Tag Archives: SKOKi

Afera KNF. Lista aresztowanych może się wydłużyć

22 Gru

Afera KNF ciągnie się już od miesiąca i należy wreszcie powiedzieć to, czego PiS nigdy nie przyzna – jest to zatrważający zamach polskiego rządu na prywatny sektor bankowy w Polsce. Jak to jest możliwe, że przedstawiciele ugrupowania, które tak gardzi “banksterami”, przedstawiając ich jako bezdusznych i bezlitosnych kapitalistów, nagle pojawiają się jako główni aktorzy gigantycznej afery na polskim rynku finansowym? Oczywiście, w Prawie i Sprawiedliwości znaleźli się ludzie, którym z banksterskimi praktykami jest bardzo po drodze. Co jest najbardziej zatrważające? Skuty kajdankami funkcjonariusz centralnego organu administracji rządowej to niezwykle przygnębiająca ilustracja stanu państwa.

“Aresztowany na dwa miesiące Marek Chrzanowski jest najwyższym rangą urzędnikiem państwowym, którego w ciągu ostatnich 30 lat pozbawiono wolności. Lista aresztowanych może się wydłużyć, bo wyjaśnienia przesłuchiwanych ujawniają coraz więcej ciemnych stron zorganizowanej akcji, jaką było przejęcie banków za bezcen” – mówi dla portalu Crowdmedia posłanka Marta Golbik z Platformy Obywatelskiej.

Coś ewidentnie nie poszło po myśli zamieszanych w aferę. Niewystarczające szumidła, czyjeś niedopatrzenie i tak ruszyła lawina. Badane są poszczególne ogniwa polityczne, państwowe i prywatne, które łączy skandal na niewiarygodną skalę. Zastanawiające jest, czy rzeczywiście to prezes Kaczyński miał rację, od wielu lat mówiąc, że istnieje układ powiązań służb specjalnych, przestępców, polityków i biznesmenów? “Wszystko wskazuje na to, że niestety miał rację” – kontynuuje posłanka Golbik. “Dotychczas mityczny, ogólnikowy, tak chętnie wykorzystywany w narracji prezesa Kaczyńskiego w ciągu kilku zaledwie tygodni rozrysowywany został przez media w postaci sieci powiązań, na osiach czasu, w kolorowych grafikach. Z kolejno ujawnianych stenogramów rozmów toczonych w gabinetach prezesów ważnych instytucji państwowych, z decyzji podejmowanych przez polityków obozu rządzącego oraz z demaskatorskich działań poselskich wyłaniał się dramatyczny obraz nieudolnego państwa, podporządkowanego interesom wąskiej polityczno-towarzyskiej grupy”.

A kogo dotyka afera? Kto jest największą ofiarą tych przestępczych działań? Niewątpliwie najbardziej dotyczy samych sprawców, ale nimi (w to wierzymy) zajmą się uprawnione organy państwowe – prokuratura, CBA, sądy rejonowe. Jednak “ofiary” są liczne, od polityków dobrej zmiany zaczynając. “Już teraz widać, że irytuje ich fakt, że teoretycznie dobrze zaplanowany proces przejęcia majątku prywatnego spalił na panewce” – podkreśla posłanka. Co prawda sprawa cały czas toczy się w parlamencie i wszystko jest możliwe, łącznie z przeforsowaniem regulacji umożliwiających nacjonalizację banków, w końcu politycy PiS wiedzą, że afera sięgnęła tak gigantycznych rozmiarów, że bezczelne łamanie zasad techniki ustawodawczej to tylko maleńki szczegół. Jednak nie jest możliwe, by obeszło się bez strat wizerunkowych.

Czy ofiarami są funkcjonariusze organów ścigania? “(…) muszą – bez mrugnięcia okiem i udając powagę – publicznie twierdzić, że działają szybko, sprawnie i ich działanie jest ukierunkowane na dokładne wyjaśnienie wszystkich okoliczności” – przyznaje Marta Golbik. Niełatwa sprawa, skoro wszyscy wiedzą, że główny podejrzany nie tylko mógł spokojnie wrócić z Singapuru i “posprzątać” swoje biuro przed wizytą funkcjonariuszy, co nawet pożegnać się ze swoimi współpracownikami. Niewiarygodnie szybki Marek Ch. został zatrzymany przez niemal równie szybkich funkcjonariuszy niezwłocznie, ale zaraz po wykonaniu tych wszystkich czynności. Przecież nie podważymy ich dobrego imienia, prawda?

A co z wyborcami? Czy to nie oni ucierpieli najbardziej? W końcu zdali sobie sprawę, że organy państwowe wcale nie chronią ich majątków, co więcej, z nagranych rozmów wynika, że jest to sprawa dla nich niemal nieistotna. W mgnieniu oka okazało się, że afera jest patologią w czystej postaci. “Wydaje się, że nawet wyborcy wspierający Prawo i Sprawiedliwość, będący w stanie zaakceptować premiera określanego wcześniej przez to środowisko jako przedstawiciela „banksterów” nie są w stanie zaakceptować oligarchów i zwykłej gangsterki na najwyższych szczytach władzy”.  Bo przecież kolejne skandale na szczytach władzy pogłębiają tylko nieufność obywateli wobec państwa i jego organów. Nawet najbardziej zatwardziali wyborcy PiS nie będą mogli pogodzić się z faktem, że ich partia deleguje do sprawowania urzędów ludzi bez zahamowań, którzy na każdym kroku przekraczają swoje uprawnienia i zachowują się nie lepiej niż zwykli przestępcy.

Taki oto smutny obraz po bitwie widzimy przeszło miesiąc po ujawnieniu afery przez Gazetę Wyborczą. Wiemy więcej, ale wciąż za mało, by odkryć wszystkie przestępcze działania rządzących. Jedno jest pewne, z PiS u sterów jeszcze niejedno może nas zaskoczyć.

* * *

— KRZYSZTOF KATKA W GW O MAJĄTKU BIERECKIEGO: “Grzegorz Bierecki, twórca systemu Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych, zarobił przez ostatnie siedem lat ok. 65 mln zł. Jego starszy brat Jarosław, również związany z kasami, przez cztery lata wzbogacił się o ponad 11 mln zł”.

— KONDYCJA SKOKÓW NIE DORÓWNUJE SUKCESOWI FINANSOWEMU BIERECKICH – DALEJ KATKA: “Kondycja sektora nie dorównuje finansowemu sukcesowi, który osiągnęli bracia Biereccy. W sprawozdaniu Kasy Krajowej SKOK za 2017 r. czytamy, że w minionym roku liczba kas spadła o sześć i wyniosła 34. Sądy ogłosiły upadłość Wielkopolskiej SKOK, Twojej SKOK, SKOK Nike, SKOK Wybrzeże. Z uwagi na trudności finansowe zarządy komisaryczne zostały wprowadzone do SKOK Rafineria i SKOK Piast. Natomiast na mocy decyzji Komisji Nadzoru Finansowego banki przejęły Lubuską SKOK i Bieszczadzką SKOK”.
wyborcza.pl

>>>

>>>

Brudziński i afery PiS

21 Gru

Podczas wczorajszej rozmowy ministra spraw wewnętrznych i administracji Joachima Brudzińskiego w Polsat News dało się gołym okiem zauważyć, jak duże znaczenie dla nieskazitelności przekazu serwowanego przez polityków obozu władzy ma dobór prowadzącego rozmowę. Nie ma żadnego przypadku w tym, że najważniejsi politycy Prawa i Sprawiedliwości zaczęli pojawiać się w telewizji Zygmunta Solorza dopiero wtedy, gdy antenę przejęli sympatyzujący z tą partią dziennikarze. Jako ewidentny przykład takiej manipulacji można wskazać wczorajsze pytanie Bogdana Rymanowskiego o “wyczyny” wiceministra Zielińskiego na jego lokalnym podwórku. Uwagę na ordynarne zakłamywanie rzeczywistości zwrócił Jacek Nizinkiewicz z “Rzeczpospolitej” na Twitterze.

Brudziński zaprzeczył, bowiem pytanie redaktora Rymanowskiego miało dotyczyć policjantów przebranych za funkcjonariuszy BOR/SOP, choć akurat tak sformułowane zarzuty nigdy się przecież w przestrzeni publicznej nie pojawiły.

Kolejne pytania prowadzącego “Wydarzenia i Opinie” również nastawione były przede wszystkim na wykreowanie pozytywnego przekazu, zgodnego z linią partii rządzącej. Rozmowa dotyczyła pogłosek, że Prawo i Sprawiedliwość może zdecydować się na przyspieszone wybory parlamentarne z obawy przed rosnącymi notowaniami opozycji. Wówczas Joachim Brudziński stwierdził:

– Obawiam się tylko i wyłącznie jednego: żeby, nie daj Boże, nasza arogancja, czy oderwanie się od rzeczywistości, czy od spraw zwykłych Polaków, wpędziły nas w takie przekonanie, że już wszystko mamy załatwione, posprzątane. Na pewno nie obawiamy się ani Grzegorza Schetyny, ani Katarzyny Lubnauer, ani Fransa Timmermansa. Obawiamy się tylko i wyłącznie Polaków, bo wobec nich zaciągnęliśmy zobowiązania i tylko oni mogą nas przy urnie wyborczej rozliczyć – powiedział szef MSWiA.

Takie buńczuczne zapowiedzi miały z pewnością pokazać siłę obozu rządzącego, jednak zostało w bardzo precyzyjny sposób skontrowane przez byłego wicepremiera i ministra obrony narodowej, a obecnie posła Platformy Obywatelskiej Tomasza Siemoniaka. W kwestii obaw polityków PiS przed Polakami przyznał mu rację, zauważając, że w najnowszej historii Polski nie było jeszcze władzy, która do tego stopnia odgrodziłaby się od obywateli.

Gdy do tego dodamy nieustanne przedstawianie otaczającej nas rzeczywistości, tak jakby wierzyli w propagandę sukcesu uprawianą przez Jacka Kurskiego i jego TVP, to powinno dziwić, że to właśnie Polaków politycy PiS obawiają się najbardziej. Czas pokaże, czy mają ku temu powody.

Artykuł p. Wielowieyskiej „To może Kaczyńskiemu się udać” („Gazeta Wyborcza” z dn. 17. 12. 2018 r.) powinien ukazać się w jednej z licznych gazet reżimowych, do których „GW” na szczęście nie należy. Jego teza, że genialny Kaczyński po raz kolejny przy pomocy tych samych oszukańczych zabiegów, schowania największych czubów, odwołania się do Europy i pokazywania „łagodnego oblicza” oszuka wyborców i wygra wybory, świadczy o przekonaniu autorki, że mamy naród idiotów i to dementywnych.

Plucie w twarz obelgi (złodzieje, mordercy, targowica, zdradzieckie mordy), reżimowe załgane media, pieniądze dla swoich, występy Biereckiego, Glapińskiego (plus jego gracje), Kaczyńskiego, Ziobry, parodia TK, korupcja polityczna KNF, stek nieustających kłamstw Morawieckiego mają zostać przekreślone, bo p. Szydło wystąpiła na tle unijnej flagi. To ma być zapomniane, bo rządy pisowskiej kliki są stabilne.

To prawda – każda dyktatura jest stabilna. P. Wielowieyska rozumuje tak: ludzie w Polsce wolą te wszystkie łajdactwa niż siłą rzeczy mniej stabilną od staczających Kaczyńskiego lizusów, demokratyczną ekipę; szerzej – lepsza dyktatura niż demokracja.

To w ogóle po co wychodziliśmy z PRLu? Po co była Solidarność, 4. Czerwca i odbudowanie demokracji skoro wystarczy prymitywne kłamstwo, aby dyktatura zwyciężyła.

Nie rozumiem, czego broni i co chce czołowa symetrystka, a raczej kryptopisówa.

Przez takie „analizy”, przez wyhodowanie Zandberga w 2015 r., przez zapraszanie do wolnych mediów „geniuszy” jak Gryglas, Jackowski, Kukiz. Przez brednie – nie wystarczy być antypisem – a wystarczyło być antynazistą lub antykomunistą w czasach dyktatur. Mamy teraz koszmarny reżim, z którym trzeba walczyć, a nie pisać brednie, jaki jest mądry, przebiegły i jak nieuchronnie wygra.

Mnożą się pytania dotyczące SKOK-ów i roli senatora PiS Grzegorza Biereckiego, a na światło dzienne wychodzą nowe niepokojące fakty dotyczące senatora. – Dziś dowiadujemy się z mediów, że fundacja powiązana z senatorem PiS, przewodniczącym senackiej komisji finansów publicznych Grzegorzem Biereckim, próbowała ulokować 70 mln zł w Getin Banku. Pieniądze niewiadomego pochodzenia, które nie zostały przyjęte, bo bank podejrzewał, że mogą pochodzić w przestępstwa, że to może być próba prania brudnych pieniędzy – mówi Marta Golbik z PO. Posłowie opozycji ponawiają wniosek o powołanie komisji śledczej.

Próba wyprania 70 mln?

Dwie fundacje powiązane z Grzegorzem Biereckim chciały założyć lokaty w Getin Banku Leszka Czarneckiego w czasie, gdy prokuratura zajmowała się sprawą wyprowadzenia pieniędzy z systemu SKOK – podała „Gazeta Wyborcza”, która dotarła m.in. do maili w tej sprawie. Do próby ulokowania w banku Leszka Czarneckiego 70 mln zł miało dojść w 2015 roku. Maile miała wysłać księgowa kasy SKOK. Fundacje, o których mowa, to „Kocham Podlasie” i „Fundacja Edukacji Spółdzielczej”.

– Pieniądze niewiadomego pochodzenia, które nie zostały przyjęte, bo bank podejrzewał, że mogą pochodzić w przestępstwa, że to może być próba prania brudnych pieniędzy – tłumaczyła w Sejmie Marta Golbik z PO.

Pytany o próbę ulokowania 70 mln zł w banku Leszka Czarneckiego senator Grzegorz Bierecki stwierdził, że nie miał wiedzy, że fundacje chcą otworzyć lokaty w Getin Noble Banku.

Jaka jest rola prokuratury?

Posłowie opozycji zadają pytania nie tylko o senatora Biereckiego, ale i o rolę ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, ponieważ śledztwo dotyczące wyprowadzana pieniędzy z systemu SKOK zostało umorzone, gdy prokuratorem generalnym i ministrem sprawiedliwości został Zbigniew Ziobro.

– To rodzi pytanie o wiarygodność PiS i senatora Biereckiego, o to, że sprawy są umarzane, a minister Ziobro nie chce tego badać. Czy wobec tego senator Bierecki może pełnić funkcję przewodniczącego komisji finansów? – pytała Marta Golbik. – Wnioskowaliśmy już o odwołanie senatora Biereckiego, bez rezultatu – dodała.

Gdzie jest premier?

Zdaniem posłów PO afera SKOK-ów to także pytanie o wiarygodność premiera Morawieckiego, bo to jego minister, według posłów opozycji, roztoczył parasol ochronny nad Grzegorzem Biereckim i SKOK-ami.

A zarzutów do ministra Ziobry i premiera Morawieckiego mają wiele:

  • Umorzono śledztwo w sprawie holdingu w Luksemburgu i wyprowadzonych tam aktywów.
  • Nie wdrożono żadnego śledztwa w sprawie takiej, że senator Bierecki razem z bratem byli wspólnikami w spółce Arenda, która wynajmowała lokale SKOK-om, które nadzorował Bierecki.
  • Nie wdrożono śledztwa w sprawie doniesienia jednego z oskarżonych SKOK Wołomin, że przekazywał pieniądze na kampanię wyborcza posłom PiS-u.
  • Postawiono zarzuty szefom KNF, którzy skierowali sprawę do prokuratury i wykryli sprawę SKOK Wołomin. To zemsta senatora Biereckiego rękami ministra Ziobry.

– To wszystko wskazuje na parasol ochronny rozpostarty przez Prokuratora Generalnego nad SKOK-ami i senatorem Biereckim – tłumaczył Marcin Święcicki, który wysłał pismo do premiera w tej sprawie.

Upolityczniona prokuratura

Posłowie opozycji podkreślają, że te argumenty są najlepszym dowodem na to, że połączenie funkcji prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości było błędem. – Prokuratura nie spełnia swojej roli, bo nie jest zdolna do wyjaśniania afer. Zatrzymując pana Jakubiaka czy Kwaśniaka, starają się maskować prawdę. Prokuratura sobie nie radzi – uważa Robert Kropiwnicki.

Posłowie Platformy po raz kolejny zaapelowali o powołanie komisji śledczej, która niezależnie od upolitycznionej prokuratury będzie zdolna wyjaśnić sprawę.

Do czasu przekazania nadzoru z Kasy Krajowej do KNF nad SKOK-ami wyprowadzono ze SKOK-u Wołomin ponad 1 mld zł. – Gang działał w najlepsze – podsumowuje Marcin Święcicki.

Krystynie Pawłowicz poluzowano kaftan, odstawiła tabletki i mamy efekt

20 Gru

„Jednego Krystynie Pawłowicz nie można odmówić: szczerości. Babka nie udaje elegancji i klasy jak inni pisowcy, ale wprost mówi co myśli i jasno pokazuje całą swoją bezczelność i pogardę dla ludzi” – ocenił dość obiektywnie czytelnik portalu gaeta.pl, gdy  posłanka nagle znów zaistniała na twitterze i znów dała swoisty „popis”.

Nie wytrzymała domysłów, że zapowiadana przez nią polityczna emerytura jest w rzeczywistości próbą schowania jej przez PiS przed wyborami: „NIKT mnie nie chowa ani nie wyrzuca Totalni, w tym upadli dziennikarze Szułdrzyński, Czuchnowski, Grochola itp oraz bezmocni posłowie opozycji – nie zmuszajcie mnie bym szybko wyzdrowiała. GW niech lepiej pilnuje swego upadku i restauracji” – napisała Krystyna Pawłowicz, zaledwie pięć dni po oznajmieniu, że kończy z polityką i Twitterem.

„Znowu nie wytrzymała udawania grzecznej i przechodzącej na polityczną emeryturę” – komentują internauci „występ” Pawłowicz i porównują jej niecierpliwość z „męską” postawą byłego szefa resortu obrony:

„Krótka była ta wizyta w szafie, ale trening czyni mistrza. Bardziej doświadczony „szafiarz” Antoni już potrafi przesypiać w niej pory roku”.

„Długo pani w milczeniu nie wytrzymała… a do wyborów tyle czasu jeszcze –przygadują posłance internauci. Niektórzy wytknęli PiSowskiej funkcjonariuszce, że pomyliła dziennikarkę „Newsweeka” Renatę Grochal z pisarką Katarzyną Grocholą, autorką takich książek jak „Nigdy w życiu!” czy „Ja wam pokażę”, ale co to tam dla niej… Obecną sytuację Pawłowicz starał się wyjaśnić w rozmowie z WP, Jan Filip Libicki, były polityk PiS, obecnie senator PSL-UED.

Wynika z tego, że za wcześnie na uciechę, iż PiSowi o jednego ujadającego posła w polityce mniej. „Rezygnacja Krystyny Pawłowicz z kariery parlamentarnej wiążę się moim zdaniem z realizacją marzenia bycia sędzią TK” – powiedział polityk, wylewając tym samym kubeł zimnej wody na głowy internautów.

– Ok, już nie będę śpiewał, obiecuję. Ale chciałbym wam złożyć życzenia, moim rodakom i wszystkim Europejczykom. Abyśmy wśród tej nocnej ciszy usłyszeli siebie nawzajem. Swoje głosy miłości i nadziei. Nadziei na lepsze jutro, na tylko dobre zmiany i że my sami będziemy lepsi dla siebie i dla innych. Tego wam i sobie życzę z całego serca – mówi Donald Tusk w specjalnym, świątecznym nagraniu w opublikowanym na Twitterze.

Powiedzieć, że obóz władzy boi się społecznych skutków podwyżki cen energii to jak nic nie powiedzieć. Chaos, jaki jest zauważalny w każdym niemal działaniu ministra Krzysztofa Tchórzewskiego w ostatnich dwóch tygodniach, czy zarządzony przez centralę partyjną powrót do PRL-owskiego ręcznego sterowania cenami, czy według najnowszych doniesień wręcz zamrożenie cen energii na poziomie z 2018 roku obrazują panikę na szczytach Prawa i Sprawiedliwości. Tym bardziej, że ten ostatni, ponoć najbardziej realny plan może kompletnie zawieść, jeśli okaże się, że planowane dopłaty z budżetu państwa do spółek energetycznych, mające być rekompensatą za straty spowodowane wycofaniem się z koniecznych podwyżek z powodów stricte politycznych i przedwyborczych, zostaną zakwestionowane przez Komisję Europejską jako niedozwolona pomoc publiczna. Wówczas podwyżki będą, a “ciemny lud” z pewnością będzie szukał winnych.

Dlatego też, prezes URE rozpoczął wdrażanie specjalnego planu, rodem z głębokiego PRL-u, czy wręcz czasów komunistycznego Związku Radzieckiego. Jego zdaniem, za planowanymi podwyżkami cen energii w 2019 roku nie stoi wcale wzrost kosztów jej pozyskiwania, wzrost cen węgla czy kosztów praw do emisji CO2 tylko … spisek koncernów energetycznych, którzy chcą się jak najwięcej “nachapać”.

Jak donosi radio TOK FM, Prezes URE podejrzewa też, że ustalając wysokie ceny, główni gracze na polskim rynku energii próbują manipulować na giełdzie, dlatego zawiadomił prokuraturę. Jednocześnie przedstawiciele miast i gmin domagają się od władz stworzenia możliwości weryfikacji zawartych już kontraktów zawierających podwyżki sięgające nawet 70 procent. Z danych przedstawionych samorządowcom przez prezesa URE wynika, że w zaproponowanych przez koncerny energetyczne cenach prądu lwią część odgrywa właśnie marża, która jest kilkukrotnie wyższa, niż w minionych latach. Co więcej, z analizy wzrostu cen może wynika, że przedsiębiorstwa energetyczne testowały rynek i giełdę. Stąd zawiadomienie do prokuratury.

Sprawa nieuchronnych podwyżek prądu (wbrew deklaracjom premiera i prezydenta ceny dla przemysłu i samorządów wzrosnąć muszą, co odczujemy wszyscy) dojrzała zatem do tego momentu, gdzie potrzebny jest kozioł ofiarny, którego można rzucić na pożarcie. Ze słów prezesa URE wynika, że mogą nim być pisowscy nominaci w sektorze energetyki, którzy w pokazowym procesie zostaną uznani za agentów imperialistycznego “zachodu”, którzy na wiosnę planowali wręcz zrzucić stonkę na polskiego kartofla. Właśnie tak rewolucja zaczyna pożerać własne dzieci.

— SENATOR BIERECKI I ZAGADKOWE LOKATY – jedynka GW (Kublik, Czuchnowski): “Mamy dowody, że nie jedna, lecz dwie fundacje powiązane z Grzegorzem Biereckim chciały założyć lokaty w Getin Banku Leszka Czarneckiego w czasie, gdy prokuratura zajmowała się sprawą wyprowadzenia pieniędzy z systemu SKOK. Bank odmówił. (…) 14 kwietnia departament klientów strategicznych GNB informuje mailem „high importance” (najwyższej wagi) członków zarządu banku: „Zgłosiła się do nas fundacja, która chce lokować środki. Klient polecony przez Kasę Krajową SKOK. Czy powinniśmy podpisać z klientem umowę/przyjmować depozyty przy zachowaniu wszystkich procedur /włącznie z uzyskaniem oświadczenia o beneficjencie rzeczywistym w świetle pojawiających się informacji?”. I tu pojawia się właśnie link do tekstu „Wyborczej”.
wyborcza.pl

— GW O DRAMATYCZNEJ SYTUACJI PRACOWNIKÓW TV REPUBLIKA: “– Zgodziłyśmy się rozmawiać, bo mamy dosyć hipokryzji w naszej firmie. Szefostwo Republiki mówi dużo o wartościach. A jednocześnie nie płaci pensji – mówi Julia. Gdy pracownicy zwracają na to uwagę Tomaszowi Sakiewiczowi, prawicowemu publicyście, wydawcy „Gazety Polskiej”, który w Republice jest wiceprezesem, a faktycznie sprawuje tam rządy, są przez niego ignorowani. – Traktuje nas w niezwykle arogancki sposób – opisują nasze rozmówczynie. Opowiadają o jednej koleżance, która załatwiła sobie pracę w TVP, gdzie po przejęciu telewizji przez PiS pracę znalazło wielu pracowników Republiki z jej gwiazdą Michałem Rachoniem na czele. Sakiewicz błagał ją, by została, przekonywał, że bez niej Republika się rozsypie. Dziewczyna go posłuchała. Teraz też nie dostaje pensji. Sakiewicz ją zbywa, gdy dopomina się o kasę”.
wyborcza.pl

>>>

Cimoszewicz o słowach PAD o sędziach SN: Szczególnie bulwersujące i żałosne, kompromitujące dla prawnika

– Wśród różnych głupstw, które pan Duda wypowiada o sędziach, to to jest szczególnie bulwersujące i żałosne, kompromitujące dla prawnika, który właśnie podpisał ustawę mówiącą m.in., że wśród osób, które PiS chciał wyrzucić na emeryturę sędziowską, czyli w stan spoczynku, mają zachowaną ciągłość pracy, czyli że ani jednego dnia nie byli byłymi sędziami i tylko cały czas ci ludzie byli sędziami Sądu Najwyższego – mówił Włodzimierz Cimoszewicz w rozmowie z Piotrem Maślakiem w „Porannej rozmowie” Gazety.pl.

Bierecki zrobił ze SKOK-ów to, co Kramer z banku w „Vabank”, potrzebny jest Kwinto, aby gościa posadzić

20 Gru

Wraz z aferą KNF z wolna wychodzą na jaw nowe szczegóły finansowych rozgrywek rzucających złe światło na SKOK oraz osobę senatora Grzegorza Biereckiego.

„Gazeta Wyborcza” dysponuje dowodami na to, że dwie fundacje związane z parlamentarzystą, „Kocham Podlasie” i „Fundacja Edukacji Spółdzielczej”, chciały założyć lokaty w Getin Noble Banku w momencie, gdy prokuratura zajmowała się sprawą wyprowadzania pieniędzy ze SKOK – podaje portal Money.pl. Podkreśla, że bank Leszka Czarneckiego odmówił obydwu fundacjom, powołując się na podejrzenia KNF i śledztwo prokuratury. Uznał, że mogłoby to zostać potraktowane jako pomoc w wyprowadzaniu pieniędzy.

Podobno dziennikarze dotarli do korespondencji księgowej Kasy Kredytowej SKOK z 2015 roku.

Wynika z niej, że w sprawie założenia lokat w Getin Noble Banku księgowa SKOK pisała dwukrotnie w kwietniu i maju, czyli w czasie kiedy m.in. „Gazeta Wyborcza” ujawniła aferę SKOK, a prokuratura w Gdańsku miała wszcząć śledztwo, by zbadać, czy nie doszło do nieprawidłowości w związku z likwidacją Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych będących głównym  udziałowcem Krajowej Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej.

Wcześniej ówczesny szef KNF Andrzej Jakubiak, informował na piśmie premier Ewę Kopacz, marszałka Senatu oraz szefów CBA i ABW, o wyprowadzaniu z Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych do prywatnej spółki senatora Biereckiego 65 mln zł.

Jak zaznacza Wyborcza, wszystkie maile księgowej zostały wysłane z adresu KK SKOK, która od 2012 r. jest klientem Getin Noble Banku.

Wotum nieufności dla Morawieckiego pokazało jak marną władzą jest PiS, realizują tylko Koryto+

15 Gru

W piątek wieczorem Sejm zajął się wnioskiem PO o konstruktywne wotum nieufności dla Rady Ministrów. Kandydatem na nowego premiera był lider Platformy Grzegorz Schetyna, który jako pierwszy zabrał głos. – Kłamcy boją się prawdy. Zmarnowaliście to, co wam zostawialiśmy, a efekt jest taki, że poziom inwestycji w stosunku do PKB spadł do najniższego poziomu od 20 lat – mówił. Przedstawił też plan, jaki PO ma po wygraniu wyborów. – Przygotujemy Akt Odnowy Rzeczypospolitej, który wycofa antydemokratyczne przepisy, które wprowadziliście – mówił. Zapowiedział też m.in. zatrzymanie pełzającego Polexitu, powrót do Europy, większe środki z funduszy unijnych, naprawę szkolnictwa, armii i polityki zagranicznej, podwyżki, nowy system podatkowy, a także rozszerzenie programu 500 Plus.

Kłamcy boją się prawdy

Mimo późnej pory w Sejmie nie brakowało emocji. – Kłamcy boją się prawdy – rozpoczął Grzegorz Schetyna, informując, że składa konstruktywne wotum nieufności.

Lider PO zaczął od wytknięcia błędów i kłamstw. – Kłamał pan na temat podatków. Według szacunków sporządzonych przez pana własnych ekspertów z podwyżek podatków i nowych podatków, które wprowadziliście, wydrenujecie z kieszeni Polaków o ponad 20 mld więcej, niż oddacie im w obniżkach, którymi tak się chwalicie – wyliczał.

Schetyna wypomniał, że pod względem łatwości prowadzenia biznesu Polska zamiast piąć się w górę spadła z 24 na 33 miejsce, a zakres wolności gospodarczej spadł poniżej unijnej średniej. – Zmarnowaliście to, co wam zostawialiśmy, a efekt jest taki, że poziom inwestycji w stosunku do PKB spadł do najniższego poziomu od 20 lat – mówił lider PO.

Mówił też o sądach. Przypomniał obietnice PiS-u jeszcze z kampanii. – W środę usłyszeliśmy nowe obietnice premiera, a jutro usłyszymy kolejne na konwencji PiS – mówił Grzegorz Schetyna.

PiS dąży do Polexitu

Zdaniem przewodniczego PO rząd dąży do Polexitu, a polska dyplomacja jest nieudolna. – Oficjalne kwestionowanie traktatów unijnych jest oficjalnym kwestionowaniem naszego uczestnictwa w Unii Europejskiej – mówił Schetyna. – Oszukujecie nas, że chcecie Polski w UE, ale systematycznie realizujecie pełzający Polexit – dodał i wytknął wszczęcie wobec Polski procedury art. 7 przez KE. – Odebraliście Polakom szacunek, jakim cieszyli się za granicą – mówił.

Lider PO pytał też, dlaczego – skoro mamy taką doskonałą sytuację gospodarczą – rząd nie daje podwyżek w sektorze budżetowym. – Skoro jest tak dobrze w budżetówce, to czemu jej pracownicy nie otrzymują podwyżek? Dlaczego nie chcecie dać podwyżek nauczycielom, policjantom, pracownikom sądów? – mówił.

Układ PiS

Schetyna przypomniał też premierowi aferę KNF. – Próbowaliście wmówić Polakom, że wszyscy oprócz was są złodziejami, a okazuje się, że to wy jesteście patronami afer. Po to zawłaszczaliście służby i prokuraturę? By chronić układ? – pytał retorycznie przewodniczący PO i dodał: – Mijają 3 lata waszych rządów. Gdzie wasze śledztwo smoleńskie? Gdzie jest wrak? Nawet już sami o tym nie mówicie.

Konstruktywny plan opozycji

W drugiej części Grzegorz Schetyna przedstawił projekt PO, który zostanie wdrożony, gdy opozycja wygra wybory. -Po pierwsze, zatrzymamy pełzający Polexit, ale to za mało, wprowadzimy Polskę znowu do twardego jądra Europy, tam gdzie nasze miejsce – mówił.

Przypomniał, że za czasów rządów PO-PSL Polska była liderem w pozyskiwaniu funduszy unijnych. – Odzyskamy fundusze, a nawet pozyskamy ich więcej – zapewniał.

Po drugie, edukacja. – Posprzątamy PiS-owski bałagan, wprowadzimy elementarny ład. Przywrócimy prawdziwą historię i kanon lektur – mówił. Obiecał też podwyżki nauczycielom.

Jedyny resort, o którym wspomniał w swoim przemówieniu Schetyna, to Ministerstwo Obrony Narodowej. – Polska będzie miała prawdziwego ministra obrony, który nie będzie żartem, jak ten i poprzedni – przekonywał.

Akt Odnowy Rzeczypospolitej

Przewodniczący PO zapowiedział pakiet ustaw naprawczych, które przywrócą w Polsce praworządność. – Przygotujemy Akt Odnowy Rzeczypospolitej, który wycofa antydemokratyczne przepisy, które wprowadziliście – tłumaczył.

Schetyna podał też konkretne rozwiązania, które wprowadzi Platforma, gdy stworzy rząd. Będą to: wsparcie w wysokości 500 zł miesięcznie dla osób zarabiających najniższą krajową, do 30 proc. spaść mają wszelkie obciążenia podatkowe.

– Skarżył się pan, że opozycja nie przedstawia konstruktywnych propozycji. Skoro nie macie własnych pomysłów, wystarczy że zaczniecie przyjmować nasze projekty zamiast je hurtem odrzucać –  mówił Schetyna. I wyliczał dalej: – Stawkę VAT na żywność obniżymy do 5 proc., to złagodzi problem drogiej żywności. Złożyliśmy projekt obniżenia akcyzy na prąd. Nie chcecie ustąpić, nie macie własnych pomysłów, weźcie nasze, to pomoże Polakom.

Na koniec swojego wystąpienia przewodniczący Platformy obiecał. – Rozliczymy was. Rozliczymy z każdej złotówki, z każdego przestępstwa i niegodziwości. Nie upiecze się żadnemu z was. Ale na razie wnoszę o podanie się do dymisji premiera Morawieckiego. Gdyby miał cień honoru, zrobiłby to od razu – konkludował Grzegorz Schetyna.

PiS broni, Kukiz się wstrzymuje

Po wystąpieniu Grzegorza Schetyny przyszedł czas na 5-minutowe oświadczenia klubów.

Jako pierwszy na mównicę wyszedł Marcin Horała z PiS, który bronił rządu i atakował PO. – Czy chcemy, żeby miejsce osób, na których ciążą poważne zarzuty korupcyjne, było w areszcie, przed prokuratorem, czy we władzach partii, tak jak to jest w PO? – pytał i chwalił premiera za doskonałą politykę.

– Ten rząd to jedna wielka piramida finansowa. PiS z gromadą krewnych i pociotków wyciągnie z niej zyski i zostawi na lodzie – mówiła Ewa Kopacz.

Wyliczała błędy rządu: kolejki do szpitali, kłamstwa, podwyżki. – Niech pan zapyta Polaków, ile kosztowały ich święta. Ta fala podwyżek, która zalewa Polskę, już za chwilę uzmysłowi każdemu, kto wybierze się na zakupy, że wasza troska o ich los to tylko kampanijny slogan – mówi Ewa Kopacz.

– Z tego popiołu, który po sobie pozostawicie, jak Feniks z popiołów odrodzi się Polska, nowa, przyjazna, sprawiedliwa, prawdziwie zjednoczona. Nowa, lepsza Polska zwycięży! – konkludował lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz.

Głosowanie

Po zakończeniu wystąpień przedstawicieli klubów i kół poselskich głos zabrał premier, który podobnie jak w środowym wystąpieniu nad wotum zaufania, chwalił rząd i krytykował opozycję. – Wyższe wynagrodzenia, wyższe płace to jest program PiS i ten program zrealizujemy – grzmiał z mównicy.

Po wystąpieniu premiera marszałek Ryszard Terlecki ogłosił przerwę. O 22.45 na sali zjawił się Jarosław Kaczyński. Wtedy rząd w głosowaniu odrzucił wniosek o konstruktywne wotum nieufności złożony przez opozycje większością 233 głosów – za wnioskiem głosowało 163 posłów, wstrzymało się 20.

– Niespodzianek nie było. Głosowało 416 posłów. Za odwołaniem było 163, przeciw 233, wstrzymało się 20.

– W swym przemówieniu premier zapowiedział dalszą reformę wymiaru sprawiedliwości.

– Opozycja punktowała rzad za aferę KNF, chaos polityki zagranicznej, łamanie wyborczych obietnic.

– PiS i premier atakowali opozycję za to, że nie ma programu.

– Obie strony przypisywały konkurentom kłamstwa i inwektywy.

.– Znakiem Waszych rządów jest Kłamstwo manipulcja obłuda i nepotyzm

Co obiecał Schetyna?

Schetyna podczas wystąpienia zapewnił, że kiedy PO dojdzie do władzy to przebuduje system podatkowy tak, by podatki oraz składki na ZUS i NFZ nie przekroczyły łącznie 35 proc. zarobków Polaków. „Po drugie każdy, kto pracuje i zarabia mniej niż dwukrotność płacy minimalnej, otrzyma dodatkowe wsparcie, w przypadku osób zarabiających minimalne wynagrodzenie ta pomoc wyniesie 500 złotych miesięcznie, do kieszeni ciężko pracujących obywateli trafi blisko 300 miliardów złotych, o 1/3 więcej, niż z programu 500 plus – mówił Schetyna.

Zdaniem lidera PO, jego ugrupowanie w każdym obszarze państwa, w każdym elemencie życia Polaków, ma plany naprawy i rozwoju. – Gotowi jesteśmy, aby z pokorą wziąć się do ciężkiej pracy dla Polski, bo wierzymy, że Polska ma przyszłość – podkreślił Schetyna.

– Oprócz tego wszystkiego co zrobimy dla Polski, dla Polek i Polaków rozliczymy was, rozliczymy PiS z każdej złotówki, z każdego przestępstwa, z każdej niegodziwości. Nie upiecze się każdemu z was, ale na razie wnoszę o dymisje prezesa Rady Ministrów Mateusza Morawieckiego, gdyby miał cień honoru podałby się do dymisji od razu – oświadczył lider PO.

Mateusz Morawiecki. Polityczny kameleon

PiS realizuje pełzający Polexit

We wcześniejszej częsci przemówienia lider PO twierdził, że rzad systematycznie realizuje pełzający Polexit. Przypomniał, że Polska jako pierwszy kraj w historii Unii Europejskiej objęta została procedurą z art. 7. Europejski Trybunał Sprawiedliwości musi dziś zajmować się naruszaniem przez was unijnym traktatów i to w sprawach o fundamentalnym znaczeniu. Najlepszym dowodem waszych prawdziwych intencji w tej kwestii jest zaskarżenie przez (ministra sprawiedliwości) Zbigniewa Ziobro unijnych traktów do Trybunału Konstytucyjnego” – dodał. „Oficjalne kwestionowanie traktatów unijnych jest kwestionowaniem naszego członkostwa w Unii Europejskiej – podkreślił z sejmowej trybuny.

Po czym ostro zaatakował dyplomatyczne działania PiS. – Trudno nawet powiedzieć, że wasza polityka zagraniczna jest nieudolna, chaotyczna czy szkodliwa, czy pozbawiona wizji, ponieważ trudno ocenić coś, czego po prostu nie ma. Polityka zagraniczna nie istnieje” – mówił. Dodał, że rząd PiS zastąpił politykę zagraniczną „knuciem”. MSZ sprowadziliście do roli partyjnej przybudówki – mówił.

Czego PiS nie zrealizował

Szef PO zarzucił rządowi, że nie potrafi realizować swoich sztandarowych projektów. W tym kontekście wymienił m.in. Mieszkanie Plus czy modernizację armii. „Zanim zaczniemy słuchać nowych fantazji, to chcielibyśmy przy okazji posłuchać, co ma pan do powiedzenia w sprawie polskich samochodów elektrycznych, jak wygląda ten pański program” – mówił Schetyna.

Musi pan zamilknąć i odejść

Do ostrej krytyki rządu przyłaczył się też lider PSL. Przez ostatni rok potykał się pan o prawdę, szedł dalej jakby nic się nie stało i cały czas kłamał; dzisiaj Polacy nie oczekują od pana mówienia prawdy, tylko milczenia. Musi pan zamilknąć i odejść – mówił Władysław Kosiniak-Kamysz zwracając się do premiera Morawieckiego.

Według niego gorsze od kłamstw premiera są dla Polaków niespełnione obietnice. Mówiąc o służbie zdrowia Kosiniak-Kamysz podkreślił, że są olbrzymie kolejki do specjalistów. – Do endokrynologa 23 miesiące, do ortodonty 11, do immunologa 9 miesięcy. Co z dentobusami? Gdzie jeżdżą po Polsce? Ze świecą szukać – wyliczał lider PSL.

Mówiąc o rolnictwie Kosiniak-Kamysz podkreślił, że 1/4 gospodarstw jest zlikwidowana. – Ponad 200 ognisk ASF u świń, ponad 3 tys. u dzików. Co z podwojonymi dopłatami? Gdzie są sprawy związane z odszkodowaniami za szkody łowieckie, co z wypłatami za suszę, co z narodowym holdingiem? Nie ma, jest narodowy holding, ale dla Chińczyków, a nie dla Polaków – punktował lider PSL.

PiS o trabancie i ferrari

W imieniu klubu parlamentarnego PiS premiera bronił poseł Marcin Horała. Obrona polegała głownie na atakowaniu PO, sugerując kryminalne powiązania jej polityków. ( I nic to, że postawione prez kontrolowanych przez Zbigniewa Ziobrę śledczych, i takie którymi nie zajmowały się sądy). – Spójrzmy na gabinet cieni, przyszły gabinet niedoszłego premiera Schetyny. Tam jest pan Stanisław Gawłowski jako szef Komitetu Stałego (Rady Ministrów); tam jest pan Sławomir Neumann; to osoby, na których ciążą poważne zarzuty prokuratorskie. Przecież gdyby ten rząd powstał, to jego posiedzenia musiałyby odbywać się w izbie wizyt zakładu karnego – ironizował Horała.

Polityk PiS mówił też, że o polityce PO świadczą podwyżki różnych opłat, do jakich dochodzi w miastach rządzonych przez polityków PO. Przekonywał, że np. w Łodzi rosną opłaty za śmieci, za bilety i parkowanie. – To jest jedyny prawdziwy program PO, który realizuje zawsze i wszędzie, kiedy dorwie się do władzy: podwyższać ludziom podatki, podwyższać opłaty, zabierać ulgi i świadczenia. Jakoś trzeba zebrać miliardy, by je potem wypłacać mafiom reprywatyzacyjnej czy VAT-owskiej. PiS zabiera mafiom i wypłaca ludziom, a PO odwrotnie: zabiera Polakom, by wypłacać mafiom – reprywatyzacyjnej i VAT-owskiej – mówił Horała.

Morawiecki: Będziemy dalej reformować wymiar sprawiedliwości

Premier jako ostatni zabrał głos podczas debaty sejmowej nad wotum nieufności wobec jego gabinetu. Opozycji zarzucił, ze potrafi jedynie rzucać inwektywami i kłamstwami. Dodał, że opozycja jest niewiarygodna. Morawiecki podziękował też za wotum zaufania, którego Sejm udzielił jego rządowi w środę. – Jest to dla mnie bardzo ważny, budujący mandat na to, żeby dalej reformować Polskę (…). To jest też rękojmia tego, że nasze reformy, nasze zmiany będą kontynuowane- powiedział premier. Dodał, ze wśród owych reform są dalsze zmiany w systemie sprawiedliwości. – Jestem dumny z tego, że potrafiliśmy odbudować elementarną sprawczość, sprawność instytucji państwa, które wcześniej, w waszych czasach, nie działały – powiedział do posłów opozycji Morawiecki. – Wspólnym mianownikiem naszych wszystkich działań jest wiarygodność; obiecaliśmy niższy wiek emerytalny i program 500 plus – dotrzymaliśmy słowa; podobnie dotrzymujemy słowa w naszych innych działaniach – dodał.

Skąd to wotum nieufności

PO złożyła swój wniosek w Sejmie pod koniec listopada, Wówczas był on m.in. reakcją na przegrany przez premiera Morawieckiego proces w trybie wyborczym, który wytoczyła mu PO (chodziło o inwestycje infrastrukturalne w czasach rządów PO-PSL). Jednak w ostatnich dniach w jego uzasadnieniu nawiązano też do „afery KNF”. „To jest największa afera ostatnich lat, to afera PiS-u; afera, która pokazywała w jaki sposób można doprowadzać do upadku bank” – podkreślał Schetyna.

Zgodnie z konstytucją Sejm wyraża Radzie Ministrów wotum nieufności większością ustawowej liczby posłów (co najmniej 231) na wniosek zgłoszony przez co najmniej 46 posłów i wskazujący imiennie kandydata na premiera. PiS ma w sejmie ponad 237 posłów. Kilka dni temu ich głosy sprawiłym, że Sejm udzielił premierowi wotum zafania.

Wystąpienie Kaczyńskiego sugeruje, że w PiS jest naprawdę źle

Rzeczywiście nadzór nad SKOK-ami był spóźniony. Ale winę za to ponoszą Grzegorz Bierecki, Lech Kaczyński, Andrzej Duda i PiS, a nie pobity przez ludzi Wołomina Wojciech Kwaśniak i inni urzędnicy KNF. Nie damy PiS, Zbigniewowi Ziobrze, prokuraturze i senatorowi Grzegorzowi Biereckiemu zakłamać prawdy o Kasach – pisze wicenaczelna OKO.press Bianka Mikołajewska

Prokuratura zarzuca byłym urzędnikom KNF spóźnione działania nadzorcze wobec SKOK Wołomin. A minister Ziobro twierdzi, że były wiceszef KNF został pobity przez ludzi z „Wołomina”, bo Komisja rozzuchwaliła bandytów swoją bezczynnością. 

To, co dzieje się w sprawie byłych urzędników KNF i SKOK Wołomin, to próba przerzucenia odpowiedzialności za katastrofalną sytuację finansową większości spółdzielczych kas oszczędnościowo kredytowych

  • z tych, którzy do niej doprowadzili i którzy pomagali ją SKOK-om ukrywać, podpowiadając księgowe sztuczki
  • oraz tych, którzy przez lata bronili SKOK-ów przed państwowym nadzorem,
  • na tych, którzy przez 3 lata „wyczyścili” sytuację w Kasach i faktycznie uchronili setki tysięcy ludzi przed stratą oszczędności.

Więcej na ten temat >>>

„Starzy” sędziowie Trybunału Konstytucyjnego – Leon Kieres, Małgorzata Pyziak-Szafnicka, Stanisław Rymar, Piotr Tuleja, Sławomira Wronkowska-Jaśkiewicz i Marek Zubik, a także wybrany przez PiS Piotr Pszczółkowski – upublicznili swoje uwagi na temat manipulowania składami sądzącymi w TK. Uwagi te złożyli na ręce pełniącej funkcję prezesa Julii Przyłębskiej, by dołączyła je do rocznego sprawozdania z działalności tej instytucji. Przyłębska odmówiła. Mimo że manipulowanie składami to fakt, a jako pierwszy ujawnił go w maju tego roku p.o. wiceprezesa dubler sędziego Mariusz Muszyński. Zrobił to z własnej woli, niepytany, w zdaniu odrębnym do postanowienia TK – co samo w sobie było kuriozum. W czerwcu „starzy” sędziowie TK i Piotr Pszczółkowski też napisali w sprawie manipulowania składami do Julii Przyłębskiej i upublicznili ten list.

Julia Przyłębska: wszystko zgodnie z przepisami

W dniu gdy media podały informację o drugim liście, Julia Przyłębska wystąpiła jako gość wieczornych „Wiadomości” TVP. Zapewniła, że „wszystko dzieje się zgodnie z obowiązującymi przepisami”, bo ona – jako prezes – ma prawo wyznaczać składy i może się przy tym kierować nie tylko kolejnością alfabetyczną, ale też innymi względami. Zaatakowała byłego prezesa TK Andrzeja Rzeplińskiego, że zamiast pełnych składów wyznaczał składy pięcioosobowe. Nie dodała, że robił tak, gdy chodziło o osądzenie kolejnych pisowskich ustaw o TK, i że brakowało sędziów do pełnego składu, bo dublerzy nie byli dopuszczeni do orzekania, a niektóre ustawy dotyczyły nowych sędziów od PiS. To, że w tej wyjątkowej sytuacji prezes TK miał prawo tak zrobić, potwierdziła w kwietniu 2016 r. w swoim raporcie Komisja Wenecka.

Zakaz manipulacji składami sądu wynika z konstytucji

Z kolei Mariusz Muszyński tłumaczył w maju, że składy są zmieniane, by sprawy toczyły się sprawniej. I że robi się to wtedy, gdy sędziowie nie mogą się porozumieć co do wyroku. Tymczasem zakaz manipulacji składami sądu wynika z konstytucji. Art. 45. gwarantuje prawo do rozpatrzenia sprawy przez „właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd”. Sytuacje, w których skład można zmienić, muszą być ściśle opisane. W ustawie o trybie działania TK w art. 38 jest zaś napisane: „Sędziów Trybunału do składu orzekającego, w tym przewodniczącego składu i sędziego sprawozdawcę, wyznacza Prezes Trybunału według kolejności alfabetycznej, uwzględniając przy tym rodzaje, liczbę oraz kolejność wpływu spraw do Trybunału. Prezes Trybunału w uzasadnionych przypadkach, zwłaszcza ze względu na przedmiot rozpoznawanej sprawy, może wyznaczyć sędziego sprawozdawcę, odstępując od kryteriów wymienionych [wyżej]”.

Orzekanie „sprawniejsze”, czyli zgodne z wolą prezesa

A więc nie ma mowy o zmianie składów dla sprawności orzekania. Sam pomysł, że aby orzekać sprawniej, należy dobrać skład, który się ze sobą zgodzi, jest sprzeczny nie tylko z zasadą „właściwego”, ale też bezstronnego i niezależnego sądu. I sędziowskiej niezawisłości. By go zrealizować, prezes musiałby zapytać sędziów, jakie mają zdanie, i dobrać tych, którzy mają podobne.

Przez poprzednie 30 lat działania Trybunału Konstytucyjnego, gdy sędziowie nie mogli się porozumieć co do wyroku, sprawę – na wniosek składu sądzącego – prezes kierował na poszerzony skład i wyznaczał drugiego sprawozdawcę, tak aby oba stanowiska były reprezentowane. Sprawę osądzano, a o wyroku decydowało głosowanie. Teraz, jak pośrednio przyznał Mariusz Muszyński, o wyroku decyduje wola prezesa, który dobiera sędziów o odpowiednich poglądach.

Jaka jest skala „dobierania” składów?

Jaka jest skala manipulacji – nie wiadomo, bo Trybunał odmawia podania danych o tym, ile razy składy zmieniano. Na moje pytanie w tej sprawie zadane w maju Biuro Prasowe TK stwierdziło, że żądam „informacji przetworzonej”, a to znaczy, że muszę udowodnić, że udzielenie mi odpowiedzi jest „szczególnie istotne dla interesu publicznego”. Odpowiedziałam: „Kwestia poszerzającej interpretacji prawa tam, gdzie chodzi o konstytucyjne prawo do bezstronnego sądu, jest »szczególnie istotna dla interesu publicznego«. Taka poszerzająca interpretacja narusza gwarancję bezstronnego sądu. Dlatego w interesie publicznym jest poznanie skali tego zjawiska i publiczna dyskusja nad nim”. Biuro odpisało, że go nie przekonałam.

To, że składy są dobierane, widać gołym okiem. Na przykład za trzy tygodnie wniosek nowej Krajowej Rady Sądownictwa, która zakwestionowała konstytucyjność trybu jej powołania, rozpatrzy skład pięcioosobowy, gdzie większość stanowią sędziowie, którzy już w zeszłym roku orzekli, że sędziów do KRS mogą wybierać posłowie.

Ważne dla PiS sprawy sądzą sędziowie z partyjnym namaszczeniem

Wszystkie ważne dla PiS sprawy sądzą składy z przewagą lub złożone wyłącznie z sędziów wybranych przez PiS. Do przykładów należą: zeszłoroczny wyrok w sprawie KRS, sprawa dotycząca granic prezydenckiej łaski (w tle ułaskawienie Mariusza Kamińskiego przed prawomocnym skazaniem), sprawa trybu wyboru pierwszego prezesa SN, która otworzyła drogę do usunięcia z urzędu Małgorzaty Gersdorf (PiS koniec końców się na to nie zdecydował, bo musiałby uznać też nielegalność powołania poprzednich pierwszych prezesów), czy konstytucyjności „zgromadzeń cyklicznych” uchwalonych dla uniemożliwienia protestów przeciw miesięcznicom smoleńskim. Zmiany dokonywane są też w sprawach niepolitycznych: czterokrotnie zmieniano skład sądzący w sprawie pytania prawnego o tzw. służebność gruntową, pięciokrotnie w sprawie odszkodowania za szkody łowieckie.

Wiadomo też – nieoficjalnie – że każdy wyznaczony alfabetycznie skład trafia na biurko Julii Przyłębskiej, która go zmienia lub nie. Jeśli zmieni – ta zmiana w ogóle nie jest odnotowywana, bo zmieniony skład liczy się jako pierwotny.

Sędziowie odsuwani od orzekania

W liście z 5 grudnia siódemka sędziów wymienia 19 sygnatur spraw, w których usunięto ich ze składu. Piszą o zjawisku odsuwania ich od orzekania: „O tym, że naruszona została zasada alfabetycznego przydziału spraw, świadczy rażąca dysproporcja, jeśli chodzi o ilość rozpatrywanych spraw przez poszczególnych sędziów”. Wykazują, że sędziowie Leon Kieres, Małgorzata Pyziak-Szafnicka i Piotr Tuleja orzekali tylko raz, sędzia Sławomira Wronkowska-Jaśkiewicz dwa razy, a sędziowie Piotr Pszczółkowski, Stanisław Rymar i Marek Zubik nie dostali ani jednej sprawy. Natomiast sędziowie mianowani przez PiS są w składach po sześć do 12 razy.

Sędziowie pokazują, że dysproporcje są szczególnie rażące w sprawach z sygnaturą „K”, czyli wniosków grupy posłów, prokuratora generalnego, KRS, RPO czy innych uprawnionych instytucji, czyli spraw najsilniej politycznie naznaczonych. Sędziowie wyliczają: „Sędziowie Piotr Tuleja i Marek Zubik byli wyznaczani do składów orzekających w sprawach »K« z 2017 i 2018 r. zaledwie pięć razy, Piotr Pszczółkowski sześć. Natomiast sędzia Andrzej Zielonacki orzekał aż 17 razy, Jędrzejewski – 16 razy, Jędrejek – 14″.

Poza tym sędziowie przypominają m.in., że wciąż nie jest rozpatrzona wniesiona na początku 2017 r. skarga prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry na tryb wyboru w 2010 r. trzech sędziów, co daje pretekst do ich wyłączania od sądzenia. A także że praktycznie wyeliminowano ich od uchwalenia regulaminu TK, uniemożliwiając zgłaszanie uwag.

Te wszystkie uwagi nie znajdą się w dorocznym sprawozdaniu z działalności Trybunału Konstytucyjnego. Ale dzięki upublicznieniu listu sędziów wiedza o działalności Trybunału Julii Przyłębskiej i Mariusza Muszyńskiego będzie pełniejsza. Ma to znaczenie nie tylko historyczne, ale też praktyczne: może w przyszłości pozwolić na formalne zakwestionowanie orzeczeń, w których skład był ustawiony.

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o kicie PiS.

Za nami trzy lata obietnic PiS, które padły w zderzeniu z realiami.

Sama nie wiem, czy to tylko moje pobożne życzenie czy też rzeczywiście ostatnio PiS straciło jakoś rozpęd i zapał. Tak jakby wiatr boży przestał wiać w pisowskie żagle, partia wpłynęła na mieliznę i utknęła, bo sztil ich dopadł. Hm…

Można powiedzieć, że „Stoi na stacji lokomotywa. Ciężka, ogromna i pot z niej spływa: Tłusta oliwa. Stoi i sapie, dyszy i dmucha”, ale już żar z jej rozgrzanego brzucha nie bucha, no i palacz sił nie ma, by węgiel w nią sypać. Wyraźnie pokazuje to ostatnie przemówienie prezesa Kaczyńskiego.

Przemówienie mdłe, bezbarwne, nie mówiące niczego, czym Polacy nie byliby karmieni od trzech lat. Zdrada Tuska, afery PO, opozycja łamiąca Konstytucję i na tym tle PiS jako strażnik ustawy zasadniczej, obietnice rozliczenia, nazwanie deform reformami, dbałość o biednego obywatela, miłość do Unii Europejskiej itp. itd. Sam Kaczyński nie wyglądał na człowieka, który wierzyłby we własne słowa. Bez ikry, bez energii, ot, mocno już starszy pan, który w znacznym stopniu stracił panowanie nad swoimi pisowskimi młodymi wilczkami.

Mówi się, że kłamstwa wciąż powtarzane stają się prawdą. Warto też zauważyć, że kit wciskany na okrągło traci na swej atrakcyjności i przestaje być skuteczną bronią w walce o wyborcę. I tak było w tym przypadku. Prezes gadał sobie i gadał, ale przekaz pozbawiony był już tej mocy rażenia, którą znaliśmy z wcześniejszych wystąpień szarej eminencji. Był nudny, mocno przewidywalny i nawet zakamuflowane w przemówieniu groźby nie robiły większego wrażenia.  Miało być mocno, dobitnie, aktywizująco swoich, a wyszło po prostu słabo.

Lud czeka na więcej. Czeka na płomienne deklaracje. Wyciąga rękę po nowe obietnice, a tu…klapa. Wydaje się, że PiS już nie ma pomysłu, co dalej zaproponować, by kupić kolejne dusze. Tym bardziej, że ich sztandarowe obietnice nie do końca okazały się sukcesem.

Hitem miał być program 500 Plus, a jednak 46,2% dzieci, czyli 3,2 mln nie jest nim objętych. Wynika to m.in. z wyznaczenia sztywnej granicy kryterium dochodowego czy też obowiązku ustalonych sądownie świadczeń alimentacyjnych. Program ten nie zachęcił specjalnie kobiet do rodzenia dzieci. Jak podaje GUS, od stycznia do września w Polsce urodziło się o ok. 10 tysięcy dzieci mniej niż w analogicznym okresie 2017 roku. Tak więc kryzys demograficzny rozwija się w najlepsze, a do tego pojawił się nowy problem, czyli większa bierność zawodowa. Oj, będzie płacz mamusiek za kilka lat, gdy dzieciaczki będą już podchowane i kasa przestanie spływać. Wprawdzie rząd chce matkom, które urodzą więcej niż czwórkę dzieci i z tego powodu nigdy nie podjęły pracy zawodowej, przyznać z marszu emeryturę, która dzisiaj wynosi 878,12 zł na rękę miesięcznie, ale za to nie będzie im wolno podjąć legalnie żadnej pracy, by mogły sobie dorobić. Tak więc przed paniami roztacza się wizja niezłej biedy.

Hitem miał być program Mieszkanie Plus, który też okazał się klapą. Do tej pory postawiono ok. 480 mieszkań, których stan często woła o pomstę do nieba. Fatalne położenie, prowizorka budowlana i wysokie czynsze. Morawiecki jest przekonany, że to nie wina genialnego projektu, ale najzwyklejszy sabotaż.

Hitami miały być pomoc dla frankowiczów, darmowe leki dla seniorów, wsparcie dla rolników, reforma służby zdrowia, dobra zmiana w edukacji, uproszczenie podatków, pomoc dla rozwoju małych przedsiębiorstw, podniesienie kwoty wolnej od podatków czy inwestowanie w wojsko. Miało tak być, a jak wygląda rzeczywistość? Szkoda słów.

Wydaje się, że teraz PiS już samo nie wie, co jeszcze obiecać Polakom, by przekonać ich do głosowania na siebie. Chwilowo jedyne, na co wpadli politycy tej partii to ulgi dla kolejnych grup społecznych, oczywiście tych najbiedniejszych. Coś tam przebąkiwał o tym premier Morawiecki podczas wystąpienia w Sejmie w sprawie wniosku o wotum zaufania, ale nie padły żadne konkrety. Brakuje już pomysłów? Partia się wypaliła? A lud czeka…

Na pewno nie pomaga prezesowi i jego partyjnej ekipie stosowany powszechnie mechanizm wyparcia, czyli jak coś jest nie tak, to nie oni są winni, to nie ich dotyczy, to próba zmasowanego ataku na praworządność i sprawiedliwość. Już nie da się słuchać, że Tusk to czy tamto, że PO zapłaci za wszystko, że prawdziwa Polska rozpoczęła się dopiero po wygranych przez PiS wyborach w 2015 roku. Słowa, słowa, słowa, tylko że nic za nimi nie idzie.

Ileż można odwracać kota ogonem? Próbują przekonać naród, że  to tylko jakiś przypadkowy Chrzanowski narozrabiał, a wszyscy pozostali są święci. Mało tego Ziobro ściga byłych urzędników KNF, którzy za poprzedniego rządu zajmowali się sprawą SKOK-u Wołomin, a jeden z nich został nawet za to skatowany i postawił im zarzut jakiegoś niedopatrzenia czy opóźnienia. Broniąc „swoich”, trzeba było czymś przykryć pisowską aferę KNF.

To stała taktyka PiS-u – afera KNF nie ich, afera wiatrakowa nie ich, afera z ogromną kasą na nagrody i premie to pikuś i czysta powinność w nagrodzeniu ciężko pracujących, swoich urzędników i kolesi. Afera nawałnicowa to nie ich wina, tylko regulacji określonych przez to wredne PO. Misiewicze to tylko wypadek przy pracy. Ułaskawienie Mariusza Kamińskiego to była kwestia zwykłej przyzwoitości. Opóźnienia w wypłatach dla rolników to tylko nic nie znaczący poślizg. Wycinka Puszczy Białowieskiej to wyraz miłości do przyrody. Jak podaje portal wiesci24.pl, tych aferek PiS zgromadziło przez minione trzy lata już 113.

Czy można więc dziwić się, że już im sił nie starcza, weny twórczej brakuje, że ledwo już dyszą? Trzy lata kotłowania się w obietnicach, które padły w zderzeniu z realiami, wmawiania ludziom jak jest cudownie, wymyślania, by te nieszczęsne gruszki spadły z wierzby, to naprawdę może wykończyć.

Ależ chciałabym być dobrym prorokiem i obwieścić, że PiS zjeżdża już popisowo po równi pochyłej. Chciałabym, ale… niedocenianie przeciwnika może okazać się jednak nieco na wyrost. Może uda im się zebrać w sobie i wykrzesać jeszcze trochę energii. Może jeszcze coś wymyślą, by powalczyć o koryto. Może… czego sobie i Polsce nie życzę.

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o posle Kaczyńskim.

Zwierzęta swój teren oznaczają uryną. Ludzie różnie, choć patrioci najchętniej przelaną krwią. Elity wolą symbole. Przez 3 lata władzy politycy pisowscy wpadli w takie zasiedzenie, że teren Sejmu i Senatu uważają za swój. Czym oznaczają?

Marek Kuchciński znany jest z tego, że odzywa się tylko wtedy, gdy na kartce ma napisane, co ma powiedzieć. Ale wpadł na pomysł, aby każdy poseł na koniec kadencji dostał odznakę z napisem prawo (lex). Odznaka jest wzorowana na tej z Sejmu Ustawodawczego II Rzeczpospolitej z lat 1919-22. Opozycja mogłaby wyprodukować odznakę, która zdecydowanie więcej mówiłaby o Sejmie obecnej kadencji, mianowicie przedstawiać Salę Kolumnową z napisem: bezprawie.

Stanisław Karczewski przebił marszałka Sejmu. Umieścił w Senacie swój portret za pieniądze z kieszeni podatnika, lecz nie uzyskany aparatem fotograficznym, ale pędzlem zawodowego malarza. Karczewski myśli jednak kilka lat naprzód, mianowicie jego wizerunek może znaleźć się w Pałacu Saskim, który ma być odbudowany z przeznaczeniem na funkcjonowanie w nim Senatu. Karczewskiemu marzy się prowadzić obrady pod własnym portretem, jak na pisowskiego sarmatę przystało.

Wzmiankowani politycy  PiS są puści jak dzwony. Nie znam żadnych ich osiągnięć godnych zapamiętania, oprócz ich pomocniczości w demolowaniu instytucji demokratycznych i zaprowadzania państwa bezprawia.

W Sejmie doszło do spektakularnej sceny z udziałem szeregowego posła Jarosława Kaczyńskiego, który wszedł na trybunę i zażądał wycofania nowelizacji ustawy Prawo o ruchu drogowym. Prace nad nią dobiegały końca, była już po poprawkach, miało dojść do ostatecznego głosowania. Prezes pstryknął i ten punkt obrad został wykreślony z porządku. Taka jest wola prezesa i ona jest prawem.

Mateusz Morawiecki miał okazję zobaczyć w Brukseli, jak Polska została zmarginalizowana w Unii Europejskiej za władzy PiS dwóch lat rządu Beaty Szydło i rok jego. Szczyt państw strefy euro podjął decyzję, iż strefa euro będzie miała swój budżet. A zatem Europa dwóch prędkości staje się ciałem, a Polska nawet nie zmieści się w tej drugiej prędkości, bo jest hamulcowym standardów, jakie obowiązują w UE.

Morawiecki ponadto ma kłopoty w kraju. Niedawne wotum zaufania to było teatrum dla twardego elektoratu PiS, aby pokazać, jak skonsolidowana jest władza zjednoczonej prawicy. Farbę jednak puścił tatuś premiera Kornel Morawiecki, który stwierdził w Radiu Plus, że kłody pod nogi jego syna Mateusza (Kornel nazywa go kuriozalnie nawet jak na sferę publiczną: panem) rzuca Zbigniew Ziobro. Minister sprawiedliwości zaostrza aferę KNF, aresztując byłych jej członków, w tym Wojciecha Kwaśniaka, a także sprzeciwia się wycofaniu PiS z ustaw sądowniczych, które zostały zaskarżone przez Komisję Europejską w Trybunale Sprawiedliwości UE.

>>>

Państwo mafijne. Taki mamy ustrój

7 Gru

CBA zatrzymało szefów Komisji Nadzoru Finansowego z czasów rządu PO-PSL. Urzędnicy ci tropili nadużycia w systemie SKOK. Wśród nich jest Wojciech Kwaśniak, wiceszef KNF, którego omal nie zabili gangsterzy wynajęci przez SKOK-Wołomin.

– Krew była na podwórku, w łazience, na płaszczu i marynarce. Kiedy to zobaczyłam, nie mogłam uwierzyć, że mąż przeżył. Miał pękniętą czaszkę, złamaną rękę, którą się bronił, tylko na głowie założono mu kilkadziesiąt szwów – wspomina Agata Kwaśniak wydarzenia z 16 kwietnia 2014 r.

W 2014 Kwaśniak przeżył „dzięki zbiegowi okoliczności”

Tego dnia Wojciech Kwaśniak został napadnięty przed swoim domem w Warszawie przez gangstera. Zamach zlecił członek władz SKOK-Wołomin, drugiej co do wielkości Kasy systemu SKOK. Była to zemsta za wykrycie nadużyć w tej Kasie. Napastnik dopadł wiceszefa KNF po jego powrocie z pracy i bił po głowie pałką teleskopową. Bandyta wycofał się, gdy usłyszał nadjeżdżający samochód sąsiada. Pobiegł do lasu. Zostawił ślad: zakrwawioną pałkę, którą porzucił w czasie ucieczki.

Biegły lekarz sądowy napisze potem w opinii, że mając na uwadze obrażenia czaszki, jakich doznał poszkodowany, „można stwierdzić, że jedynie dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności oraz podjęciu czynnej obrony” Kwaśniak przeżył.

„Ruch Prawdziwa Europa – Europa Christii” – tak będzie się nazywać nowa partia polityczna, oczekująca na zarejestrowanie przez Sąd Okręgowy w Warszawie. Jej liderem ma być europoseł Mirosław Piotrowski, reprezentujący w PiS interesy o. Tadeusza Rydzyka. Dlatego też można uznać nową partię za partię Rydzyka po prostu. Był Ruch Palikota, a teraz jest Ruch Biedronia i Ruch Rydzyka. I niech sobie będzie. Postęp i reakcja w ruchu. O taką Polskę wszak walczyliśmy. Parlament Europejski też nie upadnie – od początku ma swój Wydział Średniowiecza. Skamieliny epoki feudalnej i teokracji są w polityce potrzebne, abyśmy pamiętali, skąd się wzięliśmy i jaką drogę musieliśmy przejść, by po kilku stuleciach rewolucji zwanej nowoczesnością znaleźć się tu, gdzie teraz jesteśmy.

Rydzyk jest tylko tym, czym jest

Jeśli Rydzyk jest patologią, to w tym tylko sensie, że nowoczesne państwo pada przed nim na kolana i składa mu wasalne hołdy – jednak sam w sobie ten człowiek jest tylko reliktem. Dawniej tacy ludzie po prostu rządzili światem i już. Patologiczna jest Polska płaszcząca się przed kościelnym Ubu królem, a on sam jest tylko tym, czym jest.

Prasa spekuluje, że zakładając nową formację przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, o. Rydzyk chce wymusić na Jarosławie Kaczyńskim cztery dobre jedynki na listach do PE. Bo jak nie, to pójdzie sam i wydrze te mandaty PiS. Bardzo możliwe, że tak się sprawy mają, lecz wiązałbym inicjatywę Rydzyka raczej z wyborami do parlamentu krajowego. Mandaty europejskie są sute i przynoszą firmie Rydzyka trochę grosza, lecz prawdziwe eldorado to własny klub parlamentarny. I wcale nie jest to takie głupie.

Gdyby Kaczyński zdołał pozbyć się Ziobry, to ten miałby gdzie przejść. Tym trudniej jednak będzie mu teraz usunąć niesfornego księcia z dworu. Poza Ziobrą Rydzyk może sobie jeszcze sprowadzić Mariana Piłkę, Marka Jurka i paru innych bardziej czy mniej zapomnianych liderów reakcji i fanatyzmu religijnego. W razie pogorszenia stosunków z Kaczyńskim bądź jego odejścia z polityki niedogadany z PiS Rydzyk mógłby spokojnie liczyć na przekroczenie progu. Jego „rodzina Radia Maryja” nie jest może wielka, lecz karna. Odejście tego elektoratu od PiS byłoby bardzo bolesne.

Partie przykościelne zawszy były i są

Reakcja w polityce parlamentarnej ma długą historię, która jest częścią liberalnej historii Europy i świata. Wprawdzie Kościół już dawno zauważył, że bezpośrednie uczestnictwo w walce politycznej nie przynosi spektakularnych efektów, to jednak mniejsze efekty też są warte grzechu. Oficjalne partie kościelne, np. w Ameryce Południowej, nie wygrywają wyborów, lecz mimo to mogą być cennym uzupełnieniem dla kontrolowanych przez Kościół partii prawicowych oraz wewnątrzparlamentarnym przyczółkiem, pozwalającym moderować poczynania „endeckiego” reżimu. Nic dziwnego, że Rydzyk bierze pod uwagę odrębną partię w miejsce swoich ludzi w klubie PiS. Bo jednak co własny klub, to własny. A w razie gdyby nie szło lub nie było potrzeby, to partię zawsze można zamrozić.

Rydzyk poucza lekarzy ws. „zarabiania kokosów”. Wie, co mówi!

Ruch Rydzyka z założeniem Ruchu Rydzyka wydaje się dość racjonalny. Nie ma tu nic do stracenia, a partia może się przydać. Poza tym zawszę będą jacyś sponsorzy, a nowe konto z paroma milionami też jest nie do pogardzenia. Tu na waciki, tam na waciki, aż zbierze się na buciki.

Po co Rydzykowi kolejne miliony?

Najbardziej zagadkowy w sprawie Rydzyka, który od dwóch dekad potrząsa polską polityką, jest jego prawdziwy cel. Oczywiście generalnie chodzi o pieniądze – o pieniądzach mówi się wszędzie i zawsze, gdy tylko w polu widzenia pojawiają się firmy Tadeusza Rydzyka. Nic dziwnego, bo firmy służą do zarabiania. A model biznesowy Rydzyka też jest dość przejrzysty – szantażować rządzących zbuntowaniem wyznawców i wymuszać gigantyczne dotacje. Tyle że nie wiadomo właściwie, po co są te pieniądze i czemu mają służyć kolejne „dzieła”. Brakuje w tym wszystkim jakiejś wizji konsumpcji. Bo na co Tadeusz Rydzyk może wydawać pieniądze? Po co mu więcej i więcej?

Na imperium o. Rydzyka poszło ponad 80 mln zł z państwowej kasy

Na to pytanie nie odpowiem, za to chętnie po raz kolejny wyrażę swój podziw dla dziwnego talentu tego niewątpliwie bardzo prostego i niezdolnego do zbornego wyrażania się, acz jakże charyzmatycznego człowieka. Jak to się dzieje, że ktoś taki jest w stanie omotać nie tylko miliony podobnych sobie, lecz i całe zastępy cwanych polityków? Jakże bym chciał poznać tajniki ludzkiej duszy, w których kryje się odpowiedź. Też bym sobie wtedy zarobił, a nawet i porządził. Zawiść mnie aż pali. Mimo to nie zapiszę się do Ruchu Rydzyka. Może założę Ruch Hartmana – Libertyńska Europa. Sponsor mile widzialny.

Po wybuchu afery taśmowej w czerwcu 2014 roku Donald Tusk mówił, że „część scenariusza była na pewno pisana cyrylicą”. Z byłym premierem zgadza się Grzegorz Rzeczkowski, dziennikarz tygodnika „Polityka”, który w rozmowie w „Studiu Newsweeka” opowiedział, jak trafił ten temat. – Nikt mną nie sterował. Nikt mnie nie inspirował z kręgów PO. Nie dostałem ani zlecenia na PiS, ani na Falentę. To zwykła dziennikarska, żmudna robota, która polega na składaniu rozsypanych i wybrakowanych puzzli – mówi Rzeczkowski. Podczas jednej z rozmów ze swoimi informatorami na początku tego roku dowiedział się, że Marek Falenta, główny organizator podsłuchów, miał kontakty z rosyjskimi oligarchami, którzy współpracowali z GRU, rosyjskim wywiadem. Dziennikarz przez pół roku zbierał i weryfikował informacje. We wrześniu w tygodniku „Polityka” opublikował tekst: „Rosyjski ślad na taśmach”, w którym pokazał także związki Marka Falenty z politykami PiS, w tym z Mariuszem Kamińskim, obecnym koordynatorem służb specjalnych.

Nie ma dowodów na to, że PiS inspirował nagrywanie polityków PO. – Raczej zawarł „umowę handlową” z Markiem Falentą i część tych nagrań przejął. Podobnie zresztą jak Rosjanie, którym Falenta przekazał część nagrań w zamian za węgiel – ustalił Rzeczkowski.

Strategia: odczekanie

– Po opublikowaniu tekstu, władza nabrała wody w usta, wzięła kurs na przeczekanie. Zadałem pytania wszystkim najważniejszym instytucjom, które powinny być zainteresowane wyjaśnieniem sprawy, łącznie z prokuraturą i prezydenckim Biurem Bezpieczeństwa Narodowego, i wszędzie usłyszałem to samo: „Sprawa została wyjaśniona” – relacjonuje nam Rzeczkowski. – Pojawiały się próby atakowania mnie, ale dysponuję zbyt silnymi dowodami i poszlakami, które nie tak łatwo obalić – dodaje. – Prokuratura wyjaśniła tylko wąski fragment tej sprawy, czyli kwestie finansowe, w ogóle nie zabrała się za wyjaśnienie udziału Rosjan, nie próbowała nawet postawić zarzutów udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, a przecież Falenta miał współpracowników – mówi Rzeczkowski. Mąż głównej oskarżycielki w sprawie Falenty, po tym jak PiS doszedł do władzy, zaczął robić karierę w KGHM na stanowisku kierowniczym, ustalił autor „Polityki”. – Zaskakujące, że młodzi prokuratorzy, a nie starzy wyjadacze, dostali tę sprawę do wyjaśnienia, i jej nie wyjaśnili – twierdzi dziennikarz. – Ta historia ma wciąż białe plamy które chciałbym, żeby kiedyś zostały wypełnione treścią, by można było zobaczyć pełny obraz tej sprawy – dodaje.

Grzegorz Rzeczkowski ma nadzieję, że w przyszłości powstanie sejmowa komisja śledcza, która zajmie się wyjaśnieniem afery podsłuchowej. Dziennikarz zwraca także uwagę na bierną postawę opozycji. – Platforma ma wciąż problem z tą sprawą. Być może obawiają się, że są na nich jeszcze jakieś taśmy i dlatego wolą siedzieć cicho, nie drażnić lwa – mówi Rzeczkowski. W politycznej Warszawie od lat nie cichną plotki, że w rezydencji premiera przy ul. Parkowej został nagrany także Donald Tusk i biznesmen Jan Kulczyk. – W aktach sprawy są ślady na to, że Tusk mógł zostać podsłuchany – twierdzi dziennikarz „Polityki”. – Nie wiadomo w czyich rękach są te taśmy, kto nimi dysponuje, skąd wysyła i kiedy znowu „wystrzelą” – dodaje.

Życie na podsłuchu

– Czuję, że jestem inwigilowany. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że mój telefon jest na podsłuchu. Moje połączenia są sprawdzane – wyznaje Rzeczkowski. – Miałem sygnały, że Służba Kontrwywiadu Wojskowego (SKW) interesowała się tym, co robię – dodaje. I opowiadam nam historię, jak podczas spotkania się ze swoimi informatorami do restauracji wszedł funkcjonariusz SKW. – My kontynuowaliśmy rozmowę, a ten pan się ulotnił – relacjonuje dziennikarz.

– Niektórzy próbują zastraszyć moich potencjalnych informatorów – mówi nam autor „Polityki”, który, by chronić swoje źródła nie podaje ich personaliów: – Bez tego byliby narażeni na postawienie im zarzutów karnych.

– Dzisiaj mamy sytuację bez precedensu. Służby są zakneblowane. Dziennikarzom jest niesłychanie trudno spotkać się, na stopie nieformalnej, z przedstawicielami służb i dowiedzieć się czegoś istotnego, ważnego dla bezpieczeństwa państwa – twierdzi Rzeczkowski.

Polska spadła na 58 miejsce w Rankingu Wolności Prasy, który każdego roku opracowuje organizacja Reporterzy Bez Granic. – To wiąże się z tym, że dziennikarze są zastraszani i hejtowani. Państwo stało się wrogiem dziennikarzy – mówi o rządzie PiS Grzegorz Rzeczkowski. W wielu instytucjach nie ma dzisiaj rzeczników prasowych, a często, jak już są, to nie odpowiadają na zadane pytania, łamiąc w ten sposób ustawę o dostępie do informacji publicznej.

Rząd PiS utrudniając prace dziennikarzy i przekształcając media publiczne w partyjną propagandę, w rzeczywistości ogranicza dostęp Polaków do informacji o stanie państwa.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o państwie mafijnym.

Zatrzymanie byłego szefa Komisji Nadzoru Finansowego i jego współpracowników to szczyt PiS-owskiej bezczelności.

Były szef KNF Andrzej Jakubiak i grupa jego współpracowników zostali zatrzymani przez CBA. By zrozumieć rzeczywistą wymowę tej akcji, trzeba się cofnąć o ładnych kilka lat. Sekwencja zdarzeń jest następująca: najpierw ludzie z obozu PiS zakładają sieć SKOK-ów, stanowiącą autonomiczne imperium finansowe wspierające przedsięwzięcia służące partii Jarosława Kaczyńskiego. Na czele tego imperium stoi jeden z jego głównych twórców, szef Krajowej Kasy, polityk PiS Grzegorz Bierecki.

Nadzór finansowy i fachowcy od finansów alarmują jednak, że imperium to jest oparte na glinianych nogach i ulokowane tu depozyty ludzi nie są bezpieczne – trzeba więc SKOKi poddać nadzorowi KNF, tak jak inne banki.

SKOKi bardzo się przed tym bronią, a politycy PiS dokładają starań, by KNF nie wtykał nosa w finanse, które służą celom tej partii. Dopiero gdy wybucha kilka głośnych afer z aferą SKOK Wołomin na czele i gdy okazuje się, że wiele kas trzeba ratować przed upadkiem gigantycznym zastrzykiem ze środków bankowych, udaje się je poddać kontroli KNF.

Kilka lat lat później PiS dochodzi do władzy i przejmuje Komisję Nadzoru Finansowego. Na jej czele stawia człowieka gotowego dyskretnie spełniać życzenia politycznych protektorów.

„Gazeta Wyborcza” ujawnia jednak przypadek próby skorumpowania przez niego bankiera Leszka Czarneckiego i plan przejęcia jego banku „za złotówkę”. Dekonspiruje plan rządzących, którego elementem jest uchwalenie w zdumiewającym trybie ustawy pozwalającej na takie przejęcia.

Skandal zmusza rządzących z PiS do wyrzucenia szefa KNF (formalnie on sam podał się do dymisji), odcięcia się od niego i stworzenia wrażenia, że próba korupcyjna była jego prywatną inicjatywą.

Następnie zaś specsłużby kontrolowane przez PiS, na których czele stoi człowiek skazany w I instancji za przestępstwo nadużycia władzy i ułaskawiony po znajomości przez PiS-owskiego prezydenta, zatrzymują byłego szefa KNF Andrzeja Jakubiaka pod zarzutem, że przed laty nie dopełnił obowiązków przy kontroli SKOK Wołomin. Tego samego Jakubiaka, który długo zabiegał o to, by wbrew protestom i oporom PiS móc kasy kontrować.

Podkreślmy to jeszcze raz: człowiek postronny, niezwiązany z obozem PiS ląduje za kratkami, bo ponoć nie dość starannie kontrolował SKOK stanowiący element finansowego imperium obozu PiS, na którego kontrolę politycy PiS nie chcieli się zgodzić. Wobec senatora PiS Grzegorza Biereckiego, który to imperium budował, nikt żadnych zarzutów nie wysuwa. CBA najwyraźniej nawet się nim nie interesuje. Bierecki swobodnie bryluje w parlamencie i mediach, domagając się cenzurowania gazet publikujących niewygodne dla niego materiały.

Zatrzymanie byłego niepisowskiego szefa KNF sprawia więc wrażenie zasłony dymnej, mającej stworzyć pozór, że patologie zdemaskowane przez „Gazetę Wyborczą” nie obciążają partii rządzącej, lecz ludzi z szeroko rozumianego środowiska bankowo-finansowego. Że jest tu jakaś sitwa, z którą PiS nie ma nic wspólnego.

Podsumujmy i wyciągnijmy narzucający się wniosek: specsłużby zostały użyte, by dać alibi partii władzy i odwrócić od niej uwagę opinii publicznej. Były szef KNF znalazł się w celi z powodów politycznych.

PiS bardzo się ostatnio denerwuje słysząc sformułowania „państwo mafijne” czy „gangsterskie metody”. Ale jeśli to nie są metody gangstersko-mafijne, to co nimi jest?

>>>

Waldemar Mystkowski też pisze o państwie mafijnym.

Eliot Ness dostał wolną rękę do walki z mafią Ala Capone, którego posadził nie za przestępczość zorganizowaną, ale za podatki. Ness był nietykalny – nawet dla Capone, gdyż był przedstawicielem państwa, które reprezentowało dobro. To nie tylko jeden z mitów popkultury, ale i mit założycielski nowoczesnych Stanów Zjednoczonych, który nie został dotychczas podważony.

Gdyby przy tak pojętej walce dobra ze złem próbowano majstrować, jedno z najpotężniejszych państw wszech czasów rozpadłoby się. Społeczeństwa scala tego typu narracja, tak jak kiedyś mity Greków. Chrześcijaństwo zaś nigdy nie było tak użyteczne, bo to kultura hierarchiczna, feudalna, namaszcza władców, a jak im się chwieje tron, chrześcijaństwo udziela krzyża do walki z rzeczywistym bądź wyimaginowanym wrogiem.

Odwołuję się do Eliota Nessa nieprzypadkowo. Władza PiS zachwiała się w wyniku afery KNF, której korupcji jeszcze nie poznaliśmy, tylko wierzchołek góry lodowej. Od początku jest zamiatana pod dywan. Nieudane to próby, co rusz wypada jakiś trup z szafy.

I chyba mamy owe „podatki”, które w wyniku zamiatania wyszły na wierzch. Mianowicie aresztowany został bogu ducha winny poprzedni zarząd KNF z szefem Andrzejem J. Typowy zabieg rozmycia, zabieg względności, który polega na tym, że jeżeli „nasi” kradną („nasi” – pisowscy), to dlaczego nie mieliby kraść poprzednicy. Ta względność – w moralności nazywa się relatywizmem – ma zaciemnić obraz, a nawet zastraszyć.

I oto mamy wśród aresztowanych naszego Eliota Nessa – wcale nie przesadzam – Wojciecha Kwaśniaka, który walczył z mafijnymi układami, gdy w poprzednim KNF był wiceszefem. Walczył do tego stopnia, że nie był „nietykalny” dla lokalnych Al Caponów, mianowicie – nie podlega to raczej dyskusji – członek zarządu SKOK Wołomin nasłał na Kwaśniaka bandytę z Wołomina z wieloletnim stażem w więzieniach.

Kwaśniak ledwo przeżył, a dzisiaj w ramach zamiatania pod dywan, w ramach pisowskiego relatywizmu prawnego i moralnego, został aresztowany. Jankes Eliot Ness miał za sobą siłę państwa i prawo, nasz Ness Kwaśniak ma przeciw sobie państwo.

Aresztowanie Kwaśniaka Andrzej S. Nartowski (prawnik z praktyką w organach spółek handlowych, publicysta, ekspert corporate governance) użył porównania i snuje oskarżycielskie przypuszczenia: – „Zatrzymać Wojciecha Kwaśniaka za SKOKi to jak papieża ekskomunikować za herezję. Potępiam tych, którzy wydali taką decyzję, i tych, co wcześniej zlecili pobicie/zabójstwo Kwaśniaka. Może to ci sami, kto wie?”

Taka jest siła odśrodkowa afery KNF, ze wszystkimi podanymi przeze mnie konsekwencjami ujętymi w metafory, ale przede wszystkim z głównym zarzutem, które samo się formułuje: państwo polskie reprezentuje zło.

Pedofilia w polskim kościele dopiero do odkrycia. Jej skala z pewnością porazi. To będzie koniec Kościoła, jaki znamy

7 Gru

>>>

Biskupi uznali swą moralną współodpowiedzialność za kryzys wywołany nadużyciami seksualnymi duchownych i zamiataniem ich pod dywan przez władze kościelne.

Rzecz bez precedensu: cały chilijski episkopat podaje się do dymisji. To owoc trzydniowej wizyty biskupów w Rzymie na wezwanie papieża Franciszka. W tle nadużycia seksualne duchownych i zamiatanie ich pod dywan przez władze kościelne.

– To było ciało o ciało, bo członkiem wodził mi na przykład po piersiach – mówi w rozmowie z „Faktami” TVN Barbara Borowiecka, która miała być wykorzystywana przez ks. Henryka Jankowskiego. Inna parafianka przyznaje, że jest zła na tych, którzy wiedzieli o czynach duchownego.

Barbara Borowiecka, bohaterka głośnego reportażu „Dużego Formatu” o ks. Henryku Jankowskim udzieliła wywiadu „Faktom” TVN. Mówiła o molestowaniu, jakiego doświadczała, gdy była małą dziewczynką. – Jak na mnie, to było wtedy dużo razy, czy dziesięć, czy dwadzieścia, to nie wiem – opowiedziała. – To było ciało o ciało, bo członkiem wodził mi na przykład po piersiach, czy po plecach, czy po pupie – dodaje.

„Włożył rękę, bo miałam taką krótką sukieneczkę”

W artykule na stronie „Faktów” czytamy: „szczegóły opowieści są tak drastyczne, że nie nadają się do cytowania”. Borowiecka wspominając dodała: – To nie tak, że on mnie wybrał, bo jak dzieciaki uciekały do piwnic czy do budynków, w których mieszkały, to chyba dobierał się do pierwszej osoby, którą dorwał.

„Fakty” dotarły do kolejnej kobiety, która mówi, że molestował ją ks. Jankowski. – Każde z dzieci podchodziło i ksiądz Jankowski niektórych sadzał sobie na kolano, głaskał. (…) Pamiętam tylko, że mi wtedy włożył rękę, bo miałam taką krótką sukieneczkę. Włożył mi wtedy rękę pod tę sukieneczkę i ściskał, dotykał moje pośladki – wspomina Katarzynie Kolendzie-Zaleskiej jedna z parafianek Jankowskiego, która miała 6 lat, gdy była molestowana. – Mam też ogromną złość do tych wszystkich ludzi, którzy wiedzieli o tym – dodała.

Ks. Jankowski za życia bardzo wpływowym i szanowanym duchownym. Został Honorowym Prałatem Domowym Jego Świątobliwości, znany był jednak przede wszystkim jako kapelan „Solidarności”. Do 2004 r. był proboszczem parafii św. Brygidy w Gdańsku. W sierpniu 1980 r. kościół ten niejako opiekował się strajkującymi robotnikami. Na plebanii przebywali m.in. Wałęsa, Mazowiecki czy Kuroń. Parafia św. Brygidy w czasie stanu wojennego było w centrum działalności opozycyjnej.

Wałęsa: Coś tam zawsze dochodziło do nas …

– Dla mnie jest to szok. Coś tam zawsze dochodziło do nas, ale nic tak tragicznego, nic tak wielkiego. W związku z tym fatalnie się czuję – mówi cytowany przez „Fakty” były prezydent Lech Wałęsa.

Oskarżenia o molestowanie przez ks. Jankowskiego sięgają 2004 r., kiedy to o wykorzystywanie nieletnich oskarżyła duchownego matka jednego z ministrantów. Sprawę opisało antyklerykalne pismo „Fakty i mity”. Z kolei w 2013 r. czyny Jankowskiego opisane zostały w książce pt. „Ostatnia bitwa prałata”.

Pomnik Jankowskiego w Gdańsku

W związku z reportażem „Dużego Formatu” część mieszkańców Gdańska domaga się usunięcia pomnika prałata. We wtorek pod pomnikiem  pojawiły się dziecięce budziki oraz kartki z napisem „pedofil”. W czwartek z kolei pomnik został oblany czerwoną farbą.

Nie dwutlenek węgla, a „IV Rzesza” i „banksterzy” odpowiadają za zmiany klimatu – czytamy w tekście anonimowego blogera. Sęk w tym, że tekst polecał na Twitterze Andrzej Duda. „Czy pan to czyta?”, „To gorzej niż błąd” – komentują ludzie na Twitterze. Prezydent później usunął wpis.

>>>

Prezydent Andrzej Duda w poniedziałek otwierał szczyt COP24 w Katowicach – i nie było to najlepsze dla Polski otwarcie. Już w inauguracyjnym wystąpieniu i późniejszej konferencji Duda mówił, że Polska ma „zapasy węgla na 200 lat” i nie zamierza z niego szybko rezygnować.

Ekolodzy byli zszokowani, a prezydent nie przestawał. Kolejnego dnia obiecywał, że nie da „zamordować polskiego górnictwa”. To mocno zdziwiło zagranicznych ekspertów, gdyż sztandarową polską inicjatywą na szczycie jest deklaracja o tym, jak… pomagać górnikom i innym pracownikom sektora w związku z odchodzeniem od paliw kopalnych. Do tego premier Mateusz Morawiecki mówi coś zupełnie innego, niż prezydent. Takie sprzeczne sygnały od rządzących szkodzą nam i samemu szczytowi. Analitycy z serwisy „Polityka Insight Climate” oceniają, że pokazuje to brak koordynacji, pogarsza wizerunek Polski, a do tego utrudnia pracę naszej prezydencji ważnego szczytu.

Tymczasem w czwartek prezydent znów dosypał (węgla) do pieca. Na swoim profilu na Twitterze zamieścił artykuł z bloga na salon24.pl, w którym autor pisze o tym, że to Niemcy emitują więcej gazów cieplarnianych (i kwieciście ten fakt komentuje). „Bardzo dobry artykuł o emisji CO2 w UE. Przystępnie przedstawia realną sytuację. Warto przeczytać. Polecam” – napisał prezydent RP. Po kilku godzinach usunął wpis z linkiem. Co znajdujemy w tekście?

Prezydent poleca tekst ze słowami o „Niemieckiej IV Rzeszy” 
W pierwszej części autor stara się wykazać, że to Niemcy – a nie Polska – emitują więcej dwutlenku węgla. Nie jest to szczególnie trudne, gdyż takie dane są łatwo dostępne i raczej oczywiste dla osób, które zajmują się energetyką i klimatem. Rzeczywiście to Niemcy emitują najwięcej gazów cieplarnianych w UE, mają też wyższy niż Polska poziom emisji na mieszkańca.

Oczywiście do tych danych warto by dodać inne, np. o tym, że w Polsce (jak w wielu innych krajach UE) poziom emisji rośnie, podczas gdy w Niemczech nieznacznie spada. Jednak uwagę bardziej zwraca obszerny komentarz, który pod danymi napisał anonimowy autor udostępnionego przez prezydenta artykułu. Zaczyna od tego, że „Polska jest chłopcem do bicia w UE, czyli jak kto woli Niemieckiej IV Rzeszy”. Jeszcze w tym samym zdaniu określa Unię jako „Sojedinionne Sztaty Jewropy” (rosyjski zapis fonetyczny, co ma porównywać UE do ZSRR). Pisze o bliżej nieokreślonej kampanii „piesków kanapowych Pani Merkel” wobec Polski.

Autor ma bardzo sprecyzowane poglądy na energetykę i proponuje „stopniową likwidację górnictwa”, elektrownie wodne i geotermię oraz odejście od farm wiatrowych, które są  „robieniem ekonomicznej laski Niemcom”. Wtrąca też zdanie o tym, że muzułmańscy mieszkańcy Niemiec to „żołnierze przyszłej armii dżihadu” (przypomnijmy – wciąż mówimy o artykule, który „poleca” prezydent RP). Dalej twierdzi, że „emisja CO2 przez przemysł jest zbyt mała, aby miała wpływ na tzw. efekt cieplarniany”. Jednak świat nauki jest zgodny, że gazy cieplarniane, w tym głównie CO2, mają na to zasadniczy wpływ. „To jest ukuta przez banskterów strategia niszczenia gospodarek państw wschodzących” – pisze autor bloga. Dalej przytacza jeszcze kilka łatwych do obalenia mitów i kłamstw nt. klimatu.

Po kilku godzinach prezydent usunął wpis i przyznał, że jego udostępnienie było błędem. „Przyznaję rację Tym, których oburzyła druga część artykułu zamieszczonego na portalu salon24.pl , który poleciłem kilka godzin temu. Był to błąd, wynikający z lektury pierwszej części tego artykułu. Nie podzielam poglądów i stylu wypowiedzi zawartej w 2 części. Błąd” – napisał prezydent.

„Takie wpisy nie pomogą naszej prezydencji na COP24”

Można już mówić o serii kontrowersyjnych wypowiedzi prezydenta w pierwszym tygodniu szczytu klimatycznego, zatem w sieci nie trzeba było długo czekać na komentarze. Niektórzy zwracają uwagę, że Duda może dalej szkodzić polskiej prezydencji i negocjacjom na szczycie w Katowicach. Inni pisali, że mają nadzieję, iż prezydent przestał czytać w miejscu, gdzie zaczął się komentarz.

„Prezydent RP linkujący do tekstu pełnego antynaukowych bredni o CO2 i globalnym ociepleniu, do tego w czasie trwania COP24, to gorzej niż błąd” – ocenia Kuba Jagowski. Karolina Baca-Pogorzelska, dziennikarka specjalizująca się m.in. w branży energetycznej, pytała, czy prezydent „przeczytał w ogóle ten tekst”. „Takie wpisy nie pomogą naszej prezydencji na COP24 z Michałem Kurtyką na czele” – oceniła.

„Serio, prezydent na to sobie pozwala?” – skomentował dziennikarz Patryk Michalski. Jakub Wiech z serwisu Energetyka24.com ocenił, że „To zakrawa o skandal dyplomatyczny”. „Warto wiedzieć, skąd prezydent czerpie informacje” – napisał Adam Ozga z TOK FM. Z kolei dziennikarz Witold Głowacki zwrócił uwagę, że autor, którego tekst poleca prezydent, pisał też o „żydokomunie” i „jewropie”.

„Panie prezydencie, czy przeczytał Pan tekst, który Pan poleca? Czy uważa Pan UE za ‚Jewropę’, a Niemcy za ‚IV Rzeszę’, która ‚sra na normy’? Jest pan prezydentem Rzeczypospolitej, a nie internetowym trollem! Takimi wyskokami kompromituje Pan siebie i nasze państwo!” – napisał Adrian Zandberg z partii Razem.

>>>

Kolejny upadek Dudy. Ten facio wyląduje na rusztach u Lucyfera, który przerobi go na skwarę

6 Gru

>>>

Kazimierz Marcinkiewicz, były premier rządu Prawa i Sprawiedliwości jest przekonany, że czwartkowe zatrzymania, mają na celu rozmycie afery KNF. Tego ranka funkcjonariusze CBA zatrzymali Andrzeja J., szefa KNF w latach 2011-2016, i sześciu innych urzędników. Wśród nich jest były zastępca przewodniczącego KNF Wojciech Kwaśniak w latach 2011- 2017, który został pobity po tym, jak dzięki komisji wszczęto śledztwo ws. SKOK Wołomin.

„To oburzające, cztery lata temu Wojciech Kwaśniak omal nie został zabity w związku z tą sprawą, dzisiaj ci, którzy zlecili zamach na niego, są na wolności, a on sam jest zatrzymany pod absurdalnymi zarzutami – powiedział mec. Naumann, pełnomocnik m.in. Kwaśniaka.

Teraz chodzi o wskazanie, że „KNF to instytucja, w której zawsze działo się coś nieprawidłowego. Tym bardziej, że ze SKOK-iem Wołomin związani są prominentni politycy PiS” – skomentował sytuację w rozmowie z money.pl Kazimierz Marcinkiwicz.

„Warto zauważyć, że PiS, a także Lech Kaczyński, gdy był prezydentem, robili wszystko, by SKOK-i nie podlegały nadzorowi KNF i dopiero po rządach Andrzeja J. udało się doprowadzić do podporządkowania SKOK-ów temu nadzorowi” – podkreślił.

>>>

Don Corleone z Nowogrodzkiej dał zielone światło – zamiatać pod dywan aferę KNF, aresztowany Eliot Ness walczący z układami mafijnymi

6 Gru

Były zastępca przewodniczącego KNF, który wsławił się nadzorem nad SKOK-ami, również został zatrzymany dzisiaj przez CBA.

Dziś rano funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego zatrzymali Andrzeja J., byłego przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego, i sześciu były podległych mu urzędników komisji. Wśród nich jest Wojciech Kwaśniak, zastępca przewodniczącego KNF w latach 2011–2017 (w lutym odwołała go premier Beata Szydło na wniosek Marka Chrzanowskiego, byłego szefa KNF). Kwaśniak znany był ze swojej stanowczości nie tylko wobec nadzorowanych banków, ale także systemu SKOK, czyli spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych, które wbrew sprzeciwom PiS i środowiskom skupionym wokół senatora Grzegorza Biereckiego, twórcy SKOK, zostały włączone do nadzoru KNF w listopadzie 2013 r.

Jak mówi „Gazecie Wyborczej” mec. Jerzy Naumann, pełnomocnik m.in. Wojciecha Kwaśniaka, dzisiejsza akcja CBA zaczęła się o 6.10. Zatrzymani są właśnie przewożeni do Szczecina, a w ich mieszkaniach trwają rewizje. – To oburzające, cztery lata temu Wojciech Kwaśniak omal nie został zabity w związku z tą sprawą, dzisiaj ci, którzy zlecili zamach na niego, są na wolności, a on sam jest zatrzymany pod absurdalnymi zarzutami – mówi mec. Naumann.

Śledztwo dotyczy nadzoru nad SKOK Wołomin w latach 2012-2014 r. Prokuratura twierdzi, że zatrzymani w związku z pełnionymi funkcjami w KNF w latach 2013-2014 dopuścili się przestępstw niedopełnienia obowiązków w celu osiągnięcia korzyści majątkowej w wielkich rozmiarach na szkodę Bankowego Funduszu Gwarancyjnego i depozytariuszy.

Kwaśniak został w 2014 r. pobity przed swoim domem. Jak udało się ustalić, sprawcę – bandytę z Wołomina z wieloletnim stażem w więzieniach – wynająć miał członek władz SKOK Wołomin.

Czwartkowe zatrzymanie przez CBA Andrzeja Jakubiaka, Wojciecha Kwaśniaka i pięciu innych urzędników kierujących Komisją Nadzoru Finansowego za poprzedniego rządu to skandal, który zapiera dech w piersiach.

W przypadku Kwaśniaka to również dowód podłości i cynicznego okrucieństwa aparatu sprawiedliwości państwa PiS. Dlatego zacznę od Kwaśniaka…

Pobity przez wynajętych zbirów

Wojciech Kwaśniak jest JEDYNYM urzędnikiem państwowym wysokiego szczebla, na którego po 1989 r. przestępcy SKUTECZNIE ZORGANIZOWALI ZAMACH. 16 kwietnia 2014 r. został brutalnie pobity – aż do zagrożenia życia – przez gangsterów wynajętych przez zarząd SKOK-u Wołomin. Zamach zlecili, bo o nadużyciach w SKOK-ach zawiadomił prokuraturę.

Kwaśniak z ciężkim uszkodzeniem czaszki wiele tygodni spędził w szpitalu. Nie udzielał wywiadów, nie skarżył się, nie grał bohatera. Wrócił do pracy, gdzie robił swoje aż do 2016 r., kiedy to PiS wyczyścił KNF ze wszystkich urzędników, którzy tropili nieprawidłowości w SKOK-ach.

Cztery lata po tym zamachu CBA wpada do Kwaśniaka o 6 rano z nakazem prokuratorskim. Zatrzymują go, rewidują dom, byłego wiceszefa KNF wiozą na przesłuchanie do Szczecina. Ma tam dostać zarzuty za rzekome niedopełnienie obowiązków… w sprawie SKOK-u Wołomin.

Na razie PiS – owcy myślą, że to czysta blaga, szantaż i sposób na dalszą kasę potrzebną na realizację rydzykowych inwestycji, ale mogą się mylić… Dwoją się więc i troją w pomniejszaniu znaczenia inicjatywy nielojalnego europosła. Dementują i zaprzeczają…

Trzeba bardzo współczuć marszałkowi Senatu – Stanisławowi Karczewskiemu, że zmuszony jest pleść androny, w które przecież nie powinien wierzyć.  Na pytanie, czy będzie wspólna lista do PE z powstającym ugrupowaniem, Karczewski podkreślił, że o. Tadeusz Rydzyk „w ogóle nikogo nie wystawia” i „nigdy nie ma z jego rekomendacji jakichś osób”.

„To nie o. Tadeusz Rydzyk stoi za Ruchem Prawdziwa Europa, za tą inicjatywą stoi prof. Mirosław Piotrowski, który był „nielojalnym politykiem” – powiedział nie mrugnąwszy powieką Karczewski. Mimo, że „trąbi” już o tym nieomal cała Polska dodał, że jest to drobna inicjatywa, a politycy – wymieniani jako związani z ruchem – dementują tę informacje.

„Ojciec Tadeusz Rydzyk nie jest politykiem. Znam bardzo dobrze ojca dyrektora, bardzo często z nim rozmawiam, to jest wspaniały człowiek i wiem, że na pewno nie jest inicjatorem tej partii” – zapewniał Karczewski.

Marszałek jakby nie zauważył czytelnego komunikatu Piotrowskiego skierowanego już do mediów: „Uprzejmie informuję, że w ubiegłym tygodniu, w Sądzie Okręgowym w Warszawie, złożony został wniosek o rejestrację partii politycznej o nazwie „Ruch Prawdziwa Europa”, której podstawą programową są założenia Ruchu Europa Christi”.

Na pytanie, czy będzie wspólna lista do PE z powstającym ugrupowaniem, Karczewski zapewnił, że o. Tadeusz Rydzyk „w ogóle nikogo nie wystawia” i „nigdy nie ma z jego rekomendacji jakichś osób”.

W głośnej już sprawie wypowiedział się lider Polskiego Stronnictwa Ludowego w „Fakcie”. „Stało się jasne, że środowisko związane z Radiem Maryja nie odpuści miejsc do PE. Założono partię, która jest straszakiem. Groźba użycia weta jest gorsza, niż jego użycie. Możliwe jednak, że dogadają się i razem pójdą do wyborów” – ocenił Władysław Kosinak Kamysz.

— GW O WĄTPLIWOŚCIACH WS WYNAJMU SIEDZIBY KNF – NA JEDYNCE: “Marek Chrzanowski jako szef KNF wynajął za 131,6 mln zł biurowiec – mimo zastrzeżeń działu prawnego. Odpowiednią opinię napisał radca Grzegorz Kowalczyk. Na umowę najmu nie zgadzał się departament prawny KNF. Jego dyrektor Zdzisław Osada uznał, że cena jest za wysoka – 1,07 mln zł miesięcznie za 13,9 tys. m kw. na 123 miesiące – i dwukrotnie przekraczała dotychczasowe koszty wynajmu, jakie ponosiła Komisja. Zwracał uwagę, że spółka matka właściciela Pięknej 20 mieści się na Cyprze i jest własnością podmiotów z kapitałem rosyjskim. W efekcie do skarbu państwa nie wpłyną żadne pieniądze z wynajmu. Podobne zastrzeżenia miała Prokuratoria Generalna, która musi zaopiniować umowę ze względu na dużą wartość”.
wyborcza.pl

— JAKUB MAJMUREK O RYZYKU NOWEJ PARTII NA PRAWICY: “Naprawdę, nie zdziwię się, jeśli Ruch Prawdziwej Europy nigdy w żadnych wyborach samodzielnie nie wystartuje. Jeśli okaże się, że od początku był to pomysł nie na nową siłę polityczną. A w najlepszym wypadku obliczony na to, żeby do koalicji Zjednoczonej Prawicy dodać nowy człon, a w najgorszym, by dać trochę więcej miejsc bliskim Toruniowi ludziom i przycisnąć PiS w sprawie aborcji. Pytanie, jak wiele PiS może jeszcze Toruniowi ustąpić. Partia naprawdę potrzebuje głosów z centrum, by wygrać. Jeśli wyborcy uznają, że na Nowogrodzkiej karty tak naprawdę rozdaje ojciec Rydzyk, trudno będzie nawet odtworzyć głos z 2015 roku. PiS nie może stać się „partią Rydzyka” zwłaszcza w kontekście eurowyborów. Zmobilizuje to miejski elektorat i da Koalicji Obywatelskiej zwycięstwo. Na samych mandatach w Europarlamencie PiS pewnie nie szczególnie zależy, ale klęska będzie miała ważny psychologiczny wpływ na kampanię wyborach parlamentarnych jesienią”.
wp.pl

>>>

PiS w okresie dekadencji, zmierzcha władza Kaczyńskiego i jego pacynek

1 Gru

Afera KNF zaczyna coraz mocniej wiązać się z aferą SKOK. Najpierw w nagraniach Leszka Czarneckiego usłyszeliśmy, że rządzący w kasach senator PiS Grzegorz Bierecki próbował zdeponować w bankach miliardera olbrzymie środki, które wiadomo, że nie były jego własnością. Teraz zaś okazuje się, że parasol ochronny nad SKOK-ami pozostał mocny, mimo ujawnienia patologicznych powiązań w instytucji mającej nadzorować rynek finansowy. Bo choć nowy szef komisji to teoretycznie człowiek premiera Mateusza Morawieckiego, to stary “układ” trzyma się mocno. Jednym z dyrektorów pozostaje bowiem człowiek na usługach Grzegorza Biereckiego i mocno z całym systemem SKOK powiązany. W ten sposób wpływowy senator nadal nie musi się martwić, że KNF nadzorując procesy upadłości kolejnych kas uczyni mu jakąkolwiek krzywdę.

Sytuacja przypomina oligarchiczne systemy Rosji i Ukrainy, gdzie kontrolowany jest de facto realnym pracodawcą kontrolującego, zapewniając tym samym sobie immunitet.

Wspomniany dyrektor, Filip Czuchwicki, już jako student dostawał stypendium od stowarzyszenia związanego ze SKOK-ami. Jak donosi portal oko.press pracował w Krajowej SKOK, gdy jej szefem był Grzegorz Bierecki. Miał także pracować w kancelarii założonej przez syna Biereckiego i jego bliskich współpracowników, która obsługiwała kasy. To on w imieniu kancelarii podpisał umowę na obsługę prawną magistratu w Białej Podlaskiej, gdzie jak na prawdziwych patriotów z PiS przystało, obciążono miasto kosztami 200 zł netto za godzinę potencjalnej pracy (w umowie zapisano wynagrodzenie 5000 zł niezależne od wykonywania pracy, jednak jeśli ta byłaby większa niż 25 godzin, to samorząd miał dopłacić).

Kryzys wokół KNF oraz ujawnienie dużych wpływów senatora na obsadę kadrową w tym urzędzie (Czuchwicki nadzorem nad SKOK-ami zajmuje się od lipca tego roku) dawał obozowi władzy okazję, by sytuację naprawić, zresztą powołanie na szefa KNF akurat człowieka Morawieckiego miało z pewnością służyć wytworzeniu wrażenia, że ma on “posprzątać po ujawnionym tam układzie”. Niestety, wszystko wskazuje na to, że senator Bierecki łatwo nie odpuści swoich wpływów w tej instytucji. Domaganie się utrzymania na stanowisku Czuchwickiego nie jest to jednak zaskoczeniem, kiedy spojrzymy, że pełnił on od 7 lat funkcję specjalisty ds. prawnych w Krajowej Spółdzielczej Kasie Oszczędnościowo-Kredytowej. Można go zatem zaliczyć do bardzo zaufanych ludzi Biereckiego, który będzie dawał gwarancję, że SKOK-om nic ze strony KNF nie zagrozi.

Mam impresjonistyczne wrażenie, niepoparte dowodami i sondażami, że punktem przełomowym była przegrana PiS-u w Warszawie. Od tego momentu system władzy PiS-u wszedł w okres dekadencji – mówi prof. Wojciech Sadurski, prawnik, filozof, politolog z Uniwersytetu w Sydney. – Często właśnie w okresach dekadenckich władza staje się najbardziej groźna, dokuczliwa i przykra dla obywateli. To właśnie teraz mogą wychodzić wszystkie najgorsze paranoje, obsesje i kompleksy. Co widać zresztą w epizodzie dotyczącym ambasador USA. Ale mam wrażenie, że moment rewolucyjnego entuzjazmu się skończył. Jarosław Kaczyński i jego współpracownicy zobaczyli, że powoli wchodzą w okres schyłkowy – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Komisja Europejska jednak nie wycofa skargi w sprawie Polski. Takiej decyzji się pan spodziewał?

WOJCIECH SADURSKI: Taka decyzja nie jest dla mnie zaskoczeniem. Jedynym powodem ewentualnego wycofania przez KE skargi byłaby pełna realizacja przez Polskę całego pakietu spraw dotyczących Sądu Najwyższego, zawartych w skargach Komisji i pytaniach prejudycjalnych, które przyszły z kilku polskich sądów. Z punktu widzenia techniczno-prawnego to są odrębne sprawy, ale KE i TSUE słusznie traktują to jako pakiet. A

nie stało się nic takiego, co mogłoby przekonać Komisję, że sprawy, których ten pakiet dotyczy, nie stanowią już problemu.

A nowelizacja ustawy o SN?
Ona dotyczy tylko jednego wycinka spraw, co prawda istotnego, ale jednego. Chodzi o status sędziów przeniesionych arbitralną decyzją obniżającą wiek emerytalny na przedwczesną emeryturę. To było skandaliczne działanie. Teraz pod presją KE, perspektywy decyzji TSUE i jako realizacja decyzji Trybunału o środkach zapobiegawczych ta kwestia została rozwiązana. Problem polega na tym, że w tej chwili KE doskonale zdaje sobie sprawę, że jeżeli polski ustawodawca, w pełni kontrolowany przez partię rządzącą, może dowolnie i w każdej chwili zmieniać ustawy w jedną stronę, to może to robić także w drugą.

Prawdziwym ustabilizowaniem sytuacji, nawet w tym wycinku, będzie dopiero decyzja Trybunału Sprawiedliwości UE. Tego orzeczenia, obowiązującego bezpośrednio w Polsce, Sejm nie będzie mógł zmieniać tak łatwo, jak ustawy.

Oprócz Sądu Najwyższego jest jeszcze przecież podległy władzy Trybunał Konstytucyjny, a także KRS. Co z tymi instytucjami?
Skargi KE i pytania prejudycjalne dotyczą także utworzenia dwóch nowych izb Sądu Najwyższego, co z punktu widzenia konstytucyjnego jest bardzo wątpliwe. Przypomnę, że jedna z nich ma rozstrzygać m.in. o skardze nadzwyczajnej, do której KE ma poważne zastrzeżenia dotyczące stabilności prawa; druga wprowadza metody politycznego dyscyplinowania sędziów. I te sprawy nie zostały rozwiązane. Jednym ze źródeł wszystkich patologii związanych z SN jest Krajowa Rada Sądownictwa. Bez niej niemożliwe jest powoływanie nowych sędziów do Sądu Najwyższego, ani opiniowanie o możliwości przedłużenia orzekania. Obecna KRS traktowana jest jako ciało polityczne, a zatem zakłócające zasadę niezależności sądów i trójpodziału władzy.

Zapominamy czasem, że oprócz SN i KRS przed Trybunałem Sprawiedliwości UE jest jeszcze sprawa dotycząca ustawy o sądach powszechnych. Ostatnio coraz mniej się o tym mówi. Symbolicznie jest to może mniej widoczne, ale daje ministrowi sprawiedliwości silną władzę nad prezesami i wiceprezesami sądów, a im z kolei nad sędziami. To prowadzi w konsekwencji do podległości sądów ministrowi.

Nawet jeżeli przyjąć nowelizację ustawy o SN za działanie w dobrej wierze, to jak widać, dotyczy tylko niewielkiego wycinka rzeczywistości.

Pan wierzy w dobrą wolę rządzących?
Nie wierzę, zwłaszcza w tej sprawie. Nowelizacja ustawy o SN była pewnego rodzaju trikiem – uczeń dostał od nauczyciela dwójkę, a następnego dnia stwierdził, że to on sam wystawił sobie taką ocenę. To próba zachowania twarzy, gra wobec publiczności krajowej PiS-u, chęć pokazania, że władza nie będzie się uginać przed Luksemburgiem czy Brukselą. Poza tym

z ust najwyższych rangą polityków PiS-u słyszeliśmy od początku zapewnienia, że zmiany strukturalne i kadrowe w SN są niezbędne, bez tego nie ma mowy o „naprawie” wymiaru sprawiedliwości. Gdy nagle dokonują zwrotu o 180 stopni, to tylko ktoś nierozsądny i naiwny mógłby dopatrywać się dobrej woli. To jest po prostu zagranie pod publiczkę.

O konieczności „wymiany pokoleniowej” w SN przekonywał m.in. prezydent. To zresztą był jego projekt, a zmiana jest dla niego upokarzająca. Myśli pan, że rzeczywiście zastanawia się, co w tej sprawie zrobić?
Powiem coś, co zapewne pani nie zaskoczy – mam do tego prezydenta zerowe zaufanie. Jeżeli zapadła strategiczna decyzja, że należy „połknąć tę żabę”, wytrącić Trybunałowi oręż i przyjąć ustawę, to nie ulega wątpliwości, że po odegraniu szopki nowelizację podpisze. Pamiętajmy zresztą, że wtedy kiedy w pośpiechu parlament przyjmował ustawę, PiS liczył na to, że KE wycofa skargę. To był jeden z celów strategicznych ustawy, który nie został osiągnięty.

Może to dobry pretekst do jej odrzucenia?
Nie sądzę. W przypadku cynicznej kalkulacji zysków i strat, gdyby prezydent odmówił podpisania ustawy, to PiS poniósłby same straty. Muszą po prostu to przetrawić.

Jarosław Kaczyński jest politykiem bardzo cynicznym, ale nie irracjonalnym. Gdyby zdecydował się na wycofanie ustawy rękoma prezydenta, to wówczas gra rozpoczyna się od początku. Niczego by nie zdobył, a bardzo dużo stracił.

Widać, że presja ma sens?
Oczywiście! Jedyną przyczyną zmiany ustawy o SN jest rozwijający się proces prawny w Trybunale Sprawiedliwości UE. Nawet jeżeli rządzący zrobili to tylko ze względów strategicznych i cynicznych. Gdyby nie było nacisków z Luksemburga i Brukseli, to nic takiego by nie nastąpiło. PiS już dawno przemeblowałby SN, niczym się nie przejmując. Czynnik unijny jest zatem kluczowy. Ale postawa decydentów unijnych, w szczególności Fransa Timmermansa, ukształtowana jest do pewnego stopnia przez postawę środowisk liberalno-demokratycznych.

Gdyby w Polsce panowała głucha cisza, odważni prawnicy nie podejmowali stale akcji w obronie rządów prawa, to unijni urzędnicy mieliby dużo mniejsze bodźce, aby rządów prawa bronić. Tu jest pewna synergia, ale w jej ramach kluczowym czynnikiem jest Bruksela.

Bardzo istotne jest też to, że proces europejski jest wielowątkowy, dla wielu osób nawet niezrozumiały i zagmatwany. Ale on dopiero wtedy staje się efektywny. I tak jest w przypadku Polski. Mówimy o sprawach przed TSUE; o rozwijającej się procedurze art. 7, która symbolicznie ma jednak większe znaczenie; o pojedynczych sądach powszechnych w kilku państwach członkowskich, które negują istnienie praworządności i na tej podstawie kwestionują wydawanie przestępców na podstawie Europejskiego Nakazu Aresztowania.

Polska jest pod pręgierzem złożonym z wielu elementów. Dopiero jak zdamy sobie z tego sprawę widzimy, dlaczego presja może być skuteczna.

W kontekście relacji Polska-UE często z ust polityków opozycji pada słowo Polexit. To strachy na Lachy? Czy realne zagrożenie?
To nie są strachy na Lachy, ale poważne ostrzeżenia. Z punktu widzenia subiektywnych motywacji i intencji czołowych liderów PiS-u mogą nie chcieć wyprowadzić Polski z UE. W tej sprawie jestem w stanie przyznać im pewien kredyt zaufania. Ale jednocześnie godzą się na działania albo nawet sami je inspirują i przeprowadzają, które obiektywnie mogą doprowadzić do sytuacji, w której dalsze członkostwo Polski w UE nie będzie możliwe. Politycy PiS-u udają, że skoro tego nie chcą, to problemu w ogóle nie ma, ale to nie jest prawda.

Ewidentnym przykładem takiego mechanizmu, skandalicznym z punktu widzenia prawnego, jest wniosek ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry o sprawdzenie konstytucyjności traktatu UE w zakresie pytań prejudycjalnych dotyczących ustroju sądów

Co będzie, jeżeli podjęta zostanie decyzja polityczna nakazująca Trybunałowi Konstytucyjnemu zgodę na ten wniosek? Jeżeli tak się stanie, czyli pytania prejudycjalne zostaną uznane za niezgodne z konstytucją, to postawi nas poza UE. Unijny traktat nie przewiduje żadnych ograniczeń dotyczących treści pytań prejudycjalnych, o ile tylko mieszczą się w zakresie prawa unijnego, a zasady praworządności mieszczą się. A nie można być członkiem wspólnoty, zastrzegając sobie nierespektowanie obowiązujących zasad. A zatem

nawet jeżeli nie chcą wyprowadzić Polski z Unii, to działają w sposób tak nieodpowiedzialny i infantylny, że mogą doprowadzić do tego, że znajdziemy się poza UE.

Politycy PiS-u przekonują, że UE nie może nas do niczego zmusić. Poza tym to „wyimaginowana wspólnota”. Takie wypowiedzi są przez zachodnich polityków traktowane poważnie?
Przede wszystkim podważają istotę tego, czym jest Unia. To nie jest tylko organizacja międzynarodowa, do której można się przyłączyć, a jak nam się coś nie spodoba, to po prostu udawać, że tego nie ma albo zgłosić zastrzeżenia i nie być tym związanym. To jest zupełnie inny typ wspólnoty, mający charakter ponadnarodowy. To pewna społeczność, w której duża część suwerenności państw członkowskich jest przenoszona na całość Unii. Zyskujemy pewną suwerenność w odniesieniu do możliwości decydowania o tym, jakie będą normy obowiązujące np. w Hiszpanii czy Portugalii, ale inne państwa mają także wpływ na to, o czym my decydujemy. Nasza suwerenność została rozszerzona, ale nie mamy już wyłączności na decydowanie o naszych sprawach. To był przecież nasz suwerenny wybór, nikt nas do tego nie zmuszał. Wprost przeciwnie.

Przypomnę, że perspektywa wejścia Polski i innych postkomunistycznych krajów do UE była przez szereg starych państw członkowskich traktowana z dużym sceptycyzmem, niechęcią i przewidywaniem, że będą kłopoty. Jak widać, niebezpodstawnie.

Wybory do PE zbliżają się wielkimi krokami. Jaką przedwyborczą taktykę wybierze PiS?
To będą dla PiS-u bardzo trudne wybory. Po pierwsze dlatego, że w wyborach europejskich nadreprezentowany jest elektorat wielkich miast, a jak już dobrze wiemy z ostatnich wyborów, ten elektorat gremialnie opuszcza PiS. Dlatego rządzący są w gorszej pozycji, niż w innych wyborach. Po drugie, opozycja musi cały czas podkreślać, że przełożenie europosłów PiS-u na procesy decyzyjne w Unii jest minimalne, ich głos się właściwie nie liczy. Dla nich głównym punktem odniesienia jest to, co dzieje się w Polsce, siedzą w kraju i pilnują swojej pozycji względem prezesa.

PiS jest częścią politycznej rodziny Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, która jest mieszanką dziwaków, eurofobów i pro-Putinowców. Nie obsadzają dobrymi ludźmi najważniejszych komisji, w których dzieją się ważne rzeczy dotyczące przede wszystkim budżetu, oni wolą „zabawowe” komisje typu stosunków zagranicznych: jeździ się po świecie, ale możliwości decyzyjne – żadne. Musimy to bardzo wyraźnie podkreślać – PiS ma w UE znaczenie marginalne i sami skazali się na izolację.

Jeżeli prawda o tym przejdzie do świadomości publicznej wyborców przed wyborami i zrozumieją, że głosowanie na europarlamentarzystów PiS-u nic Polsce z punktu widzenia procesów decyzyjnych nie daje, to PiS będzie na straconej pozycji. Czy uda się zakorzenić taką świadomość? Nie wiem, bo nie jest to prawda łatwa do wytłumaczenia w jednym zdaniu.

Co Polacy rozumieją z „przepychanek” dotyczących listu ambasador USA w Polsce do premiera w sprawie wolności mediów?
Bardzo ważne jest tłumaczenie i podkreślenie, że w tym przypadku PiS gotów jest podważyć kluczowe interesy związane z bezpieczeństwem i strategią międzynarodową, aby tylko nie pozwolić innym krytykować swojej polityki wewnętrznej. To PiS od początku przekonywał, że z punktu widzenia strategii i bezpieczeństwa Stany Zjednoczone są najważniejszym sojusznikiem, przedstawianym jako mocarstwo, które może dać nam realny parasol bezpieczeństwa. A to, co się teraz dzieje, pokazuje prawdziwe, nie tylko deklarowane, priorytety PiS-u.

Gdy położyć na szali z jednej strony bezpieczeństwo narodowe Polski, a z drugiej strony spokój decydentów pisowskich, którzy nie chcą być krytykowani przez inne państwa, to władza wybiera to drugie. To niesłychana kompromitacja! W dzisiejszym świecie prawa człowieka, także wolność mediów, nie są indywidualną kwestią suwerennych państw. Tak mówili komuniści, a PiS to teraz bezwiednie powtarza. Ale ta epoka już minęła.

„Polska i Stany Zjednoczone pozostają w bardzo dobrych relacjach i nie zmieni tego ten jeden incydent” – przekonuje rzecznik rządu. To zaklinanie rzeczywistości?
Rządzący albo się oszukują, albo nie mają dostatecznej wiedzy, zwłaszcza o mentalności i poglądach w Stanach Zjednoczonych. Są pewne rzeczy, które dla Amerykanów są ponadpartyjne i niepodlegające żadnym negocjacjom. Jedną z takich spraw jest kwestia antysemityzmu, drugą – wolność mediów. Obie te kwestie w sposób laboratoryjny „wyskoczyły” przy sprawie nowelizacji ustawy o IPN, teraz pojawiła się znowu sprawa wolności mediów.

Polskim propagandzistom może wydawać się, że jeżeli wydadzą z siebie mocne pogróżki, to ktoś w Waszyngtonie pomyśli, że pani ambasador postąpiła źle, ale będzie zupełnie odwrotnie.

Tego typu tupanie nogą może tylko wzmocnić pozycję Georgette Mosbacher, widzianą przez swych zwierzchników jako ambasadorka działająca w populistycznym i autorytarnym kraju.

Jaka powinna być reakcja rządzących na taki list?
W normalnym kraju nie byłoby powodów do pisania takiego listu. Członkowie rządu nie angażowaliby się w krytykę niezależnych mediów tylko na podstawie bezpodstawnego oskarżenia. Co innego, jak sugestie o prowokacji przygotowanej przez TVN padają z ust dziennikarzy, a co innego jak twierdzi tak członek rządu, w tym wypadku minister spraw wewnętrznych. To znaczy, że rząd ogranicza media, oskarża o nieetyczne i nieprofesjonalne zachowanie, nie mając do tego żadnych podstaw.

Nie można tego traktować inaczej jak pogwałcenie wolności mediów. Odpowiedzią powinno być przyznanie się do winy w dyplomatycznym języku i zapewnienie, że władza będzie respektowała w pełni wolność mediów.

Dlaczego właśnie ten reportaż, o neonazistach w Polsce, jest taką solą w oku rządzących?
Wydaje mi się, że reportaż był pretekstem. Chodziło o to, aby odsunąć od siebie wizerunek państwa, w którym tolerowani są neonaziści. Nie chodzi przecież o samo istnienie takiej grupy, bo tego typu ekstremiści są w każdym kraju demokratycznym; prawdziwy problem polega na tym, jaką mają swobodę działania. Reportaż „urodziny Hitlera” pokazywał, że uważają się w pewnym zakresie za bezkarnych.

Atakując dziennikarzy i oskarżając ich o prowokację, tylko potwierdzają takie przypuszczenia.
To pokazuje irracjonalność tej reakcji.

Właściwa reakcja powinna być skierowana przeciwko neonazistom, a nie dziennikarzom. To powinien być jasny przekaz – nie tolerujemy takich sprzecznych z prawem zachowań.

Rozmawiamy o bezpieczeństwie akurat w czasie, kiedy zaostrzył się konflikt za naszą wschodnią granicą. To nie daje rządzącym do myślenia?
Gdy tylko doszło do oczywistej rosyjskiej agresji, z godziny na godzinę śledziłem oficjalną stronę internetową prezydenta. Ktokolwiek na świecie chce poznać oficjalne stanowisko państwa, to zajrzy właśnie tam.

Jedynym śladem krytyki, i to w bardzo zawoalowanej formie, była wypowiedź na konferencji prasowej ministra Krzysztofa Szczerskiego. I tyle. Przecież w momencie takiego kryzysu powinien wystąpić prezydent, odezwać się do Polaków i zapewnić o naszym poparciu dla braci i sióstr Ukraińców.

Andrzej Duda zdecydował się na konferencji prasowej w Sofii nazwać Rosję agresorem.
Tylko że nastąpiło to za późno. Czas ma w takich sprawach wielkie znaczenie. Polska jako sąsiad i najbliższy sojusznik powinna w pierwszych godzinach jednoznacznie i oficjalnie wesprzeć Ukrainę. Dla mnie brak takiej reakcji jest rozczarowujący.

Dlaczego nie stawiamy się już w roli „ambasadora Ukrainy”?
Po upadku komuny taka była nasza strategiczna rola. Najwyraźniej taka koncepcja została porzucona. Dlaczego? Wydaje mi się, że ze względu na krajowe siły, które rozgrywają historyczne zaszłości dla mobilizowania antyukraińskich uczuć.

Jak rozwinie się afera KNF? Jaka polityczna decyzja zostanie albo została już podjęta?
Tu są dwie kwestie – jakie powinny być i jakie będą podejmowane decyzje. W tej sprawie powinna powstać komisja śledcza, co do tego nie mam wątpliwości. Mówienie, że nie powołuje się komisji, jeżeli organa państwa działają prawidłowo, jest demagogią. Jeżeli mamy do czynienia z materią, która wskazuje na możliwość korupcji sięgającej tak daleko i głęboko, że jest to poza zasięgiem rutynowej procedury prokuratorskiej, to nie ma innego wyjścia.

W tę aferę zaangażowane są KNF, NBP, prywatne banki, CBA, niektóre media, pojawiają się także SKOK-i. Komisja śledcza jest niezbędna wszędzie tam, gdzie można mieć uzasadnione podejrzenia, że normalne instytucje państwa mają bodźce do omijania niewygodnych spraw. Tego nie uniesie żaden prokurator, a w szczególności podporządkowany politykowi, czyli Prokuratorowi Generalnemu.

Nie będzie komisji śledczej. PiS się na to nie zgodzi.
Działania komisji śledczej musiałyby pokazać, że PiS zbudował państwo quasi-mafijne. Przynajmniej część aparatu państwowego jest w chorej symbiozie z organizacjami finansowymi, partią rządzącą i mediami. PiS rękami i nogami będzie się bronił przed ukazaniem anatomii chorego państwa.

Mamy przecież do czynienia z załamaniem się jakiegokolwiek podziału władzy. Cała władza jest w rękach jednego człowieka, ale rzeczywisty „cykl produkcyjny” rozgrywa się niżej.

I dlatego potrzebna była ustawa o sądach powszechnych i przejęcie nad nimi kontroli?
Do tego potrzebne było połączenie prokuratury z Ministerstwem Sprawiedliwości, przejęcie TK i służby cywilnej. Ale sądy odgrywają kluczowe znaczenie, a w ramach sądów kluczowe znaczenie ma nowy system dyscyplinarny. Jeżeli miałbym wskazać dzisiaj na jeden element państwa pisowskiego, który jest najbardziej chory, to byłaby to Izba Dyscyplinarna w SN. Ona symbolicznie pokazuje wszystko, co jest najgorsze w zdeprawowaniu systemu sądownictwa, poddaniu sędziów i sądów kontroli politycznej.

Fakt, że sędziowie mogą być wzywani przez rzeczników dyscyplinarnych ze względu na treść swoich orzeczeń, jest czymś niezwykle skandalicznym! Od zmiany orzeczeń mamy przecież kontrolę instancyjną. Powoli niestety oswajamy się z systemem, w którym sędziowie są rozliczani przez polityków za treść swoich orzeczeń. A nie powinniśmy.

Afera KNF, wybory samorządowe, zmiany w Sądzie Najwyższym, konflikt z ambasador USA… Jarosław Kaczyński ma poważny orzech do zgryzienia?
Mam impresjonistyczne wrażenie, niepoparte dowodami i sondażami, że punktem przełomowym była przegrana PiS-u w Warszawie. Od tego momentu system władzy PiS-u wszedł w okres dekadencji. Oni już nie mają tej energii i dzikiej dynamiki, która napędzała ich przez 3 lata. Nagle wielkie siły społeczne pokazały im czerwoną kartkę. To nie znaczy, że poniosą porażkę w wyborach parlamentarnych albo będą bardziej strawni. Często właśnie w okresach dekadenckich władza staje się najbardziej groźna, dokuczliwa i przykra dla obywateli. To właśnie teraz mogą wychodzić wszystkie najgorsze paranoje, obsesje i kompleksy. Co widać zresztą w epizodzie dotyczącym ambasador USA. Ale mam wrażenie, że moment rewolucyjnego entuzjazmu się skończył. Jarosław Kaczyński i jego współpracownicy zobaczyli, że powoli wchodzą w okres schyłkowy.