Tag Archives: Ryszard Czarnecki

Kaczyński chce, aby Polska zdechła razem z nim. Psychologia, nie tylko inżynieria społeczna

7 List

„Jarosław Kaczyński lubi oglądać rodeo i takie rodeo zrobił w Polsce: Macierewicz w Sejmie, a Pawłowicz i Piotrowicz w TK. Pani Pawłowicz jest czynnym, frontowym politykiem i przez ostatnie 4 lata pokazywała nam, jaki ma stosunek do prawa, obywateli, Konstytucji czy koleżanek i kolegów z Sejmu” – powiedział europoseł PO Bartosz Arłukowicz w TVN24.

Według Arłukowicza na tym ma polegać zapowiedziana przez prezesa PiS wymiana elit. – „To jest elita zbudowana przez Jarosława Kaczyńskiego: p. poseł Pawłowicz, wypowiadająca różne straszne słowa, Piotrowicz, prokurator PRL w TK, wcześniej dewastujący polski system prawny i Macierewicz, który skłócił miliony Polaków” – stwierdził.

Przewiduje, że Jarosław Gowin i inni posłowie jego ugrupowania poprą kandydatury Pawłowicz i Piotrowicza do TK. – „Pan Jarosław Gowin wielokrotnie pokazał nam wszystkim, że jest człowiekiem, który z całą pewnością może trafić do podręczników ortopedii, gdyż tak ma giętki kręgosłup. Najpierw mówi, że coś mu się nie podoba, a potem grzecznie to akceptuje” – stwierdził Arłukowicz.

Europoseł PO uważa, że „Kaczyński odczuwa perwersyjną satysfakcję z drwienia z Polaków”. – „Szef wielkiej partii, wielkiego obozu politycznego w sposób świadomy niszczy struktury państwa” – podkreślił Arłukowicz.

Pawłowicz i Piotrowicza próbował nieudolnie bronić europoseł PiS Ryszard Czarnecki, który też był gościem w TVN24. Np. nazywanie przez Pawłowicz flagi unijnej szmatą czy jej inne skandaliczne słowa i zachowania w Sejmie Czarnecki nazwał „wypowiedziami politycznymi, które można oceniać różnie”…

„Dziękuję wszystkim, którzy rozumieją moją decyzję, przepraszam wszystkich nią zawiedzionych. Mnie też jest trochę smutno, ale od emocji i własnej ambicji ważniejsze są odpowiedzialność i uczciwa ocena sytuacji” – napisał na Twitterze Donald Tusk.

To pierwszy komentarz przewodniczącego Rady Europejskiej po ogłoszeniu przez niego decyzji o niekandydowaniu w nadchodzących wyborach prezydenckich w Polsce.

Na tweet Tuska natychmiast zareagowali internauci. – „Z bólem serca to piszę, ale rozumiem Pana decyzję. Proszę chociaż podpowiedzieć KO kogo powinni zaproponować na kandydata do wyborów prezydenckich. To musi być dynamiczna, energiczna osoba, która przyciągnie młody elektorat!”; – „Rozumiem, choć jestem zawiedziony. Nie widać nikogo, kto z równym powodzeniem mógłby stanąć w szranki i wygrać..”; – „Ja zasadniczo Pana Premiera rozumiem, ale dopóki ma Pan wpływ na swoich kolegów może Pan Im wyjaśnić, ze czas się wziąć do roboty i czym to grozi? Będę wdzięczny – bo czuję się rozczarowany ugrupowaniem, na które oddałem głos, a które jest Panu bliskie”; – „Dziękuję za rozwagę w działaniu i uczciwe postawienie sprawy”.

„Słusznie. Chociaż w pewnym sensie szkoda. Mógł Pan zrobić w debacie „komisję Horały bis”…. Zacierałem ręce” – napisał jeden z internautów. Chodzi oczywiście o kompromitujące wpadki posła PiS w trakcie przesłuchania Donalda Tuska przed sejmową komisją śledczą ds. VAT.

„Wolne media są fundamentem demokracji i praworządności, dlatego trzeba szczególnie chronić dziennikarzy” – to konkluzja z wysłuchania o wolności mediów i swobody wypowiedzi w UE. Odbyło się ono w komisji wolności obywatelskich Parlamentu Europejskiego w Brukseli.

Podczas spotkania poruszono wątki dotyczące sytuacji w naszym kraju. – „W Polsce Tomasz Piątek ujawnił informacje na temat powiązań ministerstwa obrony z mafią rosyjską. Są też inne dochodzenia wobec dziennikarzy, którzy zajmowali się kwestią wątpliwych inwestycji Jarosława Kaczyńskiego w projekty nieruchomościowe” – powiedziała Julie Majerczak, szefowa brukselskiego biura organizacji Reporterzy bez Granic.

Europosłanka PO Magdalena Adamowicz stwierdziła, że w Polsce istnieje problem z wolnością mediów. – „Dziennikarze, którzy znajdują i odkrywają różne afery dokonywane przez polityków i kolegów polityków partii rządzącej, niestety bardzo często są prześladowani, ograniczana jest ich wolność” – mówiła. Adamowicz dodała, że w Parlamencie Europejskim trzeba znaleźć odpowiedź  na pytanie, co zrobić, by chronić wolne media, wolność słowa, a jednocześnie nie ulegać mowie nienawiści i dezinformacji.

Dziennikarz śledczy z Węgier Peter Erdelyi mówił o sytuacji w jego kraju pod rządami Wiktora Orbana. – „Władze ograniczają dziennikarzom swobodę poruszania się po parlamencie, maile wysłane posłom rządzącej partii Fidesz są ignorowane, a niezależni dziennikarze nie mają szans na rozmowy z przedstawicielami rządu. Walka z niezależnymi mediami oznacza budowanie własnego imperium medialnego przez rząd. Prorządowa machina jest wykorzystywana do krytyki antyrządowych protestów” – powiedział Erdelyi.

Podczas wysłuchania była też mowa o zabójstwach dziennikarzy na Malcie, Słowacji i w Bułgarii. – „Zostali zabici, ponieważ pracowali nad dochodzeniami dotyczącymi korupcji” – przypomniała Julie Majerczak. Dodała, że we Włoszech dziennikarze muszą być chronieni przez policję.

„Trzeba walczyć z językiem nienawiści i chronić dziennikarzy. Media to kamień węgielny naszych społeczeństw. To podstawowa reguła praworządności” – podsumowała europosłanka z Malty Roberta Metsola.

O jedną niewiadomą mniej. Czas zatem na decyzję PO i jej władz. Już wiemy, że rycerz na białym koniu nie przyjedzie. Koń chyba zresztą też nie – mówi o decyzji rezygnacji Donalda Tuska prof. Marek Migalski, politolog. Nie tylko o wyborach prezydenckich, ale też o wyborze Macierewicza na marszałka seniora i ostatnich nominacjach PiS-u do TK. – Może to oznacza, że Jarosław Kaczyński dopuszcza możliwość, że Andrzej Duda nie wygra wyborów. Być może Kaczyński zakłada, że po maju dyskomfort rządzenia PiS może spaść, bo w Pałacu Prezydenckim może się znaleźć kandydat opozycji. Dlatego z przejmowaniem do końca takich instytucji jak TK trzeba się śpieszyć – mówi.

JUSTYNA KOĆ: Donald Tusk nie wystartuje w wyborach prezydenckich. To dobra decyzja?

MAREK MIGALSKI: O jedną niewiadomą mniej. Czas zatem na decyzję PO i jej władz. Już wiemy, że rycerz na białym koniu nie przyjedzie. Koń chyba zresztą też nie. A tak serio to bardzo rozsądna decyzja. Przy tak ogromnym elektoracie negatywnym pokonanie najpopularniejszego obecnie polityka w Polsce, jakim jest Andrzej Duda, byłoby bardzo ciężkie.

Prezydent Andrzej Duda powierzył Antoniemu Macierewiczowi prestiżową misję marszałka seniora Sejmu. Jest pan zaskoczony?
Ta decyzja musiała zostać wymuszona na prezydencie, bo oczywiście nie on ją podjął, tylko Jarosław Kaczyński.

PREZYDENT MIAŁ FATALNE RELACJE Z MACIEREWICZEM, WYSTARCZY PRZYPOMNIEĆ, CO SIĘ DZIAŁO, GDY BYŁ MINISTREM OBRONY NARODOWEJ. ZASTANAWIA MNIE TYLKO, CZY JAROSŁAW KACZYŃSKI NIE CHCE PORAŻKI ANDRZEJA DUDY W WYBORACH MAJOWYCH, BO TYM RUCHEM ODCINA GO OD WYBORCZEGO CENTRUM.

Zresztą podobnie jak wystawienie Stanisława Piotrowicza i Krystyny Pawłowicz na sędziów do TK.

No właśnie. Co możemy wyczytać z tych nominacji?
To może oznaczać, że Jarosław Kaczyński po 2 tygodniach wahań, w którą stronę pójść w ciągu najbliższego pół roku, a może i 4 lat, wybrał jednak prawą stronę. Bedzie tak samo jak było, tylko że bardziej. To z kolei oznacza, że większym zagrożeniem jest według niego pojawienie się Konfederacji w parlamencie. To uderzenie w jego modus operandi – po prawej stronie nic nie może istnieć, czy to była LPR, czy właśnie narodowcy, on starał się anihilować te podmioty.

Jedna z teorii mówi, że jeżeli rządzący chcą zrobić coś kontrowersyjnego, to najlepszy czas jest właśnie po wyborach, ale my właśnie wkraczamy w kampanię prezydencką. Ciężko o lepszy prezent dla opozycji, niż zdjęcie obecnego prezydenta zaprzysięgającego Stanisława Piotrowicza, prokuratora stanu wojennego.
To prawda i dopuszczałem możliwość, że przez pół roku PiS będzie udawać normalną partię. Koncepcja, o której pani mówi, czyli Miltona Friedmana, zakłada, że najlepiej przeprowadzać trudne reformy zaraz po wyborach, bo później słabnie entuzjazm i dynamika. Rzeczywiście wydawało się, że majowe wybory złamią tę zasadę i PiS będzie udawać normalną partię po to, aby prezydent Andrzej Duda mógł udawać normalnego prezydenta. Okazało się, że jednak nie i sądzę, że to zdjęcie z nowymi sędziami TK – z Piotrowiczem po lewej stronie i panią Pawłowicz po prawej – może być druzgocące dla prezydenta. A może to oznacza, że Jarosław

KACZYŃSKI DOPUSZCZA MOŻLIWOŚĆ, ŻE ANDRZEJ DUDA NIE WYGRA WYBORÓW.

Być może Kaczyński zakłada, że po maju dyskomfort rządzenia PiS może spaść, bo w Pałacu Prezydenckim może się znaleźć kandydat opozycji. Dlatego z przejmowaniem do końca takich instytucji jak TK trzeba się śpieszyć.

Ale dlaczego takie nominacje? Na pewno w znalazłoby się kilku innych wiernych a mniej kontrowersyjnych kandydatów.
Może tak, a może ta ławka jest tak krótka, że Jarosława Kaczyński miałby jednak kłopot. Może też chce w ten sposób obsłużyć prawicowy elektorat, a może po prostu im to obiecał. Nie doceniamy faktu, że prezes potrafi zachowywać się lojalnie. Przecież nie da się inaczej wytłumaczyć niektórych karier politycznych, np. marszałka Kuchcińskiego, panów Krasulskiego czy Jasińskiego. Może ten najbardziej banalny powód jest prawdziwy. My próbujemy jakoś zracjonalizować tę decyzję, a być może tu zadziałały względy czysto osobiste. Przyznam, że nie czuję, aby moja odpowiedź była w pełni satysfakcjonująca dla czytelników – mnie też nie satysfakcjonuje – ale tę decyzję trudno racjonalnie zrozumieć.

A kandydatura Elżbiety Chojny-Duch? To nagroda na zeznania na komisji VAT-owskiej?
Nie znam tej pani, ale wszystko na to wskazuje.

Ale dlaczego nie stanowisko w spółce Skarbu Państwa, tylko w TK?
Być może pani Elżbieta Chojna-Duch uznała, że spółka Skarbu Państwa zapewnia jej tylko pieniądze, a tutaj jeszcze będzie mieć prestiż i 9 lat spokoju. Może chodzi o to, że chce być nie tylko bogata, ale i szanowana, chociaż ten drugi element nie zostanie spełniony przynajmniej przez połowę społeczeństwa.

Władysław Kosiniak-Kamysz ogłosił, że wystartuje w wyborach prezydenckich. Twierdzi się, że jest jedynym, który może odebrać głosy Andrzejowi Dudzie. To prawda?
Moim zdaniem tylko ktoś taki jak Władysław Kosiniak-Kamysz może pokonać Andrzeja Dudę. Ktoś o podobnym profilu ideologicznym, podobnej zdolności zyskiwania sympatii, podobnej koncyliacyjności nawet wobec osób, które mają inne poglądy polityczne. Tyle tylko, że

TO MUSI BYĆ KTOŚ TAKI JAK WŁADYSŁAW KOSINIAK-KAMYSZ, A NIE SAM WŁADYSŁAW KOSINIAK-KAMYSZ.

Dlaczego?
Najpoważniejszą jego wadą jest to, że jest prezesem PSL. Jakkolwiek byłyby przeprowadzone prawybory – i nawet jeśli wygrałby w nich – to trudno sobie wyobrazić, żeby działacze PO, która dostała ponad 3 razy więcej niż PSL, przeznaczyli swój czas i pieniądze na promowanie prezesa konkurencyjnej partii. Tak samo jak nie wyobrażam sobie, aby działacze Lewicy, która uzyskała lepszy wynik niż PSL, pracowali na szefa ludowców. Polityka ma swoje wymogi i jednym z nich jest to, że partie polityczne w wyborach prezydenckich popierają swoich kandydatów w pierwszej turze.

Czyli prawybory to nie najlepszy pomysł?
A jak one miałyby wyglądać? Kto miałby brać w nich udział? Członkowie partii politycznych? Jeżeli tak, to Władysław Kosiniak-Kamysz wygrywa bezapelacyjnie, bo PSL ma najwięcej członków. Można Schetynie wiele zarzucać, ale nie to, że nie potrafi liczyć. Druga możliwość to otwarte prawybory powiedzmy na jakiejś platformie internetowej, gdzie ludzie będą mogli głosować. W tym wariancie powstaje z kolei problem, jak odsiać wyborców PiS-u. Na jedno skinienie Jarosława Kaczyńskiego wyborcy PiS-u mogliby się zarejestrować na takiej platformie i wybrać kogoś, kogo z łatwością mógłby pokonać Andrzej Duda. W ogóle prawybory w Polskich warunkach na 6 miesięcy przed wyborami to banialuki. Jedyna szansa na “prawybory” byłaby wówczas, gdyby liderzy partii opozycyjnych usiedli przy zielonym stoliku i zdecydowali, ale to, przyzna pani, z prawyborami ma niewiele wspólnego. Ironicznie mogę dodać, że gdyby się na to jednak zdecydowali, to polecam salki katechetyczne Kościoła św. Katarzyny, bo na pewno są wolne, a proceder wyglądałby pewnie podobnie jak 20 lat temu wybieranie wspólnego kandydata prawicy.

Czyli każda partia wystawi swojego kandydata. Lewica Zandberga albo Biedronia, PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza, a Koalicja Obywatelska?
To jest kluczowe pytanie. Wiemy już, że to nie będzie Donald Tusk.

OCZYWISTE JEST TO, ŻE KANDYDAT KO W I TURZE UZYSKA NAJWIĘCEJ GŁOSÓW WŚRÓD KANDYDATÓW OPOZYCYJNYCH, BO W I TURZE DZIAŁA LOJALNOŚĆ PARTYJNA.

Notabene moim zdaniem wystawienie jednego kandydata opozycji już w I turze daje w niej wygraną obecnemu prezydentowi, ponieważ wspólny kandydat zniechęciłby cześć elektoratu prawicowego lub lewicowego, w zależności kto by to był. Ważne jest co innego. Jeżeli KO myśli o pokonaniu Andrzeja Dudy w II turze, to musi wystawić kandydata bardziej centroprawicowego niż centrolewicowego, ponieważ większość wyborców w Polsce jest centroprawicowa i opozycja musi się z tym pogodzić, że jej wyborcy to Polacy, a nie np. Czesi. To musi być  “Duda Plus”, a nie “anty-Duda”. Także dlatego, aby udało mu się podkraść głosy Andrzejowi Dudzie, a być może nawet Konfederacji.

Kandydat musi być też pozapartyjny, oczywiście musi być polityczny, ale nie może być partyjniakiem. Jeżeli KO wystawi członka aparatu partyjnego, to zmniejsza szanse pozyskania głosów, np. wyborców PSL. I trzeci warunek – to musi być osoba lubiana. To nie może być arogant, ktoś, kto jest znany z tego, że ma problemy z rozmową z ludźmi, bo jeśli ma wygrać w II turze, to muszą na niego zagłosować nie tylko wyborcy KO, ale też PSL-owcy, lewicowcy i cząstka elektoratu Konfederacji, a może nawet wyborców Dudy. Jeżeli to będzie wyrazista postać, to nie ma szans.

Adam Bodnar?
To fantastyczny człowiek, ale niestety przez wielu postrzegany jako “lewak”. On podziała na Konfederatów i PSL jak płachta na byka.

Zatem kto?
Im mniej znana osoba, tym mniejszy elektorat negatywny. Nie przywiązując się do nazwisk, tylko mówiąc o pewnym modelu kandydata, to np. prof. Marcin Matczak i prof. Krystian Markiewicz. Wybitni prawnicy, potrafiący zachować się w studiu telewizyjnym, mający temperament, potrafiący dyskutować, kojarzeni z obroną tego, co łączy wszystkich wyborców opozycji – obrony demokracji, proeuropejskości, wolności słowa, trójpodziału władzy, a jednocześnie niebędący funkcjonariuszami partyjnymi. Idealny byłby prof. Strzembosz, tylko młodszy. To byłby ideał kandydata, ale nie przywiązuje się do tych nazwisk, bo być może oni by nie chcieli kandydować, ale trzeba szukać kandydata wśród takich nazwisk.

Niezależność Trybunał stracił w chwili, gdy nie opublikowano orzeczenia. To, co potem się działo, było tylko konsekwencją tamtego zdarzenia. W PRL nie mieliśmy Trybunału Konstytucyjnego i jakoś żyliśmy, tyle tylko, że nie w standardach państwa prawa – mówi były prezes TK Jerzy Stępień. – Co do pani prof. Pawłowicz, z formalnej strony wymogi zostały spełnione, natomiast dała się poznać jako osoba kłótliwa, arogancka i używająca niecenzuralnego słowa i krytykująca konstytucję. Jeśli chodzi o pana Piotrowicza, to zważywszy na jego przeszłość i to, co robił teraz, to mam wątpliwości, czy on w ogóle jest osobą, która wyróżnia się poziomem wiedzy prawniczej. Mam tu spore wątpliwości – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Ostanie nominacje na sędziów TK to upolitycznianie czy kompromitowanie Trybunału?

JERZY STĘPIEŃ: Przyznam, że te nominacje mnie jednak zaskoczyły, bo nie przyszło mi do głowy, że kiedykolwiek komuś wpadnie do głowy taki ruch. Z drugiej strony, jak widać, pan prezes nagradza synekurami osoby, które szczególnie się zasłużyły dla obozu władzy. To dotyczy także pani prof. Chojny-Duch, która złożyła bardzo korzystne dla obozu władzy zeznania przed komisją VAT-owską. Prawdę mówiąc, nie będę specjalnie darł szat z powodu tych nominacji, bo musimy po prostu sobie po raz kolejny uświadomić, że Trybunału Konstytucyjnego już nie ma. On z chwilą, kiedy rząd zakwestionował wyrok Trybunału i odmówił jego publikacji, w zasadzie przestał istnieć. On oczywiście wydaje jakieś orzeczenia, jest budynek, pensje, czyli właśnie synekury dla osób zasłużonych, ale

TRYBUNAŁU JAKO ORGANU NIEZALEŻNEGO, KTÓRY JEST W STANIE SKUTECZNIE KONTROLOWAĆ KONSTYTUCYJNOŚĆ DZIAŁAŃ WŁADZY, NIE MA.

Czyli to, co się już teraz dzieje z Trybunałem, jest bez większego znaczenia?
Chciałbym przypomnieć wypowiedź jednego z twórców europejskiego sądownictwa konstytucyjnego jeszcze z lat 20., Hansa Kelsena: dopóki w państwie nie ma niezależnego organu, który jest w stanie uchylić niekonstytucyjną ustawę, to tak długo konstytucja pozostaje zbiorem pobożnych życzeń. Jeżeli coś jest zbiorem pobożnych życzeń, to nie jest aktem normatywnym i nie jest konstytucją. Tak było w PRL, gdzie nikt się konstytucją nie przejmował, bo nie było niezależnego organu, który byłby w stanie kontrolować konstytucyjność ustaw czy rozporządzeń.

Niezależność Trybunał stracił w chwili, gdy nie opublikowano orzeczenia. To, co potem się działo, było tylko konsekwencją tamtego zdarzenia. W PRL nie mieliśmy TK i jakoś żyliśmy, tyle tylko, że nie w standardach państwa prawa.

Niektórzy te nominacje interpretują jako chęć skompromitowania instytucji, co znane jest z historii rodzących się autorytaryzmów, np. z czasów II RP po przewrocie majowym.
Być może, chociaż ja mam na ten temat inne zdanie.

TK ZOSTAŁ SKOMPROMITOWANY JUŻ DAWNO I DUŻO CZASU MINIE ZANIM PODNIESIE SIĘ Z TEGO UPADKU. BĘDZIE BARDZO TRUDNO ODBUDOWAĆ JEGO POZYCJĘ, ETOS TRYBUNAŁU ZOSTAŁ ZNISZCZONY.

Wiele składów przez lata pracowało na wysoką rangę TK na arenie międzynarodowej. Jako prezes, ale i sędzia wielokrotnie tego doświadczałem, a polski Trybunał był instytucją do naśladowania. Nasze orzecznictwo specjalne było nawet publikowane w innych językach, aby je popularyzować. To już niestety czas przeszły dokonany. W koncepcji państwa pana Kaczyńskiego jakakolwiek niezależna instytucja się nie mieści. To system autorytarny czy półautorytarny, w którym nie ma miejsca na niezależne instytucje.

Gdy PiS straci władzę, to będzie można usunąć tych sędziów z TK? Pamiętajmy, że ciągle są wybrani zgodnie z konstytucją trzej sędziowie, od których prezydent nie odebrał przysięgi.
Od tego trzeba będzie rozpocząć. Sadzę, że niektórzy będą nawet sami chcieli przenieść się w stan spoczynku, ale proces odbudowy TK to będą lata. To przekonanie społeczeństwa, a w szczególności prawników, że Trybunał potrafił jednak kwestionować ustawy niekonstytucyjne i miał pozycję niezależną, nawet poprzez pewien czas był w konflikcie z establishmentem rządzącym, szczególnie w latach 2005-07, ale nikt nie kwestionował jego niezależności i pozycji. Nigdy nie było przypadku, że orzeczenia TK były kwestionowane.

TA WŁADZA W 2015 ROKU ZDECYDOWAŁA SIĘ NA UNICESTWIENIE TRYBUNAŁU. TERAZ TO TYLKO MIEJSCA DO ROZDANIA I WĄTPLIWE ZASZCZYTY.

W Trybunale niewiele się dzieje, niewiele się też pracuje. Tych orzeczeń prawie nie ma. Prasa pisze, że pani prezes dwa razy w tygodniu lata do Berlina i ma na to czas, zatem ma niewiele do roboty. Ja nie mogłem sobie pozwolić na prywatne wycieczki w takim rozmiarze, a często nawet urlopy nie były wykorzystywane, było tak dużo pracy. Każdego roku było wydawanych ponad 100 orzeczeń.

Elżbieta Chojna-Duch to dobra kandydatka do TK?
Formalne kompetencje pani profesor ma. Nikt nie odmówi jej także doświadczenia w sferze finansów publicznych. Była wielokrotnie wiceministrem, członkiem Rady Polityki Pieniężnej, więc od tej strony wątpliwości nie ma. Natomiast w jej życiorysie zdarzały się przypadki, wydarzenia, które ciążą.

MAM WĄTPLIWOŚCI, CZY TA OSOBA DAJĘ RĘKOJMIĘ NALEŻYTEGO WYKONYWANIA I CZY JEST OSOBĄ NIESKAZITELNEGO CHARAKTERU, A TEGO OD KAŻDEGO SĘDZIEGO KONSTYTUCJA WYMAGA.

A Krystyna Pawłowicz, doktor habilitowana prawa?
Znowu z formalnej strony wymogi zostały spełnione, natomiast dała się poznać jako osoba kłótliwa, arogancka i używająca niecenzuralnego słowa i krytykująca konstytucję. Jeśli chodzi o pana Piotrowicza, to zważywszy na jego przeszłość i to, co robił teraz, to mam wątpliwości, czy on w ogóle jest osobą, która wyróżnia się poziomem wiedzy prawniczej. Mam tu spore wątpliwości.

Rzecznik dyscyplinarny Michał Lasota ściga trzech sędziów z Gdańska za wydany wyrok. To kolejna sprawa dyscyplinarna dla sędziów za wykonywanie swoich obowiązków orzeczniczych. Dyscyplinarki za wyroki mogą nie tylko zastraszać sędziów, ale naruszają też ich niezawisłość

Zastępca głównego rzecznika dyscyplinarnego Michał Lasota zażądał właśnie wyjaśnień od trzech sędziów Sądu Apelacyjnego w Gdańsku. Wśród nich jest Włodzimierz Brazewicz, który angażuje się w obronę niezależności sądów i w działania edukacyjne m.in. dla młodzieży. Zastępca rzecznika Michał Lasota chce, by tłumaczyli mu się z wyroku, jaki wydali w marcu 2018.

Sędziowie mają się tłumaczyć z uchylonego wyroku

W 2018 roku trzyosobowy skład orzekający, w którym był też sędzia Brazewicz, uchylił wyrok Sądu Okręgowego w Elblągu. Sprawa dotyczyła oskarżenia prokuratury za przywłaszczenie mienia w jednej z firm. Sąd Okręgowy w Elblągu skazał za to oskarżonych na karę więzienia w zawieszeniu. Ale Sąd Apelacyjny w Gdańsku wyrok uchylił, bo orzekł, że w materiale dowodowym są braki. Sąd zakwestionował wyliczenia dotyczące szkody, jaką miała ponieść w wyniku niedozwolonego czynu poszkodowana firma. A wysokość szkody ma znaczenie dla kwalifikacji czynu.

Sąd Apelacyjny uznał, że braki dowodowe są na tyle poważne, że ich uzupełnienie zajmie dużo czasu. Dlatego zwrócił sprawę do sądu okręgowego, by ten je uzupełnił jako sąd pierwszej instancji (to na tym poziomie przeprowadza się postępowanie dowodowe, apelacja może je jedynie uzupełnić) lub żeby zwrócił sprawę prokuraturze.
Kasację od tego wyroku złożyła jednak prokuratura, która uważa, że Sąd Apelacyjny nie powinien uchylać wyroku, tylko sam wyliczyć szkodę i dopuścić opinię biegłych sądowych. Prokuratura uważała, że Sąd Apelacyjny powinien przeprowadzić uzupełniające postępowanie dowodowe.

Sąd Najwyższy uchylił wyrok Sądu Apelacyjnego z marca 2018. SN ocenił, że sprawy nie trzeba zwracać do pierwszej instancji, bo robi się to, gdy trzeba uzupełnić cały materiał dowodowy. SN uznał, że w tej sprawie będzie można wykorzystać w procesie część zgromadzonych już dokumentów.

Sprawa ponownie wróciła więc do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku i inny skład orzekający uzupełnił brakujące dowody oraz wydał prawomocny wyrok. I teraz zastępca rzecznika dyscyplinarnego Michał Lasota z wyroku SN wywodzi, że sędziowie z Gdańska, zwracając sprawę do pierwszej instancji, źle zastosowali przepisy kodeksu postępowania karnego. Kwalifikuje to jako możliwe przewinienie dyscyplinarne w postaci „oczywistej i rażącej obrazy przepisów”.

Sędzia Brazewicz na celowniku rzecznika dyscyplinarnego

Uchylanie wyroków przez sądy wyższej instancji to normalna procedura. Po to są wyższe instancje, by kontrolować prawidłowość wyroków i ich zasadność. I nikt do tej pory tego nie kwestionował.

Zmieniło się to za obecnej władzy. Powołany rok temu przez ministra Zbigniewa Ziobrę główny rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab i jego dwaj zastępcy Michał Lasota i Przemysław Radzik zaczęli ścigać sędziów za wydawane orzeczenia. Dotyczy to sędziów znanych z obrony niezależności sądów.

To raczej nie przypadek, że rzecznik czepia się teraz wyroku sądu gdańskiego, bo sędzia Włodzimierz Brazewicz, który go wydał, już wcześniej był wzywany przez rzecznika dyscyplinarnego.

Najpierw był wzywany do złożenia wyjaśnień za to, że prowadził w Gdańsku spotkanie sędziego Igora Tulei z obywatelami. Potem rzecznik dyscyplinarny sprawdzał jakość pracy Brazewicza, między innymi to, czy pisał uzasadnienia wyroków po terminie. A teraz grozi mu dyscyplinarka za ten wyrok.

Co ciekawe, jest to jedyny w ostatnich latach uchylony przez Sąd Najwyższy wyrok, w którego wydaniu brał udział Brazewicz. I wygląda to tak, jakby rzecznik Lasota chwytał się teraz tego wyroku jako szansy na postawienie niepokornemu sędziemu zarzutów.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że sędzia Brazewicz w kilku sprawach jest obrońcą innych niepokornych sędziów ściganych przez rzeczników Ziobry, m.in. znanej z obrony wolnych sądów sędzi Doroty Zabłudowskiej z Gdańska.

Brazewicz angażuje się również w działania edukacyjne. Brał np. udział w procesie Wilka z bajki o Czerwonym Kapturku. To była lekcja prawa dla dzieci zorganizowana w Sądzie Najwyższym.

Sędziowie ścigani przez rzeczników dyscyplinarnych za orzeczenia

Sędzia Brazewicz nie jest pierwszym sędzią, którego rzecznicy dyscyplinarni ścigają za wydane orzeczenia i wyroki. Do złożenia wyjaśnień wezwano trzech sędziów z Sądu Okręgowego w Krakowie, bo chcieli sprawdzić, czy asesor, którego wyrok mieli ocenić w instancji odwoławczej, został powołany prawidłowo. Czyli: czy został powołany przez legalną, starą KRS, którą wbrew Konstytucji rozwiązał PiS, czy przez nową KRS powołaną w niekonstytucyjny sposób przez posłów PiS i Kukiz’15.

Pisma wysłane do krakowskich sędziów przez głównego rzecznika dyscyplinarnego Piotra Schaba zawierały ostrzeżenie o poważnych konsekwencjach za dozwoloną działalność orzeczniczą, bo Schab pisał o przekroczeniu przez nich uprawnień.

Za wydany wyrok dyscyplinarkę ma sędzia Sławomir Jęksa z Poznania, który uniewinnił żonę prezydenta Poznania Joannę Jaśkowiak. Rzecznikowi dyscyplinarnemu nie spodobało się ustne uzasadnienie do tego wyroku, bo sędzia odniósł się w nim do zmian w wymiarze sprawiedliwości wprowadzonych przez władzę PiS.

Dyscyplinarka za orzeczenie grozi też sędzi Ewie Mroczek z Działdowa. Jej też zarzuca się, że wydała orzeczenie o umorzeniu jednej ze spraw z uwagi na duże braki formalne w oskarżeniu prokuratury. To orzeczenie uchylił sąd odwoławczy. I za to teraz ściga ją rzecznik dyscyplinarny.

W tle tej sprawy są relacje sędzi Mroczek z Michałem Lasotą, który mieszka w Działdowie. Sędzia na jednym ze spotkań nie podała mu ręki. Chłodno przyjęła też nowego prezesa sądu w Działdowie z nominacji resortu ministra Ziobry.

Jak dotąd najgłośniej było o sprawie sędzi Aliny Czubieniak z Gorzowa Wielkopolskiego, którą ściga rzecznik dyscyplinarny za to, że w orzeczeniu ujęła się za niepełnosprawnym intelektualnie chłopakiem podejrzewanym o napastowanie seksualne dziewczynki.

Sędzia miała pecha, bo sprawą zainteresował się resort ministra Ziobry. I zrobiono sędzi dyscyplinarkę za sprawiedliwe orzeczenie, w którym zdaniem rzecznika dyscyplinarnego sędzia powołała się na zły przepis. Została za to ukarana upomnieniem przez Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego. Izbę tę powołał PiS do szybkiego usuwania z zawodu niepokornych sędziów, prokuratorów i prawników.

Sędziowie ścigani za orzeczenia przez prokuraturę

Za działalność związaną z orzecznictwem sędziowie są też ścigani przez prokuraturę.
Zarzuty grożą sędziemu Igorowi Tulei, który nakazał śledztwo w sprawie głosowania nad budżetem przez posłów PiS w Sali Kolumnowej Sejmu w grudniu 2016 roku. Uzasadnienie tego orzeczenia było dla PiS-u miażdżące. A teraz specjalny zespół do ścigania sędziów i prokuratorów w Prokuraturze Krajowej sprawdza, czy mógł wpuścić na salę dziennikarzy i czy nie ujawnił tajemnicy śledztwa podczas wygłaszania uzasadnienia do swojego orzeczenia.

Zarzuty grożą też sędzi Irenie Majcher z Opola. Orzeka ona w Krajowym Rejestrze Sądowym. Zdaniem Prokuratury Krajowej nie dopełniła ona obowiązków, bo nie wezwała jednej ze spółek do przerejestrowania się. Choć przepisy ustaw obowiązek przerejestrowania nakładały na spółki. Teraz prokuratura chce uchylić sędzi immunitet, by postawić jej zarzuty.

Lasota i Radzik sami mają problemy z jakością pracy jako sędziowie

Sędziów za wydawane orzeczenia ścigają dwaj zastępcy rzecznika dyscyplinarnego, którzy sami mają problemy z jakością pracy jako sędziowie. To Michał Lasota i Przemysław Radzik. Obu groziły za to dyscyplinarki, ale nie będą ich mieć, bo ich szef Piotr Schab uznał, że nie można mieć zastrzeżeń do ich pracy.

Wobec Radzika, który już ma w swoim życiorysie wyrok dyscyplinarny sprzed lat, były zastrzeżenia do tego, że oddaje uzasadnienia do wyroków po terminie. Zaś Michał Lasota sam ma uchylane wyroki przez sąd odwoławczy. Rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab sprawdzał też, czy prawidłowo przesłuchał dziewczynkę w sprawie karnej.

Ponadto jak ujawniliśmy w OKO.press, Lasota ma w swoim macierzystym sądzie stos zaległych spraw do załatwienia. W jednej ze spraw stwierdzono zaś przewlekłość postępowania i państwo ma zapłacić obywatelowi 2 tys. zł odszkodowania. Sędziowie z Elbląga, którzy orzekli przewlekłość byli już wezwani do złożenia wyjaśnień u rzecznika dyscyplinarnego.

Radzik i Lasota korzystają jednak na współpracy z resortem ministra Ziobry. Radzik jest prezesem Sądu Rejonowego w Krośnie Odrzańskim, a Michał Lasota w Nowym Mieście Lubawskim. Obaj dzięki decyzji resortu Ziobry orzekają też na delegacji w Sądzie Okręgowym w Warszawie.

„Żyjemy w kłamstwie. I nie potrafimy wyjaśnić, na czym właściwie to kłamstwo polega. Państwo staje się reżimem klientelistycznym, los jednostki jest całkowicie zależny od woli władzy” – tak prof. András Sajó diagnozował rządy Orbána. Dr hab. Bodnar mówił o polsko-węgierskiej wspólnocie zagrożeń. Prof. Łętowska o tym, by zobaczyć świat poza tekstem prawa

Więcej >>>

Dojrzały człowiek większą uwagę niż na słowa zwraca na czyny, wie, że one zawsze mówią prawdę. Nie ufa obietnicom, rozlicza z efektów.

Zgadzam się z tezą Anny Mierzyńskiej, że historia Donalda Tuska, jego zawoalowanych sygnałów, że może wystartuje w wyborach prezydenckich, a następnie wycofanie się i pozostawienie rzeszy wielbicieli nieutulonych w żalu i osamotnionych, z poczuciem, że zostali porzuceni, to tak naprawdę historia naszego dojrzewania. Świetna historia! Bo prawdziwa.

I jak każda taka historia, stanowi wielką szansę, żebyśmy wreszcie społecznie dojrzeli i zaczęli zachowywać się jak dorośli. Bo w Polsce nie tylko politycy zachowują się jak dzieci. Infantylni politycy są efektem tego, że jak dzieci (straumatyzowane i z PTSD) zachowują się wyborcy.

Miotamy się od emocji do emocji, od uczucia do uczucia, głodni uznania i pochwały, łaknący obietnic i łatwych rozwiązań, demonstrujący swoją bezradność, lęk i złość. Wysyłamy więc sygnały bez pudła odczytywane przez rasowych politycznych uwodzicieli: zaopiekuj się mną, spraw, żebym był/była bezpieczna, przyjdź i powiedz, co mam zrobić ze swoim życiem i jak mam to zrobić. I daj na to pieniądze.

Oczywiście populistom w to graj – natychmiast i z wielką wprawą odpowiadają na takie wołanie, prezentując zestaw tyleż głupich, nieskutecznych i nierealnych, co efektownych rozwiązań.

A my się na nie łapiemy, bo jesteśmy niedojrzali. I głodni bezpieczeństwa. Tylko nie dorośliśmy i nie zrozumieliśmy, że bezpieczeństwo to nie jest coś, co ktoś daje w prezencie, tylko coś, co się wypracowuje samemu, szeregiem mądrych decyzji i rozważnych wyborów.

Dojrzały człowiek rozumie, że nie ma szybkich i dobrych rozwiązań skomplikowanych problemów. Że na to, co wartościowe, trzeba zapracować, że jeśli coś przychodzi łatwo, to znaczy, że nie jest wiele warte. Że czasami nikt nie ma racji, a czasem ma ją wiele osób i po prostu trzeba wybrać rozwiązanie – nie jedynie słuszne, ale takie, które jest najbardziej wartościowe, wziąwszy pod uwagę nasze dzisiejsze konkretne problemy i potrzeby.

Dojrzały człowiek większą uwagę niż na słowa zwraca na czyny, wie, że one zawsze mówią prawdę. Nie ufa obietnicom, rozlicza z efektów. Nie czeka (to a’propos Tuska), że zjawi się książę na białym koniu i zrobi porządek w jego życiu – wie, że tę robotę musi zrobić sam.

I wie, że rzeczy rzadko dzieją się same mocą pobożnych życzeń – żeby coś zadziałało, demokracja, praworządność, system polityczny, trzeba na to zapracować, ciężko i bez chodzenia na skróty.

Politycy tacy jak Kaczyński, Piotrowicz, Gowin i wielu innych nie są żadną chorobą polskiej demokracji, są zaledwie objawem. Zmiany polityczne musimy zacząć nie od nich, lecz od siebie. Bo gwarantuję, że w dojrzałym, myślącym, racjonalnym społeczeństwie, pragmatycznym i logicznym, kłamcy, fanatycy i populiści nie będą mieli racji bytu.

Po decyzji Tuska. Władysław Kosiniak-Kamysz za bardzo podobny do Dudy. Nawet mówi podobnie.

Dudy wpadki, propozycja dla Kaczyńskiego, pisowska głupawka w Kaszmirze i dziady, dziady, dziady

1 List

Taki dzień.

Apel do pazernych klechów

„Brak wpadek odróżnia prezydenta Dudę od Bronisława Komorowskiego – ogłosił w „Kropce nad i” Kamil Bortniczuk z Porozumienia Jarosława Gowina. To ciekawa opinia. Z tym, że nie ma oparcia w faktach

Goszcząc w programie Moniki Olejnik, poseł Porozumienia Jarosława Gowina wygłosił laurkę dla prezydenta Andrzeja Dudy – jego zdaniem to najlepszy prezydent, jaki mógł się Polsce przytrafić.

Rzeczywiście, im bliżej było końca kadencji prezydenta Bronisława Komorowskiego, tym bardziej kojarzył się on wyborcom jako chodząca gafa. Po części była to etykieta zasłużona, po części – krzywdząca.

Natomiast jeśli uznamy, że Komorowskiemu często przydarzały się wpadki, Duda z całą pewnością mu nie ustępuje.

1. Wpadki zagraniczne

Bronisławowi Komorowskiemu pamięta się niefortunną wypowiedź podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych w grudniu 2010 r. Podczas spotkania z Barackiem Obamą Komorowski stwierdził:

„Fundamentem naszych relacji jest umiłowanie – amerykańskie i polskie – wolności. Jeśli mamy razem iść na wielkie polowanie, to najpierw musimy mieć pewność, że nasz dom, nasze kobiety, nasze dzieci są bezpieczne”.

Oprócz lekkiego zażenowania Obamy te słowa nie miały poważniejszych skutków.

Podobnie jak ta wypowiedź Andrzeja Dudy:

„Przyjechałem też po to, żeby za to podziękować. Podziękować społeczeństwu irlandzkiemu, podziękować władzom irlandzkim. Złożyłem dzisiaj podziękowania na ręce pani premier za właśnie ten wielki akt człowieczeństwa i tę wspaniałą postawę, że ci mali Polacy zostali tutaj przyjęci”

– stwierdził prezydent Duda w sierpniu 2018 r. w… Nowej Zelandii.

2. Wpadki Twitterowe

Ten tweet z oficjalnego konta Bronisława Komorowskiego wzbudził w lutym 2015 r. powszechną wesołość w sieci:

„Wysłanie sił rozjemczych ma sens, jeżeli jest rozejm, bo jak jest wojna, to trudno tam wysyłać żołnierzy”.

To jednak nic w porównaniu z szarżami Twitterowymi prezydenta Andrzeja DudyJak na początku 2016 r. odkryli dziennikarze, z niemal 800 osób, które obserwuje prezydent, większość stanowią nastolatki. Duda obserwuje i konwersuje z internautami o tak wdzięcznych ksywkach jak „Seba sra do chleba”, „Ruchadło leśne” i „Gejowa Łafka z sosny”.

3. Wpadki z żartem

W lutym 2015 r. Bronisław Komorowski był z oficjalną wizytą w Japonii. Media obiegła scena, jak prezydent wchodzi na krzesło przeznaczone dla szefa japońskiego parlamentu i woła do ówczesnego szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego gen. Stanisława Kozieja: „Chodź, szogunie!”.

Później okazało się, że wpadki dyplomatycznej nie było: miejsce wskazali Komorowskiemu sami Japończycy. Ale rzeczywiście, żart o Szogunie nie należał do specjalnie wyszukanych.

„Mało wyszukany” to jednak ogromny eufemizm w przypadku żartu Andrzeja Dudy, opowiedzianego 20 października 2019 r. podczas obchodów 100-lecia Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Żart był następujący:

„Jest ogólnoświatowa konferencja rektorów w Południowej Afryce i z Europy leci samolot pełen rektorów i niestety, nastąpiła awaria, samolot w okolicach Afryki Równikowej spadł do dżungli. Na szczęście większość pasażerów jakoś przeżyła, ale miejscowe plemię ogarnęło wszystkich rektorów. Wszyscy rektorzy zostali zjedzeni, poza jednym. Poza panem profesorem Ryszardem Tadeusiewiczem, rektorem AGH. Dlaczego? Bo wódź plemienia był jego kolegą, na elektrycznym na AGH”

Jak pisaliśmy w OKO.pressdowcip był zwyczajnie rasistowski.

4. Wpadki merytoryczne

Słynny stał się błąd ortograficzny Bronisława Komorowskiego. W marcu 2011 r. po tsunami w Japonii prezydent napisał w księdze kondolencyjnej: „Jednoczymy się w imieniu całej Polski z narodem Japonii w bulu i w nadzieji na pokonanie skutków katastrofy”.

Ale Andrzej Duda w błędach na poziomie szkoły podstawowej nie pozostaje dłużny poprzednikowi: w OKO.press udowadnialiśmy, że prezydent ma kłopot z policzeniem polskich powstań przeciwko zaborcom.

5. Wpadki referendalne

Bronisław Komorowski walcząc przed drugą turą o głosy wyborców Pawła Kukiza, zarządził referendum dotyczące m.in. jednomandatowych okręgów wyborczych. Komorowski wybory i tak przegrał, a referendum kosztowało prawie 72 miliony zł. Frekwencja wyniosła oszałamiające 7,8 proc.

Andrzej Duda również wymyślił swoje referendum: konstytucyjne. W tym wypadku upokorzenia prezydentowi oszczędzili senatorowie PiS, którzy odrzucili wniosek głowy państwa i referendum się nie odbyło.

Jak widać, wpadki nie były tylko domeną Bronisława Komorowskiego, a prezydent Duda dzielnie dotrzymuje kroku poprzednikowi. Nawet biorąc pod uwagę sympatię dla Dudy w jego zapleczu politycznym, faktom zaprzeczać nie wypada, a te są jasne: Andrzeja Dudy nie odróżnia od Bronisława Komorowskiego brak wpadek.

Były wicepremier znany prawnik mecenas Roman Giertych wpadłszy na genealogiczny wywód Minakowskiego dokonał epokowego odkrycia: jest blisko skoligacony z liderem Prawa i Sprawiedliwości Jarosławem Kaczyńskim, a z tego w praktyce winno jego zdaniem coś wynikać. Niewiele myśląc „wysmażył” więc do prezesa szczery list:

Drogi Jarku!” – zwrócił się poufale do „kuzyna” oznajmiając mu, że prapraprapradziadek Kacper Kazimierz Sas był prapradziadkiem Jadwigi Sarć, która wyszła za Stanisława Święckiego, którego brat Czesław Święcicki ożenił się z Kazimierą Jasiewicz, która była siostrą Aleksandra Jasiewicza – jak dowodzi – w prostej linii dziadka Kaczyńskiego.

Nawiązując do konstruowania obecnie nowego rządu Rzeczpospolitej Roman Giertych zasugerował, że prezes powinien przy tej ważnej okazji uwzględnić osobę nowo odnalezionego kuzyna, argumentując:

Cały list tutaj >>>

Skoro tatuś naszego prezydenta, kuzynka premiera, siostry, bracia, szwagierki, wujowie, siostrzenice, bratanice, fryzjerki, kierowcy, koleżanki fryzjerek etc.etc. naszych kochanych posłów PiS zajmują poczesne miejsca w obozie dobrej zmiany, to i ja pomyślałem, że dla mnie jakieś miejsce się znajdzie” – napisał z nadzieją.

Podkreślając „ciężar gatunkowy” odkrytego powinowactwa Giertych upomniał się o szczególne względy, przymierza się do stanowiska prokuratora generalnego i przekonuje świeżo upieczonego kuzyna:

„Przecież nie jestem kuzynem zwykłego posła, który może liczyć jedynie na jakąś radę nadzorczą tylko jestem kuzynem samego Ciebie. Wicepremierem już u Ciebie byłem (brrr, aż mi się zimno robi na samo wspomnienie), ale Prokuratorem Generalnym to byłbym idealnym, tym bardziej, że Ziobro w ogóle nie jest spokrewniony, czy spowinowacony ani z Tobą ani z premierem i nie wiadomo jak się znalazł w dobrej zmianie” – podsumował swój wywód.

Na koniec Giertych poprosił Kaczyńskiego o kontakt, zakładając że prezes nie wątpi w jego obiektywizm, którego wszyscy oczekują od prokuratorów.

Zapewnił Kaczyńskiego, że „we wszystkich sprawach mógłbyś liczyć na moją niezależność, szczególnie w sprawie, która boli Cię tak bardzo. Byłbym ślepy jak Temida i realizowałbym prawo i sprawiedliwość” – szczerze zadeklarował mec. Roman Giertych.

Mylił się ten, kto sądził że pani Elżbieta Witek przejmując pałeczkę po marszałku Marku Kuchcińskim cokolwiek zmieni w stylu sprawowania tego urzędu. Niedawno mianowana marszałkini dopiero co zapowiadała usunięcie kompromitującej kotary z sejmowego korytarza, lecz jak śmieją się internauci „nie zawiodła”. Okazała się godną kontynuatorką „myśli” swojego poprzednika.

Zasłona, która odgradzała PiSowskich polityków od dziennikarzy i telewizyjnych kamer – pewnie została tylko oddana do pralni – bo już triumfalnie wróciła na swoje dawne miejsce.

Opinia publiczna nie zapomniała, że tuż po objęciu urzędu marszałka Sejmu, Elżbieta Witek zorganizowała spotkanie z dziennikarzami, na którym zapowiedziała zmianę stylu urzędowania.

PiSowska funkcjonariuszka zadecydowała wtedy o demontażu kotary oraz wprowadziła konferencje prasowe przed posiedzeniami Sejmu.

Sprzed budynku na Wiejskiej miały zniknąć także barierki, które stoją w tym miejscu od protestów z grudnia 2016 roku.

To nie Parlament Europejski stał za organizacją wizyty grupy europosłów w Kaszmirze – podkreśliła na czwartkowej konferencji prasowej rzeczniczka KE ds. międzynarodowych Maja Kocijancic. Jak informuje „GW”, do Kaszmiru udało się m.in. kilkoro europarlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości.

– To była prywatna wizyta niektórych europarlamentarzystów, nie jest ona oficjalną wizytą zarówno Parlamentu Europejskiego, jak i Unii Europejskiej. Oznacza to, że uczestnictwo miało charakter indywidualny, a wygłaszane poglądy posłów są ich własnymi – tak o wizycie grupy europosłów w Kaszmirze mówiła na czwartkowej konferencji rzeczniczka prasowa Komisji Europejskiej ds. międzynarodowych Maja Kocijancic.

– Stanowisko Unii Europejskiej w sprawie Kaszmiru nie zmieniło się: uważamy, że obustronne polityczne rozwiązanie jest jedynym sposobem, by zaprzestać długotrwałego sporu powodującego niestabilność i brak bezpieczeństwa – dodała.

Wyjazd europarlamentarzystów do Kaszmiru

„Gazeta Wyborcza” opisała w czwartek, że co najmniej pięcioro posłów PiS – Ryszard Czarnecki, Grzegorz Tobiszowski, Joanna Kopcińska, Elżbieta Rafalska i Bogdan Rzońca – uczestniczyło kilka dni temu w wizycie w Kaszmirze na zaproszenie indyjskiego rządu. W delegacji znaleźli się również m.in. działacze niemieckiej prawicowej partii Afd.

Wizyta wzbudziła spore kontrowersje ze względu na panującą na tym terenie napiętą sytuację wywołaną ostatnimi decyzjami indyjskiego rządu. Zamieszkany przez muzułmanów Kaszmir jest terytorium spornym między Indiami a Pakistanem, który kontroluje jego część. W walkach o Kaszmir zginęło dotychczas łącznie kilkadziesiąt tysięcy ludzi.

W sierpniu indyjskie władze zdecydowały o zniesieniu autonomii i podziale stanu Dżammu i Kaszmir, co wywołało masowe protesty jego mieszkańców. W jego miejsce powstanie terytorium Dżammu i Kaszmir oraz Ladakh. Obie te jednostki będą zarządzane przez władze w Delhi.

Odebranie regionowi regionowi autonomii wiązało się m.in. z aresztowaniami polityków, aktywistów czy naukowców. Odcięto też telewizję, a na ulicach pojawiły się tysiące żołnierzy

Premier Indii Narendra Modi oświadczył, że podział stanu przyczyni się do rozwoju tego terytorium. Zapowiedział budowę nowych dróg, linii kolejowych, szkół i szpitali. Tej decyzji sprzeciwiają się Pakistan i Chiny.  „Zdaniem krytyków wizytę celowo zorganizowano w tym okresie, aby pokazać, że do Kaszmiru powróciła „normalność” – czytamy w „Gazecie Wyborczej”.

Europoseł Ryszard Czarnecki w rozmowie z PAP podkreślił, że wizyty nie można określać jako „wycieczki”, bo w przeddzień i w dniu wyjazdu doszło tam do zamachów terrorystycznych. Stwierdził, że wizyta miała na celu „próbę zobaczenia sytuacji na miejscu”.

Bez względu na to, czy jesteśmy wierzący czy nie, czy praktykujemy czy nie bardzo, w te dni nie tylko fizycznie, ale i myślą wędrujemy na cmentarze. To jest postawa, która jeszcze długo się nie zmieni – mówi ks. Wojciech Lemański. – Żaden normalny człowiek, a zwłaszcza katolik, nie powinien godzić się na karę śmierci, a zwłaszcza na karę śmierci wynikającą z przekonań drugiego człowieka, jego postawy czy preferencji politycznych czy seksualnych – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: Czy w dzisiejszej rzeczywistości ktoś się jeszcze zastanawia nad sensem życia i śmierci?

WOJCIECH LEMAŃSKI: Oczywiście, że tak. Wystarczy 1 listopada wyjrzeć przed okno przejeżdżając obok cmentarza i zobaczy pani, że żadna sytuacja – ani okupacji hitlerowskiej, ani rządu komunistycznego w kraju, ani wybór tej czy innej opcji w demokratycznych wyborach – tej naszej postawy wobec tych, którzy odchodzą, nie zmienia. Bez względu na to, czy jesteśmy wierzący czy nie, czy praktykujemy czy nie bardzo, w te dni nie tylko fizycznie, ale i myślą wędrujemy na cmentarze. To jest postawa, która jeszcze długo się nie zmieni.

To ważne święto w naszej tradycji, ale zastanawiam się, na ile jest w tym prawdy, a na ile chęci zapalenia zniczy kupionych na promocji w markecie, zjedzenia pańskiej skórki…
Nie zgadzam się z panią. To są moim zdaniem fałszywe truizmy.

DZIEŃ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH W HISTORII POLAKÓW JEST ZAPISANY, ZWŁASZCZA W OSTATNICH DZIESIĘCIOLECIACH, JAKO DZIEŃ PAMIĘCI O ZMARŁYCH. TO NIE JEST DZIEŃ WOŻENIA ZNICZY I KWIATÓW, CHOĆ TAK TO WYGLĄDA NA ZEWNĄTRZ, BO TRUDNO JEST CZŁOWIEKOWI WSPOMINAĆ „Z PUSTĄ RĘKĄ”.

Chcielibyśmy coś po sobie na grobie zostawić, lampkę, znicz, kwiat czy cały bukiet, ale to nie jest najważniejsze. Niektórzy mówią, że to chęć pokazania się przed innymi. Kolejny truizm. Jeśli na grobach płonie kilka czy kilkanaście zniczy to znak, że kilkanaście osób przyszło na to miejsce. To dostrzegalny znak, że o tych, którzy odeszli kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu, wciąż pamiętamy. A to jest coś, czego żadną pańską skórką, blichtrem czy kwiatami nie da się streścić ani strywializować. Nie odbierajmy Polakom tego, co przez te dziesiątki lat w sobie ukształtowali.

Kiedyś i w tradycji Kościoła, do której należy większość Polaków, uroczystość Wszystkich Świętych nie miała nic wspólnego z pamięcią zmarłych. To ważne święto religijne, podobnie jak Boże Ciało czy Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. Uroczystość Wszystkich Świętych to święto radosne. Natomiast następny dzień to dzień zaduszny, czyli dzień wspominania zmarłych. Ponieważ władze komunistyczne nie pozwalały świętować dnia zadusznego, a 1 listopada był dniem wolnym od pracy, to ludzie ten dzień wykorzystywali, aby odwiedzać cmentarze i wspomnieć zmarłych. Kościół się do tego dostosował.

W WIELU PARAFIACH WIECZOREM, PO NIESZPORACH, BYŁA PROCESJA NA CMENTARZ, DZIŚ CZĘSTO TAKA PROCESJA ODBYWA SIĘ JUŻ PRZED POŁUDNIEM. TO NIE WYNIKA Z ŻADNEJ TRADYCJI KOŚCIOŁA. NIE SPOSÓB JEDNAK ZAMKNĄĆ OCZU NA TO, ŻE NA CMENTARZE PRZYJECHAŁY DZIESIĄTKI TYSIĘCY LUDZI.

Polscy europosłowie podczas ostatniego głosowania nie poparli rezolucji wzywającej do wsparcia operacji poszukiwawczo-ratowniczych na Morzu Śródziemnym. Podobnie w sprawie głosowania odnośnie do sytuacji homoseksualistów w Ugandzie. Rozumie to ksiądz?
Widzę, że odbiegliśmy daleko od tematu uroczystości Wszystkich Świętych.

Ale pozostajemy w temacie śmierci…
To prawda i myślę, że dobrze by było, gdybyśmy wspominając tych, którzy odeszli zazwyczaj naturalną śmiercią, bo Pan przeciął ich nić życia, zdali sobie sprawę, że czasem śmierć przychodzi za naszą przyczyną lub z powodu naszej obojętności. Ja od dawna uważam, że warto byłoby przy okazji przepowiadania w kościołach Ewangelii przypominać, że bierzemy na siebie jako katolicy i Polacy współodpowiedzialność za tych uchodźców, których nie chcemy wpuścić w granice naszego domu i których część ginie na Morzu Śródziemnym. Głos polskich eurodeputowanych nie musiał być przeważający, ale z całą pewnością był głęboko niestosowny. Ja uważam, że wszyscy polscy europosłowie powinni się opowiedzieć za ratowaniem życia. Oczywiście to rodzi masę złych skojarzeń. Z pewnością Polakom wypominano by, że głosują, żeby uchodźców ratować, ale dać im schronienia nie chcą. Cóż, taka jest niestety prawda, ale z nią trzeba umieć się zmierzyć. Najgorsze, co można zrobić, to nabrać wody w usta i udać że wstrzymując się od głosu, de facto milczymy w tej trudnej sprawie.

Co do Ugandy to równie trudna dla nas sprawa, bo chyba żaden normalny człowiek, a zwłaszcza katolik, nie powinien godzić się na karę śmierci, a zwłaszcza na karę śmierci wynikającą z przekonań drugiego człowieka, jego postawy czy preferencji politycznych czy seksualnych.

KARANIE LUDZI ZA TO, ŻE SĄ INNI NIŻ MY, CZY INNI NIŻ CHCE TEGO PRAWODAWCA W JAKIMŚ KRAJU – TU CHODZIŁO O UGANDĘ – JEST ABSOLUTNIE WOŁAJĄCE O REAKCJĘ SPOŁECZNOŚCI MIĘDZYNARODOWEJ.

Ta decyzja nic nie kosztowało polskich europosłów, tymczasem zachowali się haniebnie.

Czy nie jest tak, że dzielimy tych, którzy odeszli, na bardziej i mniej wartościowych? Niedawno mieliśmy rocznicę śmierci ks. Jerzego Popiełuszki i samospalenia Szarego Człowieka, czyli Piotra Szczęsnego. Te śmierci podzieliły chociażby polityków.
Myślę, że gdy zajrzy się na cmentarz w Krakowie i na grób księdza Jerzego przy kościele św. Stanisława Kostki, to zobaczymy, że zarówna jedna, jak i druga śmierć bardzo Polaków porusza. Będzie mnóstwo zniczy na obu grobach. Oczywiście są tacy, którzy uważają, że te śmierci są różnej wartości, ale ja tak nie uważam. Dla mnie obie były strasznym męczeńskim wołaniem o zadumę nad Polską, o refleksję i opamiętanie.

PIOTR SZCZĘSNY WPROST MÓWIŁ „OBUDŹCIE SIĘ”, KSIĄDZ JERZY POPIEŁUSZKO WZYWAŁ, BY ZŁO, KTÓRE NAS ZALEWA, ZWYCIĘŻAĆ DOBREM.

Myślę, że wołanie obu pozostaje w naszym kraju ciągle bardzo aktualne. Niestety.

Szkoda, że żadnemu księdzu nie udało się wnieść chrześcijańskiej atmosfery w mroczne obrzędy trwających latami miesięcznic smoleńskich. Upolitycznienie żałoby czyniło modlitwę narzędziem walki z przeciwnikiem.

Nowy Testament głosi, że oścień śmieci został pokonany przez zmartwychwstanie Jezusa, dlatego chrześcijański stosunek do śmierci powinien mieć charakter paschalny. Wiara powinna wyzwalać z lęku i chronić przed nienawiścią. Niestety, zbyt często tak nie jest. Bardzo wielu z nas nie obchodzi ani zmartwychwstanie, ani życie wieczne, umarli stają się zakładnikami w ziemskich porachunkach. Wtedy dokucza nam już nie oścień śmierci, lecz wykorzystujemy umarłych, aby ranić żywych.

W przekonujący sposób wiwisekcji tej ciemnej strony polskiej religijności dokonuje Jan Komasa w swym najnowszym filmie „Boże Ciało”. Bohater, pozorujący księdza wychowanek poprawczaka, zastaje we wsi żałobę przeżartą zbiorową nienawiścią. Ból po stracie dzieci i rodzeństwa, które zginęły w wypadku jest tak samo silny jak nienawiść do nieżyjącego sprawcy tragedii i jego żyjącej żony.

Nieprawdziwemu księdzu udaje się psychologiczna terapia i osuszenie bagna religijnej nienawiści, doprowadza do pochówku prochów człowieka, któremu wiejska społeczność nie chciała wybaczyć winy. Nie jest to dramat obyczajowy z happy endem, film Komasy ma siłę poetyckiego marzenia, jego realizm nie ulega pokusie fatalizmu. Doświadczenie śmierci, a zwłaszcza śmierci tragicznej, ściąga wiele demonów, ale dzięki prawdziwie chrześcijańskiej postawie można je pokonać.

Szkoda, że żadnemu księdzu nie udało się wnieść chrześcijańskiej atmosfery w mroczne obrzędy trwających latami miesięcznic smoleńskich. Nie sposób nie myśleć o tym w kontekście filmu Komasy. Upolitycznienie żałoby odbierało powagę śmierci, czyniło modlitwę narzędziem walki z przeciwnikiem. Trudno zapomnieć te gorszące sceny świadczące o systematycznym dobijaniu powszechnej – nikogo nie wykluczającej, nie dzielącej na swoich i obcych – wspólnoty żywych i umarłych. Miesięcznice spowodowały profanację pamięci, może nawet bardziej szkodliwą niż uporczywe lansowanie, bez wiarygodnych dowodów, tezy o zamachu smoleńskim.

Akurat otrzymałem z prośbą o podpis apel środowisk obywatelskich w sprawie zniszczonych grobów ukraińskich w Polsce. Słyszałem o zniszczeniu grobów w Werchracie i Monasterzu koło Horyńca w 2014 r. Sądziłem jednak, że już je odbudowano i przywrócono do właściwego stanu. Okazuje się, że niszczenie ukraińskich miejsc pamięci na terenie Polski do tej pory nie spotkało się z żadną reakcją ze strony władz polskich. Sygnatariusze apelu piszą: „Pomimo upływu 4-5 lat od czasu poszczególnych prowokacji i dewastacji, władze centralne RP ani Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, IPN, ani też jakiekolwiek inne organy, w kompetencjach których leży ochrona miejsc pamięci, nie podjęły żadnych działań, by naprawić wyrządzone zło”.

Co gorsza, w ciągu ostatnich 5 lat liczba sprofanowanych grobów jeszcze się powiększyła. Oburza mnie obojętność katolickich duchownych na tych terenach, dla których profanacja grobów ukraińskich nie jest problemem. Ich milczenie jest pożywką dla nacjonalistycznego szaleństwa. Grobów nie da się podzielić na swoje i obce. Ludzkie szczątki w każdym grobie są tak samo święte, należy się im szacunek, pamięć i modlitwa.

Obalić Kaczyńskiego bez żadnego okrągłego stołu

30 Mar

Marzy mi się, aby nauczyciele wywołali falę, która przyniesie obalenie reżimu – tak jak 30 lat temu. Obalenie w wyborach, rzecz jasna. Tylko czy nauczyciele mogą poczuć się jak stoczniowcy Gdańska i Szczecina?

Może jestem człowiekiem małej wiary, ale obawiam się, że strajk nauczycieli może w ogóle nie dojść do skutku. Boję się, że Kaczyński każe dwa dni przed planowanym strajkiem rzucić nauczycielom w twarz podwyżkę o 600 zł plus jeszcze 400 za pół roku czy rok, wszyscy odtrąbią sukces. Będzie pięknie, a kolejne grupy zawodowe ustawią się w kolejce po podwyżki, żeby jeszcze zdążyć przez wyborami. Dostaną, czego chcą, kosztem deficytu budżetowego, który populistom, jak wiadomo, nie przeszkadza. Jeśli przekroczymy bezpieczne 3 proc., to oddali się „widmo” przyjęcia euro, a za to przybliży polexit. Kaczyński drukowania pieniędzy się nie boi, bo o tym za pół wieku nikt nie będzie pamiętać, a za to wieże, pomniki i ulice imienia jednego czy drugiego Kaczyńskiego zostaną. Pycha kroczy przed upadkiem, ale dokąd zdoła zajść, to jej.

Może się jednak przeliczyć. Zostaną te pomniki albo i nie. Bo jak raz przyjdzie moda na czyszczenie przestrzeni publicznej z kultu jednostki bądź jednostek wysoce kontrowersyjnych, to w trymiga mogą polecieć Kaczyńscy, a kto wie, czy paru setkom „Janów Pawłów” też się nie dostanie; w końcu wieloletnie faworyzowanie i obsypywanie łaskami powszechnie znanych zboków to nie jakieś hocki klocki. No ale to pieśń przyszłości. Nie tak dalekiej może, ale przyszłości.

Tymczasem wciąż jednak mamy szanse na to, że 8 kwietnia zastrajkuje 80 proc. szkół w Polsce. Uczniowie i rodzice niby się martwią, ale nie tak bardzo, bo wiadomo, że jak mówią Rosjanie, „koniec końców” państwo nigdy nie zostawia mas na lodzie i w taki czy inny sposób wszyscy po wakacjach do jakichś tam szkół pójdą. A przy okazji ma młodzież poglądową lekcję wychowania obywatelskiego. Będzie miała co opowiadać wnukom.

Nie wiem, czy w głowie Kaczyńskiego wygra w końcu arogancja (jak w przypadku strajku niepełnosprawnych w Sejmie), czy może duch przekupstwa (ostatnio kawały kiełbasy wyborczej wylatują z okien Nowogrodzkiej jak gołąbki ze strychu). Nikt tego nie wie. Tak czy inaczej marzy mi się, żeby w swej mądrości ZNP odważył się nie ulec retorycznemu szantażowi i powiedział: „tak, nasz strajk jest polityczny i ma prawo taki być”. Niestety, oficjalnie w strajku chodzi wyłącznie o 1000 zł. Niemniej, jak wiadomo z historii, w poważnej akcji strajkowej postulaty mogą mimo wszystko eskalować. Bo strajk to nie „procedura”, lecz siła. Dlatego namawiam związek do tego, żeby upomniał się także o godność nauczyciela i jego autonomię w nauczaniu, o wolność i świeckość szkoły, o odpolitycznienie nauczania historii i języka polskiego, a także o zmiany programowe. Prawdziwy protest musi być godnościowy i polityczny – protest „o kasę” jest tylko „otwarciem dziobka”.

I to byłoby jednakże za mało. Aby strajk nauczycieli stał się zalążkiem społecznego protestu, który uzyska poparcie rodziców i dużych środowisk zawodowych, musi – wzorem strajków z lipca i sierpnia 1980 r., od początku poruszać tematy ustrojowe. Czy naprawdę nie możemy sobie wyobrazić, aby strajkujący nauczyciele domagali się przywrócenia praworządności, niezawisłości sądów i prokuratury, wolnych mediów publicznych i służby publicznej? Czy dla polskiego nauczyciela Sąd Najwyższy, Trybunał Konstytucyjny czy Krajowa Rada Sądownictwa to sprawy dalekie i obojętnie? Czy polski nauczyciel jest obywatelem, czy tylko klientem władzy, niechcącym widzieć niczego poza swoim resortowym interesem? Kto to wie? Po stoczniowcach też byśmy się nie spodziewali, prawda? A jednak. Zawsze trzeba mieć nadzieję, że duch obywatelski i poniżona godność pracowników zechcą przemówić. Nigdy nie znasz dnia ani godziny, Jarosławie Kaczyński, gdy zwykli ludzie podniosą głowy i powiedzą „dość!”. Nie takim już mówili. Nawet Gomułce, nawet Gierkowi. Więc co dopiero Kaczyńskiemu.

Odwagi, nauczyciele! Nie dajcie się zastraszyć, nie dajcie zredukować do rozmiarów chytrych chłopków domagających się większej zapłaty, nie dajcie się szantażować straszakiem „polityczności” Waszego protestu. On jest i musi być polityczny. Nie strajkujcie o same pieniądze. To nie przystoi nauczycielom! Upomnijcie się o wolną i świecką szkołę. O naukę tolerancji i równości. O edukację seksualną. O niezależność świeckiego nauczania od wpływów i nadzoru księży. Dajcie nam wszystkim przykład i nadzieję!

Niektórzy politycy PiS powinni zdecydowanie mniej korzystać z mediów społecznościowych. Zaliczyć do nich można np. Jarosława Zielińskiego. – „Do tych, którzy atakują mnie z bezsilnej nienawiści: skoro Polską Policję dobrze ocenia aż 75% Polaków, to może i z nadzorem nad nią nie jest tak źle?! Wiem, że to trudne, ale proszę choć przez chwilę pomyśleć logicznie. Przyjaźnie pozdrawiam” – napisał na Twitterze wiceministra spraw wewnętrznych, który odpowiada za służby mundurowe.

Trudno się więc dziwić, że pod jego wpisem pojawiły się bardzo krytyczne komentarze. – „Ty gościu żyjesz w świecie równoległym. Może posyp się konfetti?”; – „Panie Zieliński, ja nie oceniam pana negatywnie z powodu nienawiści. Nie mam takiego uczucia wobec Pana. Uważam, że osoby używające tak zwanej mowy nienawiści powinny być bardzo surowo karane, ale nikt logicznie myślący nie powie, że dobre oceny policji to zasługa Pana”;

„Tak to już jest na tym świecie, że grupa ciężko pracuje na ocenę całej formacji, a jeden tylko przed obiektyw pchać potrafi… i co to za nadzór, który boi się w innym garnizonie niż podlaski pokazać…”; – „Panie Tymczasowo Ważny. Krytyka jest mierzona w pańskie działania, politykę kadrową i megalomańskie zapędy… proszę się z sukcesami służb nie utożsamiać”; – „Te dane to chyba z 2015 i to marca” – pisali internauci.

Marzy im się Europa, pytanie tylko, czy one marzą się Europie?

Wybory do Europarlamentu już niebawem, a kiedy o tym myślę, natychmiast pojawiają mi się w głowie dwie panie – Beata Szydło i Beata Kempa, które mają stać się najwyższej jakości towarem eksportowym do UE. Mają przed sobą ogromne zadanie, jakie wyznaczył im prezes, czyli zrewolucjonizowanie Unii, postawienie jej na wzór i podobieństwo wizji prezesa, wprowadzenie na jedyną słuszną drogę chrześcijaństwa i zadbanie, by „dobra zmiana” świetnie się w ławach Europarlamentu odnalazła.

Nie ukrywam, że z wielką radością i łezką wzruszenia w oku obserwuję niesamowitą metamorfozę byłej premier. Jeszcze nie tak dawno wywaliła flagę unijną, ostro atakowała Donalda Tuska, który według niej był jedną, wielką pomyłką na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej, przyłożyła mocno łapkę do sporu Polski z UE na temat praworządności. To ona mówiła o „szaleństwie brukselskich elit”, obiecywała, że nie ugnie się przed Unią, grzmiała, że Europa nas nie złamie, nie znała nawet daty wejścia Polski do UE, pokazywała na każdym kroku swoją niechęć i wręcz odrazę, a dzisiaj? Dzisiaj nie ma większego euroentuzjasty od niej. Dzisiaj UE wręcz wielbi! Cóż takiego się stało, że tak nagle pani Szydło zmieniła front… Kasa? Poczucie misji? Lizanie ran po utracie stanowiska premiera? Potrzeba dowartościowania się? Nie mam pojęcia, ale wiem jedno. Kandyduje i zrobi wszystko, żeby się tam dostać.

Chce się dostać, choć nic do tej pory nie wskazywało na to, że zdecyduje się ruszyć na podbój Unii Europejskiej. Jej aktywność w sprawach europejskich była praktycznie zerowa. Liczba złożonych interpelacji poselskich również zerowa, nie brała udziału w pracach komisji czy podkomisji, zajmujących się tematyką europejską, nie należy do żadnej stałej delegacji parlamentarnej, nie lata za granicę, nie utrzymuje kontaktów z zachodnimi politykami.

Trudno też dowiedzieć się, czym będzie się zajmowała jako europosłanka. Abstrahując od zaleceń prezesa, chciałabym usłyszeć coś wypływającego od niej samej, bo tak naprawdę rzuca tylko ogólnikami typu „to, co się dzieje teraz w Europie napawa na pewno obawą”, „Ta dobra zmiana, która dzieje się w Polsce, musi się zadziać też w Europie, żebyśmy mogli spokojnie myśleć o swojej bezpiecznej przyszłości”, „Los Unii Europejskiej i przyszłość Europy będą zależały od Polski” i to właściwie wszystko. Żadnych konkretów, żadnej własnej wizji, nic…

No i Beata Kempa, bez której prawdopodobnie UE nie ma szans na przetrwanie. Przez ostatni rok była jak minister widmo. Odpowiedzialna za sprawy związane z pomocą humanitarną, ale nie wie nikt, na czym ta jej działalność polegała. Wiadomo tylko, że jeździła sobie po  obozach dla uchodźców, ale co z tego miało wyniknąć… licho wie. Wprawdzie podkreśla na każdym kroku, że „Pomagamy organizacjom pozarządowym w tej pracy. Dyskutujemy na temat nowych wyzwań w tym zakresie. Jako Polacy pokazujemy wielki potencjał. Odbudowujemy m.in. miasta”, ale konkretów brak.

Jednak pani Kempa właśnie w Brukseli zamierza wykorzystać swoją wiedzę i doświadczenie, by je „kontynuować na poziomie UE, dlatego że pomoc na miejscu, pomoc w tych bardzo trudnych miejscach to bycie o krok przed mafiami, które sprowadzają tutaj tych ludzi, jest naszą misją, powinno być misją UE” i zapewne świetnie sobie poradzi, tym bardziej, że przecież się dogada, bo zna język angielski bardzo dobrze na poziomie podstawowym. Będzie też ostro walczyła o wartości Europy, powrót do jej korzeni i Europy silnej rodziny. Jak widać, pani Kempa świetnie wie, co chce robić w Europarlamencie. Hmm… ale obserwując jej dotychczasowe działania, uważam ją za leniuszka, który z reguły dużo mówi, a mało robi.

Trzeba przyznać, że PiS zaproponowało nam niezły zestaw kandydatów do Europarlamentu. Obie panie, które godnie i z bardzo dobrym wynikiem przeszły szlak bojowy partii rządzącej, są najlepszą wizytówką pisowskich list kandydatów. Zapewne nie ma co liczyć, że będą one kierowały się własnym zdaniem, będą otwarte na poglądy kolegów europosłów z innych ugrupowań, będą umiały budować kompromisy i współpracować. Jednego możemy być pewni. Będą z pełną skrupulatnością realizowały deklarację swej partii, opartą na fobii przed uchodźcami, walce o zachowanie chrześcijańskich korzeni w wersji maks, pełnej okrągłych słówek.

Ech… Vivat Beaty! Ave Beaty! Marzy wam się Europa, pytanie tylko, czy wy marzycie się Europie? Czy rzeczywiście Europarlament to dobre miejsce dla ludzi tak pełnych wstecznictwa, zaściankowości, hipokryzji? Obawiam się, że obydwie panie znajdą się w tej instytucji i jeszcze niejeden raz usłyszymy o ich „dokonaniach”, które nie będą dla nas powodem do dumy.

Waldemar Mystkowski pisze o nowej obietnicy Kaczyńskiego.

Na co liczy Jarosław Kaczyński? Ma władzę, jakiej nikt po 1989 roku nie posiadał, a do tego prawnie nie odpowiada za jej sprawowanie, bo jej brzemię wzięli na siebie jego akolici: Beata Szydło, Mateusz Morawiecki i Andrzej Duda. Pełnia władzy rozpisana na innych, ale Kaczyńskiemu wciąż jej mało. Pełnię władzy prezes PiS chce przekuć w formę dyktatury, która musi się źle skończyć dla Polaków i Polski.

Czy uda się Kaczyńskiemu chwycić naród za twarz? Czy Polacy dobrowolnie w wyniku wyborów zgodzą się na nałożenie kagańca? Przy czym ta „dobrowolność” będzie sterowana przez PiS – nie tylko poprzez partyjną Państwową Komisję Wyborczą.

Tymczasem mamy kampanię wyborczą, która w wykonaniu partii Kaczyńskiego polega na zachęcie, aby samemu nałożyć na siebie kaganiec. Służy do tego kiełbasa wyborcza, która oględnie nazywana jest „piątką Kaczyńskiego” i nie ma za wiele wspólnego z dobrem wszystkich Polaków, jest kupczeniem adresowanym do jak największej grupy elektoratu. Kaczyński kupuje wyborców za ich pieniądze, a nawet więcej – za te przekupstwa będą płacić przyszłe pokolenia, które dzisiaj nie głosują.

Piątka Kaczyńskiego przechodzi transformację semantyczną i zwana będzie Piątką Plus. Do tej piątki prezes dorzuci (zaplusuje) jeszcze jedną obietnicę. Na co liczy Kaczyński? Świadomi Polacy wiedzą, że Kaczyński nie potrafi liczyć –  a w zasadzie: nie chce poprawnie liczyć. I nie chodzi tylko o to, że piątka plus nowa obietnica daje wynik szóstki. Więc ta kiełbasa wyborcza winna nazywać się – Szóstka Plus.

Czy ta nowa obietnica to podwyżki dla nauczycieli? A może dofinansowana zostanie służba zdrowia? Zwłaszcza zdrowie Polaków winno mieć szczególne uważanie polityków. Ta wiadomość powinna wstrząsnąć opinią publiczną – otóż kolejny rok z rzędu Polacy na emeryturze żyją krócej, statystycznie średnio o 1,5 miesiąca krócej niż rok temu.

A będzie jeszcze gorzej, bo Mateusz Morawiecki zagrabia resztki z Otwartych Funduszy Emerytalnych, zasilając nimi ZUS i ową Piątkę (poprawnie: Szóstkę) kwotą ok. 35 mld zł. A zatem, znowu skrócone zostanie życie Polaków.

Obietnice PiS sprowadzają się do tego, że jesteśmy zadłużani i skraca nam się życie. Do tego sprowadza się każdy populizm. I bynajmniej – stwierdzam niezłośliwie – Kaczyński nie zadłuża siebie i nie skraca sobie życia.

27:1. Zbigniew Boniek przypomina blamaż PiS. Taki będzie w wyborach parlamentarnych

6 List

>>>

Smutne miny prezenterów i gości powyborczego studia TVP niezbyt pasowały do tezy, że wybory samorządowe wygrało PiS. Znalazł się jednak dyżurny optymista partyjny – Ryszard Czarnecki, który podjął trud przywrócenia uśmiechu partyjnym koleżankom i kolegom.

Eurodeputowany PiS obwieścił więc na Twitterze, że (zacytujmy) „gwoli ścisłości” kandydaci PO w Gdańsku, Szczecinie i Kielcach nie przeszli do II tur wyborów prezydenckich w tych miastach – wszędzie tam kandydaci PiS głosami mieszkańców stanęli do decydującej rozgrywki z kandydatami własnych komitetów. Co więcej, Czarnecki pogratulował w tym samym portalu prezydentowi -elektowi Kalisza, Krystianowi Kinastowskiemu pokonania rywala z PO.

Z ripostą odezwał się, co ciekawe, sam … Zbigniew Boniek. Prezes PZPN przypomniał koledze po fachu, wiceprezesowi PZPS przykry wynik głosowania o II kadencję szefa Rady Europejskiej – pamiętne 27:1 – blamaż, który zarówno Czarnecki, jak i PiS próbowali przekuć w zwycięstwo, choćby „moralne” – jak przypomina publicysta portalu Crowdmedia, Marcel Dudzic.

I chociaż mierny wynik wyborów samorządowych potwierdził nawet wicepremier Jarosław Gowin, mówiąc: „Duże i średnie miasta bezsprzecznie przegraliśmy. Trudno uznać to za sukces […] Być może jesteśmy w stanie uzyskać samodzielną większość w 2019 roku, ale bez dużych i średnich miast bardzo trudno jest rządzić” – Czarnecki brnął dalej. Postanowił uciszyć Bońka chwytając się … ostatnich wyników polskich reprezentantów w piłce nożnej. Cóż, tonący brzydko się chwyta.

Czegokolwiek nie wymyśli Czarnecki, fakty pozostają faktami. PiS zrozumiało, że w średnich i dużych miastach napotkało na ścianę. Czy partia Jarosława Kaczyńskiego porzuci walkę o miejski elektorat, skupiając się na wysiłkach związanych z eliminacją PSL na prowincji, czas pokaże. W każdym razie triumfalny marsz PiS jakby zwolnił i chyba kończy się jego monopol na oficjalną narrację – przekonuje cytowany portal.

Litość dla Wassermann

>>>

„To oczywiste. Mając serce dżentelmena i widząc jak Pani tonie musiałbym jakoś okazać litość. A tak tylko podczas przerwy błagałem PDT, aby miał dla Pani miłosierdzie. Tylko tyle mogłem dla Pani zrobić” – napisał na Twitterze Roman Giertych.

To jego reakcja na atak na niego Małgorzaty Wassermann z PiS.

Przewodnicząca komisji śledczej ds. Amber Gold w wywiadzie dla Polsat News nie przebierała w słowach. – „Zakładałam, że premier nie wziął dzisiaj ze sobą Romana Giertycha, bo się bał, że on zrobi „hop, hop, hop” na komisji jak na manifestacji KOD. Taki poziom, taka klasa Giertycha, że premier Tusk doszedł do wniosku, że to będzie dzisiaj dla niego wizerunkowe obciążenie, jeżeli ten człowiek usiądzie koło niego i dlatego przyszedł sam” – powiedziała Wassermann.

Na Facebooku Giertych umieścił także… bajkę na dobranoc o Eskimosach, którzy chcieli złapać białego niedźwiedzia. – Na czele wyprawy stała dzielna Eskimoska, która wprawdzie nie została wybrana na królową igloo, ale bardzo chciała niedźwiedzia dopaść, bo marzyła o jego białej skórze. Od tego marzenia taką dostała obsesję, że budziła się i zasypiała z imieniem niedźwiedzia na ustach”– napisał Giertych.

Eskimosi, aby złapać niedźwiedzia, wykopali dół i długo czekali. Wreszcie niedźwiedź się pojawił, zjadł mięso umieszczone w dole a potem samych Eskimosów. – „W każdej bajce jest jakiś morał. I w tej też jest. Brzmi on tak. Nie masz strzelby, to nie idź na niedźwiedzia. Bo cię zeżre” – zakończył Giertych.

>>>

>>>

„Milczenie nie jest złotem, jest ratunkiem” – napisał Leszek Miller do członków komisji ds. Amber Gold. Sam nazwał się „weteranem komisji śledczych”.

Leszek Miller to polityk słynący z ciętych ripost. Jedna z nich stała się słynna – a jej popularność była tak ogromna, że prawdopodobnie zaskoczyła samego autora – dzięki komisji śledczej. – Pan jest zerem, panie Ziobro – powiedział ówczesny premier do Zbigniewa Ziobry 15 lat temu, podczas przesłuchania Millera przed komisją śledczą w sprawie afery Rywina.

Ale to nie jedyna komisja, przez którą przesłuchiwany był Miller – w 2004 roku zeznawał przed komisją ds. PKN Orlen, rok później przed komisją ds. PZU, a jeszcze pięć lat później – przed komisją hazardową.

Również niektóre wypowiedzi Donalda Tuska podczas przesłuchania na komisji śledczej ds. Amber Gold zapewne zostaną zapamiętane na dłużej:

Przy dzisiejszych standardach moje wnuki byłyby w radzie nadzorczej Orlenu

Uśmiechnąłem się do pani przewodniczącej, dodając jej otuchy

Pani szósty raz sugeruje, że jestem zdenerwowany, ja znam tę technikę, ale naprawdę jestem spokojny. Równie dobrze mógłbym powiedzieć: rozumiem pani zły nastrój

Mogę się zwracać bezpośrednio do kamery jak pani przewodnicząca? – pytał Tusk. – Wiemy, że pan to lubi – mówił członek komisji. – Ja to umiem – odpowiedział były premier.

Leszek Miller zwrócił się do komisji śledczej z nieco złośliwą radą. „Jako weteran komisji śledczych mam dla członków komisji przesłuchujących dziś Donalda Tuska małą radę: milczenie nie jest złotem, jest ratunkiem” – napisał na Twitterze były premier.

Działacze PiS są rozczarowani wynikami drugiej tury w miastach. Porażka źle wróży przed wiosennymi wyborami europejskimi. I kolejnymi – do parlamentu.

Kandydaci spod szyldu PiS wygrali w czterech miastach, ci w barwach Koalicji Obywatelskiej – w co najmniej 22. Dwa miasta dla SLD, po jednym dla Kukiz’15 i PSL. Resztę wzięli kandydaci startujący z własnych komitetów. Łącznie wybraliśmy 107 prezydentów.

W PiS nieoficjalnie przyznają, że na powodzenie kandydatów w Krakowie czy Gdańsku nie liczyli. Bolesna jest jednak strata miast, w których do tej pory partia rządziła.

– To były punkty, gdzie na papierze powinniśmy wygrać – mówi jeden z doradców Jarosława Kaczyńskiego. Na liście są Biała Podlaska, Ostrołęka, Nowy Sącz czy Świebodzice.

Te porażki partia przeanalizuje szczegółowo. Na przykład Siedlce. Przegrał – jak mówią w PiS – „ukochany syn ministra energii” Karol Tchórzewski. – Zawiodła analiza polityczna w sztabie – mówi polityk PiS. – Tchórzewski wygrał w pierwszej turze, a przegrał w drugiej. To znak, że kampania nie była tam prowadzona jak należy.