Tag Archives: Sieci

Kaczyński i Trump, dwie góry smrodu

26 Sier

Obserwując okładki prorządowych tygodników, można było już zobaczyć tak wielką kreatywność twórców, że rzadko kiedy w rachubę wchodzi zaskoczenie. Teraz jednak Tygodnik “Sieci” braci Karnowskich, w swoim najnowszym wydaniu przesuwa granicę kreowania wizerunku Jarosława Kaczyńskiego na wydaje się najwyższy możliwy poziom.

Lider PiS zostaje bowiem porównany do Donalda Trumpa, kiedy to obaj przywódcy niczym równi sobie liderzy świata są zestawieni ze wspólnym potężnym obozem wrogich sił, które chcą ich zniszczyć. W wiele mówiącym wydaniu “Mężowie stanu pod ostrzałem!” tygodnik stara się przekonać, że obu liderów “łączy więcej niż myślicie”, ponieważ m.in. “wygrali wbrew mediom i kastom. Rozkręcili gospodarki i wzmocnili państwa”. Karnowscy postawili tutaj na radykalny patetyzm, co oddaje zapowiedź nowego wydania tygodnika:

Tygodnik prezentuje podobieństwa drogi dojścia do władzy obu polityków, którzy oparli się na frustracji znacznej części społeczeństwa, które miały poczucie braku perspektyw. Tygodnik mówi o pewnej “niepoprawności politycznej obu panów, specyficznej i rzadkiej wśród polityków – naturalności”:

Obaj dostrzegli siłę w zapomnianej, a potem otwarcie pogardzane przez liberałów „milczącej większości”. Momentem zwrotnym w kampanii Hillary Clinton było nazwanie wyborców Trumpa „godnymi pożałowania”. Polscy liberałowie do dziś nie mogą zrozumieć, skąd bierze się siła PiS i ich niemożność przebicia szklanego sufitu. Najlepiej wyraziła to promowana przez polskich celebrytów grafika szydząca z „moherowych” Polaków, biorących świadczenie 500+ i porównuje ich do kundli kierujących przed panem. Dopiero oskarżenia o klasizm (zestawiony z rasizmem), płynące ze strony przedstawiciela nowej lewicy Jana Śpiewaka, spowodowały zniknięcie tego rysunku z profilu aktorki Krystyny Jandy”.

Autor tekstu stawia śmiałą tezę, że można postawić znak równości miedzy narracjami polskiej i amerykańskiej opozycji, które opierają się w trzech hasłach na„R”: Rosja, rasizm i recesja”. Powyższe mają być oczywiście wyssanymi z palca starszakami, kiedy to mimo braku pokrycia w rzeczywistości mają zniechęcić wyborców do skutków polityki prawicy:

“Polska może się pochwalić rekordowo niskim bezrobociem i wysokim wzrostem gospodarczym. Obniżający podatki Trump również poruszył gospodarkę bardziej, niż spodziewali się tego najbardziej optymistyczni analitycy. Zwolennicy demokratów, tacy jak Bill Maher, wpływowy prowadzący polityczno-satyryczny show na HBO, mówią wprost, że życzą Ameryce recesji gospodarczej, byleby przepędzić Trumpa z Białego Domu. Polska opozycja chętnie straszy kryzysem gospodarczym spowodowanym przez socjalną politykę PiS (sama obiecując jeszcze większe transfery finansowe w tym obszarze). U nas podobną rzecz do Mahera ogłosił przecież doradca Ryszarda Petru i potem Roberta Biedronia – Jakub Bierzyński”.

Problem tygodnika “Sieci” polega na tym, że stawianie znaku równości między Trumpem a Kaczyńskim jest daleko idącym skokiem w logice, a w wielu punktach dla samego prezesa mało korzystnym. Donald Trump nie jest bowiem wbrew narracji prorządowych mediów “naturalny”, ale wulgarny i infantylny. Ciężko bowiem zliczyć ilość obelg, jaką wylał prezydent USA na swoim koncie na Twitterze. Politykowi bliżej bowiem do Krystyny Pawłowicz niż do prezesa w tym względzie. Jarosław Kaczyński nie boi się używać języka pogardy, ale tutaj każdy atak ma swój konkretny cel, a metody używane przez lidera PiS są bardziej dyskretne od Trumpa. Wyborcy PiS nie widzą bowiem choćby w agresywnych atakach na mniejszości przejawów mowy nienawiści. Wyzywającego przeciwników od idiotów Trumpa ciężko tak określić. Także teza tygodnika, że źródła władzy obu polityków są tożsame jest błędna. Obaj używali podobnych narzędzi, ale z różnym skutkiem.

Nie jest bowiem w USA tajemnicą, że Donald Trump nie poszerzył elektoratu partii republikańskiej wbrew swoim buńczucznym deklaracjom (liczba głosów na niego oddana nie jest wyższa niż republikańskich przeciwników Obamy), a jego zwycięstwo stało się możliwe nie dzięki mobilizacji własnego elektoratu, ale demobilizacji demokratów i systemu politycznego, który dał Biały Dom człowiekowi, który zebrał mniej głosów od konkurentki.

W kwestii polityki państwowej porównanie Kaczyńskiego i Trumpa zaś zupełnie nie ma racji bytu. Donald Trump może sobie przypisywać wzmocnienie gospodarki, ponieważ obniżył jeden z najwyższych na świecie amerykański CIT, co zachęciło wiele korporacji do sprowadzenia swoich zamorskich aktywów z powrotem do USA – w Ameryce trzeba bowiem opłacić również podatek będący różnicą stawek CIT pomiędzy krajami, przez co sprowadzanie zysków było wcześniej dla korporacji zwyczajnie nieopłacalne. Jednak na jego reformie podatkowej nie zyskali najbiedniejsi, których zysk wynika tutaj głośnie z poprawy ogólnej koniunktury, która jednak została wtórnie osłabiona rozpoczętą wojną handlową. Warto również pamiętać, że odbyło się to za cenę rekordowego wręcz tempa zadłużania USA. W przeciwieństwie do PiS Trump potrafi jednak uzyskać ustępstwa na arenie międzynarodowej. Polityk zmusił do takich choćby Koreę Południową, w początkowej fazie konfliktu z Chinami te także były gotowe iść na korzystne dla Ameryki ustępstwa. Także w kategoriach geopolitycznych, choć Trump wywołał wielki chaos kłócąc się z sojusznikami i wypowiadając porozumienie z Iranem i pakt klimatyczny, to jednak jego ostry kurs wobec Chin wielu postrzega jako konieczność dla zachowania amerykańskiej dominacji. Mamy zatem obraz, który nie jest zupełnie czarno-biały.

W przypadku PiS ciężko się zaś dopatrywać się podobnych odcieni szarości. Rządzący nie przeprowadzili bowiem żadnej istotnej obniżki podatków, a wręcz przeciwnie wprowadzili kilkadziesiąt podwyżek, które wydrenowały z naszych kieszeni dziesiątki miliardów złotych na świadczenia “plus”. Nasz wzrost gospodarczy nie jest bowiem zasługa naszej mądrej polityki gospodarczej, ponieważ takiej nie mamy, kiedy to rosną lawinowo wydatki prokonsumpcyjne, to strukturalne reformy państwa nie są podejmowane. Także oceniając obu polityków trzeba brać pod uwagę, że USA mogą sobie pozwolić na granie z pozycji siły jako pierwsza gospodarka świata, która ma niewielkie uzależnienie od eksportu. Polska, kraj uzależniony od handlu zagranicznego jak tlenu, bez wyrobionej podmiotowości międzynarodowej i skutecznych elit, nie może pozwalać sobie na podobna grę, czego prorządowy tygodnik staje się nie umieć dostrzec.

W jednym Sieci zdają się mieć rację. Taktyka opozycji tak w Polsce jak i za Oceanem wciąż jest w martwym punkcie, stąd Trump jak i Kaczyński mają szansę na kontynuowanie swojego politycznego bytu nie z powodu swojego teoretycznego “męstwa stanu”, ale zwyczajnej słabości swoich oponentów.

„Czytamy Konstytucję” – pod takim hasłem w serwisie YouTube powstał kanał, w którym tę najważniejszą w Polsce ustawę czytają ci, dla których jej treści nie są pustym dźwiękiem.

„Celem projektu jest promocja Konstytucji RP jako najważniejszego dokumentu prawnego w Polsce regularnie łamanego przez kastę rządzącą” – powiedział „GW” koordynator projektu Sławomir Majdański.

W projekcie zgodziło się wziąć udział wiele osób, reprezentujących różne środowiska. Konstytucję czytają m.in. prezydenci Bronisław Komorowski i Aleksander Kwaśniewski, sędziowie: prof. Ewa Łętowska, prof. Marek Safjan, prof. Wojciech Sadurski, Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar, aktorzy: Krystyna Janda, Daniel Olbrychski, Jerzy Radziwiłowicz, prezydenci miast, opozycjoniści z czasów PRL, ks. Wojciech Lemański.

Sądząc po pierwszych reakcjach prawej strony mediów społecznościowych, czytanie Konstytucji to prawie herezja. Nie sposób cytować obrzydliwych wpisów, komentujących ten projekt.

Nawet dozgonni wielbiciele premiera muszą przyznać, że jego opowieści o polskim cudzie gospodarczym są w najlepszym przypadku mocno przeterminowane.

No i się wyjaśniło. Kuchciński dlatego latał do domu w procedurze HEAD, bo nie łamał prawa. Beata Szydło latała do domu po to, żeby konsultować z sąsiadami swoje projekty, które Kaczyński kazał jej wdrożyć bez względu na opinie Polaków. Marszałek Karczewski jest w tej sprawie w porządku, bo nie pamięta, żeby gdzieś latał bezprawnie. Premiera Morawieckiego afera nie dotyczy, bo prywatne loty HEAD przepisał na żonę.  Czyli tej sprawy już nie ma. Ale jest następna, niesłusznie porównywana z aferą Watergate.

W amerykańskiej Watergate, która zakończyła się klęską partii rządzącej i dymisją prezydenta, chodziło o nielegalne zabiegi w celu zdyskredytowania przeciwników politycznych. Natomiast polska Ziobrogate, gdzie jeszcze bardziej chodziło o dyskredytowanie przeciwników politycznych przez funkcjonariuszy państwa, zupełnie nie dotyczy prezydenta, a również dla premiera jest już sprawą zamkniętą, chociaż o tyle ciekawą, że poprosił ministra-prokuratora o wyjaśnienie mu w wolnej chwili, o co w tym wszystkim chodzi. Polska Ziobrogate kończy się dymisją wiceministra (który lada dzień otrzyma zapewne równie intratna posadę) i przesunięciem na inne stołki kilku funkcjonariuszy, uprzednio delegowanych do demolowania państwa prawa. Natomiast partia rządząca pozostała w Polsce u władzy i tylko ubyło jej kilka punktów, które postara się odzyskać do wyborów. Jak to zrobi?

Finezyjnych pomysłów nie należy się spodziewać.  Myślę, że po prostu powtórzą manewr pozyskiwania dodatkowych głosów rzucając wyborcom kolejne kłamstwa i kolejne pieniądze. Walczący o mandaty prominenci PiS będą się chwalić na spotkaniach oszałamiającymi sukcesami polskiej gospodarki, która na tle innych krajów… itd. Pan premier częściej będzie bredzić o doganianiu rozwiniętych państw zachodnich i łgać o rewelacyjnych wskaźnikach ekonomicznych, licząc -poniekąd słusznie – że ludziom nie zechce się sprawdzać, jak jest naprawdę. A to jest równie groźne i równie godne zdecydowanych przeciwdziałań jak punktowanie rządzących za kolejne przejawy nielegalnego politycznego chamstwa. Bo budowanie fałszywego obrazu gospodarki i rozdawnictwo pieniędzy bez względu na możliwości budżetu realnie grozi scenariuszem greckim, a połączenie tych działań z samowolą i bezprawiem na kilometr pachnie Białorusią.

Kampania wyborcza nie jest najlepszą porą, by uświadamiać Polakom, że rozmaite PiS-owskie „plusy” ściągają nad naszą gospodarkę burzowe chmury. Ale to dobry moment, by ogłosić, że projekt 500 plus, którego celem jest wyłącznie zwiększenie dzietności (i dlatego obejmuje także najbogatszych), przyniósł w efekcie ZMNIEJSZENIE liczby urodzin. Warto też pytać, czy jest przypadkiem, że od chwili uruchomienia projektu 500+ , który kosztuje więcej niż wszystkie budżetowe wydatki na szkolnictwo wyższe, spożycie alkoholu w Polsce wzrosło o jeden litr czystego spirytusu na statystyczną wątrobę? Wypada również zawiadomić rodaków, że – jak wynika z ostatniego „rachunku dla państwa”, sporządzanego przez Forum Odpowiedzialnego Rozwoju – każdy obywatel dopłaca do programu 500+ aż 619 zł, a statystyczna 4-osobowa rodzina na czysto otrzymuje tylko niecałe 300 zł.

Rozdający 500+ mogą za tę kwotę kupić nie tylko mandaty poselskie, ale również akceptację dla prawie już niekontrolowanej władzy licznych Misiewiczów, Piebiaków, Ziobrów i samego Prezesa nad prezesy. Obdarowani natomiast mogą za 500 zł kupić coraz mniej. W Polsce gwałtownie rośnie inflacja. GUS poinformował, że w lipcu wzrost cen w ujęciu rocznym sięgnął 2,9%. Według opinii analityków Instytutu Biznesu w kilku najbliższych kwartałach ten trend będzie się pogłębiał i niezbędne jest podjęcie działań przez władze NBP oraz Radę Polityki Pieniężnej – o ile te instytucje w ogóle zauważą bliskie zagrożenie. Od lipca 2018 roku ceny żywności wzrosły o 6,8% . W lipcu 2019 rekordowo urosły ceny warzyw – aż o 32,4%. O 28,4% podrożał cukier, o ponad 12% wieprzowina, o prawie 10% pieczywo. Rosną też ceny usług – choćby wywozu śmieci, który podrożał o jedną czwartą. GUS podał także dane o wzroście PKB za II kwartał 2019 r., które wskazują na widoczne spowolnienie w gospodarce.  Nawet dozgonni wielbiciele premiera muszą przyznać, że jego opowieści o polskim cudzie gospodarczym są w najlepszym przypadku mocno przeterminowane.

Szczególny niepokój budzi galopujące zadłużenie kraju.  Na początku tego roku dług publiczny przekroczył bilion zł. Odtąd każdego dnia zadłużamy się o kolejne 200 milionów. Statystyczny Polak ma dzisiaj do spłacenia 28 tysięcy zł. A to tylko ten oficjalny dług. GUS po raz pierwszy przekazał oficjalne szacunki ukrytego zadłużenia Polski, które z tytułu zobowiązania państwa polskiego do wypłaty emerytur sięga astronomicznej kwoty 5 bilionów złotych. To mniej więcej wartość PKB, którą za bezdurno musielibyśmy wypracować od dzisiaj aż do marca 2022 roku.

Rosnącemu długowi publicznemu towarzyszą coraz liczniejsze prywatne długi Polaków. Wartość kredytów na konsumpcję przekroczyła właśnie 200 mld zł. To jeszcze nie dramat, ale niepokojące jest, że rodacy zadłużają się szybciej, niż rośnie nasza gospodarka. Co będzie, gdy z okresu prosperity wejdziemy w recesję – a przecież wejdziemy na pewno?  Biegli w psychologii biznesu twierdzą, że apetyty na kredyt pobudzane są dochodami uzyskanymi bez większego wysiłku, na które nie ma się wpływu i które maja luźny związek z pracą. Gdy przychodzi kryzys i gospodarka się przegrzewa, wtedy rosną stopy procentowe, a wraz z nimi raty kredytu. Równocześnie pogarsza się sytuacja na rynku pracy, firmy zmniejszają zatrudnienie lub pozbywają się lepiej zarabiających, by w ich miejsce przyjąć nowych, którzy godzą się na niższe uposażenie. Zaczyna się życiowy dramat dłużnika i poręczających, często przepadek majątku stanowiącego zastaw kredytu, potem procesy sądowe, komornik, czasem upadłość konsumencka lub bankructwo firmy…

Brakuje pieniędzy na reanimację służby zdrowia, na usuwanie szkód w zdemolowanym systemie oświaty, na walkę ze smogiem i na setki innych naprawdę ważnych przedsięwzięć. A równocześnie nad naszymi głowami fruwają bezpańskie miliardy topione w projektach z góry nierealnych lub tylko niemożliwych do realizacji przez obecną ekipę pełną wysoko opłacanych nieudaczników. Takich projektów, jak choćby tanie domy na wynajem. Do końca 2019 premier obiecał zbudowanie 100 tysięcy mieszkań. Po 8 miesiącach nie zbudowano nawet tysiąca. I nie ma się co dziwić, bo ten projekt, jak wiele innych, jest dla PiS po prostu zbyt skomplikowany. Mianowańcom Kaczyńskiego dobrze wychodzi jedynie proste rozdawanie pieniędzy – oczywiście po zainkasowaniu sowitej prowizji dla siebie i dla swoich.

Trzeba o tym mówić co najmniej tak często, jak o odlotach PiS-owskiej elity i aberracjach mściwych zauszników ministra Ziobry, odgrywających się za ostracyzm środowiska. Trzeba mówić o zagrożeniach, które potrafią przewrócić państwo, albo skazać nas w Europie na wieloletni czyściec. Trzeba o tym głośno mówić. Albo wręcz krzyczeć.

Karnowscy w sieci szujstwa, Morawieckiego wyczyny krętactwa, smogiem chcą nas zabić. Z życia pasqud (6)

1 Lip

„Mam nadzieję, że za takie okładki Karnowscy doczekają się wreszcie kary. To już przechodzi ludzkie pojęcie, do jakiego stopnia można się upodlić, żeby przypodobać się PiSowi. Prezydent Gdańska wybrało 84% mieszkańców. Zestawiać nas ze swastyką?” – tak jedna z internautek podsumowała okładkę najnowszego wydania prawicowego tygodnia „Sieci”. Redaktorem naczelnym pisma jest Jacek Karnowski, a jego brat Michał (poza publikowaniem w nim tekstów) zasiada we władzach spółki Fratria, która pismo wydaje.

Na okładce najnowszego numeru tygodnika widnieją fotografie prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz, jej poprzednika, zamordowanego w styczniu tego roku Pawła Adamowicza oraz Donalda Tuska. Otoczeni są m.in. flagami ze swastykami, a tytuł głosi: „Czy Gdańsk chce do Niemiec?”.

„To z bezsilności. Gdańsk ich uwiera! To wolne Miasto wolnych Ludzi i nie mogą nic z tym zrobić. Wiedzą, że jak spróbują na siłę – będzie jak z poprzednią komuną. Potkną się, połamią sobie te spróchniałe kły i skończą na śmietniku. Prawdziwi Polacy potrzebują Gdańska jak powietrza”;

„Gdańsk do Niemiec, Wy do Tworek”; – „Tak sobie pomyślałem że przejęcie terenu Westerplatte ma służyć temu, żeby w przyszłości postawić posąg naszego świetlistego wodza JK i okaże się, że to on wywołał, a potem wygrał wojnę i rozgromił III Rzeszę”; – „Władze Gdańska powinny bez żadnej zwłoki złożyć pozew o takie odszkodowanie, dzięki któremu bracia ciągnący państwowe pieniądze do końca życia będą tylko rozwozić gazety” – komentowali internauci.

Polska w ruinie, zwijanie państwa, konieczność reindustrializacji gospodarki, państwo teoretyczne, czy najdroższe drogi świata – tak od lat propaganda kolportowana przez zwolenników i funkcjonariuszy medialnej “dobrej zmiany” mówi o działaniach w obszarze infrastruktury w czasie rządów koalicji PO-PSL.  Tak samo często politycy PiS przekonują, że teraz jest inaczej, że poprzednicy mogliby od nich uczyć się skutecznego zarządzania, że dopiero teraz wykorzystywane są wszystkie możliwości. Tyle tylko, że to pic na wodę. Nie jest przypadkiem, że Mateusz Morawiecki to właśnie w kwestii budowania dróg przez ekipę Donalda Tuska i Ewy Kopacz został skarcony przez sąd w trybie wyborczym. Dziś szczegółowe dane, pokazujące przepaść w skali “Polski w budowie” tj. wielkiego programu budowy infrastruktury drogowej pokazała na Twitterze Alicja Defratyka, autorka projektu ciekaweliczby.pl

Okazuje się, że tempo przyrostu dróg szybkiego ruchu i autostrad radykalnie spadło w czasie ostatnich dwóch lat rządów PiS. Jak wynika z oficjalnych odpowiedzi z Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, łączna liczba kilometrów autostrad w Polsce zwiększyła się 3-krotnie (z 535 km do 1 638 km), a dróg ekspresowych aż 11-ktrotnie (z 190 km do 2092 km) między 2004 r. a 2018 r. Najwięcej nowych autostrad oddano do użytku w 2011 r. – 210 km i w 2012 r. – prawie 241 km. Między 2017 r. a czerwcem 2019 r. nie oddano do użytku ani jednego kilometra autostrady!

Zestawienie danych dotyczących budowy dróg i autostrad w Polsce skomentował poseł PO Sławomir Neumann, który zauważył, że te kilometry autostrad, dróg ekspresowych i dróg krajowych, które w zestawieniu wliczone zostały “na konto” dobrej zmiany to w olbrzymiej części dokończenie inwestycji przygotowanych i podpisanych za rządów PO-PSL, co tylko jeszcze wydatniej pokazuje, jak bardzo PiS skapitulowało w tym obszarze. Polityk opozycji zwrócił także uwagę, że dużą determinację w załatwianiu dróg lokalnych w zasadzie wykazał jedynie w przypadku budowy drogi w Brzeszczach, z której teraz korzystać może mieszkająca tam Beata Szydło.

Pozostaje jedynie zadać sobie pytanie, na ile szybciej mogłaby się dziś rozwijać polska gospodarka, gdyby owoców jej wzrostu nie wykorzystywano do kupowania wyborców w szeregu programów socjalnych tylko inwestowano w polepszanie warunków prowadzenia polskich biznesów. Moglibyśmy skorzystać wszyscy, korzystają jedynie nieliczni. Oto państwo PiS w pigułce.

Komisja Europejska nie będzie spotykać się już z polskim rządem i pracować nad zmianą programu „Czyste powietrze”. W praktyce oznacza to, że z 4 mln pieców na węgiel uda nam się zlikwidować niewielki procent.

Nie ma zgody Komisji Europejskiej na kontynuowanie unijnej pomocy przy programie „Czyste powietrze”  – dowiedziała się „Wyborcza”. Informacja z Komisji o tym, że nie spotka się z polską stroną i odwołuje Komitet Sterujący, trafiła już do przedstawicieli polskiego rządu, Banku Światowego, samorządowców, niezależnych ekspertów oraz urzędników Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i wojewódzkich funduszy ochrony środowiska.

Komitet Sterujący to instytucja powołana przez polski rząd i KE do podejmowania strategicznych decyzji dotyczących „Czystego powietrza”. Najbliższe spotkanie, na którym miały zapaść finalne decyzje dotyczące reformy programu, miało odbyć się 4 lipca.

– To spotkanie nie ma sensu, Komisja straciła cierpliwość. Od pół roku strona polska nie podejmowała żadnych decyzji niezbędnych dla reformy programu – tak nieoficjalnie unijni eksperci komentują swoją decyzję.

KE miała zastrzeżenia do realizacji programu

Nim ją podjęli, Marc Lemaitre, dyrektor generalny KE ds. polityki regionalnej i miejskiej, wysłał do polskiego rządu list. Opisaliśmy go 19 czerwca. Lemaitre podkreślał w nim, że obecnie program nie kwalifikuje się do uzyskania unijnych funduszy i „stanowi ryzyko utraty reputacji dla Komisji, Banku Światowego i polskiego rządu”. KE dała ultimatum: albo strona polska zreformuje program i dysponowanie pieniędzmi na wymianę pieców na węgiel odda w ręce samorządów i banków komercyjnych (dziś zarządza nimi tylko NFOŚ podległy ministrowi środowiska), albo Unia na program pieniędzy nie da.

Liczone na ponad dziesięć lat „Cp” jest warte ok. 35 mld euro. Za te pieniądze ma zostać wymienionych 4 mln kopciuchów i docieplone budynki. Celem jest ograniczenie smogu, którego głównym źródłem są domy opalane węglem.

Unia w najbliższej perspektywie finansowej 2021-27 zamierzała dołożyć Polsce miliardy euro na walkę ze smogiem i gotowa była też przekazać niewykorzystane środki z obecnej perspektywy. Bez tych pieniędzy programu nie uda się zrealizować. Obecnie bowiem NFOŚ dysponuje ok. 1 mld zł na „Cp”. W przyszłym roku publicznych pieniędzy będzie ok. 2,5 mld. zł.

Lemaitre dał rządowi na odpowiedź czas do 21 czerwca i wezwał do zorganizowania przed 4 lipca spotkania najważniejszych urzędników odpowiedzialnych za „Cp”.

PiS nie widział problemu

Do spotkania jednak nie doszło, a minister inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński, który miał je zorganizować, w mailu do „Wyborczej” przekonuje, że KE nie postawiła polskiej stronie żadnego ultimatum, lecz zapytała grzecznie, czy „polska strona wyraża chęć kontynuowania wsparcia Banku Światowego w realizacji programu” i dalszej współpracy.

Co więcej, jak udało nam się dowiedzieć, oficjalna odpowiedź ministra Kwiecińskiego KE jest lakoniczna. Resort zaznacza w niej jedynie, że Polska jest zdeterminowana, by walczyć ze smogiem.
To jeszcze bardziej zirytowało europejskich ekspertów KE i Banku Światowego, którzy od początku roku przyjeżdżali na spotkania z rządem i na podstawie analiz BŚ wskazywali, co zrobić, by poprawić niedziałający dziś program. Szacuje się, że na dotychczasową pomoc przy flagowym programie PiS KE wydała ok. 1 miliona euro.

Mimo to flagowy program PiS, którym premier Mateusz Morawiecki chwalił się w 2018 r., został źle przygotowany i jest dziś źle realizowany.

Miliony kopciuchów w Polsce

Program „Czyste powietrze” zakłada, że w ciągu najbliższej dekady zlikwidujemy 4 mln kopciuchów dymiących w polskich domach i docieplimy przestarzałe budynki, z których na potęgę ucieka ciepło. Mieszkają w nich głównie ludzie dotknięci ubóstwem energetycznym – ci, których nie stać na ekologiczne ogrzewanie, nie mają możliwości jego podłączenia, bo w pobliżu ich domów nie biegną sieci ciepłownicze i gazowe, oraz ci, których nie stać na termomodernizację budynków, przez co płacą znacznie wyższe rachunki za ogrzewanie.

Premier Morawiecki, ogłaszając program, zapowiadał, że na jego realizację potrzebnych jest ponad 100 mld zł. Skąd te pieniądze?

Unia miała sypnąć pieniędzmi

Mają pochodzić z budżetu państwa, z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i wojewódzkich funduszy ochrony środowiska, przychodów w ramach handlu emisjami (ETS), a przede wszystkim z funduszy unijnych. Ochrona środowiska będzie bowiem w najbliższej perspektywie unijnej 2021-27 jednym z głównych priorytetów, a ponieważ program „Czyste powietrze” miał być największym programem modernizacji budynków, na jego realizację pieniądze miały dotrzeć do Polski już teraz – niewykorzystane w ramach obecnej perspektywy.

Aby jednak otrzymać pieniądze z UE, program musi być dostosowany do unijnych przepisów i wytycznych. Dlatego Komisja Europejska, od momentu gdy program „Czyste powietrze” został przygotowany, wyliczała jego błędy i wzywała do jego reformy. Po pierwsze, resort środowiska zapisał w nim, że przestarzałe kopciuchy zatruwające powietrze będą mogły być wymieniane na inne kotły na węgiel, tyle że nowoczesne, oraz że dopuszczalne jest montowanie pieców węglowych w nowo budowanych domach. To jasno kłóci się z polityką UE, która nie finansuje i nie wspiera żadnych inwestycji opartych na paliwach kopalnych.

Po drugie, eksperci Banku Światowego wyliczyli, że w ciągu roku musi być likwidowane ok. 400 tys. kopciuchów, by osiągnąć cel programu i prawidłowo wydatkować pieniądze. Dlatego – wzywali eksperci BŚ – realizacją programu powinny zająć się samorządy (tak jak np. programem 500 plus) i banki komercyjne. To one powinny przyjmować wnioski o dotacje i udzielać dofinansowania. MŚ jednak od miesięcy upiera się, by pieniędzmi zarządzał jedynie NFOŚ poprzez fundusze wojewódzkie. To doprowadziło do zastoju w programie i zamiast kilkuset udzielonych dotacji po dziesięciu miesiącach trwania programu udzielono ich niewiele ponad 20 tys., a kolejne prawie 60 tys. czeka w długiej kolejce.

Unia mówi koniec

Dlatego po miesiącach prób współpracy KE mówi dość współpracy z polskim rządem. Co to oznacza w praktyce dla przeciętnego Kowalskiego?

Dotychczas złożone 60 tys. wniosków o dotację ma szanse na realizację, bo w budżecie NFOŚ jest w tym roku ok. 1 mld zł na program „Czyste powietrze”. Uśredniając, że jedna dotacja to 15 tys. zł, obecnie złożone wnioski sięgają 900 mln. Bez unijnej kasy nie uda się jednak zrealizować kolejnych 340 tys. planowanych przez BŚ inwestycji.

W przyszłym roku na program NFOŚ ma blisko 2,5 mld zł. W programie będzie mogło wziąć więc udział ok. 160 tys. mieszkańców.

Na tyle jest szansa ze środków krajowych. Oznacza to więc, że bez unijnych pieniędzy tego programu nie uda się zrealizować, bo w optymistycznym wariancie 160 tys. dotacji udzielanych przez dziesięć lat daje 1,6 mln zlikwidowanych pieców zamiast 4 mln. A więc polskie miasteczka zimą dalej będą spowite chmurą pyłów, a Polska nadal będzie brunatną, zanieczyszczoną plamą na mapie Europy.

„Domniemanie niewinności nie ma zastosowania przy zatrzymaniu osoby, której popełnienie przestępstwa zostało wystarczająco uwiarygodnione. W chwili zatrzymania traktuje się ją jak osobę winną.”

W szkole mojej młodości dyżurne pytanie wielu sprawdzianów z języka polskiego brzmiało: co autor chciał przez to powiedzieć? Uzyskana w owych czasach sprawność w doszukiwaniu się sedna rozmaitych cytatów przydaje mi się ostatnio coraz częściej, umożliwiając dotarcie do rzeczywistych intencji polityków. Szczególnie polityków rządzących, którzy do perfekcji opanowali sztukę skrywania brudnych myśli i paskudnych intencji w stercie słów wzniosłych, płomiennych, porywających masy ludowe. Mimo, że wszyscy posługują się argumentacją wymyśloną w wydziale propagandy i agitacji PiS, to jednak każdy funkcjonariusz tej partii ma swój charakterystyczny sznyt.

Weźmy przykładowo takiego premiera. Mateusz Morawiecki nie jest wirtuozem skomplikowanych narracji, chociaż lubi mówić, a jeszcze bardziej kocha słuchać jak mówi. Co do formy wypowiedzi – to serce na dłoni po prostu. Owszem, jak kłamie, to już kłamie, ale kiedy mówi prawdę, to bynajmniej nie kryje prawdziwych intencji. Wystarczy posłuchać go uważnie. Weźmy taki przykład: – Nie ma dzisiaj konkretnych planów dotyczących repolonizacji mediów w Polsce. Co to oznacza? Oczywiście to oznacza, że takie plany są. Od dawna straszy nimi Jarosław Kaczyński, już przed rokiem Krystyna Pawłowicz groziła że PiS przejmie media prywatne zaraz po wakacjach i nie bez powodu powrócił teraz do tematu Jarosław Gowin.  Zatem plany repolonizacji mediów bezsprzecznie istnieją, ale – jak podkreśla Morawiecki – nie ma planów KONKRETNYCH. One są jeszcze niekonkretne.  Bo na przykład nie wiadomo czy zmusić właścicieli do sprzedaży swoich mediów jakąś specustawą, czy stworzyć im takie bariery i przeszkody, które zniechęcą właścicieli mediów i skłonią ich do wycofania się z interesu, czy może nakazać spółkom skarbu państwa, by cichcem wykupiły udziały w prywatnych mediach za cenę, której nie oprze się żaden człowiek interesu? Premier Morawiecki zaprzeczając planom zagarnięcia przez PiS niezależnych mediów, nie ukrywa, że plany takie są – tyle, że DZISIAJ nie są jeszcze KONKRETNE.

W tej samej sprawie odmienną formę narracji przyjął szef gabinetu premiera Marek Suski, który w TVP „wyjaśniał”: – Bo te zagraniczne koncerny, które wykupiły naszą prasę – mieliśmy takie informacje, że gdzieś z zagranicy dostawali instrukcje w jaki sposób atakować rządzących. Czyli – tłumacząc z języka Suskiego na język polski – media z udziałem kapitału zagranicznego uczestniczą w zamachu stanu, realizując instrukcje swoich mocodawców, żywo zainteresowanych unicestwieniem polskiego rządu.  Oczywiście nikt w TVP nie ośmielił się poprosić o dowody potwierdzające zatrważającą tezę pana Suskiego, ani tym bardziej nie spytał na jakim etapie jest obecnie śledztwo ABW w sprawie zagrożenia Polski puczem inspirowanym przez wrogie państwa, takie jak USA i Niemcy – bo stamtąd wywodzą się właściciele niemal wszystkich polskich mediów niezależnych od rządu PiS. Nietrudno jednak odgadnąć co Marek Suski, autor groźnego scenariusza, miał na myśli: nic, albo co najwyżej bardzo niewiele.

Europoseł Richard Henry Czarnecki (naprawdę tak ma w papierach), do niedawna zabawny kuglarz słowami oraz niekwestionowany mistrz świata w odwracaniu kota ogonem na czas, stara się teraz o pozycję zasłużonego ideologa PiS, bezkompromisowego i pryncypialnego do bólu. Możliwe, że w tym właśnie celu wygłosił następującą groźbę: – My wycofaliśmy się z projektu sądowego [chodzi o ustawę odsyłającą na wcześniejszą emeryturę niepokornych sędziów Sądu Najwyższego], ale Timmermans nie wycofał skargi z TSUE, a to oznacza, że w przyszłości będziemy mniej elastyczni… Zastanawiam się co by powiedział o tym Czarnecki, gdyby go spytać prywatnie, na luzie, przy ośmiorniczkach na przykład. Znam tego pana z czasów gdy szefował nowej, ale szybko bankrutującej gazecie dolnośląskiej, kiedy polemizowałem z nim na łamach mojego „Słowa Polskiego” – i mam podstawy by wyobrazić sobie taką oto wypowiedź: – Jasne, że ta nasza ustawa była niekonstytucyjna, ale wcale nie musieliśmy się z niej wycofywać! Przecież inne, konieczne, ale też bezprawne ustawy pozostały w obiegu. A jednak poszliśmy Unii na ustępstwo, ponieśliśmy poważną stratę wizerunkową, bo nasz wyborczy ludek nie zrozumiał dlaczego pozostawiamy na stanowiskach sędziów, o których mówimy że kradną i że skazywali opozycję w stanie wojennym. Poszliśmy więc Unii na rękę, licząc, że Timmermans zachowa się przyzwoicie i odpuści. Okazało się, że jednak zrobił nam świństwo. Jeśli tak, to na drugi raz już się nie cofniemy. Uchwalimy co chcemy i co nam zrobią?

Zbigniew Ziobro – zarazem minister, prokurator i buldożer rozjeżdżający państwo prawa – ogłosił święto wolności (…) sumienia, wyznania, decydującej o tożsamości każdego z polskich obywateli, bo każdy ma prawo sam tę tożsamość określać, ale też święto wolności konkurencji, wolności gospodarczej, bo ta wolność też była miarą rozstrzygnięcia sądu konstytucyjnego”. Okazją do świętowania był wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który głosami 3:2 z przewagą nominatów PiS stwierdził, że przepis Kodeksu wykroczeń przewidujący karanie za umyślną, bez uzasadnionej przyczyny, odmowę świadczenia usług, jest niekonstytucyjny, czyli praktycznie przedsiębiorca czy handlowiec ma prawo odmówić obsługi każdego, kto mu się nie podoba. Minister – buldożer podkreślił, że ten wyrok oznacza zwycięstwo wolności, bo o wolną Polskę nam chodziło i byłoby rzeczą smutną, gdyby zmory i zaszłości komunistyczne mogły nam tę wolność ograniczać”. Oczywiście nie chodziło mu w tej sprawie o żadne wolności, swobody ani o demokracje, tylko o to, że przyczyną całej procedury zakończonej w TK była odmowa wykonania usługi na rzecz organizacji LGBT, których Ziobro i jego formacja z całej duszy nienawidzą.  Nie przyszło mu do głowy, że teraz każdy właściciel sklepu czy punktu usługowego może wywiesić kartkę NIE OBSŁUGUJEMY WYBORCÓW PiS, albo wręcz odmówić wykonania usługi Zbigniewowi Ziobrze argumentując, że nie jest w stanie znieść jego idiotycznych argumentów, bufonady i zachwytu nad własnym geniuszem prawnym.

Niezgłębioną dotąd wiedzą prawniczą popisała się również Krystyna Pawłowicz, enfant terrible prezesa. Doktor hab. nauk prawnych, żartobliwie nazywana „profesorem”, wyjaśniła maluczkim, że „domniemanie niewinności nie ma zastosowania przy zatrzymaniu osoby, której popełnienie przestępstwa zostało wystarczająco uwiarygodnione. W chwili zatrzymania traktuje się ją jak osobę winną.” Wszystkich prawników zatkało tak skutecznie, że nikt nie spytał tej pani skąd wywodzi owo rewolucyjne przeświadczenie, stanowiące przełom nawet w prawodawstwie białoruskim. Warto przypomnieć, że nieco wcześnie w radiu Maryja pani Pawłowicz komentując sprawę

Niewinnego Tomasza Komendy grzmiała, że w jego sprawie wszystkie postępowania wyglądały bardzo dziwnie, w ogóle nie działało domniemanie niewinności”.

Nietrudno zgadnąć co autorka miała na myśli głosząc te sprzeczne komentarze. Pamiętamy, że już raz dokonała politycznego sepuku informując w Sejmie, że oto z lojalności dla swojej partii głosuje za ustawą mimo świadomości, że jest ona niekonstytucyjna. To zdumiewający przypadek medyczny człowieka, który dwukrotnie popełnił skuteczne samobójstwo. A obserwując jej środowisko można dostrzec, że nie jest to przypadek pojedynczy.

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Kaczyński puścił kapiszona. Zero argumentów, ale smród

11 Lu

Brytyjska prasa od kilku dni na szefie Rady Europejskiej nie zostawia suchej nitki. Już także »The Guardian«, z zasady lewicowy, stwierdził, że Tusk ma w sobie coś z chuligana” – ogłosiły „Wiadomości” 10 lutego 2019. Wygląda na to, że reporterzy TVP przeczytali tylko pierwsze zdanie tekstu w „Guardianie”. Tekstu raczej przychylnego Tuskowi

Kilka godzin wcześniej – przed głównym wydaniem „Wiadomości” – portal wPolityce napisał: „»The Guardian« bezlitosny dla Tuska. »Ma w sobie trochę chuligana«; »Frustracja popchnęła go do słów na temat piekła«”.

Jest tylko jeden problem – materiał w „Wiadomościach” nie ma wiele wspólnego z tym, co napisał Daniel Boffey, brukselski korespondent „Guardiana”. Niby oba zacytowane zdania – i o chuliganie, i o frustracji, są w tekście, ale ich sens jest zupełnie inny. „Wiadomości” wyraźnie cytują wPolityce, a nie źródłowy tekst „Guardiana”, bo gdyby reporter TVP zajrzał do źródła, nie podsumowałby tego tekstu stwierdzeniem, że prasa nie zostawia na Tusku suchej nitki.

„Mogliby podzielić nawet piekło”

Chodzi o wypowiedź szefa Rady Europejskiej z konferencji prasowej z 6 lutego 2019, kiedy powiedział, że „zastanawia się, jakie miejsce w piekle czeka na tych, którzy promowali Brexit, mimo braku jakiegokolwiek planu na to, jak bezpiecznie go przeprowadzić”. Jej kontekst szczegółowo analizował w OKO.press Miłosz Wiatrowski w tekście „Tusk nie może być miły, bo Brexit to JEST piekło„.

W swoim wcześniejszym tekście na temat „diabelskiej” wypowiedzi Tuska Boffey cytuje kilka negatywnych komentarzy ze strony polityków wspierających Brexit, również te, które pojawiły się w „Wiadomościach”. Np. słowa ministra zdrowia Matta Hancocka: „To ten rodzaj arogancji, który napędza niechęć do Unii Europejskiej”.

Boffey wspomina jednak również tłita szefa liberałów w Parlamencie Europejskim Guya Verhofstadta, którego wysłał w odpowiedzi na słowa Tuska:

„Wątpię, by Lucyfer przywitał ich z zadowoleniem, po tym, co zrobili Wielkiej Brytanii, mogliby podzielić nawet piekło”.

Na tego rodzaju komentarze nie ma jednak miejsca w „Wiadomościach”. Podobnie jak na rzetelne streszczenie tekstu z „Guardiana”.

„Guardian” raczej przychylny Tuskowi

„Donald Tusk ma w sobie coś z chuligana” („Donald Tusk has it in him to be a bit of a hooligan”) – to pierwsze zdanie tekstu Boffeya. Bardzo możliwe, że redaktorzy wPolityce nie przeczytali nic więcej. Choć za dostęp do „Guardiana”, którego stronę w styczniu 2019 odwiedziło 310 milionów użytkowników, nie trzeba płacić, więc mogli zapoznać się z całym tekstem.

Bardziej prawdopodobne, że autorzy wPolityce postanowili nie komplikować swoim czytelnikom obrazu świata. Tekst w „Guardianie” jest bowiem… raczej przychylny Tuskowi. A przecież media prorządowe od kilku dni powtarzają, że słowa o „piekle” spotkały się za granicą wyłącznie z krytyką.

Co takiego jest zatem w tekście Daniela Boffeya, że portal wPolityce ani „Wiadomości” nie mogły zacytować go w całości?

Tusk – dziecko skomplikowanej historii

Już w następnym akapicie, po zdaniach o „chuliganie” Boffey pisze: „W przeciwieństwie do stereotypowego anemicznego brukselskiego eurokraty przewodniczący Rady Europejskiej, należący wraz z Jean-Claudem Junckerem do najwyższych rangą postaci w Unii Europejskiej,

jest pełen pasji i sympatii dla tych po słusznej stronie historii. To frustracja, a nie znudzenie, obudziła w nim w zeszłym tygodniu rozbijakę”.

Następnie autor przedstawia skrócony życiorys Tuska, który anglojęzycznym czytelnikom ma pomóc zrozumieć, skąd wzięła tak ostra reakcja przewodniczącego Rady Europejskiej.

Tusk wywodzi się z 300-tysięcznej kaszubskiej mniejszości, „w której lojalność nie wierzyli ani naziści, gdy napadli na Gdańsk, ani później Stalin”. Jego babka ze strony matki była Niemką, „jednak Tusk dorastał wśród opowieści o członkach rodziny wysyłanych do nazistowskich obozów pracy”. Polskę wyzwolili Rosjanie, ale nie tylko nie opuścili jej, ale przynieśli też trwałą beznadzieję i biedę. „Tusk wcześnie zdał sobie sprawę ze złożoności Europy” – pisze „Guardian”.

Następnie dziennik przypomina rok 1970 i protesty robotników stłumione przez milicję i wojsko. Tusk oglądał te wydarzenia z okien domu rodzinnego – pisze „Guardian”. Jest to skrótem myślowym, ale Tusk faktycznie widział te wydarzenia na żywo. Mówił „Wyborczej”: „Naoglądałem się scen, których pamięć wystarczy mi do końca życia: widziałem płonących żołnierzy wychodzących z czołgu podpalonego przez stoczniowców. (…) Widziałem płonący komitet i strzelające czołgi. Widziałem zabitych”. „Tusk pozostał z przekonaniem, że racja jest po stronie tych, którzy są bici” – podsumowuje „Guardian”.

Kaczyński w tle

„Pierwszą zarobkową pracę znalazł jako dziennikarz w wydawnictwie Solidarności [chodzi o tygodnik „Samorządność”]”. Boffey krótko streszcza opozycyjne zaangażowanie Tuska, wspomina, że utrzymywał się z pracy fizycznej. Opisuje w kilku zdaniach jego karierę polityczną po 1989 roku, która doprowadziła Tuska do funkcji premiera.

„Jednak sukces przyniósł mu również wrogów, w szczególności Jarosława Kaczyńskiego, lidera rządzącej obecnie prawicowej, nacjonalistycznej partii Prawo i Sprawiedliwość.

Jego zjadliwe osobiste urazy wciąż prześladują Tuska w kraju. Kaczyński utrzymuje, że jest on odpowiedzialny za katastrofę samolotu 10 kwietnia 2010 roku, której zginął jego brat, wówczas prezydent Polski, Lech Kaczyński. Tusk odrzuca to twierdzenie jako w oczywisty sposób motywowane politycznie”.

Brexit zdefiniuje dziedzictwo Tuska

„Guardian” porównuje Tuska z innym europejskim politykiem – technokratą Hermanem van Rompuyem. „Dzięki zachętom swojej córki Katarzyny Tusk jest zapalonym użytkownikiem Instagrama i Twittera. Mimo swobodnego stylu, w biurze często rezygnuje z garnituru i krawata, ma zdecydowane przeświadczenie, że czasem trzeba użyć siły (apply some muscle)”.

„To Brexit zdefiniuje dziedzictwo Tuska” – pisze Boffey. Cytuje jednego z bliskich współpracowników szefa Rady Europejskiej:

„Dla niego [Tuska] Brexit to katastrofalne pogwałcenie liberalnego demokratycznego porządku, o który walczył jako młody człowiek, rozpad wszystkiego, w co wierzy”.

Autor „Guardiana” konkluduje:

„Nie każdy w Brukseli jest przekonany, że zeszłotygodniowe komentarze [Tuska] były mądre. Jednak w konfrontacji z May w czwartek Tusk nie ustąpił: »Pozostał przy swoim zdaniu, że chociaż prawda może być bolesna, zawsze jest bardziej użyteczna«”.

Cała sylwetka Tuska ma ponad 5 tys. znaków. Jest dużo bardziej zniuansowana niż sugerują „Wiadomości” i wPolityce.

„Od wielu lat mam takie marzenie, które jest w pełni legalne, choć może się nie podobać w wielu środowiskach, by Instytut Lecha Kaczyńskiego stał się poważną konkurencją dla Fundacji Batorego. Bo dziś Batory właściwie nie ma konkurencji, także gdy chodzi o staranie się o różne zagraniczne fundusze” – tłumaczy Jarosław Kaczyński. I dodaje, że byłoby to poważne przedsięwzięcie typu ideowego, „może coś w rodzaju Fundacji Adenauera, stanowiące istotne zaplecze polskiego patriotyzmu i myśli państwowej”.

Wieżowce dawałyby ogromne możliwości działania

Wieżowce miały być nowoczesną inwestycją z częścią biurową, częścią konferencyjną i hotelem. Kaczyński: „W pierwszych latach, w czasie spłacania kredytu, pozwalałoby to uzyskać dochody, choć znacznie mniejsze niż to, co ma Batory”. Po spłacie zadłużenia za około – jak wyliczył prezes PiS – ćwierć wieku ta kwota byłaby większa. „Dawałoby to instytutowi ogromne możliwości działania – kontynuuje. – Ale oczywiście nie miałoby to nic wspólnego z moją osobistą sytuacją finansową, bo celem byłoby wyłącznie choćby częściowe zrównoważenie szans na rynku idei w Polsce”.

Prezes PiS podkreśla, że wieżowce miały być przeznaczone wyłącznie do zarabiania pieniędzy. Ponoć zdecydowanie odrzucał pomysły, aby pojawiły się na nich inicjały „JK” czy „LK”.

CBA odmawia kontroli oświadczeń majątkowych Jarosława

Prezes był pod naciskiem części rodziny

Kaczyński opowiada, w jaki sposób nawiązał współpracę z Geraldem Birgfellnerem, austriackim przedsiębiorcą. Mówi, że to „mąż córki znanego w wielu warszawskich kręgach Jana Tomaszewskiego”, ale nie wyjaśnia wprost, że chodzi o zięcia jego brata ciotecznego. „Byłem pod pewnym naciskiem moralnym ze strony części rodziny, bo oni się tu sprowadzili, kupili sobie dom, a ten Austriak doszedł chyba do wniosku, że będzie po prostu z tej inwestycji żył” – mówi prezes PiS o kulisach zaangażowania spółki Srebrna.

Kaczyński twierdzi, że Austriak sam zainteresował się sprawą: „Deklarował, że z góry wynajmie część lokali i że uzyska kredyt w zachodnim banku. Z naszego punktu widzenia, biorąc pod uwagę problemy, na jakie natrafialiśmy, takiej propozycji nie można było odrzucić”.

Prezes PiS wyjawia też, na czym polegały prace wykonane przez Birgfellnera. „Prowadził rokowania z bankiem Pekao SA, a nie z zachodnim bankiem, jak miał uczynić. I robił to z własnej, nie mojej, inicjatywy. Poza tym Birgfellner ściągnął z Wiednia profesora architektury, którego klasy i pozycji nie podejmuję się weryfikować. I to ten profesor przedstawił koncepcję dwóch wież, dziś wszędzie prezentowanych”. Inny architekt, który oglądał wizualizację – opowiada Kaczyński – uznał, że „tego typu projekt przy dzisiejszych możliwościach można zrobić w kilkanaście godzin”.

Czy karuzela afer z ostatnich tygodni przewróci PiS?

Austriak naczytał się, że prezes wszystko może

Według Kaczyńskiego Austriak „naczytał się tekstów, z których wynika, że ja tu wszystko mogę. Problem w tym, że nie było podstawy prawnej do zapłaty”. Birgfellner narzekał na złe traktowanie ze strony spółki Srebrna, a na koniec przedstawił rachunek na 2,5 mln zł. Zdaniem prezesa PiS wśród dokumentów uzasadniających tę kwotę znalazł się tylko rachunek potwierdzony przez firmę doradczą Baker McKenzie na 101 tys. euro i „parę niewielkich rachunków na kwotę tysiąca lub dwóch”. Gdy Birgfellner nie przedstawił innych dokumentów, Kaczyński miał zasugerować rozwiązanie sprawy na drodze sądowej, co zostało uwiecznione na taśmach „Gazety Wyborczej”.

Jacek Karnowski pytał prezesa PiS też o inne nagrane rozmowy z Birgfellnerem. „Jestem głęboko przekonany, że na tych nagraniach, przynajmniej z moim udziałem, nie ma niczego zdrożnego, nie ma żadnych sensacji, co najwyżej mogłem sobie z kogoś zażartować” – mówi Kaczyński. Według Austriaka tych spotkań było 16, a według prezesa o połowę mniej, „ale nie wykluczam, że wliczał w to święta, podczas których się widywaliśmy”.

Kaczyński uznał „za bezczelną manipulację twierdzenie, że ma to cokolwiek wspólnego z art. 24 ustawy o partiach politycznych, która zakazuje im działalności gospodarczej”. Zapewnił, że nie ma żadnych relacji finansowych pomiędzy fundacją – będącą właścicielem spółki Srebrna – a partią: „Żadnych. To są dwie oddzielne instytucje. (…) Spółka Srebrna nigdy Prawu i Sprawiedliwości niczego za darmo nie dawała”.

Prezes żyje skromnie

Kaczyński, którego wizerunek człowieka niezwykle skromnego i mało rozeznanego w biznesie taśmy nieco nadszarpnęły, zapewnia w „Sieciach”, że „żyje skromnie, może nawet bardzo skromnie, jak na człowieka znanego w Polsce, i także trochę poza nią [śmiech]”.

Przypomnijmy: dwa tygodnie temu „Gazeta Wyborcza” rozpoczęła serię publikacji taśm, na których słychać szczegóły negocjacji dotyczących planów budowy dwóch wieżowców w centrum Warszawy przez powiązaną z PiS spółkę Srebrna, należącą do Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego. W tygodniku „Sieci” prezes PiS pierwszy raz odniósł się do całej sprawy. „To nie jest nawet kapiszon, tam przecież nic nie ma” – stwierdził.

Ujawniane przez „Gazetę Wyborczą” kolejne fakty kompromitujące PiS to zaskakująco udany rewanż tego środowiska na władzy, która nieraz dawała upust swojej satysfakcji, że jest tak silna dziś, a „Wyborcza” tak słaba. Od dawna zestawiano Adama Michnika i Jarosława Kaczyńskiego jako dwóch rywali walczących o rząd dusz Polaków. Tusk z Kaczyńskim walczył o władzę. Michnik o coś więcej, o światopogląd. 

  • Po trzecim roku rządów PiS przeżywa podobny kryzys, który załamał kiedyś Sojusz Lewicy Demokratycznej w 2001, gdy wybuchła afera Rywina
  • Afera Rywina stała się początkiem końca hegemonii „Gazety Wyborczej” i początkiem Prawa i Sprawiedliwości
  • „Taśmy Kaczyńskiego” mogą być początkiem końca PiS, czym „Gazeta Wyborcza” zrewanżuje się nienawidzącej jej władzy

Afera Prawa i Sprawiedliwości, jej lidera Jarosława Kaczyńskiego i kontrolowanej przez niego spółki „Srebrna” może faktycznie być przełomem dla losów obozu władzy. Sam pisałem, że uprzedzające zapowiedzi wypowiadane przez redaktorów „GW” o przełomowym charakterze publikacji, już po publikacji pierwszej taśmy, wywołały takie oczekiwanie sensacji, że pierwsza taśma raczej rozczarowała. I wtedy tak było. Ale teraz muszę przyznać, że „Wyborcza” wcale nie przesadziła z zapowiedziami.

Sierakowski: Nie potrzeba przełomu, żeby PiS poległ na taśmach [OPINIA]

To, co dziennikarze „Wyborczej” codziennie ujawniają od wielu dni (a także wychodzą na jaw, także w innych mediach, „afery odpryskowe”), jak sprawa agenturalnej działalności Kazimierza Kujdy i prawdopodobna gra jego teczką przez Jarosława Kaczyńskiego, karzą zauważyć, że publikacje „Wyborczej” mogą być rzeczywiście przełomowe. A zważając na to, z jaką władzą mamy do czynienia, w grę wchodzi nie zwykła zmiana władzy, ale kwestie fundamentalne, takie jak przyszłość demokracji, suwerenności i bezpieczeństwa międzynarodowego Polski, dziś skompromitowanej, pozbawionej sojuszników, skonfliktowanej z Unią Europejską.

Dla wielu redaktorów „Wyborczej” to akurat nie pierwsza taka sytuacja w życiu. To oczywiście nie Adam Michnik kieruje bezpośrednio publikacjami „Wyborczej”, ale ludzie przez niego wychowani. To właśnie dlatego Michnik jest wciąż nominalnie naczelnym, choć dla nikogo nie jest tajemnicą, że faktycznym naczelnym jest Jarosław Kurski.

Jarosław Kaczyński o nagranych rozmowach: byłem pod naciskiem ze strony rodziny

SLD zawstydza antykomunistów

Trzy lata PiS szedł do przodu i prawie nic nie było w stanie go zatrzymać. Permanentne łamanie prawa, podporządkowywanie wszystkich możliwych instytucji publicznych, ostentacyjny nepotyzm, izolacja na arenie międzynarodowej, prymitywna propaganda – to wszystko uchodziło płazem. Choć w nieporównywalnej skali, podobnie kiedyś na scenę wjechał Sojusz Lewicy Demokratycznej w 2001 r. Sam nie zdobył wprawdzie większości, choć osiągnął w wyborach wynik nawet wyższy niż Prawo i Sprawiedliwość w 2015 roku (41,04 proc. do 37,58 proc.).

Choć, jak wyraziła to kiedyś celnie Ewa Milewicz, powszechne oczekiwanie było raczej takie, że „Sojuszowi wolno mniej”, to wcale nie w samym Sojuszu. Zaufani ludzie władzy szybko rozbiegli się po spółkach skarbu państwach, przejęli media publiczne i obsadzili swoimi ludźmi instytucje nominalnie niezależne od władzy. Sojusz wobec ustroju zachowywał się bez zarzutu, był lojalnym współtwórcą III RP, a w sprawach zagranicznych niemal bez poważniejszych tarć prowadził Polskę ręka w rękę z elitami postsolidarnościowymi do NATO i UE. Inaczej niż wtedy postkomuniści z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, antykomunistyczni politycy Prawa i Sprawiedliwości zaczęli zachowywać się jak wrogowie własnej ojczyzny. Tadeusz Boy-Żeleński użyłby zapewne sformułowania „nasi okupanci”, które ukuł kiedyś dla Kościoła katolickiego.

PiS ma swoją aferę Rywina

Sojusz poległ dopiero wtedy, gdy wybuchła seria afer, uderzająca nie w ludzi partii, ale wprost w jej przywódców z Leszkiem Millerem na czele. Kluczowa była afera Rywina i „grupa trzymająca władzę”. To dopiero wtedy, zresztą na tym samym etapie sprawowania władzy, na którym jest dziś PiS, czyli po trzecim roku rządzenia, doszło do tąpnięcia w poparciu dla SLD.

Lider i jego świta zamiast prowadzić ofensywę polityczną, inicjować kolejne projekty, od tej pory musieli się stale tłumaczyć z wychodzących na jaw kolejnych bulwersujących faktów. Znaleźli się w defensywie. A to już tak nie uwodzi, odbiera charyzmę, nie mobilizuje ani własnych ludzi, ani wyborców. Pojawiają się rozbieżności nie tylko w przekazach (za SLD czegoś tak żenująco odbierające resztki powagi politykom jak przekazy dnia nie było), tarcia wewnątrz samej partii, a z czasem także publiczne krytykowanie się nawzajem. Jak dziś między Janem Marią Jackowskim i Jarosławem Gowinem oraz Adamem Glapińskim.

Walka klasowa

PiS trzyma władzę w znacznie bardziej żelaznym uścisku, a Jarosław Kaczyński kontroluje partię całkowicie. Inaczej niż SLD, które musiało liczyć się z koalicjantem, nie używało mediów publicznych aż tak bardzo we własnym interesie, liczyło się też z opinią Zachodu, a przede wszystkim nie łamało konstytucji. Okazało się paradoksalnie razem z inną postkomunistyczną partią PSL najbardziej demokratycznie zorganizowaną partią, w której członkowie partii mogą zmienić lidera, gdy notuje porażki.

Miller, zwany wtedy kanclerzem i uważany za kogoś, kto jak obieca gruszki na wierzbie, to one naprawdę wyrosną, przyciągał ludzi do siebie z powodu siły. Identyfikowany był ze skutecznością i pragmatyzmem, co po rządach rozlazłej, wiecznie skłóconej ze sobą, sfanatyzowanej religijnie prawicy, obiecywało postęp. Ale pomagało mu też to, że był zwykłym chłopakiem z Żyrardowa, który daleko zaszedł, ale został taki jak ludzie.

Kaczyński przyciągał ludzi czystością moralną, skromnością, odnową moralną po rządach uważanej za partię bogatych elit Platformą Obywatelską. I też żaden z niego Alain Delon ani Jan Kulczyk, a to, że spał do południa w stanie wojennym? Zwykli ludzie też spali. Klasowa różnica między poprzednimi rządami i rządami PiS oczywiście miała znaczenie i z klasowym rewanżem mamy do czynienia. 500 plus, darmowe leki, podniesienie płacy minimalnej i kilka innych reform to zasłużone zadośćuczynienie zignorowanych przez poprzednie rządy (realnie lub symbolicznie) grup społecznych. Nie dziwmy się, że takie rzeczy, jak atakowanie sędziów albo mediów, lub głos Brukseli, nie mogło podważyć władzy PiS, bo to także elity.

Koalicja Europejska wyprzedza PiS

Uderzenie w lidera, który ze staromodnego starszego pana bez konta w banku zamienił się w dewelopera, biznesmena i spryciarza, jest bardzo destrukcyjne, bo uderza w jego tożsamość, a więc w tożsamość wspólnoty połączonej wiarą w lidera. Sprawa Kazimierza Kujdy także obciąża moralnie Kaczyńskiego, przywódcę polskich lustratorów i antykomunistów. Agent we własnym najbliższym otoczeniu? I zerowe prawdopodobieństwo, że Kaczyński o tym nie wiedział.

Zauważmy, że PiS powstało właśnie po aferze Rywina. To wtedy Kaczyński sformułował swoją ideologię walki z układem. To wtedy narodził się politycznie Zbigniew Ziobro, którego przesłuchiwany Leszek Miller nazwał zerem. Dziś to Prawo i Sprawiedliwość ma swoją aferę Rywina, która zatacza coraz szersze kręgi. W sondażach pojawiają się już spadki, a przede wszystkim pojawiają się już sondaże, w których PiS przegrywa z Koalicją Europejską PO-PSL-SLD.

Sondaż IBRiS: Wiosna goni Platformę Obywatelską

Zemsta „Gazety Wyborczej”

Przypomnijmy, że afera Rywina złamała nie tylko dominację SLD, ale też „Gazety Wyborczej”. Trudno z dzisiejszej perspektywy opisać, jak potężna była „Wyborcza” i stojąca za nią Agora, wówczas jeden z fundamentów polskiej gospodarki i jedna z największych spółek giełdowych. Dość powiedzieć, że były czasy, gdy Agorę było stać na kupienie TVN i Polsatu razem wziętych. Jeszcze większą władzę „Wyborcza” miała, jeśli chodzi o rząd dusz. Mówiło się, że to „Wyborcza” posiada Unię Wolności, poprzedniczkę Platformy Obywatelskiej, a nie odwrotnie. Michnika nazywano wiceprezydentem, bo tak bardzo liczył się z jego głosem Aleksander Kwaśniewski. Pierwszym, który nie musiał tak bardzo liczyć się z „Wyborczą”, był dopiero Donald Tusk, ale dlatego, że to już było po aferze Rywina. Mowa o politycznej władzy Michnika, bo ideologiczna – była większa niż jakiegokolwiek innego człowieka w kraju, włączając wszystkich premierów i prezydentów.

Do „Wyborczej” pisały największe światowe i polskie pióra. Dzięki milionowym nakładom w poniedziałki i piątki, gazeta Adama Michnika była wtedy największym dziennikiem w Europie, nie licząc tabloidów i gazet rosyjskich. Jej monopol ideologiczny był wręcz, jak każdy monopol, niebezpieczny dla sfery publicznej. Gdy „Wyborcza” na kogoś się obraziła albo skrytykowała, doprowadzała do stygmatyzacji we własnym środowisku. Gdy ktoś obraził się na „Wyborczą” i znikał z jej łam na lata, mocno tracił na znaczeniu w debacie publicznej.

Afera Rywina, w której „Gazeta” była przedmiotem, a nie podmiotem korupcyjnej propozycji, zaszkodziła jej samej, bo pokazała jej dominację i jak nazwał Aleksander Kwaśniewski, „zblatowanie” elit, czyli dziennikarzy, polityków i biznesmenów. A więc w gruncie rzeczy potwierdził to, o czym mówił Kaczyński. Michnik z Millerem i Kwaśniewskim oddawali władzę. Kaczyński był jednym z tych, którzy wyłaniał się z niebytu i po nią sięgał. „Wyborcza” już hegemonii nie odzyska, ale może pokonać swojego największego ideologicznego przeciwnika. Bo nie tylko o politykę tu chodzi, ale o tożsamość.

Po dwóch tygodniach od publikacji „Gazety Wyborczej” Jarosław Kaczyński zdecydował się wypowiedzieć publicznie na temat interesów spółki Srebrna i swojego w nich udziału. Wywiad w tygodniku „Sieci” nie jest jednak komunikacją z opinią publiczną, raczej przedstawieniem swojej wersji, adresowanym do własnych sympatyków, silnie wierzących w PiS i geniusz Prezesa. Prześlizgiwanie się po temacie, energiczna walka z zarzutami, których nikt nie stawia, pomijanie tych, które już padły – to jest przekaz dla „swoich”, nieprzypadkowo wygłoszony w wywiadzie dla tygodnika o jednoznacznych sympatiach politycznych.

Ciekawsze od odpowiedzi w takich przypadkach bywają pytania. Zacytuję tu kilka:

Ostatnio opozycja rzuciła czymś, co – jak sądziła – było szczególnie dużym kamieniem. Zapowiadano „najważniejszy dzień w dziejach PiS”, mówiono o bombie. Taśmy opublikowane przez „Gazetę Wyborczą” okazały się jednak politycznym kapiszonem. Jaki jest pana komentarz do tej sprawy?

Dlaczego to manipulacja?

Sam fakt, że pana środowisko posiada jakąś własność, jest w oczach wielu komentatorów oskarżeniem.

A jak było?

Jak możesz się, droga Czytelniczko/drogi Czytelniku, domyślać, Jarosław Kaczyński poradził sobie z tymi „trudnymi” pytaniami.

O czym nie mówił – nie padło ani razu nazwisko Kujda. W ogóle ludzie zarządu fundacji czy spółki za bardzo nie istnieją w tej rozmowie.

O czym powiedział – o tym, że miał „jednorazowe upoważnienie zgromadzenia wspólników dotyczące zawarcia ostatecznych umów”, czyli jednoznacznie potwierdza, że działał w imieniu i na rzecz spółki. W świetle tej deklaracji zapewnienia o braku związków partii, fundacji i spółki brzmią mniej niż mało wiarygodnie.

Reszta to zwyczajowe usprawiedliwianie, budowanie fałszywych symetrii – jak ta o wieżowcach jako budowie potęgi Fundacji Lecha Kaczyńskiego jako przeciwwagi dla Fundacji Batorego, na wzór Fundacji Adenauera. To, że Fundacja Batorego nie jest powiązana z żadną partią, nie jest problemem dla prezesa PiS i pytających. Fundacja Adenauera jest związana z CDU, co wynika z niemieckiego systemu prawnego i ma swoje przeciwwagi w postaci Fundacji Eberta (SDP), Naumanna (FDP), Boella (Zieloni) – wszystkie są finansowane prawie w całości ze środków niemieckiego podatnika, wszystkie działają na takich samych zasadach. Żadna z wymienionych niemieckich fundacji nie opiera swojej działalności na dochodach z wysokich na 200 m biurowców w stolicy. Budowanie takich porównań to papka dla wyznawców – którzy przecież z zapałem tłumaczą, że telewizja publiczna musi być tubą propagandową partii rządzącej, żeby zrównoważyć prywatny TVN…

Ciekawy jest wątek rodzinny: „byłem pod pewnym naciskiem moralnym tej części rodziny” – jako usprawiedliwienie realizacji projektu „dwóch wież” akurat przez spowinowaconego z prezesem Geralda Birgfellnera. To smakowite – przeciętny bogaty wujek daje się pod naciskiem rodziny nakłonić do kupienia dobrego komputera siostrzeńcowi. Ale inwestycja za 1,5 mld… Mocne. To nie jest przeciętna rodzina.

A jako argument ostateczny krystaliczności Kaczyńskiego – „przecież tam, na tych nagraniach, nie było przekleństw”.

Tak, ten wywiad przekonał Jacka Karnowskiego i całą resztę przekonanych. Mnie nie.

Na taśmach opublikowanych przez „Gazetę Wyborczą” nie ma przekleństw, nie ma omawiania nielegalnych działań, nie ma korupcji – powiedział prezes PiS Jarosław Kaczyński w rozmowie z tygodnikiem „Sieci”. – To nie narusza mojego wizerunku; muszę jednak prostować te wszystkie kłamstwa i sugestie – dodał.

Co zatem jest na nagraniach. – Jest poszukiwanie wyjścia z trudnej sytuacji, przy nacisku na legalność działań” – powiedział prezes PiS Jarosław Kaczyński w rozmowie z tygodnikiem „Sieci”.

Prezes PiS nie ma wątpliwości: taśmy nie naruszają jego wizerunku. Publikację Gazety Wyborczej podsumował słowami: „nie jest nawet kapiszon”: – Tam przecież nic nie ma. Ale parę spraw chcę sprostować, bo mamy do czynienia z całą masą nieprawdziwych sugestii – dodał prezes PiS. Zaznaczajac, że celem upublicznienia taśm jest prezentacja działań PiS jako czegoś podejrzanego

Kaczyński oświadczył że nie wie, kiedy i po co Gerald Birgfellner nagrywał ich rozmowy. – Na pewno starannie notował w kalendarzu wszystkie rozmowy, co też jest dziwne – powiedział lider PiS. – Na pewno nie było żadnej próby wykorzystania tych nagrań do nacisku czy jakiegoś szantażu, któremu i tak bym nie uległ – oświadczył Kaczyński.

Jarosław Kaczyński skomentował też sprawę faktury wystawionej Srebrnej przez kierowaną przez Geralda Birgfellnera spółkę Nuneaton (powołaną specjalnie na potrzebę budowy). Austriacki biznesmen wystawił cztery takie dokumenty – ich oryginały ma obecnie prokuratura, którą Birgfellner zawiadomił, że padł ofiarą oszustwa. Do jednej z faktur dotarła „Gazeta Wyborcza”. Dokument datowany na 14 czerwca 2018 roku opiewa na kwotę 1,58 mln złotych brutto, a spółka Srebrna miała dokonać przelewu do 21 czerwca. Do transakcji ostatecznie nie doszło.

– Po pierwsze, taki dokument nie wpłynął w czerwcu do spółki, a powinien do niej trafić – stwierdził na łamach „Sieci” Kaczyński. Jak dodał, z informacji medialnych wynika, że nie zapłacono od niej podatku VAT, co – jego zdaniem – potwierdza, że to dokument specjalnego rodzaju.

– Tak przy okazji pokazuje to też szczególne połączenie zaciekłości, złej woli i ignorancji tych, którzy prowadzą tę akcję – ocenił Kaczyński.

„Faktura nie jest podstawą do dokonania płatności”

Rezczniczka PiS Beata Mazurek tak komentowała tę sprawę na Twitterze: – Ta faktura nie jest podstawą do dokonania płatności, bo w niej nie wiadomo, o co chodzi. Taką fakturę każdy może wystawić każdemu – napisała posłanka.

W równie mętny i niezbyt konkretny sposób całą sprawę tłumaczy sam prezes Kaczyński.

Na łamach „Sieci” Kaczyński twierdzi, że wielokrotnie proszono Birgfellnera, żeby zawarł umowę na jakieś konkretne pieniądze, obejmującą to, co robi. Prezes PiS podkreślił, że biznesmen prowadził rokowania z Pekao SA. – I robił to z własnej, nie mojej, inicjatywy – dodał. Biznesmen – opisuje Kaczyński – wynajął również profesora architektury z Wiednia, który przedstawił koncepcję dwóch wież.

– W końcu przedstawił rozliczenie w wysokości 2,5 mln zł, w tym rachunek potwierdzony przez firmę doradczą Baker McKenzie na 101 tys. euro w odniesieniu do spółki Nuneaton – powiedział Kaczyński. – Birgfelnner kupił tę spółkę, rozpoczynając działalność w Polsce w firmie zajmującej się sprzedażą spółek, później odkupiła ją Srebrna – tłumaczy prezes PiS.

Kaczyński podkreślił, że poza rachunkiem na 101 tys. euro Austriak przedłożył „jeszcze parę niewielkich rachunków”, wśród których nie było rachunku za pracę wiedeńskiego architekta. – Do owych 2,5 mln wciąż było daleko. Prosiliśmy więc o rachunki, ale tych nie było – mówi Kaczyński.

Kaczyński myślał, że odpowiednia dokumentacja zostanie dostarczona i dlatego sam miał namawiać władze Srebrnej, by zapłaciły Austriakowi, ale nie zgodził się zarząd ani rada nadzorcza. – W odniesieniu do owych 101 tys. prosiliśmy McKenzie, by przenieśli roszczenia z Nuneaton na Srebrną, ale na to z kolei oni się nie zgodzili. I tak doszło do tej sytuacji, do tych rozmów – stwierdził Kaczyński.

Panika taśmowa

Wiele wskazuje jednak na to, że prezes robi dobrą, ale taśmami jednak się stresuje. Świadczy o tym nie tylko wywiad udzielony Jackowi Karnowskiemu, który znany jest z tego, że trudnych pytań Kaczynskiemu nie zadaje jak i ustalenia poczynione m.in. przez dziennikarkę Newsweeka Renatę Grochal.

Jak pisaliśmy w ubiegłotygodniowym Newsweeku w tekście „Panika Taśmowa” Kaczyński i jego doradcy zdają sobie sprawę, że ten cytat może być rujnujący dla partii i prezesa, który od lat budował wizerunek ascety, niedbającego o majątek. – Po raz pierwszy od lat widziałem prezesa naprawdę przestraszonego, że możemy przegrać wybory. Bo jeśli ludzie uwierzą, że on jest cwanym biznesmenem, to może być dla nas zabójcze – mówił Newsweekowi polityk z władz Zjednoczonej Prawicy.

Afera KNF to modus operandi PiS

19 List

Tydzień rozpocznie się od kolejnej taśmy. Ale PiS liczy na to, że aferę KNF uda się przeczekać, jeśli jej treść nie okaże się kolejną sensacją.

Mecenas Roman Giertych zapowiedział w poniedziałek złożenie do prokuratury kolejnego nagrania, tym razem z lipca bieżącego roku. To rozmowa Leszka Czarneckiego z Markiem Chrzanowskim i innymi przedstawicielami KNF. „Na taśmie słychać i widać (to nagranie video), jak przedstawiciele urzędu państwowego bez żenady potwierdzają, że wiedzą o planie przejęcia banku za złotówkę” – napisał na Facebooku, określając całe nagranie jako „Taśmę numer 2″, Giertych. Zaznaczył jednak, że wbrew plotkom rozmowa Leszka Czarneckiego z prezesem NBP Adamem Glapińskim nie została nagrana.

To właśnie tej taśmy najbardziej obawia się PiS. Jak wynika z naszych rozmów, przyjęta strategia na Nowogrodzkiej to próba przeczekania sprawy. Politycy PiS liczą na to, że jeśli zawartość kolejnej taśmy i wszystkich następnych nie będzie sensacyjna, to ta strategia się sprawdzi. Zwłaszcza że w PiS panuje przekonanie, że wbrew nadziejom opozycji sprawa KNF nie dotarła głęboko do opinii publicznej, zwłaszcza po szybkiej dymisji byłego szefa KNF Marka Chrzanowskiego. PiS liczy też, że żadne nazwisko w sprawie – Chrzanowskiego czy też szefa NBP – nie kojarzy się zwykłym wyborcom bezpośrednio z partią rządzącą.

Piątkowa narada nie przyniosła więc żadnych przełomowych decyzji. Jeden z naszych rozmówców z PiS powiedział zresztą, że w mediach jej znaczenie dla całej sprawy zostało znacznie nadmuchane. Politycy partii rządzącej zajmowali się w piątek m.in. kwestią TSUE oraz zatwierdzaniem zarządów kolejnych sejmików.

Tematem nowego tygodnia może być właśnie reforma sądownictwa. W poniedziałek – jak wynika z naszych informacji – rząd ma przedstawić założenia nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym, które mają być daleko idącymi ustępstwami na rzecz Komisji Europejskiej. Sygnalizował to niedawno sam premier Mateusz Morawiecki. – Jestem przekonany, że na pewno dogadamy się z KE w sprawie reformy wymiaru sprawiedliwości w Polsce – powiedział w Hamburgu przy okazji konferencji o stosunkach transatlantyckich. Jak podkreślił, przygotowywane są „pewne zmiany” w prawie, związane z wcześniejszym postanowieniem TSUE o zabezpieczeniu.

Strategia władzy to również podkreślanie, że system bankowy oraz system nadzoru jest bardzo stabilny. Mówił o tym zarówno premier Mateusz Morawiecki, jak i p.o. szefa KNF Marcin Pachucki. W podobnym tonie wypowiedział się też szef NBP Adam Glapiński.

W przyszłym tygodniu planowane jest pierwsze po wybuchu afery posiedzenie Sejmu. Opozycja domagała się informacji rządu w sprawie KNF oraz powołania komisji śledczej. Ale Grzegorz Schetyna w ubiegłym tygodniu zapowiedział też, że cała historia w nowym świetle stawia wniosek o odwołanie premiera Mateusza Morawieckiego, który Platforma zapowiada od połowy października. – W ciągu najbliższych dni złożymy wniosek – mówił na antenie Polsat News, podkreślając, że będzie on zaktualizowany o sprawę KNF. Jak dodał Schetyna, komisja śledcza zostanie powołana, nawet jeśli miałoby się to stać w następnej kadencji. PiS kategorycznie odrzuca pomysł powołania komisji. I nic nie wskazuje na to, żeby to podejście miało się zmienić. – Leszek Czarnecki gra z władzą, a politycy opozycji tańczą w jego interesie – mówił w niedzielę Marcin Horała z PiS.

Urząd Komisji Nadzoru Finansowego zareagował na sobotni wpis Romana Giertycha, pełnomocnika Leszka Czarneckiego, o czym w artykule „Giertych zapowiada złożenie w prokuraturze kolejnych nagrań – chodzi o „plan Zdzisława” Sokala”. Rzecznik KNF Jacek Barszczewski odrzucił zarzuty adwokata właściciela Getin Banku. – „W ocenie KNF zarzuty mecenasa Romana Giertycha opublikowane na Facebooku są bezpodstawne. Rzeczywisty kontekst opisanych przez niego wydarzeń został zniekształcony. Urząd KNF odczytuje działania mecenasa Giertycha jako próbę utrudnienia działań organu nadzoru”– napisał Barszczewski.

Roman Giertych ironicznie odpowiedział rzecznikowi na Twitterze. – „Szef KNF zażądał od mego klienta zatrudnienia swego znajomego prawnika i wypłacenia mu ogromnych apanaży. Dzisiaj ten sam KNF zarzuca mi, że utrudniam im działania. No to afera się wyjaśniła. Szef KNF chciał po prostu dać Czarneckiemu prawnika, aby go uchronił przede mną” – napisał pełnomocnik bankiera.

Po chwili opublikował kolejny wpis. – „W sumie jest oczywiste, że nagrywanie szefa KNF i zawiadamianie o przestępstwie w tej instytucji bardzo działania szefa KNF utrudniły. 40 mil. piechotą nie chodzi! Ze smutkiem też poinformuję, że utrudniania ciąg dalszy. Wszyscy członkowie KNF na mój wniosek będą przesłuchiwani” – napisał Giertych.

Jak jednak pokazały trzyletnie rządy PiS, owa „repolonizacja” i „wielkie projekty” to w praktyce po prostu zwyczajny rympał i reket. Zamiast odrodzonej stoczni i budowanych przez państwo bałtyckich promów jest ukradziona złota tabliczka Morawieckiego. Zamiast przekopu Mierzei Wiślanej – słupek wbity przez Kaczyńskiego na plaży w ostatnich dniach kampanii samorządowej i już następnej nocy „zabrany przez morze”.

Szczególnie afera KNF pokazuje, że repolonizacja i renacjonalizacja w wykonaniu PiS ma tylko tyle wspólnego z sanacją, że zamiast Eugeniusza Kwiatkowskiego budującego Gdynię dostaliśmy Nikodema Dyzmę, który nie budował niczego poza osobistą pozycją i prywatnym majątkiem.

PiS się uwłaszcza

Podobnie jak przed 16 laty afera Lwa Rywina, która ostatecznie pokazała prawdziwe oblicze rządów SLD, także teraz afera KNF nie jest pojedynczą wpadką chciwego urzędnika, próbującego wyciągnąć od biznesmena wielomilionową łapówkę i zatrudnić u niego swojego człowieka. Jest ona prostą konsekwencją realizowanej przez PiS wizji Kaczyńskiego – polegającej na przejęciu przez partię rządzącą kluczowej własności publicznej i prywatnej; oczywiście po wcześniejszym zniszczeniu lub sparaliżowaniu przez władzę konstytucji, prawa, niezawisłych sądów, unijnych procedur i innych mechanizmów kontrolnych.

To, że afera wydarzyła się w sektorze bankowym, też nie jest przypadkiem. Kaczyński, Morawiecki, Glapiński (to ich ludzie są głównymi aktorami afery) właśnie banki wskazywali jako miejsce, od którego trzeba zacząć budowę ekonomicznej potęgi Prawa i Sprawiedliwości. PiS-owska czystka w państwowych bankach i firmach ubezpieczeniowych zaczęła się najwcześniej i przybrała najszersze rozmiary. Jedyny ocalały z niej prezes dużej państwowej instytucji finansowej, Zbigniew Jagiełło z PKO BP, to człowiek Mateusza Morawieckiego. Reszta prezesów i członków rad nadzorczych to już dzisiaj ludzie PiS, których wstawili tam Morawiecki, Glapiński, Kamiński, Brudziński – oczywiście za zgodą Jarosława Kaczyńskiego, który w tym obszarze zagwarantował sobie szczególną kontrolę.

Teraz rozpoczyna się przejmowanie banków prywatnych. Afera KNF pokazuje, że Jarosław Kaczyński wyszedł już z fazy uwłaszczania swoich partyjnych żołnierzy na poziomie marnych paru milionów złotych pensji w zarządach spółek skarbu państwa. Zaczyna na serio budować ów zapowiadany „Budapeszt w Warszawie”. Czyli trwałe fundamenty dla PiS-owskiej klasy oligarchów, którzy – podobnie jak oligarchowie Viktora Orbána – będą posiadali na własność banki, ubezpieczenia i grupy medialne. Coś, czego ewentualna zmiana władzy łatwo ich nie pozbawi.

Jeśli Prawo i Sprawiedliwość rzeczywiście nie chce wyjścia Polski z Unii Europejskiej, musi zgodzić się na zapis w konstytucji gwarantujący, że opuszczenie Unii, podobnie jak przystąpienie do niej, będzie mogło odbyć się tylko w drodze referendum.

Wielu z nas może nie mieć świadomości, że choć polska konstytucja bardzo rygorystycznie ustala warunki przyjęcia umów międzynarodowych, które przekazują niektóre kompetencje państwa międzynarodowym organizacjom, takim jak Unia Europejska, to wypowiedzenie tych umów odbywa się w trybie zwykłej ustawy. Obecnej władzy uchwalenie takiej ustawy potrafi zająć kilka dni: od pierwszego czytania do podpisu przez prezydenta. Dlatego musimy wprowadzić do konstytucji zapis o tym, że Unię Europejską Polska może opuścić wyłącznie w drodze referendum.

Dlaczego taki zapis jest konieczny?

To sprawa zbyt fundamentalna dla całego narodu, żeby można było o niej decydować w zwykłym sejmowym głosowaniu. Jeśli obóz rządzący serio twierdzi, że w żaden sposób nie dąży do wyjścia Polski z Unii Europejskiej, musi zgodzić się na zapis, który odda całemu narodowi możliwość wypowiedzenia się w razie gdyby taki pomysł się pojawił.

Czy Polska chce zostać w UE?

Należy w Rozdziale III konstytucji o źródłach prawa zmienić art. 89 w taki sposób, żeby wypowiedzenie umów międzynarodowych, przyjętych w drodze referendum (aktualnie dotyczy to tylko traktatu akcesyjnego) możliwe było również tylko w drodze referendum. Proponowana poprawka: art. 89 6) jeżeli uchwalenie umowy międzynarodowej odbyło się w trybie zgodnie z ust. 3, art. 90 [czyli w trybie ogólnonarodowego referendum, jak przyjęcie traktatu akcesyjnego], wypowiedzenie jej wymaga uprzedniego wyrażenia zgody w referendum ogólnokrajowym, zgodnie z przepisem art. 125.

Artykuł 125 konstytucji mówi m.in. o tym, że referendum jest wiążące jeśli weźmie w nim udział połowa uprawnionych i o tym jakie organy państwa mogą referendum zwołać. Taki zapis w konstytucji możliwy będzie tylko pod naciskiem społecznym. Powinno to być jednym z postulatów manifestacji 3 maja przeciwko wychodzeniu Polski z UE. W grupie na jej rzecz, zainicjowanej przez Liberté!, po przemówienia Donalda Tuska na Igrzyskach Wolności, jest już ponad 25 tys. osób.

Kolejnym etapem działania powinno być zbieranie podpisów pod petycją do Sejmu i prezydenta o zmianę konstytucji. Obecna władza nieraz udowodniła, że w imię obrony urojonej godności własnej, gotowa jest bez wahania poświęcić interes narodowy. Jeśli chcemy mieć pewność, że polexit nie dokona się wbrew naszej woli, z powodu antyeuropejskich obsesji i nieudolności obozu rządzącego, my, proeuropejscy Polacy, musimy zagwarantować sobie prawo do odpowiedzi na pytanie: „czy wyraża Pan/Pani zgodę na wystąpienie Rzeczypospolitej Polskiej z Unii Europejskiej?”.

Czym dłużej trwa wielkie odliczanie do Biedroniowego ogłoszenia czegoś-tam-bardzo-wielkiego-dla-Polek-i-Polaków, tym bardziej jestem zaniepokojony i zdegustowany. Wypowiedzi Roberta Biedronia stają się nieznośnie asekuranckie i lawiranckie, a w dodatku coraz częściej bije z nich arogancja i próżność. Biedroń zachowuje się tak, jakby jakiś wielki Spin Doktor udzielał mu genialnych rad w rodzaju „ludzie nie lubią gadania o lewicy i prawicy” albo „trzeba budować napięcie”, albo „trzeba ludziom dawać nadzieję na zmianę” itp.

Z Palikota Biedroń ściągnął „Ruch Biedronia”, jak teraz sam nazywa swój projekt. Z PiS skopiował termin „drużyna” – będzie wprawdzie nie biało-czerwona (chociaż, kto wie?), ale za to „najlepsza na świecie”. A z SLD ściągnął – wow! – Krzysztofa Gawkowskiego. Samemu będąc dysydentem SLD-owskim, teraz „wyrwał” ze swej dawnej partii jej wiceprzewodniczącego, żeby mu robił struktury „w trzystu osiemdziesięciu powiatach”. Wygląda to bardzo podejrzanie. Czyżby Ruch Biedronia to jakaś secesja i schizma odszczepieńców z SLD? Skąd ma Gawkowski rekrutować działaczy i członków nowej organizacji – spośród SLD-owców? Słabe to łowisko – ryby niemłode, do akwenu swego bardzo przywiązane, zdrajcom i secesjonistom niełaskawe. Więc kogo, kogo mają przyciągnąć dwaj szpakowaci panowie o dość umownej świeżości w polityce? Młodzież? Wkurzonych? Mityczne „sieroty po Palikocie”? Dla młodzieży Biedroń za stary i za grzeczny, a Gawkowski to już w ogóle… Dla wkurzonych stary SLD-owiec to po prostu wymarzony lider! A sieroty po Palikocie dobrze pamiętają, że Biedroń był u Palikota, ale zawsze jedną nogą.

Nie podoba mi się nieszczerość i sztampowy oportunizm Biedronia, uchylanie się od jasnych deklaracji i odpowiedzi, a zwłaszcza trącące taniochą odcinanie się od całej klasy politycznej i wywyższanie się ponad nią. Niedawno tę retorykę przećwiczyło Razem – z wiadomym skutkiem. Przechwalanie się własną cnotą i niezależnością jest tyleż chwytem zgranym, co żenującym. Na imię mu pycha. Niemal każda lewicowa partia tak zaczyna – chyba że powstaje przez połączenie. Częściej jednak powstaje przez pączkowanie – tak jak Ruch Biedronia, który wygląda na dziczkę z LSD-owskiego pnia. Bo import Gawkowskiego oznacza dla opinii publicznej jedno – Biedroń i jego projekt to jakaś satelitarna akcja na orbicie SLD, czyli coś zupełnie niszowego. Odżegnywanie się od terminu „lewica” nic tu nie pomoże. Każdy dziś mówi, że „słucha ludzi”, że „chodzi mu o Polskę, a nie o politykę” i temu podobne bzdury. Takie pomysły na retorykę partyjną to sobie można wygooglać za darmo. Macron dla ubogich…

Przeglądam konto Roberta Biedronia na Twitterze. Filmikowa informacja o aporcie Gawkowskiego ma 62 polubienia w ciągu trzech godzin. No, słabo, jak na wielkich liderów lewicy, a tym bardziej liderów wszystkiego co się rusza (bo, jak twierdzi Biedroń, czy „lewica” czy „prawica”, to się jeszcze zobaczy – w postpolityce to wszystko jedno). Inne tweety na temat Gawkowskiego oraz wyjątkowości Biedronia też nie lepiej. Co się dzieje? Naród nie uwierzył czy nie ma konta na Tweeterze? A może po prostu nie ma co lajkować mało twórczych przechwałek w rodzaju „Łączenie z innymi ugrupowaniami to szybka droga do stołków. A ja nie jestem w polityce dla stołków, tylko dla realnej zmiany”?

Robert Biedroń traci gust i wyczucie. A może traci grunt pod nogami, skoro ucieka się do pomocy starych SLD-owców? Bo nowością tu nie pachnie, lecz raczej myszką trąca. I jeśli brać na serio zapowiedzi, że partia Biedronia nie będzie szła do wyborów w koalicji, lecz osobno, to szykuje się powtórka z Razem. Z Gawkowskim po cztery procent – czy to jest plan polityczny pretendenta do przewodzenia odnowionej polskiej lewicy? Bo jeśli tak, to ja dziękuję i postoję.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o społecznej psychozie.

Chaotyczne decyzje i niezborne działania władzy budzą w ludziach rosnący niepokój. A z obaw rodzą się pytania. Pełno ich w Internecie. Są tam również odpowiedzi, ale na ogół nie trafiają na właściwe pytania, mijając się z nimi w czasie i przestrzeni. Pomyślałem, że warto skojarzyć jedne z drugimi. A ponieważ odpowiedzi zawsze jest więcej niż pytań, pozostawiam Czytelnikom wybór, by nie posądzili mnie o przesadną stronniczość.

PYTANIE:

Z jakiej racji Marek Chrzanowski, który dla swojego pociotka wymuszał od banku miliony pod groźbą przejęcia tego banku za złotówkę, dalej ma dostawać pensję w wysokości 33 tys. zł?

ODPOWIEDŹ:

  1. Bo mu się należy. Tak jak im wszystkim.
  2. Facet nie może stracić kasy, bo jest pod ochroną. Przecież tak naprawdę te miliony miały finansować kampanię wyborczą PiS.
  3. Rzecznik Komisji Nadzoru Finansowego wyjaśnił, że jego były szef jeszcze przez jakiś czas będzie dostawał wynagrodzenie, „ze względów prawnych”. Te względy, czynione byłemu szefowi KNF, wynikają z faktu, że pozwolono mu odejść ze stanowiska zgodnie z artykułem 70 Kodeksu Pracy. Odwołany traktowany jest wtedy tak, jak wypowiadający umowę o pracę, z prawem do wynagrodzenia w wysokości przysługującej przed odwołaniem. Odebranie uposażenia jest możliwe tylko wtedy, gdy do zwolnienia dochodzi z winy pracownika. Wynika stąd, że zdaniem rzecznika KNF były szef nie zrobił nic złego, a w opinii umoczonego w tę aferę prezesa NBP Adama Glapińskiego – jest wręcz patriotą o wysokich standardach etycznych. Przy okazji: rzecznik KNF – Jacek Barszczewski, to ten sam urzędnik, który zapewnił Polaków, że niewinnie zwolniony przewodniczący, odwiedzając swoją firmę tuż przed rewizją CBA, nie miał dostępu do gabinetu, sprzętu służbowego, poczty oraz dokumentów. Ot, tak sobie przez dwie godziny krążył bez celu po korytarzach urzędu. A w tym czasie uprzejmi agenci CBA czekali, aż sobie pójdzie…

 

PYTANIE:

Premier, prezydent i prezes zarzekają się , że za żadne skarby nie wyprowadzą Polski z Unii, a jednocześnie kombinują jak koń pod górę, żeby tylko nie wykonać wyroku unijnego trybunału. Czy oni naprawdę nie mają świadomości, że ta zabawa musi się skończyć takimi karami, których nasz budżet nie udźwignie? A może liczą na to, że skoro Polacy nie godzą się na opuszczenie UE, to sama Unia da nam kopa? Nie wiedzą, że jeśli wylecimy z Unii, to prosto w objęcia Putina? Głupota, czy sabotaż?

ODPOWIEDŹ:

  1. Biorąc pod uwagę, kto teraz reprezentuje Polskę za granicą, to raczej głupota.
  2. Jedno nie przeszkadza drugiemu.
  3. Kwalifikacje polskich dyplomatów, ich żenujące fikołki w obronie polskiego bezprawia, czy pajacowanie pana prezydenta podczas spotkań zagranicznych, to tylko symptomy poważniejszej zapaści. Wymiana kadr MSZ na profesjonalistów, a nawet wymiana prezydenta i premiera byłyby tylko leczeniem objawowym. Źródłem choroby jest bowiem nieokiełznana żądza władzy, połączona z mizernymi kompetencjami do jej sprawowania. Główny demiurg nadciągającej katastrofy nie interesuje się Europą, nie zna jej i właściwie jej nie lubi. Kaczyńskiego interesuje zarządzanie Polską, a do tego Europa nie jest mu potrzebna. Szkopuł w tym, że ogromna większość Polaków, a nawet większość wyborców PiS, chce być we wspólnej Europie. Prezes również nie chce opuścić Unii. Naprawdę. Przykład Orbana pozwala mu łudzić się, że jeśli nie cofnie się przed presją unijnych władz i europejskiego trybunału, to w końcu UE zmięknie i złagodnieje, bo Polska jest dla Unii ważniejsza, niż Unia dla nas. W opinii Kaczyńskiego unijne dotacje są równoważne z zyskami osiąganymi przez kraje zachodnie dzięki dostępowi do polskiego rynku. Nie zauważa, że równocześnie Polska uzyskała dalece większy rynek zbytu i świetnie z niego korzysta. Żyje złudzeniem, że „Oni” za żadne skarby nie zechcą się nas pozbyć, więc gna z pochyloną głową wprost na mur, odgradzający kraje praworządne od dyktatur . 

 

PYTANIE:

Dlaczego premier z nosem Pinokia oraz kompromitujący nas za granicą notariusz Prezesa- Zbawcy wciąż utrzymują się w czołówce rankingu zaufania do polityków, mimo że zaliczają wtopę za wtopą?

ODPOWIEDŹ:

  1. A cholera wie…
  2. Bo Polacy tak mają. Jacy idole, tacy ich wyborcy.
  3. Rządzący Polską wciąż jeszcze utożsamiani są z dobroczyńcami, którzy obdarowali Polaków żywą gotówką – i nie do wszystkich trafiło, że są to prezenty fundowane z ich pieniędzy. Prawda, że to rozdawnictwo już powszednieje. I prawda, że na obrazku malowanym przez PiS – na wizerunku lepszej, sprawiedliwej i uczciwej ojczyzny – pojawiają się kolejne brudne plamy. Ale ludziom wciąż nie jest łatwo przyznać się do wcześniejszego, błędnego wyboru, brakuje im jeszcze jakiegoś zapalnika, jakiejś decyzji krzywdzącej ich bezpośrednio, by zmienili zdanie. Po drugie, wielu Polaków nie utożsamia zaufania z zaufaniem, tylko z popularnością i wskazują tych, których nazwiska częściej słyszą. Inni, odpytywani przez ankietera – obcego, „urzędowego” człowieka – na wszelki wypadek deklarują lojalność wobec aktualnie rządzących. Czyli rozmaite bywają przyczyny takiego akurat kształtu rankingu polityków. A tak w ogóle, to jego wpływ na rzeczywiste poparcie bywa iluzoryczny. Przykładem jest choćby porażka prezydenta Komorowskiego, popularnego wśród ponad 70% Polaków, a wcześniej sromotna klęska Jacka Kuronia, który tuż przed wyborami prezydenckimi cieszył się sympatią ponad 80% wyborców. Na marginesie: to pytanie traci właśnie na aktualności, bo w badaniach sprzed kilku dni zarówno prezydenta, jak i premiera wyprzedził Donald Tusk.  

 

PYTANIE:

Znalazłem w sieci zdjęcie z 11 listopada. Na peronie stacji Kutno grupka młodych ludzi depcze unijną flagę. Co się porobiło z pokoleniem naszych dzieci? Co zrobiliśmy nie tak?

ODPOWIEDŹ:

  1. Nie ma się co przejmować. Ci gówniarze to przecież margines marginesów.
  2. Antyunijna propaganda robi swoje. A młodzi są po prostu niedoinformowani, nic nie wiedzą o korzyściach z Unii.
  3. Niestety, chyba coś wiedzą. Kutno to miasto wybitnie proeuropejskie, jeden z liderów w wykorzystaniu funduszy unijnych. Tylko ślepy nie zauważy tam ogromnych zmian, wręcz skoku cywilizacyjnego. Młodzi zawsze byli obrazoburczy i być może brak im porywającej idei, konkurencyjnej dla pisowskich bredni o wolności, niepodległości i niezależności – głównie od rozumu. Wygląd chłopaków prezentowanych na zdjęciu sugeruje, że przeszli cały cykl kształcenia od podstawówki do matury i pełny program katechezy w szkołach. Czego się dowiedzieli o świecie i życiu poza swoją szkołą i poza parafią?

 

PYTANIE:

Już trzeci raz słyszę z ambony, że ci, co protestują przeciw dobrej zmianie, mają źle w głowie, a ci, którzy krytykują Kościół i księży, są w mocy złego ducha. Czy tylko mój proboszcz ma narąbane pod pokrywką?

ODPOWIEDŹ:

  1. Tylko
  2. Nie tylko.
  3. Z wypowiedzi sporej części hierarchów wynikać może, że proboszcz ma rację. Zły duch nie próżnuje. Jednak nie można mu zarzucać, że bierze na celownik wyłącznie opozycję. Jest mnóstwo twardych dowodów, że inni szatani czynni są wśród rządzących. Bo diabeł nie ma przekonań politycznych i potrafi opętać nawet kogoś, kto nie ma jeszcze żadnych poglądów w żadnej sprawie. Artur Nowak w swojej nowej książce cytuje księdza egzorcystę, który wypędzał diabła z 6-miesięcznego Patryka. Sześciomiesięcznego! Rodzice przywieźli mu dzieciaka, ponieważ często płakał i nie dawał spać. Diabeł, który usadowił się w niemowlaku, okazał się bardzo uparty, więc konieczne były trzykrotne zabiegi. O ich cenie ksiądz nie wspomina.

 

PYTANIE:

Czy to prawda, że komórka służb specjalnych, zajmująca się cyberprzestępczością, dostała ostatnio dodatkowe zadanie rejestrowania prowokacyjnych pytań oraz opinii krytykujących rząd, partię PiS i konkretnych przedstawicieli władzy? Czy to możliwe, że wraca cenzura i szykują się represje za nieprawomyślność?

ODPOWIEDŹ:

  1. Całkiem możliwe.
  2. Niemożliwe, to jakiś fejknius.
  3. Czort wie. Ale przypomina się pytanie do radia Erewań: – Czy w demokracji socjalistycznej można mówić prawdę? Odpowiedź brzmiała: – Oczywiście, możesz wszystko powiedzieć i masz pełne prawo zadać dowolne pytanie. Tylko żebyś się potem nie dziwił.

 

CDN.

Waldemar Mystkowski pisze o sypiącej się narracji PiS.

W piątek do siedziby PiS przy Nowogrodzkiej Jarosław Kaczyński wezwał premiera Mateusza Morawieckiego i inny drobiazg partyjny, zrobił burzę mózgów: jak wybrnąć z afery Komisji Nadzoru Finansowego, mimo że przewodniczący Marek Chrzanowski podał się do dymisji.

Politycy PiS jak kibice polskiej reprezentacji po przegranym meczu śpiewają chórem: „Polacy nic się nie stało, hej, hej”. Ale to zabijanie się pod pachami nikogo nie przekonuje.

Tym bardziej, że Roman Giertych ma inne niespodzianki, a te powodują, że nastroje w PiS są minorowe. W poniedziałek media będą się karmić zapisem wideo z Chrzanowskim i podobnymi mu z KNF. Wygląda, że to będziemy mieli do czynienia z kolejnym wariantem metody wiceszefa PiS Adama Lipińskiego, który swego czasu chciał skaperować Renatę Beger z Samoobrony, ale ta korupcję pisowskiego polityka nagrała i sprawa się rypła.

Przy okazji dowiadujemy się, kto to jest zacz ten Chrzanowski. Wychodzi, iż to ambitny człowiek, nie nazbyt profesjonalny, który po kumotersku zaczął robić karierę za sprawą Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Nie ma co jednak ironizować, bo wiarygodność całej branży bankowej została podkopana, a zatem i depozytariuszy banków. Po dymisji Chrzanowskiego winny nastąpić następne i także odejść Glapiński oraz Zdzisław Sokal. To znaczyłoby, iż państwu polskiemu zależy na stabilności sektora bankowego.

PiS jest jednak do samych trzewi skorumpowany, raczej nikogo nie powinno to dziwić. Strach zagląda im w oczy, bo wszystko zaczyna się sypać. Drżenie łydek jest aż nazbyt widoczne.

Jak boją się opozycji widać po okładkach dwóch najważniejszych tygodników prawicowych „Sieci” i „Do Rzeczy”. Obydwa periodyki na okładkach umieściły Donalda Tuska, a jedna nawet odwołuje się do porządku z nie tego świata „Boże, chroń nas przed Tuskiem”.  Zawołanie z okładki rozbierając logicznie może świadczyć, iż wielkość Tuska jest rzędu Boga, który jednak jako ich Pan ześle na PiS Pana Tuska.

Nie trzeba było grandzić, aby teraz się modlić, na nic kierkegaardowskie „bojaźń i drżenie”. W KNF korupcja się rypła, czekamy wszyscy z utęsknieniem, aby partii Kaczyńskiego władza się rypła na amen.

Tylko jedna z poniższych opinii jest prawdziwa.

Pan Tusk jak Pan Bóg

18 List

Sytuacja PiS musiała stać się naprawdę trudna, skoro prorządowe media zostały rzucone do iście groteskowej nagonki na Donalda Tuska której to w takim wymiarze dawno nie obserwowaliśmy. Jutrzejszy dzień przyniesie publikacje wydań czołowych prawicowych tygodników, które niesamowicie wysiliły się, aby straszyć przed byłym premierem, posuwając się przy tym niestety do poziomy zwykłej żenady:

Szczególnie odleciał tygodnik “Do Rzeczy”. Przedstawił on Donalda Tuska jako kelnera z muszką we wzór flagi Unii Europejskiej, który trzyma na tacy muzułmanki w burkach i jak można przypuszczać transwestytę z tęczową flagą. Obraz wraz z kuriozalnym nagłówkiem “Boże, chroń nas przed Tuskiem. Jak wyglądałaby Polska pod rządami PO – raport” tworzą tak groteskową całość, że pierwszym skojarzeniem jest to, że internetowe trolle wypuściły ośmieszający tygodnik fake news. Jednak prawicowe medium przerosło wyobraźnię autorów memów i na poważnie sugeruje czytelnikowi już z okładki, że rządu PO to kobiety w burkach i transwestyci na ulicach. Jest to obraźliwa homofobiczna karykatura z jednej strony, kiedy prawa osób LGBT są sprowadzone do takiej fałszywej stereotypowej ilustracji. Równocześnie tygodnik kontynuuje linię spotu PiS sugerując zalew Polski muzułmanami w sytuacji, kiedy to właśnie obecna władza najszerzej w historii otworzyła drzwi dla masowej imigracji. Jest to najbardziej toporny propagandowy przekaz.

numerze będzie o tym, że w kontekście osób LGBT “nie widać końca coraz to nowych postulatów, które wywracają do góry nogami biologię i porządek prawny”, a “Islam nauczył się metod zachodnich, przećwiczył żargon politycznej poprawności, aby użyć go do swoich celów. Ma swoich pożytecznych idiotów, poznał się na naiwności ludzi Zachodu i dąży do podboju społeczności niewiernych”.

Oba powyżej wskazane największe strachy konserwatywnej prawicy są na siłę utożsamiane z byłym premierem. Jest to ironia losu, kiedy prawica nie chce uznać, że Donald Tusk potrafił ścierać się nawet z Angelą Merkel ws. polityki migracyjnej, nie będąc wcale zwolennikiem doktryny otwartych drzwi. Do tego warto dodać, że masowy napływ do Europy uchodźców powstrzymało porozumienie Unii Europejskiej z Turcją, a nie żadne ostentacyjne pokazy obrażania się nowych krajów wspólnoty. Co równie śmieszne, wbrew graficznym sugestiom, za rządów Donalda Tuska nigdy nie była nawet entuzjastką wprowadzania rewolucji w obszarze małżeństw jednopłciowych

Jednak na tym nie koniec, bo podobny odlot zalicza tygodnik “Sieci”. Tytuł “Wraca koszmar”mówi wszystko. Tutaj byłemu premierowi zmieniono kolor oczu i włosów i przedstawiono na tle lasu nocą wręcz w stylistyce jakby polityk był wampirem. Tutaj opis zawartości numeru okazuje się także czystą groteską: W najnowszym numerze ‘Sieci’ dziennikarze podejmują temat powrotu Donalda Tuska do polskiej polityki. Jasno wskazują, że oznacza to cofnięcie się czasów III RP i odbudowę układu zamkniętego. Czyżby Tusk był rzeczywiście gwarantem powrotu układu zamkniętego, dokładnie takiego, jaki dziś PiS ufundował w KNF?

Taka paniczna reakcja jest dowodem, jak bardzo w obozie władzy boją się powrotu Donalda Tuska do krajowej polityki. Szczególnie dobitne w tym zakresie jest porównanie dwóch okładek tygodnika “Sieci”, które pokazują dobitnie jak bardzo zmieniły się krótkim czasie warunki politycznej gry:

Nie ma zatem wątpliwości, że rząd osłabł, a jego medialni bulteriery pokazują po prostu jak wielka jest determinacja na prawicy, aby tylko utrzymać obowiązujący status quo.

>>>

PiS fundnął najdroższych szwejów na świecie

15 List

Dla porównania – na utrzymanie żołnierza wojsk lądowych MON przewiduje 65 tys. zł rocznie, sił powietrznych – 89 tys., marynarza – 84 tys., a sił specjalnych – niemal 100 tys. zł. Tak wynika z wyliczeń, których dokonał Marek Świerczyński z tygodnika „Polityka”.

Wojska Obrony Terytorialnej to – jak wiadomo – „oczko w głowie” byłego ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza. „Dzieło” poprzednika kontynuuje obecny szef MON Mariusz Błaszczak. WOT są poza normalną wojskową strukturą dowodzenia. Podlegają bezpośrednio ministrowi obrony.

Tygodnik publikuje dokładne wyliczenia wydatków przeznaczonych na WOT. W 2016 roku, kiedy dopiero je powołano do życia, już wydano 400 milionów złotych, w 2017 roku – 880 mln zł, a w tym 1,1 mld zł. W przyszłym roku państwo PiS zamierza przeznaczyć na nie aż 1,5 mld zł. To oznacza, że w sumie w ciągu czterech lat powołanie tej formacji pochłonie prawie 4 miliardy złotych.

„Portal internetowy „wPolityce.pl” oraz tygodnik „Sieci” opublikowały zarzuty skierowane w stronę autorów reportażu „Polscy neonaziści”, w którym pokazana była uroczystość obchodów urodzin Adolfa Hitlera w lesie w okolicach Wodzisława Śląskiego w 2017 roku. Odrzucamy wszelkie zarzuty zawarte w tych publikacjach, a w szczególności ten, że telewizja TVN zapłaciła osobom trzecim za zorganizowanie tego wydarzenia” – czytamy w wydanym przez TVN oświadczeniu. Już wcześniej stacja reagowała na doniesienia prawicowych mediów, o tym w artykule „TVN: „Stanowczo odrzucamy insynuacje Beaty Mazurek, że materiał o polskich nazistach był opłaconą inscenizacją”.

TVN w związku z tym zapowiada skierowanie sprawy do sądu. – „Oskarżenia te są całkowicie niezgodne z prawdą, co wykaże postępowanie przed sądem. Publikacja tej fałszywej informacji jest zniesławiająca i narusza prawa osobiste dziennikarzy oraz prawa TVN, dlatego do sądu zostanie wniesiony odpowiedni pozew” – napisano w oświadczeniu.

Tymczasem dzisiaj autorzy tego reportażu Bertold Kittel, Anna Sobolewska i Piotr Wacowski uhonorowani zostali Nagrodą Radia ZET im. Andrzeja Woyciechowskiego. Jest ona przyznawana od 14 lat „za odwagę w docieraniu do prawdy i odkrywanie tego, co wcześniej było ukryte lub niedopowiedziane”. – „Po materiale o neonazistach, wielu przedstawicieli władzy zaatakowało nas, a ten zjednoczony front obrony neonazistów okazał się dosyć hałaśliwy. Ale my nie mamy żadnych wątpliwości, że zadaniem wolnych i odpowiedzialnych mediów jest odsłanianie fałszu i mówienie głośno, gdy dzieje się zło” – powiedział Kittel. Kapitułę nagrody tworzą redaktorzy naczelni i przedstawiciele największych polskich mediów.