Tag Archives: Sławomir Neumann

Odzyskać Polskę z rąk szalbiercy, złodzieja, z rąk niziołka. Z życia pasqud 32

27 Lip

Jestem porażony wyjątkowo niskim stanem świadomości większości Polaków, których znam choćby z FB. Ludzie ci w znakomitej części nie mają pojęcia o tym, co aktualnie dzieje się z Polską, z całym dla nich szacunkiem. Nie dostrzegają tego, że w sposób niezauważalny, póki co jeszcze niemal bezkrwawy, nastąpiło przejęcie państwa przez „polityczną sektę” Jarosława Kaczyńskiego, Mateusza Morawieckiego, Zbigniewa Ziobry i Andrzeja Dudy. Nie wiem więc, z czego wynika tak wielki optymizm w wygraną, po tym, jak opozycja poniosła sromotną klęskę w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego, w których była faworytem. Dobrze to, czy nie, ale ja mam wyostrzone zmysły w zakresie bezpieczeństwa. Wynika to oczywiście z zawodu i wykształcenia, ale też ze zdrowego rozsądku i instynktu samozachowawczego. Wielu moich rodaków jak widzę, jest tego pozbawionych.

Dziś nie ma nawet najmniejszych, racjonalnych podstaw do przesadnego optymizmu. Wręcz przeciwnie; wszystkie dzwony powinny bić na alarm, a muzycy larum grać, bo Polska idzie na dno i to w zastraszającym tempie. To nie jest tak, jak wielu się wydaje, że idziemy do wyborów, które wygramy i nagle, jak czarodziejską różdżką przerwiemy proces dewastacji państwa polskiego! Nie! Teraz walczymy jedynie o ograniczenie skali pisowskiej władzy; będą rządzić sami czy ze skuteczną rolą opozycji. Tylko tyle i aż tyle, no, chyba że ludzie się przebudzą z letargu. Jednak na to bym nie liczył! Nie znaczy to, że nie marzę o zwycięstwie nad grupą szkodników rozwalających polską państwowość. Nie chcę być nieskromny i butny, ale uważam, że nie ma w naszej Ojczyźnie tak wielu konsekwentnych i zaciekłych przeciwników tego, tak potwornie szkodliwego reżimu w Polsce, jakim ja jestem. Piszę to z pełną świadomością tego, że „oni”, czyli ci źli niczego mi nie odpuszczą, zatem nie mam się z czego cieszyć! Tym bardziej że każdego dnia nie tylko muszę się zmagać z przeciwnikami Polski, ale także z potencjalnymi sojusznikami.

Nie wiem do końca, jak to się dzieje, że jest tak wielu ludzi jakby zaślepionych swoimi guru ze szczytów władzy – liderami partyjnymi obecnymi i byłymi – którzy już tyle razy nie wywiązali się z obietnic i wierzą w to, że któryś z nich jako wybawca przybędzie na białym koniu, wypędzi Kaczyńskiego i jego bałwochwalców, a następnie Polska będzie już płynąć mlekiem i miodem. Tak na pewno nie będzie. Mało tego – życząc opozycji, której maleńkim elementem sam jestem, zwycięstwa – jestem przekonany, że gdyby do niego doszło, to ci, którzy obecnie popełnili wiele przestępstw, nie zostaliby przez zwycięzców ukarani. Mam swoją teorię na ten temat, ale tutaj nie chcę jej wtrącać. Po prostu w Polsce brak jest prawdziwie patriotycznie nastawionych elit. Oczywiście jest pokaźna liczba państwowców, ludzi, którym Ojczyzna jest droga, jednak większość tylko zabiega o zaszczyty i apanaże. Musimy sobie z tego zdawać sprawę.

Wierzmy w zwycięstwo, a najlepiej róbmy jeszcze coś, aby je uzyskać i uwolnić Polskę od jej wewnętrznego wroga – PiS, SP i ich sojuszników. Udowodnienie szkodliwości tego rządu i skorumpowanych w dużym stopniu elit nie byłoby dla żadnego politologa czy prawnika (oczywiście przyzwoitych) niczym szczególnym! Nie bądźmy jednak naiwni, że wszystko zrobi się samo! Nie ma według mnie woli zrobienia tego ze strony najważniejszych sił politycznych i żeby nie wiem jak mnie przekonywano, w ich dobrą wolę nie uwierzę; to tylko wyrachowanie. Dziś m.in. przeczytałem w prasie o liście dwudziestu kilku senatorów PO do Franza Timmermansa z podziękowaniami za obronę europejskich wartości. Ja takie listy piszę na co dzień i nikt o tym nie trąbi, ba nawet nie zauważa, bo po co? Ci ludzie żyją tylko własnym życiem i własnymi karierami więc nie liczcie na to, że wam/nam pomogą! Najpierw pomogą sobie uzyskać to, na czym im najbardziej zależy; kolejną kadencję w sejmie bądź w senacie i następne cztery lata przegadają, budząc się przed końcem kadencji jak teraz. W partiach trwają prawdziwe walki o miejsca na listach dlatego, jeśli popieram obecną opozycję, to robię to tylko na zasadzie wyboru mniejszego zła!

„Elity” w Polsce muszą się zmienić i to jak najszybciej, stąd mój apel do nich: jesteście w parlamencie, to róbcie swoje, zamiast „pisać na pokaz” listy do kolegów z Brukseli, z którymi jesteście za „pan brat”! Pisanie ich zostawcie naukowcom, dziennikarzom i publicystom. Gdybyście nie zaniechali tego, co należy do waszych obowiązków posła czy senatora, to Ziobro byłby w innym miejscu, niż jest (powinien stać już dawno przed TS), a niejaki Jarosław Kaczyński nie uchodziłby za „męża opatrznościowego” Polski (tfu!).

Wracam do społeczeństwa; Jest wiele takich osób, które są bardzo skuteczne w krytyce innych, gdy same tymczasem nie robią nic! Są jednak i tacy, którzy myślą o przyszłości Polski i powoli zaczynają (trudną przyznam) drogę edukacji od podstaw – czyli „pracy organicznej”, jak w XIX wieku określali to pozytywiści. Nie powiedzieliśmy (bo jestem jednym z nich) jeszcze ostatniego słowa, ale jedno jest pewne; tym się różnimy od tych nieprawych, że większości z nas nie zależy na stanowiskach, tylko poświęca się walce z reżimem po to, aby do Polski wróciła normalność. Jako że świadomość społeczeństwa jest niska, liczymy się z długą walką, ale ją wygramy. „Pogonimy” wtedy tych rządzących szkodników i bezużyteczne od lat „elity” uważające się za opozycję, do której miana nie dorosły. Czas przemian nadchodzi. Liczymy zwłaszcza na młodych, ale nie neonazistów, a patriotów!

Nie widząc innej możliwości przywrócenia w Polsce normalności, demokracji i prawa apeluję do wszystkich polskich patriotów o wspólne zorganizowanie strajku generalnego i wzięcie w nim udziału! Umożliwia to obywatelom Konstytucja RP! Nie jest to zatem wezwanie do chaosu tylko do pokojowego wyrażenia woli narodu! Poprośmy złą i szkodliwą władzę o ustąpienie, a następców o jej rozliczenie!

Nie zachęcam do przemocy, tylko wyjścia z domów i zgodnego z prawem wyrażenia sprzeciwu dla rządu, który niszczy własną Ojczyznę, który od lat łamie naszą konstytucję, prześladuje ludzi, w tym sędziów i prokuratorów! Dla rządu, który niszczy dobre imię Polski i Polaków, który jest mierny merytorycznie i moralnie!

Apeluję o wyrażenie przez nas wszystkich sprzeciwu dla dalszego psucia państwa! Nie zgadzamy się na niszczenie, nie wiadomo czy w pełni zrównoważonej i nieumocowanej w prawie osobie, na rządzenie tak dużym i do niedawna jeszcze wolnym krajem!

Apel ten kieruję do wszystkich osób zatroskanych tak jak ja, o dobro naszej Ojczyzny – Polski i jej Obywateli! Proszę też o wsparcie ze strony wszystkich postępowych sił w Polsce!

To, że politycy to ta grupa społeczna, która zwykle jest oderwana od realiów życia przeciętnego Kowalskiego nie jest niczym zaskakującym. Jednak, gdy politycy, którzy dzierżą niepodzielna władzę nad niemal każdym obszarem życia publicznego zaczynają tracić kontakt z rzeczywistością, zaczyna się robić dziwnie. W ostatnich dniach dwa wydarzenia pokazały dobitnie, że Prawo i Sprawiedliwość kompletnie się pogubiło w wyczuwaniu nastrojów społecznych i stało się całkowicie zepsutą i ogarniętą paranoją partią władzy, w najgorszym, wschodnioeuropejskim tego słowa znaczeniu.

Nikt z nas nie wpadłby na pomysł, by zaplanować sobie weekend w jednej z europejskich stolic, podjechać taksówką na lotnisko i wsiąść “na gapę” do samolotu np. do Paryża, mówiąc obsłudze lotu, że przecież jeśli przewiozą jedną osobę więcej, to przecież koszty lotu pozostaną takie same. A politycy PiS, tłumaczący skandaliczne zachowanie marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, właśnie takich argumentów używają, usprawiedliwiając fakt, że prominenty polityk PiS zrobił sobie z rządowego samolotu (zresztą kupionego za kolosalne pieniądze i w wątpliwej procedurze) rodzinną taksówkę. Można założyć, że skoro robi tak formalnie druga osoba w państwie, to podobnym pokusom mogą ulegać niemal wszyscy członkowie ekipy rządowej, którym przysługują państwowe limuzyny.

Nie przesadzajmy, nie wariujmy, samolot i tak leci z marszałkiem, więc czy zabiera posła, czy dziennikarza, czy syna, to myślę, że nie dzieje się nic nadzwyczajnego” – mówił Ryszard Terlecki, wicemarszałek Sejmu i osoba, której buta i arogancja w ostatnich miesiącach szokuje najbardziej. Zauważył on też, że marszałek Kuchciński nie powinien zwracać pieniędzy za loty. Aż chce się dopowiedzieć za Beatą Szydło, że przecież pewnie mu się te luksusy i przywileje należą.

Przykładów oderwania od rzeczywistości jest znacznie więcej. Od wyimaginowanego i natrętnie kolportowanego zarzutu o pucz w Sejmie, jaki miał się odbyć zimą 2016 roku, po regularne jatki Krystyny Pawłowicz na Twitterze, która nieustannie sugeruje, że opozycja chce siłą obalić demokratycznie wybrany rząd, aż po wydarzenia z wczoraj, kiedy to Beata Kempa stała się już przez chwilę ofiarą rasistowskiego aktu terroru, z oczywistym podłożem politycznym w tle. Rzekomy atak na kierowcę świeżo wybranej europosłanki miał wręcz być zemstą za działanie PiS na forum UE, a ona sama w zasadzie ledwie uszła z tej awantury bez szwanku. Tyle tylko, że im więcej o tamtych wydarzeniach się dowiedzieliśmy, tym bardziej niedorzeczne stały się pierwsze reakcje np. posłanki Bernadety Krynickiej (tej od obrzydliwego zachowania względem protestujących w Sejmie niepełnosprawnych). Okazuje się bowiem, że ani to był atak na Kempę, ani nie był to jej kierowca (tylko losowo przydzielony z Parlamentu Europejskiego), ani nie było ataku, tylko sprzeczka, a jej przyczyną nie było wożenie polityczki PiS, tylko … stłuczka, do jakiej miało dojść chwilę wcześniej.

Na domiar złego, gdy sprawę zgłębiać zaczęli reporterzy radia RMF FM, okazało się, że europosłanka nieprzypadkowo wybrała akurat hotel w wielokulturowej dzielnicy (którymi w Polsce straszy się już dziś małe dzieci “prawdziwych Polaków”. Miało to być motywowane okazją do dodatkowego zarobku w europejskich srebrnikach. W 3-gwiazdkowym hotelu w dzielnicy Ixelles, którego właścicielką jest Polka, za pobyt płaci się jedynie 100 euro, a dietę z PE europosłowie otrzymują trzy razy większą. Zawsze to ok. 800+ zł. Taki nowy program dla najbardziej potrzebujących polityków władzy.

Marszałek Sejmu Marek Kuchciński latał z rodziną rządowym samolotem. Sześć razy na pokładzie maszyny, poza marszałkiem, byli członkowie jego najbliższej rodziny: córka, synowie lub żona. – Pan marszałek często mówi o standardach i tanim państwie, o tym, że parlamentarzyści muszą się odpowiednio zachowywać. Tymczasem pan marszałek co tydzień wraca do domu kilkaset kilometrów do Rzeszowa, ten lot kosztuje na pewno 100 tys zł. Moim zdaniem są dwa honorowe zachowania: oddanie pieniędzy i podanie się do dymisji – komentuje podróże marszałka Sławomir Nitras z PO

Do domu ze statusem HEAD

Poseł PO Sławomir Nitras przedstawił w czartek w Sejmie dokumenty potwierdzające loty marszałka Kuchcińskiego. Kontrowersje budzą przeloty do Rzeszowa na weekend; marszałek mieszka w okolicy.

Do dokumentów dotarło też Radio Zet. Wynika z nich, że marszałek przynajmniej trzy razy latał z Warszawy do Rzeszowa, dwa razy odbył lot powrotny z Rzeszowa do stolicy i raz z Warszawy do Krakowa.

Wysokie standardy marszałka

– Pan marszałek często mówi o standardach i tanim państwie, o tym, że parlamentarzyści muszą się odpowiednio zachowywać. Tymczasem pan marszałek co tydzień wraca do domu kilkaset kilometrów do Rzeszowa, ten lot kosztuje na pewno 100 tys zł – komentował sprawę poseł PO Sławomir Nitras, który jednocześnie pyta marszałka o szczegóły:

ILE RAZY OD POCZĄTKU KADENCJI MARSZAŁEK PODRÓŻOWAŁ NA TRASIE WARSZAWA-RZESZÓW-WARSZAWA? ILE RAZY W CZASIE TYCH LOTÓW TOWARZYSZYLI MU CZŁONKOWIE RODZINY, ILE RAZY TOWARZYSZYLI MU POLITYCY PIS-U I ICH RODZINY, A TAKŻE ILE KOSZTOWAŁY LOTY I CZY MARSZAŁEK ZWRÓCIŁ PIENIĄDZE ZA CZŁONKÓW RODZINY?

– Zrobię wszystko, i to nie złośliwość, ale kwestia standardów, a mam nadzieję, że kwestia standardów nas z marszałkiem łączy, żeby rozliczył się z tych pieniędzy – zapowiedział Sławomir Nitras.

Marszałek Sejmu, jako druga najważniejsza osoba w państwie, może korzystać z samolotu o statusie HEAD. Oznacza to, że marszałek może dysponować samolotem do celów służbowych. Wystarczy, że złoży zamówienie.

Wątpliwości budzi kierunek lotów. Skoro marszałek lata na weekend do domu, to czy na pewno były to loty służbowe.

Sejm: Marszałek latał służbowo

W odpowiedzi na te wątpliwości Centrum Informacyjne Sejmu opublikowała oficjalne pismo, w którym czytamy, że loty miały charakter służbowy.

“W nawiązaniu do publikowanych w przestrzeni publicznej dokumentów, dotyczących lotów Marszałka Sejmu w okresie styczeń – lipiec 2019 r. Centrum Informacyjne Sejmu wyjaśnia, że każda ze zrealizowanych samolotem rządowym podróży drugiej osoby w państwie miała charakter służbowy”, a “podróże realizowane zazwyczaj w bezpośredniej styczności kalendarzowej z posiedzeniami Sejmu, co nakładało na Kancelarię Sejmu dodatkowe zadania o charakterze logistycznym”.

Marszałek lubi latać

Nie po raz pierwszy marszałek Kuchciński ma problem z wytłumaczeniem swoich podróży. W marcu tego roku jedna z posłanek PiS pochwaliła się wspólnym lotem z marszałkiem Sejmu. Wówczas Kuchciński, Krystyna Wróblewska i były prokurator z czasów PRL Stanisław Piotrowicz lecieli razem z Warszawy do Rzeszowa.

To jest patologia władzy” – powiedział podczas konferencji prasowej Sławomir Neumann z Koalicji Obywatelskiej, komentując „rodzinne eskapady” Marka Kuchcińskiego rządowym samolotem. Radio ZET dotarło do dokumentów potwierdzających sześć lotów, podczas których na pokładzie poza Kuchcińskim znajdowali się członkowie jego rodziny i oficer Służby Ochrony Państwa. „Kuchciński lata sobie z rodziną rządowym samolotem. Poseł Nitras proponuje honorowe rozwiązanie”.

Neumann oznajmił mediom, że Koalicja składa wniosek o „odwołanie Marka Kuchcińskiego z funkcji marszałka Sejmu. Symbolicznie trzeba pokazać, że w normalnym państwie nie ma zgody na oligarchiczne zachowania przedstawicieli władzy” – powiedział. – „To bezczelne, aroganckie standardy, które pokazują, że korzyści są tylko dla PiS-u. To się skończy w październiku” – oświadczył, podkreślając jednocześnie całkowity brak „prawdziwej reakcji” ze strony PiS na doniesienia medialne. – W cywilizowanych krajach takie rzeczy kończą się dymisją” – zauważył i dodał oburzeniem: – „Jak widać standardy obowiązujące w PiS są zupełnie inne”.

Centrum Informacyjne Sejmu, odnosząc się do sprawy zapewniło w komunikacie, że każda podróż Kuchcińskiego samolotem rządowym miała charakter służbowy. Podkreślono też, że „obecność dodatkowych osób na pokładzie nie wpływa w żadnej mierze na koszt przelotu. Z możliwości towarzyszenia marszałkowi Sejmu w podróżach korzystają zresztą przede wszystkim reprezentanci izby, pracownicy Kancelarii Sejmu oraz funkcjonariusze Służby Ochrony Państwa, co ułatwia sprawną realizację programu podróży, a zarazem nie ma nic wspólnego z korzyściami o charakterze osobistym” – głosi komunikat.

Prezes PiS oburzony informacjami o „rodzinnych” lotach Marka Kuchcińskiego rządowym samolotem – dowiedzieli się reporterzy RMF FM. Jarosław Kaczyński osobiście zdecydował, że marszałek Sejmu ma pokryć koszty przelotów swojej rodziny rządową maszyną” – napisano na Twitterze RMF FM. Pieniądze mają zostać przekazane przez Kuchcińskiego na cele charytatywne.

O, widzę że grany jest motyw „dobry car i źli bojarzy”; – „Dlaczego nie był taki „oburzony” wcześniej, zanim media nie nagłośniły sprawy?„; – „Przepraszam bardzo, to nie znaczy, że zapłaci, tylko będzie jak z nagrodami. Po drugie, za ile lotów marszałek zapłaci, bo te 6, o których wiemy to nie jest komplet?”; – „Prezes jest też kontrolerem lotów!”; – „Czy jeśli gwizdnę coś ze sklepu, a potem równowartość tego wpłacę na wybrany cel charytatywny, to wtedy też będzie po sprawie?” – komentowali internauci.

A jeszcze rano w TVN 24 wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki tak mówił o sprawie: – „Nie widzę tu – poza sezonem ogórkowym – niczego niezwykłego. To, że zdarzało się zabrać syna czy córkę, to w niczym nie zmienia sytuacji tego lotu. (…) Nie przesadzajmy, nie wariujmy, samolot i tak leci z marszałkiem, więc czy zabiera posła, czy dziennikarza, czy syna, to myślę, że nie dzieje się nic nadzwyczajnego” – szedł w zaparte Terlecki. Stwierdził także, że nie widzi potrzeby, aby Kuchciński zwracał pieniądze za prywatne loty.

wyborcza.pl/7,75398,250326…

To, co PiS zrobiło z częścią społeczeństwa, można śmiało nazwać największym „sukcesem” tej partii.

Już trzeci tydzień próbuję wyjaśnić, dlaczego coraz gorzej żyje mi się w Polsce, która od 4 lat jest coraz mniej moja. Jest coraz bardziej mroczna, pogrążona w chaosie prawnym i społecznym. Nigdy nie wiem, gdy rano się budzę, co mi nowego zafunduje PiS, stąd narasta we mnie jakaś psychoza, lęki emocjonalne i czuję, że po prostu odpływam tam, gdzie miejsca dla takich, jak ja po prostu nie ma.

Prezes Kaczyński wmawia nam, że jego partia miłuje pokój i walczy ze złem. Jego koleś, Suski, dorzuca, że „tym się różni demokracja od dyktatury, że w dyktaturze zamyka się tych do więzienia, którzy rządzili, a w demokracji po prostu wysyła się ich do innej pracy” i nie raczy nawet zauważyć, że przecież marzy, by zamknąć na długie lata członków poprzedniej władzy, tylko jakoś nie udaje się ich prokuraturze znaleźć na tyle sensowne dowody, by zapełnić więzienia. Ale to oczywiście drobiazg, nie wart nawet wspomnienia. Była premier, a dziś europosłanka bez przydziału, pani Szydło opowiada o tolerancji, której Europa powinna nam zazdrościć. Każdy z polityków Zjednoczonej Prawicy patrzy nam w oczy i bez mrugnięcia wciska kit, zapewne gdzieś tam, na boku, śmiejąc się z narodu, że taki naiwny i głupi, każdą bujdę kupi.

Co uważam za „największe osiągnięcie” partii rządzącej, które totalnie podkopało podwaliny mojego jestestwa obywatelskiego? Jej stosunek do nas, społeczeństwa. To jest kwintesencja tej władzy. Przede wszystkim lekceważenie. Każdemu, kto nie stoi murem za partią, dostanie się równo.

Dla lekarzy, którzy już bokami robią, PiS ma swoją receptę. Jak im się nie podoba, to niech wyjeżdżają. Nikt przecież ich tutaj na siłę nie trzyma. Uczniom z podwójnego rocznika radzą, by nie panikowali, bo przecież „uczyć się można i w gorszej szkole, a nawet w domu, jak się chce”, a może „poszukać szkoły zagranicą”. Nauczyciele też nie mają się o co wkurzać, bo przecież „nie mają obowiązku życia w celibacie”, więc tym 500 plus mogą sobie nabić niezłą kasę.

Dorosłym niepełnosprawnym nie chcą dorzucić nawet złotówki, bo po co im jakieś głupie marzenia o godnym życiu? Osoba odpowiedzialna za sprawy społeczne uznała, że spływ Dunajcem jest znacznie ciekawszy od spotkania z protestującymi w Sejmie. Jedna z posłanek wyszła z propozycją, by w ramach aktywizacji poprawić nastrój niepełnosprawnych i puścić ich na strzelnice, by sobie postrzelali, a dla posła Żalka protest rodziców osób niepełnosprawnych w Sejmie był przykładem zwyrodnialstwa, on takim typom nie dałby ani grosza.

Wujek „dobra rada”, czyli prezes Kaczyński żąda od kobiet, by rodziły zdeformowane, nieuleczalnie chore dzieci, bo to przecież bardziej ludzkie w jego mniemaniu niż aborcja. Poza tym najważniejsze jest, by takie dziecko ochrzcić i pochować po bożemu. Mało tego, wycenił ten akt dobrej woli kobiety na 4 000 zł, jednak tylko pod warunkiem, że uda jej się urodzić żywe dziecko. Jak martwe, to grosza nie zobaczy. Inni politycy tej partii są przekonani, że przecież „każda matka wie, w momencie poczęcia, czy urodzenia, że jej dziecko umrze. Tak jest, każdy z nas umiera”, więc zupełnie nie rozumieją, skąd to oburzenie?

Przyszedł czas i na osoby LGBT. No cóż, temat imigrantów już się przejadł, spowszedniał, więc trzeba było znaleźć nowego wroga, który ruszy Polaków do walki o prawdziwe wartości, płynące prosto z chrześcijańskiego serca. Hasło do ataku dał oczywiście prezes, któremu wszystko już się totalnie poplątało. Miesza Deklarację LGBT z seksualizacją dzieci i nie mając zielonego pojęcia, o co w niej chodzi, uważa ją za atak na rodzinę. Nagle środowisko LGBT znalazło się na celowniku, prześmiewane, obrażane, atakowane, wręcz nękane. W Polskę poszły słowa europosła Czarneckiego, który zawołał rozpaczliwym głosem, by ci gorsi seksualnie obywatele przestali się „wygłupiać, demonstrować, żądać związków czy małżeństw. To są rzeczy dla nas – ludzi hetero. A jak nie przestaniecie, to uznamy, że chcecie nas dyskryminować”.

Władza dała swoje przyzwolenie, Kościół dołożył swoje i zaczęła się nagonka na polskich obywateli, których jedyną „winą” jest to, iż nie są hetero. Sobotnie wydarzenia w Białymstoku pokazały nam, czym się kończy taka retoryka. Rozochoceni wielbiciele partii, w pełnym przekonaniu, że racja po ich stronie, Kościół po ich stronie, władza po ich stronie, ruszyli do ataku. Została przekroczona granica, za którą nic dobrego nas nie czeka, a takie sytuacje jak w Białymstoku staną się normą pisowskiego państwa. Oczywiście za przyzwoleniem prezesa i jego spółki oraz polskiego Kościoła.

Za chwilę obywatelom znudzi się temat LGBT, więc władza poszuka nowego wroga „czystej krwi” Polaka. To mogą być właśnie niepełnosprawni, bo są na tyle bezczelni, że wciąż żyją i jeszcze do tego mają jakieś roszczenia. To mogą być osoby otyłe, bo obżerają się po pachy, a państwo musi wydawać kasę na ich leczenie. To profesorowie i wielkie autorytety w dziedzinie nauki, bo potęgują kompleks niższości wielu tych, co uważają się za wybitnych ekspertów w każdej dziedzinie. Osoby o ciemnych włosach, bo nie mieszczą się w kanonie słowiańskiego piękna, okularnicy, bo się do wojska nie nadają. W kolejce czekają też dziennikarze oraz ludzie kultury i sztuki, oczywiście ci, co to nie idą na pisowskiej smyczy. Nigdy nie wiadomo, kto będzie następny i dlaczego.

Tak! To PiS doprowadziło do sytuacji, w której naród ostro się radykalizuje. Boję się uśmiechnąć do kogoś na ulicy, bo za chwilę mogę za to dostać po łbie. Boję się zagaić rozmowę, bo mogę zostać zmieszana z błotem. Chowam swoje dokumenty poświadczające wykształcenie i wieloletnie dokształcanie się, bo zostanę wyśmiana, nazwana „wykształciuchem”, który nie ma prawa głosu w pisowskiej Polsce. Moje imię i zdecydowanie semickie rysy twarzy, wzbudzają powszechną agresję.

I jak tu żyć w takim państwie? Jak tu się czuć pełnoprawny, obywatelem, gdy ta władza i jej wielbiciele odbierają poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji? Słowo daję, trudne jest życie w społeczeństwie masochistów, które pozwala robić ze sobą wszystko, co tylko się partii rządzącej zamarzy. W państwie PiS, które lekceważenie nazywa miłością, przekupstwo dobrem, arogancję uczciwością, nierzetelność profesjonalizmem, demolkę fantastyczną reformą, dyskryminację i wykluczenia budową zdrowego, polskiego narodu. Nie da się…

Reklamy

Karnowscy w sieci szujstwa, Morawieckiego wyczyny krętactwa, smogiem chcą nas zabić. Z życia pasqud (6)

1 Lip

„Mam nadzieję, że za takie okładki Karnowscy doczekają się wreszcie kary. To już przechodzi ludzkie pojęcie, do jakiego stopnia można się upodlić, żeby przypodobać się PiSowi. Prezydent Gdańska wybrało 84% mieszkańców. Zestawiać nas ze swastyką?” – tak jedna z internautek podsumowała okładkę najnowszego wydania prawicowego tygodnia „Sieci”. Redaktorem naczelnym pisma jest Jacek Karnowski, a jego brat Michał (poza publikowaniem w nim tekstów) zasiada we władzach spółki Fratria, która pismo wydaje.

Na okładce najnowszego numeru tygodnika widnieją fotografie prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz, jej poprzednika, zamordowanego w styczniu tego roku Pawła Adamowicza oraz Donalda Tuska. Otoczeni są m.in. flagami ze swastykami, a tytuł głosi: „Czy Gdańsk chce do Niemiec?”.

„To z bezsilności. Gdańsk ich uwiera! To wolne Miasto wolnych Ludzi i nie mogą nic z tym zrobić. Wiedzą, że jak spróbują na siłę – będzie jak z poprzednią komuną. Potkną się, połamią sobie te spróchniałe kły i skończą na śmietniku. Prawdziwi Polacy potrzebują Gdańska jak powietrza”;

„Gdańsk do Niemiec, Wy do Tworek”; – „Tak sobie pomyślałem że przejęcie terenu Westerplatte ma służyć temu, żeby w przyszłości postawić posąg naszego świetlistego wodza JK i okaże się, że to on wywołał, a potem wygrał wojnę i rozgromił III Rzeszę”; – „Władze Gdańska powinny bez żadnej zwłoki złożyć pozew o takie odszkodowanie, dzięki któremu bracia ciągnący państwowe pieniądze do końca życia będą tylko rozwozić gazety” – komentowali internauci.

Polska w ruinie, zwijanie państwa, konieczność reindustrializacji gospodarki, państwo teoretyczne, czy najdroższe drogi świata – tak od lat propaganda kolportowana przez zwolenników i funkcjonariuszy medialnej “dobrej zmiany” mówi o działaniach w obszarze infrastruktury w czasie rządów koalicji PO-PSL.  Tak samo często politycy PiS przekonują, że teraz jest inaczej, że poprzednicy mogliby od nich uczyć się skutecznego zarządzania, że dopiero teraz wykorzystywane są wszystkie możliwości. Tyle tylko, że to pic na wodę. Nie jest przypadkiem, że Mateusz Morawiecki to właśnie w kwestii budowania dróg przez ekipę Donalda Tuska i Ewy Kopacz został skarcony przez sąd w trybie wyborczym. Dziś szczegółowe dane, pokazujące przepaść w skali “Polski w budowie” tj. wielkiego programu budowy infrastruktury drogowej pokazała na Twitterze Alicja Defratyka, autorka projektu ciekaweliczby.pl

Okazuje się, że tempo przyrostu dróg szybkiego ruchu i autostrad radykalnie spadło w czasie ostatnich dwóch lat rządów PiS. Jak wynika z oficjalnych odpowiedzi z Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, łączna liczba kilometrów autostrad w Polsce zwiększyła się 3-krotnie (z 535 km do 1 638 km), a dróg ekspresowych aż 11-ktrotnie (z 190 km do 2092 km) między 2004 r. a 2018 r. Najwięcej nowych autostrad oddano do użytku w 2011 r. – 210 km i w 2012 r. – prawie 241 km. Między 2017 r. a czerwcem 2019 r. nie oddano do użytku ani jednego kilometra autostrady!

Zestawienie danych dotyczących budowy dróg i autostrad w Polsce skomentował poseł PO Sławomir Neumann, który zauważył, że te kilometry autostrad, dróg ekspresowych i dróg krajowych, które w zestawieniu wliczone zostały “na konto” dobrej zmiany to w olbrzymiej części dokończenie inwestycji przygotowanych i podpisanych za rządów PO-PSL, co tylko jeszcze wydatniej pokazuje, jak bardzo PiS skapitulowało w tym obszarze. Polityk opozycji zwrócił także uwagę, że dużą determinację w załatwianiu dróg lokalnych w zasadzie wykazał jedynie w przypadku budowy drogi w Brzeszczach, z której teraz korzystać może mieszkająca tam Beata Szydło.

Pozostaje jedynie zadać sobie pytanie, na ile szybciej mogłaby się dziś rozwijać polska gospodarka, gdyby owoców jej wzrostu nie wykorzystywano do kupowania wyborców w szeregu programów socjalnych tylko inwestowano w polepszanie warunków prowadzenia polskich biznesów. Moglibyśmy skorzystać wszyscy, korzystają jedynie nieliczni. Oto państwo PiS w pigułce.

Komisja Europejska nie będzie spotykać się już z polskim rządem i pracować nad zmianą programu „Czyste powietrze”. W praktyce oznacza to, że z 4 mln pieców na węgiel uda nam się zlikwidować niewielki procent.

Nie ma zgody Komisji Europejskiej na kontynuowanie unijnej pomocy przy programie „Czyste powietrze”  – dowiedziała się „Wyborcza”. Informacja z Komisji o tym, że nie spotka się z polską stroną i odwołuje Komitet Sterujący, trafiła już do przedstawicieli polskiego rządu, Banku Światowego, samorządowców, niezależnych ekspertów oraz urzędników Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i wojewódzkich funduszy ochrony środowiska.

Komitet Sterujący to instytucja powołana przez polski rząd i KE do podejmowania strategicznych decyzji dotyczących „Czystego powietrza”. Najbliższe spotkanie, na którym miały zapaść finalne decyzje dotyczące reformy programu, miało odbyć się 4 lipca.

– To spotkanie nie ma sensu, Komisja straciła cierpliwość. Od pół roku strona polska nie podejmowała żadnych decyzji niezbędnych dla reformy programu – tak nieoficjalnie unijni eksperci komentują swoją decyzję.

KE miała zastrzeżenia do realizacji programu

Nim ją podjęli, Marc Lemaitre, dyrektor generalny KE ds. polityki regionalnej i miejskiej, wysłał do polskiego rządu list. Opisaliśmy go 19 czerwca. Lemaitre podkreślał w nim, że obecnie program nie kwalifikuje się do uzyskania unijnych funduszy i „stanowi ryzyko utraty reputacji dla Komisji, Banku Światowego i polskiego rządu”. KE dała ultimatum: albo strona polska zreformuje program i dysponowanie pieniędzmi na wymianę pieców na węgiel odda w ręce samorządów i banków komercyjnych (dziś zarządza nimi tylko NFOŚ podległy ministrowi środowiska), albo Unia na program pieniędzy nie da.

Liczone na ponad dziesięć lat „Cp” jest warte ok. 35 mld euro. Za te pieniądze ma zostać wymienionych 4 mln kopciuchów i docieplone budynki. Celem jest ograniczenie smogu, którego głównym źródłem są domy opalane węglem.

Unia w najbliższej perspektywie finansowej 2021-27 zamierzała dołożyć Polsce miliardy euro na walkę ze smogiem i gotowa była też przekazać niewykorzystane środki z obecnej perspektywy. Bez tych pieniędzy programu nie uda się zrealizować. Obecnie bowiem NFOŚ dysponuje ok. 1 mld zł na „Cp”. W przyszłym roku publicznych pieniędzy będzie ok. 2,5 mld. zł.

Lemaitre dał rządowi na odpowiedź czas do 21 czerwca i wezwał do zorganizowania przed 4 lipca spotkania najważniejszych urzędników odpowiedzialnych za „Cp”.

PiS nie widział problemu

Do spotkania jednak nie doszło, a minister inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński, który miał je zorganizować, w mailu do „Wyborczej” przekonuje, że KE nie postawiła polskiej stronie żadnego ultimatum, lecz zapytała grzecznie, czy „polska strona wyraża chęć kontynuowania wsparcia Banku Światowego w realizacji programu” i dalszej współpracy.

Co więcej, jak udało nam się dowiedzieć, oficjalna odpowiedź ministra Kwiecińskiego KE jest lakoniczna. Resort zaznacza w niej jedynie, że Polska jest zdeterminowana, by walczyć ze smogiem.
To jeszcze bardziej zirytowało europejskich ekspertów KE i Banku Światowego, którzy od początku roku przyjeżdżali na spotkania z rządem i na podstawie analiz BŚ wskazywali, co zrobić, by poprawić niedziałający dziś program. Szacuje się, że na dotychczasową pomoc przy flagowym programie PiS KE wydała ok. 1 miliona euro.

Mimo to flagowy program PiS, którym premier Mateusz Morawiecki chwalił się w 2018 r., został źle przygotowany i jest dziś źle realizowany.

Miliony kopciuchów w Polsce

Program „Czyste powietrze” zakłada, że w ciągu najbliższej dekady zlikwidujemy 4 mln kopciuchów dymiących w polskich domach i docieplimy przestarzałe budynki, z których na potęgę ucieka ciepło. Mieszkają w nich głównie ludzie dotknięci ubóstwem energetycznym – ci, których nie stać na ekologiczne ogrzewanie, nie mają możliwości jego podłączenia, bo w pobliżu ich domów nie biegną sieci ciepłownicze i gazowe, oraz ci, których nie stać na termomodernizację budynków, przez co płacą znacznie wyższe rachunki za ogrzewanie.

Premier Morawiecki, ogłaszając program, zapowiadał, że na jego realizację potrzebnych jest ponad 100 mld zł. Skąd te pieniądze?

Unia miała sypnąć pieniędzmi

Mają pochodzić z budżetu państwa, z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i wojewódzkich funduszy ochrony środowiska, przychodów w ramach handlu emisjami (ETS), a przede wszystkim z funduszy unijnych. Ochrona środowiska będzie bowiem w najbliższej perspektywie unijnej 2021-27 jednym z głównych priorytetów, a ponieważ program „Czyste powietrze” miał być największym programem modernizacji budynków, na jego realizację pieniądze miały dotrzeć do Polski już teraz – niewykorzystane w ramach obecnej perspektywy.

Aby jednak otrzymać pieniądze z UE, program musi być dostosowany do unijnych przepisów i wytycznych. Dlatego Komisja Europejska, od momentu gdy program „Czyste powietrze” został przygotowany, wyliczała jego błędy i wzywała do jego reformy. Po pierwsze, resort środowiska zapisał w nim, że przestarzałe kopciuchy zatruwające powietrze będą mogły być wymieniane na inne kotły na węgiel, tyle że nowoczesne, oraz że dopuszczalne jest montowanie pieców węglowych w nowo budowanych domach. To jasno kłóci się z polityką UE, która nie finansuje i nie wspiera żadnych inwestycji opartych na paliwach kopalnych.

Po drugie, eksperci Banku Światowego wyliczyli, że w ciągu roku musi być likwidowane ok. 400 tys. kopciuchów, by osiągnąć cel programu i prawidłowo wydatkować pieniądze. Dlatego – wzywali eksperci BŚ – realizacją programu powinny zająć się samorządy (tak jak np. programem 500 plus) i banki komercyjne. To one powinny przyjmować wnioski o dotacje i udzielać dofinansowania. MŚ jednak od miesięcy upiera się, by pieniędzmi zarządzał jedynie NFOŚ poprzez fundusze wojewódzkie. To doprowadziło do zastoju w programie i zamiast kilkuset udzielonych dotacji po dziesięciu miesiącach trwania programu udzielono ich niewiele ponad 20 tys., a kolejne prawie 60 tys. czeka w długiej kolejce.

Unia mówi koniec

Dlatego po miesiącach prób współpracy KE mówi dość współpracy z polskim rządem. Co to oznacza w praktyce dla przeciętnego Kowalskiego?

Dotychczas złożone 60 tys. wniosków o dotację ma szanse na realizację, bo w budżecie NFOŚ jest w tym roku ok. 1 mld zł na program „Czyste powietrze”. Uśredniając, że jedna dotacja to 15 tys. zł, obecnie złożone wnioski sięgają 900 mln. Bez unijnej kasy nie uda się jednak zrealizować kolejnych 340 tys. planowanych przez BŚ inwestycji.

W przyszłym roku na program NFOŚ ma blisko 2,5 mld zł. W programie będzie mogło wziąć więc udział ok. 160 tys. mieszkańców.

Na tyle jest szansa ze środków krajowych. Oznacza to więc, że bez unijnych pieniędzy tego programu nie uda się zrealizować, bo w optymistycznym wariancie 160 tys. dotacji udzielanych przez dziesięć lat daje 1,6 mln zlikwidowanych pieców zamiast 4 mln. A więc polskie miasteczka zimą dalej będą spowite chmurą pyłów, a Polska nadal będzie brunatną, zanieczyszczoną plamą na mapie Europy.

„Domniemanie niewinności nie ma zastosowania przy zatrzymaniu osoby, której popełnienie przestępstwa zostało wystarczająco uwiarygodnione. W chwili zatrzymania traktuje się ją jak osobę winną.”

W szkole mojej młodości dyżurne pytanie wielu sprawdzianów z języka polskiego brzmiało: co autor chciał przez to powiedzieć? Uzyskana w owych czasach sprawność w doszukiwaniu się sedna rozmaitych cytatów przydaje mi się ostatnio coraz częściej, umożliwiając dotarcie do rzeczywistych intencji polityków. Szczególnie polityków rządzących, którzy do perfekcji opanowali sztukę skrywania brudnych myśli i paskudnych intencji w stercie słów wzniosłych, płomiennych, porywających masy ludowe. Mimo, że wszyscy posługują się argumentacją wymyśloną w wydziale propagandy i agitacji PiS, to jednak każdy funkcjonariusz tej partii ma swój charakterystyczny sznyt.

Weźmy przykładowo takiego premiera. Mateusz Morawiecki nie jest wirtuozem skomplikowanych narracji, chociaż lubi mówić, a jeszcze bardziej kocha słuchać jak mówi. Co do formy wypowiedzi – to serce na dłoni po prostu. Owszem, jak kłamie, to już kłamie, ale kiedy mówi prawdę, to bynajmniej nie kryje prawdziwych intencji. Wystarczy posłuchać go uważnie. Weźmy taki przykład: – Nie ma dzisiaj konkretnych planów dotyczących repolonizacji mediów w Polsce. Co to oznacza? Oczywiście to oznacza, że takie plany są. Od dawna straszy nimi Jarosław Kaczyński, już przed rokiem Krystyna Pawłowicz groziła że PiS przejmie media prywatne zaraz po wakacjach i nie bez powodu powrócił teraz do tematu Jarosław Gowin.  Zatem plany repolonizacji mediów bezsprzecznie istnieją, ale – jak podkreśla Morawiecki – nie ma planów KONKRETNYCH. One są jeszcze niekonkretne.  Bo na przykład nie wiadomo czy zmusić właścicieli do sprzedaży swoich mediów jakąś specustawą, czy stworzyć im takie bariery i przeszkody, które zniechęcą właścicieli mediów i skłonią ich do wycofania się z interesu, czy może nakazać spółkom skarbu państwa, by cichcem wykupiły udziały w prywatnych mediach za cenę, której nie oprze się żaden człowiek interesu? Premier Morawiecki zaprzeczając planom zagarnięcia przez PiS niezależnych mediów, nie ukrywa, że plany takie są – tyle, że DZISIAJ nie są jeszcze KONKRETNE.

W tej samej sprawie odmienną formę narracji przyjął szef gabinetu premiera Marek Suski, który w TVP „wyjaśniał”: – Bo te zagraniczne koncerny, które wykupiły naszą prasę – mieliśmy takie informacje, że gdzieś z zagranicy dostawali instrukcje w jaki sposób atakować rządzących. Czyli – tłumacząc z języka Suskiego na język polski – media z udziałem kapitału zagranicznego uczestniczą w zamachu stanu, realizując instrukcje swoich mocodawców, żywo zainteresowanych unicestwieniem polskiego rządu.  Oczywiście nikt w TVP nie ośmielił się poprosić o dowody potwierdzające zatrważającą tezę pana Suskiego, ani tym bardziej nie spytał na jakim etapie jest obecnie śledztwo ABW w sprawie zagrożenia Polski puczem inspirowanym przez wrogie państwa, takie jak USA i Niemcy – bo stamtąd wywodzą się właściciele niemal wszystkich polskich mediów niezależnych od rządu PiS. Nietrudno jednak odgadnąć co Marek Suski, autor groźnego scenariusza, miał na myśli: nic, albo co najwyżej bardzo niewiele.

Europoseł Richard Henry Czarnecki (naprawdę tak ma w papierach), do niedawna zabawny kuglarz słowami oraz niekwestionowany mistrz świata w odwracaniu kota ogonem na czas, stara się teraz o pozycję zasłużonego ideologa PiS, bezkompromisowego i pryncypialnego do bólu. Możliwe, że w tym właśnie celu wygłosił następującą groźbę: – My wycofaliśmy się z projektu sądowego [chodzi o ustawę odsyłającą na wcześniejszą emeryturę niepokornych sędziów Sądu Najwyższego], ale Timmermans nie wycofał skargi z TSUE, a to oznacza, że w przyszłości będziemy mniej elastyczni… Zastanawiam się co by powiedział o tym Czarnecki, gdyby go spytać prywatnie, na luzie, przy ośmiorniczkach na przykład. Znam tego pana z czasów gdy szefował nowej, ale szybko bankrutującej gazecie dolnośląskiej, kiedy polemizowałem z nim na łamach mojego „Słowa Polskiego” – i mam podstawy by wyobrazić sobie taką oto wypowiedź: – Jasne, że ta nasza ustawa była niekonstytucyjna, ale wcale nie musieliśmy się z niej wycofywać! Przecież inne, konieczne, ale też bezprawne ustawy pozostały w obiegu. A jednak poszliśmy Unii na ustępstwo, ponieśliśmy poważną stratę wizerunkową, bo nasz wyborczy ludek nie zrozumiał dlaczego pozostawiamy na stanowiskach sędziów, o których mówimy że kradną i że skazywali opozycję w stanie wojennym. Poszliśmy więc Unii na rękę, licząc, że Timmermans zachowa się przyzwoicie i odpuści. Okazało się, że jednak zrobił nam świństwo. Jeśli tak, to na drugi raz już się nie cofniemy. Uchwalimy co chcemy i co nam zrobią?

Zbigniew Ziobro – zarazem minister, prokurator i buldożer rozjeżdżający państwo prawa – ogłosił święto wolności (…) sumienia, wyznania, decydującej o tożsamości każdego z polskich obywateli, bo każdy ma prawo sam tę tożsamość określać, ale też święto wolności konkurencji, wolności gospodarczej, bo ta wolność też była miarą rozstrzygnięcia sądu konstytucyjnego”. Okazją do świętowania był wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który głosami 3:2 z przewagą nominatów PiS stwierdził, że przepis Kodeksu wykroczeń przewidujący karanie za umyślną, bez uzasadnionej przyczyny, odmowę świadczenia usług, jest niekonstytucyjny, czyli praktycznie przedsiębiorca czy handlowiec ma prawo odmówić obsługi każdego, kto mu się nie podoba. Minister – buldożer podkreślił, że ten wyrok oznacza zwycięstwo wolności, bo o wolną Polskę nam chodziło i byłoby rzeczą smutną, gdyby zmory i zaszłości komunistyczne mogły nam tę wolność ograniczać”. Oczywiście nie chodziło mu w tej sprawie o żadne wolności, swobody ani o demokracje, tylko o to, że przyczyną całej procedury zakończonej w TK była odmowa wykonania usługi na rzecz organizacji LGBT, których Ziobro i jego formacja z całej duszy nienawidzą.  Nie przyszło mu do głowy, że teraz każdy właściciel sklepu czy punktu usługowego może wywiesić kartkę NIE OBSŁUGUJEMY WYBORCÓW PiS, albo wręcz odmówić wykonania usługi Zbigniewowi Ziobrze argumentując, że nie jest w stanie znieść jego idiotycznych argumentów, bufonady i zachwytu nad własnym geniuszem prawnym.

Niezgłębioną dotąd wiedzą prawniczą popisała się również Krystyna Pawłowicz, enfant terrible prezesa. Doktor hab. nauk prawnych, żartobliwie nazywana „profesorem”, wyjaśniła maluczkim, że „domniemanie niewinności nie ma zastosowania przy zatrzymaniu osoby, której popełnienie przestępstwa zostało wystarczająco uwiarygodnione. W chwili zatrzymania traktuje się ją jak osobę winną.” Wszystkich prawników zatkało tak skutecznie, że nikt nie spytał tej pani skąd wywodzi owo rewolucyjne przeświadczenie, stanowiące przełom nawet w prawodawstwie białoruskim. Warto przypomnieć, że nieco wcześnie w radiu Maryja pani Pawłowicz komentując sprawę

Niewinnego Tomasza Komendy grzmiała, że w jego sprawie wszystkie postępowania wyglądały bardzo dziwnie, w ogóle nie działało domniemanie niewinności”.

Nietrudno zgadnąć co autorka miała na myśli głosząc te sprzeczne komentarze. Pamiętamy, że już raz dokonała politycznego sepuku informując w Sejmie, że oto z lojalności dla swojej partii głosuje za ustawą mimo świadomości, że jest ona niekonstytucyjna. To zdumiewający przypadek medyczny człowieka, który dwukrotnie popełnił skuteczne samobójstwo. A obserwując jej środowisko można dostrzec, że nie jest to przypadek pojedynczy.

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Gwałty kleru na dzieciach. Komisja ds. ich pedofilii musi powstać

17 Maj

Chcę bardzo wyraźnie powiedzieć, że haniebny styl prowadzenia przez marszałka Kuchcińskiego, uniemożliwianie zadawania pytań, zmanipulowane wypowiedzi ministrów, prowadzenie debaty w sposób urągający standardom parlamentarnym i zwykłej ludzkiej przyzwoitości. To jedno. Ale drugie to bardzo wyraźnie chcę powiedzieć, że nie można traktować tej ustawy jako coś co wystarczy, jako wystarczającą odpowiedź parlamentu polskiego na tę sytuację, która dzisiaj w tak dramatyczny sposób ujawnia się, a która dotyczy ludzkich tragedii, pedofilii, przypadków które dzisiaj dochodzą do świadomości publicznej, wiadomości” – powiedział Grzegorz Schetyna po przyjęciu przez Sejm głosami PiS nowelizacji Kodeksu karnego. Szef PO stwierdził, że „ta ustawa nie po to, żeby skutecznie walczyć z pedofilią. – „Zgłosiliśmy wiele poprawek, mówiliśmy o wielu rzeczach, które nie zostały w tym uwzględnione” – dodał. 

Schetyna zapowiedział złożenie przez PO projektu ustawy o utworzeniu państwowej komisji do spraw pedofilii w polskim Kościele. – „Dzisiaj wiemy, że Kościół jako instytucja nie poradzi sobie sam z tym problemem. Uważamy, że powinna powstać państwowa komisja i taki wniosek przedstawimy w przyszłym tygodniu. Tylko komisja wzorem krajów, które radziły sobie z tym okrutnym problemem i z tymi sprawami, które toczyły Kościół, tak jak w Irlandii czy Chile czy teraz w Niemczech, tylko komisja państwowa może skutecznie odpowiedzieć na pytania, które będą zadawane, które zadają ofiary, opinia publiczna” – stwierdził Schetyna. Dodał, że jeżeli PiS nie poprze utworzenia komisji w obecnej kadencji Sejmu, to Platforma przeprowadzi ustawę o jej utworzeniu po październikowych wyborach parlamentarnych.

„To hańba, że po raz kolejny wykorzystujecie tę sprawę do drastycznego i absolutnie niezgodnego z polską Konstytucją zaostrzenia Kodeksu karnego w innych miejscach. My chcemy rzetelnej i realnej walki z tym problemem. Bez specjalnej komisji, którą chcemy powołać nie ma szans wyjaśnić tej sprawy, bo wy jesteście w ciągłym sojuszu również z tymi, którzy ukrywali te przypadki. Czy stoicie po stronie ofiar, czy stoicie po stronie tych, którzy ukrywali tego typu przestępstwa?” – mówił do posłów PiS Borys Budka. Kilku posłów opozycji podczas obrad trzymało tablice z napisem „Komisja natychmiast” i „Stop pedofilii”.

>>>

Sławomir Nitras, schodząc z mównicy sejmowej, podszedł do miejsca, w którym siedzi Jarosław Kaczyński i położył przed nim dziecięce buciki. Siedzący obok prezesa PiS wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki chwycił je i rzucił w Nitrasa.

Poseł PO je podniósł i próbował ponownie położyć go przy Kaczyńskim. I tu wyrośli przed nim posłowie PiS w roli ochroniarzy Kaczyńskiego, a wśród nich Marek Suski i Mariusz Błaszczak. Patryk Jaki zszedł nawet z położonych wyżej ław rządowych.

Dziecięce buciki to symbol akcji „Baby Shoes Remember”. Zaczęły one być wieszane przed kościołami najpierw w Irlandii jako znak protestu przeciw księżom pedofilom. Od jakiegoś czasu pojawiają się także w naszym kraju.

Wcześniej w Sejmie Nitras mówił, że według raportu Episkopatu w sprawie pedofilii, 382 księży po 1989 roku dopuściło się molestowania nieletnich. Tymczasem w więzieniach za te przestępstwa karę odsiaduje dwóch księży. – „To gdzie jest 380, o których mówi raport kościelny?” – pytał poseł PO. Prowadzący obrady marszałek Marek Kuchciński wyłączył mu mikrofon.

„Ależ się dzielnie rzucili bronić Jarosława. Przed bucikami”; – „Przecież Nitras chciał jedynie postawić symboliczne buciki. Ile agresji jest w posłach PiS. Rzucili się jak secret service chroniąc niepokalanego, kryształowego guru”; – „Co robi JK – biernie siedzi i czeka aż jego świta będzie go chronić. Jakie to żałosne”;

Marek Suski wykidajłem. Wreszcie się odnalazł w roli życia. To jest prawdziwe powołanie!”; – „Kaczyński pewnie płaci swoim dwórkom za ochronę. Stanowiskami. Suski-Caryca nigdy by żadnego stołka nie dostał gdyby nie stał na warcie przed prezesem jak na tym filmie. Żenada” – komentowali internauci.

… internet aż huczy radując się ostatnim sondażem Instytutu Badań Spraw Publicznych, wykonanym na zamówienie „Newsweeka” i Radia ZET.

 

Wynika z niego, że Koalicja Europejska zyskała w ostatnim czasie 10 – procentową przewagę nad partią rządzącą, która w ciągu ostatniego tygodnia straciła aż 6 procent.

I tak oto kończy się „Sojuz” Tronu z Ołtarzem. Dzisiaj Kościół w obliczu swoich grzechów woła „Choj z Pis-em, ratujmy się kto może”– napisał pod artykułem gazeta.pl. ksiadz.teofil.

Sondaż dla Newsweeka: Wielkie tąpnięcie PiS. „To efekt filmu Sekielskiego” dlvr.it/R4slqS

Gdyby wybory do Parlamentu Europejskiego odbywały się dziś, KE mogłaby liczyć na 43,63 proc. poparcia, a Prawo i Sprawiedliwość musiałoby się zadowolić tylko 32,93 proc. głosów. „To są słupki, na których można powiesić dziecięce buciki” – komentują internauci na Twitterze.

Jak dowiadujemy się z dalszej części sondażu, próg wyborczy przekroczyłyby jeszcze tylko dwie formacje. Wiosna Roberta Biedronia – 9,06 proc., oraz Konfederacja (koalicja KORWiN, Liroya, Brauna i Narodowców), którą dziś popiera 6,86 proc. potencjalnych wyborców.

W najnowszym sondażu pod progiem znalazło się ugrupowanie Kukiz’15.

„Jeśli rzeczywiście KE wygra wybory z taką przewagą, będzie to znak, że przyzwoici Polacy dali im zielone światło do wysprzątania stajni Augiasza i oddzielenia ziarna od plew w instytucji pt. Kościół…”– napisał pod artykułem gazeta.pl czytelnik podpisujący się biesczad1.

Z wypowiedzi niektórych polityków prawicy można by wręcz wyciągnąć wniosek, że tolerowanie pedofilii w Kościele to działanie dla dobra Narodu.

No, nareszcie. Po trzech długich dniach milczenia mamy w końcu oficjalne stanowisko rządu w kwestii pedofilii. Otóż według premiera Morawieckiego, który zaprezentował w Sejmie projekt zmian w Kodeksie karnym, winni rozprzestrzenienia się w Polsce tego obrzydliwego zboczenia są „esbecy” i ich protektorzy – komuniści. Lewactwo znaczy. Oraz – osobiście – profesor Jan Hartman, autor obrazoburczej tezy, że poziom moralności społeczeństw nie jest wcale pochodną ich pobożności, a już zwłaszcza gorliwego katolicyzmu.

Teraz po zmianie prawa wszyscy oni – bez przedawnienia i bez wyjątku, zostaną przykładnie ukarani. Podobnie, jak murarze, którzy – jak wyszło panu premierowi za statystyk – są grupą zawodową o szczególnej skłonności do molestowania małoletnich.

Członkowie, zwolennicy i sympatycy partii aktualnie rządzącej nareszcie mogą więc odetchnąć z ulgą. Nie będą już dłużej musieli „iść w zaparte” i wygłaszać komentarzy w sprawie „pedofilii w Kościele”, unikając – jak diabeł święconej wody – słów „Kościół” i „księża”. Bo po wypowiedzi premiera – który też nie użył inkryminowanych zwrotów ani razu – już wiadomo, że coś takiego po prostu nie istnieje. Jest, owszem, pedofilia na placach budowy, wydziałach filozofii oraz wiecach PO.

Teraz wszystko jest już jasne i – jak zwykle – winni są inni. Kto? Profesor Hartman! A poza tym ofiary, bo prowokowały, wodząc duchownych na pokuszenie. Zresztą, jak był uprzejmy objaśnić Narodowi prof. Legutko, w przypadku 12–letnich chłopców nie ma już mowy o żadnej tam „pedofilii”, zwłaszcza że chłopaki „same tego chciały”. Po drugie, winne jest liberalno-lewackie zepsucie i „seksualizacja”. A po trzecie – opozycja, która za pomocą brudnych oskarżeń prowadzi bezpardonowy atak na Kościół – „gwaranta naszej tożsamości i szafarza wartości”.

Natomiast co do dokumentu braci Sekielskich to beneficjentom sojuszu tronu z ołtarzem nikt przecież nie wmówi, że „białe jest białe, a czarne – czarne”. Więc te wszystkie opowiedziane w filmie historie to są albo kłamstwa albo zwykłe nieporozumienia. Poza tym coś się przecież kapłanom za lata walki o wolność i demokrację od życia należy. Restytucja mienia, dokonana za sprawą Komisji Majątkowej oraz sute dotacje z budżetu to jedno, ale pozostaje jeszcze cała niezaspokojona sfera potrzeb – nazwijmy to – „emocjonalnych”. Toteż jak ksiądz małoletniego na kolanach posadził, a nawet „dał ciumka”, to czymże są te drobne i opacznie zrozumiane gesty osobistej sympatii wobec ogromu zasług tej szacownej instytucji i jej tytanicznej pracy dla dobra Narodu.

Takie rzeczy rozumieli nawet starożytni krakowianie, kiedy co roku składali Smokowi w Jamie dziewicę na pożarcie. Cudza cnota (i sumienie) nieraz bywała u nas poręczną walutą w rozliczeniach między tronem i ołtarzem. Taka tradycja, a tradycję szanujemy. Bo skoro nawet sam Adam Michnik uznał za stosowne przypomnieć wszystkim, że Kościół to filar polskości, a bez wiary nie ma moralności…

W tej sytuacji nawet i rzeczywiste molestowanie to kwestia bez znaczenia w obliczu domyślnych (tylko profesor Hartman pisze otwarcie, że raczej domniemanych) zasług Kościoła – strażnika nadwiślańskiej tożsamości i szafarza „wartości”. No nijak, sami przyznacie. Z wypowiedzi niektórych polityków prawicy można by wręcz wyciągnąć wniosek, że tolerowanie pedofilii w Kościele to działanie dla dobra Narodu.

Na pociechę ofiarom warto więc może przypomnieć, że przez całe lata najbardziej znani „kremlinolodzy” opowiadali i pisali o komunizmie, że historyczna konieczność i geopolityka, no i „głową muru nie przebijesz”, więc niech już bierze te swoje „dziewice na pożarcie”. I nawet nie zauważyli, kiedy upadł Związek Radziecki.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Kaczyński płaci z naszych pieniędzy za miłość wyborców

31 Mar

Tutaj >>>

Wierzę, że moja 26-letnia praca w pomocy humanitarnej i rozwojowej dała mi doświadczenie, które mogę przenieść na forum PE. Chcę w ten sposób przypomnieć o idei solidarności” – tak uzasadnia swój strat w wyborach do Parlamentu Europejskiego Janina Ochojska. Jest ona liderką Koalicji Europejskiej na Dolnym Śląsku. Jej kontrkandydatką z listy PiS będzie obecna minister edukacji Anna Zalewska.

Najnowszy spot wyborczy Koalicji Obywatelskiej porównuje dokonania obu pań, stawiając pytanie: „Czy widzisz różnicę między kandydatkami? Przed nami wielki wybór”.

W spocie lektor przypomina całą działalność charytatywną Ochojskiej, m.in. budowę studni w Sudanie, akcję dożywiania dzieci – Pajacyk. O Annie Zalewskiej usłyszymy, że „w zaledwie trzy lata zniszczyła system edukacji, a jeden z jej najbliższych współpracowników został oskarżony o wyprowadzenie pieniędzy z PCK.”

Dodać należy, że Grzegorz Schetyna podczas sobotniej konwencji we stolicy Dolnego Śląska zapowiedział złożenie przez PO wniosku o wotum nieufności wobec minister Zalewskiej za „niszczenie polskiej szkoły.” Przy okazji lider PO wytknął partii rządzącej, że wstydzi się własnej kandydatki, nie pozwalając jej wystąpić podczas konwencji PiS.

Niedługo łatwiej będzie napisać o grupach, które nie są w fazie przygotowywania lub zapowiadania akcji protestacyjnych, ponieważ liczba tych gotujących się do wyrażenia dezaprobaty wobec rządu rośnie lawinowo. Niebagatelną rolę we wzniecaniu ludowych powstań odgrywa wielki plan nazywany “piątką Kaczyńskiego”. To zapowiedź kolejnego transferu finansowego – który opiewa w przyszłym roku na kwotę 40 mld zł – przelała czarę goryczy wśród niepełnosprawnych oraz lekarzy, nie wspominając o nauczycielach. Szastanie pieniędzmi oraz narracja wielkiego sukcesu ekonomicznego, jaki miała odnieść Zjednoczona Prawica, powoli zaczyna działać na niekorzyść rządzących.

24 organizacje zrzeszające osoby niepełnosprawne i ich opiekunów zapowiedziały przyjazd do Warszawy na protest, który ma się odbyć trzy dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i ma na niego przybyć około dwóch tysięcy manifestantów. Środowiska osób niepełnosprawnych poczuły się wykluczone po ogłoszeniu partyjnego biuletynu wyborczego ociekającego monstrualnymi pieniędzmi. Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy i Naczelna Rada Lekarska domagają się podjęcia natychmiastowych działań naprawczych w służbie zdrowia. W okolicach szpitali w największych miastach pojawiły się billboardy z apelem – “Pacjenci w kolejkach i lekarze na dyżurach umierają. Rządzący opamiętajcie się”. To wstęp do akcji, która może się zakończyć ogólnopolskim protestem.

Do lekarzy i osób niepełnosprawnych dołączają pracownicy cywilni wojska. Wczoraj na stronie internetowej NSZZ Pracowników Wojska pojawił się komunikat mówiący o braku dobrej woli ze strony MON do rozwiązania problemów niskich płac – “(…) Do Zarządu Głównego wciąż napływają żądania zorganizowania akcji protestacyjnej w różnych formach. Wykonując ustawowe i statutowe powinności wobec pracowników i związkowców, w najbliższym tygodniu będzie posiedzenie Zarządu Głównego, na którym zostanie podjęta decyzja o zakresie i formach protestu, informacje przekażemy do 10 kwietnia br”. 

Sekretarz związku Elżbieta Romańska w rozmowie z Polską Agencją Prasową powiedziała, że posiedzenie Zarządu Głównego jest planowane na 3-5 kwietnia i wtedy ma zapaść decyzja dotycząca protestów – “Ludzie są bardzo niezadowoleni, bardzo rozczarowani, całymi dniami odbieram telefony w tej sprawie. Związkowcy na nas wymuszają protest, więc musimy go zorganizować. Protest na pewno będzie” – oznajmiła Romańska. Działacze nie przyjęli propozycji MON, zawierającej podwyżkę 300 zł brutto i domagają się dołożenia do tej kwoty 250 zł.

Miał być przepis na sukces, wyszedł przepis na protesty. Dwa miliony widzów ogląda codziennie flagowe “Wiadomości” TVP, które ociekają miodem, jaki płynie od rządu w stronę społeczeństwa. Nie ma dnia, żeby ktoś z obozu rządzącego nie powiedział o fantastycznym rządzie, z wypchanymi kieszeniami od pieniędzy. Chociaż ostatnio to się zmieniło i Zjednoczona Prawica wysyła sygnały o zadłużeniu się na obietnice wyborcze. Tylko kogo to dzisiaj obchodzi? Przez trzy lata tak rozhuśtano oczekiwania, że nikt nie przyjmuje do wiadomości informacji, że nagle pieniądze się skończyły. Przez trzy lata mordowano systematycznie w społeczeństwie racjonalność i zdroworozsądkowe podejście do publicznego grosza, a “piątka Kaczyńskiego” była śmiertelnym ciosem dla społecznej trzeźwości umysłów, rozpalając do czerwoności ekstrawagancję finansową Polaków. Pretensje o to, że ludzie mają w oczach złotówki, rząd może kierować tylko do siebie.

Prawo i Sprawiedliwość poczuło, że może na fali strachu przed dyrektywą potocznie zwaną “ACTA 2” podnieść swoje słupki poparcia, szczególnie wśród młodych wyborców. Z tego powodu dzisiejsza konwencja PiS odmieniała “wolność” przez wszystkie przypadki, a politycy prawicy grzmieli, że postawią tamę cenzurze i ograniczaniu wolności internetu. Szybko jednak okazało się, że to szczególny wyraz hipokryzji władzy, na co zwrócił uwagę Rzecznik Praw Obywatelskich. Adam Bodnar przypomniał bowiem premierowi, że to właśnie Prawo i Sprawiedliwość  już trzy lata temu odebrało Polakom prywatność w sieci:

Chodzi o głośne zmiany autorstwa rządu, które dały służbom bezprecedensowy dostęp do danych o obywatelach z pominięciem zgody sądu. Tak podległa Ziobrze prokuratura, jak i policja oraz służby specjalne stały się w zasadzie bezkarne w inwigilowaniu Polaków, co mimo olbrzymiej wagi nie spotkało się jednak z dużym oporem społecznym. Obecnie wbrew obiegowej opinii sądy muszą wyrazić zgodę już tylko na podsłuchy i kontrolę operacyjną, podczas gdy bilingi czy właśnie dane internetowe mogą podlegać tylko raz w miesiącu ewentualnemu następczemu wglądowi ze strony sądów.

Sprawa ta zaniepokoiła wówczas Komisję Wenecką, która skierował do rządu specjalną opinię w tej sprawie. Dokumenty komisji nie są wiążące, a na dodatek od czasu sporu o niezależność Trybunału Konstytucyjnego całkowicie przez polski rząd ignorowane, stąd do dziś nie doczekały się odpowiedzi.

O inwigilacji ze strony podległych rządowi organów internauci się jednak nie dowiedzą, ponieważ taka jest natura przyjętego prawa. Stąd właśnie deklaracje Mateusza Morawieckiego i Jarosława Kaczyńskiego o obronie wolności internetu są szczególnym wymiarem hipokryzji.

Rząd PiS jest bowiem tym, który dąży do absolutnej, quasi autorytarnej kontroli nad obiegiem informacji w Polsce. Upolitycznienie mediów, próba zamykania w sądach ust dziennikarzy to dziś w Polsce codzienność, a żeby sobie to uzmysłowić warto sięgnąć do reakcji obozu władzy na sprawy wynagrodzeń w NBP i taśm prezesa PiS. Z tego punktu widzenia ACTA 2 będzie dla twórców i użytkowników sieci zapewne uciążliwa, to jednak może w ostatecznym rozrachunku okazać się mniej niebezpieczna od zapędów krajowych służb kierowanych interesem politycznym jednego obozu. W niczym nie umniejsza to potrzebie dyskusji o ACTA 2, ale i tu trzeba mieć świadomość, że obecny kształt dyrektywy odbiega daleko od tego, któremu podczas pierwszego głosowania sprzeciwiała się tak dziś krytykowana za hipokryzję Platforma Obywatelska. W celu uzyskania konsensusu w Europarlamencie znaczną część ograniczających wolność internetu zapisów usunięto, choć bez wątpienia część zagrożeń pozostała. Jednak PiS nie jest w stanie obiecać tutaj jakiejkolwiek ochrony wolności słowa ponad tę, którą dopuszcza sama dyrektywa. Jest bowiem kolejnym kłamstwem to, że rząd może sobie wybrać z tego dokumentu tylko to, co mu się podoba. Jednak wcielenie w życie ACTA 2 nastąpi już po maratonie wyborczym i nikogo na Nowogrodzkiej sprawa nie będzie już wtedy specjalnie obchodzić.

Nieatrakcyjny starzejący się prezes z brzuchem próbuje kupić względy wyborców, płacąc im z ich własnych podatków.

Czym by tu Polaków nastraszyć? Seksualizacja dzieci, straszne LGBT, ACTA2, trotyl na tupolewie – Prawo i Sprawiedliwość miota się w panice, próbując znaleźć magiczne zaklęcie otwierające drogę do serc elektoratu. W wyborach parlamentarnych 2015 roku takim cudownym wytrychem była groźba zalewu uchodźców przynoszących na rękach egzotyczne bakterie, dokonujących zamachów i gwałcących polskie kobiety. Rzeczywiście PiS-owi udało się tym wtedy obywateli nastraszyć i nawiązać z nimi emocjonalny kontakt. Tu tkwiła tajemnica znakomitego wyniku wyborczego, nie w programie 500 plus, w którego realizację przed wyborami mało kto wierzył.

Wszystkie straszaki prezesa

Jak daleko sięga nasza pamięć, Jarosław Kaczyński zawsze posługiwał się tą samą metodą: wynajdywał jakiegoś czarnego luda, którego zdemonizowany wizerunek prezentował Polakom, i obiecywał: ja was przed nim obronię. W latach 90. była to uwłaszczona nomenklatura, niezlustrowani konfidenci SB, bezduszni monetaryści, agenci WSI, potem przyszła kolej na brukselskich okupantów i spiskowców, którzy wspólnie z Putinem w gęstych kłębach sztucznej mgły wysadzili w powietrze tupolewa. Dopiero jednak uchodźcy okazali się tym kamieniem filozoficznym polskiej polityki, którego prezes przez całe życie szukał.

Do dziś kamień utracił cudowną moc. Najwyraźniej nie działa też żaden z kolejnych straszaków, po który sięga partia Kaczyńskiego. Propagandyści „dobrej zmiany” skaczą więc od sloganu do sloganu, co tylko pogłębia wrażenie kryzysu i bezsilności.

Zaledwie dwa tygodnie temu cała czołówka partii rządzącej i wszystkie jej media rzuciły się na homoseksualistów, którzy ponoć ostrzą sobie zęby na polską dziatwę. Minęło kilkanaście dni i co? Głucha cisza. Okazało się, że ta broń jest groźna dla samego PiS-u, który pozostaje w symbiozie z katolickim klerem, ostatnio powszechnie postrzeganym (być może chwilami już nawet przesadnie) jako siedlisko seksualnych patologii.

Przez chwilę na horyzoncie mignęła też uchwalona przez europarlament dyrektywa, którą propagandyści „dobrej zmiany” określili mianem ACTA2 – ale i ten temat „nie żre”, na pewno więc szybko zostanie porzucony mimo wysiłków prezesa, który jeszcze w sobotnim wystąpieniu wrócił do tej sprawy.

Zamożny prezes oferuje sponsoring

W tej sytuacji Kaczyński próbuje pozyskać wyborców hojnymi prezentami. Tyle że w ten sposób w gruncie rzeczy obnaża swą słabość i nieatrakcyjność politycznej oferty PiS-u. Wielu zamożnych starszych mężczyzn zna to z własnego doświadczenia: w pewnym wieku fizyczny magnetyzm znika i trzeba zacząć sięgać do portfela. Opieranie więzi pomiędzy partią a wyborcami na chaotycznym i nieumiarkowanym rozdawnictwie przypomina relację między starzejącym się brzuchatym sponsorem a młodą atrakcyjną kobietą, którą ten stara się pozyskać pieniędzmi i prezentami.

Gotów jestem założyć się, że przez sporą część elektoratu jest to odczytywane jako kolejny przejaw słabości PiS. Władza wymyka się prezesowi z rąk – myśli niejeden wyborca – więc coraz głębiej sięga do sakiewki (nie swojej zresztą, lecz publicznej) i sypie pieniędzmi na lewo i prawo. A w tym samym czasie nauczycielom mówi, że na podwyżki dla nich środków nie ma.

Co więc zostaje PiS-owi? Może jeszcze spróbować sięgnąć po metody złośliwego skrzata, który po nocach sika do dzbanka z mlekiem. Właśnie tą drogą poszli Karol Guzikiewicz ze stoczniowej „Solidarności” i wojewoda pomorski. Żeby zrobić kuku samorządowcom i opozycji, zarejestrowali zgromadzenie cykliczne pod pomnikiem poległych stoczniowców 4 czerwca. Właśnie tam planowali się zebrać w tym dniu oponenci PiS-u, broniący zdobyczy polskiej demokracji i państwa prawa przed „dobrą zmianą”.

Ciekawe czy ta metoda walki przysporzy PiS-owi wielu nowych wyborców. Jak myślicie?

Duda! Najpierw impeachment, potem Trybunał Stanu

20 Mar

Dziś gościem Michała Wróblewskiego w telewizji internetowej Wirtualnej Polski był szef klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej Sławomir Neumann, który komentował ostatnie wydarzenia w rodzimej polityce. Rozmowa dotyczyła wielu bieżących wątków, ale mocne słowa padły przede wszystkim w kwestii odpowiedzialności minister edukacji narodowej Anny Zalewskiej za chaos w systemie edukacji oraz przyszłości prezydenta Andrzeja Dudy.

Prowadzący program zauważył, że sprawa nadchodzącego strajku w polskich szkołach staje się źródłem olbrzymiego problemu obozu władzy. Pojawiają się informacje, że z powodu napiętej sytuacji wokół szefowej MEN Anny Zalewskiej, kierownictwo PiS zostało zmuszone do przesunięcia na kolejne tygodnie konwencji na Dolnym Śląsku. Rządzący doskonale zdają sobie sprawę, że eksponowanie minister, która doprowadziła do obecnego sporu z nauczycielami nie jest dziś właściwym rozwiązaniem. Sławomir Neumann zapowiedział, że największa partia opozycyjna przedstawi w najbliższym czasie swoje propozycje systemowych zmian w obrębie systemu edukacji, które pozwolą zwiększyć wynagrodzenia nauczycieli.

“Mamy olbrzymi problem w polskiej edukacji, chaos który zostawiła minister Zalewska i ucieka do Brukseli.Chyba jednak nie dlatego chcieli zdjąć ją z listy, w tle przypomnę jest cały czas afera PCK, okradania kontenerów. Sprawą zajmuje się prokuratura i to chyba coraz bardziej skutecznie. To jest przecież afera, w której politycy i współpracownicy polityków PiS-u okradali kontenery PCK z żywności, z ubrań, zatrzymany był współpracownik Anny Zalewskiej, a w zeznaniach niektórzy zeznają, że finansowali kampanię PiS-u” – mówił Neumann.

Polityk PO zauważył też, że choć dziś prezydent Andrzej Duda próbuje się zaangażować w rozwiązywanie sporu rządu z nauczycielami (dziś ma dojść w tej sprawie do jego spotkania z premierem Morawieckim), to sam ponosi odpowiedzialność za doprowadzenie do obecnej sytuacji. To przecież jego podpis widnieje na wszystkich szkodzących polskiej edukacji (i nie tylko) ustawach i przyjdzie mu za to odpowiedzieć. Neumann zwrócił także uwagę, że głowa państwa jest dziś zakładnikiem Jarosława Kaczyńskiego.

– Andrzej Duda jest absolutnym zakładnikiem Jarosława Kaczyńskiego. To syndrom sztokholmski – mówił.

Zapowiedział także, że jeśli jesienią dojdzie do zmiany władzy, to dzisiejszy obóz opozycyjny będzie się chciał zająć przede wszystkim przywracaniem praworządności i demokracji, a jeśli Andrzej Duda będzie próbował blokować wprowadzane zmiany, to są gotowi nawet na wprowadzenie prawa pozwalającego usunąć go z urzędu.

– Jeżeli będzie tak, że wygrywamy jesienią wybory, chcemy naprawiać państwo, przywrócić w Polsce praworządność i demokrację, a Andrzej Duda będzie hamulcowym, jednym z możliwych ruchów jest wprowadzenie impeachmentu. Jeżeli będzie człowiekiem, który łamie konstytucję, nie nawróci się, nie będzie chciał brać udziału w naprawianiu państwa – najpierw impeachment, potem Trybunał Stanu – mówił polityk PO.

Plany to bardzo daleko idące i wyrażające oczekiwania sporej części elektoratu antypisowskiego. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że gdy już dojdzie do podejmowania tej decyzji, nie zabraknie na sali plenarnej tych kilku głosów, dzięki którym odpowiedzialności konstytucyjnej uniknął w 2015 roku Zbigniew Ziobro.

Kaczyński odtworzył komusze układy i w nich tkwi, dlatego tak się boi, jest tchórzem nr 1 w kraju

3 Mar

O tym, że słynna pani Basia – asystentka prezesa Jarosława Kaczyńskiego, a także pełnomocniczka Instytutu Lecha Kaczyńskiego i właścicielka niewielkich udziałów w Srebrnej – to osoba o co najmniej dwuznacznej przeszłości wiemy nie od dziś.

Dlatego poseł PO skierował do Kancelarii Premiera pismo, w którym poprosił o informację na temat drogi zawodowej pani Skrzypek.

Z odpowiedzi Centrum Informacyjnego Rządu dowiadujemy się, że pani Basia pracowała w URM od 16 września 1980 roku do 10 września 1989 r.

„W okresie zatrudnienia wykonywała pracę: stażysty w Wydziale Ogólnym – Archiwum, referenta w Wydziale Ogólnym, starszego referenta w Kancelarii Tajnej, starszego referenta w Gabinecie Prezesa Rady Ministrów, starszego statystyka w Gabinecie Prezesa Rady Ministrów, starszego statystyka w Gabinecie Ministra – Szefa Urzędu Rady Ministrów” – czytamy w przesłanym Brejzie dokumencie

„Barbara Skrzypek nie była zatrudniona w Komitecie Obrony Kraju ani w jednostkach obsługujących Radę Państwa bądź Przewodniczącego Radę Państwa. Nie była członkiem PZPR ani ZSMP” – zastrzega się w dokumencie Marta Radosz z KPRM.

Krzysztof Brejza w rozmowie z portalem wp.pl podkreślił, że informacje, które uzyskał od KPRM są dla niego wstrząsające.

„Do kancelarii tajnej trafiały najbardziej zaufane, najpewniejsze i sprawdzone osoby. A więc pani Barbara musiała mieć certyfikację i dostęp do najwyższych tajemnic ówczesnej władzy komunistycznej. To był najwyższy szczebel zaufania, dowodem jest przejście z Kancelarii Tajnej już do gabinetu samego prezesa Rady Ministrów PRL” – powiedział Brejza, podsumowując:

„Otoczenie Jarosława Kaczyńskiego jest zaadoptowane wprost z systemu komunistycznego. Nie każdy mógł przejść przeszkolenie i dopuszczenie do pracy w Kancelarii Tajnej URM. Trafiali tam najbardziej zaufani z zaufanych”.

Wydaje się, że perspektywa strajku nauczycieli odbiera rozum ludziom na najwyższych szczeblach władzy. Dowiódł tego na antenie radiowej „Trójki” prezydencki minister Krzysztof Szczerski, sugerując nauczycielom alternatywne rozwiązanie na okoliczność podniesienia miesięcznych zarobków.  Chociaż trudno dać temu wiarę, przedstawiciel głowy państwa powiedział wprost:

„Nauczyciele nie mają obowiązku życia w celibacie. W związku z powyższym także te transfery, które są dzisiaj dokonywane np. dla rodzin polskich – 500 plus – to też dotyczy nauczycieli. PiS daje pieniądze nauczycielom, bo daje wszystkim Polakom” – wypalił do niezadowolonych nauczycieli.

Ministerialne rada nie wydaje się niejasna: jeśli nauczyciele chcą więcej zarabiać, mogą przecież postarać się o własne dzieci, za które PiS daje 500 zł miesięcznie.

Z podobnym pomysłem wystąpił już niegdyś marszałek Senatu Stanisław Karczewski, który wyliczył, że posiadanie dużej rodziny opłaca się, bo w dziesięć lat można „zarobić” 300 tysięcy złotych.

Szef partii otrzymującej subwencje z budżetu wygląda źle, gdy rozmawia o pieniądzach. Sprawa powinna być powierzona doświadczonemu prokuratorowi o mocnej pozycji zawodowej. Tymczasem sprawę prowadzi prokuratorka, która jest delegowana. Ma słabą pozycję, gdyż zabiega o awans – mówi o tzw. taśmach Kaczyńskiego Krzysztof Parchimowicz, prokurator, prezes Stowarzyszenia Prokuratorów „Lex super omnia”. – Oswoiłem się zmyślą, że mogę być wydalony dyscyplinarnie z prokuratury. Zwłaszcza po powołaniu Izby Dyscyplinarnej w Sądzie Najwyższym. Nazywam ją Izbą 40 proc. Plus, gdyż jej sędziowie zarabiają o tyle więcej od innych sędziów SN. Tak wyceniono misję dyscyplinowania sędziów i prokuratorów. Jestem przekonany, że czas i Trybunał w Strasburgu pokażą, iż wysokie zarobki będą nieproporcjonalne do poziomu orzecznictwa – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Ile w tej chwili ma pan postępowań dyscyplinarnych?

KRZYSZTOF PARCHIMOWICZ: Mam 3 sprawy, w których przedstawiono mi 6 zarzutów dyscyplinarnych. Wszystkie dotyczą krytyki sytuacji w prokuraturze i działalności jej szefów. Do tego dochodzi zwykły mobbing.

Prokurator Bogdan Święczkowski i wypełniający jego polecenia rzecznicy dyscypliny ignorują fakt, że nie jestem „filipem z konopi”, a prezesem stowarzyszenia prokuratorów.

Odbiera je pan jako próbę zastraszenia?
Tak, lecz innych prokuratorów. Chodzi o to, by nikt nie ważył się otwarcie krytykować szefów, którzy chcą uchodzić za nieomylnych. Nie dopuszczają do dyskusji, polemiki, ignorują istnienie „Lex super omnia”. Oswoiłem się zmyślą, że mogę być wydalony dyscyplinarnie z prokuratury. Zwłaszcza po powołaniu Izby Dyscyplinarnej w Sądzie Najwyższym. Nazywam ją Izbą 40 proc. Plus, gdyż jej sędziowie zarabiają o tyle więcej od innych sędziów SN. Tak wyceniono misję dyscyplinowania sędziów i prokuratorów. Jestem przekonany, że czas i Trybunał w Strasburgu pokażą, iż wysokie zarobki będą nieproporcjonalne do poziomu orzecznictwa.

Rozumie pan tych, którzy są w stanie działać na zlecenie ministra sprawiedliwości Prokuratora Generalnego?
Nie, gdyż preferujemy inne wartości.

Prokuratorzy zapatrzeni w zalecenia polityka, który kieruje prokuraturą uważają, że podległość i bezrefleksyjne posłuszeństwo jest prawniczą cnotą.

Członkowie LSO są wierni prokuratorskiemu ślubowaniu, które nakazuje wierność prawu, a o Zbigniewie Ziobrze nie wspomina. Ci pierwsi są nagradzani, a drudzy szykanowani. Oczywiście mówimy o drażliwych sprawach i kontrowersyjnych decyzjach. Takich jednak nie brakuje. Symboliczną sceną jest scena, gdy Bogdan Święczkowski wyprasza z narady prokuratora, który uśmiecha się w momencie, kiedy Święczkowski obwieszcza sukcesy prokuratury.

Jak pan ocenia działania prokuratury w głośnej ostatnio sprawie tzw. taśm Kaczyńskiego?
Jest to poważna sprawa. Szef partii otrzymującej subwencje z budżetu wygląda źle, gdy rozmawia o pieniądzach. Sprawa powinna być powierzona doświadczonemu prokuratorowi o mocnej pozycji zawodowej. Tymczasem sprawę prowadzi prokuratorka, która jest delegowana. Ma słabą pozycję, gdyż zabiega o awans.

Prezes PiS-u powinien być już przesłuchany?
To wymagałoby przyznania przez prokuratorkę, że podejrzewa popełnienie przestępstwa na szkodę Geralda Birgfellnera i wszczęcia śledztwa.

Zauważam, że Jarosław Kaczyński sam się domaga przesłuchania, skoro złożył zawiadomienie o zniesławieniu go przez „Gazetę Wyborczą”. W tym postępowaniu będzie musiał zeznawać, o ile prokurator obejmie ściganiem czyn ścigany z oskarżenia prywatnego.

Jak donosi „Gazeta Wyborcza”, prokuratura rozważa wszczęcie śledztwa w sprawie próby wyłudzenia pieniędzy od spółki Srebrna przez Geralda Birgfellnera. Jak pan nazwałby takie odwrócenie ról?
Najpierw musi być zakończone prawomocnie postępowanie z zawiadomienia austriackiego przedsiębiorcy. Prowadzenie w tej samej sprawie postępowania na szkodę Geralda Birgfellnera i jednocześnie postępowania ukierunkowanego przeciwko niemu to byłby przejaw schizofrenii. Ewentualne nowe postępowanie powinien prowadzić innych prokurator, nieskażony ocenami koleżanki prowadzącej sprawę rozliczeń przygotowania budowy 2 wieżowców.

Sąd w Szczecinie uznał za niesłuszne zatrzymania byłych szefów KNF, Andrzeja Jakubiaka i Wojciecha Kwaśniaka. Pan nie miał wątpliwości, że to był element gry politycznej?
Rzeczywiście w jednej z wypowiedzi podkreślałem, że postępowanie w tej sprawie ma charakter propagandowy. Podtrzymuję to stanowisko. Wyraziłem je po lekturze harmonogramu działań KNF w sprawie SKOK Wołomin, analizie konferencji prasowej Bogdana Święczkowskiego i Zbigniewa Ziobry i decyzji prokuratora, który nie odważył się wnioskować o areszt wobec zatrzymanych.

To była odpowiedź na ujawnioną przez media aferę KNF?
Tak uważam.

Sprawa przeciwko Andrzejowi Jakubiakowi i Wojciechowi Kwaśniakowi jest mocnym dowodem braku neutralności politycznej prokuratury i wykorzystywaniu jej w walce o władzę.

Co by pan powiedział ministrowi sprawiedliwości Zbigniewowi Ziobrze, który publicznie krytykuje taką decyzję i mówi, że jest „rażąco niesłuszna”?
Przypomniałbym, że postanowienie sądu w kwestii legalności i zasadności zatrzymania jest ostateczne. Powiedziałbym, że w tej sytuacji ministrowi sprawiedliwości Prokuratorowi Generalnemu taki przejaw „pieniactwa” nie wypada, że to wstyd. Dodałbym, że moment, gdy sądy będą spełniać oczekiwania Zbigniewa Ziobry, będzie oznaczał koniec demokratycznego państwa prawnego.

Narada szefa partii rządzącej, który jest stroną w sprawie tzw. taśm Kaczyńskiego, z ministrem sprawiedliwości Prokuratorem Generalnym to rzecz normalna?
Tak, o ile nie odbywa się w momencie, gdy od decyzji młodej prokuratorki waży się polityczna przyszłość koalicji rządzącej i jej szefa. To są dorośli ludzie. Powinni jak ognia unikać sytuacji, która daje pretekst do twierdzenia, że rozmawiali o sprawie inwestycji na Srebrnej.

Jak pan myśli, o czym panowie rozmawiali?
Zbigniew Ziobro mówi, że o ważnym projekcie ustawy.

Już dawno nauczyłem się dystansu do wypowiedzi mojego szefa.

Wiele osób mówi, że teraz pozycja Zbigniewa Ziobry stała się znacznie silniejsza…
Nie znam się na grach politycznych. Fakty są takie, że bez Solidarnej Polski większość parlamentarna stałaby pod znakiem zapytania i to prezes przyjechał do przewodniczącego, a nie odwrotnie.

Czuje się pan twarzą sprzeciwu wobec upolitycznienia prokuratury?
Ustaliliśmy na forum zarządu „Lex super omnia”, że będę reprezentował opinii publicznej stanowisko Stowarzyszenia. Ponoszę tego wiadome konsekwencje, gdyż wypowiadam się szczerze. Jednocześnie na forum publicznym pojawiają się młodsze, ładniejsze twarze LSO. W końcu stycznia odbyło się nadzwyczajne walne zebranie w obronie stowarzyszenia. Zostało zwołane w wyniku oddolnej inicjatywy członków. Poczuliśmy się raźniej.

Podobno jest coraz więcej krytycznych głosów o działaniach Zbigniewa Ziobry i Bogdana Święczkowskiego i coraz więcej prokuratorów, którym puszczają nerwy. Dostrzega pan taką tendencję?
Ten uśmiechający się prokurator jest tego symbolem, podobnie jak prokurator z Gdańska, który nie chciał wnioskować o areszt b. prezesa Lotosu. Prokuratury rejonowe w dużych miastach, które załatwiają najwięcej spraw, cierpią na niedobór kadr. Urzędnicy wspomagający prokuratorów nie chcą dalej pracować za niskie pensje.

Awanse, nagrody, dodatki w prokuraturze stały udziałem znajomych lub pokornych. Nie dziwi mnie, że przyzwoici ludzie mają dość.

Dlaczego rządzącym tak bardzo zależy na przejęciu prokuratur i sądów?
Gra idzie o ograniczenie mechanizmów kontrolnych. Sprawowanie władzy bez hamulców może jednak stanowić cel tylko polityków krótkowzrocznych. Taki model sprawowania władzy szybko degeneruje rządzących, rodzi patologię. Prokuratura i sądy w interesie obywateli powinny patrzeć na ręce władzy. Nie mogą być instrumentem w rękach władzy.

„Jeżeli ktoś poniża drugiego człowieka różnego rodzaju określeniami czy działaniami, które podejmuje, wystawia świadectwo przede wszystkim sobie. I pokazuje, że nie ma żadnych kwalifikacji moralnych do tego, żeby być sędzią” – tak mówił podczas nominacji nowych sędziów SN prezydent Andrzej Duda. Powinien przeprosić?
Prezydent nie powinien mówić tych słów.

Nie przeprosi. Nie rozumie, że mówi także o sobie. W szczycie kampanii przeciwko sędziom i sądom mówił gorsze rzeczy.

Nowa Izba Dyscyplinarna SN będzie niebezpiecznym orężem w rękach rządzących?
Izba nie została powołana, by rozpoznawać sprawy dyscyplinarne, a dyscyplinować niepokornych prawników. To jest zasadnicza różnica. Nabór do Izby Dyscyplinarnej odbywał się na zasadzie autopromocji kandydatów. Na stanowiska sędziów Izby Dyscyplinarnej SN kandydowali prawnicy karani dyscyplinarnie. Połowa jej składu wywodzi się z prokuratury. Stowarzyszenie „Lex super omnia” w swojej uchwale porównało Izbę Dyscyplinarną do sądów specjalnych z lat 50. ubiegłego wieku. Profesorowie Adam Strzembosz i Włodzimierz Wróbel fachowo wykazują, że tego rodzaju sąd specjalny może – w zgodzie z konstytucją – być powołany jedynie na czas wojny. Obawiam się, że sędziowie tej Izby mentalnie czują się oskarżycielami, a nie arbitrami.

Mamy do czynienia z czystką w sądach na najwyższych stanowiskach, czystką w prokuraturze i jej podporządkowaniu. To są rzeczy bez precedensu, czegoś takiego nie było od 1989 roku, bo żaden minister sprawiedliwości i Prokurator Generalny nie miał takiej władzy. A jednocześnie wyniki prac sądów i prokuratur są gorsze niż były – mówi były minister sprawiedliwości prof. Zbigniew Ćwiąkalski. – Występowałem w procesie, w którym prokurator wniósł akt oskarżenia właśnie dlatego, że ktoś wybrał pieniądze ze swojego konta i oświadczył, że wręczył je prezesowi jednej z lokalnych spółek. Dowodem w sprawie był właśnie wyciąg z konta bankowego, który świadczył o wypłaceniu pieniędzy. Wtedy potraktowany został jako dowód obciążający – dodaje w sprawie opisanej przez „Gazetę Wyborczą” „koperty Kaczyńskiego”.

KAMILA TERPIAŁ: Osoby ze środowiska PiS stworzyły „kastę stojącą ponad prawem”?

PROF. ZBIGNIEW ĆWIĄKALSKI: Wiele osób ma zapewne tego rodzaju odczucia. Zadziwiające jest to, że akcje prokuratury skierowane są przede wszystkim przeciwko byłym szefom spółek państwowych za czasów koalicji PO-PSL: Orlen, Lotos, PKP Cargo.

To jest dość charakterystyczne, że nagle wyciąga się dziwne sprawy z przeszłości, a sądy nawet nie widzą uzasadnienia dla zastosowania tymczasowego aresztowania. Te akcje są bardzo wybiórcze.

I nie są przypadkowe?
Wiążą się na ogół z przykrymi dla rządzących wydarzeniami. W moim odczuciu chodzi w dużej mierze o to, aby odwrócić uwagę opinii publicznej i zainteresować ją akcjami przeciwko osobom powołanym na stanowiska przez poprzedni rząd.

Tym razem chodzi o tzw. taśmy Kaczyńskiego. W tej sprawie prokuratura nie wszczęła jeszcze śledztwa. Jest pan zdziwiony?
To jest tylko kolejny przypadek i przykład tego, jak działa prokuratura. Gdyby na miejscu Jarosława Kaczyńskiego był Donald Tusk albo Grzegorz Schetyna, to w ciągu 2 dni zorganizowano by kilka konferencji prasowych, na których słyszelibyśmy liczne groźby i oskarżenia.

Dlaczego w tej sprawie prokuratura nie stawia oskarżeń?
Dlatego, że jest polityczna. Stało się to, przed czym od początku przestrzegałem. Tylko oddzielenie prokuratury od politycznych stanowisk pozwoliłoby działać w sposób niezależny. Władztwo obecnie rządzących nad prokuraturą jest absolutne. Poza tym przypominam, że artykuł 103 Konstytucji zabrania pełnienia mandatu posła prokuratorowi. A

Prokurator Generalny według obecnych przepisów jest posłem i prokuratorem, który może występować w sądzie, podpisywać akty oskarżenia i podejmować decyzje procesowe.

Spotkania prezesa partii rządzącej z ministrem sprawiedliwości w siedzibie resortu to rzecz normalna?
Nie słyszałem wcześniej o tym, aby prezes Jarosław Kaczyński fatygował się osobiście do któregoś z ministrów. Nie słyszałem też o wcześniejszych wizytach w Ministerstwie Sprawiedliwości. Dla mnie to jest nowość i rzecz wyjątkowa. Przecież zazwyczaj było tak, że prezes wzywał ministrów do siebie na ul. Nowogrodzką, a oni musieli się stawić na baczność.

Minister Zbigniew Ziobro staje się najważniejszym politykiem w Polsce, bo w jego rękach leży los Jarosława Kaczyńskiego?
Nie chciałbym oceniać, czy jest najważniejszy, czy nie. Ale prezes Kaczyński uznał, że jest jakaś potrzeba, aby spotkać się pilnie ze Zbigniewem Ziobro. Nie dowiemy się oczywiście nigdy, jaka była treść tej rozmowy.

Nie wierzę w zapewnienia rzecznika prasowego Ministerstwa Sprawiedliwości, że chodziło o przedyskutowanie kilku projektów ustaw czy listy do PE. To za mało, aby pan prezes osobiście fatygował się do ministerstwa.

Do spotkania doszło tuż po przesłuchaniu austriackiego biznesmena, podczas którego miał mówić o „kopercie Kaczyńskiego”. Przypadkowa zbieżność?
Logika nakazywałaby mieć na uwadze to, że panowie mogli rozmawiać na temat postępowania w sprawie taśm Kaczyńskiego. Rządzący co prawda gwałtownie temu zaprzeczają, ale to nie znaczy, że nie mogło to być przedmiotem rozmowy.

Jarosław Kaczyński powinien być jak najszybciej w tej sprawie przesłuchany?
Gdybyśmy mieli do czynienia z normalnym postępowaniem, to na pewno powinien zostać przesłuchany. W którym momencie? To jest sprawa odrębna. Często jest tak, że najpierw zbiera się materiały, a dopiero później decyduje o tym, kogo i w jakim charakterze przesłuchać.

To nie jest „normalne postępowanie”?
Według mojej i nie tylko mojej oceny nic nie wskazuje na to, aby toczyło się w normalnym trybie. Przede wszystkim kwestionuje się to, czy w ogóle należy wszcząć śledztwo.

Gdyby sprawa dotyczyła jakiegokolwiek polityka opozycji, to śledztwo wszczęte byłoby natychmiast.

Prezes PiS złamał prawo, prowadząc negocjacje biznesowe w siedzibie partii przy ul. Nowogrodzkiej?
Trudno odpowiedzieć na takie pytanie, nie mając dostępu do materiału dowodowego. Wszystko wskazuje na to, że rzeczywiście zajmował się sprawami gospodarczymi. Z materiałów medialnych wynika, że brał czynny udział w podejmowaniu decyzji i był zainteresowany inwestycją spółki Srebrna.

Pojawiła się także sprawa „koperty Kaczyńskiego”. Austriacki biznesmen miał zeznać, że prezes PiS-u nakłonił go do wręczenia łapówki księdzu z rady Fundacji im. Lecha Kaczyńskiego. „Gazeta Wyborcza” opublikowała kopię wypłaty 50 tys. zł z rachunku bankowego Geralda Birgfellnera. To ważny dowód?
Występowałem w procesie, w którym prokurator wniósł akt oskarżenia właśnie dlatego, że ktoś wybrał pieniądze ze swojego konta i oświadczył, że wręczył je prezesowi jednej z lokalnych spółek. Dowodem w sprawie był właśnie wyciąg z konta bankowego, który świadczył o wypłaceniu pieniędzy. Wtedy potraktowany został jako dowód obciążający.

Na razie prokuratura uderza w adwokatów biznesmena i oskarża ich o „nieuzasadnione wydłużenia czynności, co prowadzi do uniemożliwienia podjęcia przez prokuratora decyzji procesowych”. Po co mieliby to robić?
Wydaje mi się, że chodzi raczej o dokładność w działaniu pełnomocników pana Geralda Birgfellner.

Nie zauważyłem, aby jakiekolwiek ich działania wykraczały poza obowiązujące przepisy prawa. Inną sprawą jest to, że takie działanie może się komuś nie podobać i może być niewygodne dla aktualnie rządzących. Prokuratura niestety jest w tej sprawie jednoznacznie zaangażowana.

Pełnomocnicy twierdzą, że to pani prokurator prowadząca sprawę starała się sporządzać protokół z przesłuchania biznesmena w taki sposób, aby włożyć mu w usta to, czego nie powiedział.

Prokuratura na tym etapie może publicznie oceniać zeznania Geralda Birgfellnera jako „zdawkowe”?
Nie powinna oceniać materiału dowodowego, który powinien być oceniony dopiero w decyzji, jaką prokuratura podejmie o wszczęciu lub odmowie wszczęcia postępowania. Tego typu wypowiedzi prokuratury także świadczą o jej zaangażowaniu po jednej stronie, a nie o tym, że jest rzecznikiem praworządności.

Jakiej decyzji prokuratury się pan spodziewa?
Zapewne odmówi wszczęcia śledztwa i tym samym zwolni się z obowiązku przesłuchania Jarosława Kaczyńskiego.

Charakterystyczne jest też to, że pan prezes nie kieruje żadnych zawiadomień przeciwko panu Geraldowi Birgfellnerowi.

Kieruje za to zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa zniesławienia przez dziennikarzy „Gazety Wyborczej” i posłów PO.
Chociaż nie przypominam sobie, aby w jakikolwiek sposób potępiał taśmy, które pojawiły się za czasów rządów PO-PSL.

Teraz działa z oskarżenia publicznego z uwagi na występujący w sprawie „interes publiczny”. Jaki?
Nie wiem. To jest wykorzystywanie uprzywilejowanej pozycji. Przecież takie przestępstwo ścigane jest z oskarżenia prywatnego, ale najłatwiej posłużyć się prokuraturą, aby samemu nic nie robić.

W przypadku dziennikarzy jak to się ma do wolności słowa?
Zwracam uwagę na to, że

jeżeli dziennikarze prawicowi piszą o kimś i go oczerniają, to mają do tego prawo. A jeżeli dziennikarze opozycji opisują zdarzenia niewygodne dla władzy, to takiego prawa nie mają. To pachnie cenzurą.

Posłowie PO otrzymali przedprocesowe pisma od szefa CBA z żądaniem przeprosin za wypowiedzi w sprawie taśm Kaczyńskiego. To zastraszanie opozycji?
Szef CBA może kierować takie wezwania, ale powinien robić to jako osoba prywatna. On też ma prawo do ochrony swojego wizerunku i dóbr osobistych. Ale takie działanie może być odczytywane jako zastraszanie. Tym bardziej, że akcja służb jest kierowana przeciwko tym, którzy o tej historii informowali.

Rozumie pan działanie CBA? Czyli odmowę sprawdzenia oświadczenia majątkowego Jarosława Kaczyńskiego i zignorowanie oskarżeń o wręczenie łapówki.
Takie działanie świadczy o tym, że obecnie rządzący próbują podporządkować sobie wszystkie możliwe instytucje w taki sposób, aby mieć jednoznaczny wpływ na to, co robią.

Już wiemy, po co miały być przejęte sądy i jak miały działać media. Wtedy mielibyśmy klasyczny układ zamknięty.

W środę wieczorem odbyła się w Sejmie debata nad wnioskiem PO o odwołanie ministra sprawiedliwości. Jakby miał pan wymienić trzy powody, dla których Zbigniew Ziobro powinien odjeść, to co by to było?
Nie chcę jako były minister sprawiedliwości wypowiadać się personalnie na temat Zbigniewa Ziobry. Ale niewątpliwie mamy do czynienia z czystką w sądach na najwyższych stanowiskach, czystką w prokuraturze i jej podporządkowaniu. To są rzeczy bez precedensu, czegoś takiego nie było od 1989 roku, bo żaden minister sprawiedliwości i Prokurator Generalny nie miał takiej władzy. A jednocześnie wyniki prac sądów i prokuratur są gorsze niż były.

Obserwuje pan w swojej praktyce spowolnienie funkcjonowania sądów?
Oczywiście, świadczą o tym nawet dane publikowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Minęły ponad 3 lata, a do tej pory nie ma żadnej ustawy, która miałaby przyspieszyć postępowanie.

Premier Mateusz Morawiecki przekonuje, że PiS jest chwalony za przeprowadzoną „reformę” sądownictwa. Słyszał pan takie głosy?
Premier nie wymienia, gdzie i kto chwali. Zapewne prorządowe media.

Nie słyszałem, aby jakiekolwiek pochwały padały z nienależnych ust.

„Nie będę udawał, że to nie moja wojna, że to nie moje wybory, to są moje wybory” – powiedział w TVN24 były premier Donald Tusk. Jego powrót do polskiej polityki pomoże opozycji?
Najważniejsze, że zdementował pogłoski o tym, że chciałby stworzyć nową partię. Wydaje mi się, że w naszych politycznych realiach nie ma takiego zapotrzebowania.

Ale mówił o nowym „ruchu obywatelskim”, który miałby się narodzić 4 czerwca w Gdańsku.
To jest coś innego i taki ruch mogłoby później wesprzeć opozycję. Jeżeli chodzi o polskich polityków klasy międzynarodowej, to Donald Tusk jest numerem jeden. To człowiek, który zna najważniejszych przywódców na świecie, potrafi dostosować się do oczekiwań społeczeństw w innych krajach (świadczy o tym chociażby ostatnia wizyta na Ukrainie), jest człowiekiem uważnie słuchanym przez unijnych polityków.

Na tle dość nieudolnej polityki zagranicznej rządu PiS-u widać, że Donald Tusk przydałby się w polskiej polityce. Poza tym przez te lata niewątpliwie dojrzał.

Powinien wrócić i pomóc w walce z PiS-em?
Dobrze zrobi, jak wróci, aby przeciwstawić się temu, co dzieje się w kraju. Nie dzieje się przecież dobrze i to widać gołym okiem. To nie jest tylko moje stwierdzenie czy zwolenników PO, tylko oceny niezależne, płynące także ze świata.

Ten rząd doprowadził do całkowitego osamotnienia Polski, nie jesteśmy w stanie o nic zawalczyć. Nikt nas nie szanuje, nikt z nami nie rozmawia, nikt nas nie słucha. Czas skończyć z taką polityką – mówi Sławomir Neumann, szef klubu Platformy Obywatelskiej. – Jeżeli PiS-owi uda się wyprowadzić Polskę z UE, to za kilka lat nie będzie żadnego programu socjalnego. Setki miliardów złotych, które spływają do Polski z UE, uwalniają środki budżetowe, a jak ich zabraknie, nie będzie pieniędzy na programy socjalne. Na ten temat powinna się toczyć prawdziwa debata – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: „Zawsze byliśmy wiarygodni, tym razem też to potwierdzimy. Człowiek, który ma puste kieszenie, wolny nie jest, my te kieszenie wypełniamy” – mówi prezes PiS Jarosław Kaczyński w najnowszym spocie. Nie boi się pan, że to może przekonać wyborców?

SŁAWOMIR NEUMANN: Wyborcy widzą, że to PiS napełnia kieszenie swoich ludzi. Wystarczy wspomnieć o zarobkach współpracownic prezesa NBP Adama Glapińskiego czy nagrodach przyznanych ministrom przez Beatę Szydło, których do dzisiaj nie oddali. To oni napełniają swoje kieszenie i w tym przypadku Jarosław Kaczyński był szczery. A tak poważnie, wiarygodność prezesa PiS-u stała się już tematem dowcipów. Jest tak wiarygodny, że nawet jego rodzina, która robi z nim interesy, decyduje się go nagrywać. Z kolei

była premier Beata Szydło, która w kampanii wyborczej obiecywała, że programem 500 Plus będą objęte wszystkie dzieci, później przez lata kłamała, teraz do tego wraca… I jeszcze chce sprawdzać czyjąś wiarygodność?

Pyta polityków PO, czy poprą taką propozycję. Jaka jest odpowiedź?
To szczyt bezczelności i arogancji. My nie mamy z tym żadnego problemu. W lutym 2016 roku odbyło się głosowanie nad poprawką PO, która rozszerzała program 500 Plus także na pierwsze dziecko. Jak głosowała pani premier? Otóż była przeciw, nie chciała dać tych pieniędzy. Dzisiaj rządzący przyciśnięci do ściany aferą KNF, taśmami Kaczyńskiego, sprawą Srebrnej i koperty, która krążyła na ulicy Nowogrodzkiej, tak rujnuje wizerunek PiS i utrudnia bieżące funkcjonowanie, że musieli zdecydować się na wielką socjalną ofensywę, która zresztą ofensywą nie będzie.

Ale ludzie znowu dostaną pieniądze do ręki.
Przypomnę, że we wrześniu ludzie też dostali pieniądze z wyprawki szkolnej, a w wyborach samorządowych nie przełożyło się to na głosy poparcia dla PiS-u. Myślę, że nie zadziała już prymitywne myślenie o tym, że w taki sposób da się przekupić wyborców. To nie jest 2015 rok i ludzie już tak łatwo nie dadzą się nabrać. Poza tym

te wybory będą o czymś innym. To będzie plebiscyt dotyczący obecności Polski w UE. PiS od 4 lat prowadzi politykę pełzającego polexitu. Jeżeli uda im się wyprowadzić nasz kraj z Unii, to nie będzie żadnego programu socjalnego, bo na nic nie będzie pieniędzy.

„Teza o polexicie jest niczym innym jak goebbelsowskim kłamstwem Platformy” – odpowiada Adam Bielan, senator Zjednoczonej Prawicy. Rządzący nigdy się do tego nie przyznają.
Ale my mówimy o faktach: premier Beata Szydło jak została premierem, wyprowadziła ze swojej kancelarii unijne flagi; rząd skłócił nas ze wszystkimi w UE i wiara w to, że nie jesteśmy skłóceni tylko z Węgrami, także już legła w gruzach; minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro pyta Trybunał Konstytucyjny o zapisy traktatu akcesyjnego; Krystyna Pawłowicz mówi o unijnej szmacie. To są przykłady prawdziwego pełzającego wyprowadzania Polski z UE. Za taką politykę już zresztą płacimy zmniejszoną o 25 proc. kwotą zagwarantowaną w przyszłym unijnym budżecie.

PiS powtarza, że chce silnej Polski w silnej Europie. Jak opozycja odpowie na takie hasło?
To są właśnie goebbelsowskie kłamstwa. Polska pod rządami PiS-u nie jest ani silnym państwem, ani nie chcą być w Unii Europejskiej. Na ostatniej konwencji premier Mateusz Morawiecki mówił o tym, że Polska jest w Europie od tysiąca lat. Problem w tym, że szef rządu myli geografię z polityką. Geograficznie jesteśmy w Europie od tysiąca lat, ale przypomnę, że Białoruś też jest, ale nie jest w UE. Powtarzam, to są poważne wybory o tym, czy Polska będzie w UE liderem, czy autsajderem wypychanym poza Unię. Ten rząd doprowadził do całkowitego osamotnienia Polski, nie jesteśmy w stanie o nic zawalczyć. Nikt nas nie szanuje, nikt z nami nie rozmawia, nikt nas nie słucha. Czas skończyć z taką polityką.

PiS stara się skierować debatę publiczną na inne tory. Uda im się?
W taki sposób tylko próbują uciekać, ale to jest tylko chwilowa ucieczka od kłopotów Jarosława Kaczyńskiego.

Taśmy opublikowane przez „Gazetę Wyborczą” pokazują, że prezes jest na bakier z uczciwością i jego prawdziwy stosunek do pieniędzy jest inny, niż wszyscy dotąd sądzili. To wszystko jest próbą obrony prezesa PiS-u. Nawet sama nazwa, czyli „piątka Kaczyńskiego” pokazuje, że chodzi o to, aby pokazać prezesa w lepszym świetle. Do tej pory chował się za Beatą Szydło, potem za Mateuszem Morawieckim i udawał, że go nie ma.

Dzisiaj występuje ze swoją piątką, bo musi pilnie poprawić swój wizerunek. Ale to nie jest kampania przed wyborami europejskimi. Z ust polityków PiS-u usłyszymy jeszcze wiele kłamstw na temat UE, jestem sobie w stanie nawet wyobrazić posłankę Krystynę Pawłowicz, która przyjdzie na Wiejską owinięta w unijną flagę, ale to nic nie zmieni. Liczą się czyny, a nie słowa.

Koalicja Europejska przedstawi wspólny program?
Najpierw pokażemy listy wyborcze i myślę, że stanie się to w trzeciej dekadzie marca. Później pokażemy też wspólną deklarację programową. Tam będzie minimum programowe zaakceptowane przez wszystkie partie. Najważniejsze jest to, aby Polska pozostała w UE.

Nie będzie tam propozycji socjalnych?
To są wybory do PE. Jeżeli PiS-owi uda się wyprowadzić Polskę z UE, to za kilka lat nie będzie żadnego programu socjalnego. Setki miliardów złotych, które spływają do Polski z UE, uwalniają środki budżetowe, a jak ich zabraknie, nie będzie pieniędzy na programy socjalne. Na ten temat powinna się toczyć prawdziwa debata.

Musimy wszystkim uświadomić, że gra się toczy także o to, jak będą nas traktować w Unii, czy będą mieli poczucie, że chcemy wrócić do głównego nurtu i przychodzą ludzie, którzy chcą bronić interesu Polski w ramach debaty i dialogu, czy większość zdobywają ludzie, którzy razem z Brytyjczykami tworzyli frakcję rozwalającą Unię od środka. To dla Unii będzie jasny sygnał.

Kto pojawi się na listach Koalicji Europejskiej? To będzie prawdziwy test.
Zawsze trudno jest budować koalicję, ale daliśmy radę, dlatego nie pokłócimy się już o kształt list wyborczych. Przed nami jeszcze tylko dogranie szczegółów. W PO daliśmy sobie czas na składanie zgłoszeń do 10 marca. Odpowiedzialność, jaką wykazały partie wchodzące w skład KE, będzie trwała, bo bardzo duża jest świadomość celu.

Ryszard Petru jeszcze puka do drzwi. Otworzycie mu?
Na pewno nie będziemy jeszcze zamykać drzwi na klucz. Puka zresztą nie tylko Ryszard Petru, ale także inne środowiska partyjne, samorządowcy czy grupy obywateli, którzy chcą pomóc w najważniejszym zadaniu, czyli obronie Polski w UE.

Robert Biedroń chce przeszkodzić?
On ma swój pomysł i zapewne będzie go realizował. Na pewno nie pomaga, a jeżeli komuś pomaga, to nie nam, bo rozbija głosy opozycji. Nie będziemy płakać, tylko starać się spierać merytorycznie.

Na razie mam wrażenie, że Robert Biedroń raczej stroni od takich „merytorycznych sporów”.
Coś w tym jest, jego odpowiedzią ostatnio są najczęściej „bany” w mediach społecznościowych. Bardzo ciekawa strategia, tyle że i tak będzie musiał w końcu wyjść do ludzi w trakcie kampanii. Poza machaniem ręką i wypuszczaniem baloników będzie trzeba pokazać realny program i stanąć do debaty.

Platforma Obywatelska ma dostać 60 miejsc na 130 do obsadzenia w tych wyborach. To prawda?
Platforma jest największą partią w ramach Koalicji Europejskiej,

w sondażach otrzymujemy poparcie dwa razy większe, niż inne partie razem wzięte, ale też wiemy, że musimy być elastyczni bardziej, niż wynikałoby z arytmetyki. Wszyscy rozumieją, że PO zawsze będzie miała więcej, niż połowę miejsc.

I wszyscy to akceptują?
Tak.

Były premier Włodzimierz Cimoszewicz będzie jedynką w Warszawie?
Zadeklarował chęć startu. Na razie tylko tyle jest ustalone.

Inny były premier, Kazimierz Marcinkiewicz, może liczyć na jakieś miejsce?
Nie słyszałem ani nie widziałem jego zgłoszenia. Ma niestety swoje osobiste kłopoty, których nie potrafi rozwiązać. Wydaje mi się, że taki bagaż jest poważnym obciążeniem podczas walki wyborczej.

Były prezydent Bronisław Komorowski?
Nie zadeklarował chęci startu.

Podobno jest problem z okręgiem dla byłej premier Ewy Kopacz.
Nie, wybierze sobie taki okręg, jaki będzie chciała. Nikt nie będzie jej blokował.

Ostatnie nazwisko – Radosław Sikorski…
Zobaczymy, czy złoży deklarację startu. Wiele osób czekało do powołania Koalicji Europejskiej, a teraz zaczyna się poważnie zastanawiać, czy zgłaszać chęć kandydowania. Zobaczymy także, ile w sumie pojawi się zgłoszeń. W każdym okręgu mamy tylko 10 miejsc, chętnych będzie zapewne dużo więcej, dlatego i tak konieczne będą jeszcze roszady i korekty.

Na razie nie jestem w stanie powiedzieć na 100 proc., kto i na jakie miejsce zostanie wpisany. Wszystko przed nami.

Na listach PiS-u pojawiło się kilku członków rządu. To było dla pana zaskoczeniem?
To jest symbol wielkiej ucieczki członków rządu i potwierdzenie ich porażki. Biorą walizki i uciekają, a pani minister Anna Zalewska zabiera nawet plecak. Wygląda to tak, jakby szczury uciekały z tonącego okrętu, bo wiedzą już, co będzie ich czekało jesienią. Tam chcą przeczekać trudny dla nich czas. W mediach pojawiają się także spekulacje, że PiS chciałby zgłosić na unijnego komisarza Mateusza Morawieckiego, to tylko dopełniałoby obrazu akcji ewakuacja. Same nazwiska są i tak rzeczą wtórną, bo to będzie starcie Koalicji Europejskiej z koalicją antyeuropejską.

O czym myśli Donald Tusk?
O Polsce i Europie.

A nie o sobie?
Każdy myśli o sobie, ale nikt nie zna planów drugiego człowieka. Najważniejsze, że interes nasz i Donalda Tuska jest tożsamy.

Stworzy ruch obywatelski 4 czerwca? To będzie ruch w kontrze do PO?
Jeżeli cokolwiek powstanie, nie będzie działaniem w kontrze, ale będzie wspólną akcją.

Cały czas uważam, że Donald Tusk będzie najlepszym kandydatem na prezydenta w 2020 roku. Po drodze trzeba wygrać wybory w maju i październiku. Wsparcie powinno być po obu stronach.

Wierzy pan w wygraną Aleksandry Dulkiewicz w wyborach na prezydenta Gdańska?
Tak. Spodziewam się też dużej frekwencji w tych wyborach. Gdańsk cały czas ma i będzie miał w swoim DNA to, co wydarzyło się 13 stycznia podczas WOŚP, czyli morderstwo polityczne Pawła Adamowicza. Aleksandra Dulkiewicz będzie naturalną kontynuatorką jego dziedzictwa.

Dla Pawła Adamowicza bardzo ważne były obchody 30. rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 roku. To znowu będzie data wielkiego podziału?
Dla Gdańska i „Solidarności” tamte wybory miały ogromne znaczenie. To była bardzo ważna data, bo zmieniły Polskę, wyciągnęły ją z bloku wschodniego do niepodległości. Dlatego uważamy, że ta data powinna być świętem, także państwowym – złożyliśmy w tej sprawie projekt ustawy. Niestety, dla rządu PiS to jest element budowania ich „prawdy” historycznej”. PO i Koalicja Europejska na pewno będzie tego dnia w Gdańsku. Tam będziemy świętować zwycięstwo w wyborach europejskich i pokazywać drogę, która nas jeszcze czeka do wyborów parlamentarnych. Koalicja Europejska powinna iść do nich razem, tylko jeszcze bardziej poszerzona.

Ta data, ta rocznica i to święto będzie bodźcem jednoczącym?
To będzie start kolejnej kampanii wyborczej. Niezwykle symboliczny.

PiS oprócz oczekiwanych transferów społecznych przyniósł jeszcze inne rzeczy, które dużej części wyborców się nie podobają. To są kwestie praw, demokracji, pozycji Polski w UE, klerykalizm, brutalny nacjonalizm prezentowany przez część polityków rządzących czy wreszcie także chamskość reprezentowaną przez takie osoby, jak Krystyna Pawłowicz czy pan Tarczyński. Jeżeli opozycja to dobrze zrozumie i nie pójdzie do wyborów tylko z hasłem przeciwko transferom społecznym, tylko da to, co PiS, plus coś więcej, np. pewną symbolikę, przestrzeganie demokracji, odbudowę pozycji Polski na arenie międzynarodowej, to może odnieść sukces w wyborach – mówi dr hab. Marek Migalski, politolog.

JUSTYNA KOĆ: Beata Szydło mówi o „prezencie od Jarosława Kaczyńskiego”, sam prezes przyznaje, że obietnice spełni w tym roku, a może też w następnym. To przekupstwo wyborcze?

MAREK MIGALSKI: Nikt nie ma wątpliwości, że to jest prezent dla wyborców w roku wyborczym. O ile 500 Plus w obietnicach PiS-u ma pozostać na zawsze, to trzynastka dla emerytów już niekoniecznie.

Na pewno trzeba to rozpatrywać w kategoriach pozyskiwania wyborców.

W samym fakcie nie ma nic złego, rząd ma prawo robić tego typu ruchy, a opozycja ma prawo obiecywać tego typu kwestie. Pytanie, jakie są tego konsekwencje budżetowe dla wszystkich, bo my wszyscy żyjemy z budżetu – ale to bardziej pytanie dla ekonomistów. Drugą kwestią jest sprawa wiarygodności. Tu wynik jest ze wskazaniem na PiS, bo oni po trzech latach rządzenia pokazali, że to, co obiecują, robią, nawet z nawiązką, bo robią też rzeczy, których nie obiecywali, i wolelibyśmy, aby ich nie robili.

Rzeczywiście w sprawach socjalnych, czy to było obniżenie wieku emerytalnego, czy 500 Plus, to zrobili to i mogą liczyć na to, że wyborcy uwierzą także w te obietnice. To jest bardzo poważny problem dla opozycji, tym bardziej, że jest w tej kwestii podzielona. Część z niej powiedziała, że to jest ich program i się cieszą z tych propozycji, a część, że nie, bo to rozdawnictwo, które rozbije budżet państwa, może nas to pogrążyć na wiele dziesięcioleci. Wyborcy słyszą ten wielogłos ze strony opozycji.

Gdzie jest granica tego rozdawnictwa i kupowania wyborców za wszelką cenę? W końcu dojdzie do obietnic, że wszyscy będą piękni, szczupli i jeździć ferrari…
Z jednej strony rzeczywiście trzeba przyznać, że te socjalne transfery PiS-u nie zniszczyły budżetu państwa, nie pogrążyły nas w kryzysie, a nawet odwrotnie, wszystkie wskaźniki ekonomiczne są dla PiS-u korzystne. Oczywiście, że jest to wynik koniunktury gospodarczej na całym świecie, oczywiste też jest, że każdy gospodarz powinien myśleć, co będzie, gdy ta koniunktura się skończy.

Część państw zachodnich wyciągnęła wnioski i wie, że dziś jest dobry czas, ale nie tylko na rozdawnictwo i popuszczanie pasa, ale też na to, aby zdyscyplinować finanse publiczne.

W środę doszło do kuriozum. W TVN24 minister Dera – na wątpliwości pytającego, że jednak część państw w Europie nie ma deficytu, a nadwyżkę budżetową – odpowiedział, że nie zna takiego kraju. Przypomnę, że takich krajów jest w UE 13! To oznacza, że w prawie połowie państw unijnych nie ma deficytu, my mamy go w dalszym ciągu, bo PiS nie wykorzystuje koniunktury do tego, aby naprawić finanse publiczne, ale poprawić swoje notowania polityczne. Oczywiście można się na to zżymać, pytanie tylko, czy inny rząd postąpiłby inaczej. Przypominam, że główna partia opozycyjna twierdzi, że 500 Plus na pierwsze dziecko jest jej programem, podobnie jak trzynasta emerytura, i gdy dojdzie do władzy, to nie będzie obniżać wieku emerytalnego.

Może warto by się zastanowić w takim razie nad jakością demokracji?
I wyborców. Radosław Sikorski na jeden z moich tweetów o rozdawnictwie zareagował, że tego typu polityka to czysty peronizm, który doprowadził do ruiny argentyńskie finanse, tylko że wygląda na to, że przynajmniej połowa Polaków to Argentyńczycy, którzy chcą słyszeć te rzeczy. Gdybyśmy mieli innych wyborców, myślących w kategoriach dyscypliny finansów publicznych, oszczędności, ostrożności w szafowaniu obietnicami wyborczymi, to pewnie wygrywałyby takie partie, jak Korwin czy Nowoczesna, a Leszek Balcerowicz byłby prezydentem. Tak nie jest, a my mamy takich wyborców, jakich mamy, i jeśli w Polsce chce się wygrywać wybory, to być może nie da się inaczej. W moim głosie w odpowiedzi na pierwsze pytanie słyszała pani nutkę krytycyzmu wobec Platformy, ale to jest krytycyzm wyniosłego moralisty.

Jako politolog muszę powiedzieć, że może nie da się z PiS-em inaczej wygrać, niż poprzez udawanie, że jest się w rozdawaniu lepszym PiS-em.

Czyli PiS kupuje wyborców, co jest niemoralne, ale skuteczne?
Pytanie, którego ze sprzedawców wybiorą wyborcy i uznają za bardziej wiarygodnego. W tym wyścigu PiS wygląda lepiej, też dlatego, że zmienił reguły gry. Zanim przyszedł PiS partie w kampanii mówiły jedno, a po kampanii mówili otwarcie, że to, co w kampanii, to jedno, a życie to drugie. To odczuł boleśnie na sobie Rafał Trzaskowski w przypadku bonifikaty 98 proc., że wyborcy zaczęli się przyzwyczajać, że jak obiecaliście, to musicie to zrobić. Trzaskowski szybko to zrozumiał i wycofał się z tego. Podobnie będzie tutaj. Zatem w sprawie wiarygodności, bo do tego wracamy, PiS wygląda lepiej niż opozycja. Ale jest tu jeszcze druga kwestia. PiS oprócz oczekiwanych transferów społecznych przyniósł jeszcze inne rzeczy, które dużej części wyborców się nie podobają. To są kwestie praw, demokracji, pozycji Polski w UE, klerykalizm, brutalny nacjonalizm prezentowany przez część polityków rządzących czy wreszcie także chamskość reprezentowaną przez takie osoby, jak Krystyna Pawłowicz czy pan Tarczyński. Zatem podsumowując, być może PiS jest bardziej wiarygodny w zapewnianiu transferów społecznych, ale być może wyborcom chodzi nie tylko o to. Jeżeli opozycja to dobrze zrozumie i nie pójdzie do wyborów tylko z hasłem przeciwko transferom społecznym, tylko da to, co PiS, plus coś więcej, np. pewną symbolikę, przestrzeganie demokracji, odbudowę pozycji Polski na arenie międzynarodowej, to może odnieść sukces w wyborach.

Wśród obietnic wyborczych PiS-u nie było słowa o służbie zdrowia, edukacji czy chociażby o niepełnosprawnych. To dla wyborców nie ma znaczenia?
Pewnie ma i

to wyczuła opozycja, skoro mówi, że jeśli są pieniądze dla emerytów i na pierwsze dziecko, to dlaczego nie ma pieniędzy na niepełnosprawnych, nauczycieli, pielęgniarki, lekarzy itd. To jest rzeczywiście problem PiS-u, bo nie da się dać wszystkim. Myślę, że PiS zidentyfikowało, gdzie opłaca mu się sypnąć kasą.

Dofinansowanie 600 tys. nauczycieli się nie opłaca, bo po pierwsze to jest za duża grupa, a po drugie ona jest już sprofilowana politycznie. Tam się dużo wyborców nie da pozyskać, bo tam są ludzie z wyższym wykształceniem i trudno ich kupić. Podobnie z frankowiczami – po co załatwiać ich sprawy kredytów, skoro nie odwdzięczą się aktem wyborczym. Natomiast z emerytami jest inaczej i tu można zaskarbić sobie ich sympatię. Być może jest też szansa na pozostanie młodych rodziców. Ja nie znam tych badań, ale domyślam się, że stratedzy PiS-u dobrze wiedzą, gdzie mogą dać te kilkadziesiąt miliardów, aby to się opłaciło politycznie. Transfer tych pieniędzy do służby zdrowia po prostu by się nie opłacił, bo lekarze i tak na PiS nie zagłosują, a pacjenci nie do końca to odczują. Zatem to byłby ogromny transfer bez wdzięczności wyborczej.

To oznacza, że za 5-10 lat czeka nas zapaść państwa.
Tego nie wiem, bo nie jestem ekonomistą, ale jak czytam ekspertów, to wszystko na to wskazuje.

Skoro jesteśmy przy pieniądzach – NBP ujawnił zarobki swoich pracowników i wiemy, że pani Martyna Wojciechowska zarabia 49 563 zł. To kłopot dla PiS-u?
Moim zdaniem tak, tym bardziej, że to wysokość podstawowej pensji, bez dodatków, bonusów i premii. Nie wiem jeszcze, jak ta informacja zaszkodzi, ale nie mam wątpliwości, że ten kłopot idzie na konto partii rządzącej.

Dla wyborcy Glapiński nie jest niezależnym bankowcem, a człowiekiem Kaczyńskiego, a pani Martyna jest osobą powiązaną z władzą, z Glapińskim, a więc z Kaczyńskim. Dla wyborców 40 mld to abstrakcja, ale 40 tys. to bardzo duży konkret, który potrafią sobie przeliczyć w taki sposób, że pani Martyna zarabia w ciągu miesiąca tyle, ile oni w ciągu roku bądź dwóch.

To jest niszczące dla PiS-u, bo przekładalne na emocje społeczne. Jeżeli Grzegorz Schetyna powie przykładowo, że za 6 lat przekroczony zostanie alarmowy poziom deficytu, to dla wyborcy jest to pewien abstrakt, ale jak wyborca słyszy, że pani, która nie posiada praktycznie żadnych przymiotów merytorycznych, zarabia najwięcej w banku oprócz prezesa, więcej niż wszyscy fachowcy ze stopniami naukowymi po zagranicznych uczelniach, to jest to absolutnie bulwersujące. Rozumiem, że opozycja robi z tego aferę, bo to jest przemawiające. Ludzie myślą obrazami i emocjami, a tu mamy i jedno, i drugie.

Swoją drogą, ta sprawa pokazuje też, że Kaczyński nie ma ręki do ludzi, bo Glapiński, jak widać, mu się nie udał, bo nie reaguje na pomruki Nowogrodzkiej w tej sprawie, prezesem Srebrnej okazał się ubek, a trzecim najważniejszym udziałowcem Srebrnej okazał się ksiądz-czarodziej, który potrafi znikać. To pokazuje, że

to towarzystwo nie jest jednak tak kryształowe jak się wydawało.

No właśnie, do tego jeszcze to wszystko jest okraszone taśmami Kaczyńskiego, gdzie zobaczyliśmy nową twarz prezesa-rekina finansjery. I nic. Słupki poparcia stoją. Dlaczego?
Bo jedno jest powiązane z drugim, tzn. rekompensowane drugim. Wszystko ma wpływ na wyborców i na pewno część wyborców odpłynęłaby z PiS-u, słysząc taśmy i widząc, co wyrabia prezes Glapiński, czy obserwując to, na co pozwalają sobie politycy PiS-u w terenie. Tylko z drugiej strony ten rząd zapewnia im poczucie podmiotowości czy godności, bo mówi im się, że jesteśmy potęga światową, która będzie współorganizować ład na Bliskim Wschodzie, zapewnia się transfery społeczne i obsługuje się ich emocje pozytywne i negatywne. To jest konglomerat, a poparcie dla PiS-u jest wynikiem tych wszystkich działań. W polityce wygrywa ten, kto popełni mniej błędów.

Jarosław Zieliński ministrem edukacji zamiast Anny Zalewskiej. To żart?
Ja się już bardzo cieszę na szkolne akademie, które będą. Nie wiem, jakim będzie ministrem edukacji, ale akademie za jego czasów na pewno zachwycą cały świat. Zapewne będzie dużo konfetti.

Mateusz Morawiecki sam sobie przyznał Czeławieka Roku, tak należy interpretować tę godną pożałowania nagrodę

26 Lu

„Sakiewicz wziął kasę ze spółek, kontrolowanych przez Morawieckiego, żeby dać nagrodę człowieka roku Morawieckiemu za to, że odpowiednio dużo kasy z kontrolowanych przez Morawieckiego spółek, trafia do Sakiewicza. Co to będzie za ból i żal za rok” – tak na Twitterze Tomasz Lis podsumował kolejną galę „Gazety Polskiej”.

Redaktor naczelny Tomasz Sakiewicz wręczył premierowi już po raz drugi nagrodę „Człowieka Roku”. Poprzednio Morawiecki dostał ją w 2016 r. Na widowni Filharmonii Narodowej zasiadła cala pisowska „wierchuszka” z Jarosławem Kaczyńskim na czele.

Jeden z internautów umieścił zdjęcie zaproszenia na te imprezę z wymienionymi tamże sponsorami. – I ten Sakiewiczowy bankiecik w Filharmonii Narodowej z naszych pieniędzy… a nad ośmiorniczkami naród szlochał” – napisał Mikołaj Wróbelek.

„To samo, ale na większą skalę robią Bracia Karnowscy. Dają nagrody tym, którzy im dają kasę” – dodał prof. Wojciech Sadurski. – „Żenada, sami sobie przyznają nagrody, wysoko stawiają poprzeczkę, żaden kabaret tego nie przebije.”;

„Niech się bawią… na Titanicu też orkiestra grała do samego końca :)”; – „Brawo. Była taka gazeta Kraj Rad. Zdaje się, że ogłosiła Gierka jakimś tam człowiekiem” – komentowali inni internauci.

Prezydent Andrzej Duda, dokonując bezprecedensowego aktu ułaskawienia wobec byłego kierownictwa Centralnego Biura Antykorupcyjnego, argumentował, że osoby walczące z korupcją powinny zasługiwać na specjalną ochronę. Nie miało dla niego znaczenia, że Mariusz Kamiński i jego koledzy, będąc funkcjonariuszami państwa polskiego, nadużyli prawa, kierując się nie walką z korupcją a politycznym celem uderzenia w koalicjanta Prawa i Sprawiedliwości. Nielegalna prowokacja w tzw. aferze gruntowej została surowo oceniona przez sąd, jednak prezydenta to nie przekonało. Jedynie kwestią czasu było pojawienie się narracji, że na podobny los i łaskę prezydenta RP zasługuje może nie do końca uczciwy (w końcu prawomocnie skazany), ale jednak kierujący się niewątpliwie szlachetnymi motywami (to nic, że z prawdopodobnie rosyjskiej inicjatywy) Marek Falenta, architekt afery podsłuchowej z 2014 roku. 

W maju minionego roku w tej sprawie prawicowe media zorganizowały nawet petycję do prezydenta Andrzeja Dudy, a gorliwym obrońcą i zwolennikiem wręcz orderu państwowego dla biznesmena jest jeden z najbardziej rozpoznawalnych dziennikarzy prawicy, korespondent TVP w Berlinie Cezary Gmyz. To właśnie jemu Falenta dziękował “za ujawnienie prawdy” w sierpniu 2014 roku, a ten czynnie agituje na rzecz ułaskawienia bohatera pisowskich mediów. Dziś sprawa nabiera nowych barw, bowiem, jak informuje portal TVN24.pl, do Kancelarii Prezydenta Andrzeja Dudy został właśnie wysłany oficjalny wniosek o ułaskawienie Marka Falenty złożony przez jego córkę. Sam biznesmen nie stawił się natomiast w areszcie karnym, gdzie po wielomiesięcznych przepychankach w sądach i próbach odroczenia odbywania kary z uwagi na względy zdrowotne miał w końcu trafić na początku lutego. Niezmiennie uważa, że jest niewinny, a skazanie go ma wymiar wyłącznie polityczny.

Policja rozpoczęła poszukiwania skazanego biznesmena, bowiem okazało się, że ten zniknął i nie wiadomo gdzie się konkretnie znajduje. Według ostatnich doniesień może znajdować się w jednym z zakładów psychiatrycznych, borykając się z problemami psychicznymi. Czy to wystarczy do tego, by głowa państwa przychyliła się do wniosku o ułaskawienie? Sprawy nie chce komentować na razie ani adwokat Marka Falenty, ani Kancelaria Prezydenta. Z informacji portalu wynika jednak, że do Pałacu Prezydenckiego wpłynęły dwie negatywne opinie w tej kwestii z sądów dwóch instancji. To jednak przecież nie musi być dla Andrzeja Dudy żadną wskazówką. Wszyscy przecież wiemy, że znaczenie afery taśmowej jest dla obecnego obozu władzy niebagatelne. Wielu wyborców z pewnością z radością przyjęłoby decyzję o wzięciu w obronę jej głównego pomysłodawcy.

Prezydent nie musiałby również zasadniczo męczyć się nad wymyślaniem tłumaczenia dla swojej decyzji. Marek Falenta współpracował przecież z funkcjonariuszami ABW i CBA, którym udostępniał nielegalnie zdobyte nagrania. Jak w toku śledztwa zeznawał Łukasz N., jeden z kelnerów w restauracji Sowa & Przyjaciele oraz Amber Room, któremu biznesmen zlecał zakładanie podsłuchów, Falenta mówił mu, że “jest blisko z PiS i że może zorganizować z prezesem Kaczyńskim spotkanie, i że te nagrania mogą pomóc PiS”. Działał tym samym w szeroko pojętym interesie państwa i partii rządzącej, a jako taki powinien otrzymać specjalne względy. I tak fakt, że po tylu latach od afery nadal nie znajduje się za kratkami, jest dostatecznym dowodem na to, że prawo i sprawiedliwość dla tego pana nie działają tak, jak wobec zwykłego Kowalskiego.

Prezydent podpisał ustawę o NBP, która ujawnia zarobki w Narodowym Banku Polskim. – Andrzej Duda po raz kolejny wykonał tylko polecenie prezesa PiS-u. Są rzeczy ważne i ważniejsze, ważna jest przyjaźń z Adamem Glapińskim, ale ważniejsza jest wygrana w wyborach – komentuje Izabela Leszczyna z PO. Dodatkowo ustawa zakłada limity wysokości pensji. To według posłanki PO „niepotrzebna odpowiedzialność zbiorowa”. Jest za jawnością wynagrodzeń w administracji publicznej. Poza tym sąd nie zgodził się na zakaz publikacji w „Gazecie Wyborczej” dotyczących afery KNF, czego domagał się prezes Glapiński.

Ustawa o wynagrodzeniach w NBP podpisana

W poniedziałek prezydent podpisał ustawę o wynagrodzeniach w NBP. Nie sprawdziły się wcześniejsze przypuszczenia, że skieruje ją do Trybunału Konstytucyjnego.

Ustawa zakłada, że zarobki w Narodowym Banku Polskim będą jawne. Mają być publikowane w Biuletynie Informacji Publicznej i objąć okres od 1995 roku. Dodatkowo wysokość pensji prezesa i wiceprezesa ma być taka sama jak w przypadku kierowniczych stanowisk w państwie. Wysokość pensji pozostałych pracowników banku centralnego ustalać będzie zarząd, ale będą miały górną granicę. Nie mogą przekroczyć 60 proc. pełnego wynagrodzenia prezesa NBP.

Przypomnijmy, temat zarobków w NBP wypłynął po doniesieniach „Gazety Wyborczej” dotyczących wysokich zarobków współpracowniczki prezesa Adama Glapińskiego – Martyny Wojciechowskiej. Według dziennika ma zarabiać 65 tys. zł miesięcznie. Do tej pory ta informacja nie została potwierdzona, a Adam Glapiński nie chciał zgodzić się na upublicznienie zarobków swojej współpracownicy. PiS postanowił złożyć ustawę, która prezesa do tego zobliguje.

„Ona w niczym nie pomoże, tylko nam przeszkodzi. Może się pojawić cały szereg problemów pracowniczych, ale damy sobie z nimi radę, jak z każdym innym problemem, niezależnie i samodzielnie” – tak Adam Glapiński mówił na konferencji prasowej 6 lutego, po tym jak ustawę przyjął Senat.

Prezydent wykonał polecenie. „Są rzeczy ważne i ważniejsze”

Posłanka PO nie ma wątpliwości, że nowe prawo tworzone jest na partyjne zamówienie. – Mamy do czynienia z niezwykle pazernym rządem i partyjnymi działaczami, których PiS rekomendował na wszystkie najwyższe stanowiska państwowe. Ci ludzie zachowują się niemoralnie i nieetycznie: rozdają nagrody, jak Beata Szydło; płacą ogromne pensje, jak Adam Glapiński; albo dopuszczają się propozycji korupcyjnych, jak szef KNF. I dlatego, że PiS wprowadził ludzi, którzy mają lepkie ręce, musimy tworzyć nowe prawo? To nie jest normalne – mówi wiadomo.co Izabela Leszczyna.

Dlaczego Andrzej Duda zdecydował się podpisać ustawę? – Po raz kolejny wykonał tylko polecenie prezesa PiS. Panowie się spotkali i Jarosław Kaczyński powiedział Adamowi Glapińskiemu: „patrz, Kazimierz Kujda był moim najbliższym współpracownikiem, ale już go nie ma”. Są rzeczy ważne i ważniejsze, ważna jest relacja z Glapińskim, ale ważniejsza jest wygrana w wyborach. Dla prezesa to gra o wszystko: jeśli PiS wygra, Polska stanie się partyjnym folwarkiem Kaczyńskiego, z ręcznie sterowanym Sejmem, rządem i wymiarem sprawiedliwości; jeśli przegra – całe zło, w tym ciemne pisowskie interesy i afery, wyjdą na jaw i będzie po PiS-ie- komentuje.

Posłanka opozycji w rozmowie z wiadomo.co przyznaje, że pensje pracowników NBP powinny być jawne, ale nie może być stosowana odpowiedzialność zbiorowa. – Adam Glapiński faworyzuje dwie panie, którym płaci więcej niż innym. I tylko dlatego nagle wprowadzamy ustawę, która zakłada górną granicę zarobków dyrektorów. Przecież tam powinni pracować eksperci najwyższej klasy, ludzie, którzy kreują politykę monetarną państwa. Po to, żeby ściągnąć z rynków wybitnych finansistów, trzeba zapłacić duże pieniądze. Jakaś pani wzięła ogromne pieniądze, a karę muszą ponieść wszyscy. Tylko PiS może robić takie rzeczy – mówi Leszczyna.

Poza tym, według Izabeli Leszczyny, to tylko kolejny element pisowskiego oszustwa: wszystko, co PiS robi w polityce, to jest jedna wielka wieś potiomkinowska. Będą udawać, że są uczciwi, rzetelni i zależy im na ludziach. Obietnice wyborcze są spełniane przed wyborami. Takiej korupcji politycznej, kupowanie ludzi za ich własne pieniądze jeszcze nie było.

Zakaz publikacji oddalony. Sąd zmiażdżył wniosek NBP

„Zakazanie Dominice Wielowieyskiej publikowania informacji na temat roli, jaką odegrał Adam Glapiński w aferze KNF, oznaczałoby uniemożliwienie wykonywania jej powinności dziennikarskich” – uznał Sąd Okręgowy w Warszawie, oddalając wnioski Narodowego Banku Polskiego.

Bank zażądał nałożenia przez sąd na dziennikarkę Dominikę Wielowieyską zakazu publikowania przez rok tekstów o prezesie Glapińskim, które mogłyby insynuować jego związek z aferą KNF. To nie wszystko – bank żądał również przeprosin oraz usunięcia z Internetu i wydań papierowych fragmentów opublikowanych tekstów, w których „sugerowano niezgodne z prawem działania organów NBP”.

W związku z taką decyzją poseł PO Krzysztof Brejza pyta, czy Adam Glapiński zwróci do Narodowego Banku Polskiego pieniądze, które zostały przeznaczone na walkę o zakaz publikacji.

Jak skutecznie walczyć o prawdę? – Po prostu mówić prawdę – byli ludzie, którzy ratowali i pomagali Żydom, ale byli też tacy, którzy tego nie robili. Wie pani co jest największym problemem stosunków polsko-żydowskich? Samotność w śmierci narodu żydowskiego – mówi prof. Paweł Śpiewak, socjolog i historyk idei, dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego. – Mam raczej pretensję o to, że Polacy teraz tego nie rozumieją, nie umieją poczuć się Żydem w lipcu 1942 roku, w dniach deportacji do Treblinki. Nie rozumieją, co to znaczy być w sytuacji nieprawdopodobnej paniki, strachu, czuć się jak zwierzyna, która za chwilę będzie upolowana. Dla mnie to jest po prostu brak zwykłej empatii. Ale to wymaga długiej pracy, nikt się tego nie nauczy w trzy minuty – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki? Tak twierdzi Isarel Katz, pełniący obowiązki szefa izraelskiego MSZ.

PAWEŁ ŚPIEWAK: To jest prymitywne uogólnienie, tak jakby powiedzieć, że wszyscy Żydzi szachrują. Nie ulega wątpliwości, że takie sformułowania są obraźliwe. Ciekawe byłoby pytanie, na ile przed wojną, w jej trakcie i po wojnie rozpowszechniane były postawy antysemickie i jak ulegał zmianie stosunek do Żydów przez ostatnie ponad 70 lat.

Przed wojną antysemityzm był postawą właściwie powszechną?
Możemy z całą pewnością powiedzieć, że przedwojenna Polska była bardzo silnie nasycona antysemickim językiem. Na początku był silnie związany z Narodową Demokracją, z czasem stał się powszechny także w obozach popiłsudczykowskich, aż w końcu lat trzydziestych zaczął przenikać do lewicy. W okresie międzywojennym miały miejsce rządowe szykany wobec Żydów: zakaz zatrudniania na stanowiskach administracyjnych, wykluczanie Żydów z wojska i policji, getta na terenie uniwersytetów. To było coś odczuwalnego.

Jak czytam prasę końca lat 30. XX wieku, to mam wrażenie, że w polskiej prasie panowała obsesja antysemicka.

A konkretnie?
Na przykład publikowane karykatury są nieprawdopodobnie zjadliwe i ostre, podobnie jak program polityczny. Żydom chciano odbierać prawa obywatelskie i tworzono programy usuwania z Polski różnymi metodami. Nie ulega wątpliwości, że to samo trwało podczas wojny, antysemityzm był bardzo silnie obecny. Nie oznacza to morderczych zachowań, ale Żydzi, którzy chcieli schronić się po stronie polskiej, nie mieli łatwego zadania, napotykali na mur co najmniej obojętności, a nawet wrogości. Liczba uratowanych Żydów po stronie nieżydowskiej była mała – mówimy o kilkunastu tysiącach uratowanych osób, w stosunku do trzymilionowego narodu żydowskiego. Nie może być mowy o masowym ratowaniu Żydów. Lata powojenne także obarczone były ogromnym antysemityzmem, z dużą ilością pogromów i jawną niechęcią, którą znajdziemy nawet wśród wykształconych osób. Tym bardziej, że Żydzi zaczęli obejmować ważne stanowiska rządowe, a Polacy nie byli na to przygotowani.

Trzy fale emigracji spowodowały, że antysemityzm pozbawił Polskę ostatnich Żydów. W tym sensie ciągłość kultury przestała istnieć.

Ale antysemityzm pozostał.
Jest o wiele mniejszy, niż przed wojną, ale jest. Pojawiła się też nowa grupa ludzi, tak zwanych anty-antysemitów, którzy świadomie walczą z antysemityzmem i są zaciekawieni kulturą żydowską. Ale i tak antysemityzm werbalny jest bardzo silny. W Internecie jest tego zdecydowanie za dużo.

Dlatego, że jest przyzwolenie ze strony rządzących na takie zachowania?
Do pewnego stopnia jest. Po pierwsze, żaden przedstawiciel ruchów nacjonalistycznych nie został skazany za głoszenie otwarcie antysemickich haseł. Polskie prawo karne nie jest po prostu stosowane. Po drugie, szereg prawicowych dziennikarzy i środowisk prasowych używa mniej lub bardziej ukrytej antysemickiej retoryki. Wiedziała pani, że gazeta „Do Rzeczy” chce przeliczyć ilość trupów w Jedwabnem? Jakby to miało rozstrzygnąć o sprawie. Takie zachowanie, nawet jeżeli nie jest szerzeniem antysemityzmu, to przynajmniej blokuje jakiekolwiek rozumienie stosunków polsko-żydowskich.

Prezes PiS na tzw. taśmach Kaczyńskiego mówi o panu „ostry żydowski profesor”. Zabolało to pana?
Nie, właściwie to mogę się tylko uśmiechnąć. Ale jednocześnie myślę, jakie skojarzenia idą za takim stwierdzeniem.

Przecież nikt nie powie ostry ormiański albo ostry polski profesor. To jest rodzaj rodzimych skojarzeń, które wpadają w ucho. Ale i tak jestem optymistą.

Naprawdę?
Przez ostatnie 30 lat dużo się zmieniło. Zaczęliśmy otwarcie mówić o problemie antysemityzmu w Polsce i odkrywać nowe wymiary prawdy historycznej. Powstały raporty na podstawie tzw. sierpniówek, czyli dekretów dotyczących kolaboracji z Niemcami, gdzie mowa jest o przejawach antysemityzmu i morderstwach na Żydach w czasie wojny; głośno mówi i pisze się o pogromach w Krakowie, Chełmie, Rzeszowie, Kielcach czy Dobrem; odkrywa się coraz więcej zorganizowanych mordów w miejscowościach wokół Jedwabnego, czyli w dawnym województwie łomżyńskim. To jest bardzo ważna zmiana, bo nie można już udawać, że tego nie było.

Niektórzy jednak udają albo zaprzeczają. Nie chcą dopuścić do siebie myśli, że byli też źli Polacy. To się nie zmieni?
To jest trochę mitomania, bo na co dzień ci sami ludzie będą bardzo źle mówili o swoich polskich sąsiadach. Z badań socjologicznych wynika, że żaden naród tak bardzo siebie nie lubi jak Polacy.

Stereotyp Polaka jest bardzo negatywny. Jeżeli chodzi o poziom wzajemnej nieufności, to Polacy wyprzedzają wszystkie kraje europejskie, a nawet Rosję. Na co dzień mamy o sobie bardzo złe zdanie, ale nie potrafimy przyznać, że skoro tacy jesteśmy dzisiaj, to byliśmy też w przeszłości.

W Izraelu widoczne i odczuwalne są nastroje antypolskie?
Oczywiście, ale bez przesady. Jak jeżdżę do Izraela czy spotykam się ze środowiskami żydowskimi, to widzę, że też coś się zmienia. Coraz mniej ludzi pamięta czasy wojenne, więc w przestrzeni funkcjonują przede wszystkim mity przekazywane z pokolenia na pokolenie. Nie wiemy, ilu Żydów zginęło z rąk Polaków, ale to nie była mała liczba. Dużo jest historii o szmalcownikach, którzy wykorzystywali strach Żydów. Czasami mam wrażenie, że część Żydów ma więcej złości w stosunku do Polaków niż do Niemców. Oczekiwania wobec współobywateli były bowiem większe, niż wobec jawnych wrogów.

Nie da się tak po prostu odciąć od przeszłości. Ale jak sobie z nią radzić?
Żydzi przyjeżdżają do Polski nie tylko w celach historycznych. Silna więź z Polską pozostała, zwłaszcza wśród ocalonych albo ich dzieci. Poza Ameryką to Polska była krajem, gdzie przed wojną było najwięcej Żydów, krajem ważnym dla kształtowania żydowskiej tożsamości, literatury, teatru, polityki i nagle stał się pustynią. To jest też problem psychologiczny dla nich samych.

Polska mimo wszystko pozostała ważna i chcę, aby nie była tylko nabzdyczona poczuciem dumy.

Kto jest nabzdyczony? Premier, który bojkotuje spotkanie Grupy Wyszehradzkiej w Jerozolimie po słowach ministra obrony narodowej Izraela, a wcześniej premiera tego kraju?
Mateusz Morawiecki powinien moim zdaniem potraktować taką sytuację z większym zrozumieniem, nie ulegać tak łatwo emocjom i antysemickim tendencjom w Polsce. Zrobił to między innymi po to, aby pokazać, że jest twardy, nie pozwoli wodzić się za nos i mówić źle o Polakach. Powinien tam pojechać, porozmawiać i wytłumaczyć, że to słowa Katza są głupie i szerzą mowę nienawiści. Najłatwiej jest się obrazić. Lepiej jednak zachować podstawowe zrozumienie dla poczucia ludzkiej krzywdy. To jest naród bardzo skrzywdzony i jeszcze długo będzie żył z tym poczuciem.

Powinniśmy zrozumieć i wybaczyć słowa o tym, że „Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki”?
Wiele razy już słyszałem takie stwierdzenia. Jak pierwszy raz pojechałem do Nowego Jorku i trafiłem do dzielnicy żydowskiej, to

jak mówiłem, że jestem Polakiem, słyszałem, że to Polacy zabijali Żydów.

Jak pan reagował?
Spokojnie. Obrażanie się nie jest rozwiązaniem. Jedyną rzecz, jaką mogłem zrobić, to tłumaczyć, że to nie Polacy, a Niemcy. Niektórzy Polacy korzystali z okazji, ale trudno mówić o zbiorowej winie całego narodu.

Nie oczekiwałby pan przeprosin za takie słowa?
To jest tak kompromitujące dla ministra Israela Katza, ale niczego bym od niego nie oczekiwał. Takie rzeczy może mówić w domu, ale nie publicznie jako polityczne stwierdzenie.

Premier Izraela Benjamin Netanjahu też miał powiedzieć podczas wizyty w Warszawie, że „Polacy kolaborowali z Niemcami”. Co prawda te słowa zostały zdementowane, ale nie przez samego premiera. Niesmak pozostał?
Premier Izraela powiedział tylko, że nie zadziałały przepisy nowej ustawy o IPN. I to jest przecież prawda.

Ta ustawa jest okropna, jest najgorszym rodzajem produktu, jaki w ogóle można sobie wyobrazić.

Dlaczego?
To jest produkt konfliktu, który nic nie załatwia. Wprowadzone przez władzę zapisy miały służyć ochronie dobrego imienia Polaków, a dzięki tej ustawie nagle cały świat dowiedział się o „polskich obozach śmierci”. Trzeba być kompletnym politycznym niezdarą, żeby coś takiego wykombinować. Próby nałożenia jakiegokolwiek kagańca prowadzą donikąd, w cywilizowanym świecie tak się nie robi. Dobrze, że przynajmniej z zapisów o penalizacji za oskarżanie narodu polskiego rząd się wycofał.

Po awanturze związanej z wypowiedzią Benjamina Netanjahu PiS zapowiedział, że będzie chciał przyjąć w Sejmie uchwałę dotyczącą odpowiedzialności za Holocaust. Ostatecznie się z tego wycofał. Dobra decyzja?
Tak, bo to byłaby próba załatwienia problemów historycznych metodami politycznymi. Taka uchwała i tak nie byłaby nic warta.

Jak skutecznie walczyć o prawdę?
Po prostu mówić prawdę – byli ludzie, którzy ratowali i pomagali Żydom, ale byli też tacy, którzy tego nie robili. Wie pani co jest największym problemem stosunków polsko-żydowskich? Samotność w śmierci narodu żydowskiego.

Co ma pan na myśli?
Są trzy etapy stosunków polsko-żydowskich w czasie wojny: od września 1939 roku do zamykania Żydów w gettach, gdzie Polacy i Żydzi jeszcze żyli razem, ale już stosowana była wobec nich przemoc, między innymi ze strony polskich chuliganów; potem ok. 2 lat funkcjonowania gett w większych miastach, totalna izolacja Żydów i oglądanie śmierci – 90 proc. zginęło w całkowitej obojętności albo przy niewiedzy Polaków, co się tak naprawdę działo; ostatni etap to koniec 1942 i początek 1943 roku, czyli likwidacja gett i czas ucieczek, ale wtedy już Żydów w Polsce właściwie nie było.

Dlaczego Polacy nie udzielali Żydom tak szeroko pomocy? Zapewne dlatego, że nie chcieli, że się bali, inni może nie wiedzieli, jak pomóc. Musimy o tym wszystkim myśleć w całkowitej złożoności, nie możemy upraszczać.

Czyli chodzi panu o samotność Żydów w obliczu śmierci?
Żydzi jak patrzyli na Warszawę po drugiej stronie murów, to mieli poczucie, że to jest wolny kraj. Z ich perspektywy tam toczyło się w miarę normalne życie. A okazało się, że w środku tego miasta można było zamordować 300 tysięcy ludzi. Ktoś w Warszawie o tym myślał?

Ma pan pretensję o taką obojętność?
Mam raczej pretensję o to, że Polacy teraz tego nie rozumieją, nie umieją poczuć się Żydem w lipcu 1942 roku, w dniach deportacji do Treblinki. Nie rozumieją, co to znaczy być w sytuacji nieprawdopodobnej paniki, strachu, czuć się jak zwierzyna, która za chwilę będzie upolowana. Dla mnie to jest po prostu brak zwykłej empatii. Ale to wymaga długiej pracy, nikt się tego nie nauczy w trzy minuty.

Jak teraz reagować na przejawy antysemityzmu?
To jest zasadniczo problem mowy nienawiści, którą traktuję jako przejaw prostactwa. Dlatego można tylko robić swoje. Są różne warsztaty, szkolenia i taka droga jest bardzo ważna. Rządzący niestety przyzwalają na taki język, co najmniej nie reagują, ale także produkują.

Jacek Kurski ze swoją fabryką nienawiści jest liderem propagandy. Odpowiedzialność moralna i polityczna za to jest po stronie partii rządzącej.

W czym taka propaganda nienawiści ma rządzącym pomóc?
To jest język skierowany do własnego elektoratu, tworzenie obozu, który broni się przed czyhającym na świecie złem. Chodzi o ugruntowywanie pozycji własnej formacji politycznej, która staje się także formacją duchową i światopoglądową. Ja to określam jak połączenie zideologizowanego katolicyzmu z nietolerancyjną postawą. To jest żywienie się prostactwem i jego uszlachetnianie. Im głupiej, tym lepiej, dlatego zależy wielu propagandzistom na ogłupianiu ludzi. I to jest największa zbrodnia np. Jacka Kurskiego.

To jest człowiek, który za to, co robi, powinien stanąć kiedyś przed sądem. Wszystko zaczęło się już wcześniej, od „dziadka z Wehrmachtu”, którego wypominał Tuskowi. Obrzydliwiec! Potomek Gaona z Wilna powinien inaczej się zachowywać.

Obawia się pan o przyszłość Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN? Przypomnę, minister kultury nie przedłużył kontraktu obecnemu dyrektorowi.
Na razie nie panikuję. Ten konflikt nie jest dla władz dobry, bo to jest sprawa międzynarodowa. Muzeum powstało między innymi dzięki olbrzymim dotacjom amerykańskich Żydów. Narzucanie swojego nominata wbrew wszystkim zakończy się straszną awanturą.

Minister chce narzucić swojego nominata?
To, że obecna władza nie lubi dyrektora Stoli, nie ma żadnej wątpliwości. Władze zgodziły się na konkurs na stanowisko dyrektora POLIN, który w ciągu dwóch miesięcy będzie rozstrzygnięty. Jest nieźle.

Dlaczego jest na cenzurowanym? Naraził się wystawą dotyczącą Marca ’68?
Ta wystawa była bardzo skromna i prosta, ale niestety trafiła akurat na zły czas, czyli dyskusję wokół zmian w ustawie o IPN. Wtedy wiele głosów w propagandzie pisowskiej zabrzmiało znajomo. Okazało się, że te same słowa i pojęcia pojawiały się wtedy i dzisiaj. Dlatego pojawiły się na niej wypowiedzi nabzdyczonych prawicowych dziennikarzy.

Próba przejęcia Muzeum POLIN napotka społeczny opór?
Ta ekipa władzy stara się zbudować nową elitę muzealniczą, kulturalną, filmową, wspiera prawicowe pisma i prawicowych twórców. Jak to robią? Wymieniają dyrektorów placówek i wprowadzają nowych ludzi. Dotuje się chętniej środowiska katolickie, konserwatywne, a nie lewicowe czy liberalne. Pozostają ci, którzy są ostrożniejsi w wypowiadaniu się w różnych kwestiach.

Większy i mniejszy oportunizm szybko się rozpowszechnia.

Dlaczego władzy tak bardzo zależy na przejmowaniu instytucji kultury?
Kto panuje nad duszami, ten panuje nad krajem. Wie pani, że w podręcznikach do szkół podstawowych w ogóle nie ma słowa Żyd? Naprawdę. W taki sposób chcą kształtować pewną mentalność, tworzyć alternatywną wizję historii, świadomie budować nowego Polaka. Mają w swoim ręku telewizję publiczną, oświatę. Mają liczne narzędzia, by realizować swoją kontrofensywę antyliberalną i antymodernistyczną.

Partia rządząca najwyraźniej gra va banque o wybory, nie przejmując się tym, jak będzie wyglądała sytuacja w przyszłości. To bardzo niebezpieczne działanie – mówi prof. Witold Orłowski, ekonomista. – Zaczynam podejrzewać, że czeka nas prędzej czy później podniesienie podatków i inflacji, która też jest rodzajem cichego podatku. Zresztą podniesienia się inflacji oczekuję już w drugiej połowie tego roku. Potem zaczną się kłopoty z domknięciem budżetu, UE wprowadzi procedury nadmiernego deficytu, żądając podwyższenia podatków. Takie działanie w momencie spowolnienia gospodarki doprowadzą do czegoś odwrotnego, niż to, z czego rządzący byli dumni przez ostatnie 3 lata. Wzrost podatków będzie znacznie wolniejszy od wzrostu PKB, luka VAT znów wzrośnie – prognozuje nasz rozmówca.

KAMILA TERPIAŁ: PiS proponując w sobotę „piątkę Kaczyńskiego” przeprowadza gigantyczną operację kupowania głosów wyborców?

PROF. WITOLD ORŁOWSKI: To raczej nie ulega wątpliwości. Jako ekonomista mogę się tylko domyślać, że jest to przejaw strachu z powodu utworzenia Koalicji Europejskiej i pojawienia się nowej partii, czyli Wiosny Roberta Biedronia. Wygląda to tak, jakby rządzącym puściły nerwy i pewne ograniczenia świadomości, za jaką cenę można kupować głosy wyborców. Przecież jak się wygra wybory, to później jeszcze trzeba przez 4 lata rządzić, a konsekwencje takich wydatków, jakie obiecuje PiS, mogą być długookresowe i sprawić, że przyszłość nie będzie wesoła.

Ten, kto będzie rządzić, może mieć już poważne problemy ze spłacaniem zaciąganych w tej chwili długów.

40 miliardów złotych to dużo czy bardzo dużo?
Tyle warte są tyko dwie z tych obietnic, czyli 500 Plus na każde dziecko i 13. emerytura. Mowa była jeszcze, ale w bardzo niejasny sposób i bez konkretów, o obniżeniu podatku dochodowego, wzroście kwoty wolnej od podatku,czy podniesieniu kosztów uzyskania przychodu. O ile? W tym wypadku nie wiadomo. To mogą być koszty idące w kilka, ale również w kilkadziesiąt miliardów złotych. Ale jest jeszcze drugi bardzo poważny problem – takie obietnice są zachętą dla sfery budżetowej do żądania podwyżek płac. Tam i tak już buzuje, do tej pory rząd starał się uspokajać i tłumaczyć, że

czasy, kiedy „stać nas na wszystko”, się skończyły. Ale w tym momencie widzą, że rząd stać na wydanie lekką ręką kilkudziesięciu miliardów złotych. Jestem przekonany, że w tym roku to może bardzo ożywić żądania płacowe.

Nauczyciele są właściwie na krawędzi strajku. Źle dzieje się także w służbie zdrowia. Dlaczego rząd nie zwraca na to uwagi?
Tak naprawdę, jakby rząd chciał uczciwie wydać 30-40 miliardów złotych i rozwiązać podstawowe problemy społeczne, to należałoby je przeznaczyć na służbę zdrowia, zresztą wcale nie na podwyżki płac. To, że pracownicy sfery budżetowej oczekują podwyżek, wynika z faktu, że płace rosną w gospodarce, to zupełnie inna kwestia. Widać wyraźnie, że w kąt poszły pomysły o tym, że pieniądze powinny służyć inwestowaniu.

W odróżnieniu od tego, co słyszeliśmy przez ostatnie lata, nie padło ani słowo o modernizacji czy o inwestycjach, chodzi tylko o proste i szybkie przekazanie gotówki do ręki. Jakby zainwestowało się w służbę zdrowia, to zanim będą widoczne efekty, minie czas wyborów.

„Gdybyśmy chcieli sfinansować każde dziecko w Polsce, to koszt programu 500 Plus by się niemal podwoił, a na to nas nie stać” – tak zaledwie kilka miesięcy temu mówiła minister pracy Elżbieta Rafalska. Nagła zmiana? 
No właśnie. Rząd zaczynał już jakiś czas temu mówić, że więcej pieniędzy w budżecie nie ma. Sytuacja jest jednak gorsza, niż się wydaje. Dotąd bez wzrostu deficytu pieniędzy na wszystko wystarczyło, ale działo się to w warunkach wyjątkowej koniunktury gospodarczej, która nie jest do utrzymania przez dłuższy czas. Nawet gdyby nie było dodatkowych wydatków, sytuacja budżetu ulegnie wyraźnemu pogorszeniu tylko z powodu spowalniającej gospodarki. Być może już w tym roku, a z całą pewnością w przyszłym.

Jaki będzie stan budżetu z dodatkowymi wydatkami?
Takie wydatki technicznie uda się zapewne jeszcze w tym roku ukryć, nawet gdyby dochody państwa szybko nie rosły. Emerytury wypłaca ZUS, wystarczy więc nakazać, żeby to on zaciągnął kredyt, a nie bezpośrednio budżet. Na dłuższą metę oczywiście za długi ZUS-u odpowiada państwo.

Rząd zapewne będzie używać takich trików, które pozwolą na to, aby nie nowelizować budżetu. Działania, które powodują odłożenie problemu w czasie, są jednak bardzo niebezpieczne. To samo widzieliśmy przy okazji wzrostu cen energii. Rząd przełożył to o rok po to, żeby ludzie nie zobaczyli wyższych rachunków za prąd, z pełną świadomością tego, że później ceny wzrosną podwójnie.

Mamy do czynienia z polityką, która nie liczy się zupełnie z tym, co będzie po wyborach. Zaczynamy wchodzić na niebezpieczną ścieżkę. Budżet w tym roku jest w stanie wiele wytrzymać. Ale czy w przyszłym już nie pęknie?

Co to może oznaczać?
Duże kłopoty budżetowe to koniec opowieści o tym, że mieścimy się w 3 proc. deficytu PKB. Zaczynam podejrzewać, że czeka nas prędzej czy później podniesienie podatków i inflacji, która też jest rodzajem cichego podatku. Zresztą podniesienia się inflacji oczekuję już w drugiej połowie tego roku. Potem

zaczną się kłopoty z domknięciem budżetu,

UE wprowadzi procedury nadmiernego deficytu, żądając podwyższenia podatków. Takie działanie w momencie spowolnienia gospodarki doprowadzą do czegoś odwrotnego, niż to, z czego rządzący byli dumni przez ostatnie 3 lata. Wzrost podatków będzie znacznie wolniejszy od wzrostu PKB, luka VAT znów wzrośnie.

PiS gra va banque?
Partia rządząca najwyraźniej gra va banque o wybory, nie przejmując się tym, jak będzie wyglądała sytuacja w przyszłości. To bardzo niebezpieczne działanie.

Prezydent podpisał ustawę o jawności wynagrodzeń w NBP. Powinny być jawne? Dowiemy się w końcu, kto i ile zarabia w Narodowym Banku Polskim?
Lepiej, żeby dochody w NBP nie były jawne, poza ścisłym kierownictwem. Mówimy w końcu o zatrudnianiu ludzi z rynku, którzy równie dobrze mogliby pracować w bankach, więc trzeba im zaoferować rynkowe wynagrodzenia. Ale po pierwsze, można żyć i z jawnością dochodów w całej sferze publicznej, choć może to zachęcać do populizmu. A po drugie, skoro nie było jak skłonić prezesa NBP do zdradzenia, ile zarabiają dwie panie, być może znacznie przepłacane w stosunku do kwalifikacji, więc politycy nie znaleźli innego sposobu, niż ustawa.