Tag Archives: smog

Złom smoleński i trup Lecha Kaczyńskiego. Takie szczęście trafiło się Jarosławowi Kaczyńskiemu. Z życia pasqud 10

5 Lip

„Skarga do Trybunału w Hadze zwrotu wraku Tu 154 miała być złożona w lutym 2017. Tak zapowiadał min. Waszczykowski. Ustaliłem, że skargi nie złożyli mimo, że jest gotowa. MSZ przerzuca decyzję na „Radę Ministrów”. Premier Morawiecki nic nie wie i odmawia odp. pod absurdalnymi powodami” – napisał na Twitterze Krzysztof Brejza. Poseł PO publikuje pismo, które otrzymał z Kancelarii Premiera.

Brejza domagał się odpowiedzi w trybie ustawy o dostępie do informacji publicznej. Wcześniej poseł PO usiłował się dowiedzieć, co dzieje się ze skargą w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.

Resort odpisał, że „trwają analizy” i odesłał Brejzę do Kancelarii Morawieckiego, twierdząc, że decyzja w tej sprawie „należy do Rady Ministrów”. Tomasz Matynia z Centrum Informacyjnego Rządu stwierdził, że KPRM „nie posiada wnioskowanych informacji”.

„Ciekawe, jaki byłby do tego komentarz „szeregowego posła” – czyżby starania o odzyskanie wraku były poza jego punktem zainteresowań?”; – „Stara dobra sowiecka spychologia… od razu widać skąd biorą wzorce”; – „Nigdy im nie zależało na wyjaśnieniu, nie chodzi o to, by złapać króliczka, lecz by go gonić. I podkręcać atmosferę wokół katastrofy” – komentowali internauci. – „Prawdomówni z PiS!” – podsumował prof. Leszek Balcerowicz.

Tomasz Arabski, szef kancelarii premiera Donalda Tuska, został 13 czerwca skazany na karę 10 miesięcy więzienia za to, że dopuścił do lądowania samolotu rządowego na lotnisku w Smoleńsku. Rozprawa sądowa odbyła się na wniosek części rodzin smoleńskich, które nie przyjęły do wiadomości, że wcześniej Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga prawomocnie umorzyła śledztwo w sprawie organizacji lotów premiera i prezydenta do Smoleńska.

Wątpliwe, aby wyrok sądowy był dla prezesa Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza satysfakcjonujący. Tym bardziej, że i podczas rozprawy, i w ustnym uzasadnieniu wyroku jest mowa o katastrofie, co podważa hipotezę o zamachu. Mało tego. Sąd wskazał również na współwinnych. To Kancelaria Prezydenta, a także 36. Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego.

Przypomnijmy, że był to czas zimnej wojny pomiędzy rządem a prezydentem, który właśnie w Smoleńsku miał zainaugurować swoją kampanię prezydencką. Obie kancelarie nie współpracowały ze sobą i w przypadku wizyty Lecha Kaczyńskiego, jej organizacji podjęli się jego ludzie, a Arabski, jak twierdzi, przystał tylko na prośbę prezydenta i udostępnił tego dnia samolot na wyjazd. Z tego też powodu ani on ani urzędnicy KPRM nie czuli się kompetentni, aby ustalać status lotniska w Smoleńsku, pozostawiając tę kwestię w rękach urzędników Kancelarii Prezydenta i 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. Wydaje się pewnym, że w ówczesnych realiach, jakakolwiek ingerencja Arabskiego w organizację tej wizyty, uznana byłaby za niepożądaną.

Podczas procesu okazało się, że ludzie Sasina wiedzieli, w jakim stanie jest lotnisko w Smoleńsku. Maciej J., członek grupy organizującej wizytę prezydenta, wiedział, że lotnisko jest zamknięte, a Rosjanie, idąc na rękę stronie polskiej, zobowiązali się przysłać ludzi do obsługi i sprzęt, by można było jednak z tego lotniska skorzystać. Przyznał przed sądem, że poprosił Dariusza Jankowskiego z Kancelarii Prezydenta o sprawdzenie lotniska, ale nie wie, czy cokolwiek w tej sprawie zrobiono.

Zeznający w procesie inni urzędnicy Kancelarii Prezydenta (Marcin W., Kazimierz K. i Maciej J.) przyznali, że wybrano lotnisko w Smoleńsku, bo było najbliżej, a wcześniej lądowały na nim delegacje polskie, m. in.  z prezydentem Kwaśniewskim na czele, więc logistycznie była to najkorzystniejsza opcja.

Jedyną osobą z otoczenia Lecha Kaczyńskiego, który idzie w zaparte i powtarza wciąż, że nie miał pojęcia, jakie były warunki na nieczynnym od dłuższego czasu lotnisku w Smoleńsku, jest Jacek Sasin. Wydaje się to nieprawdopodobne. Szef Kancelarii Prezydenta nic nie wiedział? Nie wierzę! Wydaje mi się, że jeśli Tomasz Arabski został uznany winnym za niedopełnienie obowiązków, to kto jak kto, ale właśnie Sasin powinien również odpowiedzieć przed sądem i zostać ukarany za niedbalstwo i ignorancję. W czasie, gdy obie kancelarie ze sobą nie współpracowały, to on ponosi winę za niedopatrzenie i fatalną organizację wyjazdu, również i samego lotu do Smoleńska. A tymczasem, jeden ma wyrok, a drugi wciąż siedzi w polityce i nie ma sobie nic do zarzucenia.

Tę szokującą opinię wygłosił warszawski radny PiS Filip Frąckowiak podczas dyskusji nad przyjęciem uchwały w sprawie kryzysu klimatycznego. Napisano w niej m.in.: – „Rada Warszawy wyraża najwyższe zaniepokojenie pogłębiającym się globalnym kryzysem klimatycznym. Apelujemy do Rady Ministrów oraz Sejmu Rzeczpospolitej Polskiej o przyjęcie uchwał w sprawie ogłoszenia klimatycznego stanu wyjątkowego, a także natychmiastowe podjęcie zdecydowanych działań mających na celu radykalne ograniczenie emisji gazów cieplarnianych w Polsce”.

A Frąckowiak bagatelizował problem. – „Czy jak ograniczymy emisję dwutlenku węgla, to zrobi się chłodniej? Grad będzie mniejszy? Z mojego punktu widzenia dla Polski jest korzystne, żeby było cieplej. Skoro nie chcemy używać paliw kopalnianych, to należy pomyśleć, że mniej ich będziemy używać, jeśli będzie cieplej” – stwierdził radny PiS.

Oczywiście, nie przekonały go argumenty radnego Koalicji Obywatelskiej Marka Szolca. – „Zmiany spowodowane przez ludzi zagrażają przetrwaniu świata, jaki znamy. Domagam się powagi w podejściu do spraw klimatu od rządu kraju, w którym żyję i płacę podatki. Ja, 27-latek, będę płacił rachunki, które wystawiają mi 50–60-letni urzędnicy z Ministerstwa Energii, podejmujący m.in. decyzję o budowie nierentownego i szkodliwego bloku węglowego w elektrowni w Ostrołęce” – powiedział Szolc.

„To już jest ostatni moment na działanie. Już teraz w czasie upałów śmiertelność w Warszawie zwiększa się o 30 proc. Jeśli nie chcecie słuchać głosu młodych, posłuchajcie naukowców” – dodał Tytus Kiszka z Młodzieżowego Strajku Klimatycznego.

Rada Warszawy głosami radnych Koalicji Obywatelskiej przyjęła uchwałę. Radni PiS wstrzymali się od głosu.

Frąckowiak w poprzedniej kadencji – przy okazji zmian nazw ulic – „zasłynął” stwierdzeniem, że jeden z najbardziej znanych utworów Johna Lennona „Imagine”… jest manifestem komunistycznym. Według radnego PiS powinno się więc eks-Beatlesa zdekomunizować”.

Dzięki nieustępliwej postawie premiera i PiS w kwestii „klimatycznej neutralności” staliśmy się oto państwem o randze co najmniej… Korei Północnej!

Po gospodarce i polityce historycznej także i polska dyplomacja zrobiła, co pan prezes obiecał. Po trzech dekadach wysługiwania się Brukseli nareszcie wstała z kolan! Po odkryciu San Escobar, po spektakularnym sukcesie negocjacyjnym premier Szydło (27:1) i „uwaleniu” francuskich Caracali, teraz udało się pogrążyć kandydaturę Fransa Timmermansa na szefa KE. I to się nazywa skuteczność!

Po raz kolejny dowiedliśmy w ten sposób, że jesteśmy ważnym graczem w unijnej polityce i wszyscy muszą się z nami liczyć. Już nikt nigdy nie poważy się traktować naszych emisariuszy w Brukseli jak ubogich krewnych, co to powinni wykorzystać swoją szansę, żeby „siedzieć cicho”. Niedoczekanie!

Sukces jest taki trochę połowiczny, bo Timmermans nie został wprawdzie szefem Komisji, ale zachował w niej dotychczasowe stanowisko. Natomiast nominalna przewodnicząca na polityce unijnej zna się słabo, więc – o paradoksie – pozycja największego europejskiego „PiSożercy” jeszcze się umocniła. Niemniej premier Morawiecki dotrzymał słowa.

Ale Timmermans to tylko drobny wątek w paśmie najnowszych sukcesów naszej dyplomacji i – osobiście – premiera. Bo dzięki jego i jego obozu nieustępliwej postawie w kwestii „klimatycznej neutralności” staliśmy się oto państwem o randze co najmniej… Korei Północnej! Teraz wszyscy będą się musieli z nami liczyć, ponieważ… też mamy bombę! Nie atomową wprawdzie, ale jeszcze bardziej zaawansowaną technologicznie, bo pierwszą na świecie bombę klimatyczną – smogową mianowicie. I nie zawahamy się jej użyć. Poza tym nasz arsenał jest jak najbardziej wiarygodny.

Kim Dzong Un może sobie tylko straszyć naciśnięciem atomowego guzika. My natomiast już teraz codziennie demonstrujemy możliwości naszej broni masowego rażenia, a to za sprawą takiej – na przykład – Elektrowni Bełchatów. Teraz szanować nas będą wszyscy, a już zwłaszcza najbliżsi sąsiedzi. Jeśli nie chcą ciężko chorować i przedwcześnie umierać dziesiątkami tysięcy na raka i choroby krążenia, muszą po pierwsze – liczyć się z nami i naszymi opiniami. A po drugie – liczyć kasę na dobrowolną likwidację naszego arsenału.

Już nie będą nam dłużej wygrażać obcięciem dotacji „za praworządność”. I tak muszą zapłacić. Bo jak nie, to… już wkrótce w Berlinie, Paryżu i Brukseli powietrze zrobi się ciężkie jak w Opocznie, Nowej Rudzie, Rybniku, Kościerzynie i innych miastach i gminach z rankingu najbardziej zatrutych okolic Europy. Atmosfera już robi się gęsta, więc nie ma co straszyć nas obcinaniem funduszy. Bo owszem – możemy się zgodzić na tę ich „neutralność klimatyczną”, ale nie za darmo przecież. Będą dotacje, to może zmniejszymy import węgla z Donbasu o parę ton. I zgodzimy się postawić ze trzy wiatraki.

Może Kim łamać wszystkie standardy, mieć za nic oburzenie reszty świata swoją polityką i jeszcze domagać się kasy? Może. Bo ma bombę. Więc może i prezes (a w jego imieniu premier Morawiecki). Że to szantaż? Eeee, zaraz takie nieprzyjemne określenia. To tylko mocny argument w negocjacjach. I silna pozycja przetargowa. Tak się po prostu robi politykę.

Pamiętacie motto pana Wołodyjowskiego? „Jak się nie będą ciebie bali, to się będą z ciebie śmiali”! Pana Michała się bali, choć był małego wzrostu i słabowity, czyli – jak wówczas mawiano – nikczemnej postury. Takie już prawo natury, że „nikczemna postura” wymaga kompensacji. No więc mamy wreszcie tę bombę i teraz wszyscy muszą nas traktować z szacunkiem! Jeśli więc do tej pory świat nie wiedział, Kim jest pan prezes i jego premier Morawiecki, to teraz już wie, że na pewno nie byle Kim.

Kolejny Grek Zorba z PiS – Karczewski

18 Gru

Jeśli kogokolwiek  gorszył wielotysięczny wydatek na konterfekt marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, to musi wiedzieć, że na tym rozpasanie w senackich ławach się wcale nie kończy.

Super Express odkrył oraz ujawnił inne jego kosztowne przejawy i pisze o  „usługach cateringowych na potrzeby komórek organizacyjnych” oraz zawartej pod koniec kwietnia rocznej umowie z grecką tawerną w Warszawie.

Ten kaprys Izby Wyższej pochłonął 307 tysięcy złotych. I jest czego pozazdrościć, bo w menu restauracji znajduje się m.in. koźlina w ziołach, a na dodatek pechowe  ośmiorniczki, symbol  wyborczej porażki Platformy Obywatelskiej  w 2015 roku.

Zawarte umowy pokazują także, że catering na pokładzie samolotu specjalnego, do podróży którym uprawniony jest m.in. marszałek Senatu, pochłonął 60 tys. zł., a firma, dostarczająca tam swoje pyszności szczyci się przygotowywaniem posiłków m. in. dla Ojca Świętego i Michaela Jacksona.

Żeby nie było niedomówień, gazeta przypomina jeszcze kosztowną kolację w Rezydencji Belweder za 16 tys. zł oraz artystyczny bal karnawałowy dla dzieci pracowników za 9,7 tys. zł.

PiS – partia od katastrof. Wszystko wychodzi im od czapy. Oby nie stało się tak, że te katastrofy dotkną trwale Polski.

Raskolnikow

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Donald Tusk w Dortmundzie na tamtejszym Uniwersytecie Technicznym otrzymał tytuł doktora honoris causa. Dortmund jest bliski sercu polskiego kibica, bo miejscowy klub odnoszący największe sukcesy w europejskiej piłce był i jest przystanią dla najlepszych polskich piłkarzy. To jakby filia polskiej reprezentacji „haratającej w gałę”. Ostatnio trzech naszych wybitnych reprezentantów sięgało z dortmundzkim klubem po najwyższe trofea klubowe, a byli to Łukasz Piszczek, Kuba Błaszczykowski i Robert Lewandowski.

Dortmund zatem czuje sympatię do naszego narodu, nieprzypadkowo właśnie tamtejsza uczelnia przyznała honoris causa Tuskowi. Jeżeli jakaś niemiecka uczelnia miałaby nagradzać wybitnego polskiego polityka – i do tego marzyciela piłkarskiego – tym honorowym prestiżowym tytułem, to tylko z Dortmundu.

Tusk zarówno w rozmowie z dziennikarzami, jak i w wykładzie nie omieszkał podkreślić swoich związków z piłką, a nawet wyznał, że jego marzeniem było uprawiać zawodowo piłkę. Owe marzenia realizują się w młodości, a dojrzały człowiek może rekreacyjnie wybiec na…

View original post 1 077 słów więcej

Krystyna Pawłowicz, Macierewicz są schowani, bo dojdzie do przedterminowych wyborów?

17 Gru

Trudno się z nią zgadzać, łatwo umieszczać w memach, niełatwo ignorować. Niemniej wraz z zapowiedzianym przez poseł Krystynę Pawłowicz (już po raz drugi) odejściem z polityki zniknie najbardziej wyrazisty papierek lakmusowy nastrojów obozu władzy. Oto kilka dowodów… 

Krystyna Pawłowicz mówi to czego boją się powiedzieć jej partyjni koledzy

W lipcu ubiegłego roku, gdy PiS po raz pierwszy usiłował sparaliżować Sąd Najwyższy (przypomnijmy skończyło się na protestach ulicznych, wecie Andrzeja Dudy, drugiej ustawie i ostatecznie sprawie przegranej przez rząd przed TSUE) prof. Pawłowicz, prawniczka z wykształcenia, jedną odpowiedzią zdradziła stan napięcia w obozie władzy oraz plany dotyczące mediów, które będzie można wcielić w życie, po tym, jak PiS podporządkuje sobie sądy.

Zapytana przez dziennikarza „Onetu” o zmiany w sądownictwie odpowiedziała tak:

– W pewnych etapach, w pewnym tempie wprowadza się po prostu reformy, a po wakacjach weźmiemy się za was!. – To znaczy, ja tak mówię – dodała szybko, oddalając się od dziennikarza. Okazało się, że nie tylko ona tak mówiła. Dowodem rzekomo istniejący projekt repolonizacji mediów, próby walk władzy ze stacją TVN i niedawna interwencja w tej sprawie ambasady USA.

Reedukacja opozycji w Korei Północnej

Gdyby nie prof. Pawłowicz, polskich polityków, tak jak kiedyś polskich straszono by jedynie Berezą, a tak pogróżki zyskały nowy geograficzny wymiar. – Powinniście jak w Korei przejść reedukację w obozach uczących demokracji – oznajmiła podczas prac komisji sprawiedliwości. Czy tak myślał twardy elektorat? Sądząc po postach w mediach społecznościowych firmowanych pani profesor nie można tego wykluczyć. Nie ukrywajmy, za podobnymi metaforami będziemy tęsknic najbardziej.

Co ciekawe sama Pani profesor uważała, że niesłusznie przyprawia się jej agresywną gębę.

Pawłowicz patriotyzm a zdrada

Podobnie tęsknić będziemy za klarownymi podziałami społecznymi, które najpierw wykreowali posłowie tacy jak prof. Pawłowicz, a potem przejęli politycy z PiS-owskiego mainstreamu. Ot choćby ten na patriotów z PiS i zdrajców, którzy myślą inaczej niż partia obecnie rządząca.

Posłanka nie była retorycznym trendsetterem? To przypomnijcie sobie jak niedawno podział zarysowany przez nią wykorzystał Mateusz Morawiecki na urodzinach Radia Maryja.

Lewacki spisek przeciw PiS

Komisja Wenecka, która – przypomnijmy – przyjechała do Polski na zaproszenie PiS skrytykowała zmiany w prawie forsowane przez Prawo i Sprawiedliwości, a jej przekaz poszedł w świat.

Na szczęście Pani poseł dobitnie była w stanie wykazać, kto za tym wszystkim stoi. Słyszeliście to gdzieś potem? Zapewne, bo motyw wracał nieraz.

Myszka agresorka, czyli totalny atak personalny

Niedawno Pawłowicz za swoje wypowiedzi o mało nie stanęła przed komisją etyki. Jednego, nie można jej jednak odmówić – zdolności semantycznych. Do historii Parlamentu przeszło m.in. nazwanie Kamili Gasiuk-Pihowicz „myszką agresorką”. W kontekście politycznych wolt tej drugiej, można stwierdzić, że posłanka PiS miała w tym wypadku dar przepowiadania.

Faktem jest jednak, że ataki personalne nie są prof. Pawłowicz obce. Przypominamy poniżej, ten na Jarosława Kuźniara. Musimy jednak zaznaczyć, że raz prof. Pawłowicz swoją bezpośredniością nas urzekła. Gdy Mateusz Morawiecki pokazywał na unijnym szczycie zdjęcie Edwarda Gierka z młodą dziewczyną sugerując, że jest to sędzia Magdalena Gersdorf, opowiedziała publicznie, że to nieprawda. Tłumaczyła, że znała I prezes SN w młodości, i że ta w odróżnieniu dziewczyny ze zdjęcia była wtedy bardzo ładna.

Krystyna Pawłowicz powróci

Tak naprawdę to nie do końca wierzymy w jej polityczne odejście. Wprawdzie Pani poseł deklaruje, że jako 70-latka zamierza zadbać o nadwątlone zdrowie. Ale przecież każdy, włącznie z samą zainteresowaną wie, że Krystyna Pawłowicz jest jak Feniks.

Zresztą wiemy, że Pani poseł umie o siebie zadbać. Tak jak wtedy, gdy na koszt Kancelarii Sejmu leciała na forum ekonomiczne do Tokio.

„Schowali Pawłowicz, Macierewicza, Szyszko. Kochają Europę, chcą czcić Okrągły Stół, odpuścili sądy. Kurs na centrum może świadczyć tylko o jednym. JK poważnie rozważa wybory w marcu” – sugeruje na Twitterze Roman Giertych, były wicepremier w poprzednim rządzie PiS. Podobnego zdania jest politolog, były europoseł PiS Marek Migalski: – „Przedwczesna emerytura polityczna Krystyny Pawłowicz może wskazywać na poważne rozważanie przez JK przedterminowych wyborów”. Temat coraz częściej pojawia się w przestrzeni publicznej i w mediach społecznościowych, o tym w artykule „Wiosną przyspieszone wybory?”.

„Zastanawiam się, czy oni właśnie dlatego nie kombinują z budżetem. Jeżeli nie zostanie przyjęty w terminie, pozwoli to przecież Adrianowi rozwiązać parlament i rozpisać przyspieszone wybory” – skomentowała internautka.

Jej wpis ma związek z tym, o czym kilka dni temu napisał z kolei senator Marek Borowski: – „Senatorzy otrzym. właśnie harm. prac nad ustawą budżet. Senat ma się nią zająć 24.01, a termin na rozwiąz. Sejmu mija 27.01. Znów pachnie pomysłem na wcześn. wybory. Dlatego powtarzam moją koncepcję szybk. przygot. wspólnej listy opozycji! Pilne!!!”.

„Wątpię, żeby Kaczyński drugi raz tak zaryzykował. Ale to też zależy od stanu wewnątrz partii i całego kraju. Jeżeli przewidują, że będzie coraz gorzej. to wcześniej ogłoszą wybory – żeby jeszcze raz zdobyć władzę, zanim im naprawdę spadnie”;

„PiS może zrobić przyspieszone wybory, gdyż byłyby one wcześniej niż do UE, a do UE PiS raczej nie wygrałby i wtedy PiS byłby na równi pochyłej. Wcześniejsze wybory to także odcięcie się od afer i nowe otwarcie. A więc mogą być wcześniejsze wybory połączone z Polexit” – komentowali internauci.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o pisowskich podatkach, a przede wszystkim ekonomicznych kłopotach tego rządu.

Rozpoczęło się huczne tłuczenie termometrów, odwracające uwagę od ekonomicznych kłopotów Polski.

U schyłku roku zwyczaj nakazuje podjąć noworoczne postanowienia i poczynić plany. Przy tej okazji zastanawiamy się zazwyczaj, co też przyniesie nam rok następny. Wakacje na Kanarach, czy kredyt u Bociana na zimowe buty dla dzieciaków? Dadzą podwyżkę, czy zredukują mój etat, bo nowy durny prezes nie ma pojęcia o kierowaniu firmą? Wygram konkurs i dostanę wreszcie pracę zgodną z moimi kwalifikacjami, czy najpierw będę musiał zapisać się do PiS? Kupię młode auto, czy stać mnie będzie tylko na 10-letniego rzęcha z wyrwanym filtrem? Ożenię się w końcu, czy z braku kasy uda mi się przełożyć ślub na lepsze czasy?

Jeśli o mnie chodzi, to odpuszczam sobie planowanie, bo wiem, co przyniesie nowy rok. Nie ulega wątpliwości, że gospodarka zadołuje i będą podwyżki. Mocnym tego dowodem są wystąpienia premiera Morawieckiego, który kategorycznie zapewnia, że podwyżek nie będzie,  a jeśli będą, to tylko zarobków, bo Polska ma się tak świetnie jak nigdy. Słucham go z rozrzewnieniem, wracając myślami do czasów szczęśliwego dzieciństwa. Premier przypomina mi lata, gdy Polska też rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej, tyle że zarobki były marne, a na rynku brakowało rozmaitych produktów, których tym bardziej brakowało, im bardziej były potrzebne.  Pamiętam swoją wędrówkę po sklepach, swoistą „drogę przez mąkę” w poszukiwaniu „wrocławskiej” niezbędnej do zrobienia makaronu, który też był trudno dostępny. I pamiętam wystąpienie ówczesnego sekretarza partii, który całkiem jak ten obecny wygrażał malkontentom rozpowszechniającym kłamliwe informacje o rzekomych słabościach kwitnącej gospodarki. Pamiętam też wyjaśnienia ówczesnych partyjnych mediów, że jeśli nawet występują jakieś chwilowe-przejściowe niedobory, to tylko dlatego, że ludzie wykupują, bo przecież państwo „rzuciło na rynek” więcej mąki niż w analogicznym okresie… itd. Ludzie komentowali: – Co za bezczelny naród: wykupują żywność i zżerają! A mąkę to może i rzucili na rynek, ale pewnie za mocno rzucili i się rozsypała…

Po dłuższym niż zazwyczaj okresie koniunktury świat przygotowuje się do recesji, planując pokrycie niższych dochodów pieniędzmi odłożonymi w okresie prosperity. Natomiast w przedwyborczej Polsce PiS organizuje wielki bal na Titanicu. Nie trzeba oszczędzać, bo ojczyzna ma się pierwszorzędnie, dzięki genialnym reformom. Pod rządami wybitnych i wreszcie uczciwych fachowców gospodarka kwitnie nadzwyczajnie. Już dziś jesteśmy bijącym sercem Europy, wstając z kolan staliśmy się potęgą, z którą każdy musi się liczyć. A nasza przyszłość nigdy jeszcze nie malowała się tak radośnie i kolorowo, w różowe kwiatki i aniołki.

Rozpoczęło się huczne tłuczenie termometrów, odwracające uwagę od ekonomicznych kłopotów Polski. Tymczasem w ciągu najbliższych pięciu lat na emerytury i renty zabraknie ponad 300 mld zł, czyli niewiele mniej niż roczne dochody państwa. Dopłaty z budżetu będą rosły, bo mimo 500+ dzieci wcale nam nie przybywa, a zdolnych do pracy ubywa. Każdego roku umiera 35 tys. Polaków zatrutych smogiem produkowanym przez preferowane przez PiS elektrownie węglowe i przez wiekowe rzęchy bez katalizatorów z wyciętymi filtrami, wpuszczane do Polski bez przeszkód, żeby nie drażnić elektoratu.  O dotychczasowym pięcioprocentowym wzroście PKB możemy zapomnieć. Analitycy Pekao SA szacują, że nasza gospodarka w przyszłym roku wzrastać będzie co najwyżej o 3,5%. O dwie trzecie zmniejszy się dynamika zatrudnienia. Już teraz maleje liczba i wartość zamówień z krajów Europy osłabiając nasz eksport. Zmniejsza się liczba umów inwestycyjnych w sektorze publicznym. A na giełdzie indeks WIG spadł w tym roku o 12% i zdaniem fachowców zapowiada się dalsza obsuwa. Nie wiadomo jeszcze, czym skończy się afera KNF, ale z pewnością nie pomoże Polsce zszargana opinia o naszym systemie bankowym, sterowanym przez kasjerów partii rządzącej.

Ale pan premier jest pewny nadzwyczajnych sukcesów w przyszłości. No bo skoro dotąd PiS – w odróżnieniu od PO – dotrzymywał słowa, to i teraz dotrzyma. Mateusz Morawiecki nie docenia wyborców, którzy pamiętają obietnice powtarzane podczas kampanii, że PiS nie podniesie podatków i nie wprowadzi żadnych ukrytych danin. W rzeczywistości my, klienci banków, już zapłaciliśmy 4 mld podatku bankowego , który oczywiście ominął spółdzielcze kasy SKOK.  W ubiegłym roku uiściliśmy pół miliarda opłaty OZE (odnawialne źródła energii) doliczanej do rachunków za prąd i bardzo możliwe, że tymi pieniędzmi dotowano budowę nowych trujących elektrowni, w każdym razie na wsparcie zielonej energii poszło ledwie 22 mln zł. W tym roku każda rodzina wpłaciła średnio 50 zł „opłaty przejściowej”, dotującej konwencjonalną energetykę, w 85% opartą na węglu. Premier chwalił się zapowiadaną obniżką podatku VAT do 5 % m.in. na żywność dla niemowląt, cytrusy, wyroby piekarnicze i ciastkarskie, ale Ministerstwo Finansów chce podnieść VAT na niektóre soki z owoców i warzyw z 5 do 23 % i na posiłki wydawane na wynos, np. kebaby i hamburgery. A do tego wyższa akcyza na używane samochody. A poza tym opłata recyklingowa, czyli podatek od foliówek. A oprócz tego zapisana w nowym Prawie Wodnym opłata za wodę pobieraną przez firmy z własnych odwiertów (w tym obśmiana opłata za deszcz od metra kw. powierzchni dachów dużych budynków, z której oczywiście zwolniono kościoły). I jeszcze wiele innych ukrytych podatków.

Mateusz Morawiecki kpi z wiarygodności opozycji, nicując na wszystkie strony jedyny (jak na razie) przypadek niedotrzymania wyborczej obietnicy przez prezydenta Warszawy.  Zapomina o własnych hucpiarskich projektach: mieszkanie plus, program budowy dróg lokalnych, przywrócenie likwidowanych połączeń kolejowych, masowa produkcja promów w zmartwychwstałych stoczniach, milion samochodów elektrycznych polskiej produkcji, polskie drony bojowe – i o wielu jeszcze buńczucznych zapowiedziach, które okazują się propagandowym humbugiem. Nawet dwukrotne przeprosiny za kłamstwa nie ostudziły zapału Mateusza Morawieckiego. Walcząc o mocną pozycję w PiS, a może i o schedę po gasnącym zwolna Kaczyńskim, wykonuje niesamowite łamańce próbując ogłupić elektorat. Wielokrotnie obiecywał powrót do 22 % stawki VAT podniesionej w czasie walki z kryzysem, a gdy wytknięto mu, że nie dotrzymał słowa, to okazało się, że to z winy PO, bo Tusk stawkę podniósł, a on tylko ją utrzymał…  Premier obiecywał wszystkim podwyższenie kwoty wolnej od podatku do 8 tys., ale uszczęśliwił tylko nielicznych, w tym parlamentarzystów, którzy bez podatku zarobić mogą 30,5 tys. zł. Szczególnie udał mu się występ na konwencji PiS, gdzie ćwiczył mowę ciała wymachując rękami w powtarzalnych sekwencjach oraz prezentował bogate możliwości modulacji głosu, raz pokrzykując, a raz hipnotyzując słuchaczy barytonem aksamitnym w prążki.  – Nie podniesiemy cen energii! – ogłosił znienacka, zaskakując samego siebie i rozglądając się przy tym po sali jak nie przymierzając pan prezydent po wygłoszeniu głupawego żarciku, który go bardzo rozśmieszył.

Oczywiście podwyżka prądu będzie, bo na żadne dotowanie deficytowych koncernów energetycznych Unia się nie zgodzi, a na wyjście z Unii przed wyborami nie zgodzi się Kaczyński. Problemem jest tylko co zrobić, żeby do wyborców nie dotarło, że chociaż nie zapłacą za droższy prąd, to jednak zapłacą i to podwójnie: raz, bo budżet z którego otrzymają wyrównanie, to ich własne pieniądze, a po drugie droższy prąd tylko dla firm, to automatyczna podwyżka cen prawie wszystkich produktów i usług . Tak czy owak obowiązująca jest narracja, że podnoszenia cen nie ma i nie będzie. Jakbym słyszał premiera Cyrankiewicza zapewniającego, że nie ma mowy o żadnych podwyżkach, jest tylko naturalna regulacja cen. Z publikowanej wtedy listy wynikało, że co prawda zdrożał chleb, mięso, nabiał i ubrania, ale za to staniały wyroby kute, łańcuchy i lokomotywy.

Noworoczne plany i postanowienia poprzedzić więc trzeba konstatacją, że miło to już było, ale się skończyło. Pewnie nam jeszcze daleko do kryzysu, z którego Grecja do dziś nie może się wykaraskać. Ale może warto z wyprzedzeniem zastanowić się, kto nam pomoże w sytuacji, gdy Kaczyńskiemu uda się przedłużyć rządy, Morawiecki utrzyma stanowisko, PiS opróżni kasę państwa do dna przekupując swoich wyborców, niekompetentna nomenklatura partyjna zawłaszczy już wszystkie stanowiska kierownicze, a Polska po raz drugi stanie w obliczu bankructwa? Kto zechce z nami rozmawiać o redukcji koszmarnego zadłużenia, które już dziś przekroczyło bilion złotych, czyli mniej więcej tyle, co trzyletnie dochody budżetowe? I czy Unia naprawdę pieczołowicie i troskliwie zajmie się losem kraju na skraju Polexitu ?

Odpowiedzi należy przesyłać na adres : ul. Nowogrodzka 84/86, 02-018 Warszawa.

Chaos związany z reakcją rządu na rosnące ceny energii powoduje, że niewielu Polaków zdaje sobie sprawę z tego co właściwie się dzieje. Potęgują go nie tylko sprzeczne ze sobą komunikaty ministra Krzysztofa Tchórzewskiego, ale także nieprecyzyjne hasło premiera Mateusza Morawieckiego, który niezgodnie z prawdą stwierdził, że żadnych podwyżek nie będzie. A jak jest naprawdę?

Ceny energii rosną i będą rosnąć

Ceny energii rosną obiektywnie w związku z coraz droższym węglem i uprawnieniami do emisji CO2. Trend ten będzie się pogłębiał z powodu polityki klimatycznej UE jeżeli Polska nie będzie transformować swojej energetyki w kierunku niskoemisyjnym. Cała jej konstrukcja jest tak pomyślana by de facto dekarbonizować gospodarki europejskich krajów.

Dwa sposoby na drogą energię

Głównym problemem jest skala podwyżek cen energii, która jest duża z powodu bardzo szybkiego tempa wzrostu cen uprawnień, które zaskoczyły rząd. Krótkoterminowo można temu przeciwdziałać na dwa sposoby – przekonując Komisję Europejską do wypchnięcia część rezerw uprawnień na rynek co zbiłoby ich cenę, bądź wprowadzenia rekompensat do drożejącej energii. Natomiast długoterminowo tylko ograniczanie węgla w strukturze wytwarzania energii da bodziec do obniżki jej ceny.

Skala podwyżek cen energii

Skala podwyżek będzie zróżnicowana w zależności od odbiorców i ma charakter bezpośredni i pośredni. W przypadku „Kowalskich” mowa o kilkudziesięciu złotych, ale warto podkreślić, że drożej zapłacą również np. samorządy, co będą musiały sobie zrekompensować podwyżkami w tych obszarach, w których energia wpływa w dużym stopniu na rentowność usługi. O tym bardzo często się zapomina podkreślając, że prąd ma nie licząc sektorów energochłonnych niewielki wpływ na inflację. A przecież np. dla szpitali już dziś z trudem regulujących rachunki za energię będzie to problem.

Nieprecyzyjny Morawiecki

Słowa premiera Mateusza Morawieckiego o tym, że podwyżki cen energii nie będą miały miejsca są nieprawdziwe ponieważ obiektywnie po prostu wystąpią. Rząd zamierza za to nam je zrekompensować tak by nie były odczuwalne. Problem jednak nie zniknie i może wrócić do nas ze zdwojoną siłą po 2019 r. Dlaczego? Ponieważ dopłaty do rachunków za prąd będą obejmowały tylko ten rok wyborczy według dostępnych aktualnie informacji. Co dalej? Niewykluczone, że po prostu znikną.

Dwie ustawy o rekompensatach

W przypadku rekompensat wiele jest zresztą niepewnych. Przede wszystkim rząd przygotowuje dwie ustawy. Ministerstwo energii pracuje nad dopłatami do prądu dla „Kowalskich”, małych i średnich firm i samorządów, a resort przedsiębiorczości i technologii dla przemysłu energochłonnego. Jednak o drugim dokumencie słychać niewiele, choć czas nagli.

Chaotyczny Tchórzewski

W przypadku Ministerstwa Energii ma ono duży problem ze sfinansowaniem rekompensat. Ich koszt to 4-5 mld zł, z czego 1 mld miał pochodzić od spółek energetycznych. Niezależny regulator URE szybko wystosował zapytanie do PGE, Tauronu, Enei i Enei dlaczego podwyższają taryfy na energię skoro są w stanie na jedno hasło polityka wygenerować aż takie oszczędności? Ruch ten spowodował duże zamieszanie w resorcie energii. Minister Tchórzewski kilkukrotnie zmieniał publicznie zdanie w tej kwestii. Stwierdził, że spółki wycofają wnioski taryfowe do URE, następnie, że są niezależne i nie wie czy to zrobią. Raz stwierdził, że miliard złotych z PGE, Tauronu, Enei i Enei to nie oszczędności tylko zabieranie im części zysku, innym razem, że to jednorazowa opłata klimatyczna. Wytworzyło to prawdziwy chaos, którego apogeum była wczorajsza sejmowa komisja energii, na której wyraźnie zdenerwowany Tchórzewski bronił się przed atakami opozycji wytykającej mu niekonsekwencję.

A może obniżka akcyzy?

Oliwy do ognia dolał news radia RMF FM, które stwierdziło już po sejmowej komisji energii, że rząd po prostu obniży akcyzę na energię. Czy w takim wypadku nie będzie ustawy o rekompensatach? Raczej będzie – część ekspertów od razu podkreśliła bowiem, że taki środek może być niewystarczający by zrekompensować wzrost cen energii w przyszłym roku.

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o Tusku.

Donald Tusk w Dortmundzie na tamtejszym Uniwersytecie Technicznym otrzymał tytuł doktora honoris causa. Dortmund jest bliski sercu polskiego kibica, bo miejscowy klub odnoszący największe sukcesy w europejskiej piłce był i jest przystanią dla najlepszych polskich piłkarzy. To jakby filia polskiej reprezentacji „haratającej w gałę”. Ostatnio trzech naszych wybitnych reprezentantów sięgało z dortmundzkim klubem po najwyższe trofea klubowe, a byli to Łukasz Piszczek, Kuba Błaszczykowski i Robert Lewandowski.

Dortmund zatem czuje sympatię do naszego narodu, nieprzypadkowo właśnie tamtejsza uczelnia przyznała honoris causa Tuskowi. Jeżeli jakaś niemiecka uczelnia miałaby nagradzać wybitnego polskiego polityka – i do tego marzyciela piłkarskiego – tym honorowym prestiżowym tytułem, to tylko z Dortmundu.

Tusk zarówno w rozmowie z dziennikarzami, jak i w wykładzie nie omieszkał podkreślić swoich związków z piłką, a nawet wyznał, że jego marzeniem było uprawiać zawodowo piłkę. Owe marzenia realizują się w młodości, a dojrzały człowiek może rekreacyjnie wybiec na boisko i sobie poharatać. Tak też robi Tusk, ja zresztą też.

Jaką wartością dla polskiej polityki jest Tusk, nikogo nie muszę przekonywać, zwłaszcza w obecnych marnych czasach, gdy sypie nam się w kraju demokracja, a państwo prawa stacza się w bezprawie.

Na podstawie emocji udzielających się na piłkarskich stadionach Tusk w swym wystąpieniu porównał je z politycznymi, związek emocji jest silny zwłaszcza w podziale na „my” i „oni”, są wówczas zarzewiem do prymitywnej wspólnoty plemion. To jest gleba dla nacjonalizmu, dla budowanie mitów i symboli, które zawsze są fałszywe, gdy obierają wroga, aby poprzez niego definiować własną tożsamość.

W świecie emocji „lider jest ważniejszy niż wartości”. No, właśnie, a tak nie powinno być. Oddaję glos Tuskowi: „Nie zawsze byłem grzeczny. Z bliska obserwowałem, i sam brałem udział w tym, jak emocje ze stadionu przenoszą się na ulice. Ze sportu do polityki. I musiało minąć wiele czasu bym zrozumiał, że obowiązkiem każdej osoby w życiu publicznym, polityce i codziennym życiu, jest unikanie konfliktu i przemocy”.

Szef Rady Europejskiej odwołał się do doświadczenia z Grudnia 1970 roku, a także do najlepszych kart polskiej historii – klasycznej „Solidarności”. „Wydawało mi się, że jedyną odpowiedzią na przemoc władzy jest właśnie stosowanie przemocy. Prawdziwe zwycięstwo, jak pokazał czas, nie ma z tym nic wspólnego. Doświadczenie „Solidarności”, moje doświadczenie”.

I bodaj najważniejsze słowa, najważniejsze dla naszego coraz bardziej kruchego humanizmu: „Można wygrać odrzucając podział na plemiona„. Bo miłość zawsze zwycięża.

Tusk w rozmowie z dziennikarzami delikatnie zwrócił uwagę obecnemu premierowi RP Mateuszowi Morawieckiemu: „Jesteśmy zagrożeni kłamstwem i manipulacją w przestrzeni publicznej. Przywrócenie prawdy w polityce jest rzeczą pilną i to mówię nie tylko premierowi Morawieckiemu”. A co do bijącego serca Europy, które wygrzmiało na ostatniej konwencji PiS, były premier zwraca uwagę na inną część ciała, która jest w tym okolicznościach najważniejsza: „Dziś warto zadbać o płuca, nawiązuję tu do szczytu w Katowicach. Wszyscy wiemy jak Polacy są zmęczeni stanem powietrza i tym, że nie dba się o ich zdrowie. 11 tys. ludzi więcej niż rok temu zmarło w Polsce w ciągu miesiąca z powodu smogu”.

Chciałoby się w tym miejscu strawestować słynne hasło: „Ekonomia, durniu!”. A więc: „Płuca, durniu!” Jak one przestaną działać, to serce nie zabije.

Rydzyk ze swoją partią chce zaatakować budżet państwa. To dla niego Sezam, w którym chce się nachapać, jak Ali Baba i 40 rozbójników

16 Gru

O. Tadeusz Rydzyk zdradza rozczarowanie PiS-em i „żal” do mediów publicznych w sprawie aborcji. W wywiadzie dla „Naszego Dziennika” skomentował też założenie partii przez związanego z nim polityka. – Życzę mu dobrze – powiedział.

Od kilku tygodni pojawiają się doniesienia o partii, którą zarejestrował w sądzie europoseł Mirosław Piotrowski. Polityk został wybrany do europarlamentu z listy PiS, jednak nie należy do partii, a ostatnio mocno ją krytykował. Piotrowski jest związany ze środowiskiem o. Tadeusza Rydzyka, m.in. wykłada w jego toruńskiej uczelni. Dlatego spekulowano, że zakładana partia może oznaczać nieoficjalne wejście redemptorysty do polityki.

O. Rydzyk skomentował te spekulacje w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”. – Każdy człowiek ma prawo organizować się z innymi dla dobra wspólnego – stwierdził. Mówił, że „z mediów wie”, że nazwa nowej partii ma brzmieć „Prawdziwa Europa – Europa Christi”.

Nawiązuje ona do Ruchu Europa Christi, inicjatywy środowiska tygodnika „Niedziela”. Chodzi o to, że Europa nie jest Chrystusowa, odchodzi od Chrystusa. Europa idzie absolutnie w kierunku lewactwa, neomarksizmu

– mówi Rydzyk. Ocenia, że „chrześcijaństwo w Europie jest spychane”. Za „rolę antyewangelizacyjną” wini media i ich „moralną schizofrenię”.- Pokazywanie rzekomych skandali w Kościele, księży jako najgorszych, że to pedofile, homoseksualiści i nie wiem kto jeszcze – komentował.

Piotrowski zakłada partię. Rydzyk: życzę mu dobrze 

Odnosząc się do doniesień o nowej partii, Rydzyk mówił, że „profesor Mirosław Piotrowski, tak jak każdy, ma prawo działać na rzecz dobra wspólnego”. Zakonnik dodaje, że polityk jest związany z jego uczelnią i mediami, a poza tym „rodzina pana profesora jest katolicka”.

Ja pana profesora nie kanonizuję, ale dziękuję mu za to, co robi, i życzę mu dobrze

– powiedział redemptorysta. Ocenił, że dziś katolicy nie mają pełnej reprezentacji politycznej w Polsce.

„Mam duży żal do mediów publicznych”

Autorka wywiadu pyta Rydzyka, czy „Polacy, którzy głosowali w 2015 roku na Prawo i Sprawiedliwość, są zaniepokojeni, że politycy nie realizują swego programu i najważniejszej obietnicy – wprowadzenia pełnej ochrony życia od poczęcia”. – Dobrze, że mamy pytania, to znaczy, że myślimy. Jest wiele pytań o dotrzymywanie słowa, spełnianie obietnic. I jest problem wiarygodności polityków – odparł Rydzyk.

 Ważne jest, żeby politycy dotrzymywali słowa. A jeżeli nie da się czegoś zrobić, to jasno powiedzieć, dlaczego się nie da

– mówił Rydzyk i dodaje, że PiS „nie czyni tego, co było obiecane” w sprawie aborcji. Jednak nie tylko partia go rozczarowała.

W związku z obroną życia mam ważne pytanie i duży żal. Do mediów publicznych, radia i telewizji. Dlaczego nie wychowują, nie kształtują całego Narodu w kierunku poszanowania Życia, godności człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci?

– stwierdził Rydzyk. Ocenia, że media publiczne „za mało robią w tym kierunku, za mało pokazują, jak powinna wyglądać zdrowa rodzina”. – Jestem rozczarowany – dodaje.

>>>

Tusk o ekologii, kłamcy Morawieckim. Zaś NIK skontroluje KNF

16 Gru

Tusk pytany o konwencję PiS: Najważniejsze, żeby zadbać o płuca. Chciałbym, żeby Polska stała się płucami Europy

– Dzisiaj jest szczególny dzień także w mojej biografii, to 16 grudnia. Zawsze będę pamiętał i rok ’70, bo go przeżywałem sam jako 13-letni chłopak i 11 lat później także ten sam 16 grudnia w Gdańsku i pierwsze ofiary stanu wojennego. Nie mogę od tego w żaden sposób abstrahować. Tym bardziej, że będę przekonywał tę publiczność dzisiejszego popołudnia, że lekcje, jakie my wyciągnęliśmy i też ja osobiście z polskich grudni, to są lekcje bardzo ważne dla całej Europy i że warto o tym pamiętać, ile kosztuje wszystkich ludzi niedemokratyczna władza, co może władza bez ograniczeń zrobić zwykłemu człowiekowi i jak ważne jest, żebyśmy dzisiaj w Europie o tym pamiętali, że prawa człowieka to nie jest jakaś abstrakcja, że wolność prasy, zgromadzeń, prawo do strajku to są rzeczy, za które ludzie ginęli i dzisiaj wydaje się to czasami pustym sloganem, a tak nie jest. I to będę chciał wszystkim przypomnieć. W ogóle w Europie mamy do czynienia z kwestionowaniem tych podstawowych wartości, w całej Europie, bez wyjątku. Pojawia się coraz więcej tego typu głosów, które gdzieś tam właśnie kwestionują to, o co ludzie walczyli, także wówczas, w grudniu 1970 roku i w grudniu 1981 roku. Nie mam wątpliwości, że trzeba o tym bardzo głośno mówić i przypomnieć, bo prędzej czy później znowu zdarzy się coś takiego, jak nasze tragiczne grudnie. W Europie, na świecie, w Polsce jeśli władza gdziekolwiek ona jest. Nie czuje się ograniczona, jeżeli nie służy ludziom, tylko sama sobie i warto o tym pamiętać– stwierdził Donald Tusk w rozmowie z dziennikarzami. Jak mówił dalej, pytany o wczorajszą konwencję PiS:

„Nie widziałem konwencji PiS. Ale tak sobie myślę anatomicznie rzecz biorąc, że dzisiaj chyba najważniejsze, żeby zadbać o płuca. Chciałbym, żeby Polska stała się płucami Europy. Nawiązuję tutaj do niedawno zakończonego szczytu klimatycznego w Katowicach. Słyszeliśmy wszyscy, jak bardzo Polacy są zniecierpliwieni tym, że jakby nie podejmuje się jakby szczególnie intensywnych działań na rzecz ochrony zdrowia i życia de facto. Tutaj też zresztą chodzi o serce. 11 tys. ludzi zmarło więcej tylko jednego miesiąca w Polsce niż rok wcześniej i związane jest to bezpośrednio ze smogiem w Polsce. Mam wrażenie, że ochrona klimatu i środowiska przestanie być mrzonką u zielonych, ekologów i niektórych polityków i że ta potrzeba dotrze, chyba dotarła już właściwie do wszystkich ludzi, przynajmniej w miastach, które są zagrożone smogiem. Warto z tego zacząć wyciągać wnioski. Jak się mówi o sercu czy płucach, to przede wszystkim warto chyba zacząć serio o tym rozmawiać”

– Pomiary są bezwzględne. Nie mam szczególnie ochoty zwracać na słowa i deklaracje zbyt dużej uwagi, szczególnie dzisiaj rządzących, bo niewiele tam można znaleźć prawdziwszych informacji. To będzie zresztą drugi temat mojego wystąpienia. Jak bardzo zagrożeni jesteśmy w dzisiejszym świecie kłamstwem i manipulacją w przestrzeni publicznej i że przywrócenie jakiejś elementarnej prawdy w polityce wydaje się rzeczą bardzo pilną w tej chwili i to dedykuję tez wszystkim, oczywiście nie tylko premierowi Morawieckiemu – dodał Tusk.

Prezes NIK, Krzysztof Kwiatkowski, w rozmowie z dziennikarzami Radia ZET powiedział, że trwa kontrola Izby w Komisji Nadzoru Finansowego. Sprawa dotyczy przede wszystkim spółki windykacyjnej GetBack, która handlowała wierzytelnościami.

Kontrola NIK ma w założeniu odpowiedzieć na pytanie, czy KNF miała wcześniej informacje na ten temat i czy zostały podjęte jakieś działania. “Mogę zadeklarować, że będziemy chcieli ogłosić ten raport jak najszybciej. Zdaję sobie sprawę, jaką wagę i znaczenie, szczególnie dla osób poszkodowanych aferą GetBack, będzie miało podanie do publicznej wiadomości raportu z tej kontroli” – zapewnił w rozmowie Kwiatkowski.

Przy okazji dodał, że NIK zamierza sprawdzić także inne instytucje nadzorujące sektor bankowy, przez co należy rozumieć, że kontroli zostanie poddane Ministerstwo Finansów i Narodowy Bank Polski.

Taka kontrola na pewno nie jest na rękę partii rządzącej, która do końca kadencji prezesa NIK, nie ma żadnego wpływu na tę instytucję.

Duda depcze po grobach w pogoni za głosami wyborczymi. Funeralna polityka PiS

2 List

>>>

Rodzina Mularczyków nawet je widzi 😎⛔️

Gdy stawką jest przyszłość Polski, priorytetem powinno być odsunięcie od władzy ludzi, którzy ją niszczą. O wszystko inne opozycja może wykłócać się później. 

Bez względu na to, co mówią niektórzy politycy i komentatorzy, nie ma w tej chwili skuteczniejszego narzędzia politycznego niż zjednoczenie opozycji.

Bo tylko zjednoczenie może powstrzymać partię, która otwarcie łamie prawo i przywrócić Polsce porządek konstytucyjny, a szczerze mówiąc, także ład społeczny. Jednym słowem: najpierw opozycja musi wygrać z PiS. Gdy stawką jest przyszłość Polski priorytetem powinno być odsunięcie od władzy ludzi, którzy ją niszczą. O wszystko inne można wykłócać się później.

Dziś, na rok przed decydującymi dla dalszych losów Polski wyborami parlamentarnymi trzeba sobie jasno powiedzieć, że alternatywą dla zjednoczenia opozycji jest zwycięstwo PiS. Oznaczające, co znamy z ostatnich trzech lat, dalsze życie w konflikcie, wyniszczającym ludzi, gospodarkę, zdolności obronne i pozycję międzynarodową Polski (chyba, że ktoś wierzy  w świeżo objawioną – kolejny już raz  – łagodną twarz PiS, która, jak wiemy z przeszłości, zniknie zaraz po wyborach).

Jeśli opozycja pójdzie do wyborów rozproszona i skłócona oznacza to także zgodę na wyjście (najpierw faktyczne, a później formalne) z Unii Europejskiej i zapewne, w dalszej perspektywie, z NATO i na coraz bardziej arogancką wobec  przeciwników politycznych politykę rządu, wspomaganą przekraczającymi granice wulgarności i pomówień wypowiedziami przedstawicieli władzy. O łamaniu praw obywatelskich i politycznych, naruszaniu praw człowieka, zamykaniu parlamentu przed obywatelami, ordynarnej propagandzie TVP i prorządowych mediów oraz codziennej porcji coraz bardziej bezczelnych kłamstw czołowych polityków PiS nawet nie wspominam, bo to oczywistość.

Wreszcie, co także dla każdego, kto ma oczy do patrzenia i uszy do słuchania powinno być jasne – nie ma skuteczniejszego niż zjednoczenie opozycji politycznego narzędzia, pozwalającego przywrócić Polskę europejskiemu kręgowi cywilizacyjnemu – bo – i to jest fakt – w tej chwili pod zbyt wieloma względami skręciliśmy ostro na wschód, w stronę Putinowskiej Rosji.

Osobiście sądzę, że mówienie o tym, jak ważna jest podmiotowość i tożsamość każdej partii i używanie tego jako argumentu przeciw zjednoczeniu, wynika nie tylko ze złej woli i błędnych kalkulacji politycznych, ale przede wszystkim fałszywego, ale dobrze w Polsce zakorzenionego przekonania, że współpraca oznacza utratę samodzielności i „wchłonięcie” przez większego.

Nic bardziej błędnego.

Oczywiście, jeśli ktoś jest skrajnie słaby, nieskuteczny i pozbawiony prawdziwej podmiotowości, być może straci ją, przez sam fakt rozmów z kimś, kto nieco inaczej myśli. Ale takich ludzi i partii i tak chyba nie chcemy?

Jednak normalnym, normalnie myślącym ludziom, o przeciętnym, zdrowym poczuciu własnej wartości to raczej nie grozi.

Żyjemy w czasie, gdy słowa i pojęcia uległy takim wypaczeniom, że dla porządku, co zresztą ostatnio niepokojąco często czynię, podam Państwu słownikową (słownik PWN) definicję współpracy.

Otóż współpraca to: po pierwsze – „działalność prowadzona wspólnie przez jakieś osoby, instytucje lub państwa”, a po drugie – wspólne funkcjonowanie, na przykład w ramach jakiejś instytucji”.

I tyle.

Wspólnie wykonywana praca na rzecz osiągnięcia jakiegoś celu. Widzicie tu Państwo miejsce na utratę podmiotowości czy tożsamości? Ja nie.

Jest za to możliwość dogadania się ze sobą niezależnie myślących, dorosłych, stabilnych emocjonalnie i dojrzałych ludzi, chcących działać mądrze i skutecznie. I rozumiejących, że wspólnymi siłami najpewniej wygrają, podczas gdy oddzielnie czeka ich porażka.

Jest więc dokładnie odwrotnie, niż twierdzą niektórzy politycy, których nazwisk nie wymieniam, bo nie o krytykę personalną tu idzie: zjednoczenie opozycji nie jest żadnym zagrożeniem dla nikogo, poza bojaźliwymi, niepewnymi swojej wartości głupcami, a przeciwnie, jest szansą na zwycięstwo. I testem siły, tożsamości, politycznej dojrzałości i poważnego traktowania wyborców przez wszystkie opozycyjne partie.

Rzeczywistość polityczna jest dziś dziecinnie prosta: oddzielny start partii opozycyjnych w wyborach, ich podzielenie, wzmacnia PiS. Każdy, kto odmawia zjednoczenia, wzmacnia PiS. Każda partia opozycyjna, która pójdzie do wyborów osobno, po prostu zmarnuje głosy. I wzmocni PiS.

Tyle fakty. Reszta to konwersacja.

A konwersować rzecz jasna można długo namiętnie, tylko że, tak się składa – i o tym zwłaszcza wyborcy powinni pamiętać, w polityce liczy się wyłącznie skuteczność.

I jeśli opozycja nie będzie skuteczna w imię obrony wartości, prawa i zasad, to PiS – i o tym zapewniam z całego serca – będzie niezwykle, niesamowicie wręcz skuteczny w doprowadzeniu do końca dzieła zmiany ustroju Polski z demokracji na dyktaturę.

Strojącym polityczne fochy szefom pomniejszych partyjek przypominam, że  taka jest teraz stawka i o to toczy się gra.

Premier Mateusz Morawiecki musi tęsknić z rozrzewnieniem za lasami na zachodzie, tymi gdzie można „pooddychać pięknym powietrzem”, bo po raz kolejny w drugiej części kampanii do wyborów samorządowych chwyta się tematu zanieczyszczeń powietrza w polskich miastach. 

Wczoraj podczas wizyty w Dąbrowie Górniczej odniósł się do jakości powietrza w mieście. Wspomniał, że Dąbrowa Górnicza jest na liście Światowej Organizacji Zdrowia wśród 33 miast z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem. Co znamienne, w tym wypadku powołał się na słuszność wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości i powiedział: „[…] Platforma Obywatelska i PSL, zgodnie z wyrokiem Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości z lutego tego roku, nie zrobiły nic albo prawie nic dla poprawy jakości powietrza”.

Niestety, premier, znany szerzej jako Kłamczuszek, tym stwierdzeniem naraził się na kolejny pozew w trybie wyborczym i zarazem trzecią przegraną w sądzie w sprawie o niezgodne z prawdą słowa wypowiedziane w trakcie kampanii wyborczej.

Obowiązująca od września zeszłego roku uchwała wprowadza obostrzenia wobec stosowanych paliw oraz konkretne wymogi co do konstrukcji urządzeń grzewczych. 

Prawo i Sprawiedliwość korzysta na specyfice polskich wyborów samorządowych, organizowanych w całym kraju jednocześnie. Pozwala ona na prowadzenie kampanii wyborczej w oderwaniu od regionalnych tematów, dając pole na populistyczne ruchy ze strony władz centralnych. Niestety, w temacie zanieczyszczeń powietrza Mateusz Morawiecki nie może zrzucić odpowiedzialności na samorządy. Rząd, w imię walki z PSL w regionach oraz na wskutek krótkowzroczności, czy politycznego zbliżenia z Rosją sam jest winny zaniedbań na tym polu. Faktem jest, że przerzucanie się odpowiedzialnością nie pomoże w rozwiązaniu problemu powodującego tysiące zgonów rocznie i realne straty dla gospodarki. 

Tu współpraca jest szczególnie ważna. Co do kwestii zaś kolejnego kłamstwa Mateusza Morawieckiego – ile jeszcze spraw sądowych musi przegrać premier, by z honorem oddać swoje stanowisko w inne ręce? Czy Prawo i Sprawiedliwość obowiązują inne standardy? 

Duda na cmentarzu promuje żonę kolesia

1 List

Andrzej Duda uprawia politykę na cmentarzach. Jakże to pisowskie – partia funeralna, która wyżarła się na Lechu Kaczyńskim.

Mocno kłóci się powtarzane wielokrotnie przez obóz władzy hasło, że taka rocznica, jak stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości jest jedyna w swoim rodzaju, z wyraźnie lekceważącym podejściem do przeprowadzenia tej rocznicy obchodów. Złośliwi wypominają już rządzącym, że zamiast przywódców z całego świata w Warszawie owszem pojawi się międzynarodowa reprezentacja, tylko środowisk neofaszystowskich i neonazistowskich. Jak to świadczy o władzy, odpowiedzmy sobie sami.

Wielu komentatorów stawia również głośno pytanie, co się stało z blisko 240 milionami, których wydanie zaplanowano właśnie na podkreślenie doniosłości tej okrągłej rocznicy wydarzeń z 1918 roku. Wczoraj portal Gazeta.pl postanowił sprawę przybliżyć, pokazując co władza zrobiła, by obchody były huczne i uroczyste. Aby ułatwić organizację stulecia niepodległości, powołano dwóch pełnomocników ds. organizacji obchodów. Po stronie Andrzeja Dudy został nim prezydencki minister Wojciech Kolarski, z kolei po stronie rządowej – wiceminister kultury Jarosław Sellin. Do dyspozycji w związku obchodami przeznaczono prawie 240 milionów złotych, z czego 1/3, ponad 80 mln zł, na 2018 rok – dokładnie 100. rocznicę odzyskania niepodległości. Wszystko w ramach programu “Niepodległa”, powołanego do życia w 2017 roku, rozplanowanego na lata 2017-2021.

Efektów tej pracy niestety nie widać, a wydarzenia, jeśli już się odbędą, to niczym nie będą się różnić od standardowych wydarzeń z lat poprzednich, ani w kwestii rozmachu, ani dbałości o szczegóły. Nie będzie 100 kolumn na 100-lecie niepodległości, nie będzie 100 ławek, ani 100 strzelnic. Rejs Wolności z udziałem Mateusza Kusznierewicza nie wypalił, wielki marsz czy defilada również. Póki co najbliżej jest realizacji nieformalnego programu 100 prezesów spółek Skarbu Państwa albo 100 kłamstw premiera Morawieckiego w ciągu jednej kampanii wyborczej. Nadchodzące obchody będą wizerunkową porażką obozu władzy, tym bardziej że to właśnie z ust liderów Zjednoczonej Prawicy tak często słyszymy o dumie z bycia Polakiem. Nic więc dziwnego, że rozpoczęło się poszukiwanie winnych i to najlepiej z zewnątrz tak, by ewentualne rozczarowanie wyborców przy okazji dobrze spożytkować. Nie zawiódł marszałek Senatu Stanisław Karczewski, który winnych widzi, a jakże, w opozycji.

Grzegorz Schetyna był w komitecie. (…) Ja mam zdjęcie z jego pustym krzesłem. Nie przychodził, bojkotował. Opozycja od początku bojkotuje obchody 11 listopada. (…) PO i PSL powinni przyjść, zgłosić jakiś pomysł – ocenił Karczewski prace nad programem obchodów 100-lecia niepodległości w internetowej telewizji braci Karnowskich wPolsce.

Niby takie odwracanie kota ogonem i obwinianie za własną nieudolność wszystkich, tylko nie siebie, nie jest niczym nowym, jednak tupet marszałka Senatu zaskakuje. To, że Polacy, którzy nie interesują się polityką i chcieliby po prostu pojechać 11 listopada 2018 roku do Warszawy i wspólnie z innymi rodakami obchodzić tę uroczystą rocznicę, dostaną jedynie możliwość maszerowania ze zwolennikami dominacji “białej rasy” jest wyłączną winą Zjednoczonej Prawicy. Warto się zastanowić, by plany zmienić i pojechać do Łodzi lub Poznania, gdzie lokalne władze organizują własne obchody, z dużym rozmachem i znamienitymi gośćmi. Tam będzie można dumnie zakrzyknąć: “Tu jest Polska”.

Nie minęło dużo czasu od skandalu z nagrodami dla ministrów w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, a poseł Krzysztof Brejza wywęszył kolejną aferę. Pokłosiem interpelacji poselskiej złożonej przez posła PO są informacje ujawniające gwałtowny wzrost importu rosyjskiego węgla z Federacji Rosyjskiej.

Zestawiając te dane z faktem uzależnienia energetycznego od węgla, kosztami związanymi z subsydiami dla wydobycia węgla, niepoliczalnymi sumami kosztów zdrowotnych, czy z przywilejami emerytalnymi dla górników wynika postępujące marnotrawienie publicznych pieniędzy na produkcję szkodliwej energii. Być może taka polityka miałaby jakiś sens, gdyby pieniądze trafiały na zasilanie polskiej gospodarki, jednak okazuje się, że wraz z przejęciem władzy przez PiS udział rosyjskiego węgla w produkcji energii w Polsce pikuje.

“Ten węgiel jest dużo tańszy, ale jest złej jakości. Ze sprzedaży rosyjskiego węgla Putin ma pieniądze, żeby napadać sąsiednie kraje. Odtwarza imperium postsowieckie” – tak jeszcze w 2014 roku grzmiał Mariusz Błaszczak, obecny szef MON, gdy wraz z partią domagał się wprowadzenia embarga na import rosyjskiego węgla. Ogłosił wtedy pracę nad odrzuconą później przez Sejm ustawą, która miała zobowiązywać instytucje państwowe do zakupu polskiego węgla. Dziś dzięki interpelacji posła Brejzy wiemy, że to od momentu rozpoczęcia rządów PiS import rosyjskiego węgla jeszcze przyspieszył. Od 2015 roku do Polski 25,2 mln ton czarnego złota zza wschodniej granicy, a z każdym rokiem jego ilość rośnie.

Ze słów ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego dla PAP wynika, że import węgla jest konieczny do czasu uruchomienia nowych ścian wydobywczych w polskich kopalniach, co ma zająć kilka lat. “Pewien poziom importu węgla jest wskazany dla ustabilizowania cen, nawet jeżeli w danym momencie musimy importować więcej […] Jednocześnie wzrost zużycia energii elektrycznej daje nam stabilizację rynku węgla w Polsce – powiedział.

Wyszło więc jak zwykle – rząd brnie po uszy w krótkowzrocznej polityce energetycznej opartej na węglu, uzależniając bezpieczeństwo energetyczne nie tylko od szkodliwego dla zdrowia surowca, ale i łaski rosyjskiego satrapy. Po raz kolejny też okazało się, że fasadowa niechęć polityków Prawa i Sprawiedliwości do Władimira Putina jest tylko pijarową narracją,  niemającej nic wspólnego z faktycznym zacieśnianiem współpracy z Rosją. Kwitnące interesy Polski z Rosją wydają się kolejnym elementem układanki polityki Prawa i Sprawiedliwości, w której to rząd walcząc z zachodnimi sojusznikami działa w interesie Niedźwiedzia ze Wschodu.

>>>

Nigdy nie jest słodko umierać za ojczyznę

1 List

Tylko oślepiający patos każe mówić, że słodko jest umierać za ojczyznę.

Nieczęsto zabieram głos na portalu koduj24, od wielkiego dzwonu, a raczej od wielkiej ciszy. Wygląda na to, że zbliżające się święto stulecia odzyskania niepodległości Polski nie będzie obchodzone w zgodzie i zadumie, nie ma co marzyć o ciszy. Inaczej zapewne będzie 1 listopada. W tym dniu, mimo że będziemy w tłumie odwiedzających cmentarze, będziemy próbować wkraczać w sferę ciszy i nadziei.

Nadzieja mierzy się ze śmiercią. To śmierć relatywizuje znaczenie zarówno rzeczy błahych, jak i wzniosłych. Tylko oślepiający patos każe mówić, że słodko jest umierać za ojczyznę. Żadna śmierć nie jest słodka, jest ona kresem indywidualnego istnienia, a przynajmniej zniszczeniem znanej nam jego formy. Nie godzimy się z umieraniem, buntujemy się przeciwko śmierci, dręczy nas śmierć własna, boli śmierć bliskich.

Ale czy pragnienie nieśmiertelności jest uzasadnione? Ireneusz Ziemiński uważa, że wyraża się w nim roszczenie przekraczające ludzką kondycję. Już sam dar skończonego istnienia, skoro jest darem, powinien wystarczać. Podoba mi się ta pokora i czystość myślenia, ale nadzieja nieśmiertelności jest czymś innym niż domaganie się jej. Rozwija się ona w żywiole łaski. Zgodnie z chrześcijańską wiarą to Bóg chce życia wiecznego dla człowieka. Jego wcielenie, śmierć i zmartwychwstanie otwierają horyzont nadziei. Jest to nadzieja zbawienia, które nie mieści się w granicach ludzkich sił.

Nie wiem, czy wszyscy ludzie zostaną zbawieni. Nadzieja to coś więcej niż wiedza. Gdyby nadzieja nie obejmowała pragnienia powszechnego zbawienia, byłaby ułomna. Ks. Wacław Hryniewicz z głęboką teologiczną mądrością przekonuje, że nie możemy naszego ludzkiego punktu widzenia, z właściwymi mu ograniczeniami, narzucać Bogu. Nikt z ludzi nie jest w stanie patrzeć tak jak Bóg. Natomiast wznoszenie umysłu do Boga wraz z prośbą o zbawienie wszystkich ludzi ocala samą nadzieję.

>>>

Tylko oślepiający patos każe mówić, że słodko jest umierać za ojczyznę.

Raskolnikow

Trzy ostatnie teksty Waldemara Mystkowskiego.

Niczego nowego nie proponuje PiS w sprawie Sądu Najwyższego. Kwestia oparła się o najwyższy czynnik prawny w Unii Europejskiej, o Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu.

A więc premier i podlegli mu ministrowie rozgrywają, jak potrafią – czyli kłamiąc i matacząc, patentowany kłamca (otrzymał ten patent już dwukrotnie w czasie tej kampanii samorządowej) Mateusz Morawiecki swego czasu pochwalił się, że negocjacje z instytucjami unijnymi ma opanowane w małym paluszku.

Najpierw gruchnęła wieść, iż szef dyplomacji Jacek Czaputowicz – mało kto wie, że ktoś taki nim jest – przesłał do Trybunału Konstytucyjnego elaborat kwestionujący zasadność zapytania Zbigniewa Ziobry, czy Sąd Najwyższy może zwracać się z pytaniami prejudycjalnymi do TSUE, bo TK nie ma takich kompetencji, aby badać prawo unijne, które Polska przyjęła „jako dorobek wspólnotowy” wchodząc do UE.

Po ujawnieniu interwencji Czaputowicza w atrapie Trybunału Konstytucyjnego pojawiły się spekulacje, czy to Ziobro został kozłem ofiarnym 32-procentowego poparcia PiS…

View original post 1 048 słów więcej