Tag Archives: rocznica Września ’39

Kaczyński upodlił Polskę

2 Wrz

„Widzę, że zachowano protokół dyplomatyczny i zasady precedencji. Szeregowy poseł między szefami rządów, ministrami i kierownikami najważniejszych instytucji państwa. Niby w jakiej roli?” – zapytał na Twitterze Patryk Wachowiec z FOR.

Jarosław Kaczyński podczas obchodów 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej siedział bowiem w pierwszym rzędzie trybuny honorowej. Obok niego ulokowano jego „odkrycie towarzyskie”, czyli Julię Przyłebską, a po drugiej stronie – wicepremiera Piotra Glińskiego.

„Precedencja w Polsce nie przewiduje specjalnego traktowania szefa partii rządzącej. Protokół dyplomatyczny jest trochę jak z plasteliny, ale tutaj jednak ktoś przesadził. Nie ma to żadnego uzasadnienia protokolarnego. Kogo reprezentował Kaczyński?” – dziwił się w natemat.pl dr Janusz Sibora, specjalista ds. protokołu dyplomatycznego i ceremoniału państwowego. Wspomniana precedencja reguluje porządek pierwszeństwa zajmowania miejsc podczas oficjalnych spotkań władz państwowych.

Na dodatek prezes PiS otoczony był prawie wyłącznie przez polityków swojej partii. – Oprócz tego, że organizatorzy nie uszanowali zagranicznych gości, to samych przedstawicieli instytucji państwowych usadzili nie tak, jak trzeba. Mamy do czynienia z protokołem partyjnym, a nie dyplomatycznym. Porządek na trybunie ma się nijak do hierarchii dostojników państwowych. To potwierdza, że stan faktyczny w państwie jest inny, aniżeli ten zapisany w Konstytucji. Dotykamy tym samym tego, w jaki sposób funkcjonuje demokracja w państwie” – dodał Sibora w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.

Ameryka kocha Polskę, Ameryka kocha Polaków. Dziś – jako wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki – jest moim wielkim zaszczytem, że mogę stanąć tu w imieniu Amerykanów w Polsce, która jest wolna, silna i bezpieczna. Historia Polski jest historią narodu, który nigdy nie utracił nadziei, który nigdy nie dał się złamać, który nigdy nie zapomniał kim jest. Dzisiaj w samym sercu Warszawy, stając tutaj przed Grobem Nieznanego Żołnierza, zebraliśmy się, żeby dać świadectwo odwadze wielkiego narodu” – mówił na placu Piłsudskiego w Warszawie podczas obchodów 80. rocznicy wybuchu II Wojny Światowej wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Mike Pence.

Gdyby choć jedna rzecz spośród tych, które dziś się z sądami i sędziami wyczynia, wydarzyła się, gdy nie rządził PiS, Jarosław Kaczyński i jego ludzie byliby pierwsi w głośnym protestowaniu i żądaniach wszelkich możliwych dymisji i retorsji.

Obywatelska Polska nie posiada się z oburzenia, poznając nowe szczegóły związane z funkcjonowaniem w Ministerstwie Sprawiedliwości grupy sędziów zajmujących się ordynarnym szkalowaniem i zniesławianiem za pośrednictwem anonimowej korespondencji sędziów krytykujących politykę Zbigniewa Ziobry, opartą na politycznym sterowaniu sądami i prokuraturą oraz szykanowaniu prokuratorów i sędziów, których działania są nie po myśli władzy.

Kilkuosobowa grupa „Kasta”, jak się okazuje, była jedynie częścią większej grupy „Zespół”, organizującej w resorcie tzw. hejt przeciwko niepokornym sędziom. Stan wiedzy o tym procederze (na 29 sierpnia) podsumowuje w swym artykule na Wyborcza.pl Wojciech Czuchnowski.

Jan Woleński: Kto odpowie za aferę z trollami?

Degrengolada obyczajów

Groteskowe w swej wulgarności wydarzenia w każdym przyzwoitym kraju doprowadziłyby do upadku rządu – a właściwie by nie doprowadziły, bo w ogóle nie byłyby możliwe, podobnie jak niemożliwa byłaby afera KNF czy afera Kaczyńskiego i spółka Srebrna. Ale skoro niemożliwe u nas akurat jest jak najbardziej i możliwe, i rzeczywiste, to czyż nie trzeba się z tym pogodzić? Bo czy np. w PRL byliśmy jacyś tacy „niepogodzeni”?

Jest, jak jest – człowiek się przyzwyczaja. I na tym właśnie polega degrengolada obyczajów i upadek kultury politycznej. Podobne procesy zachodzą zresztą nie tylko w Polsce – pewna w tym pociecha, lecz i wskazówka, że przyczyn trzeba szukać gdzieś głębiej niż w fenomenie PiS i właściwościach jego elektoratu. Czy moglibyśmy przed paroma laty przypuszczać, że w USA czy w Wielkiej Brytanii wydarzy się to, co właśnie się wydarza? No właśnie. Coś niedobrego dzieje się w całym świecie.

Dlaczego Ziobro powinien odejść

PiS śmieje się Polsce w nos

W niedawnych, niesłusznie minionych czasach niemożliwa byłaby taka działalność, jaką prowadzi Zbigniew Ziobro, niemożliwe byłoby, aby ten człowiek, z taką polityczną przeszłością, był ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym. W ogóle nie miałaby szansy takiej przeszłości (a nie tylko przyszłości) mieć. Zresztą gdyby choć jedna rzecz spośród tych, które dziś się z sądami i sędziami w Polsce wyczynia – na poziomie ustaw i w bieżącym zarządzaniu resortem – wydarzyła się kiedykolwiek wcześniej, gdy nie rządził jeszcze PiS, Jarosław Kaczyński i jego ludzie byliby pierwsi w głośnym protestowaniu i żądaniach wszelkich możliwych dymisji i retorsji.

Gdy teraz rządzą – moralne złachmanienie swych rządów poczytują sobie niemal za tytuł do dumy. Śmieją się w nos demokratycznej Polsce, bo wiedzą, że ci, którzy już dwa razy wynieśli ich do władzy, a zapewne zrobią to po raz trzeci, w najgorszym razie są na bezprawie obojętni, a w najlepszym – bardzo im się ono podoba.

A demokratyczna opinia? Po każdej aferze coraz bardziej bezsilna i zniechęcona, patrzy tylko na własną narastającą obojętność, domyślając się tego, jak coraz bardziej ekscesy władzy nic nie znaczą dla ogółu społeczeństwa. Schamienie naszego życia zaszło tak daleko, że żadna afera nie może mieć decydującego znaczenia dla losów rządu. Każda afera, każdy skandal jest już tylko „tak zwany”. Mając na co dzień wgląd do kuchni wydarzeń, widząc pospolitość i prostactwo ludzi na stanowiskach, którzy nic sobie nie robiąc z powagi swych urzędów, bez żadnych hamulców popisują się głupotą, stajemy się najpierw cokolwiek cyniczni, a potem już tylko amoralni i obojętni. Oto w jakim puncie się dziś znaleźliśmy. I żadne wybory tego z dnia na dzień nie zmienią.

Kaczyński z sercem na dłoni. Ratuj się, kto może!

Głupstwo, nie afera?

Bardzo ciekawym przypadkiem bezczelności władzy, lecz jednocześnie jej jakże poprawnej, by nie powiedzieć: wytrawnej samowiedzy, jest odpowiedź, jakiej udzielił na pytanie redaktorki TVN Justyny Dobrosz-Oracz o wpływ afery Piebiaka na sondażowe notowania PiS oraz odpowiedzialność polityczną Ziobry jako ministra sprawiedliwości wicemarszałek Sejmu prof. Ryszard Terlecki. Odpowiedział jej (i innym dziennikarzom) następująco: „Nie powinniśmy tracić. Czemu? Zostało to rozstrzygnięte, przecięte. […] To jest przedmiot zainteresowania, nie wiem, pięciuset osób w Polsce. Co to obchodzi wyborców? […] O czym my rozmawiamy? Rozmawiamy o głupstwie, jakie popełnił jeden z wiceministrów, i został za to zdymisjonowany. No, to poważne głupstwo. Bardzo poważne głupstwo”.

Tak jak zwykle pytany o jakiś kolejny skandal (jak niedawno ten z marszałkiem Kuchcińskim), Terlecki odpowiada z dobrotliwie wyższościowym uśmieszkiem, cynicznie bagatelizując sprawę, za każdym razem niby to będącą czyimś osobistym błędem, którego konsekwencje powinna ponieść konkretna osoba, złapana za rękę.

Rzecz jasna Terlecki wie doskonale, że w danym wypadku proceder „hejtu” uprawiają kumple Ziobry ściągnięci do ministerstwa właśnie po to, by parać się różnego rodzaju „mokrą robotą”. Obrzydliwie protekcjonalne i amoralne wypowiedzi są dowodem osobistego cynizmu i bezczelności marszałka. Przymioty te doskonale konweniują z jego wizerunkiem i historią. Nic specjalnego.

Afera demaskuje nie tylko zepsucie, ale też słabość państwa

Terlecki diagnozuje własny elektorat

Godna uwagi jest wszelako osobliwa mądrość i słuszność słów Terleckiego oraz sam fakt, że ma on czelność je wypowiadać również do własnego elektoratu. Należy wszak przyznać mu rację – sprawą Piebiaka, podobnie jak aferami z Krajową Radą Sądownictwa czy wcześniej z Trybunałem Konstytucyjnym, interesuje się bardzo niewielu wyborców PiS. Owszem, interesuje się nimi bardzo wielu przeciwników tej władzy – tych jednakże Terlecki i całe PiS może ostentacyjnie ignorować.

Politologiczna diagnoza Terleckiego jest słuszna, a ogólna demoralizacja życia publicznego, jak również utrwalony (może nie najgorszy) zwyczaj, by mówić w przestrzeni publicznej to, co się myśli, sięgając do nieformalnych kulis wydarzeń i manifestując makiawelizm, sprawia, że bezczelność, z jaką się tę diagnozę wypowiada, nie niesie z sobą żadnego ryzyka.

Możemy się bezsilnie oburzać, jak to Terlecki pogardza własnym elektoratem, dając do zrozumienia, że upadek moralny środowiska władzy nie obchodzi i nie przeszkadza jej zwolennikom, ale czym bardziej my jesteśmy bezsilni, tym bardziej bezczelny uśmieszek Terleckiego jest na miejscu. Mogę sobie tylko wyobrażać, z jaką satysfakcją będzie czytał ten artykuł lub inny podobny komentarz do jego kolejnego popisu cynizmu i amoralizmu.

Adam Szostkiewicz: Piebiak i hejterka, czyli dramat państwa polskiego

>>>

Sędziowie nie chcą orzekać z bohaterami afery farmy trolli w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Jest takie powiedzenie, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Wydaje się, że właśnie sprawdza się w przypadku polskich sędziów. Im silniejsza jest opresja ze strony władzy politycznej, tym bardziej otwarcie stawiają opór. I tym silniej utrwala się w środowisku postawa godnościowa i przywiązanie do sędziowskiego etosu.

Dzisiaj podczas rozprawy w X Wydziale Karnym Sądu Okręgowego w Warszawie zdarzyła się rzecz bez precedensu: sędzia Anna Bator-Ciesielska odmówiła orzekania z sędzią i rzecznikiem dyscyplinarnym Przemysławem Radzikiem. Rzecz dotyczyła odwołania od wyroku w sprawie karnej. Sędzia Bator-Ciesielska jako przewodnicząca składu orzekającego, w którym oprócz niej i sędziego Radzika zasiadł sędzia Grzegorz Miśkiewicz, odroczyła rozprawę z powodu niemożności ustalenia miejsca pobytu oskarżonego.

Drugim powodem odroczenia są jej wątpliwości co do możliwości wypełniania obowiązków sędziowskich przez Radzika, jednego z bohaterów afery zorganizowanego hejtu, wspieranego dokumentami z akt w resorcie sprawiedliwości i w biurze rzecznika dyscyplinarnego przy ministrze. Niezbędnym przymiotem sędziego jest bowiem nieskazitelność charakteru, bezstronność i niezawisłość.

Sędzia powołała się na:
– art. 6 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka gwarantujący każdemu prawo do rzetelnego procesu przed niezawisłym sądem
– art. 7 konstytucji: „Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa”, art. 32 (prawo do równego traktowania) i art. 45 (prawo do rzetelnego procesu przed niezawisłym sądem)
– art. 66 ustawy o ustroju sądów powszechnych zawierającego rotę ślubowania sędziowskiego: „Ślubuję (…) stać na straży prawa, obowiązki sędziego wypełniać sumiennie, sprawiedliwość wymierzać zgodnie z przepisami prawa, bezstronnie według mego sumienia, dochować tajemnicy prawnie chronionej, a w postępowaniu kierować się zasadami godności i uczciwości”.

Zaznaczyła, że czuje się związana tym przyrzeczeniem, które składała najpierw przed prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, a potem przed prezydentem Lechem Kaczyńskim, „gdy obejmowałam urząd sędziego Sądu Okręgowego w Warszawie, gdzie mam zaszczyć – jeszcze – pełnić służbę” – powiedziała.

To nie koniec. Zarządziła przekazanie akt sprawy z jej zarządzeniem przewodniczącej wydziału Moniki Jankowskiej w celu przedstawienia innym sędziom pod rozwagę, czy Przemysław Radzik i Michał Lasota (kolejny bohater afery hejterskiej) powinni dalej orzekać w tym wydziale. W razie gdyby sędziowie uznali, że nie powinni – sędzia Bator-Ciesielska rekomenduje rozważenie zwrócenia się do „ministra sprawiedliwości, szanownego pana Zbigniewa Ziobry” o odwołanie z delegacji sędziów Lasoty i Radzika. Obaj zostali delegowani z sądów rejonowych.

Sędzia Anna Bator-Ciesielska zapowiedziała też, że 2 września poinformuje, czy w związku ze sprawą skieruje do Trybunału Sprawiedliwości UE pytanie prejudycjalne. Można się domyślać, że chodzi o możliwość odmowy – w obronie prawa podsądnego do bezstronnego sądu – orzekania z sędzią, który sprzeniewierzył się zasadzie bezstronności i niezawisłości.

To, co zrobiła sędzia Bator-Ciesielska, to pierwszy publicznie znany przypadek, gdy sędzia formalnie odmówił sądzenia z człowiekiem, co do którego nieskazitelności ma wątpliwości.

Sędziowie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie także nie chcą orzekać z bohaterem afery hejterskiej: Tomaszem Szmydtem. Najpierw prezes NSA Marek Zirc-Sadowski odwołał go z delegacji do biura neo-KRS, a teraz Wojciech Mazur, prezes WSA, gdzie „dobra zmiana” obsadziła Szmydta, odsunął go od orzekania „do czasu wydania przez sąd dyscyplinarny uchwały w przedmiocie zawieszenia sędziego w czynnościach służbowych, nie dłużej niż do dnia 28 września 2019 r.”.

W uzasadnieniu napisano, że wymaga tego „powaga sądu i istotne interesy służbowe”. W poniedziałek rzecznik dyscyplinarny NSA poinformował, że podjął czynności wyjaśniające w sprawie sędziego Szmydta i sędziego NSA Rafała Stasikowskiego, także wymienianego w kontekście afery hejterskiej.

Do orzekania mają za to wrócić „Herszt” – jak go nazywali członkowie hejterskiej grupy – czyli zdymisjonowany wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak, oraz jego najbliższy współpracownik w ministerstwie, sędzia Jakub Iwaniec.

Piebiak prawdopodobnie wróci do swojego macierzystego sądu: Rejonowego dla m.st. Warszawy, natomiast Iwaniec do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa. Nie od razu, bo musi im zostać wyznaczony przez prezesa – po zaopiniowaniu przez Kolegium Sadu – zakres obowiązków. Pytanie, czy ich także nie spotka front odmowy? Wszystkich sędziów – bohaterów afery – jest dwunastu.

Wreszcie na aferę zareagowała nawet neo-KRS. Najpierw jej prezydium, a potem przewodniczący Leszek Mazur wydali pryncypialne oświadczenia, stwierdzając, że jeśli doniesienia o aferze „potwierdzą się”, to sędziowie, którzy w takim zorganizowanym hejcie brali udział, nie mogą być uważani za osoby mające przymiot nieskazitelnego charakteru, powinni złożyć urząd w KRS i zostać wydalonymi z zawodu.

Wczoraj zaś KRS zawiesiła przesłuchania kandydatów na sędziów do Sądu Najwyższego. Wśród oceniających jest trzech bohaterów hejterskiej afery: sędziowie Dariusz Drajewicz, Jarosław Dudzicz i Maciej Nawacki. W dodatku Drajewicz zgłosił swoją kandydaturę do SN.

Kilka dni wcześniej – co jest zaskoczeniem – prezydium neo-KRS wezwało jego i innego członka neo-KRS, sędziego Rafała Puchalskiego, do wycofania kandydatur: „Prezydium Krajowej Rady Sądownictwa negatywnie ocenia fakt zgłoszenia się członków KRS: Pana Dariusza Drajewicza i Pana Rafała Puchalskiego – sędziów sądów rejonowych, na stanowiska sędziów Sądu Najwyższego, dokonane z pominięciem dwóch szczebli sądownictwa powszechnego. Prezydium oczekuje, że wskazani sędziowie wycofają zgłoszenia na stanowiska sędziów SN albo niezwłocznie zrzekną się mandatów członków KRS”.

To, że sędziowie z prezydium neo-KRS stali się wrażliwi na kwestie etyki sędziowskiej, jest zaskakujące, zważywszy na dotychczasową działalność neo-KRS i sposób jej powołania. Ale może to być też sygnał, że władza polityczna naprawdę przesadziła. Że ugodziła w jakiś fundament sędziowskiej godności. Albo że sędziowie z neo-KRS czują wiatr politycznej zmiany.

Lada tydzień spodziewany jest wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE – ma się odnieść do legalności powołania neo-KRS i tego, czy jej działalność może być uznana za działanie na rzecz niezawisłości sędziów i niezależności sądów. A także w sprawie zgodności z tymi zasadami działalności Izby Dyscyplinarnej SN. Jeden z jej członków, Konrad Wytrykowski, też jest bohaterem afery hejterskiej.

Wszyscy wymieniani w kontekście afery zaprzeczają, że brali w niej udział.

Samorządom wydaje się, że mają do czynienia z jakąś tam zwykłą reformą, a tymczasem jest to wielki cywilizacyjny projekt, w dodatku realizowany na wyraźne żądanie elektoratu!

Przed trzema laty, u zarania „dobrej zmiany” w polskich szkołach, opublikowałem w tym miejscu felieton o identycznym tytule. Napisałem w nim, że projekt reformy jest kumulacją bezmyślnej głupoty, której nie wykorzeniła taka sama szkoła, do jakiej chce wrócić Kaczyński, jego wyznawcy i ludzie bezrefleksyjnie wspierający chorą zmianę. Dziś wydaje mi się, że może przesadziłem, że prawdziwą i bardziej prozaiczną przyczyną koszmarnego zamieszania w oświacie jest buńczuczne przekonanie, że wszystko co było przed PiS-em jest złe, bo nie wymyślił tego PiS.

Minister oświaty Dariusz Piontkowski, podobnie jak jego poprzedniczka, zachwyca się dzisiaj stanem oświaty po reformie, ale czyni to inaczej, nie reklamując usług swojego stomatologa. W pocie czoła produkuje oświadczenia, pisma i listy, które dowodzą głównie tego, że premier Morawiecki może nie zasługiwać na laur niedoścignionego mistrza w konkurencji „rzut kłamstwem”. Pan premier miota w tłum bujdy ssane na bieżąco z dużego palucha, czyniąc to na pełnym luzie, z radosnym rozbawieniem i chłopięcą nonszalancją. Natomiast minister Piontkowski przeciwnie, dokleja sobie poważną minę, marszczy czoło i wbija wzrok w rozmówców, podkreślając głębię swoich nieprawd, głoszonych hipnotyzującym tonem współczesnego Kaszpirowskiego.  Kto z nich lepszy – nie wiadomo.

Pan minister często nie dorównuje swemu szefowi ciężarem i rozmiarami głoszonych bredni, ale przerasta go rozmachem i wyobraźnią. – Rekrutacja do szkół ponadpodstawowych i ponadgimnazjalnych na rok szkolny 2019/2020 przebiegała sprawniej niż dotychczas – napisał Dariusz Piontkowski w odpowiedzi na wystąpienie RPO Adama Bodnara w sprawie tzw. podwójnego rocznika. No pewnie! Poszło jak z płatka, a jeśli jeszcze coś nie gra, jeśli są jakieś pretensje, to proszę się czepiać samorządów. Opanowane przez opozycję nie dość, że sabotują fantastyczną reformę, to jeszcze okazują się pazerne, żądając obiecanego zwrotu wydatków. Co z tego, że rząd miał opłacić koszty nakazanych zmian? Miał, ale nie ma. Nie ma z czego, po prostu. Przecież przed wyborami trzeba dać ludziom jakiś kolejny „plus”, a poza tym już obiecano Polakom, że nowy budżet dopnie się bez zadłużenia…

Zdaniem pana Piontkowskiego samorządom wydaje się, że mają do czynienia z jakąś tam zwykłą reformą, a tymczasem jest to wielki cywilizacyjny projekt, w dodatku realizowany na wyraźne żądanie elektoratu! Pisze o tym minister do prezydenta Warszawy wyjaśniając, że „poprzedni system edukacyjny był negatywnie oceniany przez społeczeństwo”. Warto zatrzymać się na chwilę przy tym argumencie, bo nie wiedzieć czemu nawet przytomni dziennikarze i łebscy politycy opozycji łykają owo fundamentalne łgarstwo jak roztargniony bocian żmiję. Po raz kolejny, zresztą.  To prawda, że społeczeństwo domagało się zmian w sądach i że do reformy upoważniło PiS. Tyle że PiS zamiast skrócić procedury i wprowadzić inne zmiany przez suwerena oczekiwane, dokonał zmian nieoczekiwanych, służących jedynie umocnieniu swojej władzy, pogarszających jeszcze sytuację wyjściową. Również twierdzenie, że sytuacja w oświacie, którą oglądamy obecnie i którą w pełnej krasie zobaczymy niedługo, jest realizacją oczekiwań zbulwersowanych dzisiaj rodziców i znerwicowanych dzieci, przekracza granice zwykłego kłamstwa: jest bezczelnym oszustwem.

Minister Piontkowski dwoi się i troi, by usprawiedliwić demolkę polskiego systemu oświatowego. W tym celu występuje na licznych konferencjach i spotkaniach, gdzie przekonuje, że za poprzedników oświata miała się fatalnie, przy obecnej władzy sytuacja jest znakomita, a będzie jeszcze świetniej, bo „celem wprowadzanych zmian jest stworzenie szkoły nowoczesnej, a jednocześnie silnie zakorzenionej w naszej tradycji, szkoły dającej solidne fundamenty wiedzy i wspierającej rodzinę w jej wychowawczej funkcji”. Jego zdaniem wdrażaną u nas reformę oświaty można bez fałszywej skromności nazwać modelową i życzyć należy krajom zachodnim, by swoje lewackie, niesprawne i przestarzałe systemy co prędzej wymieniły na polski nowoczesny model oświaty.  A jaka jest prawda? Jeszcze pięć lat temu prestiżowy ranking Pearsona wykazywał, że Polska ma jeden z najlepszych systemów edukacji na świecie. W trakcie drugiej kadencji rządów PO-PSL awansowaliśmy z 14 na 10 miejsce na świecie i piąte w Europie. A potem, po rozpoczęciu deformy PiS,  prestiż polskiej oświaty runął na łeb, na szyję. W roku ubiegłym, w rankingu Worldwide Educating For the Future  (Edukacja dla przyszłości), Polska zajęła dopiero 27 miejsce wśród 50 analizowanych krajów. Wyprzedziła nas nie tylko Rosja, ale również Ghana.

Wiem, że z obecną władzą nie wygra się na statystyki i rankingi, bo tajne badania i sondaże rządzących zawsze będą, lepsze, dokładniejsze, prawdziwsze i mniej lewackie. Jednak różnice między polskim a jakimś zachodnim systemem oświatowym łatwo wykazać na konkretnych przykładach. Tak się złożyło, że dwoje dzieci z mojej rodziny zamieniło na rok podstawówkę w powiatowym mieście Polski centralnej na „równoległą”, usytuowaną w niemieckim mieście średniej wielkości. Rok szkolny rozpoczął się tam w połowie sierpnia – o dziwo – bez apelu, bez podniosłych przemówień, bez powitań przedstawicieli władz i parafii. Na „dzień dobry” dzieci otrzymały „dzienniczek” z rzeczową wiadomością na pierwszej stronie, że w szkole nie ma miejsca na obelgi, przemoc, seksistowskie komentarze i rasizm – i zakaz ten rzeczywiście jest bezzwłocznie i bezwarunkowo egzekwowany.

W polskiej szkole na początku roku cytowano dzieciom górnolotne i średnio zrozumiałe fragmenty statutu o „podtrzymaniu poczucia tożsamości narodowej, etnicznej, językowej i religijnej poprzez: a) organizowanie i udział w uroczystościach z okazji świąt państwowych i kościelnych; b) eksponowanie i szanowanie symboli narodowych w pomieszczeniach szkolnych; c) organizowanie lekcji religii…”. A w obecnej szkole, zamiast troski o „tożsamość narodową i religijną” dzieci otrzymały zapewnienie, że szkoła dba o życzliwą atmosferę” oraz pragnie wspierać uczniów „w nauce życia społecznego opartego na szacunku i wzajemnej odpowiedzialności”. Rodzice natomiast dostali list, w którym tamtejszy minister oświaty (nawiasem mówiąc profesor doktor habilitowany) przypomniał, ze głównym zadaniem szkoły, oprócz przekazania niezbędnej wiedzy, jest wychowanie dzieci i młodzieży „w duchu demokracji i poszanowania konstytucji”.

W nowej szkole klasy są kilkunasto-, najwyżej 20-osobowe. Nie ma tam świetlicy, ale po lekcjach dzieci są pod opieką wychowawców odpowiedzialnych za zajęcia popołudniowe i mogą samodzielnie korzystać ze wszystkich zawsze otwartych pomieszczeń szkoły lub bawić się zewnątrz, na ogrodzonym terenie. Mogą też wybrać sobie nawet po kilka spośród kilkunastu bezpłatnych zajęć, realizowanych po lekcjach na terenie szkoły. W ofercie zajęć dodatkowych znaleźć można np. ratownictwo i pierwszą pomoc, ochotniczą straż pożarna oraz szkolenie w zakresie „negocjacji i rozwiązywania konfliktów”. Absolwenci tego kursu otrzymują odznakę i mediują między skłóconymi uczniami, którzy sami zwracają się do nich o rozstrzygnięcie sporu. Ba, wsparcia u młodych negocjatorów szukają również nauczyciele!

W szkole polskiej na zajęciach wychowania fizycznego chłopcy i dziewczynki ćwiczyły osobno, przy czym dziewczynki nie biegały, żeby się nie spocić, i nie trenowały zbyt intensywnie, bo – jak mówiła nauczycielka – od tego mięśnie rosną, a umięśniona dziewczynka nie wygląda dobrze. W szkole obecnej dzieci ćwiczą wspólnie i razem grają w koedukacyjnych drużynach. W polskiej szkole do sprzątania klasy angażowane były tylko dziewczynki, a zdarzyło się, że nauczycielka kazała im zrobić porządki w piórnikach chłopców z uzasadnieniem, że przecież będą niedługo żonami i matkami… W obecnej szkole sprzątają po sobie wszyscy, a na obowiązkowych lekcjach gotowania i nauki szycia z równym zapałem pracują zarówno chłopcy, jak i dziewczynki . W szkole polskiej odbywały się regularne uroczystości religijne z obowiązkowym udziałem wszystkich uczniów, opiekunem samorządu była katechetka, rekolekcje traktowane były jak planowe zajęcia szkolne (nauczyciele prowadzili dzieci do kościoła i pilnowali, by odbyły tam wielkopostną spowiedź), a w miejsce Halloween ogłoszono szkolny „dzień aniołka” podczas którego dzieci przebierały się za świętych, w tym za o. Kolbego w pasiaku. W obecnej szkole podczas obowiązkowych lekcji religii (lub etyki) nie uczy się pobożności, lecz przekazuje wiedzę religioznawczą z wyraźnym przesłaniem, by wdrażać i umacniać szacunek dla ludzi innych wyznań lub osób bezwyznaniowych.

A na koniec jeszcze jedna różnica między świetnym, zreformowanym i na wskroś nowoczesnym systemem szkolnictwa polskiego, a zdegenerowanym i skażonym polityką gender modelem zachodnim.  Moje przykładowe (chociaż najprawdziwsze) dzieci nie otrzymują w obecnej szkole zadań domowych, nie wkuwają wieczorami tego, czego nie zdążyli ich nauczyć w czasie lekcji. Z niezrozumiałych powodów udaje się tam zrealizować program nauczania wyłącznie w szkole. Jeden Pan Bóg wie dlaczego we wspomnianym już rankingu „Edukacja dla przyszłości” Niemcy zajmują 7 miejsce ze stratą ledwie 6 pkt. do zwycięzcy (Finlandia), a Polska uplasowała się 20 miejsc niżej, poniżej średniej światowej, ze stratą aż 29 punktów.

Kaczyński, a nie Trump, upokarza Polskę

1 Wrz

Donald Trump odwołał swoją wizytę w Polsce. Oficjalną przyczyną jest huragan Dorian, który może na początku przyszłego tygodnia uderzyć we Florydę.

Amerykańscy dziennikarze zwracają jednak uwagę, że prezydent weekend spędza czas na prywatnym polu golfowym.

Biały Dom podkreśla, że prezydent w niedzielę uda się do Federalnej Agencji Zarządzania Kryzysowego. Donald Trump opuścił Biały Dom w piątek i udał się helikopterem do swojej rezydencji w Camp David w Maryland, a stamtąd helikopterm poleciał do posiadłości w Wirginii.

Prezydent umila sobie czas grając w golfa, ale są z nim eksperci, którzy śledzą trasę huraganu.

Według najnowszych prognoz „Dorian” zmierza na północ i przejdzie wzdłuż wybrzeża. Władze apelują do mieszkańców Florydy, aby nadal zachowali czujność. Ostrzegają też przed zagrożeniem inne stany.

Szanowny Panie Prezesie!

Nazwać kopniak jaki waszej władzy właśnie wymierzył Trump katastrofą, to jak nazwać posłankę Pawłowicz niezbyt życzliwą lub Marka Suskiego nieprzesadnie intelektualnym.

Już upokorzenie jakie zgotował Polsce Trump, gdy zabrakło krzesła dla Prezydenta Dudy było znakiem, że obecne władze USA uważają Pana ekipę za grono pożytecznych idiotów, którzy kupują drogi sprzęt wojskowy, ale nie mogą się postawić, gdyż sami stworzyli sobie politykę bezalternatywną.

Wybór Trumpa, który na oczach całego świata wybrał pole golfowe zamiast obiecanego świętowania z nami 80 rocznicy wybuchu wojny, pokazuje, że Polska pod Pańskimi rządami jest marginalizowana i wyszydzana.

Jutro obchodzimy rocznicę wybuchu wojny, do której przystąpiliśmy sami, gdyż sojusznicy nas zdradzili. Zdradzili dlatego, że polityka zagraniczna ministra Becka była prowadzona podobnie jak Pana bez uwzględnienia realiów międzynarodowych. Albo inaczej była bezdennie głupia. W roku 1938 wspólnie z Hitlerem rząd sanacyjny przeprowadził rozbiór Czechosłowacji, a w 1939 liczył na realizację sojuszu z Francją i Anglią przeciwko Hitlerowi.

Często się Pan odwołuje do tradycji tych rządów i w pewien sposób ma Pan rację. W pewien sposób jest Pan sukcesorem tej ówczesnej bezmyślności.

Obecnie Polska jest osamotniona tak jak w 1939, a sojusze które mamy nie są poparte realiami, gdyż z Pana winy poprzez zdradę wartości zachodnich w zakresie praworządności wykreślamy się ze świata zachodu, tak jak wykreśliliśmy się w 1938 sprzymierzając się z Hitlerem. A sojusze bez wspólnoty wartości to mit.

Jesteśmy sami, a jedynym winowajcą tej sytuacji jest Pan. Tylko korzystne otoczenie międzynarodowe powoduje, że dzisiaj nie odczuwamy jeszcze skutków tego osamotnienia. Ale taka koniunktura może nie trwać wiecznie.

Amerykanie myślą długofalowo, mają bardzo dobrych analityków i świetne dane zbierane z każdego kraju. Jest bardzo prawdopodobne, że z tych danych wynika, że PiS może przegrać wybory. Wówczas zaangażowanie prezydenta w kampanię wyborczą, bo tak jest to odbierane, mogłoby zaszkodzić kształtowanym perspektywicznie interesom gospodarczym i politycznym, także z Polską, która dla Ameryki jest ważnym partnerem – mówi Ryszard Schnepf, były ambasador RP w Stanach Zjednoczonych. – Myślę, że bardziej aktualne, bieżące kwestie zadecydowały o tym, żeby wizytę odwołać, jak huragan, ale także wycofanie w jakimś stopniu – tak to należy czytać – poparcia dla PiS w kampanii wyborczej – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Prezydent Trump w ostatniej chwili odwołał przyjazd do Polski z powodu nadciągającego nad Florydę huraganu. Warunki pogodowe są prawdziwym powodem czy za decyzją stoją jakieś powody polityczne?

RYSZARD SCHNEPF: Będziemy więc spekulować, bo przecież powody zna jedynie najbliższe otoczenie amerykańskiego przywódcy. Temat jest jednak ważny, więc dywagujmy. Byłbym bardzo powściągliwy w myśleniu, które pewnie rodzi się w głowach wielu Polaków, a mianowicie, że prezydent Trump lekceważy rocznicę wybuchu II wojny światowej. Tak z pewnością jednak nie jest. Nie lekceważyłbym też huraganu, bo w Stanach Zjednoczonych rzeczywiście anomalie pogodowe przybierają wymiar u nas niespotykany i potrafią doprowadzić do zniszczenia całego stanu Floryda, czyli obszaru równego połowie Polski. To jest istotny argument. Jednak widzę tu jeszcze jeden wątek, którego bym nie lekceważył, a mianowicie

CHŁODNĄ KALKULACJĘ POLITYCZNĄ.

Amerykanie myślą długofalowo, mają bardzo dobrych analityków i świetne dane zbierane z każdego kraju. Jest bardzo prawdopodobne, że z tych danych wynika, że PiS może przegrać wybory. Wówczas zaangażowanie prezydenta w kampanię wyborczą, bo tak jest to odbierane, mogłoby zaszkodzić kształtowanym perspektywicznie interesom gospodarczym i politycznym, także z Polską, która dla Ameryki jest ważnym partnerem.

Czy może tu chodzić o zakulisowy spór Polski ze środowiskiem żydowskim? Takie komentarze też się pojawiły.
Ten konflikt oczywiście istnieje, przede wszystkim wokół restytucji mienia, ale także w związku z uroczystościami uczczenia Brygady Świętokrzyskiej. Jednak moim zdaniem to nie są fakty determinujące, one tkwią w naszych relacjach już od dłuższego czasu. Planując tę wizytę Trump zapewne świetnie o tym wiedział i mimo to był zdecydowany tu przyjechać. Myślę, że bardziej aktualne, bieżące kwestie zadecydowały o tym, żeby wizytę odwołać, jak huragan, ale także wycofanie w jakimś stopniu – tak to należy czytać – poparcia dla PiS w kampanii wyborczej.

Do Polski przyjedzie wiceprezydent Mike Pence, polityk raczej schodzący niż jaśniejący na arenie. Jak mocno to obniża rangę wizyty?
Mike Pence jest jednak wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych, więc nie deprecjonowałbym faktu jego wizyty. To osoba, która zastępuje prezydenta w naturalny sposób, natomiast

WAGA WIZYTY, RANGA JAKICHKOLWIEK OŚWIADCZEŃ, KTÓRE PADNĄ, JEST OCZYWIŚCIE NIEWSPÓŁMIERNA.

Donald Trump, jakby go nie osądzać, jest jednak politykiem, który potrafi skupić uwagę, wywołać entuzjazm i potrafi być dobrym mówcą. Pence nie słynie z ognistych przemówień, jest człowiekiem cienia i dlatego zresztą jest wiceprezydentem. Cichym, ale lojalnym tłem przywódcy o silnej osobowości.

Czy administracja prezydenta, który jest w stanie obrazić się na Danię, bo ta nie chce sprzedać mu Grenlandii, jest do tego zdolna?
Prezydent Trump jest znany z niekonwencjonalnych wypowiedzi i pomysłów, jednak zawsze trzeba mieć nadzieje, że dla prezydenta USA, największej potęgi militarnej i ekonomicznej, demokracja jest czymś ważnym, bo to, że dla społeczeństwa amerykańskiego równouprawnienie, tolerancja i rządy prawa są ważne, to wiemy.

Czego możemy się spodziewać po wizycie?
To będzie wizyta raczej promocyjna i kurtuazyjna, więc

NIE NALEŻY SIĘ SPODZIEWAĆ ZNACZĄCYCH SŁÓW. GDYBY JEDNAK PADŁY SŁOWA, ŻE DEMOKRACJA JEST WCIĄŻ WAŻNA, BYŁBYM USATYSFAKCJONOWANY.

Obecność sekretarza stanu Mike’a Pompeo i sekretarza obrony każą też myśleć, że w tle mogą się odbywać rozmowy o dalszej współpracy między rządem USA a Polski, zwłaszcza w dziedzinie wojskowej i telefonii 5G.

Będzie mowa o zniesieniu wiz?
Zapewne pojawi się wzmianka o możliwości rychłego wprowadzenia ruchu bezwizowego i to jest rzeczywiście realne. Gdyby jednak przyjechał nawet sam Donald Trump, to pamiętajmy, że zniesienia wiz może dokonać tylko amerykański Kongres. Prawdą jest, że procent odrzuconych wniosków wizowych prawdopodobnie spadł poniżej 3 proc., co jest wymagane w prawie amerykańskim i to będzie pozwalało na sformułowanie nowej ustawy, którą zaakceptują obie Izby. Zajmie to zapewne jeszcze kilka miesięcy. Wiemy, że została podpisana umowa pomiędzy Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i odpowiednikiem po amerykańskiej stronie, czyli Department of Homeland Security, zatem jest to realna ścieżka, na którą wchodzimy. Przypomnijmy, że na początku naszych starań poziom odrzuceń był powyżej 20 proc. Przyczyna tego, że stopniowo zmniejszała się ilość odrzuconych wniosków, leży jednak po naszej stronie. Przede wszystkim

CORAZ WIĘCEJ POLAKÓW ZACZĘŁO UBIEGAĆ SIĘ O WIZĘ, ABY SPĘDZIĆ CZAS ZGODNIE Z DEKLAROWANYM ZAMIAREM, CZYLI NIE PODEJMUJĄC PRACY, NIE PRZEDŁUŻAJĄC POBYTU, NIE POPEŁNIAJĄC WYKROCZEŃ DROGOWYCH – TO SĄ PROCENTY, KTÓRE TAKŻE MAJĄ ZNACZENIE.

Przed planowaną wizytą Donalda Trumpa Konferencja Ambasadorów, do której Pan należy, wystosowała list otwarty do spodziewanego gościa. Dlaczego?
Kwestia spójności NATO, ale też wartości, była przedmiotem rozważań naszej Konferencji Ambasadorów, która jest niezależnym gremium eksperckim. W efekcie powstał list otwarty do prezydenta Trumpa. Mamy świadomość tego, że dziś polityka amerykańska jest wielowątkowa i – mówiąc dyplomatycznie – szalenie zmienna. Świat reaguje dynamicznie i administracja amerykańska poszukuje rozwiązań jednocześnie dla wielu kwestii. To sprawa Iranu, sytuacji ekonomicznej w sensie globalnym – konflikt z Chinami i niewypowiedziana wojna handlowa, która najwyraźniej nabiera prędkości, to też sprawa Korei Północnej, Bliskiego Wschodu i jakiegoś ułożenia relacji z Rosją. Niestety, czasami spójność czy to NATO, czy UE cierpi w wyniku gestów, które są wyrażane na daną chwilę, ale ich skutek jest już długotrwały. Idealnie byłoby, gdybyśmy byli krajem, który spaja te dwa organizmy. Z jednej strony być dobrym członkiem UE, tym bardziej, że im bardziej jesteśmy silni w UE, tym bardziej stanowimy wartość jako partner dla Stanów Zjednoczonych, z drugiej zaś jednoznacznym spoiwem w Sojuszu Północnoatlantyckim. Mamy takie możliwości choćby z tego względu, że jesteśmy największym krajem w rejonie Europy Środkowowschodniej i jednocześnie flanką wschodnią.

NASZA ROLA ZE WZGLĘDU NA TO MOGŁABY BYĆ JEDNOZNACZNIE POZYTYWNA, A NIESTETY TAKA NIE JEST W WYNIKU POSUNIĘĆ RZĄDU, KTÓRE KONFLIKTUJĄ NAS Z UE, ALE TEŻ REALIZUJĄ NIEKTÓRE ZADANIA, KTÓRE SPÓJNOŚCI Z NATO NIE SŁUŻĄ.

Napisali państwo w liście: „Panie Prezydencie, przybywa Pan do kraju, który nie jest praworządny. Pana mocny głos wzywający do tolerancji i wzajemnego poszanowania, a także przestrzegania postanowień konstytucji i innych praw, może mieć znaczenie historyczne”. Pod listem podpisało się ponad 20 byłych ambasadorów. Marszałek Karczewski skomentował, że sygnatariusze listu są oderwani od rzeczywistości, a sam list jest antypolski. Jak pan to skomentuje?
Marszałek Karczewski powinien swoje wypowiedzi ograniczyć do spraw, na których rzeczywiście zna się, choć osobiście nie wiem, w jakiej materii czuje się fachowcem. Posługiwanie się pojęciem „antypolski”, „zdradziecki” jest tanim chwytem i wyraża jedynie chęć przypodobania się szefowi. Tymczasem nami powodowało właśnie poczucie patriotyzmu i troski o dobro Polski. Za antypolskie można by natomiast uważać doprowadzenie pozycji i wizerunku Polski do stanu ruiny. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że list wywoła falę negatywnych komentarzy po stronie rządzących, choćby na zasadzie „czapki, która gore”.

Nasze słowa zbiegają się z obchodami rocznicy napaści hitlerowskich Niemiec na Polskę w 39 roku nieprzypadkowo. Polska była wówczas osamotniona, weszła w przestrzeń niczyją, nie była ani na Zachodzie, ani na Wschodzie. Nie była podmiotem, który inni, przede wszystkim Zachód, uznawał za swój.

NASZA TROSKA WYNIKA Z TEGO, ŻE POLSKA DRYFUJE DZISIAJ W TAKI OBSZAR, DO TZW. SZAREJ STREFY. WSPOMNIENIE WRZEŚNIA 39 ROKU POWINNO BYĆ PRZESTROGĄ DLA NAS WSZYSTKICH.

Jako byli już urzędnicy, ale jednocześnie fachowcy, mamy prawo do obywatelskich zachowań, aby upomnieć się i nawiązać do tragicznych wydarzeń II wojny światowej. Prawo i obowiązek. Powinniśmy być w dobrej demokratycznie rodzinie, umownie nazywanej światem Zachodu czy rodziną transatlantycką. Trzymać się razem jak pasażerowie samolotu, który wpada w turbulencje. To jest priorytet bezpieczeństwa Polski, pomijając, że kształtuje też naszą przyszłość, chociażby w kontekście dostępu do technologii, wymiany handlowej, kulturalnej, naukowej. Marzyliśmy o tym, żeby przynależeć do tej rodziny. Dziś mają miejsce wydarzenia, które szokują. Kilka dni temu światowej sławy muzycy odmówili udziału w koncercie organizowanym przez kluby „Gazety Polskiej” w nowojorskim Carnegie Hall, jako powód podając homofobiczną akcję tego pisma. Nie chodziło tu bynajmniej o wysokość gaży, bo w propagandowych działaniach jesteśmy hojni, lecz o wartości. Takie rzeczy nigdy nie miały miejsca. Wielcy muzycy, artyści byli wręcz dumni z tego, że mogą występować pod polskim sztandarem i z naszej inicjatywy promować naszą kulturę.

POLSKA KOJARZYŁA SIĘ IM Z NAJLEPSZYM: Z “SOLIDARNOŚCIĄ”, Z LECHEM WAŁĘSĄ, Z TAKIM AUTENTYCZNYM DĄŻENIEM POLAKÓW DO ŻYCIA W DEMOKRATYCZNYM KRAJU. DZIŚ TA OPINIA JUŻ JEST ODMIENNA. I TO BOLI, BARDZO BOLI.

Mnie, jako byłego dyplomatę, boli szczególnie, bo pamiętam, jak w Waszyngtonie, w Nowym Jorku czy w Chicago, ale też wcześniej w Montevideo czy Madrycie organizowaliśmy wydarzenia, gdzie ludzie kultury czy politycy przychodzili z poczuciem satysfakcji i dumy, że mogą być w polskim domu. Pamiętam entuzjazm senatorów i kongresmenów podczas premiery filmu Andrzeja Wajdy „Wałęsa. Człowiek z nadziei” w Bibliotece Kongresu i owację na stojąco dla przywódcy „Solidarności”, gdy tylko pojawił się na widowni. Dziś niestety możemy się tylko wstydzić, że jesteśmy kojarzeni z drugą, mroczną stroną.

Co się dzieje w Wielkiej Brytanii? Pytam o Borisa Johnsona i jego inicjatywę zawieszenia parlamentu. Światowe komentarze mówią, że to „zawał kolebki demokracji parlamentarnej”.
To rzeczywiście niezwykle poważny kryzys parlamentaryzmu brytyjskiego, który przypomnijmy, był wzorem budowania demokratycznych struktur państwa na całym świecie, m.in. w Stanach Zjednoczonych. Brytyjczycy w tym sensie byli pionierami – Magna Carta, czyli wielka karta swobód i wolności pochodzi właśnie z Wysp Brytyjskich i tym bardziej to, co dziś się dzieje, jest szokujące. Myślę, że premier Johnson zapłaci polityczną cenę m.in. za to, że opinia o Zjednoczonym Królestwie jest bezprzykładnie rujnowana. Świat polityki, niemal cały, jest w szoku, bo po to, aby realizować swój plan polityczny, sięga się do środków – po raz pierwszy – które do tej pory dla Brytyjczyków były święte.

To zresztą już podzieliło społeczeństwo brytyjskie. Co minutę, jak piszą brytyjskie media, napływa 1000 podpisów pod petycją, żeby parlament pracował i miał swój głos. To jest emanacja woli ludu, a pamiętajmy, że w Wielkiej Brytanii wybory dokonują się w jednomandatowych okręgach. Jest tam zatem głębokie poczucie więzi z wyborcą.

MOŻNA POWIEDZIEĆ, ŻE NA SWÓJ SPOSÓB TO JEST TEŻ TRAGEDIA WYNIKAJĄCA Z DOMINACJI CELÓW POLITYCZNYCH NAD ZASADAMI. U NAS CIERPIMY ZRESZTĄ NA TO SAMO.

Konstytucja, zapisy prawa, zasady nie są szanowane w myśl, „nie oddam panu płaszcza i co mi pan zrobi”. To myślenie, że nie konsekwencje są ważne, tylko cel. Skutki będą z całą pewnością dramatyczne.

Starszym panom z Episkopatu marzy się chyba struktura w rodzaju kościelnego ORMO albo Strażników Rewolucji, którzy pomagają irańskim ajatollahom w terroryzowaniu tamtejszego społeczeństwa.

Uważajcie na szkoły, bo będą demoralizować wasze dzieci – ostrzegli we wtorek biskupi i wezwali katolickich szalikowców, by sformowali ruch pomagający narzucać Polsce kościelną ortodoksję. Rodzice, wchodźcie do trójek klasowych – napisali. Pewnie starszym panom z Episkopatu marzy się struktura w rodzaju kościelnego ORMO albo Strażników Rewolucji, którzy pomagają irańskim ajatollahom w terroryzowaniu tamtejszego społeczeństwa.

Wielkim zagrożeniem ma być zdaniem biskupów „permisywizm”, czyli zła tolerancja. Z tak ogólnie sformułowanym sądem można by się nawet zgodzić. Pytanie tylko, co miałby obejmować ten nikczemny „permisywizm”. Czego miałby dotyczyć. Bo zagrożeniem dla tysięcy polskich dzieci jest nie ten permisywizm, który zwalczają biskupi, lecz ten polegający na bezkrytycznym wpuszczaniu do szkół katolickich fanatyków indoktrynujących młodzież na lekcjach religii.

Dla pełnej precyzji: nie mam na myśli wszystkich katechetów, wśród nich też trafiają się osoby kulturalne, światłe i rozsądne. Jednak jakoś tak się dziwnie złożyło, że w swoim bezpośrednim otoczeniu miałem do czynienia z co najmniej dwoma przypadkami kompletnych kretynów, którzy nigdy w życiu nie powinni być wpuszczeni do żadnej szkoły.

Przypadek pierwszy to katechetka (siostra zakonna), która 6-letniej córeczce sąsiadów opowiadała brednie, że Harry Potter to „znak szatana”. Przypadek drugi dotyczył bezpośrednio mojej córki, dziś już licealistki, która parę lat temu przyszła wzburzona ze swojej podstawówki, skarżąc się, że ksiądz wywiesił na tablicy ogłoszenie, iż nie można drążyć dyń, bo Halloween to szatan, piekło i grzech. Oczywiście poleciałem do szkoły i zrobiłem awanturę dyrektorce, która spacyfikowała idiotę i kazała mu te bzdury zdjąć z tablicy.

Po tych doświadczeniach, a także po lekturze licznych artykułów informujących o podobnych sprawach, a także o dużo większych winach duchownych – z przestępstwami pedofilii włącznie – wiem jedno: permisywizm polegający na wpuszczaniu Kościoła do szkół i zgadzaniu się, by się tam panoszył bez żadnej kontroli, jest groźny dla wychowania młodzieży. A jeśli miałbym wskazać jakąś zorganizowaną siłę czy instytucję, która zagraża rozwojowi polskich dzieci i ma na nie zły wpływ wychowawczy, to bynajmniej nie jest to Kampania przeciw Homofobii, lecz Episkopat Polski.

Dziś biskupi szczują swoich wiernych fanatyków przeciw świeckim szkołom. W istocie robią to samo, co Jarosław Kaczyński, który dla zdobycia i utrzymania władzy szczuje jednych Polaków na drugich, dzieląc społeczeństwo i wykopując w nim – z cynicznym wyrachowaniem – rowy nienawiści. Biskupi myślą zapewne, że ocalą swój chylący się ku upadkowi rząd dusz, jeśli zmobilizują katolickich hunwejbinów i rzucą ich do walki z miazmatami europejskiego oświecenia. Pewnie liczą, że dzięki temu będą mogli robić dalej to samo, co do tej pory: prawem kaduka mówić Polakom, jak mają żyć, i narzucać im swoje reguły.

O święta naiwności! Najwyraźniej nie zdają sobie sprawy, że w ten sposób robią wielki krok w kierunku laicyzacji i dechrystianizacji Polski. Ja z tego powodu nie będę płakać, jednak prawdziwi polscy chrześcijanie, których garstka może jeszcze przetrwała w jakichś katakumbach, powinni być zaniepokojeni i zmartwieni.