Tag Archives: Robert Sobiech

Duda i Morawiecki rodem z PRL-u

24 Czer

W tej kampanii najważniejsze jest to, czy ma być kontynuacja tzw. dobrej zmiany, czy ma być prezydent, który będzie pilnował, aby władza jednej partii nie przełożyła się na trudne do odwrócenia zmiany instytucji niezbędnych do funkcjonowania demokracji – mówi dr Robert Sobiech, socjolog, dyrektor Centrum Polityki Publicznej Collegium Civitas. – Jeśli w niedzielę frekwencja wyborcza wyniesie 60 proc., w wyborach uczestniczyć będzie ok. 18 mln Polaków. Jeśli 40 proc. z nich odda głos na Andrzeja Dudę, oznacza to, że otrzyma on ok. 7,2 mln głosów. Ale już gdyby te same 18 mln poszło do głosowania w II turze, to zwycięzca musi dostać więcej niż 9 mln głosów. To oznacza, że prezydent Duda musi pozyskać dodatkowe 1,8 mln głosów – podkreśla.

Wywiad z dr. Robertem Sobiechem >>>

Skoro prezydent Duda ma tak świetne relacje z Donaldem Trumpem, to niech upomni się o najważniejszą rzecz dla polskiego społeczeństwa – tarczę antyrakietową w Redzikowie i niech Stany odblokują jej budowę – mówi były minister obrony narodowej i wicepremier Tomasz Siemoniak. I dodaje: – Przypomnę, że to prezydent Trump miał przylecieć do Polski 1 września, ze względu na kataklizmy nie przyleciał, ale wizyta miała się odbyć do końca roku. Tymczasem w ciągu kilku dni, bez specjalnych przygotowań organizuje się wizytę, aby ratować kampanię wyborczą Andrzeja Dudy, z pośpieszną agendą i nieczytelnym przeglądem spraw, które mają się tam pojawić. To wyborcza akcja ze szkodą dla polskiej racji stanu.

Rozmowa z Tomaszem Siemoniakiem >>>

Wczoraj premier Morawiecki odwiedził Poznań, by wesprzeć w kampanii prezydenta. Polityk zorganizował konferencję na placu Wolności, opowiadając na niej o tym, że prawica realizuje w Polsce program ochrony polityki społecznej i walczy z kryzysem.

Jak to jest możliwe? Bo byliśmy skuteczni w walce z mafiami vatowskimi, przestępcami podatkowymi. Pogoniliśmy ich! I nie dajmy im powrócić! Bo może być tutaj naprawdę bardzo, bardzo niedobrze” – grzmiał PiS-owiec.

Szef rządu wściekle atakował też swoich konkurentów z ugrupowań opozycyjnych. Zarzucił PO, że są to „nieudaczni poprzednicy” i apelował o mobilizację fanów PiS.

Wiec Morawieckiego przyciągnął nie tylko zwolenników Zjednoczonej Prawicy, lecz również zdeklarowanych przeciwników narodowo-katolickiego gabinetu rządowego. Rywale PiS wykrzykiwali „Pinokio!” i „Kłamca!”. Protestowi towarzyszyła piosenka Kazika pt. „Twój ból jest lepszy niż mój”, która odnosi się do prezesa Kaczyńskiego.

To jednak nie wszystko, ponieważ niespodziankę Morawieckiemu zgotowali aktywiści z organizacji Młodzi Demokraci Wielkopolska (org. stowarzyszona z PO – red.). Działacze weszli na balkon budynku, przed którym przemawiał PiS-owski dygnitarz, by zaprezentować zwolennikom PiS litery układające się w napis „PiS to kłamcy”.

Więcej o inicjatywie, w rozmowie z Wyborcza.pl, powiedział jeden z organizatorów. „We wtorek rano dowiedzieliśmy się, że do Poznania przyjeżdża Morawiecki. Stwierdziliśmy, że trzeba pokazać mu, co Poznań i jego mieszkańcy myślą o nim i o rządach PiS” – wyznał Jakub Sewehli z młodzieżówki liberałów.

Dni PiS u władzy są policzone

17 Maj

Jestem przekonany, że dni PiS u władzy są policzone.

Po pierwsze, Rafał Trzaskowski da bobu Dudzie, acz nie obejdzie się to bez przelewu krwi. Bo Kaczyński wszystko zrobi, aby sfałszować wyniki wyborów.

Pośle policje i wojsko przeciw protestującym, część odmówi. Kaczyński będzie szczuł jednych Polaków przeciw drugim Polakom.

Sam ucieknie. Gdzie? Albo Białoruś, albo Turcja.

Duda wyląduje przed Trybunałem Stanu, a potem w kiciu. A Morawiecki da nogę wraz z Kaczyńskim.

Tak to widzę. I tyle. Wszystko zawędrowało już za daleko.

Siłowe zachowania policjantów podczas sobotnich protestów, a nie postulaty protestujących czy ich liderzy, wywołały największe zainteresowanie w mediach społecznościowych. Ludzie powszechnie oburzyli się na policję, najczęściej porównując ją do PRL-owskiego ZOMO. Raport z sieci.

Rośnie niechęć do funkcjonariuszy, a jednocześnie – sympatia do protestujących oraz polityków, którzy zostali siłowo potraktowani przez policję.

„Sylwester poszukuje żony, zabrali go do Wołomina, wraca do Warszawy. Ma ktoś info o jego żonie?”.

„Czy ktoś wie gdzie jest Ania?”.

„Suka przywiozła nas na Bielany ul. Żeromskiego. Nie wiem, ile osób”.

„Zatrzymali mego kolegę Łukasza – nie wiemy, gdzie go zabrali. Zawinęli go na placu Zawiszy”.

„Czy ktoś ma możliwość podjechania i użyczenia mi trochę ciepła, siedzę na przystanku od 2 godzin i czekam na resztę ekipy, która jest na policji. Ul. Konwiktorska”.

„Szukam męża. Dariusz T. Może ktoś coś wie?”.

„Grodzisk Mazowiecki. Sześć godzin czekania za protokołem”.

„Jestem z moimi przyjaciółmi w Legionowie. Prosimy o pomoc, już 6 godzinę nas trzymają!!!”.

Tak kończył się dzień „Strajku Przedsiębiorców” 16 maja 2020 w Warszawie na grupie tego środowiska na Facebooku. Prawie tysiąc komentarzy od osób informujących o miejscu swego zatrzymania przez policję, szukających bliskich, oraz tych, którzy oferowali im pomoc, głównie w powrocie do Warszawy.

Więcej o strajku przedsiębiorców >>>

W piątkowy wieczór, 15 maja Marek Niedźwiecki jak zwykle przedstawił aktualne wydanie Listy przebojów radiowej Trójki. Na szczycie listy pojawił się najnowszy kawałek Kazika „Twój ból jest lepszy niż mój”. Kilka minut po emisji notowanie zniknęło z oficjalnej strony radia. W związku z zaistniałą sytuacją na stronie PR pojawiło się oficjalne oświadczenie. „Dokonano manipulacji przy liczeniu głosów oddawanych na poszczególne piosenki” – czytamy w komunikacie. Niedługo później pojawiła się informacja, że z Trójki odchodzi Marek Niedźwiedzki.

Więcej o Kaziku i odejściu Niedźwieckiego z „Trujki” >>>

>>>

Trzaskowski wygra wybory albo przynajmniej uratuje Platformę, jeśli zostanie prezydentem wszystkich „słoików” – pisze Cezary Michalski. Kandydat wielkomiejski w kraju tak bardzo podzielonym i przeoranym przez populizm jak dzisiejsza Polska albo jest kandydatem „inteligencji”, „elit” i wtedy przegrywa, albo jest kandydatem „słoików”, czyli reprezentantem awansu społecznego, związanych z nim energii i ambicji, a wtedy przegrać nie może. Trzaskowski będzie ustawiany – przez populistyczną prawicę i populistyczną lewicę – w roli tego pierwszego, musi być tym drugim.

Esej Cezarego Michalskiego >>>

Trzaskowski był posłem, europosłem, ministrem, prezydentem stolicy. Takie kompetencje i doświadczenie ma mało który polityk. Wśród innych kandydatów nie ma osób o podobnych osiągnięciach. Problem leży gdzie indziej – o ile Trzaskowski wygrałby zapewne we wszystkich wyborach, w których braliby udział mieszkańcy miast dużych i średnich, to jego dokonania i sylwetka może nie przekładać się na oczekiwania ludzi mieszkających na wsi i w małych miasteczkach – mówi dr Robert Sobiech, socjolog, dyrektor Centrum Polityki Publicznej Collegium Civitas. – Dziś już nie ma dylematu, czy do tych wyborów należy pójść, i Rafał Trzaskowski może od razu przystąpić do zbudowania poparcia zapewniającego wejście do II tury, a w perspektywie do zyskania poparcia wyborców pozostałych partii opozycyjnych, niezbędnego do wygrania wyborów – dodaje.

Wywiad z dr. Robertem Sobiechem >>>

Wszystkie obszary życia zostały ostro skażone nie tylko koronawirusem, ale przede wszystkim narastającym otumanieniem społecznym

Newsem numer jeden dzisiejszego dnia to rezygnacja z kandydowania na prezydenta RP Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i zgłoszenie do wyścigu o najwyższy urząd w państwie Rafała Trzaskowskiego. Nie ma co ukrywać, Kidawa-Błońska nie poradziła sobie z kampanią wyborczą w tak trudnych realiach. Zresztą trudno się dziwić, bo miała niewielkie wsparcie ze strony swoich koleżanek i kolegów partyjnych, a praca jej sztabu wyborczego wołała o pomstę do nieba. Tym sposobem PO pięknie wpisało się w ogólnonarodowy chaos i tak sobie właśnie tkwimy. W Polsce, która bałaganem stoi, w której nie widać światełka, dającego nadzieję, że nadal żyjemy w normalnym państwie. Państwie cieplutkim, przytulnym, bezpiecznym.

Felieton Tamary Olszewskiej >>>

Dla obrony demokracji w Polsce pałac prezydencki jest znacznie ważniejszy niż stołeczny ratusz.

W ten weekend w internecie mamy w wysyp komentarzy krytykujących decyzję Koalicji Obywatelskiej, która zmieniła kandydata w wyborach prezydenckich. Oceniając po treści i tonacji, można się domyślić, że autorami sporej części tych wpisów są przeciwnicy PO, niektórzy to pewnie płatni trolle. Wyraźnie więc widać, że po wejściu Rafała Trzaskowskiego do gry PiS poczuł się zaniepokojony.

Felieton Wojciecha Maziarskiego >>>

Zaraza w mafijnym państwie

29 Mar

Czy można było zablokować PiS w kwestii poprawek do ordynacji wyborczej wplecionych w ustawę tzw. tarczy antykryzysowej?

Na pewno błędu nie popełniła Platforma Obywatelska. Nie da się tego powiedzieć o Lewicy i PSL. Twierdzę, że lewicy nie mamy w kraju, to co widzimy w Sejmie to Lewizna.

Co dalej? Czy PiS doprowadzi do wyborów prezydenckich w maju? Gdybym miał stawiać u bukmachera, postawiłbym na „nie”, gdyż do tego czasu dojdzie do szaleństwa koronawirusa, mimo oszustw w kwestii podawanej oficjalnie liczby zakażeń i śmierci.

Oficjalne dane należy przemnożyć przynajmniej przez 10, jeżeli nie więcej. Mamy państwo mafijne, czyli państwo wszechobecnego kłamstwa, matactwa.

Nie zwalajmy tej sytuacji na innych, to my mafii pozwalamy rządzić. Kaczyński zdaje się widzieć swój koniec, gdy na jesieni dojdzie do załamania gospodarczego o 10 procent, jeżeli nie więcej.

Co czeka prezesa PiS? Śmiem twierdzić, że przynajmniej los Janukowycza. Pytanie: gdzie spieprzy Kaczyński: na Białoruś, na Węgry raczej nie, a może Turcja, no i słynne Burkina Faso wchodzi w grę, tam miejscowy kacyk z pewnością zarezerwuje dla prezesa K. miejsce na jakiejś palmie.

I tragiczna wiadomość: zmarł wybitny – a może genialny – Krzysztof Penderecki, miał 86 lat.

W liście otwartym do wszystkich kandydatów na urząd Prezydenta @M_K_Blonska wezwała właśnie do bojkotu wyborów.

Wg mnie ta analiza mówi wszystko.

Zachować równowagę między walką o zdrowie i utrzymaniem w ruchu systemu społeczno-gospodarczego będzie piekielnie trudno I niezbyt wiadomo, co z tym mają zrobić obywatele, przedsiębiorcy, politycy. Wiadomo tylko, że konieczna jest interwencja państwa na skalę, której nikt sobie nie wyobrażał – o czasach koronawirusa prof. Krzysztof Obłój, spec od zarządzania.

Więcej o interwencji państwa >>>

Dziś samorządy gaszą pożary w ochronie zdrowia i edukacji. Po epidemii chcą rozruszać gospodarkę inwestycjami publicznymi. Brakuje im jednak wsparcia rządu. Co będzie jeśli go nie dostaną? „Czeka nas radykalne obniżenie jakości życia. W zakresie usług będziemy musieli cofnąć się o kilkanaście lat” – mówi OKO.press Marek Wójcik ze Związku Miast Polskich.

Rozmowa o tym, jak ratować kraj po koronawirusie, gdy PiS wszystko spieprzy >>>

To nie Platforma, ale Lewica i PSL dały Kaczyńskiemu pełnię władzy zgadzając się na „zdalne głosowanie” w Sejmie. Być może pogodziły się już z faktem, że w nowej PiS-owskiej Polsce będą pełniły rolę „stronnictw sojuszniczych” (jak kiedyś ZSL i SD w Polsce rządzonej przez PZPR) – pisze Cezary Michalski.

Więcej Cezarego Michalskiego>>>>

Zmiana kodeksu wyborczego pokazuje, jak wielka jest panika w PiS. Wydaje mi się, że PiS zna już prognozy dotyczące skutków gospodarczych i społecznych tego kryzysu i wie, że wygranie kolejnych wyborów będzie niemożliwe – komentuje nocne wydarzenia i nagłą zmianę kodeksu wyborczego dr Robert Sobiech, socjolog, dyrektor Centrum Polityki Publicznej Collegium Civitas. – PiS zdaje sobie sprawę, że znajduje się w sytuacji być albo nie być. Po pierwsze wiadomo było, że służba zdrowia działa fatalne i że mimo różnych apeli i protestów nie podjęto nawet częściowej próby zmiany tej sytuacji. Za chwilę okaże się, że nawet przy niewielkim wzroście zachorowań obecny system nie poradzi sobie z koronawirusem, nie mówiąc o zapaści, jaka ma miejsce w przypadku innych chorób. Po 5 latach rządów nie wystarczą już tłumaczenia, że to wina poprzednich ekip – dodaje. – Już słyszę pierwsze głosy, aby zbojkotować wybory – to jest oddawanie kolejnego instrumentu demokracji bez walki – podkreśla.

Rozmowa z dr. Robertem Sobiechem >>>

Jak mogę zaufać ludziom, którzy wywalają pielęgniarkę z pracy tylko dlatego, że przedstawiła stan faktyczny w jej szpitalu?

Kiedy PiS wygrało wybory w 2015 roku i powtórzyło ten sukces 4 lata później, wydawało się, że nic gorszego nie może nas już spotkać. Ależ się myliliśmy. Jak widać, nieszczęścia chodzą parami, bo dopadł nas koronawirus.

Felieton Tamary Olszewskiej w całości >>>

Ojciec chrzestny nakazał, że wybory mają się odbyć 10 maja i ma je wygrać kandydat rządzącej ferajny. Więc ferajna łamie Konstytucję i zmienia w nocy kodeks wyborczy. Przez internet!

Władza PiS ma coraz mniej zahamowań i właściwie już wcale nie ukrywa swej mafijno-przestępczej natury. Ojciec chrzestny nakazał, że wybory mają się odbyć 10 maja i ma je wygrać kandydat rządzącej ferajny, więc w środku nocy do specustawy zawierającej rozwiązania wspierające gospodarkę w kryzysie (jakość tych rozwiązań to temat na oddzielny komentarz) dorzucono zmiany w kodeksie wyborczym, pozwalające głosować korespondencyjnie osobom w wieku powyżej 60 lat oraz przebywającym w kwarantannie. Dzięki temu władza będzie mogła twierdzić, że wybory 10 maja nie zagrażają zdrowiu i życiu obywateli – jeśli ktoś jest w grupie ryzyka albo ma zakaz wychodzenia, to będzie mógł głosować z domu.

Felieton Wojciecha Maziarskiego o mafii pisowskiej >>>

Zaraza PiS wita koronawirusa

4 Mar

Koronawirus oficjalnie jest w Polsce. Przybył do nas jak w czarnej komedii, grotesce braci Coen.

Kojarzy mi się z „Fargo”, ze specyfiki w jakie grupy wiekowe uderza, istotniejsze jest nawet odwołanie do „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Koronawirus uderza w pierwszym rzędzie w seniorów.

Koronawirusa przywitał minister zdrowia Łukasz Szumowski, który służbę zdrowia doprowadził do stanu swojej wyznawanej ideologii, mianowicie najskuteczniejszym lekarstwem na chorobę jest modlitwa do Bozi.

Czarna komedia to także definicja zarazy podana tydzień temu przez Donalda Tuska, a dzisiaj przeze mnie trawestowana: „zaraza wita zarazę”. PiS wita koronawirusa.

PiS to zaraza, polityczny koronawirus, który niszczy trójpodział władzy, jeden z trzech filarów demokracji jest pod bezustannym atakiem – sądownictwo.

Więcej o zarazie PiS, która jednak może nie przetrwać koronawirusa – tutaj >>>

Koronawirusa etyczngo zdefiniował swego czasu Jarosław Kaczyński:

PILNE: Jest pierwszy przypadek koronawirusa w Polsce – poinformował minister zdrowia Łukasz Szumowski. Pacjent przebywa w szpitalu w Zielonej Górze, według ministra ma się dobrze. OKO.press podsumowuje, co wiadomo o koronawirusie wg najnowszych ustaleń lekarzy i naukowców.

Więcej o pierwszym przypadku koronawirusa w PL tutaj >>>

O zarazie pisowskiej – koronawirusie, jako tutaj zdefiniowałem – mówił jeden z wybitnych polskich intelektualistów prof. Marcin Król.

Złodzieje ducha, złodzieje polskości, złodzieje wolności – don Corleone Kaczyński i jego mafijka.

Więcej o rozmowie z prof. Marcinem Królem tutaj >>>

Włączenie do strategii wyborczej kwestii koronawirusa może okazać się pułapką. Jeśli za 4-5 tygodni to zagrożenie zostanie opanowane, wtedy z czym zostaną politycy? Jeśli natomiast rozwinie się ono w niespotykaną w swoich konsekwencjach epidemię, to rząd zmuszony będzie przyznać się do niemożności ochrony obywateli, ale też i opozycja zmuszona będzie do wspierania działań rządu – mówi dr Robert Sobiech, dyrektor Instytutu Polityk Publicznych Collegium Civitas. – Tak jak cały rząd nie ma planu pójścia do przodu, jak jeszcze pokazywał nam 4 lata temu, tak i Andrzej Duda nie ma takiego planu. Hasło, że będziemy robić wszystko, żeby Polacy byli coraz bardziej bogaci, nie wystarcza – podkreśla

Wywiad z Robertem Sobiechem tutaj >>>

Pałac Prezydencki ma kłopot. Ustawa o 2 mld zł dla mediów państwowych urasta do rangi najważniejszego aktu prawnego kadencji Andrzeja Dudy. We wtorek prezydent ma się spotkać w tej sprawie z Jarosławem Kaczyńskim. To, czy zawetuje ustawę, jak papierek lakmusowy pokaże, czy chce zadowolić gorących zwolenników PiS, wyborców umiarkowanych czy prezesa PiS.

O picowaniu Dudy i Kaczyńskiego na temat 2 mld dla gadzinówki TVP tutaj >>>

I Prezes Sądu Najwyższego nie zjawiła się w Trybunale Konstytucyjnym na posiedzeniu 3 marca 2020. Jej zdaniem TK Julii Przyłębskiej nie ma kompetencji, by sensownie odnieść się do rzekomego sporu kompetencyjnego między SN a Sejmem oraz SN a Prezydentem. W Trybunale dyskutowało więc kółko wzajemnej adoracji. W jednej z głównych ról – Krystyna Pawłowicz.

Więcej o grotesce w Trybunale Konstytucyjnym tutaj >>>

Zakłamani Ziobro, Duda, Morawiecki. Polska upada

30 Sty

Nie powinniśmy być zdziwieni, że taki niewydarzony człowiek, jak Ziobro, kogoś orżnął,  komisarz Verę Jourovą. Wszak on nie jest partnerem intelektualnym dla nikogo znacznego.

Takiego mamy ministra i tylko w PiS takie miernoty mogą tak wysoko zawędrować. Za owe szambo odpowiadamy wszyscy, że mozliwe stało się zaistnieć takim osobnikom, jak Ziobro, czy też Duda.

To mentalny motłoch, który potrafi tylko niszczyć. Duda spotkał się z opozycją ws. ustawy kagańcowej. I co z tego? Nic! Ani on władny podjąć jakąkolwiek decyzję, bo o tym decyduje prezes K., ani nie jest zdolny objąć umysłem szkód, jakich przysparza Polsce.

Zresztą twierdzę, że Duda jest chory i to poważnie. Po gestykulacji, słowach i zachowaniach widać u niego chorobę schizo-paranoidalną.

Może faktycznie Polsce to szpital, w którym rządzą pacjenci.

„Populiści głoszą, że Europa miażdży państwa członkowskie. Nic bardziej mylnego. Państwa członkowskie są Unią Europejską” – mówi OKO.press prof. Koen Lenaerts*, Prezes Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

Zaufanie między państwami UE to więź, w obrębie której jest miejsce na wolność własnych wyborów. Ma to również miejsce w relacjach między państwami członkowskimi. Każde z nich dokonuje własnych wyborów co do prowadzonych polityk. Ale te wybory muszą osiągnąć minimalny próg wartości i zasad, które dotyczą wszystkich państw członkowskich UE” – cierpliwie tłumaczy prof. Koen Lenaerts.

Wywiad z słynny szefem TSUE czytaj tutaj >>>

Z najnowszego szacunku GUS wynika, że wzrost gospodarczy w 2019 roku wyniósł 4 proc. Dobra wiadomość? Tak, jednak ekonomista Adam Czerniak szacuje, że oznacza to spadek PKB w IV kwartale 2019 w porównaniu do III kwartału. To zaskoczyło ekonomistów. Czy grozi nam recesja?

Więcej o zbliżającej się recesji tutaj >>>

„Używanie przepisów kompetencyjnych po to, aby kontrolować uchwały SN jest niewłaściwe, stanowi nadużycie kontroli konstytucyjności. A z uwagi na czas i sposób, jest to działanie obraźliwe dla konstytucji, prawa i sprawiedliwości” – komentuje prof. Ewa Łętowska.

Więcej o bezprawiu Trybunału Konstytucyjnego tutaj >>>

Wizyta komisarz Věry Jourovej potoczyła się zupełnie nie po myśli partii Jarosława Kaczyńskiego. Sytuację próbował ratować minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, ale w desperacji posłużył się manipulacją. Również dlatego Komisja Europejska nie odpuści rządowi PiS zamachu na praworządność.

Jak Ziobro chciał orżnąć Jourovą tutaj >>>

Na wniosek opozycji u prezydenta Andrzeja Dudy odbyło się spotkanie w sprawie tzw. ustawy represyjnej, która czeka na podpis głowy państwa. Duda podczas rozmowy piętnował represję, które według niego mają spotykać… sędziów wskazanych przez neo-KRS. Politycy PO, Lewicy i PSL apelowali do prezydenta o weto. Na 99 proc. bez skutku.

O pozerstwie Dudy tutaj >>>

5 lat temu wygraną Andrzeja Dudy zapewniło 8 mln 600 tys. głosów. Jesienią 2019 roku na KO, Lewicę i PSL oddało głosy ponad 8 mln 900 tys. wyborców. Zapowiada się wyścig „łeb w łeb” – mówi dr Robert Sobiech, dyrektor Instytutu Polityk Publicznych Collegium Civitas. – Pokonanie obecnego prezydenta tylko częściowo zależy od jakości kampanii Koalicji Obywatelskiej. Istotna rolę odgrywać będą tu dwa czynniki. Pierwszy to postawa innych kandydatów i ich ugrupowań. Jeśli znaczna część ich kampanii polegać będzie na zniechęcaniu do głosowania na innych kandydatów opozycji, to prawdopodobne jest, że w II turze pewna część wyborców może uznać, że nie warto głosować, skoro ich kandydat już odpadł. Drugi to zachowanie wyborców Konfederacji z 2019 roku – dodaje

Jak pokonać Dudę – tutaj >>>

PiS stworzył państwo, w którym kompletnie nie ma znaczenia, co umiesz, jakie masz doświadczenie i osiągnięcia, ma natomiast znaczenie, jakie są na ciebie haki.

Mariusz Kamiński powinien natychmiast zostać zawieszony. Po upublicznieniu zeznań Tomasza Kaczmarka to oczywiste. Więcej, Mariusz Kamiński nigdy już, po skazaniu go przez sędziego Łączewskiego, nie powinien zostać dopuszczony do państwowych tajemnic i zajmować się, a tym bardziej szefować jakimkolwiek służbom. Ale zajmuje się i szefuje, ponieważ jesteśmy w Polsce PiS, kraju, w którym liczy się, kto na kogo ma jakie haki i kto kogo zna.

(…)

W świetle doniesień mediów o tym, że służba Kamińskiego i Wąsika dysponuje być może programem szpiegowskim Pegasus, umożliwiającym nieograniczoną inwigilację obywateli, można się spodziewać, że haków będzie coraz więcej, tak jak kompletnie zdemoralizowanych i zdeprawowanych ludzi u władzy.

Jak to będzie służyć Polsce i prawom obywatelskim, tego chyba nikomu tłumaczyć nie trzeba.

Więcej Elizy Michalik tutaj >>>

Przekręty PiS nie mają końca. Z życia pasqud (5)

30 Czer

Po kilka tysięcy złotych wpłacili pracownicy państwowych spółek, ulokowanych w Bydgoszczy, na kampanię PiS przed ubiegłorocznymi wyborami samorządowymi. Złośliwcy twierdzą, że to swoisty „dowód wdzięczności” za zatrudnienie w kontrolowanych przez partię spółkach Skarbu Państwa.

Według „Gazety Wyborczej”, „rekordzistą” w Bydgoszczy jest Błażej Najdowski – przekazał ponad 21 tys. zł. To dyrektor techniczny Zespołu Elektrociepłowni Bydgoszcz, którego właścicielem jest państwowy gigant Polska Grupa Energetyczna. Zapytany o powód, dla którego wpłacił taką kwotę, Najdowski stwierdził, że musi się zastanowić nad odpowiedzią. Dodał, że powód… jest banalny. Nie wytłumaczył jednak reporterowi „GW, co miał na myśli.

Kolejny z listy Michał Krzemkowski wpłacił 14 tys. zł. Jako radca prawny obsługuje Wody Polskie, czyli spółkę powołaną przez PiS. Krzemkowski  jest też członkiem rady nadzorczej Polskiego Radia. 11,2 tys. zł wpłacił były bydgoski radny, Mirosław Jamroży, wiceprezes Enea Pomiary. Inny działacz PiS, który znalazł zatrudnienie w spółce skarbu państwa, Tomasz Rega, dyrektor oddziału Totalizatora Sportowego, wpłacił 11 tys. zł.

Podobna sytuacja miała miejsce w Inowrocławiu. Z ustaleń „GW” wynika, że 17 tys. wpłacił Ireneusz Stachowiak, prezes oddziału Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. A Damian Polak, zatrudniony w zależnej od państwowego Orlenu spółce Inowrocławskie Kopalnie Soli „Solino”, zasilił konto komitetu wyborczego PiS kwotą 10 tys. zł.

Nowo utworzona Izba Dyscyplinarna polskiego Sądu Najwyższego nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej ustanowionych prawem UE” – brzmi w wielkim skrócie opinia rzecznika Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, Jewgienija Tanczewa, w sprawie polskiego sądownictwa. Oczywiście z tego stanowiska nie jest zadowolona prawa strona polskiej polityki.

Zarówno politycy, jak i dziennikarze związani z PiS zaczęli „prześwietlać” rzecznika TSUE, doszukując się ciemnych kart w jego życiorysie. „Rzecznik Generalny TSUE to syn prominentnego komunisty nagrodzonego Nagrodą Lenina” – można przeczytać na stronie Salon24.

Papcio Peter Tanczew był w latach 1974-1989 przewodniczącym partii odpowiedniczki naszego PSL, prawej ręki Bułgarskiej Partii Komunistycznej.” Również wiceminister sprawiedliwości, Sebastian Kaleta nie omieszkał umieścić odpowiedniego wpisu na Twitterze: „a wiecie jak jest w Bułgarii? Na czele organu dyscyplinarnego stoi…Minister Sprawiedliwości Bułgarii. 11 spośród 25 członków powołuje parlament.”

Internauci nie kryją swego oburzenia wobec wpisu wiceministra, tym bardziej, że jeszcze w lutym szef polskiego MSZ przekonywał, że „Bułgaria to kraj naszych sojuszników.”

To, że partii rządzącej nie spodoba się opinia TSUE nie powinno być zaskoczeniem. Trudno jednak zrozumieć personalny atak na Tanczewa, tym bardziej, że jako rzecznik jest przedstawicielem całego składu TSUE, który zajął krytyczne stanowisko wobec pisowskich zmian w polskim sądownictwie. Szukanie w przeszłości czy przywoływanie sytuacji w Bułgarii jest zachowaniem, delikatnie pisząc, mało dojrzałym.

OKO.press ujawnił, że w oświadczeniach ministra Michała Dworczyka nie zostały zapisane dochody ze sprzedaży nieruchomości i udziały w domu, który został później przepisany żonie.

Ponadto OKO.press poinformował o kolejnych nieścisłościach w oświadczeniach ministra, który co najmniej dwanaście razy – jako radny, poseł i minister – zataił swoje udziały w spółce zapewniającej budynki i wyposażenie placówkom oświatowym pod patronatem Opus Dei.

Po publikacji Dworczyk natychmiast napisał oświadczenie na facebooku, informując przy okazji, że złożył już stosowne korekty wyjaśniające jego niedopatrzenia w oświadczeniach. „W związku z publikacją na portalu OKO.press uprzejmie informuję, że w 2008 roku zapisałem moje dziecko do przedszkola prowadzonego przez Stowarzyszenie Wspierania Edukacji i Rodziny Sternik. Dokonując zapisu uiściłem opłatę wpisową, która de facto była nabyciem 0,13% udziałów spółki, będącej organizacją non profit, Rodzice dla Szkoły. Nigdy nie uczestniczyłem w żadnych pracach związanych z funkcjonowaniem w/w podmiotu. Nigdy też nie uzyskałem żadnych przychodów.”

W podobnym tonie Dworczyk wyjaśnia swoje „zapominalstwo” dotyczące nieruchomości.

W obronie kolegi stanął poseł PiS, Zbigniew Gryglas zapewniając, że minister „to uczciwy bardzo człowiek, który chce naprawić własne niedopatrzenia.”

Zupełnie innego zdania jest Marcin Kierwiński z PO, który powiedział: „tego typu uchybienia formalno-prawne są zawsze uchybieniami. W polskiej polityce zdarzały się bardzo poważne procesy karne związane z nieuwzględnieniem pewnych drobnych rzeczy w oświadczeniu majątkowym.”


Podobnego zdania jest dziennikarka Bianka Mikołajewska, która odniosła się do „niedopatrzenia” Dworczyka na Twitterze. „Opinia publiczna ma prawo oczekiwać od pana umiejętności wypełniania oświadczeń i rzetelności we wszystkich podejmowanych przez Pana działaniach. Przypominam Panu bardzo purytańskie stanowisko Pana partii w sprawie zegarka, którego nie wpisał do swojego oświadczenia minister rządu PO, Sławomir Nowak.

Nie rozumiem, dlaczego dominuje tak powszechna krytyka i przekonanie o porażce opozycji. Do jesiennych wyborów może pójść nawet 3-4 miliony ludzi więcej, niż miało miejsce przy i tak dużej frekwencji w wyborach europejskich. To może zdecydowanie odwrócić bieg wydarzeń. Ale siła mechanizmu samospełniającej się przepowiedni jest bardzo duża – mówi nam dr Robert Sobiech, socjolog, dyrektor Centrum Polityki Publicznej Collegium Civitas. – Racjonalna kalkulacja wskazuje, że do wygrania z PiS-em konieczna jest szeroka koalicja z kluczowymi punktami programowymi i nieukrywanie różnic poglądowych – podkreśla

Zadaje pan sobie pytanie, gdzie jest opozycja?
Opozycja w tym momencie przyjęła rozsądną taktykę. Nie wiedząc, w jakiej konfiguracji pójdzie do jesiennych wyborów, ogranicza swoje wypowiedzi na zewnątrz, minimalizując ryzyko pojawiania się niespójnych przekazów. Powinna zresztą zrobić to już wcześniej.

Niespójne przekazy to dla potencjalnych wyborców sygnał słabości, wewnętrznych rozbieżności.

Ten stan nie może jednak trwać długo. Potencjalni wyborcy partii opozycyjnych czekają teraz na spójny komunikat, który będzie miał dwie części: w jakim składzie idziemy do wyborów i główne tematy kampanii, czyli to, co ma być najważniejszymi zmianami po wygranych wyborach.

Opozycja będzie się jednoczyć?
To w dużej mierze zależy od analiz sondaży, które będą się pojawiać, i symulacji wyników wyborczych. Mam przed sobą najnowsze badanie firmy Kantar, z którego wynika, że Zjednoczona Prawica w ciągu miesiąca straciła 6 punktów procentowych (34% poparcia), PO zyskała 3 punkty (24% poparcia), a SLD i PSL znalazły się poniżej progu wyborczego (po 4%). To pokazuje, że samo zjednoczenie z PSL-em i SLD w jednym bloku (przy wszystkich zastrzeżeniach co do prostego sumowania danych sondażowych) daje mniej więcej tyle samo poparcia, ile ma Zjednoczona Prawica. To sygnał, że warto się jednoczyć. Tymczasem z przecieków medialnych dowiadujemy się, że znaczna część partii opozycyjnych rozważa wariant łączenia się w mniejsze koalicje (np. Wiosna+SLD, PSL+Kukiz). W swoich archiwach odnalazłem symulację prof. Flisa, opierającą się na podobnych wynikach sondaży.

W sytuacji, kiedy PiS (formalnie Zjednoczoną Prawicę) popiera 36% wyborców, PO 23%, a reszta głosów oddana zostaje na pozostałe partie, PiS posiada od 226 do 237 posłów. Czyli ma ponownie większość lub do większości brakuje mu kilku posłów, których z łatwością pozyska z innych partii.

Podobno liczy się tylko wygrana w wyborach.
Jeżeli PO (po fuzji z Nowoczesną) pójdzie do wyborów sama, SLD dogada się z Wiosną Roberta Biedronia i uzyska ok. 10% poparcia, a PSL być może nieznacznie przekroczy próg wyborczy, oznacza to wysokie prawdopodobieństwo, że PiS przez następne 4 lata będzie rządzić samodzielnie.

Czyli jedyne wyjście to zjednoczenie opozycji?
Racjonalna kalkulacja wskazuje, że do wygrania z PiS-em konieczna jest szeroka koalicja z kluczowymi punktami programowymi i nieukrywanie różnic poglądowych. Najważniejsze pytanie brzmi: co jest celem opozycji? Przejęcie rządów czy zabezpieczenie kilkunastu czy kilkudziesięciu miejsc w parlamencie dla swoich liderów i uzyskanie dotacji dla swoich partii? A na to pytanie nie mamy do tej pory jasnej odpowiedzi.

Racjonalność zwycięży?
Polityk to zawód jak każdy inny. Oni też martwią się, gdzie będą pracować przez najbliższe 4 lata.

Jeżeli górę weźmie kalkulacja indywidualna obliczona przede wszystkim na przetrwanie, to będziemy mieli po stronie opozycji przynajmniej trzy bloki. To bardzo dobra wiadomość dla PiS, który okazuje się jedyną partią, która potrafiła zintegrować większość partii prawicowych w jeden blok.

Tam również są znaczne różnice poglądów i interesów. W przeciwieństwie do wielu partii opozycyjnych nie są one ujawniane publicznie.

Grzegorz Schetyna mówi, że to będzie ważny sprawdzian dla opozycji. Rzeczywiście?
Na pewno. Przyznam, że w ogóle jestem zdziwiony dyskusją, która miała miejsce po wyborach do Parlamentu Europejskiego. Znaczna część polityków i komentatorów właściwie orzekła, że PiS wygraną w wyborach parlamentarnych ma już w kieszeni. W naukach społecznych to jest klasyczny mechanizm samospełniającej się przepowiedni – jeżeli liderzy opinii publicznej mówią, że coś się zdarzy, to automatycznie przekłada się na poglądy ludzi i ich zachowania. Nie rozumiem, dlaczego dominuje tak powszechna krytyka i przekonanie o porażce opozycji. Do jesiennych wyborów może pójść nawet 3-4 miliony ludzi więcej, niż miało miejsce przy i tak dużej frekwencji w wyborach europejskich. To może zdecydowanie odwrócić bieg wydarzeń. Ale siła mechanizmu samospełniającej się przepowiedni jest bardzo duża.

Opozycja musi nakręcić własną samospełniającą się przepowiednię?
Musi przede wszystkim pokazywać, że szanse na wygraną są realne.

Jeżeli sami politycy uwierzą, że nie da się tych wyborów wygrać, to strategia zabezpieczania miejsc pracy będzie miała niestety duże szanse powodzenia.

Musi wyjść do ludzi i tam pokazać, że będzie walczyć?
Przewidywania były takie, że szczególnie wybory do Parlamentu Europejskiego będą wyborami o niskiej frekwencji i przyciągną, podobnie jak w poprzednich wyborach, wielkomiejski, lepiej wykształcony elektorat. Dlatego niektórzy politycy wyszli z założenia, że nie warto się starać. Okazało się, że skuteczna kampania zmobilizowała wyborców PiS i zdemobilizowała wyborców opozycji. W porównaniu z wyborami do sejmików wojewódzkich z jesieni 2018 roku PiS pozyskał blisko milion dodatkowych wyborców, a partie wchodzące w skład Koalicji Europejskiej straciły 1,8 mln głosów.

Opozycja odrobiła lekcje i dlatego ruszyła „w teren”?
Oczywiście warto iść w te miejsca, gdzie można pozyskać dodatkowych zwolenników, odzyskać prawie 1,8 miliona głosów, które Koalicja Europejska straciła w porównaniu z wyborami samorządowymi i zakładając wyższą frekwencję, pozyskać nowych wyborców.

Potrzebna jest jednak dobra analiza tego, kim są ludzie, którzy nie poszli głosować, także kim są ci, którzy prawdopodobnie pójdą głosować, ale do tej pory na te partie nie głosowali.

PiS może sięgnąć po bardziej konserwatywny elektorat PO?
Wyjmowanie sobie wzajemnie elektoratu jest mało prawdopodobne. Analizy powyborcze pokazują, że dwa polityczne bloki mają swoich stałych zwolenników. Ale do wzięcia i tak jest bardzo dużo – ponad połowa ludzi, którzy zostali w domach. Przy tej skali mobilizacji i konfliktu politycznego można z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć, że frekwencja wyborcza będzie oscylowała w granicach 60%,czyli do wyborów pójdzie ok. 18 mln Polaków. To o blisko 4,5 mln więcej, niż w wyborach europejskich. O nich trzeba zawalczyć.

PO-KO powołała swój sztab wyborczy, na jego czele stanął Krzysztof Brejza. To będzie nowy początek?
Skład sztabu wyborczego pracuje zazwyczaj w zaciszu gabinetów. Najważniejsze będzie to, kim będą twarze kampanii i kto znajdzie się na czołowych miejscach list wyborczych.

Kluczową sprawą będzie też to, w jaki sposób opozycja będzie rozliczać 4 lata rządów PiS-u. Do tej pory prawie w ogóle tego nie robiła.

Niektórzy mówią, że nic innego nie robiła.
Chodzi o to, żeby dokładnie przyjrzeć się temu, co rząd PiS-u zrobił w sferze usług publicznych czy programów społecznych i co zrobił, a właściwie czego nie zrobił w ochronie zdrowia, edukacji, ochronie środowiska. To jest klasyczny element kampanii wyborczej. Do tej pory wystarczyło hasło „anty-PiS”, ale bez wnikania, dlaczego.

Czyli przede wszystkim punktowanie rządzących, a nie własny program?
W ciągu ostatnich 4 lat uwidoczniła się istotna zmiana postrzegania państwa przez obywateli. Wielu Polaków uwierzyło, że politycy nie mają recepty na zapewnienie lepszych i bardziej dostępnych usług medycznych, dostarczenie wiedzy i umiejętności umożliwiających realizację indywidualnych aspiracji czy nawet ograniczenie smogu.

Zmiana polega na tym, że przy całej niechęci do instytucji państwowych partia rządząca zaoferowała bezpośredni zastrzyk gotówki.
PiS wyszedł z założenia, że skoro ludzie i tak uważają, że państwo jest niewydolne, to zamiast zajmować się poprawą sytuacji w służbie zdrowia, edukacji czy ochronie środowiska, wykorzystując rekordowy wzrost gospodarczy odda podatnikom część ich pieniędzy. Tak dużą część, że znacząco wpłynie to na poprawę ich sytuacji materialnej. Programy typu 500+ istnieją we wszystkich państwach Unii Europejskiej. PiS postanowił jednak zgrać va banque. Polskie zasiłki dla dzieci są porównywalne z zasiłkami w znacznie bogatszych państwach (Austria, Irlandia) i znacząco niższe, niż w u naszych sąsiadów (Słowacja, Czechy, Węgry).

Hasło: jesteśmy pierwsi, którzy dzielą się wzrostem gospodarczym, jest przez 4 lata motorem napędowym obecnej władzy. Opozycja została zepchnięta do narożnika. W tej chwili politycznym samobójstwem byłoby powiedzenie, że komuś odbierzemy.

Przez cztery lata opozycji nie udało się wytłumaczyć, że tak wielka skala transferów bezpośrednich sprawi, że w kolejnych latach nie będzie możliwe zwiększenie nakładów na edukację ochronę zdrowia czy walkę ze smogiem. Opozycji nie udało się także wytłumaczyć, że za 500 czy 1500 złotych nie można kupić ani dobrej edukacji, ani dobrej ochrony zdrowia, szczególnie na wsi czy w małych miastach, skąd pochodzi znaczna część wyborców PiS.

Samorządowcy będą ważnym wzmocnieniem opozycji na listach wyborczych?
Poparcie samorządowców musi być widoczne nie tylko w dużych, ale przede wszystkim w średnich i małych miastach. To tam mogą decydować się losy wyborów.

Może powinni zawalczyć przede wszystkim o Senat?
Zwycięstwo w Senacie może tylko czasowo opóźnić zmiany proponowane przez większość rządzącą. Zakładając, że PiS będzie miał większość w Sejmie, poprawki Senatu są odrzucane w Sejmie zwykłą większością głosów.

Przy zmianach, które sygnalizuje partia rządząca, zwycięstwo w Senacie nie wystarczy.

Donald Tusk usunął się w cień?
Wydaje mi się, że czeka na rozstrzygnięcie wyborów parlamentarnych i dopiero wtedy podejmie decyzję o swojej przyszłości politycznej. Może wspierać opozycję z boku, ale na pewno nie stanie na jej czele przed jesiennymi wyborami.

Podobno ma być kandydatem na szefa Komisji Europejskiej, tak twierdzi np. Politico. To byłoby dla niego najlepsze rozwiązanie?
Takiego rozwiązania nie można wykluczyć. Historia wyborów szefów instytucji Unii Europejskiej dostarcza wielu przykładów, kiedy efektem braku poparcia dla głównych kandydatów był wybór innego polityka. Jeżeli taka sytuacja miałaby miejsce w przypadku Donalda Tuska, byłoby to wyjątkowe wydarzenie – po raz pierwszy od ostatnich zmian traktatowych w UE ktoś przeszedłby z jednego kluczowego stanowiska na drugie.

W kraju jego notowania spadają. Według najnowszego sondażu IBRiS dla portalu Onet największym zaufaniem cieszy się prezydent Andrzej Duda. Donald Tusk jest poza podium. Wyprzedzają go Mateusz Morawiecki, Beata Szydło, a nawet Jarosław Kaczyński. O czym to świadczy?
Takie sondaże są jednak zawodnym miernikiem. Biorą pod uwagę głosy wszystkich Polaków, a nie tych, którzy chcą wziąć udział w wyborach.

Pamiętamy, że Bronisław Komorowski przegrał wybory, chociaż miał zdecydowanie większe poparcie, niż obecnie Andrzej Duda.

Taki sondaż wyraża bardziej życzeniowe i chwilowe myślenie Polaków, a gdy przychodzi do rzeczywistej rywalizacji, często okazuje się zawodny.

Stanowisko rzecznika TSUE, zapowiadające niekorzystny dla PiS wyrok Trybunału, to kolejny sygnał wskazujący, że czas tolerowania autokratów i kieszonkowych Putinków dobiegł w Unii Europejskiej końca.

„Eee tam” – tak z grubsza odpowiadali funkcjonariusze PiS na pytania o przewidywane reakcje instytucji Unii Europejskiej na łamanie zasad państwa prawa przez polską władzę. Starali się to formułować w sposób bardziej dyplomatyczny, ale istota komunikatu brzmiała: „Nie podskoczą nam, mogą nas pocałować gdzieś”.

Wygląda na to, że ludzie władzy przez całe lata naprawdę sądzili, że mogą bezkarnie robić, co im się podoba, nie przejmując się obowiązującymi w Europie standardami. Do niedawna. Wydana ostatnio opinia rzecznika Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej Ewgenija Tanczewa, który stwierdził, że obsadzona przez ludzi PiS Krajowa Rada Sądownictwa oraz Izba Dyscyplinarna SN nie spełniają wymogów niezależnego sądownictwa, powinna być dla nich dzwonkiem alarmowym. Czas bezkarności się kończy. Zaczyna się czas kar i konsekwencji.

Opinia Tanczewa jest prognostykiem pozwalającym przewidzieć jesienny wyrok TSUE. Wprawdzie wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki zareagował bagatelizującym stwierdzeniem: „Szanujemy, ale nie musimy się przejmować” – ale zapewne była to tylko poza, mająca pokryć zakłopotanie i złość. Nawet jeśli potraktujemy PiS jako obszar strukturalnej nędzy intelektualnej, nie wydaje się możliwe, by ważny polityk tej partii naprawdę nie rozumiał powagi sytuacji.

Wyrok TSUE da sędziom podstawę do bojkotowania i ignorowania Izby Dyscyplinarnej, podważy też prawomocność decyzji KRS. W gruncie rzeczy będzie początkiem erozji panowania partii Kaczyńskiego nad wymiarem sprawiedliwości. Tylko od determinacji oraz odwagi sędziów będzie zależało, jak radykalny będzie ich bunt – czy posuną się do całościowego zakwestionowania władzy PiS i czy zaczną ignorować decyzje i polecenia płynące od Ziobry i jego nominatów (osobiście gorąco bym ich do tego namawiał).

Europejska machina ruszyła jak żółw ociężale

Dlaczego PiS uwierzył w swoją potęgę i bezkarność? Być może zasugerował się postawą UE wobec Viktora Orbána, któremu liczne wybryki długo uchodziły na sucho. Tyle tylko, że ciężar polityczny 10-milionowych Węgier jest nieporównywalny z rangą i wagą Polski. Bruksela mogła sobie pozwolić na tolerowanie polityki węgierskiego autokraty, uznając, że mały kraj na obrzeżach Unii nie stanie się rozsadnikiem antydemokratycznej gangreny i nie zagrozi spójności całego organizmu europejskiego. Zresztą sam Orbán dość umiejętnie poruszał się na brukselskich salonach i długo potrafił prezentować tu zupełnie inne oblicze niż w kraju.

Gdy jednak do kontestujących europejskie zasady Węgier dołączyła blisko 40-milionowa Polska, kraj kluczowy we wschodniej części Unii, sytuacja zrobiła się poważna. Brukselscy decydenci nie mogli dłużej przymykać oczu na problem i udawać, że nic się nie dzieje.

Unia Europejska jest wielką i skomplikowaną konstrukcją, cechuje ją spora inercja. Od wciśnięcia guzika „start” do momentu, aż machina się rozpędzi, mijają nie miesiące nawet, lecz lata. Jednak w końcu uruchomione procesy owocują konkretnymi decyzjami i posunięciami. Guzik został naciśnięty już dość dawno i teraz obserwujemy jak potężna europejska maszyneria nabiera prędkości. Para buch, koła w ruch.

Przygotujmy się na kary. Będzie bolało

„Unia poczyniła pierwsze kroki na drodze do skutecznego zwalczania przestępstw popełnianych przez państwa członkowskie – np. wprowadzając kryterium przestrzegania prawa do mechanizmu rozdziału funduszy na rozwój” – piszą w „Gazecie Wyborczej” dwaj węgierscy autorzy Bálint Madlovics i Bálint Magyar (ten ostatni, były minister edukacji, jest autorem głośnej książki „Węgry. Anatomia państwa mafijnego”).

Stanowisko rzecznika TSUE, zapowiadające niekorzystny dla PiS wyrok Trybunału, to kolejny sygnał wskazujący, że czas tolerowania autokratów i kieszonkowych Putinków dobiegł w Unii Europejskiej końca.

Jestem gotów się założyć, że w nadchodzących miesiącach będziemy świadkami kolejnych kar, nakładanych na kraje łamiące wspólne zasady – czyli na Polskę i Węgry. Można się spodziewać, że instytucje unijne, podejmując decyzje w różnych sprawach, w sposób demonstracyjny będą ignorować interesy Warszawy czy Budapesztu. Zapewne Polska i Węgry poniosą też dotkliwe konsekwencje finansowe, choćby przy rozdziale nowych funduszy. Także w rozliczeniach dotychczasowych programów finansowych można się spodziewać szczególnej surowości europejskich kontrolerów.

W sumie więc – będzie bolało. Niestety wszystkich – nie tylko polityków i wyborców PiS, choć tak byłoby najsprawiedliwiej.

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

PiS ma swój Stalingrad

2 Gru

W ostatnich tygodniach PiS musiał się mierzyć z serią problemów: porażką wyborczą w miastach, aferą korupcyjną w Komisji Nadzoru Finansowegoczy kryzysem związanym z rosnącymi cenami energii. Dlatego partyjni piarowcy stwierdzili: „już dość, trzeba przejść do kontrofensywy”. Moment był ostatni z możliwych, bo za chwilę Polacy zajmą się przygotowaniami do Bożego Narodzenia i warto, żeby przy stole nie mówili tylko o aferach.

Pomysł musiał się narodzić w ostatniej chwili. Telefony do telewizji poszły dopiero w piątek po południu, ale informacje były bardzo lakoniczne. Wiadomo było tylko, że na niespodziewanie zwołanej imprezie przemówi premier i odpowie na pytania publiczności, ale program i lista mówców były trzymane w tajemnicy do samego końca.

Rekonstrukcja rządu? Przyspieszone wybory? Skutki afery

Dwie godziny propagandy

W końcu okazało się, że na konferencji z okazji trzylecia rządów PiS pod pretensjonalną nazwą „Praca dla Polski” przemówił premier, a po nim trzej wicepremierzy. Na sali siedziała dobrana publiczność i cały rząd. Morawiecki chwalił się osiągnięciami i obiecywał życie na europejskim poziomie, Beata Szydło przypominała swoje zasługi, 500+ i „biało-czerwoną drużynę”, wicepremier Piotr Gliński rozwodził się nad obchodami stulecia odzyskania niepodległości, a Jarosław Gowin mówił o zatrzymaniu „drenażu mózgów”. Wszystko oczywiście dla Polski i Polaków.

Słuchać tego było trudno, bo kilka godzin skondensowanej propagandy jest nie do wytrzymania nawet dla najbardziej wytrwałych zwolenników jakiejkolwiek partii. Ba, nawet dla samych polityków. Wyraźnie znudzony szef MSWiA i wiceprezes partii Joachim Brudziński w którymś momencie bez skrępowania sięgnął po telefon, dołączyli do niego wiceministrowie.

PiS próbuje wyciszyć KNF za pomocą sądu

Ważniejsze, kogo nie było

Dużo ciekawsze od tego, kto był i co mówił na tej dziwnej imprezie, było to, kogo nie było i o czym nie padło ani słowo. Przede wszystkim nie było Jarosława Kaczyńskiego. Dlaczego na imprezie, na której obóz „zjednoczonej prawicy” chwalił się osiągnięciami, nie przemawiał jej niekwestionowany przywódca, jak sami o nim mówią w PiS: „naczelnik”?

Być może PiS postanowił wrócić do manewru z kampanii 2015 r., kiedy Kaczyński został schowany? A może chodziło o manifestację jedności skłóconych frakcji i koterii w PiS, bo wszyscy usiedli razem niepoganiani przez prezesa? Nie wiadomo.

Oskarżony Ziobro został w domu

Nie przemówił też lider koalicyjnej partii Zbigniew Ziobro, który swoją jastrzębią postawą dostarczył prawicy ostatnio wielu problemów. To on odpowiada za reformę sądownictwa, z części której pod wpływem Brukseli PiS musiał się wycofać. To z jego ministerstwa wyszło tzw. Holocaust law, które po kilku miesiącach awantury z USA i Izraelem też trzeba było błyskawicznie nowelizować.

To wreszcie Ziobro tuż przed wyborami samorządowymi zwrócił się do Trybunału Konstytucyjnego ze sprawą zadawania pytań przez polskie sądy unijnemu trybunałowi. Podsyciło to przekonanie miejskiego elektoratu o antyeuropejskiej postawie PiS i przyczyniło się do słabego wyniku partii w miastach. Ziobro musiał więc siedzieć i słuchać, jak przemawiają inni.

W jakiej roli wróci Tusk

Zagraj to znów, Sam

Na koniec wrócił premier i odpowiedział na pięć, dość nieudolnie wyreżyserowanych pytań od publiczności. Pytania „przypadkiem z tragarzami”* dotyczyły kluczowych punktów rządowego przekazu. Przypominało to trochę doroczne spotkania z ludem Władimira Putina, choć na dużo niższym poziomie realizacji.

Morawiecki zapewnił, że nie, absolutnie PiS nie wyprowadzi Polski z Unii i tak, na pewno na 500+ pieniędzy nie zabraknie, nawet jak koniunktura się pogorszy. Żeby podkreślić proeuropejskie nastawienie PiS, na sali wisiały telebimy z polskimi i unijnymi flagami. Na ich tle przemawiała w sobotę m.in. Beata Szydło, która gdy została premierem w 2015 r., kazała zdjąć flagi unijne z sali, w której odbywały się rządowe konferencje prasowe.

Podczas całej imprezy nie pojawiły się żadne nowe hasła ani pomysły. Wygląda na to, że w nadchodzących wyborach europejskich PiS będzie próbował znów wygrać przy pomocy tych samych manewrów (chowanie Kaczyńskiego) czy retoryki (idziemy do centrum). „Zagraj to jeszcze raz, Sam” – mówił Humphrey Bogart w „Casablance”. Pytanie, czy w polityce się to sprawdzi.

Domagam się przeprosin od premiera Glińskiego

*Patrz „Miś” Stanisława Barei

Partia rządząca powoli traci kontrolę nad swoimi działaniami. Widać to wyraźnie na przykładzie wycofania się ze zmian w Sądzie Najwyższym. To, co miało być ostatnim elementem długofalowego planu, z niezrozumiałych dla swojego elektoratu powodów zostaje zmienione w ekspresowym trybie. Mamy na razie pierwszy sygnał, ale mogą być kolejne – mówi dr Robert Sobiech, socjolog, kierownik Instytutu Polityk Publicznych Collegium Civitas. – Po trzech latach rządzenia program Mieszkanie Plus właściwie nie ruszył, nie zmieniono sytuacji w służbie zdrowia, nie mówiąc już o efektach pseudoreformy edukacji – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Przez ostatnie kilka miesięcy coś „pękło” w polskiej polityce?

ROBERT SOBIECH: „Pękło” to za dużo powiedziane, ale niewątpliwe pojawiły się wyraźne rysy sygnalizujące możliwość znaczących zmian. Tegoroczne sondaże pokazują trzy trendy. Pierwszy to rosnące zadowolenie Polaków z sytuacji w kraju oraz z własnej sytuacji. Wskaźniki indywidualnego zadowolenia osiągają rekordowe poziomy nienotowane w ciągu ostatnich 30 lat. To efekt dobrej sytuacji gospodarczej i niskiego bezrobocia. Drugi trend to stopniowe pogarszanie się ocen rządu i premiera. To nie jest jeszcze wyraźny spadek, ale

od początku roku pojawia się coraz więcej przeciwników rządu i premiera. Ten wzrost niezadowolenia nie przekłada się na razie na zmiany poparcia dla rządzącej partii.

Spośród 60 proc. Polaków deklarujących udział w wyborach nadal co trzeci wyborca zamierza głosować na PiS. Te 20 proc. wszystkich Polaków, którzy popierają PiS, zapewnia obecnej władzy zarówno stabilizację, jak i nadzieję na wygranie kolejnych wyborów.

Wybory samorządowe, tzw. taśmy Morawieckiego, afera KNF, zmiana ustawy o SN, sprawa reportażu stacji TVN, list ambasador USA… PiS został zepchnięty do defensywy?
Ująłbym to trochę inaczej. Partia rządząca powoli traci kontrolę nad swoimi działaniami. Widać to wyraźnie na przykładzie wycofania się ze zmian w Sądzie Najwyższym. To, co miało być ostatnim elementem długofalowego planu, z niezrozumiałych dla swojego elektoratu powodów zostaje zmienione w ekspresowym trybie.

Mamy na razie pierwszy sygnał, ale mogą być kolejne. Do europejskiego Trybunału Sprawiedliwości kierowane są zapytania dotyczące prawomocności zmian w KRS.

Defensywa PiS widoczna jest wyraźnie w przypadku innych sfer. Po trzech latach rządzenia program Mieszkanie Plus właściwie nie ruszył, nie zmieniono sytuacji w służbie zdrowia, nie mówiąc już o efektach pseudoreformy edukacji. To zrozumiałe, że PiS o tym nie mówi. Mniej zrozumiałe jest, dlaczego o tym nie mówi opozycja.

Władza będzie gotowa na kolejne „odwroty”?
Jeżeli wycofała się w jednej sprawie, a to nie przełożyło się na pogorszenie partyjnych notowań, to istnieje prawdopodobieństwo, że taka taktyka będzie stosowana w innych przypadkach… Mamy też ostatnio do czynienia z nowym zjawiskiem – coraz bardziej widać odrębne stanowiska w obozie rządzących. Do tej pory PiS robił wiele, aby być postrzeganym jako monolit, skutecznie ukrywając różnice poglądów i interesów. Teraz

afera KNF i ujawnienie listu ambasador USA w mediach pokazują, że do opinii publicznej docierają kolejne informacje o wewnętrznych rozgrywkach. To jest zagrożenie dla wizerunku PiS-u, bo część premii wyborców dostawał właśnie za spójność i brak wewnętrznych konfliktów.

Z jednej strony Mateusz Morawiecki, z drugiej Zbigniew Ziobro?
Informacje o wewnętrznej rywalizacji, które wydostają się na zewnątrz, nie są sygnowane nazwiskami, ani ugrupowaniami. Ukrywają się często pod dziwnymi nazwami, jak na przykład „plan Zdzisława”. Do tej pory nie wiemy, na czym miał polegać i kto za nim stoi.

Afera KNF podzieliła i zaskoczyła PiS?
Świadczy o tym chociażby kilka dni ciszy medialnej po opublikowaniu artykułu w „Gazecie Wyborczej”.

To było zaskoczenie i postawiło PiS w trudnej sytuacji. Tak jak w każdym kryzysie o jego przebiegu decyduje, które z interpretacji okażą się najbardziej przekonujące dla opinii publicznej.

W tym przypadku mamy dwie interpretacje. Pierwsza, upowszechniana przez rządowe media, że jest to ułomność jednego człowieka, który w starciu z miliarderem i byłym współpracownikiem SB nie oparł się pokusie szybkiego wzbogacenia i spotkał się ze zdecydowaną reakcją państwa.

Czyli Marek Ch. jako kozioł ofiarny?
Tak. To nie żadna afera, ale człowiek, który zawiódł. Druga interpretacja pokazuje, że w tle był plan, który przy pomocy instrumentów prawnych miał pozbawiać kontroli nad swoimi firmami jednego z największych biznesmenów w Polsce. Przekaz jest tu zupełnie inny.

Jeżeli przydarzyło się to nawet tak potężnemu biznesmenowi, to może się przydarzyć każdemu przedsiębiorcy czy obywatelowi. Która narracja okaże się skuteczniejsza? To zależy od tego, czy afera KNF będzie ograniczona tylko do śledztwa w stosunku do jednego człowieka, czy będzie miała szerszy wymiar.

PiS zrobi wszystko, aby nie miała?
Oczywiście. Tylko pytanie, czy nie pojawią się nowe informacje, wątki i taśmy. Wtedy strategia kryzysowa PiS-u może zostać bardzo szybko rozbita.

Opozycja mówi o największej aferze III RP. Rzeczywiście?
To też zależy od nowych faktów. Jeżeli nic się zmieni, to jest duże prawdopodobieństwo, że pierwsza interpretacja będzie dominująca.

Jeżeli pojawią się nowe fakty, dowiemy się, co i kto stoi za „planem Zdzisława”, to może być bardzo silny wstrząs wiarygodności PiS-u.

W sprawie awantury wokół listu ambasador USA PiS wpadł we własne sidła? Chodzi o relacje z neonazistami, stosunek do wolnych mediów…
PiS zaplątał się, ale przede wszystkim ze względu na strategię oparcia polityki zagranicznej na relacjach ze Stanami Zjednoczonymi. Od początku prezydentury Donalda Trumpa jest jasne, że jest to prezydentura, która preferuje własne interesy gospodarcze. Jeżeli mamy poszukiwać gwarancji bezpieczeństwa i dobrych relacji transatlantyckich, to musimy ten czynnik brać pod uwagę. Ale to się zdecydowanie kłóci z narracją o odzyskiwaniu podmiotowości przez państwo polskie. Reakcja prawicowych dziennikarzy, krytyczna wobec stanowiska sojusznika, wyrażonego ustami pani ambasador, pokazuje, że to jest największy problem dla PiS-u.

To, że Stany Zjednoczone za prezydentury Trumpa traktują z góry wszystkie inne państwa, nie jest nowością, ale część środowisk prawicowych nie chce tego przyjąć do wiadomości, wierząc, że Polska jako najwierniejszy sojusznik będzie traktowana w wyjątkowy sposób.

Sami chyba dużo nie zwojujemy w takiej walce?
Sytuacja byłaby inna, gdyby stanowisko polskie było prezentowane w szerszym kontekście polityk UE. Podam przykład – na początku swojej prezydentury, gdy Donald Trump stwierdził, że nałoży cła na niemieckie samochody, Angela Merkel stwierdziła, że to zmiany ceł muszą być uzgadniane z Unią Europejską, a nie z rządem niemieckim.

Polskie władze zdają się zapominać, że Polska jako stosunkowo mały kraj nigdy nie będzie znaczącym partnerem dla USA. Stąd próby pokazania, że chcemy być dumnym narodem, któremu nie będzie rozkazywała ani UE, ani Stany Zjednoczone, przybierają kształt groteski.

Ten „incydent” – jak mówią politycy PiS – może być dla naszego kraju niebezpieczny?
Mam nadzieję, że to nie przełoży się bezpośrednio na zmniejszenie bezpieczeństwa Polski. Ale jeżeli PiS chce negocjować politykę bezpieczeństwa, opartą tylko na relacjach z USA, pomijając UE i NATO, to jest szalenie ryzykowna polityka, zdana na kaprysy i priorytety gospodarcze obecnego rządu Stanów Zjednoczonych.

Ambasador USA ostrzega, że wolność mediów w Polsce jest poważnie zagrożona. Ma rację?
PiS co jakiś czas powraca do przekazu: nie będziemy tolerować tego, co mówią niezależne media w Polsce, połączonego z przekazem, że zbyt wiele mediów w Polsce należy do zagranicznych właścicieli.

To jest kwestia zagrożeń dla wolności mediów, które obowiązują w demokracjach liberalnych.

W przypadku reakcji ambasadora Stanów Zjednoczonych równie istotne jest to, że krytyka TVN jest odbierana jako wyraźne uderzenie w amerykańskiego właściciela stacji. Połączenie tych dwóch czynników sprawia, że stosunki polsko-amerykańskie wystawiane są na kolejną próbę.
Poza tym widać wyraźnie, że na użytek polityki wewnętrznej został upubliczniony list pani ambasador, który został przekazany kanałami dyplomatycznymi, a tego się prawie nigdy nie robi. Pytanie, która z frakcji i dlaczego postanowiła to zrobić. Tego nie wiem.

Od kilku miesięcy widzimy, że PiS rozbraja miny, które sam położył.

Jeżeli jednego dnia prokuratura stawia zarzuty operatorowi TVN, a po kilku dniach się wycofuje, to widać wyraźnie, że ktoś zastawił minę, a ktoś inny postanawia ją szybko rozbroić.

Czyli znowu element walki w PiS-ie?
Tak. A jeżeli ta walka będzie dłużej trwała i będzie widoczna dla zainteresowanych polityką Polaków, to będzie koniec mitu o „spójnym obozie dobrej zmiany”.

Jarosław Kaczyński przestał panować nad swoją partią?
Możliwość wewnętrznych rozgrywek wynika przede wszystkim z bardzo dziwnej konstrukcji obozu rządzącego.

Nad premierem i rządem jest przecież kierownictwo partii na Nowogrodzkiej. Przy takim rozwiązaniu organizacyjnym ono nie jest w stanie kontrolować wszystkich obszarów, na których działa rząd i zwalczające się frakcje. To jest kolejny sygnał, że bardzo trudno jest w ten sposób rządzić. Ale prezes może jeszcze przywrócić kontrolę nad zwalczającymi się stronami.

W jaki sposób? Rekonstruując rząd?
Ten manewr był już zastosowany. Premier Mateusz Morawiecki rzeczywiście w ciągu kilku pierwszych miesięcy urzędowania poprawił notowania rządu i premiera. To często spotykany, zazwyczaj krótkotrwały efekt świeżości. W tym przypadku także nadwyżka poparcia szybko stopniała. Powoływanie nowego premiera w nowym roku wyborczym jest jednak bardzo ryzykowne, bo trzeba wytłumaczyć wyborcom, dlaczego był zły i trudno liczyć na ponowny efekt świeżości. To, co pewnie PiS będzie chciał zrobić do czasu wyborów parlamentarnych, to wygaszanie konfliktów wewnętrznych i zewnętrznych, pokazywanie, że chce walczyć o głosy spoza swojego żelaznego elektoratu. Dlatego

zmiana premiera czy głęboka rekonstrukcja rządu wydają się mało realne, chyba że doszłoby do sytuacji, kiedy wszystkie rywalizujące ze sobą grupy nie są w stanie funkcjonować pod przewodnictwem Mateusza Morawieckiego.

Może w takim razie Jarosław Kaczyński powinien się zdecydować na wcześniejsze wybory?
Raz już to zrobił i nie docenił mobilizacji Polaków. Myślę, że szczególnie w sytuacji, kiedy widoczny był znaczący wzrost frekwencji w wyborach samorządowych, może to być bardzo ryzykowna taktyka. Jak widać, wzrost frekwencji wyborczej, szczególnie w miastach, nie działa na korzyść PiS. Co prawda PiS uzyskał dobry wynik w tych wyborach, poszerzając zakres władzy o kolejne województwa, ale w wielu miejscach poniósł spektakularne porażki.

To dla wielu Polaków był ważny sygnał, że PiS nie jest władzą wszechpotężną, że nie musi rządzić przez kolejne lata.

To ważny symboliczny przekaz dla dużej części Polaków, zwolenników opozycji, niezdecydowanych nawet dla części elektoratu PiS. To może być kolejne osłabienie partii rządzącej.

Rozbity wizerunek teflonowego i spójnego PiS-u. To na rok przed wyborami dużo?
To są na razie kolejne rysy. Czy one będą na tyle silne, że może się załamać cała konstrukcja? Na razie trudno powiedzieć.

Jarosław Kaczyński boi się powrotu do polskiej polityki Donalda Tuska?
Ten powrót na pewno nastąpi. Ale czy to będzie powrót byłego premiera jako czynnego polityka, czy lidera opozycji niewchodzącego w konkretne polityczne role? Wydaje mi się, że w tej sprawie klamka jeszcze nie zapadła. Ważne będą sondaże dotyczące wyborów prezydenckich.

Tusk jak nikt z polskich polityków zna reguły światowej polityki, ma duże poparcie wśród Polaków, ale także silny elektorat negatywny. Myślę, że decyzja zostanie podjęta po wnikliwej analizie sytuacji.

Opozycji uda się stworzyć szeroki blok w kolejnych wyborach?
W tej sprawie wkraczamy w obszar indywidualnych ambicji poszczególnych polityków. Logika wyborcza wskazywałaby na to, że jest to warunek konieczny, aby odsunąć PiS od władzy. Stworzenie szerokiego frontu z punktu widzenia wygranej w wyborach jest realne, ale może nie być realne z punktu widzenia indywidualnych ambicji. Wiele już napsuły w polskiej polityce.

Takie ambicje ma Robert Biedroń. Może zagrozić opozycji?
To jak na razie jeden wielki znak zapytania. Pierwsze sondaże, wskazujące na poparcie w okolicach progu wyborczego, nie wróżą sukcesu. Należy jednak pamiętać o dwóch rzeczach. Robert Biedroń przyjął strategię stopniowego ujawniania swojej oferty, licząc na podtrzymanie zainteresowania swoim ugrupowaniem w dłuższym okresie. Brak konkretnego programu jest w tym momencie bardziej zaletą niż przeszkodą.

Na tym etapie każdy może oczekiwać, że nowy ruch będzie odpowiadał jego indywidualnym wyobrażeniom. Pierwsze rozczarowania pojawią się zapewne przy ogłoszeniu programu.

Po drugie, podczas spotkań organizowanych przez Biedronia, przyciągających przeważnie młodych ludzi, widoczne są autentyczne emocje. To pokazuje, że nowy ruch może być budowany na bliżej niesprecyzowanych oczekiwaniach innej polityki, przełamującej postawy dystansu pomiędzy sferą prywatną a sferą publiczną. To jednocześnie szansa i zagrożenie. Szansa na zmobilizowanie choć części Polaków, którzy zostają w domach w kolejnych wyborach. Zagrożenie polega na powtórzeniu krótkotrwałych sukcesów partii Palikota, Kukiza i Zandberga, zyskujących poparcie tzw. wyborców protestu, gdzie początkowe oczekiwania radykalnej zmiany zastępowane są rozczarowaniem dotyczącym efektów i metod realizacji obietnic wyborczych.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o Stalingradzie PiS.

Rządzący usiłują przekonać własnych ludzi i całą Polskę, że to nie klęska, a jedynie taktyczny odwrót na z góry upatrzone pozycje, ale prawdę widać gołym okiem: to początek końca.

Nerwowo robi się w oblężonym obozie „dobrej zmiany”. Z każdej strony wróg, zewsząd sypią się ciosy, kolejne operacje kończą się niepowodzeniem i trzeba swoim ludziom tłumaczyć, że to nie sromotna klęska, lecz planowe wycofywanie się na z góry upatrzone pozycje.

Małgorzata Gersdorf miała być prywatną osobą, a teraz się okazuje, że jednak jest głową Sądu Najwyższego – i trzeba się z tym pogodzić. Jak po czymś takim żyć, panie prezesie, jak żyć?

„Histeria jest niewskazana” – poucza zgnębionych czytelników propagandowy biuletyn braci Karnowskich „Sieci”, przyznając, że porażka w bitwie o Sąd Najwyższy to „gorzka pigułka, a nawet piguła”. Wtóruje mu Rafał Ziemkiewicz w „Do Rzeczy”: – „Rejterada ze zmian w Sądzie Najwyższym, po wielomiesięcznych pokrzykiwaniach i prężeniu muskułów, skompromitowała PiS w oczach najwierniejszych zwolenników, którym coraz trudniej wierzyć, że partia rządząca potrafi zrealizować cokolwiek z tego, co tylekroć zapowiadała”.

Coś podobnego musieli swego czasu przeżywać miłośnicy przodującego ustroju socjalistycznego, którym protoplaści Karnowskich wmawiali w „Trybunie Ludu”, że Lech Wałęsa jest prywatnym obywatelem, a związek zawodowy „Solidarność” nie istnieje. A potem nagle okazało się, że jednak istnieje, a Lech Wałęsa jest jego przewodniczącym i trzeba z nim rozmawiać przy okrągłym stole. Po prostu szok.

Na froncie medialnym też kiepsko. Wraże redakcje dawno miały być spacyfikowane, zdekoncentrowane i zrepolonizowane. Przecież już półtora roku temu posłanka Krystyna Pawłowicz zapowiadała agentowi niemieckiego Onetu: – „A po wakacjach weźmiemy się za was”. Minęły jedne wakacje, minęły drugie – i co? Obiecanki cacanki.

Wiadomo już, że PiS za media prywatne nie zdoła „się wziąć”. Może je podskubywać, może próbować je dyskretnie uzależniać od siebie (ten los spotkał Polsat i grozi Zetce), może je szykanować i ciągać po sądach (mnie też chce pozwać za sformułowania „państwo mafijne” i „gangsterskie metody”) – ale nie ma mowy o frontalnym blitzkriegu.

Kropkę nad „i” postawiła ambasador USA w Polsce Georgette Mosbacher, dając „dobrej zmianie” z liścia i mówiąc, że ma się od mediów odwalić. Czegoś takiego polscy miłośnicy Trumpa się nie spodziewali. Myśleli, że jak Polska „wstanie z kolan” i ogłosi się najważniejszym sojusznikiem Waszyngtonu w Europie, to wszystko jej ujdzie płazem. A tu figa. Więc teraz trzeba ze łzami w oczach odwoływać prokuratorskie zarzuty wobec dziennikarza TVN i ogłaszać, że dekoncentracja mediów to tylko plotki. Że ministerstwo kultury tylko tak sobie niezobowiązująco rozważało różne warianty, ale projektu ustawy nie ma i nie będzie.

W tym samym czasie afera KNF i ustawa o przymusowym przejmowaniu banków „za złotówkę”, w zdumiewającym trybie przepchnięta przez parlament i podpisana piórem maczanym w budyniu, zdemaskowała charakter „dobrej zmiany”. Jeśli to nie jest państwo mafijne, to co nim jest?

Na dyktafonie szantażowanego bankiera Leszka Czarneckiego zapisał się donośny okrzyk: „PiS jest nagi!”. Słowa te usłyszeli wszyscy obywatele Polski, którzy w gruncie rzeczy to widzieli, ale zbiorowy konformizm nie pozwalał im wypowiedzieć tej prawdy na głos.

Teraz jednak, gdy te słowa wreszcie padły, nic już nie będzie takie jak wcześniej. Wszystkie te klęski i żałosne rejterady obozu rządzącego, wszystkie te gorzkie pigułki, a nawet piguły są zaledwie zapowiedzią tego, co czeka nas na wiosnę przy okazji wyborów do europarlamentu, a później – miejmy nadzieję – do parlamentu polskiego. – „Bez istotnej zmiany kursu, na co jest już bardzo mało czasu, za rok stracimy władzę” – kracze cytowany na łamach „Super Expressu” „jeden z najważniejszych ministrów” (gazeta nie ujawnia tożsamości rozmówcy, ja stawiałbym na Gowina). Bardziej dosadnie, ale równie celnie formułuje tę prognozę na Twitterze cytowany już Rafał Ziemkiewicz: – „No tak jak zwykle – nie oddamy ani guzika, oddamy całe gacie”.

Tak więc uszy do góry, dla Polski zapowiada się niezły rok.

Waldemar Mystkowski pisze o spędzie PiS.

Kicz patriotyczny zawsze był właściwy dla Jarosława Kaczyńskiego. I nie dlatego, że on jest jakimś szczególnym patriotą jelenia na rykowisku, ale tak sformatowany jest intelektualnie i estetycznie. Taki też był jego brat Lech K. Jeżeli wchodziło się w drogę polityczną tym nad wyraz przeciętnym ludziom, którzy podszywali się zawsze pod innych, otrzymywało się od nich odzew „Spieprzaj, dziadu”.

Jarosław K. („pan Jarek”) tę paletę „dziadowską” rozszerzył o „mordy zdradzieckie”, gorszy sort”, „element animalny”. Polityka może nie jest krainą łagodności, ale przestrzeń publiczna, którą rozporządza władza, powinna przynajmniej szanować rozum innych, nawet jeżeli rozporządza tylko własnym „rozumkiem”, jak Miś z „Kubusia Puchatka”.

Wchodzimy jednak w świat intelektualno-estetyczny znany z poprzedniego reżimu, w PRL-u spędy ludzi partyjnych otrzymywały nazwy plenów partii i zjazdów. Dzisiaj też mamy cotygodniowe konwencje plenarne w czasie kampanii wyborczej i zjazdy takie, jak ten „Praca dla Polski”.

Nazewnictwo „praca dla Polski” jest puste, jak dzwon, bo niby dla kogo ma pracować rząd RP, jak nie dla Polski, acz w pierwszym rzędzie winno wymienić się jednak „dla Polaków”. Bo to ludzie, społeczeństwo, obywatele tworzą organizm Polski, a nie odwrotnie.

Może jednak chodzi o odwrotność rozumu, o absurdalność? W takim momencie intelektualnym rozbija się rozum rządzących („rozumek”), gdyż nie potrafią rozebrać na podstawowe znaczenia tego, co głoszą. Nie oczekuję od Kaczyńskiego i jego nominatów, aby zagłębiali się zanadto w sferę rozumu, ale oczekuję, że będą szanowali tak podstawowe dla kultury wartości, jak inteligencja obserwatorów.

Premier Mateusz Morawiecki dał się poznać ze swego rozdymanego ego, oto poza oczami Polaków na europejskich salonach chwalił się, że wywalczył suwerenność dla Polski podczas insurekcji w podziemiu PRL, ustalał warunki akcesji Polski do Unii Europejskiej, a po powrocie z Brukseli przed ciemnym ludem skromnie przyznał się do wynegocjowania Brexitu. Czy są granice żenady i zakłamania?

Na rykowisku „Praca dla Polski” Morawiecki ogłosił kilka haseł, które są godne tylko rozumku Misia z „Kubusia” i tego fruwającego „Misia” z Barei, któremu „odkleiło się oczko”. Są oderwane od rzeczywistości, nie wchodzą w żaden alians sytuacji, w jakiej znajduje się demokracja w Polsce, bo oto głosi Morawiecki, że „chcemy żyć na poziomie europejskim”. Ale to jego ekipa i poprzedniczki ten „poziom” europejski sprowadziła do ustrojowej demokratury, z której tylko krok do autokracji.

Czy Rosja reprezentuje poziom europejski? Raczej nikt – oprócz posiadaczy „rozumku” – tego nie potwierdzi. PiS chce abyśmy żyli na poziomie rosyjskim, a nie europejskim.

Po co zatem takie spędy pisowskiego rykowiska? Po co komuchom były zjazdy? Po co Putin organizuje, co roku podobne rykowiska medialne, na których przez kilka godzin tokuje, jaki on jest światowy (nawet nie europejski), jaki z niego demokrata i do tego otwarty na innych.

„Praca dla Polski” to widomy znak, że pisowska Polska bez żenady wchodzi we wschodni model państwa. Śmiałbym się z takiej pokraczności, gdyby dotyczyło to innego kraju, ale dreszcz mnie przechodzi, gdy uzmysławiam sobie, jacy to politycy dorwali się do władzy, politycy o takim „rozumku”.

>>>