potencjał finansowy partii rośnie jeszcze bardziej, a to za sprawą bezprecedensowego skoku na spółki Skarbu Państwa, szerzącego się kolesiostwa i nepotyzmu. Prawo i Sprawiedliwość otrzymuje również co roku gigantyczną subwencję, w samym 2017 roku wyniosła ona 18,5 miliona złotych.

Jeszcze więcej pytań i kontrowersji narosło wokół sposobu, w jaki Kaczyński i spółka zgromadzili tak ogromny majątek w latach 90. Te środki stały się w ocenie wielu komentatorów podwaliną pod budowę obecnej potęgi PiS.

W tej kwestii niewygodne pytania oraz mocną tezę stawia Piotr Kupś, bloger, publicysta i twórca fan page “Ruch Wkurwionych” na portalu Facebook. Zdaniem Kupsia partia Kaczyńskiego jak nikt inny uwłaszczyła się na majątku upadłej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. 

Według poniższej teorii, paradoks całej sytuacji miał polegać na tym, że podczas gdy Kaczyński spał do 12 w dniu wybuchu stanu wojennego, inni ludzie bili się o wolność, zaś to prezes PiS i jego otoczenie ostatecznie najbardziej skorzystali na upadku tak znienawidzonej przez nich komuny. 

O ile powyższa hipoteza nie została nigdy potwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu, czy ostatecznie udowodniona, to wiele wskazuje na to, że nie ma dymu bez ognia. Wielu polityków i dziennikarzy węszyło swego czasu wokół afery FOZZ, a także spółki Srebrna oraz nieruchomości, jakie zgromadziło otoczenie Kaczyńskiego w Warszawie. Wszystkie te sprawy mocno śmierdzą…

Jednocześnie, trudno nie uznać całej ekipy dobrej zmiany za największych hipokrytów polskiej polityki. Bo jak inaczej nazwać całą tę sytuację?

Minister Michał Dworczyk tłumaczy, że zapomniał ujawnić udziałów w nieruchomości przez „szereg dokonywanych czynności prawnych”

😂

. Oodpowiedź na oświadczenie szefa @PremierRP

To zdecydowanie nie jest dobry tydzień dla obozu władzy, na którą właśnie spadły bolesne konsekwencje przeprowadzonego wbrew Konstytucji i naczelnym zasadom Unii Europejskiej skoku na władzę sądowniczą. Nie tylko zanosi się na spektakularną porażkę Krajowej Rady Sądownictwa przed Trybunałem Sprawiedliwości UE w kontekście utraty ich niezależności od władzy wykonawczej, co przecież wywraca całą tę pseudoreformę do góry nogami, ale na dodatek dziś marszałek Sejmu Marek Kuchciński prawomocnie przegrał przed Naczelnym Sądem Administracyjnym sprawę zatajenia przed opinią publiczną list poparcia dla kandydatów do nowej upolitycznionej KRS.

Jak donosi portal RMF FM, Kancelaria Sejmu niezwłocznie musi opublikować imiona i nazwiska tych, którzy zdecydowali się wesprzeć kandydatów do KRS w myśl nowych przepisów ustawy uchwalonej przez Prawo i Sprawiedliwość.

Pozostaje w mocy ocena, że informacja zawarta w załącznikach obejmujących wykazy sędziów popierających kandydatury członków do KRS jest informacją publiczną. Jak powiedział sąd pierwszej instancji, nie ma tu zastosowania wyłączenie, zatem informacja ta podlega udostępnieniu– powiedział w uzasadnieniu piątkowego orzeczenia sędzia Wojciech Jakimowicz. Sąd podkreślił, że te okoliczności muszą być brane pod uwagę przy rozpatrywaniu spawy przez szefa Kancelarii Sejmu.

Jeśli rządzący zastosują się do decyzji NSA, lada moment może się okazać, że wybrani do KRS sędziowie w jeszcze mniejszym stopniu są reprezentantami swojego środowiska, niż starają się regularnie przekonywać. To także kolejna szpilka w Prawo i Sprawiedliwość i deklaracje tej partii o dążeniu do transparentności życia publicznego.

Decyzja sądu w pełni wynagrodziła trud, jaki Patryk Wachowiec, analityk z Forum Obywatelskiego Rozwoju włożył w wydobycie od urzędników Marka Kuchcińskiego tak skrzętnie ukrywanych nazwisk. Zaraz po jej ogłoszeniu wezwał polityka PiS do upublicznienia przedmiotowych list.

Wtórowali mu politycy opozycji, dla których wyrok NSA jest potwierdzeniem słuszności opinii rzecznika TSUE.

Jeśli okaże się, że podpisy poparcia pod kandydaturami należą albo do podwładnych Zbigniewa Ziobry, albo do podwładnych kandydatów to byłaby kolejna kompromitacja tej całej procedury i obecnej KRS. Jednocześnie chyba nikt nie ma wątpliwości, że takie skrupulatne ukrywanie przez polityków PiS od wielu miesięcy list poparcia oznacza, że albo członkowie KRS wstydzą się kto ich poparł, albo ci którzy podpisali listy wstydzą się kogo poparli – napisała na Twitterze posłanka klubu PO-KO Kamila Gasiuk-Pihowicz.

PiS ma zatem nie lada zagwozdkę, bowiem cała misternie tworzona reforma wymiaru sprawiedliwości może obrócić się w gruz. A stąd już tylko krok do utraty wiarygodności i wrażenia bycia nie do pokonania, a to na kilka miesięcy przed wyborami może być na wagę złota.

Andrzej Duda skierował do Trybunału Konstytucyjnego Kodeks karny, przygotowany przez Zbigniewa Ziobrę. – „Tryb postępowania z przedmiotową ustawą wzbudza poważne zastrzeżenia, co do dochowania konstytucyjnych standardów procesu legislacyjnego” – napisano w komunikacie Kancelarii Prezydenta. Jednak tylko to budzi zastrzeżenia Dudy. – „Ustawa stanowi obszerną nowelizację wprowadzającą istotne zmiany w zakresie polityki karnej. W tym zakresie ustawa nie budzi wątpliwości Prezydenta RP, ponieważ zrozumiałe jest dążenie ustawodawcy do stanowienia prawa karnego odpowiadającego wymogom sprawiedliwości” – podkreślono w komunikacie KPRP.

„Jestem rozczarowany decyzją prezydenta Andrzeja Dudy. Po raz kolejny pokazał, iż samodzielność nie jest jego mocną cechą. To żaden heroizm, bo ten Trybunał Konstytucyjny nie spełnia żadnych europejskich standardów kontroli konstytucyjnej. Wyrok zostanie napisany na Nowogrodzkiej” – skomentował były minister sprawiedliwości poseł Borys Budka z PO. – „Gdyby prezydent RP rzeczywiście dbał o przestrzeganie Konstytucji to – jako były poseł – na pierwszy rzut oka widziałby, że regulamin Sejmu i Senatu został w sposób rażąco naruszony i w związku z tym cała nowelizacja nadaje się do kosza” – dodał.

Zdaniem Budki, jedynym wyjściem „było zawetowanie noweli”. – „Nie wchodząc nawet w meritum. Regulamin Sejmu i Senatu został tak naruszony, że jedynym wyjściem dla strażnika Konstytucji było zawetowanie tej ustawy. Tu nie trzeba doktoratu z prawa, który ma pan prezydent. Tu student prawa, po prześledzeniu ścieżki legislacyjnej wie, że ta ustawa jest niezgodna z Konstytucją. Od prezydenta oczekiwałbym jasnej decyzji, a nie oddania ustawy pod osąd pani Julii Przyłębskiej i jej kolegów” – powiedział Budka.

Opozycja nie ma szans wygrać z PiS-em konkurencji o względy Kościoła, bo PiS wszystko już mu daje. Opozycja powinna myśleć, jak zneutralizować ten wpływ Kościoła i proboszczów, co jest trudne, ale nie niemożliwe. Na pewno nie da się tego zrobić, gdy opozycja lub opozycyjni publicyści będą atakować działaczy LGBT i obwiniać ich o swoje porażki – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych. Rozmawiamy o strategii rządu na wyboru i sojuszu tronu z Kościołem. Pytamy też o konsekwencje wyroków TSUE. – Bardzo ważny morał tego sporu o rządy prawa od 2015 roku i zamachu na Trybunał Konstytucyjny jest taki, że ten spór i działania KE i TSUE nie powodują, że Polacy stają się antyeuropejscy. To moim zdaniem bardzo ważne przesłanie, które trzeba ciągle powtarzać – mówi nasz rozmówca. – Populiści zyskują na podziałach opozycji i są zresztą bardzo sprawni w podsycaniu tych podziałów – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Negatywne orzeczenie TSUE może zaszkodzić rządom PiS?

JACEK KUCHARCZYK: Dotychczasowe badania pokazujące, jak Polacy do tej pory reagowali na spór polskiego rządu z Unią w kwestii rządów prawa, dowodziły, że oceny były silnie skorelowane z preferencjami wyborczymi i politycznymi. Wyborcy PiS-u kupowali narrację tej partii, że Unia wtrąca się w nasze wewnętrzne sprawy i narusza naszą suwerenność, jest podżegana przez opozycję, lewaków i środowiska LGBT. Co do wyborców opozycji, to wyraźnie wybrzmiało uznanie, że Unia nie tylko ma prawo reagować w kwestii naruszeń zasady rządów prawa, czyli wartości traktatowych, ale też, że racja jest po stronie Unii. Nadal będziemy mieć do czynienia z tym podziałem społeczeństwa, chociaż trzeba powiedzieć, że PiS-owi udawało się dotąd rozbroić narrację opozycji, choć to trudne i niewygodne dla PiS-u.

Badania wyraźnie pokazują, że także wśród wyborców PiS-u jest duże poparcie dla członkostwa w UE, dlatego ta partia nie może pozwolić sobie na otwarty spór z Brukselą.

Stąd ta próba przerzucenia odpowiedzialności na opozycję, że to wszystko wina jej „donosów do Brukseli na Polskę”. Widzieliśmy to dokładnie podczas kampanii do PE, gdzie PiS rozbroił tę bombę, pozycjonując się jako partia proeuropejska, ale jednocześnie bardzo mocno widać było, że PiS się boi UE. Wiedzą, że to dla nich problem, bo art. 7 to wciąż tykająca bomba, podobnie postępowania przed Trybunałem Sprawiedliwości UE. To ważna informacja dla opozycji, która musi konsekwentnie się trzymać tej linii, że PiS łamie wartości europejskie i że krytyka zmian w wymiarze sprawiedliwości to nie tylko głos opozycji i Komisji Europejskiej, ale też niezależnego Trybunału unijnego.

Bardzo ważny morał tego sporu o rządy prawa od 2015 roku i zamachu na TK jest taki, że ten spór i działania KE i TSUE nie powodują, że Polacy stają się antyeuropejscy. To moim zdaniem bardzo ważne przesłanie, które trzeba ciągle powtarzać.

Jak to wpłynie na niezdecydowanych? Wiemy, że frekwencja w wyborach europejskich i samorządowych była wyższa, niż zazwyczaj, ale wciąż jest kilkadziesiąt procent wyborców niezagospodarowanych. Czy to może podziałać na nich?
To zależy, jak będzie działać opozycja. Wiadomo, że wszystkich się nie zmobilizuje, na cuda nie ma co liczyć. Chociaż oczywiście

gdy porównamy wybory europejskie sprzed 5 lat i te ostatnie, to widać wyraźnie, że jednak w pewnych warunkach można zmobilizować wyborców.

Z tych samych wyborów do PE wynika też, że ważne jest, kogo zmobilizujemy i gdzie. W wyborach europejskich skuteczniejsza okazała się partia rządząca. Oczywiście miała ku temu mocniejsze instrumenty,  dziś widzimy, że największy przyrost był wśród emerytów, zatem można doszukiwać się przyczyny w wypłaceniu trzynastej emerytury. Pewnie też dodatkowo zostali zmobilizowani przez księży proboszczów, którzy przekonywali, że opozycja z gejami chce zniszczyć polską rodzinę. To zmobilizowało nie tylko emerytów, ale i mieszkańców wsi, którzy wcześniej specjalnie nie chodzili na wybory europejskie.

Dlatego też trzeba mieć dokładny plan, kogo się chce zmobilizować. Opozycja musi umieć przełożyć to, co wynika z orzeczeń TSUE, na język zrozumiały dla swoich obecnych i potencjalnych sympatyków. Opozycja musi wykorzystać tę szansę.

Słyszałam opinię, że mamy w Polsce trzecią siłę, „partię proboszczów”, czyli dużą grupę wyborców, która głosuje nie na PiS czy KO, tylko tak jak powie proboszcz. Prawdą jest, że od zawsze w Polsce mówi się, że nie można wygrać wyborów w jawnym sporze z Kościołem. Ten sojusz ołtarza z tronem jest kluczowy?
Można powiedzieć nawet mocniej, że

to Kościół wygrał ostatnie wybory dla PiS-u.

Natomiast nie tu jest pies pogrzebany, że opozycja wojuje z PiS-em, bo gdybym miał sobie pozwolić na śmiałą metaforę, to raczej Kościół wypowiedział wojnę nie tyle opozycji, co tej części społeczeństwa, która bardzo szybko i systematycznie osłabia swoją więź z Kościołem. To, co wydarzyło się z Kościołem w ciągu ostatniej dekady, to moim zdaniem taka próba kontrreformacji, to reakcja Kościoła na zmianę społeczeństwa w kierunku społeczeństw zachodnich. Mimo że statystyczny procent katolików w Polsce się nie zmienia, to wyraźnie widać, że mamy inne obyczaje; coraz mniej ślubów kościelnych, chrztów, rodzice wypisują dzieci z lekcji religii. Myślę, że możemy mówić wręcz o rewolucji w tym kontekście, która dokonała się w ciągu dwóch dekad. Do tego dochodzi sprawa tuszowania licznych przypadków pedofilii, która jest długofalowym zagrożeniem dla pozycji Kościoła. Dlatego

polscy biskupi nie chcieli czekać, aż spełni się scenariusz irlandzki, tylko przeszli do ofensywy.

Zatem to nie opozycja wywołała wojnę z Kościołem, a wręcz chodziła na paluszkach wokół biskupów i proboszczów. To Kościół postanowił urządzić w Polsce krucjatę i znalazł sobie sojusznika w PiS-ie. To nie zaczęło się w 2015 roku, tylko w 2010, gdy po raz pierwszy Kaczyński walczył z Komorowskim o prezydenturę. To wtedy Kościół tak wyraźnie opowiedział się politycznie, a Palikot powiedział słynne słowa, że Polska to „republika proboszczów”. To Kościół wymyślił wojnę z „ideologią gender”, którą sprzedał prawicy.

Faktycznie Kościół stał się uczestnikiem debaty politycznej i wyraźnie zawarł sojusz z PiS-em. Nie sadzę, że to, co mówią teraz politycy PSL, że nie można wojować z Kościołem, to dobra diagnoza sytuacji.

Popierając PiS, Kościół jest de facto stroną politycznego sporu.

Co zatem powinna robić opozycja?
Opozycja nie ma szans wygrać z PiS-em konkurencji o względy Kościoła, bo PiS wszystko już mu daje. Opozycja powinna myśleć, jak zneutralizować ten wpływ Kościoła i proboszczów, co jest trudne, ale nie niemożliwe. Na pewno nie da się tego zrobić, gdy opozycja lub opozycyjni publicyści będą atakować działaczy LGBT i obwiniać ich o swoje porażki. To będzie tylko uwiarygodnianie dyskursu PiS-u.

Powinna niczym prezydent Trzaskowski w Warszawie znaleźć w sobie odwagę, aby stanąć po ich stronie?
Myślę, że to, co zrobił Trzaskowski, jest najlepszą metodą. Proszę zobaczyć, że w warszawskiej Paradzie Równości wziął udział nie tylko Trzaskowski, ale też ambasady naszych sojuszników, np. Wielkiej Brytanii. Ostatnio ambasada USA wywiesiła tęczowe flagi. Różne wielkie firmy szły w paradzie. Sam widziałem ekipę JP Morgan z tęczowymi balonami, a przecież to firma, której ściągnięciem do Polski chwalił się Mateusz Morawiecki.

Zatem

jedyny sposób to ucieczka do przodu.

Ten temat jest dla niektórych wyborców toksyczny i trzeba znaleźć sposób, aby przestał takim być, stał się czymś normalnym. To zadanie nie tylko dla polityków, ale też działaczy organizacji społecznych, którzy może powinni więcej energii poświęcać na zmianę postaw społecznych, niż walenie w polityków opozycji za to, że nie do końca popierają wszystkie ich postulaty. Wszyscy tu mają ważną rolę do odegrania. Na pewno

nie warto konkurować z PiS-em na homofobię, bo tej konkurencji się nie wygra, podobnie jak konkurencji na gorliwość wiary.

Media, Kościół, pieniądze z budżetu – wszystko po stronie PiS-u. Opozycja jest na przegranej pozycji?
Absolutnie nie. Zresztą biskupi zaczną się zastanawiać nad tym sojuszem, gdy stanie im przed oczami możliwa przegrana PiS-u. Wtedy ta miłość do Kaczyńskiego zacznie spadać, ale dopóki wydaje się pewnym zwycięzcą, opozycja nie ma tu szans, aby przyciągnąć biskupów na swoją stronę. Może natomiast minimalizować wpływ proboszczów na wyborców.

W Turcji Istambuł został odbity przez opozycyjnego burmistrza, a Pradze 250 tys. protestuje przeciwko rządom Andreja Babisza, w USA Donald Trump zapowiada ubieganie się o reelekcję, ale na razie przegrywa z demokratami, na Słowacji prezydentem zostaje liberałka Zuzana Čaputová. Czy czas populistów się kończy?
Te skuteczne przykłady oporu przeciwko autorytarnym populistom pokazują, że

populiści nie muszą wygrywać cały czas, ale nie cieszyłbym się przedwcześnie.

Na Słowacji poprzednie wybory prezydenckie też wygrał liberał, może nie tak spektakularny, ale jednak prezydent Kiska był mainstreamowym, staroświeckim politykiem w stylu naszej Unii Wolności i starał się tamować populistyczne zapędy rządu.

Moim zdaniem te przykłady pokazują, że gdy opozycja dobrze się zmobilizuje, to potrafi osiągać zwycięstwa. Na razie jednak nie widać spektakularnych zwycięstw. Babisz dalej jest premierem, a w Turcji rządzi prezydent Erdogan, Trump jest prezydentem i zobaczymy, jak skończy się jego wyścig o reelekcję. W Stanach Zjednoczonych Demokraci są bardzo podzieleni i mam wrażenie, że dla części demokratów, która sama siebie określa mianem socjalistów, większym wrogiem są liberałowie w Partii Demokratycznej niż Trump. Nie dzielmy zatem skóry na niedźwiedziu.

Populiści zyskują na podziałach opozycji i są zresztą bardzo sprawni w podsycaniu tych podziałów.

Widzimy to w USA czy w Wielkiej Brytanii, gdzie większość społeczeństwa ma dość brexitu, a główna siła opozycyjna, czyli Partia Pracy, która mogłaby zakończyć brexit, gdyby chciała, jest podzielona w tej kwestii. Dzięki temu wybory europejskie  wygrywa totalnie oszołomska partia Brexit i to wszystko dzieje się w kolebce demokracji, jaką jest Wielka Brytania.

To, o czym pani mówi, to oczywiście bardzo optymistyczne wydarzenia. Ta mobilizacja w Czechach jest fantastyczna, zresztą wielu Czechów mówi wprost, że nie chce, żeby Czechy poszły tą samą drogą, co Polska. Babisz jest jednak aksamitnym populistą w porównaniu do Kaczyńskiego czy Orbána.

Najważniejszy wniosek moim zdaniem jest taki, że społeczeństwa potrafią się zmobilizować przeciwko populistom, więc ta walka nie jest z góry przegrana, nawet gdy populiści mają wszelkie instrumenty władzy do swojej dyspozycji. Jednak też nie przesadzajmy z optymizmem, po prostu opozycja musi brać się do roboty.

Nie pamiętam takiej władzy, która po 1989 roku musiała tak często poprawiać własne buble jak właśnie PiS.

Już tylko trzy miesiące i znowu staniemy przed wyborem, komu oddać władzę nad nami i Polską. PiS jest pewne wygranej i jedyne, co mu spędza sen z oczu to obawy, czy uda się zdobyć większość w parlamencie i móc wreszcie ostro zaszaleć ze zmianą Konstytucji.

Trzeba przyznać, że mamy teraz „powtórkę z rozrywki”. Partia rządząca znowu usiłuje nas przekonać, podobnie jak 4 lata temu, że ma świetnie opracowane lekarstwo na wszystkie bolączki Rzeczpospolitej, chwali się sukcesami i kusi obywateli niezła kasą za nic. Eksperci już w akcji, w pięknej teczce leżą gotowe projekty „dobrych zmian” i gdy tylko znowu prezes Kaczyński i reszta opanują korytko, to natychmiast zaczną działać, realizować genialne pomysły, a wszystko to ku ogólnej chwale i szczęśliwości wszelakiej.

No to popatrzmy może, jak wyglądało to „świetne przygotowanie” PiS-u, jak te perfekcyjnie opracowane projekty z poprzedniej kampanii zostały zrealizowane. Czy przyniosły ze sobą ład i porządek, czy też niezły chaos…

Zacznijmy od Sądu Najwyższego. Ustawa o SN została uchwalona przez Sejm 8 grudnia 2017 roku. Ponoć była dopracowana w każdym szczególe i całkowicie zgodna z zasadami demokracji. Ponoć miała wreszcie rozwiązać problem z tymi sędziami, co to są złodziejami i komuchami. Miała przywrócić „wiarę w sprawiedliwość, wiarę w polskie sądy, wiarę w wymiar sprawiedliwości”. Tyle prawd głoszonych przez pisowskich ekspertów, a jak to wypadło w rzeczywistości? Minęły niecałe dwa lata i ustawa ta musiała być już dziewięciokrotnie nowelizowana. Dziewięciokrotnie!!! Dlaczego? Okazało się, że w wielu swoich zapisach jest ona niekonstytucyjna, niezgodna z prawem unijnym, naruszająca zasadę trójpodziału władzy. „Pieszczoszek” ministra Ziobry okazał się totalnym niewypałem. Podobnie ze zmianami w KRS czy zasadami pracy sądów powszechnych. PiS musiało z podkulonym ogonkiem dokonać pewnych poprawek, a to jeszcze nie koniec, bo wciąż toczy się sprawa polskiego sądownictwa przed TSUE i spokojnie możemy oczekiwać kolejnych poprawek.

Słynna już ustawa o IPN, wprowadzająca kary grzywny lub 3 lata więzienia za przypisywanie polskiemu narodowi lub państwu odpowiedzialności m.in. za zbrodnie III Rzeszy Niemieckiej oraz zapisy o zbrodniach ukraińskich nacjonalistów. Mija kilka miesięcy i… już 17 lipca 2018 r. weszła w życie nowelizacja wcześniej znowelizowanej ustawy, w której odchodzi się od wymierzania kar. Skąd ta zmiana? Pojawił się zarzut, że to ograniczenie wolności debat i dyskusji historycznych, co wywołało wielki protest m. in. Izraela i USA. Pod naciskiem światowej opinii publicznej i polityków, PiS musiało zmienić zdanie.

Ustawa dezubekizacyjna, uchwalona w grudniu 2016 roku, miała być pięknym przykładem sprawiedliwości społecznej, karzącym tych wstrętnych panów w mundurach i panie, zatrudnionych w instytucjach „hańby” nawet, gdy przepracowali tam tylko jeden dzień. Po niecałych dwóch latach okazało się, że artykuł obniżający emeryturę lub rentę za pracę w policji po roku 1990 nie jest zgodny z konstytucyjną zasadą równości obywateli wobec prawa (art. 32 ust. 1 Konstytucji RP) i politycy PiS zmuszeni byli wycofać się z tego zapisu. Warto przypomnieć, że po wejściu tej ustawy w życie zmarło 37 osób objętych nowymi przepisami (część popełniła samobójstwo, część zmarła bezpośrednio po otrzymaniu decyzji o obcięciu dochodów).

Do wyborów 2015 roku PiS szło ze wspaniałym pakietem zmian dla rolników. Najbardziej skuszono mieszkańców wsi obietnicą ochrony ich ziemi przed obcokrajowcami. Ależ super, rolnicy ucieszyli się niebywale, a tu dostali obuchem w głowę, bo pojawiła się w kwietniu 2016 roku ustawa, która całkowicie zlikwidowała swobodny obrót ziemią rolną. Teraz w roku wyborczym 2019, gdy toczy się walka o stołki w parlamencie, ustawę tę znowelizowano, ułatwiając obrót ziemią. Ma być łatwiej, milej i przyjemniej. Zmieniono nieco restrykcyjne zasady dziedziczenia ziemi, ułatwiono postępowanie egzekucyjne i upadłościowe oraz wprowadzono pewne ułatwienia w sprzedaży gruntów. Aż trzech lat pisowski rząd potrzebował, by zrozumieć, że zaproponowane wcześniej  zmiany, są niewiele warte.

W ubiegłym roku PiS wziął się też za nauczycieli. Wydłużył im ścieżkę awansu zawodowego z 10 do 15 lat, dzięki czemu w 2019 roku oszczędności MEN miały wynieść 23 mln zł, w 2020 – 69 mln, a w 2024 już ponad miliard zł. Niestety, niedoceniający wspaniałej pracy pani minister, nauczyciele zastrajkowali i w tej sytuacji nastąpił powrót do poprzedniej procedury. Oczywiście, partia rządząca nazwała to swoim wielkim sukcesem, udała, że to nie oni przedłużyli ścieżkę awansu, licząc, że nikt już nie pamięta, jak chciała załatwić pedagogów.

Wciąż mam przed oczami Beatę Szydło, która w poprzedniej kampanii parlamentarnej, pokazywała nam tajemniczą teczkę, wypchaną gotowym pakietem ustaw. Obiecywała, że po zdobyciu władzy biegusiem wprowadzi je w życie i będzie super. Gwarantowała ich najwyższą  jakość, pełen profesjonalizm i oparcie się na wybitnych ekspertach. Miały być fantastyczne zmiany wszędzie, gdzie się da. Tymczasem popatrzmy, podałam raptem kilka  przykładów na to, jak PiS zmagało się z własnymi ustawami, przepychanymi w tempie błyskawicznym i często pod osłoną nocy. W praktyce okazały się one nieprzemyślane, niedopracowane, pełne błędów. Trudno więc dzisiaj uwierzyć, że ktokolwiek w tej partii jest rzeczywiście na tyle kompetentny, znający się na rzeczy, by warto było zainwestować swój szacunek i zaufanie właśnie w tę formację polityczną. Pamiętajmy o tym, gdy jesienią będziemy wrzucać swój głos do urn wyborczych.

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Kaczyński trzęsie portkami, a więc pozywa

15 Czer

Prezes PiS Jarosław Kaczyński pozywa Platformę Obywatelską i jej posłów za łączenie go z aferą dotyczącą spółki Srebrna. – Jarosław Kaczyński postanowił zakneblować nam usta w sprawie Srebrnej – komentuje pozew Krzysztof Brejza, a Marcin Kierwiński dodaje: – Panie prezesie Kaczyński, jest pan jednym z obywateli tego państwa i obowiązuje pana to samo prawo, co innych obywateli.

Jarosławowi Kaczyńskiemu nie spodobało się to, że posłowie opozycji dopytywali o jego powiązania ze spółką Srebrna i aferą dotyczącą budowy dwóch wież w Warszawie.

Pozew dotyczy zarówno Platformy Obywatelskiej, jak i poszczególnych posłów – Krzysztofa Brejzy, Cezarego Tomczyka i Marcina Kierwińskiego. Chodzi o ochronę dóbr osobistych.

– Jarosław Kaczyński postanowił zakneblować nam usta w sprawie Srebrnej – komentuje pozew Krzysztof Brejza. – Będziemy pytać o to imperium, o oligarchię, która uwłaszczyła się na majątku publicznym poprzez spółkę Srebrną. Będziemy pytać o ten biznes deweloperski, interes życia Jarosława Kaczyńskiego, o szczegóły negocjacji z biznesmenem austriackim, i będziemy pytać, co w biurze partii robił prezes banku – dodaje Krzysztof Brejza.

Kilka pytań opozycji

Posłowie opozycji sprawę pozwu Kaczyńskiego chcą wykorzystać, aby zmusić prezesa do stawienia się w sądzie i odpowiedzenia na pytania odnośnie do Srebrnej i działalności biznesowej prezesa PiS-u. Do tej pory prokurator Renata Śpiewak, która zajmuje się sprawą Geralda Birgfellnera, nie zdecydowała się na przesłuchanie prezesa PiS.

– Składamy wniosek o to, aby to pan stawił się przed sądem i skorzystamy z tego pozwu, żeby spojrzeć panu prosto w oczy i żeby zadać kilka pytań o spółkę Srebrna, reklamy państwowych firm uruchomionych w supertrybie do spółki Forum, będziemy pytać o inwestora, całą sprawę oszustwa – dodaje Krzysztof Brejza.

– Przypomina się przysłowie: pokaż mi swojego wroga, a powiem ci, kim jesteś. Dziś trzeba jasno powiedzieć, że całe państwo PiS zostało użyte po aferze spółki Srebrna, aby uderzyć w niezależnych dziennikarzy i posłów – mówi Cezary Tomczyk.

– Nie można pozwolić, żeby państwo prawa przerodziło się w państwo Prawa i Sprawiedliwości, bo to taka różnica, jak między krzesłem a krzesłem elektrycznym. My musimy dziś stać po stronie prawa i po stronie zasad i nie możemy pozwolić na to, aby sprawa spółki Srebrna została zamieciona pod dywan – dodaje Tomczyk.

„Po ujawnieniu rozrostu aparatu kadrowego w ministerstwach jest i odp. z KPRM. 2015 – 583 pracowników / 56 funkcji kierowniczych. 2019 – 714 pracowników / 80 funkcji kierowniczych. Rząd – wielki, większy, największy…” – napisał na Twitterze Krzysztof Brejza. Poseł PO udostępnił odpowiedź Kancelarii Premiera na jego pytanie o stan zatrudnienia na początku 2015 i 2019 roku.

Ten przerost zatrudnienia Kancelaria tłumaczy m.in. likwidacją Ministerstwa Skarbu, którego pracownicy przeszli do KPRM. A w związku z powstaniem Centrum Analiz Strategicznych i Narodowego Instytutu Wolności trzeba było zatrudnić nowych.

Klupa znaczy kupa.

„Jako prawnicy widzimy wszystkie błędy i niebezpieczeństwa tej ustawy. Jako obywatele nie możemy milczeć. Naszym obowiązkiem jest zaprotestować. Przyjęte rozwiązania pozostają w sprzeczności z przepisami Konstytucji RP i międzynarodowymi zobowiązaniami Polski. Zrywają z tysiącletnim dorobkiem europejskiej kultury prawnej, zbliżając nas do obcych kulturowo systemów i filozofii karania praktykowanych w niektórych państwach azjatyckich” – napisali w liście do Andrzeja Dudy profesorowie prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, macierzystej uczelni obecnego prezydenta. Pod listem podpisali się m.in. prof. Jan Widacki, prof. Andrzej Zoll, prof. Stanisław Waltoś prof. Andrzej Mączyński, prof. Piotr Kardas.

Sygnatariusze apelują, że Duda zawetował przegłosowaną w Sejmie i Senacie przez posłów PiS nowelizację Kodeksu karnego. – „W sytuacji, gdy ta zła ustawa została w sposób skandaliczny i bezrefleksyjny przyjęta przez parlament, tylko Pana weto może powstrzymać wejście jej w życie i wyrządzenie nieodwracalnych szkód społecznych, nieodwracalnych szkód poniesionych przez poszczególnych ludzi, szkód dla Polski” – napisali profesorowie.

Według profesorów, pisowska nowelizacja „cofa nas co najmniej o wiek”. – „Twórcy ustawy, poza kilkoma demagogicznymi, na ogół nieprawdziwymi hasłami, nie potrafili rzeczowo podać celu, jakiemu ta nowelizacja ma służyć ani co zmusza do jej wprowadzenia w tak wielkim pośpiechu. Jako prawnicy zdajemy sobie sprawę z wadliwości i społecznej szkodliwości wprowadzanych uregulowań, z kłamliwości jej publicznych uzasadnień. Tę ustawę uchwalano w niedopuszczalnym trybie, bez żadnej rzeczowej konsultacji, bez wysłuchania ekspertów, w warunkach paniki moralnej i silnych społecznych emocji” – stwierdzają sygnatariusze listu. Przypomnijmy, że Ziobro ujawnił swój projekt po emisji filmu braci Sekielskich, ale – jak zaznaczają prawnicy z UJ – nowelizacja Kodeksu karnego ma niewielki związek z karaniem księży pedofilów.

Prof. Jadwiga Staniszkis o Dudzie:

Więcej >>>

O Dudzie jako Dupie tutaj >>>

Stajemy się przyczółkiem amerykańskim w Europie, co dla Donalda Trumpa jest wielkim sukcesem, ale dla nas kompletną klapą.

Wizyta Andrzeja Dudy z rodzinką w USA jest tematem numer jeden w ostatnich dniach. Jedni chwalą, drudzy ganią. Jedni głoszą sukces, inni szukają drugiego dna i podśmiewają się pod nosem. Jednak nie spotkanie panów A.D. i D.T. dzisiaj mnie zajmuje, ale pewna sprawa, która dzięki nim jakoś mi się wbiła do głowy i wyjść z niej nie chce. To ostro przyspieszony proces militaryzacji.

Zbrojenia, których jestem świadkiem, bardzo mnie niepokoją. Każdy, kto dobrze zna historię, rozumie, że to nic nowego. Mechanizm jest niezwykle powtarzalny i prosty. Najpierw straszy się naród, przekonuje, że jest niedoceniany, inni chcą go wykorzystać i w każdej chwili grozi nam jakiś bliżej niesprecyzowany atak. Następny krok to właśnie ładowanie olbrzymiej kasy w modernizację armii, jakieś organizacyjne roszady w wojsku, szukanie pewnego sojusznika, który nas obroni, tworzenie nowych struktur „wojskowopodobnych”. Oczywiście, towarzyszy temu zjawisko narastających pretensji do całego świata, a właściwie konkretnych państw, a na sile przybiera też postawa roszczeniowa. Dodajmy do tego jakiś niewielki nawet kryzys gospodarczy i skupienie się na archaicznym patriotyzmie, który ma przekonać do wyższości narodu nad innymi. Jeśli nie znajdzie się jakaś mądra głowa, która skutecznie swoim autorytetem i siłą pokojowych argumentów, powstrzyma takie działania, to świetnie wiemy, czym one mogą się zakończyć. Nawet nie muszę o tym wspominać, prawda?

– „Oczywiście, zwykli ludzie nie chcą wojny, (…) ale w końcu to przywódcy kraju określają politykę i zawsze łatwo jest pociągnąć za sobą ludzi, niezależnie, czy jest to demokracja, faszystowska dyktatura, parlament czy dyktatura komunistyczna. (…) Mając głos czy go nie mając, ludzie zawsze mogą być podporządkowani przywódcom. To łatwe. Jedyne, co trzeba zrobić, to powtarzać ludziom w kółko, że są atakowani oraz potępić pacyfistów za brak patriotyzmu i narażanie kraju na niebezpieczeństwo. To działa w każdym kraju”. Jeśli się rozejrzymy po własnym podwórku, to trzeba przyznać, że te słowa brzmią bardzo znajomo. Jednak muszę was zaskoczyć. To nie prezes, to wypowiedź Hermanna Göringa podczas procesu w Norymberdze.

Ta nasza droga z czołgiem z przodu i karabinem pod pachą zaczęła się dość niewinnie i początkowo nikt nie przykładał do tego specjalnej wagi, tylko uśmiechał się pobłażliwie i pukał w czoło. Ot, prezes partii rządzącej bąknął kilka razy coś o wrogach i wydawałoby się, że koniec tematu. Jednak z czasem rozpoczęło się istne szaleństwo. Okazało się, że Polacy chętnie kupują podawany im na tacy strach przed Rosją, Niemcami i innymi „złymi”, którzy tylko czyhają gdzieś w ciemnych zakamarkach na odpowiedni moment, by nas zaatakować, zgnębić, podbić, zniszczyć. Poszli jak lep na muchy, nie zdając sobie nawet sprawy, że ten temat w retoryce PiS to nic innego, jak zwykła manipulacja. Partia rozkręciła się na całego, atakując nas z każdej możliwej strony newsami o wrogach, którzy czają się wszędzie, więc musimy biegiem się zmilitaryzować, poprawić stan polskiej armii i być gotowi na najgorsze. Lud coraz bardziej przestraszony, włos mu się jeży z przerażenia i ma narastającą obsesję na punkcie zagrożenia państwowości. Przestaje już łapać, że to jakaś wielka imaginacja rodem z krainy fantasy i z wielką wdzięcznością zapatrzony jest w prezesa, premiera, prezydenta i resztę, którzy nie dadzą nas przecież skrzywdzić, nie oddadzą Polski, obronią nas, zapewnią bezpieczeństwo.

Kiedy naród jest już odpowiednio ustawiony, naładowany patriotyzmem i poczuciem misji dziejowej, PiS wchodzi w kolejny etap, czyli właśnie w tę nieszczęsną militaryzację. Już w lutym 2018 roku było wiadomo, że Polska wydaje procentowo w stosunku do swojego PKB najwięcej na zbrojenia ze wszystkich krajów NATO w Europie. Tylko w tym roku państwo przeznaczy na obronność 44 mld 674 mln zł. Antoni Macierewicz ze swoją obsesją wziął się ostro do roboty w MON – rozwalił, co się dało, tu zawalił jakiś przetarg, tam się wycofał z już gotowej umowy, władował miliony w twór zwany WOT, wymyślił klasy wojskowe w każdym powiecie i rach-ciach, a nowa armia w nowej odsłonie, uzbrojona po zęby stała się wizytówką pisowskiej Polski. To znaczy miała się stać, bo chwilowo przypomina to jeden wielki miszmasz. Jego dzieło kontynuuje z wdziękiem, choć totalnym brakiem kompetencji, Mariusz Błaszczak i tak sobie idziemy w kierunku uzbrojenia po zęby. Na każdym kroku demonstrujemy siłę militarną, która wciąż jest kolosem na glinianych nogach, ale co tam. Ważne, że jeszcze trochę i będziemy zwarci i gotowi, by odeprzeć każdy atak, by poradzić sobie z każdym wrogiem.

PiS-owi udało się też zdobyć nie byle jakiego sojusznika. Faceta, któremu zupełnie nie przeszkadza pisowski populizm, łamanie zasad demokracji, dążenie do autorytaryzmu w najczystszej postaci. I to właśnie z nim Andrzej Duda świętuje teraz przyjaźń, podpisuje różne umowy. Stajemy się przyczółkiem amerykańskim w Europie, co dla Donalda Trumpa jest wielkim sukcesem, ale dla nas kompletną klapą.

Polska to niezła krowa dojna dla USA. Nie dość, że korzystamy już z dostaw amerykańskiego nierentownego gazu łupkowego, którego nikt na świecie nie chce kupować z uwagi na wysokie ceny wydobycia i transportu, zapewniamy dochody amerykańskim firmom wydobywczym w zamian za obietnicę, że Trump wspomoże naszą walkę z Nordstream 2, to teraz będziemy bulić jak za zboże za stacjonowanie większych sił amerykańskich w Polsce. Daliśmy się nieźle wkręcić, stając przeciwko jednolitej i solidarnej polityce UE. Wybraliśmy antyunijnego Trumpa i zapewne w którymś momencie solidnie za to zapłacimy. Ale czy to ważne dla pisowskiej władzy? Skąd… ważne, że będziemy mieć amerykańskich żołnierzy, jakieś tam rakiety, śmigłowce, działa i pewność, że im więcej kasy na nie wydamy, tym bardziej Trump będzie nas kochał.

Przyglądam się polityce PiS i nie wiem, do czego tak naprawdę ta militaryzacja ma nas zaprowadzić. Zrozumiałabym, gdyby te działania miały być zgodne z zasadą, że państwo musi pokazać swoją siłę, gdy chce rozmawiać o pokoju, ale w tym przypadku widzę tylko same zbrojenie się, a co z chęcią utrzymania porozumienia i pokojowego rozwiązywania problemów? Przez te już prawie 4 lata rządów PiS nie zauważyłam, by ta partia potrafiła, a nawet chciała rozmawiać z państwami, z którymi nie zawsze nam po drodze. Mało tego, czasami odnoszę wrażenie, że PiS jest coraz bardziej nastawiony na konfrontację.

Ktoś mi więc może wyjaśni, o co chodzi? Czy to tylko jakaś sztuka dla sztuki, pozorowanie potęgi, prymitywna fanfaronada czy najzwyklejsze lekceważenie polityki, której celem jest utrzymanie bezpieczeństwa światowego? Czym to się dla nas skończy?

Czy w 2014 r. mieliśmy do czynienia – jak stwierdził Bartłomiej Sienkiewicz – z „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”?

Taśmy Marka Falenty od początku ich ujawnienia, czyli od 2014 roku, miały co najmniej podwójny zapaszek i wpisują się w epikę PiS, której oblicze raczej znamy, ale treść szczegółowa jest na razie ukryta, choć się coraz bardziej ujawnia.

Więcej >>>

Kaczyńskiego zgnilizna moralna

2 Kwi

Austriacki biznesmen Gerald Birgfellner po raz pierwszy publicznie zabrał głos w sprawie afery Srebrnej. „Gazecie Wyborczej” ujawnił szczegóły współpracy z prezesem PiS, którego oskarża o oszustwo przy projekcie budowy bliźniaczych wież na działce spółki Srebrna w centrum stolicy.

 „Kaczyński zabiegał o to, by nikt mnie nie znał. Nawet premier. Żałuję, że mu zaufałem” – powiedział biznesmen. – „Wiedział, że jego ludzie nie są w stanie podołać takiemu zadaniu. Mówił mi, że to jego wielka idea. Że próbował ruszyć tę inwestycję od 15 lat, ale nikt nie był w stanie jej zrealizować. Jego ludzie tylko o tym gadali”. Dlatego o projekcie wielokrotnie rozmawiał z nim sam na sam. – „Raporty zawsze składałem bezpośrednio Kaczyńskiemu, nie ludziom ze Srebrnej” – ujawnił. „Czasami musiałem czekać w kuchni, by ludzie w poczekalni mnie nie widzieli” – dodał, relacjonując szczegóły współpracy z Kaczyńskim.

To nie wszystko. Austriak twierdzi, że prezes PiS w 2017 r. powiedział mu, że musi przeprowadzić się do Polski, by w pełni skoncentrować się na projekcie. – „Przeprowadziłem się w grudniu. Ufałem Kaczyńskiemu, i to nie tylko dlatego, że był członkiem rodziny. To najważniejsza dziś postać w Polsce. Jeśli nie można było ufać jemu, to komu można?” – pyta retorycznie. Prezesa PiS poznał w 2011 r. w Boże Narodzenie, u Jana Marii Tomaszewskiego, kuzyna Kaczyńskiego, podczas rodzinnego obiadu w Warszawie. Tomaszewski jest ojcem żony austriackiego biznesmena. Birgfellner z początku nie miał pojęcia kim jest Kaczyński, bo przedstawiono mu go jako wujka. Miał wrażenie, że „Kaczyński to poważny człowiek. Biła od niego charyzma, był uprzejmy i bezpośredni. Na pewno nie wydawał się kimś, kto może później zachować się tak, jak się zachował”. Biznesmen jest przekonany, że Kaczyński oszukał go, bo jest cudzoziemcem.

Wzmianka o inwestycji po raz pierwszy pojawiła się w 2016 r. Kaczyński wiedział, że Austriak obraca się w branży nieruchomości. – Mówił, że sprawa ma długą historię, a on bardzo chciałby ją zrealizować, ale musi jeszcze coś posprawdzać i poukładać sobie w głowie. Wtajemniczył mnie w 2017 r. Wtedy po raz pierwszy spotkaliśmy się na Nowogrodzkiej. Dowiedziałem się, że chodzi o wieżowiec – relacjonuje Austriak. Powiedział prezesowi PiS, że „na słowo nie możemy się umawiać”. Dlatego otrzymał od zarządu Srebrnej pełnomocnictwo, ale cały projekt miał przebiegać „w absolutnej tajemnicy”. Jak mówił mu Kaczyński, rozmawiał z Mateuszem Morawieckim o wieżowcu i usłyszał od niego, iż obawia się naszego projektu, bo może to kosztować PiS utratę głosów – dodaje. Dlatego na prośbę prezesa PiS zgodził się „przynieść pieniądze do zapłaty za podpis, bez którego projekt nie ruszy”.

Birgfellner twierdzi, że Kaczyński mógł go oszukać, by na biurku mieć najlepsze z możliwych projekty umów z deweloperami i najlepszych wykonawców. Dlaczego? Otóż „Umowa ze Strabagiem została uzgodniona w każdym szczególe, gotowa do podpisania. Tak samo z Gleeds. Był przygotowany przetarg dla architektów – wymienia biznesmen. Wszystko było gotowe w maju 2018 r., włącznie z umową o kredyt. I wówczas, w ostatniej chwili Jarosław Kaczyński wycofał się ze współpracy z austriackim biznesmenem. – „Wystarczyło podpisać dokumenty, ale Kaczyński powiedział mi „dziękuję” i że chciałby mi zapłacić, ale nie może. I kazał iść do sądu, w którym miał potwierdzić, że wszystkie te prace wykonaliśmy dla Srebrnej” – mówi „GW” Gerald Birgfellner. W odpowiedzi na to Austriak złożył zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, tj. braku zapłaty za zlecenie związane z przygotowaniami do budowy wieżowców.

>>> (stan gry)

Pierwszy raz od wybuchu afery z inwestycją spółki Srebrna w Warszawie głos w tej sprawie zabrał autor zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego – austriacki biznesmen Gerald Birgfellner. O kulisach przygotowań do budowy monumentalnego wieżowca, zwodzenia go przez faktycznego szefa Srebrnej czy niezwykle nieprzyjemnym zakończeniu współpracy bez uzyskania od zleceniodawcy ani złotówki mówił w rozmowie z dziennikarzami “Gazety Wyborczej”.

Myślę, że właśnie dlatego mnie oszukał, bo jestem cudzoziemcem. Wiedział, że pracuję w branży nieruchomości od długiego czasu, dowiedział się od rodziny o moich osiągnięciach w Austrii. Wiedział, że jego ludzie nie są w stanie podołać takiemu zadaniu jak budowa wieżowca przy Srebrnej. Mówił mi, że to jego wielka idea, że próbował ruszyć tę inwestycję od 15 lat, ale nikt nie był w stanie jej zrealizować. Jego ludzie tylko o tym gadali. Może wykorzystał mnie i moją wiedzę tylko po to, by mieć na biurku najlepsze z możliwych projektów umów z deweloperami, żeby mieć najlepszych wykonawców. Umowa ze Strabagiem została uzgodniona w każdym szczególe, gotowa do podpisania. Tak samo z Gleeds. Był przygotowany przetarg dla architektów, którzy mieli zaprojektować budynek, współpracując z prof. Neumannem, twórcą koncepcji wieżowca. Wszystko było gotowe w maju 2018 rok. łącznie z umową o kredycie. Wystarczyło podpisać dokumenty. Ale potem Kaczyński powiedział mi “dziękuję” i że chciałby mi zapłacić, ale nie może. I kazał iść do sądu, w którym miał potwierdzić, że wszystkie te prace wykonaliśmy dla Srebrnej – pada pierwszy i w zasadzie najpoważniejszy zarzut z ust austriackiego biznesmena.

Poniekąd jest w nim cała istota oszustwa, którego podczas 50 godzin przesłuchań w warszawskiej Prokuraturze Okręgowej nie może dopatrzeć się prokurator Śpiewak. Półtora roku ciężkiej pracy na poziomie nieznanym środowisku skupionym wokół “dobrej zmiany”, popchnięcie sprawy przygotowań do inwestycji niemal do samego finału, przejęcie od Birgfellnera kartonów z przygotowanymi dokumentami, a następnie zrobienie z niego oszusta i zakwestionowanie wszystkich jego roszczeń. Koszmarny obrazek dla każdego zagranicznego inwestora, który kiedykolwiek myślał o wchodzeniu we współpracę z pisowską władzą. Zresztą aspekt bycia obcokrajowcem i współpracy w ramach swoich zleceń właśnie z zagranicznymi kancelariami i firmami doradczymi stał się nawet przedmiotem żenującego “przesłuchania”, jakiego dopuściły się osoby skupione wokół Srebrnej, gdy już zapadła decyzja o odprawieniu Birgfellnera z kwitkiem.

Kaczyński kazał mi przynieść faktury, przekazałem mu je. Powiedział, bym przyszedł na Nowogrodzką następnego dnia o 10 rano. Spodziewałem się, że porozmawiamy o płatnościach. Na miejscu okazało się, że w jego gabinecie siedzi piętnaście osób, ale Kaczyńskiego nie ma. A przecież przez rok o projekcie rozmawialiśmy praktycznie raz w tygodniu. I nagle zaczęło się coś, co wyglądało jak rozprawa przed jakimś trybunałem. Tak to nazywam. Ludzie Srebrnej – pani Goss, pani Kujda, pan Cieślikowski, Grzegorz Tomaszewski, pani Basia – siedzieli w dwóch rzędach, ja naprzeciw nich. Ich prawnik Michał Zuchmantowicz zaczął mnie przesłuchiwać. (…) Od ludzi Srebrnej biła nienawiść. Pytano, kto mi doradził, by zrobić to czy tamto, by skorzystać z takiej oferty, z takiego prawnika. Odpowiedziałem, że pan Kaczyński. Padło absurdalne pytanie o to, jak zamierzałem dostać wuzetkę. Albo dlaczego zleciłem prace architektowi z Austrii. Bo oni mają architekta, który pracowałby za 3 tys. zł. Ewidentnie nie mieli pojęcia, co to znaczy budować wieżowiec. Nagle dowiedziałem się też, że Nuneaton nie należy do Srebrnej, tylko do mnie . To absurdalne kłamstwo. Nieustannie mnie atakowali. Miałem wrażenie, że nie mają pojęcia o tym, co robiłem i co udało mi się załatwić. Dla nich byłem kłamcą, oszustem, austriackim złodziejem. To, że jestem obcokrajowcem jeszcze ich nakręcało. To było niewiarygodne. Nie przeżyłem czegoś takiego do tej pory. Gdybym wiedział, że odbędzie się nade mną sąd, wziąłbym prawników i partnerów. Byłem w głębokim szoku, moi partnerzy też. Pytali, dlaczego do tego doszło. Odpowiedziałem, że nie wiem. Zaraz po spotkaniu Srebrna wymówiła mi pełnomocnictwo, a ja od razu zrezygnowałem z zasiadania w zarządzie Nuneatonu – mówił dziennikarzom GW roztrzęsiony biznesmen.

Co ciekawe, Birgfellner wspomina o nowym politycznym wątku tej sprawy i możliwym udziale premiera Morawieckiego w ostatecznym podjęciu decyzji o zaprzestaniu inwestycji. Jego zdaniem to właśnie obecny szef rządu, który jak opisywały niedawno media, zyskuje coraz większe zaufanie prezesa PiS, miał również odwodzić Kaczyńskiego od sfinalizowania umowy z Birgfellnerem. Premier miał się bać reakcji polskich wyborców, obawiał się o stratę głosów. Może przekonał Kaczyńskiego, by mnie odsunął, a pracę nad zapięta przeze mnie na ostatni guzik inwestycją powierzył komuś innemu? Jakiemuś polskiemu deweloperowi? – pyta retorycznie Austriak.

Sprawa niewątpliwie będzie jeszcze wracać przez wiele miesięcy, choć jak przyznaje w rozmowie z dziennikarzami “GW” biznesmen, nie ma już nadziei, że śledztwo przed polskim prokuratorem będącym częścią systemu, nad którym Jarosław Kaczyński sprawuje pieczę, posunie się do przodu choćby o krok przed wyborami parlamentarnymi. Poddawać się jednak nie zamierza i z obszernej rozmowy wprost wynika, że nie chodzi mu jedynie o pieniądze, ale o jego zszarganą reputację oraz o elementarne prawo i sprawiedliwość. Ich brak w naszym rodzimym kraju nad Wisłą należy wytykać z bezwzględną stanowczością.

Cały wywiad tutaj

…i kto wie czy nie ma racji. Różnica zdań w resorcie finansów, opór obecnej jego szefowej wobec populistycznych pomysłów PiS, zmusza trzeźwo myślących do zastanowienia. Wygląda tak jakby wicepremier też tracił dotychczasową pewność…

„Tzw. piątka Kaczyńskiego jest – co sam prezes podkreśla – trudna do wykonania, ale możliwa do pogodzenia z rygorami budżetowymi” – oświadczył ostrożnie w rozmowie z „Dziennikiem Gazeta Prawna” Jarosław Gowin.

Biada jednak opozycji, gdyby przejęła władzę, bo wtedy … „Jak rząd próbuje rozdać więcej niż stać na to budżet, to po krótkiej fieście funduje obywatelom biedę. Taki scenariusz grozi Polsce, gdyby jesienią władzę przejęła opozycja” – dodaje.

Wypowiedź Gowina razi jeszcze większą niekonsekwencją, gdy bardziej się w nią wsłuchać. Wicepremier straszy, że budżet zrujnują obietnice… opozycji. O których myśli, tego nie precyzuje. Mówi natomiast:

„Realizacja tych zapowiedzi pchnęłaby nas na ścieżkę rumuńską. Rząd Rumunii zaczął obiecująco, bo od zdecydowanego obniżenia podatków. Efektem był 7-procentowy wzrost gospodarczy. Równocześnie jednak o kilkadziesiąt procent podniesiono emerytury, świadczenia socjalne i zarobki w sferze budżetowej. Konsekwencją okazała się inflacja, gwałtowny wzrost importu, ogromny deficyt budżetowy, radykalny spadek konkurencyjności rumuńskich firm i w efekcie stagnacja gospodarcza, z której Rumunia będzie wychodzić długimi latami” – mówi Jarosław Gowin.

Jednocześnie zapewnia, że „w tym i następnym roku realizacja programu (PiS – red.) jest niezagrożona.” Jak będzie dalej tego już nie precyzuje. „Ale – wbrew temu co twierdzi opozycja – nie ma już pola na dalsze programy socjalne” – podkreśla. „Można by je realizować tylko drogą podnoszenia podatków. Czyli jedną ręką dając, a drugą odbierając” – dodaje wicepremier Gowin jakby nie dostrzegając mechanizmów, które rządzą obecną populistyczną polityką rządzących.

Jak wiemy wprowadzenie nowych rozwiązań prezes PiS Jarosław Kaczyński zapowiedział na lutowej konwencji wyborczej w Warszawie. W tzw. piątce Kaczyńskiego znalazły się: świadczenie wychowawcze z programu Rodzina 500 Plus na każde dziecko, „trzynasta emerytura” w wysokości najniżej emerytury z ZUS, zerowy PiT dla pracujących do 26 roku życia, obniżenie kosztów pracy oraz przywrócenie lokalnych połączeń autobusowych. Sadząc po wypowiedzi Gowina – właśnie doszedł do „ściany”.

W mediach aż huczy. Posłowie Platformy składają wniosek do marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego o rozszerzenie porządku najbliższego posiedzenia Sejmu o informację koordynatora ds. służb specjalnych Mariusza Kamińskiego na temat działań, jakie podejmowało CBA w sprawie „afery podkarpackiej”. A pan premier tkwi w błogiej niewiedzy…

Po prostu adresowany do niego raport byłego agenta CBA, Wojciecha J. który informował m.in. o tuszowaniu w CBA seks-skandalu z ważnym politykiem PiS… miał nigdy nie trafić do KPRM.

„To patologiczna sytuacja w służbach. Jeden z funkcjonariuszy CBA, posiadając, jak twierdzi, kompromitujące materiały dotyczące jednego z polityków PiS, zwrócił się do szefostwa CBA oraz do premiera. I ta sprawa, poprzez działania kierownictwa CBA, miała być „skręcona”. Funkcjonariusz był przekonywany, by zmieniać zeznania i treść notatek! To skandal” – powiedział Wirtualnej Polsce były wiceminister w rządzie PO Paweł Olszewski.

Z kolei Marcin Kierwiński, szef sztabu wyborczego PO zapewnił, że sprawy nie odpuści i tak mówi o agencie, który raportował o rzekomym tuszowaniu spraw przez CBA: „Były funkcjonariusz CBA Wojciech J. miał bardzo szerokie uprawnienia od szefa CBA. Był agentem ze specjalnymi licencjami, potrzebnymi do kontrolowania właściwie każdego w kraju, łącznie z byłymi szefami służb specjalnych. Wykrył poważną aferę. Zgłosił ją kierownictwu CBA. I co ono zrobiło? Zajęło się tym, by uciszyć tego agenta. Zatrudnionego przecież przez ekipę PiS. Przez wiele lat ten agent był dla szefostwa CBA wiarygodny! Przestał, gdy poinformował o aferze z udziałem polityka partii rządzącej” – podsumowuje Kierwiński.

Politycy opozycji mówią wprost: „polskie służby nie działają i stały się agencją ochronną polityków PiS”.

„Jeśli służba antykorupcyjna przestała zajmować się władzą, to znaczy, że przestała działać” – podsumowuje Kierwiński i w imieniu opozycji domaga się przeprowadzenia kontroli w CBA przez Centralne Biuro Śledcze Policji.

Waldemar Mystkowski pisze o seksaferze z Kuchcińskim w roli głównej.

Marek Kuchciński to swoisty fenomen. Mało kto wie, że jest marszałkiem Sejmu, czyli drugą osobą (głową) w państwie. Gdyby Andrzejowi Dudzie coś się stało, Kuchciński – znany niewielu Polakom – pełniłby obowiązki prezydenta RP.

Można powiedzieć, że Kuchciński powoduje kolokwialny śmiech na sali. Nie tylko z tego powodu, że jego znaczenie publiczne jest groteskowe, bo nie dał się ludziom poznać, oprócz takich okruchów incydentalnych, nic nieznaczących epizodów, gdy wykluczył z posiedzenia Sejmu Michała Szczerbę za zwrot „Panie marszałku kochany…”, oraz z taśmy wideo z jakiegoś spotkania z elektoratem pisowskim, na którym poczynił swoje wyznanie polityczne, iż „odszczurzyłby” Polskę z tych, którzy mu się nie podobają. Kuchcińskiego poznaliśmy więc ze strony braku osobowości, który to brak nie pozwala mu uczestniczyć w debatach, dyskusjach, a nawet w wywiadach.

Taka zmarginalizowana postać jak Kuchciński ma szansę zaistnieć tylko dzięki skandalowi. Czy będzie skandalem seksafera – w istocie źle rozpoznane semantycznie przypuszczenie – w której podejrzewa się, że Kuchciński dopuścił się aktu z nieletnią Ukrainką? Czy jest to prawdą? Czy Andrzej Rozenek, były poseł, a obecnie dziennikarz tygodnika „Nie” ma twarde dowody na to, że Kuchciński dopuścił się tego skandalicznego czynu?

Mniemana seksafera z Kuchcińskim waniajet już jakiś czas. Sam zainteresowany nie dementuje, nie wypowiada się. Za Kuchcińskiego wyraził się dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu (czujecie to nomenklaturowe nabzdyczenie, a to tylko rzecznik) Andrzej Grzegrzółka, informując, że „marszałek Sejmu będzie stanowczo bronił swojego dobrego imienia” i pozywał za teksty o skandalu obyczajowym. Słabe to bronienie „dobrego imienia” – wygląda na to, że zwłoka z dementowaniem seks-skandalu może służyć zamiataniu zdarzenia pod dywan, „rozmowom” z osobami – w tym z agentem CBA – dzięki którym wieść wyciekła. Rozważając rzecz na chłodno, stwierdzam, iż Kuchciński nie wytrzymuje ciśnienia sprawowanego urzędu.

Kaczyński i jego agent esbecki, zaś Morawiecki powinien zmienić nazwisko

8 Mar

Ujawnienie, że przez ostatnie trzy dekady w najbliższym otoczeniu prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego znajdował się tajny współpracownik służb PRL o pseudonimie “Ryszard” musiało być dla polityków tego ugrupowania olbrzymim szokiem. To, że były prezes spółki Srebrna, a za rządów Prawa i Sprawiedliwości etatowy szef Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, Kazimierz Kujda przez tyle lat zajmował się interesami finansowego zaplecza środowiska skupionego wokół braci Kaczyńskich sprowokowało pytania, czy i inne osoby z najbliższego otoczenia prezesa PiS mają w swoich życiorysach sekrety, których elektorat Zjednoczonej Prawicy mógłby nie zrozumieć i nie wybaczyć.

Drugim, po Kujdzie, ciosem w antykomunistyczny wizerunek lidera obozu rządzącego było ujawnienie przez posła PO Krzysztofa Brejzę kłopotliwej przeszłości słynnej “pani Basi”, czyli Barbary Skrzypek, sekretarki prezesa PiS i szefowej biura prezydialnego tej partii. Już wcześniej pojawiały się pytania, czy pani Basia również ma swoją “teczkę” w IPN, ale najwięcej o jej zawodowej przeszłości można dowiedzieć się z odpowiedzi Kancelarii Premiera na interpelację głównego śledczego opozycji.

Jedna z najbliższych dziś współpracownic prezesa Kaczyńskiego przez blisko 9 lat, także w czasie stanu wojennego, była bowiem ważną urzędniczką w otoczeniu komunistycznych dygnitarzy. Nie można więc mówić o epizodzie, tylko o w pełni świadomym pozostawaniu w najbliższym otoczeniu gen. Janiszewskiego, szefa Urzędu Rady Ministrów w latach 1985-89, a potem szefa Kancelarii Prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego. Co więcej, pani Skrzypek pracowała także w Kancelarii Tajnej, a więc miała dostęp do największych tajemnic poprzedniego systemu. Kto wie, czy nie dlatego jest dla Jarosława Kaczyńskiego tak cennym współpracownikiem i czy nie miało to także wpływu na późniejszy, niezwykle korzystny dla środowiska braci Kaczyńskich, rozwój sytuacji w kwestii uwłaszczenia się na majątku komunistycznym.

Dziś natomiast portal Onet pochwalił się owocami swoich poszukiwań osób związanych ze spółką Srebrna w czeluściach zbiorów Instytutu Pamięci Narodowej. Udało się odnaleźć dokumenty z nazwiskiem Grzegorza Tomaszewskiego, kuzyna braci Kaczyńskich, znanego z tzw. “taśm Kaczyńskiego” jako jednego z najważniejszych uczestników narad nad inwestycją K-Towers. Jak ustalili dziennikarze portalu, nie ma śladów, by był on tajnym współpracownikiem komunistycznych służb, jednak brał udział w tajnym projekcie dla “reżimowej” armii Ludowego Wojska Polskiego, co wiązało się z przyznaniem mu dostępu do tajnych prac na zamówienie komunistycznego państwa.

— Żadnych szczegółów nie podam. Ale mogę powiedzieć, że ośrodek dostał od wojska zlecenie na opracowanie linii do produkcji łusek do nabojów, bardzo wydajnej linii. Mieliśmy opracować dokumentację i przygotować prototyp — mówi Onetowi Tomaszewski. Do projektu został włączony jako jeden z konstruktorów zatrudnionych w Ośrodku Badawczo-Rozwojowym Obróbki Plastycznej Metali PLASOMET. Mimo, iż było to zaledwie trzy miesiące po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego, który uderzył m.in. w jego kuzyna Lecha Kaczyńskiego, Tomaszewski nie widział nic złego w realizowaniu projektu wojskowego dla gen. Jaruzelskiego. Co więcej, w dokumentach IPN jest informacja, że Tomaszewski posiadał paszport wielokrotny do wyjazdów na cały świat, wydany w 1976 r. Zdaniem Onetu, otrzymanie w latach 70. takiego paszportu niewątpliwie było dowodem dużego zaufania ze strony władzy.

Obraz najbliższego otoczenia prezesa Kaczyńskiego i osób odpowiedzialnych za funkcjonowanie zaplecza finansowego środowiska byłego Porozumienia Centrum zaczyna zatem być coraz bardziej zaciemniony i powinien poważnie zaniepokoić nawet twardy, antykomunistyczny elektorat tej partii. Ilość zbiegów okoliczności wokół początków pierwszej partii braci Kaczyńskich oraz budowania przez nich olbrzymiego majątku, mającego zabezpieczać interesy politycznego ugrupowania, którym przewodzili staje się zbyt duża, by mówić tu o przypadku.

W miesiąc po tym, gdy w 2006 r. Jarosław Kaczyński został premierem, do tajnej teczki Kazimierza Kujdy zaglądali i opracowali ją upoważnieni przez ABW archiwiści – wynika z ustaleń Gazeta.pl. Teczkę pozostawiono w „zetce”, choć wówczas nie było podstawy, by ją trzymać pod kluczem.

Po wybuchu lustracyjnej sprawy Kujdy, który w latach 1979-87 był TW „Ryszardem”, sam Jarosław Kaczyński zapewniał, że nic o jego agenturalnej przeszłości nie wiedział. – Nie wiedziałem. Dowiedziałem się dopiero, gdy sprawa wybuchła w mediach. Gdy powstawał zbiór zastrzeżony, nie byliśmy przy władzy. Zielonego pojęcia nie miałem o sprawie. Nie ukrywam, że ta informacja spadła na mnie jak grom z jasnego nieba – stwierdził w wywiadzie dla PAP.

Ale wątpiących nie brakuje. Paweł Kowal, który był wiceministrem spraw zagranicznych w rządzie Kaczyńskiego, wprost powiedział: – Oczywiście, że wiedział i moim zdaniem to jeden z największych problemów PiS-u.

Osoba z kręgu prezesa PiS: – Ale on naprawdę nie wiedział.

Inny: – Wcale nie był zaskoczony.T

Nie można wykluczyć, że Jarosław Kaczyński faktycznie żył bez świadomości, że Kujda to TW „Ryszard”. Ale w służbach specjalnych, które nadzorował jako premier, ta wiedza była. Prezes PiS na dowód swojej niewiedzy podkreślił: „gdy powstawał zbiór zastrzeżony [IPN], nie byliśmy przy władzy”. To prawda, bo wtedy rządziło SLD. Jednak w miesiąc po tym, gdy w 2006 r. Kaczyński został premierem, teczkę Kujdy przeglądano na zlecenie lub za wiedzą Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego – służby podlegającej premierowi.

Jarosław Kaczyński premierem

Teczki Kujdy włączono do „zetki” na podstawie decyzji wiceszefa ABW nr 00130 z 11 grudnia 2002 r. – była to decyzja nominata rządzącego wówczas SLD, płk. Pawła Pruszyńskiego. Prezes IPN prof. Leon Kieres zatwierdził tę decyzję po niemal roku. Mikrofilm z dokumentami dotyczącymi Kujdy zastrzeżono z kolei w lipcu 2004 r. – też na wniosek ABW.

SLD dogorywało, aż w 2005 r. władzę w Polsce przejęło Prawo i Sprawiedliwość. Kazimierz Kujda zostaje 2 stycznia 2006 r. pełniącym obowiązki prezesa NFOŚiGW, a potem już prezesem pełną gębą.

Po wygaśnięciu kadencji Kieresa w IPN jego miejsce zajął prof. Janusz Kurtyka (od 29 grudnia 2005 r.). Zapał do publikowania dokumentów odziedziczonych po SB dokumentów się zwiększył. Po rządach Kazimierza Marcinkiewicza, którego prezes PiS uznaje za swój może i największy błąd personalny, tekę szefa rządu przejął osobiście Jarosław Kaczyński. Premierem był od 14 lipca 2006 do 16 listopada 2007 r.

Lustracja w Sejmie

Już wówczas w Sejmie był procedowany projekt ustawy lustracyjnej – była to nowela ustawy o IPN. Dziwnym trafem nie wymieniała ona wprost prezesa NFOŚiGW (to stanowisko Kazimierza Kujdy) jako zobowiązanego do złożenia oświadczenia lustracyjnego, choć inne instytucje centralne do projektu wpisano. Projekt tej ustawy co prawda wpłynął do Sejmu już 18 listopada 2005 r., ale na serio w Sejmie zaczęto nad nią prace w lipcu 2006 r. Prace w komisjach: 17 lipca. Sejm przyjął ją po raz pierwszy 24 lipca 2006 r., a Senat w sierpniu. Ostatecznie posłowie uporali się z poprawkami Senatu 18 października 2006 r. i trafiła do podpisu prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a ten złożył autograf.

Gdy w Sejmie wzbierała burza wokół ustawy lustracyjnej, to teczka Kujdy leżała w „zetce” – zbiorze zastrzeżonym IPN. Ale wcale się nie kurzyła. Na dokumentach z teczki znajdują się dopiski z roku 2006.

W spisie dokumentów znajdujących się w teczce na samym dole dopisano: „Sprawdzono. 17.08.2006 r. B.” [pełnych nazwisk pracowników nie podajemy – red.]. Podobnie w przeglądzie akt odnotowano zmianę numeracji stron – też z tą datą. Na tej samej karcie również dopisano „Sprawdzono”. Na kopercie, w której pierwotnie znajdowało się własnoręcznie napisane zobowiązanie Kujdy do współpracy z SB, dopisano: „PUSTA KOPERTA. 17.08. 2006 r.” i dwa autografy osób sprawdzających teczkę. Jest też na innej stronie sprostowanie, że notatka liczy dwie, a nie trzy karty. Podobnych drobnych dopisków – nie licząc nowych numerów stron – jest dziewięć z datami 17 albo 18 sierpnia 2006 r.

Gdy przeglądano teczkę Kujdy szefem ABW był gen. Witold Marczuk – jeden z zaufanych ludzi braci Kaczyńskich. Ale na tym stanowisku zaszła zmiana: od 19 października 2006 r. Marczuka zastąpił Bogdan Święczkowski, jeden z najbliższych współpracowników Zbigniewa Ziobry.

Podsumujmy:

– Jarosław Kaczyński zostaje premierem.

– Kazimierz Kujda jest szefem NFOŚiGW.

– Szefami ABW, podlegającej Kaczyńskiemu, są zaufani ludzie Kaczyńskich i Ziobry.

– Utajniona w „zetce” teczka Kujdy jest przeglądana i opracowana przez archiwistów na zlecenie lub za wiedzą ABW.

– Zgodnie z ustawą nie ma żadnego uzasadnienia, by teczka pozostawała tajna.

– ABW nie odtajnia teczki Kujdy.

„W ABW nie uznali teczki za zasługującą na ujawnienie”

Osoba znająca praktykę w IPN i kontakty ze służbami: – Te dwie osoby, które podpisywały się w 2006 r. na aktach Kujdy, to najpewniej archiwiści IPN ze specjalnej grupy mającej ze strony służb [ABW] prawo dostępu do materiałów w zbiorze zastrzeżonym. Na początku 2006 r., gdy w IPN pojawił się Janusz Kurtyka, zaczął odkręcać błędy przy tworzeniu „zetki” i zainicjował odchudzanie.

Jak podkreśla nasz rozmówca, sprzyjała temu postawa nowego kierownictwa służb. – Archiwiści zaczęli przygotowywać dla funkcjonariuszy służb kolejne teczki, by dokonali w nich przeglądu i zakwalifikowali je do ewentualnego ujawnienia – mówi. I dodaje: – Jednak teczki Kujdy – i tu pojawia się oczywiste pytanie: dlaczego? – ludzie z ABW nie uznali za zasługującą na ujawnienie.

Zaznacza też: – Nie mam wątpliwości, że jeżeli Kaczyński chciałby sprawdzić w 2006 r. jako premier przeszłość kogokolwiek, to – podobnie jak poprzednicy i następcy – mógł to bez problemu zrobić pytając szefów służb, a jeśli nie miałby do nich zaufania, to dodatkowo także przez prezesa IPN. Janusz Kurtyka był w latach 2006-07 częstym gościem w gabinecie premiera. Osobiście nie wierzę, że Kaczyński tego nie zrobił.

Jak informuje nas IPN, materiały dot. Kujdy zostały wyjęte z „zetki” dopiero 13 czerwca 2016 r. Ich zawartość stała się publiczna miesiąc temu.

Dlaczego tyle lat teczka Kujdy była tajna? Osoba dobrze zorientowana w tym temacie nie ma wątpliwości: – Jak coś się ujawnia, to przestaje się już mieć haka. Kaczyński naprawdę nie wiedział o agenturalności Kujdy, ale nie była to wiedza tajemna w środowisku służb.

W obozie władzy musi być naprawdę nerwowo, skoro premier Morawiecki zdecydował się udzielić wywiadu w znienawidzonym przez władzę i jej elektorat TVN24. Szef rządu potrafi pięknie dobierać słowa do bardzo łatwo weryfikowalnych kłamstw oraz bez zmrużenia okiem odwracać kota ogonem w każdej niewygodnej dla PiS sprawie. Jego wystąpienie niczym zatem nie zaskoczyło – dowiedzieliśmy się, że afera wokół Srebrnej tylko wzmocniła wizerunek Jarosława Kaczyńskiego jako polityka kryształowego, pieniądze publiczne rosną na drzewach, ceny prądu wcale nie wzrosną (choć każdy niemal dostał już wyższy rachunek), a zarobki najbliższych blond-współpracownic prezesa Glapińskiego w NBP to zjawisko całkowicie normalne, bo tak się zarabia w banku centralnym. Zwłaszcza ta ostatnia manipulacja jest bardzo ryzykowna, bo już w ciągu najbliższych dwóch tygodni samo NBP zobowiązane jest opublikować dane, które ją obnażą. Czyżby premier nie był tego świadomy?

Mateusz Morawiecki pytany o to, czy zszokowały go horrendalne zarobki Martyny Wojciechowskiej, dyrektor Departamentu Komunikacji i Promocji stwierdził, że niekoniecznie. “Bo wiem, że podobne zarobki występowały w czasach Marka Belki (poprzedniego szefa NBP – red.). Szkoda, że wtedy różne ośrodki medialne nie interesowały się tą sprawą” – mówił w rozmowie z Anitą Werner. O kwestii najbardziej bulwersującej, tj. fakcie, że zarobki na poziomie 50 tys. zł w NBP i ok. 10-12 tys. dzięki nominacji w pokrewnych instytucjach otrzymują kobiety o wątpliwych i utajnionych kompetencjach, kierujące departamentami niemerytorycznymi, premier wspomniał jedynie mimochodem. Przyznał, że może faktycznie kierujący pracami technicznych i finansowych departamentów powinni zarabiać “kilka tysięcy więcej”, ale ogólnie ta dysproporcja nie jest dla niego problemem. Premier przekonuje bowiem, że wynagrodzenia w NBP należy równać do wynagrodzeń w sektorze bankowym, a te są zbliżone.

– Rozumiem, że ta wysokość zaskakuje, porównuję ją do porównywalnych wynagrodzeń w departamentach dużych instytucji finansowych. Pan prezes Glapiński, z grubsza rzecz ujmując, odziedziczył tę siatkę płac po prezesie poprzednim i zarządza tą instytucją. Dodatkowo chcę podkreślić, że jest to instytucja zupełnie niezależna od rządu polskiego – dodał premier.

Istotą manipulacji w tej wypowiedzi jest fakt, że olbrzymie średnie wynagrodzenie słynnych “aniołków” wcale nie wynika z siatki wynagrodzeń, zwłaszcza tych z formalnego zaszeregowania. Panie Wojciechowska i Sukiennik zarabiają średnio o 10-20 tys. miesięcznie więcej niż jej koledzy dlatego, że mogą liczyć na zdecydowanie największe uznaniowe nagrody i premie. Z NBP nie sposób jednak wydobyć informację, jak na te nagrody zapracowały, jakie efekty ich pracy za nimi przemawiały, a jeśli powierzono im zadania dodatkowe, to jakie i jak zostały wykonane. Szef polskiego rządu, zwracając uwagę na “siatkę wynagrodzeń”, próbuje przesłonić najbardziej bulwersujący aspekt afery z wynagrodzeniami w NBP.

O tym, że słowa Morawieckiego zostaną bezlitośnie zweryfikowane już wkrótce, może świadczyć nawet wypowiedź kadrowej NBP, która uczestniczyła w pamiętnej konferencji prasowej, gdy po wybuchu afery powiedziano wiele, by w zasadzie nie rozwiać żadnych wątpliwości. Ewa Raczko, zastępca Departamentu Kadr w banku centralnym dementując 11 lutego medialne doniesienia o olbrzymich pensjach mówiła, że wynagrodzenie miesięczne na poziomie 60 tys. miesięcznie przekroczył tylko jeden dyrektor w NBP i było to za prezesury Marka Belki. I choć pani Raczko ukryła niewygodną dla prezesa NBP prawdę o tym, czym wspomniany dyrektor się zajmował i jaką wagę dla zadań banku centralnego miała praca jego departamentu, to opinia publiczna już wkrótce pozna całą prawdę w tej kwestii. Wszystko za sprawą ustawy dot. jawności wynagrodzeń w NBP.

Można odnieść wrażenie, że wszyscy politycy obozu władzy, którzy dziś wciąż robią dobrą minę do złej gry i bronią sprawy wynagrodzeń pani Wojciechowskiej i pani Sukiennik, kompletnie zapomnieli o tym, że opublikowana 22 lutego 2019 roku ustawa zobowiązała NBP do opublikowania pełnej siatki wynagrodzeń w NBP także za lata 1995-2018 i to w ciągu 30 dni od wejścia ustawy w życie. Wówczas polityka kadrowa prezesa Glapińskiego na tle poprzedników stanie się jeszcze większym obciążeniem dla obozu Prawa i Sprawiedliwości, a broniący go dziś będą musieli ze wstydu zapaść się pod ziemię. Co gorsza dla partii rządzącej, sprawa zamiast umrzeć medialną śmiercią naturalną powróci ze zdwojoną siłą, obciążona także niedorzecznymi słowami premiera. Umiejętność zarządzania kryzysem gdzieś Zjednoczonej Prawicy uciekła, co jednak wcale nie powinno nas martwić.

Kaczyński nie płaci za wykonaną robotę, pogrąża się w szambie Srebrnej

8 Mar

Uczciwość prezesa Kaczyńskiego ponownie stanęła pod wielkim znakiem zapytania. Okazuje się, że nie tylko Birgfellner ma problemy z odzyskaniem swoich pieniędzy. Mecenas Irena Sobczak, córka znajomej prezesa, która pracowała przy projekcie drapacza chmur spółki Srebrna, do dzisiaj nie zobaczyła ani złotówki za wykonane zlecenie.

To jej kancelaria została zarekomendowana właśnie przez Kaczyńskiego, by opracować całą potrzebną dokumentację. Po opublikowaniu nagrań rozmów austriackiego architekta z prezesem PiS, Birgfellner przekazał prokuraturze e-maila, w którym prawniczka napisała „Szanowny Panie Birgfellner, z powodu ekstraordynaryjnej sytuacji przesyłam panu w załączeniu korektę faktury, ostatecznie wystawię fakturę na spółkę Srebrna za analizę prawną podziału nieruchomości. Poza tym muszę przyznać, że taśmy mnie zaskoczyły”.

Już pół roku temu Kaczyński obiecywał, że „3 tys. to nie jest żadna sprawa, to będzie załatwione. Zapłacimy”. Kiedy pani mecenas przeczytała fragment nagranej rozmowy, dotyczący właśnie jej należności, postanowiła się o nią upomnieć, jednak, jak poinformowała w środę dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, „do dnia dzisiejszego faktura nie została opłacona przez odbiorcę faktury”. Wyborcza podaje, że faktura trafiła w ręce Małgorzaty Kujdy, prezes Srebrnej i, że pani Kujda odmówiła uregulowania tej kwoty.

Proszona o rozmowę Irena Sobczak odpowiedziała, że „mając na względzie fakt, że sprawa rozliczeń z klientami objęta jest tajemnicą adwokacką, nie jestem upoważniona do udzielenia odpowiedzi w tej kwestii”. Milczy również spółka Srebrna, choć według niektórych z kręgu firmy, sprawa została załatwiona.

Ciekawa jestem, jak dalej rozwinie się sprawa.  Jak długo politycy PiS będą uważać, że to sztucznie rozdmuchany problem, a prokuratura będzie bronić się rękami i nogami przed przesłuchaniem Jarosława Kaczyńskiego, wciąż nie dostrzegając podstaw ku temu. No cóż, jaka władza, takie i państwo prawa.

Waldemar Mystkowski pisze o „korzyściach” z afery Kaczyńskiego.

Prezes PiS do perfekcji opanował strategię posiadania pełni władzy, a zarazem nie chce być odpowiedzialnym za jej sprawowanie.

Odpowiedzialność prawna bowiem spada na jego marionetki, które kiedyś – gdy władza wypadnie mu z rąk, jak Ceaușescu bądź Janukowyczowi – staną przed niezależnym wymiarem sprawiedliwości i odpowiedzą za bezprawie. Kaczyński swoją odpowiedzialność rozpisuje na Andrzeja Dudę, Beatę Szydło i Mateusza Morawieckiego, którzy w niepohamowanej własnej żądzy władzy stali się zakładnikami prezesa PiS.

Afera ze spółką Srebrna pokazuje – niczym w podręczniku politycznej korupcji –  w jaki sposób splatają się wątki narracji dyktatury i zarządzania marionetkami delegowanymi przez prezesa PiS. Winniśmy całować po rękach Geralda Birgfellnera, że zdecydował się ujawnić taśmy z transakcji biznesowych przeprowadzanych z Jarosławem Kaczyńskim. Niemniej bardzo ważną postacią w demitologizacji prezesa PiS jest Roman Giertych, zaś dziennikarze „Wyborczej”, opisujący kolejne rozdziały afery K-Towers, zasługują na najwyższe nagrody dziennikarskie i to międzynarodowe – jakiegoś globalnego Pulitzera.

Kaczyński na poziomie państwa odpowiedzialnymi za swoje bezprawie czyni prezydenta i premierów (na razie jest dwoje). Oni kiedyś odpowiedzą za niszczenie Polski i to na wszelkich poziomach: prawnym, moralnym, finansowym.

We władzach spółki Srebrna, którą zarządza Jarosław Kaczyński, są osoby bez znaczenia, które nadstawiają kark za prezesa, jak sławny już Kujda i „pani Basia”, osoby, które nie wiedzą, za co odpowiadają, za co jednak są wynagrodzeni sowitymi synekurami państwowymi. Birgfellner, rozmawiając z Kaczyńskim, był zdziwiony, że nie rozmawia z zarządem Srebrnej, Kaczyński miał na to odpowiedź: „Ci ludzie kręcą własne lody”.

A zatem mamy do czynienia z ludźmi-słupami, którzy nie są świadomi odpowiedzialności. Tak też wyglądać miał model biznesowy K-Towers (wieżowców na cześć braci Kaczyńskich). Odpowiedzialność prawną i finansową brały na siebie dwie spółki-krzaki Nuneaton (komandytowa i z o.o.), zaś Srebrna pełnię zysków. Gdyby biznes z wieżowcami nie wypalił, odpowiedzialne byłyby spółki-krzaki, a Srebrna nie straciłaby na tym ani grosza.

Kaczyński zarządzą Srebrną za pomocą ludzi-słupów i tak zarządza państwem – za pomocą słupów, w które ochoczo zgodzili się wcielić Duda, wcześniej Szydło, a dzisiaj Mateusz Morawiecki. Aby w przyszłości osądzić bezprawie i dążenie Kaczyńskiego do dyktatury, nie wystarczy powołanie jakiejś komisji śledczej ani postawienia go przed sądem. Najpierw do spółki Srebrna winni wejść śledczy i to ci o najwyższych kompetencjach i profesjonalizmie. Ten akt „pożegnania dyktatury” winien odbywać się przy podniesionej kurtynie, jednocześnie dobrze byłoby, gdyby osądzane były polityczne słupy prezesa – jako to podsądnymi winni być Duda, Szydło i Morawiecki – z jednym zarzutem: legitymizowanie bezprawia.

Musimy zdawać sobie sprawę, że Kaczyński, jego słupy i kadry partyjne nie oddadzą władzy, tylko dlatego, że przegrają wybory. Czeka nas męka przez dyktaturę – ku demokracji.

Kaczyński rozsypuje się w proch. Tyle po nim zostanie – zgnilizna

7 Mar

W tym samym czasie, gdy rząd Prawa i Sprawiedliwości wszem i wobec ogłaszał program “zero tolerancji” dla kombinowania przy podatkach, prezes Jarosław Kaczyński, faktycznie zarządzający spółką Srebrna, polecił taki właśnie schemat stworzyć i zastosować w inwestycji K-Towers, które miały stanąć przy ul. Srebrnej 16 w Warszawie. Dzisiejsza publikacja “Gazety Wyborczej”, ujawniająca poufną umowę z renomowaną kancelarią Baker McKenzie i zeznania Geralda Bigrfellnera w tej kwestii, pokazuje nowy wątek przedsięwzięcia, którego upublicznienie miało być “politycznie nie do obrony”. 

W 2016 roku Unia Europejska przyjęła dyrektywę wprowadzającą zalecenia Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) w sprawie obligatoryjnego raportowania schematów podatkowych. Nasze Ministerstwo Finansów, w myśl strategii walki z oszustami podatkowymi, pracowało i wciąż pracuje nad wdrożeniem unijnych rozwiązań, jednak w wersji najdalej idącej, obejmującej raportowanie wszystkich rozwiązań w spółkach powiązanych, które mają charakter sztuczny i nastawiony na korzyść podatkową. Tymczasem, pod koniec 2017 roku w zaciszu gabinetu prezesa PiS przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie trwały przygotowania do rozpoczęcia wielkiej inwestycji K-Towers, która miała na wiele długich lat zapewnić bezpieczne finansowanie zaplecza partii rządzącej. Jak to dziś tłumaczy Jarosław Kaczyński, budowa wpływowego prawicowego think tanku, miała być przeciwwagą dla “lewackiej” Fundacji Batorego, co miało być korzyścią nie tylko dla jego środowiska, ale wręcz dla całej Polski. Żeby korzyść dla jego najbliższych współpracowników była jednak możliwie największa, strategia biznesowa i podatkowa została obmyślona tak, by faktyczny beneficjent budowy bliźniaczych wieżowców miał zagwarantowane maksimum zysku z inwestycji przy minimalnym ryzyku gospodarczym i podatkowym.

Jak pisze “GW”, ustalony model biznesowy opiera się na dwóch spółkach powołanych do przeprowadzenia inwestycji. Obie nazywają się Nuneaton (jedna z o.o., druga komandytowa) i obie mają minimalny kapitał. Srebrna – właściciel wartej miliony działki – wnosi symboliczny wkład do spółki komandytowej, prawdopodobnie 5 tys. zł, stając się w niej komandytariuszem, dzięki czemu jedynie do tej kwoty ogranicza się jej odpowiedzialność. W przypadku fiaska inwestycji działka przy Srebrnej jest bezpieczna. Nie mogliby po nią sięgnąć potencjalni wierzyciele, bo przed nimi odpowiadałby Nuneaton. Sprawa zysków z inwestycji przedstawiać się miała zgoła odmiennie, bo 99,9% zysków trafiać miało do Srebrnej, a jedynie 0,1% do Nuneatona.

O tych okolicznościach Gerald Birgellner informował prokurator, która wciąż nie zdecydowała o wszczęciu śledztwa w sprawie oszustwa. – Wielokrotnie omawialiśmy strukturę z Kaczyńskim i Baker McKenzie. Żeby przy projekcie kwestia podatkowa była dobrze dopracowana (…), by ustawić ten projekt optymalnie pod względem podatkowym, aby zaoszczędzić na podatkach – miał mówić Austriak. – Odbyliśmy wiele spotkań, w których brał udział pan Kaczyński (…). Birgfellner podkreśla także, że prezes Kaczyński nalegał na to, by takie sprawy załatwiać bezpośrednio z nim i by nie wprowadzać zarządu spółki Srebrna w szczegóły umów. Bardzo interesujące dla prokuratury powinno być jednak uzasadnienie tej prośby. „Słyszałem, że (…) ludzie ze spółki Srebrna »kręcą własne lody«, dlatego pan Kaczyński powiedział, że mam ich o tym nie informować. (…) Pomysł dwóch wież podobał się Kaczyńskiemu, bo wyglądałyby jak bliźniacze wieże, jak bliźniacy Kaczyńscy”.

Ujawnione przez “GW” rewelacje o machinacjach prawnych, mających na celu ograniczyć odpowiedzialność rzeczywistego beneficjenta, kluczowej z punktu widzenia przyszłości obozu władzy inwestycji, rzucają kolejny cień na “kryształowość” prezesa Jarosława Kaczyńskiego, co nie umknęło też uwadze komentatorów politycznych.

Niestety dla Jarosława Kaczyńskiego, model zarządzania państwem, który stworzył po 2015 roku jest bliźniaczo podobny do modelu działalności Srebrnej, Prędzej czy później będzie miało dla sądu kluczowe znaczenie w ocenie wiarygodności zeznań Geralda Birgfellnera. W końcu, jeśli lider PiS zarządza dziś nieformalnie całym państwem z tylnego siedzenia, w sposób zupełnie wolny od odpowiedzialności za te działania, to dokładnie tak samo mógł zarządzać spółką Srebrna, choć przepisy Konstytucji mu tego zabraniają.

>>>

W sprawie ogłoszonej dziś decyzji Rady Miasta Gdańska naprawdę trudno nie zgodzić się z radnym PiS Janem Kanthakiem. Tak, „decyzja o odebraniu honorowego obywatelstwa czy usunięcia pomnika to tylko zamiatanie sprawy pod dywan”, by odwołać się do jego słów.

Radni miejscy usuwają w cień trudny temat. Na pewno zyskają poklask części tytułów prasowych. Łatwiej też im będzie spojrzeć w lustro; przecież przez tyle lat tolerowali ten mocno chwiejący się kult. Dziś mogą odetchnąć. Ale czy na pewno?

Prałat Jankowski stracił honorowe obywatelstwo Gdańska

Kłopoty z wiarygodnością oskarżyciela prałata Jankowskiego

„Solidarność” sama rozbierze pomnik ks. Jankowskiego

Bo przecież – idę o zakład – nie wszyscy z tą decyzją się zgodzą. Z kręgów gdańskiej Solidarności już nieoficjalnie dochodzą głosy, że związek pomnika tak łatwo nie odpuści. Znajdą się i inni, bardziej radykalni, którzy (to już wróżby) sprzeciwią się fizycznie usuwaniu pomnika i wymianie tabliczek na skwerze. To ci, co szukają zadym, a zadymy w okresie przedwyborczym to niezły oręż polityczny.

Należy spodziewać się więc na skwerze Guzikiewicza, narodowców, Młodzieży Wszechpolskiej, ONR-u itp. Wszystkich, którzy swą „niepokorną” postawą będą chcieli zaistnieć w kampanii. Obawiam się, mówiąc już całkiem otwarcie, że Gdańsk zafundował sobie kolejną polską bitwę o pomnik. A jak bywają bolesne takie bitwy, jak głębokie zostawiają rany wiemy dokładnie od czasów Krakowskiego Przedmieścia.

Zarazem rozumiem radnych Gdańska, którym ciężko był podjąć inną decyzję. Presja była zbyt wielka. Czy ktoś można nas uratować przed takim scenariuszem? Nie mam wątpliwości, że tylko gdańska Kuria. Arcybiskup L.S. Głódź powinien w trybie pilnym powołać komisję, która ustali fakty w sprawie Jankowskiego. Jeśli tego nie zrobi, zachowa się nieodpowiedzialnie, zwłaszcza w świetle tego, o czym ostatnio dyskutowano w Watykanie. Wie, jak ważnym tematem dla papieża Franciszka jest pedofilia wśród kapłanów. Wie, że czasy tolerancji skończyły się ostatecznie. A jeśli gdański hierarcha nie zdecyduje się na powołanie komisji?

Jest jeszcze jedna ścieżka. Nuncjusz, który posiada mocne instrumenty wpływu na polskich biskupów. Ma nie tylko prawo, ale obowiązek ich uruchomienia. Apeluję jednak najpierw do arcybiskupa. Niech pomoże uniknąć tej groźnej konfrontacji. Niech podejmie odważną decyzję. Bez niej będzie miał ten potencjalny konflikt na sumieniu.

„Nie będziemy budować aliansu w Parlamencie Europejskim z partiami, które są za niszczeniem lub osłabianiem UE” – stwierdził Mateusz Morawiecki. Ale PiS układa się z eurosceptycznymi populistami z Włoch, Francji i Holandii, rozważa współpracę ze skrajną prawicą z Austrii i Hiszpanii i marzy o sojuszu z Viktorem Orbánem. To jak to jest, Panie Premierze?

W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” 6 marca 2019 roku Mateusz Morawiecki mówił niemal o wszystkim, niewiele natomiast o planie Prawa i Sprawiedliwości na zbliżające się eurowybory. Premier zaprzeczał jedynie, jakoby PiS planowało nawiązać współpracę z partiami o profilu „antyeuropejskim i antyunijnym”.

Morawiecki albo nie wie, z kim układa się PiS, albo próbuje wprowadzić w błąd opinię publiczną.

Dzisiejszy eurosceptycyzm to głęboki brak zaufania do unijnych instytucji, brukselskich elit i wpisanej jeszcze w rzymskie traktaty idei budowania „coraz ściślejszej Unii”.

Wszystkie formacje, z którymi partia Kaczyńskiego prowadzi rozmowy o sojuszu mają w programie mniej lub bardziej wyraźne osłabienie centralnej roli Komisji Europejskiej i powrót do luźnego związku państw członkowskich. Do tego sprowadza się lansowana także przez PiS idea „Europy ojczyzn” lub „Europy narodów”.

Potwierdził to zresztą sam Morawiecki, zapytany o to, jaki będzie PE po wyborach:

„Spodziewam się osłabienia głównych, mainstreamowych partii i wzmocnienia centroprawicowych, konserwatywnych, które chcą tak jak my mocniejszej Europy ojczyzn” – odpowiedział.

Tymczasem nowi potencjalni sojusznicy PiS to nie niewinna centroprawica, a walczący o przejście do mainstreamu populiści lub wręcz prawica skrajna.

O jakie partie chodzi? Lista potencjalnych nowych partnerów PiS ciągle się wydłuża, a jej skład nie zachwyca:

  • włoska „Liga” Matteo Salviniego,
  • francuska „Powstań Francjo” (DLF),
  • holenderskie Forum na rzecz Demokracji (FvD),
  • hiszpański „Głos” (Vox),
  • Wolnościowa Partia Austrii (FPÖ),
  • a także, oczywiście, węgierski Fidesz.

Wszystkie łączą dwie kluczowe sprawy: chęć osłabienia Unii Europejskiej oraz budowanie kapitału politycznego na pogardzie dla elit, „tradycyjnych wartościach” i lęku przed obcymi. Oto w jakim gronie widzi dziś siebie PiS.

Przetasowania w PE

Nowi sojusznicy są im dziś niezbędni, bo wielkimi krokami zbliża się brexit, a wraz z nim partię Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (EKR) opuszczczą brytyjscy Torysi.

Jak na razie wydaje się, że PiS planuje po wyborach pozostać w EKR i formować ją według własnego pomysłu, skręcając przy tym ostro w prawo. Taktyka polega na przyciąganiu potencjalnych sprzymierzeńców w budowaniu „Europy ojczyzn”, nawet tych o podejrzanej reputacji.

PiS wspierają obecni partnerzy w EKR, m.in. Czesi z Obywatelskiej Partii Demokratycznej (ODS). Ale partia Kaczyńskiego szuka sojuszników także w innych frakcjach w Parlamencie Europejskim, zwłaszcza w „Europie Narodów i Wolności” (ENF).

ENF to dziś zbiorowisko partii „egzotycznych” – antyimigranckich, populistycznych i głęboko nieufnych wobec Europy. Są w niej m.in. posłowie włoskiej Ligi Matteo Salviniego, brytyjskiego UKIP Nigela Farage’a (partia powstała, by wyprowadzić Wielką Brytanię z UE), francuskiego Zjednoczenia Narodowego (RN) Marine Le Pen, Holendrzy z Partii Wolności (PVV) Geerta Wildersa oraz Wolnościowa Partia Austrii (FPÖ).

Dla nich przyłączenie się do EKR to szansa na zmianę wizerunku z niebezpiecznych radykałów na zatroskanych o losy UE konserwatystów.

PiS szuka też w Europie ugrupowań pokrewnych ideologicznie, które mają szanse po raz pierwszy trafić do PE, jak francuskie Powstań Francjo (DLF), holenderskie Forum na rzecz Demokracji (FVD) i hiszpański Głos (Vox). Nie ustaje też w wysiłkach, by przyciągnąć do siebie węgierski Fidesz, któremu coraz poważniej grozi wykluczenie z Europejskiej Partii Ludowej.

Prorosyjski Salvini

W OKO.press pisaliśmy, że na początku stycznia 2019 roku Polskę odwiedził wicepremier i minister spraw wewnętrznych Włoch Matteo Salvini. Spotkał się wówczas z Jarosławem Kaczyńskim, by rozmawiać o sojuszu w wyborach do PE.

Partia Salviniego – Liga – ma szanse znacznie powiększyć swoją reprezentację w Brukseli i Strasburgu. Większość sondaży wskazuje, że to właśnie partia Salviniego zwycięży w majowych wyborach. Jeżeli prognozy się potwierdzą, Liga wyśle do PE drugą największą reprezentację – aż 27 eurodeputowanych. Liczniejsi będą tylko niemieccy chadecy.

Obecnie sześcioro eurodeputowanych z Ligi zasiada w grupie „Europa Narodów i Wolności” (ENF). Europosłem był zresztą także sam Matteo Salvini.

Jakie poglądy reprezentuje Liga? Partia Salviniego jest dziś najczęściej określana jako „populistyczna skrajna prawica”. Jest partią prorosyjską, nacjonalistyczną i skrajnie antyimigrancką. To właśnie na podsycaniu lęku przed obcymi zbudowała swoją dzisiejszą popularność.

Relacje Ligi z UE? Burzliwe. Przed wyborami w 2018 roku Salvini nakręcił we Włoszech kampanię rewizji unijnych traktatów i wyprowadzenia Italii ze strefy euro. Zdanie zmienił, gdy wszedł do rządu i okazało się, że rezygnacja ze wspólnej waluty doprowadziłaby kraj do gospodarczej katastrofy. Musiał też ustąpić, gdy Bruksela nakazała Rzymowi rewizję budżetu tak, by dostosować się do unijnych limitów.

Z antybrukselskiej agendy Salviniego dziś pozostaje przede wszystkim obietnica „zmieniania UE od środka”, czyli budowania luźnej formacji „Europy narodów”.

Francuzi za przywróceniem granic

PiS dogadało się już za to z francuską „Powstań Francjo” (fr. Debout la France, DLF), której liderem jest Nicolas Dupont-Aignan. W grudniu 2018 roku Dupont-Aignan podpisał z EKR deklarację stowarzyszeniową, jednocześnie odrzucając zaproszenie Marine Le Pen do tworzenia wspólnej listy.

Tym samym najpewniej oddaliła się perspektywa współpracy między Le Pen a Kaczyńskim, na którą wyraźnie zanosiło się jeszcze w 2017 roku.

Dupont-Aignan, obecnie jedyny poseł DLF we francuskim parlamencie, dwa lata temu kandydował na prezydenta Francji. Otrzymał 4,7 proc. głosów. W drugiej turze poparł Le Pen, która zapowiedziała, że jeśli wygra wybory, Dupont-Aignan zostanie premierem w jej rządzie.

Choć DLF dopiero po raz pierwszy ma szanse wysłać do Parlamentu Europejskiego swoich przedstawicieli, dwóch jej posłów zasiada już w PE. To byli eurodeputowani od Le Pen, którzy postanowili przejść do DLF. Najnowsze sondaże dają partii Dupont-Aignana ok. 6 proc. głosów i 6 mandatów w PE.

Samych siebie członkowie DLF lubią plasować gdzieś pomiędzy „ekstremistami” pokroju Marine Le Pen a „systemem”, czyli centroprawicą. Z Le Pen nadal mają jednak wiele wspólnego. Podobnie jak RN, DLF jest partią konserwatywną i eurosceptyczną. Chce wyprowadzić Francję ze strefy euro, osłabić rolę Komisji Europejskiej w UE, przywrócić kontrole graniczne i ograniczyć migrację. Jest również prorosyjska.

Forum na rzecz Demokracji

PiS dogadało się także z partnerami w Holandii. W lutym 2019 wolę przystąpienia do EKR po majowych wyborach 36-letni Thierry Baudet, szef holenderskiego Forum na rzecz Demokracji (FvD).

To partia dość młoda, podobnie jak jej przewodniczący. Powstała w 2015 jako think tank. W 2016 zyskała rozgłos, gdy włączyła się w kampanię na rzecz referendum w sprawie umowy stowarzyszeniowej między UE a Ukrainą. Niedługo później, bo w 2017 roku, wysłała do holenderskiego parlamentu dwóch posłów.

W sondażach FvD jest obecnie na czwartym miejscu – może liczyć na ok. 11 proc. głosów i 3 miejsca w PE.

Formacja Thierry’ego Baudeta ma wiele wspólnego z Partią Wolności (PVV) Geerta Wildersa, który dziś blisko współpracuje z Marine Le Pen. Podobnie jak Wilders, Baudet chce ograniczenia imigracji i osłabienia roli UE. Swoją kampanię opiera przede wszystkim na niechęci do elit – także tych w Brukseli.

Zbliżenie EKR i FvD nie spodobało się holenderskiej Unii Chrześcijańskiej (CU), której jeden eurodeputowany zasiada dziś w EKR. Zdaniem CU Baudet nakręca w Holandii kampanię Nexitu, co jest sprzeczne z celami EKR, która miała „zmieniać Unię Europejską od środka”. CU może jednak liczyć na znacznie mniej głosów w nadchodzących wyborach. PiS bardziej opłaci się sojusz z silniejszym FvD.

Legutko: a może FPÖ?

Z kim jeszcze swoją przyszłość potencjalnie wiąże Prawo i Sprawiedliwość?

Europoseł PiS Ryszard Legutko wspominał o toczących się rozmowach z hiszpańskimi radykałami z Głosu (Vox). Popularność Vox w Hiszpanii rośnie od momentu, gdy w grudniu 2018 roku zdobyła 12 miejsc w andaluzyjskim parlamencie regionalnym. Sondaże wskazują, że może liczyć na ok. 12 proc. głosów i 7-8 miejsc w nowym PE.

Vox powstała w 2013 roku. Jest określana jako populistyczna skrajna prawica – chrześcijańska i nacjonalistyczna. Jej politycy sprzeciwiają się autonomii hiszpańskich regionów, lansują społeczny konserwatyzm i, oczywiście, „większą niezależność państw członkowskich w ramach UE”.

Legutko stwierdził również, że osobiście „wziąłby na poważnie pod uwagę zaproszenie Wolnościowej Partii Austrii (FPÖ) do EKR”.

FPÖ to partia o długiej i niezbyt chlubnej historii. Powstała jeszcze w latach 50. XX wieku. Zawsze określana była mianem skrajnej prawicy, a jej pierwszym liderem był nazista Anton Reinthaller, były oficer SS. Od tego czasu porzuciła pangermańskie idee i zwróciła się w stronę prawicowego populizmu.

Dziś reprezentuje podobny zestaw poglądów co większość potencjalnych sojuszników PiS. Jest eurosceptyczna, antyimigrancka i prorosyjska. Ostatnie sondaże dają FPÖ 23 proc. głosów i 5 miejsc w PE.

Jak na razie nie wiadomo nic na temat planowanych rozmów między FPÖ a EKR. Obecnie Austriacy zasiadają w EFD razem Francuzami od Marine Le Pen i Holendrami od Geerta Wildersa.

Fidesz Orbana? Wspaniała nowina

Nie ulega wątpliwości, że PiS nadal liczy na sformalizowanie związku z węgierskim Fideszem poprzez przyciągnięcie go do EKR.

Do tej pory szanse na to, że Viktor Orbán opuści Europejską Partię Ludową, były niewielkie. Pozostali członkowie EPL nabierali wody w usta, gdy pytano ich, kiedy wreszcie pozbędą się Węgrów. Milczeli także wówczas, gdy Orbán zdecydował wyrzucić z Budapesztu Uniwersytet Środkowoeuropejski.

Ostatnio jednak Fidesz zaostrzył antyunijny kurs. W najnowszej kampanii węgierskiego rządu na plakatach pokazano szefa Komisji Europejskiej Jeana-Claude’a Junckera i amerykańskiego miliardera George’a Sorosa. Podpis głosi, że chcą oni „wprowadzić obowiązkowe kwoty relokacyjne”, „osłabić prawa państw członkowskich do ochrony granic” i  „ułatwić imigrację poprzez wizę migracyjną”.

Kilkanaście partii – członków EPL, oburzonych tą kampanią, wystąpiło do przewodniczącego z wnioskiem o wykluczenie Fideszu z członkostwa w formacji. Poparcie wniosku rozważają posłowie PO i PSL. Większość komentatorów jest jednak zdania, że EPL nie wyrzuci Fideszu przed majowymi wyborami. Decyzja ma zapaść na zlocie EPL 20 marca.

O tym, żeby Orbán już wkrótce był „do wzięcia” marzą natomiast politycy PiS.

„Orbán potrzebował EPL jako tarczy. To dlatego Fidesz tak długo był członkiem tej partii” – mówił Ryszard Legutko w rozmowie z Politico. Dodał, że gdyby Fidesz zechciał dołączyć do EKR, dla polskiego rządu byłaby to „wspaniała nowina”.

Kaczyński dalej mąci w sprawie własnej korupcji. Jak ktoś taki się nazywa? Czyż nie męt

2 Mar

Nic bardziej rozbrajającego z usta Kaczyńskiego paść nie mogło: „Jestem obywatelem, jak każdy inny. Jeśli trzeba będzie, stawię się w prokuraturze” – oświadczył w rozmowie z RMF FM, odnosząc się m.in. do afery Srebrnej i zarzutów austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera, który twierdzi, że został przez prezesa PiS oszukany.

>>>

Jeśli będzie taka potrzeba – pojawi się na przesłuchaniu w prokuraturze – zapewnił dodając, że w gruncie rzeczy nie widzi podstaw do wszczęcia śledztwa wobec niego.

„Śledztwo nie ma sensu” – stwierdził lider PiS. „Mamy przykład pewnej nierzetelności, ale nie z mojej strony, a ze strony osoby uważanej dzisiaj za bohatera, a nawet ofiarę” – powiedział Kaczyński.

„Nie mam sobie niczego do zarzucenia” – powiedział i przyznał, że chciał wybudować wieżowiec w centrum Warszawy, by stanowić konkurencję dla Fundacji im. Stefana Batorego.

„Nie będę mówił, jaki mam stosunek do bohatera tej sprawy. Chciałem zrobić coś bardzo dobrego w Polsce” (…) „Gdyby ten budynek powstał, Instytut im. Lecha Kaczyńskiego stałby się instytucją bardzo silną, a w dalszej perspektywie, już nie za ludzi mojego pokolenia, mógłby robić jeszcze więcej” – dodał prezes PiS.

Kaczyński odniósł się też do swojej roli w instytucie i spółce Srebrna. Zapewnił, że żadnej funkcji w niej nie pełni. „Jednak, jako członek Rady Nadzorczej, w pewnym sensie ją reprezentuję” – powiedział Jarosław Kaczyński.

Warto pamiętać, że uchwalony już budżet zamyka się deficytem w wysokości 28,5 mld zł.

Znamy już termin wyborów do Europarlamentu. 26 maja będziemy wiedzieć, na jakiego politycznego konia postawiliśmy, kogo uważamy za wartego reprezentowania Polski w UE, komu zawierzymy, z kim chcemy iść do Europy. Powiem szczerze, że mamy „przegwizdane”. Do listopada będziemy permanentnie w trakcie kampanii wyborczej, bo przecież w tym roku będziemy też wybierać posłów do naszego rodzimego parlamentu. Będziemy więc kłócić się, pałać agresją, tępić każdego, kto myśli inaczej, czyli… zatopimy się w polskim piekiełku na amen.

Partia rządząca już rozpoczęła swój maraton wyborczy, licząc że nikt jej nie dogoni. Gna jak szalona, zalicza kolejne metry, byle bliżej mety. Byle pozostać niepokonanym, jedynym zwycięzcą w tym szalonym wyścigu. Pierwszy ruszył Mateusz Morawiecki. Wprawdzie popełnił falstart, ale kto premierowi zabroni? Jemu wolno, tym bardziej, że swój objazd Polski nazywa dyplomatycznie „spotkaniami z ludem” i wydaje się wielce zdziwiony, gdy ktoś mu zarzucał, że to jeszcze nie czas na walkę o głosy. Tak więc pojeździ sobie premier po miastach i miasteczkach, głosząc wszem i wobec, że tylko PiS da obywatelom dobre życie, dobre państwo, że będziemy krainą mlekiem i miodem płynącą, praworządną, sprawiedliwą, cudną po prostu.

Na swojej konwencji PiS wniósł na scenę cały worek kolejnych obietnic, którymi ma na tyle omamić obywateli, by ci wiedzieli, że tylko poparcie tej partii da jej wygraną i w eurowyborach, i parlamentarnych i potem, gdy będziemy wybierać prezydenta. Będzie kasa w ramach 500 plus na każde, nawet pierwsze, dziecko. Będą „trzynastki” dla emerytów, zniesienie podatku PIT dla pracowników do 26. roku życia, obniżenie kosztów pracy i wiele jeszcze dobroci wszelakich. Mnóstwo gadania, baloników, miłości do obywateli i demokracji. Cuda po prostu… cuda…

Zdaje się, że prezes, czarując społeczeństwo, zapomniał, że nie tak dawno to jego partia zawaliła te sprawy, które dzisiaj chce nazwać swoim sukcesem. To politycy PiS przeforsowali w sejmie ustawę o ziemi, która dobiła rolników. To oni nie poparli opozycji, gdy ta chciała wprowadzić pierwsze dzieci w rodzinie do programu 500 plus. To oni doprowadzili do likwidacji wielu połączeń PKS w powiatach i przyczynili się do upadku firm przewozowych, regulując to swoją ustawą w 2016 roku. To oni wymyślili teraz te „trzynastki” dla emerytów, choć PSL proponowało emerytury bez podatku, co byłoby o wiele korzystniejsze. To oni byli na nie, gdy PO chciało wprowadzić ulgi w podatkach dla młodych i gdy ugrupowanie Kukiz’15 proponowało podnieść koszty uzyskania przychodu o 20 proc. Tak więc te obietnice to nic innego jak tylko poprawianie tego, co sami zawalili i to jest powód do dumy? To jest podstawa, na której można budować wiarygodność?

Po ponad trzech latach sprawowania władzy, PiS przypomniało sobie też o frankowiczach. W Sejmie prace nad prezydencką ustawą nabrały ostrego tempa, bo przecież trzeba zdążyć zadowolić tę grupę ludzi, by wiedzieli, komu co zawdzięczają i stanęli przed urnami wyborczymi, w pełni świadomi, na kogo głosować. Wprawdzie frankowicze chcą więcej, ale „na bezrybiu i rak ryba”, więc może dadzą się kupić.

No proszę, ile można zdziałać, gdy zbliża się czas walki o koryto. Szkoda tylko, że politycy PiS zapomnieli o obietnicach darmowych leków czy właściwej listy leków refundowanych. Tutaj to jest już totalny bajzel. Leki wspomagające po przeszczepach czy też niektóre, wręcz ratujące życie, zniknęły z listy, a ich koszt miesięczny to nawet kilkaset zł. Te darmowe dla seniorów to jakieś kiepskie zamienniki, z małą skutecznością i niewspomagające skutecznego leczenia szeregu chorób typowych dla wieku.

Partia rządząca całkowicie pominęła w swych obietnicach osoby niepełnosprawne, które jeszcze nie tak dawno temu przekonywano, że „budżet nie jest z gumy” i nie ma pieniędzy, by wspomóc ich w prawie do godnego życia. Pominęła też nauczycieli, rezydentów, lekarzy. A co się ma nimi przejmować… Bez ich głosów świetnie da sobie radę. A co z programem Mieszkanie plus? Też cisza i wiara, że ich wyborcy nie zauważą, że to kompletna klapa.

Obiecując Polakom gwiazdki z nieba, PiS jest przekonane, że są oni tak głupi i naiwni, iż uwierzą, że ta cała kasa to nic innego jak prezent od prezesa i jego polityków. Ot, prezes wyciąga z portfela kolejne stówki i rozdaje, komu chce i jak chce. Nie ma tak dobrze. Dając jednym, rząd odbierze drugim… Warto pamiętać, że uchwalony już budżet zamyka się deficytem w wysokości 28,5 mld zł, a tu jest mowa o kolejnych, nieuwzględnionych wcześniej wydatkach, rzędu 40 mld zł.

Skąd więc wziąć na to kasę? Politycy PiS nie widzą problemu i uśmiechają się pobłażliwie. A tu się coś przesunie, tam skorzysta z tzw. rezerw celowych w budżecie i będzie super. Rzeczywiście tak super i uda się utrzymać stabilność finansową państwa?

Ech, pewnie się czepiam, bo PiS-u nie lubię, nie wierzę w te wszystkie deklaracje i dlatego z przerażeniem i lekkim szokiem patrzę na bieg wyborczy polityków tej partii. Ależ mają przyspieszenie i wydaje się, że idą na rekord, ale… może zdarzy się cud. Złapią ostrą zadyszkę, potkną się o własne afery, poślizgną się na swoich kłamstwach oraz pazerności, a meta pozostanie tylko w zasięgu ich marzeń. I niech tak się stanie…