Tag Archives: Roman Giertych

Kit PiS

31 Gru

Politycy PiS, a za nimi TVP, nie przestają mówić o socjalnych osiągnięciach rządu – to ma być wciąż jeden z filarów „dobrej zmiany”. Ale czy faktycznie jest się czym chwalić? 2019 rok przyniósł trzy zaniechania w polityce PiS, które uderzają w biednych

Pierwsze 3 lata rządów PiS w polityce społecznej przynajmniej pod jednym względem były przełomowe: żaden z poprzednich rządów nie umieścił “socjalu” w centrum swojej opowieści politycznej.

Tymczasem “rodzina 500 plus” zdominowała debatę w Polsce, dziwnie mieszając się przy tym z kwestią praworządności. Choć politycy głównych partii opozycji zaakceptowali program, a przynajmniej nauczyli się nie potępiać go w czambuł, to część ich wyborców niezmiennie jest zdania, że polska demokracja została “sprzedana za 500 plus”, a transakcji dokonali wyborcy PiS.

Władza przy pomocy TVP wykorzystuje te emocje, strasząc, że rządy opozycji oznaczają odebranie zdobyczy socjalnych ostatnich lat: wysokiego świadczenia na każde dziecko i niższego wieku emerytalnego. W tej opowieści rządy PiS to socjalna “dobra zmiana”, a ich przeciwnicy to zawsze wrogowie prospołecznych rozwiązań.

Przez pierwsze lata rządów PiS ta narracja miała sporą wiarygodność, tym bardziej że rządy PO-PSL cechował niski poziom inwestycji i świadczeń społecznych (wyróżnialiśmy się negatywnie na tle Europy i nie da się tego wyjaśnić kryzysem gospodarczym).

Ale do czasu. W 2019 roku rzeczywistość zaczęła szybko oddalać się od politycznej narracji, a na wizerunku “socjalnego PiS-u” powstały duże rysy.

Najbardziej widać to w trzech obszarach:

  • wskaźnikach ubóstwa,
  • głodowych emeryturach,
  • polityce wobec niepełnosprawności.

Więcej o kicie PiS tutaj >>>

To, co wygaduje Putin, jest oczywistym kłamstwem, fakt poza dyskusją, ale… Ale warto zastanowić się, dlaczego on to robi. „Wszelkie oświadczenia panów Morawieckiego i Dudy brzmią kiepsko, bo wszyscy wiedzą, na podstawie wielu przykładów, że ci dwaj panowie prawie zawsze kłamią. A stwierdzenie, że trzeba opierać się na prawdzie, w ustach osobnika, który łże jak PiS, zakrawa na farsę” – pisze Krzysztof Łoziński

Po pierwsze, Rosja prowadzi nowego rodzaju wojnę, wojnę hybrydową, przeciw Unii Europejskiej. Istotną częścią tej wojny jest dezinformacja i propaganda kłamstwa. Celem jest rozbicie jedności państw Unii, a następnie niszczenie ich po kolei.

Całość tutaj >>>

 

Jeżeli 28 grudnia opublikowano wywiad i część kompromitujących informacji o Zbigniewie Ziobro, a już następnego dnia, bez wyjaśnień, oświadczeń, konferencji czy dymisji, zablokowano dostęp do strony internetowej z tymi wiadomościami, a osoba, która obiecywała kolejne dokumenty leży w szpitalu i po pobiciu walczy o życie, to jak to nazwać?

Czy nie wygląda to tak, że Zbigniew Ziobro nie będzie się przed nikim tłumaczył, bo posiada grupę przestępczą do siłowego wymuszania posłuszeństwa i bezwzględnego wyrównywania rachunków?

Kim jest Zbigniew Ziobro?

Prokuratorem, ministrem sprawiedliwości, sędzią, posłem? Czy też może najbardziej wpływowym przestępcą w kraju, który może zorganizować napad, pobicie, może też zlecić okrutniejsze zadania, wydatkować dowolne kwoty finansowe na co chce i zorganizować w ministerstwie sędziowską grupę do szkalowania prawników?

Gangsterem, który może zdemolować system prawny w kraju, podporządkować sobie prokuraturę, sądownictwo i służby specjalne państwa, wyprowadzić Polskę z UE? – wszystko?

Nie wiem, ile jest prawdy w tych wszystkich przekazach internetowych, ale jeśli tylko ziarno, to wobec milczenia zastraszonej opozycji i dziennikarskiego tchórzostwa, jako obywatel naszego kraju domagam się wyjaśnień od tej zamordystycznej i pełnej pychy władzy.

„I szliśmy tak osamotnieni, a z nami był nasz drogi Wódz”

Ten fragment piosenki sanacji, która najpierw zorganizowała w roku 1926 krwawy zamach stanu, a później doprowadziła do klęski wrześniowej powinien dźwięczeć w naszych uszach, gdy widzimy dzisiaj naszą totalną samotność przy słownych atakach Putina na Polskę.

Jest dla mnie oczywiste, że Prezydent Rosji testuje w ten sposób, kto stanie po stronie Polski w sprawie, która wydaje się z pozoru oczywista. I dlatego posuwa się on do publicznego mówienia całkowitej nieprawdy o odpowiedzialności Polski za II Wojnę Światową. Za tym testem słownym mogą pójść dalsze działania.

Od czasu, gdy Putin pochylał głowę przed grobami oficerów polskich w Katyniu i oddawał hołd obrońcom Westerplatte minęło nie tak dużo czasu. Putin doskonale wie, że jego słowa są sprzeczne nawet z jego ówczesnymi wypowiedziami.

Minęło kilka dni od tych bulwersujących wypowiedzi i czas na podsumowanie reakcji świata na to przeinaczanie historii.

Po pierwsze trzeba zauważyć, że polski rząd dopiero po paru dniach i po atakach ze strony opozycji wydał z siebie oświadczenie.

Po drugie polski Prezydent nie zabrał do dziś głosu i sprawa jest zbyt poważna, aby zrzucić odpowiedzialność za to, na oczywistą niedojrzałość naszej głowy państwa, która woli zabawę w śniegu, niż wypełnianie obowiązków.

Po trzecie do dziś stanowiska nie zajął żaden, podkreślam żaden nasz sojusznikJedynie Żydzi Amerykańscy wierni temu, że są narodem pamięci dali świadectwo prawdzie. Nie wypowiedział się Departament Stanu USA, NATO, UE ani żaden kraj członkowski NATO, czy UE. Ktoś może powiedzieć, że nie jest to dla nich ważna sprawa. To prawda. Ale dyplomacja polska po to istnieje, aby w takich sytuacjach poprosić skutecznie naszych sojuszników o reakcję, bo DLA NAS jest to ważna sprawa. Tylko jak ten rząd i prezydent, który przez ostatnie pięć lat obrażał wszystkich na prawo i lewo ma poprosić o zrobienie czegoś w naszym interesie? Przecież gdy były sprawy ważne dla innych, to PiS zawsze się odwracał od sojuszników. I demonstracyjnie odchodził od fundamentów cywilizacji zachodniej.

Putin doskonale wyczuwa obecną naszą słabość.

Demonstracją tej słabości było upokorzenie, które na oczach świata zgotował nam jedyny „sojusznik” rządu PiS Donald Trump, który ostentacyjnie zlekceważył nasz kraj odwołując w ostatniej chwili przylot na 80 rocznicę wybuchu II Wojny Światowej i wybierając w zamian grę w golfa. Po takim policzku dalsze umizgi obecnej ekipy do obecnej administracji USA wyglądają jak skutek syndromu sztokholmskiego, a nie polityka międzynarodowa.

Jesteśmy kompletnie sami i musimy to sobie uświadomić.

PiS zrywając nasze więzi z zachodem poprzez odejście od zasad praworządności, które są kluczem do tego świata, wyeliminował nas z kręgu cywilizacji europejskiej i zbliżył do pozycji Białorusi. W zamian nie zaoferował nic.

Podobnie zrobiła sanacja w latach 30-tych, gdy zawarła porozumienie z Niemcami czym de facto przekreśliła sojusz polsko-francuski. Od tego momentu świat zachodni patrzył na nas przynajmniej podejrzliwie.

Zwrócenie się przeciwko Hitlerowi nastąpiło dopiero w roku 1939, ale szkody polegające na przyczynieniu się do rozpadu porządku wersalskiego były nie do odrobienia.

Brednie opowiadane przez dzisiejszy rząd o tym, że ataki Putina wynikają ze wzrostu naszej pozycji międzynarodowej mają charakter pijackich zaklęć rzeczywistości. Nie byliśmy w tak słabej geopolitycznie sytuacji od wiosny 1939.

Jedynym czynnikiem, który jest lepszy niż przed wybuchem wojny to fakt, że nasza gospodarka ciągle jest ważna dla Niemiec i całej UE oraz wynik wyborów w tym roku dał nadzieję krajom zachodnim, że ta żałosna ekipa dyletantów odejdzie niedługo w niebyt.

Natomiast gwarancje NATO mają taką wartość jak gwarancje USA, a siłę gwarancji Trumpa oglądaliśmy w ostatnich miesiącach, gdy porzucił swoich kurdyjskich sojuszników. Dopóki w USA rządzi Trump określający się jako przyjaciel Putina, to gwarancje NATO są warte tyle ile zapewnienia administracji USA przekazane przez Kancelarię Prezydenta RP, że Trump jeszcze w tym roku odwiedzi Polskę…

Historia pewnie da nam jeszcze jedną szansę.

Jeżeli w roku 2020 pozbędziemy się najgorszego i najbardziej żałosnego Prezydenta RP w naszej historii (ale za to chyba najlepszego narciarza), to możemy jeszcze wybrnąć z tego osamotnienia.

Historia jest nauczycielką życia. Uczmy się z naszej, tragicznej historii.

Więcej >>>

– Jestem przekonany, że po tradycyjnej przerwie, okresie świąteczno-noworocznym, która w Polsce kończy się 6 stycznia, pan prezydent zabierze głos. Natomiast politycy, którzy uważali, że Polska powinna dokonać jednostronnego zbliżenia z Rosją, dzisiaj atakują prezydenta za to, że przez kilka dni nie zabrał głosu. Jest to, przyzna pan, dość kuriozalne – mówił Adam Bielan w rozmowie z Wojciechem Dąbrowskim w „Graffiti” Polsat News.

Jak daleko posunie się PiS, aby utrzymać władzę?

22 Gru

Powinniśmy jak najszybciej zdekoncentrować sytuację medialną w Polsce, ponieważ ona nie spełnia standardów europejskich” – podkreśla minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Piotr Gliński mówiąc o planach kierowanego przez siebie resortu na najbliższe lata.

Minister zaznaczył, że stosowny projekt jest już od dawna gotowy i czeka tylko na odpowiednią polityczną decyzję. Partia rządząca od początku twierdzi, że media w Polsce, a w szczególności prasa, są opanowane przez koncerny zagraniczne, co wpływa na wolność owych mediów.

Z tą opinią nie zgadza się między innymi były prezes TVP, członek Rady Mediów Narodowych, Juliusz Braun. „To, co mówi minister Piotr Gliński można czytać jako pogróżki pod adresem mediów. Rząd chce po prostu osłabić silne media” – mówi Braun w rozmowie z portalem Wirtualnemedia.pl, dodając, że „w Polsce „tak naprawdę nie ma zmonopolizowanych mediów. Widocznie minister kultury jest źle poinformowany.”

Poza planami dekoncentracji mediów, kierowane przez Glińskiego ministerstwo kultury w ciągu najbliższych lat zamierza zaangażować się w powstanie kilku muzeów.

Powstać miałoby m.in. Centrum Gier Wideo, Narodowe Muzeum Techniki (w założeniach – na błoniach Stadionu Narodowego), Muzeum Wyspiańskiego oraz Muzeum Polskiej Sztuki Użytkowej jako nowych filii Muzeum Narodowego w Krakowie, Muzeum Badań Polarnych w Puławach, Panteon Śląski w Katowicach Muzeum ks. Popiełuszki w Okopach czy Interaktywne Centrum Bajki i Animacji w Bielsku-Białej. Mówił także o planowanej budowie nowej siedziby dla Akademii Muzycznej w Bydgoszczy oraz Europejskiego Centrum Muzyki w Żelazowej Woli.”

>>>

Donald Tusk stwierdził w wywiadzie, że posłowie opozycji „zawalili” i „dali ciała” w głosowaniu nad harmonogramem dotyczącym ustawy „kagańcowej” PiS, ale podkreślił, że sedno problemu „leży gdzie indziej”. Były premier powiedział też, że Jarosław Kaczyński jest autorem „największego kłamstwa, które zrujnowało polską wspólnotę”.

Donald Tusk w rozmowie z Wirtualną Polską krytykował niektóre postawy opozycji i ocenił, że choć jej politycy „kochają Polskę”, to nie zawsze to widać.

– Nawet przez myśl nie może nam przejść, żeby uznać: „okej, jak oni kłamią, to my też zaczniemy kłamać, tylko jeszcze lepiej, jeszcze mocniej” – powiedział Tusk. Stwierdził, że opozycji potrzebne jest kreatywne myślenie i emocje.

Odniósł się także do sytuacji z tego tygodnia, kiedy z powodu nieobecności części posłów PiS opozycja miała szanse opóźnić prace nad ostro krytykowaną ustawą o sądach. To się jednak nie udało, ponieważ na w Sejmie nie było też części jej posłów.

Ustawa „kagańcowa” nie szkodzi poparciu PiS. W nowym sondażu jest wyższe niż w wyborach

„Zło dzieje się gdzie indziej”

– Wpadka jest wpadką, nie ma co jej tłumaczyć i lepiej tych usprawiedliwień nie czytać dla dobra sprawy – powiedział Tusk. Dodał jednak, że on „nie linczowałby posłów za to, że czasami robią jakieś niechlujstwo, głupotę”.

– To trzeba bardzo wyraźnie wskazać palcem, ale zło dzieje się gdzie indziej. To, że będziemy mieli być może tę ustawę „kagańcową”, to nie dlatego, że grupa posłów nie przyszła na głosowanie, ale dlatego, że większość parlamentarna chce tej ustawy. Tu jest istota problemu – stwierdził. Dodał również, że nie chce usprawiedliwiać się, kiedy sam „coś zawali”, ponieważ woli się przyznać i naprawić. – Ale źródłem problemu nie są ci posłowie, którzy dali trochę ciała – ocenił.

Donald Tusk: Jarosław Kaczyński jest autorem „największego kłamstwa

Były przewodniczący Rady Europejskiej nawiązując do kwestii kłamstw w polityce stwierdził, że Jarosław Kaczyński jest autorem „największego kłamstwa, które zrujnowało polską wspólnotę”.

– Myślę tu o kłamstwie smoleńskim – stwierdził. – Jarosław Kaczyński – uważam, że absolutnie cynicznie – wykorzystał katastrofę smoleńską do bardzo ostrego podziału. I wiem, dlaczego. Jest typ polityków, którzy wygrywają, gdy agresja, nienawiść i podział są górą. To jest jego żywioł – powiedział.

– Jarosław Kaczyński jest autorem i promotorem największego kłamstwa, które zrujnowało polską wspólnotę. Mówię tu o kłamstwie smoleńskim – powiedział Donald Tusk w rozmowie z Tomaszem Machałą przeprowadzonej dla portalu Wirtualna Polska.

  • Zdaniem szefa Europejskiej Partii Ludowej wydarzenia po katastrofie smoleńskiej pogłębiły podziały w Polsce
  • Tusk ocenił, że obecny szef PiS tratuje swoich współpracowników w sposób cyniczny i instrumentalny
  • Były premier ocenił także wpadkę posłów opozycji, którzy nie pojawili się ostatnio na głosowaniu w Sejmie. – To nie oni są źródłem problemu – powiedział

Donald Tusk ocenił, że największym kłamstwem Kaczyńskiego jest „kłamstwo smoleńskie”. – To co się stało po katastrofie smoleńskiej wyostrzyło podziały, które i tak były wcześniej – mówił. Jego zdaniem podziały w polskim społeczeństwie „mają długą tradycję”. – One (podziały red.) są cały czas dość podobne w swojej istocie jeszcze od czasów przedwojennych – powiedział.

Tusk miał nadzieję, że po po odzyskaniu wolności i wejściu do Unii Europejskiej Polacy zaczną jakoś zakopywać podziały. – Uważam, że Jarosław Kaczyński absolutnie cynicznie wykorzystał katastrofę smoleńską do niezwykle ostrego podziału społeczeństwa i wiem dlaczego. Jest pewien typ polityków którzy wygrywają wtedy gdy agresja, nienawiść i podział są górą. On się w tym dobrze czuje, to jest jego żywioł I niektórzy może mu zazdroszczą tej umiejętności. Ja nie – powiedział były premier.

– Dlatego Kaczyński zawsze, a po katastrofie smoleńskiej z wyjątkową intensywnością, podsycał tę wzajemną niechęć do granic nienawiści – ocenił Tusk. Szef EPL stwierdził też, że stosunek Kaczyńskiego do ludzi nie zmienił się od lat 90-tych. – Jest on niezwykle instrumentalny, bardzo cyniczny – powiedział. Jego zdaniem z czasem u szefa PiS „zamieniło się to w bezlitosną formę pogardy wobec ludzi”.

Smoleńsk – 96 wspomnień

„Wpadka jest wpadką”

Tusk odniósł się też do sprawy posłów opozycji, którzy nie wzięli udziału w głosowaniu w Sejmie, przez co stracili szansę na odrzucenie ustawy dyscyplinującej sędziów autorstwa PiS. – Wpadka jest wpadką i nie ma tutaj czego tłumaczyć. Lepiej tych usprawiedliwień nie czytać dla dobra sprawy. Ja bym nie linczował posłów za to, że czasami robią jakieś niechlujstwo, głupotę. To trzeba wyraźnie pokazać, ale zło dzieje się gdzie indziej – ocenił szef EPL.

– Nie usprawiedliwiam ich. Siebie też nie jak coś nawalę, ale źródłem problemu nie są dziś posłowie, którzy dali ciała. Większość parlamentarna chce tej ustawy – i to istota problemu – dodał.

Seria wpadek opozycji

Tusk przekonywał też, że opozycji potrzebne jest dzisiaj „kreatywne myślenie i emocje”. – Znam tych ludzi, oni naprawdę kochają Polskę, ale za diabła tego czasami nie widać w ich reakcjach, sposobie mówienia – mówił były premier. we fragmentach wywiadu opublikowanego na stronach Wirtualnej Polski.

Jeśli Kaczyński, Ziobro i inni liderzy PiS myślą, że mogą bezkarnie wyprowadzić Polskę z UE, to lepiej niech sobie przypomną los obalonego przez Majdan prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza.

– „Nie rozumiem, dlaczego PiS naraża się na takie koszty” – powiedział Donald Tusk, komentując awanturę o tzw. ustawę kagańcową, znoszącą niezawisłość sądów. Pytanie jest dobre, choć przydałoby się drobne sprostowanie: PiS naraża na koszty nie siebie, lecz przede wszystkim nas wszystkich – Polskę. Gdyby uchwalone przez Sejm prawo miało zacząć obowiązywać, musielibyśmy wyjść z Unii Europejskiej. Wbrew wielu komentatorom uważam, że PiS nie dąży do tego w sposób świadomy, ale jego liderom po prostu nie starcza wyobraźni, by pojąć konsekwencje własnych działań. W efekcie, kto wie, może rzeczywiście dojdzie do polexitu, choć nikt go nie planował.

PiS sam zapędził się w ślepy zaułek. Rzeczywiście, Tusk ma rację – trudno to ogarnąć rozumem. Przecież partia Jarosława Kaczyńskiego uczciwie wygrała demokratyczne wybory (za pierwszym razem, w 2015 roku, bo 4 lata później można już było mieć zastrzeżenia do tej uczciwości) i dysponowała mandatem, by spokojnie sprawować władzę, tak jak wcześniej sprawowali ją zwycięzcy wszystkich poprzednich wyborów. Nie było najmniejszej potrzeby, by demolować w Polsce wszystko: gimnazja, spółki skarbu państwa, korpus urzędniczy, służbę zdrowia, sądownictwo, armię i stadniny koni arabskich.

W trakcie tej demolki partia rządząca sama podważyła i unicestwiła swój demokratyczny mandat. I dobrze o tym wie. Jeszcze cztery lata temu, gdy ruszyła do ataku przeciw Trybunałowi Konstytucyjnemu, bez przerwy powtarzała slogany o „woli suwerena”, którą rzekomo wyraża. Od tamtej jednak pory mityczny „suweren” wyparował z oficjalnej narracji. Nieprzypadkowo – rządzący mają świadomość, że społeczne poparcie dla nich jest coraz słabsze. Pokazały to także ostatnie wybory, po których PiS stracił większość w Senacie, a w Sejmie zachował ją tylko dzięki ordynacji pozwalającej mniejszość głosów przekuć na większość mandatów. A już za niecałe pół roku czekają nas wybory prezydenckie, w których szanse Andrzeja Dudy nie prezentują się zbyt różowo.

PiS zmaga się z aferami, nie ma tygodnia, by na światło dzienne nie wypłynęła kolejna sprawa krętaczy czy złodziei w szeregach partii rządzącej. „Wystarczy nie kraść” – głosili jej politycy, a w tym samym czasie kradli odzież z pojemników dla ubogich albo wchodzili w kontakty z sutenerami i gangsterami.

No i w dodatku skończył się łatwy szmal, który można było rozdawać na lewo i prawo. Rozpieszczany i hojnie obdarowywany wcześniej „suweren” musi się oswoić z rosnącą inflacją, z drożejącą energią, z jawnymi i ukrytymi podwyżkami danin.

Wszystko to razem tworzy nowy kontekst dla obecnego starcia z niezawisłym wymiarem sprawiedliwości, całkowicie odmienny od tego sprzed czterech lat. Wtedy PiS atakował Trybunał Konstytucyjny i Sąd Najwyższy, płynąc na fali wznoszącej się. Dziś fala opada, a tzw. ustawa kagańcowa nie jest krokiem ofensywnym, lecz desperacką obroną przed wspólnymi – skutecznymi! – działaniami polskiego i europejskiego wymiaru sprawiedliwości. Po orzeczeniach TSUE i polskiego Sądu Najwyższego pisowski reżim poczuł się zagrożony i – zapędzony do narożnika – zaczął w panice kąsać.

Właśnie panika i poczucie śmiertelnego zagrożenia tłumaczą antykonstytucyjny charakter tzw. ustawy kagańcowej. Najwyraźniej rządzący przestali już kalkulować i zastanawiać się nad konsekwencjami swych działań. Ratując swą władzę, sięgają po środki drakońskie i jawnie sprzeczne z polskim i europejskim prawem. Gdyby na chwilę ochłonęli i zastanowili się nad tym, co robią, musieliby zrozumieć, że ich projekt może wejść w życie tylko w warunkach polexitu.

Wówczas jednak musieliby sobie postawić kolejne pytanie: a kto im samym zagwarantuje bezpieczeństwo, jeśli wyjdą z UE i odrzucą cywilizowane standardy? Przecież reguły, jakimi rządzi się polityka w krajach europejskich, dają nie tylko gwarancje poszanowania praw mniejszości i opozycji, lecz także przewidują pokojowe przekazanie pałeczki i zapewniają rządzącym godne potraktowanie po utracie przez nich władzy.

Jeśli Kaczyński, Ziobro i inni liderzy PiS myślą, że mogą bezkarnie wyprowadzić Polskę z UE i odrzucić normy demokratycznego państwa prawa, to lepiej niech sobie przypomną los obalonego przez Majdan prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza, który musiał się salwować ucieczką helikopterem do Moskwy, szukając schronienia przed tłumem demonstrantów wdzierających się do jego rezydencji.

Morawiecki robi z siebie idiotę

30 List

Mateusz Morawiecki w wywiadzie dla PAP udowadnia, że albo nie rozumie, czym są pytania prejudycjalne, albo udaje, że nie rozumie. Przedstawia triumfalną narrację o rzekomo korzystnym dla PiS wyroku TSUE z 19 listopada. Zaciekle broni nowej KRS i znów atakuje sędziów

Premier Mateusz Morawiecki w rozmowie z PAP przedstawił zdumiewającą interpretację wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada. Oczerniał też sędziów, którym zarzucał politykierstwo i bronienie swoich przywilejów.

Morawiecki to kolejny obok prezydenta Andrzeja Dudy, ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry oraz wiceministra sprawiedliwości Sebastiana Kalety polityk najwyższego szczebla, który nastawia opinię publiczną przeciwko sędziom stosującym się do wyroku luksemburskiego Trybunału.


Politycy i media wspierające „reformę” sądownictwa nasiliły ataki na sedziów po wyroku TSUE. W takiej sytuacji obywatelskim obowiązkiem jest okazanie solidarności z sędziami, którzy są dziś w Polsce poddawani naciskom i represjonowani za orzekanie zgodnie z literą prawa oraz stosowanie się do orzeczeń najważniejszego sądu UE.

W niedzielę 1 grudnia w calym kraju zapowiedziano demonstracje solidarnosci z sędziami. Warto wziąć w nich udział.  O godz. 16:00 w Warszawie OKO.press bedzie na proteście pod Ministerstwem Sprawiedliwości.


Sprawdzamy, jak dalece opinie premiera mijają się z faktami.

Premier w obronie neo KRS

TSUE sam nie ocenił wprost KRS, ale podał Izbie Pracy SN przekrojowe i szczegółowe kryteria oceny czy  sposób powołania KRS nie budzi „wątpliwości co do niezależności organu biorącego udział w procedurze powoływania sędziów”.

Skala i różnorodność udokumentowanych zastrzeżeń co do powołania i funkcjonowania neo KRS uprawdopodobniają, że Izba Pracy SN niebawem oceni, że KRS nie gwarantuje powoływania sędziów niezależnych w rozumieniu prawa unijnego.

Premier o organizacji sądownictwa

TSUE potwierdził, że państwa członkowskie mają kompetencje do decydowania o organizacji wymiaru sprawiedliwości, ale – co w wyroku z 19 listopada kluczowe – efekt organizacji sądownictwa musi zapewniać respektowanie niezależności i niezawisłości sędziów tak, jak je rozumie prawo unijne.

Luksemburski Trybunał w swoich wyroku pokazał związek między organizacją sądownictwa, w tym ciałami biorącymi udział w wyborze sędziów, takimi jak KRS, a niezależnością i niezawisłością sędziów.

Premier Morawiecki utrzymywał jednak, że „Trybunał powiedział też wyraźnie, że z prawa europejskiego nie wynika jeden konkretny model ustroju sądownictwa, a tym bardziej taki model z którym polska KRS byłaby niezgodna”.

Pierwsza część tej wypowiedzi jest prawdziwa: nie ma jednego modelu ustroju sądownictwa, który musi obowiązywać w całej UE. Natomiast każdy kraj musi zapewnić, aby wypracowany w nim model zapewniał prawne i rzeczywiste przestrzeganie niezależności i niezawisłości sądownictwa.

Druga część tej wypowiedzi jest fałszywa. TSUE w wyroku wymieniał, jakie kryteria trzeba wziąć pod uwagę do oceny nowej KRS. Wymienił okoliczności związane z jej powołaniem i udziałem w nim polityków, a także kwestie dotyczące funkcjonowania tego organu.

Przypomnijmy znów szczegółowe wskazania TSUE:

O niezawisłych sądach

Zapowiedź skierowania wniosku do TK po wyroku Izby Pracy SN

Morawiecki ujawnił, że rząd nie przygotuje żadnych propozycji zmian legislacyjnych w związku z wyrokiem. O nową ustawę o Krajowej Radzie Sądownictwa apelowała m.in. I Prezes SN prof. Małgorzata Gersdorf, a także byli sędziowie TK i SN, m.in. Andrzej Rzepliński, Stanisław Biernat, Wojciech Hermeliński, Ewa Łętowska, Jerzy Stępień, Andrzej Zoll i Adam Strzembosz.

Premier stwierdził za to, że wątpliwości co do konstytucyjnego umocowania organów państwa – takich jak KRS – powinien rozstrzygnąć Trybunał Konstytucyjny, a nie sądy powszechne czy nawet Sąd Najwyższy.

To zapowiedź, że po wydaniu orzeczeń przez Izbę Pracy SN – co ma się stać przed świętami Bożego Narodzenia – do Trybunału Konstytucyjnego zostanie skierowany wniosek w sprawie KRS. Nie można wykluczyć, że kwestię nowej KRS rozstrzygnie skład TK z nowym sędziami, Stanisławem Piotrowiczem lub prof. Krystyną Pawłowicz.

„Jeśli jakiś sąd ma wątpliwości, czy organy władzy publicznej działają zgodnie z prawem polskim lub międzynarodowym, powinien zwrócić się o rozstrzygnięcie do Trybunału Konstytucyjnego. Konstytucja to nie tylko hasło na koszulce – sądy mają obowiązek jej przestrzegać.” –  mówił PAP premier Morawiecki.

W marcu 2019 roku TK w sprawie z wniosku samej nowej KRS, „zalegalizował” sposób wyboru nowej Rady. Uzasadnienie tego wyroku było „niespójne, nierzetelne, nieuczciwe intelektualnie i brakowało w nim argumentów konstytucyjnych” – komentował konstytucjonalista dr Michał Ziółkowski.

Rewizja historii rad sądownictwa

W wywiadzie dla PAP Morawiecki nawiązywał do tego wyroku TK, mówiąc, że „obecna KRS została powołana zgodnie z Konstytucją RP”. Ocenił też, że poprzednie KRS nie były powoływane zgodnie z Konstytucją, ponieważ, jego zdaniem:

  • ich członkowie wybierani byli na indywidualne kadencje,
  • KRS była niereprezentatywna, nie było w niej prawie w ogóle przedstawicieli sądów rejonowych, a więc ponad 70 procent polskich sędziów.

Premier dokonał nieuprawnionej rewizji historii Krajowej Rady Sądownictwa. Konstytucja nie mówi bowiem, czy kadencje powinny być liczone indywidualnie, czy wspólnie dla wszystkich osób zasiadających w KRS. Natomiast mówi wyraźnie, że kadencja trwa 4 lata. Przerwanie jej przed terminem stoi w sprzeczności z Konstytucją.

Konstytucja mówi również, że sędziowscy członkowie KRS są wybierani przez środowisko sędziowskie, a nie przez polityków. Niezgodność z konstytucją wyboru sędziowskich członków obecnej KRS polega na tym, że zostali oni wybrani przez parlament, czyli polityków.

Jeszcze przed 2015 rokiem, zanim PiS zaczął wprowadzać zmiany w sądach, w dyskusjach sędziów oraz debacie naukowej pojawiały się pomysły, żeby w KRS zasiadali sędziowie reprezentujący sądy różnych instancji. Dyskutowano też nad wprowadzeniem reprezentacji regionalnej.

Słowa premiera Morawieckiego, że poprzednie Rady naruszały konstytucję, ponieważ nadreprezentowani byli w nich sędziowie sądów wyższych instancji, jest nadużyciem.

Antysędziowska propaganda

Mateusz Morawiecki jest z wykształcenia historykiem, a z pasji – ekonomistą, a nie znawcą prawa europejskiego. Nie usprawiedliwia to jednak, dlaczego premier polskiego rządu, zamiast odpowiadać merytorycznie na pytania o znaczenie wyroku luksemburskiego Trybunału (pomogłaby mu w tym lektura Stanowiska 13 organizacji broniących praworządności), atakuje sędziów.

Premier kreśli wizję sędziokracji i sędziowskiej rebelii. Zapowiedział też, że za ewentualny chaos prawny po wyroku TSUE będą odpowiadać sami sędziowie.

W rozmowie z PAP mówił: „Sędziowie są powołani po to, aby przestrzegać prawa i je stosować. Może im się to prawo nie podobać, mogą być niezadowoleni, że pewne decyzje, dotyczące na przykład nominacji sędziowskich spraw dyscyplinarnych przestały być wyłączną domeną sędziowskiej korporacji – ale muszą postępować zgodnie z tymi przepisami”.

To kolejna wypowiedź polityka najwyższego szczebla sugerująca, że protesty sędziów przeciwko systemowi odpowiedzialności dyscyplinarnej i innym represjom to reakcja na odebranie „kaście” części przywilejów i wprowadzenia obiektywnych, zewnętrznych kryteriów oceny pracy sędziów.

Podobną narrację przedstawił prezydent Andrzej Duda na spotkaniu z wyborcami w Brojcach.

Wiceminister Sprawiedliwości Sebastian Kaleta bagatelizował zaś kwestie udokumentowanych represji wobec sędziów. Apel Prezesa Izby Cywilnej SN o niewyznaczanie do orzekania sędziów tej izby, którzy zostali rekomendowani przez nową KRS, skomentował słowami: „Kolejka sędziów, którzy chcą zostać męczennikami, jest bardzo długa”.

Nastawianie społeczeństwa przeciw sędziom przed wyrokiem TSUE w 2020 roku

Politycy i media sympatyzujące z większością rządzącą przygotowują już grunt przed ważnym wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

W połowie 2020 roku TSUE rozstrzygnie, czy wprowadzony przez PiS system odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów jest do pogodzenia z unijnymi standardami niezawisłości i niezależności sędziów. W październiku skargę do TSUE w tej sprawie złożyła Komisja Europejska.

Pytania o model dyscyplinarny Komisja zakreśliła bardzo szeroko. Zastępca Rzecznika Praw Obywatelskich dr Maciej Taborowski wyjaśniał, że skarga „dotyczy bardzo wielu elementów systemu dyscyplinarnego – Izby Dyscyplinarnej SN, działalności rzeczników dyscyplinarnej, możliwości wykorzystania przepisów dyscyplinarnych do karania za treść wyroków sądowych, możliwości wszczynania postępowań dyscyplinarnych za zadawanie pytań prejudycjalnych, braku gwarancji procesowych w postępowaniu dyscyplinarnych, wywierania na sędziów efektu mrożącego oraz połączenie tego z istotnym wpływem władzy wykonawczej na system odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów. W skardze chodzi o strukturalne naruszenie niezawisłości sędziów przez ten wieloaspektowy, skomplikowany system odpowiedzialności dyscyplinarnej, skonstruowany za Sejmu VIII kadencji.”

TSUE rozstrzygnie m.in. kwestię sędziów Izby Dyscyplinarnej SN. W tym celu będzie musiał się wypowiedzieć o nowej KRS. Luksemburski Trybunał wyłożył kryteria tej oceny w wyroku 19 listopada.

To postępowanie ze skargi o naruszenie prawa unijnego, a nie postępowanie w odpowiedzi na pytanie prejudycjalne. Oznacza to, że TSUE orzeknie, czy konkretne przepisy polskiego prawa naruszają prawo unijne. Polski rząd będzie musiał zastosować się do tego wyroku. Jeśli tego nie zrobi, TSUE może nawet nałożyć na Polskę kary finansowe.

Do ogłoszenia tego wyroku, politycy i media wspierające „reformę” sądownictwa zapewne będą nadal przedstawiać sędziów w negatywnym świetle i nastawiać część społeczeństwa przeciwko nim.

W takiej sytuacji obywatelskim obowiązkiem jest okazanie solidarności z sędziami, którzy są dziś w Polsce poddawani naciskom i represjonowani za orzekanie zgodnie z literą prawa oraz stosowanie się do orzeczeń najważniejszego sądu UE.

Warto być z sędziami w niedzielę 1 grudnia o godz. 16:00 na proteście pod Ministerstwem Sprawiedliwości.

„Będę już nie tylko sercem, ale też coraz bardziej fizycznie obecny w Polsce. Mam pewne zobowiązania, pewne pomysły. Jako szef Europejskiej Partii Ludowej będę miał obowiązki i odpowiedzialności takie ogólnoeuropejskie, ale będę miał dużo więcej czasu i wykorzystam ten czas bardzo intensywnie dla polskich spraw” – powiedział odchodzący szef Rady Europejskiej Donald Tusk. Dzisiaj kończy się jego druga kadencja na tym stanowisku.

Tusk był szefem Rady Europejskiej w latach 2014-2019. W symboliczny sposób przekazał dziś stery w Radzie byłemu belgijskiemu premierowi. Charles Michel otrzymał od Tuska dzwonek.

„Trudne, fajne, no, takie intensywne pięć lat. Rzeczywiście duże wyzwania. Jakoś daliśmy radę. Na pewno nie wszystko było idealnie. Jak porównam sobie mój pierwszy dzień i ten ostatni i to, co udało się zrobić, także dla Polski, ale przede wszystkim utrzymać UE mimo kryzysów w takiej autentycznej solidarności, to jest to na pewno powód do satysfakcji” – podsumował Tusk. Dodał, że jeśli „siedem lat premierostwa minęło jak jeden tydzień, to pięć lat w Radzie – jak jeden dzień”.

Tusk stwierdził, że nie podejrzewał, iż scenariusz jego kadencji będzie napisany przez Alfreda Hitchcocka, czyli na początek trzęsienie ziemi, a później wzrost napięcia. – „Udało się utrzymać Unię Europejską, mimo kryzysów, rzeczywiście w autentycznej solidarności. Udało się utrzymać pełną jedność i wobec Rosji, i w sprawie brexitu. Tych kryzysów można by opisać wiele, ale wszyscy mają poczucie, że Europa przetrwała je dzięki solidarności, co jest polską specjalnością, więc jestem zadowolony” – powiedział odchodzący szef Rady. Europę określił jako „najlepsze miejsce na ziemi”.

20 listopada podczas kongresu Europejskiej Partii Ludowej w Zagrzebiu Tusk został wybrany przewodniczącym tego ugrupowania. Jego trzyletnia kadencja oficjalnie rozpocznie się 1 grudnia.

„Panie Marianie niech się Pan nie martwi zawiadomieniem do prokuratury. Gdy złożył Birgfellner na JK to czekaliśmy 9 miesięcy na decyzję, a na koniec odmówili wszczęcia. Tu pewnie będzie tak samo” – napisał na Twitterze Roman Giertych. Chodzi o powiadomienie przez CBA prokuratury w sprawie oświadczeń majątkowych prezesa NIK.

CBA we wniosku napisało, że podejrzewa Mariana Banasia o złożenie nieprawdziwych oświadczeń majątkowych, zatajenie faktycznego stanu majątkowego oraz nieudokumentowanych źródeł dochodu.  

A Giertych ma oczywiście na myśli sprawę złożonego przez austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera zawiadomienia o możliwości popełnienia oszustwa przez Jarosława Kaczyńskiego. O decyzji podwładnych Zbigniewa Ziobry: „Prokuratura odmówiła śledztwa dot. dwóch wież Kaczyńskiego – sprawa trafi do sądu”.

Internauci w komentarzach wtórowali Giertychowi: – „Może niech tylko pójdzie na urlop i niech wpłaci cosik na Caritas i już kryształ gotowy”; – „Gdyby nasza flota była tak „pancerna” jak Marian, to byśmy panowali nawet na Morzu Południowo-Chińskim”; – „A ja mam nadzieję, że Marian będzie wpadał do więzienia przynajmniej na godzinki”; – „Duda już obiecał, że Banasia ułaskawi jeszcze przed świętami”.

Zamieszczali też wymowne w obecnej sytuacji zdjęcia, na których widać m.in. Andrzeja Dudę, ściskającego dłoń Mariana Banasia i pozującego z nim do pamiątkowej fotografii.

Nadchodzi czas, gdy wszyscy zapłacimy za politykę partii rządzącej.

Moi drodzy wielbiciele Zjednoczonej Prawicy i ci tzw. obojętni obywatelsko, mam dla Was „świetną” wiadomość. Nadchodzi czas, gdy my wszyscy, również i Wy, odczujecie na własnej skórze, piękno „dobrej zmiany”. Przed nami rok 2020 i planowanie budżetów samorządowych, które na pewno odbiją się mieszkańcom miast, miasteczek i powiatów ostrą czkawką. Koniec ze spokojną egzystencją, jaką zapewniają w miarę pełne portfele. Koniec z wiarą, że życie jest idealne na naszą kieszeń, a czego sami sobie nie załatwimy to samorządy nam dadzą i będzie super.

Niestety, to właśnie samorządy poniosą koszty obietnic PiS, a tym samym i my. Spójrzmy! Zmniejszenie stawki PIT z 18 do 17% i wprowadzenie zerowego podatku dla osób do 26 roku życia to ponad miliard zł straty dla 12 najbogatszych miast. I tak Warszawa będzie o 894,2 mln zł do tyłu, Kraków 253 mln zł, Wrocław 208,8 mln zł i Poznań 172,9 mln zł.  W sumie dwanaście polskich miast straci 2,3 mld zł. Dorzućmy do tego ok. 9,5 mld zł, które stracą samorządy w wyniku zmian w OFE. Nie zapominajmy też o zwiększeniu pensji minimalnej i niewystarczającej subwencji oświatowej, która w 2020 roku ma wynieść ok. 50 mld zł, ale według samorządowców jest zdecydowanie za niska, o wzroście cen usług budowlanych, drogowych oraz materiałów budowlanych. Drastycznym wzroście cen energii, opłat za wodę pobieraną m.in. przez wodociągi, cen za wywóz śmieci czy wreszcie wzrost kosztów pracy.

To są wyzwania, przed którymi stoją dzisiaj samorządy, opracowując budżet na 2020 rok. Co więc w tej sytuacji zrobią nasi włodarze? Zaczną ostro oszczędzać, gdzie tylko się da.

Przychody Poznania zmniejszą się o 175 mln zł, stąd mniejsze dotacje dla przedszkoli i żłobków, ograniczenie wydatków na programy dla seniorów, sport, kulturę i bieżące utrzymanie dróg oraz zieleni. Mniej pieniędzy przeznaczy się też na renowacje budynków, zostanie zawieszona część zajęć dodatkowych w szkołach, a część planowanych inwestycji, tych, na które nie ma dotacji unijnych, zostanie przesunięta w czasie. Nie będzie pieniędzy na poprawę jakości powietrza, powstanie mniej nowych dróg, chodników, parków.

W Rudzie Śląskiej cięcia dotkną promocji miasta, kultury i sportu. W Chorzowie nie rozpocznie się, tak oczekiwana, budowa stadionu Ruchu Chorzów. W Szczecinie już uchwalono maksymalny wzrost podatku od nieruchomości. Podatki lokalne planuje podwyższyć również Kraków, podobnie jak zablokować planowane wcześniej inwestycje. Burmistrz Opola Lubelskiego, w związku ze wzrostem płacy minimalnej, wypowie pracownikom pomocniczym 90 pełnoetatowych umów i zatrudni ich na 3/4 etatu, bo nie jest w stanie wypełnić zobowiązań, które wynikają ze wzrostu tej płacy. W Białymstoku już wiadomo, że zmniejszy się znacznie wydatki na promocję miasta oraz imprezy i wydarzenia kulturalne. Pabianice ograniczą częstotliwość kursów autobusów pomiędzy godzinami szczytu, w Bolesławcu zostanie przywrócony podatek od lokali mieszkalnych, a w Ustrzykach Dolnych samorząd zlikwiduje dopłatę do wody i ścieków dla mieszkańców, ograniczy zakres organizowanych wydarzeń kulturalno-sportowych, w jednostkach organizacyjnych, w szkołach oraz w urzędzie wstrzyma jakiekolwiek remonty, zakupy publikacji książkowych do bibliotek i planuje likwidację m.in. dwóch szkół. Gdzie nie spojrzymy, tam cięcia, oszczędności i walka o każdy grosz. Od Warszawy po Pcim Dolny. Od Bałtyku do Tatr. Wszędzie samorządy zaciskają ostro pasa.

Oczywiście, prezes i jego Zjednoczona Prawica pójdą w zaparte. Będą mówić, że wszystko jest super, kasy mamy jak lodu i tylko te wredne samorządy piętrzą trudności, a to przecież nic innego jak sabotaż i czysta polityka. I gdzieś tam, w zaciszu, PiS będzie zacierać rączki z radości, licząc, że gniew narodu skieruje się przeciwko włodarzom miast, miasteczek, powiatów i gmin, których sami nieopatrznie wybrali, a w efekcie w kolejnych wyborach samorządowych wygrają już tylko kolesie Kaczyńskiego.

Zanim jednak zaczniemy obrzucać samorządy kalumniami, obwiniać o zaistniały stan i wkurzać się o to, że nikt nam nie dopłaci do przedszkola, że więcej płacimy za komunikację miejską, że w parku jest brudno, a na spacerze straszą nas zdewastowane kamienice, że żyje się gorzej, że kasy brakuje, proponuję przypomnieć sobie jedno. Na prezesa i jego ugrupowanie zagłosowało ponad 8 milionów obywateli. Z kolei prawie 11 milionów w ogóle odpuściło sobie wybory, bo przecież polityka ich nie interesuje i fajnie im się żyje we własnym kokonie.

Wychodzi więc na to, że prawie 20 mln Polaków, z tych trzydziestu milionów z prawem wyborczym, postawiło na partię, która rozdaje kasę na prawo i lewo. Prawie ¾ Polaków wykazało się nieznajomością zasady, która mówi, że żeby komuś coś dać, to trzeba komuś zabrać. No i właśnie ten czas bolesnego zderzenia z rzeczywistością, jaką zafundował nam PiS, nadchodzi. Był czas rozdawania, nadszedł czas zabierania… i tyle w temacie.

Kościół walczy z nauką o seksie, bo ta nauczyłaby dzieci i młodzież, jak chronić się przed pedofilami w sukienkach

14 List

O pedofilskich skłonnościach ks. Mariusza W. poinformowała Szkoła Podstawowa nr 5 w Nowym Targu, gdzie uczył on religii. Sprawa została ujawniona podczas zajęć wychowawczych – nauczycielka poruszyła z dziećmi temat molestowania seksualnego. Kilka uczennic przyznało, że takich zachowań dopuścił się ich katecheta.

Szkolni pedagodzy zawiadomili o tym prokuraturę. Ksiądz Mariusz W., początkowo, zaprzeczał oskarżeniom i twierdził, że jest niewinny. Uznawał się nawet za „duszpasterza dzieci”.

Duchowny – jak poinformowała „Gazeta Krakowska” – zmienił zdanie w zeszłym tygodniu i przyznał się do zarzucanych mu czynów. „Przyznaję się, zrobiłem to” – oznajmił. Deklaracja nie kończy sprawy. Proces dalej trwa, a wyrok jeszcze nie zapadł.

Sprawa jest o tyle bulwersująca, że po nagłośnieniu sytuacji ksiądz został przeniesiony do innej parafii. W Nowym Targu zorganizowano pożegnalną mszę, a część wiernych deklarowało swoje poparcie dla zboczeńca w sutannie, który „umiał zjednywać do siebie ludzi przez swoją otwartość”.

Ofiary zboczeńca miały od 9 do 12 lat. Do molestowania doszło podczas szkolnych wycieczek w góry i na basen.

PE „potępia niedawne wydarzenia w Polsce, które miały na celu dezinformację, stygmatyzację i zakazanie edukacji seksualnej”. Chodzi o projekt „Stop Pedofilii”, którym zajmie się nowy Sejm: za szerzenie wiedzy o seksie poniżej 18 r.ż. nawet do 3 lat więzienia. Europosłowie apelują, by polski parlament odrzucił projekt i zapewnił młodzieży rzetelną edukację

Projekt rezolucji potępiającej projekt „Stop Pedofilii” złożyli 6 listopada 2019 eurodeputowani z czterech największych ugrupowań Parlamentu Europejskiego:

  • Europejskiej Partii Ludowej (w której zasiadają PO i PSL);
  • Socjalistów i Demokratów (której członkami są politycy SLD i Wiosny oraz Sylwia Spurek);
  • Liberalnej frakcji „Odnowić Europę”;
  • Zielonych;
  • Zjednoczonej Lewicy Europejskiej.

W głosowaniu podczas sesji plenarnej 14 listopada 2019 projekt przyjęto znakomitą większością głosów: 471 do 128, wstrzymało się 57. Przepadły wszystkie 23 poprawki zgłaszane m.in. przez polityków PiS zrzeszonych we frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (EKR).

O wyniku głosowania poinformowała na Twitterze lewicowa europosłanka Sylwia Spurek.

Wynik był trudny do przełknięcia dla polityków PiS. Swoje oburzenie wyraziła była rzeczniczka partii, dziś eurodeputowana PiS Beata Mazurek.

Rzeczywiście nie ma mowy o przypadku. Bo groźny projekt, którym zajmie się już nowy Sejm, jest pełen prawnych nieścisłości i może pozbawić polską młodzież dostępu do edukacji. Ta stanowi jedno z praw podstawowych UE. Nic dziwnego, że sprawą zainteresował się więc Parlament Europejski.

Co przyjął PE?

W przyjętej w czwartek rezolucji Parlament Europejski przypomina, że:

„Zdrowie seksualne ma podstawowe znaczenie dla ogólnego zdrowia i dobrostanu jednostek, par i rodzin, dodatkowo przyczyniając się do społecznego i gospodarczego rozwoju społeczności i państw, a dostęp do zdrowia, w tym zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego, jest prawem człowieka”.

PE wyraża też zaniepokojenie „niezwykle niejasnymi, szerokimi i nieproporcjonalnymi przepisami projektu ustawy, które de facto zmierzają do penalizacji upowszechniania edukacji seksualnej wśród nieletnich i których zakres potencjalnie grozi wszystkim osobom – a w szczególności edukatorom seksualnym, w tym nauczycielom, pracownikom służby zdrowia, pisarzom, wydawcom, organizacjom społeczeństwa obywatelskiego, dziennikarzom, rodzicom i opiekunom prawnym – karą pozbawienia wolności do trzech lat za nauczanie o ludzkiej seksualności, zdrowiu i stosunkach intymnych”.

Eurodeputowani zachęcają wszystkie państwa członkowskie do wprowadzenia w szkołach kompleksowej, dostosowanej do wieku edukacji seksualnej i edukacji o relacjach międzyludzkich.

Przypominają też, że edukacja seksualna jest niezbędną częścią programu nauczania w szkołach w celu spełnienia standardów WHO dla Europy. O standardach tych pisaliśmy wielokrotnie w OKO.press.

PE podkreślił, że brak edukacji seksualnej zagraża bezpieczeństwu młodzieży, która jest bardziej narażona na wykorzystywanie seksualne i cyberprzemoc. Zwrócił uwagę na fakt, że zasadniczą rolą zajęć tego typu powinno być przekazywanie uczniom wiedzy na temat równości płci.

W końcu potępił

„niedawne wydarzenia w Polsce, które miały na celu dezinformację, stygmatyzację i zakazanie edukacji seksualnej, a w szczególności surową, niewłaściwą i błędną treść uzasadnienia przewidzianego w projekcie ustawy”.

Eurodeputowani apelują do polskiego parlamentu, by

„wstrzymał się od przyjęcia proponowanego projektu ustawy oraz zapewnił młodzieży dostęp do kompleksowej edukacji seksualnej” oraz „udzielił wsparcia osobom zapewniającym taką edukację i informacje w sposób rzeczowy i obiektywny”.

PE wezwał też Radę UE do zajęcia się tą kwestią podczas planowanych wysłuchań Polski w ramach procedury z art. 7 Traktatu o UE. Bo edukacja jest samodzielnym prawem podstawowym oraz warunkiem wstępnym korzystania z innych podstawowych praw i wolności zagwarantowanych w art. 2 TUE, Konstytucji RP i Karcie Praw Podstawowych.

Więzienie za edukację

O obywatelskim projekcie zatytułowanym przewrotnie „Stop Pedofilii” pisaliśmy w OKO.press już na początku października, gdy okazało się, że trafi on na ostatnie obrady starego Sejmu. Ostrzegaliśmy, że pod pozorem walki z „demoralizacją i seksualizacją dzieci”, autorzy chcą zakazać przekazywania uczniom podstawowej wiedzy o seksualności człowieka.

Kara więzienia do lat 3 miałaby grozić edukatorom seksualnym, ale też nauczycielom, lekarzom, wydawcom czy dziennikarzom. Wszystkim, którzy dopuszczają się „propagowania zachowań seksualnych wśród małoletnich”. Małoletnich, czyli takich, którzy nie ukończyli 18 lat.

W uzasadnieniu autorzy projektu mówią wprost o tym, jaki przyświeca im cel. „Odpowiedzialne za »edukację« seksualną środowiska wchodzą do kolejnych placówek oświatowych w Polsce, rozbudzając dzieci seksualnie oraz promując wśród uczniów homoseksualizm, masturbację i inne czynności seksualne” – ostrzegają.

Jak pisała w OKO.press Dominika Sitnicka uzasadnienie szkodliwości edukacji seksualnej to zbiór anegdot, niepopartych badaniami opinii i kuriozalnych sformułowań. Jako przykłady podejrzanych treści autorzy projektu wprost wymieniają m.in. zajęcia dotyczące antykoncepcji, profilaktyki ciąż wśród nieletnich i chorób przenoszonych drogą płciową (np. HIV i AIDS) oraz dojrzewania i dorastania.

PiS: wspaniały pomysł

Choć absurdalny i niebezpieczny, projekt spotkał się z przychylnością polityków prawicy. Jako pierwsi poinformowaliśmy, że podczas pierwszego czytania w Sejmie 15 października 2019, posłowie PiS i Konfederacji mówili o nim w samych superlatywach.

Politycy PiS stwierdzili wręcz, że projekt powinien mocniej penalizować, bo przestępstwo zagrożone karą do trzech lat więzienia może zostać warunkowo umorzone. Dlatego ich propozycją była kara pięcioletniego więzienia. Projekt pomyślnie przeszedł głosowanie 16 października i został skierowany do prac komisji. Zajmie się nim już wkrótce nowy Sejm.

Inicjatywa „Stop Pedofilii” wzbudziła ogromne emocje wśród opinii publicznej. Przez całą Polskę przetoczyły się obywatelskie protesty, wady projektu punktowali eksperci. Z najnowszego sondażu OKO.press z października wynika, że aż 65 proc. Polek i Polaków uważa, że w szkole trzeba mówić otwarcie o seksie, antykoncepcji i orientacjach.

Projektu bronili prawicowi politycy, w tym na forum PE europoseł Patryk Jaki. W OKO.press krok po kroku rozbrajaliśmy wszystkie manipulacje i przekłamania, jakich dopuścili się m.in. politycy PiS oraz przedstawiciele władz Kościoła.

W przeciwieństwie do swej partyjnej koleżanki Krynickiej, Marek Suski wykazał się przynajmniej poczuciem humoru… Lotna Brygada Opozycji sfilmowała spotkanie z politykiem na Krakowskim Przedmieściu:

„Panie Suski, pan się nie chowa, jest pan otoczony. Pośle Suski, coś panu wypadło, o tutaj” – zaczepił Marka Suskiego jeden z aktywistów z Lotnej Brygady Opozycji.

Kiedy szef gabinetu politycznego premiera odwrócił się, żeby zobaczyć, czy rzeczywiście mu coś upadło, wtedy aktywista pospieszył mu z „pomocą”: Pan się nie schyla, to przyzwoitość” – powiedział.

Zgoła inaczej było wcześniej z cieszącą się nie największą sympatią mediów byłą posłanką Prawa i Sprawiedliwości Bernadettą Krynicką.

W podobny sposób zaczepiona niedaleko budynku Sejmu odgryzła się żartownisiowi w dość typowym dla siebie stylu: „zamknij się pan”.

Eliza Michalik pisze o tym, czego możemy oczekiwać po opozycyjnym Senacie.

Opozycja w Senacie musi stanowczo i konsekwentnie wykorzystywać wszystkie – zgodne z prawem – możliwości.

Słuchając triumfalnych wypowiedzi i okrzyków radości po wyborze Tomasza Grodzkiego na marszałka Senatu, można by pomyśleć, że opozycja już wygrała z PiS. Nic podobnego. To nie jest koniec, to nie jest nawet początek końca. Stanowisko trzeciej osoby w państwie w rękach opozycji to zaledwie, jakby to ujął Winston Churchill, koniec początku. Teraz dopiero zacznie się prawdziwa polityka.

Prawdziwa, czyli układanki, łamigłówki, żmudne targi i negocjacje oraz przeciąganie senatorów przez PiS na swoją stronę przy każdej pojedynczej ustawie i głosowaniu. Bo, że PiS nie zrezygnuje z walki o senacką większość, w to chyba nikt nie wątpi. Zresztą, czemu miałoby? Polityka to przecież sztuka wygrywania i skuteczności w realizacji swoich celów.

Pierwsza większa bitwa być może rozegra się o lukę w prawie opisaną przez Romana Giertycha, który uważa, że w Konstytucji jest furtka, umożliwiająca opozycji całkowite zablokowanie niekonstytucyjnych projektów pisowskich ustaw. Zdaniem Giertycha, Konstytucja nakazuje co prawda Sejmowi przekazać ustawę przez siebie uchwaloną do Senatu, nie precyzuje natomiast, w jakim terminie Senat ma ją rozpatrzyć. – „Wystarczy więc, aby większością głosów wprowadzić poprawkę do Regulaminu Senatu, która wprowadziłaby zasadę, że w przypadku zasadniczych wątpliwości co do konstytucyjności ustawy Marszałek Senatu ma obowiązek przed przekazaniem uchwały Senatu z poprawkami lub odrzuceniem ustawy do Marszałka Sejmu upewnić się, że wszystkie organy konstytucyjne uczestniczące w procesie legislacyjnym, czyli Sejm, Prezydent i Trybunał Konstytucyjny zostały obsadzone zgodnie z Konstytucją. W przypadku, gdyby orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego (tak jest obecnie w odniesieniu do trzech sędziów TK) uznano, że [skład] któregoś z tych organów jest nieprawidłowo obsadzony, to Marszałek Senatu miałby obowiązek się powstrzymać z przekazaniem uchwały Senatu do Sejmu RP do czasu prawidłowego obsadzenia tego organu” – pisze były wicepremier. Jeśli luka prawna wskazana przez Giertycha jest prawdziwa, oznacza to, że PiS może znaleźć się w ogromnym politycznym niebezpieczeństwie.

W tym kontekście zwracam uwagę na to, że prawdziwa polityka zaczyna się teraz i radość z wyboru opozycyjnego marszałka Senatu, która niewątpliwie działa na emocje wyborców i parlamentarzystów opozycji, niewiele znaczy w kontekście pragmatycznej politycznej gry. Oczywiście, jak już Państwu pisałam marszałek Senatu może wiele – łącznie z wygłaszaniem do Polaków telewizyjnych orędzi, które będzie musiała emitować TVP Jacka Kurskiego i doprowadzeniem do tego, że do Senatu przeniesie się zlikwidowana przez PiS debata parlamentarna, ale jednak deklarowanym politycznym celem opozycji jest powstrzymanie PiS przed dalszym łamaniem prawa i Konstytucji.

Czy uda się ten cel osiągnąć będzie zależało od najbardziej prozaicznych sprawności polityków opozycji, jak wyszukiwanie takich właśnie furtek w prawie i sprawne posługiwanie się nimi dla własnych celów. Zgodnie z prawem, acz stanowczo i konsekwentnie.

Oto wspomniany tekst Giertycha:

Dlaczego PiS do końca walczył o Senat, aby wreszcie dzisiaj ostatecznie przegrać? Bo w zapisach Konstytucji drzemie opcja atomowa Senatu, która może całkowicie zablokować niekonstytucyjne przepisy ustaw.

W trakcie obowiązywania obecnej Konstytucji nie było przypadku, aby partia rządząca utraciła Senat. Stąd nikt się nie przyglądał zapisom Konstytucji rozważając co może Marszałek Senatu, a czego nie. Tymczasem Konstytucja RP zawiera dosyć enigmatyczny zapis dotyczący uprawnień Senatu. Cytuje w całości art. 121 Konstytucji:

„1. Ustawę uchwaloną przez Sejm Marszałek Sejmu przekazuje Senatowi.

2. Senat w ciągu 30 dni od dnia przekazania ustawy może ją przyjąć bez zmian, uchwalić poprawki albo uchwalić odrzucenie jej w całości. Jeżeli Senat w ciągu 30 dni od dnia przekazania ustawy nie podejmie stosownej uchwały, ustawę uznaje się za uchwaloną w brzmieniu przyjętym przez Sejm.

3. Uchwałę Senatu odrzucającą ustawę albo poprawkę zaproponowaną w uchwale Senatu uważa się za przyjętą, jeżeli Sejm nie odrzuci jej bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów.”

Jak łatwo zauważyć Konstytucja narzuca obowiązek przekazania ustawy uchwalonej przez Sejm do Senatu. Obowiązek ten ciąży na Marszałku Sejmu i jak każdy tego typu obowiązek należy go wykonać niezwłocznie.

Konstytucja milczy natomiast w jakim terminie Marszałek Senatu ma przekazać uchwałę Senatu z poprawkami lub odrzuceniem ustawy do Sejmu. Termin 30 dni jest wyznaczony tylko na samo podjęcie uchwały i tylko w razie uchybienia temu terminowi uznaje się ustawę za uchwaloną w wersji sejmowej.

Nie jest jednak nic powiedziane o tym co się dzieje, gdy uchwała Senatu podjęta w czasie tych 30 dni nie zostaje przekazana do Sejmu. Zgodnie z art. 112 i art. 124 Konstytucji to Senat w swym regulaminie przyjmuje organizacje wewnętrzną i porządek prac. Wystarczy więc, aby większością głosów wprowadzić poprawkę do Regulaminu Senatu, która wprowadziłaby zasadę, że w przypadku zasadniczych wątpliwości co do konstytucyjności ustawy Marszałek Senatu ma obowiązek przed przekazaniem uchwały Senatu z poprawkami lub odrzuceniem ustawy do Marszałka Sejmu upewnić się, że wszystkie organy konstytucyjne uczestniczące w procesie legislacyjnym, czyli Sejm, Prezydent i Trybunał Konstytucyjny zostały obsadzone zgodnie z Konstytucją. W przypadku, gdyby orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego (tak jest obecnie w odniesieniu do trzech sędziów TK) uznano, że któregoś z tych organów jest nieprawidłowo obsadzony, to Marszałek Senatu miałby obowiązek się powstrzymać z przekazaniem uchwały Senatu do Sejmu RP do czasu prawidłowego obsadzenia tego organu. Ewentualnie takie uprawnienie można określić w Regulaminie Senatu dla Marszałka Senatu w przypadku ustaw dotyczących sądownictwa w odniesieniu do niekonstytucyjnego obsadzenia KRS.

Czy użycie tej opcji atomowej jest możliwe? Nie łamie ona Konstytucji, ale z pewnością narusza pewien dobry zwyczaj parlamentarny. Zwyczaj jest czymś dobrym, co należy chronić. Jednakże dobre zwyczaje muszą ustępować w sytuacji, gdy mamy zamach na Konstytucję. PiS w poprzedniej kadencji dopuścił się zamachu na Konstytucję. Mamy niekonstytucyjny skład KRS, a przede wszystkim mamy niekonstytucyjny Trybunał Konstytucyjny.

Jak wiemy TK uczestniczy w procesie legislacyjnym, gdyż Prezydent do TK może skierować ustawę przed jej podpisaniem. Stąd uważam że gdyby np. PiS chciał przegłosować odejście wszystkich sędziów sądów powszechnych i możliwość wybierania ich przez rząd, to uznałbym, że mamy oczywiste naruszenie Konstytucji, w której na bok należy odłożyć dobre obyczaje parlamentarne i skorzystać z opcji atomowej Senatu.
PiS doskonale wie, że opozycja może wywołać taki kryzys legislacyjny. Przyjęta bez przesłanej przez Marszałka Senatu uchwały ustawa (nawet gdyby Sejm przegłosował odrzucenie tej nieprzesłanej uchwały) nie stanowiłaby prawa i sądy nie miałyby podstaw do jej stosowania.

Regulamin Senatu stanowi bowiem obowiązujące prawo i sądy muszą stosować je wprost. Zawarta w tym regulaminie kompetencja Marszałka Senatu do faktycznego blokowania niekonstytucyjnych przepisów w przypadku stwierdzenia (co zrobił już w wyroku TK) nieprawidłowego obsadzenia któregoś z konstytucyjnych organów RP, nie mogłaby zostać podważona, gdyż Regulamin Senatu nie podlega pod niczyją ocenę. Czyli prawo uchwalone przez Sejm nie weszłoby w fazę stosowania.

Samo istnienie teoretycznej możliwości tej opcji atomowej powoduje, że PiS może zapomnieć o rewolucyjnych zmianach w sądach. Tym samym 321 głosów oddanych na stora z opozycji, który wygrał najmniejszą różnicą głosów i które przesądziły o wyniku wyborów, zadecydowały o tym, że PiS stracił możliwość złamania sądów. Dzisiejszy wybór Marszałka Senatu z opozycji, to koniec najgorszej części rewolucji PiS. I początek ich końca.

Jarosław Kaczyński na koniu jako Pierwszy Ułan IV RP

12 List

Trzeba dużo zmienić by wszystko zostało po staremu mówi znana nie od dziś zasada… I to ona zadecyduje teraz o kształcie nowego rządu.

Dziś Morawiecki poda swój rząd do dymisji, a na nowym rozdaniu sam najwięcej skorzysta – zdradza Wyborcza.pl.

„Po cichu, w zaciszu gabinetów, znalazł swoich ludzi na stanowiska, w których dzieli się pieniądze. Ministrem finansów będzie jego dobry znajomy z banku” – powiedział dziennikowi polityk PiS, sugerując, że Tadeusz Kościński zastąpi Jerzego Kwiecińskiego, który kierował resortem finansów i rozwoju, a teraz, „ma się realizować w międzynarodowych strukturach finansowych”.

Ministerstwem Zarządzania Funduszami ma kierować Małgorzata Jarosińska-Jedynak, samorządowiec, od 2018 r. wiceminister rozwoju. Wyborcza zwraca uwagę, że przy okazji jednym ruchem Morawiecki przejął też sprawy unijne, które zabrał z Ministerstwa Spraw Zagranicznych do kancelarii premiera i powierzył wiceministrowi Konradowi Szymańskiemu.

Blisko współpracowaliśmy przy wszelkich eskapadach europejskich na Radzie Europy. Tam są żmudne negocjacje dotyczące przekładania legislacji europejskiej na realną polską gospodarkę” – tłumaczy swoją decyzję premier. Ale politycy PiS mówią, że nic się tu nie zmienia: „To ludzie premiera, a nie MSZ wycofywali się z różnych decyzji bez konsultacji z innymi resortami. To oni odkręcali ustawę o IPN, by zażegnać konflikt z USA i Izraelem, albo wycofywali się z reformy sądownictwa”

Tymczasem nowe rozdanie rządowe nadwyrężyło pozycję byłej premier Szydło, bo stołek stracił jej zaufany ministra środowiska Henryk Kowalczyk.

Najgorzej na obecnych przetasowaniach wyszedł natomiast ważny przeciwnik Morawieckiego – Zbigniew Ziobro. „Przelicytował, gdy jego ludzie publicznie żądali zmiany premiera albo gdy chciał być wicepremierem” – ocenia polityk prawicy. Ziobro zostaje ministrem sprawiedliwości, a kojarzony z nim Michał Woś jednym z dwóch ministrów środowiska. „Woś dostaje Lasy Państwowe, a to kasa i struktury w całym kraju, ale poza Lasami jest sporo ważniejszych obszarów” – ocenia w rozmowie z Wyborczą poseł PiS.

Wpływy zachował Jarosław Gowin. Pozostaje wicepremierem i ministrem nauki, a jego współpracowniczka Jadwiga Emilewicz obejmie Ministerstwo Rozwoju wzbogacone o turystykę i budownictwo. „Nie wiem, czy to takie wzmocnienie, w końcu te mieszkania trzeba będzie budować. To taki krowi placek na srebrnej tacy” – uważa poseł PiS.

Swoją pozycję wzmocni natomiast Jacek Sasin, stając na czele ministerstwa z nadzorem na spółkami skarbu państwa. Z założenia ma być dla Ziobry i premiera rozjemcą w walce o spółki.

Widać, że pan prezes Kaczyński jest zafrasowany, bo rządzić będzie trudniej – mówi dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – Widać to chociażby po tym, że konfitury oddano w ręce premiera Sasina, który jest ewidentnie człowiekiem prezesa Kaczyńskiego, a ten, kto ma spółki Skarbu Państwa – czytaj: posady, pieniądze – ten może nagradzać, ale może i karać przecież. To zostało zrobione bez ogródek i dla wszystkich jest chyba bardzo czytelne – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Poznaliśmy skład rządu na konferencji premiera w siedzibie partii przy Nowogrodzkiej. Wielkich niespodzianek nie ma, rząd kontynuacji, jak powiedział sam prezes.

Dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz

EWA PIETRZYK-ZIENIEWICZ: Nie zgodziłabym się z tym stwierdzeniem. Rząd kontynuacji – to prawda, ale warto po pierwsze podkreślić miejsce, gdzie został przedstawiony. Już nawet nikt nie udaje, że takie rzeczy dzieją się w parlamencie czy w KPRM, tylko w siedzibie partii. Tam zapadają wszystkie realne decyzje i tam się to ogłasza. To pierwsza zdarta zasłona. Po drugie widać, że pan prezes Kaczyński jest zafrasowany, bo rządzić będzie trudniej. Obie partie koalicyjne mają więcej szabel poselskich w tym rozdaniu, a sam PiS ma mniejszą przewagę w parlamencie, niż miał. Prezes zdaje sobie z tego sprawę i widać to chociażby po tym, że konfitury oddano w ręce premiera Sasina, który jest ewidentnie człowiekiem prezesa Kaczyńskiego, a ten, kto ma spółki Skarbu Państwa – czytaj: posady, pieniądze – ten może nagradzać, ale może i karać przecież. To zostało zrobione bez żadnych ogródek i dla wszystkich jest chyba bardzo czytelne. Pan wicepremier Gowin ma z czego się cieszyć, pozostał wicepremierem.

PANI EMILEWICZ ZYSKAŁA NOWE KOMPETENCJE I BĘDZIE MIAŁA SPORO DO POWIEDZENIA W RZĄDZIE, A WIADOMO, ŻE NIE ZAWSZE BYŁA Z TYCH GRZECZNYCH.

Co do drugiej partii koalicyjnej, to wielki nieobecny – Zbigniew Ziobro wicepremierostwa nie dostał, co może dziwić ze względów chociażby wizerunkowych. Koalicjanci, tym bardziej, że mają więcej posłów, zazwyczaj wicepremierami zostają. Być może Zbigniew Ziobro nie chciał nim zostać i to tak dalece nie chciał, że od 2 miesięcy nie przychodził na posiedzenia rządu. Ta przyjaźń męska, szorstka między panami jeszcze raz się mocno uwidoczniła.

PIS PRZYGOTOWUJE SIĘ KŁOPOTY Z UE, JEŚLI CHODZI O SPRAWY KLIMATYCZNE I OCHRONĘ ŚRODOWISKA.

Minister Czaputowicz został na stanowisku ministra spraw zagranicznych, ale zabrano mu kompetencje dotyczące spraw związanych z UE. Dlaczego?
Być może pod wodzą tego ministra MSZ chciał się zbytnio emancypować. Na pewno łatwiej będzie kontrolować pana Czaputowicza, jak i pana Szymańskiego, jeśli będą musieli współpracować. Szymański otrzymał spore kompetencje, ale bez tego, co donoszą służby dyplomatyczne pana Czaputowicza, będzie mu trudniej poruszać się na salonach Europy.

Dużo dzieje się też po stronie opozycji. Zarząd PO zdecydował, że odbędą się prawybory. To dobry pomysł?
Nie chcę tego opisywać w takich kategoriach. To na pewno decyzja opóźniająca jeszcze wprowadzenie kandydatury lidera, który stanie do boju z prezydentem Dudą w sytuacji, kiedy i tak nie ma wyraźnego lidera. Żaden z kandydatów nie jest wystarczająco rozpoznawalny, zwłaszcza w tzw. terenie, we wsiach i miasteczkach, zatem już by trzeba te tereny z kandydatem oswajać, a my ciągle nie wiemy, kim będzie kandydat. Opozycja opóźnia ważkie decyzje, co nie rokuje dobrze przyszłej elekcji, zwłaszcza że pan prezydent Duda już jeździ i zyskuje głosy.

Tomasz Grodzki zostanie marszałkiem Senatu, to wynik kompromisu wszystkich klubów opozycyjnych. Dobry znak dla wyborców opozycji?
Gdyby się w tej sprawie nie dogadali, to

DALIBY ELEKTORATOWI SYGNAŁ, ŻE SĄ NIEPOWAŻNI.

Inna sprawa, że pan senator Grodzki odmówił przyjęcia resortu zdrowia, którym był kuszony. Z drugiej strony – po prostu zachował się jak rozsądny człowiek, który odmówił siedzenia na bombie. To dobrze rokuje, ale jednak nie jest to znany polityk, to nie jest senator z ogromnym autorytetem. Oczywiście być może będzie, ale – mówiąc wprost – to nie jest Borusewicz, ani Marek Borowski. Ktoś z ewidentnymi kompetencjami i predyspozycjami osobistymi.

Szymon Hołownia ma być kandydatem obywatelskim na prezydenta. Czy to możliwy scenariusz, czy powinniśmy rozpatrywać to w kategorii żartu?
Żyjemy w kraju, gdzie kiedyś proponowano, aby na prezydenta startował Tomasz Lis czy Jolanta Kwaśniewska. Na razie jeszcze daleko do tej elekcji, bo i głosy trzeba by zebrać, i sztab, i mieć pieniądze, i to niemałe. Przyznam, że tę kandydaturę traktuję raczej w kategoriach żartu.

Prezydent Andrzej Duda pomimo przysługujących mu uprawnień nie zrealizował ciążącego na nim obowiązku „czuwania nad przestrzeganiem Konstytucji”, a wręcz wspierał działania partii rządzącej, mające na celu naruszanie konstytucyjnych zasad ustroju – pisze o grzechach prezydenta dr hab. Ryszard Balicki, konstytucjonalista z Uniwersytetu Wrocławskiego

“Polskie sprawy najważniejsze musimy prowadzić razem i bez oglądania się na podziały i na różne wizje w szczegółach” – mówił 11 listopada na pl. Piłsudskiego prezydent Andrzej Duda. Ten łagodny ton to element rozpoczętej już przez niego kampanii przed wyborami prezydenckimi w maju 2020 roku.

OKO.press relacjonując wystąpienie przypomniało jednak, że jego prezydentura była na usługach rządzącej partii w dziele destrukcji ustroju demokratycznego państwa polskiego. To nie były „różne wizje w szczegółach”, a łamanie Konstytucji i praw obywateli.

Przedstawiamy autorską analizę konstytucjonalisty dr. hab. Ryszarda Balickiego. Zdaniem redakcji OKO.press świetnie ukazuje jak dalece posunął się Andrzej Duda w sprzeniewierzeniu się swojej prezydenckiej przysiędze. Warto oceniać jego dzisiejsze deklaracje również z tego punktu widzenia.


Przysięga to nie tylko słowa, to zobowiązanie

Dzień 6 sierpnia 2015 roku był bardzo ważny w życiu Andrzeja Dudy, może nawet najważniejszy. Tego dnia złożył przysięgę przed Zgromadzeniem Narodowym.

Posłowie i senatorowie wysłuchali wypowiadanych wówczas słów: „(…) uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem”.

Dla podkreślenia wagi wypowiadanych słów Andrzej Duda dodał także „Tak mi dopomóż Bóg”.

Wypowiadając słowa roty Andrzej Duda objął urząd, na który wybrali go obywatele i stał się kolejnym prezydentem niepodległej Polski.

Ale składana przysięga to nie tylko słowa, to zobowiązanie, które nowy prezydent zaciąga każdorazowo wobec suwerena.

Czy prezydent Andrzej Duda temu zobowiązaniu sprostał?

Grzech pierwszy: Instrumentalne potraktowanie prawa łaski

Już w pierwszych miesiącach urzędowania doszło bowiem do znamiennych wydarzeń, które naznaczyły tę kadencję. 16 listopada 2015 roku, powołując się na prerogatywę określoną w art. 139 Konstytucji, Prezydent RP wydał postanowienie w sprawie zastosowania prawa łaski wobec czterech osób.

Ta – wydawało się – rutynowa decyzja okazała się jednak inna niż wszystkie dotychczasowe.

Prezydent Duda postanowił bowiem zastosować przysługujące mu uprawnienie wobec osób, których proces sądowy jeszcze się nie zakończył. W związku z powyższym pojawiła się uzasadniona wątpliwość czy prezydent mógł tak uczynić.

Konstytucyjna regulacja prawa łaski jest nader lakoniczna – art. 139 Konstytucji RP stwierdza jedynie, że:

„Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej stosuje prawo łaski. Prawa łaski nie stosuje się do osób skazanych przez Trybunał Stanu”.

Ten krótki przepis reguluje zakres podmiotowy i przedmiotowy agracjacji (prawa łaski) w polskim porządku konstytucyjnym. Prawo łaski stanowi zatem wyłączną kompetencję głowy państwa.

Powyższy artykuł wskazuje również katalog wyłączeń – z prawa łaski nie mogą korzystać osoby skazane przez Trybunał Stanu, czyli osoby ponoszące odpowiedzialność konstytucyjną.

Dodatkową normą ustawy zasadniczej, poruszającą problematykę agracjacji, jest art. 144 ust. 3 Konstytucji RP, stanowiący, że wymóg podpisu Prezesa Rady Ministrów pod aktem urzędowym Prezydenta RP nie dotyczy stosowania prawa łaski. Oznacza to zatem, że stosowanie instytucji ułaskawienia nie wymaga kontrasygnaty, jest więc prerogatywą Prezydenta RP.

Tak ograniczona regulacja konstytucyjna jest konsekwencją szczególnego charakteru norm konstytucyjnych, mających jedynie wyznaczyć zakres uprawnień poszczególnych organów.

W takim przypadku konieczne jest odwołanie się do charakteru instytucji, do ukształtowanych zwyczajów konstytucyjnych, doktryny oraz orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego.

Dotychczas w literaturze polskiego prawa konstytucyjnego nie budziło wątpliwości, że prawo łaski to prawo państwa do darowania prawomocnie orzeczonej kary lub innych skutków o podobnym charakterze.

Prawo to nie służy jednak uniewinnieniu skazanego, nie unieważnia wydanego wyroku sądu, nie prowadzi nawet do przebaczenia winy sprawcy.

Jest to wyłącznie możliwość zrzeczenia się – w imieniu państw, przez uprawniony organ – egzekucji wymierzonej już kary.

Nie bez znaczenia w przedmiotowej sprawie będą także skrajnie polityczne pobudki działania głowy państwa. Prezydent nie podejmował swoich decyzji z powodów społecznych czy moralnych, lecz jedynie dążył do – jak sam oświadczył – „wyręczenia sądu”, aby ułatwić swojej byłej partii politycznej obsadę stanowisk rządowych.

Grzech drugi: Odmowa przyjęcia ślubowania od sędziów Trybunału Konstytucyjnego

Kolejną decyzją Prezydenta RP, która wzbudziła wątpliwości co do jej zgodności z konstytucją, była faktyczna odmowa przyjęcia ślubowania od sędziów Trybunału Konstytucyjnego wybranych przez Sejm VII kadencji. Zaistniała sytuacja stała się także elementem wielomiesięcznej batalii, której częścią – w praktyce przedmiotem – stał się Trybunał Konstytucyjny.

Punktem wyjścia do późniejszych zdarzeń było uchwalenie w dniu 25 czerwca 2015 roku nowej wówczas ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, której art. 137 dawał możliwość Sejmowi VII kadencji dokonanie wyboru sędziów na wszystkie zwalnianie w 2015 roku stanowiska sędziowskie.

Poza materią niniejszego tekstu jest szczegółowa ocena uchwalonej wówczas ustawy. Ale warto przynajmniej krytycznie skomentować zarówno sam fakt uchwalania tak ważnej ustawy pod koniec kadencji Sejmu, jak i szczególnie umieszczenie w niej przepisu pozwalającego w niekonstytucyjny sposób zwiększyć kompetencje kreacyjne Sejmu danej kadencji.   

W dniu 30 sierpnia 2015 ustawa weszła w życie, należy przy tym podkreślić, że prezydent Duda nie zgłosił swoich zastrzeżeń do konstytucyjności ustawy i nie wystąpił do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem w trybie kontroli następczej.

8 października Sejm VII kadencji wybrał pięciu sędziów TK: Romana Hausera, Krzysztofa Ślebzaka, Andrzeja Jakubeckiego, którzy mieli być następcami: Marii Gintowt-Jankowicz, Wojciecha Hermelińskiego i Marka Kotlinowskiego (ich kadencje kończyły się 6 listopada 2015 roku), oraz Bronisława Sitka i Andrzeja Sokalę, którzy mieli być następcami sędziów: Zbigniewa Cieślaka (koniec kadencji 2 grudnia 2015) i Teresy Liszcz (koniec kadencji 8 grudnia 2015).

Jednak prezydent Duda nie umożliwił sędziom wybranym przez Sejm VII kadencji złożenia ślubowania w terminie umożliwiającym rozpoczęcie kadencji.

W tej sytuacji doszło do naruszenia Konstytucji i ustawy o Trybunale Konstytucyjnym.

Prezydent RP, poprzez swoje działanie uniemożliwił rozpoczęcie sprawowania funkcji przez osoby legalnie wybrane przez kompetentny organ, w oparciu o obowiązujący akt prawny. Bezspornym jest bowiem, że

wyłączna kompetencja do powoływania sędziów Trybunału Konstytucyjnego jest w gestii Sejmu RP,

a art. 21 ust. 1 ustawy o TK – co podkreślił Trybunał w uzasadnieniu do wydanego wyroku – „wyraża normę kompetencyjną, która nakłada na Prezydenta obowiązek niezwłocznego odebrania ślubowania od sędziego Trybunału Konstytucyjnego”.

Trybunał podkreślił także, że „odebranie ślubowania od sędziów TK nie może być postrzegane jako należące do ewentualnego uznania głowy państwa. Prezydent jest obowiązany przyjąć ślubowanie od sędziów wybranych przez Sejm na podstawie art. 194 ust. 1 Konstytucji. Nie ma w tym zakresie możliwości dokonywania samodzielnej, a przy tym swobodnej – zależnej jedynie od własnego uznania – oceny ani podstaw prawnych dokonanego wyboru, ani prawidłowości procedury, która została w danym wypadku zastosowana przez Sejm.

Prezydent jako organ władzy wykonawczej, nie jest bowiem uprawniony do ostatecznego i wiążącego inne organy państwa wypowiadania się o zgodności norm prawnych z Konstytucją. Nie ma również kompetencji w zakresie oceny legalności działań podejmowanych przez Sejm na podstawie powszechnie obowiązującego prawa.

Przyznanie Prezydentowi niczym nieograniczonej możliwości dokonywania takich ocen oznaczałoby podejmowanie działań bez podstawy prawnej. Wiązałoby się z naruszeniem zasady legalizmu (art. 7 Konstytucji) oraz

pozostawałoby w sprzeczności z zasadą, że Prezydent wykonuje swoje zadania w zakresie i na zasadach określonych w Konstytucji i ustawach (art. 126 ust. 3 Konstytucji)”.

Tak więc prezydent winien niezwłocznie przyjąć ślubowanie wybranych przez Sejm sędziów TK, a ostatnim akceptowanym momentem może być taki, który umożliwi rozpoczęcie kadencji nowego sędziego TK bezpośrednio po zakończeniu kadencji sędziego dotychczasowego, czyli najpóźniej w dzień poprzedzający koniec kadencji.

W przypadku wyboru sędziego na skutek powstałego wakatu w składzie TK, ślubowanie winno nastąpić w najbliższym dogodnym momencie po dokonanym wyborze. Jak stwierdził Trybunał: „Prezydent ma swoim działaniem stworzyć warunki ku temu, aby sędzia wybrany przez Sejm mógł niezwłocznie rozpocząć wykonywanie powierzonej mu funkcji urzędowej. Rola Prezydenta jest więc wtórna, a zarazem podporządkowana w swej istocie temu skutkowi, jaki wynika z wykonania przez Sejm powierzonej mu kompetencji wyboru sędziów TK”.

Nie realizując powyższego obowiązku Prezydent RP uniemożliwia sprawne funkcjonowanie organu konstytucyjnego oraz narusza postanowienia Konstytucji i ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, co może być podstawą do pociągnięcia go do odpowiedzialności konstytucyjnej przed Trybunałem Stanu.

W przypadku będącym przedmiotem dokonywanej analizy, jedynie w sytuacji, w której głowa państwa złożyłaby wniosek o zbadanie konstytucyjności ustawy z 25 czerwca 2015 roku o Trybunale Konstytucyjnym kwestionując zgodność z Konstytucją art. 137 (będącego podstawą prawną wyboru dokonanego przez Sejm VII kadencji) powstałaby możliwość odroczenia momentu przyjęcia ślubowania.

Jednak nawet w takiej sytuacji – jak podkreślał Trybunał: „Podejmując taką decyzję, Prezydent bierze na siebie pełną, przewidzianą w Konstytucji odpowiedzialność za jej skutki”.

Należy więc uznać, że w analizowanej sytuacji nie wystąpiły żadne okoliczności uzasadniające możliwość odroczenia momentu przyjęcia przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę ślubowania sędziów wybranych przez Sejm VII kadencji. Prezydent winien więc niezwłocznie przystąpić do realizacji swojego obowiązku. Jednak w związku z wydanym wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego z 3 grudnia 2015 roku, obecnie Prezydent winien przyjąć ślubowanie od 3 sędziów wybranych przez Sejm VII kadencji w miejsce sędziów TK, których kadencja kończyła się 6 listopada 2015 roku.

Smutnym podsumowaniem powyższych rozważań stały się niedawne komunikaty prasowe wygłaszane przez przedstawicieli Kancelarii Prezydenta po ujawnieniu, że PiS zgłosiło jako kandydatów do TK m.in. byłych posłów Krystynę Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza.

Rzecznik prezydenta oświadczył, że „to parlament podejmuje decyzję o tym, kto jest wybierany na sędziów TK”. To oczywiście prawda, szkoda jednak, że taka refleksja pojawiła się tak późno. Ale może warto przypomnieć prezydentowi, że trójka prawidłowo wybranych sędziów TK nadal oczekuje na możliwość złożenie ślubowania…    

Grzech trzeci: Aktywny uczestnik nocnego przejęcia Trybunału Konstytucyjnego przez PiS

W działaniach podejmowanych przez partię rządzącą w celu politycznego przejęcia Trybunału prezydent Andrzej Duda był – niestety – aktywnym uczestnikiem. Zaakceptował, nieznajdujący uzasadnienia w normach Konstytucji, „wybór” dokonany przez Sejm VIII kadencji osób na miejsca zajmowane przez prawidłowo wybranych sędziów, a następnie – pod osłoną nocy – przyjął od nich ślubowanie. Wszystko po to, aby osoby te mogły zostać wprowadzone do siedziby Trybunału.

Prezydent sankcjonował również kolejne ustawy dotyczące Trybunału Konstytucyjnego, w tym także podpisał 19 grudnia 2016 – w nocy! – ustawy: „Przepisy wprowadzające ustawę o organizacji i trybie postępowania przed Trybunałem Konstytucyjnym” oraz „O statusie sędziów Trybunału Konstytucyjnego”.

Żadna z nich nie przewidywała vacatio legis i obie weszły w życie już kolejnego dnia. Tak nadzwyczajny tryb był podyktowany chęcią uniemożliwienia przeprowadzenia zbadania ich zgodności z Konstytucją.

Na mocy przyjętej ustawy wprowadzone zostało – nieznane Konstytucji i naruszające zawarte w niej postanowienia o wiceprezesie Trybunału – stanowisko „sędziego pełniącego obowiązki Prezesa Trybunału”. Na to stanowisko prezydent powołał sędzię Julię Przyłębską.

Z uwagi na brak takiej kompetencji w konstytucyjnym katalogu aktów zwolnionych z obowiązku uzyskania kontrasygnaty, zgodę na jej powołanie musiał wyrazić także Prezes Rady Ministrów. Należy jednak uznać, że uzależnienie możliwości działania sądu konstytucyjnego od decyzji organu władzy wykonawczej stanowi naruszenie art. 173 Konstytucji, w którym jest zawarta zasada odrębności i niezależności Trybunału od innych władz.

Kolejnego dnia – 20 grudnia 2016 roku – sędzia Julia Przyłębska, naruszając konstytucyjne uprawnienia wiceprezesa TK, zwołała Zgromadzenie Ogólne Sędziów TK. Do udziału w nim dopuściła także osoby nieuprawnione („dublerzy”).

Przeprowadzono wówczas głosowanie, podczas którego na czternaście obecnych osób, jedynie sześć – w tym trzech dublerów – opowiedziało się za wyborem sędzi Przyłębskiej na prezesa Trybunału. Jednak – wbrew wymogowi zawartemu w ustawie – nie została przedstawiona zebranym i przegłosowana uchwała o wyborze Prezesa Trybunału Konstytucyjnego! Pomimo tych uchybień prezydent powołał Julię Przyłębską na Prezesa TK.

Grzech czwarty: sankcjonował naruszenia konstytucyjnych zasad mówiących o niezawisłości sędziów oraz niezależności sądów

Prezydent Andrzej Duda akceptował również i niezwłocznie podpisywał przedkładane mu ustawy zawierające normy literalnie sprzeczne z Konstytucją (m.in. ustawy o KRS, SN i sądownictwie powszechnym).

Działania głowy państwa sankcjonowały w ten sposób naruszenia konstytucyjnych zasad mówiących o niezawisłości sędziów oraz niezależności i odrębności sądów i Trybunałów.

Prezydent Andrzej Duda, pomimo przysługujących mu uprawnień, nie zrealizował więc ciążącego na nim obowiązku „czuwania nad przestrzeganiem Konstytucji”.

Akceptował, a nawet publicznie wspierał swoimi wypowiedziami działania partii rządzącej, mające na celu naruszanie konstytucyjnych zasad ustroju. Nie sprostał obowiązkom, które na swoje barki przyjmuje Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej wraz z objęciem urzędu i które tak pięknie zostały ujęte w rocie prezydenckiej przysięgi…

„dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem”.

Szanowny Panie Ministrze!

Dowiedziałem się, że zamierza Pan poprzez prokuraturę ścigać terrorystów z grupy Lotnej Brygady Opozycji. Brawo, brawo, po trzykroć brawo panie Ministrze! Nie można pozwolić, aby wrogie czołgi bezkarnie buszowały po głównym placu Warszawy. Plac na którym spoczywa spiżowy wzrok pomnika profesora Prezydenta RP Lecha Aleksandra Kaczyńskiego musi na zawsze być wolny od wrogich sił pancernych!

Jeszcze bardziej niepokojące było przenikanie obcej marynarki wojennej do fontann placu, gdzie zdaje się na stałe zainstalowała się łódź podwodna w/w brygady. Ta hańba polskiej marynarki wojennej może być zmyta tylko krwią! A przynajmniej zarzutami prokuratorskimi.

Nie może być tak, że po stolicy pływają sobie bezkarnie łodzie podwodne, a okręty podwodne Marynarki Wojennej stoją nadal uziemione ze względu na potrzebę wymiany części do kotłów parowych (trudno dostępnych w obecnych czasach).

Apeluję do Pana, aby następnym razem, przed kolejną miesięcznicą, nasze stawiacze min zaminowały akweny w stolicy, aby uniemożliwić wrogie przenikanie. Nadto w tej sytuacji pomysł Pańskiego Wielkiego Poprzednika – Marszałka-Seniora Antoniego Macierewicza, aby przenieść siedzibę Marynarki Wojennej do Radomia wydaje się w pełni uzasadniony.

Skoro już stolica jest wystawiana na ryzyko wrogich odwiedzin obcych okrętów podwodnych, to czas bazę marynarki wycofać dalej na południe (nadto jak powiedział pan minister Suski ewentualna ewakuacja samolotami marynarzy do Afryki byłaby szybsza z Radomia, niż z Warszawy).

Panie Ministrze!

Bez Pana nasz kraj zostałby bezbronny wobec ataków tej lotnej brygady. Można powiedzieć o Panu i Pana współpracownikach słynne zdanie Churchilla: jeszcze nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak niewieluNiech Pan ratuje naszą stolicę! Tylko w Panu nadzieja!

Tekturowy czołg Lotnej Brygady Opozycji stoczył 10 listopada bitwę z przywódcami republiki banasiowej. Wzmożony Błaszczak zgłasza przestępstwo znieważenia żołnierzy. Czołgista, który prowadził czołg na swym wózku inwalidzkim, liczy na proces. Chciałby wygarnąć PiS o oligarchii państwa. Sienkiewiczowi nie podoba się happening, a Niemczykowi – Sienkiewicz

„Tzw. happening KOD-u pod Grobem Nieznanego Żołnierza to absolutny skandal. Nie ma akceptacji dla takich zachowań. MON złoży zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znieważenia żołnierzy Wojska Polskiego” – zagrzmiał na twitterze 11 listopada minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak.

W ten sposób pierwszy obrońca Rzeczpospolitej zareagował na kolejną akcję grupy aktywistów, którą „Gazeta Polska” nazwała Lotną Brygadą KOD demaskując ich niecne zamiary podczas wyborów samorządowych 2018 roku. Jeździli na spotkania wyborcze kandydatów PiS, zadawali trudne pytania i w ogóle nie zachowywali się jak należy. Od tego zaczęli.

Lotna Brygada Opozycji (z wdzięcznością przyjęli to przezwisko „Gazety Polskiej”) szczególnie uaktywniła się po aferze z Marianem Banasiem. Najsłynniejszą ich akcją (ponad 1,5 mln wyświetleń) było wejście „Pracowni Architektury Wnętrz LUPANAR” do siedziby NIK w Warszawie. Wtaszczyli drabinę, abażur, zegar, czerwone zasłony i materace i oświadczyli, że przyszli urządzić „pokoje na godziny”. Powtarzali  portierom: „Pan zadzwoni do Banasia”, cytując obwieszonego złotem „biznesmena”, który urzędował w kamienicy Banasia.

10 listopada 2019 roku Lotna Brygada Opozycji (dalej LBO) przystąpiła do kolejnego ataku na pozycje „banasiowców” okupujących Plac Piłsudskiego, gdzie – pod pomnikiem Lecha Kaczyńskiego – trwały „społeczne obchody w przededniu Narodowego Święta Niepodległości z udziałem Jarosława Kaczyńskiego”.

Jako ludzie honoru wezwali czołówkę PiS przez magefon:

„Republika banasiowa, poddajcie się, jesteście otoczeni!”.

Całą akcję dokumentuje filmik ze strony LBO Wolne Media.

Nieco inna jest relacja filmowa Roberta Kowalskiego na stronie OKO.press, która opowiada równolegle o siłach LBO i o uroczystości „banasiowców” pod pomnikiem Lecha Kaczyńskiego.

Akcja LBO zakończyła się pełnym sukcesem, może dlatego, że po raz pierwszy Brygada użyła broni pancernej w postaci czołgu. Prowadził go przybyły ze wsparciem z Górnego Śląska Leszek Piątkowski (rozmowa – dalej).

Czołg ozdobiony był napisem „Gdzie jest wrak?”, podobnie jak płaszcze żeńskiej piechoty, która atakowała pod jego osłoną.

Sienkiewicz oburzony jak Błaszczak, a Niemczyk oburzony na Sienkiewicza

Na szturm LBO kategorycznie zareagował poseł PO Bartłomiej Sienkiewicz, przez rok (2013-2014) minister spraw wewnętrznych w rządzie Donalda Tuska, którego piękną karierę przerwała akcja kelnerów restauracji „Sowa i Przyjaciele” (a dokładniej publikacja taśm z podsłuchanych rozmów). Za komuny – aktywista-pacyfista i sygnatariusz oświadczenia ruchu Wolność i Pokój z 1988 roku.

Ton Sienkiewicza z kolei nie spodobał się Piotrowi Niemczykowi, koledze jeszcze z ruchu Wolność i Pokój. Mówi OKO.press: „Wypowiedź Bartłomieja Sienkiewicza wydaje mi się skandaliczna. Nie może być tak, że demokratyczny polityk, w dodatku współzałożyciel naszego Ruchu Wolność i Pokój,

nie rozumie na czym naprawdę polega godność żołnierza i nie widzi, jak absurdalne jest to, że broni jej ta operetkowa formacja, którą reprezentuje minister Błaszczak.

To przecież władza PiS manipuluje żołnierskim honorem. Pułkownicy Wojska Polskiego salutowali Bartłomiejowi Misiewiczowi, a policjanci Błaszczaka – jako ministra spraw wewnętrznych – cięli tekturę na konfetti, by sypać je z helikoptera na wiceministra Jarosława Zielińskiego.

Pomysł Błaszczaka, by stawiać kryminalny zarzut za ten zabawny i inteligentny happening obywatelski, zasługuje po prostu na wyśmianie. Moralne oburzenie Sienkiewicza jest jakimś nieporozumieniem.

Takie przecież były tradycje ruchu Wolność i Pokój – wolność wypowiedzi, wolność żartu z każdej nadętej, tekturowej władzy”.

Leszek Piątkowski, kierowca czołgu: Atakujemy republikę banasiową

Piotr Pacewicz, OKO.press: Czy to pan kierował czołgiem na Placu Piłsudskiego?

Leszek Piątkowski: Muszę potwierdzić. Tak, to ja. Zamiast gąsienic użyłem kół mojego elektrycznego wózka inwalidzkiego. Obawiam się, że może dojść do konfiskaty narzędzia zbrodni.

Minister Błaszczak groźnie się nadął i zapowiedział zgłoszenie całej akcji do prokuratury za znieważenie honoru żołnierzy Wojska Polskiego.

To bzdury, jakie wymyśla sobie oligarchiczne państwo. Naruszyłem dumę czy honor jakiegoś żołnierza? Co za bzdura.

Cel naszej półtoragodzinnej akcji nie miał nic wspólnego z żołnierzami, ale z obnażeniem państwa z takiej tektury, z jakiej zrobiliśmy mój czołg.

Nie chcieli nas wpuścić na plac dostępny przecież dla obywateli, słychać nawet na filmiku szepty „Nie wpuszczajcie ich”. Ja wiem na czym polega i zniewaga, i cierpienie, i zapewniam pana, że na czym innym niż żartowanie z władzy.

Pan od dawna należy do brygady Ulica i Zagranica, batalion Ulica? Miał Pan jakieś doświadczenia teatralne czy parateatralne?

Nie. Miesiąc temu przyjechałem do znajomego z Warszawy, żeby zobaczyć, na czym polega życie opozycji ulicznej. I zobaczyłem podczas miesięcznicy 10 października 2019.

A to pan, mieliśmy filmik z tej sceny (tu można go zobaczyć na OKO.press). Twierdził pan, że policja nie pozwala się panu wysikać, czemu funkcjonariusze zaprzeczali ze śmiertelną powagą. To była 114. miesięcznica. O, tu jest zdjęcie z nierównej walki miesiąc temu. Pięciu na jednego, a pan bez czołgu.

Najpierw mieliśmy pomysł, by czołg nazwać „Pancerny Marian” [tak ponoć nazywany był w kręgach PiS Marian Banaś – red.], ale uznaliśmy, że to byłoby zbyt dosłowne.

Tak czy inaczej, atakujemy republikę banasiową, czyli państwo oligarchiczne. Stanowisko najwyższej funkcji kontrolnej obejmuje człowiek, który robi podejrzane interesy z podejrzanymi ludźmi i ma podejrzany majątek, z którego nie potrafi się rozliczyć. No ludzie kochani! Dlatego podczas  115. miesięcznicy zaatakowaliśmy republikę banasiową całą siłą Lotnej Brygady Opozycji i serią pocisków z lufy mego czołgu.

Poruszając się po placu zbliżyliśmy się do Grobu Nieznanego Żołnierza, przechodziła akurat warta honorowa, ale na litość Boską, co z tego?

Tak bardziej serio. Pomyślałem sobie, że warto wziąć udział w takim happeningu, by

zainteresować szerszą opinię publiczną sprawą z mojej miejscowości Pszów na Górnym Śląsku, gdzie od lat walczę w miesięczniku „Pszowik” z lokalnym układem oligarchicznym.

Miejscowy biznesmen pod płaszczykiem budowy parku rekreacji i wypoczynku zatruwa okolicę odpadami z hałdy, które wywozi, w sumie już 3 mln ton. Poniszczył drogi, mieszkańcy protestują od pół roku, ale urzędnicy nadzoru budowlanego nie reagują, prokuratura rejonowa nie reaguje. Mam nadzieję, że teraz, gdy stanę się znany, ktoś się tym zajmie.

A jeśli minister obrony doprowadzi do procesu?

Och, byłbym szczęśliwy. Można by pokazać jak działa państwo z tektury, takiej jak mój czołg. Które toleruje układy oligarchiczne, bo tektury nikt się nie boi.

Znieważenie? Ale kogo? I przecież nie było intencji!

Nie jest jasne, na czym polegałoby tu „znieważenie żołnierzy”, które zarzuca LBO minister Błaszczak.

Znieważenie, zgodnie z art. 216 KK, należy do przestępstw, które nie musi doprowadzić do skutku, może zostać popełnione wyłącznie przez działanie. Ale podstawowym wymogiem jest fakt, że

sprawca działał umyślnie (świadomie). Sprawcą znieważenia jest ten, kto chce znieważyć i przewidując, że jego zachowanie może mieć taki charakter, godzi się na to.

Nie wystarczy więc, że poczuł zniewagę,w  dodatku nie swoją, minister obrony narodowej.

Podobne są warunki znieważenia funkcjonariusza publicznego „podczas i w związku z pełnieniem przez niego obowiązków służbowych” (art. 226 kodeksu karnego ).

Może się to stosować do żołnierzy (tylko nie wiadomo których), bo zgodnie z art. 115 kodeksu karnego funkcjonariuszem jest także „osoba pełniąca czynną służbę wojskową, z wyjątkiem terytorialnej służby wojskowej pełnionej dyspozycyjnie” (a także Błaszczak jako minister).

Ponieważ nic nie wskazuje, by LBO działał z zamiarem znieważenia żołnierza czy żołnierzy, trudno uznać, by kogokolwiek znieważył.
Zwłaszcza, że użył formy politycznego happeningu, maskarady, złośliwej, prześmiewczej formy artystyczno-politycznej; w PRL specjalizowała się w takich akcjach Pomarańczowa Alternatywa, ale ówcześni przedstawiciele władzy też nie mieli poczucia humoru.

Znieważenia się zdarzają. Prokuratura postawiła  dziennikarzowi „Wyborczej” zarzut znieważenia 31 marca 2017 konkretnego żołnierza Żandarmerii Wojskowej podczas awantury z przejazdem rządowych limuzyn, ale dziennikarz użył „gestu uznanego powszechnie za obelżywy” (inna rzecz czy miał rację, sąd sprawę warunkowo umorzył).

A może znieważenie grobu? Ale tego już w prawie nie ma

Niektóre działania zbrojne LBO toczyły się blisko Grobu Nieznanego Żołnierza, więc może Błaszczak ma na myśli żołnierzy zmarłych, czyli żołnierski (symboliczny) grób.

Art. 262 kodeksu karnego rozumie znieważanie zwłok dosłownie, np. ograbianie i przewiduje karę więzienia nawet do 8 lat!

Specjalistka tematu prof. Marta Mozgawa-Saj wspomina w pokazanej niżej pracy, że po drugiej wojnie istniało przestępstwo znieważenia grobu żołnierza Wojska Polskiego, ale wraz z nastaniem trwalszego pokoju, zostało wycofane.

„W okresie tuż powojennym obowiązywał dekret z 13 czerwca 1946 roku o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy Państwa (tzw. m.k.k.), który w art. 26 przewidywał

karę więzienia do lat 5 lub aresztu za znieważanie lub uszkadzanie zwłok bądź miejsca spoczynku żołnierza Wojska Polskiego lub sprzymierzonego albo osoby, która padła ofiarą zbrodniczych działań faszystowskich.

W art. 27 przewidziany był typ kwalifikowany (w stosunku do art. 25[2]i 26), gdy sprawca czynu działał w okolicznościach szczególnie obciążających) zagrożony karą więzienia do lat 10.

LBO liczyła brakujące głosy PiS-owi

Gdy PiS zgłosił protesty wyborcze do Senatu 2019 i miał nadzieję na powtarzanie liczenia głosów, LBO wyciągnęła pomocną dłoń w akcji „Liczymy głosy”. Grupa kilkunastu osób z białymi workami przeszła przez miasto aż pod siedzibę PiS. Zatrzymywani przez policję i ochroniarzy tłumaczą:

„My do prezesa. Głosów brakuje, to je przynieśliśmy. Wszystko z panią Basią umówione”.

Składają worki i oferują, że w razie czego są też gotowi dostarczyć dublerów dla niepewnych senatorów.

Akcji było dużo więcej. Dwu, trzyminutowe filmik są coraz dowcipniejsze, sprawnie montowane, do tego prześmieszne dialogi, dobra muzyka, czasem jak w starym kinie.

Jeszcze jeden przykład – zgłosili się z gotowością urządzenia wyprowadzki marszałkowi Senatu Stanisławowi Karczewskiemu. Na razie bezskutecznie, ale Brygada jest nieustępliwa.

Jak informował portal NaTemat w czerwcu 2018 , wśród organizacji, których aktywiści zaczęli jeździć na spotkania wyborcze kandydatów PiS w 2018 roku były m.in.

  • Grupa Akcja Częstochowa,
  • Grupa Błysk Budzik,
  • KOD,
  • Młodzi Demokraci Radom,
  • Obywatele GW 66-400,
  • Obywatele RP,
  • Obywatele RP Kalisz,
  • Obywatele RP Łódź,
  • Obywatele Solidarni w Akcji,
  • ODnowa,
  • Podwórko Demokracji Morąg,
  • proDemokratyczni,
  • Przystań OKO,
  • Radomianie dla Demokracji,
  • Rebelianty Podkarpackie,
  • Warszawski Strajk Kobiet,
  • WRD.

„Wszystkie one są zazwyczaj stowarzyszeniami, część należała wcześniej do KOD. „Lotna Brygada Opozycji” jak nazwała nas „Gazeta Polska”, a nam się to podoba, jest grupą, która działa ponad podziałami” – tłumaczyła  naTemat Katarzyna Wyszomierska, redaktor naczelna portalu skwerwolności.eu.

Cały esej tutaj >>>

Macierewicz i pachołki Kaczyńskiego

6 List

Tym razem list Romana Giertycha nie jest prześmiewczy. Adwokat na Facebooku zamieścił ułożone przez siebie przemówienie, które powinien wygłosić były szef MON po tym, jak „Duda wyznaczył Macierewicza na marszałka seniora Sejmu – „Po prostu zrobił to, co mu prezes kazał”.

Giertych chce, żeby Macierewicz przeprosił na pierwszym posiedzeniu Sejmu nowej kadencji za oszukiwanie Polaków w sprawie katastrofy smoleńskiej. Były szef MON powinien powiedzieć: – „Poruszony wyrzutami sumienia chciałbym przeprosić wszystkich za to, że w pełni świadomy, że straszna smoleńska katastrofa nie była spowodowana żadnym zamachem, łgałem bezczelnie przez wiele lat wskazując, że istnieją dowody na sprawstwo katastrofy, a ich od początku nie było”.

Adwokat przypomina, że rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej musiały „przechodzić koszmar niechcianych ekshumacji”. Podsuwa Macierewiczowi tekst przeprosin: – „W pierwszej kolejności chciałbym przeprosić Rodziny Ofiar Katastrofy za to, że swoją podłością zatruwałem im dzień po dniu i nie pozwalałem odbyć żałoby. Ze łzami w oczach przepraszam córkę oficera BOR-u, który oddał swoje życie na służbie u Prezydenta RP, a która ze względu na swoją niepełnosprawność każdą kłamliwą informacje o zamachu przeżywała stukrotnie”.

– „Przepraszam Obywatelki i Obywateli RP, którzy przez lata nie mogli poznać prawdy o tej katastrofie ze względu na wymyślane przeze mnie coraz to nowe teorię zamachu. Przepraszam tych, którzy uwierzyli w zamach zrobiony przy użyciu helu, magnesów, sztucznej mgły, trotylu. Wybaczcie mi proszę i wyznaję ze wstydem, że robiłem to wiedziony cynizmem i żądzą władzy, po to aby oczernić przeciwników politycznych i skuteczniej pozbawić ich rządów” – tak – zdaniem Giertycha – Macierewicz powinien przeprosić wszystkich Polaków.

Adwokat chciałby, żeby Macierewicz po rozpoczęciu posiedzenia Sejmu nowej kadencji zrezygnował z bycia posłem. Powinien także spłacić z własnej kieszeni „koszty wydatkowane na bezsensowną podkomisję smoleńską”.

– „Pani Pawłowicz i jej kolega z klubu poselskiego to polityczni harcownicy. To ludzie, którzy byli skłonni wprowadzić i zaakceptować – to zresztą pani Pawłowicz powiedziała – każdą decyzję swojej partii, każdą poprzeć, niezależnie od tego, jaki był jej stosunek osobisty do tej decyzji, do tej regulacji” – powiedział w TVN 24 prof. Ryszard Bugaj. Dodał, że wcześniej „były oczywiście mianowania, które miały podtekst polityczny, ale nigdy dotychczas nie mianowano politycznych harcowników”.

Według Bugaja, Krystyna Pawłowicz została kandydatką partii rządzącej do zasiadania w Trybunale Konstytucyjnym, „dlatego, że jest bliska politycznie i dyspozycyjna w sprawach politycznych Prawu i Sprawiedliwości”.

Odniósł się też do przeszłości Stanisława Piotrowicza – prokuratora z czasów stanu wojennego. – „Mamy tutaj do czynienia z sytuacją, że to organ polityczny, jakim jest PiS, decyduje, kto jest postkomunistą, a kto nie jest postkomunistą. I to jest oczywiście nie do przyjęcia, nie do zaakceptowania” – stwierdził prof. Bugaj.

Jego zdaniem, „Jarosław Gowin stoi być może przed najtrudniejszą decyzją w swojej karierze politycznej”. – „Jeśli to poprze, to stanie się człowiekiem, który nie będzie mógł mówić o sobie, że posiada resztki kręgosłupa” – podsumował Bugaj.

A Gowin na razie nie zajmuje stanowiska w sprawie kandydatur Pawłowicz i Piotrowicza do TK. Przyznał jedynie, że nie były one z nim uzgadniane.

Marian Banaś wydaje się nie do ruszenia i spokojnie pełni swoje obowiązki szefa NIK, za to już wiadomo, kogo obarczono winą za całą tę sprawę. To Piotr Pogonowski, stojący na czele ABW. Ponoć już w poprzednim tygodniu, na wniosek ministra koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego, podjęto decyzję, że Pogonowski nie zachowa swojego stanowiska w nowym rządzie, a same służby zostaną przebudowane.

Pogonowskiemu zarzuca się niedopełnienie obowiązków. Nie zapobiegł nominacji Banasia na stanowisko szefa NIK, nie poinformował PiS o jego powiązaniach z półświatkiem i nie wykrył, że dwóch urzędników, podwładnych Banasia, zajmowało kierownicze stanowiska w Najwyższej Izby Kontroli, kierując jednocześnie mafią VAT-owską.

To właśnie obowiązkiem ABW była dokładna weryfikacja Banasia, tym bardziej, że z racji sprawowanej funkcji, co 5 lat otrzymywał certyfikat, dający mu prawo wglądu do materiałów „ściśle tajnych”. Oczywiście, taki certyfikat wydaje właśnie ABW. Ostatni otrzymał Banaś na przełomie 2018/2019 roku. Jak to się więc stało, że ABW nie przeprowadziło takiej weryfikacji lub może…zataiło przed PiS efekty swoich działań?

Były szef ABW, dr Andrzej Barcikowski ma swoje zdanie na ten temat. Jak wyjaśnia, „zgodnie z przepisami ABW prowadzi postępowanie na wniosek, a składa go przełożony lub wnioskujący o awans. Taki wniosek powinien złożyć marszałek. Jeżeli tego nie zrobił, a tak chyba było, to ABW nie może dokonywać takiego sprawdzenia”.

Pogonowski zapewne niewiele straci na tej dymisji, bo od jakiegoś już czasu wiadomo, że marzy mu się stanowisko ambasadora albo jakiś ciekawy biznes. Jednak pewne jest jedno. Taki bałagan, wręcz chaos na szczytach władzy, na pewno nie gwarantuje nam bezpieczeństwa państwowego, co w którymś momencie odbije się nam niezłą czkawką.

– Bez Tuska w kampanii to Andrzej Duda będzie musiał tłumaczyć się z decyzji swoich i PiS, a nie będzie to takie proste – powiedział były prezydent Aleksander Kwaśniewski, komentując decyzję  Donalda Tuska o tym, że nie będzie kandydował w wyborach prezydenckich 2020.

Były premier Donald Tusk ogłosił we wtorek, że nie będzie startować w wyborach prezydenckich 2020. Stwierdził, że opozycja potrzebuje kandydata, który nie jest obciążony „bagażem trudnych, niepopularnych decyzji”, które on sam ma na koncie.

– Ogłaszam tę decyzję dzisiaj, bo czas nagli, a nie chciałbym w żaden sposób utrudniać opozycji procesu wyłaniania kandydatów. (…) Chcę też podkreślić, że będę bardzo mocno wspierał opozycję w tych wyborach i że wykorzystam każdą możliwość, by nadal wzmacniać pozycję Polski w Europie i na świecie – powiedział szef Rady Europejskiej.

Aleksander Kwaśniewski: „Donald Tusk ma kompetencje prezydenckie”

Decyzję Donalda Tuska skomentował Aleksander Kwaśniewski. „Decyzja słuszna, argumentacja trafna, może czas trochę spóźniony” – stwierdził były prezydent.

– Donald Tusk ma kompetencje prezydenckie, ale dla niego kampania byłaby trudniejsza, niż dla wszystkich potencjalnych kandydatów opozycji. Musiałby mierzyć się z całą przeszłością i brakowałoby czasu na pokazanie projektu na przyszłość. Bez Tuska w kampanii to Andrzej Duda będzie musiał tłumaczyć się z decyzji swoich i PiS, a nie będzie to takie proste – skomentował Aleksander Kwaśniewski, którego słowa cytuje Onet.

Więcej >>>

Siemoniak o wyborach prezydenckich: Mamy teraz otwartą drogę do decyzji. Nastąpi ona w najbliższych dniach, kogo i jak wskażemy jako tego kandydata. Decyzja PDT bardzo przyspiesza ten kalendarz

– Myślę, że to niemożliwe [jeden kandydat PO-PSL na prezydenta]. Przy całej sympatii do Władysława Kosiniaka-Kamysza. Każde z ugrupowań opozycyjnych będzie chciało mieć własnego kandydata. My mamy teraz otwartą drogę do decyzji. Nastąpi ona w najbliższych dniach, kogo i jak wskażemy jako tego kandydata. Decyzja Donalda Tuska bardzo przyspiesza ten kalendarz, więc też będziemy starali się wyprzedzać raczej czas, a nie iść za wydarzeniami. PSL ma swojego kandydata i pewnie lewica też będzie mieć swojego kandydata. Ważne, żeby kampanię tak prowadzić, żeby mostów nie popalić i budować wspólne poparcie na drugą turę dla tego kandydata, który wejdzie do drugiej tury i do zwycięstwa z prezydentem Dudą – stwierdził Tomasz Siemoniak w rozmowie z Jackiem Prusinowskim w Radiu Plus.

Więcej >>>

Kaczyński, Banaś, Pawłowicz – zachwaszczenie Polski

5 List

Kiedy w 2015 r. Marian Banaś został wiceministrem finansów, złożył oświadczenie, że nie ma mieszkania w Warszawie. Przydzielono mu więc 35-metrowy służbowy lokal, składający się z pokoju, kuchni i łazienki. Banaś nie płacił za wynajęcie tego mieszkania, pokrył jedynie koszty takie jak czynsz czy opłaty za media.

Z lokalu służbowego Banaś korzystał do końca października tego roku, choć – jak ustalił RMF FM – w marcu 2017 roku kupił sobie mieszkanie w Warszawie. W oświadczeniu majątkowym podał, że ma 40-metrowe mieszkanie.  Jak podaje stacja, znajduje się ono „w atrakcyjnej lokalizacji na strzeżonym osiedlu na Pradze”.

Nie wiadomo dlaczego obecny szef NIK nie opuścił służbowego lokalu po zakupie własnego mieszkania. Banaś nie chciał rozmawiać na ten temat.

– „To kolejna gruba rysa na kryształowym wizerunku szefa Najwyższej Izby Kontroli” – skomentowała te doniesienia Grażyna Kopińska z Fundacji Batorego w rozmowie z RMF FM. Zaznacza, że brakuje przepisów regulujących sytuację, gdy podczas najmu służbowego lokum urzędnik kupuje własne mieszkanie.

Kopińska uważa jednak, że zachowanie Banasia należy rozpatrywać z punktu widzenia etyki. – „Taki urzędnik jak szef Krajowej Administracji Skarbowej czy minister finansów powinien kierować się najwyższymi standardami. Jeśli byśmy chcieli być trochę mniej życzliwi, to można powiedzieć, że skoro była taka możliwość, żeby nie oddawać mieszkania, to korzystałem do końca” – podsumowała zachowanie Banasia w tej sprawie Grażyna Kopińska.

Po wysunięciu przez PiS kandydatur Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza na sędziów Trybunału Konstytucyjnego Roman Giertych opublikował na Facebooku kolejny list. Tym razem adresatem jest Jarosław Kaczyński.

Jak zwykle Giertych zaczyna kpiąco: – „Słyszałem o Pańskich nominacjach do TK. Brawo, brawo, po trzykroć brawo! Ale Pan załatwił za jednym razem Gowina i Dudę. Niech się teraz gimnastykują symetryści-chuligani, którzy popierali Pana reformy, ale się nie cieszyli, albo nawet je wetowali”.

Adwokat przewiduje, że i wicepremier, i prezydent przy okazji tych kandydatur zostaną przez Kaczyńskiego upokorzeni. – „Gowin, którego 17 posłów jest niezbędnych do wybrania Piotrowicza i Pawłowicz do TK, będzie to musiał zrobić i w ten sposób dokona Pan jego oficjalnego upokorzenia, dzięki któremu publicznie oświadczy, że jest Pana. Że może mu Pan kazać wszystko, a on jak niewolna maszyna zagłosuje na to, co Pan mu każe. Podobnie jest z A. Dudą. W ten sposób podkreśli Pan nad nimi dominację i to, że ci dwaj jedzą Panu z ręki” – napisał Giertych.

– „Tzw. środowiskom patriotycznym przypomni Pan, że o tym, kto jest komunistycznym aparatczykiem w czasach PRL-u nie decydują zapisy kartotek partyjnych, czy akta IPN-u, ale Pan. Jeżeli ktoś nawet wsadzał ludzi za poglądy polityczne i wiernie służył komunistom, to sam kontakt z Panem go oczyszcza i staje się on większym opozycjonistą, niż Wałęsa, Michnik, Hall razem wzięci. Również skończy się to puszenie klasy sędziowskiej. Wyobraża Pan to sobie już pewnie w swej pokrętnej głowie, jak będą się czuli upokorzeni przyzwoici sędziowie, gdy w sądzie konstytucyjnym zasiądzie pani Pawłowicz i podczas rozprawy np. spałaszuje sałatkę ze śledziem. Wszyscy będą się oburzać, a Pan ze śmiechu będzie się zwijać. A PiS ogłosi, że sędziowie się kompromitują, skoro mają takich sędziów w TK. I TVP ogłosi, że kolejny przykład kompromitacji obozu przeciwników PiS. To genialne!” – uważa Giertych.

Na koniec Giertych już zupełnie poważnie napisał: – „PiS uznał, że przegra wybory prezydenckie i TK ma być ich twierdzą. W ciągu najbliższego pół roku spróbują rozprawić się też z sądami, gdyż zakładają, że po wyborach prezydenckich już to nie będzie możliwe. Zapowiada się ciekawa zima”.

Wiceprzewodniczący (do 2017) Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, wybitny specjalista prawa i przenikliwy analityk sytuacji na Węgrzech, który potrafi pokazać, co kryje się za fasadą rządów Viktora Orbana, prof. András Sajó przyjeżdża do Warszawy z wykładem-ostrzeżeniem. Komentują m.in. Bodnar i Łętowska. Już dziś o 19. Temat wolności – wstęp wolny

„Na Węgrzech Viktora Orbana, państwie z dumą określanym przez jego przywódcę jako nieliberalna demokracja, władza zachowuje pozory i z instrumentalnych pobudek nie odrzuca otwarcie ideałów rządów prawa i praw człowieka. Jednak w praktyce, uderza w te zasady, kiedy tylko jest to potrzebne do konsolidacji władzy” – mówi András Sajó, wykładowca Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego, Uniwersytetu Nowojorskiego (NYU) i Uniwersytetu Harvarda.

Przyjeżdża do Polski z wykładem ironicznie zatytułowanym „Osobliwe poszanowanie zasady praworządności oraz praw człowieka w demokracjach nieliberalnych” na zaproszenie Rzecznika Praw Obywatelskich i naszego Archiwum Osiatyńskiego. Na to otwarte wydarzenie zapraszamy już dziś 5 listopada o godz. 19:00 do Austriackiego Forum Kultury (Próżna 7/9). Sajó będzie mówił po angielsku, ale zapewniamy tłumaczenie.

Do wystąpienia prof. Sajó odniosą się wybitni prawnicy i obrońcy praworządności w Polsce: dr hab. Adam Bodnar, RPO, prof. Ewa Łętowska, dyrektorka Amnesty International w Polsce Draginja Nadażdin, a także mieszkająca w Warszawie węgierska politolożka Edit Zgut.

Kilka godzin przed wykładem odbierze Odznakę Honorową za Zasługi dla Ochrony Praw Człowieka przyznawaną przez Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich.

Już dziś przedstawiamy kilka tez prof. Sajó o ustroju, jaki tworzy na Węgrzech Orban. Niektóre z nich – sprawdźcie sami – znajdują zastosowanie także do opisu Polski Kaczyńskiego i innych państwach europejskich, które zmierzają w podobnym kierunku „nieliberalnej demokracji”.

Prof. András Sajó o osobliwej węgierskiej demokracji

  1. „Demokracja nieliberalna”, czyli bez rzeczywistego wyboru

Choć samo pojęcie „nieliberalnej” demokracji bywa podważane przez badaczy prawa i polityki, faktem jest, że architekci takich ustrojów, w tym Viktor Orban, chętnie się nim posługują.

W „nieliberalnej demokracji”, ustrój jest formalnie demokratyczny, przeprowadzane są wolne wybory, przynajmniej w początkowych latach funkcjonowania nowego ustroju.

Jednak ze względu na przejmowanie mediów i dominowanie sfery kultury, faktycznie nie obowiązuje pluralizm polityczny. Wolne media istnieją – w szczątkowej formie – ale nie docierają do większości obywateli. Dlatego nie roztacza się prawdziwy wybór.

2. Prawo jest formalnie przestrzegane 

W przeciwieństwie do Polski, władza na Węgrzech operuje w granicach prawa, przynajmniej formalnie. Ważne jest dla niej sprawianie wrażenia przestrzeganie prawa. Przywiązanie do legalizmu pozwala legitymizować władzę, zarówno w oczach znacznej części własnych obywateli, jak i – do pewnego stopnia – w oczach społeczności międzynarodowej.

3. Sędziowie, urzędnicy i instytucje są podporządkowane władzy politycznej

Od fasadowego, formalnego przywiązania do praworządności jest jeden ważny wyjątek: sądy i urzędy zostają podporządkowane władzy. Kadry wymienia się na wielką skalę, sąd i urzędy zapełnia lojalistami lub przynajmniej osobami, które zawdzięczają szybszą czy bardziej spektakularną karierę władzy politycznej.

4. Prawo jest dostosowane do potrzeb władzy politycznej 

Prawo jest dostosowane do potrzeb władzy wykonawczej, która w razie potrzeby nagina je, czy raczej – „kreatywnie interpretuje”.

Koronnym przykładem są węgierskie regulacje dotyczące zamówień publicznych, które formalnie pozostają w zgodzie z zasadami prawa unijnego. Jednak pozwalają osobom sympatyzującym z władzą na wygrywanie przetargów. Na Węgrzech nowa elita bogaci się w majestacie prawa; niekoniecznie musi przekupywać czy zastraszać urzędników.

Prawo można też używać do tworzenia nowych monopoli. Przykładem regulacje dotyczące hazardu. Pod pretekstem ochrony moralności i zdrowia publicznego na Węgrzech zdelegalizowano hazard, by po kilku miesiącach go przywrócić, oddając licencje zausznikom.

5. Wasale władzy są równiejsi wobec prawa

Prawo służy do nieco lepszej ochrony interesów nowego establishmentu – tak długo, jak jego członkowie pozostają wierni centralnej władzy. Ta karze wybiórczo. Nie będzie raczej fabrykować dowodów przeciwko niewinnym.

Nielojalnemu właścicielowi mediów nie odbierze licencji – ale też jej nie przedłuży.

Prokuratura nie będzie ścigać zbrodni „białych kołnierzyków”, jeśli przestępstwo gospodarcze zostało popełnione przez wiernego wasala.

6. Zgodność stanowionego prawa z konstytucją jest oceniania pod dyktando polityków

Najważniejsze sądy – takie jak sąd konstytucyjny – w sprawach politycznych orzekają po myśli władzy.

6. Sądy, nawet wypełnione lojalistami, zazwyczaj orzekają zgodnie z literą prawa

Sędziowie sądów powszechnych znajdują się pod polityczną presją, jednak w większości wypadków nadal wydają wyroki zgodne z literą prawa – nawet, jeśli sędziowie zawdzięczającymi karierę władzy politycznej.

Egzekutywa z każdym rokiem zwiększa wpływ na sędziów, dokonując wymiany kadr pod pretekstem reorganizacji sądów i zmian wieku przechodzenia sędziów w stan spoczynku.

7. Masowo prywatyzuje się publiczny majątek 

Władza nie ściga skorumpowanych beneficjentów systemu, który w strukturalny sposób umożliwia okradanie państwa – w tym ze środków unijnych – na olbrzymią skalę.

Obywatelom mydli się oczy formalnym przestrzeganiem prawa, kiedy faktycznie dochodzi do prywatyzacji publicznego majątku.

8. Zależności wobec władzy są kreowane we wszystkich grupach społecznych

Prawo jest instrumentalnie traktowane do legalizowania działań władzy, ale też do kreowania zależności oraz dyscyplinowania społeczeństwa.

Stwarzanie feudalnych systemów zależności nie dotyczy tylko elit, takich jak sędziowie, wysokiego szczebla urzędnicy, przedsiębiorcy, ale też osób najbiedniejszych i najmniej uprzywilejowanych. Romowie, bezrobotni i bezdomni są uzależniani od wspierania lokalnej władzy, na przykład burmistrza, który rozdysponowuje prace w budżetówce w regionach o wysokiej stopie bezrobocia.

9. Rozpala się ksenofobię i tworzy przyzwolenie na przemoc

Wzniecenie nienawiści i akceptowanie przemocy wobec mniejszości i migrantów stwarzają warunki, w których społeczeństwo staje się obojętne wobec naruszeń praw człowieka, co może ułatwić wprowadzenie autokratycznego ustroju w przyszłości.

10. Prawa człowieka są przestrzegane w osobliwy sposób

Na ulicach nie ma czołgów, krytycy władzy nie są skazywani w procesach pokazowych, nie ma morderstw politycznych czy podejrzanych otruć, nie ma też dysydentów – przynajmniej w rozumieniu, jakie to słowo miało w okresie rządów komunistycznych.

Formalnie nie obowiązuje cenzura, ale pracę dziennikarzy i wolność wypowiedzi zwykłych obywateli ograniczają pozwy cywilne o ochronę dóbr osobistych.

Otwarcie nie odrzuca się idei praw człowieka – bo byłaby to rewolucja nie do zaakceptowania przez Unię Europejską – ale przeciwstawia się „węgierską” interpretację tej idei płynącym z „zachodu” trendom: otwartości, tolerancji, poszanowaniu praw mniejszości.