Tag Archives: Rosja

Mordoklejka Kaczyńskiego. Kto chciał se podupczyć?

29 Mar

„Panie wojewodo, apeluję o to, żeby był pan urzędnikiem państwowym przestrzegającym prawa, a nie kacykiem politycznym działającym na zlecenie Prawa i Sprawiedliwości albo pana Karola Guzikiewicza” – powiedziała prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz. To reakcja władz miasta na – jak to określiła prezydent – skandaliczną decyzję Dariusza Drelicha, który przyznał „Solidarności” Stoczni Gdańskiej prawo do zgromadzenia cyklicznego 4 czerwca.

Dulkiewicz domaga się od Drelicha uchylenia tego postanowienia. Wniosek o zgodę na cykliczne zgromadzenie złożył do wojewody wiceszef stoczniowej „S” i radny PiS Karol Guzikiewicz. 4 czerwca w Gdańsku odbędą się obchody 30. rocznicy wyborów z 1989, które organizują w tym mieście samorządowcy.

Prezydent Gdańska stwierdziła, że ta decyzja wojewody dzieli społeczeństwo: – „Dzieli gdańszczan, dzieli Polaków”. Przypomniała, że „Solidarność to był 10-milionowy ruch”. – „Ruch ludzi, którzy odważnie zdecydowali się na pokojową rewolucję, bez przelewu krwi, podczas której walczyli o swoją godność, także godność moją, wtedy jako małego dziecka. Co robi Karol Guzikiewicz? Karol Guzikiewicz pisze: „wszystko co się dzieje pod pomnikiem Poległych Stoczniowców musi być uzgodnione z NSZZ Solidarność”. Język, którego używa Karol Guzikiewicz, język wykluczenia, język nienawiści, przykro, że muszę to powiedzieć – ale doprowadził do wielkiej tragedii 13 stycznia na nieodległym Targu Węglowym. Wtedy zginął Paweł Adamowicz. I święto 4 czerwca zawsze miało być dedykowane jego pamięci, pokojowej wizji budowy wspólnoty” – powiedziała Dulkiewicz.

Bogdan Lis, działacz opozycji w PRL, zapowiedział, że „bez względu na to, co będzie pan Guzikiewicz wyprawiał, to 4 czerwca spotkamy się tutaj na Placu Solidarności i przed bramą Stoczni Gdańskiej i będziemy świętować ten dzień”. Według Lisa, wniosek o cykliczne zgromadzenie musi być poprzedzony pismem do Miejskiego Centrum Zarządzania Kryzysowego. – „W tym przypadku stoczniowa „S” zwróciła się bezpośrednio do swojego politycznego mentora, czyli wojewody pomorskiego z PiS-u. Nie uznaję tej decyzji; ta decyzja jest sprzeczna z prawem, jej nie ma po prostu”– podkreślił Lis.

Minęło już grubo ponad dwa tygodnie od momentu ujawnienia przez reporterów Radia Zet szczegółów raportów byłego agenta Centralnego Biura Antykorupcyjnego Wojciecha J., który zapewne wbrew swojej woli wykrył aferę obyczajową z udziałem prominentnego polityka Prawa i Sprawiedliwości. Po poinformowaniu o tym fakcie swoich przełożonych stał się ofiarą bezpardonowej operacji podważania jego wiarygodności i dyskredytowania jego osoby poprzez robienie z niego osobę chorą psychicznie, a dowody na poparcie jego zarzutów wobec polityków w tajemniczych okolicznościach zostały mu odebrane z jego służbowej szafy pancernej.

Sprawę opisywaliśmy od początku, zarówno jej wątek poboczny tj. próba przekupstwa funkcjonariusza przez asystenta posła Matuszewskiego, jak i skandaliczne próby dotarcia do informatora Wojciecha J., by pozyskać oryginały kompromitujących ważnego polityka PiS nagrań. Już wcześniej pojawiały się pogłoski, że sprawa ma dotyczyć “marszałka” z Podkarpacia i może być jedynie wierzchołkiem góry lodowej, o którą rozbije się konserwatywne ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego. Punktem zwrotnym w tej sprawie może się jednak okazać zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego Ernesta Bejdę oraz dyrektora Biura Kadr i Szkolenia CBA Jarosława Wrzoskowicza, które adwokat Wojciecha J. złożył w ostatnich dniach do prokuratury. W jego treści, do której dotarł Andrzej Rozenek z tygodnika “NIE” pojawia się konkretne nazwisko jednego z najważniejszych polityków partii rządzącej, który miał być tą osobą, która została nagrana na seksualnych igraszkach z nieletnią prostytutką narodowości ukraińskiej.

Jak pisze Rozenek, do zawiadomienia dołączone są liczne dokumenty i dowody w postaci nagrań, m.in. trwające godzinę i 33 minuty nagranie przesłuchania/rozmowy J. z funkcjonariuszami Departamentu Operacyjno-Śledczego (DOŚ) CBA z 23 maja 2018 r. Fragment zawiadomienia: „W trakcie przesłuchania Wojciech J. ujawnia, że jego OZI nie jest politykiem, ale jest umocowane w strukturach Podkarpacia. Zdradza także, iż politykiem, który został uwieczniony na jednym z nagrań z agencji towarzyskich jest Marszałek Sejmu Marek Kuchciński”.

To, co w sprawie jest dla partii rządzącej największym zagrożeniem jest nieznana skala nagrań oraz brak wiedzy o tym, kto jest faktycznym ich posiadaczem. Zarówno służby specjalne, jak i najważniejsi politycy obozu władzy wydają się być sparaliżowani tym, co ma nastąpić i poza kilkoma lakonicznymi komunikatami ze strony CBA, które ustaleniom Wojciecha J. zaprzeczają, milczą jak zaklęci. W innym fragmencie zawiadomienia do prokuratury można przeczytać, że “W trakcie prowadzonych czynności operacyjnych Wojciech J. uzyskał dodatkowo informację, iż nagrań tego typu jest dużo więcej, a zarejestrowani na nich są przede wszystkim politycy PiS oraz powiązani z nimi biznesmeni z Podkarpacia”Sprawa jest zatem bardzo poważna, tym bardziej że na terenie Podkarpacia toczy się bezpardonowa walka pomiędzy obecnymi i byłymi oficerami służb. Jeśli dysponentem oryginałów nagrań lub choćby części ich kopii są osoby, które mają na pieńku z obecnym kierownictwem tamtejszych delegatur CBA, ABW, CBŚP itd. to bomba na Prawo i Sprawiedliwość może spaść w najmniej spodziewanym, ale i najgorętszym okresie walki o wyborcze zwycięstwo.

U nas, zwłaszcza wśród przedstawicieli i zwolenników partii aktualnie rządzącej, idiotów nie ma  żadnych. A już na pewno żadnych „pożytecznych”

Amerykanie odetchnęli z ulgą. Może i sztab wyborczy prezydenta Trumpa robił jakieś deale na boku z ludźmi Władimira Putina, ale zakończone właśnie śledztwo w sprawie zdrady , bo do tego sprowadzało się postępowanie prokuratorskie, wykazało, że prezydent USA był w relacjach z Rosją jedynie (lub aż) „pożytecznym idiotą”.

Cała ta awantura, i nie ona jedna zresztą, dowiodła jednak że kiedy Zachód śpi, w Rosji rodzą się populistyczne upiory. I krążą nad światem, jak- z przeproszeniem – widmo komunizmu, zarażając wirusem sowietyzacji coraz liczniejszych polityków.

Zjadliwość tej toksyny, szerzącej się poprzez Internet, prawicową prasę i telewizje nazywane „publicznymi”, jest ogromna, bo „lud” przeważnie kocha porządek, „godność”, kasę i święty spokój, a władza kocha… władzę. I pieniądze.

Tak rządzi się Rosja, Białoruś, od niedawna Turcja, a w Unii Węgry. Czyli wirus sowietyzacji radzi sobie nawet lepiej, niż zarazki odry, które też powróciły do gry po latach uśpienia, obudzone przez antyszczepionkowców, też sponsorowanych – jak się okazało – z kasy Kremla.

Jak się tak przyjrzeć wyborom w Stanach, Brexitowi, czy działalności skrajnej prawicy na Wyspach, w USA i w Europie, to wszystkie te wydarzenia są – w głębokim tle – jakoś powiązane z kontaktami i pieniędzmi z Moskwy. Follow the money. No bo w czyim niby interesie leży dewastacja demokratycznego porządku na świecie? Osłabienie USA, ośmieszenie i gra na rozpad Wielkiej Brytanii, czy antagonizmy w Unii, też –być może – prowadzące do jej rozwiązania? Ogłupianie reszty świata masową produkcją rozpuszczanych w Internecie fake newsów i sponsorowanie co bardziej idiotycznych teorii spiskowych, które kupuje „ciemny lud”? No komu?

Co innego Polska. My się wirusów sowietyzacji nie boimy. My, a konkretnie partia aktualnie rządząca, sami z siebie „stawiamy na węgiel” (rosyjski), dołączamy do obozu eurosceptyków żeby zmienić Unię „od środka” na obraz i podobieństwo własne, traktujemy Europę jako „wyimaginowaną wspólnotę” i publicznie głosimy tezy o „brukselskiej okupacji|” ,flagę unijną konsekwentnie nazywając „szmatą” całkiem suwerennie. Nie potrzebne nam moskiewskie inspiracje, żeby ignorować wstrząsające publikacje Tomasza Piątka na temat Antoniego Macierewicza i jego działalności w MON. A i niejaki Marek Falenta, handlarz rosyjskim węglem i współautor afery taśmowej prowadzącej do zwycięstwa PiS, też rozpłynął się we mgle zupełnym przypadkiem. Nawet nasze fejk newsy i nasi antyszczepionkowcy to dokonania oryginalne, wyłącznie domowej roboty.

U nas bowiem, a już zwłaszcza wśród przedstawicieli i zwolenników partii aktualnie rządzącej, idiotów nie ma przecież żadnych. A już na pewno żadnych „pożytecznych”.

>>>

PiS stworzył wrogów, szuka nowych. Karmienie się nienawiścią

13 Sty

I znów trwa rytualne symboliczne zabijanie Jurka Owsiaka. Tym razem przy pomocy pisowskiej TVP, która nadała filmik z kukiełkami mający zdyskredytować i byłą prezydent Warszawy, i Owsiaka jako złodziei grosza publicznego.

Co roku prawica produkuje tony takiego chłamu przeciwko Owsiakowi i jego Orkiestrze i co roku Owsiak z Orkiestrą biją kolejny rekord zbiórek na dobry cel społeczny. W całej Polsce i poza jej granicami, od San Francisco przez New Jersey po Budapeszt i Moskwę.

Gdy „zjednoczona prawica” doszła do władzy, do absurdalnego zwalczania dzieła Owsiaka dołączył rząd. Minister Waszczykowski zabronił polskim placówkom dyplomatycznym jakiejkolwiek współpracy z Orkiestrą, czyli z największą w Polsce społeczną inicjatywą pożytku publicznego.

Przykład idzie z góry, więc z niektórych polskich sklepów w Stanach znikają komunikaty o WOŚP. Czasem Często pod wpływem lokalnych polskich księży i działaczy polonijnych.

To szaleństwo nie ustępuje, choć Owsiakowi ufa 83 proc. obywateli polskich, a WOŚP wspiera 22 proc. wyborców PiS. Jakiej trzeba zapiekłej niechęci, jakiego bezdusznego uprzedzenia, by walczyć z dziełem, które plombuje dziury naszego systemu opieki medycznej i przynajmniej na kilka chwil jednoczy kraj ponad wszelkimi różnicami.

Wystarczy poczytać wypowiedzi wdzięcznych rodziców, bliskich, lekarzy i dyrektorów szpitali, by się przekonać, ile Orkiestra dała Polsce. To nasze dobro narodowe. Zasługuje na wdzięczność i podziw, a nie na hejt z błogosławieństwem rządzących.

Na szczęście hejt na Owsiaka, wbrew intencjom hejterów politycznych i internetowych, wychodzi mu na dobre. Odkąd rządzi PiS, Orkiestra rok po roku osiąga najwyższe wyniki w swej historii. Wspaniale, ale to nie jest zasługa rządów PiS, tylko determinacji Orkiestry i samego Owsiaka, który nie odpuszcza.

Nie tak powinno być.

Próbowano go haniebnie dyskredytować na różne sposoby. Kościół katolicki ma w tym swój zły udział, choć powinien dzieło Orkiestry po chrześcijańsku wspierać. Owsiak nie jest „konkurencją” dla charytatywnych akcji katolickich. To one powinny mu dziękować, że dał Polsce przykład, jak wyprowadzić na ulice ludzi nie w narodowym marszu agresji, lecz w bardzo dobrej wspólnej sprawie.

Drodzy Polacy, urządzimy w Waszym kraju imprezę, która skłóci Was ze wszystkimi potencjalnymi partnerami w Unii Europejskiej, rozbijając jej oficjalne stanowisko w trudnej sprawie, postawi Wasz kraj na czele listy krajów wrogich Iranowi i innym krajom Bliskiego Wschodu, czyniąc z Polaków potencjalne ofiary dżihadystów, a w zamian możemy zgodzić się na to, byście zapłacili nam miliardy za wynajem naszego wojska i amerykańskie bazy w Polsce o nazwie “Fort Trump”. – tak w gruncie rzeczy brzmi komunikat, jaki popłynął do polskiego rządu ze strony naszych amerykańskich “przyjaciół”.

Przypomnijmy, w piątek amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo, poinformował w sprzyjającej republikanom telewizji Fox News, że Stany Zjednoczone planują zorganizować w lutym w Polsce globalną konferencję na temat sytuacji na Bliskim Wschodzie, w szczególności w Iranie.  Polski MSZ kilkadziesiąt minut po wywiadzie Pompeo w telewizji, wydał oświadczenie w tej sprawie. – Mamy przyjemność poinformować, że Rzeczpospolita Polska i Stany Zjednoczone będą współgospodarzami “Spotkania ministerialnego poświęconego budowaniu pokoju i bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie”, które odbędzie się w Warszawie w dniach 13-14 lutego. Do udziału w spotkaniu zostały zaproszone państwa z całego świata – poinformował MSZ w piśmie, które – jak zaznaczono – zostało wydane jednocześnie przez rządy: Polski i Stanów Zjednoczonych.

Polski rząd postawiony pod ścianą nie miał wyjścia i na konferencję zgodzić się musiał, choć mało kto wierzy w to, że sprawa została wcześniej z polskim rządem uzgodniona. Amerykański rząd wykorzystał fakt, że Polska rozpaczliwie aspiruje do bycia “istotnym” partnerem USA, a dla aprobaty Donalda Trumpa jest gotowa na niemal wszystko. To niestety sprawia, że nasz kraj staje się narzędziem w rękach zdziwaczałego prezydenta USA, wrzucając Polskę na bardzo niebezpieczne rafy dyplomatycznego morza. Jak mówił w radiu TOK FM Ryszard Schnepf, były ambasador Polski w USA i Hiszpanii, administracja Trumpa chce spróbować tym spotkaniem zdynamizować stosunki międzynarodowe. – Intencją dyplomacji amerykańskiej może być rozbicie stanowiska UE, a nawet budowanie koalicji antyirańskiej – powiedział.

Póki co, za realizowanie amerykańskiego planu płaci Polska. Jak podała irańska agencja informacyjna, Ministerstwo Spraw Zagranicznych Iranu wezwało charge d’affaires ambasady Polski w Teheranie, by oficjalnie zaprotestować przeciw zaplanowanej na luty konferencji na temat sytuacji na Bliskim Wschodzie, a zwłaszcza wpływów Iranu w tym regionie. Na nic się zdały wyjaśnienia polskiego dyplomaty na temat organizowanej konferencji, ani przekonywanie, że nie ma ona antyirańskiego charakteru. Padły bardzo poważne słowa, z którymi żaden polski dyplomata nie musiał się mierzyć od czasów sprzed II wojny światowej. W siedzibie resortu polskiemu dyplomacie powiedziano, że podjętą przez rząd Polski decyzję o byciu gospodarzem szczytu uważa się za “akt wrogości wobec Iranu”. Usłyszał on również, że Teheran może zdecydować się na działania odwetowe – podała irańska agencja.

Politycy opozycji biją na alarm, podobnie jak internauci, którzy wytykają polskiemu rządowi brak kierowania się polską racja stanu.

„Rzeczywiście, Krzysiu

Tu jesteś wrobiony

Ale… co się z Tobą

Zrobiło tak bowiem

Że stałeś sie twarzą

Aż tak PODŁEJ ZMIANY

Która niszczy Polskę”

Bo rządzą pacany…??? –

–  taki wierszyk zamieścił czytelnik Tomasz Piwowarczyk – pod tekstem komentującym w naTemat – pokłosie skandalicznej, antysemickiej  „dobranocki”  TVP. Wywołał tym lawinę kolejnych nieprzychylnych rządowej stacji komentarzy.

Wszystko zaczęło się od wpisu satyrycznego profilu TVPi Korea, który w jednym z wpisów umieścił link do wiadomości o „plastusiowej dobranocce” i opatrzył go stwierdzeniem: „Krzysztof Ziemiec lubi to!”.

Na to zareagował sam gwiazdor „Wiadomości”: „Skasuj ten głupi wpis szczujnio!!!” – napisał Ziemiec.

Dalej już było tylko gorzej bo odezwał się poseł PO Cezary Tomczyk, który napisał o dziennikarzach, którzy dają przyzwolenie na emitowanie takich rzeczy w TVP.

„Dziwne oburzenie… Takie materiały są w TVP? Są. Dziennikarze TVP lubią TVP i materiały TVP? Lubią. I dają zgodę swoim (czasami byłym) autorytetem na takie praktyki. Wiadomości TVP w ciągu trzech lat straciły 1.5 mln widzów. To nie jest przypadek. To upadek” – napisał poseł.

„To co Pan napisał jest tak okropne, że nie warto tego komentować… Powiem jedno, nie jest godne funkcji jaką Pan pełni! Co ja mam z tym filmikiem wspólnego!!!! Posługuje się Pan wpisami jakiegoś hejtetskiego konta które po ubecku przykleiło mnie do tego! Pan, poseł RP?!!!!” – stwierdził Ziemiec.

W tej  z oburzeniem komentowanej „dobranocce” wystąpiły postaci ucharakteryzowane na Jurka Owsiaka i Hannę Gronkiewicz-Waltz. Była prezydent Warszawy „tworzy” szefa WOŚP niczym nakręcaną zabawkę, która powtarza jak mantrę „Cześć. Sie ma”. Jest jej potrzebny do zarabiania pieniędzy.

Następnie wolontariuszka zbiera do puszki WOŚP, a Owsiak nakręcanym samochodem z przyczepami i przywozi byłej prezydent Warszawy sporą kasę. Na 200-złotowych banknotach widnieje Gwiazda Dawida.

Po trzech latach od przejęcia przez PiS władzy opinia publiczna zaczyna sobie uświadamiać skalę niekompetencji rządzących.

Procesy społeczne i gospodarcze mają sporą inercję. Wiele wody musi w Wiśle upłynąć, zanim do większości obywateli dotrze to, co dla specjalistów i ludzi szczególnie zainteresowanych, jest oczywiste od samego początku. Ale w końcu nadchodzi dzień, w którym nawet żyjący swoim życiem i kompletnie nieinteresujący się sprawami publicznymi obywatel siada i pisze taki list, jak ten opublikowany w pierwszym tygodniu stycznia na stronie internetowej „Gazety Wyborczej”: – „Generalnie to dopiero dziś doszło do mnie, że od tego roku jest więcej niedziel niehandlowych. Chciałbym serdecznie podziękować rządzącej partii Prawo i Sprawiedliwość, że po raz kolejny zabierają mi dni, w których mógłbym normalnie pracować. Jestem studentem, studiuję dziennie, wynajmuję pokój w największym mieście w Polsce i potrzebuję pieniędzy na czynsz. Jeśli nie potraficie tego zrozumieć, to mam świetny pomysł – co wy na to, żebyście to wy opłacali wszystkie moje wydatki? Jesteście tak beznadziejni, że brakuje mi słów”.

Zakaz handlu w niedzielę wprowadzono blisko rok temu, ale jego szkodliwe skutki dopiero dziś docierają do świadomości wszystkich tych, którzy początkowo wzięli za dobrą monetę opowiadane przez związkowców i biskupów androny o niedzieli, która ponoć „ma być dla rodziny”.

Zgodnie z hasłami głoszonymi przez sojusz związkowo-katolicki, liczni pracownicy handlu, począwszy od tego roku, będą mieli dla swoich rodzin mnóstwo czasu. Będą go mogli poświęcić na wspólne, rodzinne poszukiwania pracy, bo jak podaje „Gazeta Wyborcza” sieć Tesco zamyka w całej Polsce 32 sklepy i zwalnia 1300 pracowników. W trzecim kwartale roku finansowego z powodu zakazu handlu w niedziele jej przychody spadły o 1,2 proc.

„Rzeczpospolita” dodaje, że zamkniętych zostanie też 5 tys. małych sklepów. – „Zakaz handlu miał im pomóc, a tymczasem wbił gwóźdź do trumny” – pisze gazeta, cytując prezesa Forum Dialogu Gospodarczego Andrzeja Falińskiego, który mówi: – „Małe sklepy cierpią strasznie, obroty niedzielne niemal wyparowały, zostało 20-30 proc. wcześniejszej sprzedaży w ten dzień”. Niemal rok był potrzebny, by ta „dobra zmiana” w polskim handlu zaczęła się przebijać do powszechnej świadomości.

Jeszcze dłużej trwało uświadamianie sobie przez Polaków skutków demolki dokonanej w oświacie przez Annę Zalewską. Część rodziców gimnazjalistów i nauczycieli protestowała już wcześniej, ale dramat polskiej szkoły stał się wyraźnie widoczny dopiero w tym roku, gdy na skutek chaosu zaczęło brakować nauczycieli, a w zatłoczonych budynkach dzieciaki uczą się na zmiany do późnego wieczora. Pani minister nadal opowiada, że wszystko jest w porządku i prezentuje beztroski uśmiech. Jednak już nawet Kościół, widząc, co się dzieje, postanowił nieco pomóc szkołom – biskup warszawski zgodził się, by w najbardziej zatłoczonych placówkach liczba godzin religii została ograniczona do jednej w tygodniu.

Nadciąga też czerwcowy Armageddon, kiedy to do szkół średnich będą próbowały się dostać równocześnie dwa roczniki: ostatni absolwenci likwidowanych gimnazjów i pierwsi absolwenci klas ósmych. O tym, jakie nastroje panują wśród ich rodziców i wychowawców, świadczy opinia, którą ostatnio usłyszałem w likwidowanym gimnazjum mojej córki: – „Proszę być przygotowanym na zwiększone trudności w dostaniu się dziecka do liceum, bo preferowani będą absolwenci podstawówek, a nie gimnazjów. Władze będą chciały pokazać, że gimnazja źle uczyły młodzież, a nowe podstawówki są znacznie lepsze”. Szczerze mówiąc, nie bardzo wierzę w prawdziwość tej plotki, ale sam fakt, że jest ona kolportowana, dowodnie pokazuje, jakie nastroje dominują w środowisku szkolnym.

Innym sygnałem jest nieuchronnie nadciągający strajk nauczycieli, w którym będzie też chyba musiała uczestniczyć „Solidarność”. Do tej pory sztandar buntu dzierżył tylko Związek Nauczycielstwa Polskiego, a „Solidarność” występowała w roli obrońcy interesów władzy. Ostatnio jednak pod presją szeregowych związkowców-nauczycieli nawet ta reżimowa i wspierająca PiS organizacja zaczęła gniewnie pomrukiwać.

W ponad trzy lata po wyborach, które oddały władzę w Polsce ludziom Jarosława Kaczyńskiego, do  Polaków zaczyna więc docierać prawda o naturze i osiągnięciach „dobrej zmiany”. Dostrzegają demolkę oświaty, handlu, energetyki, służb publicznych, sił zbrojnych, a nawet stadnin koni arabskich. Opinia publiczna zaczyna rozumieć, że za cokolwiek wezmą się ludzie pana prezesa – niechybnie to spieprzą. Kaczyński oddał kraj głupcom, miernotom, ludziom pozbawionym jakichkolwiek talentów.

Nic w tym zaskakującego, jeśli wziąć pod uwagę merytoryczny poziom kadr, na których oparła się pisowska władza. Jako wieloletni redaktor i publicysta licznych mediów widzę na przykład, jacy ludzie zasilili media do niedawna publiczne, a dziś reżimowe, i kto sprawuje tam funkcje kierownicze. Pominąwszy najwyższy szczebel opanowany przez oddelegowanych polityków w rodzaju Jacka Kurskiego, Krzysztofa Czabańskiego czy Joanny Lichockiej, niemal wszystkie stanowiska kierownicze i publicystyczne (z nielicznymi wyjątkami) zostały obsadzone przez drugorzędne miernoty i beztalencia. Przez ludzi, którzy latami produkowali nieistotne materiały dziennikarskie i nigdy nie błysnęli niczym szczególnym (nie dotyczy to oczywiście Michała Rachonia, który swego czasu wystąpił przebrany za penisa – to było wielkie osiągnięcie).

Podobne reguły doboru kadr obowiązywały we wszystkich innych dziedzinach życia – od energetyki po hodowlę arabów. I dziś ta prawda zaczęła się przebijać do świadomości ogółu. W samą porę, bo za chwilę wybory.

Waldemar Mystkowski pisze o ewentualnym zbliżeniu neofaszysty Salviniego z PiS.

Szef Parlamentu Europejskiego Antonio Tajani nie przywiązuje żadnej wagi do wizyty swego rodaka – ale o odmiennych poglądach – Matteo Salviniego u Jarosława Kaczyńskiego, gdyż „wśród suwerenistów (włoska wersja wstawania z kolan – przyp. mój) panuje całkowity brak zgody”. Dlaczego brakuje zgody? Po pierwsze, są to ruchy polityczne wsobne, nacjonalistyczne, stawiające tylko na swój naród, a więc każdy inny jest wrogiem, choć może być w sojuszu taktycznym.

Do tego momentu z Tajanim się zgodzę, a drugie jego rozróżnienie zniuansowałbym. Włoch mówi, że Salvini jest zwolennikiem Putina, a PiS pozostaje antyrosyjski. Czy na pewno? Elektorat PiS jest antyrosyjski, ale działania polityczne partii Kaczyńskiego niekoniecznie.

Mit założycielski PiS to katastrofa smoleńska, który partię Kaczyńskiego wyniósł do władzy. Od polityków PiS słyszymy retorykę antyrosyjską, ale tylko retorykę. Kreml może sobie tylko taką wymarzyć, bo co dla władców Rosji zawsze było najważniejsze – skłócać Polaków. Kreml osiąga to za pomocą „partii wpływu” w Polsce – PiS i ich poszczególnych polityków. Dobrze to rozebrał na czynniki pierwsze Tomasz Piątek w dwóch książkach o Antonim Macierewiczu. Wiceprezes PiS jest wymarzonym agentem wpływu, a to że ględzi antyrosyjsko? A jak ma mówić?

Tak więc prorosyjskość we Włoszech należy czytać zupełnie inaczej niż w Polsce. Kreml rozgrywa Polaków przeciw sobie dokładnie tak jak to robił przez cały XIX wiek, gdy znaleźliśmy się pod zaborami. A że PiS ma elektorat z terenów tego zaboru, więc mamy takie zniuansowanie.

W XIX wieku wykuwała się polska myśl niepodległościowa, jednym z jej elementów było wspieranie Ukrainy w dążeniu do państwowości. Tak widział politykę wschodnią Józef Piłsudski, a w naszych czasach pisał o tym Jerzy Giedroyc w paryskiej „Kulturze”. Dzisiaj działanie na osłabienie Ukrainy to działanie w interesie Kremla. Co dzisiaj robi w tej kwestii PiS? Kijów ustawia w roli wroga.

Tatuś premiera Kornel Morawiecki – który w czasach peerelowskiej opozycji był V kolumną w „Solidarności”, uchował się, bo widziano go jako folklor polityczny – nie raz bardzo ciepło wyrażał się o Kremlu i marzy mu się brak „sporu między nami a Rosjanami”, co samo w sobie jest godne gołąbka pokoju, ale następstwo logiczne obnaża niezbyt lotnego intelektualnie starszego Morawieckiego: nie chce wojsk amerykańskich w Polsce.

Co na to jego syn Mateusz, który retorycznie jest krew z krwi i prezentuje podobne zaplecze intelektualne – czyli marne – o tych prorosyjskich sentymentach? Nic w słowie, ale „poznacie ich po czynach”. A czynem rządu jest to, iż obecnie import rosyjskiego węgla jest dwukrotnie większy niż w 2015 roku. 20 proc. węgla zużywanego w kraju ma rosyjski stempel.

Tak więc zupełnie inaczej należy czytać prorosyjskość (pro-Putinowość) Włocha Salviniego, a zupełnie inaczej prorosyjskość – uwikłaną historycznie – panów Kaczyńskich, Macierewiczów, Morawieckich. W Europie od dawna jest tendencja stref wpływów – jeżeli nie cywilizowany Zachód, nie Unia Europejska, to Rosja. Capisce? – jak retorycznie mówił rodak Salviniego, Tajaniego, literacki i filmowy don Corleone.

Brudziński bez oszustwa dzień uznałby za stracony. Taki ma pisowski gen

12 Sty

Joachim, Ty zgrywusie, pokazujesz zdjęcie starej komórki, ale tłita puszczasz z wypasionego iPhona”– tak Sławomir Neumann skomentował zapewnienie szefa MSWiA, że ten ostatni nie korzysta z nowoczesnych urządzeń.

Oświadczenie padło na antenie Radia RMF FM, gdzie Joachim Brudziński komentował aferę Huawei i zatrzymanie podejrzanych o szpiegostwo na rzecz Chin. Minister przyznał, że jeden z zatrzymanych w sprawie, Piotr D. „posiadał imponującą wiedzę, kompetencje w dziedzinie cyberbezpieczeństwa”, podkreślając przy tym, że wszystkie dokumenty „wydawali poprzednicy”.

Jednak, to nie wypowiedzi Brudzińskiego na temat bezpieczeństwa i afery Huawei, wzbudziły żywą reakcję internautów, ale jego odpowiedź na zgoła niewinne pytanie czy politycy rządu używają telefonów chińskiej marki. „Nie jestem w stanie odpowiadać za wszystkie koleżanki i kolegów z rządu. Ja z takich urządzeń nie korzystam. Jestem przywiązany do, nie chcę tutaj reklamować, do konkretnej marki. Czasami widzę zdumienie w oczach moich rozmówców i partnerów, jak widzą jaką archaiczną komórkę wyciągam z kieszeni, ale cóż poradzić. Takie moje przyzwyczajenie”  – stwierdził Brudziński, a później jeszcze umieścił na Twitterze zdjęcie wspomnianej archaicznej komórki.

Wywołało to falę kpin ze strony internautów, którzy wytknęli ministrowi kłamstwo. „Toc (pisownia oryg.) przeta widac, ze zrobil fote Zenitem, wywołał klisze i zdjecie, zeskanowal, obrobił w fotoszopie i wrzucił na TT przez swoj komp (oczywiscie PC 486) podłączony do modemu. – komentuje m.in. internauta dauniel.

>>>

Jeśli gdziekolwiek i kiedykolwiek prokuratura zamienia się w powolne narzędzie partii rządzącej, stając się faktycznie jej agendą, to znaczy, że uległa politycznemu sprostytuowaniu i zasługuje na miano PROKURWATURY. Pytanie, czy mamy ten przypadek?

vald2

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Czy żona prezydenta RP powinna otrzymywać pensję; jeżeli tak, to w jakiej wysokości?

Rusza debata na ten temat i jak wszystko w polityce polskiej będzie gorące, a może nawet gotujące, zwłaszcza że niemal wszyscy pod pojęciem „prezydentowa” będą sobie przedstawiać tę jedną osobę – Agatę Kornhauser-Dudę. I na tym skupi się debata. Przed Dudową prezydentowe były aktywne i często wznosiły się ponad partyjne spory. Choćby Maria Kaczyńska, która była mało kaczystowska.

Jeżeli prezydentowa – a w przyszłości może zdarzyć się prezydent jako kobieta, więc jej małżonek byłby jakimś prezydenciakiem – dostanie szmal z kasy państwowej, to obowiązkiem jej będzie wypowiedzieć się w ważnych kwestiach społecznych, a nawet politycznych. Więc czyje zdanie ma prezentować? Czy Agata Duda ma mówić swoim głosem, czy być echem Andrzeja Dudy albo mówić to, co Nowogrodzka rozsyła w oficjalnych komunikatach dnia?

A zatem zasadne jest pytanie: czy prezydentowa ma być politykiem, czy…

View original post 1 115 słów więcej

Ziobro i biskup Tyrawa

9 Gru

Profesor Tadeusz Gadacz o Ziobrze.

Czasem wystarczy jedna niedziela, jeden hierarcha i jedno kazanie, by się przekonać, że gorzej może być zawsze.  „Niewiarygodny głupiec. Jak taki człowiek mógł zostać biskupem? Tam w KK nie wymaga się umiejętności myślenia?” – napisał pod artykułem wyborczej.pl, czytelnik podpisujący się, NieMaZgodyNaGlupote – komentując kazanie bydgoskiego biskupa Jana Tyrawy, wygłoszonego podczas mszy jubileuszowej Radia Maryja.

„Putin buduje ogromne cerkwie, rząd Rumunii współfinansuje świątynię wartą 110 mln euro” – przekonywał duchowny i w ostrych słowach zwrócił uwagę wiernym, że oto postuluje się zerwanie konkordatu, zmarginalizowanie „wpływów” Kościoła /…/ wyparcie go z przestrzeni publicznej, wyrzucenie religii ze szkół” i to głównie po to, by zdaniem hierarchy „wprowadzić coś z radykalnych ujęć genderyzmu”.

„Tak się realizuje dziś na świecie rozdział państwa od Kościoła” – ocenił Tyrawa. Z ironią dodał, że „dopiero wówczas Polska miałaby być nowoczesna i demokratyczna, bo liberalna”.

„Tak na marginesie chcę zaznaczyć, że głosi się te postulaty w czasie, kiedy prezydent Turcji otwiera w Kolonii największy meczet w Europie” – dowodził biskup.  „Kosztował, częściowo także i państwo tureckie, 150 mln, mieści 4,5 tys. wiernych i minarety najwyższe w Europie. W tej Europie, w której kościoły i katedry chrześcijańskie zamienia się na kina, teatry, muzea czy na coś gorszego”. Z nieukrywanym żalem dodał: „kopuła /meczetu w Kolonii/ jest wyższa niż Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie”.

„Nie tak dawno też prezydent Putin wraz z metropolitą całej Rosji Cyrylem I wmurowali, wcześniej poświęcony, kamień węgielny pod cerkiew prawosławną, odległą o 50 km od Moskwy w miasteczku Kubina – zwrócił uwagę hierarcha.

Państwo mafijne. Taki mamy ustrój

7 Gru

CBA zatrzymało szefów Komisji Nadzoru Finansowego z czasów rządu PO-PSL. Urzędnicy ci tropili nadużycia w systemie SKOK. Wśród nich jest Wojciech Kwaśniak, wiceszef KNF, którego omal nie zabili gangsterzy wynajęci przez SKOK-Wołomin.

– Krew była na podwórku, w łazience, na płaszczu i marynarce. Kiedy to zobaczyłam, nie mogłam uwierzyć, że mąż przeżył. Miał pękniętą czaszkę, złamaną rękę, którą się bronił, tylko na głowie założono mu kilkadziesiąt szwów – wspomina Agata Kwaśniak wydarzenia z 16 kwietnia 2014 r.

W 2014 Kwaśniak przeżył „dzięki zbiegowi okoliczności”

Tego dnia Wojciech Kwaśniak został napadnięty przed swoim domem w Warszawie przez gangstera. Zamach zlecił członek władz SKOK-Wołomin, drugiej co do wielkości Kasy systemu SKOK. Była to zemsta za wykrycie nadużyć w tej Kasie. Napastnik dopadł wiceszefa KNF po jego powrocie z pracy i bił po głowie pałką teleskopową. Bandyta wycofał się, gdy usłyszał nadjeżdżający samochód sąsiada. Pobiegł do lasu. Zostawił ślad: zakrwawioną pałkę, którą porzucił w czasie ucieczki.

Biegły lekarz sądowy napisze potem w opinii, że mając na uwadze obrażenia czaszki, jakich doznał poszkodowany, „można stwierdzić, że jedynie dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności oraz podjęciu czynnej obrony” Kwaśniak przeżył.

„Ruch Prawdziwa Europa – Europa Christii” – tak będzie się nazywać nowa partia polityczna, oczekująca na zarejestrowanie przez Sąd Okręgowy w Warszawie. Jej liderem ma być europoseł Mirosław Piotrowski, reprezentujący w PiS interesy o. Tadeusza Rydzyka. Dlatego też można uznać nową partię za partię Rydzyka po prostu. Był Ruch Palikota, a teraz jest Ruch Biedronia i Ruch Rydzyka. I niech sobie będzie. Postęp i reakcja w ruchu. O taką Polskę wszak walczyliśmy. Parlament Europejski też nie upadnie – od początku ma swój Wydział Średniowiecza. Skamieliny epoki feudalnej i teokracji są w polityce potrzebne, abyśmy pamiętali, skąd się wzięliśmy i jaką drogę musieliśmy przejść, by po kilku stuleciach rewolucji zwanej nowoczesnością znaleźć się tu, gdzie teraz jesteśmy.

Rydzyk jest tylko tym, czym jest

Jeśli Rydzyk jest patologią, to w tym tylko sensie, że nowoczesne państwo pada przed nim na kolana i składa mu wasalne hołdy – jednak sam w sobie ten człowiek jest tylko reliktem. Dawniej tacy ludzie po prostu rządzili światem i już. Patologiczna jest Polska płaszcząca się przed kościelnym Ubu królem, a on sam jest tylko tym, czym jest.

Prasa spekuluje, że zakładając nową formację przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, o. Rydzyk chce wymusić na Jarosławie Kaczyńskim cztery dobre jedynki na listach do PE. Bo jak nie, to pójdzie sam i wydrze te mandaty PiS. Bardzo możliwe, że tak się sprawy mają, lecz wiązałbym inicjatywę Rydzyka raczej z wyborami do parlamentu krajowego. Mandaty europejskie są sute i przynoszą firmie Rydzyka trochę grosza, lecz prawdziwe eldorado to własny klub parlamentarny. I wcale nie jest to takie głupie.

Gdyby Kaczyński zdołał pozbyć się Ziobry, to ten miałby gdzie przejść. Tym trudniej jednak będzie mu teraz usunąć niesfornego księcia z dworu. Poza Ziobrą Rydzyk może sobie jeszcze sprowadzić Mariana Piłkę, Marka Jurka i paru innych bardziej czy mniej zapomnianych liderów reakcji i fanatyzmu religijnego. W razie pogorszenia stosunków z Kaczyńskim bądź jego odejścia z polityki niedogadany z PiS Rydzyk mógłby spokojnie liczyć na przekroczenie progu. Jego „rodzina Radia Maryja” nie jest może wielka, lecz karna. Odejście tego elektoratu od PiS byłoby bardzo bolesne.

Partie przykościelne zawszy były i są

Reakcja w polityce parlamentarnej ma długą historię, która jest częścią liberalnej historii Europy i świata. Wprawdzie Kościół już dawno zauważył, że bezpośrednie uczestnictwo w walce politycznej nie przynosi spektakularnych efektów, to jednak mniejsze efekty też są warte grzechu. Oficjalne partie kościelne, np. w Ameryce Południowej, nie wygrywają wyborów, lecz mimo to mogą być cennym uzupełnieniem dla kontrolowanych przez Kościół partii prawicowych oraz wewnątrzparlamentarnym przyczółkiem, pozwalającym moderować poczynania „endeckiego” reżimu. Nic dziwnego, że Rydzyk bierze pod uwagę odrębną partię w miejsce swoich ludzi w klubie PiS. Bo jednak co własny klub, to własny. A w razie gdyby nie szło lub nie było potrzeby, to partię zawsze można zamrozić.

Rydzyk poucza lekarzy ws. „zarabiania kokosów”. Wie, co mówi!

Ruch Rydzyka z założeniem Ruchu Rydzyka wydaje się dość racjonalny. Nie ma tu nic do stracenia, a partia może się przydać. Poza tym zawszę będą jacyś sponsorzy, a nowe konto z paroma milionami też jest nie do pogardzenia. Tu na waciki, tam na waciki, aż zbierze się na buciki.

Po co Rydzykowi kolejne miliony?

Najbardziej zagadkowy w sprawie Rydzyka, który od dwóch dekad potrząsa polską polityką, jest jego prawdziwy cel. Oczywiście generalnie chodzi o pieniądze – o pieniądzach mówi się wszędzie i zawsze, gdy tylko w polu widzenia pojawiają się firmy Tadeusza Rydzyka. Nic dziwnego, bo firmy służą do zarabiania. A model biznesowy Rydzyka też jest dość przejrzysty – szantażować rządzących zbuntowaniem wyznawców i wymuszać gigantyczne dotacje. Tyle że nie wiadomo właściwie, po co są te pieniądze i czemu mają służyć kolejne „dzieła”. Brakuje w tym wszystkim jakiejś wizji konsumpcji. Bo na co Tadeusz Rydzyk może wydawać pieniądze? Po co mu więcej i więcej?

Na imperium o. Rydzyka poszło ponad 80 mln zł z państwowej kasy

Na to pytanie nie odpowiem, za to chętnie po raz kolejny wyrażę swój podziw dla dziwnego talentu tego niewątpliwie bardzo prostego i niezdolnego do zbornego wyrażania się, acz jakże charyzmatycznego człowieka. Jak to się dzieje, że ktoś taki jest w stanie omotać nie tylko miliony podobnych sobie, lecz i całe zastępy cwanych polityków? Jakże bym chciał poznać tajniki ludzkiej duszy, w których kryje się odpowiedź. Też bym sobie wtedy zarobił, a nawet i porządził. Zawiść mnie aż pali. Mimo to nie zapiszę się do Ruchu Rydzyka. Może założę Ruch Hartmana – Libertyńska Europa. Sponsor mile widzialny.

Po wybuchu afery taśmowej w czerwcu 2014 roku Donald Tusk mówił, że „część scenariusza była na pewno pisana cyrylicą”. Z byłym premierem zgadza się Grzegorz Rzeczkowski, dziennikarz tygodnika „Polityka”, który w rozmowie w „Studiu Newsweeka” opowiedział, jak trafił ten temat. – Nikt mną nie sterował. Nikt mnie nie inspirował z kręgów PO. Nie dostałem ani zlecenia na PiS, ani na Falentę. To zwykła dziennikarska, żmudna robota, która polega na składaniu rozsypanych i wybrakowanych puzzli – mówi Rzeczkowski. Podczas jednej z rozmów ze swoimi informatorami na początku tego roku dowiedział się, że Marek Falenta, główny organizator podsłuchów, miał kontakty z rosyjskimi oligarchami, którzy współpracowali z GRU, rosyjskim wywiadem. Dziennikarz przez pół roku zbierał i weryfikował informacje. We wrześniu w tygodniku „Polityka” opublikował tekst: „Rosyjski ślad na taśmach”, w którym pokazał także związki Marka Falenty z politykami PiS, w tym z Mariuszem Kamińskim, obecnym koordynatorem służb specjalnych.

Nie ma dowodów na to, że PiS inspirował nagrywanie polityków PO. – Raczej zawarł „umowę handlową” z Markiem Falentą i część tych nagrań przejął. Podobnie zresztą jak Rosjanie, którym Falenta przekazał część nagrań w zamian za węgiel – ustalił Rzeczkowski.

Strategia: odczekanie

– Po opublikowaniu tekstu, władza nabrała wody w usta, wzięła kurs na przeczekanie. Zadałem pytania wszystkim najważniejszym instytucjom, które powinny być zainteresowane wyjaśnieniem sprawy, łącznie z prokuraturą i prezydenckim Biurem Bezpieczeństwa Narodowego, i wszędzie usłyszałem to samo: „Sprawa została wyjaśniona” – relacjonuje nam Rzeczkowski. – Pojawiały się próby atakowania mnie, ale dysponuję zbyt silnymi dowodami i poszlakami, które nie tak łatwo obalić – dodaje. – Prokuratura wyjaśniła tylko wąski fragment tej sprawy, czyli kwestie finansowe, w ogóle nie zabrała się za wyjaśnienie udziału Rosjan, nie próbowała nawet postawić zarzutów udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, a przecież Falenta miał współpracowników – mówi Rzeczkowski. Mąż głównej oskarżycielki w sprawie Falenty, po tym jak PiS doszedł do władzy, zaczął robić karierę w KGHM na stanowisku kierowniczym, ustalił autor „Polityki”. – Zaskakujące, że młodzi prokuratorzy, a nie starzy wyjadacze, dostali tę sprawę do wyjaśnienia, i jej nie wyjaśnili – twierdzi dziennikarz. – Ta historia ma wciąż białe plamy które chciałbym, żeby kiedyś zostały wypełnione treścią, by można było zobaczyć pełny obraz tej sprawy – dodaje.

Grzegorz Rzeczkowski ma nadzieję, że w przyszłości powstanie sejmowa komisja śledcza, która zajmie się wyjaśnieniem afery podsłuchowej. Dziennikarz zwraca także uwagę na bierną postawę opozycji. – Platforma ma wciąż problem z tą sprawą. Być może obawiają się, że są na nich jeszcze jakieś taśmy i dlatego wolą siedzieć cicho, nie drażnić lwa – mówi Rzeczkowski. W politycznej Warszawie od lat nie cichną plotki, że w rezydencji premiera przy ul. Parkowej został nagrany także Donald Tusk i biznesmen Jan Kulczyk. – W aktach sprawy są ślady na to, że Tusk mógł zostać podsłuchany – twierdzi dziennikarz „Polityki”. – Nie wiadomo w czyich rękach są te taśmy, kto nimi dysponuje, skąd wysyła i kiedy znowu „wystrzelą” – dodaje.

Życie na podsłuchu

– Czuję, że jestem inwigilowany. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że mój telefon jest na podsłuchu. Moje połączenia są sprawdzane – wyznaje Rzeczkowski. – Miałem sygnały, że Służba Kontrwywiadu Wojskowego (SKW) interesowała się tym, co robię – dodaje. I opowiadam nam historię, jak podczas spotkania się ze swoimi informatorami do restauracji wszedł funkcjonariusz SKW. – My kontynuowaliśmy rozmowę, a ten pan się ulotnił – relacjonuje dziennikarz.

– Niektórzy próbują zastraszyć moich potencjalnych informatorów – mówi nam autor „Polityki”, który, by chronić swoje źródła nie podaje ich personaliów: – Bez tego byliby narażeni na postawienie im zarzutów karnych.

– Dzisiaj mamy sytuację bez precedensu. Służby są zakneblowane. Dziennikarzom jest niesłychanie trudno spotkać się, na stopie nieformalnej, z przedstawicielami służb i dowiedzieć się czegoś istotnego, ważnego dla bezpieczeństwa państwa – twierdzi Rzeczkowski.

Polska spadła na 58 miejsce w Rankingu Wolności Prasy, który każdego roku opracowuje organizacja Reporterzy Bez Granic. – To wiąże się z tym, że dziennikarze są zastraszani i hejtowani. Państwo stało się wrogiem dziennikarzy – mówi o rządzie PiS Grzegorz Rzeczkowski. W wielu instytucjach nie ma dzisiaj rzeczników prasowych, a często, jak już są, to nie odpowiadają na zadane pytania, łamiąc w ten sposób ustawę o dostępie do informacji publicznej.

Rząd PiS utrudniając prace dziennikarzy i przekształcając media publiczne w partyjną propagandę, w rzeczywistości ogranicza dostęp Polaków do informacji o stanie państwa.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o państwie mafijnym.

Zatrzymanie byłego szefa Komisji Nadzoru Finansowego i jego współpracowników to szczyt PiS-owskiej bezczelności.

Były szef KNF Andrzej Jakubiak i grupa jego współpracowników zostali zatrzymani przez CBA. By zrozumieć rzeczywistą wymowę tej akcji, trzeba się cofnąć o ładnych kilka lat. Sekwencja zdarzeń jest następująca: najpierw ludzie z obozu PiS zakładają sieć SKOK-ów, stanowiącą autonomiczne imperium finansowe wspierające przedsięwzięcia służące partii Jarosława Kaczyńskiego. Na czele tego imperium stoi jeden z jego głównych twórców, szef Krajowej Kasy, polityk PiS Grzegorz Bierecki.

Nadzór finansowy i fachowcy od finansów alarmują jednak, że imperium to jest oparte na glinianych nogach i ulokowane tu depozyty ludzi nie są bezpieczne – trzeba więc SKOKi poddać nadzorowi KNF, tak jak inne banki.

SKOKi bardzo się przed tym bronią, a politycy PiS dokładają starań, by KNF nie wtykał nosa w finanse, które służą celom tej partii. Dopiero gdy wybucha kilka głośnych afer z aferą SKOK Wołomin na czele i gdy okazuje się, że wiele kas trzeba ratować przed upadkiem gigantycznym zastrzykiem ze środków bankowych, udaje się je poddać kontroli KNF.

Kilka lat lat później PiS dochodzi do władzy i przejmuje Komisję Nadzoru Finansowego. Na jej czele stawia człowieka gotowego dyskretnie spełniać życzenia politycznych protektorów.

„Gazeta Wyborcza” ujawnia jednak przypadek próby skorumpowania przez niego bankiera Leszka Czarneckiego i plan przejęcia jego banku „za złotówkę”. Dekonspiruje plan rządzących, którego elementem jest uchwalenie w zdumiewającym trybie ustawy pozwalającej na takie przejęcia.

Skandal zmusza rządzących z PiS do wyrzucenia szefa KNF (formalnie on sam podał się do dymisji), odcięcia się od niego i stworzenia wrażenia, że próba korupcyjna była jego prywatną inicjatywą.

Następnie zaś specsłużby kontrolowane przez PiS, na których czele stoi człowiek skazany w I instancji za przestępstwo nadużycia władzy i ułaskawiony po znajomości przez PiS-owskiego prezydenta, zatrzymują byłego szefa KNF Andrzeja Jakubiaka pod zarzutem, że przed laty nie dopełnił obowiązków przy kontroli SKOK Wołomin. Tego samego Jakubiaka, który długo zabiegał o to, by wbrew protestom i oporom PiS móc kasy kontrować.

Podkreślmy to jeszcze raz: człowiek postronny, niezwiązany z obozem PiS ląduje za kratkami, bo ponoć nie dość starannie kontrolował SKOK stanowiący element finansowego imperium obozu PiS, na którego kontrolę politycy PiS nie chcieli się zgodzić. Wobec senatora PiS Grzegorza Biereckiego, który to imperium budował, nikt żadnych zarzutów nie wysuwa. CBA najwyraźniej nawet się nim nie interesuje. Bierecki swobodnie bryluje w parlamencie i mediach, domagając się cenzurowania gazet publikujących niewygodne dla niego materiały.

Zatrzymanie byłego niepisowskiego szefa KNF sprawia więc wrażenie zasłony dymnej, mającej stworzyć pozór, że patologie zdemaskowane przez „Gazetę Wyborczą” nie obciążają partii rządzącej, lecz ludzi z szeroko rozumianego środowiska bankowo-finansowego. Że jest tu jakaś sitwa, z którą PiS nie ma nic wspólnego.

Podsumujmy i wyciągnijmy narzucający się wniosek: specsłużby zostały użyte, by dać alibi partii władzy i odwrócić od niej uwagę opinii publicznej. Były szef KNF znalazł się w celi z powodów politycznych.

PiS bardzo się ostatnio denerwuje słysząc sformułowania „państwo mafijne” czy „gangsterskie metody”. Ale jeśli to nie są metody gangstersko-mafijne, to co nimi jest?

>>>

Waldemar Mystkowski też pisze o państwie mafijnym.

Eliot Ness dostał wolną rękę do walki z mafią Ala Capone, którego posadził nie za przestępczość zorganizowaną, ale za podatki. Ness był nietykalny – nawet dla Capone, gdyż był przedstawicielem państwa, które reprezentowało dobro. To nie tylko jeden z mitów popkultury, ale i mit założycielski nowoczesnych Stanów Zjednoczonych, który nie został dotychczas podważony.

Gdyby przy tak pojętej walce dobra ze złem próbowano majstrować, jedno z najpotężniejszych państw wszech czasów rozpadłoby się. Społeczeństwa scala tego typu narracja, tak jak kiedyś mity Greków. Chrześcijaństwo zaś nigdy nie było tak użyteczne, bo to kultura hierarchiczna, feudalna, namaszcza władców, a jak im się chwieje tron, chrześcijaństwo udziela krzyża do walki z rzeczywistym bądź wyimaginowanym wrogiem.

Odwołuję się do Eliota Nessa nieprzypadkowo. Władza PiS zachwiała się w wyniku afery KNF, której korupcji jeszcze nie poznaliśmy, tylko wierzchołek góry lodowej. Od początku jest zamiatana pod dywan. Nieudane to próby, co rusz wypada jakiś trup z szafy.

I chyba mamy owe „podatki”, które w wyniku zamiatania wyszły na wierzch. Mianowicie aresztowany został bogu ducha winny poprzedni zarząd KNF z szefem Andrzejem J. Typowy zabieg rozmycia, zabieg względności, który polega na tym, że jeżeli „nasi” kradną („nasi” – pisowscy), to dlaczego nie mieliby kraść poprzednicy. Ta względność – w moralności nazywa się relatywizmem – ma zaciemnić obraz, a nawet zastraszyć.

I oto mamy wśród aresztowanych naszego Eliota Nessa – wcale nie przesadzam – Wojciecha Kwaśniaka, który walczył z mafijnymi układami, gdy w poprzednim KNF był wiceszefem. Walczył do tego stopnia, że nie był „nietykalny” dla lokalnych Al Caponów, mianowicie – nie podlega to raczej dyskusji – członek zarządu SKOK Wołomin nasłał na Kwaśniaka bandytę z Wołomina z wieloletnim stażem w więzieniach.

Kwaśniak ledwo przeżył, a dzisiaj w ramach zamiatania pod dywan, w ramach pisowskiego relatywizmu prawnego i moralnego, został aresztowany. Jankes Eliot Ness miał za sobą siłę państwa i prawo, nasz Ness Kwaśniak ma przeciw sobie państwo.

Aresztowanie Kwaśniaka Andrzej S. Nartowski (prawnik z praktyką w organach spółek handlowych, publicysta, ekspert corporate governance) użył porównania i snuje oskarżycielskie przypuszczenia: – „Zatrzymać Wojciecha Kwaśniaka za SKOKi to jak papieża ekskomunikować za herezję. Potępiam tych, którzy wydali taką decyzję, i tych, co wcześniej zlecili pobicie/zabójstwo Kwaśniaka. Może to ci sami, kto wie?”

Taka jest siła odśrodkowa afery KNF, ze wszystkimi podanymi przeze mnie konsekwencjami ujętymi w metafory, ale przede wszystkim z głównym zarzutem, które samo się formułuje: państwo polskie reprezentuje zło.

Krystyna Pawłowicz, Tadeusz Rydzyk, Antoni Macierewicz – trójkąt bermudzki paranoi

4 Gru

Każdy z nas ma prawo do wyborów zgodnie ze swoim poglądem na świat. Jasne jest też, że wolno nam również się w swoich wyborach mylić. Powstaje pytanie, czy jakikolwiek wybór można nazwać całkowicie wolnym. Niestety, jeśli chodzi o wybór, którego dokonujemy przy urnach wyborczych, konsekwencje ewentualnego błędu mogą godzić w wolność innych. Nieodpowiedzialna wobec tak ważnej decyzji jest ignorancja i brak refleksji, gdy media przypominają.

Rok 2010 – kampania prezydencka. Po osobistej traumie Jarosława Kaczyńskiego, miliony wyborców o umiarkowanych poglądach uwierzyło w ocieplenie wizerunku prezesa Prawa i Sprawiedliwości zafundowane nam przez lewicującą szefową kampanii, Joannę Kluzik-Rostkowską i rzecznika kampanii – liberała Pawła Poncyliusza (oboje dziś szczęśliwie poza PiS). Schowano odstraszających elektorat umiarkowany Zbigniewa Ziobrę i Jacka Kurskiego. Sam Kaczyński zaś pozwalał robić sobie zdjęcia z bratanicą i jej dziećmi; Józefa Oleksego nazwał „lewicowym politykiem ze średnio-starszego pokolenia”. Przykładów skutecznej i niepokojącej dla partii stojących w opozycji do Prawa i Sprawiedliwości polityki miłości można by było jeszcze długo wymieniać. Zmiana wizerunkowa zmyliła nawet najwierniejsze jądro prawicy, o tym, że to była „ściema”, musiał przekonywać sam Joachim Brudziński.

Ta „ściema” dała Jarosławowi Kaczyńskiemu 46,99% głosów. Szczęśliwie sztab uznał wtedy butnie, że ocieplenie wizerunku prezesa wpłynęło negatywnie na wyborczy wynik.

Do właściwych wniosków partia doszła 5 lat później. Schowani Macierewicz z Kaczyńskim i „w iście amerykańskim stylu” Duda – zdobyli pełnię władzy w Polsce. Bo… „Straszenie PiSem już nie działa”.

W ostatnich wyborach samorządowych rządzący uwierzyli we własną propagandę. Idąc z Unią Europejską na noże, gwałcąc konstytucyjny ład w Polsce, czy wreszcie publikując obleśny antyuchodźczy spot pokazali, kim naprawdę są. Bo ileż można udawać…

Tyle że się na tym, jak wiemy z wyborczego rezultatu, srogo przejechali. Wniosek – retorykę PiS można określić sinusoidą nastrojów. Dziś, ani podczas konferencji „Praca dla Polski”, ani na 27. urodzinach Radia Maryja nie pojawił się Jarosław Kaczyński. Wg PiS i jej mediów to „Platforma wypycha Polskę z Unii”. Krótko pisząc – PiS znów zabiega o wyborców centrum.

Czy wyborcy znów dadzą się nabrać? Ostrzegam…

„TVN tego [podrzynania gardeł] chce,my – NIE”. Kim to jest rzeczone „my”?

O tym, jak te słowa są obrzydliwe i kłamliwe, mam nadzieję, nie muszę dywagować. Chcę powiedzieć tylko, że jeśli w tak ważnej sprawie wypowiada się współodpowiedzialna za stan prawny w Polsce posłanka, to nie ma mowy o wypowiadaniu się w swoim imieniu. Tak! Pawłowicz firmuje stanowisko swojej partii. Tak! „My” oznacza Prawo i Sprawiedliwość. Oznacza też i „jego wyborcy”…

Do Sądu Okręgowego w Warszawie wpłynął wniosek o rejestrację nowej partii politycznej, za którą stoi ojciec Tadeusz Rydzyk – informuje Wirtualna Polska.

Z ustaleń Wirtualnej Polski wynika, że dokumenty o rejestracji partii wpłynęły do Sądu Okręgowego w Warszawie we wtorek ubiegłego tygodnia, a pełnomocnikiem partii, za którą ma stać Tadeusz Rydzyk, został europoseł Mirosław Piotrowski. Nowe ugrupowanie ma nosić nazwę „Ruch Prawdziwa Europa”. Podstawą programową nowej partii mają być założenia inicjatywy „Europa Christi”, która chce odbudować chrześcijańskie myślenie w Europie.

Powstanie nowa partia? Ruch Prawdziwa Europa ma być partią ojca Rydzyka

„Szczegółowych informacji chętnie udzielę po wpisaniu Ruchu Prawdziwa Europa przez sąd do rejestru partii politycznych. Na tym etapie nie chciałbym się wypowiadać” – powiedział Wirtualnej Polsce Mirosław Piotrkowski.

Kim jest europoseł, który złożył wniosek o rejestrację nowej partii? Mówi się, że jest człowiekiem ojca Tadeusza Rydzyka, założyciela Radia Maryja. Pełni funkcję europosła trzecią kadencję. W 2004 roku został wybrany z listy Ligi Polskich Rodzin, z kolei w wyborach w 2009 i 2014 roku startował jako kandydat Prawa i Sprawiedliwości, choć nie był członkiem partii. „Wysokie miejsca na listach zawdzięczał głównie ojcu Tadeuszowi Rydzykowi” – pisze Wirtualna Polska.

Przedstawiciele Ruchu Prawdziwa Europa. Wśród kandydatów Andrzej Jaworski i Jan Szyszko?

Informator Wirtualnej Polski powiedział, że pierwszym celem Ruchu Prawdziwa Europa mają być wygrane wybory do Parlamentu Europejskiego w 2018 roku. „Według wewnętrznych sondaży mamy ok. 18 proc. poparcia. Dostaniemy ok. 7-8 mandatów w Parlamencie Europejskim” – cytuje słowa informatora portal wp.pl. Znane są także nazwiska pierwszych kandydatów Ruchu Prawdziwa Europa. Wśród najważniejszych polityków tego ugrupowania wymienia się m.in. byłego posła PiS Andrzeja Jaworskiego oraz byłego ministra środowiska Jana Szyszkę. Kandydatami nowej partii mają zostać także europosłanka Urszula Krupa, posłanka Gabriela Masłowska, posłanka Anna Sobecka oraz europoseł Mieczysław Piotrowicz.

Dyrektor Radia Maryja „grozi palcem” Prawu i Sprawiedliwości?

Przypomnijmy, że w miniony weekend odbyły się 27. urodziny Radia Maryja, na których nie pojawił się prezes Jarosław Kaczyński. Zdaniem niektórych polityków PiS, Jarosław Kaczyński usuwa się w cień, ponieważ zdecydował, że im mniej będzie go w mediach i przestrzeni publicznej w dwóch najbliższych kampaniach, tym większe szanse, że PiS ponownie zdobędzie głosy wyborców „centrum”. Wirtualna Polska sugeruje, że próba założenia partii, za którą stoi Tadeusz Rydzyk, może być próbą nastraszenia Prawa i Sprawiedliwości.

– Rosja nie zawaha się naruszyć terytorium na przykład naszego kraju, właśnie pod hasłem niesienia pomocy swoim rodakom za granicą. Na to powinniśmy być przygotowani – z generałem Mirosławem Różańskim rozmawia Łukasz Kijek.

W wyobrażeniu wielu osób wojna jest utożsamiana z obrazami czy wspomnieniem II wojny światowej. Takiego konfliktu klasycznego, gdzie mamy karabiny, czołgi, samoloty. Sytuacja się zmienia. Sytuacja, w której jedno państwo oddziałuje na drugie z niecnym zamiarem, że zostanie kwestia niezależności, czy suwerenności. To już jest wojna. Czym tłumaczyć te zdarzenia, których dziś Rosja dokonuje? Czy to na Ukrainie, czy w krajach bałtyckich, czy w Gruzji. To dzieje się cały czas. 

– mówi generał Mirosław Różański.

Według byłego dowódcy generalnego rodzajów sił zbrojnych o poważnym zagrożeniu świadczy strategię bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, którą przyjęto w 2015 roku. Zapisano w niej, że Rosja będzie dbała o interesy rodaków poza granicami kraju.

Rosja nie zawaha się naruszyć terytorium na przykład naszego kraju, właśnie pod hasłem niesienia pomocy swoim rodakom. Na to powinniśmy być też przygotowani.

– dodaje generał Różański.

Analityk ds. bezpieczeństwa Marek Świerczyński podzielił się na łamach „Polityki Insight” (z 3 grudnia) informacją o wstrzymaniu przez francuską rządową agencję ds. uzbrojenia DGA (Direction générale de l’Armament) wsparcia dla koncernu stoczniowego Naval Group w zakresie sprzedaży Polsce pocisków samosterujących MdCN. Właśnie te rakiety miały być uzbrojeniem odstraszającym, przenoszonym przez okręty typu Scorpène, które Francuzi oferowali dotąd Polsce w programie Orka.

„Ponieważ bez wsparcia rządu sprzedaż pocisków nie jest możliwa, a towarzyszyły one propozycji wspólnej budowy okrętów podwodnych Scorpène, należy uznać, że francuska oferta w programie Orka załamała się”, czytamy w „Polityce Insight”. Według analityka ds. bezpieczeństwa Marka Świerczyńskiego, decyzja ta jest wyrazem „pogorszenia stosunków politycznych na linii Paryż-Warszawa i utraty zaufania ze strony Francuzów po skasowaniu zamówienia na śmigłowce wielozadaniowe, wypchnięciu Francji z segmentu uzbrojenia rakietowego oraz przedłużającego się braku decyzji co do okrętów podwodnych”.

Francuski koncern Naval Group był jedynym oferentem zdolnym dostarczyć okręty podwodne wraz z rakietami manewrującymi. Nie dziwi więc, że stąd wymóg wyposażenia Orek w skrzydlate pociski stanowił główny nurt narracji francuskiej oferty dla Polski. Na łamach mediów Francuzi przekonywali, że zakup Scorpène wraz z rakietami MdCN zapewni Polsce dostęp do dysponowania bronią o strategicznym potencjale odstraszania. Kusili też wizją włączenia Polski – obok takich mocarstw jak USA, Wielka Brytania i Francja – do elitarnego klubu użytkowników pocisków manewrujących.

Jeszcze w lipcu 2018 r. prezes Naval Group w rozmowie z dziennikiem „Rzeczpospolita” mówił: „Przede wszystkim oferta zakłada dostarczenie okrętów podwodnych nowej generacji typu Scorpène, uzbrojonych w pociski manewrujące o zasięgu tysiąca kilometrów. Nikt inny nie jest w stanie tego zaoferować. Jest to propozycja na zasadzie wyłączności, mająca pełne poparcie ze strony francuskiego rządu”. To mogło działać na wyobraźnię polskich decydentów, ale jednocześnie usypiać ich czujność w tak newralgicznych kwestiach, jak znane słabości taktyczno-techniczne Scorpène, czy też brak wiarygodnych danych co do zasięgu i faktycznych możliwości operacyjnych rakiety MdCN, której do tej pory jeszcze nigdy nie odpalono z okrętu podwodnego. Polska mogła się więc stać poligonem dla nowego francuskiego uzbrojenia, ale ostatnia decyzja Paryża zażegnała niebezpieczeństwo ponoszenia przez polskiego podatnika konsekwencji, wynikających z ewentualnych niedoskonałości oferowanego nam uzbrojenia.

Sensacyjna informacja redaktora Świerczyńskiego zbiegła się w czasie z jeszcze jednym wydarzeniem, które może popierać jego tezę o pogorszeniu się stosunków w relacjach Warszawy z Paryżem. Francuzi odwołali bowiem wizytę w Gdyni fregaty FREMM, którą planowano na 4 grudnia. Według naszych informacji, wizycie okrętu miały towarzyszyć rozmowy polsko-francuskiego komitetu technicznego, z udziałem wysokiej rangi przedstawicieli obu stron. Nie udało nam się jednak ustalić, czy przyjazd francuskiej delegacji również został odwołany.

>>>

Rydzyk, afera KNF, bolszewizm – totalitarne stygmaty PiS

3 Gru

Wierchuszka PiS, jak co roku, nie tylko przemawiała, ale też śpiewała na urodzinach Radia Maryja. Moment uchwyciła kamera „Super Expressu” – widać, kto najlepiej bawił się podczas wspólnego wykonywania „Abba Ojcze”. 

Wydawać by się mogło, że na temat sobotnich urodzin Radia Maryja napisaliśmy już wszystko, a jednak docierają do nas kolejne informacje. „Super Express” opublikował na swojej stronie nagranie z tradycyjnego elementu święta rozgłośni – śpiewania „Abba Ojcze”.

Kamera uchwyciła sektor, w którym gościli politycy PiS. W pierwszym rzędzie podrygiwali Mateusz Morawiecki, Mariusz Błaszczak, Joachim Brudziński, Zbigniew Ziobro, Beata Kempa, Adam Kwiatkowski, Antoni Macierewicz i Jan Szyszko.

W drugim rzędzie widać Stanisława Piotrowicza, Józefinę Hrynkiewicz, Annę Sobecką, Zbigniewa Kuźmiuka i Krzysztofa Jurgiela. Na dalszych miejscach znaleźli się też m.in. Łukasz Zbonikowski (oskarżony o naruszenie nietykalności cielesnej żony, sąd umorzył postępowanie ze względu na „znikomą szkodliwość społeczną czynu”) i Waldemar Bonkowski (również oskarżany przez żonę o stosowanie przemocy, z PiS wyleciał za antysemityzm).

Podobne nagranie pojawiło się w sieci przed trzema laty, okazją do śpiewów i tańców były wtedy również urodziny Radia Maryja. W 2014 roku, jeszcze przed dojściem PiS do władzy, na urodzinach rozgłośni obecny był nawet Jarosław Kaczyński. Na tle polityków wyróżniała się zdecydowanie Beata Kempa, która słynie ze swoich umiejętności wokalnych (pochwaliła się nimi m.in. w Watykanie, gdzie odśpiewała psalm na mszy) i sama przyznaje, że lubi śpiewać i często to robi.

Podczas tradycyjnego śpiewania „Abba Ojcze” znów to Kempa wydaje się czerpać największą radość ze śpiewania i podrygiwania.

Czy ktoś z pisowców przypomniał….?

Jest niedzielne popołudnie 4 listopada. Miliarder Leszek Czarnecki, właściciel Getin Noble Banku, ląduje w Warszawie. Prosto z lotniska jedzie do Józefowa do willi Romana Giertycha, niegdyś polityka, dziś znanego adwokata. Zamykają się w gabinecie Giertycha i Czarnecki puszcza mu nagranie swojej rozmowy z szefem Komisji Nadzoru Finansowego Markiem Ch., które dwa tygodnie później zatrzęsie rządem PiS. Na nagraniu Ch. przedstawia słynny już „plan Zdzisława”, dotyczący przejęcia banków Czarneckiego przez państwo za symboliczną złotówkę. Deklaruje, że państwo może dać spokój biznesmenowi, jeśli ten zatrudni jego znajomego prawnika. Wynagrodzenie miało wynieść 1 procent od wartości banków za trzy lata, co miliarder wyliczył na 40 milionów złotych. Czarnecki ma wątpliwości, czy to można uznać za korupcyjną propozycję, bo szef KNF miał zapisać ów 1 procent na kartce, a on tej kartki nie ma, bo nie zabrał jej z jego gabinetu.

– To jest czysta korupcja – odpowiada mecenas. Jednak, żeby uspokoić miliardera, dzwoni po prawnika ze swojej kancelarii. Puszcza nagranie jemu oraz żonie Barbarze, także adwokatce. Cała trójka jest zgodna, że to była propozycja korupcji.

Giertych wie o sprawie od lata. To wtedy Czarnecki po raz pierwszy powiedział mu, że ma nagranie rozmowy z szefem KNF. Oryginał nagrania trzymał w swoim domu we Francji, ze względów bezpieczeństwa. To stamtąd przywiózł je do Giertychów. Przez całe spotkanie Giertych się zastanawia, czy Czarnecki zdecyduje się złożyć zawiadomienie do prokuratury, bo jeśli tak, to – jak uprzedza swojego klienta – „będzie burza na cztery fajerki”. Dla Giertycha to wymarzony scenariusz. Znowu będzie na pierwszej linii frontu w swojej ulubionej roli pogromcy PiS, którego szczerze nie cierpi, odkąd wypadł z polityki w 2007 roku.

Glapiński jednak się nie obroni?

Dwa tygodnie później Czarnecki zeznaje w katowickiej prokuraturze 11 godzin. Towarzyszy mu Giertych. Politycy PiS przekonują, że po odwołaniu Marka Ch. ze stanowiska szefa KNF afera się wypala. Ale nie wiedzą jeszcze, że Czarnecki złożył w prokuraturze nie tylko nagranie rozmowy z szefem KNF. W sumie – jak ustalił „Newsweek” – są trzy nagrania. Jedno z nich – według źródła znającego sprawę – może obciążać szefa NBP Adama Glapińskiego. To jest nagranie spotkania Leszka Czarneckiego z członkami KNF, które odbyło się pod koniec kwietnia, trzy tygodnie po rozmowie Czarneckiego z Markiem Ch. Szef KNF nie wiedział jeszcze, czy miliarder przyjmie korupcyjną propozycję.

– Marek Ch. z jednej strony naciskał Czarneckiego, żeby uzupełnił rezerwy w bankach, a z drugiej zapewniał, że Glapiński obiecał mu pomoc w restrukturyzacji. To może oznaczać, że panowie działali razem – zaznacza mój rozmówca. To byłby poważny problem dla PiS. Bo szefa NBP nie można tak po prostu odwołać. Ma on 6-letnią kadencję zapisaną w konstytucji i sam musiałby się podać do dymisji. A Glapiński wierzy, że się uratuje.

Katowiccy prokuratorzy, prowadzący śledztwo w sprawie afery w KNF, potwierdzają, że Czarnecki złożył w prokuraturze nagrania rozmów i dyktafony. Jednak o szczegółach nagrań nie chcą mówić. Badają je biegli, a ekspertyzy będą gotowe w ciągu kilkunastu dni.

„Nie jest ważne, jak jest, ale jak się mówi”. Słowa te pochodzą z kabaretu Pod Egidą z lat 70. Przypomniały mi się po reakcjach na słowa p. Tuska: „Józef Piłsudski, kiedy pokonywał bolszewików, a więc bronił Zachodu, to miał trochę trudniejszą sytuację niż my dzisiaj. Kiedy Lech Wałęsa pokonywał bolszewików w symbolicznym sensie, to miał o wiele trudniejszą sytuację. Skoro oni dali radę pokonać bolszewików, dlaczego wy nie mielibyście pokonać współczesnych bolszewików?”.

Prawica snuje dywagacje na temat Donalda Tuska

Zaraz rozpoczęły się prawicowe dywagacje, co też p. Tusk miał na myśli. Pan Makowski, dziennikarz pisma „Od [pardon, Do] Rzeczy”, napisał: „Szkoda, że nie dowiedzieliśmy się z ust historyka, kto jest współczesnym bolszewikiem. Putinowska Rosja chce nieść na Zachód idee rewolucji komunistycznej?”. Cóż, p. Makowski nie jest historykiem i zapewnie nie wie, że współczesna Rosja, jeśli chce cokolwiek nieść na Zachód, to raczej tradycyjny imperializm z czasów carskich, ale mniejsza o to. Nie takie rzeczy od rzeczy opowiadają dziennikarze z „Do Rzeczy”, więc ich opinie można, a nawet trzeba uznać za folklor polityczny.

Z drugiej strony wielu aktywistów dobrej zmiany zawrzało oburzeniem i objawiło, że czują się obrażeni, np. w imieniu jednej trzeciej Polaków głosujących na Zjednoczoną Prawicę. Z kolei p. Dworczyk prawi: „Wciąż nie mogę uwierzyć, że [Donald Tusk] przyjeżdża do ojczyzny i w przeddzień Święta Niepodległości jedynym jego przesłaniem są słowa o współczesnych bolszewikach”. Zwykle wiara czyni cuda, ale u p. Dworczyka rolę tę odgrywa niewiara, gdyż dzięki niej przeoczył inne słowa p. Tuska w przeddzień Święta Niepodległości. Problem jest jednak istotny i polega na pytaniu: co znaczy fraza „współczesny bolszewik”?

Co znajdziemy w najnowszych podręcznikach historii

Czy chodzi o PiS i kto poczuł się dotknięty

Przytoczone wyżej odpowiedzi nie są jedyne. Pan Bukowski, doktor filozofii, rzecznik Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych (POKiN), ostatnio mianowany przez IPN świadkiem historii, dokonał poważnej pracy analitycznej i głosi jej wyniki: „Pytanie o to, kogo miał [Tusk] na myśli, mówiąc o współczesnych bolszewikach, padło chyba we wszystkich wywiadach z polskimi politykami, jakie przeprowadzili dziennikarze od ubiegłej soboty. Odczekawszy kilka dni i poobserwowawszy reakcje na swoje słowa, Tusk napisał na Twitterze: »Kiedy powiedziałem, że Polacy dziś też mogą pokonać współczesnych bolszewików, wszyscy uznali, że to było o PiS. Nawet PiS tak pomyślał. A to było o bolszewikach, o nikim innym«. Tą repliką (…) niby zaprzeczył, ale zrobił to w taki sposób, że nadal można zasadnie podejrzewać, iż chodzi mu o rządzący obecnie Polską obóz polityczny”.

Internauta o pseudonimie okryw (dzielny, acz anonimowy), jedna z prawych rąk p. Bukowskiego, doktora filozofii, świadka historii etc., w jego polemikach z adwersarzami (można nawet rzec, iż aparatura wspomagająca rzecznika POKiN) tak zareagował na uznanie go za współczesnego bolszewika: „Chwyty retoryczne jako najważniejszy atrybut bolszewizmu – tu jest miara waszej ponurej głupoty. A może ja coś znacjonalizowałem? Wymordowałem sporą część własnego społeczeństwa? Zsyłałem ludzi do łagrów do niewolniczej pracy kończącej się śmiercią? Przeprowadzałem czystki? Uruchomiłem namolną, tępacką propagandę? Wprowadziłem monopartyjne, totalitarne rządy? Fałszowałem wyniki wyborów? Kradłem państwowe? Albo tak jak wy, towarzyszu, czerpałem pełnymi garściami, korzystając z przywilejów należnych kanaliom, które zapisały się do bolszewickiej partii??? A może tak jak wy z pianą na pysku walczyłem z religią???”. Pan Bukowski, doktor filozofii, świadek historii etc., jakoś nie skomentował tej filipiki, co zdaje się wskazywać, że jest po jego myśli i być może wyraża właściwą troskę o imponderabilia narodowe.

A może neobolszewizm?

Część z tych sympatycznych pytań jest skierowana bezpośrednio do mnie, ale to sprawa drugorzędna. Otóż okryw rozumuje (proszę wybaczyć to sformułowanie – terminy mentalne stosują się do okrywa analogicznie, nie dosłownie) tak: „jeśli x jest określany jako współczesny bolszewik, to jest tym samym uznany za bolszewika”. Nie mogę tutaj zająć się szczegółami logiki przymiotników, ale niech wystarczy uwaga, że odróżnia się przymiotniki determinujące i modyfikujące. Pierwsze wydzielają z pewnej kolekcji obiektów jej część, np. wysoki student jest studentem, natomiast drugie modyfikują znaczenie towarzyszącego im rzeczownika, np. fałszywy przyjaciel nie jest przyjacielem (to nie to samo co wewnętrzna sprzeczność, np. „rozumny okryw”). W pewnych kontekstach mamy do czynienia z mieszaniną semantyczną, np. współczesny ekonomista jest ekonomistą, ale zajmuje się innymi problemami ekonomicznymi i czyni to inaczej niż np. Adam Smith. Owe modyfikacje są mniejsze lub większe, ale zawsze można sprawdzić, jak daleko sięgają.

W rozważanym wypadku, tj. współczesnego bolszewika (w Polsce), nikt nie twierdzi, że wymordował część swego narodu, zsyłał ludzi do łagrów, wprowadził monopartyjne, totalitarne rządy czy fałszował wybory. Te i inne okoliczności sprawiają, że słowo „bolszewik” ma negatywne konotacje przenoszące się na złożenie „współczesny bolszewizm”. Można ewentualnie zaproponować, aby mówić o neobolszewizmie, ale to zapewne nie ostudzi emocji. W swoich felietonach już wskazywałem na analogie pomiędzy państwem dobrej zmiany a PRL. Jeśli to drugie uznać za bolszewizm, był on (stosunkowo) miękki (zwłaszcza po 1956 r.) i w tym sensie neobolszewizm.

Parady, handel i kasa. Czyli Polska „potęgą” na świecie

Jeśli nie PRL, to neo-PRL

Nie o słowa jednak chodzi, ale właśnie o to, jak jest. Jeśli kogoś rażą terminy „współczesny bolszewizm”, „neobolszewizm” czy „miękki bolszewizm”, można z nich zrezygnować bez jakiegokolwiek uszczerbku dla analizy. Można powiadać o neo-PRL, a jeśli to miałoby być też naganne – o tendencjach autorytarnych w Polsce po 2015 r. Oto pierwsza seria analogii oparta na cytacie z okrywa. Czyżby nie przeprowadzało się czystek, np. w sądownictwie, kulturze czy mediach publicznych? Rzecz nie w tym, że wymienia się kadry, ponieważ tak jest wszędzie, ale że czyni się to z powodów politycznych, tak jak w PRL. Czyżby nie prowadziło się namolnej, tępackiej propagandy? Jeśli ktoś ma wątpliwości, niech poczyta okrywa, „Od [pardon, Do] Rzeczy”, posłucha Polskiego Radia i oglądnie TVP Info.

Czyżby dobra zmiana nie dążyła do monopartyjnej władzy? Nie jest totalitarna (na razie?), ale na pewno jest autorytarna. Czyżby obecna władza szanowała mienie państwowe? Nawet jeśli poprzednia ekipa robiła to samo, niewiele lub nawet nic się nie zmieniło. Gorzej, dobra zmiana zaczyna zagarniać mienie prywatne, to niewielkie, wprowadzając coraz to nowe podatki oraz własność sporą, np. projektując przejmowanie banków. Czyżby więksi, średni i całkiem mali aktywiści dobrej zmiany nie czerpali korzyści ze swych wyborów politycznych (ba, nawet to się im „należy”)? Co do piany na pysku, przypomnę, że tak byli często określani krytycy socjalizmu.

Polska zmierza w stronę państwa autorytarnego

Zwykły poseł grozi palcem

Nie ma przecież wątpliwości, że PiS jest partią wodzowską – pod tym względem podobną do PZPR. Tam było Biuro Polityczne, tutaj Komitet Polityczny, tam I sekretarz, tu pewien zwykły poseł. Gdy byłem na drugim roku prawa, profesor prawa rzymskiego, zwany Pretorem, krótko trzymał swych asystentów (dwóch). Pewnego dnia wykładał przy otwartym oknie, a na zewnątrz było dość głośno. W pewnym momencie powiedział: „Jest za duży hałas”. I spojrzał na starszego ze swych podwładnych. Ten spojrzał na młodszego kolegę, który wstał, podszedł do okna i zamknął je. Popatrzył na starszego, ten pokiwał głową, spojrzał na Pretora, ten kiwnął głową i zakończył. Piękny przykład autorytaryzmu.

Zdarzyło się, że p. Tarczyński, poseł, przesadził w swej oracji, i zwykły poseł postanowił zwrócić mu uwagę. Kiwnął ręką w stronę p. Tarczyńskiego, ale ten chyba nie zauważył wezwania. Pan Piotrowicz, siedzący akurat obok zwykłego posła, od razu zaczął energicznie gestykulować w stronę p. Tarczyńskiego, co odniosło pożądany skutek w postaci podejścia tego ostatniego do stanowiska rzeczywistego dowodzenia w Sejmie. Wszystko obyło się bez słowa, niemal dokładnie tak jak w przypadku rozkazu wydanego przez rzeczonego Pretora. Kilka dni później odbyła się debata sejmowa nad kolejną ustawą o zmianie ustawy o Sądzie Najwyższym. Jedna z posłanek była przeciw i tym samym sprzeciwiła się nagle powstałej woli politycznej zgoła odmiennej od tej wcześniejszej o kilka dni, ale równie niezłomnej i jednoznacznej. Zwykły poseł pogroził nieposłusznej parlamentarzystce palcem. W tym przypadku rzecz skończyła się bezboleśnie dla denatki (przynajmniej nie wiadomo, aby było inaczej), ale gdy jeden z radnych wypromowanych przez dobrą zmianę sprzymierzył się z wrażym obozem, zaraz pojawiły się głosy, że trzeba sprawę przemyśleć, aby podobne przypadki nie miały miejsca w przyszłości. Dokładnie tak bywało w innych partiach wodzowskich.

PiS ma ważniejsze sprawy niż etaty w Banku Światowym

W latach 70. głośno było o Andrzeju Jaroszewiczu, synu premiera mającym rozmaite przywileje. Na jednym z zebrań partyjnych ktoś skrytykował „czerwonego księcia”, jak powiadano o rzeczonym synu dostojnika. Kierownik Wydziału Nauki Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Krakowie, obecny na tym spotkaniu, dramatycznie zapytał: „Dlaczego syn premiera ma być dyskryminowany?”. Potomek p. Kamińskiego, osoby ułaskawionej przez p. Dudę, niezupełnie zgodnie procedurami otrzymał intratną posadę w Banku Światowym. Pan Mosiński (z PiS) skwitował to stwierdzeniem: „Gdzieś dzieci pracować muszą”. Fakt, ale (to z Leca) pozostaje nagim, nawet jeśli jest ubrany wedle ostatniej mody.

Pani Mazurek wyjaśniła, że Pan Prezes nic o tym nie wiedział. W końcu uznano, że partia (PiS) nie zajmuje się tym, kto pracuje w Banku Światowym. Też nic nowego. Kiedyś (na początku lat 50.) dwaj autorzy napisali pracę o aktualnych problemach teorii państwa prawa w okresie budowy socjalizmu. Redaktor pisma zarzucił im, że nie cytują towarzysza Bieruta. Cóż było robić, uzupełnili artykuł, ale okazało się, że gwiazda Bieruta nieco przygasła. Rzeczony redaktor wezwał autorów do siebie i groźnie zauważył, że mają pominąć wprowadzone zmiany. Ujął to tak: „Towarzysz Bierut ma ważniejsze sprawy na głowie niż teoria państwa i prawa”. Fakt, PiS ma ważniejsze sprawy niż etaty w Banku Światowym. Pan Piotrowicz nauczył się w młodości stosownego języka i komentując wspomnianą ustawę o kolejnej zmianie ustawy o SN, rzekł tak: „Jeden krok w tył dla zrobienia dwóch kroków naprzód”. To prawie kalka z twórcy bolszewizmu (w wypadku p. Piotrowicza nie trzeba zmieniać terminologii), czyli Lenina, który napisał pracę o taktyce socjaldemokratów „Jeden krok naprzód, dwa kroki w tył”.

I tak liczą się czyny

Już tylko krótko przypomnę niektóre dalsze analogie, np. konstruowanie historii na nowo, administracyjne kreowanie pomnikowych bohaterów, coraz bardziej opresyjne prawo (typowa polityka reżimów autorytarnych), prymat (czytaj: religii) ideologii nad polityką, zamazywanie trójpodziału władz, dezawuowanie sądownictwa (fragment oświadczenia POKiN: „zupełnie nadzwyczajna kasta z rodowodem ubecko-komunistycznym zajęta jest ściąganiem pomocy dla siebie z Berlina i Brukseli”), filipiki przeciwko zgniłemu Zachodowi i zarzucanie mu wtrącania się w nasze suwerenne prawa (specjalność czasów tzw. realnego socjalizmu), wręcz chorobliwą nieufność do obywateli, tłumaczenie własnych porażek błędami poprzedników (tj. winami Tuska), groźby wobec niezależnych mediów, oskarżenia o antypolską współpracę z zachodnimi mediami (tak jak kiedyś z Wolną Europą), bezceremonialną propagandę sukcesu itd.

A jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, niech rozważy następujące słowa wysokiego działacza Porozumienia Centrum (formacji prekursorskiej wobec dobrej zmiany), który miał powiedzieć: „Oni mają kasę, spółki nomenklaturowe, kontrolują biznes. My z tą naszą moralną postawą przegramy. Musimy robić to co oni, tylko mocniej. Trzeba przejąć państwowe przedsiębiorstwa, stworzyć finansowe podstawy partii, zmusić komuchów, by dali nam kasę, wykorzystać ich, by pracowali dla nas. My jesteśmy dobrzy, oni źli. Dla Polski lepiej, byśmy my wygrali”. O ile wtedy słowo „komuch” miało w miarę określone znaczenie, związane z niedawną (wówczas) przeszłością, to obecnie jego zakres został rozszerzony na wszystkich, którzy nie zapisują się do dobrej zmiany. Neobolszewizm lub nie, ale wreszcie trzeba zrozumieć, że ważne, jak jest, a nie to, jak się mówi.

Skąd się bierze lekceważący stosunek Polaków do prawa

Szczyt klimatyczny w Katowicach może okazać się porażką dla organizatorów. Wszystko wskazuje na to, że podczas tego wydarzenia zabraknie najważniejszych światowych przywódców. Wielką nieobecną będzie kanclerz Niemiec Angela Merkel, nie pojawi się też prezydent Francji Emmanuel Macron, ani prezydent Ukrainy Petro Poroszenko. W Katowicach nie będzie również Władimira Putina.

O tym, że najważniejszych światowych przywódców zabraknie na szczycie klimatycznym w Katowicach poinformował wiceminister spraw zagranicznych Bartosz Cichocki na antenie Radia Zet. Wydarzenie rozpocznie się 2 grudnia i potrwa do 14 grudnia.

Informacje o nieobecności Władimira Putina potwierdził pod koniec tygodnia rzecznik Kremla – Dmitri Pieskow. Nie podał też nazwiska osoby, która miałaby pojawić się w Katowicach zamiast prezydenta Rosji.

Stany Zjednoczone będzie reprezentował Wells Griffith, doradca Donalda Trumpa ds. klimatu. To on stanie na czele amerykańskiej delegacji w Katowicach. Nie pojawią się jednak senatorowie Partii Demokratycznej, którzy zrezygnowali z wizyty w Polsce z powodu ważnych głosowań w Kongresie.

Media informowały natomiast, że podczas szczytu klimatycznego w Katowicach mają gościć zaangażowane w walkę o ochronę środowiska gwiazdy – lider U2 – Bono i aktor Leonardo DiCaprio. Wiceminister Bartosz Cichocki w rozmowie z Radiem Zet stwierdził, że nie wie, czy gwiazdorzy rzeczywiście będą uczestniczyć w tym wydarzeniu.

Szczyt klimatyczny odbędzie się od 2 do 14 grudnia w trzech lokalizacjach: katowickim Spodku, Centrum Kongresowym i Strefie Kultury, która w czasie obrad ma status strefy eksterytorialnej zarządzanej przez ONZ. W związku z organizacją szczytu klimatycznego w Katowicach od 26 listopada na Śląsku i w Krakowie obowiązuje pierwszy stopień zagrożenia terrorystycznego.

Katowice: szykują się gigantyczne problemy z parkowaniem

Minister pogardliwie: Nie umawiam się z celebrytami. O kim mowa?

>>>

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o bezpieczeństwie Polski.

Mam wrażenie, że w obecnej Polsce poczucie bezpieczeństwa zdarza się tylko ludziom z niedostatkiem wyobraźni

PiS zdobył władzę pod hasłami praworządności, uczciwości i zapewnienia Polakom bezpieczeństwa. Pierwsza obietnica szybko okazała się nieporozumieniem, Polska pod panowaniem Kaczyńskiego jest dzisiaj co najwyżej prawa żądna. Co do przyzwoitości rządzących – codziennie przybywa przykładów ich arogancji i buty oraz pazerności żarłocznej szarańczy partyjnych nominatów, która obsiadła atrakcyjne stanowiska w administracji, spółkach skarbu państwa i nadzorowanych instytucjach.  A jeśli chodzi o trzecie zobowiązanie, PiS zaklina ponurą rzeczywistość i usiłuje urzędowo zadekretować swoją obietnicę zapewnienia Polakom bezpieczeństwa.

Za poprzedniej władzy groził nam najazd terrorystów przebranych za kobiety i dzieci. Za wschodnią granicą czaiły się tłumy zielonych ludzików z regularnej armii rosyjskiej, rozzuchwalonej strachliwą i służalczą polityką Tuska. W kraju rządziła mafia i „układy”. I nagle stał się cud. Ledwie w październiku 2015 PiS przejął rządy, a już po miesiącu premier Beata Szydło zapewniła, że Polacy mogą czuć się bezpiecznie, biorąc pod uwagę zaangażowanie i pracę naszych służb”.  Niedługo potem Mariusz Błaszczak zagroził, że dopóki rządzi PiS, Polscy mogą się czuć bezpiecznie, bo „my nie zgodzimy się na żadne kompromisy, które by spowodowały, że zagrożone będzie bezpieczeństwo”.  A później premier Morawiecki ogłosił wyniki jakichś badań, z których wynikało, że prawie 90% rodaków żyje już sobie spokojnie, bez jakiegokolwiek poczucia zagrożenia.

Czy Polacy czują się dzisiaj bezpiecznie? Czy sytuacja międzynarodowa, stan wojenny za wschodnią granicą i obecna pozycja Polski uprawnia nas do błogiej pewności jutra? W oficjalnym obiegu obowiązuje narracja, że sytuacja jest poważna, ale bezpośredniego niebezpieczeństwa dla Polski nie ma”.  Zapewne nie ma też niebezpieczeństwa pośredniego, skoro pan prezydent nie zwołał Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Nie zwoływał jej zresztą od 2016 r., bo po pierwsze po co, skoro jest tak bezpiecznie jak nigdy, a po drugie, co takiego mogliby mu powiedzieć ludzie opozycji, czego on sam nie wie, wiedząc przecież wszystko?

Na spędzie funkcjonariuszy PiS, zorganizowanym naprędce pod pretekstem spóźnionego podsumowania trzech lat rządów, o bezpieczeństwie Polaków nikt się nawet nie zająknął. Po co mówić o tym, co oczywiste, co jest i co będzie, póki PiS u władzy? Prawda, że rozpędzono prawie całe dowództwo armii i że w kamasze posłano większość cenionych w NATO polskich generałów za to, że w czasach PRL ośmielili się służyć w wojsku i nie zdezerterowali, gdy wysłano ich na naukę do niesłusznych uczelni wojskowych. I prawdą jest, że sprzęt i uzbrojenie wojska przerdzewiało trochę, a nowe przysługuje tylko żołnierzom terytorialnym. Ale przecież chwalą nas w Ameryce, że zwiększamy wydatki na armię. A poza tym o zwycięstwach nie decyduje uzbrojenie ani liczba żołnierzy, tylko ich duch i wola zwycięstwa. Ile razy trzeba to powtarzać, żeby dotarło do malkontentów?

Na obronność wydajemy dziś ponad 40 mld rocznie. Zwiększenie wydatków do 2,5% PKB, za co Trump chwali rząd PiS, to już zmartwienie następnych rządów, pod warunkiem, że znajdą jeszcze w budżecie jakieś pieniądze. Ale nie procenty przecież decydują o sile armii. Trudno się zorientować, jaki odsetek budżetu przeznaczony jest bezpośrednio na potrzeby wojska. Z kasy MON zakupiono samoloty dla VIP-ów. Z puli na obronę finansowana jest smoleńska tragikomedia, bizantyjskie wydatki byłego ministra, odprawy dla zwalnianych oficerów i podwyższone pensje dla nowych generałów bez większych dokonań, ale popierających chore projekty tej władzy. Ostatnio takie szlify otrzymał płk Tadeusz Szczurek, rektor Wojskowej Akademii Technicznej (z wykształcenia filozof), który włączył się w eksperymenty smoleńskie Wacława Berczyńskiego (słynny „wybuch termobaryczny”), jednocześnie zwalniając z uczelni generałów Adama Sowę, Janusza Lalkę, Jana Klajszmita i Artura Kołosowskiego – naukowców, którzy ustalenia Berczyńskiego negowali.

Marynarka wojenna jest w stanie muzealnym.  Nasza armia lądowa zajmuje 22 pozycję na świecie (wg danych CIA), ale jej wyposażenie znajduje się w permanentnym remoncie. Siły powietrzne dysponują prawie 35-letnimi samolotami Su-22, a helikopterów praktycznie już nie ma.  Co prawda, w ostatnich dniach zakupiliśmy najnowocześniejsze Black Hawki, ale nie dla wojska, tylko dla policji. To świadectwo priorytetów PiS: dobrze wyposażona armia skuteczniej broni społeczeństwa, a dobrze wyposażona policja – kogo?

Podczas spotkania sumującego trzy lata demolowania kraju – konferencji pod żartobliwym tytułem „Praca dla Polski” – okazało się nagle, że Unia jest fajna. A jeszcze tak niedawno prezydent Duda informował, że z przynależności do wspólnoty europejskiej „niewiele wynika dla Polaków”„Mamy prawo do tego, by się tutaj sami rządzić i decydować o tym, jaki Polska ma mieć kształt” – ogłaszał na spotkaniu wyborczym z mieszkańcami Leżajska. Aż do teraz Unia była „wyimaginowaną wspólnotą”, a jej zastrzeżenia do „reformy” sądownictwa – nieuprawnioną ingerencją utrudniającą naprawę Polski, wynikającą z ignorancji, lewackiej proweniencji kierownictwa UE oraz kłamliwych donosów polskiej opozycji.  I oto nagle na zebraniu PiS załopotały unijne flagi. Ktoś uwierzył, że ta partia broni europejskiej wspólnoty przed niewybrednymi atakami opozycji, która bredzi coś o polexicie? Każdy trzeźwo myślący już dostrzegł, że jest to prymitywne odwracanie kota ogonem i że kot Kaczyńskiego podniesionym ogonem zwrócony jest w kierunku Brukseli.  Manewr ten nie poprawi naszej pozycji w Europie i nie poprawi wiarygodności.

Kaczyński trwa w przekonaniu, że konflikty z Unią i zaczepki wobec stowarzyszonych krajów nie wpływają na bezpieczeństwo, bo nie przekładają się na pozycję Polski w NATO. Jest pewny, że artykuł 5 traktatu północnoatlantyckiego, który napaść na jeden kraj utożsamia z agresją na wszystkie państwa NATO, zapewni nam bezpieczeństwo, choćby Polska była „na noże” z każdym uczestnikiem paktu. Jednak gdyby Kaczyński przeczytał traktat, zauważyłby, ze przez wsparcie sojusznika rozumie się podjęcie takich działań, jakie każdy kraj „uzna za konieczne”.  Wobec rzetelnego i przyjaznego sojusznika będą to z pewnością działania natychmiastowe i zdecydowane, a w obronie niewiarygodnego, kłótliwego buca wsparcie ograniczyć się może do podniesienia gotowości armii i wyrażenia kategorycznego oburzenia.

Wraz z Brexitem PiS stracił głównego sojusznika w Europie. Kibicując polskim nacjonalistom, głupio awanturującym się z nacjonalistami ukraińskimi, i mizdrząc się do „ciepłego i miłego” Łukaszenki, rząd polski stracił pozycję stabilizatora wschodnich rubieży Unii.  Nie przysłużyły się nam prowokowane na użytek elektoratu PiS konflikty -z Niemcami o powtórne odszkodowania, z Francją o helikoptery, widelce i fregatę za dolara oraz z pozostałymi państwami NATO za to, że ośmieliły się krytykować „dobrą zmianę”.  Pozostał nam jeszcze „wieczysty sojusz z USA”, który jest jednak niebezpiecznym złudzeniem, bo Trump znacznie częściej niż o przyjaźni z Polską mówi: „America First!”, a rzeczniczka jego Departamentu Stanu już trzykrotnie wytykała nam psucie demokracji. Ostatnio również pani ambasador Georgette Mosbacher uprzejmie nakazała funkcjonariuszom PiS, żeby zabrali łapy od amerykańskiej stacji TVN i w ogóle trzymali się jak najdalej od wolnych mediów. Polskie władze – jak to one – doznały amoku i gwałtownego wzmożenia poczucia godności, uczuć właściwych przedszkolakom, którzy nie potrafią jeszcze oceniać konsekwencji swoich nadpobudliwych reakcji. Minister Brudziński oświadczył w odwecie, że będzie krytykował stacje zagraniczne, w tym amerykańskie, ile razy zechce. Prominentni działacze PiS prześcigali się w inwektywach przezywając panią ambasador nieprofesjonalną, nonszalancką, „nowojorską celebrytką”, bez szacunku dla państwa polskiego, a pupil TVP (obecnie postawiony do kąta), nawoływał, by „zbesztać babsztyla za brzydkie zachowanie” . Tak więc w sojuszu z Polską pozostały tylko Węgry, ale i one lekceważą nasz kraj, oceniając, że wymachujemy szabelką bez powodu, a wyimaginowana godność jest dla Polaków ważniejsza od praktycznych korzyści wynikających choćby z pogłębionej przyjaźni z Rosją.

Ludzie oszczędnie korzystający z rozumu z trudnością odnoszą bezpieczeństwo państwa do ich własnego, prywatnego zagrożenia. Człowiek spytany: – Czy czujesz się bezpiecznie? – w pierwszej kolejności przebiegnie pamięcią, czy on lub ktoś z rodziny oberwał po gębie w ciemnej ulicy, czy ktoś z rodziny został okradziony i czy skarbówka nie wpadła na trop niezgłoszonego dochodu.  Ministrowie rządu PiS na wyścigi zapewniają, że przestrzegającym prawo nic nie grozi, a Polska jest bezpieczna jak nigdy. Jednak wołałbym, żeby zamiast ministra Brudzińskiego wypowiedziały się w tej sprawie kobiety pobite przez narodowców na oczach policjantów, którzy  z zainteresowaniem przyglądali się temu wydarzeniu.  Ciekawy jestem też opinii działaczki na rzecz tolerancji z Wałbrzycha, której całkowicie nieznani sprawcy podpalili mieszkanie, zostawiając wiadomość ( a może raczej swoją wizytówkę): „Źródło smrodu – brudasy”. W sprawie poczucia bezpieczeństwa chciałbym usłyszeć opinię oplutych za to, że w publicznym miejscu rozmawiali z kimś w obcym języku, pobitych za kibicowanie nie tej drużynie co należało, skopanych za koszulkę z „konstytucją”, albo za nic.

Państwo PiS gwarantuje nam bezpieczeństwo, popierając równocześnie tych, którzy nam zagrażają: antyszczepionkowców, nacjonalistów, kiboli, oszołomów smoleńskich czy religijnych fanatyków. Przez cały rok prokuratura biedzi się nad aktem oskarżenia znanych jej ludzi, którzy w świetle jupiterów i często w asyście policji w sposób oczywisty złamali prawo. Słabo rozróżnia między faszystą a patriotą. Nie przyjdzie jej do głowy, że faszystą jest także ten, kto faszyzm usprawiedliwia i również ten, kto faszyzm toleruje. Nie potrafi oskarżyć nawołujących do wieszania myślących samodzielnie. Umarza sprawy o propagowanie faszyzmu. Nawet bandzior, który zgwałcił dwie kobiety, zasługuje na życzliwość prokuratury, bo zakapował kolegów przynosząc splendor organom ścigania. Wiele jeszcze przykładów dowodzi, że organ Zbigniewa Ziobry jest dziś rachityczny, niezdolny do samodzielnego działania i trzeba go pobudzać ręcznie.

Mam wrażenie, że w obecnej Polsce poczucie bezpieczeństwa zdarza się tylko ludziom z niedostatkiem wyobraźni. Pod rządami PiS trzeba się bać. Wojciech Młynarski ostrzegał kiedyś, że „najtrudniej czasami jest rozpoznać bandytę, gdy dokoła są sami szeryfi”.

Waldemar Mystkowski pisze o Morawieckim u Rydzyka.

Nie jestem zaskoczony postawą Mateusza Morawieckiego, zarówno podczas przesuniętego w czasie zjazdu PiS z okazji 3-lecia sprawowania rządów przez tę partię, ani podczas składania hołdu Tadeuszowi Rydzykowi w podczas innego zjazdu – rodzin Radia Maryja.

Morawiecki jest typowym słupem w życiu publicznym, można na nim powiesić obce mu wartości, a on je wygłosi jako własne. Jakie wyznaje poglądy obecny premier rządu RP? Raczej nie wiemy (bo może ich nie mieć), więcej można napisać o jego charakterze, a jest on nieciekawy.

Morawiecki był słupem w banku grupy Santader Bank Zachodni WBK, dzisiaj jest słupem Jarosława Kaczyńskiego. Wcześniej chciał być słupem u Donalda Tuska, ale ten poznał się na jego syndromie żony Lota (która zamieniła się w słup soli), zresztą określił go jako nie wychylającego się podczas dyskusji w gronie doradców, bo… trzeba było mówić własnym głosem. Dobrze to słychać na taśmie z podsłuchu w „Sowie & Przyjaciele”, na której przytakuje politykom Platformy, aby się im przypodobać.

Taki marny charakter, aby się dowartościować zostaje zwykle mitomanem. I tak z nim jest. Jeżeli oglądniemy się do tylu i przeanalizujemy postawy ważniejszych naszych polityków działających na scenie politycznej od 1989 roku sklasyfikujemy Morawieckiego, jako największego mitomana. Nawet jest lepszy w te klocki od samego prezesa PiS, który do swego mitomaństwa używa psychologicznego lustra, zamiast o sobie mówi o „wielkości” brata bliźniaka Lecha.

Jak to z mitomanami bywa, rozmijają się z rzeczywistością, bo żyją w alternatywie kłamstwa i służalczości wobec innych. Mitoman musi komuś się podlizać, komuś służyć, bo czuje się niepełnowartościowy. Przyjmuje za swoje inne wartości i stosuje się do zasady politycznej – wróg mojego przyjaciela jest moim wrogiem.

Świetnie to było słychać podczas wystąpienia Morawieckiego na zjeździe u Rydzyka, ten ostatni za pełnowartościowych Polaków uznaje swoje owieczki, a reszta to lewactwo. I tak podlizał się w hołdzie Rydzykowi premier rządu RP, zwrócił się do niebytu Matki Boskiej i w tej wierze podzielił Polaków wg mniemanej miłości do ojczyzny: „Matko Boska Nieustającej Pomocy, to jest moja wielka prośba, wielkie zawołanie. Miej w opiece naród cały. Również tych, którzy nie kochają Polski aż tak mocno jeszcze póki co, tak jak my tutaj, tak jak cała Rodzina Radia Maryja”.

To się dzieje tu i teraz, a nie w jakiejś przestrzeni średniowiecznej, to nie jest żart, ani mara piekielna. Słup Kaczyńskiego głosi poglądy iście szamańskie, zwraca się do postaci z rzeczywistości alternatywnej, nierealnej. Guzik mnie obchodzi w co wierzy Morawiecki, to jego prywatna sprawa, byle nie wygadał publicznie takich średniowiecznych bzdur i nie klasyfikował wg nich rodaków.

>>>