Tag Archives: Sejm

W PiS Krystyna Pawłowicz robi na drutach, Jarosław Kaczyński sra po butach. Trawestacja popularnego wierszyka

4 Mar

W poniedziałek, od samego rana straż marszałkowska miała pełne ręce roboty. Marszałek Marek Kuchciński kazał bowiem „zaaresztować” ustawioną na sejmowym korytarzu tablicę zatytułowaną „Układ Kaczyńskiego”, która zgromadziła fotki osób związanych interesami prezesa.

Poczynając od „znikającego” ks. Sawicza i najbliższego współpracownika Kaczyńskiego Adama Lipińskiego, z tablicy „patrzą” na nas twarze takich osób jak m.in. wierny brytan Marek Suski, zdradziecki Kazimierz Kujda z małżonką, słynna pani Basia, czyli szefowa kancelarii prezesa Barbara Skrzypek, przyjaciółka Janina Goss, członkowie rodziny prezesa – panowie Tomaszewscy, a także szefowie służb specjalnych z Mariuszem Kamińskim na czele.

 

Centralnie ustawiono na tablicy fotografię Jarosława Kaczyńskiego, nie zapominając o dziełach jego życia, czyli Instytucie Lecha Kaczyńskiego oraz wymarzonych dwóch wieżach, które miały stanąć na Srebrnej.

Długo nie dało się tej „ekspozycji” oglądać, bo szybko musiała zniknąć.

„Co myśleć o władzy, która boi się małej tabliczki pod tytułem „Układ Kaczyńskiego” (…) Pytam retorycznie…” – zapytał Jacek Liberski

„Tak panicznie boją się prawdy, że nawet tablica to zbyt wiele. Niebywałe” – wyjaśnił mu z miejsca Cezary Tomczyk z Platformy.

Adam Jankowski z kpiną tłumaczył, że widocznie jest niezgodna z przepisami dotyczącymi wystaw i zapewne utrudnia ewakuację w razie pożaru. „PiS-owska tablica smoleńska stoi w korytarzu sejmowym już 9 lat” – przypomniał.

Tak bardzo nikt z PIS nie był w stanie wytłumaczyć się z taśmy Kaczyńskiego koperty Kaczyńskiego, że została „zdeponowana”. Jakby układ nie istniał – skomentowała sytuację na Twitterze Monika Wielichowska i podkreśliła: „Ale on istnieje i afera PIS jest!”

„W Sejmie mogą od teraz być pokazywane wyłącznie wiersze sławiące mądrość i przenikliwość Jarosława Kaczyńskiego” – podsumował poniedziałkowe wydarzenie Pablo Morales.

49 – letni Ks. Krzysztof M.  proboszcz parafii we Wleniu na Dolnym Śląsku, po suto zakrapianym spotkaniu stanu kapłańskiego z regionu jeleniogórskiego wsiadł za kółko i… stało się.

Dziennik „Fakt” podaje, że pijany w sztok kapłan miał do przebycia 20 – kilometrowy odcinek z Lwówka Śląskiego – gdzie odbywała się impreza – do miejsca swojego zamieszkania. To nie mogło się udać. Otumaniony alkoholem ruszył w drogę wężykiem. Prawie zaraz na starcie, na ulicy Jaśkiewicza we Lwówku Śląskim, wjechał w przydrożne barierki!

Zamiast zatrzymać się, pojechał dalej. Nie umknęło to jednak uwadze świadków, którzy powiadomili policję. Kilka minut później, w miejscowości Pławna patrol zatrzymał pijanego duchownego. Miał 2 promile w wydychanym powietrzu!

Za pijacki rajd grozi mu więzienie. Nie ominą go również konsekwencje kościelne. „Ksiądz został zawieszony w obowiązkach proboszcza. O dalszych konsekwencjach zdecyduje biskup” – oświadczył Faktowi ks. Waldemar Wesołowski z kurii legnickiej.

Wielebny Krzysztof M. ma wiele do stracenia. Uchodzi za ważnego i wpływowego kapłana w swoim regionie. Mozolnie piął się po szczeblach kościelnej kariery – został nawet wicedziekanem dekanatu lwóweckiego. Nie jest jednak nietykalny.

Wielebny Krzysztof M. ma wiele do stracenia. Uchodzi za ważnego i wpływowego kapłana w swoim regionie. Mozolnie piął się po szczeblach kościelnej kariery – został nawet wicedziekanem dekanatu lwóweckiego. Nie jest jednak nietykalny.

Ten jednak dostrzega prostą analogię z jedną ze scen głośnego filmu Wojciecha Smarzowskiego „Kler”. Tam ksiądz grany przez Roberta Więckiewicza, po suto zakrapianej imprezie z kolegami swego stanu, kompletnie zalany wsiada za kółko i wraca do swojej parafii. Po drodze powoduje wypadek, po czym ucieka z miejsca kolizji. Podobnie było na Dolnym Śląsku – pisze dziennikarz „Faktu”.

Podejrzanym nie jest już ten, kto wykręca się od obiecanej zapłaty, tylko ten, kto się jej domaga

Mimo koszmarnych wpadek i ujawniania kolejnych afer poparcie dla PiS maleje w niewielkim tylko stopniu. To dowód, że „dobra zmiana” głęboko przeorała świadomość Polaków, nie oszczędzając również naszego poczucia przyzwoitości.  Partia Kaczyńskiego systematycznie niszczy dotychczasowe zasady i reguły postępowania w przekonaniu, że skoro ma prawo decydować o tym, co w Polsce jest legalne, to wolno jej również rozstrzygać, co jest etyczne. I tak, jak bezprawnie stanowi prawo, tak i moralne normy ustanawia niemoralnie.

Dobra zmiana jest etyczna, ponieważ to niemożliwe, żeby etyczna nie była. Niemoralni są natomiast ci, co zarzucają rządzącym czyny nieetyczne. Na przykład dziennikarze, których powinien zdyscyplinować sąd. Albo sędziowie, którymi musi się zająć ministerialna izba dyscyplinarna. Lub też prokuratorzy, którymi zainteresować się muszą inni prokuratorzy. I wielu innych, co dotąd jeszcze nie zrozumieli, na czym polega nowa demokracja. A polega ona m.in. na odwróceniu ról. Podejrzanym nie jest już ten, kto wykręca się od obiecanej zapłaty, tylko ten, kto się jej domaga.  Winnym tolerowania bandyckiej mafii w wołomińskim parabanku nie jest człowiek, który tamtejszy SKOK nadzorował i nagradzał kierujących nim mafiosów, tylko ten, który pierwszy stanął przeciw mafii i omal nie stracił życia w tym starciu. Przyzwoitym jest facet, który zapewnia, że spotkał się z prokuratorem wcale nie po to, by zapoznać się z zeznaniami i oskarżeniem we własnej sprawie, tylko dlatego, bo szalenie go interesuje banalna ustawa o lichwie, a jeśli jest w tym coś niemoralnego, to tylko to, że dał się złapać na spotkaniu umówionym w miejscu, gdzie nie powinno być dziennikarzy.

Wzorcami etosu są funkcjonariusze PiS otrzymujący sute profity za wygłaszanie opinii, że do polityki nie idzie się dla pieniędzy, narzucający normy postępowania, których ani myślą przestrzegać.  Wcieleniem przyzwoitości jest premier Morawiecki, który głosi absolutną wiarygodność rządu realizującego w pełni wszelkie obietnice, zapominając o swoich zapewnieniach w sprawie milionów mieszkań, samochodów elektrycznych, dronów, lukstorped i promów, po których została dziś rdzewiejąca stępka.  Wzorem poprawności politycznej jest posłanka opluwająca Unię Europejską i wykrzykująca w Sejmie obraźliwe wyzwiska, a ostatnim chamem ten, kto tej kobiecie ośmieli się przekazać ewangelicznie wezwanie: – „Idź i nie wrzeszcz więcej”…

Nieprzyzwoici są ci, co zarzucają PiS, że chce nas wyprowadzić z Unii. Bo przecież PiS kocha Unię i dlatego chce, żeby była słaba, by dawała się Polsce doić, żeby rządziła niesprawiedliwie – na korzyść Polski kosztem innych krajów – żeby stała się klubem, który nasz kraj zaszczyca swoją obecnością i żeby się nie wtrącała, gdy Polska narusza klubowy regulamin.  Pisowskie przekazy dnia głoszą, że porozumienie partii opozycyjnych i ich wspólny start do parlamentu europejskiego jest nieprzyzwoity, a to dlatego, że kiedy zdobędą mandaty, to rozejdą się do unijnych ugrupowań zgodnie z programami poszczególnych partii. Czyli moralne jest przyłączanie się do ugrupowań o programach sprzecznych z własnym!  To właśnie planuje narodowa i eurosceptyczna Zjednoczona Prawica pod wodzą PiS, które zarzeka się, że w parlamencie unijnym nie zintegruje się z unijnymi ekstremistami narodowymi i eurosceptycznymi. Przy okazji – zdaniem rzeczniczki PiS Beaty Mazurek absolutnie uczciwe jest oszukiwanie wyborców głosujących na człowieka, który potem przekaże mandat komu innemu.

„Dobra zmiana” z łatwością zamieniła europejskie standardy na własne. Polska to jedyny kraj na świecie, gdzie rozważano wprowadzenie przepisu, że jednorazowe pobicie kobiety, to nie jest przemoc. Beata Szydło, wicepremier do spraw społecznych (!), chwali radnych Zakopanego za to, że rządzą jedynym miastem w Polsce, gdzie nie realizuje się programu przeciwdziałania przemocy w rodzinie. Policja i prokuratura coraz częściej odmawiają wszczęcia postępowania przeciw autorom i fundatorom billboardów epatujących krwawymi szczątkami ludzkimi , stawianych obok tych nielicznych szpitali, gdzie zgwałcone kobiety mogą jeszcze zrealizować swoje prawo do aborcji. Prezydent lekceważy decyzję NSA zawieszającą procedurę mianowania nowych sędziów Sądu Najwyższego, mianując na to stanowisko założyciela fundamentalistycznej organizacji Ordo Iuris, która sprzeciwia się, by w szkołach organizowano lekcje przeciw nienawiści.

Mianowani przez PiS szefowie państwowych firm płacą ogromne uposażenie przystojnym mężczyznom lub atrakcyjnym kobietom, których główną, czy może nawet jedyną kwalifikacją są, że tak powiem, walory wizerunkowe. Rozczulające były reakcje funkcjonariuszy PiS na wielkopańskie metody sprawowania urzędu przez prezesa NBP. Ich zdaniem nieprzyzwoite zarobki tamtejszych dyrektorów już wcześniej były nieprzyzwoite, choć w rzeczywistości były znacznie niższe. A co do decyzji kadrowych, organizacyjnych i finansowych pana Glapińskiego, to może i są one trudne do zaakceptowania, ale przecież nie da się w tej sprawie nic zrobić, bo konstytucja gwarantuje prezesowi NBP absolutną niezawisłość, pełną niezależność i bezwzględną nieusuwalność ze stanowiska.

Paradne!  Można zaanektować Trybunał Konstytucyjny i zawłaszczyć Krajową Radę Sądownictwa, ale skarbnika prezesa Kaczyńskiego tknąć niesposób… Przecież wystarczyłoby uchwalić obniżenie wieku emerytalnego dla prezesów NBP! A serio – całkiem legalnie oskarżyć można pana Glapińskiego z par. 296 KK o niegospodarność, pozbawić immunitetu, postawić przed sądem i po skazaniu odwołać.  Szkopuł w tym, że sprawa dotyczy skarbnika samego Prezesa. Ale gdyby nawet zdetronizowano Wielkiego Wezyra, to przed wyborami nie wpłynęłoby to mobilizująco na tysiące funkcjonariuszy PiS uczepionych rozmaitych posad i posadek . Bo – jak pisze angielski korespondent Christian Davies – Polacy lubią rozprawiać o tym, jak pięknie jest umierać za ojczyznę, ale mało kto dla dobra kraju zrezygnuje z utraty stanowiska czy choćby części wynagrodzenia.

Z pewnością nie wszyscy głosiciele Nowej Moralności i nie wszyscy, którzy akceptują jej praktyczne przejawy, to zdeklarowani cynicy i zdemoralizowani koniunkturaliści. Jest wśród nich sporo ofiar indoktrynacji pracowicie sączonej przez publiczne niegdyś media. Telewizja Kurskiego codziennie bowiem podsuwa odbiorcom odpowiedź na pytanie – jak poczuć się przyzwoitym będąc niemoralnym?  Na ogół odpowiedź jest ta sama: trzeba głośno, stanowczo i w patriotycznej tonacji zarzucać innym nieprzyzwoitość. Na szczęście – jak wskazują badania opinii – szybciej niż ubywa wyborców PiS przybywa ludzi, którzy traktują telewizję narodową jak nachalnego i kłopotliwego gościa. Gościa, którego czasem trzeba przyjąć w domu, ale prosisz go, żeby nie zdejmował butów, bo masz podświadomą pewność, że mu nogi śmierdzą.

Waldemar Mystkowski pisze, co zostało z zakazu handlu w niedzielę.

Już równo rok Polacy męczą się z zakazem handlu w niedzielę. Jaki cel przyświecał PiS-owi, aby przepchnąć pomysł narzucenia rodakom tego, czego „nie mają robić w wolnym czasie”?

PiS to partia genetycznie związana z PRL-em, wówczas niedziele były wolne od handlu, pozostałe dni tygodnia często też były wolne od handlu, sklepy nie miał czym handlować, choć nie uwarunkowało to czasu wolnego od pracy. To jest podstawowy gen, od którego uzależniona jest partia Kaczyńskiego. To są te wartości, które dzisiaj dla niepoznaki nazywane są np. wartościami chrześcijańskimi.

W niedzielę odbywały się czyny społeczne, PiS zapatrzony w tę narzuconą „bezinteresowność” dla wspólnoty za podszeptem funkcjonariuszy Kościoła katolickiego zakazał handlu dla dobra rodziny. Jakoby rodzina bardziej cementowała się, gdy nie łazi po sklepach.

W głębszym zamyśle duchownych – tych bliskich formatu Rydzyka – zakaz miałby napędzić więcej wiernych do kościołów, a tym samym szczodrzej miało im skapnąć na tacę.

Propagandowo zakaz w niedzielę miał po prostu dać wolne pracującym w handlu, co było pomysłem upadającego związku zawodowego „Solidarność”. A także polepszyć los małych sklepów, które w zderzeniu z wielkimi sieciami handlowymi przegrywały konkurencję. Okazało się, że zakaz tylko przyspieszył agonię sklepikarzy. Zyskały na tym stacje benzynowe, a szczególnie państwowy koncern PKN Orlen.

Do czego PiS się nie zabierze, nie udaje im się. Także nie wyszedł ten eksperyment na Polakach. Tak zresztą, jest z ideologiami, które mają uszczęśliwiać społeczeństwo i naród. Partia Kaczyńskiego nie nadąża za nowoczesnością, wysługuje się zamierzchłym instytucjom i ideom, które niczego nie rozwiązują, a wręcz komplikują, bądź są zawalidrogą w codziennym – a w tym wypadku świątecznym – życiu.

Oczywiście zostanie to kiedyś naprawione, tymczasem męczymy się z uszczęśliwianiem na siłę. Opozycja występuje kolejny raz z rozwiązaniem tego problemu. Platforma Obywatelska apeluje do marszałka Marka Kuchcińskiego, aby wyciągnął z sejmowej zamrażarki projekt zmian w Kodeksie pracy, który został złożony już w listopadzie 2017 roku.

Otóż pracującym w niedzielę w handlu przysługiwały za to, co najmniej dwie wolne niedziele, w przeciągu 4 tygodni. To miałoby zmniejszyć dyskryminację pracowników i zapewnić im takie same prawa.

Czy PiS jest gotowy przyznać się do porażki i wycofać się z kolejnego pomysłu, który jest totalnie ideologiczny, zwłaszcza że większość Polaków zakaz handlu w niedzielę ocenia bardzo krytycznie?

A to wygląda na jakąś zorganizowaną akcję, prez. Majchrowski też dostał taką przesyłkę

Kaczyński stanowi bezprawie

26 Sty

Według regulaminu Sejmu każdy poseł ma obowiązek nie tylko zawiadamiać o swojej nieobecności podczas głosowania, ale także ją pisemnie usprawiedliwiać przed Marszałkiem Sejmu bądź przewodniczącym komisji.

W przypadku braku usprawiedliwienia posłowi obniża się uposażenie.

Do zapisów w regulaminie stosują się wszyscy oprócz jednego posła, który zdaje się zasiadać w ławie sejmowej na specjalnych warunkach.

Jak ustalili dziennikarze fakt.pl w obecnej kadencji Sejmu odbyło się 7068 głosowań z czego poseł Jarosław Kaczyński nie uczestniczył aż w 1674 głosowaniach.

Niestety, nie ma usprawiedliwień tych nieobecności, ale też najważniejszy poseł PiS nie figuruje na liście potrąceń za nieusprawiedliwione nieobecności. Kto zatem wytłumaczył prezesa? Kto zapłacił za jego absencję? A może należy przyjąć zasadę znanego przysłowia, że co wolno „prezesowi”, to nie tobie……

Włodzimierz Cimoszewicz o Sejmie jako koszarach

29 Gru

Włodzimierz Cimoszewicz skrytykował błyskawiczny tryb prac nad pisowską ustawą, mającą zapobiec podwyżce cen energii w 2019 roku. Posłowie podczas debaty dostali „aż” 30 sekund na wypowiedź, a z projektem ustawy praktycznie nie mieli możliwości się zapoznać. – „Granica absurdu została przekroczona już dawno, gdy debatę ograniczono do wystąpień kilkunastominutowych czy jednominutowych. To ciężka odpowiedzialność polityczna spadająca na partię mającą większość, ale także osobista spadająca na marszałka Sejmu” – stwierdził były premier w TVN24.

Dodał, że Marek Kuchciński skazuje Sejm na milczenie, a „w świetle prawa, w świetle regulaminu Sejmu marszałek jest odpowiedzialny za obronę powagi Sejmu. Obecny marszałek wyobraża sobie tę obronę w taki sposób, że posła, który do niego zwraca się „marszałku kochany” karze wykluczeniem z obrad”. To oczywiście aluzja do słów posła PO Michała Szczerby. – „Parlament to miejsce, gdzie się przemawia, gdzie jest spór werbalny. Otóż w tej chwili zastąpiono to musztrą koszarową. Polski Sejm i Senat są dzisiaj instrumentami bardzo doraźnej manipulacji” – podkreślił Cimoszewicz.

Odniósł się też do wycofania się przez rząd PiS z podwyżki cen prądu. – „To są działania mające na celu wypaczenie gry rynkowej na rynku energii. Zobaczymy, czy te formy rekompensat z funduszu rekompensat, tworzonego przy tej okazji, nie zostaną zakwestionowane przez Komisję Europejską jako naruszające zasady wolnej konkurencji i dopuszczalnej pomocy publicznej” – zauważył Cimoszewicz.

Były premier uważa, że Polska już jest na marginesie Unii Europejskiej. – „Jest w tej chwili krajem z Czarnym Piotrusiem w ręku, krajem symbolizującym negatywne procesy, tendencje polityczne, jakie w niektórych państwach – zwłaszcza w Europie Środkowo-Wschodniej – występują. I już dzisiaj na tym bardzo traci” – podsumował Cimoszewicz.

Tchórze PiS barykadują instytucje demokratyczne, wypisują Polskę ze świata, czyniąc z kraju Zadupie

29 List

Patryk Wachowiec, analityk prawny FOR, złożył skargę na szefa Kancelarii Sejmu, ponieważ odmówiono mu wstępu na posiedzenie 9 maja, kiedy trwał protest rodziców osób niepełnosprawnych. W tym okresie służby parlamentu (Straż Marszałkowska) zabroniły wydawania jednorazowych przepustek i kart prasowych, mimo że swobodę wejścia na teren Sejmu miały m.in. zorganizowane wycieczki i niektóre z osób zaproszonych przez posłów. Wachowiec stwierdził, że odmowa wstępu była naruszeniem Konstytucji, konkretnie art. 61 ust. 2, w myśl którego obywatele mają prawo „wstępu na posiedzenia kolegialnych organów władzy publicznej pochodzących z powszechnych wyborów, z możliwością rejestracji dźwięku lub obrazu”.

Dziś przed Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym w Warszawie rozpoczął się proces w tej sprawie. Patryk Wachowiec zaznaczył, że sprawa jest precedensowa, a „orzeczenie sądu wyznaczy linię orzeczniczą na przyszłość”. Podkreślił, że jawność życia publicznego jest jednym z elementów demokratycznego państwa prawnego. Jego zdaniem, regulamin Sejmu, na który powołano się przy odmowie wstępu, dał marszałkowi Markowi Kuchcińskiemu zbyt dużą władzę do określenia trybu dostępu i przesłanek ograniczających zasady wstępu.

 

Sędzia Alina Balicka odroczyła orzeczenie do 13 grudnia. – „Sąd uznał, że sprawa jest na tyle precedensowa, że potrzebuje jeszcze czasu na rozważenie argumentów” – napisał Wachowiec na Twitterze. Zwrócił też uwagę na symboliczną datę wydania wyroku.

>>>

>>>

Prezydent Duda mógłby ją wezwać w 12 minut. (…) Tam należało włączyć kamerę, nakręcić spotkanie dyplomatyczne, zbesztać babsztyla za brzydkie zachowanie i zapytać, czy woli pani przepraszać Polskę i naszego premiera (…) czy wyjeżdża Pani jutro” – takie „rady” dawał Wojciech Cejrowski prezydentowi w sprawie ambasador USA w Polsce. Słowa te padły na antenie prawicowego radia Wnet.

Chodzi oczywiście o list Georgette Mosbacher do Mateusza Morawieckiego, wysłany też do wiadomości Andrzeja. O sprawie m.in. w artykule List ambasador USA do Mateusza Morawieckiego dot. wolności mediów w Polsce wywołał burzę na prawicy”.

A jeszcze niedawno Cejrowski wychwalał jej kandydaturę na ambasadora USA w Polsce.

W lutym na swoim profilu na Facebooku tak pisał o Georgette Mosbacher: – „Trump wysyła swoją znajomą z Florydy, babeczkę, którą zna z dawnych czasów z biznesów (…) bardzo dobry strzał (…)”.Cóż, nie tylko kobieta zmienną jest w swoich opiniach.

Polska zajęła niechlubne ostatnie miejsce w Europie pod względem liczby lekarzy na 1000 mieszkańców. Nad Wisłą życie tak wielu obywateli spoczywa bowiem średnio w ręku zaledwie 2,4 medyków. Tymczasem średnia europejska to 3,8, Niemcy przebijają liczbę 4, a Austriacy 5. Rekordziści – Grecy, mają 6,6 lekarzy na 1000 mieszkańców. Takie ponure wnioski płyną z raportu „Health at a Glance 2018”, przygotowanego na zlecenie OECD.

Powyższe dane wróżą nieuchronne załamanie systemu ochrony zdrowia w Polsce. Tymczasem, choć zagrożenie nie jest nowe, to rok temu protestujący lekarze rezydenci usłyszeli od polityków obozu władzy “niech jadą”, prorządowe media stworzyły historię o “kanapkach z kawiorem”, a spór ze środowiskiem zawodów medycznych zakończył się ostatecznie pyrrusowym dla tych ostatnich porozumieniem, które na dodatek nie zostało dotrzymane przez PiS na etapie wdrażania.

Rząd zadbał bowiem, aby w systemie pozostało po staremu. W budżecie potrzeba środków na obietnice wyborcze, a nie kadry szpitali i przychodni. W efekcie władze zaniechały urealnienia wynagrodzeń do poziomu, który powstrzymałby masową emigrację. Jakby tego było mało, warunki pracy pozostały takie same, a obserwując sytuację na oddziałach szpitalnych, można bez wątpienia powiedzieć, że los sytemu już dziś wisi na włosku. Niemożność racjonalnego wykorzystania przysługującego urlopu, wymuszane dyżury w niewystarczającej obsadzie do liczby pacjentów, spędzanie świąt, Sylwestra w pracy i do tego absurdalnie rozbudowana biurokracja sprawiają, że praca w Polsce jest zadaniem dla wytrwałych.

Rządowy plan, aby zastąpić polskich pracowników ukraińskimi, także się nie powiódł. Ci ostatni nie zdają bowiem bardzo często egzaminów nostryfikacyjnych, a do tego już wkrótce szeroko otworzą się przed nimi oferujące diametralnie lepsze warunki pracy niemieckie kliniki. Walka o pracownika ponownie stanie się nierówna, a rozstrzygnięcie – bardzo szybkie.

Niedobory osiągają już tak duże rozmiary, że wkrótce trudności w dostaniu się do lekarzy nie będą dotyczyć tylko specjalistów, ale także lekarzy rodzinnych. Ci ostatni są bowiem wciąż bardzo nieliczni, a resort ma w planach już za kilka lat wyeliminować z rynku podstawowej opieki zdrowotnej lekarzy innych specjalizacji niż z medycyny rodzinnej, co wyrzuci z przychodni większość obecnie przyjmujących lekarzy.

Polityka pogardy wobec środowiska pracowników ochrony zdrowia będzie miała bardzo bolesne konwencje. Nogami głosują bowiem nie tylko lekarze, ale także pielęgniarki i inne zawody medyczne. Dalsze ignorowanie problemu sprawi zaś, że naprawienie systemu z każdym rokiem będzie coraz trudniejszym zadaniem.

>>>