Tag Archives: Sławomir Neumann

Gwałty kleru na dzieciach. Komisja ds. ich pedofilii musi powstać

17 Maj

Chcę bardzo wyraźnie powiedzieć, że haniebny styl prowadzenia przez marszałka Kuchcińskiego, uniemożliwianie zadawania pytań, zmanipulowane wypowiedzi ministrów, prowadzenie debaty w sposób urągający standardom parlamentarnym i zwykłej ludzkiej przyzwoitości. To jedno. Ale drugie to bardzo wyraźnie chcę powiedzieć, że nie można traktować tej ustawy jako coś co wystarczy, jako wystarczającą odpowiedź parlamentu polskiego na tę sytuację, która dzisiaj w tak dramatyczny sposób ujawnia się, a która dotyczy ludzkich tragedii, pedofilii, przypadków które dzisiaj dochodzą do świadomości publicznej, wiadomości” – powiedział Grzegorz Schetyna po przyjęciu przez Sejm głosami PiS nowelizacji Kodeksu karnego. Szef PO stwierdził, że „ta ustawa nie po to, żeby skutecznie walczyć z pedofilią. – „Zgłosiliśmy wiele poprawek, mówiliśmy o wielu rzeczach, które nie zostały w tym uwzględnione” – dodał. 

Schetyna zapowiedział złożenie przez PO projektu ustawy o utworzeniu państwowej komisji do spraw pedofilii w polskim Kościele. – „Dzisiaj wiemy, że Kościół jako instytucja nie poradzi sobie sam z tym problemem. Uważamy, że powinna powstać państwowa komisja i taki wniosek przedstawimy w przyszłym tygodniu. Tylko komisja wzorem krajów, które radziły sobie z tym okrutnym problemem i z tymi sprawami, które toczyły Kościół, tak jak w Irlandii czy Chile czy teraz w Niemczech, tylko komisja państwowa może skutecznie odpowiedzieć na pytania, które będą zadawane, które zadają ofiary, opinia publiczna” – stwierdził Schetyna. Dodał, że jeżeli PiS nie poprze utworzenia komisji w obecnej kadencji Sejmu, to Platforma przeprowadzi ustawę o jej utworzeniu po październikowych wyborach parlamentarnych.

„To hańba, że po raz kolejny wykorzystujecie tę sprawę do drastycznego i absolutnie niezgodnego z polską Konstytucją zaostrzenia Kodeksu karnego w innych miejscach. My chcemy rzetelnej i realnej walki z tym problemem. Bez specjalnej komisji, którą chcemy powołać nie ma szans wyjaśnić tej sprawy, bo wy jesteście w ciągłym sojuszu również z tymi, którzy ukrywali te przypadki. Czy stoicie po stronie ofiar, czy stoicie po stronie tych, którzy ukrywali tego typu przestępstwa?” – mówił do posłów PiS Borys Budka. Kilku posłów opozycji podczas obrad trzymało tablice z napisem „Komisja natychmiast” i „Stop pedofilii”.

>>>

Sławomir Nitras, schodząc z mównicy sejmowej, podszedł do miejsca, w którym siedzi Jarosław Kaczyński i położył przed nim dziecięce buciki. Siedzący obok prezesa PiS wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki chwycił je i rzucił w Nitrasa.

Poseł PO je podniósł i próbował ponownie położyć go przy Kaczyńskim. I tu wyrośli przed nim posłowie PiS w roli ochroniarzy Kaczyńskiego, a wśród nich Marek Suski i Mariusz Błaszczak. Patryk Jaki zszedł nawet z położonych wyżej ław rządowych.

Dziecięce buciki to symbol akcji „Baby Shoes Remember”. Zaczęły one być wieszane przed kościołami najpierw w Irlandii jako znak protestu przeciw księżom pedofilom. Od jakiegoś czasu pojawiają się także w naszym kraju.

Wcześniej w Sejmie Nitras mówił, że według raportu Episkopatu w sprawie pedofilii, 382 księży po 1989 roku dopuściło się molestowania nieletnich. Tymczasem w więzieniach za te przestępstwa karę odsiaduje dwóch księży. – „To gdzie jest 380, o których mówi raport kościelny?” – pytał poseł PO. Prowadzący obrady marszałek Marek Kuchciński wyłączył mu mikrofon.

„Ależ się dzielnie rzucili bronić Jarosława. Przed bucikami”; – „Przecież Nitras chciał jedynie postawić symboliczne buciki. Ile agresji jest w posłach PiS. Rzucili się jak secret service chroniąc niepokalanego, kryształowego guru”; – „Co robi JK – biernie siedzi i czeka aż jego świta będzie go chronić. Jakie to żałosne”;

Marek Suski wykidajłem. Wreszcie się odnalazł w roli życia. To jest prawdziwe powołanie!”; – „Kaczyński pewnie płaci swoim dwórkom za ochronę. Stanowiskami. Suski-Caryca nigdy by żadnego stołka nie dostał gdyby nie stał na warcie przed prezesem jak na tym filmie. Żenada” – komentowali internauci.

… internet aż huczy radując się ostatnim sondażem Instytutu Badań Spraw Publicznych, wykonanym na zamówienie „Newsweeka” i Radia ZET.

 

Wynika z niego, że Koalicja Europejska zyskała w ostatnim czasie 10 – procentową przewagę nad partią rządzącą, która w ciągu ostatniego tygodnia straciła aż 6 procent.

I tak oto kończy się „Sojuz” Tronu z Ołtarzem. Dzisiaj Kościół w obliczu swoich grzechów woła „Choj z Pis-em, ratujmy się kto może”– napisał pod artykułem gazeta.pl. ksiadz.teofil.

Sondaż dla Newsweeka: Wielkie tąpnięcie PiS. „To efekt filmu Sekielskiego” dlvr.it/R4slqS

Gdyby wybory do Parlamentu Europejskiego odbywały się dziś, KE mogłaby liczyć na 43,63 proc. poparcia, a Prawo i Sprawiedliwość musiałoby się zadowolić tylko 32,93 proc. głosów. „To są słupki, na których można powiesić dziecięce buciki” – komentują internauci na Twitterze.

Jak dowiadujemy się z dalszej części sondażu, próg wyborczy przekroczyłyby jeszcze tylko dwie formacje. Wiosna Roberta Biedronia – 9,06 proc., oraz Konfederacja (koalicja KORWiN, Liroya, Brauna i Narodowców), którą dziś popiera 6,86 proc. potencjalnych wyborców.

W najnowszym sondażu pod progiem znalazło się ugrupowanie Kukiz’15.

„Jeśli rzeczywiście KE wygra wybory z taką przewagą, będzie to znak, że przyzwoici Polacy dali im zielone światło do wysprzątania stajni Augiasza i oddzielenia ziarna od plew w instytucji pt. Kościół…”– napisał pod artykułem gazeta.pl czytelnik podpisujący się biesczad1.

Z wypowiedzi niektórych polityków prawicy można by wręcz wyciągnąć wniosek, że tolerowanie pedofilii w Kościele to działanie dla dobra Narodu.

No, nareszcie. Po trzech długich dniach milczenia mamy w końcu oficjalne stanowisko rządu w kwestii pedofilii. Otóż według premiera Morawieckiego, który zaprezentował w Sejmie projekt zmian w Kodeksie karnym, winni rozprzestrzenienia się w Polsce tego obrzydliwego zboczenia są „esbecy” i ich protektorzy – komuniści. Lewactwo znaczy. Oraz – osobiście – profesor Jan Hartman, autor obrazoburczej tezy, że poziom moralności społeczeństw nie jest wcale pochodną ich pobożności, a już zwłaszcza gorliwego katolicyzmu.

Teraz po zmianie prawa wszyscy oni – bez przedawnienia i bez wyjątku, zostaną przykładnie ukarani. Podobnie, jak murarze, którzy – jak wyszło panu premierowi za statystyk – są grupą zawodową o szczególnej skłonności do molestowania małoletnich.

Członkowie, zwolennicy i sympatycy partii aktualnie rządzącej nareszcie mogą więc odetchnąć z ulgą. Nie będą już dłużej musieli „iść w zaparte” i wygłaszać komentarzy w sprawie „pedofilii w Kościele”, unikając – jak diabeł święconej wody – słów „Kościół” i „księża”. Bo po wypowiedzi premiera – który też nie użył inkryminowanych zwrotów ani razu – już wiadomo, że coś takiego po prostu nie istnieje. Jest, owszem, pedofilia na placach budowy, wydziałach filozofii oraz wiecach PO.

Teraz wszystko jest już jasne i – jak zwykle – winni są inni. Kto? Profesor Hartman! A poza tym ofiary, bo prowokowały, wodząc duchownych na pokuszenie. Zresztą, jak był uprzejmy objaśnić Narodowi prof. Legutko, w przypadku 12–letnich chłopców nie ma już mowy o żadnej tam „pedofilii”, zwłaszcza że chłopaki „same tego chciały”. Po drugie, winne jest liberalno-lewackie zepsucie i „seksualizacja”. A po trzecie – opozycja, która za pomocą brudnych oskarżeń prowadzi bezpardonowy atak na Kościół – „gwaranta naszej tożsamości i szafarza wartości”.

Natomiast co do dokumentu braci Sekielskich to beneficjentom sojuszu tronu z ołtarzem nikt przecież nie wmówi, że „białe jest białe, a czarne – czarne”. Więc te wszystkie opowiedziane w filmie historie to są albo kłamstwa albo zwykłe nieporozumienia. Poza tym coś się przecież kapłanom za lata walki o wolność i demokrację od życia należy. Restytucja mienia, dokonana za sprawą Komisji Majątkowej oraz sute dotacje z budżetu to jedno, ale pozostaje jeszcze cała niezaspokojona sfera potrzeb – nazwijmy to – „emocjonalnych”. Toteż jak ksiądz małoletniego na kolanach posadził, a nawet „dał ciumka”, to czymże są te drobne i opacznie zrozumiane gesty osobistej sympatii wobec ogromu zasług tej szacownej instytucji i jej tytanicznej pracy dla dobra Narodu.

Takie rzeczy rozumieli nawet starożytni krakowianie, kiedy co roku składali Smokowi w Jamie dziewicę na pożarcie. Cudza cnota (i sumienie) nieraz bywała u nas poręczną walutą w rozliczeniach między tronem i ołtarzem. Taka tradycja, a tradycję szanujemy. Bo skoro nawet sam Adam Michnik uznał za stosowne przypomnieć wszystkim, że Kościół to filar polskości, a bez wiary nie ma moralności…

W tej sytuacji nawet i rzeczywiste molestowanie to kwestia bez znaczenia w obliczu domyślnych (tylko profesor Hartman pisze otwarcie, że raczej domniemanych) zasług Kościoła – strażnika nadwiślańskiej tożsamości i szafarza „wartości”. No nijak, sami przyznacie. Z wypowiedzi niektórych polityków prawicy można by wręcz wyciągnąć wniosek, że tolerowanie pedofilii w Kościele to działanie dla dobra Narodu.

Na pociechę ofiarom warto więc może przypomnieć, że przez całe lata najbardziej znani „kremlinolodzy” opowiadali i pisali o komunizmie, że historyczna konieczność i geopolityka, no i „głową muru nie przebijesz”, więc niech już bierze te swoje „dziewice na pożarcie”. I nawet nie zauważyli, kiedy upadł Związek Radziecki.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Reklamy

Kaczyński płaci z naszych pieniędzy za miłość wyborców

31 Mar

Tutaj >>>

Wierzę, że moja 26-letnia praca w pomocy humanitarnej i rozwojowej dała mi doświadczenie, które mogę przenieść na forum PE. Chcę w ten sposób przypomnieć o idei solidarności” – tak uzasadnia swój strat w wyborach do Parlamentu Europejskiego Janina Ochojska. Jest ona liderką Koalicji Europejskiej na Dolnym Śląsku. Jej kontrkandydatką z listy PiS będzie obecna minister edukacji Anna Zalewska.

Najnowszy spot wyborczy Koalicji Obywatelskiej porównuje dokonania obu pań, stawiając pytanie: „Czy widzisz różnicę między kandydatkami? Przed nami wielki wybór”.

W spocie lektor przypomina całą działalność charytatywną Ochojskiej, m.in. budowę studni w Sudanie, akcję dożywiania dzieci – Pajacyk. O Annie Zalewskiej usłyszymy, że „w zaledwie trzy lata zniszczyła system edukacji, a jeden z jej najbliższych współpracowników został oskarżony o wyprowadzenie pieniędzy z PCK.”

Dodać należy, że Grzegorz Schetyna podczas sobotniej konwencji we stolicy Dolnego Śląska zapowiedział złożenie przez PO wniosku o wotum nieufności wobec minister Zalewskiej za „niszczenie polskiej szkoły.” Przy okazji lider PO wytknął partii rządzącej, że wstydzi się własnej kandydatki, nie pozwalając jej wystąpić podczas konwencji PiS.

Niedługo łatwiej będzie napisać o grupach, które nie są w fazie przygotowywania lub zapowiadania akcji protestacyjnych, ponieważ liczba tych gotujących się do wyrażenia dezaprobaty wobec rządu rośnie lawinowo. Niebagatelną rolę we wzniecaniu ludowych powstań odgrywa wielki plan nazywany “piątką Kaczyńskiego”. To zapowiedź kolejnego transferu finansowego – który opiewa w przyszłym roku na kwotę 40 mld zł – przelała czarę goryczy wśród niepełnosprawnych oraz lekarzy, nie wspominając o nauczycielach. Szastanie pieniędzmi oraz narracja wielkiego sukcesu ekonomicznego, jaki miała odnieść Zjednoczona Prawica, powoli zaczyna działać na niekorzyść rządzących.

24 organizacje zrzeszające osoby niepełnosprawne i ich opiekunów zapowiedziały przyjazd do Warszawy na protest, który ma się odbyć trzy dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i ma na niego przybyć około dwóch tysięcy manifestantów. Środowiska osób niepełnosprawnych poczuły się wykluczone po ogłoszeniu partyjnego biuletynu wyborczego ociekającego monstrualnymi pieniędzmi. Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy i Naczelna Rada Lekarska domagają się podjęcia natychmiastowych działań naprawczych w służbie zdrowia. W okolicach szpitali w największych miastach pojawiły się billboardy z apelem – “Pacjenci w kolejkach i lekarze na dyżurach umierają. Rządzący opamiętajcie się”. To wstęp do akcji, która może się zakończyć ogólnopolskim protestem.

Do lekarzy i osób niepełnosprawnych dołączają pracownicy cywilni wojska. Wczoraj na stronie internetowej NSZZ Pracowników Wojska pojawił się komunikat mówiący o braku dobrej woli ze strony MON do rozwiązania problemów niskich płac – “(…) Do Zarządu Głównego wciąż napływają żądania zorganizowania akcji protestacyjnej w różnych formach. Wykonując ustawowe i statutowe powinności wobec pracowników i związkowców, w najbliższym tygodniu będzie posiedzenie Zarządu Głównego, na którym zostanie podjęta decyzja o zakresie i formach protestu, informacje przekażemy do 10 kwietnia br”. 

Sekretarz związku Elżbieta Romańska w rozmowie z Polską Agencją Prasową powiedziała, że posiedzenie Zarządu Głównego jest planowane na 3-5 kwietnia i wtedy ma zapaść decyzja dotycząca protestów – “Ludzie są bardzo niezadowoleni, bardzo rozczarowani, całymi dniami odbieram telefony w tej sprawie. Związkowcy na nas wymuszają protest, więc musimy go zorganizować. Protest na pewno będzie” – oznajmiła Romańska. Działacze nie przyjęli propozycji MON, zawierającej podwyżkę 300 zł brutto i domagają się dołożenia do tej kwoty 250 zł.

Miał być przepis na sukces, wyszedł przepis na protesty. Dwa miliony widzów ogląda codziennie flagowe “Wiadomości” TVP, które ociekają miodem, jaki płynie od rządu w stronę społeczeństwa. Nie ma dnia, żeby ktoś z obozu rządzącego nie powiedział o fantastycznym rządzie, z wypchanymi kieszeniami od pieniędzy. Chociaż ostatnio to się zmieniło i Zjednoczona Prawica wysyła sygnały o zadłużeniu się na obietnice wyborcze. Tylko kogo to dzisiaj obchodzi? Przez trzy lata tak rozhuśtano oczekiwania, że nikt nie przyjmuje do wiadomości informacji, że nagle pieniądze się skończyły. Przez trzy lata mordowano systematycznie w społeczeństwie racjonalność i zdroworozsądkowe podejście do publicznego grosza, a “piątka Kaczyńskiego” była śmiertelnym ciosem dla społecznej trzeźwości umysłów, rozpalając do czerwoności ekstrawagancję finansową Polaków. Pretensje o to, że ludzie mają w oczach złotówki, rząd może kierować tylko do siebie.

Prawo i Sprawiedliwość poczuło, że może na fali strachu przed dyrektywą potocznie zwaną “ACTA 2” podnieść swoje słupki poparcia, szczególnie wśród młodych wyborców. Z tego powodu dzisiejsza konwencja PiS odmieniała “wolność” przez wszystkie przypadki, a politycy prawicy grzmieli, że postawią tamę cenzurze i ograniczaniu wolności internetu. Szybko jednak okazało się, że to szczególny wyraz hipokryzji władzy, na co zwrócił uwagę Rzecznik Praw Obywatelskich. Adam Bodnar przypomniał bowiem premierowi, że to właśnie Prawo i Sprawiedliwość  już trzy lata temu odebrało Polakom prywatność w sieci:

Chodzi o głośne zmiany autorstwa rządu, które dały służbom bezprecedensowy dostęp do danych o obywatelach z pominięciem zgody sądu. Tak podległa Ziobrze prokuratura, jak i policja oraz służby specjalne stały się w zasadzie bezkarne w inwigilowaniu Polaków, co mimo olbrzymiej wagi nie spotkało się jednak z dużym oporem społecznym. Obecnie wbrew obiegowej opinii sądy muszą wyrazić zgodę już tylko na podsłuchy i kontrolę operacyjną, podczas gdy bilingi czy właśnie dane internetowe mogą podlegać tylko raz w miesiącu ewentualnemu następczemu wglądowi ze strony sądów.

Sprawa ta zaniepokoiła wówczas Komisję Wenecką, która skierował do rządu specjalną opinię w tej sprawie. Dokumenty komisji nie są wiążące, a na dodatek od czasu sporu o niezależność Trybunału Konstytucyjnego całkowicie przez polski rząd ignorowane, stąd do dziś nie doczekały się odpowiedzi.

O inwigilacji ze strony podległych rządowi organów internauci się jednak nie dowiedzą, ponieważ taka jest natura przyjętego prawa. Stąd właśnie deklaracje Mateusza Morawieckiego i Jarosława Kaczyńskiego o obronie wolności internetu są szczególnym wymiarem hipokryzji.

Rząd PiS jest bowiem tym, który dąży do absolutnej, quasi autorytarnej kontroli nad obiegiem informacji w Polsce. Upolitycznienie mediów, próba zamykania w sądach ust dziennikarzy to dziś w Polsce codzienność, a żeby sobie to uzmysłowić warto sięgnąć do reakcji obozu władzy na sprawy wynagrodzeń w NBP i taśm prezesa PiS. Z tego punktu widzenia ACTA 2 będzie dla twórców i użytkowników sieci zapewne uciążliwa, to jednak może w ostatecznym rozrachunku okazać się mniej niebezpieczna od zapędów krajowych służb kierowanych interesem politycznym jednego obozu. W niczym nie umniejsza to potrzebie dyskusji o ACTA 2, ale i tu trzeba mieć świadomość, że obecny kształt dyrektywy odbiega daleko od tego, któremu podczas pierwszego głosowania sprzeciwiała się tak dziś krytykowana za hipokryzję Platforma Obywatelska. W celu uzyskania konsensusu w Europarlamencie znaczną część ograniczających wolność internetu zapisów usunięto, choć bez wątpienia część zagrożeń pozostała. Jednak PiS nie jest w stanie obiecać tutaj jakiejkolwiek ochrony wolności słowa ponad tę, którą dopuszcza sama dyrektywa. Jest bowiem kolejnym kłamstwem to, że rząd może sobie wybrać z tego dokumentu tylko to, co mu się podoba. Jednak wcielenie w życie ACTA 2 nastąpi już po maratonie wyborczym i nikogo na Nowogrodzkiej sprawa nie będzie już wtedy specjalnie obchodzić.

Nieatrakcyjny starzejący się prezes z brzuchem próbuje kupić względy wyborców, płacąc im z ich własnych podatków.

Czym by tu Polaków nastraszyć? Seksualizacja dzieci, straszne LGBT, ACTA2, trotyl na tupolewie – Prawo i Sprawiedliwość miota się w panice, próbując znaleźć magiczne zaklęcie otwierające drogę do serc elektoratu. W wyborach parlamentarnych 2015 roku takim cudownym wytrychem była groźba zalewu uchodźców przynoszących na rękach egzotyczne bakterie, dokonujących zamachów i gwałcących polskie kobiety. Rzeczywiście PiS-owi udało się tym wtedy obywateli nastraszyć i nawiązać z nimi emocjonalny kontakt. Tu tkwiła tajemnica znakomitego wyniku wyborczego, nie w programie 500 plus, w którego realizację przed wyborami mało kto wierzył.

Wszystkie straszaki prezesa

Jak daleko sięga nasza pamięć, Jarosław Kaczyński zawsze posługiwał się tą samą metodą: wynajdywał jakiegoś czarnego luda, którego zdemonizowany wizerunek prezentował Polakom, i obiecywał: ja was przed nim obronię. W latach 90. była to uwłaszczona nomenklatura, niezlustrowani konfidenci SB, bezduszni monetaryści, agenci WSI, potem przyszła kolej na brukselskich okupantów i spiskowców, którzy wspólnie z Putinem w gęstych kłębach sztucznej mgły wysadzili w powietrze tupolewa. Dopiero jednak uchodźcy okazali się tym kamieniem filozoficznym polskiej polityki, którego prezes przez całe życie szukał.

Do dziś kamień utracił cudowną moc. Najwyraźniej nie działa też żaden z kolejnych straszaków, po który sięga partia Kaczyńskiego. Propagandyści „dobrej zmiany” skaczą więc od sloganu do sloganu, co tylko pogłębia wrażenie kryzysu i bezsilności.

Zaledwie dwa tygodnie temu cała czołówka partii rządzącej i wszystkie jej media rzuciły się na homoseksualistów, którzy ponoć ostrzą sobie zęby na polską dziatwę. Minęło kilkanaście dni i co? Głucha cisza. Okazało się, że ta broń jest groźna dla samego PiS-u, który pozostaje w symbiozie z katolickim klerem, ostatnio powszechnie postrzeganym (być może chwilami już nawet przesadnie) jako siedlisko seksualnych patologii.

Przez chwilę na horyzoncie mignęła też uchwalona przez europarlament dyrektywa, którą propagandyści „dobrej zmiany” określili mianem ACTA2 – ale i ten temat „nie żre”, na pewno więc szybko zostanie porzucony mimo wysiłków prezesa, który jeszcze w sobotnim wystąpieniu wrócił do tej sprawy.

Zamożny prezes oferuje sponsoring

W tej sytuacji Kaczyński próbuje pozyskać wyborców hojnymi prezentami. Tyle że w ten sposób w gruncie rzeczy obnaża swą słabość i nieatrakcyjność politycznej oferty PiS-u. Wielu zamożnych starszych mężczyzn zna to z własnego doświadczenia: w pewnym wieku fizyczny magnetyzm znika i trzeba zacząć sięgać do portfela. Opieranie więzi pomiędzy partią a wyborcami na chaotycznym i nieumiarkowanym rozdawnictwie przypomina relację między starzejącym się brzuchatym sponsorem a młodą atrakcyjną kobietą, którą ten stara się pozyskać pieniędzmi i prezentami.

Gotów jestem założyć się, że przez sporą część elektoratu jest to odczytywane jako kolejny przejaw słabości PiS. Władza wymyka się prezesowi z rąk – myśli niejeden wyborca – więc coraz głębiej sięga do sakiewki (nie swojej zresztą, lecz publicznej) i sypie pieniędzmi na lewo i prawo. A w tym samym czasie nauczycielom mówi, że na podwyżki dla nich środków nie ma.

Co więc zostaje PiS-owi? Może jeszcze spróbować sięgnąć po metody złośliwego skrzata, który po nocach sika do dzbanka z mlekiem. Właśnie tą drogą poszli Karol Guzikiewicz ze stoczniowej „Solidarności” i wojewoda pomorski. Żeby zrobić kuku samorządowcom i opozycji, zarejestrowali zgromadzenie cykliczne pod pomnikiem poległych stoczniowców 4 czerwca. Właśnie tam planowali się zebrać w tym dniu oponenci PiS-u, broniący zdobyczy polskiej demokracji i państwa prawa przed „dobrą zmianą”.

Ciekawe czy ta metoda walki przysporzy PiS-owi wielu nowych wyborców. Jak myślicie?

Duda! Najpierw impeachment, potem Trybunał Stanu

20 Mar

Dziś gościem Michała Wróblewskiego w telewizji internetowej Wirtualnej Polski był szef klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej Sławomir Neumann, który komentował ostatnie wydarzenia w rodzimej polityce. Rozmowa dotyczyła wielu bieżących wątków, ale mocne słowa padły przede wszystkim w kwestii odpowiedzialności minister edukacji narodowej Anny Zalewskiej za chaos w systemie edukacji oraz przyszłości prezydenta Andrzeja Dudy.

Prowadzący program zauważył, że sprawa nadchodzącego strajku w polskich szkołach staje się źródłem olbrzymiego problemu obozu władzy. Pojawiają się informacje, że z powodu napiętej sytuacji wokół szefowej MEN Anny Zalewskiej, kierownictwo PiS zostało zmuszone do przesunięcia na kolejne tygodnie konwencji na Dolnym Śląsku. Rządzący doskonale zdają sobie sprawę, że eksponowanie minister, która doprowadziła do obecnego sporu z nauczycielami nie jest dziś właściwym rozwiązaniem. Sławomir Neumann zapowiedział, że największa partia opozycyjna przedstawi w najbliższym czasie swoje propozycje systemowych zmian w obrębie systemu edukacji, które pozwolą zwiększyć wynagrodzenia nauczycieli.

“Mamy olbrzymi problem w polskiej edukacji, chaos który zostawiła minister Zalewska i ucieka do Brukseli.Chyba jednak nie dlatego chcieli zdjąć ją z listy, w tle przypomnę jest cały czas afera PCK, okradania kontenerów. Sprawą zajmuje się prokuratura i to chyba coraz bardziej skutecznie. To jest przecież afera, w której politycy i współpracownicy polityków PiS-u okradali kontenery PCK z żywności, z ubrań, zatrzymany był współpracownik Anny Zalewskiej, a w zeznaniach niektórzy zeznają, że finansowali kampanię PiS-u” – mówił Neumann.

Polityk PO zauważył też, że choć dziś prezydent Andrzej Duda próbuje się zaangażować w rozwiązywanie sporu rządu z nauczycielami (dziś ma dojść w tej sprawie do jego spotkania z premierem Morawieckim), to sam ponosi odpowiedzialność za doprowadzenie do obecnej sytuacji. To przecież jego podpis widnieje na wszystkich szkodzących polskiej edukacji (i nie tylko) ustawach i przyjdzie mu za to odpowiedzieć. Neumann zwrócił także uwagę, że głowa państwa jest dziś zakładnikiem Jarosława Kaczyńskiego.

– Andrzej Duda jest absolutnym zakładnikiem Jarosława Kaczyńskiego. To syndrom sztokholmski – mówił.

Zapowiedział także, że jeśli jesienią dojdzie do zmiany władzy, to dzisiejszy obóz opozycyjny będzie się chciał zająć przede wszystkim przywracaniem praworządności i demokracji, a jeśli Andrzej Duda będzie próbował blokować wprowadzane zmiany, to są gotowi nawet na wprowadzenie prawa pozwalającego usunąć go z urzędu.

– Jeżeli będzie tak, że wygrywamy jesienią wybory, chcemy naprawiać państwo, przywrócić w Polsce praworządność i demokrację, a Andrzej Duda będzie hamulcowym, jednym z możliwych ruchów jest wprowadzenie impeachmentu. Jeżeli będzie człowiekiem, który łamie konstytucję, nie nawróci się, nie będzie chciał brać udziału w naprawianiu państwa – najpierw impeachment, potem Trybunał Stanu – mówił polityk PO.

Plany to bardzo daleko idące i wyrażające oczekiwania sporej części elektoratu antypisowskiego. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że gdy już dojdzie do podejmowania tej decyzji, nie zabraknie na sali plenarnej tych kilku głosów, dzięki którym odpowiedzialności konstytucyjnej uniknął w 2015 roku Zbigniew Ziobro.

Kaczyński odtworzył komusze układy i w nich tkwi, dlatego tak się boi, jest tchórzem nr 1 w kraju

3 Mar

O tym, że słynna pani Basia – asystentka prezesa Jarosława Kaczyńskiego, a także pełnomocniczka Instytutu Lecha Kaczyńskiego i właścicielka niewielkich udziałów w Srebrnej – to osoba o co najmniej dwuznacznej przeszłości wiemy nie od dziś.

Dlatego poseł PO skierował do Kancelarii Premiera pismo, w którym poprosił o informację na temat drogi zawodowej pani Skrzypek.

Z odpowiedzi Centrum Informacyjnego Rządu dowiadujemy się, że pani Basia pracowała w URM od 16 września 1980 roku do 10 września 1989 r.

„W okresie zatrudnienia wykonywała pracę: stażysty w Wydziale Ogólnym – Archiwum, referenta w Wydziale Ogólnym, starszego referenta w Kancelarii Tajnej, starszego referenta w Gabinecie Prezesa Rady Ministrów, starszego statystyka w Gabinecie Prezesa Rady Ministrów, starszego statystyka w Gabinecie Ministra – Szefa Urzędu Rady Ministrów” – czytamy w przesłanym Brejzie dokumencie

„Barbara Skrzypek nie była zatrudniona w Komitecie Obrony Kraju ani w jednostkach obsługujących Radę Państwa bądź Przewodniczącego Radę Państwa. Nie była członkiem PZPR ani ZSMP” – zastrzega się w dokumencie Marta Radosz z KPRM.

Krzysztof Brejza w rozmowie z portalem wp.pl podkreślił, że informacje, które uzyskał od KPRM są dla niego wstrząsające.

„Do kancelarii tajnej trafiały najbardziej zaufane, najpewniejsze i sprawdzone osoby. A więc pani Barbara musiała mieć certyfikację i dostęp do najwyższych tajemnic ówczesnej władzy komunistycznej. To był najwyższy szczebel zaufania, dowodem jest przejście z Kancelarii Tajnej już do gabinetu samego prezesa Rady Ministrów PRL” – powiedział Brejza, podsumowując:

„Otoczenie Jarosława Kaczyńskiego jest zaadoptowane wprost z systemu komunistycznego. Nie każdy mógł przejść przeszkolenie i dopuszczenie do pracy w Kancelarii Tajnej URM. Trafiali tam najbardziej zaufani z zaufanych”.

Wydaje się, że perspektywa strajku nauczycieli odbiera rozum ludziom na najwyższych szczeblach władzy. Dowiódł tego na antenie radiowej „Trójki” prezydencki minister Krzysztof Szczerski, sugerując nauczycielom alternatywne rozwiązanie na okoliczność podniesienia miesięcznych zarobków.  Chociaż trudno dać temu wiarę, przedstawiciel głowy państwa powiedział wprost:

„Nauczyciele nie mają obowiązku życia w celibacie. W związku z powyższym także te transfery, które są dzisiaj dokonywane np. dla rodzin polskich – 500 plus – to też dotyczy nauczycieli. PiS daje pieniądze nauczycielom, bo daje wszystkim Polakom” – wypalił do niezadowolonych nauczycieli.

Ministerialne rada nie wydaje się niejasna: jeśli nauczyciele chcą więcej zarabiać, mogą przecież postarać się o własne dzieci, za które PiS daje 500 zł miesięcznie.

Z podobnym pomysłem wystąpił już niegdyś marszałek Senatu Stanisław Karczewski, który wyliczył, że posiadanie dużej rodziny opłaca się, bo w dziesięć lat można „zarobić” 300 tysięcy złotych.

Szef partii otrzymującej subwencje z budżetu wygląda źle, gdy rozmawia o pieniądzach. Sprawa powinna być powierzona doświadczonemu prokuratorowi o mocnej pozycji zawodowej. Tymczasem sprawę prowadzi prokuratorka, która jest delegowana. Ma słabą pozycję, gdyż zabiega o awans – mówi o tzw. taśmach Kaczyńskiego Krzysztof Parchimowicz, prokurator, prezes Stowarzyszenia Prokuratorów „Lex super omnia”. – Oswoiłem się zmyślą, że mogę być wydalony dyscyplinarnie z prokuratury. Zwłaszcza po powołaniu Izby Dyscyplinarnej w Sądzie Najwyższym. Nazywam ją Izbą 40 proc. Plus, gdyż jej sędziowie zarabiają o tyle więcej od innych sędziów SN. Tak wyceniono misję dyscyplinowania sędziów i prokuratorów. Jestem przekonany, że czas i Trybunał w Strasburgu pokażą, iż wysokie zarobki będą nieproporcjonalne do poziomu orzecznictwa – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Ile w tej chwili ma pan postępowań dyscyplinarnych?

KRZYSZTOF PARCHIMOWICZ: Mam 3 sprawy, w których przedstawiono mi 6 zarzutów dyscyplinarnych. Wszystkie dotyczą krytyki sytuacji w prokuraturze i działalności jej szefów. Do tego dochodzi zwykły mobbing.

Prokurator Bogdan Święczkowski i wypełniający jego polecenia rzecznicy dyscypliny ignorują fakt, że nie jestem „filipem z konopi”, a prezesem stowarzyszenia prokuratorów.

Odbiera je pan jako próbę zastraszenia?
Tak, lecz innych prokuratorów. Chodzi o to, by nikt nie ważył się otwarcie krytykować szefów, którzy chcą uchodzić za nieomylnych. Nie dopuszczają do dyskusji, polemiki, ignorują istnienie „Lex super omnia”. Oswoiłem się zmyślą, że mogę być wydalony dyscyplinarnie z prokuratury. Zwłaszcza po powołaniu Izby Dyscyplinarnej w Sądzie Najwyższym. Nazywam ją Izbą 40 proc. Plus, gdyż jej sędziowie zarabiają o tyle więcej od innych sędziów SN. Tak wyceniono misję dyscyplinowania sędziów i prokuratorów. Jestem przekonany, że czas i Trybunał w Strasburgu pokażą, iż wysokie zarobki będą nieproporcjonalne do poziomu orzecznictwa.

Rozumie pan tych, którzy są w stanie działać na zlecenie ministra sprawiedliwości Prokuratora Generalnego?
Nie, gdyż preferujemy inne wartości.

Prokuratorzy zapatrzeni w zalecenia polityka, który kieruje prokuraturą uważają, że podległość i bezrefleksyjne posłuszeństwo jest prawniczą cnotą.

Członkowie LSO są wierni prokuratorskiemu ślubowaniu, które nakazuje wierność prawu, a o Zbigniewie Ziobrze nie wspomina. Ci pierwsi są nagradzani, a drudzy szykanowani. Oczywiście mówimy o drażliwych sprawach i kontrowersyjnych decyzjach. Takich jednak nie brakuje. Symboliczną sceną jest scena, gdy Bogdan Święczkowski wyprasza z narady prokuratora, który uśmiecha się w momencie, kiedy Święczkowski obwieszcza sukcesy prokuratury.

Jak pan ocenia działania prokuratury w głośnej ostatnio sprawie tzw. taśm Kaczyńskiego?
Jest to poważna sprawa. Szef partii otrzymującej subwencje z budżetu wygląda źle, gdy rozmawia o pieniądzach. Sprawa powinna być powierzona doświadczonemu prokuratorowi o mocnej pozycji zawodowej. Tymczasem sprawę prowadzi prokuratorka, która jest delegowana. Ma słabą pozycję, gdyż zabiega o awans.

Prezes PiS-u powinien być już przesłuchany?
To wymagałoby przyznania przez prokuratorkę, że podejrzewa popełnienie przestępstwa na szkodę Geralda Birgfellnera i wszczęcia śledztwa.

Zauważam, że Jarosław Kaczyński sam się domaga przesłuchania, skoro złożył zawiadomienie o zniesławieniu go przez „Gazetę Wyborczą”. W tym postępowaniu będzie musiał zeznawać, o ile prokurator obejmie ściganiem czyn ścigany z oskarżenia prywatnego.

Jak donosi „Gazeta Wyborcza”, prokuratura rozważa wszczęcie śledztwa w sprawie próby wyłudzenia pieniędzy od spółki Srebrna przez Geralda Birgfellnera. Jak pan nazwałby takie odwrócenie ról?
Najpierw musi być zakończone prawomocnie postępowanie z zawiadomienia austriackiego przedsiębiorcy. Prowadzenie w tej samej sprawie postępowania na szkodę Geralda Birgfellnera i jednocześnie postępowania ukierunkowanego przeciwko niemu to byłby przejaw schizofrenii. Ewentualne nowe postępowanie powinien prowadzić innych prokurator, nieskażony ocenami koleżanki prowadzącej sprawę rozliczeń przygotowania budowy 2 wieżowców.

Sąd w Szczecinie uznał za niesłuszne zatrzymania byłych szefów KNF, Andrzeja Jakubiaka i Wojciecha Kwaśniaka. Pan nie miał wątpliwości, że to był element gry politycznej?
Rzeczywiście w jednej z wypowiedzi podkreślałem, że postępowanie w tej sprawie ma charakter propagandowy. Podtrzymuję to stanowisko. Wyraziłem je po lekturze harmonogramu działań KNF w sprawie SKOK Wołomin, analizie konferencji prasowej Bogdana Święczkowskiego i Zbigniewa Ziobry i decyzji prokuratora, który nie odważył się wnioskować o areszt wobec zatrzymanych.

To była odpowiedź na ujawnioną przez media aferę KNF?
Tak uważam.

Sprawa przeciwko Andrzejowi Jakubiakowi i Wojciechowi Kwaśniakowi jest mocnym dowodem braku neutralności politycznej prokuratury i wykorzystywaniu jej w walce o władzę.

Co by pan powiedział ministrowi sprawiedliwości Zbigniewowi Ziobrze, który publicznie krytykuje taką decyzję i mówi, że jest „rażąco niesłuszna”?
Przypomniałbym, że postanowienie sądu w kwestii legalności i zasadności zatrzymania jest ostateczne. Powiedziałbym, że w tej sytuacji ministrowi sprawiedliwości Prokuratorowi Generalnemu taki przejaw „pieniactwa” nie wypada, że to wstyd. Dodałbym, że moment, gdy sądy będą spełniać oczekiwania Zbigniewa Ziobry, będzie oznaczał koniec demokratycznego państwa prawnego.

Narada szefa partii rządzącej, który jest stroną w sprawie tzw. taśm Kaczyńskiego, z ministrem sprawiedliwości Prokuratorem Generalnym to rzecz normalna?
Tak, o ile nie odbywa się w momencie, gdy od decyzji młodej prokuratorki waży się polityczna przyszłość koalicji rządzącej i jej szefa. To są dorośli ludzie. Powinni jak ognia unikać sytuacji, która daje pretekst do twierdzenia, że rozmawiali o sprawie inwestycji na Srebrnej.

Jak pan myśli, o czym panowie rozmawiali?
Zbigniew Ziobro mówi, że o ważnym projekcie ustawy.

Już dawno nauczyłem się dystansu do wypowiedzi mojego szefa.

Wiele osób mówi, że teraz pozycja Zbigniewa Ziobry stała się znacznie silniejsza…
Nie znam się na grach politycznych. Fakty są takie, że bez Solidarnej Polski większość parlamentarna stałaby pod znakiem zapytania i to prezes przyjechał do przewodniczącego, a nie odwrotnie.

Czuje się pan twarzą sprzeciwu wobec upolitycznienia prokuratury?
Ustaliliśmy na forum zarządu „Lex super omnia”, że będę reprezentował opinii publicznej stanowisko Stowarzyszenia. Ponoszę tego wiadome konsekwencje, gdyż wypowiadam się szczerze. Jednocześnie na forum publicznym pojawiają się młodsze, ładniejsze twarze LSO. W końcu stycznia odbyło się nadzwyczajne walne zebranie w obronie stowarzyszenia. Zostało zwołane w wyniku oddolnej inicjatywy członków. Poczuliśmy się raźniej.

Podobno jest coraz więcej krytycznych głosów o działaniach Zbigniewa Ziobry i Bogdana Święczkowskiego i coraz więcej prokuratorów, którym puszczają nerwy. Dostrzega pan taką tendencję?
Ten uśmiechający się prokurator jest tego symbolem, podobnie jak prokurator z Gdańska, który nie chciał wnioskować o areszt b. prezesa Lotosu. Prokuratury rejonowe w dużych miastach, które załatwiają najwięcej spraw, cierpią na niedobór kadr. Urzędnicy wspomagający prokuratorów nie chcą dalej pracować za niskie pensje.

Awanse, nagrody, dodatki w prokuraturze stały udziałem znajomych lub pokornych. Nie dziwi mnie, że przyzwoici ludzie mają dość.

Dlaczego rządzącym tak bardzo zależy na przejęciu prokuratur i sądów?
Gra idzie o ograniczenie mechanizmów kontrolnych. Sprawowanie władzy bez hamulców może jednak stanowić cel tylko polityków krótkowzrocznych. Taki model sprawowania władzy szybko degeneruje rządzących, rodzi patologię. Prokuratura i sądy w interesie obywateli powinny patrzeć na ręce władzy. Nie mogą być instrumentem w rękach władzy.

„Jeżeli ktoś poniża drugiego człowieka różnego rodzaju określeniami czy działaniami, które podejmuje, wystawia świadectwo przede wszystkim sobie. I pokazuje, że nie ma żadnych kwalifikacji moralnych do tego, żeby być sędzią” – tak mówił podczas nominacji nowych sędziów SN prezydent Andrzej Duda. Powinien przeprosić?
Prezydent nie powinien mówić tych słów.

Nie przeprosi. Nie rozumie, że mówi także o sobie. W szczycie kampanii przeciwko sędziom i sądom mówił gorsze rzeczy.

Nowa Izba Dyscyplinarna SN będzie niebezpiecznym orężem w rękach rządzących?
Izba nie została powołana, by rozpoznawać sprawy dyscyplinarne, a dyscyplinować niepokornych prawników. To jest zasadnicza różnica. Nabór do Izby Dyscyplinarnej odbywał się na zasadzie autopromocji kandydatów. Na stanowiska sędziów Izby Dyscyplinarnej SN kandydowali prawnicy karani dyscyplinarnie. Połowa jej składu wywodzi się z prokuratury. Stowarzyszenie „Lex super omnia” w swojej uchwale porównało Izbę Dyscyplinarną do sądów specjalnych z lat 50. ubiegłego wieku. Profesorowie Adam Strzembosz i Włodzimierz Wróbel fachowo wykazują, że tego rodzaju sąd specjalny może – w zgodzie z konstytucją – być powołany jedynie na czas wojny. Obawiam się, że sędziowie tej Izby mentalnie czują się oskarżycielami, a nie arbitrami.

Mamy do czynienia z czystką w sądach na najwyższych stanowiskach, czystką w prokuraturze i jej podporządkowaniu. To są rzeczy bez precedensu, czegoś takiego nie było od 1989 roku, bo żaden minister sprawiedliwości i Prokurator Generalny nie miał takiej władzy. A jednocześnie wyniki prac sądów i prokuratur są gorsze niż były – mówi były minister sprawiedliwości prof. Zbigniew Ćwiąkalski. – Występowałem w procesie, w którym prokurator wniósł akt oskarżenia właśnie dlatego, że ktoś wybrał pieniądze ze swojego konta i oświadczył, że wręczył je prezesowi jednej z lokalnych spółek. Dowodem w sprawie był właśnie wyciąg z konta bankowego, który świadczył o wypłaceniu pieniędzy. Wtedy potraktowany został jako dowód obciążający – dodaje w sprawie opisanej przez „Gazetę Wyborczą” „koperty Kaczyńskiego”.

KAMILA TERPIAŁ: Osoby ze środowiska PiS stworzyły „kastę stojącą ponad prawem”?

PROF. ZBIGNIEW ĆWIĄKALSKI: Wiele osób ma zapewne tego rodzaju odczucia. Zadziwiające jest to, że akcje prokuratury skierowane są przede wszystkim przeciwko byłym szefom spółek państwowych za czasów koalicji PO-PSL: Orlen, Lotos, PKP Cargo.

To jest dość charakterystyczne, że nagle wyciąga się dziwne sprawy z przeszłości, a sądy nawet nie widzą uzasadnienia dla zastosowania tymczasowego aresztowania. Te akcje są bardzo wybiórcze.

I nie są przypadkowe?
Wiążą się na ogół z przykrymi dla rządzących wydarzeniami. W moim odczuciu chodzi w dużej mierze o to, aby odwrócić uwagę opinii publicznej i zainteresować ją akcjami przeciwko osobom powołanym na stanowiska przez poprzedni rząd.

Tym razem chodzi o tzw. taśmy Kaczyńskiego. W tej sprawie prokuratura nie wszczęła jeszcze śledztwa. Jest pan zdziwiony?
To jest tylko kolejny przypadek i przykład tego, jak działa prokuratura. Gdyby na miejscu Jarosława Kaczyńskiego był Donald Tusk albo Grzegorz Schetyna, to w ciągu 2 dni zorganizowano by kilka konferencji prasowych, na których słyszelibyśmy liczne groźby i oskarżenia.

Dlaczego w tej sprawie prokuratura nie stawia oskarżeń?
Dlatego, że jest polityczna. Stało się to, przed czym od początku przestrzegałem. Tylko oddzielenie prokuratury od politycznych stanowisk pozwoliłoby działać w sposób niezależny. Władztwo obecnie rządzących nad prokuraturą jest absolutne. Poza tym przypominam, że artykuł 103 Konstytucji zabrania pełnienia mandatu posła prokuratorowi. A

Prokurator Generalny według obecnych przepisów jest posłem i prokuratorem, który może występować w sądzie, podpisywać akty oskarżenia i podejmować decyzje procesowe.

Spotkania prezesa partii rządzącej z ministrem sprawiedliwości w siedzibie resortu to rzecz normalna?
Nie słyszałem wcześniej o tym, aby prezes Jarosław Kaczyński fatygował się osobiście do któregoś z ministrów. Nie słyszałem też o wcześniejszych wizytach w Ministerstwie Sprawiedliwości. Dla mnie to jest nowość i rzecz wyjątkowa. Przecież zazwyczaj było tak, że prezes wzywał ministrów do siebie na ul. Nowogrodzką, a oni musieli się stawić na baczność.

Minister Zbigniew Ziobro staje się najważniejszym politykiem w Polsce, bo w jego rękach leży los Jarosława Kaczyńskiego?
Nie chciałbym oceniać, czy jest najważniejszy, czy nie. Ale prezes Kaczyński uznał, że jest jakaś potrzeba, aby spotkać się pilnie ze Zbigniewem Ziobro. Nie dowiemy się oczywiście nigdy, jaka była treść tej rozmowy.

Nie wierzę w zapewnienia rzecznika prasowego Ministerstwa Sprawiedliwości, że chodziło o przedyskutowanie kilku projektów ustaw czy listy do PE. To za mało, aby pan prezes osobiście fatygował się do ministerstwa.

Do spotkania doszło tuż po przesłuchaniu austriackiego biznesmena, podczas którego miał mówić o „kopercie Kaczyńskiego”. Przypadkowa zbieżność?
Logika nakazywałaby mieć na uwadze to, że panowie mogli rozmawiać na temat postępowania w sprawie taśm Kaczyńskiego. Rządzący co prawda gwałtownie temu zaprzeczają, ale to nie znaczy, że nie mogło to być przedmiotem rozmowy.

Jarosław Kaczyński powinien być jak najszybciej w tej sprawie przesłuchany?
Gdybyśmy mieli do czynienia z normalnym postępowaniem, to na pewno powinien zostać przesłuchany. W którym momencie? To jest sprawa odrębna. Często jest tak, że najpierw zbiera się materiały, a dopiero później decyduje o tym, kogo i w jakim charakterze przesłuchać.

To nie jest „normalne postępowanie”?
Według mojej i nie tylko mojej oceny nic nie wskazuje na to, aby toczyło się w normalnym trybie. Przede wszystkim kwestionuje się to, czy w ogóle należy wszcząć śledztwo.

Gdyby sprawa dotyczyła jakiegokolwiek polityka opozycji, to śledztwo wszczęte byłoby natychmiast.

Prezes PiS złamał prawo, prowadząc negocjacje biznesowe w siedzibie partii przy ul. Nowogrodzkiej?
Trudno odpowiedzieć na takie pytanie, nie mając dostępu do materiału dowodowego. Wszystko wskazuje na to, że rzeczywiście zajmował się sprawami gospodarczymi. Z materiałów medialnych wynika, że brał czynny udział w podejmowaniu decyzji i był zainteresowany inwestycją spółki Srebrna.

Pojawiła się także sprawa „koperty Kaczyńskiego”. Austriacki biznesmen miał zeznać, że prezes PiS-u nakłonił go do wręczenia łapówki księdzu z rady Fundacji im. Lecha Kaczyńskiego. „Gazeta Wyborcza” opublikowała kopię wypłaty 50 tys. zł z rachunku bankowego Geralda Birgfellnera. To ważny dowód?
Występowałem w procesie, w którym prokurator wniósł akt oskarżenia właśnie dlatego, że ktoś wybrał pieniądze ze swojego konta i oświadczył, że wręczył je prezesowi jednej z lokalnych spółek. Dowodem w sprawie był właśnie wyciąg z konta bankowego, który świadczył o wypłaceniu pieniędzy. Wtedy potraktowany został jako dowód obciążający.

Na razie prokuratura uderza w adwokatów biznesmena i oskarża ich o „nieuzasadnione wydłużenia czynności, co prowadzi do uniemożliwienia podjęcia przez prokuratora decyzji procesowych”. Po co mieliby to robić?
Wydaje mi się, że chodzi raczej o dokładność w działaniu pełnomocników pana Geralda Birgfellner.

Nie zauważyłem, aby jakiekolwiek ich działania wykraczały poza obowiązujące przepisy prawa. Inną sprawą jest to, że takie działanie może się komuś nie podobać i może być niewygodne dla aktualnie rządzących. Prokuratura niestety jest w tej sprawie jednoznacznie zaangażowana.

Pełnomocnicy twierdzą, że to pani prokurator prowadząca sprawę starała się sporządzać protokół z przesłuchania biznesmena w taki sposób, aby włożyć mu w usta to, czego nie powiedział.

Prokuratura na tym etapie może publicznie oceniać zeznania Geralda Birgfellnera jako „zdawkowe”?
Nie powinna oceniać materiału dowodowego, który powinien być oceniony dopiero w decyzji, jaką prokuratura podejmie o wszczęciu lub odmowie wszczęcia postępowania. Tego typu wypowiedzi prokuratury także świadczą o jej zaangażowaniu po jednej stronie, a nie o tym, że jest rzecznikiem praworządności.

Jakiej decyzji prokuratury się pan spodziewa?
Zapewne odmówi wszczęcia śledztwa i tym samym zwolni się z obowiązku przesłuchania Jarosława Kaczyńskiego.

Charakterystyczne jest też to, że pan prezes nie kieruje żadnych zawiadomień przeciwko panu Geraldowi Birgfellnerowi.

Kieruje za to zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa zniesławienia przez dziennikarzy „Gazety Wyborczej” i posłów PO.
Chociaż nie przypominam sobie, aby w jakikolwiek sposób potępiał taśmy, które pojawiły się za czasów rządów PO-PSL.

Teraz działa z oskarżenia publicznego z uwagi na występujący w sprawie „interes publiczny”. Jaki?
Nie wiem. To jest wykorzystywanie uprzywilejowanej pozycji. Przecież takie przestępstwo ścigane jest z oskarżenia prywatnego, ale najłatwiej posłużyć się prokuraturą, aby samemu nic nie robić.

W przypadku dziennikarzy jak to się ma do wolności słowa?
Zwracam uwagę na to, że

jeżeli dziennikarze prawicowi piszą o kimś i go oczerniają, to mają do tego prawo. A jeżeli dziennikarze opozycji opisują zdarzenia niewygodne dla władzy, to takiego prawa nie mają. To pachnie cenzurą.

Posłowie PO otrzymali przedprocesowe pisma od szefa CBA z żądaniem przeprosin za wypowiedzi w sprawie taśm Kaczyńskiego. To zastraszanie opozycji?
Szef CBA może kierować takie wezwania, ale powinien robić to jako osoba prywatna. On też ma prawo do ochrony swojego wizerunku i dóbr osobistych. Ale takie działanie może być odczytywane jako zastraszanie. Tym bardziej, że akcja służb jest kierowana przeciwko tym, którzy o tej historii informowali.

Rozumie pan działanie CBA? Czyli odmowę sprawdzenia oświadczenia majątkowego Jarosława Kaczyńskiego i zignorowanie oskarżeń o wręczenie łapówki.
Takie działanie świadczy o tym, że obecnie rządzący próbują podporządkować sobie wszystkie możliwe instytucje w taki sposób, aby mieć jednoznaczny wpływ na to, co robią.

Już wiemy, po co miały być przejęte sądy i jak miały działać media. Wtedy mielibyśmy klasyczny układ zamknięty.

W środę wieczorem odbyła się w Sejmie debata nad wnioskiem PO o odwołanie ministra sprawiedliwości. Jakby miał pan wymienić trzy powody, dla których Zbigniew Ziobro powinien odjeść, to co by to było?
Nie chcę jako były minister sprawiedliwości wypowiadać się personalnie na temat Zbigniewa Ziobry. Ale niewątpliwie mamy do czynienia z czystką w sądach na najwyższych stanowiskach, czystką w prokuraturze i jej podporządkowaniu. To są rzeczy bez precedensu, czegoś takiego nie było od 1989 roku, bo żaden minister sprawiedliwości i Prokurator Generalny nie miał takiej władzy. A jednocześnie wyniki prac sądów i prokuratur są gorsze niż były.

Obserwuje pan w swojej praktyce spowolnienie funkcjonowania sądów?
Oczywiście, świadczą o tym nawet dane publikowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Minęły ponad 3 lata, a do tej pory nie ma żadnej ustawy, która miałaby przyspieszyć postępowanie.

Premier Mateusz Morawiecki przekonuje, że PiS jest chwalony za przeprowadzoną „reformę” sądownictwa. Słyszał pan takie głosy?
Premier nie wymienia, gdzie i kto chwali. Zapewne prorządowe media.

Nie słyszałem, aby jakiekolwiek pochwały padały z nienależnych ust.

„Nie będę udawał, że to nie moja wojna, że to nie moje wybory, to są moje wybory” – powiedział w TVN24 były premier Donald Tusk. Jego powrót do polskiej polityki pomoże opozycji?
Najważniejsze, że zdementował pogłoski o tym, że chciałby stworzyć nową partię. Wydaje mi się, że w naszych politycznych realiach nie ma takiego zapotrzebowania.

Ale mówił o nowym „ruchu obywatelskim”, który miałby się narodzić 4 czerwca w Gdańsku.
To jest coś innego i taki ruch mogłoby później wesprzeć opozycję. Jeżeli chodzi o polskich polityków klasy międzynarodowej, to Donald Tusk jest numerem jeden. To człowiek, który zna najważniejszych przywódców na świecie, potrafi dostosować się do oczekiwań społeczeństw w innych krajach (świadczy o tym chociażby ostatnia wizyta na Ukrainie), jest człowiekiem uważnie słuchanym przez unijnych polityków.

Na tle dość nieudolnej polityki zagranicznej rządu PiS-u widać, że Donald Tusk przydałby się w polskiej polityce. Poza tym przez te lata niewątpliwie dojrzał.

Powinien wrócić i pomóc w walce z PiS-em?
Dobrze zrobi, jak wróci, aby przeciwstawić się temu, co dzieje się w kraju. Nie dzieje się przecież dobrze i to widać gołym okiem. To nie jest tylko moje stwierdzenie czy zwolenników PO, tylko oceny niezależne, płynące także ze świata.

Ten rząd doprowadził do całkowitego osamotnienia Polski, nie jesteśmy w stanie o nic zawalczyć. Nikt nas nie szanuje, nikt z nami nie rozmawia, nikt nas nie słucha. Czas skończyć z taką polityką – mówi Sławomir Neumann, szef klubu Platformy Obywatelskiej. – Jeżeli PiS-owi uda się wyprowadzić Polskę z UE, to za kilka lat nie będzie żadnego programu socjalnego. Setki miliardów złotych, które spływają do Polski z UE, uwalniają środki budżetowe, a jak ich zabraknie, nie będzie pieniędzy na programy socjalne. Na ten temat powinna się toczyć prawdziwa debata – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: „Zawsze byliśmy wiarygodni, tym razem też to potwierdzimy. Człowiek, który ma puste kieszenie, wolny nie jest, my te kieszenie wypełniamy” – mówi prezes PiS Jarosław Kaczyński w najnowszym spocie. Nie boi się pan, że to może przekonać wyborców?

SŁAWOMIR NEUMANN: Wyborcy widzą, że to PiS napełnia kieszenie swoich ludzi. Wystarczy wspomnieć o zarobkach współpracownic prezesa NBP Adama Glapińskiego czy nagrodach przyznanych ministrom przez Beatę Szydło, których do dzisiaj nie oddali. To oni napełniają swoje kieszenie i w tym przypadku Jarosław Kaczyński był szczery. A tak poważnie, wiarygodność prezesa PiS-u stała się już tematem dowcipów. Jest tak wiarygodny, że nawet jego rodzina, która robi z nim interesy, decyduje się go nagrywać. Z kolei

była premier Beata Szydło, która w kampanii wyborczej obiecywała, że programem 500 Plus będą objęte wszystkie dzieci, później przez lata kłamała, teraz do tego wraca… I jeszcze chce sprawdzać czyjąś wiarygodność?

Pyta polityków PO, czy poprą taką propozycję. Jaka jest odpowiedź?
To szczyt bezczelności i arogancji. My nie mamy z tym żadnego problemu. W lutym 2016 roku odbyło się głosowanie nad poprawką PO, która rozszerzała program 500 Plus także na pierwsze dziecko. Jak głosowała pani premier? Otóż była przeciw, nie chciała dać tych pieniędzy. Dzisiaj rządzący przyciśnięci do ściany aferą KNF, taśmami Kaczyńskiego, sprawą Srebrnej i koperty, która krążyła na ulicy Nowogrodzkiej, tak rujnuje wizerunek PiS i utrudnia bieżące funkcjonowanie, że musieli zdecydować się na wielką socjalną ofensywę, która zresztą ofensywą nie będzie.

Ale ludzie znowu dostaną pieniądze do ręki.
Przypomnę, że we wrześniu ludzie też dostali pieniądze z wyprawki szkolnej, a w wyborach samorządowych nie przełożyło się to na głosy poparcia dla PiS-u. Myślę, że nie zadziała już prymitywne myślenie o tym, że w taki sposób da się przekupić wyborców. To nie jest 2015 rok i ludzie już tak łatwo nie dadzą się nabrać. Poza tym

te wybory będą o czymś innym. To będzie plebiscyt dotyczący obecności Polski w UE. PiS od 4 lat prowadzi politykę pełzającego polexitu. Jeżeli uda im się wyprowadzić nasz kraj z Unii, to nie będzie żadnego programu socjalnego, bo na nic nie będzie pieniędzy.

„Teza o polexicie jest niczym innym jak goebbelsowskim kłamstwem Platformy” – odpowiada Adam Bielan, senator Zjednoczonej Prawicy. Rządzący nigdy się do tego nie przyznają.
Ale my mówimy o faktach: premier Beata Szydło jak została premierem, wyprowadziła ze swojej kancelarii unijne flagi; rząd skłócił nas ze wszystkimi w UE i wiara w to, że nie jesteśmy skłóceni tylko z Węgrami, także już legła w gruzach; minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro pyta Trybunał Konstytucyjny o zapisy traktatu akcesyjnego; Krystyna Pawłowicz mówi o unijnej szmacie. To są przykłady prawdziwego pełzającego wyprowadzania Polski z UE. Za taką politykę już zresztą płacimy zmniejszoną o 25 proc. kwotą zagwarantowaną w przyszłym unijnym budżecie.

PiS powtarza, że chce silnej Polski w silnej Europie. Jak opozycja odpowie na takie hasło?
To są właśnie goebbelsowskie kłamstwa. Polska pod rządami PiS-u nie jest ani silnym państwem, ani nie chcą być w Unii Europejskiej. Na ostatniej konwencji premier Mateusz Morawiecki mówił o tym, że Polska jest w Europie od tysiąca lat. Problem w tym, że szef rządu myli geografię z polityką. Geograficznie jesteśmy w Europie od tysiąca lat, ale przypomnę, że Białoruś też jest, ale nie jest w UE. Powtarzam, to są poważne wybory o tym, czy Polska będzie w UE liderem, czy autsajderem wypychanym poza Unię. Ten rząd doprowadził do całkowitego osamotnienia Polski, nie jesteśmy w stanie o nic zawalczyć. Nikt nas nie szanuje, nikt z nami nie rozmawia, nikt nas nie słucha. Czas skończyć z taką polityką.

PiS stara się skierować debatę publiczną na inne tory. Uda im się?
W taki sposób tylko próbują uciekać, ale to jest tylko chwilowa ucieczka od kłopotów Jarosława Kaczyńskiego.

Taśmy opublikowane przez „Gazetę Wyborczą” pokazują, że prezes jest na bakier z uczciwością i jego prawdziwy stosunek do pieniędzy jest inny, niż wszyscy dotąd sądzili. To wszystko jest próbą obrony prezesa PiS-u. Nawet sama nazwa, czyli „piątka Kaczyńskiego” pokazuje, że chodzi o to, aby pokazać prezesa w lepszym świetle. Do tej pory chował się za Beatą Szydło, potem za Mateuszem Morawieckim i udawał, że go nie ma.

Dzisiaj występuje ze swoją piątką, bo musi pilnie poprawić swój wizerunek. Ale to nie jest kampania przed wyborami europejskimi. Z ust polityków PiS-u usłyszymy jeszcze wiele kłamstw na temat UE, jestem sobie w stanie nawet wyobrazić posłankę Krystynę Pawłowicz, która przyjdzie na Wiejską owinięta w unijną flagę, ale to nic nie zmieni. Liczą się czyny, a nie słowa.

Koalicja Europejska przedstawi wspólny program?
Najpierw pokażemy listy wyborcze i myślę, że stanie się to w trzeciej dekadzie marca. Później pokażemy też wspólną deklarację programową. Tam będzie minimum programowe zaakceptowane przez wszystkie partie. Najważniejsze jest to, aby Polska pozostała w UE.

Nie będzie tam propozycji socjalnych?
To są wybory do PE. Jeżeli PiS-owi uda się wyprowadzić Polskę z UE, to za kilka lat nie będzie żadnego programu socjalnego. Setki miliardów złotych, które spływają do Polski z UE, uwalniają środki budżetowe, a jak ich zabraknie, nie będzie pieniędzy na programy socjalne. Na ten temat powinna się toczyć prawdziwa debata.

Musimy wszystkim uświadomić, że gra się toczy także o to, jak będą nas traktować w Unii, czy będą mieli poczucie, że chcemy wrócić do głównego nurtu i przychodzą ludzie, którzy chcą bronić interesu Polski w ramach debaty i dialogu, czy większość zdobywają ludzie, którzy razem z Brytyjczykami tworzyli frakcję rozwalającą Unię od środka. To dla Unii będzie jasny sygnał.

Kto pojawi się na listach Koalicji Europejskiej? To będzie prawdziwy test.
Zawsze trudno jest budować koalicję, ale daliśmy radę, dlatego nie pokłócimy się już o kształt list wyborczych. Przed nami jeszcze tylko dogranie szczegółów. W PO daliśmy sobie czas na składanie zgłoszeń do 10 marca. Odpowiedzialność, jaką wykazały partie wchodzące w skład KE, będzie trwała, bo bardzo duża jest świadomość celu.

Ryszard Petru jeszcze puka do drzwi. Otworzycie mu?
Na pewno nie będziemy jeszcze zamykać drzwi na klucz. Puka zresztą nie tylko Ryszard Petru, ale także inne środowiska partyjne, samorządowcy czy grupy obywateli, którzy chcą pomóc w najważniejszym zadaniu, czyli obronie Polski w UE.

Robert Biedroń chce przeszkodzić?
On ma swój pomysł i zapewne będzie go realizował. Na pewno nie pomaga, a jeżeli komuś pomaga, to nie nam, bo rozbija głosy opozycji. Nie będziemy płakać, tylko starać się spierać merytorycznie.

Na razie mam wrażenie, że Robert Biedroń raczej stroni od takich „merytorycznych sporów”.
Coś w tym jest, jego odpowiedzią ostatnio są najczęściej „bany” w mediach społecznościowych. Bardzo ciekawa strategia, tyle że i tak będzie musiał w końcu wyjść do ludzi w trakcie kampanii. Poza machaniem ręką i wypuszczaniem baloników będzie trzeba pokazać realny program i stanąć do debaty.

Platforma Obywatelska ma dostać 60 miejsc na 130 do obsadzenia w tych wyborach. To prawda?
Platforma jest największą partią w ramach Koalicji Europejskiej,

w sondażach otrzymujemy poparcie dwa razy większe, niż inne partie razem wzięte, ale też wiemy, że musimy być elastyczni bardziej, niż wynikałoby z arytmetyki. Wszyscy rozumieją, że PO zawsze będzie miała więcej, niż połowę miejsc.

I wszyscy to akceptują?
Tak.

Były premier Włodzimierz Cimoszewicz będzie jedynką w Warszawie?
Zadeklarował chęć startu. Na razie tylko tyle jest ustalone.

Inny były premier, Kazimierz Marcinkiewicz, może liczyć na jakieś miejsce?
Nie słyszałem ani nie widziałem jego zgłoszenia. Ma niestety swoje osobiste kłopoty, których nie potrafi rozwiązać. Wydaje mi się, że taki bagaż jest poważnym obciążeniem podczas walki wyborczej.

Były prezydent Bronisław Komorowski?
Nie zadeklarował chęci startu.

Podobno jest problem z okręgiem dla byłej premier Ewy Kopacz.
Nie, wybierze sobie taki okręg, jaki będzie chciała. Nikt nie będzie jej blokował.

Ostatnie nazwisko – Radosław Sikorski…
Zobaczymy, czy złoży deklarację startu. Wiele osób czekało do powołania Koalicji Europejskiej, a teraz zaczyna się poważnie zastanawiać, czy zgłaszać chęć kandydowania. Zobaczymy także, ile w sumie pojawi się zgłoszeń. W każdym okręgu mamy tylko 10 miejsc, chętnych będzie zapewne dużo więcej, dlatego i tak konieczne będą jeszcze roszady i korekty.

Na razie nie jestem w stanie powiedzieć na 100 proc., kto i na jakie miejsce zostanie wpisany. Wszystko przed nami.

Na listach PiS-u pojawiło się kilku członków rządu. To było dla pana zaskoczeniem?
To jest symbol wielkiej ucieczki członków rządu i potwierdzenie ich porażki. Biorą walizki i uciekają, a pani minister Anna Zalewska zabiera nawet plecak. Wygląda to tak, jakby szczury uciekały z tonącego okrętu, bo wiedzą już, co będzie ich czekało jesienią. Tam chcą przeczekać trudny dla nich czas. W mediach pojawiają się także spekulacje, że PiS chciałby zgłosić na unijnego komisarza Mateusza Morawieckiego, to tylko dopełniałoby obrazu akcji ewakuacja. Same nazwiska są i tak rzeczą wtórną, bo to będzie starcie Koalicji Europejskiej z koalicją antyeuropejską.

O czym myśli Donald Tusk?
O Polsce i Europie.

A nie o sobie?
Każdy myśli o sobie, ale nikt nie zna planów drugiego człowieka. Najważniejsze, że interes nasz i Donalda Tuska jest tożsamy.

Stworzy ruch obywatelski 4 czerwca? To będzie ruch w kontrze do PO?
Jeżeli cokolwiek powstanie, nie będzie działaniem w kontrze, ale będzie wspólną akcją.

Cały czas uważam, że Donald Tusk będzie najlepszym kandydatem na prezydenta w 2020 roku. Po drodze trzeba wygrać wybory w maju i październiku. Wsparcie powinno być po obu stronach.

Wierzy pan w wygraną Aleksandry Dulkiewicz w wyborach na prezydenta Gdańska?
Tak. Spodziewam się też dużej frekwencji w tych wyborach. Gdańsk cały czas ma i będzie miał w swoim DNA to, co wydarzyło się 13 stycznia podczas WOŚP, czyli morderstwo polityczne Pawła Adamowicza. Aleksandra Dulkiewicz będzie naturalną kontynuatorką jego dziedzictwa.

Dla Pawła Adamowicza bardzo ważne były obchody 30. rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 roku. To znowu będzie data wielkiego podziału?
Dla Gdańska i „Solidarności” tamte wybory miały ogromne znaczenie. To była bardzo ważna data, bo zmieniły Polskę, wyciągnęły ją z bloku wschodniego do niepodległości. Dlatego uważamy, że ta data powinna być świętem, także państwowym – złożyliśmy w tej sprawie projekt ustawy. Niestety, dla rządu PiS to jest element budowania ich „prawdy” historycznej”. PO i Koalicja Europejska na pewno będzie tego dnia w Gdańsku. Tam będziemy świętować zwycięstwo w wyborach europejskich i pokazywać drogę, która nas jeszcze czeka do wyborów parlamentarnych. Koalicja Europejska powinna iść do nich razem, tylko jeszcze bardziej poszerzona.

Ta data, ta rocznica i to święto będzie bodźcem jednoczącym?
To będzie start kolejnej kampanii wyborczej. Niezwykle symboliczny.

PiS oprócz oczekiwanych transferów społecznych przyniósł jeszcze inne rzeczy, które dużej części wyborców się nie podobają. To są kwestie praw, demokracji, pozycji Polski w UE, klerykalizm, brutalny nacjonalizm prezentowany przez część polityków rządzących czy wreszcie także chamskość reprezentowaną przez takie osoby, jak Krystyna Pawłowicz czy pan Tarczyński. Jeżeli opozycja to dobrze zrozumie i nie pójdzie do wyborów tylko z hasłem przeciwko transferom społecznym, tylko da to, co PiS, plus coś więcej, np. pewną symbolikę, przestrzeganie demokracji, odbudowę pozycji Polski na arenie międzynarodowej, to może odnieść sukces w wyborach – mówi dr hab. Marek Migalski, politolog.

JUSTYNA KOĆ: Beata Szydło mówi o „prezencie od Jarosława Kaczyńskiego”, sam prezes przyznaje, że obietnice spełni w tym roku, a może też w następnym. To przekupstwo wyborcze?

MAREK MIGALSKI: Nikt nie ma wątpliwości, że to jest prezent dla wyborców w roku wyborczym. O ile 500 Plus w obietnicach PiS-u ma pozostać na zawsze, to trzynastka dla emerytów już niekoniecznie.

Na pewno trzeba to rozpatrywać w kategoriach pozyskiwania wyborców.

W samym fakcie nie ma nic złego, rząd ma prawo robić tego typu ruchy, a opozycja ma prawo obiecywać tego typu kwestie. Pytanie, jakie są tego konsekwencje budżetowe dla wszystkich, bo my wszyscy żyjemy z budżetu – ale to bardziej pytanie dla ekonomistów. Drugą kwestią jest sprawa wiarygodności. Tu wynik jest ze wskazaniem na PiS, bo oni po trzech latach rządzenia pokazali, że to, co obiecują, robią, nawet z nawiązką, bo robią też rzeczy, których nie obiecywali, i wolelibyśmy, aby ich nie robili.

Rzeczywiście w sprawach socjalnych, czy to było obniżenie wieku emerytalnego, czy 500 Plus, to zrobili to i mogą liczyć na to, że wyborcy uwierzą także w te obietnice. To jest bardzo poważny problem dla opozycji, tym bardziej, że jest w tej kwestii podzielona. Część z niej powiedziała, że to jest ich program i się cieszą z tych propozycji, a część, że nie, bo to rozdawnictwo, które rozbije budżet państwa, może nas to pogrążyć na wiele dziesięcioleci. Wyborcy słyszą ten wielogłos ze strony opozycji.

Gdzie jest granica tego rozdawnictwa i kupowania wyborców za wszelką cenę? W końcu dojdzie do obietnic, że wszyscy będą piękni, szczupli i jeździć ferrari…
Z jednej strony rzeczywiście trzeba przyznać, że te socjalne transfery PiS-u nie zniszczyły budżetu państwa, nie pogrążyły nas w kryzysie, a nawet odwrotnie, wszystkie wskaźniki ekonomiczne są dla PiS-u korzystne. Oczywiście, że jest to wynik koniunktury gospodarczej na całym świecie, oczywiste też jest, że każdy gospodarz powinien myśleć, co będzie, gdy ta koniunktura się skończy.

Część państw zachodnich wyciągnęła wnioski i wie, że dziś jest dobry czas, ale nie tylko na rozdawnictwo i popuszczanie pasa, ale też na to, aby zdyscyplinować finanse publiczne.

W środę doszło do kuriozum. W TVN24 minister Dera – na wątpliwości pytającego, że jednak część państw w Europie nie ma deficytu, a nadwyżkę budżetową – odpowiedział, że nie zna takiego kraju. Przypomnę, że takich krajów jest w UE 13! To oznacza, że w prawie połowie państw unijnych nie ma deficytu, my mamy go w dalszym ciągu, bo PiS nie wykorzystuje koniunktury do tego, aby naprawić finanse publiczne, ale poprawić swoje notowania polityczne. Oczywiście można się na to zżymać, pytanie tylko, czy inny rząd postąpiłby inaczej. Przypominam, że główna partia opozycyjna twierdzi, że 500 Plus na pierwsze dziecko jest jej programem, podobnie jak trzynasta emerytura, i gdy dojdzie do władzy, to nie będzie obniżać wieku emerytalnego.

Może warto by się zastanowić w takim razie nad jakością demokracji?
I wyborców. Radosław Sikorski na jeden z moich tweetów o rozdawnictwie zareagował, że tego typu polityka to czysty peronizm, który doprowadził do ruiny argentyńskie finanse, tylko że wygląda na to, że przynajmniej połowa Polaków to Argentyńczycy, którzy chcą słyszeć te rzeczy. Gdybyśmy mieli innych wyborców, myślących w kategoriach dyscypliny finansów publicznych, oszczędności, ostrożności w szafowaniu obietnicami wyborczymi, to pewnie wygrywałyby takie partie, jak Korwin czy Nowoczesna, a Leszek Balcerowicz byłby prezydentem. Tak nie jest, a my mamy takich wyborców, jakich mamy, i jeśli w Polsce chce się wygrywać wybory, to być może nie da się inaczej. W moim głosie w odpowiedzi na pierwsze pytanie słyszała pani nutkę krytycyzmu wobec Platformy, ale to jest krytycyzm wyniosłego moralisty.

Jako politolog muszę powiedzieć, że może nie da się z PiS-em inaczej wygrać, niż poprzez udawanie, że jest się w rozdawaniu lepszym PiS-em.

Czyli PiS kupuje wyborców, co jest niemoralne, ale skuteczne?
Pytanie, którego ze sprzedawców wybiorą wyborcy i uznają za bardziej wiarygodnego. W tym wyścigu PiS wygląda lepiej, też dlatego, że zmienił reguły gry. Zanim przyszedł PiS partie w kampanii mówiły jedno, a po kampanii mówili otwarcie, że to, co w kampanii, to jedno, a życie to drugie. To odczuł boleśnie na sobie Rafał Trzaskowski w przypadku bonifikaty 98 proc., że wyborcy zaczęli się przyzwyczajać, że jak obiecaliście, to musicie to zrobić. Trzaskowski szybko to zrozumiał i wycofał się z tego. Podobnie będzie tutaj. Zatem w sprawie wiarygodności, bo do tego wracamy, PiS wygląda lepiej niż opozycja. Ale jest tu jeszcze druga kwestia. PiS oprócz oczekiwanych transferów społecznych przyniósł jeszcze inne rzeczy, które dużej części wyborców się nie podobają. To są kwestie praw, demokracji, pozycji Polski w UE, klerykalizm, brutalny nacjonalizm prezentowany przez część polityków rządzących czy wreszcie także chamskość reprezentowaną przez takie osoby, jak Krystyna Pawłowicz czy pan Tarczyński. Zatem podsumowując, być może PiS jest bardziej wiarygodny w zapewnianiu transferów społecznych, ale być może wyborcom chodzi nie tylko o to. Jeżeli opozycja to dobrze zrozumie i nie pójdzie do wyborów tylko z hasłem przeciwko transferom społecznym, tylko da to, co PiS, plus coś więcej, np. pewną symbolikę, przestrzeganie demokracji, odbudowę pozycji Polski na arenie międzynarodowej, to może odnieść sukces w wyborach.

Wśród obietnic wyborczych PiS-u nie było słowa o służbie zdrowia, edukacji czy chociażby o niepełnosprawnych. To dla wyborców nie ma znaczenia?
Pewnie ma i

to wyczuła opozycja, skoro mówi, że jeśli są pieniądze dla emerytów i na pierwsze dziecko, to dlaczego nie ma pieniędzy na niepełnosprawnych, nauczycieli, pielęgniarki, lekarzy itd. To jest rzeczywiście problem PiS-u, bo nie da się dać wszystkim. Myślę, że PiS zidentyfikowało, gdzie opłaca mu się sypnąć kasą.

Dofinansowanie 600 tys. nauczycieli się nie opłaca, bo po pierwsze to jest za duża grupa, a po drugie ona jest już sprofilowana politycznie. Tam się dużo wyborców nie da pozyskać, bo tam są ludzie z wyższym wykształceniem i trudno ich kupić. Podobnie z frankowiczami – po co załatwiać ich sprawy kredytów, skoro nie odwdzięczą się aktem wyborczym. Natomiast z emerytami jest inaczej i tu można zaskarbić sobie ich sympatię. Być może jest też szansa na pozostanie młodych rodziców. Ja nie znam tych badań, ale domyślam się, że stratedzy PiS-u dobrze wiedzą, gdzie mogą dać te kilkadziesiąt miliardów, aby to się opłaciło politycznie. Transfer tych pieniędzy do służby zdrowia po prostu by się nie opłacił, bo lekarze i tak na PiS nie zagłosują, a pacjenci nie do końca to odczują. Zatem to byłby ogromny transfer bez wdzięczności wyborczej.

To oznacza, że za 5-10 lat czeka nas zapaść państwa.
Tego nie wiem, bo nie jestem ekonomistą, ale jak czytam ekspertów, to wszystko na to wskazuje.

Skoro jesteśmy przy pieniądzach – NBP ujawnił zarobki swoich pracowników i wiemy, że pani Martyna Wojciechowska zarabia 49 563 zł. To kłopot dla PiS-u?
Moim zdaniem tak, tym bardziej, że to wysokość podstawowej pensji, bez dodatków, bonusów i premii. Nie wiem jeszcze, jak ta informacja zaszkodzi, ale nie mam wątpliwości, że ten kłopot idzie na konto partii rządzącej.

Dla wyborcy Glapiński nie jest niezależnym bankowcem, a człowiekiem Kaczyńskiego, a pani Martyna jest osobą powiązaną z władzą, z Glapińskim, a więc z Kaczyńskim. Dla wyborców 40 mld to abstrakcja, ale 40 tys. to bardzo duży konkret, który potrafią sobie przeliczyć w taki sposób, że pani Martyna zarabia w ciągu miesiąca tyle, ile oni w ciągu roku bądź dwóch.

To jest niszczące dla PiS-u, bo przekładalne na emocje społeczne. Jeżeli Grzegorz Schetyna powie przykładowo, że za 6 lat przekroczony zostanie alarmowy poziom deficytu, to dla wyborcy jest to pewien abstrakt, ale jak wyborca słyszy, że pani, która nie posiada praktycznie żadnych przymiotów merytorycznych, zarabia najwięcej w banku oprócz prezesa, więcej niż wszyscy fachowcy ze stopniami naukowymi po zagranicznych uczelniach, to jest to absolutnie bulwersujące. Rozumiem, że opozycja robi z tego aferę, bo to jest przemawiające. Ludzie myślą obrazami i emocjami, a tu mamy i jedno, i drugie.

Swoją drogą, ta sprawa pokazuje też, że Kaczyński nie ma ręki do ludzi, bo Glapiński, jak widać, mu się nie udał, bo nie reaguje na pomruki Nowogrodzkiej w tej sprawie, prezesem Srebrnej okazał się ubek, a trzecim najważniejszym udziałowcem Srebrnej okazał się ksiądz-czarodziej, który potrafi znikać. To pokazuje, że

to towarzystwo nie jest jednak tak kryształowe jak się wydawało.

No właśnie, do tego jeszcze to wszystko jest okraszone taśmami Kaczyńskiego, gdzie zobaczyliśmy nową twarz prezesa-rekina finansjery. I nic. Słupki poparcia stoją. Dlaczego?
Bo jedno jest powiązane z drugim, tzn. rekompensowane drugim. Wszystko ma wpływ na wyborców i na pewno część wyborców odpłynęłaby z PiS-u, słysząc taśmy i widząc, co wyrabia prezes Glapiński, czy obserwując to, na co pozwalają sobie politycy PiS-u w terenie. Tylko z drugiej strony ten rząd zapewnia im poczucie podmiotowości czy godności, bo mówi im się, że jesteśmy potęga światową, która będzie współorganizować ład na Bliskim Wschodzie, zapewnia się transfery społeczne i obsługuje się ich emocje pozytywne i negatywne. To jest konglomerat, a poparcie dla PiS-u jest wynikiem tych wszystkich działań. W polityce wygrywa ten, kto popełni mniej błędów.

Jarosław Zieliński ministrem edukacji zamiast Anny Zalewskiej. To żart?
Ja się już bardzo cieszę na szkolne akademie, które będą. Nie wiem, jakim będzie ministrem edukacji, ale akademie za jego czasów na pewno zachwycą cały świat. Zapewne będzie dużo konfetti.

Mateusz Morawiecki sam sobie przyznał Czeławieka Roku, tak należy interpretować tę godną pożałowania nagrodę

26 Lu

„Sakiewicz wziął kasę ze spółek, kontrolowanych przez Morawieckiego, żeby dać nagrodę człowieka roku Morawieckiemu za to, że odpowiednio dużo kasy z kontrolowanych przez Morawieckiego spółek, trafia do Sakiewicza. Co to będzie za ból i żal za rok” – tak na Twitterze Tomasz Lis podsumował kolejną galę „Gazety Polskiej”.

Redaktor naczelny Tomasz Sakiewicz wręczył premierowi już po raz drugi nagrodę „Człowieka Roku”. Poprzednio Morawiecki dostał ją w 2016 r. Na widowni Filharmonii Narodowej zasiadła cala pisowska „wierchuszka” z Jarosławem Kaczyńskim na czele.

Jeden z internautów umieścił zdjęcie zaproszenia na te imprezę z wymienionymi tamże sponsorami. – I ten Sakiewiczowy bankiecik w Filharmonii Narodowej z naszych pieniędzy… a nad ośmiorniczkami naród szlochał” – napisał Mikołaj Wróbelek.

„To samo, ale na większą skalę robią Bracia Karnowscy. Dają nagrody tym, którzy im dają kasę” – dodał prof. Wojciech Sadurski. – „Żenada, sami sobie przyznają nagrody, wysoko stawiają poprzeczkę, żaden kabaret tego nie przebije.”;

„Niech się bawią… na Titanicu też orkiestra grała do samego końca :)”; – „Brawo. Była taka gazeta Kraj Rad. Zdaje się, że ogłosiła Gierka jakimś tam człowiekiem” – komentowali inni internauci.

Prezydent Andrzej Duda, dokonując bezprecedensowego aktu ułaskawienia wobec byłego kierownictwa Centralnego Biura Antykorupcyjnego, argumentował, że osoby walczące z korupcją powinny zasługiwać na specjalną ochronę. Nie miało dla niego znaczenia, że Mariusz Kamiński i jego koledzy, będąc funkcjonariuszami państwa polskiego, nadużyli prawa, kierując się nie walką z korupcją a politycznym celem uderzenia w koalicjanta Prawa i Sprawiedliwości. Nielegalna prowokacja w tzw. aferze gruntowej została surowo oceniona przez sąd, jednak prezydenta to nie przekonało. Jedynie kwestią czasu było pojawienie się narracji, że na podobny los i łaskę prezydenta RP zasługuje może nie do końca uczciwy (w końcu prawomocnie skazany), ale jednak kierujący się niewątpliwie szlachetnymi motywami (to nic, że z prawdopodobnie rosyjskiej inicjatywy) Marek Falenta, architekt afery podsłuchowej z 2014 roku. 

W maju minionego roku w tej sprawie prawicowe media zorganizowały nawet petycję do prezydenta Andrzeja Dudy, a gorliwym obrońcą i zwolennikiem wręcz orderu państwowego dla biznesmena jest jeden z najbardziej rozpoznawalnych dziennikarzy prawicy, korespondent TVP w Berlinie Cezary Gmyz. To właśnie jemu Falenta dziękował “za ujawnienie prawdy” w sierpniu 2014 roku, a ten czynnie agituje na rzecz ułaskawienia bohatera pisowskich mediów. Dziś sprawa nabiera nowych barw, bowiem, jak informuje portal TVN24.pl, do Kancelarii Prezydenta Andrzeja Dudy został właśnie wysłany oficjalny wniosek o ułaskawienie Marka Falenty złożony przez jego córkę. Sam biznesmen nie stawił się natomiast w areszcie karnym, gdzie po wielomiesięcznych przepychankach w sądach i próbach odroczenia odbywania kary z uwagi na względy zdrowotne miał w końcu trafić na początku lutego. Niezmiennie uważa, że jest niewinny, a skazanie go ma wymiar wyłącznie polityczny.

Policja rozpoczęła poszukiwania skazanego biznesmena, bowiem okazało się, że ten zniknął i nie wiadomo gdzie się konkretnie znajduje. Według ostatnich doniesień może znajdować się w jednym z zakładów psychiatrycznych, borykając się z problemami psychicznymi. Czy to wystarczy do tego, by głowa państwa przychyliła się do wniosku o ułaskawienie? Sprawy nie chce komentować na razie ani adwokat Marka Falenty, ani Kancelaria Prezydenta. Z informacji portalu wynika jednak, że do Pałacu Prezydenckiego wpłynęły dwie negatywne opinie w tej kwestii z sądów dwóch instancji. To jednak przecież nie musi być dla Andrzeja Dudy żadną wskazówką. Wszyscy przecież wiemy, że znaczenie afery taśmowej jest dla obecnego obozu władzy niebagatelne. Wielu wyborców z pewnością z radością przyjęłoby decyzję o wzięciu w obronę jej głównego pomysłodawcy.

Prezydent nie musiałby również zasadniczo męczyć się nad wymyślaniem tłumaczenia dla swojej decyzji. Marek Falenta współpracował przecież z funkcjonariuszami ABW i CBA, którym udostępniał nielegalnie zdobyte nagrania. Jak w toku śledztwa zeznawał Łukasz N., jeden z kelnerów w restauracji Sowa & Przyjaciele oraz Amber Room, któremu biznesmen zlecał zakładanie podsłuchów, Falenta mówił mu, że “jest blisko z PiS i że może zorganizować z prezesem Kaczyńskim spotkanie, i że te nagrania mogą pomóc PiS”. Działał tym samym w szeroko pojętym interesie państwa i partii rządzącej, a jako taki powinien otrzymać specjalne względy. I tak fakt, że po tylu latach od afery nadal nie znajduje się za kratkami, jest dostatecznym dowodem na to, że prawo i sprawiedliwość dla tego pana nie działają tak, jak wobec zwykłego Kowalskiego.

Prezydent podpisał ustawę o NBP, która ujawnia zarobki w Narodowym Banku Polskim. – Andrzej Duda po raz kolejny wykonał tylko polecenie prezesa PiS-u. Są rzeczy ważne i ważniejsze, ważna jest przyjaźń z Adamem Glapińskim, ale ważniejsza jest wygrana w wyborach – komentuje Izabela Leszczyna z PO. Dodatkowo ustawa zakłada limity wysokości pensji. To według posłanki PO „niepotrzebna odpowiedzialność zbiorowa”. Jest za jawnością wynagrodzeń w administracji publicznej. Poza tym sąd nie zgodził się na zakaz publikacji w „Gazecie Wyborczej” dotyczących afery KNF, czego domagał się prezes Glapiński.

Ustawa o wynagrodzeniach w NBP podpisana

W poniedziałek prezydent podpisał ustawę o wynagrodzeniach w NBP. Nie sprawdziły się wcześniejsze przypuszczenia, że skieruje ją do Trybunału Konstytucyjnego.

Ustawa zakłada, że zarobki w Narodowym Banku Polskim będą jawne. Mają być publikowane w Biuletynie Informacji Publicznej i objąć okres od 1995 roku. Dodatkowo wysokość pensji prezesa i wiceprezesa ma być taka sama jak w przypadku kierowniczych stanowisk w państwie. Wysokość pensji pozostałych pracowników banku centralnego ustalać będzie zarząd, ale będą miały górną granicę. Nie mogą przekroczyć 60 proc. pełnego wynagrodzenia prezesa NBP.

Przypomnijmy, temat zarobków w NBP wypłynął po doniesieniach „Gazety Wyborczej” dotyczących wysokich zarobków współpracowniczki prezesa Adama Glapińskiego – Martyny Wojciechowskiej. Według dziennika ma zarabiać 65 tys. zł miesięcznie. Do tej pory ta informacja nie została potwierdzona, a Adam Glapiński nie chciał zgodzić się na upublicznienie zarobków swojej współpracownicy. PiS postanowił złożyć ustawę, która prezesa do tego zobliguje.

„Ona w niczym nie pomoże, tylko nam przeszkodzi. Może się pojawić cały szereg problemów pracowniczych, ale damy sobie z nimi radę, jak z każdym innym problemem, niezależnie i samodzielnie” – tak Adam Glapiński mówił na konferencji prasowej 6 lutego, po tym jak ustawę przyjął Senat.

Prezydent wykonał polecenie. „Są rzeczy ważne i ważniejsze”

Posłanka PO nie ma wątpliwości, że nowe prawo tworzone jest na partyjne zamówienie. – Mamy do czynienia z niezwykle pazernym rządem i partyjnymi działaczami, których PiS rekomendował na wszystkie najwyższe stanowiska państwowe. Ci ludzie zachowują się niemoralnie i nieetycznie: rozdają nagrody, jak Beata Szydło; płacą ogromne pensje, jak Adam Glapiński; albo dopuszczają się propozycji korupcyjnych, jak szef KNF. I dlatego, że PiS wprowadził ludzi, którzy mają lepkie ręce, musimy tworzyć nowe prawo? To nie jest normalne – mówi wiadomo.co Izabela Leszczyna.

Dlaczego Andrzej Duda zdecydował się podpisać ustawę? – Po raz kolejny wykonał tylko polecenie prezesa PiS. Panowie się spotkali i Jarosław Kaczyński powiedział Adamowi Glapińskiemu: „patrz, Kazimierz Kujda był moim najbliższym współpracownikiem, ale już go nie ma”. Są rzeczy ważne i ważniejsze, ważna jest relacja z Glapińskim, ale ważniejsza jest wygrana w wyborach. Dla prezesa to gra o wszystko: jeśli PiS wygra, Polska stanie się partyjnym folwarkiem Kaczyńskiego, z ręcznie sterowanym Sejmem, rządem i wymiarem sprawiedliwości; jeśli przegra – całe zło, w tym ciemne pisowskie interesy i afery, wyjdą na jaw i będzie po PiS-ie- komentuje.

Posłanka opozycji w rozmowie z wiadomo.co przyznaje, że pensje pracowników NBP powinny być jawne, ale nie może być stosowana odpowiedzialność zbiorowa. – Adam Glapiński faworyzuje dwie panie, którym płaci więcej niż innym. I tylko dlatego nagle wprowadzamy ustawę, która zakłada górną granicę zarobków dyrektorów. Przecież tam powinni pracować eksperci najwyższej klasy, ludzie, którzy kreują politykę monetarną państwa. Po to, żeby ściągnąć z rynków wybitnych finansistów, trzeba zapłacić duże pieniądze. Jakaś pani wzięła ogromne pieniądze, a karę muszą ponieść wszyscy. Tylko PiS może robić takie rzeczy – mówi Leszczyna.

Poza tym, według Izabeli Leszczyny, to tylko kolejny element pisowskiego oszustwa: wszystko, co PiS robi w polityce, to jest jedna wielka wieś potiomkinowska. Będą udawać, że są uczciwi, rzetelni i zależy im na ludziach. Obietnice wyborcze są spełniane przed wyborami. Takiej korupcji politycznej, kupowanie ludzi za ich własne pieniądze jeszcze nie było.

Zakaz publikacji oddalony. Sąd zmiażdżył wniosek NBP

„Zakazanie Dominice Wielowieyskiej publikowania informacji na temat roli, jaką odegrał Adam Glapiński w aferze KNF, oznaczałoby uniemożliwienie wykonywania jej powinności dziennikarskich” – uznał Sąd Okręgowy w Warszawie, oddalając wnioski Narodowego Banku Polskiego.

Bank zażądał nałożenia przez sąd na dziennikarkę Dominikę Wielowieyską zakazu publikowania przez rok tekstów o prezesie Glapińskim, które mogłyby insynuować jego związek z aferą KNF. To nie wszystko – bank żądał również przeprosin oraz usunięcia z Internetu i wydań papierowych fragmentów opublikowanych tekstów, w których „sugerowano niezgodne z prawem działania organów NBP”.

W związku z taką decyzją poseł PO Krzysztof Brejza pyta, czy Adam Glapiński zwróci do Narodowego Banku Polskiego pieniądze, które zostały przeznaczone na walkę o zakaz publikacji.

Jak skutecznie walczyć o prawdę? – Po prostu mówić prawdę – byli ludzie, którzy ratowali i pomagali Żydom, ale byli też tacy, którzy tego nie robili. Wie pani co jest największym problemem stosunków polsko-żydowskich? Samotność w śmierci narodu żydowskiego – mówi prof. Paweł Śpiewak, socjolog i historyk idei, dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego. – Mam raczej pretensję o to, że Polacy teraz tego nie rozumieją, nie umieją poczuć się Żydem w lipcu 1942 roku, w dniach deportacji do Treblinki. Nie rozumieją, co to znaczy być w sytuacji nieprawdopodobnej paniki, strachu, czuć się jak zwierzyna, która za chwilę będzie upolowana. Dla mnie to jest po prostu brak zwykłej empatii. Ale to wymaga długiej pracy, nikt się tego nie nauczy w trzy minuty – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki? Tak twierdzi Isarel Katz, pełniący obowiązki szefa izraelskiego MSZ.

PAWEŁ ŚPIEWAK: To jest prymitywne uogólnienie, tak jakby powiedzieć, że wszyscy Żydzi szachrują. Nie ulega wątpliwości, że takie sformułowania są obraźliwe. Ciekawe byłoby pytanie, na ile przed wojną, w jej trakcie i po wojnie rozpowszechniane były postawy antysemickie i jak ulegał zmianie stosunek do Żydów przez ostatnie ponad 70 lat.

Przed wojną antysemityzm był postawą właściwie powszechną?
Możemy z całą pewnością powiedzieć, że przedwojenna Polska była bardzo silnie nasycona antysemickim językiem. Na początku był silnie związany z Narodową Demokracją, z czasem stał się powszechny także w obozach popiłsudczykowskich, aż w końcu lat trzydziestych zaczął przenikać do lewicy. W okresie międzywojennym miały miejsce rządowe szykany wobec Żydów: zakaz zatrudniania na stanowiskach administracyjnych, wykluczanie Żydów z wojska i policji, getta na terenie uniwersytetów. To było coś odczuwalnego.

Jak czytam prasę końca lat 30. XX wieku, to mam wrażenie, że w polskiej prasie panowała obsesja antysemicka.

A konkretnie?
Na przykład publikowane karykatury są nieprawdopodobnie zjadliwe i ostre, podobnie jak program polityczny. Żydom chciano odbierać prawa obywatelskie i tworzono programy usuwania z Polski różnymi metodami. Nie ulega wątpliwości, że to samo trwało podczas wojny, antysemityzm był bardzo silnie obecny. Nie oznacza to morderczych zachowań, ale Żydzi, którzy chcieli schronić się po stronie polskiej, nie mieli łatwego zadania, napotykali na mur co najmniej obojętności, a nawet wrogości. Liczba uratowanych Żydów po stronie nieżydowskiej była mała – mówimy o kilkunastu tysiącach uratowanych osób, w stosunku do trzymilionowego narodu żydowskiego. Nie może być mowy o masowym ratowaniu Żydów. Lata powojenne także obarczone były ogromnym antysemityzmem, z dużą ilością pogromów i jawną niechęcią, którą znajdziemy nawet wśród wykształconych osób. Tym bardziej, że Żydzi zaczęli obejmować ważne stanowiska rządowe, a Polacy nie byli na to przygotowani.

Trzy fale emigracji spowodowały, że antysemityzm pozbawił Polskę ostatnich Żydów. W tym sensie ciągłość kultury przestała istnieć.

Ale antysemityzm pozostał.
Jest o wiele mniejszy, niż przed wojną, ale jest. Pojawiła się też nowa grupa ludzi, tak zwanych anty-antysemitów, którzy świadomie walczą z antysemityzmem i są zaciekawieni kulturą żydowską. Ale i tak antysemityzm werbalny jest bardzo silny. W Internecie jest tego zdecydowanie za dużo.

Dlatego, że jest przyzwolenie ze strony rządzących na takie zachowania?
Do pewnego stopnia jest. Po pierwsze, żaden przedstawiciel ruchów nacjonalistycznych nie został skazany za głoszenie otwarcie antysemickich haseł. Polskie prawo karne nie jest po prostu stosowane. Po drugie, szereg prawicowych dziennikarzy i środowisk prasowych używa mniej lub bardziej ukrytej antysemickiej retoryki. Wiedziała pani, że gazeta „Do Rzeczy” chce przeliczyć ilość trupów w Jedwabnem? Jakby to miało rozstrzygnąć o sprawie. Takie zachowanie, nawet jeżeli nie jest szerzeniem antysemityzmu, to przynajmniej blokuje jakiekolwiek rozumienie stosunków polsko-żydowskich.

Prezes PiS na tzw. taśmach Kaczyńskiego mówi o panu „ostry żydowski profesor”. Zabolało to pana?
Nie, właściwie to mogę się tylko uśmiechnąć. Ale jednocześnie myślę, jakie skojarzenia idą za takim stwierdzeniem.

Przecież nikt nie powie ostry ormiański albo ostry polski profesor. To jest rodzaj rodzimych skojarzeń, które wpadają w ucho. Ale i tak jestem optymistą.

Naprawdę?
Przez ostatnie 30 lat dużo się zmieniło. Zaczęliśmy otwarcie mówić o problemie antysemityzmu w Polsce i odkrywać nowe wymiary prawdy historycznej. Powstały raporty na podstawie tzw. sierpniówek, czyli dekretów dotyczących kolaboracji z Niemcami, gdzie mowa jest o przejawach antysemityzmu i morderstwach na Żydach w czasie wojny; głośno mówi i pisze się o pogromach w Krakowie, Chełmie, Rzeszowie, Kielcach czy Dobrem; odkrywa się coraz więcej zorganizowanych mordów w miejscowościach wokół Jedwabnego, czyli w dawnym województwie łomżyńskim. To jest bardzo ważna zmiana, bo nie można już udawać, że tego nie było.

Niektórzy jednak udają albo zaprzeczają. Nie chcą dopuścić do siebie myśli, że byli też źli Polacy. To się nie zmieni?
To jest trochę mitomania, bo na co dzień ci sami ludzie będą bardzo źle mówili o swoich polskich sąsiadach. Z badań socjologicznych wynika, że żaden naród tak bardzo siebie nie lubi jak Polacy.

Stereotyp Polaka jest bardzo negatywny. Jeżeli chodzi o poziom wzajemnej nieufności, to Polacy wyprzedzają wszystkie kraje europejskie, a nawet Rosję. Na co dzień mamy o sobie bardzo złe zdanie, ale nie potrafimy przyznać, że skoro tacy jesteśmy dzisiaj, to byliśmy też w przeszłości.

W Izraelu widoczne i odczuwalne są nastroje antypolskie?
Oczywiście, ale bez przesady. Jak jeżdżę do Izraela czy spotykam się ze środowiskami żydowskimi, to widzę, że też coś się zmienia. Coraz mniej ludzi pamięta czasy wojenne, więc w przestrzeni funkcjonują przede wszystkim mity przekazywane z pokolenia na pokolenie. Nie wiemy, ilu Żydów zginęło z rąk Polaków, ale to nie była mała liczba. Dużo jest historii o szmalcownikach, którzy wykorzystywali strach Żydów. Czasami mam wrażenie, że część Żydów ma więcej złości w stosunku do Polaków niż do Niemców. Oczekiwania wobec współobywateli były bowiem większe, niż wobec jawnych wrogów.

Nie da się tak po prostu odciąć od przeszłości. Ale jak sobie z nią radzić?
Żydzi przyjeżdżają do Polski nie tylko w celach historycznych. Silna więź z Polską pozostała, zwłaszcza wśród ocalonych albo ich dzieci. Poza Ameryką to Polska była krajem, gdzie przed wojną było najwięcej Żydów, krajem ważnym dla kształtowania żydowskiej tożsamości, literatury, teatru, polityki i nagle stał się pustynią. To jest też problem psychologiczny dla nich samych.

Polska mimo wszystko pozostała ważna i chcę, aby nie była tylko nabzdyczona poczuciem dumy.

Kto jest nabzdyczony? Premier, który bojkotuje spotkanie Grupy Wyszehradzkiej w Jerozolimie po słowach ministra obrony narodowej Izraela, a wcześniej premiera tego kraju?
Mateusz Morawiecki powinien moim zdaniem potraktować taką sytuację z większym zrozumieniem, nie ulegać tak łatwo emocjom i antysemickim tendencjom w Polsce. Zrobił to między innymi po to, aby pokazać, że jest twardy, nie pozwoli wodzić się za nos i mówić źle o Polakach. Powinien tam pojechać, porozmawiać i wytłumaczyć, że to słowa Katza są głupie i szerzą mowę nienawiści. Najłatwiej jest się obrazić. Lepiej jednak zachować podstawowe zrozumienie dla poczucia ludzkiej krzywdy. To jest naród bardzo skrzywdzony i jeszcze długo będzie żył z tym poczuciem.

Powinniśmy zrozumieć i wybaczyć słowa o tym, że „Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki”?
Wiele razy już słyszałem takie stwierdzenia. Jak pierwszy raz pojechałem do Nowego Jorku i trafiłem do dzielnicy żydowskiej, to

jak mówiłem, że jestem Polakiem, słyszałem, że to Polacy zabijali Żydów.

Jak pan reagował?
Spokojnie. Obrażanie się nie jest rozwiązaniem. Jedyną rzecz, jaką mogłem zrobić, to tłumaczyć, że to nie Polacy, a Niemcy. Niektórzy Polacy korzystali z okazji, ale trudno mówić o zbiorowej winie całego narodu.

Nie oczekiwałby pan przeprosin za takie słowa?
To jest tak kompromitujące dla ministra Israela Katza, ale niczego bym od niego nie oczekiwał. Takie rzeczy może mówić w domu, ale nie publicznie jako polityczne stwierdzenie.

Premier Izraela Benjamin Netanjahu też miał powiedzieć podczas wizyty w Warszawie, że „Polacy kolaborowali z Niemcami”. Co prawda te słowa zostały zdementowane, ale nie przez samego premiera. Niesmak pozostał?
Premier Izraela powiedział tylko, że nie zadziałały przepisy nowej ustawy o IPN. I to jest przecież prawda.

Ta ustawa jest okropna, jest najgorszym rodzajem produktu, jaki w ogóle można sobie wyobrazić.

Dlaczego?
To jest produkt konfliktu, który nic nie załatwia. Wprowadzone przez władzę zapisy miały służyć ochronie dobrego imienia Polaków, a dzięki tej ustawie nagle cały świat dowiedział się o „polskich obozach śmierci”. Trzeba być kompletnym politycznym niezdarą, żeby coś takiego wykombinować. Próby nałożenia jakiegokolwiek kagańca prowadzą donikąd, w cywilizowanym świecie tak się nie robi. Dobrze, że przynajmniej z zapisów o penalizacji za oskarżanie narodu polskiego rząd się wycofał.

Po awanturze związanej z wypowiedzią Benjamina Netanjahu PiS zapowiedział, że będzie chciał przyjąć w Sejmie uchwałę dotyczącą odpowiedzialności za Holocaust. Ostatecznie się z tego wycofał. Dobra decyzja?
Tak, bo to byłaby próba załatwienia problemów historycznych metodami politycznymi. Taka uchwała i tak nie byłaby nic warta.

Jak skutecznie walczyć o prawdę?
Po prostu mówić prawdę – byli ludzie, którzy ratowali i pomagali Żydom, ale byli też tacy, którzy tego nie robili. Wie pani co jest największym problemem stosunków polsko-żydowskich? Samotność w śmierci narodu żydowskiego.

Co ma pan na myśli?
Są trzy etapy stosunków polsko-żydowskich w czasie wojny: od września 1939 roku do zamykania Żydów w gettach, gdzie Polacy i Żydzi jeszcze żyli razem, ale już stosowana była wobec nich przemoc, między innymi ze strony polskich chuliganów; potem ok. 2 lat funkcjonowania gett w większych miastach, totalna izolacja Żydów i oglądanie śmierci – 90 proc. zginęło w całkowitej obojętności albo przy niewiedzy Polaków, co się tak naprawdę działo; ostatni etap to koniec 1942 i początek 1943 roku, czyli likwidacja gett i czas ucieczek, ale wtedy już Żydów w Polsce właściwie nie było.

Dlaczego Polacy nie udzielali Żydom tak szeroko pomocy? Zapewne dlatego, że nie chcieli, że się bali, inni może nie wiedzieli, jak pomóc. Musimy o tym wszystkim myśleć w całkowitej złożoności, nie możemy upraszczać.

Czyli chodzi panu o samotność Żydów w obliczu śmierci?
Żydzi jak patrzyli na Warszawę po drugiej stronie murów, to mieli poczucie, że to jest wolny kraj. Z ich perspektywy tam toczyło się w miarę normalne życie. A okazało się, że w środku tego miasta można było zamordować 300 tysięcy ludzi. Ktoś w Warszawie o tym myślał?

Ma pan pretensję o taką obojętność?
Mam raczej pretensję o to, że Polacy teraz tego nie rozumieją, nie umieją poczuć się Żydem w lipcu 1942 roku, w dniach deportacji do Treblinki. Nie rozumieją, co to znaczy być w sytuacji nieprawdopodobnej paniki, strachu, czuć się jak zwierzyna, która za chwilę będzie upolowana. Dla mnie to jest po prostu brak zwykłej empatii. Ale to wymaga długiej pracy, nikt się tego nie nauczy w trzy minuty.

Jak teraz reagować na przejawy antysemityzmu?
To jest zasadniczo problem mowy nienawiści, którą traktuję jako przejaw prostactwa. Dlatego można tylko robić swoje. Są różne warsztaty, szkolenia i taka droga jest bardzo ważna. Rządzący niestety przyzwalają na taki język, co najmniej nie reagują, ale także produkują.

Jacek Kurski ze swoją fabryką nienawiści jest liderem propagandy. Odpowiedzialność moralna i polityczna za to jest po stronie partii rządzącej.

W czym taka propaganda nienawiści ma rządzącym pomóc?
To jest język skierowany do własnego elektoratu, tworzenie obozu, który broni się przed czyhającym na świecie złem. Chodzi o ugruntowywanie pozycji własnej formacji politycznej, która staje się także formacją duchową i światopoglądową. Ja to określam jak połączenie zideologizowanego katolicyzmu z nietolerancyjną postawą. To jest żywienie się prostactwem i jego uszlachetnianie. Im głupiej, tym lepiej, dlatego zależy wielu propagandzistom na ogłupianiu ludzi. I to jest największa zbrodnia np. Jacka Kurskiego.

To jest człowiek, który za to, co robi, powinien stanąć kiedyś przed sądem. Wszystko zaczęło się już wcześniej, od „dziadka z Wehrmachtu”, którego wypominał Tuskowi. Obrzydliwiec! Potomek Gaona z Wilna powinien inaczej się zachowywać.

Obawia się pan o przyszłość Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN? Przypomnę, minister kultury nie przedłużył kontraktu obecnemu dyrektorowi.
Na razie nie panikuję. Ten konflikt nie jest dla władz dobry, bo to jest sprawa międzynarodowa. Muzeum powstało między innymi dzięki olbrzymim dotacjom amerykańskich Żydów. Narzucanie swojego nominata wbrew wszystkim zakończy się straszną awanturą.

Minister chce narzucić swojego nominata?
To, że obecna władza nie lubi dyrektora Stoli, nie ma żadnej wątpliwości. Władze zgodziły się na konkurs na stanowisko dyrektora POLIN, który w ciągu dwóch miesięcy będzie rozstrzygnięty. Jest nieźle.

Dlaczego jest na cenzurowanym? Naraził się wystawą dotyczącą Marca ’68?
Ta wystawa była bardzo skromna i prosta, ale niestety trafiła akurat na zły czas, czyli dyskusję wokół zmian w ustawie o IPN. Wtedy wiele głosów w propagandzie pisowskiej zabrzmiało znajomo. Okazało się, że te same słowa i pojęcia pojawiały się wtedy i dzisiaj. Dlatego pojawiły się na niej wypowiedzi nabzdyczonych prawicowych dziennikarzy.

Próba przejęcia Muzeum POLIN napotka społeczny opór?
Ta ekipa władzy stara się zbudować nową elitę muzealniczą, kulturalną, filmową, wspiera prawicowe pisma i prawicowych twórców. Jak to robią? Wymieniają dyrektorów placówek i wprowadzają nowych ludzi. Dotuje się chętniej środowiska katolickie, konserwatywne, a nie lewicowe czy liberalne. Pozostają ci, którzy są ostrożniejsi w wypowiadaniu się w różnych kwestiach.

Większy i mniejszy oportunizm szybko się rozpowszechnia.

Dlaczego władzy tak bardzo zależy na przejmowaniu instytucji kultury?
Kto panuje nad duszami, ten panuje nad krajem. Wie pani, że w podręcznikach do szkół podstawowych w ogóle nie ma słowa Żyd? Naprawdę. W taki sposób chcą kształtować pewną mentalność, tworzyć alternatywną wizję historii, świadomie budować nowego Polaka. Mają w swoim ręku telewizję publiczną, oświatę. Mają liczne narzędzia, by realizować swoją kontrofensywę antyliberalną i antymodernistyczną.

Partia rządząca najwyraźniej gra va banque o wybory, nie przejmując się tym, jak będzie wyglądała sytuacja w przyszłości. To bardzo niebezpieczne działanie – mówi prof. Witold Orłowski, ekonomista. – Zaczynam podejrzewać, że czeka nas prędzej czy później podniesienie podatków i inflacji, która też jest rodzajem cichego podatku. Zresztą podniesienia się inflacji oczekuję już w drugiej połowie tego roku. Potem zaczną się kłopoty z domknięciem budżetu, UE wprowadzi procedury nadmiernego deficytu, żądając podwyższenia podatków. Takie działanie w momencie spowolnienia gospodarki doprowadzą do czegoś odwrotnego, niż to, z czego rządzący byli dumni przez ostatnie 3 lata. Wzrost podatków będzie znacznie wolniejszy od wzrostu PKB, luka VAT znów wzrośnie – prognozuje nasz rozmówca.

KAMILA TERPIAŁ: PiS proponując w sobotę „piątkę Kaczyńskiego” przeprowadza gigantyczną operację kupowania głosów wyborców?

PROF. WITOLD ORŁOWSKI: To raczej nie ulega wątpliwości. Jako ekonomista mogę się tylko domyślać, że jest to przejaw strachu z powodu utworzenia Koalicji Europejskiej i pojawienia się nowej partii, czyli Wiosny Roberta Biedronia. Wygląda to tak, jakby rządzącym puściły nerwy i pewne ograniczenia świadomości, za jaką cenę można kupować głosy wyborców. Przecież jak się wygra wybory, to później jeszcze trzeba przez 4 lata rządzić, a konsekwencje takich wydatków, jakie obiecuje PiS, mogą być długookresowe i sprawić, że przyszłość nie będzie wesoła.

Ten, kto będzie rządzić, może mieć już poważne problemy ze spłacaniem zaciąganych w tej chwili długów.

40 miliardów złotych to dużo czy bardzo dużo?
Tyle warte są tyko dwie z tych obietnic, czyli 500 Plus na każde dziecko i 13. emerytura. Mowa była jeszcze, ale w bardzo niejasny sposób i bez konkretów, o obniżeniu podatku dochodowego, wzroście kwoty wolnej od podatku,czy podniesieniu kosztów uzyskania przychodu. O ile? W tym wypadku nie wiadomo. To mogą być koszty idące w kilka, ale również w kilkadziesiąt miliardów złotych. Ale jest jeszcze drugi bardzo poważny problem – takie obietnice są zachętą dla sfery budżetowej do żądania podwyżek płac. Tam i tak już buzuje, do tej pory rząd starał się uspokajać i tłumaczyć, że

czasy, kiedy „stać nas na wszystko”, się skończyły. Ale w tym momencie widzą, że rząd stać na wydanie lekką ręką kilkudziesięciu miliardów złotych. Jestem przekonany, że w tym roku to może bardzo ożywić żądania płacowe.

Nauczyciele są właściwie na krawędzi strajku. Źle dzieje się także w służbie zdrowia. Dlaczego rząd nie zwraca na to uwagi?
Tak naprawdę, jakby rząd chciał uczciwie wydać 30-40 miliardów złotych i rozwiązać podstawowe problemy społeczne, to należałoby je przeznaczyć na służbę zdrowia, zresztą wcale nie na podwyżki płac. To, że pracownicy sfery budżetowej oczekują podwyżek, wynika z faktu, że płace rosną w gospodarce, to zupełnie inna kwestia. Widać wyraźnie, że w kąt poszły pomysły o tym, że pieniądze powinny służyć inwestowaniu.

W odróżnieniu od tego, co słyszeliśmy przez ostatnie lata, nie padło ani słowo o modernizacji czy o inwestycjach, chodzi tylko o proste i szybkie przekazanie gotówki do ręki. Jakby zainwestowało się w służbę zdrowia, to zanim będą widoczne efekty, minie czas wyborów.

„Gdybyśmy chcieli sfinansować każde dziecko w Polsce, to koszt programu 500 Plus by się niemal podwoił, a na to nas nie stać” – tak zaledwie kilka miesięcy temu mówiła minister pracy Elżbieta Rafalska. Nagła zmiana? 
No właśnie. Rząd zaczynał już jakiś czas temu mówić, że więcej pieniędzy w budżecie nie ma. Sytuacja jest jednak gorsza, niż się wydaje. Dotąd bez wzrostu deficytu pieniędzy na wszystko wystarczyło, ale działo się to w warunkach wyjątkowej koniunktury gospodarczej, która nie jest do utrzymania przez dłuższy czas. Nawet gdyby nie było dodatkowych wydatków, sytuacja budżetu ulegnie wyraźnemu pogorszeniu tylko z powodu spowalniającej gospodarki. Być może już w tym roku, a z całą pewnością w przyszłym.

Jaki będzie stan budżetu z dodatkowymi wydatkami?
Takie wydatki technicznie uda się zapewne jeszcze w tym roku ukryć, nawet gdyby dochody państwa szybko nie rosły. Emerytury wypłaca ZUS, wystarczy więc nakazać, żeby to on zaciągnął kredyt, a nie bezpośrednio budżet. Na dłuższą metę oczywiście za długi ZUS-u odpowiada państwo.

Rząd zapewne będzie używać takich trików, które pozwolą na to, aby nie nowelizować budżetu. Działania, które powodują odłożenie problemu w czasie, są jednak bardzo niebezpieczne. To samo widzieliśmy przy okazji wzrostu cen energii. Rząd przełożył to o rok po to, żeby ludzie nie zobaczyli wyższych rachunków za prąd, z pełną świadomością tego, że później ceny wzrosną podwójnie.

Mamy do czynienia z polityką, która nie liczy się zupełnie z tym, co będzie po wyborach. Zaczynamy wchodzić na niebezpieczną ścieżkę. Budżet w tym roku jest w stanie wiele wytrzymać. Ale czy w przyszłym już nie pęknie?

Co to może oznaczać?
Duże kłopoty budżetowe to koniec opowieści o tym, że mieścimy się w 3 proc. deficytu PKB. Zaczynam podejrzewać, że czeka nas prędzej czy później podniesienie podatków i inflacji, która też jest rodzajem cichego podatku. Zresztą podniesienia się inflacji oczekuję już w drugiej połowie tego roku. Potem

zaczną się kłopoty z domknięciem budżetu,

UE wprowadzi procedury nadmiernego deficytu, żądając podwyższenia podatków. Takie działanie w momencie spowolnienia gospodarki doprowadzą do czegoś odwrotnego, niż to, z czego rządzący byli dumni przez ostatnie 3 lata. Wzrost podatków będzie znacznie wolniejszy od wzrostu PKB, luka VAT znów wzrośnie.

PiS gra va banque?
Partia rządząca najwyraźniej gra va banque o wybory, nie przejmując się tym, jak będzie wyglądała sytuacja w przyszłości. To bardzo niebezpieczne działanie.

Prezydent podpisał ustawę o jawności wynagrodzeń w NBP. Powinny być jawne? Dowiemy się w końcu, kto i ile zarabia w Narodowym Banku Polskim?
Lepiej, żeby dochody w NBP nie były jawne, poza ścisłym kierownictwem. Mówimy w końcu o zatrudnianiu ludzi z rynku, którzy równie dobrze mogliby pracować w bankach, więc trzeba im zaoferować rynkowe wynagrodzenia. Ale po pierwsze, można żyć i z jawnością dochodów w całej sferze publicznej, choć może to zachęcać do populizmu. A po drugie, skoro nie było jak skłonić prezesa NBP do zdradzenia, ile zarabiają dwie panie, być może znacznie przepłacane w stosunku do kwalifikacji, więc politycy nie znaleźli innego sposobu, niż ustawa.

Kaczyński ograny przez Orbana, a Macierewicz podejrzany jako szpion

19 Lu

„Wnoszę o objęcie ścigania z oskarżenia publicznego ze względu na występujący w sprawie interes publiczny” – napisał prezes PiS Jarosław Kaczyński w doniesieniu do prokuratury. Szef partii rządzącej chce ukarania z art. 212 Kodeksu karnego za ujawnienie „taśm Kaczyńskiego” i sprawy budowy wieżowca przez spółkę Srebrna

„Działając jako pokrzywdzony, zawiadamiam o podejrzeniu popełnienia przestępstw zniesławienia. Wnoszę o objęcie ścigania z oskarżenia publicznego ze względu na występujący w sprawie interes publiczny” – tak Kaczyński napisał w zawiadomieniu, które skierował do warszawskiej Prokuratury Okręgowej. Zawiadomienie prezes PiS skierował w zeszłym tygodniu. We wtorek do treści dokumentu dotarł PAP.

Roman Giertych – jeden z adwokatów austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera – w kpiarskim tonie skomentował wypowiedź Adama Bielana na temat nieomylności Jarosława Kaczyńskiego, wygłoszoną w trakcie porannej rozmowy Konrada Piaseckiego.

Wicemarszałek Senatu podważył wiarygodność Austriaka mówiącego, że kopertę z 50 tys. zł dla księdza Sawicza „miał w ręku” Jarosław Kaczyński. Oznajmił, że w tej sprawie bardziej wierzy Jarosławowi Kaczyńskiemu niż austriackiemu biznesmenowi i Romanowi Giertychowi.

Zapytany przez Paseckiego skąd wie, że Birgfellner kłamie odparł bez wahania:

„Rozmawiałem z Jarosławem Kaczyńskim. Jeżeli mam do wyboru Kaczyńskiego albo Romana Giertycha, znając ich obu, zdecydowanie wybieram Jarosława Kaczyńskiego”.

To właśnie tę wypowiedź w swoim stylu skomentował Roman Giertych. „Panie Marszałku! Problem polega na tym, że ja siebie „do wyboru” nigdy Panu nie dawałem. Prawda jest taka, że jeszcze trzy miesiące musi się Pan trzymać kurczowo JK, aby zdobyć upragniony mandat do PE” – odpalił pełnomocnik Geralda Birgfellnera.

Miały być tylko rozmowy dwustronne, a sam szczyt Grupy Wyszehradzkiej z Izraelem odwołany. Sądząc po umieszczonej przez Patryka Słowika z RMF FM fotografii, trudno w to uwierzyć. – „Na zdjęciu trzy spotkania dwustronne premiera Izraela z przedstawicielami państw Grupy Wyszehradzkiej. Z uwagi na napięty grafik wszystkie trzy spotkania dwustronne odbywają się w tym samym czasie” – kpił na Twitterze reporter. Na dodatek premier Węgier Victor Orban pouczał Polskę. – „Byłoby lepiej, gdyby do Izraela przyjechali przedstawiciele wszystkich krajów Grupy Wyszehradzkiej” – stwierdził podczas wspólnej konferencji prasowej z premierem Izraela.

A jeszcze wczoraj rzeczniczka PiS Beata Mazurek obwieszczała na Twitterze: – „Odwołanie spotkania V4 + Izrael to wyraz solidarności państw Gr.Wyszehradzkiej! Po interwencji PMM pozostali premierzy podjęli dec. o odroczeniu szczytu z Izraelem. Mimo, że byli na miejscu,albo w drodze do Izraela, zgodzili się z argumentacją polskiego premiera i podjęli tę decyzję w geście solidarności całej Grupy.

Opozycja, która rządząc niezbyt lojalnie podchodziła do współpracy w ramach V4, może tego gestu i tych decyzji z katalogu:jeden za wszystkich, wszyscy za jednego nie rozumieć. Sukces siły i argumentów polskiego PMM i polskiej dyplomacji”.

– „ale w ramach solidarności z Polską odmówili dokładki deseru…” – kpił Marek Tejchman z „DGP”. – „Kolejny sukces Pana premiera. Jeszcze jeden i skończy się jak u pięściarza Gołoty – trzeci nokaut i koniec” – to wpis Łukasza Maziewskiego z „Faktu”. – „Nawet Orban nas poucza. Nasza pozycja w świecie jest istotnie mocna” – napisał Wojciech Szacki z „Polityki”.

„Orban jak zwykle wystawił PiS, a oni jak pelikany łykają te jego teksty o wsparciu dla stanowiska Polski we wszystkich sprawach. Naiwność to jeden z najcięższych grzechów w dyplomacji. No ale dyplomacja PiS praktycznie nie istnieje” – podsumował Sławomir Neumann z PO.

Antoni Macierewicz jako minister obrony ujawnił w Sejmie informacje o stanie polskiej armii, które miały status niejawnych – tak wynika z odpowiedzi MON na interpelację posła PO Krzysztofa Brejzy. Przyznaje, że jest wstrząśnięty i kieruje sprawę do prokuratury. – Minister Macierewicz uderzył w fundament bezpieczeństwa Polski i Polaków. Doskonale zdaje sobie sprawę, że te informacje zaserwował naszym wschodnim sąsiadom – mówi poseł PO. – Takie informacje to czysty zysk dla naszych wrogów – komentuje gen. Stanisław Koziej, były szef BBN.

Brejza: Miał świadomość, co czyni

Sprawa dotyczy tajemnic najwyższej wagi, związanych z zapasami wojennymi polskiej armii i jej zdolnościami obronnymi. Chodzi o wystąpienie szefa MON w maju 2016 roku, podczas którego podsumowywał rządy koalicji PO-PSL. To wtedy stwierdził, że zapasy wojenne kierowanych pocisków rakietowych wynoszą tylko 17 procent stanu oraz że nasze urządzenia radiolokacyjne nie są w stanie wykrywać dronów, które wlatują w naszą przestrzeń powietrzną na niskiej wysokości.

– Jestem wstrząśnięty. Najbardziej wrażliwe informacje, będące splotem słonecznym państwa, które absolutnie nie powinny być ujawniane i w żadnym państwie NATO nie są ujawniane, zostały przez Antoniego Macierewicza podane na talerzu. Komu? Przecież nie Polakom. Jest dojrzałym politykiem i doskonale zdaje sobie sprawę, że te informacje zaserwował naszym wschodnim sąsiadom – mówi wiadomo.co poseł PO Krzysztof Brejza.

Na początku lutego polityk zapytał MON w oficjalnym piśmie, jaki charakter mają ujawnione informacje. Co ważne, nie informując, że chodzi o wypowiedź byłego ministra obrony narodowej.

– Te informacje najprawdopodobniej pochodzą z tajnego raportu Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Zaserwowanie ich stronie wschodniej jest uderzeniem w filar bezpieczeństwa Polski. Z pewnością miał świadomość, co czyni – dodaje Brejza.

Poseł PO składa w tej sprawie wniosek do prokuratury. – Oczekuję natychmiastowego śledztwa. Sprawą powinny zająć się także służby i sejmowa komisja – mówi wiadomo.co Krzysztof Brejza.   Według niego mamy do czynienia z przekroczeniem uprawnień i działaniem na szkodę interesu publicznego, a także złamaniem przepisów o ochronie informacji niejawnych. – Funkcjonariusz publiczny ujawniający tak wrażliwe informacje musi się liczyć z odpowiedzialnością – przyznaje.

Gen. Koziej: To bardzo niebezpieczne

– Mieliśmy nieodpowiedzialnego ministra obrony narodowej, działającego w sposób woluntarystyczny. Wszystko, co on uważał za dobre, takie właśnie było. To bardzo niebezpieczne podejście – przyznaje w rozmowie z wiadomo.co gen. Stanisław Koziej.

Były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego i były wiceminister obrony narodowej przyznaje, że takie informacje nigdy nie powinny zostać ujawnione. – Obcy wywiad, aby zdobyć takie informacje, musi się poważnie natrudzić. Jeżeli otrzymuje to z pierwszej ręki, bez żadnego wysiłku, to czysty zysk dla naszych wrogów. To są informacje krytyczne, które świadczą o możliwościach prowadzenia operacji wojennych – tłumaczy gen. Koziej.

To według niego tylko kolejny dowód na to, że Antoni Macierewicz nigdy nie powinien zajmować tego stanowiska: – Minister, który odpowiada za siłę obronną kraju i ma pod swoim władaniem dwie ważne służby specjalne, musi być człowiekiem wyważonym, spokojnym i postępującym wedle obowiązujących zasad.

Gen. Stanisław Koziej oczekuje także wyjaśnień od obecnego ministra obrony narodowej. – Jeżeli sam MON uznaje, że zostały ujawnione tajne informacje, to sprawą powinien się zająć także minister Mariusz Błaszczak. Powinien powiadomić opinię publiczną, jakie wyciąga z tego wnioski i jakie działania podejmuje – mówi wiadomo.co.

Macierewicz odpowiada na Twitterze

Morawiecki próbuje ograć opozycję

26 Sty

W piątek po południu, po ponad 2 godzinach, zakończyło się spotkanie premiera z przedstawicielami klubów i kół parlamentarnych dotyczące sytuacji po zabójstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. – Oponent polityczny to nie jest wróg. Trzeba umieć rozmawiać zarówno w świecie politycznym, jak i medialnym – mówił po spotkaniu premier Mateusz Morawiecki. Opozycja jest jednak bardziej sceptyczna. – Spotkanie nie zakończyło się przełomem, ani niczym istotnym – komentował szef klubu PO-KO Sławomir Neumann. W spotkaniu uczestniczyli także m.in. Władysław Kosiniak-Kamysz i Katarzyna Lubnauer.

Morawiecki: Spotkanie w dobrej atmosferze

Spotkanie rozpoczęło się o godz. 15.30 i trwało ponad 2 godziny. – Bardzo dobrze, że to spotkanie się odbyło – podsumował Mateusz Morawiecki, dziękując wszystkim za udział.

– Chcę podkreślić dobrą atmosferę tego spotkania i moje zdanie w tej kwestii, które mam przekonanie, że podzielają uczestnicy tego spotkania, że przecież oponent polityczny to nie wróg. Że trzeba umieć rozmawiać, zarówno w tym świecie politycznym, jak również w świecie mediów – mówił na konferencji prasowej premier. Niestety, nie było możliwości zadawania pytań.

Wcześniej Mateusz Morawiecki spotkał się z szefami resortów: zdrowia, sprawiedliwości, spraw wewnętrznych i administracji. Ministrowie uczestniczyli także z w spotkaniu z posłami.

Jakie propozycje znalazły się na stole? M.in. zaostrzenie kar za najcięższe przestępstwa popełniane z nienawiści i zaostrzenie kar za groźby karalne. Chociaż według opozycji nie chodzi o zmianę prawa, ale o jego egzekwowanie. Dużo emocji budzi propozycja opracowana w Ministerstwie Zdrowia dotycząca kwestii zmian w prawie dotyczących recydywistów lub niebezpiecznych chorych psychicznie, którzy opuszczają więzienie.

– Mamy bardzo ważne informacje, stanowiące podstawę do dyskusji. Poprosiliśmy przedstawicieli opozycji, żeby i oni zaproponowali swoich ekspertów. Zaprosimy także organizacje pozarządowe. Mam nadzieję, że wypracujemy z opozycją wspólne rozwiązanie. A to doprowadzi do podniesienia poziomu bezpieczeństwa. Nasi współuczestnicy zaproponowali rozwiązania, nie było tak, że zgodziliśmy się we wszystkim, ale chcę podkreślić, że w spotkaniu towarzyszyła nam dobra atmosfera – mówił Mateusz Morawiecki.

Na najbliższym posiedzeniu Sejmu w przyszłym tygodniu rząd ma przedstawić informację na temat śledztwa dotyczącego zabójstwa prezydenta Gdańska.

Neumann: Różnimy się w ocenie tego, co było przed 13 stycznia

W spotkaniu wzięli udział przedstawiciele klubu PO-KO, PSL-UED, Nowoczesnej, Kukiz ’15 oraz koła Wolni i Solidarni. Nie pojawił się Ryszard Petru.

Przewodniczący klubu PO-KO jest zdecydowanie bardziej sceptyczny niż premier. – Spotkanie nie zakończyło się przełomem, ani niczym istotnym, poza tym, że wszyscy chcemy walczyć o dobre przepisy, które na przyszłość będą chroniły Polaków. Ale różnimy się w ocenie tego, co było przed 13 stycznia i doprowadziło do tej tragedii. Potrzeba dalszych rozmów i przemyślenia. To władza i rząd ponoszą największą odpowiedzialność za bezpieczeństwo Polaków – komentował podczas spotkania z dziennikarzami poseł Sławomir Neumann. Przyznał, że opozycja zadeklarowała współpracę, jeżeli chodzi o zmiany w prawie, ale ważniejsza jest inna kwestia. – Dzisiaj nie mamy żadnej pewności, że osoba, która dokonała mordu politycznego, jest osobą niezrównoważoną psychicznie – tłumaczył.

Poinformował o ważnej deklaracji premiera oraz Prokuratora Generalnego: – Jeżeli rodzina wystąpi o pełnomocnika w śledztwie, który potem będzie oskarżycielem posiłkowym, to mamy deklaracje, że zostanie podjęta pozytywna decyzja. Bedzie można mieć osobę, która będzie patrzyła na ręce i pomagała w tym śledztwie. Transparentność tego śledztwa i komunikacji z tego śledztwa jest podstawowa w sytuacji, w której sprawa budzi takie emocje.

Nie ma za to zgody na kolejny postulat PO, czyli „wznowienie postępowań na wniosek osób pokrzywdzonych, dotyczących nienawiści, podżegana do łamania prawa i fizycznego uderzania w osoby reprezentujące opozycję czy niezgadzające się z rządem”. – Ta sprawa nie ma jednoznacznego rozstrzygnięcia. Minister Zbigniew Ziobro nie jest chętny do tego, aby wznawiać postępowania. Tu jest wyraźny rozdźwięk między premierem i ministrem sprawiedliwości – mówił Neumann.

I jeszcze jeden postulat, który nie spotkał się z pozytywną reakcją, a wręcz przeciwnie. Politycy PO domagali się odwołania władz TVP. – Obciążamy ją olbrzymią odpowiedzialnością za podnoszenie poziomu agresji w debacie politycznej, który nie jest akceptowany przez większość klasy politycznej poza rządzącymi. Nie ma chęci współpracy, pan premier stanął po stronie TVP – przyznał szef klubu PO-KO.

Kosiniak-Kamysz: Nie ma żadnej refleksji dotyczącej TVP

Prezes ludowców, posobnie jak szef klubu PO-KO, zadeklarował chęć współpracy odnośnie do zmian w prawie. – Są rzeczy, z którymi się zgadzamy. Będziemy współpracować nad ustawami, uregulowaniem przepisów dotyczących osób chorych psychicznie, przebywających w zakładach karnych. To nie jest łatwa sprawa. Tu muszą być poważne, normalne konsultacje i dialog – deklarował po spotkaniu Władysław Kosiniak-Kamysz.

Dla niego ważne jest to, że na wniosek klubu PSL-UED odbędzie się sejmowa debata „na temat wątpliwości dotyczących śledztwa w sprawie śmierci prezydenta Pawła Adamowicza, działań policji, służby więziennej przed i po tych wydarzeniach”.

Władysław Kosiniak-Kamysz ubolewa także nad „zamknięciem” tematu zmian w TVP. – Kluczowe było zdanie wyrażone przez przewodniczącego Ryszarda Terleckiego. U niego nie widzę żadnej refleksji. Może premier by chciał, tak jak wyczuwam, ale nie ma chyba zgody w obozie PiS-u. Ta walka wewnętrzna powoduje, że dzisiaj wygrywają ci o przekonaniu, że Telewizja Polska nie potrzebuje żadnej naprawy. Ale premier jest premierem i albo udowodni za chwilę, że ma wpływ na to, co się dzieje również w telewizji, albo zmiana debaty się nie odbędzie – mówił lider PSL-u.

Po spotkaniu w szerokim gronie odbyło się jeszcze krótkie spotkanie premiera z prezesem Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, czym pochwalił się Mateusz Morawiecki na Twitterze.

Szczegółów tej rozmowy nie poznaliśmy.

Dlaczego partia rządząca usiłuje nam wmówić, że był to tylko zwykły atak szaleńca?

Wydawało się, że ostatnie kilkanaście dni minie nam w zadumie, wyciszeniu i refleksji. Nic bardziej mylnego. Teraz to dopiero mamy jazdę bez trzymanki. Obarczanie się nawzajem winą za język nienawiści, wskazywanie palcem, kto bardziej, a kto mniej się tym językiem posługuje, no i ta niesamowicie „kreatywna twórczość” – od polityków i mediów zaczynając, a kończąc na zwykłym, szarym obywatelu. Mnie jednak zastanawia coś innego – dlaczego politycy PiS i wierne im media usiłują nas przekonać, że morderstwo Pawła Adamowicza nie miało politycznego charakteru?

Dr Daniel Mider z Uniwersytetu Warszawskiego opracował zespół cech, które definiują właśnie morderstwo polityczne. Zgodnie z tym, ofiarą mordu jest jedynowładca lub najwyższy funkcjonariusz publiczny (władzy centralnej), względnie każdy funkcjonariusz publiczny i każda osoba publiczna, która tę rolę sprawowała, sprawuje lub do niej czynnie aspiruje. Motywem zabójstwa politycznego jest motyw wyłącznie polityczny, czyli czyn dokonywany  w celu zmiany władzy bądź wywarcia wpływu na proces polityczny lub też każdy, podjęty ze względu na pełnioną publiczną rolę ofiary: polityczną, ideologiczną, kulturową, etyczną, religijną lub obyczajową.

Przyjmując takie właśnie założenie, nie ma nawet co dyskutować. Zabójstwo prezydenta Gdańska mieści się w szeroko rozumianym pojęciu morderstwa politycznego. Dlaczego więc PiS zapiera się rękami i nogami, usiłując nam wmówić, że to bujda, że to tylko zwykły atak szaleńca? A przecież nie tak dawno, w październiku 2010 roku, gdy zamordowany został łódzki działacz PiS Marek Rosiak, Mariusz Błaszczak mówił: – „To morderstwo na tle politycznym. Morderca okazał się człowiekiem świadomym swoich celów. Został skazany, a w uzasadnieniu sąd napisał, że zamordował działacza PiS; chciał zamordować premiera Jarosława Kaczyńskiego, tylko ochrona uniemożliwiła mu ten atak”.

Mam swoją teorię na ten temat. Może ona mało logiczna, może za bardzo umiejscowiona w mojej paranoi czy teorii spiskowej, ale zamierzam się nią z Państwem podzielić. W końcu, gdy PiS pozwala sobie na totalnie irracjonalną politykę „dobrej zmiany”, która prowadzi Polskę do ruiny, to i ja mogę dać upust mojej nadmiernie wybujałej fantazji.

Otóż… uważam, że PiS nie może strawić, iż traci „wyłączność” na ofiarę mordów na tle politycznym. Wszystko do tej pory było tak dobrze poukładane, np. mit o zbrodni smoleńskiej, który w znacznym stopniu poprowadził prezesa i jego ludzi do władzy. Nic to, że wciąż brak dowodów na zbrodnię. Ważne, że już od kilku lat wydawane są nasze pieniądze na realizacje kolejnych szalonych wizji pana Macierewicza. Lud cierpliwy, więc poczeka. Przekonanie narodu, że morderstwo w Łodzi było wynikiem nienawiści do partii, która jako jedyna, wie, co dla narodu dobre, jako jedyna proponuje praworządność i uczciwość, i to właśnie za to jest tak szykanowana oraz niszczona.

A teraz co? Jak wytłumaczyć swojemu narodowi, że morduje się kogoś, związanego z tymi, których można było z pełną satysfakcją i na okrągło obwiniać o tragedię w Łodzi i Smoleńsku? Wydarzenie w Gdańsku rozwaliło pisowską narrację całkowicie. PiS jeszcze usiłuje trzymać karty w swoim ręku. Prezes ignoruje minutę ciszy w Sejmie, wyrzuca się z uchwały upamiętniającej Pawła Adamowicza niewygodne dla PiS sformułowania. Zakazuje się politykom partii rządzącej komentować wydarzenie w Gdańsku, a Jarosław Kaczyński ostentacyjnie, w przededniu pogrzebu Pawła Adamowicza, jedzie do Krakowa, by pomodlić się nad sarkofagiem brata.  A wszystko po to, by pokazać narodowi, kto jako jedyny zasługuje na tłumne pożegnanie i jeszcze większe wspominanie… Kto jest ofiarą mordu politycznego… Kto wart jest pamięci…

Mało tego – PiS usiłuje rozegrać tragedię, która wydarzyła się w Gdańsku, na swoją korzyść. Przecież przed nami wybory do europarlamentu i naszego parlamentu rodzimego. Może więc uda się coś ugrać i uszczknąć więcej głosów? Stąd, jako ukłon w jedną stronę, pełna troski i łagodności twarz premiera oraz prezydenta. Stąd podejmowane działania, by język nienawiści zniknął z przestrzeni publicznej, zwiększona aktywność policji i prokuratorów, którzy nagle obudzili się i zaczynają ścigać tych, którzy tym językiem – za przyzwoleniem obecnej władzy – posługiwali się na prawo i lewo. Z drugiej zaś strony, dbałość o utrzymanie własnego elektoratu w przekonaniu, że nic się nie zmienia, a telewizja i media reżimowe nie zmieniły swojego propagandowego przekazu.

Nie wolno też zapomnieć o tym, że los sprzyja PiS-owi. Tam, gdzie dla wielu Polaków ból, rozpacz, niedowierzanie, dla tej partii świetna zasłona dymna, pod którą można wreszcie schować SKOK-i, aferę KNF, pana Glapińskiego, nieudolność w zarządzaniu, szastanie naszymi pieniędzmi, taśmy z premierem Morawieckim i wiele jeszcze innych wpadek. PiS ma nadzieję, że naród o rozliczenie się nie upomni, bo ma ważniejszą sprawę na głowie. Może błądzę w oparach fantazji, a może nie…

(fragment)

Afera KNF jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego.

Wszystko do tej pory w aferze KNF jest zbieżne z aferą Rywina. Według „Wyborczej”, Chrzanowski miał zeznać, że rozmawiał z bankierem Czarneckim z inspiracji Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Afera Rywina była ostatecznie klęską samego Rywina, SLD i polityków tej partii. Afera KNF jest rozleglejsza – jak rozległa personalnie, nie wiemy – ale przede wszystkim jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego, bo Glapiński to konstytucyjny (nieusuwalny w trakcie kadencji) prezes banku centralnego.

Glapiński sam nie ustąpi. Jeżeli zeznania Chrzanowskiego są prawdą, to Jarosław Kaczyński może uruchomić skuteczne narzędzie, aby Glapiński podał się do dymisji. Może, lecz nie musi. Koszty poniesie PiS w roku wyborczym, czy zatem prezes PiS na to pójdzie? Raczej, a w zasadzie na pewno nie.

Jaka z tego w tej chwili może być sformułowana konkluzja? Otóż SLD miał Rywina i grupę trzymającą władzę, Platforma osławione ośmiorniczki, a PiS ośmiornicę i wszyscy wiemy, kto w niej trzyma wszechwładzę. Ta afera z Chrzanowskim i Glapińskim kiedyś zostanie ujawniona. Oby nie za późno dla Polski.

>>>

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Amerykański historyk specjalizujący się w dziejach Europy Środkowej i Wschodniej Timothy Snyder uważa, że do brexitu nie dojdzie. Ponadto brexit pokazuje, że Unia Europejska działa – ocenił Snyder w rozmowie z konserwatywnym dziennikiem „Die Welt”.

Brexit. Jak Polska gra na obie bramki i dlaczego tak się nie da [OPINIA]

Co z brexitem?

– Brexit, do którego nie dojdzie, jest załatwiany przez Unię Europejską w jej typowy nudny sposób, tak że przez dwa lata o tym rozmawia – zauważył profesor. – Brexit niekoniecznie zatem dowodzi tego, że Unia nie działa. Udowadnia wręcz, że potrafi działać w obliczu zagrożenia dla jej istnienia.

Zdaniem Snydera wynika to z niezwykle złożonej zdolności skutecznego radzenia sobie w wewnętrznymi różnicami. Jest to jedna z głównych cech, która odróżnia UE od Chin czy Rosji.

– Europa robi wrażenie chaotycznej i zdezorganizowanej, podczas gdy Chiny i Rosja – z oddali – wyglądają jak dobrze naoliwione maszyny. Co jest jednak ich słabością – uważa historyk. – Unia Europejska jest jedyną organizacją, która ma wolę i jest dość duża, by zająć się prawdziwymi wyzwaniami obecnego stulecia. Ani aneksja Krymu, ani budowa muru na granicy z Meksykiem nie mają nic wspólnego z tymi prawdziwymi wyzwaniami. Europejczycy, jako jedyni, na poważnie próbują kształtować 21. wiek poprzez swoje ideały – prawa człowieka i państwo prawa – wylicza Snyder.

W pogoni za potęgą [WYWIAD]

„Świat byłby zupełnie inny bez takiej Europy”

Jego zdaniem Europa, w której pół miliarda ludzi cieszy się wysokim poziomem życia, poszanowaniem dla prawa, długowiecznością i jest zadowolona, stanowi ważny czynnik wpływający na sytuacje na świecie. – Świat byłby zupełnie inny bez takiej Europy. Dlatego macie też wrogów – przekonuje Snyder.

Mówiąc o dwóch największych przeciwnikach USA i Europy, Snyder zwraca uwagę na różnice w działaniu między Pekinem a Kremlem. – Rosja robi przeciwko nam to, na co Chiny się nie decydują ze względów taktycznych. Rosjanie szukają w polityce zagranicznej natychmiastowego zaspokojenia potrzeb, podczas gdy Chińczycy myślą długofalowo – analizuje historyk. Jednocześnie przestrzega przed bagatelizowaniem Rosji i redukowania jej do „broni nuklearnej i Gazpromu”. – Istnieje związek między Rosją a Chinami. Polityka Kremla ukierunkowana na dezintegrację (Zachodu – red.) służy Chinom – zauważa.

Według Snydera osłabianie Zachodu przez Moskwę paradoksalnie jest szkodliwe dla niej samej. Dużo większym problemem dla Rosji są bowiem właśnie Chiny. Z geopolitycznego punktu widzenia działania największego państwa na świecie nie mają sensu. Naukowiec tłumaczy je w następujący sposób: – Rosjanie dużo mówią o geopolityce, ale zachowują się jak dzieci z eksperymentu Waltera Mischela. Nie mogły one oprzeć się pokusie, by natychmiast nie zjeść zaproponowanych im cukrowych pianek, chociaż dostałyby więcej słodyczy, gdyby zaczekały”. Wśród „pianek” na które Kreml się „skusił” historyk wymienia aneksję Krymu, próby wpływanie na wyniki wyborów w USA czy popieranie europejskich populistów. – To geopolityczny nonsens. Nic to jednak nie zmienia. Nie możemy im tego puścić płazem – przekonuje.

Bezpieczeństwo Polski A.D. 2018

Trump jak narodowi socjaliści?

Timothy Snyder, który wykłada na elitarnym uniwersytecie Yale, wyjątkowo krytycznie ocenia prezydenta Donalda Trumpa w USA, dostrzegając analogie z działaniami narodowych socjalistów w Niemczech.

– Nie jestem jedynym, który próbuje wyciągać wnioski z lat 30. ubiegłego wieku, żeby zrozumieć teraźniejszość. W tym kontekście mówię o niebezpieczeństwie stanu wyjątkowego”, którego wprowadzeniem grozi Trump, jeśli nie dostanie środków na budowę muru na granicy z Meksykiem – tłumaczy. – Przeobrażenie się Republiki Weimarskiej w narodowosocjalistyczną dyktaturę było poprzedzone nieustanną praktyką wydawania nadzwyczajnych rozporządzeń dla ominięcia parlamentu – konkluduje.

Polski rząd chce przygotować się na „twardy brexit”

Apel o prawdę dla Pawła Adamowicza.