Tag Archives: Ryszarda Socha

Katolicko-pisowskie przekręty

26 Paźdź

Reportaż TVN24 wystawia świadectwo nie tylko metropolicie, ale przede wszystkim Kościołowi jako instytucji, która wyniosła abp. Głódzia na szczyty.

Telewizja TVN24 poświęciła reportaż w magazynie „Czarno na białym” nieprawościom arcybiskupa gdańskiego. Dużo było o hołdowaniu przez niego materialistycznym wartościom. Przejawiają się one zarówno w wystawnym stylu życia (rezydencja, bez której obywali się wszyscy dotychczasowi biskupi gdańscy, specjalne wymagania kulinarne), jak i w pazerności na pieniądze (wymuszanie wysokich danin na proboszczach, powiązanie awansów z wysokością przekazywanych hierarsze kwot). Było też o dogadzaniu sobie, przedkładaniu własnych potrzeb i odsuwaniu na plan dalszy tych dotyczących diecezji oraz jej duchowieństwa (miał powstać dom emerytów dla księży, ale ważniejszy był arcybiskupi pałac w Gdańsku-Oruni).

Wreszcie o stosowaniu przemocy w stosunku do podwładnych, zwłaszcza młodych, z samego dołu kościelnej hierarchii. O upokarzaniu, publicznym poniżaniu, ubliżaniu podwładnym wulgarnymi słowami. O łamaniu charakterów, niszczeniu zdrowia tym mniej odpornym psychicznie. Słowem: o stosunkach folwarcznych wprowadzonych przez abp. Głódzia.

Ikona Kościoła oderwanego od współczesnego świata

Podwładni oskarżają Głódzia

Mówili o tym wszystkim duchowni, których tożsamość została przez dziennikarzy starannie ukryta (zaciemniona twarz, zniekształcony głos). Z otwartą przyłbicą wystąpił tylko jeden śmiałek – ks. prof. Adam Świeżyński, filozof pracujący na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Nie pierwszy raz zabrał głos. Kilka lat temu stanął w obronie młodego księdza skierowanego do posługi w rezydencji arcybiskupiej i tam poniżanego. Pojechał wtedy do stolicy przekazać swoje świadectwo ówczesnemu nuncjuszowi apostolskiemu. To samo mieli zrobić inni duchowni. Ale chyba zabrakło odwagi. I tak, sądząc po najnowszym reportażu, pozostało do dziś. A rezultat wizyty ks. Świeżyńskiego u nuncjusza okazał się żaden.

Prawdę mówiąc, w reportażu TVN24 nie było wiele nowego. Chyba tylko to, że duchowni przedstawili niedawno swoje zarzuty pod adresem metropolity w listach do obecnego nuncjusza watykańskiego w Polsce. Ale czy pod nazwiskiem, czy też anonimowo? Cała reszta jest znana od lat. Fragmentarycznie i całościowo złe zachowania abp. Głódzia prezentowały różne media (z „Polityką” włącznie). Może tylko w tej najnowszej odsłonie materia zła była szczególnie skoncentrowana.

Głódź ubliża, Watykan milczy

Właśnie to, że o stylu bycia, życia, zarządzania diecezją przez abp. Głódzia wiadomo nie od dziś i nie od wczoraj, można uznać za sprawę kluczową. Coś, co najbardziej porusza w całej tej historii. Wystawia świadectwo nie tylko metropolicie, ale przede wszystkim Kościołowi jako instytucji, która wyniosła go na szczyty. Nie da się powiedzieć, że nikt niczego nie wiedział, skoro abp Tadeusz Gocłowski, człowiek zupełnie innego pokroju niż Głódź, usłyszawszy, kto ma zostać jego następcą, pisał do kard. Tarcisio Bertone, ówczesnego sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej, o przemyślenie tej decyzji. Krok niesłychany, niemniej bezskuteczny. Dlaczego? Zaważyły kościelne gry kadrowe w kraju? A może znajomości, relacje, jakie abp Głódź (dusza towarzystwa wobec ludzi równych sobie albo tych, którzy od niego nie zależą) zdołał nawiązać podczas wieloletniego pobytu w Rzymie?

Późniejsze informacje o tym, co się działo i dzieje w archidiecezji gdańskiej, też pozostawały bez echa. Ot, kolejny „pancerny” bohater, tyle że nie świata polityki. Raz jeden przeprosił – za to, że film braci Sekielskich o pedofilii duchownych skomentował słowami „nie oglądam byle czego”. I tak jak pancerność nowego prezesa NIK źle świadczy o rządzących, tak pancerność abp. Głódzia stawia w złym świetle Kościół.

Metropolita Gdański znany jest jako skuteczny administrator, który potrafi zadbać nie tylko o siebie, ale także o dobra doczesne Kościoła. A to, jak widać, jest dla tej instytucji ważniejsze niż jej autorytet moralny, niż piękne słowa i gesty wykonywane przez papieża Franciszka.

Kościół nie reaguje na własne zło

Ks. prof. Świeżyński mówił o tym, że biskup to dla księży ktoś taki jak dla rodziny ojciec. Odwołując się do tego porównania, można przyjąć, że diecezja gdańska ma przemocowego ojca. Współczesne społeczeństwo, nawet to nasze, bardzo katolickie, jakoś sobie radzi z przemocą w rodzinie. Czasem lepiej, czasem gorzej, ale reaguje. Gdy zwleka, zdarzają się dramaty, ze śmiercią włącznie. Kościół w Polsce (generalnie, nie licząc wyjątków) sprawia wrażenie niezdolnego do reakcji na zło w swoich szeregach. Ciekawe, ilu wiernych musi odpłynąć w siną dal, ile seminariów musi opustoszeć, żeby cokolwiek w tej materii się zmieniło.

PiS nie może się pogodzić z wynikiem wyborów i próbuje ukraść Senat.

Nie mogę wyjść z zadumy, patrząc na zadymę, którą robi PiS. Partia rządząca nie chce pogodzić się z senacką porażką. Przypomina mi to historię sprzed pięciu lat, kiedy po wyborach samorządowych PiS ustami Jarosława Kaczyńskiego zakrzyknął, że wybory zostały sfałszowane. W Radiu Maryja szef PiS powiedział: „Wybory zostały sfałszowane, a państwo, w którym fałszuje się wybory, nie jest państwem demokratycznym”. Dodał, że „widać to gołym okiem, tylko trzeba ustalić, kto to zrobił”.

Europosłowie popędzili na skargę do Brukseli, gdzie załamywali ręce nad demokracją w Polsce, wśród nich obecny minister prezydenta Andrzeja Dudy Krzysztof Szczerski i Zdzisław Krasnodębski. Z kolei nieoceniony Ryszard Czarnecki powiedział w 2014 r., że wybory w Polsce są coraz mniej transparentne i uczciwe.

Od tamtej pory minęło pięć lat, w tym cztery lata rządów PiS, w czasie których prokuratura znalazła się w ręku władzy i – jak widać – nie znaleziono złoczyńcy, który ośmielił się dać wielką wygraną PSL.

PiS tworzył nowe państwo przez cztery lata. Minister spraw wewnętrznych wybrał komisarzy wyborczych, jest nowa PKW. I co? I znowu ci sami ludzie nie wierzą w prawdziwość ogłoszonych wyników. Tym razem nie padło słowo o fałszowaniu, ale – jak mówi wicemarszałek Terlecki – „chcemy sprawdzić z ciekawości, no i warto przeliczyć te głosy”.

Zaspokajaniem ciekawości PiS ma się zająć nowo powołana Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Sędziowie będą się musieli pochylić nad sześcioma wnioskami PiS i trzema PO, z tym że we wnioskach PiS nie ma żadnych konkretów. Przykładem jest sprawa Stanisława Gawłowskiego, który 320 głosami pokonał konkurenta z PiS. We wniosku czytamy: „10 proc. głosów zostało uznanych za nieważne. Zaś w rzeczywistości powinny być uznane jako głosy poparcia dla kandydata KW PiS”. Dziwi mnie skromność wnioskodawcy – dlaczego tylko 10 proc. należy się PiS? A może 80 proc. się należy?

We wniosku jest również mowa o interesie społecznym, który nakazuje przeliczenie głosów, bo przecież w interesie społecznym jest, żeby Senat dalej był maszynką do głosowania, żeby jacyś zadymiarze nie utrudniali pracy PiS, bo – jak mówi w RMF marszałek Karczewski – z izby zadumy zrobią izbę zadymy.

Jak można podważać coś, co się wydarzyło? Jak można podważać fundamenty demokracji? Doszło do tego, że zastanawiamy się, czy sędziowie nowej izby będą uczciwi.

Panowie i panie, warto się pogodzić z porażką, a nie na siłę chcieć ukraść Senat.

Niezadowolony z wyniku wyborów PiS obawia się trudności w rządzeniu i przegranej w 2023 r. Dlatego zastanawia się, co zrobić, by władzy raz wziętej nie oddać.

Walka o przyszłość Polski nie została jednak na dłużej rozstrzygnięta – stwierdza we wstępniaku „Sieci”, trybuny nowogrodzkiej, Michał Karnowski. W publicystyce obozu dobrej zmiany czuć pewne rozczarowanie, współbrzmiące z tonem wypowiedzi wodza z wieczoru wyborczego. Począwszy od zdania: „Poważna część społeczeństwa uznała, że nie należy nas popierać, mimo ewidentnych osiągnięć”, po pełne goryczy zdanie: „Otrzymaliśmy dużo, ale zasługujemy na więcej”. Te cytaty z prezesa krążą po wielu tekstach w „Sieci”  i „Do Rzeczy” podsumowujących wybory.

Ocena wyborów dokonana przez publicystów dobrej zmiany sprowadza się do tego, co możemy zobaczyć na okładce „Sieci”. Główny tytuł to „Triumf i ostrzeżenie”, a podtytuł wyjaśnia, o co chodzi: „Rekordowe poparcie dla PiS i władza na kolejne cztery lata! Ale bitwa o Polskę nie została ostatecznie rozstrzygnięta. Przed nami decydujące starcie o prezydenturę”.

Kaczyński był przekonany – jak wynika z analiz powyborczych publicystów obozu władzy – że zdobędzie co najmniej 45 proc., a tu nie dość, że to się nie udało, to i d’Hondt był w tych wyborach nieżyczliwy, i mandatów w Sejmie jest tylko 235 – a to nie daje możliwości PiS-owi wetowania decyzji ewentualnego prezydenta nie-Dudy. No i w dodatku opozycja odbiła Senat.

Te wybory miały być definitywnym dobiciem wroga i wzięciem całej puli, stąd nastrój nie jest triumfalistyczny. Wydaje się, że niedosyt w obozie zwycięzców powoduje, że po krótkim nasładzaniu się zdobytymi głosami (8 051 935) jego publicyści wypatrują nowych trudności, szukają błędów i proponują różne korekty, aby nie stracić prezydenckiego fotela. Oto przykłady.

Błędy przedwyborcze i wyborcze

„Brak było wystarczającej troski o tę otoczkę społeczną i gospodarczą, która buduje soft power każdej formacji. Już po roku widać było, że można grać na nosie na uczelniach, w szkołach, w kulturze w samorządach” (Michał Karnowski, „Sieci”).

Jedyne pozytywne przykłady budowania tej otoczki Karnowski znajduje w działaniach resortu Piotra Glińskiego i Zbigniewa Ziobry. To oznacza, że spustoszenia, czystki i marnacja publicznego grosza, która dokonywała się przez cztery lata w kulturze i sprawiedliwości, zasługuje na naśladownictwo w innych obszarach. To jest ten właściwy kierunek wskazany przez Karnowskiego. Złowrogo brzmi jego opinia: „jednego zrozumieć się nie da: finansowania z zasobów obozu władzy radykalnych, ewidentnych jego wrogów”. Czyli państwowa kasa ma być tylko dla swoich.

  • „Partia Jarosława Kaczyńskiego cierpi na problem, który narasta od lat. To zmniejszenie się medialno-polityczno-intelektualnej otuliny wokół tej partii – intelektualistów, liderów tweeterowej opinii, publicystów” (Piotr Semka, „Do Rzeczy”). Skąd się to bierze? Komentator widzi to m.in. w stosunku partii do mediów publicznych: „Sposób i obcesowość wpływania przez PiS na media publiczne zraziły do tej partii wiele autorytetów”.
  • „Nietrafionym pomysłem była zapowiedź tak znaczącego i szybkiego podniesienia płacy minimalnej – odstraszyło to od PiS szczególnie drobnych przedsiębiorców” (Paweł Lisicki, „Do Rzeczy”).
  • „To nie pierwsza kampania, w której zapowiedzi dotyczące biznesu [podwyższenia płacy minimalnej] wpędzają PiS w kłopoty” (Jacek Karnowski, „Sieci”).
  • „W miarę upływu czasu można było odnieść wrażenie, że PiS traci swoją dawną ideową wyrazistość, że niechętnie bierze udział w wojnie cywilizacyjnej” (Paweł Lisicki, „Do Rzeczy”).
  • Problemem kampanii PiS była „swego rodzaju rutyna, powtarzalność i formy, i treści przekazu w ostatnich tygodniach i dniach. (…) PiS wpadło w pułapkę kampanii dobrej, nawet bardzo dobrej, ale jednocześnie w jakiś sposób płaskiej, przewidywalnej. (…) przyniosła ona efekt w postaci znudzenia wyborców, także gorących sympatyków. Ile razy można bowiem wysłuchiwać tych samych przemówień” (Jacek Karnowski, „Sieci”).
  • „Najbardziej dotkliwe jest nadwerężenie PiS jako partii ludzi o czystych rękach” (Piotr Semka, „Do Rzeczy”). Publicysta wymienia: „zachowanie szefa KNF Marka Chrzanowskiego”, „zignorowano zarzuty o nieprawidłowościach w Polskiej Fundacji Narodowej”, „niewyjaśniona do końca sprawa używania systemu inwigilacji Pegasus” i „najgorsza dla prestiżu PiS afera szefa NIK Mariana Banasia”.

Efekty powyborcze

  • „Wybory wzmocniły, a nie osłabiły dwa sojusznicze ugrupowania Zjednoczonej Prawicy – Porozumienie Jarosława Gowina i Solidarną Polskę Zbigniewa Ziobry. (…) nie ułatwia to prezesowi Kaczyńskiemu zarządzania partią” (Paweł Lisicki, „Do Rzeczy”).
  • Przegrana w Senacie: „Nie wiadomo, czy opozycji uda się z niego zrobić swoją twierdzę. Gdyby się tak stało, wojna polityczna się zaostrzy. Senat nie tylko będzie maksymalnie przeciągał prace legislacyjne (…) senatorowie zastosują wszelkie możliwe triki i kruczki, byle tylko utrudnić życie rządzącym” (Paweł Lisicki, „Do Rzeczy”).
  • Trudniej w Sejmie: „Pojawiła się grupa radykalnych lewicowych posłów i posłanek (…) będą starali się wprowadzić »postępowe« rozwiązania ideologiczne i obyczajowe”. Ale też „pierwszy raz od lat PiS będzie musiało się zmierzyć z konkurencją po prawej stronie” (Paweł Lisicki, „Do Rzeczy”).

Co robić dalej?

  • „Teraz PiS musi szybko ruszyć do przodu, pokazując, że mimo utraty Senatu – również być może tymczasowej – może nie tylko skutecznie rządzić, ale również zmieniać Polskę, także tam, gdzie napotka silny opór”(Sygnalista nadaje, „Sieci”). Ale Sygnalista nie wskazuje kierunku szybkiego marszu do przodu. Chyba że jest to zwycięstwo Dudy, bo pisze: „Jeśli prezydent wygra, to opozycję czeka marny los”.
  • „Dla dalszego rozwoju sytuacji politycznej kluczowe znaczenie będzie miała kampania prezydencka” (Paweł Lisicki, „Do Rzeczy”). „Teraz walka o prezydenturę stanie się walką o śmierć i życie – opozycyjny prezydent, mając poparcie większości senackiej, byłby dla niewielkiej większości sejmowej niezwykle groźnym przeciwnikiem”.
  • „W przyszłości tę właśnie dziedzinę [biznes] należy potraktować jako szczególnie niebezpieczną, wymagającą wyjątkowej staranności i precyzji” (Jacek Karnowski, „Sieci”).
  • „Co PiS chce zrobić ze swym oddziaływaniem na wielkie miasta?” (Piotr Semka, „Do Rzeczy”).

Jak zły omen wraca do PiS pytanie, czy skupiać się na małych miastach i wsi, czy też zmierzać ku centrum z powolnym zdobywaniem dużych miast jako bonusem.

  • „Przed PiS stoją teraz do wyboru trzy drogi. Pierwsza to kontynuacja tego, co w pierwszej kadencji: głębokich, ale najczęściej punktowych reform, duża ostrożność, pozostawienie całych obszarów w stanie nienaruszonym (…). Druga droga to reformy znacznie głębsze i szersze, przeprowadzane ze świadomością, że można się wywrócić nawet przed końcem kadencji. (…) Wreszcie opcja trzecia: polityka jeszcze spokojniejsza niż dotychczas, skupiona na łagodzeniu emocji i zamazywaniu najostrzejszych podziałów, zmierzająca faktycznie do pozyskania jakiegoś istotnego koalicjanta” (Jacek Karnowski, „Sieci”). Ale Karnowski ucieka od wskazania, która droga wydaje mu się najlepsza, pisze: „Wszystko dopiero przed nami”, co należy czytać, prezes nie podjął jeszcze decyzji.
  • „Przed Zjednoczoną Prawicą stoi wybór: albo dotychczasowymi metodami zapewni sobie poparcie na poziomie 9 mln głosów, co wydaje się bardzo trudne, albo utrzymując poparcie na poziomie ok. 8 mln głosów, stworzy możliwość zawarcia jakiejś koalicji, a co za tym idzie, doprowadzi do zburzenia jednolitego opozycyjnego frontu” (Stanisław Janecki, „Sieci”). Komentator rozwija tę myśl: „Realnie istnieje jakaś możliwość współpracy z PSL oraz Konfederacją, gdyż nie ma tu wyraźnych podziałów ani w kwestiach ideowych, ani dotyczących modelu funkcjonowania państwa”. Dodatkowo wzmacnia to „tajemną wiedzą” z Nowogrodzkiej: w kierownictwie Zjednoczonej Prawicy „całkiem poważnie jest też analizowana kwestia posiadania partnera po opozycyjnej stronie, nawet gdyby nie było konieczności podzielenia się z nim władzą przed wyborami parlamentarnymi w 2023 r.”.

„Dobra zmiana” zaostrzy kurs?

Te analizy pokazują, że lęk przed utratą władzy kieruje myśleniem taktycznym i strategicznym PiS. Stąd nadzieja na odzyskanie Senatu – jeśli nie od razu, to za jakiś czas – i jawne deklaracje polityków i publicystów obozu władzy, że może uda się przeciągnąć jednego czy dwóch senatorów na swoją stronę. Stąd składane protesty wyborcze, bo a nuż się gdzieś uda. Stąd wreszcie natychmiastowy remanent powyborczy, aby naprawić błędy i znaleźć pomysł nie tylko na kampanię prezydencką, ale też strategię na wybory 2023.

„Dobrozmianowi” publicyści już szukają nowego paliwa wyborczego: „Dla rządzącego obozu wydaje się całkiem jasne, że dotychczasowa polityka socjalna (wielomiliardowe transfery) praktycznie wyczerpała swoje możliwości. To, co rozpoczęto, musi być zrealizowane, ale poza polskim modelem państwa dobrobytu powinien być jeszcze tworzony i wzmacniany ideowy kościec tego państwa w ogóle” – pisze w „Sieciach” Stanisław Janecki. I wskazuje kierunek działań, przywołując wypowiedź Patryka Jakiego, który postawił parę dni po wyborach twarde pytanie: „Dlaczego mimo obiektywnych sukcesów (…) dalej większość osób wybiera partie opozycyjne? A wzmocniona lewica wraca do Sejmu?”. Jaki zna odpowiedź, dostrzega tego przyczynę w wartościach III RP, które trzeba wykarczować: „nie sięgamy do fundamentów III RP, np. tego, że trwa proces wrogiej socjalizacji społeczeństwa – zamiany flagi biało-czerwonej na »tęczową«, społeczeństwa wolnościowo-konserwatywnego na lewackie”.

A więc kierunek rządzenia, który ma wzmocnić władzę, to wypalenie „wrogiej socjalizacji”. Gdy to czytam, to ciarki chodzą mi po plecach, bo już widzę tę świętą wojnę prowadzoną przez państwo PiS.

Dlatego najwyższy czas, by opozycja przetrawiła swoje błędy i bez krwawych rozliczeń wypracowała swoją długotrwałą strategię działania w obronie państwa prawa i społeczeństwa obywatelskiego. Ale dziś najważniejsze są wybory prezydenckie i porozumienie sił demokratycznych w sprawie mocnego kandydata. Bez tego zwycięstwa trudno będzie zatrzymać pisowski czołg – z powiewającą biało-czerwoną flagą – rozjeżdżający „wrogo zsocjalizowane społeczeństwo”.

Drżyj młodzieży, bo PiS z Kościołem tak was wyedukują seksualnie, że… klękajcie narody.

W dzisiejszej Polsce nie można się nudzić. Afera goni aferę. Prezes PiS nie będzie rozliczony za kopertę z łapówką, współpracownicy Banasia zamieszani w VAT-owską mafię, „rozlatany” Kuchciński, KNF pod lupą, zadłużenie, deficyt, ale… to wszystko nic.

Tematem numer jeden jest seks, a konkretnie to, co z tym seksem wyprawia partia rządząca i wspomagający ją Kościół. W ramach walki z pedofilią rządzący wraz z panami w sukienkach chcą przejąć całkowicie pieczę nad edukacją seksualną dzieci i młodzieży, by chronić niewinne dusze i wbić im do głowy, że seks nie ma być przyjemnością, ale służyć tylko prokreacji i być podwaliną rodziny, w której tatuś to władca, a mamusia ma zasuwać, by tatusiowi dogodzić.

Warto więc przyjrzeć się, jak za kilka lat młodzi ludzie będą wyedukowani seksualnie, z jaką wiedzą wkroczą w dorosłe życie.

Po pierwsze – seks. Uczeń ma wiedzieć, że „seks jest zły, bo nie rozwija człowieka, nie przynosi dobra, nie daje bliskości z drugą osobą. Seks powinien dotyczyć małżeństw. Łączyć się z miłością”. Mało tego, jeśli człowiek za bardzo skupia się na swojej cielesności to łatwo nim manipulować. Należy więc walczyć z tą nieszczęsną seksualnością, bo tu chodzi o przyszłość naszej cywilizacji (konia z rzędem temu, kto wyjaśni, co miał na myśli prezes Kaczyński, wrzucając taki tekst). Ten, kto myśli o seksie i obraca się w „brudach erotycznych” to idiota i matołek. Każdy, komu zamarzy się odrobina seksu musi wiedzieć, że „rozkosz erotyczna trwa krótko, lecz wprowadza nerwy w stan wysokiego napięcia, wskutek czego organizm wyczerpuje się szybko, a gruntownie. Przede wszystkim zużywa się rdzeń pacierzowy, najbardziej zainteresowany w przeżyciach erotycznych, wiotczeją mięśnie, umysł traci swą świeżość”. No i najważniejsze. Dziecko ma się uczyć ku chwale wodza i partii, a nie demoralizować się jakimś seksem. Fujjjj…

Po drugie – swoboda seksualna. Absolutnie nie wolno rozpoczynać współżycia zbyt wcześnie, to znaczy przed ślubem. To nic innego jak narażanie się na „negatywne skutki psychiczne i fizyczne, od rozczarowania, zawodu przez uzależniania, antykoncepcję (!) i aborcję po załamanie psychiczne, korzystanie z pomocy społecznej, niemożność stworzenia rodziny i zaburzone odróżnianie dobra od zła”. Jak twierdzi Władysław B. Skrzydlewski, u mężczyzny, który ulega żądzom, rozwija się niezaspokojenie, zanika ofiarność i drastycznie wzrasta egoizm, a rozwiązłe kobiety doznają wstrząsu i tracą zdolność oddania się całkowicie ukochanemu mężczyźnie, rozumienia innych oraz chęci pełnienia roli opiekuńczych, do których z racji płci są zobowiązane. W jednym z podręczników religii do klasy VII („Błogosławieni, którzy szukają Jezusa”) znajduje się niezwykle sugestywny przekaz, co się dzieje z młodym człowiekiem, gdy seks mu w głowie zakręci. Trzynastolatkowie dowiadują się z biblijnego cytatu, że „Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa. Jeśli więc prawe oko twe jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła”. Nie ma co, aż strach się bać.

Po trzecie – antykoncepcja, która jest złem sama w sobie. Prowadzi ona do depresji, chorób wątroby, nadmiernego owłosienia, nowotworów złośliwych, wylewów krwi, choroby wieńcowej, zawałów serca i nawet zgonów. Prezerwatywy nic nie dają, bo mają tzw. mikropory, przez które plemniki z łatwością się przedostają, podobnie jak i choroby zakaźne. Dziateczki muszą zapamiętać, że antykoncepcja prowadzi do aborcji, a to nic innego jak zwykłe morderstwo milionów wręcz tycich maluszków. Uczniowie muszą też wiedzieć, że jedynym dobrym i skutecznym środkiem antykoncepcyjnym jest metoda naturalna – objawowo-termiczna Rötzera.

Po czwarte – zapamiętanie, jaka jest rola dziewczynek, a jaka chłopców w dorosłym życiu. Od najmłodszych lat trzeba wbić dzieciaczkom do głów, że różnica miedzy kobietą i mężczyzną polega na tym, iż faceci umieją oddzielić myślenie od emocji, a kobiety nie. Tak więc dziewczynki nie muszą być mądre. Wystarczy, że są ładne. Jeśli wydarzy się coś, co można nazwać molestowaniem, a nawet gwałtem, to jest to wina właśnie dziewczynek, bo prowokują ubiorem i zachowaniem chłopców, którym czasami jest trudno zapanować nad pożądaniem bliźniej swojej i… nieszczęście gotowe. Dziewczynki muszą pamiętać, że ich rolą jest przede wszystkim rodzić. Jak tłumaczył ksiądz Marcin Różański w audycji w Radiu Maryja pt. „Jak być dobrą żoną w sypialni”, mają rodzić z uśmiechem, bo każde dziecko to dar boży. Mają też podporządkować się mężowi, a gdy ten dopuści się na niej gwałtu, to trzeba to zaakceptować, bo przecież „nie może on być przez żonę traktowany jak oprawca, gdyż powinnością kobiety jest udostępnianie swojego ciała mężczyźnie”. Oczywiście, kobieta może powiedzieć mężowi, że dzisiaj nie ma ochoty na seks, ale to będzie oznaczać, że „jest egoistką i myśli o własnym dyskomforcie, zamiast o potrzebach małżonka”.

Tak drodzy Państwo. To nie konfabulacja z mojej strony, ale fakty. Tak prezes ze swoimi kumplami z partii i Kościoła widzi edukację seksualną w szkołach. Edukację, która ma cofnąć dzieciaki w mroczne czasy średniowiecza, stojącą w całkowitej sprzeczności nie tylko z nauką XXI wieku, ale i z zupełnie inną rolą kobiet we współczesnym świecie. Kobiet, które kształcą się, pracują zawodowo, są coraz bardziej aktywną częścią życia publicznego. Jak widać, marzeniem sfrustrowanych facetów, niezaspokojonych seksualnie, jest sprowadzenie ich do roli darmowych gospodyń domowych, biegnących na każde skinienie swego pana i władcy.

Mało tego, ci szaleni panowie, wspierani przez nieliczne grono pań, mających wielki problem z oceną rzeczywistości, zapragnęli, by polska młodzież rosła w duchu czystości, takiej w ich rozumieniu, by ze wstrętem odwracała się od własnego ciała, była znerwicowana, depresyjna i pełna poczucia winy, jeśli tylko nieopatrznie uległaby tej strasznej „żądzy”, jaką jest seks. Młodzież bojąca się dotyku, odrzucająca wszelkie przejawy zbytniego zbliżenia. Młodzież rodząca gdzieś w krzakach niechciane dzieci, wyśmiewana i szykanowana z powodu przypadkowej ciąży. Młodzież popełniająca samobójstwa, przerażona tym, co się zadziało, próbująca na własną rękę usunąć owoc miłości fizycznej. Młodzież okaleczoną emocjonalnie przez te wbijane jej do głowy bzdury.

Jestem ciekawa, dlaczego prezes i całą reszta są głusi na słowa papieża Franciszka, który tak pięknie mówi, że „seks jest darem od Boga, nie potworem, miłość jest darem od Boga. Inną kwestią jest to, że niektórzy używają go, by zarabiać pieniądze i wykorzystywać innych. Ale musimy zapewnić rzeczową, nienacechowaną ideologicznie edukację seksualną. (…) Trzeba nauczać o seksie jako o darze od Boga. Wychowywać to nauczać tak, by wyciągać z ludzi to, co w nich najlepsze i po drodze im pomagać” i jednocześnie zwraca uwagę na dobór odpowiednich podręczników do edukacji seksualnej, bo przecież „są rzeczy, które pomagają dojrzeć, ale też takie, które szkodzą”?

Duda się zgubił, za to jest wielki Lech Wałęsa, który godnie nas reprezentuje

6 Gru

>>>

„Jestem pod wrażeniem postawy Pana Prezydenta Wałęsy. Dzisiejsza, odważna „manifestacja”, to kolejne potwierdzenie, dlaczego został liderem Solidarności, dlaczego szanują go ludzie na całym świecie, dlaczego zapisał się w historii. Mali zawistni ludzie tego nie zniszczą” – to reakcja jednego z internautów na założenie przez Lecha Wałęsy koszulki z napisem „Konstytucja” na pogrzeb prezydenta USA Georga H.W. Busha.

Prawicowe media i portale wręcz prześcigały się w dyskredytowaniu Wałęsy.

„Noblista uczestniczy w spotkaniu najważniejszych osób na świecie, nosi na sobie koszulkę-manifest, a prawicowi dziennikarze twierdzą, że nikt z Nim nie zamieni słowa. A dzięki temu manifestowi o łamaniu przez PiS Konstytucji napiszą jutro wszyscy. I to tych dziennikarzy boli” – skomentował na Twitterze prof. Marcin Matczak.

Lech Wałęsa na swoim profilu na Twitterze umieścił zdjęcia, na których widać, jak po uroczystości, witają się z nim Hillary i Bill Clintonowie oraz Barack Obama. – „A czy Andrzej Duda może pochwalić się takimi zdjęciami? Bo nie wiem …. nie zauważyłem …. konie były?”. To oczywiście aluzja do selfie, które zrobił sobie z koniem Andrzej Duda podczas wystawy rolniczej.

„Jaka jest różnica między Wałęsą w USA a Dudą w USA? Z Wałęsą każdy chce sobie zrobić zdjęcie. Duda by chciał sobie zrobić zdjęcie z każdym” – spuentował inny internauta.

Za sprawą publikacji „Dużego Formatu” („Gazety Wyborczej”) wrócił temat pedofilii zmarłego w 2010 r. prałata Henryka Jankowskiego, kapelana Solidarności, zasłużonego dla antykomunistycznej opozycji w latach 80. Upamiętniono go w 2012 r. pomnikiem wzniesionym na skwerze, który nazwano jego imieniem. Teraz pod figurą księdza ktoś położył dziecięce buciki. Pojawiły się też kartki z napisem „pedofil”. Posłanka Joanna Scheuring-Wielgus zaapelowała do prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza (w młodości ministranta w kościele św. Brygidy, gdzie ks. Jankowski był proboszczem) o usunięcie pomnika, bo „zasługi niczego nie wymazują. Pedofilia to zbrodnia”.

Na stronie petycjeonline.com umieszczono petycję do radnych miasta Gdańska wnoszącą o likwidację pomnika i odebranie skwerowi imienia prałata. Prezydent Adamowicz zapowiedział w tej kwestii konsultacje z mieszkańcami. Pod publikacjami relacjonującymi treść reportażu pojawiły się setki opinii internautów.

Pedofilia w Kościele. Ofiary i państwo, które nie pomaga

Henryk Jankowski czternaście lat wcześniej

Pierwszy raz o sprawie głośno zrobiło się latem 2004 r. Wtedy to gdański sąd rodzinny złożył w prokuraturze doniesienie o podejrzanych kontaktach prałata z jednym z ministrantów. Prokuratura wszczęła śledztwo z artykułu 200 kodeksu karnego, który dotyczył molestowania nieletnich. Chłopak miał wtedy 16 lat, był skonfliktowany z rodzicami. Zaprzeczał, jakoby był molestowany. Biegły uważał, że kłamie. Cała historia była niejasna. Sporo mówiło się wtedy o upodobaniu duchownego nie tyle do dzieci, ile do młodych mężczyzn. Że kręcą się po plebanii, zachowują nazbyt swobodnie, że ksiądz obdarowuje ich prezentami. Ktoś był świadkiem jakiegoś powitalnego czy pożegnalnego pocałunku w usta.

Był niesmak, nie było twardych dowodów przekroczenia granic. Tylko plotki i domysły. Sprawa rozeszła się po kościach. Trudno dziś powiedzieć, czy prokuratura zrobiła wówczas wszystko, by dogłębnie rzecz wyjaśnić, czy wprost przeciwnie, badała sprawę tak, by nic nie znaleźć. Postępowanie skończyło się umorzeniem.

Nawiasem mówiąc, opinię publiczną (nie licząc fanklubu ks. Jankowskiego) bardziej oburzało wtedy upodobanie duchownego do luksusowych aut, strojnych szat i wystawnego życia, a także antysemickie wypowiedzi.

Buciki Pamięci – upamiętnijmy ofiary kościelnej pedofilii

Nowe otwarcie sprawy prałata Jankowskiego

O wykorzystywaniu dziewczynek na tamtym etapie w ogóle nie było mowy.

Ten wątek pojawił się dopiero teraz wraz z relacją głównej bohaterki reportażu w „Dużym Formacie”. Zdecydowała się ona pod imieniem i nazwiskiem opowiedzieć o swoich traumatycznych doświadczeniach sprzed 50 lat, gdy była 12-letnią dziewczynką. Według publikacji katalizatorem tej decyzji było zetknięcie się ze wspomnianym na wstępie pomnikiem honorującym księdza. Ale zapewne nie bez znaczenia była zmiana klimatu społecznego wobec tego typu spraw. W rezultacie ofiary nadużyć seksualnych ze strony duchownych mogą dziś liczyć na większe zrozumienie i wsparcie aniżeli przed laty.

To zrozumienie dla pokrzywdzonych przebija w postach zamieszczanych w internecie. Co więcej, z potępieniem nadużyć seksualnych ks. Jankowskiego wystąpili znani publicyści zarówno prawicowi, jak i lewicowi. Choć nie brak też osób traktujących reportaż „Dużego Formatu” jako szkalowanie, nagonkę na Kościół.

Opublikowano mapę kościelnej pedofilii w Polsce

Zmarły prałat pod pręgierzem

Artykuł wywołał burzę emocji. Ale emocje nie są najlepszym filtrem tam, gdzie potrzebna jest weryfikacja faktów. Nie ma powodów, by nie wierzyć bohaterce reportażu, gdy opowiada o swoim osobistym doświadczeniu. Ale już zrelacjonowana przez nią historia jej starszej koleżanki Ewy, która jakoby zaszła w ciążę zgwałcona przez ks. Jankowskiego i popełniła samobójstwo, wymagałaby gruntownego sprawdzenia. Lecz przez kogo? Nie ma szans na przeprowadzenie śledztwa prokuratorskiego. Nie tylko ze względu na upływ czasu. Bo nawet gdy takowe jest w toku, a podejrzany umiera, to się je umarza. Ten oskarżony nie żyje od kilku lat. Nie może się bronić. Więc rzucane dziś gęsto i łatwo słowa o zboczeńcu, odrazie, obrzydzeniu też budzą pewien niesmak, opór, wątpliwości. Nasuwa się pytanie: czy media powinny być ostateczną instancją, najwyższym sądem w tego typu sprawach?

A na to się właśnie zanosi.

Kościół bez rękojmi w sprawie pedofilii

W Polsce przyjęła się zasada, żeby o zmarłym mówić dobrze albo wcale. Stąd sporo jest też głosów niechęci, iż oto ktoś tę świętą zasadę narusza. Że miało to sens, gdy prałat żył. „Z martwymi się nie boksuje” – pisze jeden z internautów. Trzeba się skupić na żywych, którzy wciąż szkodzą. Z drugiej strony wiemy już, jak skomplikowane bywają konsekwencje molestowania seksualnego, zwłaszcza w przypadku nieletnich. Że często trzeba wielu lat, żeby takie zdarzenia ujawnić. Więc przydałaby się jakaś ścieżka dla tych, których krzywdziciele nie żyją.

Gdyby polski Kościół jako instytucja był w kwestii rozliczeń z pedofilią wiarygodny, gdyby dawał rękojmię uczciwego zbadania każdej sprawy, to byłby on właściwą instancją. Ale wiemy, jak różnie polscy hierarchowie reagują na stanowcze deklaracje i apele papieża Franciszka. Trudno uwierzyć, że metropolita gdański Sławoj Leszek Głódź stanąłby na wysokości zadania, gdyby to do niego przyszła bohaterka reportażu i opowiedziała swoją historię.

Dokąd zmierza polski Kościół?

Od wczoraj możemy obserwować bardzo pouczające przedstawienie: jak Platforma Obywatelska Grzegorza Schetyny zmusza do zjednoczenia Nowoczesną. Oficjalnie nazywa się to dużo delikatniej stworzeniem wspólnego klubu Koalicji Obywatelskiej.

Już od wyborów samorządowych wiadomo, że partia Katarzyny Lubnauer nie poradzi sobie sama poza koalicją z PO. Może za to dziwić tempo, z jakim Schetyna postanowił tę sytuację zdyskontować.

Zakładnicy d’Hondta

Na krótką metę Schetyna wygrał

Kilka kwestii jest w tej historii jasnych. Z wąsko rozumianego punktu widzenia wchłonięcie Nowoczesnej w całości czy w znaczącej części (tego jeszcze nie wiemy) to korzyść: zwiększenie liczby posłów, a także posiadaczy innych mandatów zdobytych przed chwilą w wyborach lokalnych. To także pokaz siły w konserwatywno-liberalnej opozycji – żaden byt w kluczowym dla Platformy segmencie elektoratu, prodemokratycznego i prorynkowego jednocześnie, nie ma szans na samodzielność.

Być może szef PO podjął decyzję o wrogim przejęciu Nowoczesnej po sprawie Wojciecha Kałuży. Ten śląski deputowany wystawiony przez Nowoczesną stał się sławny, gdy zdezerterował z Koalicji Obywatelskiej i poparł PiS, dzięki czemu partia Jarosława Kaczyńskiego przejęła ósme województwo w kraju. Schetyna może kalkulować, że jeśli będzie miał wpływ na dobór wszystkich kandydatów Koalicji Obywatelskiej w nadchodzących wyborach, nie dopuści do kandydowania potencjalnych dezerterów.

Dla Nowoczesnej obecna awantura zakończy się polityczną śmiercią. Albo ugrupowanie ulegnie ultimatum Schetyny i da się wchłonąć na warunkach Platformy, albo zostanie podzielone na pół. A pół łódki już samo nie popłynie. Zwolennicy zjednoczenia i popierającej je Kamili Gasiuk-Pihowicz de facto otwarcie zbuntowali się przeciwko kierownictwu Lubnauer. Jeśli nie zmuszą partyjnych kolegów do pójścia w swoje ślady, odejdą sami i pozostawią za sobą zgliszcza.

Czy możliwy jest sojusz „trzecich sił”

Czy przyjdą inni kandydaci na przystawki

Zupełnie inną kwestią jest odpowiedź na pytanie, co ta awantura oznacza dla przyszłości opozycji w Polsce i wyników kluczowych wyborów parlamentarnych w 2019 r. Zwycięstwo PiS w przyszłorocznym głosowaniu na posłów będzie oznaczało konsolidację obozu władzy i stopniową orbanizację kraju. Orbanizację rozumianą jako budowę systemu, w którym opozycja nie ma żadnych szans na przejęcie władzy.

Opozycja może wygrać w 2019 r. tylko wtedy, jeśli pójdzie do wyborów jako jedna szeroka koalicja (wysokie poparcie dla takiego bloku pokazał ostatnio sondaż Pollstera dla „Super Expressu”) lub maksimum dwie listy. Gdybym teraz był liderem jakiejś partii opozycyjnej, to po doświadczeniu ostatnich dni poważnie zastanowiłbym się nad jakimkolwiek aliansem z Platformą.

Oczywiście posłowie Nowoczesnej, którzy wejdą do klubu PO, indywidualnie zachowają szansę na przyszłość w polityce. Ale prawdziwej polityki już robić nie będą, a ich partia przestanie istnieć. Czy inni pójdą na takie ryzyko? Podzielą los Nowoczesnej czy tzw. przystawek, Samoobrony i LPR, pożartych przez PiS w 2007 r.?

Uskrzydlona koalicja

Dla Schetyny ważna polityczna siła i karne wojsko

Co więcej, Koalicja Obywatelska też poniesie polityczne straty na tej operacji. I nie chodzi tu tylko o profity wynikające z istnienia odrębnego klubu Nowoczesnej w Sejmie (m.in. prawo do stanowisk, w tym wicemarszałka, czas przemówień etc.). Wśród wyborców liberalnych wciąż bowiem istnieje grupa tych, którzy rozczarowali się rządami PO, pamiętają je i nie chcą głosować na Platformę. Ci wyborcy głosowali na kandydatów Nowoczesnej na listach Koalicji Obywatelskiej, dopóki ta partia miała jakąś samodzielność. Teraz odejdą do innych ugrupowań albo się zdemobilizują.

Zmniejszy się także potencjał przyciągania Koalicji Obywatelskiej. Nowoczesna w kilku dziedzinach różniła się od PO, była bardziej liberalna obyczajowo, bardziej stanowczo stawiała na rozdział państwa i Kościoła, mocniej stawiała na przedsiębiorczość. A większa różnorodność programowa oznacza szerszą ofertę dla wyborców. Teraz istnieje spore ryzyko, że wszystko zostanie zglajszachtowane. Zwłaszcza w Platformie, która jest uznawana za pragmatyczną, wypraną z idei partię władzy – bez władzy.

Schetyna zdecydował, że od tego wszystkiego ważniejszy jest pokaz siły i utrzymywanie na zapleczu karnego wojska. Za niecały rok zobaczymy, czy ma rację.

Lewica czeka na Biedronia

Schetyna uważa, że obie partie są podobne do siebie i powinny się połączyć. Jego zdaniem szyld Koalicji Obywatelskiej nie bardzo się przyjął i czas go zwinąć, a na wybory do Parlamentu Europejskiego i późniejsze wybory parlamentarne w 2019 roku budować szerszą formułę pod nową nazwą.

Jednak operacja połączenia obu klubów a później partii jest ryzykowna. Z badań, które Nowoczesna zamówiła latem, wynika, że część jej wyborców nie zagłosuje na PO, bo wciąż jej nie ufa. Na trwałe zniechęcił ją demontaż OFE, za małe wsparcie dla przedsiębiorców, czy zbyt konserwatywne poglądy w kwestiach światopoglądowych. Dla tych wyborców formuła Koalicji Obywatelskiej była bezpieczna, bo nie musieli wprost popierać PO. Mieli Nowoczesną, na którą mogli głosować. Jeśli Nowoczesna połączy się z Platformą, ten elektorat może przerzucić swoje głosy na nową partię Roberta Biedronia albo na ugrupowanie Ryszarda Petru. Ten ostatni teraz będzie mógł triumfować, że to on jest prawdziwą Nowoczesną, a tamta była tylko przystawką PO. Wchłonięcie Nowoczesnej może więc stworzyć przestrzeń dla nowych ugrupowań, a Koalicję Obywatelską może osłabić. W efekcie może zyskać na tym PiS.

Poza tym styl przeprowadzenia tej operacji jest fatalny. Lider Platformy forsuje połączenie klubów wbrew woli szefowej Nowoczesnej Katarzynie Lubnauer, która jeszcze w środę po południu mówiła, że tego nie popiera. Lubnauer wydawało się, że jej stosunki ze Schetyną są partnerskie, a on teraz próbuje ją ograć. Za jej plecami dogadał się z szefową klubu Nowoczesnej Kamilą Gasiuk-Pihowicz, która złożyła wniosek o połączenie obu klubów. W sejmowych kuluarach mówi się, że Gasiuk-Pihowicz ma za to obiecaną dwójkę na warszawskiej liście Platformy do Parlamentu Europejskiego.

Na razie wrogie przejęcie się nie udało, bo wniosek poparło zaledwie 6 posłów na 14 obecnych na posiedzeniu. Jednak, widząc determinację PO, wydaje się tylko kwestią czasu, gdy Platforma przekona (przekupi obietnicami tzw. biorących miejsc na listach) tylu posłów Nowoczesnej, żeby dopiąć swego. Zresztą już w środę 7 posłów Nowoczesnej odeszło z klubu i przystąpiło do nowego klubu PO-Koalicja Obywatelska, a Schetyna publicznie zaapelował do Katarzyny Lubnauer, żeby zgodziła się na połączenie.

Niewykluczone, że Lubnauer – postawiona pod ścianą – w końcu się ugnie i zgodzi się na połączenie. Jednak ten fatalny styl połykania Nowoczesnej nie wróży najlepiej ani przyszłej współpracy polityków obu partii, ani budowie szerszego porozumienia opozycji na kolejne wybory. Liderzy innych ugrupowań mogą mieć obawy przed rozmowami z PO widząc, jak traktuje mniejszych partnerów. I będą to obawy uzasadnione.

Waldemar Mystkowski pisze o zależności Kaczyńskiego od Rydzyka.

PiS jest rozgrywane przez Rydzyka i należy mniemać, że rośnie coraz bardziej konto (bankowe) ojca dyrektora.

Iranem Europy jeszcze raczej nie jesteśmy, ale przy względnie dobrym układzie zewnętrznym dla PiS może tak stać się w każdej chwili. Politycy partii Kaczyńskiego mentalnie już są na to gotowi. Mateusz Morawiecki złożył hołd Tadeuszowi Rydzykowi i przy okazji wygłosił laudację – przecież ojciec dyrektor to doktor teologii – o wyższości miłości jego owieczek do ojczyzny nad uczuciem patriotycznym pozostałych rodaków.

Rydzykowi aż gałki oczne wybałuszyły się na czoło, a piramidka ze złożonych dłoni zajaśniała aureolą oczekiwania na kolejne miliony z budżetu państwa. Ta dewocyjna zależność Morawieckiego do rozporządzania głosami wyborczymi, jakie są w posiadaniu redemptorysty jeszcze szwankuje, bo nie zhołdował się Jarosław Kaczyński, tylko jego giermkowie.

I bodaj żadnym wytłumaczeniem nie jest chore kolano prezesa, które uniemożliwiło mu pielgrzymkę do Torunia, wszak bardziej chorzy chodzą za pomyślnością do Santiago de Compostela. Lecz ajatollah z Torunia to iście najlepszy lis pośród lisów.

Hołd hołdem, ale jaki ma on być rzeczywiście? – mogą zastanawiać się znawcy ceremoniałów i rytuałów, jakie oglądali przy okazji obchodów 27. rocznicy powstania Radia Maryja. Pląsy polityków PiS były godne nawet takich zdarzeń kulturowych jak oddanie czci Słońcu, gdy to dziewice wychodzą na poranne zroszone łąki, aby oddać cześć naturze.

Ale i to nie zadowoliło Rydzyka, który na hołd PiS przygotował się dużo lepiej, niż można było przewidywać. Otóż kilka dni po hołdzie – ni z gruszki, ni z pietruszki – na światło medialne wychodzi news, iż zaufany ojca dyrektora Mirosław Piotrowski złożył wcześniej w sądzie papiery, aby zarejestrować partię o dumnej nazwie Ruch Prawdziwa Europa. Nie jakieś tam lelum-polelum Prawo i Sprawiedliwość, tylko z grubej rury Prawdziwa Europa.

No i co? Popłoch w PiS, bo kilka procent przy urnie wyborczej może uciec, a ponadto wzmocnienie niebywałe – ulubione słowo Kaczyńskiego – dla takich tuzów, jak Macierewicz i Ziobro. Każdy z nich wszak może stanąć na czele tej Prawdziwej Europy.

Paniki nie da się ukryć. Rzecznik PiS Beata Mazurek – retoryczny Kononowicz – nie potrafiła ukryć, jakie w otoczeniu prezesa Kaczyńskiego panuje drżenie łydek.  – „Każdy ma prawo zakładać partię, ale to kwestia odpowiedzialności za państwo. Jedność na prawicy jest warunkiem sukcesu. Niektórzy mogą mieć indywidualne cele. PiS przyjmuje odpowiedzialność za państwo. Każdy, kto burzy układ dzisiejszy ułatwia powrót do władzy lewicy” – napisała na Twitterze.

Tak rozgrywane jest PiS przez Rydzyka i należy mniemać, że rośnie coraz bardziej chciwe konto (bankowe) ojca dyrektora. A Kaczyński może sobie pluć w brodę, że jednak nie złożył hołdu i obawiać się, że za rok – w 28. rocznicę Radia Maryja – nie będzie już takiej potrzeby, bo PiS zostanie wyproszony przez wyborców od koryta, a niektórzy politycy tej partii mogą drżeć przed odpowiedzialnością najwyższej instancji – Trybunałem Stanu.

>>>

PiS trzeba pomóc w klęsce, bo inaczej Polska będzie katastrofą, przy której katastrofa smoleńska to mały pikuś

23 List

>>>

Dwaj wielcy oponenci polityczni zostali przesłuchani przed gdańskim sądem w związku ze sprawą o naruszenie dóbr osobistych, jaką prezes PiS wytoczył byłemu prezydentowi RP. Domaga się przeprosin i zasądzenia od Lecha Wałęsy 30 tys. zł na cele społeczne. Po raz pierwszy od wielu lat ci niegdysiejsi polityczni współpracownicy, których drogi rozeszły się radykalnie jesienią 1991 r., stanęli tak blisko siebie. Wałęsie spod marynarki wystawała koszulka z charakterystycznym nadrukiem „Konstytucja”. Jeszcze przed salą rozpraw doszło do wymiany złośliwości. Wałęsa Kaczyńskiego i Kaczyński Wałęsę określili mianem swojego „wielkiego błędu”.

Dwaj panowie z traumą

Było to spotkanie ludzi naznaczonych ciężkimi traumami. W przypadku Wałęsy – traumą „Bolka”, oskarżeniami o agenturalną przeszłość. Czego następstwem jest próba „wygumkowania” jego dokonań z najnowszej historii Polski. W przypadku Kaczyńskiego – traumą katastrofy smoleńskiej i pojawiającymi się w przestrzeni publicznej słowami dotyczącymi współodpowiedzialności. Ta rozprawa była swoistym spektaklem publicznego prezentowania swoich krwawiących ran. Spektaklem zainicjowanym przez Jarosława Kaczyńskiego, który tym razem wystąpił nie w roli wodza izolowanego od tłumu kordonem ochroniarzy, ale zwykłego uczestnika procesu sądowego. Zmuszonego, by na korytarzu sądu, w medialnym tumulcie, stawiać czoła pytaniom, które zaczynały się od familiarnego „panie Jarku”. To chwilowe zdjęcie z piedestału, na którym ustawiło prezesa PiS jego polityczne otoczenie. Cena za wolę ukarania przeciwnika, bo – jak stwierdził Kaczyński – „miarka się przelała”.

Trzy wątki sporu

Prezes PiS poczuł się dotknięty wypowiedziami Lecha Wałęsy w internecie i w mediach dotyczącymi następujących kwestii: 1. sugestii, że Jarosław Kaczyński miał wpływ na decyzję o lądowaniu samolotu w Smoleńsku mimo niesprzyjających warunków, 2. stwierdzeń, że to on stoi za „wrobieniem” Wałęsy w kwestię „Bolka”, 3. przypisywania mu przez Wałęsę choroby czy zaburzeń psychicznych.

Wszystkie te wątki były przedmiotem wielogodzinnego przesłuchania zwaśnionych stron.

Musimy ochronić prawdę o roli Lecha Wałęsy w historii Polski

Ostatnia rozmowa braci

„Oskarżenia, że jestem winien śmierci 96 osób, w tym mojego brata, odnajduję nawet w listach, które otrzymuję. Być może wśród nich są takie, które odwołują się do wypowiedzi pozwanego, ale teraz nie mogę tego potwierdzić” – mówił przed sądem Kaczyński.

Lech Wałęsa nie ma żadnych dowodów na to, że bracia Kaczyńscy w rozmowie telefonicznej na krótko przed katastrofą rozmawiali na temat: lądować czy nie lądować w Smoleńsku. Uważa, że nagraniem tej rozmowy mogą dysponować Amerykanie i Rosjanie. I ani jedni, ani drudzy nie mają interesu w tym, by ujawnić jej treść.

Jarosław Kaczyński twierdzi, że rozmowa dotyczyła wyłącznie stanu zdrowia ich matki.

Polska po prezesie

Sprawa „Bolka”

Adwokat Jarosława Kaczyńskiego starał się przekonać sąd, że powinien się on skoncentrować tylko na tym, czy Kaczyńscy wydali osobom trzecim polecenie „wrobienia” Wałęsy w kwestię agenturalności. Druga strona argumentowała, że polecenie nie było potrzebne, że wystarczył pośredni wpływ, różne wypowiedzi, by gorliwe służby szukały dowodów i interpretowały je po myśli lidera rządzącej partii. Podczas przesłuchania kwestię „Bolka” roztrząsano, sięgając dalekiej przeszłości. Wałęsa, który przed laty wygrał proces dotyczący TW „Bolka” z Lechem Kaczyńskim, teraz eksponował ostatni etap, zwłaszcza sprawę dokumentów przekazanych już za rządów PiS przez wdowę po generalne Kiszczaku. Wyrwało mu się, że Kiszczakową postraszono i ona zgodziła się powiedzieć, że te dokumenty były w jej domu.

Oskarżony Lech Wałęsa

Kto mieczem wojuje

Kaczyński i jego adwokat chcą, żeby wypowiedzi Wałęsy, które są przedmiotem pozwu, zostały potraktowane jako stwierdzenia faktu (w kategoriach prawda – fałsz), a nie jako tzw. wypowiedź ocenna, opinia, element dyskursu publicznego. Ciekawie zrobiło się po przywołaniu przez prawnika Wałęsy słynnych słów prezesa PiS o „zdradzieckich mordach”, które zabiły mu brata. Czy chodziło o fakty? To był „wybuch emocji” – przyznawał Kaczyński, uznając jednocześnie arbitralnie, że w przypadku wypowiedzi Wałęsy o emocjach nie może być mowy. Z kolei prawnicy Wałęsy dowodzili, że między obydwoma panami trwa wymiana ciosów, która rzutuje na reakcje po obu stronach. Prezes PiS w wywiadzie dla „La Republica” w 2016 r. określił byłego prezydenta mianem „deficytu intelektualnego”. Teraz przed sądem skwitował ten cytat słowami, że nie pamięta, czy tak powiedział, ale „co prawda, to nie grzech”.

Sąd czeka niełatwe zadanie oceny, czy prezes PiS, który sam niespecjalnie się liczy z cudzą wrażliwością, zasługuje na ochronę swojej wrażliwości. I jak daleko idącą ochronę. Na ile uczestnicy debaty publicznej muszą się trzymać faktów, a w jakich okolicznościach wolno im bliżej lub dalej „odpłynąć”. Pod wpływem emocji lub bez.

PiS myślał, że pozbędzie się sprawy nowej KRS z Trybunału Sprawiedliwości. Nic z tego – sędziowie walczą.

Nowelizacją ustawy o SN przyjętą w środę w ramach wykonania zabezpieczenia nałożonego przez Trybunał Sprawiedliwości UE PiS chciał się pozbyć dwóch problemów. Po pierwsze, zniósł przepisy zaskarżone przez Komisję Europejską do TSUE w nadziei, że KE uzna wobec tego skargę za bezprzedmiotową i ją wycofa. Co zrobi Komisja – zobaczymy.

Druga sprawa, której chciał się pozbyć, to pytanie prejudycjalne o legalność działania KRS. Tą samą ustawą wprowadza umorzenie zawisłych przed sądami spraw, w których sędziowie SN i NSA kwestionowali posłanie ich na przymusową wcześniejszą emeryturę. Na tle jednej z tych spraw SN zadał Trybunałowi Sprawiedliwości pytanie prejudycjalne zmierzające do ustalenia, czy działanie nowej KRS i sposób jej powołania nie naruszają standardów UE dotyczących prawa do bezstronnego sądu. PiS miał nadzieję, że umorzenie z mocy ustawy tych spraw unicestwi pytanie prejudycjalne zadane na ich tle.

A tu nic z tego. W czasie gdy PiS uchwalał ustawę, NSA zadał pytanie prejudycjalne do TSUE o KRS na tle pięciu innych spraw. To sprawy sędziów, którzy przegrali przed nową KRS konkursy na stanowiska sędziego i odwołali się od werdyktu KRS do NSA właśnie. Pytanie zadał sąd w składzie: Wojciech Kręcisz (przewodniczący i sprawozdawca), Małgorzata Korycińska i Cezary Pryca. Tej sprawy PiS nie ma jak umorzyć.

Pytanie o legalność KRS jest absolutnie kluczowe dla całej reformy PiS. Bo to KRS zapewnia PiS kontrolę nad sądami: decyduje w sprawach nominacji sędziowskich, rozpatruje (czytaj: odrzuca) odwołania sędziów od przenoszenia ich bez zgody do innych wydziałów pod pozorem zmiany zakresu obowiązków (casus sędziego Żurka), wypracowuje standardy w sprawach dyscyplinarnych, a także opiniuje (czytaj: żyruje) decyzje polityczne wobec sądów. Zakwestionowania nowej KRS PiS boi się najbardziej.

Sędziowie w okręgach sądowych i sądach w całej Polsce podejmują uchwały kwestionujące prawomocność działania KRS. I zwracają uwagę na niezgodny z konstytucją, polityczny sposób jej powołania i na niemerytoryczny, polityczny sposób rozstrzygania konkursów na sędziów. Wystarczy odtworzyć sobie transmisję z posiedzeń KRS, by zobaczyć, że wybiera się tam kandydatów wbrew negatywnym opiniom kolegiów sądów. Pozytywna opinia traktowana jest jako dowód na to, że opiniowany kandydat jest nie „swój”, czyli nie „dobrej zmiany”. A negatywna opinia traktowana jest jako rekomendacja, że kandydat nie jest z „sitwy” sędziowskiej.

Fragment uchwały z apelacji rzeszowskiej:

(…) członkowie Rady wielokrotnie, przedstawiając dane o kandydatach, wypowiadali się lekceważąco, a nawet obraźliwie o bogatym dorobku orzeczniczym i doświadczeniu zawodowym niektórych kandydatów, uzyskaniu przez nich wysokich ocen oraz jakości ocen opracowanych przez wizytatorów i opinii Zgromadzenia Ogólnego Sędziów Apelacji Rzeszowskiej oraz Kolegium Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie. Członkowie KRS ostentacyjnie pomijali negatywne wyniki głosowania Kolegium Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie i Zgromadzenia Ogólnego Sędziów apelacji rzeszowskiej. (…) W odniesieniu do kandydującego [do sądu] członka KRS [członkowie KRS] przytaczali opinie uzyskane przez kandydata od podległych mu służbowo prezesów sądów rejonowych.

To jedna z wielu uchwał. A Zgromadzenie Sędziów Apelacji Gdańskiej właśnie odmówiło opiniowania kandydatów do konkursu na sędziów tej apelacji do czasu, aż TSUE oceni legalność działania KRS. To może być zapowiedź rozszerzającego się bojkotu nowej KRS.

Pytanie, jak wobec zakwestionowania prawomocności KRS powinien się zachować Sąd Najwyższy, w którym jest 37 sędziów mianowanych przez nową KRS, a w Izbie Kontroli Nadzwyczajnej i Izbie Dyscyplinarnej są wyłącznie tacy sędziowie. Bo jeśli Trybunał zakwestionuje legalność KRS, to rozstrzygnięcia tych sędziów będzie można podważać. Mamy ten sam problem co z dublerami w Trybunale Konstytucyjnym. Ten sam, tyle że gorszy, bo SN wydaje kilkanaście tysięcy wyroków. A sprawa sędziów „z nieprawego łoża” dotyczy też sądownictwa administracyjnego i sądów powszechnych.

Najlepiej byłoby, żeby do czasu wyroku TSUE ci sędziowie nie sądzili. I żeby TSUE nadał sprawie priorytet. Gdyby to zrobił, orzeczenie mogłoby zapaść w ciągu roku.

Czy prezes SN zawiesi w orzekaniu „sędziów z nieprawego łoża”? Pytany przez Onet rzecznik SN sędzia Michał Laskowski odpowiada, że byłoby to logiczne, ale z drugiej strony niesłychanie trudne do przeprowadzenia. „Orzeczenie TSUE zapaść może nawet za półtora roku, więc wszyscy ci sędziowie mieliby przez ten czas nic nie robić i jednocześnie pobierać wynagrodzenie” – mówi.

Cóż, nie byłby to ewenement, bo dublerzy w TK też przez rok pobierali wynagrodzenie, nie pracując. Ale jest też inna trudność: pytanie, na ile sędziowie Izby Dyscyplinarnej podlegają pierwszemu prezesowi SN, skoro jest to izba w istocie autonomiczna administracyjnie i finansowo?

Syn pisowskiego dygnitarza dostał posadę w Banku Światowym za pół miliona zł rocznie. Ojciec oświadczył, że nie miał z tym nic wspólnego. Syn potwierdził i oświadczył, że ma wszelkie kompetencje na zajmowane od lipca stanowisko. Funkcjonariuszka partii rządzącej na wszelki wypadek oznajmiła, że ani jej szefowie, ani sam szef szefów nic o tej sprawie nie wiedzieli, nim nie napisała o niej „Gazeta Wyborcza”.

Ciekawe, jaka byłaby reakcja obecnej władzy na podobną informację dotyczącą syna jakiegoś dygnitarza PO, kiedy to obecna władza była jeszcze w opozycji, a partia Tuska rządziła. Ależ wiadomo! W ramach wrabiania byłego premiera w aferę Amber Gold obecna władza usiłuje go obarczyć odpowiedzialnością za to, że jego syn zatrudnił się – ku niechęci Tuska seniora – w biurze prasowym oszukańczego biznesu. I nie ma z tym moralnego kłopotu, mimo że ojciec wielokrotnie publicznie to wyjaśniał.

Może być, że sprawa syna koordynatora jest czysta jak łza, a on sam faktycznie wykonuje dobrą robotę wartą takiej pensji. Ponieważ jednak stał się bohaterem doniesień i spekulacji w mediach w kontekście bardzo poważnej afery KNF, porównywalnej z korupcyjną aferą Rywina, mleko się już rozlało.

Opinii publicznej należy się wyjaśnienie, czy z zatrudnieniem syna koordynatora miał jakiś związek obecny prezes NBP. Za jego człowieka portale gospodarcze uważają zdymisjonowanego szefa KNF, któremu szef NBP nawet teraz pochwał nie szczędził. Zresztą sam zdymisjonowany już po dymisji przekonywał po orwellowsku, że działał zawsze w imię stabilności finansowej kraju.

PiS walczył o władzę, a dziś walczy o jej utrzymanie różnymi sztuczkami. Między innymi próbował kompromitować przeciwników politycznych, rozdmuchując drobne lub fikcyjne sprawy do rangi afer zagrażających państwu i obywatelom. Stworzyli w ten sposób klimat do ataków, lustracji, insynuacji i rozliczeń personalnych na tle walki o władzę.

Tolerowali ten klimat i wykorzystywali, gdy jeszcze byli w opozycji. Usiłowali zohydzić postaci historyczne w rodzaju Wałęsy, Bartoszewskiego, Frasyniuka. Posiali zatrute ziarno. W końcu władzę zdobyli. Teraz sami trafiają pod lupę opinii publicznej (ale jak dotąd raczej nie organów sprawiedliwości). Ludzie mogą porównać afery z czasów przed rządami „zjednoczonej prawicy” z aferami i aferałami pisowskimi.

Korupcja na szczytach obecnej władzy, pazerność, kumoterstwo, wulgarny nowobogacki styl życia dygnitarzy po trzech latach rządów (np. rozbijanie się limuzynami) sięga skali wcześniej nieznanej. Do jakiej dojdzie po ewentualnej drugiej kadencji? A ta partia ma w nazwie prawo i sprawiedliwość.

Spodziewałem się bardziej mydlenia oczu, czyli ustawy, która celowo byłaby uchwalana w nieskończoność, która przewidywałaby jakąś specjalną, skomplikowaną procedurę przywracania sędziów. Tu mamy rozwiązanie legislacyjne, które jest dość jednoznaczne; wskazuje wyraźnie, że kadencja I Prezes SN nie została przerwa, podobnie jak funkcjonowanie sędziów. To jest absolutna zmiana narracji. Jest to rozwiązanie, które moim zdaniem ma na celu wygaszenie tego pola konfliktu, bo pamiętajmy, że takich pól jest więcej – mówi prof. Marcin Matczak, prawnik z Wydziału Prawa i Administracji UW. – Ta ustawa traktuje dość obcesowo rozwiązania prezydenta, bo właściwie likwiduje wszystkie ich skutki. Przypominam, że to prezydent najgłośniej przedstawiał twierdzenie, że pani I Prezes SN już nią nie jest, wysyłał listy przenoszące sędziów w stan spoczynku itd. – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Sejm ekspresowo przyjął nowelizację o Sądzie Najwyższym, która przywraca do orzekania sędziów wysłanych przymusowo na emeryturę. Sukces czy mydlenie oczu?

PROF. MARCIN MATCZAK: Moim zdaniem to jest rzeczywiście duży sukces obrońców praworządności, którzy przez ostatnie 3 lata wychodzili na ulice, protestowali, wskazywali, że tak być nie może, że w kraju w środku Europy rząd wyrzuca sędziów z sądu. Mówię to też dlatego, że spodziewałem się bardziej mydlenia oczu, czyli ustawy, która celowo byłaby uchwalana w nieskończoność, która przewidywałaby jakąś specjalną, skomplikowaną procedurę przywracania sędziów. Tu mamy rozwiązanie legislacyjne, które jest dość jednoznaczne; wskazuje wyraźnie, że kadencja I Prezes SN nie została przerwana, podobnie jak funkcjonowanie sędziów

To jest absolutna zmiana narracji. Jest to rozwiązanie, które moim zdaniem ma na celu wygaszenie tego pola konfliktu, bo pamiętajmy, że takich pól jest więcej. Zaskakujące jest to szczególnie dlatego, że do tej pory mieliśmy buńczuczne zapewnienia, że cała tzw. reforma sądownictwa jest w pełni legalna, a teraz mamy pełną kapitulację.

Jest to przyznanie racji krytykom tych zmian, zarówno w kraju, jak i za granicą, a więc jest to taka sama sytuacja, jak w przypadku ustawy o IPN: rząd po prostu wycofał się ze swoich pomysłów.

Czy ta nowelizacja ma wpływ na dalsze postępowanie przed TSUE?
Ta nowelizacja została przedstawiona jako działanie podjęte w celu wykonania postanowienia TSUE o zabezpieczeniu. Ona jest zgodna z postanowieniem, ale samo postępowanie toczy się dalej. To, czy te zmiany idą tak daleko, aby można uznać, że całe postępowanie jest bezprzedmiotowe, tego nie wiem.

Na pewno polski rząd wskazuje, że wykonał postanowienia o zabezpieczeniu, a więc, jak rozumiem, na razie nie kwestionuje w żaden sposób tego, że postępowanie dalej może się toczyć.

Sędziowie mogą wrócić, ale pozostałe kontrowersyjne przepisy zostają. Podczas prac nad nowelizacją opozycja zgłaszała poprawki w tych kwestiach, np. aby to nie prezydent, ale I Prezes SN ogłaszał wolne stanowiska sędziowskie, ale żadna z nich nie przeszła.
Myślę, że trzeba być realistą. To, że rząd PiS wycofuje się z tego ataku na sądy, jest dobre. Dobre jest także to, że opozycja jest aktywna i próbuje pokazywać, jak powinno wyglądać prawidłowe uregulowanie sytuacji Sądu Najwyższego, a więc takie uregulowanie, które spowoduje, że będzie on naprawdę niezależny. Niemniej powtarzam, trzeba być realistą. Udało się bardzo dużo osiągnąć. Ta ustawa jest prawdziwym sukcesem obrońców demokracji i praworządności w Polsce. Myślę, że nie można było mieć nierealistycznych nadziei, że skoro w tej sprawie udało się wygrać, to uda się od razu wygrać w innych, tym bardziej, że tych problemów z praworządnością jest naprawdę wiele.

Jest problem Izby Dyscyplinarnej, problem Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, problem nowej KRS i oczywiście problem Trybunału Konstytucyjnego. Dziś jednak trzeba cieszyć się z tego, co jest i co udało się osiągnąć. To jest naprawdę duży sukces, który powinien być mocnym impulsem, aby kontynuować walkę na innych polach.

Pojawiły się obawy, że ta nowelizacja spowoduje wycofanie pytań prejudycjalnych z TSUE. Czy ta ustawa może mieć takie konsekwencje?
Wiem, że pojawiły się takie obawy, ale moim zdaniem są niedorzeczne, ponieważ nie ma związku między tą zmianą, która wykonuje postanowienie TSUE dotyczące konkretnego postępowania (tym konkretnym postępowaniem jest procedura naruszeniowa dotycząca ustawy o SN), a innymi procedurami, które w TSUE czy na poziomie Unii się toczą. To, co się stało, nie ma związku formalnego ani z procedurą z art. 7, ani też z osobnymi procedurami dotyczącymi poszczególnych pytań prejudycjalnych.

Nie wyobrażam sobie sytuacji, gdy władza polityczna, ustawodawcza i wykonawcza mogłaby zainterweniować w sposób legislacyjny i umorzyć, zabronić albo unieważnić pytania prejudycjalne. To byłby jeszcze większy problem i jeszcze większy konflikt z UE, niż ten dotyczący wieku emerytalnego sędziów.

To byłoby uderzenie w podstawową zasadę funkcjonowania UE i podstawową relację pomiędzy sądami krajowymi a TSUE. Ten pomysł wydaje się dziwny z jeszcze z jednego punktu widzenia: najwyraźniej polski rząd chce załagodzić spór z Komisją i TSUE. Zupełnie nieracjonalne by było, gdyby jedną ręka łagodził, a drugą rozpoczynał inny, jeszcze większy konflikt.

Czy ta nowelizacja była potrzebna?
Ta nowelizacja nie była potrzebna po to, aby wdrożyć postanowienie TSUE, ale proszę zwrócić uwagę, że idzie ona dalej niż postanowienie TSUE wymaga.

Ta nowelizacja nie jest zamrożeniem sytuacji i jakimś chwilowym przywróceniem tych sędziów do pracy, tylko wycofaniem się całkowitym z tej zmiany, która weszła w życie 3 kwietnia. Na to wskazuje uzasadnienie, w którym przyznano, że te zmiany były niekonstytucyjne.

Po co w uzasadnieniu nowelizacji jest napisane, że jest to odpowiedź na zarzuty niekonstytucyjności, po co tak bardzo jednoznacznie wskazuje się, że to rozwiązanie z nowym wiekiem przejścia w stan spoczynku jest możliwe do wprowadzenia tylko w odniesieniu do nowo powołanych sędziów? To są wszystko rozwiązania, które poprawiają ustawę o SN w taki sposób, aby była ona w pełni konstytucyjna, a nie zamrażają sytuacji do momentu, kiedy TSUE sprawę rozstrzygnie. To trochę wygląda tak, jakby polski rząd już się pogodził z tym, że to ostateczne orzeczenie TSUE będzie dla niego negatywne i zawczasu poprawił ustawę.

Zatem podsumowując odpowiedź na pani pytanie:

aby wykonać zabezpieczenie TSUE ta nowelizacja nie była potrzebna. Ale ponieważ ta nowelizacja idzie dalej, to można stwierdzić, że w pewnym sensie była potrzebna, aby usunąć z polskiego systemu prawa niekonstytucyjne regulacje.

Co się wydarzy, gdy TSUE wyda ostateczne orzeczenie?  
Postępowanie się toczy, więc orzeczenie będzie. Prawdopodobnie gdy ono się pojawi, to będziemy mieć autorytatywnie stwierdzone to, że polski rząd naruszył prawo, i to może być istotne. Nawet jeżeli nie będzie to mieć żadnych praktycznych skutków, bo ta nowelizacja te skutki odwraca, to proszę pamiętać, że zawsze stwierdzenie oficjalne bezprawności działań daje podstawę do dochodzenia roszczeń odszkodowawczych. Z pewnością możemy stwierdzić, że sędziowie nie mieli łatwego roku i można sobie wyobrazić, że z jakiegoś powodu będą chcieli dochodzić odszkodowań. Dlatego

bardzo ważne jest, aby pojawiło się orzeczenie, które jednoznacznie stwierdzi, że działania rządu wobec SN były bezprawne. Proszę zwrócić uwagę, że sama zmiana ustawy przez polski parlament nie jest dowodem na to, że te wcześniejsze działania były bezprawne. Zatem orzeczenie będzie ważne, bez względu na to, czy coś się praktycznie zmieni. Poza tym to orzeczenie ma znaczenie nie tylko dla Polski, ale i dla całej Unii.

Pozostaje jeszcze kwestia Trybunału Konstytucyjnego czy KRS, która jest zależna całkowicie od władzy wykonawczej. Te kwestie także są podnoszone w Brukseli i prędzej czy później rząd będzie się musiał z nimi zmierzyć.
Tak, tylko nie wiadomo, w jakiej formule. Pamiętajmy, że jest już procedura dotycząca tych wszystkich naruszeń, czyli procedura z art. 7. Problemem może być to, że jest to procedura pozasądowa, dodatkowo w jej przypadku potrzebny konsensus polityczny, który, jak wiadomo, trudno będzie uzyskać. Formalnie my nie mamy takiego czysto sądowego postępowania, które dotyczyłoby KRS czy TK. Niektóre pytania prejudycjalne zadawane przez polskich sędziów dotyczą pozostałych zmian, np. pytanie sędziego Tulei dotyczy Izby Dyscyplinarnej.

Nie można również wykluczyć, że będą także inne procedury uruchamiane przez Komisje, np. dotyczące KRS.

Na pewno dziś możemy stwierdzić jedno: została wygrana bardzo ważna bitwa w wojnie, która toczy się na wielu frontach. Myślę, że możemy powiedzieć, że w tej wojnie coś pękło po drugiej stronie. Może to jest ten moment, że należy iść dalej, może warto zachęcać UE, aby wdrożyła postępowanie naruszeniowe dotyczące KRS, albo spróbować zintensyfikować działania art. 7. To są rzeczy, które należy teraz rozważyć.

Czy ta nowelizacja oddala widmo kar, które mogłoby zostać nałożone na Polskę?
Moim zdaniem tak. Wykonanie postanowienia TSUE powoduje, że nie ma powodu karać Polski. To jest dobra informacja dla nas wszystkich, bo oczywiście to nie rząd by płacił kary, tylko my wszyscy.

W jakim świetle to stawia prezydenta? Wiemy, że ustawa o SN to był jego projekt…
Rzeczywiście można postawić sobie takie pytanie, tym bardziej, że

ta nowelizacja jest dość „agresywna” w stosunku do rozwiązań prezydenckich. Można było sobie wyobrazić bardziej wstrzemięźliwą nowelizację w tym zakresie.

Wspominał o niej jeden z wiceministrów: o wprowadzeniu specjalnej procedury przywracania sędziów. To byłaby zła procedura, ale takie rzeczy w polityce się robi. Ta ustawa traktuje dość obcesowo rozwiązania prezydenta, bo właściwie likwiduje wszystkie ich skutki. Przypominam, że to prezydent najgłośniej przedstawiał twierdzenie, że pani I Prezes SN już nią nie jest, wysyłał listy przenoszące sędziów w stan spoczynku itd. Najważniejsze w tej nowelizacji jest jednak to, że jest ona zgodna z polską konstytucją, nie musi być zgodna z oczekiwaniami prezydenta.

Waldemar Mystkowski pisze o NSA, który wspiera Sąd Najwyższy w kwestii niezależności sądownictwa.

Nie Bruksela ma Kaczyńskiego i jego towarzystwo prowadzić za rękę ku praworządności, lecz tutaj na miejscu musimy zadbać, aby w kraju powrócono do obowiązujących standardów niezależnego sądownictwa.

Kapitulacja PiS przed Komisja Europejską w sprawie ustawy o Sądzie Najwyższym została w Brukseli przyjęta ze zrozumieniem. – „Jesteśmy usatysfakcjonowani, że zmiana odbywa się dokładnie w tym kierunku, o jaki prosiliśmy”– powiedziała rzeczniczka KE.

Wg Brukseli PiS kroczy w dobrym kierunku, lecz to na razie pierwszy krok. Ale nie Bruksela ma Kaczyńskiego i jego towarzystwo prowadzić za rękę ku praworządności, lecz tutaj na miejscu musimy zadbać, aby w kraju powrócono do obowiązujących standardów niezależnego sądownictwa. A zatem należy przyświecać im kagankiem oświaty, a jak i tego będzie za mało – „łańcuchami światła”.

Politycy PiS mają świadomość, że ten „sukces” jest podobny do słynnego wyniku 1:27, jest ich „zwycięską sromotą”. Starają się ją rozbroić przynajmniej w oczach własnego elektoratu. Pisowski bojownik w zakresie prawa, PRL-owski prokurator Stanisław Piotrowicz z przynależną mu swadą rzekł, iż prof. Małgorzata Gersdorf nie jest I Prezes Sądu Najwyższego, ale p.o. –  pełniącą obowiązki.

Inny członek pisowskiego zespołu Monty Pythona, minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro wcielił się w rolę kowala i czerwony z emocji zapowiedział, że „do bólu, niczym gorącym żelazem, będziemy wypalać patologie”. A przypominam, że jest to już siódma poprawka ustawy o Sądzie Najwyższym, sześć poprzednich jest patologicznych. Miał Ziobro czas, aby swoim grafomańskim językiem wypalić „gorącym żelazem”.

Z wokandy Trybunału Sprawiedliwości UE jednak spadają zapytania prejudycjalne, jakie zadał Sąd Najwyższy. W ogromnym pośpiechu uchwalona nowelizacja ustawy pozwala okopać się PiS-owi na dotychczasowych zdobyczach, mianowicie w Krajowej Radzie Sądownictwa (KRS), obsadzonej nominatami Ziobry, którzy jednak będą mieli wpływ na nominacje sędziowskie m.in. do SN i NSA. W wielkim skrócie – PiS gra na przeczekanie.

W tej sytuacji Sądowi Najwyższemu na pomoc idzie Naczelny Sąd Administracyjny. Dzień po nowelizacji ustawy o SN zadaje dwa pytania zapytania prejudycjalne do TSUE, dotyczą one KRS. Jak skuteczne i prawomocne są uchwały KRS, które w istocie nie są objęte kontrolą sądowniczą, bo przedstawiciele w KRS „wybierani są przez władzę ustawodawczą”.

KRS jest obecnie partyjną przybudówką PiS, co spotkało się już wcześniej ze zdecydowanym stanowiskiem Europejskiej Sieci Rad Sądownictwa (SNCJ). 17 września polska KRS została zawieszona w prawach członka, bo nie spełnia wymogów niezależności, bo nowi członkowie KRS zostali powołani z naruszeniem Konstytucji.

Walka o niezależność władzy sądowniczej ciągle trwa. Przynajmniej w jednym elemencie – sądownictwa – dążenie do autokracji partii Kaczyńskiego się posypało. Jak wypadła jedna cegiełka, to i wypadną następne, a do tego nastąpiła kumulacja afer PiS, więc należy pomagać PiS w osiągnięciu zasłużonej klęski.