Tag Archives: SOKzBuraka

Kaczyński zadecydował o Polexicie

23 Sty

O Polexicie zadecydował Jarosław Kaczyński. Będzie.

Pytanie jest: kiedy wyjdziemy z Unii Europejskiej? A może zostaniemy po prostu wypchnięci, zmarginalizowani i skutecznie będą odbierane Polsce nabyte prawa członkowskie, jak choćby Schengen (UE bez granic).

Kaczyński (świadomie pisze jego nazwisko, a nie PiS, bo 99,9% tej partii to złamasy i karierowicze, najczęściej o niskim IQ) ma dwa problemy do rozwiązania.

Pierwszy. Przygotować opinię publiczną, że Bruksela jest zła, czyha na odebranie suwerenności Polski. Nazwijmy: pisowskiej PL.

A drugi. Tak zniszczyć społeczeństwo obywatelskie, aby stało się zmarginalizowane, Polacy zaś traktowali rzeczywistość: jak urządzić się w tej dupie.

Może jest i trzeci problem. Acz uważam, że jest on ukryty, niejawny, zaś Tomasz Piątek twierdzi, że cała pisowska wierchuszka wypełnia polecenia Kremla.

Może nie wypełnia, ale dzieje się tak, jakby życzenia Kremla były spełniane.

Walka PiS z Polakami przebiega wielotorowo: bezprawiem, zastraszaniem, przekupstwem, a czynią to Ziobro, Morawiecki (mitoman i superkłamczuch), Gowin et consortes.

Ministerstwo Ziobry zarzuca potalowi OKO.press, że napisano w nim w artykule coś, czego nie napisano. Twierdzi, że „ewidentnym celem” publikacji „było podważenie zaufania do Ministerstwa Sprawiedliwości”. Bez podstawy prawnej resort Ziobry domaga się „usunięcia nieprawdziwych informacji w terminie 3 godzin od momentu otrzymania niniejszego wezwania”. Dlaczego akurat 3 godziny?

O głupawce prawnej Ziobry i jego ancymonków tutaj >>>

Politycy obozu rządzącego próbują bronić neo-KRS i umniejszać znaczenie wyroku TSUE z 19 listopada 2019. Prof. Bogdanowicz, ekspert prawa unijnego: Z wyroku TSUE jasno wynika, że KRS musi dawać gwarancje niezależności od władzy ustawodawczej i wykonawczej. Sąd Najwyższy 5 grudnia orzekł, że obecna KRS ich nie daje. Dlatego KRS powinna zawiesić działalność.

Więcej o wykładni prawnej, z którą władza PiS walczy i wyprowadza nas z UE tutaj >>>

Rzecznik dyscyplinarny dla prokuratorów wszczął postępowanie wobec Katarzyny Gembalczyk, należącej do władz stowarzyszenia prokuratorów Lex Super Omnia, krytycznego wobec Zbigniewa Ziobry. chce wiedzieć, dlaczego była ubrana w togę na Marszu Tysiąca Tóg. „Realizowałam obowiązek strzeżenia praworządności”.

O bohaterskiej prokurator Gembalczyk wobec amoralnego Ziobry czytaj tutaj >>>

Więcej o sądnym dniu tutaj >>>

To najważniejsze z pytań politycznych do maja 2020 r. Najważniejsze, bo wygrana opozycyjnego kandydata przesądzi o kształcie Polski i jej marszu z powrotem do UE, do porządku prawnego i europejskich norm lub na wschód do Putina.

Nie ma polityka idealnego i nie ma takiego także w tej kampanii prezydenckiej, ale to przecież kampania wyjątkowa, bo opozycji i jej wyborcom nie idzie w niej o wyłonienie najlepszego z możliwych kandydatów, ale o kandydata, który będzie w stanie wygrać z Andrzejem Dudą i odebrać PiS władzę absolutną.

(…)

Artykuł zatytułowałam „Czy Małgorzata Kidawa-Błońska jest w stanie wygrać wybory”, ponieważ to ona jest teraz kandydatką, która według sondaży ma największe szanse pokonać Andrzeja Dudę, ale tak naprawdę wesprzeć należy najsilniejszego kandydata opozycji – jeśli oczywiście ktoś opowiada za zmianą tego, co jest – na lepsze.

Więcej Elizy Michalik tutaj >>>

Groteska pisowska. Dlaczego godzimy się na nieustanne ośmieszanie Polski?

15 Sty

Przyzwyczailiśmy się, że Polska przez PiS jest ośmieszana, nasz kraj na zewnątrz jest postrzegany, jako republika bananowa z groteskową demokracją.

Przyzwyczailiśmy się. Godzimy na ośmieszenie, gdyż w innych wypadku protestami wymusilibyśmy odsunięcia od koryta ferajny Kaczyńskiego, której jedynym celem jest czerpać profity nie posiadając niemal żadnych umiejętności rządzenia.

PiS uruchomił dla siebie program Koryto+.

Komisja Europejska chce wstrzymania przez Trybunał Sprawiedliwości UE działania sądowniczej ustawy kagańcowej, która de facto jest wyjściem z Unii Europejskiej (Polexit).

W Parlamencie Europejskim odbyła się debata nad nierządem pisowskim. Europosłowie PiS zaprezentowali się groteskowo, skandalicznie, znowu ośmieszyli nas.

Prym wiodła Beata Szydło, pani od sukcesu 1:27.

To co pisowska propaganda wyprawia ostatnio przekracza wszelkie granice przyzwoitości i zdrowego rozsądku, chociaż zasadniczo nie jest to nic zaskakującego. Nagonka na prof. Grodzkiego trwa, uruchomione zostały pisowskie media. Z całą odpowiedzialnością jako jeden z organizatorów oporu w stanie wojennym stwierdzam, że poziom, kultura, prawdomówność mediów stanu wojennego w wielu przypadkach były większe niż obecnych reżimowych. Jeden z tytułów w „Gazecie Polskiej” – ubek ostatnią nadzieja Grodzkiego, a informacja o wielkiej manifestacji w obronie praworządności sprowadzała się do kłamstw w rodzaju – grupki przechodniów i spacerowiczów, sędziowie bardzo nieliczni. Gratuluję jednak na tym tle tvp w stanie wojennym to był poziom.

Więcej Stefana Niesiołowskiego tutaj >>>

23 stycznia połączony skład trzech Izb SN zadecyduje, czy sędziowie nominowani przez nową, upolitycznioną KRS powinni orzekać. „Stare” kadry SN w Izbach Cywilnej, Karnej i Pracy poprosiła o to I Prezes SN prof. Małgorzata Gersdorf. Uchwała będzie wiązała cały Sąd Najwyższy. Pod koniec grudnia w OKO.press taką decyzję zaproponowali I Prezes eksperci prawni.

Jeżeli PiS nie zastosuje się do postanowienia Sądu Najwyższego będziemy mieli anarchię w kraju. Czytaj tutaj >>>

50 senatorów opozycji – z PO, Lewicy, PSL – napisało oświadczenie w obronie marszałka senatu Tomasza Grodzkiego: „Marszałek Grodzki ma nasze niesłabnące zaufanie, a jego bliscy – wsparcie” – czytamy w liście ogłoszonym w Senacie przez Marcina Bosackiego (PO).

Więcej o senatorach broniących marszałka Grodzkiego przed nagonką medialną PiS tutaj >>>

O nagonce na Godzkiego pisze prasa na całym świecie, w tym niemiecka.

Oskarżenia bez dowodów

„PiS najwyraźniej nie zamierza przyjąć do wiadomości tego, że wraz z nastaniem Senatu Grodzkiego czas ekspresowego uchwalania ustaw się skończył. W Szczecinie kilkoro rzekomych byłych pacjentów Grodzkiego utrzymuje, że oni albo ich zmarli bliscy musieli mu płacić za operacje, albo opinie. Wśród oskarżycieli jest związana z PiS radna i bliska partii profesor biologii.

„Kontrolowana przez PiS telewizja państwowa oraz niektóre bliskie PiS-owi gazety i strony internetowe, powtarzają te oskarżenia. Jednka nie znajdują na nie na żadnych dowodów” – pisze „Sueddeutsche Zeitung”. Gazeta przypomina, że „media PiS” przemilczały oświadczenia szczecińskiej izby Lekarskiej, że przez 36 lat pracy Grodzkiego nie było żadnych skarg z powodu naruszenia przez niego zasad etyki lekarskiej, a tym bardziej z powodu korupcji.

„Zamiast tego prokuratura i podporządkowane rządowi Centralne Biuro Antykorupcyjne prowadza oficjalne postępowania z powodu podejrzenia o korupcję w szpitalu Grodzkiego” – relacjonuje „SZ”.

O Grodzkim w „„Sueddeutsche Zeitung” tutaj >>>

Wirtualna Polska na garnuszku Zbigniewa Ziobry. Zdziwieni?

O zaprzaństwie tego portalu więcej tutaj >>>

Ziobrze za każdego skrzywdzonego sędziego należy się rok więzienia, czyli do pierdla powinien iść na tysiące lat. I to jest prawo i sprawiedliwość, jak rozumieją Amerykanie

29 List

„Jego działanie stanowi niedopuszczalną ingerencję w działania konstytucyjnych organów oraz prowadzić może do chaosu i anarchii” – tak resort Ziobry tłumaczy odwołanie z delegacji sędziego Juszczyszyna, który zastosował się do wyroku TSUE. „To propaganda. Sędzia musi sprawdzać, czy sąd niższej instancji był właściwie obsadzony” – mówi prof. Marcin Matczak

„Minister Sprawiedliwości, korzystając z przysługujących mu uprawnień, odwołał z delegacji do Sądu Okręgowego w Olsztynie sędziego Sądu Rejonowego w Olsztynie Pana Pawła Juszczyszyna” – czytamy w komunikacie na stronie resortu we wtorek 26 listopada 2019.

Jako pierwsi napisaliśmy, że odważny sędzia, który zastosował się do wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada, będzie musiał wrócić na niższe stanowisko w Sądzie Rejonowym. Ministerstwo sprawiedliwości poinformowało o tym w poniedziałek 25 listopada, faksem. Nie podało powodu, a jedynie podstawę prawną.

W środę 27 listopada w Olsztynie odbyła się pierwsza demonstracja w obronie sędziego. Kolejne, w całej Polsce, zaplanowane są na niedzielę, 1 grudnia. OKO.press będzie relacjonowało przebieg manifestacji w Warszawie pod budynkiem ministerstwa sprawiedliwości o 16.00.

Tymczasem resort Zbigniewa Ziobry w oficjalnym komunikacie tłumaczy się z powodów wycofania delegacji.

„[Sędzia Juszczyszyn – red.] w toku postępowania w sposób nieuprawniony podważył on status powołanego przez Prezydenta RP sędziego. W ocenie Ministerstwa […] takie działanie stanowi niedopuszczalną ingerencję w działania konstytucyjnych organów oraz prowadzić może do chaosu i anarchii. Żaden sędzia nie ma prawa oceniać statusu innego sędziego, wykorzystując do tego celu postępowanie dowodowe w konkretnej sprawie” – czytamy na stronie ministerstwa.

„To prawnicza propaganda ministerstwa sprawiedliwości” – komentuje w rozmowie z OKO.press prof. Marcin Matczak z WPiA UW.

„Sędzia sądu wyższej instancji zawsze musi sprawdzać, czy sąd niższej instancji był właściwie obsadzony. To wymóg, który obowiązywał w polskim prawie jeszcze zanim zapadł wyrok TSUE. A wyrok ten wyraźnie instruuje polski Sąd Najwyższy. Na mocy skutków tego wyroku każdy sąd w Polsce i za granicą może, a wręcz musi, oceniać sposób powołania sędziów. To wyraźna instrukcja” – dodaje.

Matczak: działanie na mocy polskiej Konstytucji

„Sędzia nie może samowolnie stawiać się ponad władzę ustawodawczą, wykonawczą i ponad Prezydenta RP. Tego typu działania nie są związane z niezawisłością sędziowską” – pisze resort Zbigniewa Ziobry.

Profesor Matczak jest zdania, że to niebezpieczny argument.

„»Samowolnie stawiać się« to szkodliwe sformułowanie. Sugeruje, że sędziowie są anarchistami, dokonują zamachu stanu. Ministerstwo wykorzystuje nieznajomość prawa opinii publicznej w tak złożonym aspekcie, jakim jest relacja prawa międzynarodowego do prawa polskiego” – tłumaczy.

I dodaje, że sędziowie stosują się do wyroku TSUE i działają na mocy polskiej Konstytucji.

„Konstytucja mówi, że prawo międzynarodowe ma pierwszeństwo przed polskimi ustawami, jeżeli nie da się z nimi pogodzić. Nie ma mowy o stawianiu się ponad władzą ustawodawczą. Sąd wykonuje wolę tej władzy. Tej, która przyjęła Konstytucję i prawo UE jako nasze wewnętrzne prawo” – podkreśla Matczak.

Ministerstwo w komunikacie próbuje zatrzeć złe wrażenie, jakie zrodziło ekspresowe odwołanie sędziego Juszczyszyna.

„Sędzia delegowany do orzekania w innym sądzie może być odwołany z delegacji w każdym czasie” – przypomina resort Ziobry.

To kuriozalne tłumaczenie, bo problemem nie jest tu brak podstawy prawnej. A fakt, że do odwołania doszło zaraz po niekorzystnej z punktu widzenia władzy decyzji sędziego, bez podania powodu.

„Kluczowe dla oceny wskazanej sytuacji jest to, że mimo odwołania z delegacji, sędzia Paweł Juszczyszyn jest zobowiązany do zakończenia wymienionej sprawy, jak też wszystkich innych przydzielonych mu spraw w Sądzie Okręgowym w Olsztynie” – tłumaczy się ministerstwo.

Fakt, że sędzia będzie mógł zakończyć przydzielane mu dotychczas sprawy, to marna pociecha.

Odważny sędzia

Historię olsztyńskiego sędziego Juszczyszyna, który niezwłocznie zastosował się do wyroku TSUE z 19 listopada, opisaliśmy w OKO.press jako pierwsi.

Sędzia postanowił samodzielnie zbadać, czy nowa KRS, której członków-sędziów po „reformie” PiS powołała w marcu 2018 roku sejmowa większość, jest gwarantem niezależnego sądownictwa.

W tym celu wnioskował do Kancelarii Sejmu o udostępnienie mu:

  • zgłoszeń oraz wykazów obywateli i wykazów sędziów popierających kandydatów na członków KRS;
  • oświadczeń obywateli lub sędziów o wycofaniu poparcia dla tych kandydatów.

Dokumenty te stanowią jeden z najlepiej strzeżonych sekretów „państwa PiS”. Choć Naczelny Sąd Administracyjny nakazał ich ujawnienie, wykonanie wyroku w lipcu 2019 wstrzymał nominowany przez partię Kaczyńskiego prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Na pomoc wezwano także TK.

Niedługo po złożeniu wniosków sędzia Juszczyszyn został odwołany z delegacji w olsztyńskim Sądzie Okręgowym. Jak mówił, spodziewał się tego. Podczas konferencji prasowej nazajutrz po odwołaniu powiedział, że prawo stron do rzetelnego procesu jest dla niego ważniejsze od jego sytuacji zawodowej.

„Sędzia nie może bać się polityków, nawet jeśli mają wpływ na jego karierę” – podkreślił.

Wyrok TSUE

Sędzia Juszczyszyn zwrócił się do Kancelarii Sejmu na podstawie przełomowego wyroku TSUE z 19 listopada.

Jak pisaliśmy w OKO.press unijny Trybunał odniósł się w nim do pytań prejudycjalnych Izby Pracy SN. Pytania dotyczyły statusu Izby Dyscyplinarnej SN, której wszystkich członków rekomendowała nowa KRS. TSUE nakazał SN samodzielnie zbadać niezależność ID i niezawisłość jej sędziów.

W tym celu podał szereg szczegółowych kryteriów. To na ich podstawie SN powinien dokonać swojej oceny.

TSUE potwierdził tym samym, że organizacja sądownictwa podlega ocenie z niewygodnego dla władz punktu widzenia: czy ma wpływ na niezależność i niezawisłość sądów. Dotyczy to także organów powołujących sędziów, czyli np. KRS.

W wyroku TSUE wymienił główne wątpliwości dotyczące statusu Rady:

  • skrócenie kadencji poprzedniego składu KRS;
  • obsadzenie aż 23 z 25 miejsc w KRS przy pomocy sił politycznych;
  • „występowanie ewentualnych nieprawidłowości, jakimi mógł zostać dotknięty proces powoływania niektórych członków KRS w nowym składzie”, czyli utajnione listy poparcia.

Zdaniem 13 organizacji broniących praworządności w Polsce – konsekwencje wyroku są jednoznaczne.

Każdy sąd powszechny i administracyjny w Polsce powinien odmówić stosowania przepisów, które skutkowałyby rozpoznaniem spraw przez sędziów nominowanych przez neo-KRS.

Tak właśnie postąpił sędzia Juszczyszyn, badając apelację w sprawie cywilnej, która trafiła do Sądu Okręgowego w Olsztynie. Chodziło o sprawę konsumencką, w której zastosowanie ma prawo UE, a sędzia który wydał wyrok w pierwszej instancji był rekomendowany przez neo-KRS.

Kaleta: „KRS lepsza niż Rada Państwa PRL”

Ale wtorkowy komunikat to nie koniec medialnej ofensywy ministerstwa sprawiedliwości. W czwartek 28 listopada rano w poranku radia TOK FM wystąpił wiceminister sprawiedliwości Sebastian Kaleta. Komentował oświadczenie Prezesa Izby Cywilnej SN wydane poprzedniego dnia.

W OKO.press podaliśmy je jako jedni z pierwszych. Prezes Dariusz Zawistowski również postanowił zastosować się do wyroku TSUE i napisał, że

do czasu orzeczenia SN na podstawie wyroku TSUE z 19 listopada, osoby rekomendowane przez neo-KRS do zarządzanej przez niego Izby nie będą wyznaczane do składów orzekających.

„Ten wyrok jest adresowany do wszystkich sądów w Polsce, […] zatem do wszystkich osób powołanych na stanowiska sędziowskie z udziałem obecnej KRS” – napisał Zawistowski.

„Pan sędzia Dariusz Zawistowski został powołany przez Radę Państwa PRL. Jego działania są bezprawne i kuriozalne” – denerwował się Sebastian Kaleta w rozmowie z Dominiką Wielowieyską.

Sędzia Zawistowski trafił do Sądu Najwyższego w 2005 roku. 30 sierpnia 2016 prezydent Andrzej Duda powołał go na stanowisko prezesa SN kierującego Izbą Cywilną.

Argumenty Kalety odpiera w rozmowie z OKO.press profesor Matczak.

„Minister Kaleta próbuje wmówić opinii publicznej, że wyrok TSUE za jedyny dowód zależności politycznej sędziów powołanych przez KRS uznaje sposób powołania KRS. A to nieprawda, to jeden z elementów. Trybunał mówi o całokształcie, także o późniejszej działalności Rady. O tym, jak ten organ się zachowuje, dlaczego nie staje w obronie sędziów. To wszystko razem decyduje o wadliwym powołaniu sędziów” – tłumaczy.

„Idąc drogą tego rozumowania, należałoby zapytać, czy pan sędzia Zawistowski obawia się Wojciecha Jaruzelskiego. Czy generał ma na niego wpływ? Czy może go zdegradować? Wytyczyć mu dyscyplinarkę? Czy Rada Państwa decyduje wciąż o awansach sędziów?

To absurd. Nawet jeżeli Rada Państwa PRL powoływała sędziów kiedyś, to nie ma żadnego wpływu na ich orzekanie dzisiaj. A neo-KRS i minister Zbigniew Ziobro ten wpływ mają. To podstawowy problem”

– podkreśla Matczak.

„Przed chwilą zakończyło się spotkanie Prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego oraz wiceprezesa PiS Mariusza Kamińskiego z prezesem Najwyższej Izby Kontroli. Władze partii wyraziły wobec prezesa Banasia oczekiwanie złożenia dymisji z zajmowanej funkcji” – napisał na Twitterze wicerzecznik PiS Radosław Fogiel.

Spotkanie odbyło się oczywiście w siedzibie PiS przy ul. Nowogrodzkiej. Jak pamiętamy,  Mariusz Kamiński to nie tylko wiceprezes partii, ale także minister spraw wewnętrznych, a przede wszystkim koordynator ds. służb specjalnych.

W internecie zawrzało. – „Jak? Taki kryształ?”; – „Czy Prezes Kaczyński wyraził oczekiwanie złożenia dymisji również wobec premiera Morawieckiego, który dopuścił do nominacji pana Banasia mimo, że urzędnicy MF i KAS ostrzegali go przed nieprawidłowościami? To dowodzi, że szef rządu nie panuje nad obsadą najważniejszych stanowisk”;

„Ale jak to? Przecież prezes Banaś jest kryształowy!”; To partia nie wiedział kogo wybiera??????? A od czego są służby w Polsce kierowane przez Kamińskiego??? Sutenerzy, kamienicę, podatki…..wszystko jest w tej sprawie co śmierdzi”; – „Jak to? Wczoraj mówił, że to kłamstwa, oszczerstwa, że nagonka…”.

Śmierdzi coraz bardziej. I to nie tylko w Polsce śmierdzi, ale jakby śmierdzi Polska. To już nie tylko smog z opalanych plastikiem i szmatami pieców. To już nie tylko nielegalne, gnijące wysypiska śmieci w lasach, to już nie tylko fekalia wylewane do rzek i jezior, przemysłowo zabijane zwierzaki, których resztki producenci w pośpiechu zakopują pod ziemią, to już nie tylko syf sprowadzany masowo z zagranicy w ramach przekrętu mafii śmieciowej (obecny rząd zezwolił na sprowadzanie gówna i chemicznych odpadów z całego świata), ale śmierdzi polityka polska.

Gdy słyszysz, że parlamentarzyści PiS w UE głosują za mordowaniem gejów w Ugandzie (tak wiem nie poprali protestu przeciwko mordowaniu, ale to przecież tak jakby popierali, bo rozumieją motywy morderców), gdy do głosu wyrywa się anemik w okularach, poseł Winniczek, dawny działacz Młodzieży Wesz-polskiej, miłośnik hitlerowskich plakatów i mówi z trybuny sejmowej, że etniczna jedność Polaków jest ważniejsza niż gospodarka, gdy czytasz te napastliwe i kłamliwe artykuły w jawnie antysemickiej Gazecie Warszawskiej, gdy widzisz te marsze z pochodniami, w których jedność tworzą jad i nienawiść i gdy dowiadujesz się, że wieszanie portretów znanych parlamentarzystów na szubienicach, to niewinny happening, to czujesz ten zgniły naziolski smród, który z premedytacją rozlano w polskie serca, którym zatruto umysły głupków, który rozlewa się po Polsce jak brudna woda w czasie powodzi.

Śmierdzi ta nasza kochana Polska. Śmierdzi coraz bardziej. I nie pomogą tańce na rurze, ani tańce z gwiazdami, ani puder, ani cukier, ani wygrana na Eurowizji, ani uśmiechnięty Kurski, ani ładna pani z „Pytania na śniadanie”. Bo ona też śmierdzi. Śmierdzi kłamstwem. Im bardziej elegancko ubrany jest Prezes z Nowogrodzkiej, im bardziej ma wyglancowane buty pan Gowin, im bardziej nerwowo uśmiecha się minister Ziobro, i im bardziej radośnie piszczy pani Holecka w „Wiadomościach”, tym bardziej to wszystko śmierdzi i szambem jedzie tak, że nawet nowoczesne maski p-gas nie pomogą.

Według katowickich śledczych, wieszanie na szubienicy portretu nielubianego polityka to… działanie artystyczne jednoczące elementy sztuk wizualnych i teatralnego spektaklu.

Zdolną mamy młodzież. Po reformie oświaty nasze pacholęta są nie do pobicia nie tylko w konkursach biograficznych o Janie Pawle II i Lechu Kaczyńskim, ale także na polu… sztuki współczesnej.

Byłe elity, rugowane systematycznie z teatrów i galerii, utrzymują wprawdzie, że nowi mecenasi od kultury zamiast Nowosielskiego, wolą Kossaka, nawiązując złośliwie do upodobań pana prezydenta, ale rzeczywistość przeczy temu na każdym kroku. Ostatnio zaprzeczyła w Katowicach.

Po dwóch latach śledztwa z udziałem licznych choć przeważnie anonimowych (RODO) ekspertów, tamtejsza prokuratura okręgowa wydała opinię w sprawie młodych patriotów, którzy powiesili na szubienicach portrety europosłów z opozycji. I się okazało, że inkryminowani „opozycjoniści” nie tylko są przewrażliwieni na punkcie swoich wizerunków, ale – choć niby tacy nowocześni i proeuropejscy – w ogóle nie znają się na sztuce współczesnej.

Zamiast docenić kreatywność i kunszt artystyczny młodych narodowców, zrobili aferę i polecieli się skarżyć do prokuratury. A było do krytyka jakiegoś zadzwonić.

Inna sprawa, że krytycy i to wszyscy, którzy liczą się w branży, należą do byłych elit, więc ich rolę, chcąc nie chcąc – musieli wziąć na siebie podwładni ministra Ziobry. Ale cóż to za problem dla młodych, prężnych prokuratorów z nadania tegoż ministra. Im żaden tam happening niestraszny. Przecież sami występują w comedii dell’arte. I czasami nawet mylą im się role.

Może się wydać trochę dziwne, że śledztwo poszło od razu w kierunku sztuki, zamiast skupić się na znacznie bardziej oczywistym wątku historycznym. Od lat narasta wszak moda na rekonstrukcje, a i sami młodzi patrioci z Katowic oświadczyli, że ich spektakl miał za temat Konfederację Targowicką.

No, ale wtedy trzeba by wytłumaczyć państwu spod szubienic, że dwa, trzy wieki temu wieszano na nich nie demokratów od Konstytucji, którzy chcieli Polskę zmodernizować i uczynić z niej normalny kraj europejski, tylko „obrońców tradycji”, co dla swoich interesów sprzymierzyli się z największym wrogiem kraju – Rosją. I że Targowica była przez wieki symbolem zdrady, jakiej wobec demokratycznych i wolnościowych dążeń światlejszej części społeczeństwa dopuścili się konserwatyści w przymierzu z Kościołem. No, niestety.

Jak widać historia nie jest najmocniejszą stroną naszych młodych patriotów, no ale co się dziwić, skoro nawet pan premier, z wykształcenia historyk, ma z tym spore problemy. Co innego sztuka współczesna. Na niej znają się wszyscy, bo tutaj bardziej od dat i faktów liczą się interpretacje. A opinię to mamy przecież na każdy temat. I takie nasze prawo!

Tak więc, to już oficjalne. Wieszanie na szubienicy portretu nielubianego polityka to… performance, czyli działanie artystyczne jednoczące elementy sztuk wizualnych i teatralnego spektaklu. A jako takie, podlega ono – zdaniem katowickiej prokuratury – ochronie nie tylko z paragrafu o swobodzie wypowiedzi, ale też kolejnego – o wolności artystycznej ekspresji. Po takim orzeczeniu tylko czekać na kolejne „działania artystyczne” młodych adeptów sztuki z obu stron sceny politycznej. Chodzi nie tylko o szubienice z portretami albo i bez. W zakresie swobody wypowiedzi mieszczą się też – jak rozumiemy – tarcze strzelnicze. Oraz nekrologi.

Brawo prokuratorzy! Dzięki wam każdy Polak wie, albo już za chwilę będzie wiedział, co to takiego „happening” i o co chodzi z tym całym „performansem”. Jeszcze nikt dotąd nie zrobił w Polsce tak wiele dla upowszechnienia sztuki współczesnej!

Prawniczy ancymonek Ziobro pozwany

3 Paźdź

– Mam nadzieję, że Mateusz Morawiecki będzie premierem przez bardzo wiele lat. Może nawet pobije Cyrankiewicza – mówił Jarosław Kaczyński.

Więcej o Kaczyńskim u Rydzyka tutaj >>>

Pozwani zostali:

  • Zbigniew Ziobro, który reprezentuje Skarb Państwa
  • były wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak
  • sędzia Jakub Iwaniec, któremu po publikacjach Onetu cofnięto delegację do MS
  • były Prezes Sądu Okręgowego w Gliwicach sędzia Arkadiusz Cichocki
  • były szef biura KRS Tomasz Szmydt
  • prezes Sądu Okręgowego w Rzeszowie i członek KRS Rafał Puchalski

Pozew został złożony przez prof. Krystiana Markiewicza, prezesa „Iustitii”, za „szerzenie zorganizowanej nienawiści wobec niego i środowiska sędziowskiego”.

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>

Profesor żąda zakazania pozwanym rozpowszechniania informacji lub twierdzeń dotyczących jego życia prywatnego oraz rozpowszechniania nieprawdziwych twierdzeń na swój temat”. Domaga się również przekazania 50 tys. zł na rzecz Fundacji Dom Sędziego Seniora oraz publikacji przeprosin w Rzeczpospolitej, Gazecie Wyborczej, TVN24, Polsat News oraz TVP Info.

– „Od miesiąca czekałem na reakcję Prokuratury i urzędów do tego powołanych. Wsłuchiwałem się w dalsze rozpowszechnianie kłamstw ze strony urzędników MS oraz kompletny brak wzięcia przez kogokolwiek odpowiedzialności za atak na mnie. Niestety, nie doczekałem się. Pozywam urząd Ministra Sprawiedliwości, zajmowany przez Zbigniewa Ziobrę, za kompletny brak nadzoru nad kierowanym przez niego urzędem” – powiedział prezes „Iustitii”.

Przypomnijmy, że w Ministerstwie Sprawiedliwości istniał ośrodek, który nadzorował i koordynował działania prześladowcze wobec sędziów, którzy sprzeciwiali się reformie sądownictwa.

Onet ujawnił, że na komunikatorze WhatsApp powstała zamknięta grupa o nazwie „Kasta”, i że tworzyli ją sędziowie, którzy w ostatnich latach skorzystali na rządowej reformie sądownictwa.

Akcja dyskredytowania prof. Krystiana Markiewicza, szefa „Iustitii” i krytyka PiS, polegała na anonimowym rozsyłaniu informacji o profesorze opartych na plotkach, pogłoskach i domysłach na temat jego życia prywatnego, w tym intymnych kontaktów z kobietami.

W wyniku ujawnionej przez Onet afery do dymisji podał się wiceminister Łukasz Piebiak, a jego bliski współpracownik – sędzia Jakub Iwaniec – został wyrzucony z resortu.

Krzysztof Brejza (KO) zapytał Ministerstwo Zdrowia o łóżka w szpitalach, które masowo znikają z oddziałów. Jak się okazuje, odpowiedź dostanie najprawdopodobniej, dopiero po najbliższych wyborach parlamentarnych.

Służba zdrowia jest jednym z najgorętszych tematów tegorocznej kampanii wyborczej. Politycy KO poświęcają temu zagadnieniu naprawdę dużo uwagi i przedstawiają wiele propozycji, które mają usprawnić poziom polskiej medycyny i lecznictwa. PiS – zdaniem opozycji – totalnie zlekceważył problemy pacjentów i pracowników służby zdrowia.

Opozycja zarzuca PiS-owi to, że zataja prawdziwą sytuację w służbie zdrowia. We wrześniu br. rząd odmówił opublikowania danych nt stanu zadłużenia szpitali. Rządzący chcą najprawdopodobniej przedłużyć termin ich przedstawienia na okres powyborczy. Spór pomiędzy PiS-em a opozycją odżył w chwili, gdy Krzysztof Brejza zapytał Ministerstwo Zdrowia o dane na temat „ogólnej liczby pacjentów i łóżek”.

Ujawniam, że w poszczególnych regionach znikają TYSIĄCE miejsc w szpitalach. Dostałem odpowiedź z Ministerstwa Zdrowia – odmawia udostępnienia liczb znikających łóżek w całej Polsce „ze względu na skalę zakresu danych”. Resort odpowie po wyborach do 15 października” – napisał na swoim Twitterze poseł, dołączając do niego zdjęcie skanu wiadomości, którą otrzymał od pracowników ministerstwa.

To nie był jedyny post zamieszczony przez polityka. „Min. Zdrowia zataja informacje o masowym likwidowaniu miejsc w szpitalach, a otrzymałem bez problemu odpowiedzi z poszczególnych województw” – napisał w kolejnym poseł Brejza. Przedstawiciel KO przedstawił ponadto statystyki, które otrzymał od poszczególnych wojewodów. Jak się okazuje, w samym tylko 2019 r. zlikwidowano 900 miejsc na Lubelszczyźnie, 653 na Opolszczyźnie i 1633 na Dolnym Śląsku.

Wiele wskazuje na to, że o służbie zdrowia będzie głośno przez jeszcze kilka najbliższych tygodni. Czy po wyborach rządzący powrócą do wcześniejszych praktyk i dalej będą lekceważyć potrzeby Polaków?

Prokurator Adam Cierpiatka z prokuratury w Stalowej Woli (który, tego jestem pewna, wkrótce awansuje) odmówił właśnie wszczęcia postępowania przeciw Jarosławowi Kaczyńskiemu za jego pełne nienawiści i pogardy słowa na temat homoseksualistów na pikniku rodzinnym w Stalowej Woli, argumentując, że podobają się one katolikom, zwłaszcza zaś „rodzinom z dziećmi”.

A pamiętam, jak śmiałam się kiedyś w komentarzu publicystycznym ze słów Tadeusza Rydzyka, że katolików prawo nie obowiązuje. Jak się okazuje – niesłusznie, bo nie były one wyrazem buty i arogancji, a przeciwnie, opartą na rzetelnej znajomości realiów, przepowiednią dla Polski.

Co konkretnie o homoseksualistach powiedział Jarosław Kaczyński? – „Są tacy, którzy chcą się wedrzeć do naszych szkół, do naszego życia, którzy chcą odebrać nasze prawa, kulturę, którzy atakują Kościół, nasze świętości. To trzeba odeprzeć”. I jeszcze:  – „Ten wędrowny teatr, aby prowokować, a potem płakać. Ta metoda musi być zdemaskowana i odrzucona. (…) Trzeba twardo odpowiadać na prowokacje. Nie pozwolimy na to, by polska rodzina została rozbita, a polskie dzieci od przedszkola demoralizowane. To w Polsce się nie uda, obronimy Polskę”.

Kaczyński przywołał też w swojej przemowie jako autorytet w sprawach moralnych abp Jędraszewskiego, którego fundacja Nie Lękajcie Się umieściła na niechlubnej liście biskupów chroniących księży pedofilów i który zwolnił ostatnio z pracy, rażąco łamiąc przepisy prawa pracy, niezamężne kobiety (kuria potwierdziła to w oświadczeniu, które wycofała i złagodziła dopiero po kilku dniach, pod wpływem oburzenia opinii publicznej) i który nazywa osoby homoseksualne i poglądy, które głoszą, ofensywą tęczowej zarazy.

O tym, że Kaczyński mógł popełnić przestępstwo prokuraturę zawiadomił Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. W  odpowiedzi na to właśnie doniesienie prokurator Cierpiatka odmówił wszczęcia dochodzenia, informując tym samym obywateli, że w Polsce katolicyzm stoi ponad prawem.

Mało tego – nie tylko odmówił wszczęcia postępowania w tej sprawie, ale jeszcze, gdy Ośrodek złożył na tę decyzję zażalenie, odmówił przyjęcia go, tłumacząc, że OMZRiK nie jest organizacją społeczną, choć oczywiście jest!

W Polsce są trzy ustawy bezpośrednio lub pośrednio zakazujące mowy nienawiści wobec homoseksualistów: Konstytucja RP, ustawa o wdrożeniu niektórych przepisów UE z zakresie równego traktowania i ustawa z 15 lipca 1987 roku o RPO. Obowiązuje nas – jako członka UE – także szereg europejskich aktów prawnych, jak zalecenie CM/Rec(2010)5 Komitetu Ministrów dla Państw Członkowskich w zakresie środków zwalczania dyskryminacji opartej na orientacji seksualnej lub tożsamości płciowej (przyjęte przez Komitet Ministrów dnia 31 marca 2010 roku na 1081 posiedzeniu zastępców ministrów), zasady Yogyakarty (Yogyacarta Principles) – deklaracja praw osób LGBT, czy Rezolucja Parlamentu Europejskiego z dnia 14 marca 2013 r. w sprawie zaostrzenia walki z rasizmem, ksenofobią i przestępstwami popełnianymi z nienawiści. Mimo to prokurator Cierpiatka nie zechciał, choć ma taki obowiązek, choćby przyjrzeć się sprawie.

Pisałam kiedyś o tym, że moim zdaniem ponowny wybór PiS skończy się zaprowadzeniem w Polsce katolicko-narodowej dyktatury i niezmiernie mi przykro, że ta prognoza zdaje się potwierdzać. Jest to jeden z tych niewielu przypadków, kiedy człowiek bardzo chciałby się pomylić.

Paralityk Kaczyński i paraliż państwa

2 Paźdź

Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych zawiadomił prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa ze względu na to, że… homofobiczne słowa polityka miały podobać się zgromadzonym na wiecu osobom.

Lider PiS obraził homoseksualistów podczas wystąpienia na Pikniku Rodzinnym w Stalowej Woli. Kaczyński dziękował arcybiskupowi Jędraszewskiemu (autorowi słów o „tęczowej zarazie”) i ostro atakował środowiska LGBT. Zdaniem prokuratury Kaczyński nie popełnił jednak przestępstwa. Pracownicy OMZRiK więcej o sprawie napisali na oficjalnym profilu organizacji na Facebooku.

Czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy. Prokurator odmawia ścigania Jarosława Kaczyńskiego przy pomocy kruczków prawnych, argumentując to tym, że nie będzie ścigał przestępstwa, bo podobało się wielu osobom, które były świadkami jego popełnienia” – napisano w social mediach Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych.

Jak się okazuje, prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa, nawet gdy OMZRiK odwołał się od jej decyzji. „Prokuratura odmówiła wszczęcia dochodzenia, a gdy się odwołaliśmy, odmówiła również przyjęcia zażalenia twierdząc, że Ośrodek nie jest instytucją społeczną, którą naturalnie jest”.

To jednak nie koniec tej kuriozalnej sytuacji. Okazuje się, że – zdaniem prokuratury – homofobiczne opinie Kaczyńskiego podobały się… katolikom, a nawet tysiącom rodzin z dziećmi. „Jednak to, co najbardziej bulwersuje w dokumencie przesłanym nam przez prokuratora Adama Cierpiatkę to końcowe uzasadnienie, w którym funkcjonariusz twierdzi, że nie zamierza ściągać sprawcy, bo czyny karalne, które popełnił, podobały się katolikom, a konkretnie tysiącom rodzin z dziećmi” – poinformowała antyrasistowska organizacja.

Aktywiści Ośrodka są mocno zaniepokojeni ostatnimi poczynaniami prokuratury i PiS-owskiego państwa. Przestrzegają nawet przed narodzinami w Polsce dyktatury o prawicowym charakterze. „Proszę Państwa na naszych oczach rodzi się reżim totalitarny” – przestrzega w swoim oświadczeniu stowarzyszenie.

Zaniepokojeni decyzją prokuratury są również internauci. „Nie mamy tego płaszcza i co nam pan zrobisz? Bareja przewraca się w grobie. Kto jeszcze będzie darł japę, że daleko nam do dyktatury?”, „Czyli jak na koncercie deathmetalowym artysta podrze Biblię, to od dzisiaj prokuratura nie będzie wszczynać postępowania, bo czyn podobał się zgromadzonej tam publiczności? Prokuratura pisowska ma iście moralność Kalego” – to tylko niektóre komentarze oburzonych użytkowników sieci.

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>

Program Koalicji Obywatelskiej >>>

W obliczu końca pierwszej kadencji rządu sformowanego przez Prawo i Sprawiedliwość oraz wobec tego, co ten rząd uczynił z polskim systemem politycznym, mając na względzie niebezpieczny i głęboki podział społeczny, który powstał wskutek polityki prowadzonej przez tę władzę w sposób świadomy i konsekwentny, wobec tego, co wydarzyło się w latach 2015 – 2019, ośmielę się twierdzić, że poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości nie jest „poglądem politycznym”.

Poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości i oddawanie swojego głosu na to ugrupowanie jest świadomą, nieodpowiedzialną i w swojej istocie głęboko antydemokratyczną postawą poparcia dla ludzi, którzy w celu zdobycia i utrzymania się przy władzy gotowi są pozakonstytucyjnie, w sposób bezprawny i poza proceduralny zmieniać legalnie ustanowiony ustrój państwa, z ustroju demokracji liberalnej z trójpodziałem władzy jako naczelną zasadą jej sprawowania, na fundamentalistyczne państwo wyznaniowe z katolicyzmem jako religią panującą oraz faszystowskim modelem państwa ze wszystkimi atrybutami tego rozwiązania systemowego to znaczy z wszechogarniającą kontrolą wszystkich dziedzin życia społecznego, policyjnym charakterem państwa, przemocą sankcjonowaną przez władzę i dokonywaną w „obliczu prawa” i „zgodnie z prawem” oraz z nową elitą tej władzy złożoną z ludzi posłusznych i oddanych, którzy swoje błyskawiczne kariery zawdzięczają lub zawdzięczać będą wyłącznie tej władzy w oderwaniu od swoich faktycznych kompetencji formalnych oraz postaw etycznych.

Dla oburzonych moim „niesprawiedliwym” potraktowaniem wyborców oddających swoje głosy na Prawo i Sprawiedliwość wyjaśniam, że według mnie taka decyzja jest wynikiem ignorancji i braku znajomości historii Europy i Świata przynajmniej w zakresie ostatnich osiemdziesięciu lat. Ponieważ podobne sytuacje miały już miejsce, a ogólnonarodowe wzmożenia, nacjonalizmy i religijny fundamentalizm sprowadzał już pasma nieszczęść i „tragiczne końce” na obywateli takich państw jak Niemcy, Włochy, Hiszpania, Chile czy Argentyna. Natomiast totalitaryzm w ogólności wyrządził niepowetowane szkody w takich państwach jak Związek Radziecki, Węgry, Rumunia, Czechosłowacja, Bułgaria, Albania, Jugosławia, NRD i w końcu Polska Rzeczpospolita Ludowa.

Jeżeli ktoś tego nie dostrzega lub relatywizuje tamte wydarzenia i ich konsekwencje wciąż popierając antydemokratyczne, kato-faszystowskie ugrupowanie polityczne w imię budowania „dobrej zmiany” to informuję, że to się skończy w sposób, który doskonale znamy, to znaczy: głębokim kryzysem ekonomicznym, gigantycznym zadłużeniem państwa, destabilizacją polityczną, której konsekwencje mogą być krytyczne, a wynikające z niej konflikty mogą mieć charakter międzynarodowy i zbrojny, a rozpad więzi społecznych spowoduje, że ponowne powstanie „społeczeństwa” w miejsce jego zredukowanej wersji tj. „ludności”, zajmie dziesięciolecia.

Ja sobie zdaję sprawę, że ten walec już się toczy, ale trzeba mówić głośno i bez politycznej poprawności, po czym ten walec sunie i że winni jego działania będą wszyscy ci, którzy w październiku nie powiedzą: Stop!

To nie jest ordynarna agitacja polityczna. To kategoryczna odmowa uznania czyichś wyborów za „pogląd polityczny” oraz nazwanie takiej postawy współsprawstwem. To, co się właśnie w Polsce wydarza, to jest, Szanowni Państwo, doskonały przykład tego, do czego prowadzi brak wiedzy, brak znajomości historii oraz zaniedbania w tym zakresie, do których doszło w okresie ostatnich trzydziestu lat. Tylko że kiedy już wyborcy Prawa i Sprawiedliwości obudzą się z pustą lodówką i z ręką w nocniku, na refleksję i płaczliwe „skąd mogliśmy wiedzieć” będzie już za późno.

Z podręczników do historii – mogliście wiedzieć. Z podręczników do historii. Po prostu.

Przerażające jest to, z jaką łatwością rządząca partia wyłącza kolejne bezpieczniki, które zostały przewidziane w ustawie zasadniczej, by żaden obóz nie mógł rządzić niepodzielnie i na własną modłę. Niestety od czterech lat byliśmy świadkami totalnego demontażu i atrapizacji takich organów jak Trybunał Konstytucyjny, prokuratura, policja, służby specjalne, sądy, czy media publiczne, razem z nadzorującą ich misję publiczną Krajową Radą Radiofonii i Telewizji. Właśnie staliśmy się świadkami demontażu ostatniej instytucji kontroli państwowej, jaką jest Najwyższa Izba Kontroli, dzięki której w ostatnich latach poznaliśmy multum przypadków niegospodarności czy ordynarnych wręcz wałków na publicznej kasie. Dziś widać, że działalność instytucji kierowanej do końca sierpnia przez Krzysztofa Kwiatkowskiego partii Jarosława Kaczyńskiego była niewygodna.

Jak donosi dzisiejsza “Rzeczpospolita”, po zaskakującej i niezgodnej z ustawą o NIK czystce w kierownictwie Izby i powołaniu w miejsce trzech wiceprezesów tylko jednego, w osobie mało znanej i niewiele znaczącej w strukturach Małgorzaty Motylow, NIK została sparaliżowana. Powód jest kuriozalny – jedyna wiceprezes Izby nie ma dostępu do dokumentów o klauzuli “ściśle tajne”, a to uniemożliwia jej zapoznanie się z szeregiem ważnych, oczekujących na podpis raportów, a tym samym ich zakończenie. Jak pisze dziennik, nawet jeśli teraz wiceprezes złoży wniosek, to na decyzję będzie musiała poczekać.

– Postępowanie powinno być ukończone w ciągu trzech miesięcy, ale to termin instrukcyjny – mówi osoba ze służb. Brak certyfikatu „ściśle tajne” może spowodować paraliż pracy w NIK. – Wiceprezes nie będzie mogła podpisać protokołów objętych klauzulą, nie będzie więc można zakończyć niektórych kontroli – twierdzą nasi rozmówcy. – Dziś nie ma żadnego członka kierownictwa NIK, który mógłby ją w tym zastąpić.

Tym samym nie ma cienia ryzyka, by jeszcze przed wyborami pokazały się miażdżące dla PiS raporty z kontroli, a i przyszły ich los jest niewiadomy.

Buraki z PiS chcą z Polski zrobić pole buraczane

1 Czer

#Jaki postanowił wytoczyć wojnę facebookowej stronie „Sok z Buraka”. Poinformował, że złożył donos do prokuratury. Odpowiedź twórców „Soku z Buraka” . #JakiWstyd

Twierdzę tak od jakiegoś czasu, że albo PiS zostanie odsunięty od władzy w 2019 roku, albo nigdy – mówi dr hab. Marek Migalski, politolog. A jeśli jesienią wygra? – Zapewni sobie w 2023 roku większość konstytucyjną. Zmieni prawo, media, konstytucję, prawo wyborcze, prawo o partiach politycznych, całkowicie wymieni warunki konkurencji gospodarczej, zoligarchizuje nasz system ekonomiczny, preferując tylko tych graczy, którzy będą się układali z władzą – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Od kilku dni trwają spekulacje, kto zajmie miejsca ministrów, którzy zdobyli mandat europosła. Do Brukseli odchodzą jedni z najpopularniejszych polityków partii rządzącej. Czy to były lokomotywy, czy Jarosław Kaczyński chciał się pozbyć najpopularniejszych polityków? Wiemy, że nie lubi, jak ktoś staje się zbyt popularny – casus zamiany Beaty Szydło na Mateusza Morawieckiego. 

MAREK MIGALSKI: Myślę, że jednak chodziło o to, aby popularni politycy ciągnęli listy i zdobywali głosy. Te wybory zdecydowanie zbudowały Beatę Szydło, bo pokazała w nich, że jest bardzo popularnym politykiem obozu władzy. Gdyby nie bardzo dobry wynik Patryka Jakiego, który zdobył ponad 200 tys. głosów, to prawdopodobnie Beata Szydło zdobyłaby nie ponad 500 tys., a 700 tys. głosów. Wyjazd może jej także pomóc z innego względu. Beata Szydło była ministrem ds. społecznych, który nic nie robił, i co gorsza – była odpytywana z tego nicnierobienia. W PE może zbudować sobie własne, nowe narzędzie, będzie miała do tego forum i ludzi, zatem

jeśli planem Jarosława Kaczyńskiego było pozbycie się Beaty Szydło, to wysłanie jej do Brukseli było najgorszym pomysłem.

Zawsze mówi się, że wyjazd do Brukseli to zesłanie, dobra emerytura. Czy Beata Szydło, nieznająca nawet języka angielskiego, może tam cokolwiek osiągnąć?
Ja nie mam takiego wrażenia w przypadku polskich polityków, że to emerytura. Rzeczywiście tak jest w przypadku europosłów z krajów zachodnich, dla których to raczej stabilna i bezpieczna praca i tam wyjeżdża raczej drugi lub trzeci garnitur, ale w Polsce tak nie było, może poza wyborami 2004 roku. Teraz na pewno ci politycy nie znikną nam z oczu i nie zapomnimy o Joachimie Brudzińskim czy Patryku Jakim.

Czy polska delegacja do PE będzie potrafiła dobrze zabiegać o sprawy naszego kraju?
To zależy, o kim mówimy, bo są tam politycy bardzo dobrze odnajdujący się w sprawach europejskich i strukturze UE, jak Danuta Huebner, Jan Olbrycht czy Jacek Saryusz-Wolski, ale nie ma co ukrywać, że znaleźli się też tam ludzie, którzy nie mają pojęcia i umiejętności, a nawet nie mówią po angielsku, jak Beata Kempa. Dla nich to będzie po prostu drogi, w sensie zarobków, staż. Prawdą jest też, że obecność największej grupy europosłów, czyli z PiS, bo jest ich aż 27, w jakimś sensie będzie zmarnowana, bo przyłączą się do EKR lub innej grupy eurosceptyków, która będzie miała nikłe znaczenie w PE. Ze wszystkich szacunków, które teraz są, wynika, że EKR będzie piątą siłą w PE i znajdzie się na marginesie. Władzę utrzyma sojusz chadeków z socjalistami, prawdopodobnie wzmocniony przez liberałów lub Zielonych. Tak czy inaczej, w tej układance nie ma miejsca dla EKR, zatem większość polskich europosłów znajdzie się w grupie, która nie będzie miała znaczenia.

Można powiedzieć, że paradoksalnie 22 europosłów KE i 3 Wiosny może mieć większy wpływ na to, co będzie się działo w PE.

6 proc. dla Wiosny. To koniec partii Biedronia?
To zależy od jego strategii. Ten wynik jest rzeczywiście mocno rozczarowujący i te entuzjastyczne okrzyki Roberta Biedronia na wieczorze wyborczym były dobrą miną do złej gry, co zresztą podpowiada każdy podręcznik marketingu politycznego. Na pewno sam Biedroń rozumie, że taki wynik jest dla niego rozczarowujący i jeśli nic nie zrobi, to na jesieni jego partia przegra, pójdzie pod wodę, czyli poniżej 5 proc. Jeżeli będzie chciał utopić swoją partię, to zostanie w europarlamencie, wystawi jakąś listę w wyborach październikowych, przeprowadzi minimalną kampanię i otrzyma 3 proc., czyli tylko tyle, aby otrzymać subwencję wyborczą. Natomiast jeśli Biedroń się jeszcze nie zmęczył polityką, to musi wymyślić Wiosnę na nowo lub zbudować wokół niej sojusz sił progresywnych, które dadzą nowy impuls, żeby ludzie o takich poglądach poszli jesienią na wybory. Sama Wiosna nie wystarczy.

Przy frekwencji wyjątkowo wysokiej, jak na wybory do PE – 45 proc. – PiS osiągnął 45 proc. poparcia. W wyborach październikowych prawdopodobnie frekwencja będzie jeszcze wyższa. Czy PiS zrobi lepszy wynik, czy osiągnął maksimum?
Powiem żartobliwie, że jeśli PiS osiągnął przy frekwencji 45 proc. wynik 45 proc. poparcia, to przy 60-proc. frekwencji powinien osiągnąć 60 proc. To w połowie żart, ale w połowie prawda. Oczywiście PiS nie dostanie 60 proc. poparcia, ale uważam, że zwiększenie frekwencji na jesieni będzie jeszcze bardziej służyło PiS. Jeżeli zadamy sobie pytanie, kto nie poszedł na wybory 26 maja, a kto pójdzie na wybory jesienią, to są to potencjalni wyborcy PiS-u. To będą ci, którzy pójdą, aby obronić zdobycze socjalne, które dostali od PiS: 500 Plus, trzynastą emeryturę, obniżenie wieku emerytalnego i wszystkie inne rzeczy, które dla miliona Polaków oznaczają awans cywilizacyjny. Oni wiedzieli, że mogą odpuścić sobie wybory europejskie, bo w nich nie chodziło o to, czy te socjalne świadczenia będą dalej wypłacane. Ale

na jesieni PiS zrobi wszystko, aby przedstawić wybory jako starcie w sprawie 500 Plus. Jeżeli przekona wyborców, że tylko kontynuacja rządów jest gwarancją wypłacania świadczeń socjalnych, wygra.

Moim zdaniem wszystko wskazuje na to, że PiS jest skazany na sukces, a Koalicja jest w dziś w takiej sytuacji, że nic nie wskazuje na to, aby mogła przedstawić spójny program i ciekawą strategię na jesień. Obawiam się, że jeżeli nic się nie zmieni, to opozycja zostanie dobita na jesieni przez PiS.

Czeka nas wtedy scenariusz węgierski?
Tak, czyli następne 4 lata, w trakcie których PiS całkowicie zmieni reguły gry i zapewni sobie w 2023 roku większość konstytucyjną. Zmieni prawo, media, konstytucję, prawo wyborcze, prawo o partiach politycznych, całkowicie wymieni warunki konkurencji gospodarczej, zoligarchizuje nasz system ekonomiczny, preferując tylko tych graczy, którzy będą się układali z władzą. Twierdzę tak od jakiegoś czasu, że albo PiS zostanie odsunięty od władzy 2019 roku, albo nigdy.

Jarosław Kaczyński zostanie premierem za Mateusza Morawieckiego?
Nie sądzę, bo Jarosław Kaczyński tak fantastycznie czuje się w roli naczelnika państwa, że nie będzie chciał psuć sobie zabawy, wypełniając ciężkie obowiązki premiera. Natomiast ta rekonstrukcja rządu jest kolejnym atutem w rekach PiS-u, bo popularnych polityków będzie można zastąpić jeszcze bardziej popularnymi.

Zaraz nastąpi wymiana, będą nowi ministrowie, spektakl będzie trwał i skupiał uwagę opinii publicznej na rządzie i odwracał uwagę od tego, co 4 czerwca powie Donald Tusk. Władza ma takie narzędzia do tego i będzie z nich korzystać, zresztą zawsze to robiła.

W ten sposób wejdziemy w okres wakacji; z nowym zrekonstruowanym rządem i pogubioną opozycją.

Ale po wakacjach zaczną się kłopoty. Protest nauczycieli, prawdopodobnie także lekarzy rezydentów, wzrosną ceny prądu. To może zaszkodzić rządzącym?
To może zaszkodzić, chociaż złamanie strajku nauczycieli pokazało, że rząd sobie radzi z takimi problemami. Wydawało się, że strajk tak pokaźnej grupy zawodowej jak nauczyciele musi negatywnie odbić się na poparciu dla rządu, a tak się nie stało. Oczywiście dla obozu władzy nigdy nie jest dobrze, jak kraj ogarnia fala strajków, ale PiS-owi udaje się bardzo sprytnie tak kierować niechęć opinii publicznej i napuszczać jedne grupy społeczne na drugie, że może się okazać, że i te protesty jesienne nie zaszkodzą PiS-owi.

Co powinna zrobić opozycja?
W moim przekonaniu PiS jest nie do pokonania, ale to nie znaczy, że opozycja jest na przegranym. Zadaniem opozycji na jesieni nie jest skonstruowanie i doklejanie do KE kolejnych bytów, żeby pokonać PiS. Opozycja powinna pójść w takiej konstrukcji, żeby uniemożliwić PiS-owi zdobycie więcej niż 231 mandatów. I to jest do zrobienia pod warunkiem, że każdy pójdzie po swój elektorat. Nawet przy systemie D’Hondta to się może udać, tak jak udało się opozycji w 2007 roku, kiedy PO dostała 42 proc. poparcia społecznego, ale to się nie przełożyło na większość bezwzględną, czyli na 231 mandatów.

To jest nadzieja opozycji; nie pokonanie PiS-u, ale obniżenie wyniku PiS-u tak, aby można było skonstruować rząd antypisowski w oparciu o kilku posłów. To oznacza idealne rozegranie meczu opozycji między sobą, aby wspólna liczba mandatów była wyższa, niż zwycięskiego PiS, i aby po wyborach mogła stworzyć rząd koalicyjny.

Tylko musiałaby wtedy też mieć Senat, gdzie – w przeciwieństwie do Sejmu – jest ordynacja większościowa.
Tak, ale to też jest do zrobienia. Tam opłaca się jednolita lista opozycyjna, gdzie w każdym ze 100 okręgów jest jeden kandydat opozycji. Wówczas jest możliwe, że opozycja zgarnie 51 mandatów. Do Sejmu idą komitety partyjne, a do Senatu w każdym z okręgów rejestruje się np. komitet „zjednoczona opozycja”.

Z kupionym zwycięstwem PiS jest jak z kupionym prawem jazdy, które doprowadzi do katastrofy

28 Maj

Patryk Jaki zapowiedział w TVP info, co niebawem zrobi prokuratura z internetowymi stronami, na których kwitnie satyra z PiS i jego polityków.

Minister jest przekonany, że przeciwnicy PiS wciąż mają przewagę w mediach i dodał, że są też „nowe przewagi w mediach społecznościowych”. – Instytucjonalne przewagi, nieuczciwe, uważam. To nielegalne finansowanie kampanii wyborczej, prokuratura się za to naprawdę weźmie – zapowiedział w rozmowie z Magdaleną Ogórek, dziwnie „zapominając” o działalności TVP (w tym programu, w którym gościł) i „instytucjonalnej przewagi” rządu, w którym zasiada.

„Ja też już sobie obiecałem, że po kampanii weźmiemy się za takie rzeczy jak „Sok z Buraka”. To się teraz skończy. Ja chwilę odpocznę i się tym naprawdę zajmę” – zapowiedział.

Czyżby zdecydowane zwycięstwo Zjednoczonej Prawicy dawało zdaniem wiceministra sprawiedliwości mandat, by ukrócić „nieprawomyślną działalność”?

„Budowanie, a nie rozbijanie jest wartością; gdybyście mieli się podzielić, to zastanówcie się trzy razy, czy na pewno podzieleni macie pomysł na zwycięstwo. Nie warto marnować tego wielkiego wysiłku. Nawet, jak z moimi dziećmi rozmawiam, to nie jest łatwo dokonać wyboru koalicji, w której jest tyle odcieni i pomysłów na Polskę. Trzeba uszanować determinację, wolę i odwagę tych milionów ludzi głosujących na tę Koalicję. Byłbym ostrożny na miejscu ich liderów przed podjęciem kroków” – powiedział dziennikarzom w Brukseli przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk.

„Moją pierwszą radą do polityków w Polsce, szczególnie opozycyjnych, jest to, by starali się o sobie mówić pozytywnie. Zrobili wielki wysiłek. Nie ma miejsca na euforię, ale wykonali kawał dobrej roboty. To, co jest niezbędne, by myśleć o zwycięstwie, to szukanie ludzi nie tylko w dużych miastach i partiach, ale wyjść daleko szerzej” – stwierdził były polski premier.

Analizował też powody wygranej PiS. – Wynik KE jest wysoki, wyższy niż wskazywały na to badania, natomiast wynik PiS-u jest wyraźnie lepszy niż można było się spodziewać. Obóz rządzący bardzo skutecznie użył narzędzi przekonywania Polaków: polityka socjalna, czasem wręcz takie bezpośrednie prezenty tuż przed wyborami. Dzisiaj sytuacja gospodarcza pozwala na taką politykę, a PiS korzysta z tego pełnymi garściami. Opozycja nie ma na to szans, nie ma tych narzędzi ani mediów publicznych. Media publiczne to ukierunkowana i agresywna propaganda rządowa” – stwierdził Tusk.

Skomentował też głosy polityków PiS na swój temat, o czym w artykule „Beata Szydło: „Czas Donalda Tuska w polskiej polityce się skończył”. – „Sygnały ze strony PiS, że „już po Tusku”, traktuję jako mało elegancki, ale wciąż komplement, że mają ze mną problem” – stwierdził. Zapytany o plany na przyszłość, Tusk odparł: – „Jestem absolutnie przekonany, że wielu Polaków ma jakieś oczekiwania, jeśli chodzi o moją aktywność. Kalendarz jest dość precyzyjny. Moja kadencja dobiega końca po wyborach parlamentarnych – to określa moją rolę w tych wydarzeniach. Nie będę się narzucał z rolą czy radą, jeśli ktoś uzna, że nie jestem pomocny”.

W skali kontynentu pisopodobni przegrali. PiS w Polsce w zasadzie nie wygrał, tylko zwycięstwo kupił. Ich wygrana jest tyle warte co kupione prawo jazdy czy matura.

Będą rządzić w Parlamencie Europejskim ze swoimi niemymi w większości kukłami? Tak jak do tej pory. Stronie demokratycznej udało się wprowadzić kilka wspaniałych osób. Co zdziałają? Same nic, ale w sojuszu z innymi progresywnymi partiami w Europie sporo.

Musimy mieć świadomość, że wyniki wyborów pokazują, że jesteśmy odległą europejską prowincją, która w większości ciągle ma problem ze zrozumieniem swojej sytuacji i woli głosować na mity o własnej potędze niż tę potęgę współtworzyć razem z resztą naszego kontynentu.

Dziś wygrała w Polsce korupcja, pedofilia i głęboka wiara w kościół. Wygrała także obywatelskość, wiara w postęp, Polskę i jej mieszkańców. Nawet jeśli te siły postępowe zdobyły mniej mandatów, to udało im się wprowadzić do Europarlamentu ludzi mądrzejszych, którzy będą gwarantować, że przetrwamy do wyborów, po których będziemy mogli rozliczyć kaczystów z tego, co Polsce zrobili.

Po politycznym i ekonomicznym przyłączeniu Polski do Unii pozostaje nam zadanie najważniejsze. Musimy przystąpić do Unii Europejskiej mentalnie. To prawdopodobnie najtrudniejsze zadanie, ale osiągniemy to z takimi Postaciami jak europosłowie KE i Wiosny, którzy będą reprezentować Polaków w Brukseli i pomimo pisowskich europosłów, którzy w stolicy zjednoczonej Europy reprezentują partię braci Kaczyńskich.

Europejczykiem nie jest się dlatego, że się mieszka w Europie, ani dlatego, że ma się konto w euro. Europejczykiem jest się dlatego, że chce się nim być.

W 1992 r. wyrokiem Sądu Najwyższego Amerykanie znieśli ciszę wyborczą, bo uznali, że narusza gwarantowaną w konstytucji wolność słowa i swobodę wypowiedzi. Rok wcześniej cisza wyborcza wprowadzona została w Polsce. Służyć miała niczym niezmąconej refleksji nad właściwym wyborem najlepszych kandydatów. Gdyby ten cel był naprawdę realizowany, optowałbym za tygodniowym, albo i miesięcznym zakazem wyborczej agitacji.

Niemal każdy Polak pytany, jaki powinien być kandydat do Europarlamentu, odpowie bez wahania, że musi być wykształcony, znający zachodnie języki, lojalny wobec swoich wyborców, oraz na tyle kulturalny i przyzwoity, żeby już więcej nie kompromitował nas chamskimi wypowiedziami, pijackimi ekscesami czy przekrętami w obliczaniu diet i kosztów podróży. Takich ludzi chcemy widzieć w Brukseli przed wyborami. Ale potem dostajemy do ręki arkusz wyborczy i wielu zakreśla krzyżykiem nazwisko kogoś, o kim doskonale wie, że wykształcenie ma bardzo średnie, w języku obcym potrafi najwyżej kupić paczkę Marlboro, lojalny jest wyłącznie wobec kierownictwa swojej partii, a jego moralne kwalifikacje charakteryzują liczne przypadki naginania faktów, wciskania ciemnoty i odwracania kota ogonem.

Odpytywani podczas kampanii o znajomość języków obcych odpowiadają najczęściej, że radzą sobie nieźle, albo że właśnie odświeżają sobie język, lub że akurat kończą intensywny kurs. W praktyce większość kandydatów jedynie „słyszało wiele dobrego” o angielskim, francuskim, czy niemieckim. Fatalnie wypadł sprawdzian znajomości języków obcych przeprowadzony wśród kandydatów do Europarlamentu przez radio RMF.  Spośród kilkunastu regionalnych kandydatów odpytanych przez „Gazetę Lubuską” tylko jeden władał angielskim w stopniu umożliwiającym konwersację. „Gazecie Pomorskiej” udało się znaleźć na swoim terenie raptem dwóch kandydatów władających językiem zachodnim. Nie lepiej było w innych regionach, może poza Warszawą i kilkoma dużymi miastami. Ale kwalifikacje językowe to ani jedyny ani najważniejszy problem polskiej reprezentacji w UE.

Obok ludzi wybitnych, polityków zasłużonych dla Polski i doświadczonych w międzynarodowych relacjach, reprezentować nas będą w Brukseli także funkcjonariusze partyjni, wysłani tam zarówno w nagrodę za dotychczasowe zasługi, jak i wypchnięci na boczny tor, przesunięci z państwowych stanowisk, gdzie narobili szkód, do których wstyd się teraz przyznać.  Oni czują się jak ambasadorzy delegowani do obcego kraju, którzy wobec tamtejszych władz reprezentować muszą nasze polskie interesy, sprzeczne z unijnymi. I niestety – będą się bardziej rzucać w oczy, niż ci, dla których tamtejsze władze są jak najbardziej tutejsze, dla których jest oczywistością, ze rozbudowanie i wzmacnianie wspólnoty europejskiej to jak najbardziej polski interes.

Nasi unijni przyjaciele nie zobaczą jednolitej polskiej reprezentacji gotowej do pracy nad realizacją wspólnych europejskich celów. Nie zobaczą, bo poprzedzać ją będzie chmara harcowników wywijających szabelkami, wykrzykujących niezrozumiałe hasła i zrozumiałe epitety. Są wśród nich ochotnicy – misjonarze, gotowi „rechrystianizować” Europę, czyli zapewne przyklejać trony do ołtarzy, walczyć o dotacje i przywileje dla wyłącznie katolickiego Kościoła i chronić jego hierarchów.  Są detaliści, którzy poszli do Brukseli po proszek do prania, który powinien być taki sam jak u nas, i są pragmatyczni hurtownicy, którzy wiedzą, że unijne dotacje dla Polski kiedyś się skończą, więc póki co trzeba brać, ile się da, albo jeszcze więcej, nawet kosztem innych, biedniejszych krajów, bo to się Polsce po prostu należy.  Żaden z nich nie chce i nie potrafi rozmawiać w sposób cywilizowany i przyjazny, bo ich formacja zmilitaryzowała słownik, umundurowała go i wysłała na wojnę z wrogami zaczajonymi na nas w Brukseli. Chcieliby Unii krytej gontem, podobnej do Polski z ich marzeń: siermiężnej, zapyziałej, zamieszkałej przez lud ciemny, prosty i posłuszny.  Ludzie, którzy nie potrafią żyć swoim życiem, więc żyją cudzym, będą w imieniu Polski formułować tezy rodem z naszego ciemnogrodu. W imię swoich wartości włazić będą do cudzych głów, a w trosce o wypaczoną moralność – do europejskich sypialni i dziecięcych pokoi.

Świat pełen jest ludzi nawiedzonych, zawodowych zbawiaczy, ogarniętych swoją misją lub manią. Wśród europarlamentarzystów wszystkich krajów znaleźć można ludzi o krańcowych poglądach. Ale nie mam wątpliwości, że wśród polskich kandydatów wystąpiła zdecydowana nadreprezentacja politycznej ekstremy. Tej, która pcha się do Unii tylko po to, by ją opluwać i szkalować, a w końcu zdemolować – za unijne pieniądze, rzecz jasna. Wśród polskich kandydatów szczególnie donośnie rozbrzmiewały deklaracje, że oto idziemy do Brukseli po to, by Unię wykiwać, oszukać, wykorzystać, albo przechytrzyć.

Powyższe refleksje naszły mnie podczas głębokiej ciszy wyborczej, gdzie w ukryciu pisałem niniejszy felieton. Nie sugeruję w nim, kto wygra wybory, bo nie mam miliona na grzywnę. Nie optuję za żadnym ugrupowaniem ani nie wymieniam nazwy żadnej partii, bo nie mam nawet 5 tysięcy na zbyciu.  To tylko, zgodna z intencją ustawodawcy, niczym niezmącona refleksja nad właściwym wyborem najlepszych kandydatów. Dopowiedziałbym tylko, że Europejczykiem nie jest się dlatego, że się mieszka w Europie, ani dlatego, że ma się konto w euro. Europejczykiem jest się dlatego, że chce się nim być. Ja na przykład chcę.

Morawiecki, zawodowy kłamca, na imię mu Faryzeusz

11 Gru

Pierwszy taki sondaż.

Według sondażu IBRIS dla dziennika „Rzeczpospolita” w wyborach do Parlamentu Europejskiego największym poparciem Polaków cieszy się Koalicja Obywatelska z wynikiem 34 punktów procentowych i PiS z takim samym wynikiem. Na trzecim miejscu znalazł się Ruch Biedronia z wynikiem 8 pp. Pod podium znalazł się SLD (5 pp.), Kukiz (5 pp.), PSL (4 pp.). Najniższe poparcie zyskała partia Rydzyka – Ruch Prawdziwa Europa – 2 pp.

Co ciekawe – przeprowadzone też drugie badanie bez uwzględnienia partii Rydzyka. Tu wyniki są już inne: PiS 37, KO 34, RB 7, SLD 5, Kukiz 5, PSL 4. Wyniki sondaży wywołał spore zaskoczenie wśród polityków zarówno opozycji jak i rządu.

Samorządowa konwencja PiS w Szczecinie. Na sali słychać gromki śmiech. To reakcja działaczy na dowcip opowiedziany przez Mateusza Morawieckiego. – Znacie pewnie tę anegdotę, jak do tego premiera, który rządził siedem lat chudych, niedawno dzwoni kuzyn i pyta: „Co robisz?”. „Nic. Jestem w pracy”. O, właśnie tak rządzili. To była ta gnuśność, ta pasywność, ta inercja, to nicnierobienie – mówi, zapewniając, że rządy PiS są zupełnie inne niż rządy Donalda Tuska.

Dzień wcześniej w Świebodzinie premier zarzucił koalicji PO-PSL, że nie budowała dróg. Lider Platformy Grzegorz Schetyna oskarżył go o kłamstwo i wyliczył, że za czasów poprzedniego rządu sieć autostrad wydłużyła się o 800 km, a dróg ekspresowych o około 1,2 tys. km.

Cudowna zdolność usynawiania się

Gdy Jarosław Kaczyński ogłosił, że to Morawiecki będzie twarzą kampanii samorządowej PiS, w partii pojawiły się komentarze, że prezes rzuca go na głęboką wodę. Zwycięstwo w wyborach samorządowych będzie dla niego przepustką do sukcesji po Kaczyńskim. Już dziś bierze udział w najważniejszych naradach przy Nowogrodzkiej. Raz w tygodniu przy okrągłym stole w gabinecie prezesa zbiera się prezydium komitetu politycznego PiS. W jego skład – oprócz Kaczyńskiego – wchodzą marszałkowie Sejmu i Senatu, szefowie MON Mariusz Błaszczak i MSWiA Joachim Brudziński. Jest też szef klubu Ryszard Terlecki, wiceprezesi partii Adam Lipiński, Antoni Macierewicz i Beata Szydło, jedyna kobieta w tym gronie.

Morawiecki zawsze siada blisko prezesa i często zabiera głos. Ważny polityk PiS mówi, że Kaczyński liczy się z jego opiniami nie tylko w kwestiach gospodarczych. Oznacza to, że jego pozycja rośnie. W PiS uważa się, że zaczarował Kaczyńskiego.

W banku BZ WBK (obecnie Santander), którego Morawiecki był prezesem aż do wejścia do rządu w 2015 r., mówią, że ma on cudowną zdolność usynawiania się.

– Każdy decydent, od którego coś zależy, szybko orientuje się, że Mateusz stał się jego prawą ręką i jest niezastąpiony – mówi jeden z moich rozmówców. Wspomina, że na początku pracy Morawieckiego w BZ WBK, jeszcze pod koniec XX w., jego mentorem był Liam Horgan, szara eminencja banku, przedstawiciel irlandzkiego wówczas właściciela. Promował go i pomógł mu zostać prezesem. Morawiecki zdobył jego zaufanie tym, że był na każde skinienie 24 godziny na dobę. Teraz Kaczyński z zachwytem powtarza, że pracowitość Morawieckiego jest na granicy pracoholizmu.

(…)

Na razie w otoczeniu Kaczyńskiego panuje przekonanie, że Morawiecki radzi sobie nieźle, co pokazują rosnące notowania partii. Chociaż ważny polityk PiS przyznaje, że premier niepotrzebnie naciąga fakty (nie uważa, by można było mówić o kłamstwach), bo procesy w trybie wyborczym mogą podważyć wiarygodność PiS.

Rzeczniczka rządu przekonuje, że Morawieckiemu chodziło jedynie o drogi lokalne. Ale nawet gdyby przyjąć to tłumaczenie, to i tak nieprawda, bo za czasów PO zbudowano ich lub zmodernizowano ponad 10 tysięcy kilometrów.

– To jest retoryka polityczna – wykłada racje Morawieckiego jeden z jego najbliższych współpracowników. – Nie jest intencją premiera, żeby wprowadzać ludzi w błąd. Można dyskutować, czy 600-700 milionów złotych, które średnio wydawała na budowę dróg lokalnych Platforma, to jest nic. Ale premier mówi, że my zrobimy trzy razy więcej i trzy razy szybciej.

Przyznaje, że być może premier trochę popłynął, ale – przekonuje – to efekt zmęczenia i niewyspania. – Odkąd zaczęła się kampania samorządowa, tempo pracy Morawieckiego jest przepotężne – mówi. – W tamtym tygodniu jednego dnia był na Śląsku, na nieformalnym szczycie UE w Salzburgu, a wieczorem znowu pojechał w Polskę.

Popierał liberałów

Dzisiaj trudno wprost uwierzyć, że ten sam człowiek, który oskarża Donalda Tuska o nicnierobienie, był jednym z jego doradców i przez półtora roku zasiadał w jego Radzie Gospodarczej. Nie zrezygnował z niej nawet po katastrofie smoleńskiej, kiedy to politycy PiS oskarżyli ówczesnego premiera o spisek z Putinem.

Jeden z dawnych bankowych podwładnych Morawieckiego wspomina, że ten nieraz chwalił Tuska, że załatwił w Brukseli potrzebne Polsce realne pieniądze.

Na posiedzeniach Rady dzisiejszy premier prawie się nie odzywał. Inna sprawa, że jako historyk po kursach MBA miał niewiele do powiedzenia na tle ekonomistów z naukowymi tytułami. – Na koniec obrad zawsze rzucał jakiś bon mot, z którego wynikało, że jest gorliwie za tym, co myśmy ustalili, i się ze wszystkim zgadza – mówi ekonomista Bogusław Grabowski, też były członek Rady. Opowiada, że gdy jej członkowie zaproponowali, aby dla odpolitycznienia spółek skarbu państwa powołać złożony z niezależnych autorytetów komitet, który będzie nominował ich zarządy, Morawiecki gorąco popierał ten pomysł. Dziś firmuje partyjny skok PiS na spółki.

Inni członkowie Rady wspominają, że Morawiecki nigdy nie krytykował rządu PO-PSL. Prof. Witold Orłowski, ekonomista, pamięta, że był bardzo lojalny wobec Tuska. – Nic nie wskazywało na to, żeby miał być kiedykolwiek skłócony z premierem – podkreśla. Jako prezes BZ WBK Morawiecki wydał nawet książkę z tekstami związanych z Tuskiem gdańskich liberałów, opracowaną przez innego członka Rady, socjologa Ireneusza Krzemińskiego.

W tamtych czasach nic nie wskazywało na to, że Morawiecki może kiedyś związać się z PiS. W kuluarach zdarzało mu się powiedzieć, że kapitał ma narodowość, co jest zgodne z linią partii Kaczyńskiego. Ale tak samo mówił Bielecki, co tłumaczono tym, że obaj kierowali bankami z zachodnim kapitałem.

Dla ówczesnych członków Rady metamorfoza Morawieckiego jest szokiem. – Przecież on jest na tyle inteligentny, by wiedzieć, że to, co dzisiaj wygaduje, to są ordynarne kłamstwa. On po prostu przyjął do wiadomości, że powtarzane kłamstwo staje się prawdą. Jak mówi Jacek Kurski – „ciemny lud to kupi”. W życiu nie spotkałem takiego człowieka! – irytuje się Grabowski.

Do Rady Gospodarczej Tuska wprowadził Morawieckiego były premier Jan Krzysztof Bielecki. To dzięki niemu miał on w niej mocną pozycję. Tak mocną, że po posiedzeniach Rady Bielecki nieraz zabierał później Morawieckiego do premiera, żeby mu zreferować jej ustalenia. Irytowało to innych jej członków.

Bielecki poznał Morawieckiego w latach 90. Na początku rządów AWS pracował on przez parę miesięcy w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej. Teraz, na niedawnym wiecu w Sandomierzu, premier stwierdził, że sam negocjował przystąpienie Polski do Unii Europejskiej 20 lat temu. Były premier Leszek Miller, który wprowadzał Polskę do Unii, odpowiedział mu na Twitterze, że nieprawda – niczego nie negocjował. „Proszę choć poczekać do czasu, kiedy umrę” – apelował o zaniechanie tak jawnych kłamstw.

Morawiecki tłumaczył później, że przygotowywał stanowiska negocjacyjne dla Jana Kułakowskiego, pełnomocnika rządu RP do spraw negocjacji Polski z UE.

Znajomi z dawnej Rady Gospodarczej lubią dokuczać Bieleckiemu, pytając, jak dziś ocenia swojego pupila. Były premier bardzo się wtedy denerwuje i prosi, żeby przestać się nad nim znęcać. – Bielecki wstydzi się tego, że go promował – uważa były członek Rady.

Rzeczywiście, Bielecki o Morawieckim nie chce rozmawiać. – Powiem pani tylko tyle, że był dobrym członkiem Rady i wnosił wartościową kontrybucję chociażby do tematyki nadzoru właścicielskiego – ucina rozmowę.

Bielecki i Krzysztof Kilian, były prezes PGE i niegdyś bliski przyjaciel Tuska, forsowali w 2013 roku kandydaturę Morawieckiego na ministra skarbu. Ale ten się nie zdecydował. W PO panuje przekonanie, że już wtedy grał na dwa fronty i rozmawiał także z PiS. Potwierdza to ważny polityk z władz partii rządzącej. Jego zdaniem Morawiecki doszedł do wniosku, że PO jest już słaba i nie wygra wyborów, postanowił więc postawić na innego konia. Adam Lipiński – z którym znał się jeszcze z czasów wrocławskiej opozycji demokratycznej – skontaktował go wówczas z Beatą Szydło, która odpowiadała w partii za sprawy gospodarcze, ale nie było między nimi chemii. Za to w relacjach z Kaczyńskim od razu zagrało. Morawiecki zaczarował prezesa wizją wielkich narodowych czempionów, które mają pomóc Polsce dogonić Zachód.

Kręgosłup z nitki

Część moich rozmówców uważa, że Morawiecki jest po prostu karierowiczem. – On ma kręgosłup moralny i etyczny z nitki. Brnie w coraz większe kłamstwa i jest zachwycony, jak ludzie biją mu brawo. Dla władzy zrobi wszystko – ocenia Bogusław Grabowski. Dodaje, że Kaczyński ma niesamowity talent do wychwytywania takich osobowości.

Gdy w BZ WBK usłyszeli opowieści Morawieckiego o tym, że za jego czasów bank nie udzielał kredytów we frankach, to reakcją był śmiech. Później w zarządzie dyskutowano nawet, że może trzeba by wydać oświadczenie, że to nieprawda. – Ale jak mieliśmy napisać? Że premier polskiego rządu i nasz były prezes kłamie? To byłoby wypowiedzenie wojny rządowi – tłumaczy mój rozmówca.

Gdy pytam rzeczniczkę rządu, dlaczego Morawiecki nie mówił prawdy w sprawie kredytów frankowych, odpowiada, że za czasów jego prezesury bank udzielił ich mało w porównaniu z innymi bankami. Jednak z raportów finansowych wynika, że to właśnie pod jego rządami zaczęto ich dawać coraz więcej.

Moi rozmówcy w banku uważają, że Morawiecki nie ma świadomości, że kłamie: – Jako były prezes banku ma bogatą praktykę występowania na różnych bankowych imprezach, gdzie przedstawia się korporacyjną propagandę. Dla niego kłamstwo jest poza sferą moralności. Teraz te rozwiązania przeniósł do polityki.

W banku Morawiecki był nazywany cyborgiem, bo zdaniem wielu współpracowników jest pozbawiony emocji. Potrafił rano publicznie pochwalić jakiegoś dyrektora, a w południe wyrzucić go z pracy, tłumacząc, że wymaga tego sytuacja. W ostatnich latach pracy, gdy już widać było jego polityczne ambicje, a bank finansował wiele prawicowych inicjatyw, przestał jeździć windą, chociaż miał biuro na piątym piętrze. Nie chciał, żeby współpracownicy wiedzieli, co akurat robi i ile czasu spędza na zewnątrz.

Psycholog biznesu Jacek Santorski (do Rady Gospodarczej przy Tusku wszedł na miejsce Morawieckiego) wspomina, że poznał Morawieckiego, prowadząc warsztaty w jego banku. – Dziewięć do jednego, że Morawiecki wierzy w to, co mówi – obstawia Santorski. Tłumaczy, że według noblisty Daniela Kahnemana, jeżeli człowiek nabiera jakiegoś mocnego przeświadczenia, to potem używa całej swojej inteligencji, by je potwierdzać. Jeśli fakty, dane czy opinie przeczą temu, w co wierzy, to w jego psychice uruchamiają się mechanizmy redukcji dysonansu poznawczego.

– Premier wypiera niewygodne fakty? – dopytuję.

– Racjonalizuje. On tak myśli. Może sobie tak definiować, na czym polega postęp w inwestycjach drogowych, że ma poczucie, iż mówi prawdę – odpowiada Santorski. Dodaje, że Kaczyński snuje narrację „dlaczego”, czyli ideologiczną, a Morawiecki narrację „jak to zrobimy”. – Gdybyśmy podłączyli detektory kłamstwa do ich mózgów, to okazałoby się, że nie drgną, bo jeśli człowiek się z czymś mocno identyfikuje, a potem działa na rzecz tej idei, to nabiera poczucia prawdziwości, a nawet bierze to za fakty – mówi Santorski.

I pewnie tak jest, co nie zmienia faktu, że Morawiecki serwuje kłamstwa na skalę w polskiej polityce wcześniej niewyobrażalną.

Sąd Okręgowy w Warszawie odrzucił wszystkie sześć wniosków Narodowego Banku Polskiego, w których bank żądał usunięcia materiałów dziennikarskich o aferze KNF. Chciał też zakazu pisania na ten temat w przyszłości. O kontrowersjach związanych z tą sprawą pisaliśmy m.in. w artykule „Wniosek do prokuratury w sprawie Glapińskiego – prezes NBP „tłumi krytykę prasową”?”.

Wnioski do sądu złożyła zatrudniona przez bank kancelaria Jolanty Turczynowicz-Kieryłło. Wszystkie miały podstawowe braki formalne. – „Nieprawidłowo wystawione pełnomocnictwa, nieokreślenie przedmiotu postępowania oraz niedołączenie do wniosku załącznika” – poinformowała „Gazetę Wyborczą” rzeczniczka Sądu Okręgowego w Warszawie Sylwia Urbańska. NBP ma tydzień na uzupełnienie wniosków.

„Pan Glapiński specjalnie rozgarnięty strategicznie nie jest. Wskutek złożenia wniosków NBP o usunięcie tekstów z „GW” i „Newsweeka” oraz o zakaz pisania na temat afery jeszcze bardziej widać, że coś jest na rzeczy”;

„Gaszenie pożaru powodzią to przecież domena PiS. Glapiński świetnie się w to środowisko wpisuje”; – „Ale to jest właśnie ich PiS-owska wschodnia mentalność. Zakazać – to jedyne co potrafią…” – komentowali internauci na Twitterze.

„Jestem przykładem tego, że z ofiary robi się przestępcę. Być może niedługo zostanę oskarżony o to, że to ja napadłem na przestępców – powiedział były wiceszef KNF Wojciech Kwaśniak w TVN 24. To jego komentarz do „słynnej” już wypowiedzi Zbigniewa Ziobry, że to „KNF przez długi czas rozzuchwalała przestępców”. Więcej na ten temat w naszym artykule „Minister Sprawiedliwości wypowiedział słowa, w których bliżej mu do bandytów niż do państwowego urzędnika”. Kwaśniak i sześcioro innych byłych urzędników zostało zatrzymanych przez CBA – wypuszczono ich po przesłuchaniach w szczecińskiej prokuraturze.

Z kolei w RMF FM słowa Ziobry określił jako szokujące. – „Stwierdzenie pana ministra jest szokujące, sprowadza się do stwierdzenia, że ofiara, pokrzywdzony jest sam sobie winien tego, że dopuszczono się na nim przestępstwa. Minister powinien wiedzieć, że od zwalczania przestępczości są inne organy, nie KNF. KNF zgłasza tylko wszelkie nieprawidłowości i to KNF zrobiła w sprawie SKOK Wołomin” – powiedział były szef KNF.

Kwaśniak przypomniał, co działo się w SKOK Wołomin, kiedy nareszcie KNF mógł go skontrolować. – „Po wprowadzeniu zarządu komisarycznego i utracie płynności przez kasę, dzięki współpracy KNF z prokuraturą w Gorzowie, okazało się, że wiele dokumentów w tej kasie jest sfałszowanych. Działała tam cała zorganizowana grupa przestępcza. W tej grupie przestępczej byli przedstawiciele zarówno byłych służb specjalnych, jak i świata polityki. Kasa była zaangażowana w relacje z wieloma osobami publicznymi, przede wszystkim politykami. Mam nadzieję, że kiedyś opinia publiczna dowie się o tym wszystkim” – powiedział. Dodał, że ujawnienie tych informacji to zadanie dla prokuratury i dziennikarzy.

Działania Kwaśniaka wobec SKOK-u Wołomin doprowadziły do zamachu na jego życie w 2014 r. W dniu, kiedy Komisja Nadzoru Finansowego rozpoczęła kontrolę w tym SKOK-u, został ciężko pobity przed swoim domem: miał pękniętą czaszkę, zmiażdżoną dłoń i złamaną rękę. – „Miałem tylko jedno przekonanie, że walczę o swoje życie i cieszę się, że udało mi się życie zachować. Zdaniem biegłych i prokuratury w Gorzowie wyłącznie dzięki wielkiemu szczęściu i faktowi, że aktywnie się broniłem i nie straciłem przytomności, zachowałem swoje życie” – opisywał w TVN 24.

System wibroakustyczny – bo tak brzmi fachowa nazwa „szumideł”, o których podczas rozmowy z bankierem Leszkiem Czarneckiem mówił były już szef KNF Marek Ch. – kosztował 70 tys. zł. – „Mam tu takie szumidła. Może to nic nie daje, ale… lepiej włączyć. Byli tu jacyś komandosi, powiedzieli, że jest tyle sygnałów tych elektromagnetycznych w okolicach tego miejsca – bo tam jest telewizja – że mówią, że rekomendują włączenie tego, ale nie gwarantują, jaki jest rezultat” – mówił w swoim gabinecie Marek Ch. do Czarneckiego.

Kwota ponad 70 tys. zł padła w odpowiedzi na interwencję poselską Krzysztofa Brejzy z PO. –  „W gabinecie przewodniczącego KNF nie były montowane systemy umożliwiające zagłuszanie sygnału w pomieszczeniu. W 2007 roku zakupiono i zamontowano urządzenia systemu wibroakustycznego. Decyzję w tej sprawie podjęło ówczesne kierownictwo KNF” – napisał do posła rzecznik KNF Jacek Barszczewski.  A to „ówczesne kierownictwo” to Stanisław Kluza, wcześniej m.in. minister finansów w rządzie Jarosława Kaczyńskiego.

Rzecznik KNF stwierdził, że rzeczony system wibroakustyczny („szumidło”) „opiera się na generowaniu szerokopasmowego szumu akustycznego” i nie jest tożsamy z urządzeniami antypodsłuchowymi. Tak czy owak sprzęt w gabinecie Marka Ch. nie spełnił swojej roli. Czarneckiemu nagrał spotkanie za pomocą dyktafonu za 170 zł.

Waldemar Mystkowski pisze o końcu PiS.

Jarosław Kaczyński w Jachrance urządził stypę.

Kazimierz Marcinkiewicz określił wyjazdową sesję PiS w Jachrance stypą: – „Jak się spojrzy na spotkanie PiS w piątek i wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego, to widać, że to stypa”. I bodaj to najtrafniejsze określenie tego, co dzieje się w partii Kaczyńskiego.

PiS dał się przyłapać na grze obłudnika. Henri Bergson pisze o świętoszku Tartuffe, że on gra świętoszka i tak mu weszła rola w krew, iż już inaczej nie potrafi. Jest świadomy swojej śmieszności. Tak jest z partią Kaczyńskiego – klaskali w reakcji na słowa na słowa prezesa, ale nie wierzyli w jego słowa.

W każdej ideologii, reżimie, autokracji, nie za dużo mówią o niej słowa krytyczne, ale prawda materialna, która jest na zewnątrz – tym wypadku na twarzach polityków PiS. Będą zakłamywać, ale będą chcieli, abyśmy nie wierzyli w ich absurdy (paradoks, prawda?), dlatego nie słuchajmy ich, ale patrzmy na „prawdę”, która jest obok.

PiS ma jeden cel, chce już tylko przetrwać do wyborów. Nie mają innych celów. Wszystko im się sypie. Z powodu demolki Polski, którą poczynili w każdej sferze, bo skorzystali z dobra wypracowanego przez poprzedników, sypie im się także z powodu kadr. Ta partia nie ma ludzi kompetentnych, nie ma w niej kreacji, jest tylko reaktywność („PO-PSL przez 8 lat…” i podobne lelum-polelum), wyartykułowana przez Kaczyńskiego w Jachrance.

Te braki jednak spowodują, że sięgną po polityczny idiom igrzysk. Będą ścigać i nie dlatego, aby posadzić, ale by zająć czymś publikę, aby odciągnąć od rzeczywistych problemów, które stoją przed społeczeństwem, przed Polakami, przed Polską.

Pierwszy lepszy przykład. Zawłaszczanie państwa przez PiS widać jak na dłoni w spółkach energetycznych, w których siedzą pociotkowie Morawieckich, Dudów, Kaczyńskich i pozostałego drobiazgu nepotyzmu – celnie nazwanego przez jednego z polityków Platformy: szarańczą.

Szarańcza doprowadziła do tego, że od następnego roku ceny prądu wzrosną o kilkadziesiąt procent. Ostrożnie przewiduje się 30-40 proc., może to być nawet 70-80 proc., a może więcej. Jaki mają pomysł, aby oddalić katastrofę gospodarstw domowych? A taki by sfinansować podwyżki z publicznych pieniędzy, czyli wziąć od nas i naszymi pieniędzmi zrekompensować. Ale i tak odbije się to na cenach produktów i usług. Zresztą Unia Europejska może finansowanie spółek energetycznych zahamować, bo tak się nie gospodarzy, tylko kradnie.

Owo „udawactwo” jest o tyle śmieszne, że te rekompensaty mają dotyczyć tylko roku 2019, czyli przetrwania do wyborów, bo po nich dla Morawieckiego, Kaczyńskiego, dla ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, choćby potop.

I w tym momencie kończy się Tartuffe. Dopóki wierzył, ze gra, że jest śmieszny, można było przeżyć. Ale gdy wierzy, że jest prawdziwy, że postępuje właściwie. to… Odwołam się do Bergsona: „… jest wstrętny”. Jest nie do przyjęcia, bo prowadzi do prawdziwej katastrofy.

Politycy PiS nie są żadnymi orłami, to podrzędny gatunek fachowców, ale i oni mieli świadomość, iż ich Tartuffe Kaczyński urządził stypę. Gdyby tylko ona dotyczyła PiS, można byłoby jakoś owego towarzystwa pożałować, ale ta stypa może dotyczyć Polski. Dlatego nie dajmy się nabrać, nie pozwólmy im grać na naszych emocjach. Należy obnażać te zakłamane maski. Te potwory mogą zrobić z Polski potwora Europy, a z nas podobne niedobitki cywilizacyjne.

>>>