Tag Archives: Ryszard Petru

Zgwałcony Czarnek

22 Sier

Przemysław Czarnek odniósł się do sprzeczki na granicy polsko- białoruskiej dziennikarza TOK FM Jakuba Medyka z posłem Robertem Winnickim.

Winnicki zjawił się na przejściu granicznym polsko-białoruskim, by opowiedzieć się przeciwko przyjmowaniu imigrantów, chcących przedostać się do Polski.

– Jak to się ma do dziesięciu przykazań? – zwrócił się z pytaniem do prawicowego polityka Jakub Medek z radia TOK FM.

– Katolicyzm nie polega na tym, żeby w zarządzaniu państwem nie kierować się rozumem i roztropnością – odpowiedział Winnicki.

Reporter TOK FM nie odpuszczał. – Może będzie pan miał trochę odwagi i zobaczy tę dziewczynkę. Nie ma pan odwagi. Pan jest tchórzem! W tej chwili zachowuje się pan jak tchórz! – powiedział dziennikarz.

Co na to Winnicki? – A pan na pewno nie zachowuje się jak dziennikarz – odpowiedział.

– Proszę mnie nie pouczać. Skoro pan się nie zachowuje jak katolik, niech mnie pan nie rozlicza z dziennikarstwa – zakończył Medek.

Czarnek o uchodźcach

Na temat sytuacji na granicy polsko-białoruskiej wypowiedział się Przemysław Czarnek. Szef MEN tłumaczy, dlaczego Polska nie może przyjąć uchodźców.

– Nie możemy dopuścić do ryzyka gwałtów i zabójstw, zwłaszcza kobiet – stwierdza Czarnek.

Kmicic z chesterfieldem

@Arlukowicz do M. Horały: Mam w oczach waszą hipokryzję, jak pląsacie na imprezach u Rydzyka – gdzie wasza katolicka wrażliwość? Tam są ludzie, którzy potrzebują wsparcia, ciepłej herbaty. Państwo musi chronić swoje granice i podawać rękę słabemu człowiekowi. #KawaNaŁawę

@Arlukowicz: PiSowi zależy na tym, żeby na nowo przywrócić melodię graną kilka lat temu. Pamiętamy J. Kaczyńskiego, który mówił, że uchodźcy przyjdą do Polski, zgwałcą polskie kobiety, będą zarażali pierwotniakami. #KawaNaŁawę

@Arlukowicz o sytuacji w #UsnarzGórny: W PiSie lekceważycie cierpiących ludzi. Mówimy o tym, by podać ludziom kubek herbaty, koc, dopuścić lekarza. Macie w sobie gen okrucieństwa, perwersyjną satysfakcję z oglądania, jak cierpi ktoś od was słabszy. #KawaNaŁawę

@Arlukowicz: Zastanawia mnie, gdzie w tym wszystkim jest Episkopat? Czytam, że wystosował pismo do premiera ws. podatków od osób fizycznych w Nowym Ładzie. Jak jest mowa o in vitro – są, o tabletce „dzień po” – są. Panowie z Episkopatu…

 

View original post 203 słowa więcej

 

Ruja i poróbstwo. Pisowski stygmat amoralności i korupcji

18 Paźdź

BEATA I MAŁOLATA

Jeśli matka powie swojej 17-letniej córce o tym, co to jest prezerwatywa i że niekoniecznie używa się jej podczas balu maskowego, może dostać pięć lat więzienia. Takie kary za „edukację seksualną skierowaną do osoby poniżej 18 roku życia” przewiduje popierany przez PiS projekt, fałszywie przedstawiany jako oręż do „walki z pedofilią”.

Ciekawe, co na ten temat powie Beata „Brocha” Szydło, której syn ksiądz, jak głosi internetowa „wieść gminna”, uwiódł 16-letnią parafiankę i zrobił jej dzidziusia?

W rodzinie Szydło pewne zamieszanie, ale przecież z księdzem to nie grzech, a poza tym jaka radość, bo w Brzeszczach urodzi się kolejny wyborca PiS! Może Prezes, dla ocieplenia swego wizerunku zgodzi się być matką chrzestną potomstwa?

JANUSZ W RUI

Zakała polskiej polityki Janusz Korwin Mikke, po latach wraca do parlamentu i to w otoczeniu dziarskiej młodzieży. Gdy po ogłoszeniu wyników wyborów TVN nadawał relacje z siedziby Konfederacji, byłem przekonany, że to jest jakiś reportaż z przedszkola.

Korwin, aby się przypodobać kibolom zamienił muszkę na szalik, ale własnego wieku i tak nie przeskoczy i to choćby miał żonę w wieku własnej wnuczki. Korwin wśród narodowców wygląda jak stara opiekunka do dzieci na spacerze z podopiecznymi. Korwin już taki jest, po prostu lubi, gdy pcha go młodzież.

ZA MAŁO WAZELINY!

Odlot w stylu PiS! Weteran opozycji z lat 80. Krzysztof Wyszkowski oskarżył w Internecie szefa TVP Jacka Kurskiego o to, że PiS nie zdobył większości konstytucyjnej w sejmie. Wyszkowski liczył na 350 posłów, a tymczasem się nie udało. W opinii Wyszkowskiego winna jest PUBLICZNA telewizja. No to pięknie! Nikt już nawet nie udaje, że materiały TVP to rzetelna robota dziennikarska, bo wiadomo, że moloch z Woronicza, to utrzymywane z naszych podatków i abonamentu Ministerstwo Propagandy Rządu, ale jak widać dla niektórych szpakowatych jastrzębi, wazeliny i agitki było jeszcze za mało.

Wniosek? Prezesie Kurski! Zwiększyć smarowanie, bo się machina zacina.

ZAKUPY TRWAJĄ

PiS zatkał się w senacie. Nie ma tam większości i próbuje przekupić stanowiskiem oraz pieniędzmi posłów z opozycji do przejścia w szeregi Jedynej Słusznej Partii. Zakupy idą szerokim frontem. Podobno jednemu obiecali ministerstwo, drugiemu burdel po Banasiu.

ANTONI NA POWIERZCHNI

Po raz setny z piwnicy wyszedł (ukrywany tam na czas wyborów) Antoni Macierewicz. Po otrzepaniu piwnicznej pleśni, Antoni i jego topowy produkt rozrywkowy, czyli Komisja Smoleńska Fun Company ruszą zapewne jak ferrari na wiejskiej autostradzie pod Lubartowem.

Na zakończenie środowego 86 posiedzenia Sejmu VIII kadencji marszałkini Elżbieta Witek i wicemarszałek Stanisław Tyszka podziękowali posłom za pracę.

„Chciałbym przeprosić obywateli za to, że może nie do końca są zadowoleni ze swoich pracowników, czyli nas (posłów) i wyrazić nadzieję, że może uda się poprawić jakość pracy Sejmu i jego wizerunek w przyszłej kadencji” – mówił samokrytycznie Tyszka.

Jakie konkretne zdarzenia z minionej kadencji Sejmu wzbudziły refleksję odchodzącego wicemarszałka – nie wiemy. Wszystkie kompromitacje z pewnością nie zmieściłyby się w jednym artykule. Wśród posłów, za których zachowanie niewątpliwie należałoby przeprosić, palmę pierwszeństwa przyznać należy „szaremu posłowi”, który nawet na wczorajszym posiedzeniu popisał się pychą, lekceważeniem i pogardą,  opuszczając salę obrad w momencie, gdy na mównicy pojawił się jeden z Prezesów Sądu Najwyższego

Wejścia i wyjścia stały się w czasie VIII kadencji, specjalnością poruszającego się nawet po korytarzach sejmowych, w towarzystwie uzbrojonego ochroniarza – „emerytowanego zbawcy narodu”.

Wchodzi do Sejmu drzwiami przeznaczonymi dla Marszałka po czym, wkracza na mównicę, kiedy tylko chce – bez żadnego trybu i obraża posłów opozycji, by w końcu ostentacyjnie wyjść z sali, w czasie gdy czci się pamięć Wajdy, Szczęsnego czy Adamowicza.

Jest więc za co przepraszać, bo takiego pokazu buty, chamstwa i arogancji jeszcze nie było w historii naszego parlamentaryzmu.

Nie mogę się doczekać chwili, kiedy wyjdzie…  zatrzaśnie za sobą drzwi i już nie wróci!!!

czyli żul z gigantycznym majątkiem, pochodzącym cholera wie skąd, wmieszany w prowadzenie burdelu stoi na czele, uwaga, Najwyższej Izby Kontroli, a czytam tu, że włosy są rwane z głowy bo się tańczy przed kościelnym budynkiem, uwaga, w rocznicę wyboru Wojtyły na papieża…

„W czwartek przystąpiłem do wykonywania konstytucyjnych i ustawowych obowiązków w NIK; będę bronił niezależności i bezstronności Najwyższej Izby Kontroli jako naczelnego organu kontroli państwowej” – zapowiedział Marian Banaś.

Szef NIK, który dotychczas przebywał na bezpłatnym urlopie, pojawił się dziś w siedzibie Najwyższej Izby Kontroli. Poinformował o tym w komunikacie przekazanym PAP.

W ostatnich dniach, jeszcze przed wznowieniem posiedzenia Sejmu w tym tygodniu, pojawiły się sprzeczne informacje związane z ewentualną dymisją Banasia – jakoby szef NIK miał ją złożyć osobiście. Jednak Izba zdementowała te doniesienia medialne. CBA zakończyło kontrolę oświadczeń majątkowych Banasia.

Jak czytamy w portalu GW, postępowanie obejmowało oświadczenia majątkowe złożone w latach 2015-2019. Teraz CBA prowadzi czynności pokontrolne. Zgodnie z prawem, kontrolowany może złożyć teraz zastrzeżenia do protokołu kontroli, ma na to siedem dni.

Formalnie, jeśli szef NIK sam nie złoży rezygnacji, Sejm może go odwołać tylko w wyjątkowych sytuacjach, m.in. jeśli z wyniku choroby zostanie uznany za trwale niezdolnego do pełnienia funkcji lub zostanie prawomocnie skazany za przestępstwo.

– „Ależ to jest fajne – PiS wsadził Banasia do NIK, a teraz nie chce mieć z tym nic wspólnego!” – napisał na Twitterze jeden z internautów. Trudno się z nim nie zgodzić, kiedy słyszy się choćby wypowiedź Joachima Brudzińskiego, europosła PiS i szefa kampanii wyborczej tej partii.

– „Wierzę, że prezes NIK Marian Banaś w sytuacji, w której okazałoby się, że są poważne zastrzeżenia i zarzuty wobec niego, zachowa się tak, jak trzeba. Prezes NIK pracuje już na swój wizerunek” – powiedział Brudziński. Dziennikarze zapytali europosła o doniesienia „Rzeczpospolitej”, która napisała, że Marian Banaś miał złożyć dymisję, ale „postawił się”. – „Nie wiem, co to znaczy „postawił się”, bo pan Marian Banaś nie jest członkiem PiS i z tego co wiem nigdy nie był” – odpowiedział Brudziński. Stwierdził także, że „nie ma takiej wiedzy, aby ktoś z kierownictwa partii, czy pan premier, czy prezes w tej sprawie z panem prezesem Banasiem rozmawiał i takie oczekiwania stawiał”.

– „W sytuacji, w której funkcjonuje takie prawo jak obecnie, możliwości odwołania prezesa NIK są naprawdę właściwie niemożliwe. Trzeba by tu zmieniać prawo. Jak sytuacja by tego wymagała, to absolutnie takich działań nie wykluczam” – dodał Brudziński.

– „Pan Brudziński jest w głębokim błędzie, otóż pan Banaś pracuje na wizerunek PiS, bo to PiS wsadził go na stanowisko prezesa NIK i PiS ponosi za to odpowiedzialność”; – „Kim jest Banaś dla PiS? Od dziś: NIKim”;  – „A to nie jest według takiego scenariusza: To my Cię teraz tak na niby wezwiemy do rezygnacji, ty powiesz, że zarobiony jesteś. My wzruszymy ramionami, bo co tu można zrobić. A za miesiąc jakoś się uklepie i ludzie zapomną?”; – „Ewolucja banasiowa. Wczoraj – Banaś to kryształ Dzisiaj – Banaś nie jest z PiS i działa na własny rachunek Jutro – Banaś? Coś słyszałem, ale nie znam człowieka” – komentowali internauci.

Dodajmy tylko, że Marian Banaś do kręgu bliskich współpracowników braci Kaczyńskich należał jeszcze w epoce Porozumienia Centrum, poprzedniczki PiS. Doradzał też Antoniemu Macierewiczowi jako szefowi MSW w rządzie Jana Olszewskiego. A w obecnie urzędującym rządzie PiS najpierw był wiceministrem, a potem ministrem finansów. Głosami posłów i senatorów PiS został powołany na szefa NIK.

Po dokonaniu analizy doniesień medialnych oraz wyjaśnień złożonych na posiedzeniu plenarnym KRS przez sędziów KRS, Rada przyjmuje, że nie ujawniono w dostępnych i analizowanych źródłach wypowiedzi sędziów członków KRS, które pozwalałyby na sformułowanie wobec nich zarzutów naruszenia prawa, ślubowania sędziowskiego ani zasad etyki sędziowskiej” – brzmi przyjęte w czwartek przed południem stanowisko Krajowej Rady Sądownictwa.

Jednocześnie potępiła ona i uznała za naganne zachowanie sędziego, który mając uzasadnione podejrzenie czynu naruszającego prawo i zasady etyki sędziowskiej przez innego sędziego, poinformował o tym media bez jednoczesnego zawiadomienia organów ścigania. W stanowisku Rada podkreśliła, że uważa za naganne zachowanie sędziego, który uczestniczy w zorganizowanej akcji insynuacji i fałszywych oskarżeń – czytamy w portalu Polsat News.

Przypomnijmy: chodzi o członków KRS Jarosława Dudzicza, Macieja Nawackiego i Dariusza Drajewicza, którzy mieli brać udział w koordynowanej w resorcie akcji dyskredytowania i hejtowania sędziów sprzeciwiającym się zmianom w sądownictwie. Proceder ten opisał w sierpniu portal Onet.

Zaangażowany miał być w niego m.in. także ówczesny wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak, oraz Tomasz Szmydt z biura prawnego Rady. Po medialnych doniesieniach o kontaktach Piebiaka z kobietą o imieniu Emilia, która miała prowadzić akcje dyskredytujące za wiedzą wiceministra, podał się on do dymisji. Z kolei sędzia Szmydt został odwołany z funkcji dyrektora i czasowo odsunięty od orzekania przez prezesa WSA, a następnie przywrócony do obowiązków przez Sąd Dyscyplinarny NSA.

Tymczasem do działania przystąpił także minister Zbigniew Ziobro, tyle że wcześniej. Dziesięć dni po pierwszych tekstach o działalności hejterskiej sędziów, czyli 29 sierpnia 2019 r. bez rozgłosu podjął decyzję w sprawie zespołu, który zajmował się dyscyplinarkami dla niepokornych sędziów. Dlaczego? Otóż większość sędziów uczestniczących w procederze oczerniania innych sędziów była także członkami tego zespołu.

Minister sprawiedliwości powołał go 10 września 2018 r. na mocy zarządzenia, pod kierownictwem wspomnianego Łukasza Piebiaka. Nazwano go „zespołem do spraw czynności Ministra Sprawiedliwości podejmowanych w postępowaniach dyscyplinarnych sędziów i asesorów sądowych”.

Jak czytamy w portalu GW, początkowo chciano, aby zajął się weryfikacją sędziów nadal aktywnych zawodowo, a w przeszłości orzekających w sprawach politycznych. Wkrótce jednak poszerzono zakres zainteresowań specgrupy tak, aby zajmowała się wszystkimi sędziami, których zachowania naruszały zasady etyczne. Decyzją Ziobry zespół został rozwiązany.

Prezes PiS jest dziś słabszy niż kiedykolwiek i nie tylko opozycja, ale ludzie z jego otoczenia, jego najbliżsi dotąd współpracownicy jak Zbigniew Ziobro, próbują na tej słabości coś ugrać.

Słabość Jarosława Kaczyńskiego to coś, co widzimy niezwykle rzadko. Szef PiS konsekwentnie nosi maskę stratega i ojca narodu, spod której jego prawdziwa natura wyziera niezwykle rzadko: jak wtedy, gdy krzyczał o zdradzieckich mordach i posłowie PiS musieli otoczyć go szpalerem, żeby ukryć przed społeczeństwem jego gniew i histerię oraz jak dziś, po wyborach, kiedy niezadowolenie, irytacja i frustracja widoczne były w każdym niemal słowie i geście pierwszego powyborczego przemówienia.

Nie ma wątpliwości, że Jarosław Kaczyński jest dziś słabszy niż kiedykolwiek i nie tylko opozycja, ale ludzie z jego otoczenia, jego najbliżsi dotąd współpracownicy jak Zbigniew Ziobro, próbują na tej słabości coś ugrać. Jeśli im się uda, zmieni się nie tylko układ sił w Prawie i Sprawiedliwości, ale (także z tego powodu) układ sił politycznych i sytuacja w Polsce. I pierwsze tego symptomy już się pojawiły.

Wybory nie przebiegły tak jak chciał PiS. Udało się zdobyć tyle samo mandatów co cztery lata temu, ale zważywszy na ilość wydanych kosztem zadłużania Polski pieniędzy, zmasowaną, nachalną, łamiącą wszelkie standardy propagandę TVP, liczbę nadużyć i przypadków złamania czy obejścia prawa przez członków i nominatów PiS, skalę kompromitacji tego ugrupowania wewnątrz i na zewnątrz Polski, nie jest to wynik, z którego PiS może się cieszyć.

Mówiąc najprościej: najgorsze już zrobiono. Upodlono kraj i własną partię, wyrzucono publiczne pieniądze w błoto, złamano prawo, narażając partię na delegalizację, a konkretnych jej członków na odpowiedzialność karną lub konstytucyjną w przyszłości, kłamano rano, w południe i wieczorem także za pomocą skrajnie zepsutych i upolitycznionych mediów, których misję zaprzepaszczono – i nic. Nie zrobiono ani jednego kroku do przodu! Nic więcej już zrobić się nie da, teraz PiS może tylko starać się utrzymać zdobyte wcześniej pozycje, ale wobec nowego składu parlamentu (lewica – agresywna, recenzująca PiS i kłótliwa, infantylna Konfederacja), będzie to skrajnie trudne.

Jeśli do tego dodamy nikłą co prawda, ale jednak większość opozycyjną w Senacie i niepewny dla PiS wynik wyborów prezydenckich, nerwowość prezesa i niepewność posłów PiS, którzy w sposób widoczny złagodnieli w mediach, stają się w stu procentach zrozumiałe.

Oczywiście, nie oznacza to że opozycja może spocząć na laurach, przeciwnie, teraz właśnie zaczyna się jej prawdziwa praca. Rozliczenie winnych wyborczej porażki, szybkie wyciągnięcie z niej wniosków, stworzenie długoterminowej politycznej strategii, współpraca i zjednoczenie w czasie kolejnych wyborów, postawienie (czego dotąd wyraźnie brakowało) dobra kraju ponad dobrem szefów partii, konkretna, pozytywna wizja Polski, stanowczość, konsekwencja w działaniu i wymiana liderów na nowych, młodszych, bardziej lotnych i energicznych – to jest moim zdaniem plan niezbędny.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>

Kiedy Kancelaria Sejmu zapytała, czy kupić mu bilet na lot z Poznania do Warszawy, nowo wybrany poseł-elekt Koalicji Obywatelskiej Franciszek Sterczewski odpowiedział: „Wystarczy PKP, druga klasa”. W swoim wpisie na Instagramie i w rozmowie z Polsat News wytłumaczył, że to rozwiązanie bardziej ekologiczne.

Franciszek Sterczewski w wyborach startował z ostatniego miejsca na liście KO w Poznaniu. Uzyskał ponad 25 tys. głosów, co dało mu trzeci wynik wśród jego partyjnych kolegów. W rozmowie z polsatnews.pl powiedział, że lubi latać samolotem, jednak jest świadomy, że nadmiar lotów oznacza zwiększenie emisji dwutlenku węgla, co przyczynia się do ocieplenia klimatu. Stwierdził, że jest ono wielkim wyzwaniem dla Polski i świata.

Franciszek Sterczewski stawia na kolej

– Chciałbym się poruszać głównie koleją, która w ciągu ostatnich 30 lat była zaniedbana. Jako poseł w swojej pracy chciałbym przyczynić się do odbudowy i rozwoju dworców w całej Polsce z Dworcem Głównym w Poznaniu na czele – dodał Sterczewski.

Nowy poseł-elekt Koalicji Obywatelskiej stwierdził również, że kolej to najtańszy i najbardziej przyjazny środowisku środek transportu. Po mieście natomiast porusza się na rowerze. Nie wyklucza jednak, że w przyszłości będzie korzystał również z samolotu. – Zrobię to w ostateczności. Imponuje mi Greta Thunberg, która do Stanów Zjednoczonych popłynęła zeroemisyjnym jachtem – powiedział.

Program PiS: Polacy, dajcie nam dalej doić Polskę, a wam też coś skapnie

23 Lu

Wór obietnic, którymi partia rządząca chce „uszczęśliwić” czy raczej kupić wyborców jest naprawdę pokaźny. Problem w tym, że aby spełnić choć część z nich będą musieli zapłacić wszyscy bez wyjątku.

Pisowskie mamienie wyborców spotkało się z ostrą krytyką dziennikarzy i opozycji. Lider partii Teraz!, Ryszard Petru napisał na Twitterze, że tylko dwie z przedstawionych przez PiS deklaracji będą kosztowały budżet państwa 56 mld złotych rocznie (500+ na pierwsze dziecko – 45 mld, a 13 emerytura – ok. 11 mld). „Dla władzy są w stanie zniszczyć gospodarkę” – twierdzi Petru.

Do wspomnianych wyżej dwóch obiecanek dodać należy jeszcze obniżenie kosztów pracy i likwidację podatku PIT dla pracowników przed 26 rokiem życia. „Będzie tak, jak musi być: jedną ręką się zabierze, żeby drugą rozdawać. A ja przez moment myślałem, że już więcej rozdawać się nie da.” – komentuje pisowskie rozdawnictwo Łukasz Warzecha.

Podobnego zdania jest Robert Gwiazdowski, twórca ruchu Polska Fair Play: „Żeby prezes Kaczyński mógł coś komuś dać, premier Morawiecki musi to komuś odebrać – a są to ci sami ludzie”.

Uwagę komentujących przykuł również fakt, że główne punkty programu wyborczego wygłosił prezes partii a nie premier. „To jednak znamienne, że nowy program ogłasza JK a nie PMM” – pisze publicysta Michał Szułdrzyński.

Politycy opozycji zwracają także uwagę, że część z przedstawionych na konwencji PiS pomysłów jest żywo skopiowana z programu PO: „Do tej pory działacze PiS zabierali odzież z kontenerów PCK i żywność z paczek dla ubogich. Teraz zabierają pomysły z programu PO. Totalna desperacja.” – skomentował Tomasz Siemoniak.

Wydaje się, że szeroki gest partii rządzącej nie zna granic. Aby więc jak najmniej osób nabrało się na populistyczny lep, warto przypominać słowa Margaret Thatcher: „Nie ma czegoś takiego jak publiczne pieniądze. Jeśli rząd mówi, że komuś coś da, to znaczy, że zabierze tobie, bo rząd nie ma żadnych własnych pieniędzy.”

Wbrew pozorom PiS nie zamierza emigrować do Brukseli. Po prostu robi wyborców w balona.

Jeden z najgłośniejszych skandali w rockowym świecie muzycznym miał miejsce w roku 1980, kiedy to słynna w latach 70. supergwiazda – zespół hardrockowy Deep Purple – ogłosiła, że rusza w trasę koncertową obejmującą USA, Kanadę i Meksyk. Tłumy fanów rzuciły się, by kupić bilety na występ swych idoli, którzy od jakiegoś czasu już nie występowali, nie dawali koncertów i nie nagrywali nowych płyt. To dodatkowo podsycało apetyty słuchaczy, którzy myśleli, że będą świadkiem triumfalnego powrotu Deep Purple.

Jakież jednak było zdziwienie publiczności, gdy na scenę wychodzili kompletnie nieznani osobnicy i zaczynali dość nieudolnie wykonywać utwory słynnego zespołu. Jedynie wokalista Rod Evans miał kiedyś coś wspólnego z Deep Purple – śpiewał w tym zespole na samym początku jego istnienia, zanim jeszcze grupa zrobiła wielką karierę i nagrała najsłynniejsze przeboje. Koncerty fałszywego Deep Purple nieodmiennie kończyły się zamieszkami, bo oszukani słuchacze zaczynali gwizdać i rzucać na scenę butelki, puszki, a nawet kamienie.

Prawdziwy zespół Deep Purple dał do gazet ogłoszenie informujące, że jego członkowie nie biorą udziału w koncertach zorganizowanych pod jego nazwą, a następnie wytoczył organizatorom trasy koncertowej proces. Wokalista Rod Evans został skazany na zapłacenie 672 tys. ówczesnych dolarów (uwzględniając inflację, to ponad 2 mln dzisiejszych). Ponieważ takich pieniędzy nie miał, musiał się dożywotnio zrzec tantiem od wszystkich wznawianych płyt Deep Purple z jego udziałem i zrezygnować z jakichkolwiek honorariów za swoje ewentualne przyszłe występy.

To zakończyło jego karierę – nigdy już nigdzie nie wystąpił i wszelki ślad po nim zaginął. Po latach znaleźli się świadkowie twierdzący, że ponoć widzieli go pracującego w jakimś szpitalu w charakterze sanitariusza.

Przypomniała mi się ta historia, gdy usłyszałem, że na listach PiS w wyborach do Europarlamentu znalazły się partyjne supergwiazdy: Joachim Brudziński, Anna Zalewska, Beata Szydło, Beata Mazurek i inni. Zdziwieni komentatorzy zaczęli się zastanawiać, dlaczego partia rządząca Polską zamierza emigrować do Brukseli. Przecież trudno będzie stamtąd kierować krajem. Rychło jednak się okazało, że wcale nie zamierza emigrować. Chodzi tylko o zdobycie głosów wyborców – po uzyskaniu mandatu zwycięzcy nie zamierzają go obejmować. Zrezygnują z zasiadania w Europarlamencie i ich miejsca zajmą osoby umieszczone na listach na kolejnych pozycjach. Jak na koncertach fałszywego Deep Purple zdumiona i oszukana publiczność ujrzy na scenie jakichś nieznanych osobników.

Jest jednak zasadnicza różnica: tamten przewał odbył się bez wiedzy, zgody i udziału członków prawdziwego zespołu. W Polsce natomiast prawdziwi gwiazdorzy PiS-u sami biorą udział w tym wyborczym oszustwie i wcale się z tym nie kryją. Przeciwnie – sprawiają wrażenie, jakby byli z siebie niezwykle zadowoleni i cieszyli się, że udało się im wykręcić taki numer.

Ciekawe, czy dalej będą tacy uśmiechnięci, gdy rozlegną się gwizdy, a na scenę polecą puszki i butelki.

4 RP Morawieckiego jak Alternatywy 4

24 Gru

Premier Morawiecki po raz kolejny zapewnił obywateli, że w 2019 roku nie będzie żadnych podwyżek cen prądu. „Mamy gotowe rozwiązania, które obejmują obniżenie akcyzy i opłat dotychczas funkcjonujących w rachunku za energię elektryczną; co ważne projekt obejmie 17,5 mln odbiorców energii: gospodarstwa domowe, przedsiębiorców oraz samorządy” – przekonuje publicznie premier, za nic mając starą, ludową prawdę, że każde kłamstwo ma krótkie nogi.

Z zapewnieniem premiera Morawieckiego nie zgadza się poseł Marcin Kierwiński, który w „Śniadaniu w Polsat News” wprost stwierdził, że premier kłamie, bo jeszcze przed końcem roku wzrosła o 109% opłata przejściowa.

Również cztery największe spółki energetyczne: PGE, Energa, Tauron oraz Enea, wbrew słowom szefa rządu, rozsyłają do przedsiębiorców i samorządów nowe taryfy za prąd, które w niektórych wypadkach mają wzrosnąć nawet o 60%. Jeden z przedsiębiorców, w swojej korespondencji ze spółką Energa, powołał się na zapewnienia premiera Morawieckiego.

W odpowiedzi przedstawiciel spółki napisał, że „na ten moment informacje, na które się Pan powołuje, są wyłącznie informacjami medialnymi. Prace nad ustawą trwają na szczeblu rządowym i jaki będzie ich końcowy charakter, obecnie nie wiadomo”.

Jakby tego było mało spółka przyznała, że nic nie wie o ewentualnych rekompensatach. Trwa więc totalny chaos, spółki informują o podwyżkach, rząd zapewnia, że ich nie będzie, a obywatel znów zostanie zmuszony do sięgnięcia do kieszeni.

Gościem wieczornych “Faktów po faktach” w TVN24 był Andrzej Olechowski. Były szef resortu dyplomacji powiedział, że chciałby pochwalić Prawo i Sprawiedliwość za przekaz proeuropejski i prounijny, ale dostrzega, że ta forma komunikacji z wyborcami jest skrojona na potrzeby wyborów i w związku z tym jest fałszywa – “(…) bo czyny są inne, słowa są inne (…)” – wskazywał. Według byłego ministra finansów istotne jest to, że PiS używa słowa “Europa”, a nie “Unia”.

Olechowski uważa także, że w PiS jest frakcją, której się nie podoba hasło “Polska bijącym sercem Europy, odnosząc się do słów premiera Morawieckiego z niedawnej konwencji – “Coś tam się dzieje, coś się kotłuje” – zauważył były minister. Podkreślił, że będzie to mocniej widoczne przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Wyraził również nadzieję, że opozycja będzie dociskać PiS w sprawie proeuropejskich sformułowań i domagać się ich skonkretyzowania. Zdaniem Olechowskiego wyborcy zaufają proeuropejskim deklaracjom wygłaszanym przez PiS – “(…) bo nie studiują gazet i nie pamiętają tego, co było powiedziane pół roku temu, czy rok temu” – przekonywał.

O Andrzeju Dudzie, który podpisał nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym mówi – “Stworzył żabę, później musiał zjeść tę żabę, więc zwlekał do ostatniej chwili, wylewał żale, ale podpisał. (…) Trudno było o lepsze potwierdzenie, że ta wspólnota o której prezydent mówił, że jest wyimaginowana, jest rzeczywiście realna” – powiedział z nutką sarkazmu Andrzej Olechowski. Wyrok TSUE i konieczność podpisania nowelizacji uzmysławia, że Unia Europejska jest realną wspólnotą, bo ma wspólne prawo i spójny system egzekwowania prawa.

Były szef MSZ odniósł się także do ostatnich zapowiedzi Grzegorza Schetyny o zestawie kilkunastu ustaw przywracających system praworządności – “Najwyższa pora, by pokazać jeśli nie szczegóły, to zręby podejścia do tych szkód, które trzeba będzie naprawiać”. Zachęcał także opozycję, by przedstawiła swoje postulaty i plany w zakresie sądownictwa, gospodarki oraz polityki zagranicznej. Olechowski zapytany, jak powinien wyglądać pierwszy ruch po przejęciu władzy po Prawie i Sprawiedliwości, stwierdził, że będzie musiało się pojawić “coś w rodzaju grubej kreski”.

Święta Bożego Narodzenia. Jedni je obchodzą tradycyjnie, drudzy szerokim łukiem, niektórzy obchodzą je kiedy indziej, a jeszcze inni wcale. Wszystkim chciałbym złożyć najpiękniejsze życzenia. 🎄❄️🎄🎁🎄

Waldemar Mystkowski pisze o trndzie, który walnie w PiS.

Bardzo ciekawy sondaż przeprowadził portal oko.press, dotyczący Unii Europejskiej. Wyniki są zaskakujące, jeżeli zestawi się sondaż aktualny z grudnia tego roku z takim samym sondażem ze stycznia 2018.

W Polsce przybywa zwolenników Unii Europejskiej i to w wydaniu jej ścisłej integracji, polegającej między innymi na tym, że Unia Europejska powinna mieć superrząd, którego rolę mogłaby pełnić Komisja Europejska z szefem Jean-Claude Junckerem i znienawidzonym przez PiS Fransem Timmermansem.

W ciągu roku równowaga zwolenników ścisłej współpracy i modelu Europy „narodowych państw suwerennych” ze stycznia, a wynosiła wówczas po 43 proc. przechyliła się na rzecz zwolenników ściślejszej integracji członków Unii Europejskiej i obecnie wynosi 51 proc. dla zacieśnienia współpracy, a tylko 35 proc. jest temu przeciwna.

Co to znaczy? To, że PiS mimo ataków na Komisję Europejską i Trybunał Sprawiedliwości UE (dał ostatnio popis Andrzej Duda, który uważa, że sprawiedliwość europejska – TSUE – odbiera Polsce suwerenność), nie przysparza sobie zwolenników, a eurosceptycy nabierają zaufania do instytucji unijnych.

W Polakach uciera się świadomość, że rząd PiS reprezentuje interesy partyjne, a nie ich dobro. Dlatego mieliśmy ostatnio nagłe przepoczwarzenie się pisowskiej walki z Komisją Europejską w wyznanie miłości do Unii.

Powód tego jest aż nazbyt oczywisty, a ciemnego ludu jest coraz mniej. PiS się spieszy, bo kurczy mu się elektorat i rodakom spadają łuski z oczu. Dlatego najprawdopodobniej dojdzie do przedterminowych wyborów parlamentarnych, które zostaną ogłoszone wraz z populistycznym socjałem przebijającym 500+.

Gdyby PiS utrzymał się u władzy, doznalibyśmy powtórki z rozrywki, jaką była przedwojenna Polska sanacyjna, a Europę rozrywały egoizmy narodowe, nacjonalizmy, które musiały doprowadzić do wojny, wtórnym jest, iż głównym winowajcą był faszyzm niemiecki.

Polska może mieć tylko jeden cel: zintegrowana Europa, w której nacjonaliści Kaczyński, Orban, Le Pen zostaną w niej zmarginalizowani. Sondaż oko.press wskazuje, że rodacy idą po rozum do głowy i coraz mniej wierzą oszołomom z PiS.

Rząd Morawieckiego jest rządem afer schowanych pod dywan

12 Gru

Posłowie opozycji podczas dzisiejszej debaty nad wotum zaufania dla rządu pytali Mateusza Morawieckiego także o jego odpowiedzialność za aferę KNF. – „Dlaczego rząd PiS objął parasolem ochronnym uczestników sprawy KNF i nie chce wyjaśnienia tej afery” – pytała Marta Golbik z PO.

Golbik domagała się wyjaśnień, dotyczących związków premiera z byłym szefem KNF Markiem Chrzanowskim i Grzegorzem Kowalczykiem. To prawnik, którego zatrudnienie w Getin Noble Bank proponował Leszkowi Czarneckiemu Chrzanowski.

Pytała też Morawieckiego, czy wiedział o planie Zdzisława Sokala – przedstawiciela prezydenta w KNF i szefa Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. „Proszę, by pan odpowiedział dzisiaj na wszystkie te pytania, bo to, że politycy PiS wyrażą wotum zaufania dla pana nie oznacza, że Polacy panu ufają”– powiedziała Golbik.

Paulina Hennig-Kloska z Nowoczesnej stwierdziła, że rząd Morawieckiego jest „rządem afer schowanych pod dywan”. Pytała premiera, kiedy dojdzie do przesłuchania senatora PiS Grzegorza Biereckiego i innych członków zarządu Kasy Krajowej SKOK w sprawie afery SKOK-u Wołomin. Dopytywała też, „kiedy dowiemy się, jaka była rola szefa NBP w aferze KNF”.

Ryszard Petru z Teraz! pytał premiera, „dlaczego umywa ręce od afery KNF”. – „Za tę instytucję pan osobiście był odpowiedzialny. Dlaczego nie wymusił pan dymisji na prezesie NBP Adamie Glapińskim, tak jak na Marku Chrzanowskim? Dlaczego nie zdymisjonował ministra Ziobro, który chciał aresztować urzędników, którzy wykryli aferę SKOK? Dlaczego nie ma reakcji z państwa strony? Wasze rządy to afera plus” – stwierdził Petru.

>>>

>>>

Kaczyński w ustach ma złotą ślinę

9 List

Być może przejawem troski o utrzymanie poziomu sejmowej debaty są ostatnie kary wymierzone posłom za „nieprzystojne” uwagi. Najwyraźniej jednak owe kary nie dotyczą wszystkich po równo.

Co może zwykły poseł Kaczyński tego już nie wolno takim jak Nitras, Tarczyński czy Petru.

Kaczyński mógł – w zamian za upomnienie – wymyślać posłom od zdradzieckich mord, kanalii i morderców. Gdzie indziej obrzucać swoich przeciwników inwektywami w rodzaju drugi sort, element animalny. Ale to Kaczyński, bo już nawet jego pupilowi słynącemu z chamstwa Dominikowi Tarczyńskiemu nie uchodzi…

Zwykły poseł zrugał Tarczyńskiego za „nieparlamentarne wypowiedzi” i obłożył karą finansował. Tarczyński, który wołał z mównicy za posłem Protasiewiczem „idiota” będzie przez dwa miesiące otrzymywał tylko połowę wynagrodzenia. Bardziej podpadł Ryszard Petru. Ten aż przez trzy miesiące dostanie tylko połowę swojego wynagrodzenia. Niby za obrazę głowy państwa z mównicy sejmowej a rzeczywistości za „odbrązawianie” posła Kaczyńskiego.

Ryszard Petru, gdy krytycznie odniósł się do ustawy, która na ostatnią chwilę czyni 12 listopada dniem wolnym od pracy, zirytowany powiedział z mównicy: „To pokazuje, tak naprawdę, gdzie macie swego prezydenta, to pokazuje, jakie jest jego miejsce w łańcuchu pokarmowym – na końcu, dlatego dajecie mu 2 dni na podpisanie ustawy”.

Ale nie tylko za to, bo jak zwróciła uwagę Joanna Scheuring-Wielgus powód był poważniejszy. Petru w ferworze udowadniał prezesowi, że siedząc 25 lat w Sejmie nic nie robi i żyje na koszt podatnika. Teraz sam domaga się od Kaczyńskiego słowa przepraszam za skierowany do niego – podczas piątkowej debaty nad projektem antyszczepionkowców-  okrzyk: „zamknij się wreszcie”. Ale to zrobił Kaczyński …

>>>

Burdel się szykuje na 100. lecie odzyskania niepodległości

9 List

A może Jarosław Kaczyński w marszu Dudy i Morawieckiego uratowałby napiętą sytuację i powstrzymał nacjonalistów?

To oznacza, że Sąd Okręgowy w Warszawie uwzględnił odwołanie złożone przez Stowarzyszenie Marsz Niepodległości od decyzji Hanny Gronkiewicz-Waltz. W środę prezydent Warszawy zakazała organizacji Marszu Niepodległości 11 listopada, który organizowany jest przez Stowarzyszenie Marsz Niepodległości współtworzone przez m.in. Młodzież Wszechpolską, Obóz Narodowo-Radykalny i Ruch Narodowy. – „Przy obecnych kłopotach policji trudno uwierzyć, że uda się je zapewnić podczas marszu 11 listopada. Po drugie historia – historia Polski, a w szczególności Warszawy. Warszawa dość już wycierpiała przez agresywny nacjonalizm” – mówiła o swojej decyzji prezydent Warszawy.

Sędzia Michał Jakubowski z XXV wydziału cywilnego Sądu Okręgowego w Warszawie w uzasadnieniu uchylenia decyzji Hanny Gronkiewicz-Waltz mówił, że prawo do zgromadzeń jest zagwarantowane w Konstytucji. Zaznaczał, że można zakazać zgromadzenia, ale trzeba to „przekonująco uzasadnić”. – „Odnosząc się do argumentacji prezydenta Warszawy, organ gminy nie może zakazać zgromadzenia z powodu możliwości zagrożenia życia, zdrowia lub mienia w dużych rozmiarach, które mogły wynikać z tego, że 40 proc. policjantów jest na zwolnieniach lekarskich. MSWiA i Komenda Stołeczna Policji zapewniają, że mimo to są w stanie zapewnić bezpieczeństwo. Oczywiście nikt nie może przewidzieć, czy na tegorocznym marszu pojawią się hasła rasistowskie czy ksenofobiczne, ale nie możemy udowodnić, że to może zagrażać życiu czy zdrowiu” – powiedział sędzia Jakubowski.

Od postanowienia sądu przysługuje zażalenie do sądu apelacyjnego, które należy złożyć w ciągu 24 godzin od wydania postanowienia.  – Miasto stołeczne Warszawa szanuje wyroki sądów, ale mamy jeszcze ścieżkę odwoławczą. Decyzję o szczegółach dalszego postępowania w tej sprawie podejmiemy po zapoznaniu się z uzasadnieniem sądu” – powiedział Onetowi Bartosz Milczarczyk, rzecznik stołecznego Ratusza.

Czyżby szykował się jakiś mały stan wojenny? Hę?

Amerykanie przerażeni, ostrzegają swopich obywateli.

Paweł Kowal o marszu.

Więcej >>>

Faszyzm. Czy nam grozi?

8 List

Umberto Eco – „Ur-faszyzm”

Krzysztof Bosak odniósł się zarówno do zakazu Marszu Niepodległości, jak również do planów Andrzeja Dudy, by zorganizować marsz państwowy. – Będziemy organizować Marsz Niepodległości dokładnie tak, jak to zostało zapowiedziane – powiedział Bosak przekonany, że sąd pozwoli na marsz narodowców.

Krzysztof Bosak był gościem „Popołudniowej rozmowy” w RMF FM. Na początku, wiceprezes Ruchu Narodowego, odniósł się do zakazania Marszu Niepodległości przez Hannę Gronkiewicz-Waltz. – Przez zespół prawny stowarzyszenia Marsz Niepodległości przygotowywane jest odwołanie. Jutro o godzinie dziewiątej złożymy je w sądzie – powiedział Bosak.

Krzysztof Bosak: Będziemy organizować Marsz Niepodległości

W trakcie audycji pojawiła się jednak informacja o tym, że Andrzej Duda wspólnie z Mateuszem Morawieckim podjęli decyzję, by zorganizować państwowy „biało-czerwony marsz” pod patronatem prezydenta. Miałby on przebiegać tą samą trasą, co Marsz Niepodległości. – To jest zdumiewający ruch, zupełnie zaskakujący. Podobnie jak zaskakująca decyzja pani prezydent – powiedział Krzysztof Bosak.

Bosak stwierdził, że „organizatorzy ani złotówki z tych 200 milionów (które przeznaczono na organizację obchodów 100-lecia niepodległości – red.) nie zobaczyli, nie powąchali”. – Nigdy nie zostali zaproszeni przez prezydenta do komitetu obchodów stulecia niepodległości. Jedyne na co mogli liczyć, to słowa potępienia ze strony tych urzędników wysokich. W tej chwili, jeżeli tak rzeczywiście jest, wyglądałoby to jak próba przejęcia marszu. Politycy mieli na to apetyt od dawna – stwierdził Bosak.

Wiceprezes Ruchu Narodowego jest przekonany, że sąd uchyli zakaz Gronkiewicz-Waltz. – Z pewnością nie będziemy się z nikim przepychać. Będziemy organizować Marsz Niepodległości dokładnie tak, jak to zostało zapowiedziane. Straż Marszu Niepodległości będzie zabezpieczać, niezależnie od tego, jak politycy będą próbowali zdezorganizować to oddolne zgromadzenie – stwierdził. i zapewnił, że „Marsz Niepodległości na pewno swojej trasy nie zmieni”. – Jutro spodziewamy się wyroku sądu, który spowoduje, że marsz będzie ponownie legalny.

„Dla sądu nie ma znaczenia, co robi prezydent czy premier”

Na uwagę gospodarza programu Marcina Zaborskiego, że decyzja o państwowym marszu komplikuje sprawę, Bosak odrzekł: – Dla sądu nie ma znaczenia, co robi prezydent czy premier. Dla sądu liczy się ocena tego, czy pani prezydent wydając zakaz miała rację. Sytuacja, z jaką możemy mieć do czynienia jutro jest taka, że prezydent, na 4 dni przed 11 listopada, zaczyna coś organizować, a sąd cofa zakaz pani prezydent i narodowcy mają prawo przemaszerować swoją trasą.

Już po audycji Krzysztof Bosak napisał na Twitterze: „Marsz Niepodległości spotyka się zgodnie z ustaleniami: o 14:00 na Rondzie Dmowskiego”

Czy dojdzie do ruchawki między nacjonal-faszystami i PiS-em, za którym stoi zdewastowane państwo?

5 groszy Rydzyka ws. Marszu Niepodległości

Tadeusz Rydzyk wypowiedział się ws. decyzji Hanny Gronkiewicz-Waltz dotyczącej zakazu Marszu Niepodległości w Warszawie. „Naród dostał nóż w plecy”, „Zaborcy tak postępowali” – powiedział ks. Rydzyk.

W środę Hanna Gronkiewicz-Waltz poinformowała, że Marsz Niepodległości organizowany w Warszawie przez środowiska skrajnie prawicowe się nie odbędzie. Decyzję tę skomentował ojciec Tadeusz Rydzyk.

Ojciec Rydzyk o zakazie Marszu Niepodległości

Kiedy usłyszałem informację o tym, że prezydent Warszawy zakazała Marszu Niepodległości, poczułem się tak, jakby naród dostał nóż w plecy

– czytamy w przytoczonych przez Radiomaryja.pl słowach ojca Rydzyka.

Tadeusz Rydzyk mówi, że zakazanie Marszu Niepodległości to wyraz pogardy dla młodych ludzi, którzy są „nadzieją, są patriotyczni, którzy kochają Polskę”. „To niewyobrażalne” – dodaje.

Porównał również decyzję Hanny Gronkiewicz-Waltz do decyzji, które podczas zaborów podejmowali okupanci, a same czasy, w których obecnie żyjemy do komunizmu.

Zaraz mi się skojarzyły zabory. Kto tu chce zawładnąć nami? Zaborcy tak postępowali.

W tej chwili kojarzy mi się czas komunizmu. Jak coś się budziło w Polsce, to zaraz było to niszczone. Ile było takich oddolnych rewolucji w czasie komunizmu? Zawsze to niszczyli

– powiedział.

Zaapelował jednak o rozsądek. Dodał, że rozczarowani decyzją ustępującej prezydent Warszawy nie mogą dać się sprowokować, ponieważ w jej kroku można podejrzewać prowokację. Tadeusz Rydzyk nie wyklucza również „działań z zewnątrz z różnych stron globu”.

Hanna Gronkiewicz-Waltz zakazała Marszu Niepodległości

Hanna Gronkiewicz-Waltz na konferencji prasowej poinformowała, że zakazuje Marszu Niepodległości, który miał się odbyć 11 listopada, i wymieniła kilka kilka powodów tej decyzji. Wśród nich znalazła się m.in. obawa o to, że podczas zgromadzenia zapewnienie bezpieczeństwa nie będzie możliwe.

Prezydent zwróciła uwagę, że przez rok nie sporządzono aktu oskarżenia, dotyczącego Marszu Niepodległości w ubiegłym roku, „chociaż prokuratura dysponuje opinią biegłego o zakazanych ideologiach na marszu”.

Organizatorzy Marszu Niepodległości już zapowiedzieli, że będą odwoływać się od decyzji prezydent Warszawy. – Nikt nie zabroni Polakom dumnym z odzyskania niepodległości manifestować swojego patriotyzmu. Próbowano tego wcześniej, próbowano w poprzednim ustroju, nigdy się to nie udało. Teraz też się nie uda – mówi portalowi Gazeta.pl Witold Tumanowicz, wiceprezes Stowarzyszenia Marsz Niepodległości.

We wtorek decyzję o zakazaniu marszu środowisk narodowych z okazji Święta Niepodległości podjął ustępujący prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz. Wcześniej skonsultował się z prezydentem-elektem Jackiem Sutrykiem. Jako powód tej decyzji podali liczne incydenty, do których dochodziło podczas poprzednich edycji wydarzenia (m.in. przepychanki i szarpaniny).

Rydzyk swoje pięć groszy wtrąca. Staje po stronie nacjonal-faszystów. Nie powinno to dziwić u tego tchórza.

Panika Dudy i Morawieckiego

8 List

O niepokojących informacjach jakie dotarły do polskich służb przed Marszem Niepodległości i kulisach decyzji prezydenta Andrzeja Dudy oraz premiera Mateusza Morawieckiego pisze „Rzeczpospolita”.

Polskie służby miały informacje dot. neofaszystów wybierających się na Marsz Niepodległości, a rząd nie chciał, by zdjęcia z faszystowskimi hasłami pojawiły się w zagranicznych mediach – ustaliła „Rzeczpospolita”. W świetle tych informacji wydaje się, że decyzja Hanny Gronkiewicz-Waltz – zakaz Marszu Niepodległości – mogła być władzom na rękę.

„Rzeczpospolita” ustaliła też, że służby zostały „postawione na nogi” przed państwowym marszem 11 listopada, który firmują prezydent Andrzej Duda i premier Mateusz Morawiecki. Chodzi o to, by nie dopuścić w tym wydarzeniu „członków radykalnych organizacji”.

Marsz Niepodległości zakazany. Narodowcy: pójdziemy

Narodowcy – mimo zakazu i państwowego wydarzenia – nie chcą zrezygnować ze swojej imprezy (podczas której nie brakowało radykalnych haseł, a często też zadym i zniszczeń). Twierdzą, że Marsz Niepodległości mimo wszystko się odbędzie.

>>>

„Rzeczpospolita” poznała kulisy decyzji prezydenta i premiera, by zorganizować wspólny marsz.

Jak wynika z naszych ustaleń, do polskich służb od pewnego czasu dochodziły informacje dotyczące planów środowisk neofaszystowskich z wielu krajów Europy, które wybierały się na organizowany przez narodowców Marsz Niepodległości. To dlatego w środę rano premier Morawiecki powiedział, że nie weźmie udziału w marszu, w którym będą brali udział również prowokatorzy.

Rząd zastanawiał się, co zrobić, by nie doszło do sytuacji podobnej do zeszłego roku, gdy grupka osób z transparentami odwołującymi się do rasistowskich haseł, doprowadziła do tego, że warszawski marsz trafił na czołówki zagranicznych gazet.

– Tu chodzi o wizerunek naszego kraju – mówi nam osoba znająca kulisy sprawy.

Gdy Hanna Gronkiewicz-Waltz zdecydowała o blokadzie marszu, decyzja premiera Morawieckiego była natychmiastowa. Spotkał się z w trybie pilnym z prezydentem Andrzejem Dudą i zdecydowali o organizacji marszu państwowego, który zgodnie z przepisami wyklucza organizację innych tego typu imprez.

Równocześnie, jak wynika z naszych informacji, postawiono na nogi wszystkie służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo państwa, by nie dopuściły członków organizacji radykalnych do udziału w imprezie organizowanej przez prezydenta i premiera.

Wspólny biało-czerwony marsz jako uroczystość państwowa – to pomysł obozu rządzącego na wyjście z coraz większego chaosu wokół 100-lecia Niepodległości. Decyzja o organizacji rządowego marszu nie kończy jednak kłopotów obozu władzy, a może wręcz przyczynić się do pogorszenia sytuacji premiera i prezydenta.

Krzysztof Bosak natychmiast zapowiedział, że Marsz Niepodległości trasy nie zmieni.

Już wcześniej organizatorzy Marszu zapowiadali, że nawet jeśli sąd nie uchyli zakazu wydanego przez prezydent Warszawy, to Marsz i tak się odbędzie.  Pałac Prezydencki twierdzi, że marsz biało-czerwony jako uroczystość państwowa „anuluje” wszystkie inne przemarsze identyczną trasą.

W takich warunkach organizacja własnego marszu łączy się z politycznym ryzykiem. W ubiegłym tygodniu Wojciech Kolarski, jeden z najważniejszych doradców prezydenta, odpowiedzialny za organizację obchodów 100-lecia niepodległości, sugerował w programie #RZECZoPOLITYCE, że organizacja własnego marszu przez ośrodek prezydencki tworzyłaby niepotrzebne podziały. Teraz te argumenty straciły rację bytu.

Premier Morawiecki, KPRM oraz prezydent Duda wystawiają się na  polityczne ataki za wszystko, co wydarzy się na ulicach Warszawy 11 listopada.  Bez organizacji własnej uroczystości PiS mogłoby jeszcze twierdzić, że potencjalne incydenty to tylko i wyłącznie kwestia organizatorów.  Polaryzacja emocji wokół Marszu już i tak nastąpiła, co zwiększa szanse na to, że wydarzenia wymkną się spod kontroli.

W praktyce coraz mniej jest scenariuszy, w których wydarzenia przebiegną korzystnie dla obozu władzy. Niezależnie od reakcji organizatorów Marszu Niepodległości obóz rządzący bierze teraz na siebie jeszcze większe ryzyko, niż przed decyzją Hanny Gronkiewicz-Waltz o zakazie. Być może o to w tej decyzji zresztą chodziło.

>>>

>>>

>>>