Tag Archives: Renata Grochal

Kościół katolicki w PL w ruinie i zgliszczach. Jeszcze wierni się pałętają po nim, ale odchodzą od tej szatańskiej instytucji z przekonaniem, że nie będą firmować pedofilii kleru

12 Maj

 

Przykładem cynicznej i wyrachowanej manipulacji po ujawnieniu przypadków pedofilii w polskim kościele jest postawa TVP i przyjęta narracja „Wiadomości”, przypominająca stara radziecką technikę propagandową. Na zarzut odpowiada się niewygodnym dla pytającego stwierdzeniem, które ma go zdyskredytować Kiedyś brzmiało to tak „…a w USA biją murzynów”.

Widać wyraźnie, że „argument murzyński” do dziś nie stracił na swojej aktualności i objawił się w całej krasie przy okazji premiery dokumentu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”.

Telewizja publiczna w materiale „Podwójne standardy opozycji”, nie wspominając o nim w ogóle, skupiła się ni z tego, ni z owego, na osobach trzech pedofilów, którzy – zdaniem PiSowskich dziennikarzy – byli związani z opozycją.

Zaprezentowano więc sylwetkę Piotra Z., byłego radnego PO ze Słupska, który został skazany w 2012 r. za czyny pedofilskie na dwa lata więzienia oraz Rafała P., byłego działacza PO z Gniezna, skazanego za to samo w 2016 r. Nie wspomniano, że drugi mężczyzna był katechetą, ani że Platforma zaraz po aresztowaniu mężczyzn, wyrzuciła ich partii.

Później przypomniano specjalistę ds. wizerunku Piotr T., określanego w materiale „doradcą Palikota” i „jednym z najbliższych współpracowników Donalda Tuska”. Na dodatek środowisko Platformy Obywatelskiej jawnie broniło oskarżonego o seks z nastolatką Romana Polańskiego”.

Najbardziej szokujące jest jednak zamieszanie w pedofilskie skandale imienia Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego Małgorzty Gersdorf. Pani prezes otrzymała bowiem tę samą nagrodę, co sześć lat temu niemiecki polityk Daniel Cohn-Bendit oskarżony później o pedofilię.

Chodzi o nagrodę im. Theodora Heussa, którą pierwsza prezes SN odebrała w sobotę za „wzorową niezłomność, jednoznaczną postawę i odwagę cywilną, z którą broni nieodzownych warunków demokracji”.

Przewodniczący Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna pojawił się dzisiaj w Szczecinie. Nie zabrakło odniesienia do filmu Tomasza Sekielskiego „Tylko nie mów nikomu” na temat pedofilii wśród polskich duchownych.

Abp Sławoj Leszek Głódź skomentował głośny film „Tylko nie mów nikomu” Tomasza Sekielskiego na temat pedofilii w polskim Kościele katolickim.

>>>

Wszyscy podatnicy zrzucają się na sfinansowanie politycznych represji w Polsce pod rządami PiS. Należy się im wiedza, ile ich to kosztuje.

Na same tylko ekspertyzy, mające ujawnić tożsamość osób malujących antypisowskie napisy na chodnikach w Przemyślu policja wydała co najmniej 10 tys. zł – informuje „Gazeta Wyborcza”. Śledztwo trwało rok, zaangażowano w nie tłumy funkcjonariuszy, dzielnicowych, śledczych, dokumentacja liczy 270 stron. Dzielni policjanci ustalili domniemaną tożsamość dwóch sprawczyń i skierowali sprawę do sądu, który obie kobiety uniewinnił. – „Zatrzęsło mnie, gdy zobaczyłam koszty ekspertyzy” – mówi cytowana przez „Wyborczą” Anna Grad-Mizgała. – „Bo kto za to zapłaci? Oczywiście podatnicy, czyli także ja. Wychodzi na to, że jestem prześladowana za moje własne pieniądze”.

Tak jest. Pani płaci, pan płaci, wszyscy płacimy za działania pisowskiej władzy, która nadużywa swych uprawnień, ścigając i represjonując politycznych oponentów. Warto by policzyć, ile w sumie nas to kosztuje. Ile np. wyniósł koszt operacji, polegającej na zidentyfikowaniu i zatrzymaniu w lipcu 2018 r. Elżbiety Podleśnej, która napisała „PZPR” na biurze poselskim Krzysztofa Czabańskiego. W trybie nagłym powołano wówczas specjalny zespół, który pracował w środku nocy. – „Musieli do tego podejść profesjonalnie, jak do ścigania groźnego przestępcy, i zaangażować spore środki. Siódemka, która po mnie przyjechała, przedstawiła się: są z wydziału kryminalnego z Bydgoszczy, Golubia-Dobrzynia i Wąbrzeźna. To wspólna akcja policji z tych miast” – opowiadała mi Podleśna w wywiadzie, który wówczas z nią przeprowadziłem. Doliczmy do tego jeszcze koszty działania zespołu, tropiącego tę samą Podleśną po rozwieszeniu tęczowych Madonn w tym roku.

A pamiętacie sprawę Franciszka Jagielskiego „Farmazona”, który powiedział parę słów do słuchu – skądinąd słusznie – dziennikarzom TVP przed Sejmem w grudniu 2017 r.? Policja zorganizowała przeciw niemu operację, jak przeciw wielkiemu terroryście – przeprowadziła u niego rewizję, skuła kajdankami, przewiozła na przesłuchanie z Wrocławia do Warszawy, ponosząc koszty paliwa, sprzętu etc. i angażując funkcjonariuszy, którzy mogliby w tym czasie zajmować się ściganiem prawdziwych przestępstw.

Takich spraw i śledztw od początku rządów PiS mieliśmy dziesiątki, jeśli nie setki czy wręcz tysiące. Ich łączny koszt obciąża „dobrą zmianę”, ale w ostatecznym rozrachunku i tak płacimy za to my, podatnicy.

Dobrze byłoby przynajmniej z grubsza to oszacować. Nawet jeśli nie ma prawnej możliwości domagania się od PiS-u zwrotu kosztów złego gospodarowania środkami publicznymi, chciałbym przynajmniej wiedzieć, ile tego jest. Ta wiedza należy się nam wszystkim, bo wszyscy się na to zrzucamy.

To zadanie dla Najwyższej Izby Kontroli, która ma uprawnienia i możliwości, by wszcząć kontrolę w policji, ustalając, ile wydano na polityczne śledztwa w sprawach błahych wykroczeń, które zakończyły się uniewinnieniem oskarżonych krytyków władzy.

Reklamy

Państwo wyznaniowe PiS (2)

24 Kwi

Jesienne wybory parlamentarne na wiele lat określą kierunek, jaki obierze nasz kraj w polityce wewnętrznej i zagranicznej. Wszyscy już wiemy, jaka jest alternatywa – konsekwentne utrwalanie kołtuństwa, państwa wchodzącego z butami do naszego życia, opresyjnego fiskusa, niewydolnej służby zdrowia i oświaty podlane sosem fałszywego patriotyzmu i rozdawnictwa pieniędzy albo powrót na drogę europejskości, z odpowiedzialnie prowadzoną polityką wewnętrzną, przywrócenie Polski do grona liczących się graczy na arenie międzynarodowej i traktowanie wszystkich obywateli z należytym im szacunkiem, niezależnie od poglądów czy stylu życia. O tym wszystkim zdecydujemy już tej jesieni. Nic więc dziwnego, że zarówno rządzący, jak i opozycja pracują nad strategiami na najbliższych kilka miesięcy. O tym, który scenariusz może dać demokratycznej opozycji największą szansę na sukces pisze dziś Paweł Wiejas z Wirtualnej Polski, przytaczając wyniki sondażu na panelu Ariadna.

Okazuje się bowiem, że kluczowa z punktu widzenia odsunięcia PiS od władzy może być decyzja Roberta Biedronia i jego Wiosny. Gdyby w jesiennych wyborach do krajowego parlamentu partia byłego prezydenta Słupska startowała oddzielnie, zwycięzcą wyborów zostałby PiS. Na partię Kaczyńskiego i jego koalicjantów (Zbigniew Ziobro, Jarosław Gowin) zagłosowałoby 33 proc. ankietowanych. Na Koalicję Europejską pod przewodnictwem Grzegorza Schetyny głos oddałoby 29 proc. uczestników badania, Wiosna zebrałaby 10 proc. głosów, a Kukiz’15 6 proc. Inne partie i koalicje nie dostałyby się do parlamentu.

Zupełnie inaczej rozkładałoby się poparcie Polaków, gdyby Wiosna stała się częścią szerokiej koalicji partii opozycyjnych. Taki rozwój sytuacji zmartwiłby większość wyborców Prawa i Sprawiedliwości (52%) i w zasadzie nie ma im co się dziwić. Koalicja Europejska z Wiosną zebrałaby bowiem 36 proc. głosów, a PiS 31 proc. Z kolei Kukiz’15 mógłby liczyć na 7 proc. głosów. Inne partie i koalicje znalazłyby się pod progiem wyborczym.

Czy taki scenariusz jest w ogóle realny? Póki co wydaje się, że nie, tym bardziej że Robert Biedroń konsekwentnie woli skupiać się na atakowaniu właśnie Koalicji Europejskiej i korzystać z faktu, że nachalna propaganda mediów propisowskich unika ataków na jego partię. Niewątpliwie decydujący wpływ na decyzję lidera Wiosny będą jednak miały ostateczne wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego. Jeśli zaliczy spektakularną klęskę, może się nie odważyć zaryzykować samodzielnego startu także jesienią.

Wystawiany emigrującym Polakom dokument ma zawierać „najważniejsze modlitwy i prawdy wiary”. Cel wydania? „By Polacy emigrujący z Ojczyzny do zateizowanych krajów zachodnioeuropejskich nie ulegli tamtejszym lewicującym modom intelektualnym, ale pozostali wierni Bogu i Polsce”. To jeszcze nie wszystko. Minister Szczerski liczy, że Polska będzie dla Europy tym samym, czym był Noe, dla ludzi żyjących przed biblijnym potopem.

Swoje przemyślenia w zakresie migracji i dokumentu na drogę profesor Krzysztof Maria Szczerski, jeden z najważniejszych intelektualistów „dobrej zmiany” w kwestiach polityki europejskiej, i szef gabinetu prezydenta RP, zawarł w opasłym tomie „Utopia europejska. Kryzys integracji i polska inicjatywa naprawy”, wydanym w 2017 roku przez wydawnictwo „Biały Kruk”.

To właśnie na stronach tego wolumenu zgłasza postulat wprowadzenia „paszportu katolickiego” . „Dlatego chciałbym zaproponować podjęcie prac nad przygotowaniem swego rodzaju „Paszportu katolickiego”. Z lektury przemyśleń ministra można się dowiedzieć, że oprócz wspomnianych już modlitw katolicki paszport miałby zawierać „informację o wspólnotach katolickich, duszpasterstwach czy o polskich misjach działających w zachodniej Europie”. Minister Szczerski tłumaczy nawet cel takiego ekwipunku. „By Polacy emigrujący z Ojczyzny do zateizowanych krajów zachodnioeuropejskich nie ulegli tamtejszym lewicującym modom intelektualnym, ale pozostali wierni Bogu i Polsce”. Polak emigrujący za Odrę ma bowiem wyjeżdżać z „jasnym przesłaniem”. Jakim, że ma nieść ze sobą światło wiary dla siebie, dla swojej przyszłej rodziny i dla otaczających go ludzi”.

Szczerski, który boleje nad faktem, że Polskę opuściło miliony młodych ludzi, znalazł też sposób, by demograficzną porażkę przekuć w wyznaniowy sukces. Według niego: „idea reewangelizacji Europy” może być realizowana przez rodaków, niosących „ogień wiary”. To zadanie dla Kościoła i państwa, bo przecież „młodzi obywatele, którzy wybiorą się na emigracyjną tułaczkę” zabiorą za sobą „i polskość”.

Po nas choćby i potop

Szczególna misja polskich imigrantów jest konieczna, bo według ministra Szczerskiego kondycja dzisiejszej Europy jest kiepska. Trawi ją potop, czas więc pomyśleć o polskim Noe, który uratuje Stary Kontynent. „W naszych czasach rodzinę patriarchy i jego samego musi zastąpić grupa społeczna lub cały naród. […] Im szybciej rozpoznamy wśród nas Noego budującego arkę, tym lepiej, tym mniej szkód”. Jak wynika z lektury dzieła ministra, Szczerski jest święcie przekonany, że Polacy mają misję. Pisze, że odnosi wrażenie, że „wiele krajów czeka na nas, czeka na ojczyznę św. Jana Pawła II, by wskazała na nowo drogę”. I dodaje, że do zbawienia Europy ma nas do tego predestynować „nasz potencjał terytorialny i ludnościowy”.

Trudno nie doszukać się tu zatem nawiązań do mesjanistycznych koncepcji o wyższości moralnej i duchowej Polaków, które w XIX wieku udzielały się Andrzejowi Towiańskiemu i zostały opisane przez Adama Mickiewicza. Znać w tej koncepcji też zapowiedź świętej Faustynyktórej rzekł Jezus: „Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje”.

Minister Szczerski na poważnie

Można oczywiście pomysły ministra Szczerskiego traktować jako nieco megalomańskie i abstrakcyjne. Sęk w tym, że ich autor to przecież szef gabinetu Prezydenta R.P., kilkukrotnie przymierzany do funkcji Ministra Spraw Zagranicznych. Ministra należy też wymienić obok profesorów Ryszarda Legutki oraz Zdzisława Krasnodębskiego jako najważniejszych ideologów „dobrej zmiany” w kwestiach związanych z polityką europejską. Zresztą pomysły ministra Szczerskiego na reformę unii są obecne w wypowiedziach najważniejszych osób w polskiej polityce.

Znajomo brzmi choćby idea „reewangelizacji Europy” o której mowa w „Utopii”. Nie tak dawno premier Mateusz Morawiecki stwierdził, że chcemy Europę z powrotem rechrystianizować, bo niestety w wielu miejscach nie śpiewa się kolęd, kościoły są puste i są zamieniane na muzea. I kto jeśli nie Polacy mogą to zmienić?

A Andrzej Duda? Kiedy w czasie Forum Polsko-Niemieckiego w Berlinie prezydent stawiał sobie pytanie „Dlaczego na przykład w sklepie nie można w tej chwili kupić już zwykłej żarówki” internauci mieli ubaw, obwołując go „Oświeconym prezydentem” oraz „Światłością narodu”.

Tymczasem myśl tę prezydent Duda zapewne zaczerpnął ze dzieła Szczerskiego, według którego ta niedobra Unia Europejska „ciągle czegoś zabrania lub coś zakazuje. Nie wolno pomóc jakiejś gałęzi przemysłu, nie wolno palić w piecach węglem, nie wolno wkręcać tradycyjnych żarówek itd., itd.”

Naziści na Jasnej Górze. Kłopoty Morawieckiego i Kaczyńskiego z rozumem

31 Mar

„Składam najserdeczniejsze podziękowania wam, bracia i siostry ze środowiska narodowego, za to wszystko, co dobrego uczyniliście” – powiedział ks. Henryk Grządko z Gorzowa Wielkopolskiego, główny celebrans uroczystej mszy do przedstawicieli Młodzieży Wszechpolskiej, Obozu Narodowo-Radykalnego, Ruchu Narodowego i Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych przybyłych tłumnie z kolejną pielgrzymką na Jasną Górę.

Sztandary z nacjonalistycznymi symbolami Szczerbca i falangi powiewały w sobotnie popołudnie nad ich głowami.

„Jesteście środowiskiem bardzo cennym. I dlatego tak atakowanym” – powiedział Grządko i wyliczył zadania jakie teraz stoją przed narodowcami.

Precyzyjnie diagnozując sytuację w dzisiejszej Polsce oznajmił: „Jest napaść cywilizacyjna na Polskę. Ona dzisiaj polega na tym, że pod znakiem tęczowej flagi próbuje się okraść nas z wartości wewnętrznych, takich jak prawda, miłość, życie ludzkie, rodzina oparta na małżeństwie, moralność oparta na Ewangelii i Dekalogu. W zamian proponuje się nie wiadomo co, nie wiadomo w imię czego”.

Po Apelu Jasnogórskim narodowcy zeszli na jasnogórskie błonia, gdzie odpalili race i sztuczne ognie oraz wykrzykiwali hasła: „Bóg, Honor i Ojczyzna, „Prymas, prymas Wyszyński” (na melodię kibolską), „Wielka Polska katolicka, wielka Polska narodowa”, „Młodość, wiara, nacjonalizm”.

„Szambo na Brunatnej Górze znowu wybiło. Bo to z pewnością nie jest już Jasna Góra, a sanktuarium czystego zła” – komentują tymczasem internauci szóstą już z rzędu pielgrzymkę narodowców do Częstochowy.

Według ustaleń dziennikarzy „Newsweeka” odejście minister finansów Teresy Czerwińskiej z rządu zostało już przesądzone. Pani minister choć „wydawała się lojalną, spokojną kobietą”, to jednak ośmieliła się wyrazić wątpliwość czy budżet wytrzyma wszystkie przedwyborcze obietnice PiS, zwane w skrócie „piątką Kaczyńskiego”.

Spór o sfinansowanie obietnic, które pochłoną ok. 40 miliardów złotych nie jest na rękę politykom PiS. Z tego powodu, jeśli Czerwińska „będzie dalej hamletyzować” to najpewniej obejmie ją najbliższa rekonstrukcja rządu. Jak twierdzą dziennikarze „Newsweeka” ma to być „aksamitny rozwód, żeby nie wyglądało to jak rozdzieranie szat przeciw piątce Kaczyńskiego.”

Na panią minister finansów ma czekać stanowisko w jednej z międzynarodowych instytucji. Według informacji resort finansów ma objąć podsekretarz stanu, związany z Instytutem Sobieskiego – Leszek Skiba.

Najprawdopodobniej będzie bardziej spolegliwy niż Czerwińska, która jasno twierdzi, że „prowadzenie odpowiedzialnej polityki budżetowej wymaga przyjęcia perspektywy planowania daleko wykraczającej poza jeden rok budżetowy”.

To wygląda na żart, bo wiele można o PiS-ie powiedzieć, ale nie to, że jest gwarantem wolności. Mówienie tego w Gdańsku, dzień po tym, jak wojewoda de facto zabronił organizowania obchodów 4 czerwca, bo wpisał na ten dzień cykliczną imprezę, jest dodatkową kpiną – mówi dr Anna Materska-Sosnowska, politolog z UW. Pytamy też o sondaże i kampanię wyborczą, a także spór rządu z nauczycielami i rolę związków zawodowych. – Zastanawiam się, czy 2019 nie będzie taką kropka kończącą piękna historię „Solidarności”, tym bardziej, że ten koniec już dawno się rozpoczął, a pan Duda nie jest pierwszym, który flirtuje z władzą. Pamiętajmy, gdzie jest dziś pan Śniadek – w PiS-ie

JUSTYNA KOĆ: Już nie „piątka Kaczyńskiego”, tylko „piątka plus” – prezes PiS-u dołożył do finansowych bonusów „wolność”. Żart czy dobre posunięcie?

ANNA MATERSKA-SOSNOWSKA: To na pewno taktycznie dobre posunięcie, dlatego że do twardych materialnych obietnic dochodzi – szkoda, że nie jako pierwsza i podstawowa – wolność, czyli wartość. To z politycznego punktu widzenia. Z praktycznego to wygląda na żart, bo wiele można o PiS-ie powiedzieć, ale nie to, że jest gwarantem wolności. Mówienie tego w Gdańsku, dzień po tym, jak wojewoda de facto zabronił organizowania obchodów 4 czerwca, bo wpisał na ten dzień cykliczną imprezę, jest kpiną. Mówienie tego w Gdańsku, mieście wolności, jest dodatkowo próbą zawłaszczenia tego w sposób przemyślany. Czy to jest potrzebne elektoratowi i czy elektorat PiS-u to kupi, mam wątpliwości.

Przy okazji Jarosław Kaczyński zaatakował Platformę i PE, oskarżając ich o zabieranie wolności poprzez wprowadzanie tzw. ACTA 2.
Nie sądzę, aby to wywołało zamierzony skutek, bo po pierwsze, to zbyt skomplikowana materia i ona nie wywoływała już takich protestów, jak ACTA2, bo i nie mogła. Poza tym

czy ktokolwiek wierzy PiS-owi, że cokolwiek uda mu się osiągnąć w PE po przegraniu 27:1?

Grzegorz Schetyna na konwencji PO we Wrocławiu zapowiedział złożenie wotum nieufności wobec minister edukacji Anny Zalewskiej. Rozumiem, że PO zależy na debacie nad wnioskiem, bo wiadomo, że Zalewska zostanie.
Niestarty tak. Jedna z nielicznych pozostałych funkcji kontrolnych parlamentu odbywa się właśnie przez wotum nieufności. Jeżeli ma odbyć się dyskusja o szkole, nauczycielach, o tym, co nas za chwile czeka, to jest to jedyna ścieżka. Skutek będzie wiadomy, ale z drugiej strony opozycja nie ma innej możliwości doprowadzenia do debaty.

Prawie co tydzień publikowane są nowe sondaże, w których raz prowadzi Koalicja Europejska, a raz Zjednoczona Prawica. Jak to tłumaczyć?
Po pierwsze, można porównywać sondaże tylko z jednej pracowni i w dłuższym cyklu, bo jak wiemy, pracownie stosują różne metodologie, niektóre, mówiąc delikatnie, pozostawiają wiele do życzenia. Po drugie, dziś analizowałabym tylko te sondaże, które badają Zjednoczoną Prawicę, która występuje pod szyldem PiS, oraz Koalicję Europejską. Badanie Zjednoczonej Prawicy i rozproszonych partii po drugiej stronie nie jest dziś badaniem uzasadnionym. Dopiero przy tych dwóch założeniach możemy zastanowić się, co pokazują nam sondaże. To z pewnością mocna polaryzacja, aczkolwiek miesiąc temu można było się zastanawiać, czy języczkiem u wagi nie będzie Biedroń. W zależności od tego, jak intensywnie jedna ze stron prowadzi kampanię, to odbija się to w sondażach. Powiedziałabym, że

ba bloki idą dość wyrównanym krokiem, nie bardzo widać też efekt „piątki Kaczyńskiego”, a kampania tak naprawdę zaczęła się połowicznie.

Rozpoczął ją PiS, ale nie widać tu jakiegoś zdecydowanego wzrostu poparcia, zasoby wydają się już dość wyczerpane, więc dla nich większą wartością jest utrzymanie tego, co mają. Myślę jednak, że „piątka Kaczyńskiego” miała nie tylko utwardzić własnych wyborców, ale trochę też ten elektorat poszerzyć.

Ta tzw. piątka Kaczyńskiego była skierowana do własnego elektoratu?
Ta teza jest prawdziwa w przypadku wyborów do PE, bo w innych wyborach ten elektorat jest zdyscyplinowany. Wynik wyborów europejskich pokaże, kto ma większe szanse na zwycięstwo. To bardziej skomplikowane, bo oczywiście w trudniejszej sytuacji z wynikami wyborczymi jest KE, która liczy na efekt kuli śnieżnej. Tak to zwykle bywa, że jedna wygrana przybliża nas do kolejnej.

Tak było w 2015 roku.
Tak, ale nie tylko. Potwierdzają to badania oraz przykłady z innych krajów. W tym przypadku mamy jednak wiele zmiennych. Co z partiami trzecimi, czy zostaną zmarginalizowane? Czy wejdą na scenę? Jeżeli tak, to czy się utrzymają i z jakim poparciem? Jeżeli mówimy o wyborach jesiennych, to kto je wygra i czy będzie miał możliwość tworzenia koalicji? Z kim tę koalicję stworzy? Jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, że KE wygrywa wybory w maju, tylko pytanie, czy współkoalicjanci będą na tyle zadowoleni z wyniku, że w koalicji pozostaną. Racjonalnie powinni pozostać, ale ambicje wielu są nieposkromione, stąd pytanie, czy koalicja przetrwa i jakie zasoby ma jeszcze partia rządząca i co jeszcze rzuci na stół.

W ogóle

powinniśmy pamiętać, że te wybory europejskie są ważne nie tylko ze względu na nasze wewnętrzne podwórko jesienią, ale one też są ważne dla przyszłości UE. I to nie są puste słowa.

Przejdźmy do kampanii europejskiej, która na razie wygląda dość niemrawo, ale wyraźnie widać, że po stronie obozu rządzącego wrócono do atakowania Donalda Tuska, który jest oskarżany nawet o brexit. PiS wraca na stare tory?
PiS prowadzi już kampanię, co widać po cotygodniowych konwencjach i objeździe po Polsce. Brexit jest paliwem dla PiS-u i oczywiście wraca tu stwierdzenie „wina Tuska”, bo jakżeby inaczej. Nie wydaje mi się jednak, żeby to była dobra droga. Pewnie w wewnętrznych badaniach potwierdziło im się, że to wrogiem numer jeden jest Donald Tusk, ale na tym koniec. Widać też, że już nie LGBT, ale uchodźcy wrócili w wypowiedziach PiS-u, ale jeżeli w kontrze do tego pani premier Szydło mówi, że głosowanie 27:1 to nie była porażka, tylko sukces, to daje jednocześnie paliwo drugiej stronie. Nie wydaje mi się, żeby długofalowo ataki na Donalda Tuska i brexit były dobrą bronią, bo to ostatecznie zostanie wykorzystywane przeciwko nim. Po drugie, nie jestem przekonana, czy brexit jest zrozumiały dla wyborców PiS-u. Brexit miał być czymś pięknym, wstawaniem z kolan, dumą, a jest inaczej.

Czyli brexit powinna wykorzystywać Koalicja Europejska pokazując, do czego może doprowadzić nieodpowiedzialna polityka?
Tak i KE to mówi. Proszę pamiętać, że zarzucano Platformie, że nie ma pomysłu na inną kampanię, niż mówienie o polexicie w wykonaniu PiS-u. Natomiast KE dopiero zapowiada odpalenie kampanii, Biedroń dopiero powoli zaczyna rozkręcać kampanię. Myślę, że

z czasem zobaczymy tu polaryzację na prodemokratyczną Polskę w Unii Europejskiej versus wstawanie z kolan w wersji PiS, mówiąc w skrócie.

Ani CBA, ani prokuratura nie zamierza podejmować żadnych działań w sprawie tzw. taśm Kaczyńskiego, a sama pani prokurator przesłuchująca Geralda Birgfellnera dostała awans. Czy to są sprawy, które dla wyborcy są w ogóle istotne?
W moim przekonaniu są istotne, oczywiście nie mówimy o wyborcy PiS-u, bo on jest przekonany, że Kaczyński jest niewinny i nie ma o czym mówić. W całej sytuacji najbardziej zaskakujący i niebezpieczny jest jednak ostatni element, o którym pani powiedziała, czyli awans pani prokurator. Oczywiście nie to, że awansuje, ale w jakich okolicznościach i jakiej sytuacji.  Tym bardziej, że wiemy, jaką miała wcześniej ścieżkę kariery. Tu widać jak na dłoni mechanizm upartyjnienia i zależności od ministra Ziobry. To jest bardzo niebezpieczne. Nad pewnymi kwestiami prawnymi można by się zastanawiać, każda ze stron znalazłaby swoje argumenty. Wiemy też, że gdyby sprawa dotyczyła kogo innego, to wyglądałoby to zupełnie

Jak to możliwe, że wyborcy PiS-owskiemu to się składa w całość? Ta partia robi dokładnie to, co zarzucała swoim przeciwnikom jako głęboko niemoralne.
To prawda, ale po pierwsze, ważne jaki przekaz trafia do wyborców PiS-u, a po drugie, ten wyborca też nie jest jednolity. Widać pęknięcia w tym elektoracie. Ponadto warto się zastanowić, ile jest w tym gry samego ministra Ziobry, a ile innych graczy. Wcale bym nie była zaskoczona, gdyby to były jego inicjatywy, nie tylko w obronie prezesa, ale też pokazania swojej siły.

To, co robi minister Ziobro, nie zawsze służy całej partii.

Prawie 80 proc. szkół przystąpi do strajku. W co gra tu rząd w roku wyborczym, na 2 miesiące przed wyborami do PE?
Dziś pojawiła się teza, że partyjne badania wewnętrzne muszą pokazywać, że nauczyciele nie są wielkim zagrożeniem dla elektoratu PiS-u, że jednak obawa rodziców będzie silniejsza, niż inne mechanizmy. Pytanie, czy dla rządu nie jest wręcz korzyścią to całe zamieszanie w szkołach, bo zrzucą winę na nauczycieli za bałagan związany z reformą. Wystawienie Anny Zalewskiej na pierwszym miejscu na listach wyborczych, czyli w nagrodę, aby pomóc jej w tym wyjeździe, jest absolutną kpiną. Mówienie o dbaniu o uczniów i apel do nauczycieli, aby nie zostawiali uczniów podczas egzaminów, jest wręcz abstrakcją.

Wiemy też, co mówiła minister finansów – że budżet nie jest z gumy, wiadomo też, że pewne wydatki zostały źle oszacowane i rosną w zatrważającym tempie. Kolejną sprawą jest kwestia podziału środowiska nauczycielskiego.

Wypowiedzi „Solidarności” centralnej wskazują na ostry konflikt wewnętrzny.

Pytanie, jak z tego konfliktu wyjdzie sama „Solidarność”, bo szeregowi członkowie prowadzą głodówkę w kuratorium, pan Duda, czyli główny przewodniczący, stoi murem za rządem, pan Proksa, czyli szef „Solidarności” oświatowej jest trochę za, a trochę przeciw, jednocześnie sam jest radnym PiS-u. Pojawiają się głosy, że „Solidarność” może na tym sporo stracić.
Też bym tak to oceniała. ZNP i „Solidarność” to dwie najsilniejsze centrale związkowe i zastanawiam się, czy 2019 nie będzie taką kropką kończącą tę piękną historię „Solidarności”, tym bardziej, że ten koniec już dawno się rozpoczął, a pan Duda nie jest pierwszym, który flirtuje z władzą. Pamiętajmy, gdzie jest dziś pan Śniadek – w PiS-ie.

Czeka nas zmiana na stanowisku przewodniczącego PKW. Następcę sędziego Hermelińskiego wybierze mgr Przyłębska, pełniąca obowiązki prezesa TK. To może budzić obawy?
Mam mieszane uczucia. Do jesiennych wyborów ostrożnie powiem, że nie, po wyborach to PKW wygasa i zostanie powołana nowa. To pokazuje, po co PiS-owi były sądy, Trybunał Konstytucyjny

Izba SN stwierdzająca legalność wyborców jest już całkowicie obsadzona nominatami PiS-u. To rodzi niebezpieczeństwa, ale mam nadzieję, że to jeszcze nie będzie koniec wolnych wyborów.

Trudno sobie wyobrazić, że w XXI wieku w kraju UE ktoś może myśleć o sfałszowaniu wyborów.
A Węgry? Tam mają to przećwiczone. Poza tym nie trzeba fałszować wyborów, bo można tak uchwalić przepisy, a wiemy, że PiS jest to w stanie zrobić, że prawnymi środkami wybory wygrają. W tej sprawie również Węgry stanowią świetny przykład.

Pedofil ks. Jankowski miał trzy twarze

3 Mar

– Wiem, że Jankowski był pedofilem, ponieważ doświadczyłem tego na własnej skórze – mówi Michał Wojciechowicz, najmłodszy uczestnik strajku w stoczni gdańskiej w Sierpniu ’80. Był rok 1982. Miał wtedy 17 lat i działał w Ruchu Młodej Polski. Właśnie wrócił z widzenia z matką internowaną po wprowadzeniu stanu wojennego i poszedł na plebanię do księdza Jankowskiego, gdzie spotykali się działacze opozycji.

„Wyciągnął ramiona i zaczął mnie przytulać. Myślałem, że to jest ojcowski uścisk, ale po kilkunastu sekundach stwierdziłem, że ten człowiek zaczyna mnie macać, poczułem na sobie jego wzwód, zaczął wykonywać ruchy frykcyjne. Pytał, co u mamy, ale był w seksualnym amoku, starał się pocałować mnie w usta. Jednak weszła gosposia i wtedy mnie puścił” – pisał na Facebooku, poruszony atakami na Barbarę Borowiecką, która opowiedziała w „Dużym Formacie”, jak była wykorzystywana przez Jankowskiego. Miała wtedy 12 lat.

Dwa miesiące po wizycie na plebanii Wojciechowicz trafił do więzienia. – Przeżyłem tam znacznie większy koszmar, dlatego te dwie minuty u Jankowskiego nie były traumą mojego życia. Ale mam pełne prawo mówić, że on był efebofilem (osoba ze skłonnością do młodych dojrzewających chłopców – red.) i drapieżcą seksualnym.

Od grudnia, gdy ukazał się reportaż w „Dużym Formacie”, w Gdańsku wrze. Pod pomnikiem Jankowskiego przez kilka tygodni demonstrowali mieszkańcy domagający się usunięcia monumentu i odebrania dawnemu kapelanowi „Solidarności” tytułu honorowego obywatela Gdańska.

Oliwy do ognia dolał Bogdan Borusewicz, który oskarżył Jankowskiego o współpracę z SB. Marszałek Senatu przypomniał, jak w 1984 roku ukrywał się i udało mu się załatwić dzięki swojej znajomej, mieszkanie konspiracyjne dla niego i jego rodziny. Adres został szybko spalony.

Kapłani modlą się za prałata Jankowskiego. „Przeciw plotkom i oszczerstwom”

– Dziewczyna poprosiła o pomoc księdza Jankowskiego, a zaraz potem zaczęła ją śledzić SB – opowiada mi Borusewicz. Wiele lat później spotkał się z dziennikarzem, który rozmawiał z majorem Ryszardem Bedrysem, zajmującym się w gdańskiej SB rozpracowywaniem Kościoła, i on mu powiedział, że kazanie w stoczni podczas strajku w 1980 roku on sam napisał Jankowskiemu.

Borusewicz opowiada, że w kazaniu nie było żadnych nawiązań do sytuacji w stoczni tylko wezwanie do poszanowania pracy, czyli de facto przerwania strajku, na czym zależało władzy. Grzegorz Majchrzak, historyk IPN, twierdzi w książce „Kontakt operacyjny „Delegat” vel „Libella”, że „Delegat” i „Libella” to pseudonimy Jankowskiego, który został zarejestrowany przez SB jako kontakt operacyjny.

Dokładnie rok temu wprowadzony został zakaz handlu w niedzielę. – Po roku możemy jasko powiedzieć, że ten eksperyment, który PiS przeprowadził na Polakach, polskich pracodawcach i pracownikach, po prostu się nie udał – mówił na konferencji prasowej Arkadiusz Myrcha z PO. Posłowie tej partii apelują, aby wyciągnąć z sejmowej zamrażarki projekt zmian w Kodeksie pracy złożony w listopadzie 2017 roku. Zakłada, że każdemu pracownikowi pracującemu w niedzielę miałyby przysługiwać co najmniej dwie niedziele wolne w okresie 4 tygodni.

Najbardziej zyskały stacje benzynowe

– Dokładnie rok temu rząd PiS uznał, że wie lepiej, co w niedzielę chcą robić Polacy, co gorsza, wie lepiej, czego nie chcą robić i wprowadził zakaz handlu w niedziele. Zapowiedzi były takie, że ta zmiana miała korzystnie wpłynąć na pozycję pracowników i małych sklepikarzy. Po roku możemy jasko powiedzieć, że ten eksperyment, który PiS przeprowadził na Polakach, polskich pracodawcach i pracownikach, po prostu się nie udał. To nie jest tylko nasze twierdzenie, wystarczy wsłuchać się w opinię Polaków, którzy zakaz odbierają bardzo krytycznie – mówi Arkadiusz Myrcha.

Poseł Platformy powołuje się na dwie ekspertyzy sporządzone przez Biuro Analiz Sejmowych, z których wynika, że na zakazie handlu najbardziej straciły małe sklepy, a największy wzrost sprzedaży odnotowały stacje benzynowe, których głównym beneficjentem jest PKN Orlen.

– Jeżeli tracą polscy przedsiębiorcy i handlarze, a zyskuje największy koncern paliwowy, to coś jest nie tak. Nie bez przyczyny w ubiegłym roku PKN Orlen podjął zmiany statutowe, które umożliwiały handel elektroniką czy odzieżą, aby stać się pełnowymiarowymi sklepami – dodaje poseł Myrcha.

Dyskryminacja pracowników

Politycy opozycji zwracają też uwagę to, że konsekwencją wprowadzenia zakazu handlu w niedzielę jest dyskryminacja pracowników.

– Efekt jest taki, że pracownicy stali się dyskryminowani i skłóceni. Jaka jest różnica między pracownikiem, który jest zatrudniony w sieci handlowej i w niedzielę nie pracuje, a pracownikiem stacji Orlen, który przychodzi do pracy 7 dni w tygodniu? To są dyskryminujące przepisy, które pokazały, że PiS nie chciał ułatwić życia pracownikom, tylko chciał zakaz handlu przekierować w inną stronę, czyli na stacje benzynowe – przekonuje Arkadiusz Myrcha.

Podczas konferencji prasowej posłowie Platformy zaprezentowali badania, z których jasno wynika, że większość Polaków nie zgadza się na dalsze zaostrzenie przepisów.

W ubiegłym roku w każdym miesiącu (z wyjątkiem grudnia) obowiązywały dwie niedziele handlowe. W 2019 roku obowiązuje już tylko jedna niedziela handlowa w miesiącu. Natomiast od 1 stycznia 2020 roku zakaz handlu ma dotyczyć wszystkich niedziel z wyjątkiem 7 w roku. Rząd PiS nie planuje złagodzenia tych przepisów. Wszelkie wątpliwości w minionym tygodniu rozwiała minister pracy Elżbieta Rafalska.

„Trzeba zacząć od pracowników”

W listopadzie 2017 roku PO złożyła projekt zmian w kodeksie pracy. Każdemu pracownikowi pracującemu w niedzielę miałyby przysługiwać co najmniej dwie niedziele wolne w okresie 4 tygodni. Takie zmiany, według polityków opozycji, ma zmniejszyć dyskryminację pracowników i zagwarantować wszystkim takie same prawa.

– Mimo tego, że zostało wprowadzone ograniczenia handlu w niedziele, połowa pracowników, która pracowała wcześniej, nadal pracuje, bo ustawa zawiera 32 wyłączenia co do placówek, które mogą prowadzić handel. Są pracownicy, którzy pracują po 3 niedziele w miesiącu, i tacy, którzy w ogóle nie mogą pracować, bo ich placówki są otwarte tylko raz w miesiącu – mówi poseł PO Michał Szczerba.

Ponawia zatem apel, aby marszałek Sejmu Marek Kuchciński podjął prace nad projektem złożonym przez klub PO.

— REDYSTRYBUCJA GŁÓWNYM CZYNNIKIEM NAPĘDZAJĄCYM DYNAMIKĘ POLITYCZNĄ – LUDWIK DORN  w magazynie TVN24: “Nawet część dziennikarzy nienależących do koncernu propagandowej obsługi Prawa i Sprawiedliwości uznawała, że PiS „przykrył” swoje liczne kłopoty (afera KNF, taśmy Kaczyńskiego itp.) i „się wykrakał”, bo niewidziane dotąd w historii III RP zwały kiełbasy wyborczej przywaliły wszystko. Marketing polityczny jest ważny, ale nie należy go mylić z polityką, a „piątka” Kaczyńskiego, reakcje na nią, to, co ją poprzedziło i to, czego można się spodziewać w przyszłości, wiele o polskiej polityce mówią. Przede wszystkim to, że jednym z głównych czynników napędzających dynamikę polityczną staje się redystrybucja dochodu narodowego, oderwana od jakiejkolwiek koncepcji polityki społecznej i podporządkowana wyłącznie względom wyborczym”.

— JEDYNYM KRYTERIUM ROZDZIAŁU KIEŁBASY JEST GŁOSODAJNOŚĆ – DORN O LOGICE PRZEDWYBORCZEJ: “W ramach logiki przedwyborczej jedynym kryterium rozdziału kiełbasy jest przewidywana głosodajność. Z jednej strony mamy, zwłaszcza w budżetówce, potężne sektory usług, które bez wzrostu płac będą popadać w coraz cięższy kryzys (nauczyciele, biały personel w ochronie zdrowia, pracownicy administracyjni w sądach), z drugiej grupy rzeczywiście i trwale upośledzone – np. rodziny z dziećmi niepełnosprawnymi i dorosłych niepełnosprawnych. Ich głosodajność jest jednak albo znikoma, albo wyraźnie mniejsza niż grup, którym PiS zaoferował konsumpcję wędliny. Owszem, nauczyciele to liczna grupa – obecnie około 490 tys. osób, ale z racji perturbacji we wprowadzaniu reformy oświaty mało entuzjastycznie nastawiona do PiS, więc uzysk głosów z podwyżek byłby niewielki. A przede wszystkim kudy im tam do emerytów – 8,2 mln głosów”.

— POZA ROZDAWNICTWEM, OBÓZ WŁADZY NIE MA NIC DO ZAPROPONOWANIA – DALEJ DORN: “Liczne pęta rozdawanej wedle kryterium głosodajności kiełbasy wyborczej odsłaniają istotną prawdę o rządach PiS. Poza nimi obóz władzy nie ma nic do zaoferowania. Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju premiera Morawieckiego była w początkach sympatyczną gawędą, a bieg wydarzeń zmienił ją w bełkotliwe i nużące ględzenie, którego symbolem jest rdzewiejąca stępka promu Polskiej Żeglugi Bałtyckiej, którą w 2017 roku wbił uroczyście w ziemię sam premier, ogłaszając dynamiczny proces odbudowy polskiego przemysłu stoczniowego i reindustrializacji Polski. Podobnie martwym bykiem leży elektromobilność, wzrost stopy inwestycji oraz polski przemysł obronny, który w związku z modernizacją techniczną sił zbrojnych miał stać się jednym z kół zamachowych innowacyjnej gospodarki; to, co nowoczesne (Patrioty, HIMARS), kupujemy od Amerykanów bez offsetu i transferu technologii”.

— NIE CZEKA NAS GRECKA KATASTROFA ALE STAGNACJA I MARNOWANIE CZASU – DALEJ DORN: “Nie czeka nas katastrofa w rodzaju kryzysu greckiego, ale kilka lat rozwojowej stagnacji i marnowania czasu. Do poważnej rozmowy o rozwoju Polski będzie można wrócić, gdy wyborcy na własnej skórze przekonają się, że kiełbasą ich tylko mamiono, a naprawdę dostali po szklance bimbru – miło się wychyla, ożywiony człowiek jest, ale kac po tym trwa długo i jest bolesny”.
tvn24.pl

>>>

Rekonstrukcja Morawieckiego, czyli wykop już w maju

26 Lu

Super Ekspress informuje nieoficjalnie, że zaraz po majowych eurowyborach PiSowski rząd czeka rekonstrukcja.

Gazeta podaje nawet konkretne nazwiska i sugeruje, że obecny szef Kancelarii Premiera Michał Dworczyk otrzyma tekę szefa resortu obrony, a dotychczasowy minister Mariusz Błaszczak jest przymierzany do objęcia MSWiA w sytuacji, gdy mandat europosła zdobędzie minister Joachim Brudziński. „Mariusz radził sobie w MSWiA, czego nie można powiedzieć o jego aktywności w MON”– ocenił w rozmowie z dziennikiem ważny polityk PiS.

SE powołując się na niego zapewnia, że nie będzie miejsca w rządzie dla Antoniego Macierewicza, chociaż wielu widziałoby go znów w resorcie obrony.

„Nawet jeśli jego były współpracownik, Bartłomiej M. wyszedłby z aresztu, i tak Macierewicza nikt by nie wpuścił do rządu. Mielibyśmy zbyt dużo do stracenia gdybyśmy się na to zgodzili, choć dochodzą do nas słuchy, że Antoni bardzo chciałby wrócić” – tłumaczy PiSowski funkcjonariusz.

SE zapowiada też, że minister edukacji Annę Zalewską może zastąpić wiceminister Marzena Machałek lub prof. Andrzej Waśko, doradca prezydenta do spraw wdrażania reformy oświaty, gorący zwolennik likwidacji gimnazjów.

Mecenasi Geralda Birgfellnera poprosili ambasadę Austrii o ochronę dyplomatyczną dla swojego klienta. – Podaliśmy konkretne daty i zdarzenia, opisaliśmy je i uznaliśmy, że w tej sytuacji nie mamy do czynienia z procesem sprawiedliwym, w którym dąży się do ustalenia prawdy materialnej, a mamy proces, który faworyzuje jednego z uczestników – tłumaczy Jacek Dubois, pełnomocnik Birgfellnera.

Pismo do ambasady

Jacek Dubois i Roman Giertych, pełnomocnicy austriackiego biznesmena, złożyli wniosek o dopuszczenie do przesłuchań Geralda Birgfellnera przedstawicieli ambasady Austrii. Stosowne pismo jest już ambasadzie.

Pełnomocnicy chcą, aby przedstawiciele ambasady Austrii mogli uczestniczyć w następnych przesłuchaniach, wnioskują też o ochronę dyplomatyczną dla austriackiego biznesmena.

Procedura ta nie jest określona, natomiast stosuje się ją w oparciu o przepisy łączące oba kraje. W tym przypadku pełnomocnicy powołali się na konwencję konsularną między RP a Republiką Austrii.

– Obserwatorzy z ambasady często biorą udział w sprawach, czasem zwracają się o wyjaśnienia, czasem składają wnioski. Ma to na celu kontrolowanie, czy sprawa przebiega zgodnie z regułami – tłumaczy nam Jacek Dubois.

Długa lista uzasadnień

Mecenasi we wniosku informują ambasadę Austrii, że istnieje poważne ryzyko, że konstytucyjna zasada równości wobec prawa, wynikająca z art. 32 konstytucji, nie jest zachowana, po drugie mają wątpliwości, czy przepisy procedury karnej są należycie stosowane. – Ponieważ nie mamy się do kogo zwrócić, bo w zasadzie przedstawiciele władzy jednoznacznie w tej sprawie opowiedzieli się za jedną ze stron, musieliśmy się zwrócić do ambasady kraju, której obywatel został pokrzywdzony, aby ambasada poddała tę sprawę kontroli – tłumaczy mec. Jacek Dubois.

Wniosek opatrzony został kilkunastoma przykładami, że osoba, przeciwko której zostało wniesione zawiadomienie, jest faworyzowana.

– Pan Jarosław Kaczyński, czyli osoba, której dotyczy podejrzenie, nie jest traktowany jako obywatel zwykły, tylko obywatel nadzwyczajny, czego konsekwencją jest zachowanie organów władzy i prokuratury odbiegające, w naszej ocenie, od standardów – tłumaczy Jacek Dubois i dodaje: – Przedstawiciele władzy, nie znając akt sprawy, przesądzili publicznie o niewinności osoby, której dotyczy podejrzenie popełnienia przestępstwa,  próbowali tym samym wpłynąć na organa prokuratury, chcąc im narzucić pewną decyzję.

Po drugie, doszło do spotkania prokuratora generalnego z Jarosławem Kaczyńskim po przesłuchaniu pana Birgfellnera. Mecenasi podkreślają, że to Jarosław Kaczyński jest tu osobą, która w ostateczności decyduje.

Po trzecie, doszło do wycieku akt postępowania, które otrzymali dziennikarze zbliżeni ze stroną rządową, którzy podjęli próbę zdyskredytowania Austriaka w oczach opinii publicznej. W opinii pełnomocników doszło też do próby manipulacji protokołem z zeznań.

Kolejnym zarzutem wobec prokuratury jest próba wywołania efektu mrożącego, czyli zniechęcenia do dochodzenia swoich praw: – doszło do sytuacji, kiedy wobec naszego klienta została nałożona kara grzywny, mimo że usprawiedliwił on swoją nieobecność. Dodatkowo prokuratura wydaje komunikaty w sposób jednoznacznie uderzający w naszego klienta i opierając się na nieprawdziwych informacjach, które musimy prostować – dodaje mecenas Dubois.

Prokuratura odpowiada

Na skutek powyższych zdarzeń w zeszłym tygodniu mecenas Roman Giertych złożył wniosek o odsunięcie prokurator prowadzącej od sprawy. Według mec. Giertycha prokuratura próbowała w zapisie zeznań zawrzeć wypowiedzi, które nie zostały wypowiedziane przez świadka, mimo wyraźnego sprzeciwu zarówno Geralda Birgfellnera, jak i pełnomocników.

Zdaniem prokuratury to właśnie mecenas Roman Giertych próbował zmieniać treść zeznań biznesmena.

Jak powiedział wczoraj rzecznik warszawskiej prokuratury okręgowej prok. Łukasz Łapczyński, wniosek pełnomocnika Austriaka „nie zawierał żadnych racjonalnych przesłanek, które uzasadniałyby stronniczość prokuratora, miał czysto polemiczny charakter, a analiza nagrań bezsprzecznie wykazała, że przesłuchanie było prowadzone prawidłowo” – podała Polska Agencja Prasowa.

– Co do słów prokuratury na temat pana mec. Giertycha, to rozważa on możliwość wszczęcia postępowania o naruszenie dóbr osobistych, ponieważ było to ewidentne nadużycie – komentuje mec. Dubois.

Na pytanie, czy wobec takiej postawy prokuratury mecenasi nie obawiają się próby niedopuszczenia przedstawiciela ambasady Austrii do sprawy, mec. Jacek Dubois odpowiada: – Prokuratura jest samodzielnym gospodarzem, ale ambasada ma obowiązek dbania o swojego obywatela, powinna ocenić zatem, czy jego prawa są należycie reprezentowane, gdyby się okazało, że dochodzi do dyskryminacji obywatela austriackiego w Polsce, to ambasada ma odpowiednie narzędzia dyplomatyczne, z których prawdopodobnie skorzysta.

Najbliższe przesłuchanie Geralda Birgfellnera w sprawie tzw. taśm Kaczyńskiego odbędzie się w czwartek 28 lutego, następne dzień później. Na razie nie wiadomo, jaką decyzję w tej sprawie podjęła ambasada.

Morawiecki na wykopie, antysemita Kukiz i Kaczyński szukający swoich Zaleszczyk

25 Lu

„No to się doczekaliśmy. Będą sprawdzać na nowo historię pod kątem kto Żyd, a kto nieŻyd. Ale wszyscy będą zapewniać, że nie ma u nas antysemityzmu. Wpis Kukiza podkreślając żydowskość sprawców sugeruje, że zabójcy Nila zabili nie dlatego, że byli złymi ludźmi, stalinowskimi zbrodniarzami, ale dlatego, że byli Żydami” – napisał Michał Szułdrzyński z „Rzeczpospolitej”. To reakcja na najnowszy wpis Pawła Kukiza na Twitterze: – „Dziś 66 rocznica zamordowania Augusta Fieldorfa „Nila”. Na karę śmierci skazany został przez „sąd” pod przew. Żydówki Marii Gurowskiej, córki Moryca i Frajdy z Eisenmanów. W składzie „sędziowskim” było jeszcze dwóch Żydów – Emil Merz i Gustaw Auscaler”.

Internauci zareagowali blokowaniem Kukiza i zgłaszaniem jego wpisu do administratorów Twittera. – „Z wielką przyjemnością pana blokuję, pan jest obrzydliwym antysemitą! narodowość sędziów niczego nie wyjaśnia, oni czuli się polskimi komunistami, więc podkreślanie ich narodowości, nie przekonań ideologicznych, służy wzbudzaniu nienawiści rasowej i rozgrzeszaniu tej ideologii” – napisał na Twitterze jezuita Krzysztof Mądel.

Chcę, żebyś wiedział, że zgłosiłam tego twiita, jest nienawistny i antysemicki. Wstyd mi, że ktoś taki jest posłem”; – „Człowieku, toż to antysemityzm w najczystszej postaci. Nie jesteś anonimowym trollem, myśl, co piszesz! Za to jest odpowiedzialność! I tacy właśnie przynoszą potworny wstyd krajowi”; – „Serio pan przeprosił za wprowadzenie narodowców do sejmu czy po prostu zawsze podzielał pan ich antysemityzm? Obrzydliwy wpis” – pisali oburzeni.

Niektórzy sugerowali, że polityk znowu „utracił kontrolę nad kontem”, o czym w artykule „Kukiz popłynął, bo „piątkowa noc” przejęła jego konto na Twitterze. – Panie Kukiz, jest niedziela, a pan znów stracił kontrolę nad kontem? Chłopie, ogarnij się, piątek był przedwczoraj. A na poważnie – to jest haniebne. Ci ludzie byli komunistami i ich pochodzenie nie miało tu żadnego znaczenia. Byli ateistycznymi komunistami”; – „Przed robieniem wpisów na tt nie pijemy C2H5OH, nie palimy żadnych Kasiek, Marysiek czy Zosiek i myślimy, myślimy myślimy”.

Od dwóch dni programy informacyjne TVP wręcz prześcigają się w wychwalaniu złożonych przez PiS w sobotę kosztownych obietnic wyborczych. Wcześniej o propozycjach partyjnych mówiono „piątka Morawieckiego” – teraz stosowane jest określenie „piątka Kaczyńskiego”.

Internauci różnie to tłumaczą: – „Zaczęli wmawiać ciemnemu ludowi, że kryształowy deweloper to ich dobrodziej i dobroczyńca”; – „Piątka Morawieckiego magicznie zmieniła się w Piątkę Kaczyńskiego. Albo Morawiecki przestał być dla elektoratu wiarygodny, albo za bardzo urósł i prezes go wyrównuje do poziomu podnóżka”; – „Wydaje mi się, że to raczej próba poprawienia wizerunku naczelnika”; – „Piątka Kaczyńskiego jest po, by przykryć taśmy Kaczyńskiego”.

Co do jednego natomiast są zgodni – rzeczona „piątka” to rozdawanie przez PiS naszych wspólnych pieniędzy: – „Za Piątkę Kaczyńskiego zapłacą pracujący Polacy 3 pokolenia do przodu”. Internauci zwracali też uwagę na brak w składanych przez PiS obietnicach jednego ze sztandarowych programów: – „Spytajcie, ile developer Kaczyński wybudował mieszkań 500+?”.

Coraz częściej mówi się, że dzisiaj, w przededniu wyborów do europarlamentu, PiS znajduje się w głębokim kryzysie. Trwa walka o wpływy i władzę.

Czuje to na własnej skórze Morawiecki, który nigdy nie był tak bliski utraty swego stanowiska. Od dawna wiadomo, że jest on solą w oku Zbigniewa Ziobry, który wykorzysta każdą sytuację, by zminimalizować wpływy premiera w partii. Morawiecki podpadł Jarosławowi Kaczyńskiemu za konferencję bliskowschodnią, o której ponoć prezes dowiedział się, gdy już nie można było sprawy odkręcić. Dla Kaczyńskiego było to złamanie zasady, według której nic nie może się dziać bez jego wiedzy i zgody.

Na zwołanym w trybie pilnym spotkaniu w cztery oczy z prezesem, 15 lutego, Morawiecki zwalił całą winę na Jacka Czaputowicza, który przyjechał z tym pomysłem z USA, zauroczony kolacją z   sekretarzem stanu Mikiem Pompeo i obietnicą, że w zamian za szczyt, amerykanie większą liczebność swoich wojsk, stacjonujących w Polsce. Oczywiście, Pentagon zaprzecza takim ustaleniom.

Najbliżsi współpracownicy Kaczyńskiego nie ukrywają, że z Morawieckim im nie pod drodze. Nawet Jarosław Gowin, do tej pory jeden z jego najwierniejszych stronników, coraz częściej przebąkuje, że Morawiecki jest obciążeniem dla obozu zjednoczonej prawicy. Premier może liczyć już chyba tylko na ministra Glińskiego, ale i on ma coraz niższe notowania w partii. Jego posunięcia w okresie przedwyborczym, związane chociażby z Europejskim Centrum Solidarności czy muzeum Polin, oceniane są negatywnie. Politycy PiS nie ukrywają, że właśnie teraz niepotrzebne jest wzniecanie kolejnych konfliktów, bo może to się odbić na wynikach wyborczych.

W czasie rozmowy z dziennikarzem „Newsweeka” polityk PiS, zajmujący dość ważne stanowisko we władzach partii przyznał, że „co chwilę wybuchają afery, z których coraz trudniej wytłumaczyć się wyborcom”. Afera w KNF, wysokie pensje w NBP, afera z chrześniakiem Adama Lipińskiego, zatrzymanie Bartłomieja M., taśmy Kaczyńskiego. Rzeczywiście trochę dużo tego w ostatnim czasie.

Tak więc partia rządząca, ogarnięta coraz większym chaosem, prezes Kaczyński zajęty „gaszeniem pożarów”, ale wierna rzesza jego wielbicieli, śpiewając sobie „Polacy, nic się nie stało” wciąż stoi wiernie u jego boku…

Więcej >>>

Z chaosu PiS może narodzić się jeszcze większy chaos

25 Lu

W piątek 15 lutego Jarosław Kaczyński wezwał premiera na rozmowę w cztery oczy.

– Oskarżył Morawieckiego za organizowanie „irańskiego szczytu” za plecami prezesa. Powiadomił go dopiero wtedy, gdy przygotowania szły pełną parą i nie dało się odwołać szczytu – mówi ważny polityk PiS. Kaczyński, tak jak opozycja, jest przekonany, że szczyt był klapą. Polacy zapamiętają ponaglenia amerykańskich polityków dotyczące restytucji mienia żydowskiego i opinię szefa izraelskiego MSZ, że że Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki.

Według źródeł „Newsweeka” po raz pierwszy, odkąd Morawiecki objął funkcję, jego premierostwo wisiało na włosku. W PiS krążyły nawet nazwiska następców – minister pracy Elżbiety Rafalskiej, szefa MSWiA Joachima Brudzińskiego i marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego.

Co sprawiło, że polityka tak radykalnie zmieniła swoje oblicze w ostatnich latach?

Prawicowe media donosiły o naradzie na Nowogrodzkiej, podczas której najbliżsi współpracownicy Kaczyńskiego mieli zażądać głowy premiera.

Morawiecki bronił się, zwalając winę na Jacka Czaputowicza. Powiedział Kaczyńskiemu, że to szef MSZ przywiózł pomysł szczytu z USA, zauroczony, że mógł spotkać się tam na kolacji z sekretarzem stanu Mikiem Pompeo. Kalkulacja była taka, że w zamian za szczyt w Warszawie Amerykanie zwiększą liczbę swoich żołnierzy w Polsce.

Jednak Pentagon wydał komunikat, że żadne ustalenia na razie nie zapadły.

– Wokół premiera do tego stopnia zrobiło się pusto, że nawet jego najbliższy stronnik Jarosław Gowin zaczął rozpowiadać wśród swoich ludzi, że Morawiecki jest obciążeniem dla Zjednoczonej Prawicy – opowiada polityk PiS. Przy Morawieckim, który nie zbudował w PiS własnej frakcji, trwa właściwie tylko wicepremier i minister kultury Piotr Gliński. Ale taki sojusznik to raczej osłabienie niż wsparcie. Nie dość, że Gliński ma słabiutką pozycję w partii, to w PiS są na niego wściekli, bo zamiast u progu kampanii wyborczej zamykać konflikty, Gliński generuje kolejne. Najnowsze dotyczą Europejskiego Centrum Solidarności nieprzedłużenia kontraktu dyrektora Muzeum Historii Żydów Polskich Polin.

Na trzy miesiące przed eurowyborami, które będą przygrywką do jesiennej walki o utrzymanie władzy, w PiS zapanował największy chaos w historii partii.

– Co chwilę wybuchają afery, z których coraz trudniej wytłumaczyć się wyborcom – mówi mój rozmówca z władz PiS. Po aferze w KNF trzeba było świecić oczami za wysokie pensje w NBP, którym zarządza Adam Glapiński, jeden z najbliższych ludzi Kaczyńskiego od czasów jego pierwszej partii Porozumienia Centrum. Później były afera z chrześniakiem wiceprezesa PiS Adama Lipińskiego, który zdaniem kontrolerów w KGHM – próbował ustawiać przetargi w kombinacie. Do tego doszło zatrzymanie byłego szefa gabinetu politycznego Antoniego Macierewicza Bartłomieja M. A jakby tego było mało, wybuchła afera z taśmami Kaczyńskiego, którego austriacki biznesmen oskarżył o oszustwo. Te nagrania uderzyły w samo serce PiS, czyli w wizerunek prezesa.

Kaczyński, który do tej pory kontrolował wszystko w partii, całe godziny spędza na naradach, jak wybrnąć z kryzysu taśmowego.

Oswajamy kłamstwo, więc słowa prawdy brzmią jak objawienie

Młody chłopak zawiadomił policyjny patrol, że w pobliżu ktoś zasłabł – i dzięki szybko podjętym działaniom ratunkowym człowiek został uratowany.  Wydarzenie to stało się trzydniową sensacją medialną.  Trwały zakrojone na szeroką skalę poszukiwania trzynastolatka, którego media obwołały bohaterem. – Gdzie jesteś, bohaterski chłopcze? – pytała trzeźwa na ogół stacja TVN, pompując to wydarzenie przez kilka dni w każdym niemal dzienniku. Poszukiwany nastolatek w końcu sam zgłosił się na policję, gdzie zachwycano się nim z infantylnie namolnym zacięciem, nie zważając na zażenowanie chłopaka, który wyraźnie nie pojmował przyczyn tej nadzwyczajnej fety.

Rozumiem sens promowania działań ratujących ludzi w potrzebie. Doceniam dokonanie młodego człowieka, a także jego rodziców, którym tak wcześnie udało się wpoić synowi odruchy empatii. Jestem po jego stronie, ale nie pojmuję powodów, dla których poszukuje się chłopaka prawie jak listem gończym, ciąga się go po komendach i zmusza do występów przed kamerami. Uważam, że karykaturalnie nadmuchane zdarzenie było w gruncie rzeczy banalne: ktoś był świadkiem zagrożenia, więc odpowiednio zareagował, zgłosił co trzeba komu należało i wrócił do swojego życia. Nie pojmuję, dlaczego naturalny ludzki odruch stał się nagle zachowaniem niezwykłym i czemu kontakt z policją w wolnym na poły kraju ma być czynem bohaterskim.

To prawda, że wraz ze schamieniem obyczajów tracimy empatię i stajemy się bardziej nieczuli na kłopoty, problemy i dramaty innych ludzi. Te same media, które pieją z zachwytu nad normalną reakcją przyzwoitego człowieka, codziennie informują o przypadkach braku reakcji na zagrożenia bliźnich. Widzimy przechodniów, którzy obojętnie mijają nieprzytomnego człowieka, i słyszymy wyjaśnienie, że to pewnie pijak. Przybywa przypadków nieudzielenia pomocy ofiarom wypadków. Ale przecież nobilitowanie zachowań zwyczajnie przyzwoitych prowadzi wprost do konstatacji, że ominięcie leżącego na ulicy człowieka jest postępowaniem naturalnym i akceptowalnym.

Były w naszej historii czasy, kiedy wręczano kwiaty (i nie tylko) urzędniczce w nadziei, że zrobi co do niej należy nie obrażając nas przy okazji, a we wszechobecnych „książkach skarg i wniosków” pełno było zachwytów nad poprawnym wykonaniem usługi i przyzwoitym zachowaniem obsługi.  Czy przyjdzie nam znowu dziękować motorniczemu, że nie przytrzasnął nas w drzwiach tramwaju? Żyjemy w czasach szalonej rewolty, która swoim zasięgiem objęła również język. Przenicowane słowa zamieniają się znaczeniami. „Demokracja” oznacza dziś autorytaryzm. „Prawo” to sprawiedliwość dla swoich i parasol ochronny nad własnymi przekrętami. „Prezent Prezesa dla emerytów” jest zwykłą łapówką fundowaną wyborcom za ich własne pieniądze.  „Uczciwy” staje się ten, kto uczciwie zapowiada, że sprzeniewierzy mandat uzyskany w wyborach i przekaże go komuś innemu.  A „bohater” to co najwyżej człowiek, który nie czyni zła.

Do niedawna bohaterem był ten, który odznaczył się niezwykłymi czynami, męstwem, pomocą i ofiarnością wobec innych ludzi, który dla dobra innych nie wahał się zaryzykować własnego bezpieczeństwa.  Dzisiaj bohaterem walki z komuną nie jest bojownik o demokratyczną Polskę prześladowany, ścigany i latami więziony, tylko ten, który złe czasy przesiedział u mamy z kotem na kolanach.  Nie są już w cenie walczący o społeczne dobro, tacy jak „wybuczany” z historii Władysław Bartoszewski, czy wygumkowany przez hierarchów ksiądz Lemański. Więcej względów należy się księdzu Jankowskiemu, który po wyeliminowaniu rzeczywistych bohaterów z konieczności stał się ikoną obecnej „Solidarności”, chociaż bez wątpliwości był konfidentem SB i z całą pewnością skrzywdził wiele dzieci.

Przywykamy do chamstwa, więc każda wypowiedź bez inwektyw zdaje się nam wykwitem wyższej kultury. Oswajamy kłamstwo, więc słowa prawdy brzmią jak objawienie. Naturalna reakcja pomocy człowiekowi w potrzebie staje się wydarzeniem nadzwyczajnym. Czy ludzi prawdomównych, uczciwych i zwyczajnie przyzwoitych zaczniemy niedługo obwozić po jarmarkach?