Tag Archives: Sławomir Broniarz

Dorwać Tuska, zrobić nauczycieli w bambuko, zaprowadzić państwo katolicko-narodowe. Oto PiS

25 Kwi

Na Nowogrodzkiej odbyła się burza mózgów, w efekcie której prezes zlecił swoim ludziom – odpowiedzialnym za edukację – sformułowanie na piśmie propozycji dla nauczycieli. W największy skrócie oznaczają one powrót do wcześniejszej emerytury i dobrowolnego wyboru czasu pracy. Ma to w efekcie doprowadzić do „bezbolesnego” zwiększenia pensum.

Punktem wyjścia w tym planie jest zwiększenie czasu pracy – nawet do 24 godzin tygodniowo. Jednocześnie, na rok lub dwa, proponuje się przywrócenie w Karcie Nauczyciela przepisu, który pozwoliłby nauczycielom odejść na wcześniejszą emeryturę po 30 latach pracy, w tym 20 lat w oświacie (z tzw. kredą), niezależnie od wieku. Eksperci z PiS szacują, że z takiego rozwiązania mogłoby skorzystać ok. 100 tys. nauczycieli.

Autorzy PiSowskiej oferty, nie są nieświadomi faktu, że jeśli nauczyciele skorzystaliby z niej, to najczęściej odchodziliby ci najbardziej doświadczeni, a więc najlepiej zarabiający. Lukę po nich można by było wypełnić młodymi pedagogami wchodzącymi do zawodu oraz tymi którzy zdecydowaliby się na zwiększenie pensum w zamian za wyższe wynagrodzenie – przekonują. Na dodatek takie rozwiązanie byłoby bezkosztowe dla samorządów.

PiS liczy, że możliwość większych zarobków skusi zwłaszcza młodych, dopiero wchodzących do zawodu pedagogów. Docelowo ma to doprowadzić do wygaszenia 18-godzinnego pensum. Rozwiązania takie miałyby wejść w życie w ciągu najbliższego roku lub dwóch lat.

Sławomir Broniarz, szef ZNP, przestrzega jednak, że dłuższa praca wcale nie oznacza lepszych zarobków. PiS jest innego zdania. Nauczyciele na zasadzie dobrowolności będą więc decydować, jak długo i za ile chcą pracować – uważają rządzący.

ZNP krytykuje zmiany proponowane przez decydentów. Jak przekonuje prezes związku Sławomir Broniarz, nie ma stanu wyjątkowego, który usprawiedliwiałby wprowadzanie zmian w przepisach bez konsultacji społecznych. „Zgodnie z logiką nowego prawa wystawianiem ocen równie dobrze mogłyby się zająć komputery” – ocenił Broniarz.

Szef RE został wezwany na przesłuchanie przed komisję śledczą ds. VAT. Jej przewodniczący Marcin Horała z PiS narzeka jednak na brak osobistego kontaktu z szefem Rady Europejskiej i byłym premierem Polski. – „Zazwyczaj staramy się nawiązać kontakt nieformalny ze świadkami, żeby uzgodnić jakiś termin, w którym świadek zadeklaruje, że będzie. W przypadku pana Donalda Tuska, pomimo kilku prób kontaktu ze strony biura komisji nie udało się, więc w końcu wysłaliśmy wezwanie na 29 maja” – stwierdził poseł. Jak czytamy w portalu NaTemat, podobno przewodniczący Rady Europejskiej korespondencję odebrał.

Potwierdzenie czy Donald Tusk zamierza się stawić przed komisją we wskazanym terminie, jeszcze nie nadeszło. Natomiast Horała zaznaczył, że końcówka maja to specjalnie wybrany termin, który ma wytrącić argument walki wyborczej za pomocą przesłuchania przed komisją śledczą.

Termin terminem, ale komisja raczej sporo ryzykuje zapraszając Donalda Tuska. Dlaczego? Przypomnijmy: jego ostatnie przesłuchanie przed jedną z założonych przez PiS komisji śledczych zakończyło się spektakularnym blamażem Małgorzaty Małgorzata Wassermann, która przesłuchiwała byłego premiera w sprawie afery Amber Gold. – Odradzałbym zapraszanie mnie na komisje. Po co psuć nastrój przesłuchującym? Te komisje są ewidentnie przygotowywane przez PiS dla udowodnienia politycznych tez. Nie wiem, dlaczego PiS chce zaryzykować walkę, nawet nie ze mną, ale z faktami” – mówił wówczas Donald Tusk.

To także zniszczenie demokracji w Polsce i wykopanie nas ze struktur europejskich.

Grzegorz Schetyna ponownie wezwał Jarosława Kaczyńskiego do debaty o pozycji Polski w Europie. Szef Platformy Obywatelskiej podstawę rozmowy zawarł w trzech pytaniach, które definiują dzisiejszą sytuację kraju w Unii Europejskiej. I nie jest to definicja, która musi się prezesowi PiS podobać. Schetyna pyta, czy standardy demokratyczne przestaną być łamane, te są bowiem warunkiem członkostwa w europejskiej wspólnocie. Dwa następne pytania są trudniejsze, ale i one muszą być zadane: czy PiS potrafi odzyskać pieniądze, które zostały przegrane w dotychczasowych negocjacjach nad przyszłym budżetem UE oraz – czy Kaczyński zerwie sojusze z siłami, które dążą do rozbicia Unii od środka.

Nie są to pytania wydumane ani politycznie konfrontacyjne. Wynikają z utraconej przez PiS pozycji Polski w Europie. Stajemy się krajem coraz bardziej marginalnym. I o to może chodzić Kaczyńskiemu – wówczas rządzić autorytarnie jest o wiele łatwiej, gdyż nie ma nacisków zewnętrznych.

Można się spodziewać braku odpowiedzi Kaczyńskiego na debatę. Wszak nie staje do żadnych rozmów tete-a-tete ze swoimi największymi przeciwnikami od 12 lat, kiedy to został zapytany o cenę jabłek – nie wiedział nawet, czy kupuje się je w sklepie.

Ponadto Schetyna jest depozytariuszem opozycji w kraju i to o możliwościach niebagatelnie dużych. Mianowicie szef PO odpowiada za zdecydowaną większość Polaków, za tych, którzy nie głosowali na PiS. Dzisiaj opozycja jest nawet silniejsza, lecz ciągle grozi jej rozproszenie. Warto mieć zanotowane w tyle głowy, że na PiS głosowało tylko 19 procent wszystkich dorosłych Polaków.

O to toczy się ta polityczna gra. Schetynie udało się stworzyć szeroką Koalicję Europejską na eurowybory. Czy ta formuła przetrwa do wyborów krajowych, a może powinna być rozszerzona bądź radykalnie zmodyfikowana? Sondaże dotyczące wyborów do krajowego parlamentu wskazują, że opozycja zjednoczona we wspólnym froncie jest w stanie odsunąć PiS od władzy.

I tak – sondaż z panelu Ariadna wskazuje, że PiS pozostałby u władzy, gdyby obok Koalicji Europejskiej oddzielnie startowała Wiosna Roberta Biedronia. PiS uzyskałby 33 proc. poparcia elektoratu, KO – 29 proc., zaś Wiosna 10 proc. Zupełnie inne nastroje byłyby, gdyby Schetyna wraz z Biedroniem zwarli szyki, uzyskaliby wspólnie 36 proc., a PiS tylko 31.

Wezwanie Schetyny do debaty zawiera jedną ukrytą myśl, która zwraca uwagę na Biedronia – mianowicie szef PO uważa, że „nie potrzeba do (debaty z Kaczyńskim) osób trzecich”. Osoba trzecia – Biedroń – też zgłosiła się do rozmowy z Kaczyńskim. Szef Wiosny uzyskał odpowiedź w tej kwestii od Beaty Mazurek: „no dobra, pośmialiśmy się”.

Kaczyński śmieje się z Biedronia na Nowogrodzkiej albo na Żoliborzu. Do „debat” wysyła swoich sprawdzonych „zwycięzców”, jak Beatę Szydło, która niedawno odniosła „sukces” ze strajkującymi nauczycielami i podpisała porozumienie z nauczycielską Solidarnością w osobie Ryszarda Proksy.

I jako Proksa może być potraktowany Biedroń. Kaczyński na przykład zechce delegować do rozmów z nim Mateusza Morawieckiego, który nie ma żadnych uprzedzeń, aby kłamać w żywe oczy. W rozgrywaniu i szczuciu prezes PiS jest mistrzem. Ale wszystkie atuty są w rękach opozycji. Za PiS stoi tylko 19 proc. wszystkich Polaków.

Oby nie okazało się, że nadal obowiązuje jedno z najbardziej znanych powiedzeń o Polakach, że „i przed szkodą, i po szkodzie głupi”. Druga kadencja PiS u władzy to zniszczenie demokracji w kraju, zaprowadzenie autorytaryzmu katolicko-

PiS przymierza się do państwa wyznaniowego

24 Kwi

To wcale nie jest żart. Profesor Krzysztof Maria Szczerski, szef gabinetu prezydenta RP na stronach swojego życiowego dzieła pt „Utopia europejska. Kryzys integracji i polska inicjatywa naprawy”,wydanego w 2017 r. postuluje wprowadzenia „paszportu katolickiego”.

Powinien on zawierać „najważniejsze modlitwy i prawdy wiary”. Chodzi o to „By Polacy emigrujący z Ojczyzny do zateizowanych krajów zachodnioeuropejskich nie ulegli tamtejszym lewicującym modom intelektualnym, ale pozostali wierni Bogu i Polsce”. To jeszcze nie wszystko. Minister Szczerski liczy, że Polska będzie dla Europy tym samym, czym był Noe, dla ludzi żyjących przed biblijnym potopem.

„W naszych czasach rodzinę patriarchy i jego samego musi zastąpić grupa społeczna lub cały naród. […] Im szybciej rozpoznamy wśród nas Noego budującego arkę, tym lepiej, tym mniej szkód” – pisze Szczerski.

Jak wynika z lektury dzieła ministra, jest on święcie przekonany, że Polacy mają misję. Pisze, iż odnosi wrażenie, że „wiele krajów czeka na nas, czeka na ojczyznę św. Jana Pawła II, by wskazała na nowo drogę”. I dodaje, że do zbawienia Europy ma nas do tego predestynować „nasz potencjał terytorialny i ludnościowy”.

Jakkolwiek by nie komentować tych „wynurzeń” niepokojące jest to, że autor jest szefem gabinetu Prezydenta RP, kilkakrotnie przymierzany do funkcji Ministra Spraw Zagranicznych.

Bez większej złośliwości dzieło pana profesora można skomentować w czterech słowach: jaki Pan taki kram.

Znajomo w nim pobrzmiewa głoszona wcześniej przez Morawieckiego idea rechrystianizacji Europy, donośnym echem odbija się kompromitująca wypowiedzi Andrzeja Dudy podczas Forum Polsko-Niemieckiego w Berlinie, gdzie prezydent stawiał sobie pytanie „Dlaczego na przykład w sklepie nie można w tej chwili kupić już zwykłej żarówki”.

„Myśl tę prezydent Duda zapewne zaczerpnął ze dzieła Szczerskiego, według którego ta niedobra Unia Europejska „ciągle czegoś zabrania lub coś zakazuje. Nie wolno pomóc jakiejś gałęzi przemysłu, nie wolno palić w piecach węglem, nie wolno wkręcać tradycyjnych żarówek itd., itd.” – skomentował autor artykułu na ten temat Artur Nowak w tygodniku „Newsweek”.

Zakrzykiwani, obrażani, straszeni, zawstydzani ludzie, są jak ofiary stresu pourazowego – i po to właśnie PiS to robi.

Żyjemy w ciągłym stresie, strachu, napięciu i lęku, z uczuciem wyczerpania i niemożności, braku kontroli nad własnym życiem i poczuciem, że cokolwiek robimy, nie zmienia sytuacji. Prawda? A wiecie, że to najbardziej typowe objawy stresu pourazowego?

O to PiS – owi chodziło i tak dokładnie się stało: choć tego nie zauważyliśmy, staliśmy się ofiarami.

I jak typowe ofiary obwiniamy siebie. W programach publicystycznych, w mediach społecznościowych i tradycyjnych, od znajomych i nieznajomych na spotkaniach autorskich ciągle słyszę te same pytania i wyznania.
„To nasza wina, byliśmy aroganccy”. „Byliśmy głupi”. „Nie dość uważaliśmy”. „Nie znamy prawdziwego życia, bo przecież prawdziwe życie znają tylko wyborcy PiS, trzeba było bardziej się im podlizywać, bardziej ich słuchać”. „Nie zadawaliśmy właściwych pytań”. „Nic nas nie obchodziło”. „Może mogliśmy zrobić to lub tamto” albo „tego lub tamtego nie robić”. Jak dziewczyna, która pod wpływem pytań policjanta zaczyna się zastanawiać, czy gwałt to nie jej wina, bo może miała za krótką sukienkę? Może za dużo wypiła? Może mogła zostać w domu, zamiast iść do klubu?

Powiem Wam jedno. Guzik prawda.

Owszem nie jest tak, bo nigdy nie jest, żeby nie było żadnych błędów, aroganckich czy głupich ludzi, po każdej stronie politycznego sporu, w każdej partii i w każdym obozie światopoglądowym. To banał. Nic nowego. I kompletnie nie w tym rzecz.

Rzecz w tym, że temu co się dzieje od trzech lat w Polsce całkowicie i w stu procentach winna jest partia, która wygrała wybory pięcioma milionami i siedmiuset tysiącami głosów (co oznacza, że ponad 24 miliony uprawnionych do głosowania Polaków nie zagłosowało na PiS) i złamała wszelkie reguły i zasady, których zobowiązana była bronić.

Całkowicie i w stu procentach winna jest partia, która podeptała prawo, Konstytucję, swobody i wolności obywatelskie, zasadę świeckości państwa i poszanowania mniejszości, zlikwidowała polski parlamentaryzm i sejmową debatę, sterroryzowała opozycję i jej wyborców, nieuczciwie i bezprawnie, niemal się z tym nie kryjąc, grając hakami i za pomocą zagarniętych mediów publicznych robiąc najobrzydliwszą nienawistną propagandę, brutalnie zaatakowała kobiety, niepełnosprawnych i wszystkie grupy sprzeciwiające się jej poglądom.

Swoją działalnością PiS wypełnił wszystkie przesłanki do delegalizacji partii politycznej, pogwałcił przepisy i umowy społeczne, zniósł trójpodział władzy, zniszczył kapitał społecznego zaufania i wiarę w instytucje państwa, oczernił, opluł i próbował zastraszyć wszystkich myślących inaczej.

To PiS pozwolił sobie na zbyt wiele, nie tylko na to, na co nie pozwala prawo, ale nawet na to, czego wręcz zakazuje i robił to przez cały czas bezczelnie kłamiąc i patrząc ludziom prosto w oczy.

To PiS broni przywilejów skorumpowanego politycznie, upadłego, broniącego pedofilii kościoła katolickiego, neofaszystów i kiboli i promuje tym samym przemoc w życiu publicznym, bo popiera te najbardziej skrajne i destrukcyjne grupy społeczne wyłącznie z jednego powodu: z powodu swojej żądzy władzy.

Mówię to Wam, ponieważ mam już dość słuchania analiz i bezsensownego samobiczowania się, mam dość wymyślania usprawiedliwień i rozmydlania sprawy. Mam już dość tego kajania się i rozdzielania włosa każdej wypowiedzi na czworo, podczas gdy PiS, prawdziwy winny, śmieje się nam w twarz i zaciera ręce.

Otóż mam dla Was nowinę. W Polsce doszło do przestępstwa i jedynym winnym, jedynym sprawcą jest PiS.

I ten sprawca powinien być, tak jak się robi z przestępcami złapany, osądzony zgodnie z zasadami państwa prawa, które sam podeptał i ukarany.

My wszyscy, ludzie których prawa podeptano, którym zabrano państwo prawa, a wraz z nim poczucie godności i bezpieczeństwa, z których życia uczyniono pole walki. My, obrażani, lżeni, opluwani, zastraszani czy jak w przypadku Żydów, symbolicznie bici kijami, jesteśmy niewinnymi ofiarami.

My dziennikarze, ci, którzy straciliśmy pracę i którzy codziennie się o nią boimy, którym przeszkadza się w wykonywaniu naszych obowiązków, strasząc nas i zatajając przed nami informacje, my sędziowie broniący wymiaru sprawiedliwości i strzegący Konstytucji, którą się opluwa i znieważa, my ofiary księży pedofilów, my rolnicy, niepełnosprawni, pacjenci, lekarze i pielęgniarki, my nauczyciele, my, politycy opozycji, których się poniża w reżimowych mediach, zabiera się pensje, na których się nasyła państwowe służby, żeby szukały haków, my obywatele, których prawa się łamie i którym usiłuje się złamać kręgosłup i ducha, my, poniżane i wyśmiewane kobiety, które traktuje się jak podludzi. My wszyscy jesteśmy ofiarami.

I my wszyscy razem, wspólnie i solidarnie musimy walczyć o naszą godność i nasze prawa.

Nie szukajmy winy w sobie. Nie udawajmy że nie widzimy co się dzieje. Nie umniejszajmy tego. Nie chowajmy głowy w piasek.

Bądźmy konsekwentni, odważni i nieugięci. Bądźmy pewni swojej racji – bo ją mamy. My, nie PiS.

Nie tłumaczmy się z tego, że nie jesteśmy święci (bo nikt nie jest). Nie róbmy tego zwłaszcza przed ludźmi, którzy dopuszczają się przestępstw, nadużyć, manipulacji, kłamstw i nieprawości na skalę trudną do wyobrażenia.

Nie zajmujmy się tym, co o nas myślą, niech myślą co chcą.

Podnieśmy głowy i walczmy. Nie tylko o nasze państwo, prawo, ale przede wszystkim o nasze człowieczeństwo i naszą godność.

Nie zachowujmy się jak ofiary, a jeszcze będzie pięknie. Jeszcze będzie normalnie.

Były minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski kandyduje do Parlamentu Europejskiego. Nie zamierza jednak uczestniczyć w debatach prowadzonych przez propisowskich dziennikarzy.

Broniarz o okrągłym stole ws. edukacji: Nie wiemy, czy dyskusja nie będzie elementem czyjejś, robionej za publiczne pieniądze, kampanii do europarlamentu

Nie wiemy, czy będziemy mieli możliwość funkcjonowania na normalnych warunkach, zwykłej uczciwej debaty, czy też będzie ona elementem czyjejś, robionej za publiczne pieniądze, kampanii do europarlamentu. Stąd decyzja wszystkich organizacji pracodawców i ZNP o tym, że nie będziemy brali udział w obradach okrągłego stołu, dlatego że nie takiej formuły oczekiwaliśmy” – mówił podczas protestu przed siedzibą Ministerstwa Edukacji Narodowej szef ZNP Sławomir Broniarz.

Broniarz: Nie możemy zmarnować kapitału poparcia społecznego. Nie możemy dać się skłócić, rozejść. Wszyscy potrafimy mówić wspólnym głosem

Przed nami również trudne decyzje maturalne. Dzisiaj pan premier ma ogłosić projekt zmiany ustawy, która pozwoli obejść problem nieklasyfikowania uczniów. Zdajemy sobie sprawę z tego, że to, co czeka nas w najbliższych dniach, będzie sprawdzianem naszej jedności, solidarności. Nie możemy tego kapitału poparcia społecznego zmarnować i nie możemy dać się skłócić, rozejść się, dlatego że naszym ogromnym kapitałem jest to, że wszyscy potrafimy mówić wspólnym głosem, że chcemy edukację naprawiać i że chcemy, żebyśmy lepiej zarabiali. Ale żebyśmy o tym sami decydowali, a nie oddawali naszych losów w ręce tego czy innego polityka. Bądźmy razem” – mówił podczas protestu przed siedzibą Ministerstwa Edukacji Narodowej szef ZNP Sławomir Broniarz.

Gronkiewicz-Waltz: Polska nie spełnia warunków wejścia do unii walutowej. Nie przyjęliby jej prawdopodobnie nawet do Unii Europejskiej

[Jarosław Kaczyński] nie przeczytał traktatu, który podpisał jego brat, bo tam jest na temat unii walutowej. Niech przyjrzy się, jakie warunki Polska musiałaby spełnić. Dzisiaj Polska nie spełnia warunków wejścia do unii walutowej, jak również prawdopodobnie by jej nie przyjęli do Unii Europejskiej. Jest rząd, który narusza zasadę trójpodziału władzy, zasadę praworządności, które są podstawą funkcjonowania Unii Europejskiej, to nie tylko w unii walutowej byśmy nie byli, ale i w UE” – mówiła w rozmowie z Piotrem Kraśką w Poranku Radia TOK FM była prezes NBP i była prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Gronkiewicz-Waltz: Sukcesem Schetyny jest to, że powstała Koalicja Europejska jako przeciwwaga dla Zjednoczonej Prawicy, która trzyma się mocno

Jego [Grzegorza Schetyny] sukcesem jest to, że powstała Koalicja Europejska. Każdy tam znajdzie kogoś do głosowania na liście. Jest przeciwwaga dla Zjednoczonej Prawicy, która trzyma się mocno. W sprawach światopoglądowych nie powinno być żadnej dyscypliny partyjnej i [PSL] powinno taki warunek postawić” – mówiła w rozmowie z Piotrem Kraśką w Poranku Radia TOK FM była prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Grupiński: Morawiecki jest dzisiaj premierem skompromitowanym

– Nie może obejść się bez komentarza to, co dzieje się w ostatnim wczasie obok tak ważnego strajku nauczycieli, wobec wielu innych wyzwań i problemów, którymi dzisiaj żyjemy, nie może jednak ujść bez uwagi, bez komentarza to, co dzieje się z językiem polskiej polityki, w tej polityce, w jej samym centrum. Nie można pominąć obojętnie wypowiedzi premiera, który szkaluje własne państwo i wymiar sprawiedliwości w Nowym Jorku. Nie można przejść spokojnie do innych spraw, codziennych, do porządku dziennego wtedy, kiedy mają miejsce antysemickie ekscesy w Pruchniku, a rząd ani prezes rządzącej partii tego nie komentują. Nie można przejść do porządku dziennego nad tym, co mówi minister Jaki o nauczycielach, przyrównując ich postępowania do Wehrmachtu. Mnoży się tego rodzaju wystąpień w ostatnim czasie wiele. Mieliśmy do czynienia z niezwykłą tolerancją wobec różnych wystąpień polskich nacjonalistów czy nawet neofaszystów. Mieliśmy niezwykłą pobłażliwość służb, ministra Ziobry, premiera Morawieckiego wobec wielu ekscesów nacjonalistycznych i antysemickich. Proszę zwrócić uwagę na to, że premier polskiego rządu atakuje polski wymiar sprawiedliwości, którego w jakimś sensie jest także przełożonym w sposób, który urąga wszelkim zasadom nie tylko moralnym, ale także historii. Morawiecki jest dzisiaj premierem skompromitowanym, człowiekiem, który nie powinien w ogóle pełnić funkcji premiera. To fakt bezsporny – stwierdził Rafał Grupiński na briefingu w Sejmie.

Najbardziej zaufany ochroniarz Jarosława Kaczyńskiego nie posiada pozwolenia na broń oraz licencji pracownika ochrony za to z listem gończym i #wyrokiem karnym na koncie.

Polexit. To polityka, którą realizuje Kaczyński i jego przydupasy pokroju Morawieckiego

19 Kwi

Korzystając z zamieszania wokół strajku nauczycieli, Prawo i Sprawiedliwość postanowiło przeprowadzić decydujący szturm na Sąd Najwyższy tak, by jeszcze przed wyborami parlamentarnymi zapewnić sobie przejęcie tej instytucji i obsadzenie prezesów izb kandydatami, których do Sądu Najwyższego nominowała upolityczniona Krajowa Rada Sądownictwa. Wie bowiem, że dotychczasowe działania w tym zakresie nie przyniosły upragnionego władztwa nad tą najwyższą instancją wymiaru sprawiedliwości.

Jak pisze Tomasz Skory z RMF FM, przypominając że to już ósma nowelizacja ustawy o SN, rządzący planują wprowadzić w tej instytucji zmiany otwarcie sprzeczne z literalnym brzmieniem zapisów Konstytucji, przyznając prezydentowi Andrzejowi Dudzie prawo wyboru I prezesa SN oraz prezesów izb także spośród kandydatów, których Zgromadzenie Ogólne sędziów SN nie wskazało. Według obecnych przepisów kandydatów na te stanowiska wskazują zgromadzenia sędziów, przy wymaganej obecności 2/3, a jeśli to się nie uda – 3/5 liczby uprawnionych sędziów.

Nowe przypisy wprowadzają dwa kolejne stopnie. Jeśli do wskazania kandydatów na I Prezesa bądź prezesów izb SN nie dojdzie w oparciu o istniejącą procedurę – nowelizacja wprowadza możliwość ich wyboru już “bez względu na liczbę obecnych sędziów”. Taki kształt przepisów ma związek z tym, że dotychczasowe zamieszanie wokół obsadzania SN nowymi sędziami napotkało na olbrzymie problemy, także przez toczącą się przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej postępowaniem. Teraz sprawa z pewnością jeszcze się zaostrzy, bowiem to, co planuje PiS w projektowanym czwartym krokiem jest otwartym wejściem władzy wykonawczej w sferę zastrzeżoną przepisami Konstytucji do władzy sądowniczej. 

Przepis ma zakładać, że jeśli prezydent nie otrzyma na czas uchwały zgromadzenia sędziów SN wskazującej kandydatów w pierwszym, drugim lub trzecim kroku – będzie mógł powołać I Prezesa albo prezesa izby SN zupełnie bez opinii sędziów, tak jakby nie istniał art. 183 p. 3 Konstytucji, który wprost stwierdza, że “I Prezesa Sądu Najwyższego powołuje Prezydent Rzeczypospolitej na sześcioletnią kadencję spośród kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Ogólne sędziów SN”

Opozycja grzmi, że plany rządzących to wprowadzanie w Polsce białoruskich standardów funkcjonowania państwa, a decyzja o kolejnym łamaniu fundamentalnych w UE zasad trójpodziału władzy i niezależności władzy sądowniczej jest niczym innym, jak przygotowywaniem polskiego państwa do opuszczenia struktur wspólnoty.

„Nie ulega wątpliwości, że przepisy naruszają standardy polskiej konstytucji i praworządności zawarte w traktatach unijnych. Jest to kolejny krok do wyprowadzania Polski z Unii Europejskiej, praktycznego wyprowadzania standardów unijnych z Polski. Nie da się dziś pogodzić standardów unijnych, przepisów traktatowych z porządkiem prawnym, który PiS wprowadza poprzez tego rodzaju zmiany” – mówił na konferencji prasowej w Sejmie Jan Grabiec z PO.

„Już pierwsze analizy tej ustawy pokazują, że co najmniej 3 pomysły naruszają zasady praworządności. Jest to ustawowe umorzenie postępowań, które dotyczą powołań sędziów dokonanych przez obecną, upolitycznioną KRS. Jest to przyznanie prezydentowi Andrzejowi Dudzie szerszych kompetencji dot. wyboru I Prezesa Sądu Najwyższego i prezesów izb. Jest to zwiększenie roli Izby Dyscyplinarnej kontrolowanej przez ludzi Ziobry” – dodawała Kamila Gasiuk-Pihowicz z PO-KO.

„To wygląda trochę tak, jakby otwierały się drzwi do czystki wszystkich sędziów. Jeżeli obecny rząd będzie chciał aresztować niepokornych wobec obecnej władzy sędziów, to nic już nie będzie stało na przeszkodzie. To są białoruskie standardy w unijnym kraju. Wprowadzanie takich białoruskich standardów wyłącznie pogłębi konflikt z Unią Europejską. Na końcu tego chaosu prawnego będzie po prostu polexit – alarmowała Gasiuk-Pihowicz.

Nieprzypadkowo projekt trafił do Sejmu akurat teraz. Lada moment będą święta, później trwać będzie przedwyborcza gorączka, wakacje i znów gorąca kampania wyborcza. A wówczas na masowe protesty pewnie nie ma co liczyć.

„Emocjami jesteśmy z nauczycielami, protest jest słuszny. Jako Koalicja Europejska chcemy podpisać deklarację na rzecz oświaty polskiej. Jeżeli rząd PiS nie spełni oczekiwań środowiska nauczycielskiego, zrobimy to po wyborach w październiku” – powiedział Schetyna. Podczas specjalnej konferencji występując w pełnym gronie koalicjantów: Władysława Kosiniaka Kamysza, Jerzego Wenderlicha, Katarzyny Lubnauer i Marka Kossakowskiego – zaapelował o zakończenie protestu nauczycieli.

„Nie może być tak, że ten słuszny protest nauczycieli będzie trwał przez święta” – powiedział Schetyna, kierując swój apel nie bezpośrednio do nauczycieli, ale do rządu: „W tej trudnej sytuacji, którą spowodowała deforma Anny Zalewskiej, apelujemy do Jarosława Kaczyńskiego, by wezwał premiera, który powinien zdecydować o podwyżkach. Apelujemy do rządu i prezesa Kaczyńskiego o zakończenie tego protestu.”

„Rząd nie dał rady przez dwa tygodnie protestu. Nie jest w stanie złożyć godnej oferty nauczycielom, uczniom. Nie ma żadnej propozycji, bo nie ma dobrej woli w tym względzie. Wczorajsze oferty to kolejna prowokacja. Chcą grać na czas, na przeczekanie, na zmęczenie. Nie da się zrealizować postulatów bez dobrej woli. Ta wola jest po naszej stronie” – dodał Władysław Kosiniak-Kamysz, lider ludowców.

Koalicjanci podpisali specjalną deklarację, w której czytamy, że obiecują nauczycielom podwyżki: 30 procent w trzech ratach (pierwsza od 1 stycznia 2020 roku). Podwyżki wyniosłyby: 725 zł brutto dla nauczyciela stażysty, 746 zł brutto dla nauczyciela kontraktowego, 847 zł brutto dla nauczyciela mianowanego, 995 zł brutto dla nauczyciela dyplomowanego.

W deklaracji poza tym mowa o zwiększeniu autonomii szkół, zmniejszeniu biurokracji i systematycznym wzroście nakładów na edukację.

Protest nauczycieli trwa od 8 kwietnia. Organizatorzy zaczynają myśleć o zawieszeniu protestu. Dziś w rozmowie z „Rzeczpospolitą” szef ZNP Sławomir Broniarz przyznał, że może się to stać na czas matur. Decyzja zostanie podjęta 23 kwietnia.

Tusk pogoni tałatajstwo z PiS z Morawieckim i Kaczyńskim na czele? Nie! To my tych zaprzańców wykopiemy od koryta

10 Kwi

Nie od dziś wiadomo, że Donald Tusk działa na Kaczyńskiego jak płachta na byka. Wiemy też, że Przewodniczący Rady Europejskiej jest jedyną osobą, której obawia się dziś partia rządząca, jak również sam jej prezes.

Dlatego też wystąpienie Tuska przed samymi wyborami europejskimi będzie ciosem w samo serce PiSu. Jak informuje gazeta.pl ten cios zostanie zadany na początku maja. Właśnie wtedy do Polski przyjedzie Donald Tusk i wygłosi w naszym kraju „bardzo ważne przemówienie”.

To na pewno wzbudzi niepokój w szeregach PiSu, a może nawet i wściekłość.

Jak mówi polityk z kierownictwa Platformy: „To prawda, planowane jest takie wystąpienie Donalda Tuska. Jeszcze nie wszystkie szczegóły są ustalone, planujemy domknąć temat do końca tego tygodnia. Jesteśmy w tej sprawie w stałym kontakcie z przewodniczącym Tuskiem”.

Nie wiadomo, czy Tusk zabierze głos 2 czy 3 maja, nie wiemy też gdzie, może w Łodzi, a może w Warszawie. No i o czym będzie mówił, może o znaczeniu konstytucji i państwa prawa, a może poruszy bardziej europejskie, unijne tematy. Ta druga opcja wydaje się dziś bardziej prawdopodobna.

Według Europosła Platformy: „Wystąpienie przewodniczącego ma mieć charakter silnie profrekwencyjny, przypomnieć Polakom znaczenie tych wyborów i zachęcać do wzięcia w nich udziału. Tusk będzie chciał pokazać Polakom, jak dużym zagrożeniem dla Unii Europejskiej, w tym także Polski, są aktualnie wszelkiego rodzaju populizmy, jak mocno uderzają w instytucje unijne i jak ważne jest, żeby dać im odpór”.

Wiadomo, że szczegóły tej wizyty były omawiane podczas niedawnego pobytu przewodniczącego PO Grzegorza Schetyny w Brukseli. To wtedy Internet obiegło zdjęcie obu panów siedzących przy jednym stole, które nerwowo komentowali politycy PiS, w tym Joachim Brudziński, wyśmiewając mowę ciała obu polityków. Wtedy, o tym spotkaniu, mówił Sławomir Neumann, szef klubu parlamentarnego PO: „To była dobra, ważna, kilkugodzinna rozmowa, która trochę nakreśliła ramy współpracy na przyszłość” Dziś już wiemy co miał na myśli.

Według gazety.pl: „w organizację wizyty Tuska zaangażowane są te same osoby, które w listopadzie 2018 roku przygotowywały jego udział w Igrzyskach Wolności w Łodzi”. Podczas tego wykładu Tusk powiedział: „Jeśli oni mogli pokonać bolszewików, to dlaczego wy nie mielibyście dać rady pokonać współczesnych bolszewików”.

Te słowa wywołały burzę w PiSie.  Odebrano je jako jednoznaczną aluzję wobec partii rządzącej. Wtedy przewodniczący Tusk napisał na Twitterze: „Kiedy powiedziałem, że Polacy dziś też mogą pokonać współczesnych bolszewików, wszyscy uznali, że to było o PiS. Nawet PiS tak pomyślał. A to było o bolszewikach, o nikim innym”.

Dziś wszyscy, którym PiS odebrało nadzieję na lepsze czasy, w napięciu czekają na majową wizytę Przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska.

Fragment centrum miasta będzie całkowicie zablokowany. Na Trakcie Królewskim znów pojawią się metalowe barierki, a prezes Kaczyński znów stanie na drabince!

Wszystko dlatego, że Prawo i Sprawiedliwość organizuje w środę w Warszawie całodzienne obchody dziewiątej rocznicy katastrofy smoleńskiej. Całość odbywać się będzie pod hasłem „Pokażemy, że pamiętamy!”

Mieszkańcy doskonale pamiętają te uroczystości. 96 razy partia Jarosława Kaczyńskiego organizowała pochody, które były nieodłączną częścią miesięcznic smoleńskich. Ostatni odbył się 10 kwietnia 2018.

Podobnie jak wtedy barierki otoczą teren zaplanowanych przez PiS państwowych uroczystości: od archikatedry św. Jana na Starym Mieście przez plac Zamkowy i Krakowskie Przedmieście do skweru księdza Jana Twardowskiego przy ul. Karowej. Wygrodzenia z metalowych parkanów pojawią się też na ulicach gen. Michała Tokarzewskiego-Karaszewicza i Królewskiej oraz na pl. Piłsudskiego.

Obchody państwowe, z udziałem prezydenta Andrzeja Dudy rozpoczną się o godz. 8 mszą św. w intencji ofiar katastrofy smoleńskiej. Msza odprawiona zostanie w kościele seminaryjnym pw. Wniebowzięcia NMP i św. Józefa Oblubieńca przy Krakowskim Przedmieściu. O godz. 8.41 przed Pałacem Prezydenckim odczytany będzie apel pamięci, po którym – o godz. 9.10 – uczestnicy uroczystości przejdą na plac Piłsudskiego, gdzie złożą kwiaty pod pomnikami Lecha Kaczyńskiego i Ofiar Tragedii Smoleńskiej. W godz. 9.30 – 15. przed Pałacem Prezydenckim wyświetlane będą filmy na temat katastrofy tupolewa.

Kolejna uroczysta msza św. odprawiona będzie o godz. 19 w archikatedrze św. Jana, po niej wyruszy Marsz Pamięci. Przejdzie otoczonym barierami korytarzem przed Pałac Prezydencki, gdzie o godz. 20.45 przemówią prezydent Andrzej Duda i prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Obchody dziewiątej rocznicy katastrofy przygotowuje także stołeczny ratusz. Rozpoczną się one o godz. 8.20 w kwaterze smoleńskiej na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.

Również w środę ulicami Warszawy przejdzie marsz z portretami ofiar katastrofy smoleńskiej organizowany przez Stowarzyszenie Solidarni 2010. Wyruszy o godz. 17 z pl. Trzech Krzyży. Przejdzie Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem, skręci na plac Piłsudskiego, gdzie uczestnicy odmówią modlitwę i złożą kwiaty pod dwoma pomnikami. Następnie udadzą się przed Pałac Prezydencki, gdzie odmówią kolejną modlitwę i zapalą znicze. Marsz zakończy się na placu Zamkowym apelem pamięci pod kolumną Zygmunta.

W zawiązku z zamknięciem części Krakowskiego Przedmieścia oraz ul. Królewskiej i pl. Piłsudskiego zmienione będą trasy wielu autobusów: E-2, 102, 105, 107, 111, 116, 118, 127, 128, 166, 171, 175, 178, 195, 222, 503 i 518.

Przed laty było takie młodzieżowe powiedzonko: „Kpisz, czy o drogę pytasz?” Pasuje, jak ulał do dzisiejszej propozycji premiera Morawieckiego.

W momencie, kiedy trwa strajk nauczycieli domagających się podwyżek, związkowcy odrzucają propozycje strony rządowej, pan premier przychodzi do pisowskiej telewizji i proponuje nauczycielom „okrągły stół”. Szczegóły są jeszcze ciekawsze. Miałby on odbyć się po świętach Wielkanocnych. A co do świąt? Egzaminy! to jasne. Pan premier apeluje do nauczycieli, żeby zaangażowali się w organizację egzaminów gimnazjalnych, które rozpoczynają się w środę. Jednocześnie zaznacza stanowczo, że nie będzie dalszych ustępstw wobec pracowników oświaty.

Premier oczywiście nie krzyczał, jak Gomułka „Studenci do nauki, literaci do pióra”, ale za to w studiu telewizyjnym prezentował, jak rosły średnie płace nauczycieli dyplomowanych w latach 2017-2019. Po co to robił? No, żeby lud zobaczył jacy pazerni są ci belfrzy.

Następnie stwierdził, że: „za 2,5 roku niektórzy nauczyciele mogą zarabiać powyżej 8 tys. zł, może uda się to przyspieszyć, ale do tego potrzebujemy akceptacji naszych propozycji porozumienia przez strony związkowe”.

Podkreślił jednak stanowczo, że „możliwości budżetowe się w tym momencie skończyły”. I przekonywał: „Postulaty ZNP są wielomiliardowe, my jesteśmy rządem odpowiedzialnym za stan finansów publicznych. Chcemy w stabilny sposób przeprowadzić przez spowolnienie koniunktury nasze państwo, gospodarkę”.

Zapewnił też, że: „Na pewno nie będzie dalej idących podwyżek w tym roku. Ale mogą być w przyszłych latach w związku z tą dużą reformą i okrągłym stołem, do którego serdecznie zapraszam”.

Na tę rozmowę telewizyjną z premierem Morawieckim zareagował na Twitterze Związek Nauczycielstwa Polskiego: „Panie Premierze, od miesięcy prosimy Pana o spotkanie. Nie znalazł Pan czasu dla nauczycieli, a dzisiaj pokazuje Pan wirtualne średnie wynagrodzenia jako nasze rzekome „płace”.

Jak widać, pan premier jest zdania, że na kłamstwie też da się budować…

Prawdziwa rozmowa to chęć zobaczenia kogoś naprawdę i spotkania się z nim w pół drogi

Fakt, że nikt z nikim w Polsce nie rozmawia, a nawet nie potrafi jest rodzajem cenzury. Mniej spektakularnej i niewidocznej na pierwszy rzut oka, ale z całą pewnością cenzury. I cenzurą jest też ten wieczny pośpiech, popychanie i lekceważenie, to nieustanne zamykanie przez PiS wszystkim ust: krzykiem i lżeniem, ograniczeniem działalności sejmu, tak że stał się niemy, ograniczeniem wolności zgromadzeń, ograniczeniem działalności wolnych mediów.

Zauważyliście, że w przestrzeni publicznej nikt z nikim nie rozmawia? Jest bardzo dużo słów, dużo krzyków, obelg i demonstracyjnych gestów. Jednak porozumienie jest niemożliwe, ponieważ to nie są gesty prawdziwej komunikacji. Szczere i obliczone na porozumienie. Wszyscy mówiąc do kogoś, tak naprawdę mają swojego rozmówcę gdzieś. To co mówią jest dla słuchaczy, dla przysłuchujących się rozmowie gapiów z zewnątrz, obliczone na poklask i wywarcie odpowiedniego wrażenia. A przecież niemożliwe jest dogadać się z kimś, kto mówiąc do nas i wtedy, gdy my do niego mówimy zerka w bok, bardziej zainteresowany wrażeniem jakie wywarł na świadkach niż tym, czy rzeczywiście udało mu się dotrzeć do nas.

Rząd nie potrafi się porozumieć z nauczycielami, rolnikami czy żadną inną grupą zawodową, obraża, kłamie i szantażuje nie tylko ze złej woli, ale – tak sądzę od jakiegoś czasu – ponieważ zwyczajnie rozmawiać nie umie. Bo nikt tam nie rozumie, że rozmowa to nie jest otwieranie ust i wydobywanie z gardła dźwięków. Rozmowa to nastawienie na drugiego, na odbiór tego, co nam komunikuje, nie tylko dosłownego sensu, ale intencji i rzeczy przemycanych między słowami, zrozumienie jego prawdziwych potrzeb, uważność i szacunek.

Prawdziwa rozmowa to chęć zobaczenia kogoś naprawdę i spotkania się z nim w pół drogi.

Oczywiście bywa, że i strajkujący ludzie nie potrafią rozmawiać, ta nieumiejętność rozmowy to zresztą w ogóle jest w Polsce dość powszechna przypadłość. Piszę jednak o politykach, bo od nich, z racji pełnionych przez nich zaszczytnych publicznych urzędów, mamy prawo wymagać znacznie więcej.

Staranie się, żeby zrozumieć i ułatwiać, a nie utrudniać nam wszystkim życie to ich praca i codzienny obowiązek.
Pomyślałam o tej naszej narodowej cesze – nieumiejętności rozmawiania, obserwując debatę i nastroje wokół strajku nauczycieli.

Pomyślałam, szczerze mówiąc, że w ten sposób nigdy nam się nie uda.

Doszliśmy w naszym kraju do punktu, w którym wszyscy traktujemy siebie po prostu przemocowo, bo jest przemocą ciągły terror, podniesiony głos, zmuszanie, manipulowanie i przede wszystkich nieustanne poganianie.
Szybciej! Szybciej! Szybciej!

Sądzę, że ten pośpiech PiS, najpierw w nocnych głosowaniach, zagarnianiu stanowisk i pieniędzy, telewizji publicznej, w procedowaniu i głosowaniu ustaw, nawet pośpiech w wypowiedziach występujących w studiach TV posłów PiS, którzy nie mówią, ale trajkoczą, jak zepsute katarynki, których nie da się zatrzymać, jest po to, żebyśmy nie mogli przystanąć i pomyśleć.

Bo kiedy człowiek zatrzymuje się i myśli, to bywa, że coś wymyśli. Nie zgodzi się i zbuntuje. Zakwestionuje. Niemal na pewno zacznie zadawać pytania. Kiedy człowiek myśli, różne, najróżniejsze rzeczy przychodzą mu do głowy i nie są to najczęściej rzeczy po myśli władzy.

Dlatego w ustrojach totalnych wykluczona jest dyskusja, a decyzje się odgórnie ogłasza. Przedyskutowanie ich wcześniej mogłoby sprawić i sprawiłoby z pewnością, że ludzie nie byliby jednomyślni, że daliby upust swoim opiniom, uczuciom, marzeniom i dążeniom.

Dlatego fakt, że nikt z nikim w Polsce nie rozmawia, a nawet nie potrafi jest rodzajem cenzury. Mniej spektakularnej i niewidocznej na pierwszy rzut oka, ale z całą pewnością cenzury. I cenzurą jest też ten wieczny pośpiech, popychanie i lekceważenie, to nieustane zamykanie przez PiS wszystkim ust: krzykiem i lżeniem, ograniczeniem działalności sejmu, tak że stał się niemy, ograniczeniem wolności zgromadzeń, ograniczeniem działalności wolnych mediów.

Stan wojenny nie musi oznaczać czołgów na ulicach, tak jak cenzura nie musi oznaczać powstanie urzędu przy Mysiej. Dzięki nowoczesnym mass mediom wszystko może rozgrywać się – i rozgrywa – znacznie subtelniej – i zarazem dużo bardziej groźnie.

Nie łudźcie się, że formalny brak urzędu cenzora oznacza, że jest się wolnym w swoich wypowiedziach, wyrażaniu potrzeb i emocji.

Nie.Brak tego urzędu oznacza tylko, że zostaniecie zmuszeni do milczenia – właściwie już jesteście zmuszani, ta pętla zaciska się od jakiegoś czasu – ale nawet tego nie zauważacie.

I nie dajcie się nabrać na argument, że jest wolność bo są strajki, czy dyskusje w programach publicystycznych.
Nie ma wolności, bo władza nie słucha ludzi i traktuje ich z buta, prymitywnie i brutalnie, jak zbuntowane sługi i utrapienie, a wszyscy wyrażający, w owych studiach telewizyjnych właśnie, odmienne od niej opinie, są szykanowani, zniesławiani, straszeni, albo napuszcza się na nich prymitywnych hejterów.

Ta klatka już stoi, a jej pręty są mocne i silne. Jeśli nic się nie zmieni, niedługo się zamknie.

PiS wydyma nauczycieli

8 Kwi

>>>

Rezydenci Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy zaapelowali do nauczycieli ws. rozpoczętego strajku pracowników oświaty. Młodzi lekarze wspominają swoje ustalenia z rządem Prawa i Sprawiedliwość.

Protest trwa w trakcie jednego z najważniejszych egzaminów ósmoklasistów i gimnazjalistów. Powinniśmy pokazać, że ich wspieramy. Proszę, rozważcie, czy nie złagodzić protestu w tym czasie, by młodzież mogła te egzaminy napisać – apeluje do nauczycieli minister Beata Szydło.

Protestujemy w trosce o Waszą przyszłość! Macie prawo, by uczył Was dobrze wykształcony nauczyciel, człowiek z pasją, który ma dla was czas, a nie musi dorabiać po godzinach. Drogie uczennice, drodzy uczniowie! Prosimy, zrozumcie nas! – odpowiada ZNP na słowa Szydło.

Na zachowanie rządu Prawa i Sprawiedliwość zareagowali młodzi lekarzy rezydenci, którzy nie tak dawno także strajkowali ws. polepszenia warunków pracowników służby zdrowia. – Drodzy Nauczyciele, po 14 miesiącach od porozumienia nadal gros szpitali nie wypłaca podwyżek. Wczoraj, w 12 h lekarze zgłosili nam 67 takich szpitali. A to tylko wierzchołek. Nauczyciele, Bądźcie ostrożni i czujni! Na głównym postulacie,% PKB na zdrowie, też zostaliśmy oszukani. My, lekarze, pracownicy medyczni i przede wszystkim pacjenci.

(…) Cały czas nagłaśniamy kreatywną księgowość rządu oraz uciekanie się do kruczków prawnych. Zapisy porozumienia zmieniono. Czas pokazał jak bardzo i na ile Ministerstwo Zdrowia i Ministerstwo Finansów oszukało najsłabszych chorych obywateli. Dzięki kreatywnej księgowości „zaoszczędzono” 10 mld na zdrowiu. Mówiliśmy o tym choćby na ostatniej Komisji Zdrowia –mówią Rezydenci OZZL.

Rząd PiS otworzył konflikty z wieloma grupami społecznymi. 23 maja zaczyna się prostest osób z niepełnosprawnościami, 1 czerwca lekarzy rezydentów. Ten rząd nie umie rozmawiać z ludźmi – komentuje Sylwia Spurek z partii Wiosna.

Kaczyński buduje Polskę, jaką pamięta i której się nie boi, Polskę przaśną, siermiężną, prowincjonalnie zaściankową, zaludnioną prostaczkami, którymi łatwo kierować i z pomocą wynajętego Kościoła sprawować rządy ich dusz

New York Times napisał o Jarosławie Kaczyńskim, że „pociąga za sobą cały kraj w otchłań bólu, zemsty i paranoi”.  Media w krajach cywilizowanych tytułowały go już satrapą, samowładcą, despotą, a nawet dyktatorem. To niezbyt trafna ocena. Prezesowi daleko do historycznych postaci wielkich tyranów i epokowych oberbandytów. Bezprawie nie jest jego celem, a jedynie środkiem do celu. Projekt Kaczyńskiego nie zakłada wielkich podbojów, ani nie zmierza do zawłaszczenia wszelkich bogactw podbitego kraju.  Dla Kaczyńskiego Polska to taka spółka „Srebrna”, tylko trochę większa. Też zagarnięta prawem kaduka i też rządzona apodyktycznie, zgodnie z prawami, które zaborca sam sobie nadał. Jego projekt to powrót do czasów dzieciństwa. Buduje Polskę, jaką pamięta i której się nie boi, Polskę przaśną, siermiężną, prowincjonalnie zaściankową, zaludnioną prostaczkami, którymi łatwo kierować i z pomocą wynajętego Kościoła sprawować rządy ich dusz.

Realizacja zamysłów „prezesa tysiąclecia” napotyka jednak na rosnące przeciwności. Ogłaszane przez PiS koncepcje coraz częściej bywają groteskowe, decyzje funkcjonariuszy Kaczyńskiego są coraz bardziej niedorzeczne, a ich wypowiedzi zwyczajnie głupie. Partia Kaczyńskiego najwyraźniej goni w piętkę, a jego projekt pruje się i rozłazi w szwach. TVPis nawet nie udaje, że chce kogokolwiek do czegokolwiek przekonać, i już tylko sączy czysty stuprocentowy jad, a na „podpaskach” w TVPInfo roi się od karykaturalnych idiotyzmów.  Pogubieni akolici prezesa wygadują takie głupstwa, jakby ich inteligencja porównywalna była z ławeczką patriotyczną ministra Błaszczaka.

Bezapelacyjnym mistrzem niedorzeczności jest niewątpliwie premier Morawiecki. Ale nie warto się znęcać nad jego filipikami, bo mało kto traktuje je poważnie. Poprzestając więc na refleksji, że w historii Polski nie było dotąd faceta, który tak pięknie potrafiłby mówić o niczym – warto zająć się jego podwładnymi.  Bo w wielu resortach głupota goni głupotę i naprawdę jest w czym wybierać.

Minister Rafalska przekonuje Polaków, że wypłata „emerytury plus” nie dlatego odbędzie się tuż przed wyborami, że zaraz po wypłacie są wybory, ale dlatego, że akurat w maju jest dużo popularnych imienin oraz komunii. Ponadto trzynastkę wypłacić trzeba szybko, bo jak opozycja dojdzie do władzy, to zabierze emerytom ten dodatek, tak jak wszystkie inne świadczenia hojnego Pana prezesa. Czyli data wypłaty nie ma związku z wyborami, ale z drugiej strony ma jak najbardziej.

Minister Ziobro ośmieszył się reakcją na zastrzeżenia władz Unii co do legalności nowej komórki dyscyplinarnej dla sędziów, podporządkowanej władzy wykonawczej. Wyjaśnił mianowicie, że tylko jego prokuratorzy, radcy czy notariusze, nominowani przez niego do godności sędziowskiej i orzekający w podporządkowanej mu Izbie zgodnie z jego wolą potrafią wziąć w karby złodziei wiertarek ukrywających się dotąd wśród sędziów SN – nie naruszając przy tym świętej zasady trójpodziału władzy. Dał więc do zrozumienia, że główny prokurator – sam oskarżany o liczne delikty konstytucyjne i notoryczne naruszenia konstytucji – ma pełne prawo nadzorować i dyscyplinować wszystkich sędziów, ponieważ kiedyś któryś z nich z oznakami zaburzenia świadomości włożył sobie do kieszeni niepotrzebną mu do niczego część jakiejś wiertarki.

Pani Jadwiga Emilewicz, minister od przedsiębiorczości i technologii, ogłosiła raport, z którego wynika, że wszystkie handlowe niedziele powinny zniknąć, ponieważ decyzja o ograniczeniu sprzedaży spełnia założenia ustawodawcy. Jednym z głównych założeń było zwiększenie zysków małych sklepów osiedlowych, kosztem wielkich supermarketów. Z raportu wynika, że jak dotąd jest przeciwnie – na ograniczeniu sprzedaży korzystają duże sieci handlowe, a drobni handlowcy plajtują.  Okazało się jednak, że padają z własnej winy, bo zdaniem pani minister mogliby przecież sami łączyć się w duże sieci handlowe…

Rzeczniczka rządu Beata Mazurek, komentując najnowszy program PO, przeczytała z kartki, że to wszystko, co Platforma teraz postuluje, mogła zrobić wtedy, gdy sama rządziła. Czyli zdaniem pani rzecznik już dawno PO powinna przywrócić w Polsce praworządność zdemolowaną obecnie przez PiS. Mogła też wcześniej zakończyć izolację Polski na arenie międzynarodowej, którą później spowodowała partia Kaczyńskiego. A w czasie wielkiego kryzysu Platforma, zamiast walczyć z recesją i deficytem budżetowym, powinna zrównać zarobki Polaków do średniej europejskiej. Pani Mazurek (albo ten, kto jej napisał głupawe wystąpienie) nie po raz pierwszy zakłada, że Polacy nie czytają, nie myślą i łykną dowolnie idiotyczną wiadomość podaną im do wierzenia przez „jedyną partię godną zaufania”.

Miło popatrzeć jak goni w piętkę sam Adam Bielan – guru partyjnej agitacji i autor wielu łgarstw propagandowych w przekazach dnia. Jego najnowsza teza wygłoszona w TVN24, że strajk w oświacie jest efektem spisku szefa ZNP z szefem PO, była tak głupia, że nie podchwycili jej nawet najbardziej prostoduszni funkcjonariusze PiS. Z równą kpiną potraktowano tezę, że nauczyciele są nieodpowiedzialni, bo dotąd nie strajkowali, a teraz, kiedy nowa władza zaczęła o nich dbać, to zostawiają dzieci samopas. Bo na zwykłą logikę – jeśli nauczyciele dotąd nie strajkowali, to właśnie dlatego, że są odpowiedzialni i dopiero dzięki zmasowanym wysiłkom PiS udało się ich doprowadzić do desperacji. Zaorano oświatę, rozbudowano minima programowe, które zmuszają do uczenia na patatajkę, napakowano w programy ideologii, zwiększono liczebność klas. Przybyło problemów wychowawczych i zagrożeń, bo wbrew celom „reformy” maluchy obijają się dziś o wyrostków napompowanych hormonami . Równocześnie nauczyciele otrzymali wiadomość, że kraj opływa w dostatki, kasa jest pełna, są miliardy i na Wydział Propagandy PiS w TVP, i na zakup strategicznej podobno kolejki linowej, i na nowe elektrownie węglowe, które zaraz trzeba będzie zamykać, bo udusimy się smogiem. W trosce o przychylność elektoratu wiejskiego są pieniądze na dopłaty do krów i świń. Są środki na sowite premie, które należą się funkcjonariuszom PiS za to, że są w PiS, a także za przeoranie całego systemu oświaty, za firmowanie koszmarnej rewolucji szkolnej i za notoryczne kłamstwa uśmiechniętej do siebie pani minister. Nie ma tylko pieniędzy dla nauczyciela, który jeśli chce przyzwoicie zarabiać, to musi zrezygnować z celibatu.

Wicepremier Szydło, p.o. nieodwołanej jeszcze ministry edukacji Anny Zalewskiej, przedstawiła zaskakującą koncepcję usatysfakcjonowania nauczycieli. Wychodząc naprzeciw postulatowi podniesienia płac, zaproponowała protestującym wydłużenie czasu ich pracy, co pozwoli zwolnić część nauczycieli, a ich pieniędzmi obdzielić tych, którzy w pracy pozostaną.  Od razu wyszło na jaw, że po przeliczeniu tej oferty nauczyciele zarabiać będą mniej, bo przy zwiększonym pensum zmalałaby stawka godzinowa. Oferowanie związkom zawodowym obniżki wynagrodzeń, redukcji miejsc pracy i zwolnień zapisze się niewątpliwie w historii sztuki negocjacji. Tak, jak i wypowiedź wicepremiera Gowina, który ogłosił, że te rozmowy i tak nie maja sensu, bo władza nie może się ugiąć przed żądaniem podwyżki, po którą za chwilę przyjdą kolejne grupy zawodowe.  Ciekawe, że człowiek, który od czasu do czasu głosi zdanie odrobinę odrębne od głównego nurtu PiS-owskiej narracji, narobił zamieszania w temacie, gdzie potrzeba spokojnej rozmowy i koncyliacji, a nie zająknął się w sprawie niszczenia rzekomo szatańskich miazmatów i nie posypał sobie głowy popiołem ze spalonych książek. Cóż, są granice brawury…

W czasie, gdy wicepremier kompromitowała się w negocjacjach z ZNP, minister Anna Zalewska skończyła się już pakować na wyjazd do Brukseli po immunitet chroniący ją przed karą za zrujnowanie oświaty. I niezwłocznie wydała komunikat, że żaden strajk nie może być powodem odwoływania zajęć szkolnych. Wynikałoby stąd, że lekcje mają się odbywać bez nauczycieli. Jeśli nawet przyjąć, że pani minister nie chodziło o zajęcia lekcyjne, a o „zaopiekowanie dzieci”, to w rozporządzeniu zabrakło wskazówki, w jaki sposób dyrektor jako jedyna osoba wyłączona z akcji strajkowej ma się zająć setkami małolatów, skoro z innych przepisów wynika, że jeden nauczyciel może mieć pod opieką co najwyżej 25 dzieci. Również kolejne rozporządzenie, dopuszczające dowolne osoby z przygotowaniem pedagogicznym do kierowania egzaminami maturalnymi, w tym także rodziców maturzystów, świadczy dowodnie, ze pani Zalewska nie rozumie tego, co czyni. Nie rozumie też nauczycieli i sprawia wrażenie serdecznie zdumionej, dlaczego ci, którym ten zawód się nie podoba, nie odejdą po prostu, tylko czepiają się pracy w oświacie. Czas wyjaśnić pani minister, że nauczyciele właśnie to robią.  Rezygnują z takiej pracy, jaką im Anna Zalewska zafundowała. To się nazywa strajk, proszę pani.

PiS podkłada świnię i krowę pod wybory do europarlamentu za pieniądze, których jeszcze nie ma i którym był przeciwny

7 Kwi

>>>

To, ile czasu przeznaczyło Prawo i Sprawiedliwość na konwencję regionalną we Wrocławiu, a ile w Kadzidle k. Ostrołęki na Kurpiach doskonale pokazuje, wśród kogo partia Jarosława Kaczyńskiego będzie szukała swojego elektoratu w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Przedstawiciele dobrej zmiany wyraźnie obawiają się swojego głównego konkurenta na wsi – Polskiego Stronnictwa Ludowego, którego szef świetnie zaprezentował swoją formację na wspólnej konwencji Koalicji Europejskiej, dlatego wizerunek w wersji “lite” skierowany do centrowego elektoratu postanowili odłożyć na półkę. Obawy Jarosława Kaczyńskiego odzwierciedlone zostały przez jego przemówienie i dość zdumiewające obietnice, które złożył rolnikom.

Będziemy zabiegać, chcemy walczyć i zabiegać o interesy Polski, w tym przede wszystkim, o interesy polskiej wsi, chcemy większych dopłat dla polskiego rolnictwa – myśleniem życzeniowym trąciła wypowiedź prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego, który butnie stwierdził, że PiS jest partią polskiej wsi i to „prawdziwą, nie udawaną”. W swoim przemówieniu, jak zresztą zwykle, operował utartymi sloganami i nie popisał się zorientowaniem w temacie rolnictwa. Obiecał za to walkę o wyższe dopłaty w Unii Europejskiej i nowe „500 plus” … na każdą krowę.

Jak się jednak okazuje, wspomniana dopłata „500 plus” na krowę nie jest niczym innym, jak programem unijnym, do którego Kaczyński nie ma żadnych praw. 

Mateusz Morawiecki oraz prezes Kaczyński dużo uwagi skupili również na wyrównaniu szans małych i średnich gospodarstw rolnych oraz ulgach dla tych dużych, sięgających do 40 tys. złotych w handlu detalicznym, przez nich prowadzonym.

Kaczyński mówił też: „W UE trzeba walczyć, zabiegać o interesy Polski, w tym przede wszystkim interesy polskiej wsi. Jeżeli spojrzeć na dzieje EWG, a później UE, na podział środków, to tutaj pomoc dla wsi jest na pierwszym miejscu. To nie jest żadna łaska, tylko absolutna konieczność. Wyobraźcie sobie państwo, co byłoby, gdyby nie było tych środków dla wsi. Wtedy żywność musiałaby być dużo droższa, a co za tym idzie wszystko musiałoby być droższe. Ci, którzy wymyślili środki dla wsi, dobrze rozumowali. One zapewniały przez dziesięciolecia rozwój Europy, a w ostatnich latach także Polski […] Zwiększenie naszego udziału w tej puli, która jest dzielona co 7 lat dla rolnictwa. W tym, które mija, to było 8 proc. dla polskiego rolnictwa w całej tej puli. Chcę Państwu powiedzieć, iż wywalczymy to, że będzie to więcej! Ale to nie wszystko. Chodzi też, aby nas właściwie potraktowano, jeżeli chodzi o tzw. program rozwoju obszarów wiejskich. My będziemy twardo zabiegać o to, żeby Polska tym razem dostała najwięcej ze wszystkich państw, jeżeli chodzi o ten program”.

Biorąc pod uwagę reputację Polski pod rządami PiS w Unii Europejskiej, zorientowanie polityczne i nawet kompetencje językowe „jedynek” Prawa i Sprawiedliwości w porównaniu do kandydatów KE, to słowa Kaczyńskiego, że będzie twardo zabiegał są bardzo trafne. Może jednak zabiegać daremnie aż do kolejnych wyborów do Europarlamentu, bo to, jak bardzo dobrej zmianie zależy na wyrównywaniu szans w rolnictwie widać gołym okiem. Ba, mówią o tym sami protestujący rolnicy z AGROunii, którzy już od dawna domagają się dymisji ministra rolnictwa. Swój “szacunek” do tej grupy społecznej dobitnie wyraził ten ostatni mówiąc o “intelektualnej pustce” protestujących. Kaczyński boi się wsi postępowej, bo oznacza to topniejący elektorat, ludzi odpornych na miałkie obietnice premiera Morawieckiego, dlatego bez wahania rozrzuca wyborczą kiełbasę. Ale czy naprawdę prezes ma rolników za głupców?

Jeśli Jarosław Kaczyński liczył, że jego przaśna konwencja regionalna na Kurpiach odbije wieś z rąk Polskiego Stronnictwa Ludowego to srogo się na tym zawiedzie. Nie zmienią tego czcze zapewnienia, że jego partia postara się o zwiększenie budżetu przeznaczonego na polską wieś, ani bliżej nieokreślone obietnice, które złożył wraz z premierem Morawieckim. Tematem, który zwrócił największą uwagę komentatorów jest perfidna ściema Kaczyńskiego o nowym programie 500 plus na krowę, który jest teraz żywo komentowany w internecie. Jak nietrudno się spodziewać, w niekoniecznie przychylnym dla prezesa tonie.

W przeddzień strajku nauczycieli sypie pieniędzmi jak z rękawa. O ile „Jarkowe” dla emerytów spełnia wszelkie znamiona politycznej łapówki, to skala i data złożenia obietnicy dopłat na krowy i owce zakrawa o absurd. Jak widać, nietrudno wydawać cudze pieniądze.

Z wyliczeń Dariusza Rosatiego podwyżka dla nauczycieli kosztuje państwo 8 mld złotych, „Trzynastka od Jarka” zaś tylko 11 mld. Kalkulacja tyczy się jednak liczby potencjalnych wyborców. Czym jest spełnienie żądań krnąbrnej rzeszy ledwie pół miliona nauczycieli wobec prawie dwudziestokrotnie większej ilości emerytów, według Prawa i Sprawiedliwości bardziej podatnych na umizgi? Kaczyński jak ognia boi się nie mniej słusznych żądań innych grup zawodowych w razie spełnienia postulatów ZNP. PiS, jak święty Mikołaj z worka sypie prezentami, które wystarczą na pielgrzymkę do Medjugorie, dokąd więc wybierze się świnia, czy prezes po raz pierwszy da jej ujrzeć niebo?

Strajk nauczycieli jest już praktycznie przesądzony. Do tej pory postulaty nauczycieli nie spotkały się z poważnym traktowaniem ze strony rządzących, poczynając od durnej wypowiedzi min. Szczerskiego o braku celibatu dla nauczycieli, nonszalanckiej postawy minister Zalewskiej, przez nienawistną kampanię Wiadomości TVP, a kończąc na misji mediacyjnej minister bez teki i bez kompetencji Beaty Szydło. Dziś groźba paraliżu polskich szkół, który uderzy nie tylko w uczniów, zajrzała rządzącym w oczy. Dlatego zdecydowali się na rozmowy ostatniej szansy  i to dosłownie na ostatnią chwilę.

“Przedstawiciele rządu zaproponowali kolejne spotkanie z centralami związkowymi w celu przedstawienia na piśmie propozycji, która została zaanonsowana w piątek” – powiedział szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michał Dworczyk. Rozmowy ostatniej szansy mają odbyć się  w niedzielę o 19.00 w Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog”. Biorąc pod uwagę, że mniej więcej 12 godzin później w polskich szkołach zadzwonią dzwonki rządzący zostawili sobie zaskakująco niewiele czasu na działanie. Uświadomiła to sobie najwyraźniej Beata Szydło, która zadeklarowała, że rozmawiać może nawet wcześniej.

Związek Nauczycielstwa Polskiego i oświatowa „Solidarność” już zadeklarowały swój udział, Forum Związków Zawodowych czeka zaś jeszcze na zaproszenie.

Ostatnia propozycja Beaty Szydło to tzw. nowy kontrakt społeczny dla nauczycieli, który przewiduje zmianę pensum do 22 lub 24 godzin, co skokowo do 2023 roku miałoby pociągnąć za sobą wzrost wynagrodzenia. Kto jednak uwierzy w podwyżki odroczone na cztery lata, kiedy Prawo i Sprawiedliwość co tydzień na konwencjach sypie kolejnymi piątkami?

Do strajku ma przystąpić ponad 15 tys. szkół, najwięcej z nich bo 97 proc. w woj. pomorskim. Dla rządu protest nie będzie więc jedynym zmartwieniem, większym może okazać się wielka porażka wizerunkową tuż przed wyborami do Europarlamentu. Dlatego Beata Szydło postanowiła jeszcze raz odwrócić kota ogonem i spróbowała przedstawić szefa ZNP jako hamulcowego dialogu rządu z nauczycielami. Ludzka pani, chce dialogu, a źli nauczyciele straszą strajkiem.

W ten sposób Prawo i Sprawiedliwość przestrzeli wybory. Przedstawiciele dobrej zmiany wydają się nie być zorientowani w skali społecznego wsparcia dla strajkujących, butnie sądząc, że prymitywna propaganda dostatecznie napuściła obywateli na nauczycieli. PiS już od jakiegoś czasu przedstawia strajk jako motywowany politycznie, a Sławomira Broniarza określa wysłannikiem Schetyny. Taka strategia może jednak zawieść, o czym już wkrótce władza może się boleśnie przekonać.

Strajk szkolny to dzwonek alarmowy dla władzy. Rządy PiS wchodzą w okres schyłkowy i ci, którzy mają na sumieniu łamanie prawa, powinni zacząć gromadzić argumenty na rzecz łagodnego wymiaru kary.

Kilka tygodni temu w publikowanym tu felietonie prognozowałem, że PiS prawdopodobnie potknie się nie o łamanie konstytucji i niszczenie niezależności sądownictwa, lecz o chaos w szkołach, do którego doprowadziły działania niekompetentnej minister Anny Zalewskiej. Widząc rozwój sytuacji, mam gorzką satysfakcję, mogąc wykrzyknąć: „A nie mówiłem?!”.

Piszę to w sobotę 6 kwietnia. W środę 10 kwietnia moja córka ma przystąpić do egzaminu gimnazjalnego. Czy przystąpi? Bóg jeden raczy wiedzieć, ale wiele wskazuje na to, że nie. Jej szkoła pewnie będzie strajkować. Co dalej? Co z rekrutacją do liceum, gdzie jednym z kryteriów są wyniki egzaminu? Nie wiadomo.

Przewidując trudności, wielu rodziców już zawczasu zgłosiło się do liceów niepublicznych, które mają własne kryteria naboru. Tyle tylko, że miejsc dla wszystkich nie starczy, a w dodatku szkoły takie są wyłącznie w wielkich miastach i trzeba za nie płacić – czesne przekracza finansowe możliwości wielu, może nawet większości przeciętnych rodzin. W ten oto sposób chaos spowodowany przez PiS przyczynia się do pogłębienia społecznych nierówności i rozziewu między Polską wielkomiejską a prowincjonalną.

Dla kogo kasa jest, a dla kogo nie ma

Wkurzenie w kręgach nauczycieli i rodziców narasta. Rząd i jego usłużni propagandyści usiłują skierować niechęć rodziców przeciw nauczycielom, sugerując, że to oni odpowiadają za komplikacje, z jakimi będą musieli się mierzyć absolwenci podstawówek i ostatnich klas zlikwidowanych gimnazjów, jednak nie wydaje mi się, by te propagandowe manipulacje mogły liczyć na sukces. Ja sam strajk popieram i wszyscy rodzice, z którymi miałem okazję rozmawiać wyrażają podobne stanowisko.

Chyba nawet rządzący zaczęli sobie z tego zdawać sprawę i w ich wypowiedziach pojawił się ton biadolenia: „Słyszałam w Kielcach, że nauczyciele, którzy nie chcą strajkować są szykanowani i jest na nich wywierana presja” – ubolewa Beata Szydło, sugerując, że gdyby nie ta rzekoma „presja”, poparcie dla strajku byłoby wśród nauczycieli mniejsze. A więc – dedukujmy dalej – jest duże.

A jakie ma być? Zwłaszcza po ostatnich wyczynach PiS-u, który z jednej strony mówi, że pieniędzy na podwyżki nie ma, a z drugiej strony hojnie sypie mamoną, by sfinansować swoje wyborcze potrzeby. Kasa na 500 plus dla pierwszego dziecka i na 13. emeryturę się znalazła. Jest miliard – MILIARD! – dla partyjnej szczujni TVP. Są pieniądze na zakup kolejki linowej na Kasprowy, na propagandowy rejs dookoła świata, na Polską Fundację Narodową, na kompromitujący Polskę w świecie IPN, na pensje zaprzyjaźnionych pań w NBP. Ale dla nauczycieli nie ma. Bo nauczyciele to nie elektorat Kaczyńskiego.

Awantura szkolna najlepiej zdemaskowała charakter tzw. dobrej zmiany i ujawniła istotę tego, co nastąpiło w Polsce po 2015 roku. Otóż, nowa ekipa, która doszła wtedy do władzy, w odróżnieniu od poprzednich, traktuje kraj jak swój prywatny folwark, na którym może „po uważaniu” rozdawać kasę i podejmować decyzje, nie przejmując się żadnymi regułami ani formalnymi wymogami.

Jakaś konstytucja, jakieś prawo, jakiś budżet? Nie będziecie nam tu wyjeżdżać z takimi rzeczami, my jesteśmy suwerenem i robimy, co nam się żywnie podoba. Dajemy premie, bo się nam należą, kupujemy głosy w wyborach, bo możemy to zrobić i nikt nam nie podskoczy, zmieniamy nazwy ulic i stawiamy swoje pomniki, bo tak się nam podoba, budujmy podwójne wieże na naszą chwałę i powołujemy swoich sędziów.

W arsenale PiS nie ma Wunderwaffe

Jednak ta epoka nieodwołalnie się kończy na naszych oczach. Najwyższa pora, by także rządzący zaczęli sobie z tego zdawać sprawę. Gdy tylko uświadomią sobie, że już jesienią stracą władzę i wielu z nich będzie zapewne musiało odpowiadać na pytania prokuratorów, być może zmaleje ich gorliwość w łamaniu zasad państwa prawa. Może nagle ubędzie podstępowań dyscyplinarnych przeciw sędziom broniącym swej niezawisłości i przestaniemy czytać doniesienia o takich incydentach, jak ostatnio w Olsztynie, gdzie sędziowie, radcy prawni i adwokaci stanęli na ulicy do zdjęcia z napisem „Murem za Dorotą” – i za ten gest wsparcia dla sędzi, która ma kłopoty, bo założyła koszulkę z napisem „Konstytucja”, zostali spisani przez policję, bo ponoć uczestniczyli w „nielegalnym zgromadzeniu”.

Skorzystajmy z okazji i podajmy personalia tego, który policję zawiadomił i który po upadku „dobrej zmiany” – miejmy nadzieję – sam stanie przed rzecznikiem dyscyplinarnym, a może nawet prokuratorem i sądem: to sędzia Maciej Nawacki, prezes Sądu Rejonowego w Olsztynie i członek nowej Krajowej Rady Sądownictwa.

Kiedy wreszcie do takich ludzi jak Nawacki dotrze fakt, że czas ich panowania nieuchronnie się kończy i że pora by już była zatroszczyć się o jakieś alibi i postarać się o argumenty uzasadniające wniosek o niski wymiar kary? Historia uczy, że funkcjonariusze reżimów bardzo często aż do samego końca nie uświadamiają sobie powagi sytuacji, wierząc wbrew oczywistym faktom, że stanie się cud, pojawi się jakaś „wunderwaffe”, która odmieni los wojny.

Wielce znamienny była wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, którą zacytował austriacki biznesmen Gerald Birgfellner w wywiadzie opublikowanym w „Gazecie Wyborczej”. W trakcie kampanii przed wyborami samorządowymi, kiedy dla wszystkich było oczywiste, że Patryk Jaki nie ma w Warszawie żadnych szans, prezes PiS z pełnym przekonaniem opowiadał swemu austriackiemu rozmówcy, że walka jest wyrównana i Jaki może wygrać.

Wygląda na to, że wbrew faktom Kaczyński rzeczywiście w to wierzył i że podobna wiara jest dziś udziałem wielu polityków i funkcjonariuszy obozu rządzącego. Najwyższa pora, by we własnym dobrze pojętym interesie wrócili z wirtualnej rzeczywistości do realu. Powinni wręcz być wdzięczni nauczycielom, że swoim strajkiem im w tym pomagają, ściągając ich na ziemię.

Polexit jest głównym celem polityki zagranicznej PiS

1 Kwi

Uważam, wbrew szefom różnych partii, że te wybory będą znacznie ważniejsze niż krajowe, jeśli PiS wygra, koniec naszego członkostwa w UE. Każdy kto zagłosuje na PiS będzie odpowiedzialny za Polexit.

Oczywiście poczucie winny przyjdzie znacznie później, gdy już będziemy na zupełnym marginesie Unii lub poza nią, i dziś warto przyglądać się doświadczeniu Brexitu; kto do niego doprowadził i w czyim interesie byłoby to (ciągle nieudane) wyjście WB.

PiS ma może inne motywy (nie biznesowe ale nacjonalistyczne; ciągle kultywuje XIX wieczne marzenie o Wielkiej Polsce a właściwie Wielkiej Władzy), ale zapewne uważnie przygląda się Brexitowi by uniknąć błędów i kompromitującego chaosu, który jest dziś udziałem Brytyjczyków.

PiS już się uczy jak gładko wyprowadzić nas z UE. Ma już partnerów, prawicowych oszołomów z Włoch i Hiszpanii. Nie wyciągnie Polski w pojedynkę, będzie rozdrapywał Unię systemowo, od środka. Jego kandydaci/kandydatki to forpoczty polexitu. Nie będą tam debatowali bo nie potrafią, lecz głosowali pouczani przez nacjonalistyczne centrale.

Fiaskiem zakończyła się poniedziałkowa rozmowa „ostatniej szansy” przedstawicieli związków nauczycielskich z członkami rządu.

„Do 8 kwietnia mamy tydzień. Tydzień na negocjacje. Jeżeli będziemy obserwowali taką postawę ze strony rządu, to nie pozostaje nam nic innego, niż zamknąć placówki oświatowe i rozpocząć strajk” – zapowiada Sławomir Broniarz.

„Wysłuchaliśmy propozycji premier Beaty Szydło. To powtórzenie tego, co już zanegowaliśmy” – ocenił deklaracje strony rządowej szef ZNP.

Wszystko wskazuje na to, że PiS nie zamierza się uginać przed żądaniami związkowców, a premier Mateusz Morawiecki nie spotka się z szefem ZNP Sławomirem Broniarzem – pisze Money.pl

W cieniu tych negocjacji pozostaje minister edukacji Anna Zalewska – odpowiedzialna za chaos w szkolnictwie i obecne perturbacje.

Działa dziś na nauczycieli jak przysłowiowa „płachta na byka”, ale – jak mówią dobrze zorientowani – „coś za coś”.

Ponoć we wcześniejszych negocjacjach z Kaczyńskim zgodziła się być twarzą PiSowskiej reformy oświaty w zamian za „biorącą” pozycję listy dolnośląsko-opolskiej do Parlamentu Europejskiego.

Z informacji radia RMF FM wynika, że to taki „element porozumienia” z liderem partii rządzącej.

Zalewska jest dziś „potężnym wizerunkowym obciążeniem” dla PiS – mówią w rozmowie z radiem politycy partii rządzącej. „Jeden z bliskich współpracowników premiera w nieoficjalnej rozmowie powiedział dziennikarzowi RMF FM, że z chęcią – już teraz – pomógłby minister spakować walizki do Brukseli”.

Więcej >>>

Waldemar Mystkowski pisze o przywłaszczaniu przez PiS obchpodów 4 czerwca.

Dlaczego PiS chce przywłaszczyć obchody rocznicy 4 czerwca 1989 roku, pierwszych częściowo wolnych wyborów parlamentarnych? Przecież narracja partii Kaczyńskiego o Okrągłym Stole jest mało pozytywna, a 4 czerwca to pierwszy i najważniejszy owoc kompromisu strony solidarnościowej z komuszą.

Potem przechodziliśmy transformację ustrojową zwaną reformami Balcerowicza, te okazały się wzorem dla innych państw naszego regionu, przede wszystkim są jednym z największych naszych sukcesów cywilizacyjnych w historii. Polska wreszcie stała się pełnoprawnym członkiem Zachodu poprzez przynależność do NATO i Unii Europejskiej.

Obok transformacji ustrojowej zachodziła dłuższa „transformacja” mentalna, którą swego czasu w lapsusie freudystycznym Jarosław Kaczyński wyłożył, jako „nikt nam nie powie, że białe jest białe…” W tej „transformacji” kłamstwo ma wartość prawdy, byle było głoszone z determinacją Goebbelsa.

4 czerwca ma wpisać w „transformację” mentalną PiS ich wersję historii, nie mającą wiele wspólnego z faktami, ale z kompleksami prezesa. Gdyby to odbywało się na płaszczyźnie osobistej, byłby to kłopot psychiatry z pacjentem, ale pacjent Jarosław Kaczyński funduje swoje kompleksy w polityce i to będąc u władzy.

Jak trafnie ujął taką wersję życia Szekspir, jest to „opowieść idioty pełna wrzasku i wściekłości”. Narracja Kaczyńskiego o współczesności nie trzyma się kupy ani tym bardziej narracja o niedalekiej przeszłości, w której on i jego brat Lech nie odgrywali szczególnie ważnych ról, byli tylko kamerdynerami Lecha Wałęsy. Rola służby boli, stąd mamy u prezesa przypadłości wściekłości i wrzasku o gorszym sorcie, ZOMO, gestapo, kanaliach, zdradzieckich mordach, etc.

Jeżeli 4 czerwca 2019 PiS będzie po wygranych do Parlamentu Europejskiego rozszerzona zostanie „opowieść idioty” o kolejne wściekłe kłamstwa i wrzaskliwe opluwanie prawdy. Lech Wałęsa chciałby częściowo przerwać tę narrację idiotów poprzez pozbawienie „NSZZ Solidarność” możliwości posługiwania się nazwą.

Miejmy nadzieję, że 4 czerwca będziemy świętować dwa zwycięstwa – 4 czerwca 1989 roku Komitetu Obywatelskiego i 26 maja 2019 – Koalicji Europejskiej. Wystarczy wściekłości i wrzasku z opowieści zakompleksiałego prezesa.

Nauczyciele coraz bliżej strajku

26 Mar

„Spotkamy się 1 kwietnia. Zakładam, że ta data nie będzie podmiotem ani przedmiotem żartu. Szkoda, że te dzisiejsze godziny, w jakiejś mierze stracone, nie przybliżyły nas do rozwiązania problemu. Strona rządowa nie przedstawiła żadnych, żadnych propozycji poza upartym powrotem do tego, że robią gest, przenosząc podwyżkę z 2020 roku na wrzesień 2019” – powiedział przewodniczący Związku Nauczycielstwa Polskiego Sławomir Broniarz. Posiedzenie Rady Dialogu Społecznego dotyczące sytuacji w oświacie zostało przerwane po czterech godzinach.

Zdaniem Jana Guza z OPZZ rozmowy nie przybliżyły stron do jakiegokolwiek kompromisu. – „Propozycje wzrostu wynagrodzeń absolutnie nie korespondują z oczekiwaniami żadnego z partnerów społecznych, łącznie z Solidarnością. Na pewno nie odwołujemy strajku ani przygotowań do akcji protestacyjnej. Żaden ze związków. Natomiast czekamy na propozycję strony rządowej. Z naszej strony ciągle jest 1000 zł na stole” – stwierdził Guz.

Jeszcze przed rozpoczęciem dzisiejszego spotkania z przedstawicielami rządu Broniarz podał wstępne wyniki referendów, jakie odbyły się w szkołach, które weszły w spór zbiorowy. – „Potwierdza się informacja, że do sporu zbiorowego weszło ponad 85 proc. szkół, przedszkoli, placówek edukacyjnych. Za strajkiem w tych placówkach, które weszły w spór zbiorowy, opowiedziało się od 85 do 90 proc. zatrudnionych tam nauczycieli i pracowników niebędących nauczycielami” – poinformował Broniarz. Dodał, że nie są to ostateczne dane.

4 czerwca coraz bliżej – obchody nabierają kształtów. 4 czerwca o godz. 12 na gdańskim Placu Solidarności odśpiewany zostanie hymn Polski, a także podpisana „Deklaracja Wolności i Solidarności”. O godz. 17, w sercu Gdańska, na Drodze Królewskiej odbędzie się wiec, na którym głos zabierze Lech Wałęsa i Donald Tusk, a o godz. 20 rozpocznie koncert, na którym wystąpią głównie polskie zespoły pokazujące naszą drogę historyczną przez te ostatnich 30 lat” – zapowiedziała prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz. Dodała, że 3 i 4 czerwca w Europejskim Centrum Solidarności będzie trwało forum obywatelskie. – „Do różnych paneli zapraszamy burmistrzów innych miast, wydaje się niemal na 100 proc. pewne, że przyjedzie chociażby burmistrz Londynu” – poinformowała Dulkiewicz.

Obchody będą we wszystkich samorządach spięte jedną klamrą, znakiem graficznym. O tym w artykule „Autor znaku „Solidarności” stworzył logo obchodów rocznicy 4 Czerwca”.

W prace komitetu organizacyjnego czerwcowych obchodów w Gdańsku włączyli się Henryk Wujec i Janusz Steinhoff, którzy po wyborach 1989 r. weszli do Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego. Steinhoff powiedział, że większość z osób, które zakładały OKP i dożyły dzisiejszych czasów jest bardzo dumnych z ostatnich 30 lat historii Polski. – Dla nas, ludzi, którzy zaczynali swoją działalność 4 czerwca, Gdańsk jest miejscem, gdzie wszystko się zaczęło. Negatywnie oceniamy stanowisko rządu i prezydenta wobec 30 lat transformacji. Padały z ich ust wypowiedzi dezawuujące wydarzenia takie, jak Okrągły Stół. Zdecydowanie przeciwstawiamy się fałszowaniu historii, fałszowaniu tych wszystkich wydarzeń, które miały bardzo istotne znaczenie dla najnowszej historii Polski. Jesteśmy bardzo wdzięczni przedstawicielom samorządów, iż w sposób godny i adekwatny do rangi tego wydarzenia będziemy mogli wspólnie po 30 latach obchodzić dzień 4 czerwca 1989 roku” – podkreślił Steinhoff.

Prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski zapowiedział, że zaproszenia na główne uroczystości, które odbędą się w Gdańsku, zostaną wysłane do wszystkich. – „Przedstawiciele rządu bardzo dobrze wiedzą, że świętujemy w Gdańsku i takie zaproszenia na pewno będą” – stwierdził Trzaskowski.

Zalewska za zniszczenie edukacji powinna wylądować w pierdlu

23 Mar

Zwracam się do wszystkich nauczycieli, by byli przy swoich uczniach, dzieciach. By razem z nimi emocjonowali się tylko tym, by napisano dobrze egzaminy – przemówiła do nauczycieli minister edukacji narodowej Anna Zalewska. Na odpowiedź ZNP nie trzeba było długo czekać. – My byliśmy, jesteśmy i będziemy przy uczniach, nawet jak pani minister skończy już kampanię do europarlamentu – skomentował Sławomir Broniarz.

Zalewska apeluje do nauczycieli

Minister Anna Zalewska postanowiła porozmawiać w piątek z nauczycielami, ale za pośrednictwem mediów, na zorganizowanej przez siebie konferencji.

– Drogie koleżanki i koledzy. Dla miliona uczniów nadchodzi wyjątkowy czas, najważniejsze egzaminy. Centralna Komisja Egzaminacyjna jest przygotowana do tego. Zwracam się do wszystkich nauczycieli, by byli przy swoich uczniach, dzieciach. By razem z nimi emocjonowali się tylko i wyłącznie tym, by napisano dobrze egzaminy – mówiła Zalewska.

Minister edukacji przekonywała, że od trzech lat rozmawia z nauczycielami, a w 2017 roku była to jedyna grupa, która otrzymała waloryzację.

– Zapowiedzieliśmy podwyżki. Konsekwentnie realizujemy obietnice, przyspieszyliśmy – chwaliła się minister.

ZNP: Będziemy przy uczniach, nawet jak pani już skończy

Słowa minister Anny Zalewskiej zirytowały nauczycieli. – My byliśmy, jesteśmy i będziemy przy uczniach, nawet jak pani minister skończy już kampanię do europarlamentu – skomentował Sławomir Broniarz, prezes ZNP. – Tego rodzaju postawa minister jedynie irytuje środowisko i pokazuje arogancję i lekceważenie resortu – dodaje szef ZNP.

Sławomir Broniarz podkreślił, że termin strajku został przedstawiony 4 marca, co dawało rządzącym czas na rozmowy i szukanie porozumienia z nauczycielami.- Do tej pory nie było żadnych propozycji ministerstwa. Nie spełniono naszych postulatów, a już z pewnością tych wokół przedmiotu napięcia – mówił Broniarz.

Szef ZNP dodał też, że w poniedziałek oczekuje od minister edukacji przedstawienia rozwiązań.

Opozycja: Minister ucieka od odpowiedzialności

– Minister na piątkowej konferencji nie zaproponowała żadnego rozwiązania. Powtarza te same argumenty jak zdarta płyta, nie odpowiada na pytania dziennikarzy. Nie ma odwagi zderzyć się z rzeczywistością, która jest w polskich szkołach – komentowała słowa szefowej MEN Krystyna Szumilas z PO.

Od 5 marca trwa w szkołach referendum strajkowe w ramach prowadzonego przez ZNP sporu zbiorowego. ZNP w referendum pyta nauczycieli: „Czy wobec niespełnienia żądania dotyczącego podwyższenia wynagrodzeń zasadniczych nauczycieli, wychowawców, innych pracowników pedagogicznych i pracowników niebędących nauczycielami o 1000 zł z wyrównaniem od 1 stycznia 2019 r. jesteś za przeprowadzeniem w szkole strajku począwszy od 8 kwietnia br.?”. Referendum potrwa do 25 marca.

Jeżeli  nauczyciele opowiedzą się za strajkiem, ten rozpocznie się 8 kwietnia, czyli na 2 dni przed egzaminami.

– Minister Zalewska sama narobiła chaosu w szkole, skrzywdziła uczniów, a teraz winę za chaos chce zrzucić na nauczycieli – dodaje była szefowa resortu edukacji.

Marek Suski i kolejny jego wpis do księgi „Złotych myśli cymbała”

11 Mar

Jeden z czołowych polityków PiS Marek Suski, szef Gabinetu Politycznego Premiera krytykuje protest nauczycieli dowodząc, że ich zarobki niewiele różnią się od pensji posłów. „Posłowie mają 8 tys. zł brutto pensji podstawowej, więc jeśli nauczyciel dyplomowany ma z kawałkiem 5 tys. zł brutto to jest to nieduża różnica” – dowodził w rozmowie z „Super Expressem”

Podkreślając polityczny charakter zapowiadanego strajku dodał, że „każdy chciałby więcej zarabiać. (…) Chociaż posłowie sami sobie obniżyli pensję, ale bez przyjemności”.

Minister szybko spotkał się z ripostą szefa Związku Nauczycielstwa Polskiego. „To skandaliczne. (…) Który to nauczyciel tyle zarabia według Marka Suskiego?” – odpalił Sławomir Broniarz podkreślając, że polscy nauczyciele są jednymi z najgorzej zarabiających w Europie, a ich wynagrodzenie zasadnicze waha się od 2,5 do 3,5 tys. zł., co nie sposób porównywać z wynagrodzeniami parlamentarzystów.

Mimo, że w poprzednim roku Sejm ustawą obniżył im pensje do 8 tys. zł brutto, to jednak pobierają dodatkowo – w dużej części nieopodatkowaną – dietę rzędu 2,5 tys. zł i różne dodatki do uposażenia.

Przysługują im również bezpłatne przejazdy środkami publicznego transportu zbiorowego, kilometrówka na paliwo, 12 tys. zł na prowadzenie biura poselskiego i inne podobne – w wymiarze finansowym – korzyści.

Pięć wypasionych prezentów skierowało wreszcie uwagę opinii publicznej na właściwe i słuszne tory

Ludzkie panisko, ten nasz prezes. Już – już zdawało się, że apanaże i konfitury dzielić będzie tylko między swoich, a tu proszę – i o prostaczkach gorszego sortu pomyślał. Wychynął ze swojej kryjówki, gdzie przeczekiwał skumulowane ostatnio przeciwności losu, i wyciągając rękę do narodu postanowił przybić piątkę ze społeczeństwem. Pięć wypasionych prezentów skierowało wreszcie uwagę opinii publicznej na właściwe i słuszne tory. Czym prędzej należało je rozpakować.

Wszelkie prognozy ekonomiczne wskazują, że gospodarcza koniunktura i na świecie i w Polsce ma się już ku końcowi, ale – nic to! Najwyżej zwiększy się deficyt. Mało kto to zauważy, a jeszcze mniej zaprotestuje. Prezes słusznie założył, że uczestnicy przekrętu na ogół nie robią rabanu , jeśli tylko lewą kasę rozdziela się im po równo. W pamięci beneficjentów pozostać winno przekonanie, że miliardy na sfinansowanie nowych obietnic zostały wygospodarowane, zaoszczędzone, odebrane mafii, albo wręcz spadły z nieba, ale z budżetem nie mają nic wspólnego.  Zaraz by podniósł się krzyk, że dobrodziejstwa prezesa sfinansowane będą z naszych podatków. Nie tylko wyszłoby na jaw, że sami sobie fundujemy te atrakcje, ale co gorsza, okazałoby się, że władza ubezwłasnowolniła naród i znowu, tak jak w komunie, decyduje za nas na co mamy ochotę i czego potrzebujemy.

PiS perfekcyjnie opanowało sztukę stawiania drogowskazów na bezdrożach i otwierania sklepów wędkarskich na bezrybiu. „Piątkę Kaczyńskiego” porównać można do efektu wizyty w sklepie, jedynym w naszym zasięgu, gdzie przy kasie wywalili nam z wózka wszystko co się spodobało i kazali zapłacić tylko za produkty, które kierownik sklepu przeznaczył na dziś do sprzedaży. Cena nie gra roli. A tymczasem kolejne grupy zawodowe stają w kolejce po podwyżki swoich biedapłac, NFZ nie jest w stanie zrefundować refundowanych leków na nowotwory, polska armia nie ma czym latać ani pływać, a Polacy wydają coraz więcej pieniędzy na teoretycznie bezpłatną oświatę i służbę zdrowia.

Prezenty pana prezesa na oko wydają się atrakcyjne, ale po rozpakowaniu wyglądają jak gadżety reklamowe, w dodatku trafione równie precyzyjnie, jak telewizor dla niewidomych. W kraju normalnym na przykład niezbędne wydatki nadzwyczajne finansuje się podnosząc podatki. W Polsce prezes z premierem – obecnie najwybitniejsi ekonomiści europejscy – uznali, że dla sfinansowania nowych ogromnych wydatków budżetowych podatki należy obniżyć. W worku z prezentami znalazła się nie tylko redukcja Pit, ale również całkowite zwolnienie z podatku najprężniejszych i najbardziej rzutkich obywateli, w okresie ich najwyższej aktywności.  A na dokładkę – w normalnym kraju świadczenia socjalne kierowane są do najuboższych i najbardziej bezradnych, natomiast w Polsce dodatkowe 500 plus dostanie również dwórka prezesa NBP, która więcej zarabia miesięcznie, niż dyplomowany nauczyciel przez cały rok. Zdaniem prezydenckiego ministra Krzysztofa Szczerskiego ma to jednak uzasadnienie, bo – jak zrozumiałem – 500 plus jest projektem prokreacyjnym, a nauczyciele słabo wywiązują się z obywatelskiego obowiązku podnoszenia dzietności narodu, ponieważ prokreują rzadko i niechętnie. Podobnie chyba uważa Minister Ewakuacji Narodowej Anna Zalewska, zaskoczona tym, że ktoś domaga się podwyżki wynagrodzeń, nic w zamian nie oferując.

Innym z wątpliwych prezesowych darów dla coraz bardziej zniesmaczonych wyborców jest przywrócenie komunikacji autobusowej w terenie. Już wcześniej premier Morawiecki obiecywał publicznie, ze na autobusy skieruje dwa razy więcej pieniędzy, niż poprzednio. Ponieważ jednak poprzednio państwo nie dokładało do tej formy komunikacji ani grosza, więc można przyjąć, że pan premier wziął teraz zero i pomnożył je przez dwa, a wynik przekazał do realizacji fachowcom ministra Adamczyka, zajmującym się dotąd likwidowaniem połączeń.

Kaczyński ogłosił, że wszyscy emeryci, a może nawet renciści, otrzymają niedługo najniższą emeryturę. Wiadomość ta początkowo wzbudziła popłoch, ale po wyjaśnieniu, że to tylko jeden raz i że dodatkowo, napięcie opadło i rozpoczęła się publiczna debata. Jedni uważają, że Kaczyński wymyślił prezent dla siebie, bo sam jest emerytem i dostaje tylko 6,4 tys. miesięcznie, a jak słyszeliśmy na taśmach nie lubi rozstawać się z pieniędzmi. Inni uważają, że trzynastka emerytalna to kiełbasa wyborcza i że cena kupna jednego głosu na PiS jest stanowczo wygórowana. Według jeszcze innych transakcja jest całkiem chybiona, bo naiwnością jest liczyć, że kiedy 9,7 miliona ludzi dostanie łapówkę, to wszyscy pobiegną głosować na PiS. Zdaniem owych sceptyków ludzie wezmą co im dali, a i tak zagłosują na tych, którzy w ostatnich latach mniej ich wkurzyli. W debacie nie zabrakło też głosów niezadowolenia, bo w rzeczy samej nie jest sprawiedliwe, gdy ci z najniższą emeryturą dostają sto procent „trzynastki”, a ci, którzy mają 10 tysięcy emerytury otrzymają dodatkowo zaledwie 10 procent swojego dochodu…

Wygląda na to, że te krytyczne głosy dotarły do Kaczyńskiego, który zrozumiał, że do wygrania wyborów „piątka” może nie wystarczyć. Stąd ogłoszona właśnie wielka kampania obrony rodziny i prawa rodziców do wychowania dzieci według swego uznania. Popieram ją zdecydowanie i zarazem żądam, by władza nie przeszkadzała mi w wychowaniu moich dzieci w duchu tolerancji, empatii i przyjaznej otwartości na świat i ludzi oraz nie ograniczała im prawa do wzgardy wobec zawiści, nienawiści, ogłupiającej ciemnoty i Ordo Iuris.