Tag Archives: Robert Biedroń

Szydło w ruinie. Z życia pasqud 21

16 Lip

Lech Wałęsa skomentował kolejną porażkę Beaty Szydło w Parlamencie Europejskim. Europosłanka PiS kolejny raz została odrzucona przez polityków unijnych i nie zajmie stanowiska szefowej komisji ds. zatrudnienia.

„W świetle (nie ukrywajmy tego) totalnej klęski (19:34) ostatni wynik (21:27) był niewiarygodnym sukcesem. Podsuwam Pani jednak pomysł jak uzasadnić tę katastrofę” – napisał na Facebooku Roman Giertych w kolejnym liście do Beaty Szydło. Po poprzednim głosowaniu też się do niej odezwał („Wałęsa i Giertych podsumowali kolejny „sukces” PiS 21:27 w PE”).

Jak więc – zdaniem Giertycha – była premier powinna uzasadnić tę katastrofę? – „Otóż odpowiedź jest prosta: to była germańska zemsta. Na zimno i z premedytacją zaplanowana i wykonana właśnie w rocznicę Grunwaldu. 609 lat czekali, aby odpowiedzieć na cios zadany przez Jagiełłę. Czekali, czekali i się doczekali. I tak jak my wycięliśmy wówczas kwiat teutońskiego rycerstwa, tak oni Panią-kwiat obozu rządzącego wycięli z tej ważnej i należnej Pani funkcji i rzucili jak zeschłą słomę na żer bezczelnych szyderców. Oj, nie zabraknie ich teraz! Będą uważać, że brak Pani sukcesu źle wróży negocjacjom w sprawach budżetu. Ale cóż tam budżet na drogi, gdy dziś opłakujemy zamach na wzrost Pani budżetu!” – proponuje Giertych.

Cały wpis >>>

Jak zwykle, ma też „radę” dla Szydło: – „Głowa do góry! Do trzech razy sztuka. Przy następnym głosowaniu proszę po prostu spróbować ich od serca, osobiście przekonać. Najlepiej wystąpieniem bezpośrednim, bez udziału tłumaczy, którzy głębię Pani myśli mogliby przekręcić i wypaczyć”.

Do kolejnego „sukcesu” byłej polskiej premier odniósł się także mec. Jacek Dubois. – „Wygląda na to, że Beata Szydło jest jedną z najdroższych kobiet współczesnej Polski. Najpierw ponosiliśmy koszty rozbitych przez jej ochronę limuzyn, potem rozdawanych przez nią nagród. Obecnie przegrywając z samą sobą tym razem z jeszcze gorszym wynikiem kolejne głosowanie na szefową komisji zatrudnienia i spraw społecznych PE naraziła na straty wizerunkowe samego Prezesa, który w jej sprawie rozmawiał osobiście z Niemcem i wyszło mu tak jak zazwyczaj” – napisał Dubois na Facebooku.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Nikt nie powinien się nabrać na pustosłowie, iż „jesteśmy wyspą wolności w Europie” i „chcemy być wyspą szybkiego rozwoju”. Otóż demokratyczne narzędzia wolności zostały w dużej części zniszczone i zastąpione autokratycznymi. Zaś szybki rozwój to następstwo koniunktury gospodarczej i tak jesteśmy w tej szybkości maruderem rozwoju, a będziemy się cofać, bo za populistyczne rozdawnictwo zapłacimy regresem gospodarczym, inflacją, czyli wzrostem cen towarów i usług, który to proces się rozpoczął, jest nieubłagany w postaci zubożenia społeczeństwa.

Inne zapewnienia Kaczyńskiego są nienowoczesne, by nie napisać, iż pochodzą wprost z Ciemnogrodu, „nie musimy upodabniać się do Zachodu, nie musimy stać pod tęczową flagą”.

To jest wizja Polski Kaczyńskiego. Niezachodnia, niecywilizacyjna, zacofana, wsobna, spychana przez Zachód na margines, skazana na wypchnięcie z Unii Europejskiej (Polexit). Powraca idiom polityczny, iż Polska nie nadaje się do wolności, bo takie wstecznictwo w niesprzyjających okolicznościach międzynarodowych może doprowadzić do całkowitej izolacji kraju, a tym samym oddaniu na pastwę silniejszych, np. Rosji.

I mamy drugą Polskę, którą w pigułce „szóstki Schetyny” podał szef Platformy Obywatelskiej, lider opozycji Grzegorz Schetyna. Po pierwsze przywrócić standardy demokratyczne, „odnowić demokrację”, bez których życie publiczne buksuje. Lider PO nie zapomniał o tym, iż rozwój kraju powinien być odczuwany w naszych kieszeniach, a nie w portfelach polityków („nam się należy”), należy zatem „podwyższyć płace”. Kolejne części szóstki Schetyny dotyczą coraz silniej odczuwanych zaniedbań pisowskiego rządzenia, mianowicie „służba zdrowia się sypie”, stworzyć godny „program dla seniorów”, uczynić „przyjazną szkołę” po deformie edukacji autorstwa Anny Zalewskiej. Ostatni element szóstki Schetyny dotyczy czystego powietrza i wody.

Schetyna jednak planuje coś ekstra, bez mała rewolucyjnego. Mianowicie w wyborach parlamentarnych wystartuje z Warszawy, spotka się zatem na tym samym gruncie z Jarosławem Kaczyńskim. Czy prezes PiS będzie w stanie odmówić debaty ze swoim przeciwnikiem?

Nie powinien, a wiemy, że nie przystąpi do żadnej publicznej dyskusji. Nie tylko z tego powodu, że ma w tyle głowy sromotę poniesioną w debacie z Donaldem Tuskiem. Przede wszystkim w starciu ze Schetyną Polacy usłyszeliby, jaką wsteczną wizję Polski reprezentuje PiS, jak kłamliwie przedstawia swoje „osiągnięcia”, które w istocie są zaprzepaszczeniem osiągnięć wszystkich Polaków po 1989 roku. No i Kaczyński jest psychicznie nie za bardzo dysponowany, mówi niewyraźnie, niespecjalnie składnie i sensownie.

Nawet gdyby Kaczyński był w pełni dysponowany, nie bałbym się o Schetynę, bo tak zawsze układa się w debatach, iż wygrywają w nich ci, za którymi stoją rzeczywiste potrzeby, aspiracje, a nie zakłamanie, domena Kaczyńskiego i jego marionetki Mateusza Morawieckiego.

Reklamy

Zagłada Polski. To rzeczywisty program PiS

22 Czer

13-letnia Inga Zasowska zwraca uwagę polityków na fatalny wpływ ich polityki na klimat. Mimo że kilka dni temu zakończyła rok szkolny to, zamiast oddawać się beztrosce wakacji, zdecydowała udać się przed Sejm, aby zaprotestować.

Polska zablokowała europejską neutralność klimatyczną. – Zaciągnięcie hamulca w sprawie zintegrowanego, wspólnego, spójnego i intensywnego projektu dotyczącego neutralności klimatycznej to polityka samobójcza – komentuje Andrzej Halicki, europoseł PO. Poza tym KE ostrzega, że pieniądze na walkę ze smogiem są wydawane nieefektywnie i stawia ultimatum. Polska może stracić część unijnych pieniędzy.

Idea została zablokowana przez rządy Polski, Węgier, Czech i Estonii. Dlaczego? Oficjalnym powodem jest brak doprecyzowania, jak ma wyglądać droga do neutralności klimatycznej.

Unia Europejska chciała określić konkretne ramy, które pozwoliłyby osiągnąć w 2050 r. neutralność klimatyczną. Ów termin nabrał mocy pod koniec ubiegłego roku, kiedy stało się jasne, że UE chce szybciej wdrażać w życie postanowienia Porozumień Paryskich. Zwłaszcza po tym, jak wycofał się z nich prezydent USA Donald Trump.

Oczywiste jest, że taka strategia uderzy w gospodarki w sporej mierze uzależnione od węgla. Ta nad Wisłą oparta jest na czarnym złocie w ok. 77 proc.

„Premier Morawiecki broni interesów Polski ws. polityki klimatycznej. Cel: uczciwe rozłożenie kosztów ochrony klimatu z uwzględnieniem specyfiki krajów. Cele klimatyczne ważne tak samo jak sposoby ich realizacji zapewniające bezpieczeństwo obywateli, przedsiębiorców i gospodarki” – tak postawy premiera Mateusza Morawieckiego bronił rzecznik rządu Piotr Müller.

Ale innego zdania są politycy opozycji

PO: Polityka rządu szkodzi zdrowiu Polaków

– Zaciągnięcie hamulca w sprawie zintegrowanego, wspólnego, spójnego i intensywnego projektu dotyczącego neutralności klimatycznej to polityka samobójcza. Egoistyczne interesy rządu przedkłada ponad zdrowie Polaków. (…)  Trujemy siebie, ale nie tylko siebie, trujemy całą Europę i staliśmy się z lidera krajem, który jest politycznie na marginesie. A w tym największym cywilizacyjnym wyzwaniu stajemy się czarną owcą – komentuje europoseł PO Andrzej Halicki.

Według polityków PO takie weto to skandal. Zwracają uwagę na to, że nie tylko nie ograniczamy emisji CO2, ale także sprzeciwiamy się wprowadzeniu działań, które mogą powodować neutralność, takich jak zalesianie czy instalacje pochłaniania CO2. – Polska potrzebuje zmian w bilansie energetycznym. Potrzebujemy coraz więcej zielonej zamiast brudnej energii – mówi rzecznik PO Jan Grabiec.

– Samym wetem niczego nie załatwią. Jeżeli rząd prowadziłby politykę proekologiczną, mógłby wzmacniać swój głos na szczytach europejskich i pozyskiwać więcej środków dla Polski. Cała Europa widzi, że premier Mateusz Morawiecki jest lobbystą na rzecz rosyjskiego węgla, bo importujemy rekordowe ilości rosyjskiego węgla – dodaje.

„Czyste Powietrze” pod okiem Brukseli

KE ostrzega, że pieniądze na walkę ze smogiem przez NFOŚ wydawane są nieefektywnie. I stawia ultimatum – albo przejmą tę rolę komercyjne banki, albo Bruksela nie da więcej pieniędzy.

Taki list trafił na biurko ministrów rządu oraz pełnomocnika ds. programu „Czyste Powietrze”. Dotarła do niego „Gazeta Wyborcza”. Rząd ma czas do 21 czerwca, aby podjąć decyzję, czy dostosuje się do zmian w programie, czy zrezygnuje z 6-8 mld euro wsparcia unijnego na walkę ze smogiem.

– Kiedy przychodzi do działania, to mamy takie efekty jak z programem „Czyste Powietrze”, gdzie planuje się wymianę 40 tys kotłów, a powinno się w tym roku wymienić 400 tys, żeby to miało sens. Nic dziwnego, że KE stawia warunki i żąda, aby rząd działał energiczniej w tym zakresie. Żeby nie tworzył barier biurokratycznych, nie kierował pieniędzy do działaczy partyjnych, którzy obsiedli rządowe instytucje, ale do samorządów i ludzi, którzy chcą wymieniać piece – mówi Jan Grabiec.

Przypomnijmy, rocznie z powodu smogu umiera 40 tys. osób.

Dziennikarz Adam Wajrak o zachowaniu polskiego rządu w czasie szczytu klimatycznego Unii Europejskiej.

Więcej >>>

Niewiele osób wie, że dziś obchodzony jest Dzień Przedsiębiorcy. Został wprowadzony w 2016 r. w wyniku przyjętej przez Sejm – głosami posłów PiS – uchwały. Ale premier pamiętał i postanowił złożyć biznesmenom życzenia. – „Wszystkim przedsiębiorcom – z okazji Waszego święta – chciałem podziękować za wkład w polskie PKB i gospodarkę. Życzę Wam nade wszystko dynamicznego rozwoju – rośnijcie, zatrudniajcie i rzucajcie wyzwanie światowym korporacjom, bo wiem, że jesteście w stanie osiągać wszystko” – napisał Mateusz Morawiecki na Twitterze.

„I dlatego mój rząd wprowadził dla was niekorzystne zmiany w rozliczaniu zakupu i eksploatacji firmowych samochodów, podniósł wam składkę ZUS, a żebyście mogli płacić wyższe kary za błędy w interpretacji przepisów podatkowych podniósł opłatę za interpretację o 5 000%”; – „Jako przedsiębiorca mam jedną prośbę. Niech Pan o nas zapomni”; – „I płaćcie coraz wyższe daniny, aby rządzący mieli za co kupić wyborców”; – „Tak jest, przedsiębiorcy, pracujcie ciężko na podatki, żeby PiS miał z czego rozdawać. A jak nie będziecie tego robić, to i tak PiS będzie rozdawał, a długi będą spłacać wasze dzieci”; – „Socjalistyczna władza was wydoi ale poza tym życzy wam wszystkiego najlepszego. Panie premierze pan to jest niezły jajcarz” – komentowali życzenia premiera internauci.

Morawieckiego krytykowali nawet prawicowi dziennikarze i blogerzy. – „Wszystkim przedsiębiorcom dziękujemy, że możemy was doić i obiecujemy, że będziemy was doić dalej jeszcze bardziej” – napisał Łukasz Warzecha z „Do Rzeczy” i wp.pl. A Kataryna dodała: – „Do podziękowań dołączam wyższy ZUS dla samozatrudnionych już od przyszłego roku”.

Jeden z internautów postanowił bronić partii rządzącej: – „PiS obniżył CIT dla małych i średnich przedsiębiorstw z 19% do 9%”. Spotkał się z natychmiastową ripostą: – „Tak? A ilu Polaków skorzystało? Spółki z obcym kapitałem. Dlaczego nie ma poważnej pomocy dla firm jednoosobowych? Propaganda medialna, a zarzynane są polskie małe firmy. Obywatele są wolni, gdy mogą sami swobodnie prowadzić własny biznes, a dziś lepiej pracować u kogoś niż na swoim”.

W zderzeniu dwóch obozów, z których jeden raźno wywija pałką (także medialną i językową), a drugi zamyka sobie usta i wiąże ręce, może wygrać tylko ten pierwszy – pisze Cezary Michalski. „Takiej chcecie zgody? Takiego dialogu? W takim razie musicie skapitulować przed Kaczyńskim, Rydzykiem, ale też ich wyznawcami w waszych rodzinach, w waszych środowiskach. Chcecie? Proszę bardzo. Ja nie chcę, więc odrzucam ten łatwy, kiczowaty bełkot”

Wśród „dobrych ludzi” w liberalnych mediach (pojęcie „dobrego człowieka” pożyczam od Bertolta Brechta, który nie widział gorszego szkodnika, niż „dobry człowiek” na polu politycznej walki) zapanowała moda na argument o „pogardzie liberalnego elektoratu dla elektoratu PiS” jako największym problemie polskiej polityki, głównej przyczynie porażek z Kaczyńskim. Podejmują ten wątek poważni i niepoważni komentatorzy, nawet politycy. Szczególnie po wyborach do Parlamentu Europejskiego, w których Koalicji Europejskiej udało się zdobyć prawie 40 procent głosów, ale nie udało się pokonać PiS, które znów skutecznie posłużyło się szatańską mieszanką przekupstwa, nienawiści i strachu.

Zamiast zastanawiać się, jak w tej sytuacji, przed jesiennymi wyborami, zmobilizować własny elektorat,

specjaliści od „przepraszania” robią wszystko, żeby te 40 procent głosów przed jesienią zmarnować, zdemobilizować, spacyfikować poczuciem winy.

Warto więc przypomnieć, że pierwsze salwy w ostatniej (sięgającej co najmniej katastrofy smoleńskiej) odsłonie politycznej, kulturowej, bez mała cywilizacyjnej wojny w Polsce wystrzelił Jarosław Kaczyński oraz jego „tożsamościowa” prawica. I od razu użyli broni masowego rażenia oraz brudnych bomb. Od „zamachu w Smoleńsku” po „lemingi” (które miały tworzyć zdegenerowaną mieszczańską elitę społeczną III RP), od „kondominium” (którym rzekomo była Polska po roku 1989, a później Polska jako kraj członkowski UE) po „drugi sort”, „komunistów i złodziei”, „zdradzieckie mordy” (jak Jarosław Kaczyński, a w ślad za nim liderzy prawicowej opinii publicznej nazywali swoich politycznych konkurentów, przeciwników czy uczestników społecznych protestów przeciwko łamaniu konstytucji i praworządności przez rządzące już PiS).

W dodatku Kaczyński i jego ludzie nie tylko przekraczali granice językowej poprawności czy nawet prostej uczciwości, ale łamali też konstytucję i prawo, niszczyli instytucje i ludzi.

Tragicznym finałem tego procesu było zamordowanie Pawła Adamowicza przez człowieka całkowicie nafaszerowanego PiS-owskim językiem nienawiści, którego upowszechnianiu od czterech lat służą także całe państwowe media.

Tymczasem dziś – i to od wielu bynajmniej niepisowskich „symetrystów”, celebrytów, liderów opinii publicznej – dowiadujemy się, że to „liberalny elektorat pogardza”, że to ofiary PiS-owskiego języka nienawiści są winne i muszą przeprosić. Od dziewcząt i chłopców (nieraz już przed trzydziestką, ale wciąż pozostających dziećmi pod parasolkami tatusiów i mam), tkwiących głęboko w swoich elitarnych bańkach, w których rozmawiają tylko ze swoimi przyjaciółmi i przyjaciółkami, bo każde wyjście z „safe space” powoduje u nich traumę wymagającą długotrwałej terapii, słuchamy opowieści o konieczności „wyjścia z liberalnej bańki do ludu”. Słuchamy też sentymentalnych i kiczowatych opowieści o „podzielonych rodzinach”, w których „trzeba rozmawiać z wujkami głosującymi na PiS”.

„Trzeba rozmawiać” staje się sentymentalnym banałem ukrywającym o wiele trudniejszą prawdę o tym, że trzeba się także spierać, oczywiście lepiej na argumenty, niż generalizujące wyzwiska, jednak bez fałszywej nadziei, że „jesteśmy jedną polską rodziną”, a winni naszych konfliktów i różnic są „politycy”, zwykle ci „liberalni”.

Ja też mam podzieloną rodzinę, z ogromną nadreprezentacją zwolenników i zwolenniczek PiS w pokoleniu dziadków i wujów. Zwykle są to ludzie, którzy przeszli znamienną ewolucję od oportunizmu w czasach późnego PRL do dzisiejszego entuzjazmu dla Tadeusza Rydzyka i Jarosława Kaczyńskiego. Bardzo często jest to połączone z całkowitym zakłamaniem własnej biografii z czasów PRL. Smętni oportuniści, którzy kiedyś nienawidzili Wałęsy czy Michnika dlatego, że Wałęsa i Michnik zawstydzali ich nawet w oczach ich własnych dzieci, dziś z wypiekami czytają książki i teksty Cenckiewicza, żeby móc nienawidzić Wałęsy i Michnika za to, że byli „agentami” czy „żydokomuną”.

Stanisław Piotrowicz jest dla tej formacji postacią bardzo reprezentatywną, bo przecież Piotrowiczów mamy w każdej naszej rodzinie. Jak z nimi rozmawiać, kiedy oni mają emocjonalny i biograficzny interes w tym, żeby w takiej rozmowie kłamać – od początku, do końca. A

Jarosław Kaczyński pomógł im to kłamstwo utwardzić i uporządkować.

Jest też w mojej rodzinie nadreprezentacja radykalnej lewicy w pokoleniu wnuków i wnuczek. Niektórzy z nich więcej wiedzą o językowych modach kulturowej lewicy w Ameryce czy Francji, niż o polskiej historii i współczesności. W mojej podzielonej rodzinie – tak jak w wielu innych – często się kłócimy, nie zawsze są nawet podstawowe warunki do cywilizowanej rozmowy, ostatnio wolimy rozmawiać o pogodzie i wczasach, niż o polityce, bo o polityce naprawdę nie da się już rozmawiać. Ja sam w późnym PRL-u zbuntowałem się przeciwko pokoleniu rodziców i wujów właśnie z powodu polityki. Dlatego nie wierzę w „rodzinną sielankę”, którą da się odbudować, gdy tylko zniknie „wyższościowy język liberalnej Polski”.

Za klucz do zwycięstwa lub choćby niepoddania się PiS-owi uważam raczej pełną mobilizację demokratycznej i prozachodniej Polski, niż jej językowe i tożsamościowe rozbrojenie pod hasłem „lepiej rozmawiajmy, niż się kłóćmy”. Oczywiście dobra i odpowiedzialna polityczna władza musi tego typu konflikt wygaszać. Zła władza celowo go radykalizuje.

Demokratyczna opozycja nie ma dzisiaj narzędzi, żeby wygaszać konflikt świadomie radykalizowany przez Kaczyńskiego, dla którego (a także dla jego zwolenników i sporej części wyborców) „prawdziwy pokój w Polsce” może zapanować tylko w społeczeństwie i państwie całkowicie ujednoliconym przez autorytarną władzę,

gdzie wszyscy będą „pomagać Kaczyńskiemu”, a nie mu „przeszkadzać i krytykować”, gdzie wszyscy będą konserwatywnymi katolikami, bo inne tożsamości czy wrażliwości to przecież „dewiacje” albo wręcz „satanizm”.

Jakiś czas temu w rzeszowskim dodatku „Gazety Wyborczej” ukazał się znamienny wywiad z posłem PiS z Podkarpacia. Dla niego nie tylko TVN, ale nawet media państwowe są „zbyt przepełnione konfliktem”, „zbyt agresywne”. Tu nasi „symetryści” powinni się ucieszyć, ale pointa tej opowieści człowieka całkowicie ukształtowanego już przez autorytarny model myślenia jest zaskakująca, bo za najbardziej „spokojne”, „wyciszone”, „unikające konfliktu”, a nawet „obiektywne medium” pan poseł (i wielu myślących podobnie jak on) uważa „media ojca Tadeusza Rydzyka, bo tam się nikt nie kłóci”.

Takiej chcecie zgody? Takiego dialogu? W takim razie musicie skapitulować przed Kaczyńskim, Rydzykiem, ale też ich wyznawcami w waszych rodzinach, w waszych środowiskach. Chcecie? Proszę bardzo. Ja nie chcę, więc odrzucam ten łatwy, kiczowaty bełkot.

Intelektualiści, a nawet publicyści, jeśli już nie chcą brać udziału w politycznym konflikcie, są przynajmniej zobowiązani do sprawdzania wiarygodności różnych jego stron, a nie do łykania ich hipokryzji czy wręcz przyłączania się do niej.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, który był bardziej trzeźwym obserwatorem naszego kraju, niż wielu dzisiejszych „ludzi dobrej woli”, napisał kiedyś, że Polsce (szczególnie w bardzo skłonnej do hipokryzji Polsce katolickiej) najbardziej niebezpieczny jest „bełkot miłości skrywający byle jaką przemoc”.

Z kolei wybitny anglosaski intelektualista Robert Hughes, pisząc o największych patologiach współczesnego liberalnego świata, jego kampusów i mediów, stworzył określenie „lingwistycznego Lourdes politycznej poprawności”, gdzie wzajemne „nasładzanie się” członków akademickich elit, występujących zazwyczaj w imieniu wykluczonych, których wcale nie znają, w ogóle uniemożliwia prowadzenie sporów opartych o twarde argumenty i niewygodne diagnozy. Problem w tym, że uniemożliwia wyłącznie w obozie liberalnym, szantażowanym przez politycznie poprawną lewicę kulturową, bo w obozie prawicy pogarda i nienawiść wobec „liberałów”, „feministek”, „lemingów” i „elyt” szaleje w najlepsze, bez żadnych ograniczeń.

W zderzeniu dwóch obozów, z których jeden raźno wywija pałką (także medialną i językową), a drugi zamyka sobie usta i wiąże ręce, może wygrać tylko ten pierwszy.

Oczywiście

nieco inne są zobowiązania wobec polityków, oni muszą przynajmniej udawać otwarcie na wszystkich wyborców. A sprawując władzę naprawdę muszą tworzyć instytucje i prawa przeznaczone dla całej wspólnoty politycznej, niewykluczające nikogo. Jednak Jarosław Kaczyński nawet nie udaje, że się do tych zasad stosuje.

Nienawiść do przeciwników wyraża szczerze, a do instytucji państwa, do konstytucji i prawa podchodzi zgodnie z „moralnością Kalego”. Wykluczając ze wspólnoty i państwa opozycję oraz jej wyborców. Łamiąc prawo wszędzie tam, gdzie to mu jest wygodne.

Wyborcom Kaczyńskiego, „dobrym ludziom z naszych rodzin, którzy głosują na PiS”, w niczym to nie przeszkadza. Miłośnicy „językowego Lourdes” z liberalnych mediów nie potrafią wyjaśnić tego fenomenu. „Szanujemy wyborców PiS”, „szanujemy naszego wuja czy ciotkę”, podczas gdy oni głosują na człowieka, który wyklucza i wyraża nieskrępowaną pogardę wobec wszystkich swoich przeciwników. Organizuje nienawiść, dąży do likwidacji wszelkiej opozycji „bez żadnego trybu”, bo „krytykuje zamiast pomagać”.

Oni to uznają. Dlaczego? Jak ich przekonać? A co, jeśli popierają go właśnie dlatego, że jego pogarda, nienawiść są im bliskie, realizują jakieś ich podstawowe potrzeby, resentymenty, interesy? Żaden z uczestników „językowego Lourdes”, częstujący nas kiczowatymi opowieściami o „swoich wujkach i ciociach głosujących na PiS-u”, nie daje odpowiedzi na te pytania, nawet się nad nimi nie zastanowił. Całkowicie zadowala się emocjonalnym kiczem. Także dlatego, że ten emocjonalny kicz utrzymuje go w przekonaniu o własnej szlachetności.

Może spróbujmy jednak ten sentymentalny języczek portali społecznościowych trzymać z daleka od polityki. Szczególnie jako dziennikarze, intelektualiści, liderzy opinii publicznej, zamiast uprawiać „lingwistyczne Lourdes” czy inny „bełkot miłości skrywający byle jaką przemoc”, zajmijmy się klarownym opisem polskiej polityki. Tego, co jest w niej czystą walką, i tego, co jest w niej walką nieczystą.

Dajmy sobie prawo do własnego zdania, przekonań politycznych i religijnych. Niech każdy wierzy w to, co chce, byle nie krzywdził innych ludzi.

Jest takie stare powiedzenie, że „ryba psuje się od głowy”. Kiedy rozglądam się po naszej Polsce, coraz bardziej widzę, że ta coraz bardziej śmierdząca ryba ma się u nas świetnie. Najważniejsze instytucje, czyli te, związane z polityką i Kościołem, podają nam wręcz na tacy te swoje, mocno nadgryzione zepsuciem, głowy. Przekroczyły już one wszelkie granice przyzwoitości, kultury i zamiast być dla nas obywateli wzorem, pokazują nam przerażające oblicze. Oblicze pełne nienawiści, hipokryzji, zakłamania, buty i arogancji. I dziwić się, że w tej sytuacji społeczeństwo chamieje na potęgę, radykalizuje się w tempie wręcz zastraszającym?

Popatrzmy, wczoraj trwały w Polsce obchody jednego z najważniejszych świąt katolickich, czyli Boże Ciało. Kiedyś to była naprawdę feta religijna, łącząca wiernych we wspólnym przeżywaniu. Kiedyś… ale nie dzisiaj. Dzisiaj niektórzy prominenci kościelni pokazali, jak można świetnie wykorzystać taki dzień do krzewienia nienawiści i kłamstw, np. arcybiskup Jędraszewski, który rozprawiał o deprawacji dzieci, bo taki przecież – według niego – jest cel karty LGBT i zaleceń WHO. Wydawałoby się, że człowiek wykształcony, rozumny, a tu takie słowa, w takim właśnie dniu. Czy arcybiskup Głódź, który w swojej homilii mówił, iż „Kościół znalazł się dziś pod ostrzałem nihilistycznych ideologii, za którymi idzie obdzieranie z autorytetu, społecznego szacunku i godności”.

Jak widać, każda okazja dobra, by pokazać wiernym, jaki „biedny” jest dzisiaj polski Kościół. Jaki prześladowany, niszczony, krzywdzony niesprawiedliwymi ocenami. Szkoda, że żaden z tych hierarchów nie ma w sobie na tyle pokory, by zauważyć, że już dawno przestali oni być przywódcami duchowymi, a stali się politykami w sukienkach. Jakoś nie mówią nic o tym, że dzisiaj są „świętymi krowami”, które za przyzwoleniem i pełnym wsparciem PiS-u taplają się w wielkim dobrobycie, majątkami aż kłują w oczy, roszczą sobie prawo do chrystianizacji kraju, narzucając wszystkim swoje chrześcijańskie poglądy, wieszając nam krzyże, gdzie popadnie, racząc nas mszami przy każdej okazji i pouczając naród, jak ma żyć, z kim i po co.

Czyż można więc dziwić się, że z jednej strony wielbiciele takich ludzi jak Jędraszewski czy Głódź najchętniej z szabelkami w ręce ruszyliby w obronie wiary przeciwko każdemu, kogo ci panowie wskazują im jako wroga? Czyż można się dziwić, że narasta coraz większy opór oraz niechęć tych, którym z takim Kościołem od dawna nie po drodze?

Jakże chętnie obie strony wychwytują z retoryki Kościoła to, co im pasuje. Nie szczędzą słów, byle by tylko jak najmocniej dowalić, zranić do bólu, dokopać na całego. Wierni, skupieni wokół tego Kościoła, który na kilometr śmierdzi zepsuciem i nie ma nic wspólnego z tym, co głosi papież Franciszek, coraz agresywniej atakują swoich przeciwników. A to walną różańcem w głowę, to krzyżem pomachają złowrogo przed nosem, chętnie oplują, obrzucą przekleństwami rodem z rynsztoka. Pojawili się jacyś Wojownicy Maryi, którzy z mieczami w ręce i za pełnym przyzwoleniem tej czarniejszej odmiany polskiego Kościoła, będą walczyć o Polskę chrześcijańską i polską rodzinę, oczywiście opartą na ich kryteriach. Toż to nic innego jak zgoda na krucjatę, stawiającą Polaka przeciwko Polakowi, mieszającą w głowach narodu, skłócającą, niszczącą jedność obywatelską.

Druga strona nie pozostaje dłużna, więc obrywa się wszystkim, jak leci. Katolik to katolik, wrzuca się ich do jednego worka i odbiera im się prawo do własnych przekonań i własnej wiary. Ciekawe to, bo ta strona żąda dla siebie tolerancji i zrozumienia, a sama aż przebiera nóżkami, by pokazać, że ta tolerancja i to zrozumienie należy się tylko jej, ale przeciwnikom już absolutnie nie. Gdzieś na Paradzie Równości ubaw po pachy, bo ktoś przyniósł transparent, na którym Madonny tańczące wokół waginy. Ktoś tam zbezcześci krzyż i ależ „frajda”.

Coraz mocniej, silniej, ostrzej. Coraz więcej zacietrzewienia, nienawiści. I po co to wszystko? Po co czerpać wzorce od tych, którym wydaje się, iż są ponad wszystko? Są jedynymi autorytetami, choć zamieniają nasze życie w szambo? A gdzie zwykły szacunek dla drugiego człowieka, jego przekonań, wiary, prawa do życia podług własnych zasad? Dokąd zmierzamy?

Może już czas wrzucić na luz. Krytykować za zło, ale nie potępiać w czambuł. Nie budować kolejnych murów i murków. Dajmy sobie prawo do własnego zdania, przekonań politycznych, religijnych. Niech każdy wierzy w to, co chce, byle tylko nie krzywdził innych ludzi i nie narzucał im siebie.

Trzeba wreszcie odsunąć się od tych, którzy naszą polskość znaczą dzisiaj nienawiścią, złością i agresją. Trzeba wreszcie pokazać tym politykom i prominentom kościelnym, że Polak to nie głupiec, swój rozum ma i wypisuje się z tej retoryki. Trzeba wreszcie piętnować za dzielenie nas jako narodu, a nie dostosowywać się i tańczyć tak, jak nam ci „pseudopasterze” zagrają. Trzeba wreszcie przestać traktować jak wroga każdego, kto myśli inaczej. Trzeba pozbyć się tych „głów”, bo za chwilę z całej ryby pozostaną już tylko cuchnące ości.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Więcej >>>

Furia Krystyny Pawłowicz i inne pisizmy

20 Czer

Gdy myślisz, że w kontekście posłanki Pawłowicz nic cię już nie zaskoczy, kontrowersyjna fighterka PiS powraca w wielkim stylu. W tle zamach wrogów Polski na Bogu ducha winne dziecko jednego z sędziów.

Scenariusz na nowy film Vegi

Patryk Vega ma już gotowy scenariusz na film o polskich politykach. Szkoda! Dlaczego? Bowiem Pawłowicz mogłaby być jego muzą. Jej nowy tweet jest popisem… no właśnie, piszący te słowa nawet nie wie, do końca czego:

Z „podanego dalej” przez posłankę tweeta dowiadujemy się, że ktoś odkręcił ponoć koło w samochodzie sędziego Dariusza Drajewicza. Samochodem transportowane było dziecko prawnika, więc w świecie Pawłowicz był to zamach właśnie na nie. Co więcej, Krystyna Pawłowicz, niczym genialny detektyw, błyskawicznie znalazła winnych całej sytuacji. Nie jest nowością, że odpowiedzialnością za całe zło tego świata posłanka obarcza opozycję i wolne media. Tak też było tym razem.

Nieodkryta artystka

Czasami zastanawiam się jednak, czy pani poseł przypadkiem wszystkich nas nie nabiera. Analizując bowiem jej wpisy w mediach społecznościowych, można pokusić się nawet o wyodrębnienie charakterystycznych cech „twórczości” ulubienicy Jarosława Kaczyńskiego.

Tak, tak, z tą „twórczością” to nie żart! Tweety Pawłowicz można bowiem zakwalifikować do liryki. Ze swoim awangardowym podejściem do interpunkcji (stawianie np. przecinku po kropce) posłanka mogłaby uchodzić za jednego z najbardziej odważnych twórców gatunku. Czy to inspiracja, a wręcz pociągniecie dalej stylu Józefa Czechowicza, twórcy nostalgicznego i katastroficznego?

Uwagę zwraca podejście do wielkości liter. Tu zapewne nasza domniemana poetka daje upust swoim emocjom, ale może także podkreśla znaczenie szczególnie bliskich jej wyrazów („SZCZUCIA”, „,MACIE KREW”). Niekiedy wielkość liter pokazuje samo znaczenie wyrazu (przymiotnik „maleńkie”). Czasami mamy zaś do czynienia z innowacyjnymi skrótami dot. np. nazw znienawidzonych mediów („gazWyb”).

Niekiedy owe cechy charakterystyczne są ze sobą zestawiane („RĘKACH,ZDRAJCY. ,”). Najprawdopodobniej nie przypadkowo ma to miejsce na samym końcu utworu. Tu bowiem następuje punkt kulminacyjny, swoiste katharsis, co podbija tylko zapewne celowe odrzucenie norm języka polskiego. Majstersztyk!

Pani Krystyno, już czekamy na kontynuację!

„W przypadku zwycięstwa Zjednoczonej Prawicy w jesiennych wyborach parlamentarnych jednym z zadań rządu w kolejnej kadencji będzie repolonizacja mediów” – zapowiedział wicepremier Jarosław Gowin na spotkaniu w Kartuzach. Przekonywał, że rząd PiS wcale a wcale „nie ma obsesji wobec kapitału zagranicznego w mediach”. – „Super! Będzie nareszcie jak za PRL! Już nikt nie zarzuci PiS, że jesteście tylko namiastką dawnych, dobrych czasów. Mam nadzieje, że bracia Karnowscy zaczną wydawać moją ukochaną Trybunę Ludu, która będzie rzetelnie informować suwerena o sukcesach Partii. Tak trzymać!” – gorzko skomentował jeden z internautów.

„No to już wiadomo, co zrobią po wygranych wyborach… Wszystkie media mają klaskać i chwalić PiS… Wzorce ze wschodu zaczerpnięte…”; – „Repolonizacja dla nich znaczy PISonizacja, media à la TVP i Telewizja Republika Bananowa”; – „Wszędzie będzie pracować Holecka i będzie podobny obiektywizm jak w Wiadomościach TVP…”; – „Ależ nazywajmy to po imieniu – chodzi o zamach na wolność mediów. Media mają być zależne, co zagwarantuje tej władzy trwanie” – komentowali inni internauci.

Swoje komentarze na Twitterze umieścili także dziennikarze. – „Repolonizacja mediów to jedno z przyszłych zadań rządu. Ale jestem pewien, że jako wolnościowiec pan premier poprze polonizację mediów, czyli podporządkowanie ich władzy, bez radości” – napisał  Bartosz Węglarczyk z onet.pl.

„Kilkanaście dni temu napisałem do nowego Press, że jeśli PiS wygra kolejne wybory, to media patrzące władzy na ręce skończą jak te na Węgrzech. I m. in. pod płaszczykiem repolonizacji tak właśnie może się stać” – to wpis Jacka Nizinkiewicza z „Rzeczpospolitej”.

Androny ancymonków

Politycy wypowiedzieli się nt. biznesu Tadeusz Rydzyka w Toruniu.

Nie talent, nie szerokie horyzonty, mądrość, uczciwość, pracowitość czy wartości decydują dziś o odniesieniu sukcesu w polityce, tylko umiejętność knucia.

Intrygowanie jest dziś cechą, która najbardziej popłaca i zamienia się w złoto.
Dlatego dziwią mnie te wszystkie pytania, zadawane coraz bardziej płaczliwym tonem: co z tą polityką? I politykami? Czemu tacy pazerni, bufonowaci, skupieni na sobie i niewidzący dalej niż czubek własnego nosa?

Dlaczego polska polityka jest w takiej złej formie? Dlaczego brakuje liderów, ludzi utalentowanych, z widoczną pasją i charyzmą, pracowitych i skutecznych? Bo ci, którym o coś chodzi, którzy ciężko pracują, są zajęci w terenie i nie mają czasu siedzieć w partyjnych biurach i intrygować. Za to ci, którzy na rzecz wyborców nie pracują wcale albo bardzo mało, za to skutecznie intrygują, wygrywają i biorą wszystko. Najbardziej biorące miejsca na listach, partyjne stanowiska i eksponowane miejsca, władzę i prestiż. No i jak niby potem mają wyglądać rządy tych zwycięzców? Najbieglejszych z biegłych w knuciu?

Ano właśnie tak: moralność i wartości tylko na pokaz. Wyborcy traktowani jako nieistotny element układanki i maszynki do głosowania, a po wyborach traktowani jak zera. Polityka jako zasłona dymna do zdobywania pieniędzy i władzy, która – oprócz bogacenia się – umożliwia też znęcanie się nad ludźmi i ich kontrolowanie. Malutkie, maciupeńkie ega w natarciu, zajęte nieustannym udowadnianiem całemu światu, że są coś warte, właśnie dlatego, że nic warte nie są.

Znam historię posła, dziś podziwianego przez całą liberalną Polskę, skutecznego i pracowitego, który przez lata miał problem z przebiciem się w swojej własnej partii. Dlaczego? Ano dlatego, że liderów jego partii bardziej niż to, że poseł robi kawał dobrej roboty interesowało to, że zyskuje coraz większą popularność i może zagrozić ich pozycji. Posła na wszelkie sposoby usiłowano więc „spacyfikować” – a to nie zapraszając go do zarządu partii, a to ograniczając jego obecność w mediach, a to rzucając mu dziesiątki małych, ale dolegliwych kłód pod nogi.

„Nikt cię tak nie zniszczy jak koledzy z własnej partii” – to credo wszystkich polityków, ze wszystkich opcji, złota uniwersalna zasada, której teoretyczną skuteczność z wypiekami na twarzy ogląda się w serialach typu „Gra o tron” czy „House of cards”, ale której działanie praktyczne jeży włos na głowie na naszym własnym podwórku i w odniesieniu do nas samych.

Odróżnianie ziarna od plew zawsze było jedną z najważniejszych ludzkich umiejętności, w zasadzie decydującą o jakości życia – tak prywatnego, jak publicznego. Społeczeństwo, które nabiera się na pozory, nie wnikając w istotę sprawy, rzeczywiste kompetencje i działania swoich przedstawicieli, ich intencje, jest skazane na porażkę i rządy chciwych, podłych głupców. Dlatego zanim kolejny raz zaczniemy narzekać na chciwych, głupich, płytkich polityków, zastanówmy się, kto na nich oddał głos.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Więcej >>>

 

Kościół i PiS w służbie miękkiej cenzury. Powrót do Ciemnogrodu

9 Czer

Na jednym z najlepszych uniwersytetów polskich w dużym ośrodku wielkomiejskim na kierunku biologia w ogóle studenci nie uczą się jednej z najważniejszych teorii, jakie powstały w historii nauki. Bo teoria ewolucji – próbują się bronić jej adwersarze – już dawno przestała być hipotezą roboczą, a nawet teorią i jak żadna inna idea nie zdobyła tylu poważnych argumentów i dowodów paleontologicznych.

Problem w tym, że dyskutujący z Kościołem nie znają się ani na biologii, ani filozofii, a tym bardziej – psychologii religii czy teologii, choćby własnego wyznania. Problem w tym, że spada poziom nauki i edukacji – w szkole nie usłyszysz o najnowszych ustaleniach neuroteologii, “hełmie Boga”, poważnych pracach z kosmologii, które nie tylko wykluczają “stwórcę”, czyniąc go zbędną hipotezą, ale wręcz logicznie argumentują, że kosmos stworzony nie byłby taki, jak jest i jaki poznajemy dzięki nauce, a nie dzięki religii.

Nie przeczę, że ważne są “społeczne” i socjalno-bytowe kwestie kościelne, krytyka zachować tych, którzy ośmielają się nazywać siebie “uczniami Jezusa”, zupełnie nie rozumiejąc nauk moralnych Chrystusa. Istotne są, a obecnie najbardziej palące problemy z pedofilią w Kościele i jego instytucjach, niemniej namawiam gorąco, aby rozpocząć z Kościołem dyskusję podobną do tych, jakie rozgrzewały pierwszych chrześcijan, dyskusje w “oświeconym wieku” dwieście lat temu, debaty w pozytywizmie, potem w kręgach szkoły lwowsko-warszawskiej. Oczywiście, bez wiedzy żadna rozsądna dyskusja nie może mieć miejsca. W 2006 roku ukazała się kolejna książka znanego adwersarza wszelkich religii, Dawkinsa, ale oprócz debaty kilku profesorów, nie zdołała wywołać szerszego społecznego odzewu. Pisał ten autor o “urojonym bogu”, ponieważ jego zdaniem, każda religia błędnie ukazuje pochodzenie kosmosu i człowieka, a nauka coraz bliższa jest prawdy.

Nie jest możliwe jednoczesne wierzenie, że “Bóg stworzył kosmos” i wyznawanie teorii ewolucji, nie można jednocześnie wierzyć w samoistną ewolucję kosmosu i w stworzenie człowieka od razu w dorosłej postaci. Nie jest też prawdą, że większość uczonych to ludzie “głęboko wierzący”.

Znany kosmolog Hawking, zmagając się ze straszną niepełnosprawnością, do końca bronił poglądu, że wszystko, co zdarzyło się w kosmosie, w naszej galaktyce oraz na Ziemi, można po pewnym czasie wyjaśnić naturalnie, w obrębie tego kosmosu, nie wykraczając poza niego na drodze analizy myślowej. Ale ludzie, których ateizm polega tylko na ostentacyjnym “niechodzeniu do kościoła” nie mają żadnej wiedzy merytorycznej, aby obalić dogmaty katolickie, których nie jest zbyt wiele. Kościół po prostu twierdzi, że gdzieś poza ludzkim horyzontem istnieje w jakimś sobie właściwym statusie ontologicznym inny, w domyśle – lepszy świat, a w nim Bóg (w trzech osobach), aniołowie oraz ludzie zbawieni. Innymi słowy każda religia sprowadza się do twierdzącej odpowiedzi na główne pytanie, jakie zadano kiedykolwiek – “co się ze świadomością ludzką dzieje po śmierci?”. I właściwie na tak zadane pytanie od razu daje gotowe, automatyczne odpowiedzi, powtarzane od stuleci w kółko. Tymczasem nie da się z pozycji ontologicznych, jakie obecnie zajmujemy natychmiast w jednym zdaniu odpowiedzieć na to pytanie, bo na tym polega problem “kota Schrodingera” – dopóki żyjemy tu, kot jest i żywy i martwy jednocześnie, dopiero gdy znajdziemy się tam, kot będzie żywy albo martwy.

Mechanika kwantowa wszelkie pytania egzystencjalne sprowadza do kwantów, porcji materii i energii oraz materialnej podstawy ludzkiej świadomości. Bo o świadomość ludzką od wieków toczy się batalia.

Inaczej jeszcze podchodząc do zagadnienia, należy konsekwentnie odmówić teologii prawa do nazywania się nauką w sensie twardym, a poznaniu religijnemu wyjątkowego statusu epistemologicznego. Dlatego drodzy Czytelnicy, zróbmy tak, jak zrobili świadkowie Jehowy: wykuli pismo święte na pamięć i na każde pytanie katolików mają gotową odpowiedź, wywodzącą się ze specyficznego i dosłownego stylu czytania Biblii. Aby pozycję Kościoła hierarchicznego w Polsce osłabić – co paradoksalnie przyniosłoby pożyteczne skutki w różnych sferach życia – należy wykuć teologię, oczytać się w historii, psychologii religii, religioznawstwie, socjologii i psychiatrii, poczytać jakieś kompendia popularyzujące teorię ewolucji, znać największe odkrycia i wynalazki naukowe.

Argumentacja “nie wierzę, bo nie chcę” jest bardzo prymitywnym postawieniem sprawy, choć podkreśla wolną wolę człowieka, lecz to nie wystarczy. Należy wszystkim chrześcijanom, zwłaszcza fundamentalistycznym odłamom post-protestanckim oraz rzymsko – katolickim wykazać, że to, co podają kościoły wiernym do wierzenia ma się tak do rzeczywistości, jak pięść do nosa. Inaczej nie rozbijemy urojonych struktur kościelnych, które mnożą się w tempie zastraszającym, osiągając wymiary pandemiczne.

Memetyka tłumaczy życie i rozprzestrzenianie się idei religijnych na wzór genów w populacji, a także na wzór przenoszenia się wirusów, w tym przypadku – umysłowych.

Coraz więcej ludzi zostaje ukąszonych przez żądło religijne. Należy wytłumaczyć, że nawet jeśli istnieje jakaś nieznana nam jeszcze forma transcendencji, to nie ma nic wspólnego z naszym światem, a póki żyjemy naszym obowiązkiem jest zachować, poprawić i przekazać ten świat – a nie “tamten” – następnym pokoleniom. Toczy się bój o nasze sumienia, wolność i dusze.

Nie dajmy się zarazić fałszywymi memami światopoglądowymi. Pod żadnym pozorem, choćby nie wiem, jaką cenę przyszłoby za to zapłacić. Wolność ludzka nie ma bowiem ceny.

Parada Równości w Warszawie – marsz nawołujący do tolerancji i szacunku dla wszystkich obywateli – nie podoba się Kai Godek. Działaczka pro-life postanowiła swoimi teoriami na temat środowisk LGBT podzielić się na Twitterze.

– „Z okazji Parady Równości kilka oczywistości, żebyśmy nie dali się zwariować: 
– homo to zboczenie
– homo to wstęp do pedofilii
– płcie są dwie: żeńska i męska , są to cechy biologiczne wrodzone i niezmienne
– w PL każdy może wziąć ślub z kimś płci przeciwnej – mamy równość” – można przeczytać we wpisie Godek.

Na szczęście internauci bardzo szybko zareagowali na homofobiczny wpis, krytykując działaczkę. – „Ma pani dowody na to, że homoseksualizm to wstęp do pedofilii?”; „Zboczeniem ze ścieżki rozumu są Pani teorie”, To przykre, że ktoś taki chciał iść do PE” – pisali internauci.

Rozmowa Danuty Holeckiej z Katarzyną Lubnauer (Nowoczesna.) w TVPiS zamieniła się w pokaz arogancji i tendencyjności ze strony prowadzącej.

Rozmowa w dużej mierze dotyczyła utworzenia przez PO i Nowoczesną. wspólnego klubu poselskiego. Holecka zarzuciła Lubnauer, że jej partia zostanie niedługo „wchłonięta” przez ugrupowanie Grzegorza Schetyny.

Lubnauer odpowiedziała, że N. jest w dobrej formie i przypomniała prowadzącej, że w jednym z ostatnich badań sondażowych miała ponad 4% poparcia. Chwilę później Lubnauer po raz pierwszy ostrzej zareagowała na zaczepki prowadzącej. Polityczka zaliczyła dziennikarkę do PiS i przyznała, że „jak widzę »Wiadomości« to nie mam żadnych wątpliwości, że to jest jedna grupa”.

W dalszej części rozmowy Lubnauer nabrała odwagi. „Zauważyłam, że u was mamy do czynienia z manipulacją w stylu Urbana i Goebbelsa” – wygarnęła TVP polityczka Nowoczesnej. Liderka liberałów przyznała również, że oglądając TVP, ma wrażenie, że żyje w „paranoi”.

Po kolejnych oskarżeniach wobec PO i Nowoczesnej.  sytuacja jeszcze bardziej się zaostrzyła. „Jesteśmy w Telewizji Publicznej, finansowanej z podatków oraz abonamentu. W związku z tym powinniście być obiektywni. (…) Nie jest pani wstyd, że pani kłamie?” – bez ogródek wypaliła Lubnauer. Holecka po tej wypowiedzi opanowała swoją tendencyjność i wycofała się z ostrych ataków na opozycję. „Już się boję, bo zaraz będzie, że kłamię, manipuluję i jestem Urbanem” – zażartowała pisowska „dziennikarka”.

Pomysły wyjścia z Koalicji Europejskiej i utworzenia oddzielnych bloków lewicy czy prawicy to recepta na triumf PiS-u.

Zdumiewające wystąpienia wielu liderów opozycji po wyborach europejskich wskazują, że z polską klasą polityczną naprawdę coś jest nie tak. Zachowuje się często w sposób skrajnie nieracjonalny, nie umie odczytać prawdziwego znaczenia faktów i wyciąga z nich niewłaściwe wnioski. Co bowiem mówi nam rezultat eurowyborów?

Koalicja zdała egzamin

Po pierwsze to, że partie opozycyjne, które zawiązały koalicję, dobrze na tym wyszły. Łączny wynik uzyskany przez alians był większy niż suma wyników cząstkowych ujawniana w sondażach. Po drugie, partie mniejsze – SLD, PSL – zostały dobrze potraktowane przez najsilniejszą w bloku Platformę Obywatelską, która dała im dobre miejsca na listach, dzięki czemu zdobyły więcej niż godziwą liczbę mandatów. SLD wręcz się obłowił, a PSL, które samodzielnie było bez szans, zachowało stan posiadania z poprzednich wyborów.

Jaki z tego wniosek powinien wyciągnąć racjonalnie rozumujący lider partyjny? Taki, że na koalicję należy chuchać i dmuchać. A jeśli jego partia do koalicji tej nie należy, to powinien dołożyć wszelkich starań, by do niej dołączyć.

Zwłaszcza, że z powodu ordynacji wyborczej jesienne wybory będą trudniejsze. Mandaty będą dzielone nie w skali kraju, lecz w małych okręgach wg ordynacji D’Hondta, premiującej najsilniejszych, co sprawia, że praktyczny próg pozwalający na wejście do Sejmu będzie tu wynosić nie 5 proc., jak teoretycznie zapisano w prawie, lecz jak szacują fachowcy – ok. 10 proc. Która z partii opozycyjnych może na tyle liczyć?

Jedyną szansą dla maluchów na dostanie się do Sejmu, a dla Polski na odsunięcie pisowskiej dyktatury jest stworzenie wielkiego bloku partii opozycyjnych.

Lewica i ludowcy zlepiają okruszki

Tymczasem komentatorzy oraz liderzy w rodzaju Adriana Zandberga snują wizje jakichś szczątkowych koalicji pozlepianych z okruchów – Partii Razem, Wiosny i SLD. Wprawdzie SLD zachowuje się racjonalnie i nie ma najmniejszego zamiaru popełnić politycznego seppuku, ale na chwilę załóżmy teoretycznie, że partia ta dałaby się nakłonić Zandbergowi do takiego nierozważnego kroku.

Ile głosów razem zdobyłaby taka lewicowa „potęga”? Najprawdopodobniej nie wystarczyłoby tego do zdobycia mandatu poza Warszawą i może jeszcze dwoma czy trzema metropoliami. Zwycięski PiS natomiast pożywiłby się zmarnowanymi głosami oddanymi na taką lewicę.

Równie absurdalnie zachowuje się PSL, gdzie podnoszą się głosy, by wyjść z koalicji. Tu sytuacja jest klarowniejsza, bo zwolennicy wyjścia wprawdzie mówią o samodzielnym starcie, ale w gruncie rzeczy chcą sojuszu z PiS-em. Marek Sawicki już odsłonił karty i w publicznym wywiadzie otwartym tekstem dopuścił alians z partią Kaczyńskiego.

Jednak większość ludowców nie ma chyba zamiaru wystąpić w roli przystawki „dobrej zmiany”. W takim wypadku powinni kurczowo się trzymać koalicji opozycyjnej, która jest dla nich jedyną szansą utrzymania się na powierzchni. Bez tego zatoną. Tymczasem co robią? Snują jakieś księżycowe wizje bloku konserwatywno-ludowego.

Ludowców najwyraźniej zmylił wynik, który ich kandydaci uzyskali w wyborach europejskich w ośrodkach miejskich. Ta tradycyjnie wiejska partia umocniła się w wielu miastach, nawet w największych. W Warszawie jej kandydat Władysław Bartoszewski dostał 35 tys. głosów i wyprzedził Michała Boniego z PO (26 tys.). Tyle tylko, że ten wynik ludowcy mogli uzyskać właśnie dlatego, że byli w Koalicji Europejskiej. Wielu wyborców głosowało na kandydatów PSL, wiedząc, że w ten sposób popierają blok zjednoczonej opozycji. Gdyby ludowcy startowali oddzielnie, dostaliby figę z makiem, a nie te głosy.

Koalicja nie szkodzi małym, lecz im pomaga

Liczni komentatorzy (zwłaszcza popierający młodą lewicę) opowiadają androny, jakoby wejście w sojusz partii o różnych profilach ideowych szkodziło tym ugrupowaniom. W myśl tych teorii prawicowy wyborca miałby nie głosować na koalicję, w której jest Zandberg, a lewicowy wyborca miałby się ze wstrętem odwrócić od bloku, w którym jest Kazimierz Ujazdowski.

I wyniki wyborów europejskich, i zdrowy rozsądek podpowiadają, że jest dokładnie odwrotnie: kandydaci mniejszych czy wręcz niszowych partii mogą liczyć na głosy wyborców tylko wówczas, gdy ich ugrupowania wystąpią w ramach większego bloku opozycyjnego. Dokładnie tak, jak miało to miejsce w przypadku kandydatów PSL w eurowyborach.

Wyborca o sympatiach lewicowych i antypisowskich, podchodząc do urny, będzie ważyć, co dla niego ważniejsze i pierwszoplanowe: ideowa lewicowość czy chęć praktycznego odsunięcia dyktatury PiS. W większości wypadków uzna, że to drugie i nie zagłosuje na Zandberga. Jeśli jednak Zandberg będzie kandydatem koalicji antypisowskiej – wówczas nie będzie mieć tego dylematu i bez wahań odda na niego głos.

Wielu liderów lewicy i ludowców zachowuje się tak, jakby nie rozumiało tej banalnej prawdy. Ciśnie się na usta cytat z Józefa Piłsudskiego: „Wam kury szczać prowadzić, a nie politykę robić”.

Tzw. rekonstrukcja rządu służy tylko jednemu – przykryciu jednej z najważniejszych dat w naszej współczesności 4 czerwca 1989 roku.

Kto dokonał rekonstrukcji rządu Mateusza Morawieckiego? Wszak autorstwa nie może sobie przypisać obecny premier. Pytanie należy do retorycznych, bo wiadomo wszem i wobec kto. Pytanie właściwe byłoby: po co zrekonstruowano ciało administracyjne, któremu premieruje Morawiecki?

To, że niektórzy ministrowie dostali się do Europarlamentu nie jest powodem do nazywania rekonstrukcją rządu, lecz wypełnieniem braków, plombą np. po Beacie Szydło, która jedzie po sukces 27:1. Mowa jest nawet o posadzie szefowej Parlamentu Europejskiego, bo i z takim pomysłem wyskoczył jakiś akolita geniusza z Żoliborza. Nie podejrzewam, aby w Brukseli Szydło, Joachim Brudziński bądź inna/inny zagrozili europejskim kabaretom. To w Polsce kabarety nie nadążają za awangardą pisowskiego surrealizmu.

Wesoło nam nie będzie, gdy nieznająca języka angielskiego Szydło i takiż poliglota Brudziński wyskoczą z jakimś wspólnym pomysłem politycznym z Marine…

View original post 1 323 słowa więcej

 

Demokracja ciemniaków PiS dla Ciemnogrodzian

8 Czer

>>>

Fragmenty.

Jednak wynik Beaty Szydło jest fenomenem. Zagłosowało na nią ponad pół miliona obywateli. Co nam to mówi?

Beata Szydło jest posłuszna i promowana przez mężczyznę. Jej kariera nie jest jej własną zasługą, a ona nie jest zagrożeniem dla kolegów z partii. Gdyby sama coś osiągnęła, przebojowo, zawdzięczając pozycję sobie samej, jak kiedyś Joanna Kluzik-Rostkowska, to byłaby niebezpieczna. A ona jest potulna i wyjmowana z szafy, a potem do niej chowana, kiedy Kaczyński zechce.

Szydło musiała wziąć na siebie największą kompromitację 27:1 i dymisję (kiedy mówiła o nagrodach dla posłów PiS, a potem została odwołana z funkcji premiera przyp. red.), czyli coś, co często robią polskie kobiety, na przykład w rodzinie, żeby mężczyzna mógł zachować twarz. To dowód współuzależnienia – czyli związku patologicznego. Kobieta świeci oczyma – wszystkim wydaje się, że są szczęśliwą rodziną, a za drzwiami dzieje się dramat. I to się może podobać, bo jest zrozumiałe i przeżywane przez inne ofiary: poniżona, zdeptana, a jednak wierna. Po prostu ideał polskiej męczennicy.

(…)

Z perspektywy czasu jak Pani ocenia, co poszło wtedy nie tak, że dziś kobiety wychodzą na czarne marsze?

To układ państwowo-kościelny. Wolność pozabierał nam Kościół, a potem ekonomia. Państwowe żłobki zaczęły być nieopłacalne,przedszkola stały się deficytowym towarem, po który stoi się w kolejkach nocą – i kobiety musiały zostać w domu. To pociągnęło za sobą inne konsekwencje. Problem z zatrudnieniem, niższe pensje i emerytury. Dziki kapitalizm plus mizoginistyczny do szpiku kości Kościół doskonale się razem dogadały.

Oczywiście nie tylko kobiety są ofiarami, również różne mniejszości. Ale paradoksalnie kobiety są większością i są podwójnie poszkodowane – przez Kościół i ekonomię. Są też realistkami. Mogą się tylko dostrajać do katolickiego mentalu i patriarchalnego syfu. Innej opcji przecież w Polsce nie ma. Chyba, że dla tych 5 proc. mogących sobie pozwolić, żeby umysłowo i materialnie mieć ten stan mentalny polskiego społeczeństwa w dupie.

Kiedy w latach 90. wprowadzono całkowity aborcji, nie wyszłyśmy na ulicę. Ludzie się wtedy cieszyli z wolności, dorabiali, tracili pracę, była inflacja – to było ważne, a nie prawa kobiet. Protestować, gdy i tak skrobanki robiło się nielegalnie? Jesteśmy przyzwyczajeni do hipokryzji i szarej strefy, czyli polskiego „radzenia sobie”, cwaniaczenia. Jeden okupant więcej, a że w mojej waginie? Damy radę. Polskie #metoo czyli walka o godność i nietykalność? Żarty, przecież prezydent obiecuje, że podpisze zakaz całkowitej aborcji gdy przegłosuje go Sejm.

Teraz jednak wyszły na ulice.

Wyszły, ale część szła tyłem. Bo były przeciw całkowitemu zakazowi aborcji, ale nie aborcji wogóle. Słowo „na żądanie” sugeruje, że kobiety sobie żądają czegoś, jakby to nie było ich prawem. Hipokryzją jest sprzeciwianie się zakazowi aborcji wobec płodów z gwałtu i równoczesna niezgoda na pełen dostęp do możliwości przerywania ciąży. To zawieszenie logiki, bo jaka jest różnica między płodem z gwałtu, a takim z normalnego stosunku. Żadna. Wychodząc na czarne marsze walczymy o to, żeby móc przerwać ciążę zagrażąjącą naszemu życiu, a więc żeby nas nie zabijano. A powinnyśmy walczyć o godne życie.

Zresztą mamy wszystko, tylko zakaz aborcji, to drobiazg, prawda? Przy pełnych półkach to nieważne, takie ginekologiczne. Decyzja o własnym ciele, urodzeniu dziecka jest prywatną sprawą zarządzaną przez państwo i prokuraturę. Przywykłyśmy. Siostry hipokrytki pomogą żyć zgodnie z sumieniem. Prezerwatywa zabije życie, pigułka je kamieniuje. Więc nie powinnyśmy się przed nim bronić antykoncepcją, tylko rodzić, rodzić jak królice w kraju poświęconym Jezusowi Królowi Polski.

Skoro jest tak źle, to jakim cudem dałyśmy się wmanewrować w taki system?

W Polsce oddychamy smogiem i katolicyzmem. Mizoginistyczni hierarchowie kościelni nienawidzą kobiet, tak opisuje to Frederic Martel, wnikliwy autor „Sodomy”, znający Watykan.

Paradoksem jest to, że właśnie kobiety tworzą Kościół. One stroją dzieci do Komunii. One zajmują się wychowaniem religijnym, a potem jako babcie dają na tacę ten wdowi grosz. To jest diabelstwo tego systemu, który gardzi kobietami i jednocześnie z nich żyje. Tak jak Kaczyński, niszcząc demokrację, wmawia łatwowiernym ludziom, że walczy z układem i komunizmem, aplikując im najgorszy jad i wywar z tego systemu.

A jednak wygrywa kolejne wybory z rzędu, wzmacniając zmotywowany elektorat. Z drugiej strony mamy natomiast dyskusje, czy należy głosować na mniejsze zło, czy zgodnie ze swoimi poglądami. Jest więc nierówna walka – wyznawcy PiS kontra wyborcy, którzy nie wierzą w partię, na którą mają głosować.

Potrzeba dyskusji i wątpliwości nie jest problemem inteligencji, ale jej efektem. Nie jest zasługą PiS, że ich wyborcy są zmotywowani. Uważam, że bezmyślność i głupota mają znacznie większą siłę przyciągania niż inteligencja, która zawsze będzie miała wątpliwości. Poza tym, to pierwszy system w wolnej Polsce, który wydaje pieniądze nie na naprawę państwa, ale na jego demontaż, demontaż demokracji. 500 plus nie jest programem ani prorodzinnym, ani prodemograficznym, co pokazują statystyki. Zmniejszyło nędzę dzieci z 17 proc. do 10 proc. to dużo, ale to nie cel, a efekt uboczny rozwalania demokracji przez rzucanie kasą.

Gdyby 500 zł nie szło do kieszeni bogatych, zlikwidowano by biedę wśród dzieci i byłyby pieniądze na niepełnosprawnych. Bzdurą jest twierdzenie PiS-u, że wyliczanie komu 500 się nie należy pochłonęłoby jeszcze więcej kasy. Przecież deklaracje podatkowe są darmo i na nich widać, że powyżej 112 tysięcy rocznego dochodu rodziców nie można skorzystać z odliczenia podatkowego na dziecko. Czemu by więc w ten sam sposób nie zlikwidować 500 plus, czyli 6 tysięcy rocznie dla bogatych? Na sprawiedliwość społeczną, rozumianą tak, że każdemu się należy, może pozwolić sobie Szwecja. My nie możemy sobie pozwolić na nędzę dzieci, bo jest nieludzka, a po drugie nieopłacalna. Powoduje później kosztowne dla państwa patologie. Ale to przyszłość, Kaczyński nie myśli o przyszłości tylko o władzy.

I wygląda na to, że to działa. Natomiast opozycji zarzuca się dziś brak programu, wewnętrzne rozbicie, brak jakichkolwiek propozycji dla wyborców.

Proszę sobie wyobrazić człowieka, który ma mercedesa, posiadłość ogrodzoną płotem, zatrudnia tam pół wsi, a drugiej wsi dużo obiecuje i jeszcze rozdaje pieniądze. Opozycja nie ma nic. Patrzy przez ten niewidzialny płot w sejmie i senacie na PiS wydający nieswoje pieniądze, łamiący prawo i szczycący się tym. Opozycji zawsze można powiedzieć, że są cieniasami, bo nic nie mogą.

(…)

Czym jest to straszne niebezpieczeństwo, które niesie ze sobą PiS?

Dziś mamy wybór: albo nie będzie demokracji, albo zrozumiemy, że jest projektem do doskonalenia. Społeczeństwo zinfantylizowane przez kościelne wzorce – Ojca świętego czy rydzykowego, co wie lepiej i się zatroszczy, społeczeństwo nie wyleczone z komuny, źle wykształcone i moralnie oportunistyczne, będzie wolało gotowy system, autorytarny. Czyli opresyjny, ale dla takich ludzi bezpieczny i zwalniający z odpowiedzialności.

Być może jesteśmy niedorozwojami demokracji, co jest normalne po komunie, ale ten osłabiony organizm społeczny został zaatakowany przez autorytarny wirus hodowany na wodzie święconej. PiS wykorzystał to, że demokracja nie jest systemem totalitarnym, tylko projektem wiecznego kryzysu. Musi taka być, żeby się móc zmieniać, zgodnie z prawem i pewnymi regułami. Tę zaletę zamieniono w wadę.

Przecież w PiSie, o czym mówi nazwa tej partii, prawa ani sprawiedliwości nie ma. Oni je łamią, żeby osiągnąć na wzór Kościoła swoje Królestwo Boże z Bogiem Prezesem Ojcem Narodu – Kaczyńskim. Lech Kaczyński jest bratem umiłowanym, męczennikiem, ofiarą zbrodni. To łatwo wchodzi w katolicki mental, nieskalany krytycyzmem. Krytycznego myślenia oducza szkoła, Kościół, propaganda PiS-owska i ideologia. Bo Gliński nie jest ministrem kultury, otwartej na oryginalność, tylko jednej opcji – czyli pisowskiej idelogii.

Tak łatwo zmanipulować Polaków?

Omamili łatwowiernych, niewykształconych ludzi. Chociaż zawsze się znajdzie ktoś z wyższym wykształceniem kto powie – A ja głosuję na PiS. Albo profesor Pawłowicz czy doktor habilitowany Zybertowicz od MaBeny czyli machiny narracyjnej, a tak naprawdę snopowiązałki kłamstw. Kościół w Polsce jest jak okupant. Niewoli kobiety, deprawuje dzieci, zabiera pieniądze, z funduszu kościelnego, które mogłyby finansować oświatę i służbę zdrowia. Ale życie wieczne jest ważniejsze od doczesnego i bez dealerów w koloratkach nie dostaniemy zbawienia.

PiS zachowuje się podobnie, też jak okupant, który wchodzi do kraju niszcząc elity i inteligencję. Afera Rywina zmiotła rząd. Teraz cotygodniowe afery rząd umacniają. Jedynka warszawska w wyborach do UE, Saryusz Wolski powiedział : „Tak, PiS był antyeuropejski, teraz jest proeuropejski, to sztuka kontrastu”. Nie ma już moralności, ani kłamstw, jest sztuka wielkiego kontrastu i sztukmistrze od socjotechnik. Im podziękował Kaczyński po ogłoszeniu wyników wyborów europejskich. „Socjologom”, macherom od kontrastów, kłamstw , a nie swoim manipulowanym wyborcom. Pieniądz pompowany w naród jest współczesnym opium dla ludu. Znieczula na moralność, obezwładnia myślenie i daje halucynacje praworządności.

Patryk Jaki musiał złożyć dwa oświadczenia majątkowe – jedno w Sejmie, drugie w resorcie sprawiedliwości, gdzie do niedawna był wiceministrem. Obydwa przedstawiają stan jego majątku na 31 grudnia 2018 r., więc – przynajmniej teoretycznie – nie powinny się różnić.

Tymczasem – jak ustaliła „Gazeta Wyborca” – oświadczenia majątkowe Jakiego zawierają rozbieżności. W oświadczeniu złożonym w marcu w Ministerstwie Sprawiedliwości podał, że ma 260 tys. zł oszczędności i żadnych środków w walutach obcych. Natomiast w złożonym miesiąc później w Sejmie oświadczeniu napisał, że oszczędności jest o 30 tys. zł mniej i pojawia się kwota 400 euro.

Na tym nie koniec rozbieżności. W dokumencie złożonym w ministerstwie pojawia się informacja o kredycie zaciągniętym w Banku ING o wartości 120 tys. zł. Oświadczenie sejmowe jest w tym miejscu zupełnie puste. Patryk Jaki nie wymienił w nim żadnego zobowiązania.

Zespół prasowy Ministerstwa Sprawiedliwości w przesłanym „GW” stanowisku uważa, że nie ma żadnego problemu. – „Ministrowi w ciągu miesiąca ubyło trochę środków. Nie ma jednak żadnego obowiązku tłumaczyć się, na co wydaje swoje pieniądze – szczególnie jeśli chodzi o jego rodzinę – bo podaje dane ze ‚wspólnoty majątkowej‚”. Według służb prasowych resortu pytanie dziennikarzy o brak 400 euro w jednym z oświadczeń „nie jest poważne”. Do sprawy kredytu nie odniesiono się w ogóle.

Dajemy bobrom spokój. Żadnych zmian w sprawie bobrów nie przewidujemy. Jeżeli były przerażone i coś rozumiały z tego, to mogą odetchnąć z ulgą” – powiedział w Polsat News nowy rzecznik rządu Piotr Mueller. – „Matko jaki ten nasz rząd kochany i dobry…” – sarkastycznie skomentował jeden z internautów.

A zupełnie niedawno o najnowszym pomyśle Jana Krzysztofa Ardanowskiego, dotyczącym bobrów. O sprawie w artykule „Bobry też PiS-owi „podpadły”? Minister rolnictwa chce uznania ich za zwierzęta… jadalne”.

Wydaje się jednak, że kwestia została zamknięta tylko tymczasowo, bo rzecznik rządu dodał, że Ardanowski „poruszył istotną kwestię dotyczącą strat, które powodują bobry”. – „Faktycznie jest ich dosyć dużo w stosunku do tego, co było kiedyś. Ale to nie jest teraz czas, aby ruszać ten temat” – stwierdził Mueller.

MOŻEMY ŚMIAŁO POWIEDZIEĆ, ŻE ROSÓŁ JEST DZIŚ DROŻSZY, NIŻ KIEDYŚ WYKWINTNE DANIA – MÓWIĄ POSŁOWIE PLATFORMY OBYWATELSKIEJ I APELUJĄ DO RZĄDU, ŻEBY ZAMIAST ZAJMOWAĆ SIĘ GŁUPOTAMI WZIĄŁ SIĘ DO ROBOTY. – JUŻ W UBIEGŁYM ROKU POSZYBOWAŁA W GÓRĘ CENA MASŁA, KTÓREGO KILOGRAM ZA CZASÓW RZĄDU PIS JEST DROŻSZY, NIŻ KILOGRAM OŚMIORNICZEK ZA CZASÓW PO – MÓWIŁA W SEJMIE POSŁANKA PO MARZENA OKŁA-DREWNOWICZ.

Pietruszka na wagę złota

Każdy, kto robi zakupy, musiał zauważyć, że ceny żywności poszybowały w górę. Niezbędna w kuchni pietruszka w niektórych sklepach kosztuje 20 zł za kg. Cebula i kapusta również zdrożały odpowiednio o 50 i 70 proc. – wyliczają eksperci.

– PiS chełpi się transferami socjalnymi. W ostatnim czasie przyznał seniorom trzynastą emeryturę, teraz szykuje się poszerzenie programu 500 Plus. Wydawałoby się, że jest bardzo dobrze, ale problem jest bardzo duży, bo z tych wszystkich „plusów” nic nie zostaje. Są konsumowane przez galopujące ceny energii, ceny na stacjach paliw również galopują. Jak ktoś gotował niedzielny rosół, to wie, ile zapłacił za pietruszkę, ponad 20 zł – mówiła w Sejmie Marzena Okła-Drewnowicz.

Zgodnie z wyliczeniami Głównego Urzędu Statystycznego w ciągu roku ceny żywności wzrosły o 5 proc., to sporo, ale w normie. Gorzej, że w ciągu miesiąca aż o 1,4 proc., a to już odczuwalna zmiana w portfelu każdego z nas. O połowę więcej trzeba zapłacić za chleb, prawie 100 proc. zdrożały ziemniaki.

– Możemy śmiało powiedzieć, że rosół jest dziś droższy, niż kiedyś wykwintne dania – dodaje Marzena Okła-Drewnowicz.

Szczaw i mirabelki

Powodów wzrostu cen, zdaniem opozycji, jest kilka. Po pierwsze, zmiany klimatyczne i ogromna susza, która powoduje straty. – Pytanie, czym zajmuje się min. Ardanowski. Dlaczego nie zajmuje się systemem rozwiązań, który ułatwiłby dofinansowanie produktów z Polski. Niedługo będziemy zmuszeni do jedzenia ryżu, szczawiu i mirabelek, pod warunkiem, że smog i zanieczyszczenie powietrza nie wykluczą też tego z naszych talerzy – mówi Joanna Augustynowska z PO.

Do cen żywności dochodzą ceny prądu i benzyny. Posłanki PO przypomniały, że opozycja od roku ostrzega, że podwyżki prądu i benzyny odbiją się na kieszeni konsumentów.

Kolejnym problemem jest brak rąk do pracy. Zaostrzone przepisy dotyczące zatrudniania obcokrajowców zmuszają pracodawców, aby wykazać, że 5 Polaków odmówiło pracy, aby móc zatrudnić pracownika np. zza wschodniej granicy.

– Bez reakcji na nawałnice, susze, bez szybkich wypłat odszkodowań, bez znalezienia rozwiązań prawnych dających możliwości zatrudnienia obcokrajowców na rynku rolniczym te ceny będą galopowały jeszcze szybciej i żadne transfery socjalne nie będą w stanie zrekompensować tak wielkiego wzrostu cen żywności – konkluduje Marzena Okła-Drewnowicz.

POSŁOWIE PLATFORMY OBYWATELSKIEJ ZŁOŻYLI ZAWIADOMIENIE DO PROKURATURY W SPRAWIE SZALEŃCZEJ JAZDY KOLUMNY RZĄDOWEJ Z PREMIEREM MORAWIECKIM. ROZPĘDZONE RZĄDOWE SAMOCHODY ZMUSZAŁY INNYCH UŻYTKOWNIKÓW DO ZJEŻDŻANIA Z DROGI, NA KTÓREJ NIE MA POBOCZA. – BEZ UZASADNIONEJ POTRZEBY PREMIER NARAŻAŁ ŻYCIE LUDZI. NIE WYCIĄGNĘLI WNIOSKÓW PO WYPADKU PANI PREMIER SZYDŁO W OŚWIĘCIMIU I PANA MINISTRA MACIEREWICZA NA DRODZE EKSPRESOWEJ I Z WIELU INNYCH WYPADKÓW, W KTÓRYCH UCZESTNICZYŁA SOP – TŁUMACZY ROBERT KROPIWNICKI Z PO

Do niebezpiecznego zdarzenia doszło w sobotę 4 maja na trasie Pułtusk-Warszawa na wysokości wsi Michałów-Reginów. Kolumna premiera składająca się z 3 samochodów z nadmierną prędkością, migając długimi światłami ,wyprzedzała pojazdy środkiem jezdni, zmuszając samochody jadące z przeciwka do ucieczki na pobocze.

Droga Pułtusk-Warszawa jest jednopasmowa, bez pobocza, częściowo osadzona na wale, po bokach jezdni albo jest las, albo mokradła.

– To był szok, jak zobaczyliśmy, jak porusza się kolumna, która wiezie premiera z jednego festynu wyborczego na drugi. W jaki sposób wykorzystuje SOP i cały jej sprzęt; pancerne samochody, które bez uzasadnionej potrzeby narażają życie i zdrowie wielu ludzi, spychając ich na pobocze, żeby premier zdążył na rozdawanie tortu czy kiełbasy wyborczej – komentuje Robert Kropiwnicki.

Kampania wyborcza premiera

Do wydarzenia doszło jeszcze w kampanii wyborczej. Premier Morawiecki tego dnia wyjątkowo aktywnie uczestniczył w festynach i spotkaniach z wyborcami, gdzie razem z Jarosławem Kaczyńskim rozdawał flagi i autografy.

– Wykorzystywane są mechanizmy państwa do kampanii wyborczej. Zachowanie premiera jest niedopuszczalne, SOP nadużywa swojej władzy. Gdyby premier był zagrożony, taka jazda jest dopuszczalna, ale nie w sytuacji, gdy premier śpieszy się na kampanię wyborczą – uważa Robert Kropiwnicki.

Czarna seria SOP

Posłowie Platformy Obywatelskiej złożyli zawiadomienie do prokuratury w sprawie szalonej jazdy kolumny rządowej, tym bardziej, że ostatnio dochodzi do incydentów z udziałem kierowców SOP

– Trwa czarna seria limuzyn rządowych. Co kilka tygodni jesteśmy świadkami kolejnego zdarzenia, ostatnio w tych zdarzeniach biorą udział osoby postronne. Mamy przypadek potrącenia rowerzystki z Warszawy, przypadek potrącenia dziecka na pasach przez kolumnę rządową – wylicza Jan Grabiec z PO.

– Ci ludzie nie mogą być bezkarni i igrać ludzkim życiem. Jeśli premier chce, żeby jego życie było zagrożone przez niekompetentnych i niezgodnie z przepisami jeżdżących kierowców, to jest to jego własny wybór, ale te pancerne samochody roztrącają zwykłych użytkowników drogi – dodaje Jan Grabiec.

Posłowie opozycji oczekują, że prokuratura podejmie czynności i sprawdzi, jakie kwalifikacje mieli kierowcy, którzy prowadzili pojazdy w kolumnie rządowej premiera, zabezpieczy zapisy z rejestratorów pojazdów, przesłucha świadków.

Co z pieniędzmi na remont drogi

Rząd PO-PSL 4 lata temu zabezpieczył środki na poszerzenie fragmentu drogi między Legionowem i Zegrzem, czyli tam, gdzie doszło do niebezpiecznej jazdy kolumny rządowej. To ostatni odcinek drogi Warszawa- Pułtusk, która nie została poszerzona.

– Premier Morawiecki nic z tym nie zrobił. To świadczy o niekompetencji tej ekipy rządowej. Nie możemy dopuścić, aby na ulicach naszych miast u nas było jak w Moskwie, gdzie oligarchowie na sygnale rozpychają się w ulicznych korkach albo spychają przechodniów z drogi na bok tylko dlatego, że są ludźmi władzy. W państwie prawa takiego zachowania być nie może – dodaje Jan Grabiec.

Kokietowanie elektoratu PiS-u to nie jest skuteczna droga do zwycięstwa.

Łapiemy oddech po wyborach do Europarlamentu, będąc jednocześnie zwarci i gotowi do kolejnych, tych najważniejszych dla nas, jesiennych. PiS, jak zwykle, już w pełnej gotowości, przygotowuje się na ostry desant. Opozycja, jak zwykle, wciąż w powijakach, zajęta dyskusjami, przepychankami i zastanawianiem się, z czym i kim ruszyć w Polskę.

Zajmę się teraz przez chwilę właśnie opozycją. Niesamowicie zastanawiają mnie głosy płynące ze strony polityków i niektórych liderów opozycyjnych. Julia Pitera błysnęła empatią i bąknęła coś o pokochaniu elektoratu PiS, podaniu mu ręki i niekrzywdzeniu go złymi słowami. Ktoś inny nawołuje, by nie mówić o nich, że to „pieprzona patologia dała się kupić”, bo przecież to biedni ludzie, pozostawieni przez lata sami sobie. Ludzie, którzy nikogo nie interesują od lat.

Nagle po prawie 4 latach rządów Zjednoczonej Prawicy opozycja dostrzegła wyborców PiS? Nagle zauważyła, że to są Polacy, tacy sami jak my i zaczęła rozumieć, dlaczego postawili na prezesa? Nie mnie odpowiedzieć na te pytania, ale wiem jedno – poziom agresji i hejtu, jego chamskie i prymitywne oblicze, jest nie do przyjęcia. Wiem, że jest wiele przyczyn, które spowodowały, iż PiS nami dzisiaj rządzi i wciąż słupki mu rosną. Tylko nie rozumiem jednego. Skąd to nagłe objawienie po prawie 4 latach władzy prezesa i jego kolesi? Czym jest to nawoływanie, by „pojechać do tych ludzi. Bez kamer. I ich zapytać jak się mają, co czują i czego się boją”?

Elektorat partii rządzącej sprawia wrażenie, jakby miał jakąś niepisaną umowę z PiS-em. Można to określić krótko: partia da to, czego lud chce, w zamian ten nie będzie się czepiał, nie będzie krytykował, zgodzi się na każde kłamstwo i manipulację, a gdy przyjdzie czas, wesprze Zjednoczoną Prawicę swoim głosem. Dla elektoratu PiS liczy się tylko to, co dzisiaj i tutaj, a jest fajnie. Sporo programów z Plusem w nazwie, wreszcie poczucie, że jest szacunek, wzajemne poważanie, troska rządzących, wsparcie. A po co zawracać sobie głowę czymkolwiek innym, przecież ważne tylko to, że dzień za dniem mija, żyje się lepiej niż kiedyś.

Wyborcy PiS-u nie reagują na kłamstwa premiera Morawieckiego i jego dziwne układy, które pozwoliły mu kupić ziemię za bezcen, a teraz warta ona majątek. Nie przeszkadza im, że szef rządu został kilkakrotnie przyłapany na kłamstwie. Bujał równo, twierdząc, że Polska nie musi przyjmować uchodźców, bo znalazło u nas swój dom 25 tys. Czeczenów, choć w rzeczywistości to ok. 4 tys., z czego połowa wciąż czeka na decyzję. Kłamał, mówiąc o pieniądzach dla osób z niepełnosprawnością, o rekordowym wzroście płac czy o 40 mld zł wyrwanych z rąk mafii vatowskiej, choć w rzeczywistości to 8 – 17 mld zł. Tych kłamstw jest o wiele więcej, jednak wyborcy PiS się tym nie przejmują.

Zwraca się im uwagę, że dali się zrobić w konia i uwierzyli w przekręty w ministerstwach za rządów PO/PSL. Na 50 wniosków do pisowskiej prokuratury po słynnym audycie, tylko dwie sprawy skierowano do sądu i dotyczą one urzędników niższego szczebla. I co na to słyszymy? Prokuratura prokuraturą, ale ważne, co sądy powiedzą. Udają, czy rzeczywiście nie wiedzą, że sądy niczego nie zrobią, jak nie ma wniosku prokuratorskiego?

Pedofilia w Kościele wyborców PiS zdaje się nie obchodzić, bo jak powiedział prezes Kaczyński – kto podnosi rękę na Kościół, to tak jakby podnosił ją na Polskę. Nepotyzm i korupcja też ich nie obchodzi, bo PiS-owi się należy i tyle. Bo była ona znacznie większa za PO. To PO jest wrogiem. To PO sprzedało Polskę Niemcom, nie doceniło patriotów… itd. itp.

Moim zdaniem, od 1991 roku nie zrobiono nic, by wyedukować społeczeństwo. Lekcje WOS-u to była jedna wielka fikcja. Ot, taki dodatkowy przedmiot, o którym uczniowie przypominali sobie, gdy walczyli o lepsze oceny na świadectwie. Bardzo łatwo było dostać ocenę celującą za referacik jakiś czy prezentację i tyle. Nie opracowano żadnych programów, które budowałyby tożsamość obywatelską, ukształtowałyby postawę demokratyczną z pełną znajomością jej zasad i umiejętnością wdrażania w życie. Nie ma się więc co dziwić, że tak wielu Polaków nie ma zielonego pojęcia, na co stawia, popierając PiS i jakie będą tego konsekwencje dla Polski.

Jeśli dodamy do tego liczne błędy, jakie popełniały wszystkie właściwie rządy po 1991 roku. Jeśli dodamy do tego genialną wręcz pracę PiS, które umiejętnie przeanalizowało nastroje społeczne, poziom wiedzy obywatelskiej Polaków, wpadki poprzedników i na tej bazie zbudowali idealną wręcz machinę dla swojego populizmu, to musi zastanawiać, skąd ta wiara opozycji, że właśnie teraz, na niecałe 5 miesięcy przed wyborami, będzie w stanie wyprostować te wszystkie zaniedbania i przekonać elektorat PiS-u, by zmienił swoje preferencje wyborcze?

Pewnie uznacie mnie za malkontentkę, ale uważam, że trzeba wreszcie pogodzić się z faktem, że jako społeczeństwo jesteśmy podzieleni tak silnie, że nie ma szans, by udało się zakopać topór wojenny. Granice wzajemnej niechęci, wręcz wrogości zostały już dawno przekroczone i tak naprawdę tylko praca u podstaw, żmudna i konsekwentna jest w stanie nas zmienić. Taką politykę budowy społeczeństwa trzeba zacząć od szkoły podstawowej, z WOS-em jako przedmiotem wiodącym i rzeczywiście kształtującym obywatela XXI wieku. A na to trzeba lat, mądrości władz, konsekwencji i wytrwałości, odejścia od patologii, która tak podgryza demokrację, wiarygodności i prawdy, w którą każdy będzie mógł uwierzyć. Do tego potrzeba władzy, która będzie blisko społeczeństwa i nie będzie kluła go w oczy swoimi wpadkami czy arogancją.

Dzisiaj natomiast, przed wyborami jesiennymi, możemy liczyć jedynie na tych, którzy nie chodzą na wybory, których polityka wciąż nie interesuje, których może uda się przekonać, że PiS to powrót do najczarniejszych kart PRL-u, a rozdawnictwo socjalne to tylko narzędzie do budowy państwa autorytarnego. Możemy liczyć na tych, którzy dzisiaj wspierają PiS na zasadzie tylko anty-PO i może uwierzą, że nie zostaną powtórzone poprzednie błędy.

Niech więc opozycja nie buduje iluzji i zrozumie, że twardy elektorat PiS-u pozostanie twardym, pełnym nienawiści i agresji. Tym bardziej, że te słowa, pełne zrozumienia i wyrozumiałości, nie trafiają do niego. Oni przecież nic złego nie robią. Oni nie sięgają dna nawet, gdy piszą do swoich przeciwników: „Z takim ryjem i poglądami, lewacka macioro, to ty karierę zrobisz na Kremlu. Nie, żeby ktoś cię chciał tam dymać. Ale żołnierze po wartowniczej służbie mieliby gdzie się odlać” czy też „Ty kodziarska kurwo, chcesz księdza topić?! Jak niegdyś twoi kumple ks. Popiełuszkę?! Mam nadzieję, że pójdziesz za to do pierdla pokrako, a już na pewno stracisz pracę” (to tylko łagodniejsze wypowiedzi). Nikt i nic nie przekona go, by zmienił front.

Czas więc brać się ostro do roboty, walczyć o głosy, przekonać wyborców do dobrego programu, a nie wymyślać jakieś cuda i liczyć, że kokietowanie zwolenników PiS jest szansą na wygranie wyborów.

Tzw. rekonstrukcja rządu służy tylko jednemu – przykryciu jednej z najważniejszych dat w naszej współczesności 4 czerwca 1989 roku.

Kto dokonał rekonstrukcji rządu Mateusza Morawieckiego? Wszak autorstwa nie może sobie przypisać obecny premier. Pytanie należy do retorycznych, bo wiadomo wszem i wobec kto. Pytanie właściwe byłoby: po co zrekonstruowano ciało administracyjne, któremu premieruje Morawiecki?

To, że niektórzy ministrowie dostali się do Europarlamentu nie jest powodem do nazywania rekonstrukcją rządu, lecz wypełnieniem braków, plombą np. po Beacie Szydło, która jedzie po sukces 27:1. Mowa jest nawet o posadzie szefowej Parlamentu Europejskiego, bo i z takim pomysłem wyskoczył jakiś akolita geniusza z Żoliborza. Nie podejrzewam, aby w Brukseli Szydło, Joachim Brudziński bądź inna/inny zagrozili europejskim kabaretom. To w Polsce kabarety nie nadążają za awangardą pisowskiego surrealizmu.

Wesoło nam nie będzie, gdy nieznająca języka angielskiego Szydło i takiż poliglota Brudziński wyskoczą z jakimś wspólnym pomysłem politycznym z Marine…

View original post 1 323 słowa więcej

 

Kaczyński pali głupa

7 Czer

Jeśli ktoś myślał, że można nałożyć opłaty emisyjne, recyklingowe, mocowe, przejściowe, wodne, handlowe +wiele innych oraz wpuścić na rynek strumień ponad 30 mld zł niepochodzących ze wzrostu produktywności i wydajności pracy, i nie spowoduje to inflacji, to się mylił #500minus

Wzrastające ceny odbijają się na portfelach Polaków, średnio wydatki na żywność stanowią już ponad ¼ budżetu polskich rodzin. #DrożyznaPlus

Roman Giertych odniósł się do opublikowanego niedawno oświadczenia majątkowego posła PiS Jarosława Kaczyńskiego. – „Przeczytałem ze zdumieniem w tym oświadczeniu, że pełnomocnictwo zostało panu prezesowi Kaczyńskiemu wycofane i że on nie podejmował żadnych uchwał w imieniu właściciela spółki Srebrna na zgromadzeniu” – powiedział Giertych w TVN 24. W oświadczeniu Kaczyński napisał bowiem: – „Posiadałem jednorazowo pełnomocnictwo do reprezentowania Fundacji „Instytut Lecha Kaczyńskiego” oraz pozostałych wspólników na nadzwyczajnym zgromadzeniu wspólników Srebrna Sp. z o.o. oraz wykonywania prawa głosu z wszystkich przysługujących wspólnikom udziałów w kapitale zakładowym Spółki. Posiedzenie to nie odbyło się, pełnomocnictwo zostało odwołane”.

„Ja dysponuję oryginałem tej uchwały z podpisem pana prezesa, więc albo pełnomocnictwo, jak mówi, wygasło i podpisał bez pełnomocnictwa, albo w sądzie znajdują się dokumenty, które nie odpowiadają prawdzie. Myślę, że prokuratura powinna tę kwestię natychmiast wyjaśnić” – stwierdził Giertych.

Według adwokata, „w oświadczeniu jest informacja, że pełnomocnictwo do reprezentowania właściciela spółki Srebrna wygasło i że nie było na tej podstawie podejmowanych żadnych uchwał”. – „W dokumentach prokuratury i w moich dokumentach w kancelarii znajduje się uchwała podpisana przez pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, to jest jego podpis” – dodał prawnik.

Giertych, który jest pełnomocnikiem Geralda Birgfellnera, który zarzuca Kaczyńskiemu oszustwo, został zapytany, dlaczego biznesmen po raz kolejny będzie przesłuchany przez prokuraturę, tym razem w Austrii. – „To jest zabieg prokuratury, by nie wydać żadnego postanowienia. Gdyby prokuratura wydała postanowienie o wszczęciu śledztwa, konsekwencje są wiadome. Gdyby wydała postanowienie o odmowie wszczęcia śledztwa, my byśmy zażalili to do sądu i sąd by to uchylił. Próbują na wszelki sposób przedłużać postępowanie” – stwierdził Giertych.

Sposób, w jaki premier Morawiecki potraktował prezydent Gdańska, Aleksandrę Dulkiewicz, wciąż wywołuje duże emocje. Widok, gdy premier Polskiego Państwa odgradza się ochroniarzami i nie reaguje na słowa powitania gospodyni miasta, w którym gości, rzeczywiście szokuje.

Obojętnym wobec tej sytuacji nie pozostał również Wojciech Mann. Prowadząc swoją audycję „W tonacji Trójki” dodał do zapowiadanej piosenki pt. Neandertalczyk, swój komentarz – „przed nami piosenka, której tytuł – obawiam się – może się państwu skojarzyć z naszym premierem”.

Wojciech Mann wyjaśniał, że układając listę utworów nie kierował się jakimiś politycznymi pobudkami, a dedykowanie Neandertalczyka premierowi wynikało tylko z jego oceny sytuacji w Gdańsku. Te słowa nie uspokoiły szefostwa i reakcja była błyskawiczna.

Zarząd Polskiego Radia S.A. już skierował tę sprawę do Komisji Etyki Polskiego Radia, która oceni, czy przypadkiem znany dziennikarz nie naruszył standardów etycznych, obowiązujących w pisowskim radiu.

Ech, ta nasza, dzisiejsza, polska rzeczywistość. Kto podnosi rękę na przedstawicieli władzy, ten podnosi ją na Polskę, tak więc Wojciech Mann na pewno zapłaci wysoką karę za tę „zbrodnię”. Jestem o tym przekonana.

Prokuratura nie przyznała Leszkowi Czarneckiemu statusu osoby pokrzywdzonej. 57-latek nie ma przez to wglądu do akt sprawy. To dość zaskakujące, gdyż na skutek afery banki Czarneckiego straciły aż 2,5 miliarda złotych.

Według prokuratury oferta złożona Czarneckiemu nie naruszyła jego dobra prawnego ani nie spowodowała dla niego żadnej szkody.

Na skutek działań prokuratury, Czarnecki ani Roman Giertych, jego adwokat, nie mają wglądu w akta sprawy, ani nie mogą uczestniczyć w niej w żaden inny sposób. Bankier nie może nawet dowiedzieć się, jakie rezultaty przyniosło przebadanie Marka Chrzanowskiego wariografem. Badanie miało wykazać, czy rzeczywiście z ust szefa KNF padła korupcyjna oferta.

Czarnecki ujawnił aferę na jesieni ubiegłego roku. Dzięki temu Marek Chrzanowski przestał być szefem KNF, a obecnie toczy się postępowanie w jego sprawie.

W ciągu ostatnich 4 lat przekształciliście niedoskonałą ale w sumie funkcjonującą demokrację konstytucyjną w Polsce w system, w którym cała władza skupiona jest w jednych rękach (..)” – tak jednym zdaniem podsumował czas „dobrej zmiany” prof. Wojciech Sadurski, reagując na opublikowany 31 maja list Jarosława Kaczyńskiego do sympatyków i zwolenników partii rządzącej.

W odpowiedzi na zawarty w nim apel prezesa o poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości w jesiennych wyborach do polskiego parlamentu prawnik, filozof i politolog napisał wprost: „zbliżające się wybory traktuję (…) jako plebiscyt nad odmiennymi wizjami ustroju państwa: autorytarną i demokratyczną. W tym plebiscycie jestem jednoznacznie, kategorycznie i bez najmniejszych wahań przeciwko wizji, promowanej przez Pana. W tej sytuacji, nie będę skłonny przychylić się do prośby, wyrażonej w Pańskim liście.”

Następnie, uzasadniając swoje stanowisko wypunktował „dorobek” polityczny rządzących, na pierwszym miejscu stawiając rujnację trójpodziału władzy w tym całkowity paraliż Trybunału Konstytucyjnego i objęcie kontrolą całego aparatu sprawiedliwości.

Zarzucił też PiSowcom zniesienie neutralności i profesjonalności służby cywilnej i obsadzenie wszystkich kierowniczych stanowisk swoimi zwolennikami. Wytknął negatywne zmiany systemu instytucji wyborczych i przekształcenie systemu ustawodawczego w parodię. Krytycznie ocenił ponadto marginalizację i demonizowanie opozycji parlamentarnej oraz usiłowanie objęcia kontrolą polityczną instytucji kultury. Do tego prawnik wskazał jeszcze na godny potępienie flirt z siłami nacjonalistycznymi oraz przekształcenie telewizji i radia publicznego w media rządowe, uprawiające propagandę, opartą na metodach goebbelsowskich.
Ukoronowaniem tych „sukcesów” w interpretacji prof. Sadurskiego jest ośmieszenie i zmarginalizowanie Polski na arenie międzynarodowej, a zwłaszcza w Unii Europejskiej.

To jednak tylko jedna strona medalu. Druga, która skłania pana Profesora do nieoddania głosu na Prawo i Sprawiedliwość to uzasadnione obawy o to, co będzie po ewentualnie wygranych przez PiS wyborach.  W swoich obawach prof. Sadurski pisze do Kaczyńskiego otwarcie:

Przekonania te uzasadnione są zarówno wypowiedziami niektórych Pańskich współpracowników lub sprzymierzeńców (Krystyna Pawłowicz, Ryszard Czarnecki) jak i faktem, że w swych działaniach opiera się Pan na modelu węgierskim, a znajomość obecnej sytuacji na Węgrzech pozwala mi na wyciągnięcie odpowiednich wniosków co do Pańskich przyszłych planowanych działań”.

Profesor pisze o możliwej „repolonizacji” mediów, obsadzeniu „swoim człowiekiem” stanowiska RPO, ograniczeniu kompetencji samorządów lokalnych, „dokończeniu” PiSowskiej reformy sądownictwa objęciu kontrolą organizacji pozarządowych.
Przewiduje też dalszą marginalizację mniejszości parlamentarnej
i jeszcze większą marginalizację Polski w Unii, czyli faktyczny, jeśli nie formalny, Polexit.

Jeśli nawet część tych przewidywanych działań stanie się faktem, oznaczać to będzie finalne przekształcenie Polski w autokrację, niezgodnie z ustrojem przewidzianym w Konstytucji RP. Będzie to niewypowiedziana tragedia” – napisał w liści do Kaczyńskiego Wojciech Sadurski profesor nauk prawnych, profesor Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego we Florencji, profesor Uniwersytetu w Sydney, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego.

Pan premier wybrał skład gabinetu, ale wyłącznie spośród kandydatów wskazanych osobiście przez pana prezesa.

No i nareszcie mamy zapowiadany już od dawna nowy rząd. Przy nominacjach obyło się bez niespodzianek. Wszystkie resorty opuszczone przez ministrów delegowanych na misję do Brukseli zostały oddane w ręce sprawdzonych  fachowców. Niby standard, ale jednak już wiadomo, że przejdzie on do historii jako Rząd Czwartego Czerwca.

Owszem, opozycja jak zwykle kręci nosem, kwestionując przygotowanie kandydatów. Że niby bez kwalifikacji, a o ich awansach do Rady Ministrów zdecydowały wyłącznie kryteria polityczne. I – w sumie – zgoda. No, ale skąd  brać fachowców? Prawdziwy ekspert z legitymacją partyjną  to zjawisko bardzo rzadko występujące w naturze. A w partii aktualnie rządzącej nieobecne z definicji.

Poza tym obsadzanie strategicznych stanowisk z klucza partyjnego to stara polska tradycja. Weźmy Ministerstwo Obrony. Obrona – wiadomo – ważna sprawa, ale nie na tyle ważna przecież, żeby mieli się tym zajmować ludzie mający choćby blade pojęcie o wojskowości. W najnowszych dziejach Rzeczypospolitej MON szefowali więc socjolog, prawnik, dwaj historycy, politolog, medioznawca po handlu zagranicznym, a nawet… lekarz psychiatra.

Jak wyjaśnił to szczerze nowy wicepremier Sasin w programie redaktora Piaseckiego – tak naprawdę minister musi umieć i robić tylko jedno. Ma reprezentować w resorcie „linię” swojej partii i nadzorować, żeby nikt nie zaczął się przypadkiem czołgać wężykiem. W praktyce oznacza to staranną lekturę wszystkich przychodzących z centrali SMS-ów. Od wszystkiego innego minister ma przeróżnych asystentów, ekspertów, doradców i komu tam jeszcze rząd płaci za wyręczanie w pracy pań i panów nominowanych do Rady Ministrów.

Wicepremier Sasin, więc potwierdził – niejako – że w rocznicę wyborów do Sejmu Kontraktowego powołany został Rząd Kontraktowy. W tym wypadku „kontrakt” polegał na tym, że owszem, pan premier wybrał skład gabinetu, ale wyłącznie spośród kandydatów wskazanych osobiście przez pana prezesa. Ale nie ma co się sugerować „niefortunną datą”, bo wszystkie rządy PiS były przecież „kontraktowe” – to po pierwsze. A po drugie – pora już była najwyższa, żeby zrobić porządki w kalendarzu i wygumkować zeń wydarzenia wypaczające bieg naszej narodowej historii.

vald2

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Tzw. rekonstrukcja rządu służy tylko jednemu – przykryciu jednej z najważniejszych dat w naszej współczesności 4 czerwca 1989 roku.

Kto dokonał rekonstrukcji rządu Mateusza Morawieckiego? Wszak autorstwa nie może sobie przypisać obecny premier. Pytanie należy do retorycznych, bo wiadomo wszem i wobec kto. Pytanie właściwe byłoby: po co zrekonstruowano ciało administracyjne, któremu premieruje Morawiecki?

To, że niektórzy ministrowie dostali się do Europarlamentu nie jest powodem do nazywania rekonstrukcją rządu, lecz wypełnieniem braków, plombą np. po Beacie Szydło, która jedzie po sukces 27:1. Mowa jest nawet o posadzie szefowej Parlamentu Europejskiego, bo i z takim pomysłem wyskoczył jakiś akolita geniusza z Żoliborza. Nie podejrzewam, aby w Brukseli Szydło, Joachim Brudziński bądź inna/inny zagrozili europejskim kabaretom. To w Polsce kabarety nie nadążają za awangardą pisowskiego surrealizmu.

Wesoło nam nie będzie, gdy nieznająca języka angielskiego Szydło i takiż poliglota Brudziński wyskoczą z jakimś wspólnym pomysłem politycznym z Marine…

View original post 1 323 słowa więcej

 

PiS nie wprowadziłby Polski do Unii Europejskiej, a w drugiej kadencji rządów PiS – jeżeli taka by się zdarzyła – zostaniemy z niej wykopani

2 Maj

Europoseł Jacek Saryusz-Wolski (dawniej PO, obecnie pupilek prezesa) przyznał niedawno, że to bracia Kaczyńscy wprowadzili Polskę do Unii Europejskiej. Teraz twierdzi, że jego słowa zostały zmanipulowane przez „Rzeczpospolitą”.

(…) również bracia Kaczyńscy, jako architekci naszej drogi do niepodległości, wprowadzali Polskę do UE, będąc aktywnymi uczestnikami tego długiego procesu, od NSZZ Solidarność poczynając. Już w 1991 roku ówczesne PC (Porozumienie Centrum) poprzednie wcielenie dzisiejszego PiS, jako pierwsza partia deklarowało wejście Polski do struktur NATO i EWG, jako priorytet w swoich postulatach politycznych, w przeciwieństwie do wielu polityków dzisiejszej Koalicji Europejskiej, optujących wówczas za zakonserwowaniem starego porządku geopolitycznego w postaci NATO-bis i EWG-bis” – mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Saryusz-Wolski.

Teraz europoseł twierdzi, że jego słowa zostały zmanipulowane. W rzeczywistości – jak twierdzi Saryusz-Wolski – treść niektórych pytań została zmieniona.

Było 12 pisemnych pytań i odpowiedzi. Zamiast: 1/3 wywiadu, dot.4 oryg pytań > teraz 7 pytań 1,2,4,5 zmienione, 6,7 dodane, co zmienia sens wypowiedzi” – dowodził na Twitterze polityk. „Tytuł też zmanipulowany. Kolejne ich tweety brną jeszcze bardziej w manipulację tytułem. Chodzi o spowodowanie hejtu? To już nie jest dziennikarstwo” – polityk miał nawet pretensje do autora tytułu, pod jakim ukazał się wywiad.

Na wpisy Saryusza-Wolskiego szybko zareagował dziennikarz „Rzeczpospolitej” Jacek Nizinkiewicz. „Panie Pośle, z przykrością muszę przyznać, że po raz kolejny oszczędnie gospodaruje Pan prawdą. Proszę wziąć odpowiedzialność za własne słowa, a nie obarczać za nie innych odpowiedzialnością” – napisał redaktor.

Także użytkownicy Twittera nie zostawili na Saryuszu-Wolskim suchej nitki. „Bardzo ostrożnie formułuje Pan swoje oceny. Nie lepiej jest napisać wprost? Wolski to taki Gryglas, tyle tylko, że razy dziesięć większy i oślizły” – odpisał Nizinkiewiczowi jeden z internautów.

Proszę następnym razem oszczędzić nam tej żenady i nie sądzić, że ktoś chciałby o przemyśleniach, takich czy owych, Wolskiego czytać. Do TVPis niech Wolski idzie. Tam jego odbiorcy” – napisała inna użytkowniczka serwisu.

Jakim trzeba być człowiekiem, by zostać w rządzie pisowskim „ministrem kultury”? Znany muzyk Zbigniew Hołdys uważa, że po prostu chamem.

Śmierć wybitnego Polaka, Profesora Karola Modzelewskiego, historyka mediewisty, dysydenta, więźnia politycznego, jednego z liderów opozycji demokratycznej w okresie PRL, twórcy nazwy „Solidarność”, wstrząsnęła opinią publiczną. Nie całą oczywiście. Działacze PiSu postanowili tej śmierci nie zauważyć. Odezwał się tylko jeden, co mieni się ministrem od kultury, Piotr Gliński, który napisał na Twitterze:

„Komunista, rewizjonista, opozycjonista, więzień PRL-u (łącznie 8 lat!), „Solidarnościowiec”, mój starszy kolega z PAN, adwersarz polityczny”.

Internauci zareagowali błyskawicznie. Wśród nich Zbigniew Hołdys:

„Minister Chamstwa Gliński miał 8 lat, gdy Karol Modzelewski został skazany na 3,5 roku więzienia za walkę z komunizmem. W 1968 minister chamstwa kończył podstawówkę, gdy Modzelewski dostał kolejne 4 lata za udział w Marcu 1968. I dziś minister chamstwa mówi o KM komunista”.

Wpis Glińskiego ocenił również dziennikarz magazynu „Liberté” Aleksander Twardowski: „Trudno mi sobie wyobrazić większe prostactwo – zacząć to epitafium od „KOMUNISTA”. Jesteś, Gliński, idealnym reprezentantem tej podłej i szkodliwej władzy. Następcy powinni zadbać, aby w podręcznikach do historii pisać o was tylko źle i z należytą pogardą, dranie”.

„Nic dodać, nic ująć”?  …dodać jak najbardziej!

Mimo braku czołgów na ulicach prowadzone są przeciwko Polsce regularne działania wojenne

PiS posłał nas, Polaków, na wojnę. Krwawą, brutalną i bezwzględną. Część z nas tego nie widzi, bo „nie ma czołgów na ulicach” – nie jest w stanie ujrzeć zagrożenia, nie mając przed oczami jego najbardziej wyrazistych symboli. Żeby uśpić ich czujność, wystarczy po prostu je schować, nie wykładać kawy na ławę, zabierać wszystko co kochają kawałek po kawałku, nie nazywając tego zabieraniem i szepcąc uspokajające słowa.

Jest też część Polaków, która wojnę widzi, ale ma ją gdzieś, bo ich drużyna wygrywa, bo ich będzie na wierzchu. Nie pojmują, że właśnie ustanawiane są uniwersalne, bezwzględne i okrutne zasady walki, które ich także będą dotyczyć, których i oni padną ofiarami, bo przecież żadne zwycięstwo nie trwa wiecznie i to także przeminie.

Kolejna część ludzi sądzi, że „ich to nie dotyczy”, „to nie ich wojna”. Patrzą na politykę jak na grę komputerową, bez zrozumienia, że coś nie musi nas bezpośrednio dotyczyć, żeby nas dotknąć i na zawsze zmienić nasze życie.
Że jeśli nasz dom nie runie, ale runą wszystkie domy dookoła, to i tak nasz świat zmieni się bezpowrotnie, bynajmniej nie na lepsze.

I tak, od zwycięstwa wyborczego PiS, toczy się ta nigdy oficjalnie nie wypowiedziana bratobójcza walka, rzeź, o której mówi się, że jej nie ma, choć straty i ofiary widzimy codziennie.

Nienawidzimy się. Gardzimy sobą. Krzyczymy na siebie. Boimy się siebie. Rywalizujemy. Udowadniamy swoje racje. Zadajemy sobie głębokie i bolesne ciosy siekierą, które nie zagoją się przez wiele lat. Duma i to, kto wygra, jest ważniejsze niż rozsądek, solidarność, dobrobyt, radość, marzenia i plany, które kiedyś przecież jako społeczeństwo mieliśmy. Taka jest rzeczywistość. I jeśli te rządy potrwają dłużej, to tak już zostanie. Kolejne zwycięstwo PiS będzie celnym i ogromnym ciosem w nasz rdzeń kręgowy, w społeczną tkankę i materię, zaufanie, kapitał społeczny, wiarę w dobrze pojmowaną siłę instytucji państwa, ustrój jaki znamy, i w którym wielu z nas wychowało się i wzrastało – demokrację.

I bardzo ciężko będzie się z niego podźwignąć, ponieważ każdy dzień obecnych rządów to postępujący chaos, straty, zagarnianie kolejnych uprawnień, które się tej władzy nie należą i prób złamania ducha kolejnych grup społecznych.
Pisałam w poprzednim felietonie o tym, że wielu z nas czuje wszystkie symptomy stresu pourazowego, beznadzieję i nierealność tej sytuacji.

PiS to wie i po to zrobił. Posłał nas na tę wojnę celowo. Wiedział, że w umiejętnie już wcześniej skłóconym przezeń Smoleńskiem społeczeństwie już ujawniły się podziały, pokazały delikatne pęknięcia i rysy.

Wiedział, że teraz już wystarczy iskra, zagranie na kilku najniższych instynktach, żeby ludzie zaczęli bratobójczą walkę.
Przez którą, mimo wspólnej historii, bolesnych przeżyć i doświadczeń komunizmu, my Polacy, jesteśmy sobie po prostu obcy i tak wobec siebie okrutni i nieczuli. Samolubni i dziecinni.

Dlaczego PiS chce, żeby wojna i okopy były naszą rzeczywistością? Dlaczego z rozmysłem do tego doprowadził i podtrzymuje ten stan?

To akurat dość proste. Bo kiedy nie znasz dnia ani godziny, nie wiesz, czy przeżyjesz kolejny nalot, wybuch bomby, ani czy za chwilę nie rozerwie Cię granat myślisz tylko o przetrwaniu. Nie analizujesz. Nie zatrzymujesz się, nie bierzesz oddechu. Nie zadajesz sobie pytań, czy czegoś tak naprawdę chcesz i czy to sprawia ci radość, czy ufasz komuś, kto mówi różne dziwne rzeczy. Nie rozmyślasz zbyt wiele, nie filozofujesz, przestaje cię obchodzić, co dzieje się z innymi, bo skupiasz się na przetrwaniu własnym i swojej rodziny. Uczucia wyższe, plany i aspiracje sprzed wojny wydają się teraz małe i nieważne, wszystko schodzi na dalszy plan.

Nie ma na to miejsca, gdy jest ciągły stres, nieufność, patrzenie przez ramię, wyszczerzone zęby, kły i pazury. Spięcie i gotowość do wybuchu pod byle pretekstem. Nerwy napięte do granic możliwości czekające tylko na powód do wybuchu. Góra dół. Adrenalina. Walka od rana do wieczora. Wojna, do której pretekstem jest słowo za dużo, krzywy uśmiech, zła mina, wszystko. Nienawiść. Obcość. W takich warunkach człowiek nie może się rozluźnić, kochać, żyć, czuć spokoju i czułości. Rozwijać się – jako jednostka i w społeczeństwie. To nie są warunki do doskonalenia się, zdobywania wiedzy, planowania przyszłości, racjonalnego myślenia o gospodarce, prawie, sprawach ustrojowych, edukacji. Do tego potrzebny jest spokój i racjonalność, powolność, namysł, rozluźnienie, zaufanie, inteligencja, dyskusja, konsekwentne, planowe działanie. Dlatego do takiego stanu PiS nie może dopuścić.

Wie, że jeśli przestanie nas bombardować hakami, aferami, plwocinami, obelgami, wrzaskiem, chamstwem i agresją, przemocą, kiedy wreszcie zapadnie cisza, wszyscy uspokoją się, otrzeźwieją z wojennego szału i odetchną, zobaczą grupkę miernych, prostych, dość głupich w gruncie rzeczy bandziorków drobnego kalibru, a czasem drobnych cwaniaczków, którym paroma spluwami, hukiem i hałasem udało się sterroryzować całe osiedle.

I mądrzy ludzie będą zdumieni: jak u diabła mogło do tego dojść?, nie rozumiejąc, że zadziałała najprostsza psychologia.

PiS zdaje się rozumieć tylko język, chamstwa i przemocy i są tacy, którzy uważają, że tak właśnie należy się z nimi rozprawić. Ja jednak myślę, że znając mechanizm rządzenia przez wywoływanie wojny i utrzymywania ludzi w stanie ciągłego stresu, można go po prostu zablokować.

Wojnie przeciwstawić solidarność, krzykowi spokój, nadużyciom sprawiedliwe lecz surowe sądy i kary, gdy przegrają wybory, propagandzie wyborczą kartkę (nie ma nic ważniejszego niż pójść i zagłosować) i rzetelną informację, nadużyciom – nagłaśnianie, chamstwu klasę, godność i autentyczną prawość i zasady.

I nade wszystko spróbować przekonać jak najwięcej niedowiarków, że mimo braku czołgów na ulicach prowadzone są przeciwko Polsce regularne działania wojenne, najgorsze z możliwych – bo nie na terenie wroga, tylko na naszym własnych.

Aleksander Kwaśniewski był gościem Karoliny Lewickiej w radiu TOK FM. Były prezydent mówił m.in. o 15 latach obecności Polski w Unii Europejskiej.

Hej

mówiliście coś o Unii? Po co startować do Parlementu Europejskiego, którego się nienawidzi? Paradoks polega na tym, że najbardziej za Euro jesteście wy. A dokładnie za pensją w Euro. €€€ #WiekiWybór przed nami. Kompetencje albo 27:1

Raskolnikow

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

To także zniszczenie demokracji w Polsce i wykopanie nas ze struktur europejskich.

Grzegorz Schetyna ponownie wezwał Jarosława Kaczyńskiego do debaty o pozycji Polski w Europie. Szef Platformy Obywatelskiej podstawę rozmowy zawarł w trzech pytaniach, które definiują dzisiejszą sytuację kraju w Unii Europejskiej. I nie jest to definicja, która musi się prezesowi PiS podobać. Schetyna pyta, czy standardy demokratyczne przestaną być łamane, te są bowiem warunkiem członkostwa w europejskiej wspólnocie. Dwa następne pytania są trudniejsze, ale i one muszą być zadane: czy PiS potrafi odzyskać pieniądze, które zostały przegrane w dotychczasowych negocjacjach nad przyszłym budżetem UE oraz – czy Kaczyński zerwie sojusze z siłami, które dążą do rozbicia Unii od środka.

Nie są to pytania wydumane ani politycznie konfrontacyjne. Wynikają z utraconej przez PiS pozycji Polski w Europie. Stajemy się krajem coraz bardziej marginalnym. I o to może chodzić Kaczyńskiemu – wówczas rządzić autorytarnie jest o…

View original post 1 060 słów więcej