Tag Archives: sądownictwo

Ziobro jak chuligan, jakiś kibol, powinien dostać odpowiedni wymiar kary za zniszczenie polskiego sądownictwa

6 Mar

Chaos w sądach będzie się pogłębiał, bo rządzący stosują taktykę, którą spokojnie nazwać można działaniami mobbingowymi i dyskryminującymi. Tracą zwykli ludzie.  Nie można wierzyć w żaden przypadek, zabierają wydział sędziemu Przymusińskiemu, a wkrótce może także sędziemu Mazurowi licząc, że to ich zaboli. Obaj ci sędziowie nie sprawowali swoich funkcji dla zaszczytów czy pieniędzy, po prostu są świetnymi sędziami i potrafią sprawnie zarządzać. Ale cóż, podpadli władzy i teraz nastąpić musi odwet. Trudno odbierać to w innych kategoriach” – powiedział onet.pl prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia Krystian Markiewicz.

Portal informuje, że od 1 kwietnia wydział gospodarczy w Sądzie Rejonowym Poznań Stare Miasto, którym kieruje sędzia Bartłomiej Przymusiński, zostanie zlikwidowany. Z podobną sytuacją liczy się sędzia Dariusz Mazur, który od dziewięciu lat kieruje III Wydziałem Karnym w krakowskim Sądzie Okręgowym. Obaj sędziowie są rzecznikami stowarzyszeń sędziowskich: Przymusiński – Iustitii, a Mazur – Themis. Wielokrotnie krytycznie wypowiadali się o pisowskiej reformie sądownictwa.

„Powiem szczerze, że dla mnie ta decyzja jest kompletnie niezrozumiała. Podjęło ją odgórnie ministerstwo. Wydział, którym kieruję miał najlepsze wyniki i po prostu żal tej pracy, jaką włożyli sędziowie, by taki efekt uzyskać. Podejrzenia, że wydział idzie „pod nóż” po to, żebym ja stracił funkcję, mogą być naturalne w sytuacji, kiedy – o ile wiem – likwidacji wydziału nie poprzedziły żadne dogłębne analizy tego, jak wpłynie to na funkcjonowanie całego sądu” – stwierdził w onet.pl sędzia Przymusiński.

Sędzia Dariusz Mazur z krakowskiego Sądu Okręgowego mówi, że w każdej chwili spodziewa się, że kierowany przez niego wydział także może zostać zlikwidowany. – „Nawet bym się specjalnie nie zdziwił, bo te działania są dla mnie czytelną próbą zakneblowania sędziowskich stowarzyszeń. Tym bardziej, że chodzi o zabranie funkcji ich dwóm rzecznikom. Może ktoś żyje w przekonaniu, że jeśli stracimy funkcje przewodniczących wydziałów i będziemy mieć mniej pracy administracyjnej, a za to więcej spraw, to nas nimi po prostu zasypią, żebyśmy nie mieli czasu na działalność publiczną. Ktoś gdzieś „na górze” mógł sobie taką teorię wymyślić” – powiedział sędzia Mazur.

W PiS kochane panie, jak już podpiszą, co trzeba i powiedzą, co się im każe, to można, ewentualnie, w rączkę pocałować.

Partia aktualnie rządząca uchodzi za nieprzychylną kobietom. Tymczasem to nieprawda. Nie było dotąd formacji prowadzącej tak konsekwentną politykę równościową i tak doceniającej rolę płci pięknej w społeczeństwie, jak PiS właśnie! A już pan prezes to najbardziej zasłużony kandydat na Feministę Dekady albo przynajmniej Roku Wyborczego.

Bo pokażcie partię, która by tak, jak PiS doceniła kobiecy trud wychowania kolejnych pokoleń Polaków. Dopiero teraz, dzięki decyzji prezesa (bo prezes to partia, a partia to prezes) matki wielodzietne nabyły za swój wysiłek wychowawczy prawo do emerytury. Minimalnej, ale zawsze… Tak spełniło się jedno z największych marzeń feministek. Wkład kobiet w życie rodzinne i społeczne został nareszcie wyceniony i opłacony z budżetu.

W ten sposób PiS dokonało dziejowego przełomu i jako pierwsza partia w historii zamknęło niechlubny rozdział niewolnictwa kobiet, zrywając z ich nieodpłatną pracą na rzecz rodziny. Nie do końca wprawdzie (bo jak dotąd nie było mowy o gratyfikacjach materialnych za zmywanie i prasowanie), ale jednak.

Do tego dochodzi jeszcze słynne Pięćset Plus – kolejny zrealizowany postulat Trzeciej Fali feminizmu. Bo dzięki zasiłkom na dzieci, nierzadko równym przeciętnej płacy, kobiety, które swojej misji życiowej upatrują w rodzicielstwie, zyskały możliwość „spełnienia się” w rodzinie. Zyskały więc tak cenione w środowiskach feministycznych – prawo wyboru. I pięknie. Bo to ich sprawa, jak definiują udane życie, sukces, samorealizację i spełnienie. Żaden feminista lepiej by tego nie wymyślił.

W wynagradzaniu domowej pracy kobiet partia poszła tak daleko, że aż dopuściła się dyskryminacji… mężczyzn. Bo oni nie mają prawa ani do emerytury wychowawczej, ani do pięćsetplusa (pomijając wyjątkowe przypadki). Kolejny problem stanowią tu niewiasty, które zapracowały na emeryturę jako nauczycielki, pielęgniarki czy inne sekretarki, jednocześnie wychowując gromadkę potomstwa. Im nie należy się żadna dodatkowa rekompensata, bo chodząc do pracy wychowały zaniedbanych wychowawczo, patriotycznie i religijnie obywateli „gorszego sortu”. Miejsce kobiety jest w domu.

Ale to nie wszystko. Bo kobiety, które nie chcą „siedzieć w domu”, też wcale nie muszą. Wszak Beata Szydło, pierwszy premier rządu PiS, była kobietą. Kobietami są też ministerki od edukacji, polityki społecznej oraz – żeby nie było, że dla pań są tylko rządowe michałki  – od finansów. A także rzeczniczki rządu i partii. I to wcale nie jest szczyt ich możliwości, bo teraz wybierają się zbiorowo na samorealizację do Brukseli. Symboliczny szklany sufit, ograniczający na świecie pułap damskich karier w polityce i innych ważnych sektorach gospodarki, został więc stłuczony z hukiem. (Co nie dotyczy jednak niewiast z opozycji. Te odsyła się pod przymusem na wcześniejszą emeryturę. Bo spławić lub spalić na stosie w naszych czasach już raczej nie wypada.)

Przykład poszedł z samej góry, bo z najbliższego otoczenia szefa partii W zarządzie kontrolowanej osobiście przez pana prezesa spółki Srebrna zasiada „pani Basia” – szefowa jego gabinetu (sekretarka, znaczy). A prezeską też jest kobieta Małgorzata Kujda.

Za miłościwego panowania pana prezesa i jego partii do lamusa przeszły też nad Wisłą typowe dla reszty świata nierówności płacowe między płciami. Bo u nas, jeśli nawet gdzieniegdzie wciąż występują, to na niekorzyść… mężczyzn. Najlepiej dowodzi tego przykład NBP, gdzie – jak się okazało – najwyżej wynagradzaną kadrę dyrektorską stanowią dwie urocze panie. Dostają za swoje piękne uśmiechy dwa razy tyle, co panowie na stanowiskach merytorycznych!

Kobiety PiS-u w ogóle pod wieloma względami przewyższają swoich partyjnych kolegów. Pan prezes,  na przykład, nigdy (no, prawie) nie używa języka uchodzącego nie bez racji za nieparlamentarny. Podobnie panowie z jego najbliższego otoczenia. Kto więc prowadzi w ich imieniu dialog z opozycją i społeczeństwem? Niezrównana pod względem talentów lingwistycznych posłanka Pawłowicz oraz niewiele tylko ustępująca jej w tej kategorii posłanka Krynicka. Ta, co się „ruskim swołoczom” nie kłania. Niewiasty PiS-u bez problemu wchodzą nawet w bezpośrednią fizyczną konfrontację z ideowym przeciwnikiem, czego dowiodła pewna pani policzkująca publicznie inną panią (z KOD-u) za niesłuszne poglądy. Podczas gdy kobiety partii walczą na forach i Twitterach, panowie relaksują się w jaccuzi i obstalowują futra z jenota.

Wreszcie jest ta równość, ale, oczywiście, nie dla wszystkich. Na posadę w banku, miejsce na liście do PE czy posadę prezeski Srebrnej mogą liczyć tylko te panie, które (jak szefowa jego kancelarii) złożą wcześniej wszelkie pełnomocnictwa na ręce pana prezesa lub – odpowiednio – męża (jak pani Kujda) dyrektora banku, szefa spółki i tak dalej. Bo równość równością, ale prawdziwa władza to jednak poważna sprawa. Natomiast nasze kochane panie, jak już podpiszą, co trzeba i powiedzą, co się im każe, to można, ewentualnie, w rączkę pocałować.

Reklamy

PiS-owi zaczyna brakować idiotów. Czujesz się na siłach – zgłoś się

2 Sty

Krajowa Rada Sądownictwa, w ramach swojej „pisowskiej” niezależności i niezawisłości, zakazała sędziom noszenia koszulek z napisem „konstytucja” oraz wszelkich innych emblematów, związanych z ustawą zasadniczą. KRS uznała, powołując się na art.10 Zbioru Zasad Etyki Zawodowej Sędziów i Asesorów („Sędzia powinien unikać zachowań, które mogłyby podważyć zaufanie do jego niezawisłości i bezstronności”), że „publiczne używanie infografik, symboli, które w sposób jednoznaczny są lub mogą być identyfikowane z partiami politycznymi, związkami zawodowymi, a także z ruchami społecznymi”, a to podważa wiarygodność sędziów i wiarę w ich niezawisłość.

Jak mówią sędziowie,  „Uchwała koszulkowa jest absurdalna i ociera się o groteskę. Treścią przypomina czasy słusznie minione, w których ówczesna władza zakazywała noszenia haseł czy symboli będących dla niej niewygodnymi” i nie zamierzają przejść obok niej obojętnie.

Ponieważ autorem tego zakazu ma być sędzia z Olsztyna, to właśnie jego koledzy z regionu poczuli się szczególnie uprawnieni do wyrażenia swego sprzeciwu w tej sprawie. Wysyłają więc kartki do KRS. Na jednej stronie widnieje napis „Konstytucja”, a na drugiej cytat z art. 178 Konstytucji RP, w którym czytamy, że „Sędziowie w sprawowaniu swojego urzędu są niezawiśli i podlegają tylko Konstytucji oraz ustawom”. Kartkę podpisało 46 sędziów z Sądu Okręgowego w Olsztynie oraz 29 sędziów Sądu Rejonowego.

Nigdy nie myślałam, że dożyję czasów, gdy Konstytucja stanie się symbolem sprzeciwu wobec posunięć władzy. Toż to totalna paranoja. Za chwilę zostanie pewnie wprowadzony zakaz cytowania Konstytucji, powoływania się na nią, a nawet posiadania w domowej biblioteczce. Jak nic, Konstytucja pierwszą ofiarą represji partii rządzącej. Zaaresztować ją, zakuć w kajdany, wrzucić do ciemnicy i zapomnieć, że w ogóle istnieje…

Mateusz Morawiecki mianował na stanowisko wiceministra cyfryzacji Adama Andruszkiewicza. Kim jest ten młody człowiek, którego premier uznał za idealną osobę na to stanowisko? Osobę, której kompetencje, wiedza i umiejętności  zapewne popchną do przodu Polskę w tej właśnie dziedzinie?

Adam Andruszkiewicz urodził się w 1990 roku, ukończył europeistykę na Uniwersytecie w Białymstoku. Bez powodzenia startował do Parlamentu Europejskiego, za to udało mu się w 2015 roku dostać do naszego Parlamentu z listy Kukiz’15. Z ugrupowania Kukiza odszedł i wraz z ojcem Morawieckiego utworzył klub Wolni i Solidarni.

Andruszkiewicz znany jest przede wszystkim jako były członek ONR i prezes Młodzieży Wszechpolskiej. Nigdy nie ukrywał, że jest antyunijny, antyniemiecki i antyuchodźczy, a zdanie na temat „lewactwa” oraz „gejostwa” ma również mocno wyrobione, oczywiście bardzo negatywne. Od lat jest współorganizatorem w Hajnówce marszu ku pamięci Romualda Rajsa, który dokonał zbrodni na ludności białoruskiej w 1946 roku. Marzą mu się ostre kary za negatywne pisanie o żołnierzach wyklętych.

Jeśli chodzi o dokonania w pracy poselskiej, to zasłynął ostrym atakiem na przywileje poselskie. Z jednej strony żądał odebrania partiom dotacji i posłom tzw. kilometrówek, z drugiej zaś sam wziął w 2016 roku 40 tys. zł dopłaty za przejazdy, choć nie posiada prawa jazdy i samochodu. Do dzisiaj tej sprawy nie wyjaśnił.

Andruszkiewicz walczył też ostro z „antypolskimi” filmami czyli „Idą”, „Pokłosiem” czy „Wałęsa. Człowiek z nadziei” oraz podjął działania przeciwko nazewnictwu pociągów PKP, uważając, że „Aurora” promuje komunizm, a „Świętopełk”, „Czcibór”, „Dionizos”, „Światowid” odwołują się do bóstw pogańskich, co jest nie do przyjęcia.

Jak widać, będąc posłem pan Andruszkiewicz raczej się nie przemęczał, o predyspozycji zawodowej do zajęcia takiego stanowiska w ministerstwie cyfryzacji to już nawet nie wspomnę, a jednak wzrok premiera padł właśnie na niego.

Czy Morawiecki dostrzegł w nim potencjał, którego nikt inny nie widzi, czy też, jak twierdzi Robert Winnicki, „kariera zbudowana jest na wazelinie” w tym przypadku przyniosła zamierzone efekty? A może to działanie na poprawę wyniku wyborczego PiS w kolejnej walce o Parlament już za kilka miesięcy i próba przyciągnięcia narodowców do wsparcia jedynej słusznej partii? Nie wiem, czy taki zabieg cokolwiek PiS-owi pomoże, bo narodowcy uważają, iż Andruszkiewicz sprzedał idee narodowe za karierę.

Sam Andruszkiewicz nie widzi nic złego w decyzji premiera. Uważa, że „nie trzeba być informatykiem ani programistą, aby pełnić funkcję, którą miałem zaszczyt objąć”, ważne że ma wyższe wykształcenie. Odpiera też zdecydowanie zarzut, jakoby był „faszystą”. Mało tego, brzydzi się tą ideologią, podobnie jak „komunizmem”. Uważa, że jego atutem jako wiceministra cyfryzacji jest jego młodość, co pozwoli mu dotrzeć do młodego pokolenia oraz jego popularność w mediach społecznościowych, gdzie zasięg jego odbiorców sięga nawet kilku milionów.

Ech, cokolwiek by pan Andruszkiewicz nie powiedział, to dla mnie jedno jest pewne. Kolejny człowiek w rządzie, którego kompetencje i profesjonalizm stoją pod dużym znakiem zapytania. Z takimi ludźmi u steru, ta nasza biedna Polska naprawdę długo nie pociągnie…

Szanujmy je i reagujmy, gdy zostaje złamane. Ostro i bezkompromisowo, ale nie w imię „walki”, tylko obrony zasad.

Gdyby stanęła przede mną dobra wróżka i powiedziała, że w 2019 roku spełni tylko jedno moje życzenie, życzyłabym sobie, żebyśmy my, Polacy, przestali ciągle o coś walczyć, a nauczyli się wytrwale zmierzać do celu i pracować oraz współpracować.

Sformułowanie „musimy o to walczyć” od dawna mnie raziło, ale ostatnio pojawia się w przestrzeni publicznej tak często, że nasuwa to podejrzenie o wykształcanie się w nas bardzo niebezpiecznego społecznego nawyku „walki” i wojny. Nawyku, który gdy wejdzie nam w krew (co być może już się nawet stało), niezwykle trudno będzie wykorzenić.

Nie darmo filozof Ludwig Wittgenstein, którego pasją i przedmiotem badań był właśnie język mówił, że „granice naszego języka pokazują granice naszego świata”. To słynny cytat, choć są i tacy literaturoznawcy, którzy twierdzą, że został on źle przetłumaczony i że tak naprawdę Wittgenstein powiedział, że „granice naszego języka wyznaczają granice naszego świata”.

Osobiście skłaniam się ku tej drugiej interpretacji.

Sposób w jaki mówimy i to, co mówimy nie tylko pokazuje kim jesteśmy. Sposób w jaki mówimy także poszerza nasze horyzonty lub przeciwnie, buduje wokół nas niewidzialne mury i granice, i zamyka nas w getcie uprzedzeń i stereotypów w sposób, którego nawet nie dostrzegamy i zupełnie nie jesteśmy świadomi.

Nie widzimy człowieka, zjawiska, poglądu czy pojęcia, z którym walczymy. Nie jest on czymś co chcemy zmienić, ale wrogiem. Nie należy z nim dyskutować i polemizować, należy go zniszczyć, najlepiej siłą.

Pisałam wcześniej o tworzącym się nawyku walki o coś, zastępującym nawyk pracy nad czymś, ponieważ zauważyłam, że nie tylko PiS używa języka wojennego, chcąc mobilizować swoich zwolenników. Robią to też ludzie „walczący” (no właśnie) o dobre wartości. Największym bodaj społecznym zwycięstwem PiS nie są więc dobre (mimo dokonywanych przez tę partię nadużyć) sondaże, lecz przeniknięcie konfrontacyjnego sposobu myślenia i życia do naszych serc i umysłów, co przejawia się właśnie w języku.

Dam państwu przykład.

Na jednym z ostatnich spotkań na temat praw kobiet w którym uczestniczyłam jako zaproszony gość, mówiłam uczestniczkom, że nie lubię i od dawna staram się nie posługiwać sformułowaniem „walka o prawa kobiet”. Nie robię tego, bo nie uważam, żeby było ono adekwatne.

Nie muszę z nikim walczyć o nasze prawa, muszę natomiast aktywnie i konsekwentnie pracować na rzecz ich zdobycia, umocnienia i zrozumienia w ciągle jeszcze patriarchalnym polskim społeczeństwie.

Walka zakłada konfrontację i marnuje dużo sił i energii, zawsze kogoś po drodze niszcząc i poniżając, zawsze udowadniając komuś, że jest gorszy.

Tymczasem sprawa nie jest aż tak prosta.

Wiele osób nie szanuje kobiet i nie uznaje ich praw po prostu z nieświadomości, niewiedzy, bezmyślności, braku odpowiedniej edukacji czy/i wychowania albo po prostu dlatego, że nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiali, nie czuli takiej potrzeby, ponieważ w środowisku w którym dorastali nie był to problem nad którym się pochylano.

Można to zmienić zwiększając świadomość, korzystając z prawa do demonstrowania i obywatelskiego sprzeciwu, z prawa do procesu sądowego, naciskać odpowiednie instytucje i organy ścigania w przypadkach przestępstw i nadużyć, nagłaśniając równocześnie sprawę i lobbując na rzecz praw kobiet i szacunku do nich.

I można to wszystko robić w sposób niezwykle zdeterminowany, konsekwentny i skuteczny bez „walki” rozumianej jako radykalna rewolucja, bez wszczynania wojny.

Walka nie powoduje niczego prócz agresji.

To sama zasada dotyczy właściwie wszystkiego: kościoła katolickiego, praw człowieka, prawa i demokracji.

Nie walczmy z kościołem. Pracujmy na rzecz rozdziału kościoła od państwa. Zaczynajmy od siebie, od swojego życia i najmniejszych rzeczy. Nie walczmy o przestrzeganie prawa. Szanujmy je i reagujmy, gdy zostaje złamane. Ostro i bezkompromisowo, ale nie w imię „walki”, tylko obrony zasad.

Twórzmy silne organizacje pozarządowe, które będą patrzeć politykom na ręce i silne, niezależne media, nagłaśniające nadużycia i powiązania polityków z kościołem, przestępstwa ludzi władzy, mówmy o nich, podawajmy do sądu. Bądźmy spokojni, ale wytrwali i konsekwentni. Bądźmy bezlitośni, po prostu robiąc swoje.

Nie walczmy.

Po prostu wytrwale róbmy swoje.

I tego nam wszystkim życzę w Nowym Roku: spokojnego, zdeterminowanego, konsekwentnego, pracowitego robienia swoje i nie zawracania sobie głowy walkami.

Waldemar Mystkowski pisze o postawie sędziów.

Zanim Andrzej Duda w Sylwestra podpisał nowelę ustawy o Sądzie Najwyższym, której treść wymógł na PiS Trybunał Sprawiedliwości UE w wywiadzie dla TVP Info orzekł, iż środowisko sędziowskie jest zepsute.

PiS czeka następne upokorzenie dotyczące nowej Krajowej Rady Sądownictwa, której statusem w marcu zajmie się TSUE. Zanim do tego dojdzie władze przygotowują sobie grunt, chcą KRS legitymizować w Trybunale Konstytucyjnym.

Wyznaczona data posiedzenia w tej kwestii TK na 3 stycznia 2019 nie zostanie jednak dotrzymana, posiedzenie zostało odroczone. Na jaki termin? – nie wiadomo. Podobno część sędziów TK uważanych do tej pory za pisowskich, odmawia sądzenia.

W ogóle środowisko sędziów jest nad wyraz solidarne i broni niezależności władzy sądzenia, broni się przed upisowieniem. Wśród 10 tysięcy sędziów w Polsce przeprowadzane jest referendum dotyczące nowej KRS, do tej pory odbyło się w tej sprawie 1/3 głosowań. Wyniki świadczą, że właśnie sędziowie – panie Duda – to bardzo porządne środowisko.

Otóż niemal 3 tysiące sędziów spośród owych 1/3, a więc 91 proc. jest za tym, aby nowa KRS podała się do dymisji, gdyż została powołana wbrew Konstytucji, skądinąd wbrew tej niewielkiej książeczce, którą Duda wpisałby chętnie na indeks, bo wymaga od niego wysiłku przestrzegania praworządności. Dudy nie stać, aby być praworządnym, czyli porządnym.

91 proc. sędziów uważa, iż nowa KRS nie wypełnia zadań określonych w artykule 186 ust. 1 Konstytucji: „Krajowa Rada Sądownictwa stoi na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów”. Wygląda na to, że sędziowie nie dadzą się, a wyrok TSUE może być tylko jeden: upisowaniona KRS jest wbrew prawu unijnemu, wbrew standardom demokratycznym, wreszcie wbrew Konstytucji RP.

To zdarzenie jest kluczowe dla obecnie prowadzonej przez PiS polityki. Duda w swym pokracznym języku, innym nie potrafi się posługiwać, mówi, iż PiS nie podporządkuje się wyrokom TSUE, gdyż musiałoby zgodzić, aby runęło budowane w Polsce niedemokratyczne państwo bezprawia.

Kaczyński buduje niedemokratyczne państwo bezprawia

1 Sty

politicalcapital.hu/wp-content>>>

Tam gdzie zanika autorytet pojawia się siła, a tam gdzie i siła zanika rządzi rozpaczliwy nakaz

Episkopat przypomniał właśnie wiernym, że uczestnictwo w mszy 1 stycznia jest obowiązkowe! Co to znaczy i o jaki rodzaj obowiązku chodzi? Czy chodzi o obowiązek prawny, instytucjonalny czy moralny?

Kościół mimo swojej niekwestionowanej potęgi politycznej nie ma na razie zdolności prawnych; prawo naturalne, w które ma ponoć wgląd, należy do porządku boskiego a nie ludzkiego i funkcji prawa pozytywnego nie może pełnić. To znaczy: nie może w krajach demokratycznych, w fundamentalistycznych – jak najbardziej, choć w Polsce coraz częściej słychać i to nie tylko z ust hierarchów ale również polityków, że prawo boże jest ponad konstytucją i ponad prawem ludzkim.

Póki co prawo pozytywne, które obowiązuje obywateli jest stanowione przez sejm a nie kościół (na razie). Kościół może przypominać wiernym o obowiązkach moralnych, jakie wynikają z przyjętej przez nich wiary ale nakładać na nich nowych zwłaszcza trybem – ex katedra – nie powinien. Specyfika obowiązków moralnych polega na tym, że są one uwarunkowane wolnością. Mówiąc inaczej: obowiązki moralne mają tylko wolni ludzie a zobowiązanie moralne musi być zaakceptowane przez sumienie (niekoniecznie religijnej natury). Znaczy to, że żadna instytucja, żaden człowiek nie może powiedzieć do mnie „musisz!” w sensie moralnym. Oczywiście wiele instytucji i wiele osób może wywierać na mnie przymus, kazać mi, zlecać, karać, szantażować (jak nie pójdziesz na mszę to nie będziesz zbawiony, lub gorzej: ksiądz potępi cię z ambony), może nawet powiedzieć „twoim moralnym obowiązkiem jest”, ale wypowiedź ta będzie pełniła jedynie funkcję rady lub wskazówki.

Kościół powinien być instytucją, do której ludzie się garną z powodu posiadanej wiary, powinien być ostoją, wsparciem, drogowskazem moralnym ale takim, który raczej chodzi po drogach, które wskazuje niż stoi w miejscu lub idzie w przeciwnym kierunku. Tymczasem kondycja moralna Kościoła jest dziś odwrotnie proporcjonalna do jego siły politycznej i ekonomicznej a księżą bynajmniej nie stanowią wzorców obyczajowych dla swoich wspólnot.

Nieuzasadnione (poza prawem) i rażąco ostentacyjne bogacenie się kościoła, afery pedofilskie, ksenofobia, partyjne zaangażowania (trudno dziś powiedzieć, czy to PiS jest Kościołem czy Kościół jest PiS) – wszystko to powoduje, że pozycja moralna jak i siła moralnego oddziaływania Kościoła jest bardzo nikła. Być może więc będziemy świadkami bardzo przyśpieszonej laicyzacji, której towarzyszyć będzie wojskowy tryb zarządzania wiernymi. Bo tam gdzie zanika autorytet pojawia się siła, a tam gdzie i siła zanika rządzi rozpaczliwy nakaz.

Orędzie Dudy to narodowa grafomania: zestaw 9 rocznic ma „przypomnieć nam samym i światu, jak wielki jest polski duch wolności”. Ani słowa o UE, o świecie, o ekologii. Zero problemów! Ten infantylizujący przekaz kontrastuje z orędziem kanclerz Merkel, która dzieli się obawami i opisuje zagrożenia. Trump jest nakręcony jak Duda i jeszcze śmieszniejszy

Noworoczne orędzie Andrzeja Dudy jest przejawem „polityki infantylizującej”, w której Głowa Państwa traktuje obywateli jak dzieci na apelu w szkole podstawowej. Zamiast refleksji o tym, co dzieje się w Polsce, Europie i świecie, słodko uśmiechnięty prezydent na tle choinki i dwóch flag (polskiej i unijnej) głosi Polkom i Polakom, że

rok 2018 był „wyjątkowy”, a następny będzie jeszcze lepszy, bo „znów przypomnimy sobie i światu jak wielki jest polski duch wolności”.

Służyć temu mają rocznice heroicznych wydarzeń. Jest ich bez liku.

Już 100. rocznica odzyskania niepodległości była „wielkim świętem polskiej wolności i narodowej dumy”. Prezydent rozpływa się nad „wspaniałą atmosferą tych dni, gdy podobnie jak w roku 1918, gromadziliśmy się pod biało-czerwoną flagą”.  To mocno liryczna  opowieść o kontrowersyjnym Marszu Niepodległości 11 listopada 2018.

W wystąpieniu, które trwało 155 sekund Duda zdołał wymienić kolejne osiem rocznic (od sasa do lasa), które będziemy obchodzili w 2019 roku:

  • stulecie powstania wielkopolskiego oraz
  • pierwszego z trzech powstań śląskich,
  • 80. rocznica wybuchu II wojny światowej,
  • 20-lecie członkostwa Polski w NATO,
  • 450. rocznica zawarcia Unii Lubelskiej [1569 – red.],
  • 15-lecie przystąpienia RP do Unii Europejskiej,
  • 40-lecie „pierwszej pielgrzymki Papieża Polaka do Ojczyzny”,
  • 30-lecie „przełomowych wyborów z 4 czerwca 1989 roku, w szczególności pierwszych wolnych wyborów do Senatu”.

Ostatni punkt może zaskakiwać w ustach propisowskiego polityka. We wrześniu 2018 Duda mówił, że „to nie była zdrowa Polska, jeżeli polski parlament niby po przełomie wybiera komunistycznego dyktatora na pierwszego prezydenta III Rzeczypospolitej”. Snuł fantazje, że gdyby doszło do krwawej rewolucji zamiast kontraktowych wyborów, to „pozostałości komunizmu nie zatruwałyby do dziś życia publicznego”.

W lirycznej wizji orędzia dla grzecznych Polek i Polaków pada zapewnienie, że „pod biało-czerwoną flagą jest i zawsze będzie miejsce dla każdego z nas”, co z kolei stoi w sprzeczności z normalną narracją tego samego Dudy. W noworocznym wywiadzie dla TVP Duda – również 31 grudnia – wyrzekał na „zepsute środowisko sędziowskie”, które występuje przeciw „interesowi Polski i Polaków (…)  ponieważ wielu z nich traci przywileje przy tej okazji [reform sądowniczych]”.

Duda wspomina ogólnikowo o wyborach w 2019 roku, które wymagają „odpowiedzialności ze strony polityków wszystkich opcji”, a kampania wyborcza to „dobry czas na merytoryczną dyskusję o przyszłości Polski”. A na koniec apeluje, by „nie szczędzić współobywatelom przejawów zwykłej ludzkiej serdeczności”.

W krótkim wystąpieniu 12 razy pada słowo polski lub narodowy, a mowa jest pełna banalnych sformułowań typu „im więcej dajemy, tym więcej dostajemy” i zwrotów o wyciąganiu „pomocnej dłoni”. Ale najbardziej uderzający jest brak jakiejkolwiek szerszej refleksji o sytuacji kraju, Europy czy świata.

Całe przesłanie wyczerpuje się w liście rocznic, jakby miały one większe polityczne znaczenie. Zbanalizowane ple-ple o „wielkiej przeszłości Polski” zastępuje rozmowę o sytuacji, w jakiej Polska się znajduje w Europie, która przechodzi trudny czas, pozostając w konflikcie z władzami UE, o świecie, w którym zarówno demokracja, jak kapitalizm przeżywają kryzys, o zagrożonej przyszłości globu zatruwanego przez cywilizację.

Wszelkie problemy znikają. Rok 2018 był „wyjątkowy”, a następny będzie jeszcze lepszy, bo będzie jeszcze więcej rocznic, które „nam samym i światu” pokażą, jak wspaniałym jesteśmy narodem.

Nędzę prezydenckiego orędzia widać szczególnie wyraźnie na tle tego, co powiedziała w orędziu noworocznym kanclerz Angela Merkel.

Angela Merkel: W wyjątkowo trudnym 2019 roku musimy obronić nasze wartości

W siedmiominutowym przemówieniu kanclerz Niemiec mówiła o 2019 r. jako „politycznie wyjątkowo trudnym”. Wspomniała, jak ciężko było sformować rząd po wyborach 2017 roku. Zapowiedziała, że pozostanie na stanowisku do wyborów 2021, niezależnie od tego, jak „niezadowalający był rok 2018”. Mówiła o wyzwaniu, przed jakim staje na świecie demokracja, o „kluczowej kwestii zmian klimatycznych”, o „imigracji i terroryzmie”.

„Chcemy rozwiązać te kwestie zgodnie z  naszym interesem, ale najlepiej to osiągniemy biorąc pod uwagę interes innych” – wyraziła zdanie, które dla polityków prawicy brzmi jak herezja.

Merkel mówiła też o zagrożeniu polityki współpracy po obu stronach Atlantyku i podkreślała, że w tej sytuacji „musimy twardo stać w obronie naszych demokratycznych wartości, przekonywać do nich i ich bronić”.

Niemcy będą dążyły do uczynienia Unii Europejskiej  „mocniejszej i bardziej sprawczej”, starając się podtrzymywać „bliskie partnerstwo z Wielką Brytanią mimo jej wyjścia z UE”. W kontekście majowych wyborów do parlamentu UE wezwała swych rodaków, by wspierali UE jako „projekt pokoju, dobrobytu i bezpieczeństwa”

Zapowiedziała walkę – jeszcze mocniejszą – o „nasz sposób wspólnego życia i nasze wartości otwartości, tolerancji i szacunku”.

Klimat polityczny w 2018 w Niemczech pogorszył się, ale Merkel wyraziła nadzieję, że „wydarza się dobre rzeczy, jeśli będziemy wierzyć w nasze wartości i energicznie wprowadzać w życie nasze pomysły”.

Na koniec obiecała, że rząd będzie dążył do bardziej sprawiedliwych warunków życia  i zapewni każdemu  dostęp do edukacji, mieszkania i opieki zdrowotnej.

Różnice są uderzające:

  • Duda skupił się na heroicznej przeszłości, Merkel – na teraźniejszości i przyszłości;
  • Duda rozwijał narrację nacjonalistyczną, obsadzając „świat” w roli tego, który ma Polskę podziwiać; Merkel – mówiła z perspektywy Europejki i obywatelki świata, pokazując, że niemiecki interes wymaga spojrzenia globalnego;
  • Duda wychwalał Polskę i Polaków i opisywał lepszą przyszłość, Merkel dzieliła się swymi obawami i wskazywała na porażki;
  • Duda był ogólnikowy i cukierkowy, Merkel – jak na tego typu wystąpienie – konkretna i serio.

O szóstej rano największy niepokój mogą odczuwać wszyscy urzędnicy, którzy byli funkcjonariuszami publicznymi w czasach rządów PO-PSL i postawienie im jakichkolwiek zarzutów może być wygodne ze względów politycznych – mówi w rozmowie z nami Piotr Niemczyk, zastępca dyrektora Zarządu Wywiadu UOP w latach 1993-94, były wiceminister gospodarki, działacz opozycji w czasach PRL, ekspert z zakresu bezpieczeństwa. – Najbardziej spektakularnym przykładem tego, że obecna władza troszczy się nie o bezpieczeństwo obywateli, tylko o pilnowanie własnego dobrego samopoczucia i interesów, jest przekształcenie Biura Ochrony Rządu w Służbę Ochrony Państwa, która otrzymała dodatkowe uprawnienia do czynności operacyjno-rozpoznawczych. To zaczyna być wiodąca służba antyterrorystyczna, której zadania pokrywają się często z działaniem ABW, a to wprowadza chaos. Myślę, że można śmiało postawić tezę, że w tym scenariuszu zmierzamy w stronę państwa policyjnego, w którym policjant jest ślepym wykonawcą politycznych poleceń – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Kto puka do drzwi o szóstej rano?

PIOTR NIEMCZYK: W sprawach politycznych? Najczęściej Centralne Biuro Antykorupcyjne, ale bywają też policjanci z wezwaniami albo z zadaniem „doprowadzenia”. Ostatnio po to, aby zatrzymać i doprowadzić na przesłuchanie 5 byłych urzędników KNF. To bardzo ważne i niepokojące wydarzenie. Można wskazać dwie grupy osób, które są przez większość parlamentarną i służby podległe rządowi objęte szczególnym zainteresowaniem.

Z jednej strony są to politycy opozycji, na których szuka się haków, a z drugiej strony pracownicy aparatu państwowego, którym zarzuca się na przykład niewłaściwe wykonywanie obowiązków służbowych. Przy czym rozliczanie urzędników i funkcjonariuszy zaczęło się wcześniej – wszyscy szefowie służb specjalnych, oprócz Dariusza Łuczaka, mają postawione zarzuty, które wyglądają na absurdalne i wyciągnięte z sufitu.

O 6 rano największy niepokój mogą odczuwać wszyscy urzędnicy, którzy byli funkcjonariuszami publicznymi w czasach rządów PO-PSL i postawienie im jakichkolwiek zarzutów może być wygodne ze względów politycznych.

Czyli dowody nie są potrzebne?
W przypadku polityków wynajdywane są jakieś dziwne zeznania czy wręcz pomówienia osób objętych sprawami korupcyjnymi, ale w przypadku byłych urzędników chyba nikt się dowodami nie przejmuje. Najbardziej kuriozalnym przykładem są zarzuty postawione byłemu wiceministrowi finansów Jackowi Kapicy. Oskarżono go o wyprowadzenie z budżetu państwa 21 mln zł, tylko nie wiadomo, przez kogo, dla kogo i jak. Chodzi nie tylko o zwalczanie przeciwników politycznych, którzy są aktywni na forum publicznym.

Władza chce też pokazać, że każdy, kto był związany z poprzednią ekipą rządzącą, też może podlegać rozliczeniom, nawet jeżeli nie ma do tego żadnego obiektywnego powodu.

„Szósta rano. Kto puka? Jak ojczyzna Solidarności zmienia się w państwo policyjne” – to tytuł pana książki. Zmieniamy się w takie państwo, czy już nim jesteśmy?
szosta-rano-kto-puka-jak-ojczyzna-solidarnosci-zmienia-sie-w-panstwo-policyjne-piotr-niemczyk
Nikt do tej pory nie zdefiniował pojęcia państwa policyjnego (albo ja na taką definicję nie trafiłem). To nie jest – wbrew pozorom – państwo dla policji, ale takie, w którym policja, nie oglądając się na formalne i faktyczne podstawy, wykonuje polecenia władzy. Taką definicję podpowiada mi intuicja.

Przeglądałem wiele materiałów z akt sądowych i przyznam, że wyglądają one bardzo niepokojąco. Wielokrotnie też widziałem policjantów, którzy bez żadnych zahamowań, siłą usuwali uczestników legalnej demonstracji. Można twierdzić, że policja działa w interesie społecznym. No nie wiem.

Najbardziej spektakularnym przykładem tego, że obecna władza troszczy się nie o bezpieczeństwo obywateli, tylko o pilnowanie własnego dobrego samopoczucia i interesów, jest przekształcenie Biura Ochrony Rządu w Służbę Ochrony Państwa, która otrzymała dodatkowe uprawnienia do czynności operacyjno-rozpoznawczych (może m.in. zakładać podsłuchy, prowadzić obserwacje i werbować agentów), dodatkowe 1000 etatów i budżet zwiększony o ponad 100 mln zł. To zaczyna być wiodąca służba antyterrorystyczna, której zadania pokrywają się często z działaniem ABW, a to wprowadza chaos. Myślę, że można śmiało postawić tezę, że w tym scenariuszu zmierzamy w stronę państwa policyjnego, w którym policjant jest ślepym wykonawcą politycznych poleceń.

A gdyby te same 100 mln przekazać na dodatkowe etaty i wyposażenie policji, to dopiero wtedy można by mówić o poprawie bezpieczeństwa mieszkających w Polsce ludzi.

Państwo policyjne kojarzy się także z niekontrolowaną inwigilacją obywateli. Służby specjalne mają do tego uprawnienia?
W przypadku kontroli operacyjnej służby mają największe uprawnienia od 30 lat. Ostatnio najwięcej w tej sprawie zmieniły dwie ustawy: tzw. inwigilacyjna z lutego 2016 roku i o działaniach antyterrorystycznych z czerwca tego samego roku, dotycząca rzekomych zagrożeń terrorystycznych. Rozszerzono możliwości prawne i techniczne przede wszystkim do pobierania danych telekomunikacyjnych i internetowych. Policja może teraz, nawet na wszelki wypadek, pobrać wszystkie dane dotyczące konkretnej osoby, na przykład dlatego, że – chociażby pozornie – stanowi dla kogoś zagrożenie albo sama może być zagrożona. To daje właściwie nieograniczone możliwości, bo w świecie cyfrowym (nie tylko w Internecie, ale też urzędowych bazach związanych np. z ubezpieczeniami i ochroną zdrowia) można znaleźć właściwie wszystko. Do tego

ustawa antyterrorystyczna daje ogromne możliwości działania do rozpoznania zachowań „ekstremistycznych”, chociaż samo to pojęcie nie jest jasne i wcale nie musi oznaczać zamiaru stosowania przemocy. Jeżeli ABW uzna, że jakiś portal internetowy przekazuje treści ekstremistyczne, to może go po prostu zamknąć.

Za takie treści można na przykład uznać wezwanie do obywatelskiego nieposłuszeństwa, jeżeli minister właściwy do spraw wewnętrznych uzna to za postawę ekstremistyczną. To jest bardzo niepokojące.

Służby korzystają z tych rozszerzonych uprawnień?
Bardzo niepokojące statystyki sądowe i prokuratorskie na to wskazują – korzystają z nich coraz częściej. Rosną wszystkie liczby dotyczące zarządzania kontroli operacyjnej, która powinna być stosowana do zwalczania najpoważniejszej przestępczości, w tym zorganizowanej.

W sytuacji, gdy od piętnastu lat liczba przestępstw w Polsce malała, to udostępnienie policji dodatkowych uprawnień powinno tym bardziej spowodować spadek liczby groźnych przestępstw. A tak się nie dzieje. Przez ostatnie trzydzieści miesięcy liczba przypadków terroru kryminalnego nawet wzrosła.

Można mieć wątpliwości co do policyjnych priorytetów, a przy okazji trzeba zapytać o umiejętność wykorzystywania technik operacyjnych. Głośny był przypadek policjanta z jednostki antyterrorystycznej, który zginął podczas zatrzymania sprawcy ataku na bankomat. Wygląda na to, że jednostka antyterrorystyczna nie miała właściwych informacji na temat znanego wcześniej członka zorganizowanej, uzbrojonej grupy przestępczej. Jeżeli właściwe komórki policji nie mają takiej wiedzy, to należy postawić pytanie o to, czy w takim razie te dodatkowe uprawnienia są wykorzystywane do walki z przestępczością zorganizowaną. Wiadomo, że nie są wykorzystywane także, o czym świadczą statystyki świadczące o malejącej liczbie postępowań, w przypadku przestępczości ekonomicznej (tych legendarnych już „karuzel vatowskich”). Przypomnę, że

przy okazji reform zlikwidowano najbardziej specjalistyczną komórkę do zwalczania najpoważniejszych przestępstw finansowych – czyli wywiad skarbowy. „Rozwodniono” go w ogólnym pionie zwalczania przestępczości Krajowej Administracji Skarbowej. Z jednej strony rządzący mówią o zwalczaniu zaawansowanych przestępstw ekonomicznych, likwidując jednocześnie najbardziej wyspecjalizowaną komórkę. Brak tu jakiejkolwiek logiki.

To gdzie są wykorzystywane?
W najlepszym przypadku wobec fałszywych priorytetów (jak przerysowane w Polsce zagrożenie terrorystyczne), a w najgorszym w rozpoznaniu obywateli, którzy nie łamią prawa, tylko dochodzą swoich praw konstytucyjnych. Z jednej strony obserwujemy wzrost zaangażowania policji w rozpoznanie zagrożeń i inwigilację obywateli, ale nie widzimy efektów, które potwierdzałyby, że to faktycznie służy zwalczaniu przestępczości. Dlatego statystyki są tak ważne i niepokojące.

Pan czuje się w Polsce rządzonej przez PiS bezpiecznie?
Przed wyborami miałem firmę detektywistyczną, która specjalizowała się w badaniu szarej strefy. Musiałem ją zlikwidować, bo moi klienci otrzymywali wyraźne sugestie, że nie powinni ze mną współpracować. Byłem kilkakrotnie wzywany na przesłuchania do prokuratur w różnych miastach Polski w sprawach, w których nie znałem żadnych okoliczności związanych z podejrzeniem przestępstwa. Życzliwe władzy media chętnie dezawuują moje kompetencje i wydają negatywne świadectwa moralności.

Rzecznik MON wydał komunikat, z którego wynika, że należę do grupy osób „współpracujących z obcymi służbami na szkodę Polski I NATO”. Nie byłem jednak do tej pory zatrzymany i nie mam postawionych zarzutów. Ale nie mam wątpliwości, że jest grupa obywateli – być może się do niej zaliczam – która jest nieustannie monitorowana. Musimy mieć tego świadomość.

Wszyscy byli szefowie służb specjalnych usłyszeli zarzuty. Należy to traktować jako zemstę obecnej władzy?
To bardzo prawdopodobne. Niektórzy byli szefowie kierowali służbami wtedy, kiedy odbierano lub odmawiano wydania poświadczenia bezpieczeństwa politykom PiS-u. Pamiętajmy, że Zbigniew Ziobro o mały włos nie stanął przed Trybunałem Stanu, więc ktoś musiał zgromadzić przeciwko niemu materiał dowodowy; Mariusz Kamiński, Maciej Wąsik i trzech ich podwładnych zostało skazanych na kary więzienia za przekroczenie uprawnień w sprawie afery gruntowej. Okazało się, że wykreowano nieistniejące zagrożenie korupcyjne, w które próbowano uwikłać osoby publiczne, a tego pod żadnym pozorem nie wolno robić.

Prywatna zemsta jest więc prawdopodobna. Z punktu widzenia systemu ważniejszy jest jednak sygnał – bójcie się, bo na każdego można coś znaleźć. Każdy z byłych urzędników, który znalazł się po drugiej stronie politycznej barykady, może być podejrzany. Albo może się przydać do pośredniego chociażby oskarżenia polityka opozycji. Niektórych to paraliżuje.

To wszystko świadczy o tym, że służby są upolitycznione?
Pewnie tego nigdy nie udało się w pełni uniknąć, ale teraz doszło do monstrualnego przerysowania. Porównajmy trzy polityczne sprawy: Józefa Piniora, Stanisława Gawłowskiego i Stanisława Koguta. Wszyscy mają zarzuty korupcyjne, chociaż w przypadku dwóch pierwszych można mieć poważne wątpliwości co do jakości dowodów (przynajmniej tych ujawnionych publicznie). Ale to właśnie w przypadku polityków opozycji regularnie coś wycieka do mediów, a w przypadku polityka PiS – nic. Czyli jeżeli ktoś jest nielubiany, to tajemnica śledztwa nie obowiązuje, a jeżeli ktoś jest powiązany z politykami PiS, to zawsze otrzyma parasol ochronny.

Regularnie słyszymy o zatrudnianiu członków rodzin polityków partii władzy, o ogromnych wynagrodzeniach wypłacanych w spółkach Skarbu Państwa, a CBA jakby tego nie zauważało. Nadal szuka się trupów w szafie poprzedniego rządu, ale nikt nie zastanawia się nad systemem, który powstał w ciągu ostatnich 3 lat. To po prostu „śmierdzi”.

Służby na poważnie nie zajmą się także aferą KNF i SKOK? Nie zostaną wyjaśnione?
Przede wszystkim muszą zostać wyjaśnione, aby uratować jakąkolwiek wiarygodność polskiego rynku finansowego. Przedsiębiorcy inwestujący na rynku regulowanym już zaczęli się w wycofywać z planowanych projektów (widać to po rynku akcji i obligacji) i nic dziwnego. Sprawa KNF-u musi się prędzej czy później zakończyć, bo ma zbyt duży ciężar gatunkowy. Nie jesteśmy Stanami Zjednoczonymi, gdzie Bernarda Madoffa można było skazać w ciągu sześciu miesięcy, więc to kwestia dłuższego czasu.

Myślę, że byłemu szefowi KNF nie uda się wykręcić, ale bardziej niepokojące jest to, że on prawdopodobnie nie działał sam. Problem w tym, że my tej grupy nie poznamy, nie dowiemy się, którzy politycy PiS-u pozwolili na stworzenie sytuacji korupcyjnej. I to oni do tego nie dopuszczą. Nie dowiemy się także, kto, gdzie i kiedy nie dopełnił obowiązku nadzoru nad SKOK-ami.

Postawiono zarzuty tym, którzy sprawę SKOK-ów uratowali, ale nikt nie miał odwagi postawić zarzutów ludziom, którzy mieli ten system wcześniej przez ponad 20 lat kontrolować. No, chyba że zajmie się tym obecna opozycja po wygranych wyborach.

Dlaczego na okładce pana książki „państwo policyjne” ma twarz Zbigniewa Ziobry?
On jest w tym systemie najważniejszy, jego rola jest kluczowa. Nie ma co prawda bezpośredniego nadzoru nad służbami, które mogą wykonywać czynności operacyjno-rozpoznawcze, ale podległa mu prokuratura może zlecić to właściwie każdemu. To zależy tylko od kreatywności jego i jego podwładnych. Ma pełny dostęp do informacji ze śledztw, może decydować o zabezpieczeniach finansowych wobec podejrzanych, a jeżeli prokurator „źle” prowadzi sprawę, to przełożony może mu ją odebrać. Statystki wydobyte przez Stowarzyszenie Prokuratorów „Lex super omnia” pokazują, że ingerencja przełożonych w prowadzenie spraw wzrosła i to kilkukrotnie. I co może nawet ważniejsze: minister sprawiedliwości i Prokurator Generalny może nie tylko dowolnie zarządzać prokuratorami i służbami, które wykonują zadania wyznaczone przez prokuraturę, ale w jego rękach jest też reputacja wielu osób.

W przypadku szeroko pojętego „interesu państwa” tajemnica śledztwa została de facto zniesiona, a akta sprawy mogą zostać ujawnione osobom trzecim, czyli także dziennikarzom. Sam padłem ofiarą takiego zachowania, bo moje zeznania jako świadka zostały ujawnione w sprzyjających władzy mediach z komentarzem, że razem z sędzią Łączewskim ustalałem wyrok na panów Kamińskiego i Wąsika. Nic takiego oczywiście nie miało miejsca.

Jaka jest zatem w tej układance rola Jarosława Kaczyńskiego?
Myślę, że prezes PiS-u nie ma możliwości ingerowania w bieżące sprawy. A przy okazji jest w wielu sprawach dezinformowany przez swoje otoczenie. W przypadku działań Zbigniewa Ziobry może nie mieć też wielkiego pola manewru, dlatego że bez posłów Solidarnej Polski PiS traci parlamentarną większość. Prezes wskazuje jednak kierunki działania, takie jak straszenie przeciwników politycznych narzędziami policyjnymi. Przy okazji chyba na rękę są mu powtarzające się konflikty, bo on zarządza projektami politycznymi w atmosferze nieustannego kryzysu, inaczej nie umie.

PiS robi to wszystko, aby nie oddać władzy?
Niezrozumiałe jest dla mnie tolerowanie zachowań ksenofobicznych i rasistowskich, likwidacja programów, które miały temu przeciwdziałać, chociaż to paradoksalnie może być dla tej władzy największe zagrożenie. Dlaczego to robią?

Mogą liczyć na to, że dojdzie do poważnego konfliktu społecznego i że wtedy będą mogli wyciągnąć wszystkie swoje „zabawki”. Być może taki jest ich plan, który pokaże, że Jarosław Kaczyński jest w stanie opanować sytuację. Czy chce w taki sposób doprowadzić do pełzającego stanu wyjątkowego, czy będzie liczył na wzmocnienie swojej pozycji politycznej? Nie wiem.

Do takiego przesilenia społecznego może dojść jeszcze przed wyborami parlamentarnymi?
Zapalić to może każda, nawet najmniejsza iskierka. Przecież już teraz wiele rodzin nie jest w stanie ze sobą rozmawiać z powodów politycznych, emocji jest bardzo dużo. Szczególnie groźna jest ksenofobia poparta poczuciem zagrożenia. W Ełku, w sylwestra dwa lata temu, drobny żulik ukradł napój, a kelner z kebabu, który był Tunezyjczykiem, nie opanował nerwów i go zabił nożem. To doprowadziło do rozruchów na ulicach tego miasta. Jeżeli coś podobnego wydarzyłoby się w większym mieście, w bardziej napiętej niż wieczór sylwestrowy atmosferze, to mogłoby się okazać, że sytuacji nie da się opanować lokalnymi siłami policji.

A jeszcze gdyby obrońcy praw człowieka zaczęli bronić imigrantów przed aktami agresji, to ataki objęłyby także „lewaków”.

Podczas Marszu Niepodległości 11 listopada ok. 200 tys. ludzi, których nie obowiązywały żadne prawa – pomimo że wcześniej deklarowali, iż nie będą wznosić haseł nienawiści, odwoływać się do faszystowskich symboli i używać materiałów pirotechnicznych – bez przeszkody ze strony władz publicznych przeszło ulicami Warszawy. I co gorsza, bez reakcji współuczestników, „normalnych rodzin z dziećmi”, którym takie zachowania nie przeszkadzały. Atmosfera agresji, ksenofobii, oskarżeń o zdradę narodowych interesów rośnie jak wrzód, który musi pęknąć. I może o to chodzi.

W 2018 roku UE musiała stawić czoło trudnym negocjacjom z Wielką Brytanią w sprawie brexitu, sporowi handlowemu z USA, ofensywie prawicowego populizmu w kilku państwach unijnych i napięciom w stosunkach z Polską, Węgrami i Rumunią na tle niedostatków praworządności w tych krajach. Czy rok 2019 może okazać się dla niej jeszcze trudniejszy? Może, ale nie musi.

W maju 2019 odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego. Na jesieni nastąpią zmiany na szczycie wszystkich centralnych instytucji unijnych, od Komisji Europejskiej począwszy, a na Europejskim Banku Centralnym skończywszy. W ten sposób nie zostaną wprawdzie rozwiązane wszystkie kryzysy i trudności, ale te zmiany stwarzają szansę na nowe podejście do nich.

Więcej radykałów w Parlamencie Europejskim

Jeśli wierzyć sondażom i prognozom, to liczba prawicowych i populistycznych radykałów w Parlamencie Europejskim wzrośnie z obecnych 10 do 20 procent po majowych wyborach. Przeciwnicy UE nie staną się raczej najsilniejszą frakcją w europarlamencie, ale uzyskają w nim więcej wpływów i mogą wyhamować unijną integrację i reformy. Spodziewany wynik majowych wyborów odzwierciedla rosnące niezadowolenie obywateli państw unijnych z obecnego kształtu UE. Co prawda opinia, że członkostwo w UE nic nikomu nie daje, nie odpowiada faktom, ale takim populistom jak Le Pen we Francji, Salvini we Włoszech czy Gauland w Niemczech daje okazję do podgrzewania nastrojów. Mówią o zalaniu Europy przez uchodźców i migrantów i niedobrym wpływie globalizacji na system świadczeń socjalnych. Zwolennicy UE i trzeźwo myślący politycy muszą wreszcie sprzeciwić się skutecznie tendencji do myślenia w ciasnych kategoriach narodowych i zastąpić populistyczne hasła typu „mój kraj jest najważniejszy” apelem do uświadomienia sobie, że pokój i dobrobyt w Europie zależą od pomyślności i rozwoju UE.

Po brexicie Unia Europejska się skurczy

Po wyjściu Wielkiej Brytanii liczba członków UE po raz pierwszy w jej historii ulegnie zmniejszeniu. Dla Unii na pewno jest to strata, zwłaszcza w polityce zagranicznej i obronnej. Bez Wielkiej Brytanii i jej sił zbrojnych UE będzie się mniej liczyć w świecie. Pod względem gospodarczym natomiast (nawet bez Zjednoczonego Królestwa) da sobie radę. Na brexicie dużo gorzej wyjdą sami Brytyjczycy. Przyznaje to obecnie także rząd premier Theresy May, chociaż mówi tylko o przejściowych trudnościach w pierwszym okresie po brexicie. Z drugiej strony, wskutek obecnej sytuacji w Izbie Gmin, w dalszym ciągu istnieje możliwość przesunięcia brexitu na termin późniejszy, a nawet (choć czysto teoretycznie) odwołania go.

Włoscy populiści są dużym wyzwaniem dla UE

Po wyjściu z UE Wielkiej Brytanii, która jest ważnym płatnikiem netto do unijnej kasy, wzrośnie znaczenie innych płatników, takich jak Włochy. W gruncie rzeczy ich wkład finansowy powinien się zwiększyć, ale obecny populistyczny rząd włoski stanowi duży znak zapytania dla Brukseli. Lider Ligi Północnej Matteo Salvini nie jest zadowolony do końca z urzędu wicepremiera i ministra spraw wewnętrznych. Wolałby być premierem. Ubiegając się o to stanowisko, na pewno pójdzie na wojnę z UE, którą będzie oskarżał o pogorszenie się sytuacji gospodarczej Włoch. Na razie jednak możemy pocieszać się z osłabienia sporu wokół przyszłorocznego włoskiego budżetu. Nie na długo jednak, bo naprawdę trudne pod tym względem będą dla Włoch lata 2020-2021.

Unia Europejska potrzebuje nowych pomysłów

Przeciwwagą dla eurosceptyków i otwartych przeciwników UE jest w tej chwili głównie prezydent Francji Emmanuel Macron i jego ruch polityczny En Marche!, który wciąż jest dosyć niestabilny i odległy od tradycyjnej partii. Jeśli pod wpływem protestów „żółtych kamizelek” pozycja Macrona ulegnie dalszemu osłabieniu, to UE utraci w jego osobie ważną siłę napędową i zwolennika jej zreformowania. Dlatego w 2019 roku ważne dla UE będą nowe pomysły płynące z Berlina. Wiele tu oczywiście zależy od rozwoju sytuacji politycznej w Niemczech. Trzeba się bowiem zawsze liczyć z możliwością wyjścia SPD z rządu wielkiej koalicji i nowymi wyborami w RFN.

Abstrahując od wewnętrznych kryzysów i trudności w UE, w 2019 roku czekają ją duże wyzwania napływające z zagranicy. Zagrożenie ze strony Rosji, walka konkurencyjna z Chinami o najnowsze technologie i o wpływy w Afryce oraz kolejne niespodzianki ze strony prezydenta USA Donalda Trumpa. Unia Europejska może jednak wiele zyskać na rozwijaniu sztucznej inteligencji i niskoemisyjnej gospodarki. Kosztuje to sporo wysiłku i pieniędzy, ale w sumie bardzo się opłaca. Właśnie na tym polu UE może pokazać, że integracja i wspólne działania przynoszą więcej korzyści niż działanie w pojedynkę.

Rok 2019 nie będzie łatwy, ale czy lata ubiegłe były inne? Unia ma duże doświadczenie z radzeniem sobie z kryzysami i poradzi sobie też z tymi, które mogą pojawić się po Nowym Roku. W ten czy inny sposób.

>>>