Tag Archives: seksafera z Kuchcińskim

Pedofilia polityków, nie tylko kleru. Czas obnażyć zbrodnie

30 Kwi

Ze zdumieniem i niedowierzaniem obserwuję informacje, które pojawiają się w mediach na temat afery pedofilskiej w domu publicznym na Podkarpaciu. Na szczęście nie jestem pełnomocnikiem ani byłego agenta CBA, ani pokrzywdzonych ani nikogo innego w tej sprawie, więc mogę się wypowiadać jako obywatel, a nie adwokat.

Czy myśmy wszyscy przez te ostatnie cztery lata tak zdziczeli, że gwałty na dzieciach organizowane przez służby specjalne (albo za ich przyzwoleniem) nas nie ruszają? Moja wiedza pochodzi wyłącznie ze źródeł medialnych, ale ponieważ nikt nikomu jeszcze procesu nie wytoczył, to mam podstawę sądzić, że prawdą jest iż od lat funkcjonował dom publiczny, który sprowadzał nieletnie dziewczynki z Ukrainy, które były gwałcone przez tysiące „Vipów”, w tym osoby z najwyższych kręgów władzy. Dodam że dla mnie jako obywatela współżycie seksualne nawet za zgodą osoby poniżej 15 roku życia, to zawsze gwałt, mimo że kategoria prawna jest nieco inna. Tak czy inaczej pedofile z najwyższych kręgów władzy (według publicznych oświadczeń b. agenta CBA, który miał dostęp do taśm z nagrywanymi politykami) używały tego domu publicznego. Jak wynika z informacji medialnych osoby te mogły być szantażowane tymi materiałami. Nadto wiemy, że kierownictwo służb próbowało w/w agenta CBA zmusić, czy przekupić, aby milczał o tym skandalu. Czyli służby specjalne chroniły osoby publiczne, które były odpowiedzialne za jedne z najbardziej odrażających przestępstw.

Czy może być coś bardziej szokującego? Dla mnie nie.

Co się z nami wszystkimi na Miłość Boską stało, że o tej sprawie nie huczą wszystkie media od rana do wieczora? Gdy przypomnę sobie jak reagowały media wobec seksafery w Samoobronie to muszę stwierdzić, że z naszym krajem przez te dwanaście lat stało się coś bardzo złego.

Gdzie demonstracje pod siedzibami służb domagające się pełnej listy „klientów” tego domu publicznego? Gdzie apele organizacji chroniących dzieci, kobiety i zwalczające handel niewolnikami? Gdzie głos organizacji religijnych? Gdzie wniosek o komisję śledczą? Gdzie działania prokuratury? Gdzie wyjaśnienia premiera? Gdzie zainteresowanie Prezydenta?

Przypomnę: według pojawiających się w mediach wiarygodnych informacji mamy do czynienia z wykorzystywaniem seksualnym setek dziewczynek przez osoby publiczne i to na przestrzeni wielu lat. Wykorzystywaniem nagrywanym, które może być źródłem szantażu przy którym dawne teczki SB, to zabawa w przedszkolaka. Właściciel teczki z nagranym np. posłem uprawiającym seks z 14-latką jest właścicielem tego posła. W sensie dosłownym. Może mu kazać się zrzec mandatu, głosować tak lub inaczej, zdradzić tajemnice państwową etc. Od niego bowiem zależy, czy dany człowiek pójdzie na dekadę do więzienia z piętnem pedofila, czy nie. Oprócz więc wątku obyczajowego i karnego mamy tutaj fundamentalne zagrożenie dla bezpieczeństwa Państwa.

Czy zebrała się w tej sprawie Rada Bezpieczeństwa Narodowego? Czy Pan Prezydent , który jak już wiemy sezon narciarski zakończył, zainteresował się tą fundamentalną kwestią? Może być tak, że najważniejsze dokumenty w Państwie trafiają np. do osoby szantażowanej? Czy samo zbadanie takiej możliwości nie powinno być obecnie priorytetem wszystkich służb?

Apeluję do wszystkich osób uczciwych, aby nie dopuściły do tego, aby ten chyba największy skandal naszych czasów zginął w tumanach mgły, która się rozciągnęła nad naszym życiem publicznym i nie pozwala dostrzec rzeczy najważniejszych.

*

„Rzeczpospolita” opublikowała nowe ustalenia ws. afery z Podkarpacia. Pojawiają się kolejne potwierdzenia tego, że w agencjach towarzyskich braci R. nagrywano VIP-ów. Samych taśm ma być blisko cztery tysiące.

Coraz więcej wskazuje na to, że sekstaśmy z podkarpackich agencji towarzyskich prowadzonych przez dwóch braci istnieją – donosi wtorkowa „Rzeczpospolita”. Wcześniej były to tylko doniesienia – m.in. byłego agenta CBA – a teraz pojawiają się nowe informacje.

Gazeta dotarła do zeznań Ukraińców, braci Jewgenija i Aleksieja R., a także ich pracowników. W trakcie śledztwa z 2015 roku zeznawali, że w pokojach prostytutek były kamery. „Rzeczpospolita” w kontekście braci R., którzy mieli mieć specjalne traktowanie w regionie za sprawą policjanta Centralnego Biura Śledczego Daniela Ś. przypomina reportaż Superwizjera TVN z 2017 roku.

Mieli kamerę zamontowaną w niektórych pokojach i tam panie przyjmowały panów z różnych urzędów

– relacjonował bohater reportażu (był świadkiem w sprawie przeciwko policjantowi Ś.). Dalej tłumaczył, że zasada była prosta – VIP-om odtwarzano te filmy, dzięki czemu bracia R. mieli „dodatkowe zabezpieczenie interesu”.

Samych taśm – o czym wcześniej nieoficjalnie informowano – ma być blisko cztery tysiące, a wśród nagranych mają być politycy, arcybiskup, wiceminister obrony czy szef jednej z komend policji.

Bracia R. i sprawa obywatelstwa

„Rzeczpospolita” w poniedziałek pisała też, że nie wiadomo, jak doszło do tego, że bracia R. otrzymali polskie obywatelstwo. Zwłaszcza że doszło do tego w czasie, gdy bracia R. handlowali ludźmi (ich ofiarą padło 250 kobiet).

Jeszcze 29 kwietnia Kancelaria Prezydenta nie chciała podawać szczegółów, dzień później już zmieniła podejście.

Okazuje się, że obywatelstwo otrzymał tylko jeden z braci i nie stało się to za kadencji zarówno Andrzeja Dudy, jak i Lecha Kaczyńskiego. Nie padła za to dokładna data, Kancelaria Prezydenta stwierdziła tylko, że obywatelstwo nadano mu „znacznie wcześniej”– co wskazywałoby na to, że jeszcze za prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego.

Seksafera na Podkarpaciu – to warto wiedzieć:

Przed Muzeum Narodowym setki osób wzięły udział w proteście przeciw cenzurowaniu sztuki. „Bananowa rewolucja”, „Chcemy edukacji, nie indoktrynacji”, „Polska kolorowa, nie narodowa”, „Wolna sztuka” – skandowali uczestnicy. Podczas happeningu jedli też banany.

Bezpośrednim powodem akcji było usunięcie prac Katarzyny Kozyry i Natalii LL z ekspozycji Muzeum Narodowego przez dyrektora placówki prof. Jerzego Miziołka. Chodzi o instalacje wideo „Pojawienie się Lou Salome” (2005 r.) autorstwa Katarzyny Kozyry i „Sztuki konsumpcyjnej” Natalii LL z 1972 r., przedstawiającej kobietę jedzącą banana. Miziołek twierdził, że prace „rozpraszały młodzież”.

W poniedziałek w wydanym przez siebie oświadczeniu dyrektor Muzeum poinformował, że prace Natalii LL i Katarzyny Kozyry wrócą do galerii „do czasu rozpoczęcia prac rearanżacyjnych”. Tylko, że to oznacza, że będzie je można oglądać raptem przez tydzień – do 6 maja, bo wtedy właśnie rozpocznie się zmiana ekspozycji.

Podczas protestu wyczytano nazwiska uznanych polskich artystek współczesnych, których prace powinny znaleźć się w Muzeum Narodowym. – „Pamiętajcie, spotkamy się tu dzisiaj nie po to, żeby świętować, że przywrócono dwie prace do Muzeum Narodowego w Warszawie. Nie. Spotkaliśmy się tu po to, żeby wywalczyć nową, wspaniałą pracownię feministyczną w tym muzeum. Najlepiej całe skrzydło, które będzie poświęcone tylko pracom artystek. Starych i młodych” – mówiła do zgromadzonych przed bramą Muzeum Narodowego jedna z organizatorek protestu Joanna Drozda.

Głos zabrało również dwoje pracowników Muzeum Narodowego. – „Chcieliśmy w imieniu pracowników, którzy są tutaj z nami i tych, którzy nie mogli tu przybyć, serdecznie podziękować za waszą obecność. Za waszą troskę o wolność sztuki, za waszą troskę o autonomię instytucji kultury, a także o godność zawodu muzealnika. Od dłuższego czasu przeżywamy trudne chwile i bardzo potrzebujemy solidarności społecznej” – powiedzieli.

„Ta historia wywołała wielką falę myślenia o wolności sztuki i o cenzurze.  Sztuka nie może być pod presją żadnej cenzury. Nie w 2019 r. Nie jesteśmy 600-700 lat temu. To myślenie kruchciane, zamknięte, które by ograniczało sztukę jest nie do akceptacji. Myślę, że ta presja się powiodła. Ale być może trzeba ją utrzymać, żeby po zamknięciu Galerii Sztuki XX i XXI Wieku w Muzeum Narodowym, kiedy będzie ponownie otwierana, żaden element cenzurowania czegokolwiek w sztuce nie przyszedł nikomu do głowy” – powiedział obecny na demonstracji europoseł PO Michał Boni. W proteście uczestniczyli także odwołani przez ministra Piotra Glińskiego byli dyrektorzy Muzeum Narodowego Agnieszka Morawińska i Piotr Rypson.

Szybkość zmiany poglądów partii rządzącej i jej narracji na użytek zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego może być sztandarowym przykładem wyborczej manipulacji.

Politycy Prawa i Sprawiedliwości, którzy wyprowadzali flagi Unii Europejskiej teraz przekonują wyborców, jak ważne jest nasze członkostwo w europejskich strukturach.

Swoje spojrzenie na UE zmienił także prezydent Duda, o czym nie omieszkał poinformować Polaków w tekście napisanym specjalnie dla „Faktu”.

Głowa państwa, która zaledwie kilkanaście tygodni temu uważała, że Europa jest „wyimaginowaną wspólnotą, z której dla Polaków niewiele wynika i która powinna nas zostawić w spokoju„, teraz pisze tak: „podobnie jak miliony Polaków opowiedziałem się wtedy za szansą, jaką było nasze członkostwo w Unii. […] Zaangażowanie w budowę wspólnoty europejskiej płynie z naszego patriotyzmu, ale płynie też z naszego historycznego doświadczenia. […]

Możemy dziś z dumą powiedzieć: Europa to my, Unia Europejska to my.”  Do wyborców należeć będzie ocena, czy to godna podziwu przemiana, czy zwykła, zimna kalkulacja.

15 lat Polski w Unii Europejskiej ocenił w Radiu ZET Leszek Miller.

– Widzę same plusy. Nie ma żadnych minusów. Mówiliśmy o pieniądzach, ale proszę popatrzeć na sytuację obywateli RP w Europie. Mogą podróżować gdzie chcą, podejmować pracę gdzie chcą, osiedlać się gdzie chcą – powiedział.

Były premier odniósł się też do wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, który podczas ostatniej konwencji zapowiedział, że „Polska przyjmie euro, gdy gospodarką dogoni Zachód”.

– To baśń z mchu i paproci. Bez wejścia do strefy euro nigdy nie osiągniemy takiego poziomu, jak mają dzisiaj Niemcy – kwituje Miller.

Leszek Miller w rozmowie z Beatą Lubecką podkreśla, że z dziesięciu państw, które wchodziły do UE wraz z Polską, siedem jest już w strefie euro.

– Mają większy dochód narodowy na mieszkańca niż Polska. Opłacało się im wejść do euro – mówi Miller.

Jak dodaje, jutro premier Morawiecki spotka się z przedstawicielami krajow, które do strefy euro weszły.

– Siedmiu szefów rządów to premierzy krajów, które weszły do strefy euro. Ciekawe, jak premier będzie się czuł otoczony przez wilki z napisem „euro” – dodaje.

 Miejsce Polski w Unii jest wyrażone stosunkiem 27:1. Nie ma co upiększać. Polska jest na marginesie [UE -red.], negocjatorzy nie potrafią negocjować, są lekceważeni – ocenia Miller.

Uchwalona w kilkanaście godzin ustawa znosząca przepisy, na podstawie których Sąd Najwyższy i NSA zadały pytania TSUE prejudycjalne, czeka już tylko na podpis Andrzeja Dudy.

Na razie PiS zrezygnował z trzech innych wątków tej ustawy, w tym z ułatwienia sobie wyboru prezesów Sądu Najwyższego i ścigania sędziów. Ustawa działa wstecz: siedem dni od jej opublikowania toczące się na podstawie jej przepisów postępowania zostają automatycznie umorzone.

Pytania SN i NSA zmierzają do oceny prawomocności powołania i działania neo-KRS. Zostały zadane na tle odwołań sędziów od wyników konkursu przeprowadzanego przez nią na sędziów Sądu Najwyższego.

Wyrok TSUE spodziewany jest w czerwcu

PiS spieszył się, by z ustawą odbierającą prawo do odwołania kandydatom do SN zdążyć przed 14 maja, kiedy przed Trybunałem odbędzie się druga rozprawa w tej sprawie. Zapewne złoży wniosek o umorzenie postępowania, skoro w polskim prawie nie ma już przepisów, które były podstawą złożenia pytań.

Decyzja o tym, czy umorzyć postępowanie przed TSUE, nie jest automatyczna. Zależy od TSUE. Zasadą jest, że TSUE pyta o to podmiot, który wniósł sprawę. W tym wypadku zapyta autorów pytań prejudycjalnych w SN i NSA, czy odpowiedź nadal jest im potrzebna. Zważywszy że celem jest ocena prawomocności działań KRS, trudno sobie wyobrazić, by przestały potrzebować odpowiedzi.

Neo-KRS jest kluczowa dla planu PiS – kadrowego opanowania wymiaru sprawiedliwości – ponieważ to ona wybiera spośród kandydatów na stanowiska sędziowskie w sądach wszystkich rodzajów i instancji. Neo-KRS jest też ważna dla postępowań dyscyplinarnych służących do zastraszania niepokornych sędziów: kieruje wnioski do rzeczników dyscyplinarnych i – co ważniejsze – może uchwalać, jak należy rozumieć bardzo ogólne sformułowania kodeksu etyki sędziowskiej.

Na użytek postępowań wobec sędziów za założenie koszulki z napisem „KonsTYtucJA” czy inne publiczne prezentowanie tego napisu neo-KRS uchwaliła, że „zachowaniem mogącym podważyć zaufanie do niezawisłości i bezstronności sędziego” jest „publiczne używanie przez sędziego infografik, symboli, które w sposób jednoznaczny są lub mogą być identyfikowane z partiami politycznymi, związkami zawodowymi, a także z ruchami społecznymi, tworzonymi przez związki zawodowe, partie polityczne lub inne organizacje prowadzące działalność polityczną”.

Polskie sądy przed wyrokiem

Ustawa wprost sprzeczna z konstytucją

Odpowiedź TSUE na pytania prawne w sprawie neo-KRS jest też istotna dlatego, że usuwając te przepisy, PiS wywołał sytuację, która może być sprzeczna z art. 47 Karty Praw Podstawowych UE, czyli prawem do skutecznego środka odwoławczego w przypadku naruszenia praw gwarantowanych Kartą. Jednym z takich praw jest swoboda wykonywania zawodu.

To, co uchwalił PiS, jest wprost sprzeczne z konstytucją. Narusza zasadę równości wobec prawa i zakazu dyskryminacji (art. 32), równego dostępu do służby publicznej (art. 60), zasadę zaufania do państwa i prawa (art. 2 – przez niekorzystną zmianę sytuacji prawnej obywateli z mocą wsteczną) i prawo do zaskarżania wyroków i orzeczeń wydanych w pierwszej instancji (art. 78).

W tym ostatnim przypadku możliwe są wyjątki określone ustawą, ale muszą być zgodne z innymi zapisami konstytucji (np. z równym dostępem do służby publicznej czy równością wobec prawa), konstytucyjnie uzasadnione, proporcjonalne, nie naruszać istoty konstytucyjnego prawa i być niezbędne w demokratycznym społeczeństwie dla ochrony bezpieczeństwa czy porządku publicznego albo praw i wolności innych osób.

PiS twierdzi, że jego ustawa „wykonuje” wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 25 marca. W tym wyroku TK (w dobrozmianowym składzie, z dublerem sędziego) uznał, że neo-KRS powołano zgodnie z konstytucją. Ale tu ważniejszy jest inny wątek: orzekł – można się domyślać, że na użytek zablokowania wydania wyroku przez TSUE – że prawo odwołania się do NSA od wyniku konkursu do SN jest sprzeczne z konstytucją, bo „charakterystyka ustrojowa Naczelnego Sądu Administracyjnego nie predestynuje go do rozpatrywania spraw dotyczących uchwał Krajowej Rady Sądownictwa”.

Jednak po tym wyroku pojawiły się opinie prawników, że ponieważ sytuacja nierówności w prawie do odwołania jest sprzeczna z konstytucją, należy wyrok TK interpretować tak, że od konkursu do SN można się odwoływać, ale na zasadach ogólnych, czyli tak jak od wszystkich rozstrzygnięć KRS: do Izby Kontroli Nadzwyczajnej SN.

PiS, dla zablokowania wydania wyroku przez TSUE, chciał posłużyć się Trybunałem Konstytucyjnym, bo zapewne uznał, że będzie wyglądało bardziej elegancko, jeśli o wyeliminowaniu przepisu zdecyduje „niezawisły sąd”. Potem zobaczył, że mogą być problemy z jego interpretacją – więc wziął na siebie polityczną odpowiedzialność i uchwalił ustawę wprost odbierającą prawo do odwołania kandydatom na sędziów do SN.

Sędziowie będą mieli dyscyplinarki za wyroki

Teatr na użytek elektoratu

Szanse PiS na przekonanie TSUE i pytających sądów do poniechania sprawy są bardzo mizerne i chyba nie na to liczył, uchwalając tę ustawę. To raczej teatr na użytek wyborców PiS. Podobnie jak wniosek o wyłączenie od sądzenia tej sprawy przewodniczącego składu i prezesa TSUE Koena Lenartsa złożony przez przedstawiciela prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry na poprzedniej rozprawie – w marcu. PiS chce pokazać elektoratowi, że Trybunał Sprawiedliwości UE jest stronniczy, „polityczny”, a jego wyroki nie zasługują na szacunek – a więc też na ich wykonanie.

Ale jeśli TSUE orzeknie – co stanie się zapewne w czerwcu – i zakwestionuje neo-KRS, PiS będzie miał problem, bo odmowa wykonania wyroku TSUE oznacza naruszenie wprost traktatu o UE, a to ożywi oskarżenia o polexit, których się boi. Jeśli więc TSUE uzna powołanie neo-KRS i jej działalność za sprzeczne z prawem Unii, rząd będzie zapewne sytuację rozwadniał, jak długo się da.

Wyrokiem będą natomiast związani sędziowie – zarówno składy, które zadały pytania prawne, jak i wszyscy, którzy mają wykonywać decyzje neo-KRS. Na przykład prezesi SN, którzy już wyznaczyli neosędziów nominowanych przez neo-KRS do składów orzekających.

Z cyklu – jak łatwo można zniszczyć jedno z najpotężniejszych ministerstw. Bardzo trafna analiza.

Krótkie podsumowanie fachowości ekipy byłego szefa MON Antoniego Macierewicza wg. redaktora

.

 

Fajfus Kuchcińskiego zatacza szerokie kręgi. Takie pisowskie śmierdzące jaja

12 Kwi

Wszystko zaczęło się w lutym 2016 roku. Wówczas funkcjonariusze ABW dokonała spektakularnego nalotu na agencje towarzyskie, prowadzone przez dwóch braci Ukraińców.

Panowie zostali zatrzymani, a wraz z nimi dwaj naczelnicy Centralnego Biura Śledczego Policji, w tym i Daniel Ś., szef wydziału gospodarczego, oskarżony o ochronę biznesu obu braci, czerpanie korzyści majątkowych, pomoc w czerpaniu korzyści z nierządu.

Sprawa wydawałaby się prosta, gdyby nie taśmy, na których zarejestrowano 4 tysiące nagrań wizyt w agencjach towarzyskich m. in. polityków, wiceministra obrony, arcybiskupa i szefa jednej z komend policji. Do jednej z tych taśm dotarł były agent CBA, Wojciech J. i teraz trwa wojna na argumenty między nim a szefami CBA.

Pełnomocniczka Wojciecha J., mec. Bosak-Kruczek potwierdza, że jej klient „widział nagranie. Był to oryginał. Kopia zapewne jest zabezpieczona, ale dla dobra śledztwa nie możemy udzielić żadnych informacji”. To właśnie na tej taśmie widać znanego polityka PiS, który korzysta z usług dziewczynki w wieku może 14 – 15 lat. Wojciech J. uważa, że nagranie zostało skradzione z jego sejfu, ale CBA wszystkiemu zaprzecza. Mało tego, rzecznik CBA odpiera zarzuty, twierdząc, że Wojciech J. „nie informował przełożonych o tym, że wszedł w posiadanie takich informacji, jak i nośników. Nie sporządził także żadnych dokumentów na tę okoliczność. CBA zweryfikowało informacje kolportowane przez J., które okazały się kłamstwem”.

Coś musi być na rzeczy, bo śledztwo zostało błyskawicznie przejęte przez małopolski wydział ds. przestępczości zorganizowanej i korupcji Prokuratury Krajowej, główny podejrzany, Daniel Ś. Szybko opuścił areszt i dzisiaj pracuje w agencji detektywistycznej, licencjonowanej przez MSWiA, a Ukraińcy zostali skazani tylko na rok więzienia.

Czy będzie to kolejna afera, którą partia rządząca spróbuje zamieść pod dywan?

Mieszkańcy Poznania spotkali się w czwartek na Placu Wolności, aby wyrazić swoją solidarność z ogólnopolskim strajkiem w oświacie. Rząd PiS ma poważny problem wizerunkowy przed nadchodzącymi wyborami do Parlamentu Europejskiego, a następnie Sejmu.

W wielu miastach Polski w czwartkowy wieczór zorganizowano Łańcuchy Światła będące symbolem poparcia dla strajkujących nauczycieli i pracowników oświaty. W Poznaniu Łańcuch Światła rozbłysł na Placu Wolności.

Kto nie umie po łacinie musi pasać świnie

Strajk w oświacie skończy się najdalej za kilka dni. Na sto procent! Bo przecież partia pana prezesa dotrzymuje zobowiązań! Sama pani premier Szydło przypomniała o tym w minionym tygodniu co najmniej kilka razy.

Tymczasem to właśnie partia pani premier obiecała nauczycielom podwyżkę pensji zasadniczej o dwa i pół tysiąca (brutto), jak tylko wzrost gospodarczy powróci do stanu z roku 2005. Że zaś premier Morawiecki, którego trudno przecież podejrzewać o wprowadzanie w błąd elektoratu, każde wystąpienie zaczyna od góry pieniędzy, które nieprzerwanie płyną do budżetu z kieszeni mafii VAT-owskiej i „złodziei z PO”, to stan finansów państwa niewątpliwie nie tylko dorównuje sytuacji sprzed lat piętnastu, ale zdecydowanie ją przewyższa.

Toteż tylko patrzeć, jak pedagodzy dostaną do ręki po tysiaku, a w zasadzie po drugie tyle i zakończą protest, który rozpoczęli – w zasadzie – tylko przez niedopatrzenie. Państwo z PiS zwyczajnie zapomnieli o swoich obietnicach z kampanii wyborczej, bo trzy lata, to jednak szmat czasu. Teraz zaś znowu trwa kampania, więc trzeba było a to pilnie zorganizować dopłaty do każdej polskiej świni, a to pochylić się nad dziedzictwem kulturowym „polskiego ziemniaka”, który już wkrótce, w przeciwieństwie do niepatriotycznych szarych kartofli unijnych, będzie na straganach występować pod flagą biało-czerwoną.

Roboty jest huk, więc obietnica podwyżki wynagrodzenia nauczycieli o dwa i pół tysiąca (brutto), o której przypomniał wszystkim poseł Brejza, łatwo mogła zatrzeć się w pamięci rządzących. Tym bardziej, że smog nie odpuszcza, tymczasem z badań wiadomo, że wysokie stężania różnych trujących substancji w powietrzu powodują przyspieszoną demencję.

Chociaż, z drugiej strony, z tymi podwyżkami może być niejaki problem. Bo w programie stoi jak – nie przymierzając – krowa, że w państwie PiS na przyzwoity wzrost wynagrodzeń mogą liczyć nauczyciele najlepiej wykształceni i przygotowani. Tymczasem nasze kadry pedagogiczne cóż… nie potrafią nawet czytać ze zrozumieniem, skoro założyły, że ta obietnica była dla wszystkich.

Pracownicy oświaty mają – jak widać – poważne braki w edukacji, i to już na poziomie podstawowym, niestety. Nie potrafią również liczyć. I właśnie dlatego, przez niedouczenie, nie byli w stanie ogarnąć rozumem rachunków minister Zalewskiej, która tłumaczyła im jak – znów nie przymierzając – krowie na rowie, że partia aktualnie rządząca już podniosła im uposażenia o całe 708 złotych netto. To daje niemal tysiąc, czyli, właściwie, główny postulat pedagogów został zrealizowany z wyprzedzeniem, a cała ta awantura ze strajkiem ma podłoże tylko i wyłącznie polityczne. Owszem, mówimy tu o wzrostach statystycznych i do tego od roku…2013, ale tysiąc jest tysiąc, jakby go nie liczyć!

Więc nie dość, że rząd Prawa i Sprawiedliwości sam z siebie podniósł „belfrom” pensje o żądaną przez nich kwotę, to jeszcze wynagrodził ich dosłownie za nic. Bo za hojnym rozdawnictwem tej kasy nie poszły przecież konieczne zmiany systemowe.

Wszyscy ci nauczyciele, którzy uważali na lekcjach, więc teraz popierają partię rządzącą rozumieją bowiem przecież, że w ślad za reformą edukacji musi nastąpić niezbędna restrukturyzacja kadr oświatowych. I tak, owszem, nauczyciel może zarabiać dużo więcej, no ale nie za obijanie się pod tablicą przecież. Teraz, to niejeden „belfer” z Bożej łaski w zasadzie powinien do swojej komfortowej roboty dopłacić. Więc dopiero kiedy pensum wzrośnie do minimum 40 godzin tygodniowo, to i pensja urośnie o – mniej więcej – jedną trzecią. No i trzeba będzie podnieść kwalifikacje do takiego poziomu, żeby ogarnąć powody, dla których każdy belfer powinien głosować na PiS.

Nie zaszkodzi też nauczyć się czytać wyborcze obietnice pana prezesa ze zrozumieniem. To po pierwsze. A po drugie – nie upierać się bez sensu, że 708 to nie 1000, a „prawie” robi wielką różnicę. Przecież pani minister wie lepiej (i właśnie dlatego została ministrem). Poza tym nieźle byłoby wykuć na blachę, że o kwalifikacjach nauczyciela nie decydują teraz żadne tam dyplomy i certyfikaty. O tym, kto się w ogóle nadaje do pracy w szkole i dlaczego głównie katecheci, po wyborach decydować będą już zresztą wyłącznie kuratorzy z nadania minister edukacji. A reszta, jak się im lekka, łatwa i przyjemna praca w oświacie nie podoba, zawsze może zmienić pracę, wziąć kredyt i zająć się czymś pożytecznym. Na przykład hodowlą nierogacizny. Bo kto nie umie po łacinie musi pasać świnie.

Pisowski senator Bierecki chce, aby PiS stało się jak NSDAP

11 Kwi

Polityka dzielenia społeczeństwa i nastawiania jednych przeciwko drugim nie jest w wykonaniu Prawa i Sprawiedliwości żadną nowością. Nikt chyba jednak nie spodziewał się, że do postawienia silnego akcentu w tej kwestii dojdzie akurat w czasie kampanii wyborczej, w której to zwykle partia Jarosława Kaczyńskiego próbuje grać o wyborców centrum, a sam lider partii nakłada maskę “miłego wujka”, który łączy, a nie dzieli.

Tym razem w roli głównej wystąpił jednak nie naczelnik z Żoliborza, tylko szara eminencja Prawa i Sprawiedliwości, twórca SKOK-ów i senator PiS Grzegorz Bierecki, który wziął udział w obchodach 9. rocznicy katastrofy w Smoleńsku w Białej Podlaskiej.

– Nie ustaniemy, aż nie doprowadzimy do pełnego oczyszczenia Polski z ludzi, którzy nie są godni należeć do naszej wspólnoty narodowej – powiedział.

Słowa niewątpliwie skandaliczne, jednak wpisujące się w retorykę nienawiści do przeciwników politycznych, uznające osoby nie popierające partii rządzącej, jako gorsze i pozbawione pewnych praw, które przysługują wyłącznie “prawdziwym Polakom” na modłę Prawa i Sprawiedliwości. 

Warto zauważyć, że w tym samym czasie, gdy Bierecki wypowiadał swoje oburzające słowa, w Warszawie prezes Jarosław Kaczyński znów próbował przekonywać, że celem jego partii jest budowanie zwartego narodu.

– Pamiętajcie o tej tragedii. Pamiętajcie o tych, którzy zginęli, bo choć różniło ich wiele, to w tym momencie byli zjednoczeni w tym jednym celu, tak ważnym dla naszego narodu. Ale pamiętajcie także o tym, że musimy jeszcze bardzo wiele uczynić, by nasze społeczeństwo, nasz naród był zwarty, miał poczucie siły, miał poczucie znaczenia, miał poczucie wewnętrznej sprawiedliwości – powiedział Kaczyński.

Sprawa słów senatora PiS wywołała falę komentarzy na portalach społecznościowych, gdzie nie przebierano w słowach by opisać ogromne oburzenie.

Tego jeszcze nie wiadomo, na razie prezydent nadał bieg wnioskowi o ułaskawienie biznesmena – podaje RMF FM.

Procedury są takie: Prezydent przekazuje prośbę o ułaskawienie, która do niego wpłynęła, do Prokuratury Krajowej, następnie dokumenty trafiają do sądu, który w tej sprawie orzekał, a sąd wydaje opinię w sprawie wniosku. Jeśli okaże się pozytywna, zostanie przekazana prezydentowi. Jeśli negatywna, sprawie nie będzie nadany dalszy bieg.

Minister w Kancelarii Prezydenta Błażej Spychalski twierdzi, że jest to standardowa procedura i wszczęcie jej nie oznacza, że prezydent zamierza ułaskawić Marka Falentę.

Jak podaje w ogólnym informatorze Kancelaria Prezydenta RP: „Nadanie prośbie skazanego biegu (…) nie przesądza jednak o decyzji Prezydenta RP dotyczącej ułaskawienia. Prezydent – po analizie wszystkich przedstawionych dokumentów – podejmuje merytoryczną decyzję w sprawie ułaskawienia, pozytywną bądź negatywną”.

Marek Falenta w styczniu 2017 roku został prawomocnie skazany na 2,5 roku więzienia, za zlecenie nagrywania rozmów polityków Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego w warszawskich restauracjach. Obecnie przebywa w Walencji w Hiszpanii, gdzie został zatrzymany.  Na początku lutego nie stawił się w zakładzie karnym i był poszukiwany przez policję od prawie dwóch miesięcy.

Polskie władze zwrócą się o przekazanie biznesmena do Polski, aby tu odbył karę pozbawienia wolności.

Nauczyciele ze szkoły, w której uczyła Pierwsza Dama, piszą gorzki list otwarty. II Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie jest jedną ze szkół, która bierze udział w strajku. Nauczyciele piszą w mocnych słowach o wstydzie za postawę Pierwszej Damy. – W obecnej sytuacji nazwa „Szkoła Prezydencka”, która wyróżniała nas spośród innych placówek, przestała już być powodem do chluby – piszą nauczyciele.

Nauczyciele z II Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie w liście otwartym do Agaty Kornhauser-Dudy zarzucają jej, że jako Pierwsza Dama nie okazuje solidarności ze strajkującymi. Nauczyciele z krakowskiego liceum piszą o rozczarowaniu i żalu do dawnej koleżanki. Przekonują także, że ich list nie jest inspirowany przez żadne środowiska zewnętrzne.

List na swoich stronach opublikowało Radio Kraków.

„List otwarty do Koleżanki, Pierwszej Damy, Pani Agaty Kornhauser-Dudy.

Zwracamy się do Ciebie, pragnąc wyrazić nasz żal, rozczarowanie i narastający gniew. Decyzja o rozpoczęciu strajku w dniu 8 kwietnia 2019 r. w II Liceum Ogólnokształcącym im. Króla Jana III Sobieskiego w Krakowie nie była dla nas łatwa.

Przez długi czas mogłaś liczyć na nasze wsparcie. Cieszyliśmy się Twoim sukcesem, a nawet byliśmy dumni, że mogliśmy z Tobą pracować. Tym większe jest nasze rozgoryczenie Twoim brakiem solidaryzmu ze środowiskiem nauczycielskim, z którego się wywodzisz i do którego tak często deklarujesz swoje przywiązanie. W obliczu obecnego kryzysu, związanego nie tylko ze strajkiem nauczycieli, lecz także z całkowitym załamaniem systemu szkolnictwa, a w konsekwencji podzieleniem i skłóceniem nauczycieli, rodziców oraz uczniów, nie możemy już dłużej milczeć.

Czujemy wstyd i upokorzenie, będąc zmuszonymi do tłumaczenia się, w jaki sposób traktujesz całe środowisko nauczycielskie, a między innymi nas, swoje koleżanki i kolegów, wyrażając milczeniem aprobatę dla destrukcyjnych działań i przekłamań rządu, w obliczu największego powojennego kryzysu edukacji. Jesteśmy zbulwersowani sposobem, w jaki degradowany jest cały system szkolnictwa, tak ciężko wypracowany przez ostatnie dekady. Czy naprawdę nie czujesz potrzeby zabrania głosu w naszej obronie i przeciwstawienia się medialnej fali nienawiści uderzającej w godność zawodu nauczyciela?

Jako wieloletnia nauczycielka doskonale znasz realia szkolne, wiesz ile czasu i pracy należy poświęcić, aby być dobrym nauczycielem i sprostać oczekiwaniom uczniów i rodziców. Pamiętamy doskonale, że mając w sercu dobro szkoły umiałaś zajmować stanowisko w rozwiązywaniu problemów i bronić go rzeczowymi argumentami.

Szanowna Pierwsza Damo, nauczyciele V Liceum Ogólnokształcącego im. Augusta Witkowskiego w Krakowie w sposób precyzyjny wypunktowali najważniejsze kwestie oświatowe, pod którymi i my się podpisujemy. Chcemy wierzyć, że nasz list i zawarte w nim emocje skłonią Panią do przemyśleń i podjęcia stosownych działań. W obecnej sytuacji nazwa „Szkoła Prezydencka”, która wyróżniała nas spośród innych placówek, przestała już być powodem do chluby.

Chcielibyśmy też podkreślić, że nasz list nie jest inspirowany przez nikogo z zewnątrz.

„Semper fidelis” (Zawsze wierny)

Strajkujący Nauczyciele
II Liceum Ogólnokształcącego
im. Króla Jana III Sobieskiego w Krakowie

Symboliczne kary i parasol ochronny nad prawdziwymi bohaterami seksafery, która dziś wstrząsa polską polityką.

Sprawa rzekomych sekstaśm z agencji towarzyskich na Podkarpaciu, na których nagrani mają być m.in. ważni politycy, to pokłosie tajnego śledztwa, w którym dzieją się zaskakujące rzeczy. Główny podejrzany – policjant CBŚP – został otoczony wyjątkową „opieką” i jakby nigdy nic jest dziś nadal detektywem. Z kolei Ukraińcy mający trudnić się sutenerstwem zostali skazani na zaledwie rok więzienia – ustaliła „Rzeczpospolita”. To wszystko zdumiewa – dlatego konieczne jest pełne wyjaśnienie wszystkich faktów w tej sprawie.

Skala ma być szokująca – według nieoficjalnych informacji jest 4 tys. nagrań, na których utrwalono wizyty w agencjach towarzyskich m.in. polityków, wiceministra obrony, arcybiskupa i szefa jednej z komend policji. Taśmy miały trafić na Ukrainę, a do jednej z nich dotarł były agent CBA Wojciech J. (co ujawniło Radio Zet). Teraz między nim a szefostwem CBA trwa otwarta wojna, w której obie strony przerzucają się argumentami.

Tymczasem wszystko wskazuje na to, że sprawy taśm – jeśli nośniki istnieją – mogą zagrażać bezpieczeństwu państwa, ale nikt tego nie bada. A prawdziwi „bohaterowie” seksafery – jak ustaliła „Rzeczpospolita” – wychodzą z niej obronną ręką.

Cofnijmy się do lutego 2016 r., kiedy to funkcjonariusze ABW urządzili spektakularny nalot na agencje towarzyskie prowadzone przez dwóch braci Ukraińców – Aleksieja i Jewgienija R. Zatrzymali także dwóch naczelników Centralnego Biura Śledczego Policji, w tym Daniela Ś. – szefa wydziału gospodarczego.

Prowadząca wtedy śledztwo Prokuratura Okręgowa w Krakowie ujawniła, że Daniel Ś. miał przyjmować korzyści majątkowe, pomagał lub obiecywał pomoc w czerpaniu korzyści z nierządu – mówiąc wprost, miał ochraniać biznes Ukraińców.

Śledztwo szybko jednak przejął małopolski wydział ds. przestępczości zorganizowanej i korupcji Prokuratury Krajowej. Dziś nie odpowiada nam na żadne z pytań – milczy o tym, czy Daniel Ś. ma utrzymane zarzuty i czy badana jest kwestia nagrań.

A to ważne, bo właśnie z agencji braci R. miały pochodzić sekstaśmy z VIP-ami, m.in. z Podkarpacia, którzy byli klientami domów publicznych (m.in. agencji Olimp z Budziwoja i Imperium ze Świlczy).

Według wersji Wojciecha J. służby wiedzą o taśmach i, co więcej, to jemu szef CBA miał polecić zweryfikowanie krążących na ich temat informacji.

Wojciech J. twierdzi dziś, że widział jedno z 4 tys. nagrań powstałych w latach 2013–2015. Taśmę przekazał mu OZI (informator). Potwierdza to mec. Beata Bosak-Kruczek, pełnomocniczka J. – Mój klient widział nagranie. Był to oryginał. Kopia zapewne jest zabezpieczona, ale dla dobra śledztwa nie możemy udzielić żadnych informacji – twierdzi mec. Bosak-Kruczek. Dodaje, że dziewczyna miała ok. 14–15 lat. „O tym, że jest nieletnia, powiedział OZI , tj. on zwrócił uwagę na jej wiek, odtwarzając mojemu klientowi nagranie. On także poinformował, że to nagranie dotyczy posła PiS” – odpowiada nam mec. Bosak-Kruczek. Podaje również jego inicjały. J. twierdzi, że nagranie skradziono mu z sejfu w CBA.

CBA zaprzecza wersji byłego agenta. „31 sierpnia 2017 r. w obecności Wojciecha J. została otwarta szafa pancerna, w której nie było opisywanej przez byłego funkcjonariusza koperty z nagraniami” – twierdzi Temistokles Brodowski, rzecznik CBA. Podkreśla, że agent „nie informował przełożonych o tym, że wszedł w posiadanie takich informacji, jak i nośników. Nie sporządził także żadnych dokumentów na tę okoliczność. CBA zweryfikowało informacje kolportowane przez J., które okazały się kłamstwem” – stwierdza CBA.

Dziś trudno ocenić, kto ma rację. Co jest pewne?

Według naszych informacji w prokuratorskim śledztwie potwierdzono, iż bywalcami agencji towarzyskich braci R. były VIP-y z różnych kręgów – m.in. polityki i biznesu, nie tylko lokalni. Z naszych dziennikarskich ustaleń wynika, że małopolska prokuratura nie posiada jednak żadnych nagrań z agencji. Czy o nich wie i czy próbuje je odnaleźć? To całkiem prawdopodobne, że biznes kręcił się latami właśnie dzięki nagraniom, które mogły służyć do szantażu.

Prokurator prowadzący śledztwo nie zgadza się na przekazanie żadnej odpowiedzi – słyszymy w Prokuraturze Krajowej. Nam udaje się ustalić zaskakujące fakty.

Daniel Ś., były oficer CBŚP, który dostał zarzuty zagrożone karą dziesięciu lat więzienia, szybko wyszedł z aresztu. Jest obecnie prywatnym detektywem w agencji licencjonowanej przez MSWiA. Nie chce rozmawiać o sekstaśmach i swoich kłopotach z prawem. – Proszę kierować pytania do prokuratury. Śledztwo jest tajne, nie mogę ujawniać żadnych informacji – mówi nam Ś.

Według Wojciecha J. to właśnie Daniel miał stać za całym procederem nagrywania VIP-ów w przybytku braci R.

Obronną ręką ze sprawy, do której na wstępie zaangażowano nawet ABW, wychodzą inni „bohaterowie” – czyli bracia R. Jak ustaliliśmy, ich wątek wyłączono ze śledztwa i już zostali skazani. Wyrok jest prawomocny – zapadł 8 maja 2018 r. Wobec JewgienijaR. prokuratura wnioskowała o dobrowolne poddanie się karze (w przypadku Aleksieja wniosek złożył jego obrońca), a sąd się do tego przychylił. Mimo że za te przestępstwa grozi od minimum trzech (nie może być niższa) do dziesięciu lat pozbawienia wolności.

R. zostali skazani za kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą czerpiącą zyski z handlu ludźmi (sutenerstwa i stręczycielstwa, zmuszanie do nierządu), a także za przekupstwo funkcjonariusza publicznego (były to m.in. darmowe usługi hotelowe). Tymczasem Aleksiej został skazany na 1,5 roku więzienia, jego brat – za udział w grupie przestępczej – na rok. Do tego m.in. grzywny (40 tys. zł i 50 tys. zł) oraz wypłaty nawiązek dla prostytutek zmuszanych do nierządu. Skąd tak niskie kary?

– Uzasadnienie wyroku ma klauzulę ściśle tajne – mówi sędzia Tomasz Kozioł, rzecznik ds. karnych Sądu Okręgowego w Tarnowie. Potwierdza, że wobec Aleksieja R. wykorzystano art. 60 par. 3 kodeksu karnego, a więc instytucję tzw. małego świadka koronnego. To przepis, który pozwala wymierzyć łagodniejszą karę temu, kto ujawni „informacje dotyczące osób uczestniczących w popełnieniu przestępstwa oraz istotne okoliczności”.

Jaką wiedzą podzielił się ze śledczymi Aleksiej R.? – Sprawa jest tajna, nie mogę wyjaśnić tych okoliczności. Powiem tylko, że w swojej wieloletniej karierze jako sędzia karny nie spotkałem się z taką sprawą jak ta. Zawiera ona wyjątkowe materiały – mówi nam sędzia Kozioł, który skazywał braci R.

Bracia R. nie trafili do więzienia – zaliczono im areszt na poczet kary, a Aleksiej wystąpił o warunkowe przedterminowe zwolnienie. Nadal prowadzą biznes w Polsce (czynią to od lat 90., dotąd dorobili się hoteli). Dlaczego nie zostali wydaleni? Bo, jak ustaliła „Rzeczpospolita”, mają polskie obywatelstwo.

Pytań jest więcej. Np. dlaczego wszystko w tej sprawie – łącznie z wyrokiem – jest ściśle tajne. Tego nikt – prokuratura ani sąd – nie wyjaśnia.

Wojciech J., który wyciągnął na światło publiczne sprawę taśm, będzie musiał udowodnić, że nagrania istnieją. – Musiałby być samobójcą, żeby odpalać takie petardy, a nie mieć kopii nagrania – zaznacza nasze źródło.

PiS nie rozwiązuje problemów. PiS je zwalcza. W tej chwili zwalcza strajk nauczycieli. Kontynuuje zwalczanie niezawisłości sędziów i niezależności systemu wymiaru sprawiedliwości. Udało mu się zwalczyć Trybunał Konstytucyjny, zwalcza Komisję Europejską.

Ale to, jak zwalcza strajk nauczycieli, może być gwoździem do jego wyborczej trumny. Popełnił wszelkie możliwe błędy, poczynając od tzw. wizerunkowych, jak porady, by nauczyciele się mnożyli, to dostaną 500 zł na każde dziecko, czy ogłoszenie programu „tucznik plus” (dość niefortunne, zważywszy na to, jak już utuczył się u władzy). Czyni sobie wrogów z kolejnych grup społecznych: nauczycieli, rodziców i uczniów, czyli przyszłych wyborców – uczniowie zorganizowali we wtorek protest przed MEN, popierając postulaty nauczycieli. Rośnie lista grup zaliczanych przez PiS do „obywateli gorszego sortu”.

Nauczyciele to akurat grupa zawodowa, o którą PiS powinien dbać szczególnie, bo na szkole, realizującej narodowo-katolicki program kształcenia i wychowania, oparł ideę mentalnej przebudowy społeczeństwa. Tymczasem zamiast ich dopieszczać – potraktował gorzej niż wspomniane tuczniki, na które obiecał (co prawda nie swoje, ale zawsze) pieniądze. Teraz wygląda na to, że powtórzy się scenariusz wobec sędziów: miał ich skłonić do posłuszeństwa, mamiąc awansami, strasząc postępowaniami dyscyplinarnymi i napuszczając na nich opinię publiczną, a sprowokował ruch oporu: sędziowski i społeczny. Miał podzielić, a scementował.

Argument „brak pieniędzy” przypomina ten z protestu osób niepełnosprawnych i ich rodziców w Sejmie rok temu. Całkowicie niewiarygodny, skoro jednocześnie PiS rozdaje „prezenty Kaczyńskiego” innym grupom, na których wyborczym poparciu więcej zyska. Podobna jest też metoda rozwiązania sporu: rok temu było to zawarte pokątnie „porozumienie” z własnym organem opiniodawczo-doradczym działającym przy pełnomocniku rządu ds. osób niepełnosprawnych. Tym razem jest to porozumienie z własnym politykiem (Ryszardem Proksą) działającym w imieniu posłusznej PiS centrali związkowej.

Historia zatoczyła koło: „Solidarność” powstała w PRL jako odpowiedź na marionetkową CRZZ (Centralna Rada Związków Zawodowych), realizującą interesy PZPR. Teraz to „Solidarność” stała się CRZZ III RP.

PiS może się więc okazać grabarzem „Solidarności”. Rozbił solidarność: tę przez małe, ale też tę przez duże „S”. Posłużył się związkiem „Solidarność” jako łamistrajkiem, obnażając publicznie wasalną rolę, jaką „S” pod przewodnictwem Piotra Dudy pełni wobec rządzącej partii.

Jaki interes mają teraz w trwaniu w tym związku szeregowi członkowie? Liczyli, że „S” – dzięki bliskim relacjom z władzą polityczną – będzie skuteczniej niż inne związki realizować pracownicze postulaty. Tymczasem kierownictwo centrali „S” ponad głowami przedstawicieli strajkujących nauczycieli podpisało kwit przywieziony w teczce przez rząd. Do tej pory najliczniejszy związek zawodowy w Polsce został zredukowany do grupy związkowych bossów dysponujących majątkiem i prawami do logo „Solidarności”. Logo, które po autokompromitacji związku nie będzie już wiele warte.

Trudno się dziwić, że nauczyciele składają rezygnację z członkostwa w „Solidarności” (w Widuchowej rozwiązano nauczycielską „S”, bo po poniedziałkowym „porozumieniu” wystąpili z niej wszyscy nauczyciele).

PiS – jak PZPR w PRL – wasalizując partnerów społecznych, unieważnia mechanizmy dialogu społecznego i hoduje sobie ruch społecznego oporu. Uczynił kpinę z idei dialogu społecznego. Reklamuje się jako partia, która „słucha ludzi”, w odróżnieniu od opozycji, która słucha ponoć bliżej nieokreślonych „elit”. Tymczasem szef kancelarii premiera Michał Dworczyk przyznał w TVN24, że możliwości „dosypywania” pieniędzy do systemu oświaty się wyczerpały. Tym samym przyznał, że rozmowy na forum Rady Dialogu Społecznego – ustawowego ciała powołanego do dialogu władzy z interesariuszami społecznymi w celu „realizacji zasady partycypacji i solidarności społecznej w zakresie stosunków zatrudnienia” – były teatrem i polityczną hucpą.

PiS liczy zapewne, że przedłużający się strajk nauczycieli spowoduje zniecierpliwienie społeczne: rodzice będą mieli dość, że muszą organizować opiekę nad dziećmi. Do tego nieprzeprowadzone egzaminy, niezrealizowany program nauczania. Więc uda się jednak napuścić opinię publiczną na nauczycieli.

Zniecierpliwienie może nastąpić. Ale pojawiło się nowe zjawisko: samorząd lokalny zaczyna brać odpowiedzialność za „zagospodarowanie” uczniów. Organizuje zajęcia kulturalne i edukacyjne. To może być np. świetna okazja do edukacji obywatelskiej. I to niekoniecznie zmierzającej do sformatowania uczniów według planu PiS. Zajęcia dzieją się poza szkołami, więc nie trzeba na nie zgody politycznie podporządkowanych PiS kuratorów oświaty. Na przykład prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak prowadził zajęcia z religii w Teatrze Polskim. Razem z poznańskim imamem Youssefem Chadidem. Będą zajęcia z języka migowego, czytanie książek o Harrym Potterze i „Ślimaku Samie” – wyklętym, bo jest jednocześnie chłopcem i dziewczynką, więc ucieleśnia „gender”.

Fundacja Szkoła z Klasą przewrotnie proponuje scenariusze zajęć edukacyjnych o roli strajków w najnowszej historii Polski. Bo warto pamiętać, że strajk jest przewidzianą prawem formą rozwiązywania sporów zbiorowych pomiędzy pracownikami a pracodawcami. Dla nauczycieli pracodawcą jest państwo. A prawo nie odbiera im tej formy walki o swoje prawa.

PiS jest na najlepszej drodze do zmobilizowania przeciwko sobie kolejnych grup i struktur społecznych. Ma wmontowany gen autodestrukcji.

Moralność PiS sięga fajfusa Kuchcińskiego

5 Kwi

Jeszcze wczoraj z mównicy sejmowej zastępca ministra koordynatora ds. służb specjalnych Maciej Wąsik mówił wprost: – Moja ocena (sprawy tuszowania afery obyczajowej przez kierownictwo CBA – red.) jest taka, że nigdy nie było żadnego nagrania, zostało ono wymyślone przez Wojciecha J. na użytek tego, żeby nie odejść ze służby, w sposób perfidny, kłamliwy i paskudny. Nie minęły nawet 24 godziny od tego wystąpienia, a Sylwester Ruszkiewicz z Wirtualnej Polski przedstawia nowe, przełomowe informacje w tej sprawie.

Dotarł on bowiem do jednego z oficerów polskich służb, który zna kulisy procederu nagrywania polityków, samorządowców i biznesmenów w podkarpackich “domach uciech”, jaki przez lata kwitł bez żadnych przeszkód. Potwierdził on historię byłego agenta, który dziś jest frontalnie atakowany przez swoich byłych kolegów i przełożonych. Kulisy tej sprawy są jednak wyjątkowo bulwersujące. Okazuje się bowiem, że CBA było świadome tego procederu i Wojciech Janik nie trafił na ten temat przypadkowo tylko zostało mu on wskazane właśnie przez szefa tej służby Ernesta Bejdę jako zadanie specjalne. Po to, by mógł je wykonywać bez przeszkód, Bejda przyznał też Wojciechowi Janikowi bardzo obszerne uprawnienia, o czym przypomniał dziś po raz kolejny Mariusz Gierszewski z Radia Zet.

Bejda miał wiedzieć, że w domach publicznych na Podkarpaciu nagrywani są politycy, ale nie wiedział czy także z Prawa i Sprawiedliwości i właśnie tę kwestię kazał Janikowi sprawdzić. Jak pisze Ruszkiewicz z “WP”, informatorem Wojciecha Janika, a dokładniej Osobowym Źródłem Informacji (OZI) zostaje jeden z funkcjonariuszy służb pracujących na Podkarpaciu. To on udostępnił mu nagranie z prominentnym politykiem PiS. Na nagraniu z 2014 roku miał on uprawiać seks z ukraińską prostytutką. Według zawiadomienia do prokuratury generalnej, które złożyła pełnomocnik Wojciecha J., nagrany miał zostać marszałek Sejmu, a wówczas poseł PiS Marek Kuchciński.

Co więcej, rozmówca reportera Wirtualnej Polski tak opisuje kluczową seks-taśmę: – Nagranie jest dobrej jakości. Prawdopodobnie zostało sporządzone w agencji na tzw. Zameczku pod Rzeszowem. To znany, oddalony kilkadziesiąt kilometrów od miasta zespół pałacowy, z luksusowymi pokojami. Dziewczyna na nagraniu ma blond włosy, mogła nosić perukę z jasnymi włosami. Wygląda co najwyżej na 15 lat. Kamera została sprytnie umieszczona, zamontowana prawdopodobnie w ścianie – na wysokości łóżka. Z takiej perspektywy jest nagranie. Trwa kilkanaście minut – mówi informator. Co więcej, zapowiada on, że na początku przyszłego tygodnia dokument o procederze nagrywania polityków na Podkarpaciu zostanie wyemitowany w jednej ze stacji telewizyjnych, co tylko jeszcze bardziej potwierdzi wersję opisywaną przez Wojciecha Janika, a Centralne Biuro Antykorupcyjne postawi w prawdziwie fatalnym świetle.

Pozostaje pytanie, jak długo jeszcze kierownictwo służb, powiązane dziś z partią rządzącą będzie udawać Greka i odwracać kota ogonem mówiąc, że żadnej afery nie ma. Bo, że ich słowa prawdopodobnie zostaną już wkrótce boleśnie skonfrontowane z prawdą wydaje się już niemal pewne.

„Odwaga staniała, rozum podrożał”. Tak kulturalnie można by określić, cytując Artura Sandauera, zachowanie pseudo dziennikarzy, którzy zaatakowali Adama Michnika, w budynku sądu. Jednak trudno tu o zbytek kultury, bo trudno powstrzymać emocje. Widać to na twitterze:„Obrzydliwe. I takie zera mienią się dziennikarzami…”  „Oni teraz są tam, gdzie kiedyś stało ZOMO…” „Takim jesteśmy narodem, wrednym”, „Brak słów”.

Profesor Marcin Matczak zestawił dwa filmy z Adamem Michnikiem i napisał: „Zestawiam ten film, ukazujący tych podłych ludzi, z innym – w którym młody Adam Michnik wyszarpuje się komunistycznym milicjantom na innym korytarzu. I czuję dwie rzeczy – bezmierny szacunek dla Jego działań i Jego godności, i bezmierną wściekłość, że musi to znowu przeżywać”.

To gorzkie zestawienie wywołało falę komentarzy, wśród których dominują oburzenie, zgorszenie, potępienie i… bezradność.

– „Adam Michnik narażony jest na poniżanie w każdej epoce, jak widać. Zawsze komuś nie w smak jest cudza odwaga. Ja Jego postawę w czasach słusznie minionych będę cenić zawsze, teraz historia pisze się na naszych oczach. Brawo Adam Michnik”.

„Pan Adam to jedna z najważniejszych twarzy naszej wolności i osoba godna najwyższego szacunku! To chichot historii, że takie gnoje mogą się dzisiaj bezkarnie pętać! Pis godnie kontynuuje dzieło komuny, gdyby mogli, bez żadnych skrupułów robili by to samo!”

– „(…) Pis-owska kontrrewolucja próbuje połknąć bohaterów polskiej wolności – Michnika, Kuronia, Wałęsę, Geremka, Mazowieckiego i Bartoszewskiego, zastępując ich gnomami typu Kaczyński, Macierewicz, Gwiazda, Wyszkowski. Nie uda się.”

Filmy skomentował również profesor Wojciech Sadurski: „Straszny filmik. Te zera nie wiedzą, że wolność takiego postępowania zawdzięczają w wielkim stopniu zaszczuwanemu przez nich Michnikowi. Wyrazy wielkiej solidarności z Adamem!”

Zastanawiam się czy to zwykła podłość? Czy deficyt intelektualny?

Jeden z internautów zadał ważne pytanie: „Czy oni to robią dla pieniędzy? Bo (…) jeśli naprawdę tak myślą to ja się pytam, gdzie są szkoły? Gdzie jest edukacja? Skąd bierze się taki debilizm?

Można jeszcze dopytać: kim są ludzie, którzy bez żenady, demonstrują swoją niekompetencję, nieudolność i głupotę? Czy ich tania odwaga jest wynikiem deficytu intelektualnego czy chęci zaistnienia?  Bo gołym okiem widać, że są tak samo anonimowi jak ci milicjanci z PRL.

Szczęśliwie Adam Michnik, dla tych, których pamięć nie zawodzi, albo tych, którzy po prostu znają historię, to „bohater naszych czasów, jeden z nielicznych, który miał odwagę stanąć przeciw komunie i ich okrutnym metodom!” A więc to, co stało się w sądzie „to chichot historii, że w wolnym kraju, doczekaliśmy się godnych kontynuatorów tamtych podłych czasów !!!”

Przykre, że Adam Michnik, narażając zdrowie i życie, walczył między innymi o to, by dziś takie persony mogły go bezkarnie poniżać.

Seksafery w PiS to codzienność. Rozenek na tropie

4 Kwi

Ciężkie chwile przeżywa Marek Kuchciński po publikacji w „Nie” tekstu o seksaferze na Podkarpaciu. Marszałek już na początku tygodnia żądał od tygodnika przeprosin oraz wpłaty 15 tys. zł na Caritas, ale do dzisiaj Andrzej Rozenek, autor publikacji, żadnego pisma w tej sprawie nie otrzymał.

W rozmowie z Anną Dryjańską Rozenek przyznał, że nie widział taśmy z nagraniem, ale jak mówi „mój tekst dotyczy treści zawiadomienia, które do prokuratury skierował Wojciech J. Nie wykroczyłem poza ten dokument ani jednym słowem. Sprawdzenie, czy to, o czym pisze Wojciech J. jest prawdą, czy nie, należy do prokuratury”. Wierzy, że te taśmy istnieją, na co wskazują „materiały dowodowe złożone przez Wojciecha J., między innymi nagrania audio funkcjonariuszy CBA, którzy próbują od niego uzyskać taśmę. Proponują mu za nią zresztą duże pieniądze. Chcą się dowiedzieć, skąd ją ma i namówić go do wycofania się z tego, co napisał w raportach do premiera Mateusza Morawieckiego i szefa CBA Ernesta Bejdy” oraz fakt, że do tej pory Wojciech J. uznawany był za dobrego oficera, posiadał kompetencje znacznie wykraczające poza pragmatykę służby, a dzisiaj mówi się o nim jak o osobie niespełna rozumu. To wyraźnie pokazuje, że jednak coś w tym wszystkim nie gra.

>>>

Nie zgadza się też z tymi głosami w internecie, które sugerują, że wiarygodność materiałów publikowanych w „Nie” stoi pod dużym znakiem zapytania. Jak mówi, liczy się przecież jakość a nie to, gdzie artykuł został opublikowany. Z dużym dystansem przyjmuje też zarzuty innych dziennikarzy, którzy uważają, że jeśli nie ma się konkretnych dowodów, to puszczanie tego typu tekstów jest błędem. Proponuje zatroskanym kolegom „by ruszyli tyłek zza biurka i wpadli na trop jakiejś afery, o której powinna się dowiedzieć opinia publiczna. Na szczęście oprócz tych “doradców” są również inni dziennikarze, którzy po mojej publikacji, tekstach Radia Zet, „Faktu” i “NIE”, drążą sprawę”.

>>>

Jutro w „Nie” ukaże się kolejny artykuł z nowymi informacjami o tej sprawie.

Pedofilia w Kościele, dalszy ciąg seksafery na Podkarpaciu oraz Ziobro, pokraka w życiu publicznym. Polska zidiociała

4 Kwi

Po fali ujawnień pedofilii w kościele można odnieść wrażenie, że odsetek zbrodniczych czynów w całej populacji ludzkiej jest mniejszy, niż w samym kościele. Może to tylko mylne wrażenie wynikające ze zbyt długo trwającej bezkarności księży, niemniej niezwykle szokująca jest liczba już ujawnionych księży dewiantów.

Kolejnym przypadkiem jest wikary z Wielączy koło Zamościa, Łukasz P, który, jak się okazało, ma słabość do nagich dziewczynek. Nie tylko kolekcjonował treści pornograficzne z udziałem małoletnich, ale także sam fotografował z ukrycia dziecięce nagości. Robił to ukrytą kamerą w przymierzalniach i toaletach. I właśnie taką ukrytą kamerą, będąc w Chorwacji latem 2017 roku, nagrywał w przebieralni na plaży małoletnią dziewczynkę. Szczęśliwie został przyłapany i zatrzymany. Chorwacka prokuratura zabezpieczyła telefon i komputer księdza, a zebrany materiał przekazała prokuraturze w Zamościu.

Księdzu przedstawiono siedem zarzutów. Jak poinformował rzecznik Prokuratury Okręgowej w Zamościu Artur Szykuła „obejmują one wiele zachowań podejrzanego polegających na posiadaniu treści pornograficznych z udziałem małoletnich, a także utrwalaniu nagich wizerunków różnych osób w wieku od 13. roku życia do 26 lat”.

Działalność księdza była nieźle zorganizowana. Jak informuje rzecznik prokuratury w Zamościu dokonywał on nagrań w różnych miejscach publicznych, gdzie „montował kamery niewielkich rozmiarów, by utrwalać nagie wizerunki różnych osób”. W sprawie pokrzywdzonych jest 30 osób.

Ksiądz przyznał się do winy i wyraził skruchę. Nawet chciał dobrowolnie poddać się karze. Jednak prokuratura , na wniosek ojca poszkodowanej – nie zgodziła się, ponieważ uznała, że księdzu należy się proces i surowsza kara. Grozi mu od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia. Ksiądz został zawieszony w wykonywaniu czynności kapłańskich. Jak wynika z informacji TVN24, biskup polecił również wszczęcie dochodzenia kanonicznego.

Nasuwa się pytanie, którego kościół głośno zadać nie chce: Czy istnieje jakaś zależność między celibatem a dewiacyjnym zachowaniem księży? Może warto się nad tym zastanowić?

Sprawa tzw. seks-afery na Podkarpaciu, w której tuszowanie mieli być zaangażowani szefowie Centralnego Biura Antykorupcyjnego nabiera rumieńców. W odpowiedzi na zawiadomienie w tej sprawie, jakie przeciwko m.in. szefowi CBA Ernestowi Bejdzie złożył były agent Wojciech J., doniesienie kontrujące zarzuty złożyło również biuro. Nie ma znaczenia, że z dotychczas opublikowanych przez Radio Zet i dziennik “Fakt” dokumentów wynika, że Wojciech J. był jednym z najbardziej zaufanych agentów szefa CBA, z bardzo obszernymi uprawnieniami przeznaczonymi do wykonywania zadań specjalnych.

Wygląda na to, że szukając haków na przeciwników politycznych i byłego szefa CBA Pawła Wojtunika trafił na coś, co miało nigdy nie ujrzeć światła dziennego i teraz staje się kozłem ofiarnym w walce pomiędzy służbami. O tym, jak absurdalna jest ta sprawa świadczyć może chociażby ostatnia informacja rządowego portalu tvp.info, że były agent przed 2015 rokiem miał problemy psychiczne w wojsku, co przecież w zasadzie tylko pogrąża Ernesta Bejdę, który w 2016 roku, po tym jak przyjął go do służby w niestandardowym trybie, dał mu bardzo obszerne uprawnienia. Mimo wielu starań strony rządowej, w sprawie wciąż więcej jest twardych dowodów i dokumentów potwierdzających wiarygodność agenta, niż słów ją podważających.

Pewnie dlatego, po wielkiej burzy w mediach, czy tygodnik “NIE” nie posunął się zbyt daleko publikując fragment zawiadomienia Wojciecha J., w którym jako polityka nagranego na seksualnych igraszkach ze zmuszaną do prostytucji 15-letnią Ukrainką wskazał marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, dziś ustalenia Andrzeja Rozenka w dużej mierze potwierdził Sylwester Ruszkiewicz z Wirtualnej Polski. Opublikował kolejne fragmenty z zawiadomienia, które trafiło do prokuratury regionalnej w Rzeszowie.

Mając szerokie uprawnienia Wojciech J. w okresie od stycznia do sierpnia 2017 roku, intensywnie realizował czynności operacyjne związane z tzw. aferą podkarpacką. W sierpniu 2017 r. otrzymał od swojego Osobowego Źródła Informacji (OZI) informację, iż w jednym z trzech podkarpackich domów publicznych ochranianych przez byłego funkcjonariusza Centralnego Biura Śledczego Policji Daniela Ś. Została w 2014 roku zarejestrowana wizyta jednego z najwyższych polityków PiS. Polityk ten miał dopuszczać się czynności seksualnych z nieletnią prostytutką narodowości ukraińskiej o imieniu Rusłana. Nagranie to zostało przekazane z domu publicznego przez OZI Wojciechowi J. – cytuje treść dokumentu “WP”.

Najciekawiej robi się jednak później, gdy mowa jest o innych nagraniach oraz o tym, gdzie mogą się one znajdować.

– W trakcie prowadzonych czynności operacyjnych Wojciech J. uzyskał dodatkowe informacje, iżnagrań tego typu jest dużo więcej, a zarejestrowani na nich są przede wszystkim politycy PiS oraz powiązani z nimi biznesmeni z Podkarpacia. Według informacji operacyjnych uzyskanych przez Wojciecha J., Daniel Ś, który poza ochroną agencji towarzyskich miał zajmować się sprowadzaniem prostytutek (głównie z Ukrainy), zabezpieczył kopię wszystkich kompromitujących nagrań i zdeponował w nieznanym miejscu na terenie Ukrainy – możemy przeczytać w zawiadomieniu skierowanym do prokuratury.

CBA konsekwentnie zaprzecza i przekonuje, że dowodów na podniesione przez byłego agenta zarzuty nie ma. To jednak dziwić nie powinno, bowiem w świetle relacji Wojciecha J. właśnie te dowody zostały mu podstępem odebrane z jego szafy pancernej, a dowody na to, że się w nim znajdowały również publikowały już media. O tym, że CBA powinna zostać wyłączona z dalszego badania tej sprawy świadczyć może także informacja z ostatnich dni, którą opublikował na Twitterze Mariusz Gierszewski z Radia Zet. Okazuje się bowiem, że mimo zachowania drogi służbowej, raport Wojciecha J. skierowany do premiera Morawieckiego, w którym ten informuje o ewentualnych przewinach swoich przełożonych nigdy do KPRM nie trafił. To, że Ernest Bejda uzurpował sobie prawo “cenzury” korespondencji dotyczącej m.in. jego osoby i nie przekazał dokumentu szefowi rządu nie działa dziś na jego korzyść. Sprawa z pewnością będzie miała ciąg dalszy.

Do prawdziwej pasji doprowadziła ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę decyzja Komisji Europejskiej, która wszczęła postępowanie przeciwko Polsce za system odpowiedzialności dyscyplinarnej wobec sędziów. Komisja uważa, że narusza on niezawisłość sędziowską i nie chroni sędziów przed kontrolą polityczną.

Ponieważ Ziobro jest przekonany o słuszności powołania nowej izby w Sądzie Najwyższym, ruszył do ataku na najgłośniej kwestionującego zmiany w polskim sądownictwie, Fransa Timmermansa – wiceszefa KE.

„Jeśli pan Timmermans reaguje na tego rodzaju sytuacje, gdzie Sąd Najwyższy w trakcie trwania sporu o sądownictwo uniewinnia złodzieja-sędziego i stwierdza, że ten złodziej-sędzia może dalej być nieskazitelnym sędzią i karać złodziei, jeśli tacy ukradną na przykład wiertarkę w hipermarkecie, to ja rozumiem oburzenie pana Timmermansa” – oświadczył dziennikarzom Zbigniew Ziobro.

Minister jest poirytowany i nie przebiera w słowach, bo jeśli polski rząd nie przekona Brukseli do swoich racji, to po upływie najbliższych dwóch miesięcy sprawa może trafić do Trybunału Sprawiedliwości UE.

„Chętnie zadałbym pytanie panu Timmermansowi, czy w standardzie, o jaki mu chodzi, jakiego broni, jaki chciałby przywrócić, jest to, by dotychczasowa procedura chroniła sędziów złodziei, przestępców?” – w typowej dla siebie formie pytał Ziobro.

Waldemar Mystkowski pisze o rozpoczęciu Polexitu.

Czarne chmury nad władzą PiS już jej nie opuszczą, a to znaczy, iż utrzymując się u władzy, te czarne chmury będą dotyczyć Polski, czyli nas wszystkich. Nieformalne procedury Polexitu zostały uruchomione, wszystko zmierza w tym jednym kierunku. Pozostaje tajemnicą, jaką strategię przyjmie PiS, aby obrzydzić rodakom Unię Europejską.

Tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego Trybunał Sprawiedliwości UE wyda wyrok w sprawie Krajowej Rady Sądownictwa. Pytanie prejudycjalne polskiego Sądu Najwyższego dotyczy tego, czy nowa KRS jest w stanie stać na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów.

W zasadzie to retoryka prawa rzymskiego, bowiem jak niezależna od polityków może być instytucja, gdy do jej składu powołane są osoby przez polityków. Sędziowie KRS w tym wypadku są zależni od posłów PiS, którzy ich powołują.

TSUE zatem wyda orzeczenie tuż przed eurowyborami, a więc nie będzie miał on wpływu na to, kogo Polacy wybiorą do Brukseli, bo za mało zostanie czasu, aby dotarła ta wieść do elektoratu.

Dalej niż TSUE idzie w zapasy z bezprawiem PiS Komisja Europejska, która wszczęła wobec Polski postępowanie o naruszenie prawa unijnego. A to znaczy, iż nie podporządkowując się administracyjnym orzeczeniom KE, czekają nasz kraj sankcje, a następnie – jeżeli te nie będą skuteczne – wykluczenie. Polexit wcale nie musi być powtórzeniem procedur brexitu, Bruksela sama może nas wypchnąć.

I bodaj taka pochodna strategia PiS znajdzie zastosowanie, gdyby partia Kaczyńskiego miała utrzymać się u władzy – „Unia nas gnębi, nie pozwala wstać z kolan, etc.”

Komisja Europejska nie daje się nabrać na piętrowe kłamstwa PiS, uznając, iż Polska narusza prawo unijne, sądy nie są niezależne, a sędziowie są zastraszani, szykanowani poprzez Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego.

Piętrowość kłamstw PiS jest jak umysł Jarosława Kaczyńskiego i sięga tylko pierwszego piętra, wyżej on nie podskoczy. Na parterze znajduje się KRS, której skład wybierają parlamentarzyści, zaś sędziowie są dyscyplinowani (czyli zastraszani, szykanowani, wydalani) przez Izbę Dyscyplinarną SN (pierwsze piętro), której skład powołuje KRS.

Polski rząd dostał dwa miesiące na odpowiedź ustosunkowania się do postępowania Komisji Europejskiej, dostał więc szanse, aby zmienić stanowisko. Czy Kaczyński jest w stanie zejść z pierwszego piętra swoich kłamstw i powrócić do przestrzegania prawa unijnego, tj. do standardów demokracji?

Kaczyńskiego zgnilizna moralna

2 Kwi

Austriacki biznesmen Gerald Birgfellner po raz pierwszy publicznie zabrał głos w sprawie afery Srebrnej. „Gazecie Wyborczej” ujawnił szczegóły współpracy z prezesem PiS, którego oskarża o oszustwo przy projekcie budowy bliźniaczych wież na działce spółki Srebrna w centrum stolicy.

 „Kaczyński zabiegał o to, by nikt mnie nie znał. Nawet premier. Żałuję, że mu zaufałem” – powiedział biznesmen. – „Wiedział, że jego ludzie nie są w stanie podołać takiemu zadaniu. Mówił mi, że to jego wielka idea. Że próbował ruszyć tę inwestycję od 15 lat, ale nikt nie był w stanie jej zrealizować. Jego ludzie tylko o tym gadali”. Dlatego o projekcie wielokrotnie rozmawiał z nim sam na sam. – „Raporty zawsze składałem bezpośrednio Kaczyńskiemu, nie ludziom ze Srebrnej” – ujawnił. „Czasami musiałem czekać w kuchni, by ludzie w poczekalni mnie nie widzieli” – dodał, relacjonując szczegóły współpracy z Kaczyńskim.

To nie wszystko. Austriak twierdzi, że prezes PiS w 2017 r. powiedział mu, że musi przeprowadzić się do Polski, by w pełni skoncentrować się na projekcie. – „Przeprowadziłem się w grudniu. Ufałem Kaczyńskiemu, i to nie tylko dlatego, że był członkiem rodziny. To najważniejsza dziś postać w Polsce. Jeśli nie można było ufać jemu, to komu można?” – pyta retorycznie. Prezesa PiS poznał w 2011 r. w Boże Narodzenie, u Jana Marii Tomaszewskiego, kuzyna Kaczyńskiego, podczas rodzinnego obiadu w Warszawie. Tomaszewski jest ojcem żony austriackiego biznesmena. Birgfellner z początku nie miał pojęcia kim jest Kaczyński, bo przedstawiono mu go jako wujka. Miał wrażenie, że „Kaczyński to poważny człowiek. Biła od niego charyzma, był uprzejmy i bezpośredni. Na pewno nie wydawał się kimś, kto może później zachować się tak, jak się zachował”. Biznesmen jest przekonany, że Kaczyński oszukał go, bo jest cudzoziemcem.

Wzmianka o inwestycji po raz pierwszy pojawiła się w 2016 r. Kaczyński wiedział, że Austriak obraca się w branży nieruchomości. – Mówił, że sprawa ma długą historię, a on bardzo chciałby ją zrealizować, ale musi jeszcze coś posprawdzać i poukładać sobie w głowie. Wtajemniczył mnie w 2017 r. Wtedy po raz pierwszy spotkaliśmy się na Nowogrodzkiej. Dowiedziałem się, że chodzi o wieżowiec – relacjonuje Austriak. Powiedział prezesowi PiS, że „na słowo nie możemy się umawiać”. Dlatego otrzymał od zarządu Srebrnej pełnomocnictwo, ale cały projekt miał przebiegać „w absolutnej tajemnicy”. Jak mówił mu Kaczyński, rozmawiał z Mateuszem Morawieckim o wieżowcu i usłyszał od niego, iż obawia się naszego projektu, bo może to kosztować PiS utratę głosów – dodaje. Dlatego na prośbę prezesa PiS zgodził się „przynieść pieniądze do zapłaty za podpis, bez którego projekt nie ruszy”.

Birgfellner twierdzi, że Kaczyński mógł go oszukać, by na biurku mieć najlepsze z możliwych projekty umów z deweloperami i najlepszych wykonawców. Dlaczego? Otóż „Umowa ze Strabagiem została uzgodniona w każdym szczególe, gotowa do podpisania. Tak samo z Gleeds. Był przygotowany przetarg dla architektów – wymienia biznesmen. Wszystko było gotowe w maju 2018 r., włącznie z umową o kredyt. I wówczas, w ostatniej chwili Jarosław Kaczyński wycofał się ze współpracy z austriackim biznesmenem. – „Wystarczyło podpisać dokumenty, ale Kaczyński powiedział mi „dziękuję” i że chciałby mi zapłacić, ale nie może. I kazał iść do sądu, w którym miał potwierdzić, że wszystkie te prace wykonaliśmy dla Srebrnej” – mówi „GW” Gerald Birgfellner. W odpowiedzi na to Austriak złożył zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, tj. braku zapłaty za zlecenie związane z przygotowaniami do budowy wieżowców.

>>> (stan gry)

Pierwszy raz od wybuchu afery z inwestycją spółki Srebrna w Warszawie głos w tej sprawie zabrał autor zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego – austriacki biznesmen Gerald Birgfellner. O kulisach przygotowań do budowy monumentalnego wieżowca, zwodzenia go przez faktycznego szefa Srebrnej czy niezwykle nieprzyjemnym zakończeniu współpracy bez uzyskania od zleceniodawcy ani złotówki mówił w rozmowie z dziennikarzami “Gazety Wyborczej”.

Myślę, że właśnie dlatego mnie oszukał, bo jestem cudzoziemcem. Wiedział, że pracuję w branży nieruchomości od długiego czasu, dowiedział się od rodziny o moich osiągnięciach w Austrii. Wiedział, że jego ludzie nie są w stanie podołać takiemu zadaniu jak budowa wieżowca przy Srebrnej. Mówił mi, że to jego wielka idea, że próbował ruszyć tę inwestycję od 15 lat, ale nikt nie był w stanie jej zrealizować. Jego ludzie tylko o tym gadali. Może wykorzystał mnie i moją wiedzę tylko po to, by mieć na biurku najlepsze z możliwych projektów umów z deweloperami, żeby mieć najlepszych wykonawców. Umowa ze Strabagiem została uzgodniona w każdym szczególe, gotowa do podpisania. Tak samo z Gleeds. Był przygotowany przetarg dla architektów, którzy mieli zaprojektować budynek, współpracując z prof. Neumannem, twórcą koncepcji wieżowca. Wszystko było gotowe w maju 2018 rok. łącznie z umową o kredycie. Wystarczyło podpisać dokumenty. Ale potem Kaczyński powiedział mi “dziękuję” i że chciałby mi zapłacić, ale nie może. I kazał iść do sądu, w którym miał potwierdzić, że wszystkie te prace wykonaliśmy dla Srebrnej – pada pierwszy i w zasadzie najpoważniejszy zarzut z ust austriackiego biznesmena.

Poniekąd jest w nim cała istota oszustwa, którego podczas 50 godzin przesłuchań w warszawskiej Prokuraturze Okręgowej nie może dopatrzeć się prokurator Śpiewak. Półtora roku ciężkiej pracy na poziomie nieznanym środowisku skupionym wokół “dobrej zmiany”, popchnięcie sprawy przygotowań do inwestycji niemal do samego finału, przejęcie od Birgfellnera kartonów z przygotowanymi dokumentami, a następnie zrobienie z niego oszusta i zakwestionowanie wszystkich jego roszczeń. Koszmarny obrazek dla każdego zagranicznego inwestora, który kiedykolwiek myślał o wchodzeniu we współpracę z pisowską władzą. Zresztą aspekt bycia obcokrajowcem i współpracy w ramach swoich zleceń właśnie z zagranicznymi kancelariami i firmami doradczymi stał się nawet przedmiotem żenującego “przesłuchania”, jakiego dopuściły się osoby skupione wokół Srebrnej, gdy już zapadła decyzja o odprawieniu Birgfellnera z kwitkiem.

Kaczyński kazał mi przynieść faktury, przekazałem mu je. Powiedział, bym przyszedł na Nowogrodzką następnego dnia o 10 rano. Spodziewałem się, że porozmawiamy o płatnościach. Na miejscu okazało się, że w jego gabinecie siedzi piętnaście osób, ale Kaczyńskiego nie ma. A przecież przez rok o projekcie rozmawialiśmy praktycznie raz w tygodniu. I nagle zaczęło się coś, co wyglądało jak rozprawa przed jakimś trybunałem. Tak to nazywam. Ludzie Srebrnej – pani Goss, pani Kujda, pan Cieślikowski, Grzegorz Tomaszewski, pani Basia – siedzieli w dwóch rzędach, ja naprzeciw nich. Ich prawnik Michał Zuchmantowicz zaczął mnie przesłuchiwać. (…) Od ludzi Srebrnej biła nienawiść. Pytano, kto mi doradził, by zrobić to czy tamto, by skorzystać z takiej oferty, z takiego prawnika. Odpowiedziałem, że pan Kaczyński. Padło absurdalne pytanie o to, jak zamierzałem dostać wuzetkę. Albo dlaczego zleciłem prace architektowi z Austrii. Bo oni mają architekta, który pracowałby za 3 tys. zł. Ewidentnie nie mieli pojęcia, co to znaczy budować wieżowiec. Nagle dowiedziałem się też, że Nuneaton nie należy do Srebrnej, tylko do mnie . To absurdalne kłamstwo. Nieustannie mnie atakowali. Miałem wrażenie, że nie mają pojęcia o tym, co robiłem i co udało mi się załatwić. Dla nich byłem kłamcą, oszustem, austriackim złodziejem. To, że jestem obcokrajowcem jeszcze ich nakręcało. To było niewiarygodne. Nie przeżyłem czegoś takiego do tej pory. Gdybym wiedział, że odbędzie się nade mną sąd, wziąłbym prawników i partnerów. Byłem w głębokim szoku, moi partnerzy też. Pytali, dlaczego do tego doszło. Odpowiedziałem, że nie wiem. Zaraz po spotkaniu Srebrna wymówiła mi pełnomocnictwo, a ja od razu zrezygnowałem z zasiadania w zarządzie Nuneatonu – mówił dziennikarzom GW roztrzęsiony biznesmen.

Co ciekawe, Birgfellner wspomina o nowym politycznym wątku tej sprawy i możliwym udziale premiera Morawieckiego w ostatecznym podjęciu decyzji o zaprzestaniu inwestycji. Jego zdaniem to właśnie obecny szef rządu, który jak opisywały niedawno media, zyskuje coraz większe zaufanie prezesa PiS, miał również odwodzić Kaczyńskiego od sfinalizowania umowy z Birgfellnerem. Premier miał się bać reakcji polskich wyborców, obawiał się o stratę głosów. Może przekonał Kaczyńskiego, by mnie odsunął, a pracę nad zapięta przeze mnie na ostatni guzik inwestycją powierzył komuś innemu? Jakiemuś polskiemu deweloperowi? – pyta retorycznie Austriak.

Sprawa niewątpliwie będzie jeszcze wracać przez wiele miesięcy, choć jak przyznaje w rozmowie z dziennikarzami “GW” biznesmen, nie ma już nadziei, że śledztwo przed polskim prokuratorem będącym częścią systemu, nad którym Jarosław Kaczyński sprawuje pieczę, posunie się do przodu choćby o krok przed wyborami parlamentarnymi. Poddawać się jednak nie zamierza i z obszernej rozmowy wprost wynika, że nie chodzi mu jedynie o pieniądze, ale o jego zszarganą reputację oraz o elementarne prawo i sprawiedliwość. Ich brak w naszym rodzimym kraju nad Wisłą należy wytykać z bezwzględną stanowczością.

Cały wywiad tutaj

…i kto wie czy nie ma racji. Różnica zdań w resorcie finansów, opór obecnej jego szefowej wobec populistycznych pomysłów PiS, zmusza trzeźwo myślących do zastanowienia. Wygląda tak jakby wicepremier też tracił dotychczasową pewność…

„Tzw. piątka Kaczyńskiego jest – co sam prezes podkreśla – trudna do wykonania, ale możliwa do pogodzenia z rygorami budżetowymi” – oświadczył ostrożnie w rozmowie z „Dziennikiem Gazeta Prawna” Jarosław Gowin.

Biada jednak opozycji, gdyby przejęła władzę, bo wtedy … „Jak rząd próbuje rozdać więcej niż stać na to budżet, to po krótkiej fieście funduje obywatelom biedę. Taki scenariusz grozi Polsce, gdyby jesienią władzę przejęła opozycja” – dodaje.

Wypowiedź Gowina razi jeszcze większą niekonsekwencją, gdy bardziej się w nią wsłuchać. Wicepremier straszy, że budżet zrujnują obietnice… opozycji. O których myśli, tego nie precyzuje. Mówi natomiast:

„Realizacja tych zapowiedzi pchnęłaby nas na ścieżkę rumuńską. Rząd Rumunii zaczął obiecująco, bo od zdecydowanego obniżenia podatków. Efektem był 7-procentowy wzrost gospodarczy. Równocześnie jednak o kilkadziesiąt procent podniesiono emerytury, świadczenia socjalne i zarobki w sferze budżetowej. Konsekwencją okazała się inflacja, gwałtowny wzrost importu, ogromny deficyt budżetowy, radykalny spadek konkurencyjności rumuńskich firm i w efekcie stagnacja gospodarcza, z której Rumunia będzie wychodzić długimi latami” – mówi Jarosław Gowin.

Jednocześnie zapewnia, że „w tym i następnym roku realizacja programu (PiS – red.) jest niezagrożona.” Jak będzie dalej tego już nie precyzuje. „Ale – wbrew temu co twierdzi opozycja – nie ma już pola na dalsze programy socjalne” – podkreśla. „Można by je realizować tylko drogą podnoszenia podatków. Czyli jedną ręką dając, a drugą odbierając” – dodaje wicepremier Gowin jakby nie dostrzegając mechanizmów, które rządzą obecną populistyczną polityką rządzących.

Jak wiemy wprowadzenie nowych rozwiązań prezes PiS Jarosław Kaczyński zapowiedział na lutowej konwencji wyborczej w Warszawie. W tzw. piątce Kaczyńskiego znalazły się: świadczenie wychowawcze z programu Rodzina 500 Plus na każde dziecko, „trzynasta emerytura” w wysokości najniżej emerytury z ZUS, zerowy PiT dla pracujących do 26 roku życia, obniżenie kosztów pracy oraz przywrócenie lokalnych połączeń autobusowych. Sadząc po wypowiedzi Gowina – właśnie doszedł do „ściany”.

W mediach aż huczy. Posłowie Platformy składają wniosek do marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego o rozszerzenie porządku najbliższego posiedzenia Sejmu o informację koordynatora ds. służb specjalnych Mariusza Kamińskiego na temat działań, jakie podejmowało CBA w sprawie „afery podkarpackiej”. A pan premier tkwi w błogiej niewiedzy…

Po prostu adresowany do niego raport byłego agenta CBA, Wojciecha J. który informował m.in. o tuszowaniu w CBA seks-skandalu z ważnym politykiem PiS… miał nigdy nie trafić do KPRM.

„To patologiczna sytuacja w służbach. Jeden z funkcjonariuszy CBA, posiadając, jak twierdzi, kompromitujące materiały dotyczące jednego z polityków PiS, zwrócił się do szefostwa CBA oraz do premiera. I ta sprawa, poprzez działania kierownictwa CBA, miała być „skręcona”. Funkcjonariusz był przekonywany, by zmieniać zeznania i treść notatek! To skandal” – powiedział Wirtualnej Polsce były wiceminister w rządzie PO Paweł Olszewski.

Z kolei Marcin Kierwiński, szef sztabu wyborczego PO zapewnił, że sprawy nie odpuści i tak mówi o agencie, który raportował o rzekomym tuszowaniu spraw przez CBA: „Były funkcjonariusz CBA Wojciech J. miał bardzo szerokie uprawnienia od szefa CBA. Był agentem ze specjalnymi licencjami, potrzebnymi do kontrolowania właściwie każdego w kraju, łącznie z byłymi szefami służb specjalnych. Wykrył poważną aferę. Zgłosił ją kierownictwu CBA. I co ono zrobiło? Zajęło się tym, by uciszyć tego agenta. Zatrudnionego przecież przez ekipę PiS. Przez wiele lat ten agent był dla szefostwa CBA wiarygodny! Przestał, gdy poinformował o aferze z udziałem polityka partii rządzącej” – podsumowuje Kierwiński.

Politycy opozycji mówią wprost: „polskie służby nie działają i stały się agencją ochronną polityków PiS”.

„Jeśli służba antykorupcyjna przestała zajmować się władzą, to znaczy, że przestała działać” – podsumowuje Kierwiński i w imieniu opozycji domaga się przeprowadzenia kontroli w CBA przez Centralne Biuro Śledcze Policji.

Waldemar Mystkowski pisze o seksaferze z Kuchcińskim w roli głównej.

Marek Kuchciński to swoisty fenomen. Mało kto wie, że jest marszałkiem Sejmu, czyli drugą osobą (głową) w państwie. Gdyby Andrzejowi Dudzie coś się stało, Kuchciński – znany niewielu Polakom – pełniłby obowiązki prezydenta RP.

Można powiedzieć, że Kuchciński powoduje kolokwialny śmiech na sali. Nie tylko z tego powodu, że jego znaczenie publiczne jest groteskowe, bo nie dał się ludziom poznać, oprócz takich okruchów incydentalnych, nic nieznaczących epizodów, gdy wykluczył z posiedzenia Sejmu Michała Szczerbę za zwrot „Panie marszałku kochany…”, oraz z taśmy wideo z jakiegoś spotkania z elektoratem pisowskim, na którym poczynił swoje wyznanie polityczne, iż „odszczurzyłby” Polskę z tych, którzy mu się nie podobają. Kuchcińskiego poznaliśmy więc ze strony braku osobowości, który to brak nie pozwala mu uczestniczyć w debatach, dyskusjach, a nawet w wywiadach.

Taka zmarginalizowana postać jak Kuchciński ma szansę zaistnieć tylko dzięki skandalowi. Czy będzie skandalem seksafera – w istocie źle rozpoznane semantycznie przypuszczenie – w której podejrzewa się, że Kuchciński dopuścił się aktu z nieletnią Ukrainką? Czy jest to prawdą? Czy Andrzej Rozenek, były poseł, a obecnie dziennikarz tygodnika „Nie” ma twarde dowody na to, że Kuchciński dopuścił się tego skandalicznego czynu?

Mniemana seksafera z Kuchcińskim waniajet już jakiś czas. Sam zainteresowany nie dementuje, nie wypowiada się. Za Kuchcińskiego wyraził się dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu (czujecie to nomenklaturowe nabzdyczenie, a to tylko rzecznik) Andrzej Grzegrzółka, informując, że „marszałek Sejmu będzie stanowczo bronił swojego dobrego imienia” i pozywał za teksty o skandalu obyczajowym. Słabe to bronienie „dobrego imienia” – wygląda na to, że zwłoka z dementowaniem seks-skandalu może służyć zamiataniu zdarzenia pod dywan, „rozmowom” z osobami – w tym z agentem CBA – dzięki którym wieść wyciekła. Rozważając rzecz na chłodno, stwierdzam, iż Kuchciński nie wytrzymuje ciśnienia sprawowanego urzędu.