Tag Archives: spalenie Katedry Notre Dame

Kaczyńskiemu bliższy rubel niż euro

17 Kwi

Ryszard Kapuściński, „Imperium”, rok 1993

Jarosław Kaczyński taki już model prowadzenia polityki przyjął, że raz na jakiś czas musi swoich wyborców mobilizować poprzez wskazywanie wspólnego wroga lub zagrożenia. W 2015 roku taką funkcję spełniło straszenie inwazją morderczych terrorystów islamskich z północnej Afryki, a przed tymi wyborami zagrożeniem miała być ofensywa środowisk LGBT. Gdy okazało się, że temat nie grzeje, postanowiono powrócić do bardzo wygodnego tematu czyli kwestii wprowadzenia w Polsce wspólnej waluty europejskiej. Nie ma oczywiście znaczenia, że obecnie ta wizja możliwa do zrealizowania nie jest, że dzisiejsza Polska w ogóle nie dostałaby się do Unii Europejskiej z systemem politycznym rodem z komunistycznego wschodu Europy. Ważne, że można temat ogrywać, straszyć wzrostem cen i zastawić na opozycję pułapkę, z której ta nie miałaby dobrego wyjścia.

– Wysłałem przed chwilą do przywódców najważniejszych formacji parlamentarnych, tzn. do przywódcy Koalicji Europejskiej pana Schetyny i do pana Kukiza projekt deklaracji, którą sam już podpisałem. Jest to deklaracja partii, koalicji ponadpolityczna, można powiedzieć, ponad podziałami politycznymi, która odnosi się do interesów finansowych państwa i polskich obywateli. Chodzi o to, żeby wszystkie te formacje, oczywiście łącznie z naszą, zagwarantowały, że w Polsce nie będzie wprowadzone euro zanim Polska nie osiągnie poziomu gospodarczego państw, które leżą na zachód od naszych granic. Tutaj punktem odniesienia są przede wszystkim Niemcy. I mam nadzieję, że ta deklaracja pokaże jednak dojrzałość klasy politycznej, bo w wypadku chodzi o oczywisty interes naszego kraju i jego obywateli. Ten interes jest tutaj całkowicie spójny z tego względu, że złotówka chroni nas przed wstrząsami, zapewnia szybszy rozwój i wiadomo, sfera euro to dzisiaj sfera stagnacji i jednocześnie chroni osiągnięty już poziom stopy życiowej i umożliwia podwyższanie tej stopy zarówno poprzez rozwój gospodarczy, jak i właściwą politykę państwa. W związku z tym wydaje się ona, z punktu widzenia politycznego, normalnych w demokracji podziałów politycznych, niekontrowersyjna – stwierdził Jarosław Kaczyński na Nowogrodzkiej.

– Liczymy na to, że ewentualne zobowiązania niektórych formacji politycznych wobec ich zewnętrznych sojuszników, ja tutaj stosuję formę przypuszczeniową, nie będą miały znaczenia, bo interes polskiego społeczeństwa, polskich obywateli, państwa jest tutaj zupełnie oczywisty. Stąd nasza wiara w to, że ta deklaracja zostanie podpisana i że ona jednocześnie stworzy pewną płaszczyznę wspólnego myślenia o polskiej przyszłości, polskim wzroście, o tym by Polakom żyło się coraz lepiej i żeby stosunkowo szybko, choć oczywiście to czas liczony w wielu latach, być może nawet to są dziesięciolecia, ale dojdziemy do tego poziomu, którego wszyscy Polacy oczekują i mają prawo oczekiwać jako europejczycy, obywatele państwa, które jest członkiem UE – dodał prezes PiS.

Lider Zjednoczonej Prawicy przyznał jednocześnie, że euro w Polsce będzie musiało zostać prędzej czy później wprowadzone, bowiem na Polsce spoczywa takie zobowiązanie. Zaznaczył jednak, że będzie to mogło stać się dopiero wtedy, gdy Polska na tym zyska. To deklaracja o tyle dziwna, że ekonomiści i przedsiębiorcy niezmiennie przekonują, że na samym tylko rozpoczęciu ścieżki wchodzenia do strefy euro moglibyśmy zyskać już dziś. 

Pierwsze reakcje na propozycję prezesa Kaczyńskiego nie są jednak takie, jak zapewne oczekiwał. Dziennikarze zauważają, że w czasie, gdy trwa największy od dekad protest nauczycieli, zajmowanie się abstrakcyjnym tematem wspólnej waluty może się PiS-owi odbić czkawką.

Rzecznik Platformy Obywatelskiej Jan Grabiec zauważył z kolei, że lider PiS znów chce odwrócić uwagę od swoich własnych problemów i nakierować debatę publiczną na wygodne dla siebie kwestie. Nie zabrakło też głosów pokazujących, że euro nie ma co się bać, co potwierdza opinia części krajów naszego regionu, które już to zrobiły.

O tym, jak absurdalny jest to dziś temat, celnie napisał Roman Giertych, który wezwał prezesa Kaczyńskiego do złożenia deklaracji, że nie zgodzi się na przyjęcie w Polsce rubla. W końcu system wschodni już niemal mamy.

Wygląda zatem na to, że genialny strateg z Żoliborza znów przestrzelił, pokazując swoje oderwanie od rzeczywistości polskiej gospodarki. Do zmobilizowania swoich wyborców powinno to jednak wystarczyć. I może o to w całej tej hecy chodzi.

Przed krakowskim sądem rozpoczął się proces Tomasza B. oskarżonego o publiczne nawoływanie do przemocy i zabójstwa europosłanki PO Róży Thun. 5 stycznia 2018 r. na Facebooku mężczyzna napisał: – „Na stos szmatę”. Tak „skomentował” film z udziałem europarlamentarzystki pt. „Polski zamęt. Róża Thun walczy o swój kraj”, wyprodukowany przez niemiecką telewizję publiczną NDR we współpracy z francusko-niemiecką stacją Arte.

38-letni Tomasz B. nie przyznał się do winy. – „Nie wiem, skąd wziął się tam ten wpis” – mówił przed sądem. Twierdził, że nie wiedział, kim jest Róża Thun, a usłyszał o niej dopiero, gdy przedstawiono mu zarzuty. Utrzymywał też, że nie interesuje się polityką. Tomasz B. służy w Wojskach Obrony Terytorialnej. Nie był do tej pory karany. Grozi mu kara pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat.

Postępowanie w tej sprawie toczy się z zawiadomienia przedstawicieli Róży Thun i KOD Małopolska.

„To, że złożyłam zawiadomienie wynika z tego, że przemoc i słowa nienawiści nie znikną, jeżeli nie będziemy na to reagować. Jestem przekonana, że osoby, które dokonują tych wpisów są przekonane o swojej bezkarności” – powiedziała Danuta Czechmanowska z KOD Małopolska. Dodała, że pod wpisem Tomasza B. pojawiło się wiele nienawistnych wpisów i komentarzy pod adresem europosłanki PO. Na kolejnej rozprawie 21 maja przesłuchani mają być świadkowie wezwani na wniosek obrony oraz Róża Thun.

Popieram strajk nauczycieli również dlatego, że ludziom, którzy godnie żyją, można stawiać więcej wymagań.

To, że popieram strajk nauczycieli to chyba tak oczywiste, że nie muszę tego uzasadniać. Mało która grupa społeczna – w mojej opinii – jest tak marginalizowana przez każdą niemal władzę i tak zapracowana, jak nauczyciele. I na mało której spoczywa tyle odpowiedzialności za naszą wspólną przyszłość. Dzisiejsza władza gardzi nauczycielami szczególnie, bo są politycznie słabi (PiS liczy się tylko z siłą i sondażami) i nie ceni edukacji. Faktem jest, że ludzie wyedukowani, a zwłaszcza myślący, są dla władzy o autorytarnych zapędach, zawsze groźni; lepiej mieć obywateli posłusznych i zajętych czymś innym niż myślenie, na przykład: – modlitwą, piłką nożną, szukaniem światowych spisków i oglądaniem Big Brothera.

Ale nie o władzy chciałam pisać tylko o nauczycielach. Swoich. Zrobiła się teraz taka moda, że różni ludzie wspominają tych, którzy coś dla nich znaczyli, dzięki którym stali się tym, kim są. Dobry pomysł. Często przy fatalnych programach nauczania, strukturalnym chaosie, jaki dziś mamy (i kiedyś też mieliśmy), trafiają się gwiazdy, które są w stanie usunąć w cień mizerię polskiego szkolnictwa i pobudzić dziatwę do myślenia. Trudno powiedzieć, czy chodzi tu o tak zwanego nauczyciela „z powołaniem”, czy po prostu profesjonalistę. Politycy lub księża, którzy czują „powołanie” i uzasadniają nim wszelkie działania, potrafią wyrządzić wiele szkód, zwłaszcza, że niemal każdy polityk i ksiądz myśli, że je ma. Według mnie, zainteresowanie uczniów i ich ruch intelektualny budzi taki nauczyciel, który wie, czym jest i do czego służy ten zawód; nie chodzi tu o zwykłą „transmisję danych” i kontrolę ich stanu posiadania u uczniów. Tylko o to „coś”. O kunszt.

Wszystkich moich nauczycieli mogę podzielić na trzy grupy: profesjonalistów, rzemieślników i nieudaczników. Ci drudzy dobrze sprawdzają się w każdym zawodzie, ci pierwsi mają kunszt, nieudacznicy są wszędzie. Moi profesjonalni nauczyciele stawiali mi wysokie wymagania i szydzili z braku należytych postępów. Mój licealny polonista, starszy „przedwojenny” pan, którego wszyscy kochali i nienawidzili zarazem, uwziął się na interpunkcję, analityczną znajomość lektur i zwięzłość wypowiedzi. Cenił też trudne słowa. Już na początku musiałam przyswoić sobie i używać: „abominacyjny”, „inteligibilny”, „palimpstest” itd. Nie lubiłam tego polonisty, notorycznie bałam się kompromitacji, zwłaszcza w trudnej sztuce stawiania przecinków i „odpowiadania z lektury” przed całą klasą (co za okropny zwyczaj! który jednak przygotowuje do publicznych wystąpień). Lektury czytałam po dwakroć, nauczyłam się je dobrze streszczać i analizować jak belfer kazał. Niewiele więcej, ale za to solidnie. Wdzięczna mu jestem za zmuszenie mnie do wysiłku, który choć nie rozwinął we mnie wyobraźni, dał solidne polonistyczne podstawy dla bardziej oryginalnych działań.

Matematyczka i chemiczka, które były prostymi rzemieślniczkami w swoim zawodzie, potrafiły zabić moje zamiłowanie do przedmiotów ścisłych nudą, rutyną, repetycją i kontrolą. W lekcjach ze stereometrii nie było nic, co później pozwoliłoby mi zrozumieć pewne fragmenty z VII księgi Platona. Chemia, za którą przepadałam została osnuta monotonią powtarzanych formuł i doświadczeń robionych bez żadnej fantazji. A wystarczyło przyjrzeć się drodze do odkryć Marii Skłodowskiej-Curie czy poczytać eseje Heisenberga, by rozpalić naukową wyobraźnię.

Nieudaczników też spotkałam kilku. To ci, którzy absolutnie i radykalnie minęli się ze swoją karierą zawodową. Nie lubili szkoły, bali się uczniów, denerwowała ich różnorodność klasy, nieposłuszeństwo i konieczność robienia czegoś, na co nikt – według nich – nie miał ochoty. W takiej smutnej atmosferze przebiegały moje lekcje geografii, (niestety) historii i łaciny. Mimo wysiłków po obu stronach, efekt był miażdżąco słaby. Trudno jednak wymagać, by rozkład osobowości, umiejętności i kompetencji w szkołach był inny niż w szpitalach, w Sejmie, w biznesie czy w Kościele.

Nie napotkałam jednak żadnego nauczyciela, który nie przejmowałby się tym, co robi i który lekceważyłby pracę. Każdy dawał uczniom, może nie to na co zasługiwali, ale na pewno według swoich najlepszych możliwości. Nigdy ich praca nie była należycie wynagradzana, nigdy ten zawód nie cieszył się prestiżem wśród rządzących. „Nauczyciele sobie poradzą”, „nie mają wyboru: selekcja negatywna” – znamy te hasła. Znała je władza i stosowała. Ministrem do spraw edukacji zostawała z reguły osoba jeśli nie nieudolna, to na pewno na tyle słaba, by nikt nie traktował poważnie jej roszczeń wysuwanych w imię zmiany nauczycielskiego status quo. Być może, to sami nauczyciele przyczynili się do tego, że kolejne pokolenia rządzących były obojętne na ich los. No, ale wreszcie powiedzieli – stop! Wspieram ich gorąco również dlatego, że ludziom, którzy godnie żyją, można stawiać więcej wymagań.

Ciekawa jestem czy rząd polski powoła jakąś komisję do spraw spalenia katedry Notre Dame? Przecież nie może tak być, żeby kościół spalił się przez zaprószenie ognia.

Mamy doświadczenie ze Smoleńskiem i wiemy, że myśl o zwykłej katastrofie, niedbalstwie, o nieprzestrzeganiu reguł jest niegodna prawdziwego Polaka.

Musi być jakiś głębszy powód pożaru a może nawet spisek, który należy wykryć. Tylko jak to zrobić bez Macierewicza schowanego na czas wyborów?

Z miejsca zaczęli zajmować się tym hierarchowie pisząc, że płonąca katedra to kara za laicyzację Europy, obraz jej straszliwego kryzysu.

Nie słyszałam by jakiś hierarcha podjął wątek kary bożej za grzech pedofilii w kościołach chrześcijańskich, chociaż to lepiej tłumaczy sprawę. Może to też być boskie ostrzeżenie, że nawet tak solidny i długowieczny gmach chrześcijańskiej wiary może zostać zniszczony przez grzeszność księży.

Nikt nie pisze czy miejsce poświęcone naszemu papieżowi się uchowało, ale też może nikt się już tym nie interesuje. Póki co premier Szydło obiecała włączyć się rekonstrukcję katedry. Kolejny pretekst by nie dać podwyżek nauczycielom.