Tag Archives: Renata Grochal

Marszałek Senatu prof. Grodzki: „Polek i Polaków nie da się stłumić próbami wtłoczenia w ramy jednej, sztywnej, czasem dziwacznej ideologii. Przekonali się o tym komuniści i przekonają wszyscy, którzy podejmują takie próby”

14 List

Całość orędzia marszałka Senatu prof. Tomasza Grodzkiego.

– Senat będzie wykonywał przypisane sobie obowiązki w taki sposób, aby przekonać Państwa, że jest możliwe uprawianie politycznego sporu w sposób przyzwoity, normalny, bez wzajemnej niechęci czy nienawiści, mając za cel tylko i wyłącznie służbę narodowi. Będziemy przyjmować ustawy sejmowe i jeśli uznamy je za dobre, to uchwalimy. Jeśli będą wymagały poprawek, to poprawimy i odeślemy do Sejmu. Będę także oczekiwał od Senatu tworzenia własnych ustaw, które po uchwaleniu zgodnie z dobrymi praktykami legislacyjnymi będziemy przesyłać do Sejmu jako inicjatywy senackie. Jeśli ktoś by się obawiał, że Senat będzie narzędziem do blokowania Sejmu, jest w całkowitym błędzie – stwierdził marszałek Senatu Tomasz Grodzki w orędziu wygłoszonym na antenie TVP. Poniżej pełny tekst wystąpienia.

*****

Wierzę, że stojąc w służbie prawdy, wyborcy powinni mieć pełne prawo do wiedzy na temat pracy najważniejszych instytucji naszego kraju, dlatego jest mi miło poinformować Państwa, że Senat RP X kadencji wybrał swoje władze i przystąpił do pracy. W tej kadencji naród w swej zbiorowej mądrości zdecydował, że w Sejmie przewagę będzie miał obóz rządzący, a w Senacie opozycja, czy raczej demokratycznie wybrana większość, złożona z pań i panów senatorów Koalicji Obywatelskiej, PSL, lewicy i senatorów niezależnych. Przywraca to w pewnym stopniu równowagę w zmaganiach politycznych, ale jednocześnie nakłada ogromną odpowiedzialność za słowa, czyny i decyzje na obie strony. Nie wolno nam zmarnować tego mandatu otrzymanego od milionów wyborców.

W Sejmie, ale także w Senacie, reprezentującym majestat Rzeczpospolitej i potęgę naszego narodu, widać wyraźnie, że siłą naszego społeczeństwa jest różnorodność, za którą idzie kreatywność i energia Polek i Polaków, których nigdy nie da się stłumić próbami wtłoczenia nas wszystkich w ramy jednej, sztywnej, czasem dziwacznej ideologii. Przekonali się o tym komuniści i przekonają wszyscy, którzy podejmują takie próby, skazane na niepowodzenie w krótszym lub dłuższym czasie.

Jedynym sposobem na harmonijny rozwój Polski jest przyjęcie założenia, że wszyscy Polacy są równi, niezależnie od ich charakteru, przekonań czy rasy. Wszyscy mają równe prawa, ale i obowiązki wobec Ojczyzny. Nikomu nie wolno dzielić ludzi na lepszych czy gorszych, gdyż przeczy to szacunkowi dla przyrodzonej godności człowieka. Tylko wtedy, gdy spowodujemy, że wszyscy będziemy czuli się w naszym pięknym kraju szczęśliwi i spokojni o swój los, będziemy mogli uwolnić ogromną energię, która drzemie w naszym narodzie i która może przekształcić się w niezwykłe osiągnięcia i dokonania. Tylko wtedy będziemy mogli zapewnić naszym dzieciom, wnukom, i nam samym bezpieczeństwo i dobrobyt.

W naszej odysei przez życie w poszukiwaniu szczęścia i spełnienia marzeń jednym idzie łatwiej, innym trudniej, niektórych ta wędrówka wyrzuca na margines a jeszcze inni muszą dźwigać czasami bardzo ciężki krzyż. I tu zaczyna się rola pokornej i służebnej, roztropnej pracy polityków. Tym z Państwa, których rozpiera siła i energia, trzeba stworzyć warunki do realizacji śmiałych projektów i wykorzystania ich kreatywności dla dobra wspólnoty. Tych, których życie doświadczyło bardziej od innych, należy wspomóc i sprawić, aby znowu uwierzyli, że marzenia mogą się spełniać. Chorym należy stworzyć sprawną i dostępną ochronę zdrowia, ubogim ochronę przed niedostatkiem, dzieciom dobrą edukację a obdarzonym zdolnościami artystycznymi możliwość tworzenia i ukazania światu ich niezwykłych dzieł. Przykłady można mnożyć, ale podaję je po to, aby pokazać, jak pojmuję tworzenie dobrego prawa, które uczyni życie Polek i Polaków łatwiejszym i prostszym. Dobre prawo ma czynić nasze życie łatwiejszym i lepszym – to jest główne zadanie dla tych, którzy to prawo tworzą.

Senat jest do tego szczególnie predysponowany zgodnie z maksymą, że jest tym ciałem konstytucyjnym, które inne władze do szlachetnych uczynków pobudza, od niecnych odwodzi a emocje studzi. Zapewniam Państwa, że uczynię wszystko, co w mojej mocy, aby korzystając z ogromnego potencjału pań i panów senatorów, wybranych przez dziesiątki i setki tysięcy wyborców, uczynić z Senatu miejsce, które będzie kuźnią najlepszego prawa, w którym będą królowały szacunek, przyzwoitość, praworządność, honor, prawda i normalna praca merytoryczna, zaś nie będą miały wstępu obłuda, cynizm, oszustwo, kłamstwo, naginanie Konstytucji czy regulaminu Senatu.

Senat będzie wykonywał przypisane sobie obowiązki w taki sposób, aby przekonać Państwa, że jest możliwe uprawianie politycznego sporu w sposób przyzwoity, normalny, bez wzajemnej niechęci czy nienawiści, mając za cel tylko i wyłącznie służbę narodowi. Będziemy przyjmować ustawy sejmowe i jeśli uznamy je za dobre, to uchwalimy. Jeśli będą wymagały poprawek, to poprawimy i odeślemy do Sejmu. Będę także oczekiwał od Senatu tworzenia własnych ustaw, które po uchwaleniu zgodnie z dobrymi praktykami legislacyjnymi będziemy przesyłać do Sejmu jako inicjatywy senackie. Jeśli ktoś by się obawiał, że Senat będzie narzędziem do blokowania Sejmu, jest w całkowitym błędzie.

Pochodzę ze Szczecina, miasta nigdy nie zdobytego, które najdłużej w swojej historii było stolicą potężnego księstwa pomorskiego, zaś po wojnie zostało zasiedlone przez odważnych, kreatywnych ludzi ze wszystkich stron Polski. Ci ludzie, zachowując szacunek dla swoich tradycji i obyczajów, stworzyli unikalną mieszankę, nauczyli się wzajemnej tolerancji, szacunku i wspólnego pielęgnowania ducha wolności, który unosi się nad tym miastem w sposób niezwykły, zapewniając Szczecinowi znaczące miejsce w historii walk o wolną, demokratyczną Polskę. Jestem lekarzem, który na swojej drodze spotykał zarówno chorych, których piękno umysłu czy ciała onieśmielały, jak i takich, których los zepchnął w otchłań beznadziei i upadku. Przysięga Hipokratesa i generalnie zasady etyki lekarskiej zobowiązują nas do leczenia wszystkich wg najlepszej wiedzy niezależnie od ich wyglądu, rasy, koloru skóry, poglądów czy rodzaju choroby. Dobrze jest te zasady podchodzenia z szacunkiem do wszystkich razem i każdego z osobna przenieść na normalne życie, w tym na politykę.

Senat RP z oczywistych względów nie zajmuje się leczeniem w rozumieniu medycznym, ale stanowiąc dobre, mądre prawo, tworzone z myślą o uczynieniu losu milionów Polek i Polaków lepszym czy znośniejszym, może istotnie przyczynić się do uzdrowienia Polski, dotkniętej wieloma problemami, z których najgorszy chyba polega na zatruciu naszych wzajemnych relacji wirusem wzajemnej niechęci i głębokich podziałów między rodakami, które wydają się nie do zniwelowania. Ale pragnę zapewnić, że każda choroba, nawet najcięższa, zwłaszcza jeśli jest mądrze leczona, kiedyś się kończy, czasami szybciej niż ktokolwiek by przypuszczał, czego Państwu i sobie życzę, gdyż przyszłość nie potrzebuje strachu, tylko wymaga natchnienia, wizji i wiary w potęgę naszego wspaniałego narodu.

Schetyna o prawyborach prezydenckich: Jest kilku chętnych samorządowców, prezydentów. Kidawa-Błońska faworytem

– Na pewno jest kilku chętnych samorządowców, prezydentów. Zobaczymy. 19 [listopada upływa termin]. Nie wiem, dlatego że sprawa jest otwarta i proszę też mnie dobrze zrozumieć. Informacja, którą otrzymaliśmy, o której się mówi, że marszałek Kidawa-Błońska chce kandydować, to nie ośmiela innych kandydatów, bo wiadomo, że jej popularność pokazuje jej pozycję, tzn. że jest faworytem tych prawyborów i to nie nastawia innych optymistycznie, ale jestem przekonany, że będą inni dobrzy kandydaci – stwierdził Grzegorz Schetyna w rozmowie z Dorotą Gawryluk w programie „Wydarzenia i opinie” Polsat News.

– Na pewno jest [Małgorzata Kidawa-Błońska] faworytem i w prawyborach i jest bardzo dobrym kandydatem. Natomiast nie mogę dyskwalifikować innych, którzy zgłoszą się do wtorku, bo uważam, że jest kilka osób, które może aspirować i ma ogromne szanse w tym wyborczym wyścigu – mówił dalej przewodniczący PO.

Kidawa-Błońska o orędziu Grodzkiego: Pokazuje, że Senat może być innym miejscem, że inaczej może być tam uprawiania polityka

To orędzie [marszałka Tomasza Grodzkiego] pokazuje, że Senat może być innym miejscem, że inaczej może być tam uprawiania polityka. Nawet język tego orędzia jest inny. Odnosi się do wartości, do tego, co jest dla nas najważniejsze” – mówiła w rozmowie z Moniką Olejnik w „Kropce nad i” w TVN24 wicemarszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska z Koalicji Obywatelskiej.

Kidawa-Błońska pytana o Sikorskiego: Jesteśmy kompletnie inni, mamy inne temperamenty

Jesteśmy [z Radosławem Sikorskim] kompletnie inni. Mamy inne temperamenty. Ci, którzy mnie znają, czasami mówią, że jestem osobą spokojną, łagodną, ale ci, którzy też znają mnie dobrze, wiedzą doskonale, że jeżeli postanowię coś przeprowadzić, jestem skuteczna w tym, co robię. Dbam, żeby nie przekraczać granicy, nie obrażać ludzi, nie zrażać ich, ale przeprowadzać to, na co się zdecydowałam” – mówiła w rozmowie z Moniką Olejnik Małgorzata Kidawa-Błońska.

Kidawa-Błońska o zmianach w funduszu wsparcia: Zabierze się niepełnosprawnym, mówiąc że da się to emerytom. Znowu dzieli się społeczeństwo

To jest wielki skandal. W kampanii wyborczej obiecywano bardzo wiele – trzynastą, czternastą emeryturę. Po protestach rodzin osób niepełnosprawnych stworzono fundusz, który miał im pomagać. Obiecano bardzo dużo, stworzono budżet, w którym tych zapisów nie ma, i okazuje się, że tych pieniędzy nie ma. Zabierze się niepełnosprawnym, mówiąc że da się to emerytom. Znowu dzieli się społeczeństwo” – mówiła Małgorzata Kidawa-Błońska.

Opozycja posłała po raz pierwszy PiS na dechy

12 List

460 posłów i 100 senatorów zainaugurowało dzisiaj swoje czteroletnie prace. Obie izby wybrały marszałków, a parlamentarzyści złożyli ślubowania. Uwagę przykuły przemówienia prezydenta Andrzeja Dudy i marszałka seniora Antoniego Macierewicza, a także słowa prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego o „końcu totalnej opozycji”.

  • Marszałkiem Sejmu została Elżbieta Witek z PiS, a marszałkiem Senatu Tomasz Grodzki z KO
  • Andrzej Duda podczas orędzia w Sejmie przestrzegał, że „ryba psuje się od głowy”. – Głowa jest tutaj – zwracał się do posłów
  • Marszałek senior Antoni Macierewicz podkreślał znaczenie konstytucji i wskazał jej trzy artykuły, które uważa za „podstawę naszego ładu państwowego”
  • Barbara Borys-Damięcka relacjonowała zaproszenie Olgi Tokarczuk na pierwsze posiedzenie Senatu. Noblistka je odrzuciła
  • Wicemarszałków wybrał już Sejm. Wciąż nie zrobił tego jeszcze Senat

Marszałkiem Sejmu została posłanka PiS Elżbieta Witek, która piastowała to stanowisko od sierpnia 2019 r. Jej kandydaturę poparła zdecydowana większość – „za” głosowało 314 posłów. Z kolei marszałkiem Senatu został Tomasz Grodzki z KO, którego poparło 51 senatorów.

Andrzej Duda: ryba psuje się od głowy

Podczas inauguracji prac Sejmu orędzie wygłosił prezydent Andrzej Duda. – Proszę o język parlamentarny w debacie, proszę o taki język, który nie będzie obrażał i nie będzie nikogo urażał, bo to jest bardzo ważne – apelował prezydent.

– Poglądy można mieć i trzeba je mieć, bo jeżeli ktoś nie ma poglądów, to nie powinien tutaj zasiadać. Zasiadacie tu państwo właśnie dlatego, że te poglądy macie, one są bardzo często bardzo wyraziste, są bardzo często bardzo mocne i głębokie, niektórzy używają słowa radykalne, ale ja proszę, żeby język debaty nie był radykalny, żeby język debaty był językiem szacunku – mówił Duda.

– Każdy z państwa ma znajomych a często i rodzinę o różnych poglądach. Powinniśmy robić wszystko, żeby tych sporów, zwłaszcza tych wewnątrzrodzinnych, było jak najmniej. Czasem mówią: ryba psuje się od głowy. Głowa jest tutaj – tymi słowami prezydent zakończył swoje orędzie.

Po zakończeniu orędzia Duda podszedł do wszystkich zasiadających w pierwszej ławie liderów ugrupowań politycznych i kolejno ściskał im dłonie. Szef SLD Włodzimierz Czarzasty przypomniał mu, że nie powitał obecnego w Sejmie byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Wówczas Duda wrócił na mównicę.

– Szanowni państwo, pan poseł Włodzimierz Czarzasty zwrócił mi uwagę na to, że jest tutaj na sali z nami pan prezydent Aleksander Kwaśniewski – powiedział Duda. – Panie prezydencie dziękuję bardzo za obecność. Ona jest bardzo ważna – zaznaczył obecny prezydent.

Antoni Macierewicz: konstytucja ma trzy podstawowe artykuły

Po prezydencie przemówienie wygłosił marszałek senior Sejmu, poseł PiS Antoni Macierewicz. – Chociaż reprezentując wszystkie nurty polityczne narodu polskiego, jest ten Sejm bardzo zróżnicowany, to absolutna większość wyborców wsparła te ugrupowania, które jednoznacznie odwoływały się do wartości narodowych, niepodległościowych, katolickich – mówił Macierewicz.

– Ukształtowanie naszych instytucji państwowych, życia gospodarczego i społecznego, zgodnie z tymi wartościami, to nasze największe zadanie, jakie stoi przed obecnym Sejmem – dodał. – Odpowiedzialność spada przede wszystkim na większość rządową, bo po raz pierwszy w historii, Polacy w tak zdecydowany sposób dali jednej formacji obowiązek utworzenia jednorodnego rządu – stwierdził marszałek senior.

– Wszyscy obywatele, a zwłaszcza ci, którzy stanowią prawo, muszą szanować ustawę zasadniczą. Trzy artykuły konstytucji tworzą prawną, społeczną i moralną podstawę naszego ładu państwowego – mówił podczas inauguracji nowej kadencji Sejmu marszałek senior Antoni Macierewicz. Według Macierewicza to artykuł 8., 18. i 38. konstytucji.

Art. 8 mówi o tym, że konstytucja jest najwyższym prawem w Polsce. Art. 18 głosi, że „małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej”. Z kolei art. 38 gwarantuje zasadę ochrony życia.

Przemówienie Macierewicza przerywały okrzyki „konstytucja” z ław sejmowych opozycji.

Kaczyński: koniec totalnej opozycji

Na stanowisko marszałka Sejmu została zgłoszona tylko jedna kandydatka – Elżbieta Witek z PiS, która sprawowała już tę funkcję od sierpnia 2019 r.

Swoich kandydatów nie zgłosiło żadne z opozycyjnych ugrupowań. Przemawiający przed głosowaniem Borys Budka z Koalicji Obywatelskiej zapowiedział, że jego klub nie będzie głosował przeciw Witek. Poparcie jej kandydatury „ze względu na poszanowanie konstytucji” ogłosił również szef klubu Lewicy Krzysztof Gawkowski.

Lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz zadeklarował, że „PiS ma prawo wybrać rząd i wybrać marszałka (…) szanując werdykt i wierząc, że jest możliwa lepsza debata i lepsza Polska poprzemy kandydaturę Elżbiety Witek”. Jakub Kulesza z Konfederacji zapowiedział, że jego koło decyzję o poparciu Witek uzależnia od tego, czy otrzyma stanowisko wicemarszałka Sejmu.

Na te deklaracje polityków opozycji zareagował prezes PiS Jarosław Kaczyński, który poprosił marszałka seniora o udzielenie mu głosu. – Z wielką radością wysłuchałem oświadczeń (opozycyjnych – red.) partii i koła. Podsumowałbym to tak: koniec opozycji totalnej. Jeśli tak będzie, to będzie to wielki postęp. Będzie to zmiana, której oczekuje polskie społeczeństwo – powiedział prezes PiS.

– Bardzo proszę, żeby to były nie tylko słowa, ale i czyny – zwrócił się do opozycji Kaczyński.

– Przemówienia zawierały jednak elementy, z którymi nie możemy się zgodzić. Większość ma prawo rządzić i realizować swoją agendę. To jest oczywiste i oczywiste jest także to, że klubem, który ma najwięcej reprezentantów w Senacie, jest PiS i z tego powinny być wyciągnięte pewne wnioski – mówił szef partii rządzącej.

Ostatecznie za kandydaturą Witek na marszałka Sejmu głosowało 314 posłów. Przeciw było 11, a wstrzymało się 134.

Wicemarszałkami Sejmu zostali: Włodzimierz Czarzasty (Lewica), Małgorzata Gosiewska (PiS), Małgorzata Kidawa-Błońska (KO), Ryszard Terlecki (PiS), Piotr Zgorzelski (PSL).

Czołowe kluby parlamentarne wybrały również we wtorek swoich przewodniczących. Szefem klubu PiS został Ryszard Terlecki, a KO – Borys Budka.

Katarzyna Piekarska po rozmowie z prezesem PiS: byłam zaskoczona

Tokarczuk odrzuca zaproszenie, ale przesyła „mnóstwo dobrej energii”

O godz. 16 rozpoczęło się pierwsze posiedzenie Senatu nowej kadencji. Również w tej izbie zainaugurował je prezydent Andrzej Duda. – Cieszę się, że w Senacie dzisiaj jest reprezentowane tak szerokie spektrum polityczne, prawie tak szerokie, jak w polskim Sejmie – oświadczył Duda. Jak podkreślił „wierzy w to, że to będzie dobra kadencja”.

Prezydent, zapewniając senatorów o swojej otwartości na dyskusję i rozmowy z nimi, życzył im spokojnej i merytorycznej pracy, a także „jak najmniej napięć i jak najwięcej satysfakcji ze służby dla Rzeczpospolitej”. – Chciałbym, żeby pewne obyczaje, które tutaj zawsze w Senacie były, przetrwały i żeby różnego rodzaju gorszące sytuacje się tutaj nie zdarzały – dodał.

Po Dudzie przemawiała marszałek senior Barbara Borys-Damięcka. – Ta dziesiąta kadencja daje szansę i możliwość wszystkim senatorom zrealizowania tych szczytnych celów, bo nie wolno nam zapominać z czyjego wyboru znaleźliśmy się w tych lawach. To nie partie, rząd czy ślepy traf nas wybrał. Wybrali nas obywatele miast, miasteczek, wsi, osiedli, gmin i to są nasi przełożeni, którzy nam zaufali – mówiła Borys-Damięcka.

– Postanowiłam zaprosić na dzisiejsze posiedzenie Olgę Tokarczuk. Zadzwoniłam do niej. Niczego nie obiecała, ale poprosiła o chwilę zastanowienia – relacjonowała Borys-Damięcka w swoim inauguracyjnym przemówieniu.

– Następnego dnia dostałam SMS-a. „Szanowana Pani, nie chcę przeszkadzać, dzwoniąc w niedzielę. Nie będę mogła przyjechać do Warszawy. Piszę mowę noblowską i mam mnóstwo zobowiązań. Przesyłam mnóstwo dobrej energii Senatowi” – opowiadała marszałek senior. Tokarczuk swoją nieobecność uzasadniła również jej zbliżającym się wyjazdem do Francji.

Senatorowie wybrali marszałka

Po przemówieniu Borys-Damięcka zarządziła przerwę na zgłaszanie kandydatur na marszałka Senatu. W jej trakcie troje senatorów niezależnych – Krzysztof Kwiatkowski, Wadim Tyszkiewicz i Lidia Staroń – ogłosiło utworzenie swojego własnego koła.

– W sprawach merytorycznych, dotyczących ustaw decyzje mają być efektem wcześniej przeprowadzonej wewnętrznej dyskusji – zaznaczył Kwiatkowski. Natomiast w sprawach personalnych senatorowie niezależni mają głosować „zgodnie ze swoim sumieniem”. Poinformował też, że pracami koła pokieruje senator Lidia Staroń.

Głosowanie na marszałka Senatu odbywało się na podpisanych imieniem i nazwiskiem kartach. Znajdowało się na nich dwóch kandydatów – zgłoszony przez PiS Stanisław Karczewski i zgłoszony przez KO Tomasz Grodzki. Ostatecznie Grodzki otrzymał 51 głosów, a Karczewski – 48. Jeden z senatorów się wstrzymał.

Grodzki triumfuje, ale nie chce rewanżu

– Panie i panowie senatorowie, to jest zwycięstwo demokracji – powiedział Grodzki w wystąpieniu tuż po głosowaniu. Mówiąc te słowa, uniósł w górę obie ręce, robiąc jednocześnie palcami znak „V”.

– Wznoszę ten gest w chwili triumfu, ale nie mojego. Tę funkcję przyjmuję z wielką pokorą i poczuciem ogromnej odpowiedzialności. Wznoszę ten gest jako przypomnienie czasów, kiedy zwycięstwo było możliwe dzięki „Solidarności”, dzięki wielkiej woli całego narodu – powiedział.

Zaznaczył, że przybywa ze Szczecina, który jest „zasiedlony przez odważnych ludzi”, który „tworzą mieszankę unikalną w skali naszej ojczyzny”. – Gdzie nauczyliśmy się, że można, szanując siebie nawzajem, utrzymywać swoje tradycje, żyć w zgodzie, budując dobrobyt zachodnich rubieży Rzeczpospolitej – mówił nowy marszałek Senatu.

Chwilę później Grodzki wspólnie z szefem PO Grzegorzem Schetyną rozmawiał na parlamentarnym korytarzu z dziennikarzami. – Pogłoski o tym, że PiS ma nie dostać stanowiska w prezydium Senatu, są nieprawdzwie – zapewniał nowy marszałek. – Pojęcie rewanżyzmu jest nam obce – zapowiadał.

Od dziś PiS ma Sejm, a opozycja Senat. Za kandydaturą Tomasza Grodzkiego na marszałka Senatu zagłosowało 51 ze stu senatorów. To oznacza, że pakt senacki działa. Grodzkiego poparli wszyscy senatorowie KO, PSL i SLD, a także trzech senatorów niezależnych, czwarta z nich – bliska PiS Lidia Staroń wstrzymała się od głosu. Po tym głosowaniu politycy PiS mogą sobie powiedzieć, że łatwiej już było.

PiS nie udało się przeciągnąć żadnego z opozycyjnych senatorów na swoją stronę, chociaż próby korupcji były wyjątkowo bezczelne. Senator Robert Dowhan, tłumacząc dziennikarzom, dlaczego nie przyjął stanowiska ministra sportu w rządzie PiS, mówił, że musiałby wynieść wszystkie lustra z domu. To była jasna demonstracja stosunku do PiS i komunikat, że nie wszystko jest na sprzedaż.

Być może senatorowie obawiali się pójść na układ z PiS, bo wybory do Senatu odbywają się w okręgach jednomandatowych, a 13 października wybór był jasny – PiS albo antyPiS. Trudno byłoby im wytłumaczyć swoim wyborcom, dlaczego nagle przechodzą na drugą stronę. Z pewnością partii rządzącej nie pomogło to, że głosowanie było jawne, a nie anonimowe. Jednak PiS wpadło we własne sidła, bo to na jego wniosek w minionej kadencji zniesiono tajność głosowań. Powodem był fakt, że senatorowie PiS nie poparli wniosku o uchylenie immunitetu partyjnemu koledze Stanisławowi Kogutowi, co rozwścieczyło Jarosława Kaczyńskiego. A może po prostu siła przyciągania PiS maleje, bo chociaż partia ta wygrała wybory, to wygrana była znacznie poniżej oczekiwań, a Senat PiS właśnie straciło.

Stanowisko marszałka Senatu to pierwszy realny sukces opozycji od czterech lat. Opozycyjna większość w izbie wyższej nie zablokuje parlamentarnej maszynki PiS, ale ją spowolni. Senatorowie mają miesiąc na rozpatrzenie ustawy, nie będzie więc przepychania ustaw po nocy, jak w poprzedniej kadencji. To szansa na przywrócenie demokratycznych standardów oraz powagi chociaż w jednej izbie parlamentu. Tomasz Grodzki już zapowiedział zresztą, że jako marszałek będzie bardzo skrupulatnie przestrzegał regulaminu.

Ale nie tylko dlatego Senat w rękach opozycji będzie oznaczał trudniejsze życie dla PiS. Za kilka miesięcy parlament wybierze nowego Rzecznika Praw Obywatelskich. Wybór Sejmu musi zatwierdzić izba wyższa. Już dziś wiadomo, że PiS będzie musiało dogadać się z opozycją i powołanie na to stanowisko biernego, miernego, ale wiernego kandydata, wygodnego dla partii rządzącej, będzie niemożliwe.

Senat, który do tej pory był uznawany za izbę zadumy i refleksji, stanie się w tej kadencji miejscem uprawia realnej polityki. Senatorowie mają inicjatywę ustawodawczą, z której na pewno teraz będą częściej korzystać. Poza tym Senat odpowiada za kontakty z Polonią, może więc prowadzić własną dyplomację. Marszałek Senatu – obok prezydenta i premiera – może wygłaszać orędzia w TVP, a Tomasz Grodzki już zapowiedział, że zamierza z tego korzystać. To może być kanał komunikacji z wyborcami PiS.

Trzeba też jednak pamiętać, że większość opozycji w Senacie jest krucha, więc bardzo trudno będzie zachować dyscyplinę na wszystkich głosowaniach. Tym bardziej, że za każdym razem trzeba będzie przekonywać senatorów niezależnych do swoich racji.

Z punktu widzenia politycznego, wygrana w Senacie może mieć jednak znaczenie większe, niż dzisiaj się wydaje. Może ona poprawić morale opozycji, a jej wyborcom przywrócić wiarę w zwycięstwo. Opozycja bardzo dziś tego potrzebuje, bo rewolucję PiS mogą zatrzymać w najbliższym czasie tylko wygrane wybory prezydenckie.

Tomasz Grodzki dla Newsweeka: „Mam nadzieję, że staniemy się przyczółkiem normalności, przyzwoitości”

Skończyły się czasy, gdy Jarosław Kaczyński czuł się w Sejmie komfortowo, bo dysponował stabilną większością. W tej kadencji większość PiS zależy od humorów Jarosława Gowina i Zbigniewa Ziobry. A narodowcy i lewica zadbają o to, żeby komfort prezesa się skończył 

  • Wcale nie jest tak, że w tym Sejmie PiS może rządzić samodzielnie. Sojusznicze partie Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina się wzmocniły i szachują Kaczyńskiego tym, że bez nich nie ma większości
  • Przez lata Kaczyński próbował rozbijać narodową prawicę, by nie stanowiła konkurencji dla PiS. Tym razem się nie udało — do Sejmu weszła Konfederacja, która będzie atakować PiS prawicowymi i prorosyjskimi hasłami
  • Kaczyński przestanie nadawać ton debacie światopoglądowej, w której naprzeciw Konfederacji stanie wracająca do Sejmu lewica
  • Jeśli opozycja utrzyma kontrolę nad Senatem, będzie mogła sypać piach w tryby PiS

W kampanii wyborczej obóz władzy złożył szczodre obietnice i wprowadził nowe programy socjalne. 500 plus na pierwsze dziecko, 13. i 14. emerytura to żywa, liczona w miliardach gotówka od państwa. Do tego obietnice wyższych dopłat dla rolników (to z budżetu UE) oraz drastycznego podniesienia płacy minimalnej (to na rachunek przedsiębiorców). Dlatego też nadzieje były ogromne. Liderzy PiS liczyli na ok. 270 mandatów, może nawet o kilka więcej, by móc odrzucać prezydenckie weto (do tego potrzebnych jest 276 posłów).

Nie udało się. Co prawda nikt nigdy w wyborach do Sejmu nie dostał ponad 43 proc. poparcia. Co prawda wynik PiS-u to wzrost o sześć punktów procentowych w porównaniu z rezultatem sprzed czterech lat. Co prawda partii Kaczyńskiego przybyło w ciągu kadencji niemal 2,5 mln wyborców.

Tyle, że mobilizacja elektoratu antypisowskiego doprowadziła do zniwelowania tego sukcesu. Dlatego obóz władzy uzyskał ledwie 235 miejsc w Sejmie. W dodatku układ sił w parlamencie wskazuje na to, że czasy pisowskiej sielanki — gdy Kaczyński robił na Wiejskiej, co chciał — właśnie się skończyły.

Po pierwsze, Ziobro i Gowin brykają

Po pierwsze, wcale nie jest tak, że PiS może rządzić samodzielnie. Głosy wyborców PiS zasadniczo zmieniły układ sił w obozie władzy. Sojusznicze partie Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina się wzmocniły i szachują Kaczyńskiego tym, że bez nich nie ma większości. W 235-osobowym klubie ich ugrupowania mają po 18 posłów. Oznacza to nie tylko to, że PiS nie jest w stanie rządzić bez tych dwóch partii łącznie. Nie może rządzić bez żadnej z nich.

Co to znaczy, Kaczyński przekonał się już po wyborach. Gowin bryka umiarkowanie, bo jest w sojuszu z Mateuszem Morawieckim i nie chce mu szkodzić. Ale niesiony dobrym wynikiem przypomniał sobie, że jest liberałem i zablokował planowane podwyżki składek ZUS dla lepiej zarabiających. Za to Ziobro postawił na radykalizm — rozpoczął grę obliczoną na usunięcie premiera. Skończyło się zgniłym kompromisem: rząd pozostał praktycznie niezmieniony, jedynie współpracownicy Gowina i Ziobry dostali nieco więcej władzy.

Ale tworzenie gabinetu pokazało, że główni gracze obozu władzy — Morawiecki i Ziobro — zieją do siebie czystą nienawiścią. Skoro Ziobro jest w tej kadencji mocniejszy, a i premier w nowym rozdaniu rządowym się wzmocnił, kolejne starcia są kwestią czasu. A to nie najlepiej wróży stabilności obozu władzy.

Po drugie, narodowcy szarżują

Grzegorz Braun kocha Rosję, a każde swe wystąpienie zaczyna od pozdrowienia „Szczęść Boże!”.

Braun właśnie został posłem Konfederacji, sojuszu małych partii nacjonalistycznych i ultraprawicowych. Z Sejmowej mównicy, witając się bożym przywołaniem, będzie w tej kadencji szczególnie namiętnie atakował PiS. Nie on jeden — taki będzie polityczny priorytet większości posłów Konfederacji. Za sprzedawanie Polski Amerykanom i Unii, za blokowanie zakazu aborcji, za uleganie lobby żydowskiemu.

Kaczyński przez lata dbał o to, aby nacjonalistyczna prawica nie weszła do Sejmu. Był gotowy nawet przejmować część jej ludzi (jak były szef Młodzieży Wszechpolskiej Adam Andruszkiewicz) oraz haseł (choćby w sprawie zwrotu mienia żydowskiego). Tym razem nic to nie dało. Konfederacja weszła do Sejmu i dostanie niemal 7 mln zł rocznie dofinansowania z budżetu. Dla 11 posłów, przyzwyczajonych przez lata do robienia polityki bez pieniędzy, to zasadnicza zmiana. Pieniądze scementują Konfederację, przez co Kaczyńskiemu trudno będzie wyciągać z niej posłów — tak jak to robił w minionej kadencji z ubogimi narodowcami z klubu Kukiz’15. Dlatego prezes jest wściekły — na Nowogrodzkiej trwa poszukiwanie winnych, których można byłoby obciążyć za lekceważenie rosnących notowań Konfederacji przed wyborami. W sztabie PiS panowało przekonanie, że narodowcy do Sejmu nie wejdą, dlatego zrezygnowano z wyścigu na nacjonalistyczne hasła.

Po trzecie, wraca lewica

Poprzedni Sejm był kulawy. Tak jak w Sejmach z połowy lat 90. nie było prawicy, tak w Sejmie w latach 2015-2019 wyraźnie brakowało lewicy. To znaczy, Kaczyńskiemu jej nie brakowało, stąd jego komfortowa sytuacja w Sejmie, gdzie nie stawały postulaty liberalizacji aborcji, związków jednopłciowych czy też przykręcenia śruby Kościołowi (jeśli się pojawiały, to jako projekty obywatelskie — tak było choćby z aborcją). W tym Sejmie będzie inaczej. Kaczyński przestanie nadawać ton debacie światopoglądowej, w której naprzeciw Konfederacji stanie Lewica.

Faktem jest, że lewica to bardzo różnorodne ugrupowanie. Są tam zwolennicy adopcji dzieci przez pary homoseksualne, są entuzjaści jeszcze większej pomocy społecznej, są wreszcie miłośnicy PRL. Pełna lewicowa paleta, której każdy odcień będzie dla PiS w Sejmie kłopotliwy — dlatego ten powrót do Sejmu to porażka obozu władzy.

Po czwarte, przeżyło PSL

Przez ostatnie cztery lat cała polityczna i propagandowa machina PiS zaprogramowana była na zniszczenie PSL, po to, by przejąć cały elektorat rolniczy i wiejski. Kaczyński był przekonany, że tylko wówczas zyska gwarancje trwałych rządów na lata. Efekt jest taki, że ludowcy wyszli z tej wojny silniejsi — w 2015 r. mieli 16 posłów i ledwo udało im się obronić własny klub parlamentarny, gdy PiS podkupił im ludzi. Teraz mają 30 posłów, dwa razy więcej od minimum wymaganego do utworzenia klubu.

Młody lider ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz pokazał, że potrafi podejmować trudne decyzje — jak rozbicie koalicji z PO po klęsce w wyborach europejskich. Przed wyborami sejmowymi zawarł taktyczny sojusz z Pawłem Kukizem, wziął na pokład niechcianych w PO konserwatystów i prowadził aktywną kampanię, uczestnicząc we wszystkich głównych debatach przedwyborczych. W efekcie nie tylko PSL się obroniło, ale po raz pierwszy w historii zdobyło mandaty w dużych miastach. Dziś ludowcy są silniejsi, także finansowo — dostaną rocznie niemal 8,5 mln zł. Marzenia Kaczyńskiego o wieczystej eliminacji PSL się nie ziściły.

Po piąte, utrata Senatu

Opozycja dokonała niemożliwego — obóz przeciwników PiS ma w Senacie arytmetyczną przewagę. I to mimo że zwycięzca sejmowy zawsze w Senacie miał jeszcze lepszy wynik z racji obowiązywania ordynacji jednomandatowej, faworyzującej duże ugrupowania.

Co prawda PiS wygrało, zdobywając 48 na 100 mandatów, ale partie opozycyjne mają tyle samo (Platforma 43, PSL trzy, zaś Lewica — dwa). Większość dają opozycji trzej senatorowie niezależni, którzy są kojarzeni z Platformą. Dlatego też głosami całej opozycji we wtorek marszałkiem Senatu został przedstawiciel PO Tomasz Grodzki.

Oczywiście, Senat nie ma możliwości blokowania ustaw sejmowych. Ale może je przez miesiąc poprawiać, co znacznie wydłuża prace. W ten sposób niemożliwe będą sytuacje, gdy PiS w ciągu jednego lub kilku dni przeprowadzało kontrowersyjne ustawy przez parlament.

Senat da także opozycji prawo zatwierdzenia nowego Rzecznika Praw Obywatelskich, bo znany z krytyki PiS Adam Bodnar za rok kończy kadencję. Do tego Senat wyznacza swoich nominatów do Krajowej Rady Sądownictwa i Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. No i zatwierdza wybór szefa NIK, co jest kłopotliwe dla PiS w razie, gdyby trzeba było wybrać następcę bohatera afery sutenerskiej Mariana Banasia. Ale najważniejsze jest to, że bez zgody Senatu nie da się zmienić Konstytucji.

Z przywiązywaniem wagi do opozycyjnego Senatu należy jednak poczekać. Przed pierwszym posiedzeniem politycy PiS próbowali przekupić stanowiskami kilku senatorów opozycji. Nie udało się to. Na razie się nie udało — bo PiS nie zrezygnuje z kuszenia. Dlatego też w czasie trwania kadencji może dojść do transferów i odzyskania przez PiS kontroli nad Senatem. Ten jeden element w całej układance niekorzystnych dla siebie elementów w nowym parlamencie Jarosław Kaczyński może jeszcze zmienić.

Schyłek Kaczyńskiego i Kościoła kat.

20 Paźdź

„Mamy takiego swojego Jankowskiego teraz, w naszych czasach” – oznajmiła na antenie TOK FM posłanka opozycji Joanna Scheuring-Wielgus w rozmowie Piotrem Kraśko. – „To jest ksiądz Dymer ze Szczecina, który ma powiązania ze wszystkimi politykami, od prawa po Platformę Obywatelską, a który robi rzeczy niewyobrażalne, jeśli chodzi o przestępstwa seksualne. Jest cały czas kryty przez władzę, przez polityków, przez biznesmenów ze Szczecina. Musimy o tym mówić” – oświadczyła.

O duchownym pisała także szczecińska „Gazeta Wyborcza”, ujawniając, że prokuratura wszczynała śledztwa dwukrotnie. Oba zostały umorzone. Także kilkuletni proces, do którego w końcu doszło, zakończył się uniewinnieniem duchownego.

Polityczka zapowiedziała, że w tej sytuacji powoła zespół parlamentarny, który będzie zajmować się Kościołem. – „Mogę zagwarantować, że to będzie jeden z głównych tematów, którymi się zajmę” – zapewniła.

Przy okazji nawiązała do toczącej się obecnie w Sejmie debaty na temat edukacji seksualnej, zwracając uwagę

To ona apelowała w Sejmie, by odrzucić obywatelski projekt, który zawiera kontrowersyjne przepisy. Jak mówiła w TOK FM, statystyki jednoznacznie pokazują, jak bardzo potrzebna jest w Polsce edukacja seksualna.

– „Różaniec jak kastet. Jeśli Episkopat nie wystąpi przeciwko użyciu symbolu religijnego do propagandy neofaszystowskiej, będzie to oznaczało, że sam używa tych symboli instrumentalnie i nimi pomiata” – tak jeden z internautów skomentował opublikowany przez narodowców motyw przewodni kolejnego Marszu Niepodległości. Przejdzie on ulicami Warszawy 11 listopada.

W tym roku hasłem marszu będą słowa z pieśni ku czci Matki Boskiej Częstochowskiej: „Miej w opiece naród cały”. W internecie organizatorzy umieścili plakat, który ma zachęcać do udziału w marszu. A na nim widać zaciśniętą pięść oplecioną różańcem, który do złudzenia przypomina kastet.

– „Różaniec jako kastet. Wielu moich znajomych mocno zaangażowanych katolików trafnie rozjechało już ten idiotyzm. Wobec tej oczywistej obrazy uczuć religijnych nasz Episkopat oczywiście będzie milczał (bo boi się silnych, wojowniczy jest wobec słabych), ale mi gdy na to patrzę bardziej niż reakcja, której nie będzie, po głowie chodzi dzisiejsza Ewangelia. Jezus wysyła w niej uczniów, jak „owce między wilki”. Nie jak „wilki między owce. Różnica poważna, ale nie do wszystkich, jak widać, przez te 2 tysiące lat dotarł” – napisał na swoim profilu facebookowym Szymon Hołownia.

Pomysł skrytykowała także prawicowa blogerka Kataryna. – „Ten kto wpadł na pomysł wpisania różańca w symbol „white power” bardzo brzydko się bawi” – napisała na Twitterze.

Szykuje się przewrót w PO. Młodzi posłowie chcą odebrać partię G. Schetynie. Polecam tekst Renaty Grochal w najnowszym „Newsweeku”, który już dziś można przeczytać tutaj

newsweek.pl/schetyna-strac

– „Pan Horała w Polsacie świetnie się bawi mówiąc, że ha ha pan Banaś to ma tylko zarzuty od dziennikarzy śledczych TVN ha ha ha… Tak, pan Horała przewodniczył komisji VAT” – skomentowała jedna z internautek dzisiejszy występ posła PiS.

Jednak nie po raz pierwszy ten poseł PiS zachowuje się – eufemistycznie rzecz nazywając – przedziwnie. „We francuskim Sevres Horała będzie kiedyś wzorcem bezczelnej manipulacji”.

– „Wszak naczelnik państwa, a mentor Horały powiedział kiedyś: „Nikt nam nie powie że białe jest białe a czarne jest czarne”. A chłop ufa mentorowi bezgranicznie…”; – „Swoją drogą,, jakie trzeba mieć poczucie humoru, żeby swoją partię nazwać Prawo i Sprawiedliwość, a rządy dobrą zmianą” – pisali o zachowaniu Horały internauci.

A wracając jeszcze do samego Horały. Ma on ponoć w nowym rządzie zostać ministrem infrastruktury. O takich planach pisze „Nasz Dziennik” wydawany przez fundację Tadeusza Rydzyka.

– „Do niedawna myślałem, że „krótka ławka” w PiS-ie sprawia, że nominacje na urzędy wszelakie są więcej, niż groteskowe. Przykład Pana Horały zatrwożył mnie i zasmucił. Oni tam w ogóle ławki nie mają…”; – „Dla Horały powinni specjalnie stworzyć Ministerstwo Żenady”; – „Skoro już tak się stoczyliśmy, to niech PiS powoła kilka arabów z Janowa na senatorów, żeby mieć większość. Przy ministrze Horale nikt nie zauważy, że konie głosują na cztery ręce…” – komentowali internauci.

Państwo mafijne PiS.

Elektorat PiS uwierzył, że budżet państwa ma nieograniczone możliwości. Tymczasem w gospodarce idą ciężkie czasy.

Główną przyczyną niespodziewanych sukcesów Prawa i Sprawiedliwości w ostatnich czterech latach jest gospodarka. W 2015 roku, gdy PiS przedstawiał swoje obietnice socjalne, mało kto przewidywał, że koniunktura potrwa tak długo, a gospodarka okaże się odporna na populistyczną politykę partii rządzącej. Przypomnijmy, że nawet Mateusz Morawiecki ostrzegał, że program 500+ finansowany będzie długiem, który będzie spłacać przyszłe pokolenie. Prognozy większości instytutów naukowych przewidywały, że w 2017, a najpóźniej w 2018 roku wzrost gospodarczy spadnie, zwłaszcza, że w 2016 roku przedsiębiorcy wstrzymali się z inwestowaniem.

Także wyborcy nie bardzo wierzyli, że będą pieniądze na obietnice PiS. Pod koniec 2016 roku rządząca partia miała poparcie nieco przekraczające 30 proc., a suma poparcia dla Nowoczesnej i PO wynosiła 35 proc. Słupki PiS zaczęły rosnąć, gdy okazało się, że gospodarka jest w dobrym stanie, a budżet jest stabilny mimo rosnących transferów socjalnych.

Wprawdzie rząd wycofał się z kilku pomysłów – nie było podniesienia kwoty wolnej od PIT do 8 tys. zł, przewalutowania kredytów frankowych, darmowych leków dla osób starszych, a przede wszystkim nie zostały zrealizowane szumnie zapowiadane obietnice wielkich inwestycji państwowych, ale transfery pieniężne – 500+, „trzynasta emerytura” – dały PiS-owi poparcie ponad 40 proc. elektoratu.

PiS rzecz jasna twierdzi, że utrzymujący się wysoki wzrost gospodarczy to jego zasługa, choć nie jest w stanie pokazać działań, które wzrostowi pomagały. Wprawdzie transfery socjalne pozwoliły zwiększyć konsumpcję, ale to działa tylko na krótką metę. Nie było działań propodażowych. Przeciwnie – wprowadzane regulacje przeszkadzały gospodarce (zakaz handlu w niedziele, ograniczenie działalności aptek, podatek bankowy) i zniechęcały do dłuższej pracy (obniżenie wieku emerytalnego, wypchnięcie z rynku pracy tysięcy kobiet).

Gospodarce pomogli imigranci zarobkowi – setki tysięcy przybyszów z Ukrainy, Białorusi, Nepalu i Bangladeszu. PiS na szczęście nie zrealizował zapowiedzi zamknięcia Polski na imigrację, choć też w żaden sposób jej nie sprzyjał. Napływ Ukraińców był znacznie większy, niż przewidywano, w dużej mierze na skutek wojny w tym kraju. Azjaci zostali ściągnięci przez przedsiębiorców, który odczuwali brak rąk do pracy. Bez fali imigrantów wzrost gospodarczy byłby o jakiś 1 punkt procentowy niższy, gorsza byłaby sytuacja ZUS i budżetu.

Polska jako kraj o niższych kosztach pracy jest beneficjentem outsourcingu – przenoszenia fabryk i centrów usługowych z państw bogatszych. Dlatego choć u naszego najważniejszego partnera handlowego – Niemiec – zaczyna się recesja, w Polsce gospodarka wciąż rośnie. Podobnie było w czasie głębokiej recesji 2009 roku. Korporacje, szukając oszczędności, przesuwały produkcję do krajów tańszych, między innymi Polski.

Nie ma jednak możliwości, by utrzymał się wysoki wzrost, gdy jedynym jego motorem jest konsumpcja. Działania rządu są nieprzyjazne dla biznesu – wkrótce większość przedsiębiorców płacących VAT obejmie mechanizm podzielonej płatności, co ograniczy ich płynność. Mogą też stracić swoje przedsiębiorstwa, gdy wejdzie w życie ustawa o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych za czyny zabronione. Zresztą Jarosław Kaczyński jawnie zapowiedział, że będzie dążył do wymiany elit biznesowych, czyli usunięcia części przedsiębiorców obecnie czynnych i zastąpienia ich ludźmi związanymi z PiS-em.

Trudno utrzymać stabilny wzrost w kraju, w którym instytucje słabo działają. Według najnowszego raportu World Economic Forum „The Global Competitiveness Report” Polska utrzymała 37. miejsce pod względem konkurencyjności na 141 ocenianych gospodarek. Wyraźne pogorszenie nastąpiło w kategorii jakość instytucji. Zajmujemy tu 60. miejsce.

Spadek na 118. miejsce nastąpił w podkategorii niezależność sądownictwa, zaś w podkategorii skuteczność ram prawnych w regulacjach zajęliśmy dopiero 121. miejsce, czyli blisko końca. Źle wypadamy pod względem: ciężarów regulacyjnych nakładanych przez państwo (miejsce 113.), skuteczności prawa w rozwiązywaniu sporów (miejsce 107.), ochrony praw własności (miejsce 90.), stabilności polityki rządowej (miejsce 123.) i długookresowej wizji rządu (miejsce 102.).

To, że ekonomiści wcześniej się pomylili, gdy przewidywali załamanie gospodarki w roku 2018 lub 2019, nie oznacza, że ono nie nastąpi – raczej wcześniej niż później. To uruchomi całą falę problemów, przed którymi stanie rząd PiS. Wyższa inflacja na krótką metę zwiększy dochody budżetu, ale na dłuższą zwiększy też wydatki. NBP będzie musiał podnieść stopy procentowe, by inflacja nie wymknęła się spod kontroli, co zwiększy wydatki na obsługę długu. Beneficjenci 500+ wkrótce się zorientują, że ich dochody z zasiłków socjalnych realnie spadają, i zażądają indeksacji, a słabnąca gospodarka nie da budżetowi wystarczających dochodów.

Wyborcy PiS, przekonywani dotychczas, że rząd ma na wszystko pieniądze, będą rozczarowani, a ich rozbudzone apetyty nie dadzą się łatwo pohamować. W czasie rządów PO-PSL (2008-15) średnie wynagrodzenie w gospodarce narodowej wzrosło o 44,9 proc., a realnie o 21 proc. Wybudowano setki kilometrów autostrad i dróg, bezrobocie, które w czasie spowolnienia gospodarczego w latach 2009-13 rosło, w ostatnich dwu latach rządów PO-PSL spadło o 3,5 punktu procentowego. Ale apetyty były większe niż możliwości ich zaspokojenia, więc w 2015 roku Platforma przegrała.

PiS będzie musiał według słów Mateusza Morawieckiego „wygaszać oczekiwania” społeczeństwa, co jest znacznie trudniejsze niż rozbudzanie apetytów. W dodatku będzie to musiał robić w warunkach politycznych znacznie trudniejszych niż dotychczas.

Okazuje się, że ani podlizywanie się prezesowi, ani ślepe posłuszeństwo już nie gwarantują kariery.

Przed wyborami Jarosław Kaczyński żył w świecie własnych urojeń i iluzji podsycanych przez spin doktorów z jego otoczenia. Chyba naprawdę wierzył, że PiS zwycięstwo ma w kieszeni, a pytaniem jest tylko jego skala. Czy uda się zdobyć większość pozwalającą obalić weto prezydenckie? A może wręcz – kto wie – większość konstytucyjną? Wynik wyborów – dla ludzi trzeźwo myślących łatwy do przewidzenia – przyniósł mu srogi zawód. Jak to, tylko tyle nam daliście?! Przecież zasługujemy na więcej.

Nie tylko Jarosław Kaczyński doświadczył tego rozczarowania. Zawiedli się też ci, którzy ślepo podążali za wodzem, wierząc, że prowadzi ich od jednego oszałamiającego sukcesu do kolejnego. „Trzymajmy się z Kaczyńskim, on wie, co robi” – myśleli, zatykając uszy na wszelkie argumenty. Odwracając oczy od ewidentnych naruszeń prawa i standardów przyzwoitości. Zatykając nosy, by nie czuć moralnej zgnilizny. „Nie ciesząc się”, ale głosując za ustawami sprzecznymi z Konstytucją.

Tak działa psychologia systemu wodzowskiego – dopóki wódz odnosi sukcesy, dopóki roztacza aurę chwały i triumfu, dopóty tłum ochoczo drepcze za nim, bijąc brawo i rywalizując o to, by znaleźć się jak najbliżej umiłowanego przywódcy. Gdy jednak dobra passa się kończy, w szeregi obozu wkrada się zwątpienie, a gumowe kręgosłupy sztywnieją. Zaczadzeni entuzjazmem zaczynają trzeźwieć i dyskretnie rozglądać się na boki, wypatrując wyjścia ewakuacyjnego. Bo jakby co…

Dziś właśnie znaleźliśmy się w tym miejscu. Nie tylko strata Senatu okazała się zimnym prysznicem. Indywidualne losy takich ludzi jak Stanisław Piotrowicz, który nie załapał się do Sejmu, pokazały, że wierność Kaczyńskiemu nie gwarantuje kariery. Ten sam los spotkał Annę Sobecką, Bernadetę Krynicką i Krzysztofa Czabańskiego. Ba, do Senatu nie wszedł nawet ojciec prezydenta Jan Duda.

Szczególne znaczenie może mieć porażka w wyborach byłego posła Zbigniewa Gryglasa, który w poprzedniej kadencji został wybrany z ramienia Nowoczesnej, ale później przeszedł do PiS. Teraz nie dostał się do Sejmu – i to niewątpliwie będzie nauczką dla jego potencjalnych naśladowców. Przy ocenie korzyści i strat płynących z przyjęcia politycznej łapówki punktem odniesienia nie jest już tylko wicemarszałek województwa śląskiego Wojciech Kałuża, platformerski renegat, za którego sprawą to województwo przypadło PiS-owi, lecz także były poseł Zbigniew Gryglas, który znalazł się na lodzie.

W tym samym czasie gruchnęła sprawa Mariana Banasia, który tym, że odmówił podania się do dymisji, okazał nieposłuszeństwo prezesowi. A prezes nic nie może na to poradzić. Co więcej, nie tylko jest to demoralizujący przykład indywidualnej niesubordynacji, lecz także można przypuszczać, że pozostanie Banasia na stanowisku oznacza dla PiS utratę politycznej kontroli nad NIK. Jest prawdopodobne, że prezes Izby będzie teraz próbował się podlizywać opozycji, licząc na łagodniejsze potraktowanie, gdy już przestanie mu przysługiwać immunitet.

Z obozu „dobrej zmiany” dochodzą pierwsze trzaski sygnalizujące, że niedawny monolit monolitem być przestaje. Oto Jarosław Gowin zapowiada, że jego posłowie (których teraz ma więcej niż w poprzedniej kadencji) nie zagłosują za ustawą znoszącą w składkach ZUS barierę tzw. 30-krotności. To problem dla premiera Morawieckiego i dla budżetu państwa. Oto Zbigniew Ziobro, który teraz też ma więcej posłów niż w poprzedniej kadencji, domaga się dodatkowych tek w rządzie i stanowiska wicepremiera dla siebie…

W szeregi karnego wcześniej obozu wkraczają chaos, rywalizacja i niesubordynacja. A mit niezwyciężonego Prezesa Tysiąclecia, który prowadzi swój lud ku władzy i chwale, zaczyna się kruszyć.

Oczywiście Kaczyński będzie dokładał starań, by zatrzeć to wrażenie, możemy więc z jego strony spodziewać się kroków brutalnych, mających ratować jego wizerunek. Jednak jeśli nawet będzie to bolesne dla opozycji, społeczeństwa obywatelskiego i polskiego państwa prawa, miejmy świadomość, że apogeum PiS-owskiego autorytaryzmu jest już za nami. Weszliśmy w jego okres schyłkowy.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>

Gmyz, Pereira to mendy, a nie dziennikarze

9 Paźdź

To jeden z wielu komentarzy po debacie wyborczej w TVN 24. Wzięli w niej udział Marcin Horała z PiS, Izabela Leszczyna z Koalicji Obywatelskiej, Władysław Kosiniak-Kamysz z PSL, lider Lewicy Razem Adrian Zandberg oraz Krzysztof Bosak z Konfederacji.

Horała w ostatniej chwili zastąpił wyznaczonego przez PiS do udziału w tej debacie Jacka Sasina: „Pierdyknęło” rzekł w debacie wyborczej wicepremier J. Sasin – „Nowe elyty…”. Niewiele brakowało, a nikt z PiS nie pojawiłby się w studiu TVN, o czym przebąkiwał wicerzecznik partii Radosław Fogiel.

W trakcie wczorajszej debaty Horała skarżył się, że pozostali uczestnicy mieli… więcej czasu niż on. – „Jedno w PiS jest stałe i niezmienne: narracja oparta na kłamstwie”; – „I prawie płacze, że tak się wszyscy uwzięli na niego. No cóż, warunki cieplarniane dla PiS tylko w TVP”; – „Biedak przyszedł do niezależnej telewizji i okazało się, że musi odpowiadać na konkretne pytania, a nie bajki dla elektoratu jak w TVPiS, gdzie puszczą każdą bzdurę partii matki” – pisali internauci.

A na koniec Horała stwierdził, że największą partią opozycyjną jest… TVN!!! – We francuskim Sevres Horała będzie kiedyś wzorcem bezczelnej manipulacji”; – „Niczego innego nie spodziewałam się po nim. Spanikował, bo nie bawił się dziś w swojej piaskownicy”; – „Horała – pycha i arogancja, przychodzić do stacji i obrażać jej dziennikarzy to jego standardy, ale jak się nie ma argumentów…” – podsumowali ten wątek internauci.

Spekulowali też, jaka będzie reakcja władz PiS na udział Horały w debacie: – „Procedura przewiduje wielki bukiet kwiatów dziś i awans na zastępcę sekretarza sejmowej komisji wspierania przyjaźni polsko-mongolskiej jutro”; – „Jarek z kotem zaraz będą wręczać kwiaty:)”; – „Na razie postawili go do kąta. Do drugiego kąta, bo w pierwszym dalej stoi Sasin”.

Więcej o Małgorzacie Kidawa-Błońskiej >>>

To już drugi proces dzisiaj (8.10.019), w którym zapadł niekorzystny dla TVP wyrok. Tym razem chodzi o korespondenta tej stacji w Berlinie Cezarego Gmyza, którego poseł PO Krzysztof „Brejza pozwał Gmyza i Pereirę – „Dość tego festiwalu pomówień”.

– „Przed chwilą wygrałem proces wyborczy z Cezarym Gmyzem, który w TVP kłamał na mój temat. Tak razem z moją wspaniałą żoną mec. Dorotą Brejzą walczymy z kłamstwem” – napisał na Twitterze Krzysztof Brejza. Gmyz twierdził, że poseł PO był jednym z kierujących profilem Sok z Buraka oraz zajmował się organizacją „wydziału nienawiści”.

– „C. Gmyz na sprawie był bezradny. Nie miał żadnego dowodu na poparcie swoich kłamliwych twierdzeń. Mówił, że ma dowody, ale nie może ich pokazać. Mówił, że ma informatorów, ale musi ich chronić, a na końcu już tylko mówił, że tryb wyborczy jest niezgodny z Konstytucją” – napisała Dorota Brejza na Twitterze.

– „I tak powinno być od 2015. Każde kłamstwo pisowskie powinno znaleźć się w sądzie. Byłoby tego na setki”; – „Za mało tych wniosków i spraw w trybie wyborczym. Praktycznie patrząc na TVPIS to codziennie od miesiąca powinna być taka sprawa zakładana”; – „Kaczyński już zapowiedział po wyborach kontynuację „reformy” sądów, orzekanie wbrew linii partii nie może więcej się powtórzyć” – komentowali internauci.

Przypomnijmy, że także „Borys Budka wygrał proces z TVP Info: „Sąd uznał, że TVP Info kłamało na mój temat”.

Więcej >>>

W zeszłym tygodniu po wyroku sądu, TVP musiała przepraszać Komitet Wyborczy Konfederacja Wolność i Niepodległość za podanie niepełnych wyników sondażu i pominięcie informacji o przekroczeniu progu przez ten komitet. Według liderów forma, w jakiej wykonano wyrok, nie jest zadowalająca i zapowiedziano kolejne kroki prawne. To tylko jeden z przykładów manipulacji, jakich dopuszcza się publiczna telewizja, bo w sieci można znaleźć masę różnorakich przekłamań i zmanipulowanych materiałów emitowanych na antenie i na portalu TVP, a takim przykładem jest chociażby uznanie kilkanaście dni temu CrowdMedia.pl za portal hejterski.

Oko.press ujawnia deklarację Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, w której sygnatariusze domagają się od Polski, by media publiczne dostarczały rzetelnych informacji o nadchodzących wyborach – “Zależy nam, by publiczne media informowały o wyborach sprawiedliwie i niestronniczo, tak, żeby wszyscy uczestnicy mogli z nich korzystać” – brzmi fragment deklaracji. Przypominają także, że Polska zobowiązała się do tego przyjmując dokument Rady Europy o wolności prasy.

Przedstawiciele Zgromadzenia Parlamentrainego Rady Europy zauważają, że – “Niezależne badania pokazały, że przekaz mediów publicznych podczas ostatnich wyborów był bardzo stronniczy na korzyść rządzącej partii, Prawa i Sprawiedliwości” – piszą. Sygnatariusze zwracają uwagę także na to, że przed ostatnimi wyborami do Parlamentu Europejskiego Państwowa Komisja Wyborcza poprosiła KRRiT o monitorowanie niezależności publicznych mediów podczas kampanii, co spotkało się z odmową KRRiT. Deklaracja kończy się mocnymi słowami – “TVP przed wyborami parlamentarnymi ciągle zachowuje się – nie kryjąc się z tym – jak rządowy kanał propagandowy. Ta porażka Polski w przestrzeganiu zasad Rady Europejskiej źle wpływa na reputację Polski jako demokratycznego członka RE”. 

Wielka sława polskich mediów publicznych rozlewa się po Europie. Gdyby podczas upływającej kadencji rządzącym udało się w jakiś sposób osłabić rolę wolnych mediów, dzisiaj czytalibyśmy o poparciu dla Prawa i Sprawiedliwości sięgającym pewnie 60 proc. lub więcej. W jakiejś małej mierze jednak udało się wpłynąć na Polsat, co można nazwać aksamitną repolonizacją. Co jakiś czas dochodzi do ataków słownych na media ujawniające wielkie afery i np. wczoraj polityk Zjednoczonej Prawicy Jacek Ozdoba zaatakował Onet.pl, zarzucając portalowi jednostronne i niedostateczne informowanie czytelników o tzw. “taśmach Neumanna”. Oczywiście okazało się to kłamstwem, a Onet zamieścił linki do odpowiednich materiałów na ten temat. Niedzielne wybory to nie tylko okazja do odsunięcia PiS-u od władzy, ale przede wszystkim obrona wolnych mediów.

To są najgorsze goebbelsowskie metody: kiedy nie ma się argumentów merytorycznych, to sięga się po atak na rodzinę. Miarka się przebrała. Samuel Pereira skłamał na mój temat, a w ślad za tym poszli inni propagandyści państwowej telewizji. Dlatego złożyłem wniosek w trybie wyborczym. W stosunku do TVP sąd całkowicie podzielił moją argumentację i w I instancji nakazał, by TVP sprostowała kłamliwe informacje. Mam nadzieję, że to orzeczenie utrzyma sąd odwoławczy – mówi Borys Budka, były minister sprawiedliwości, startujący do Sejmu z list KO. Pytamy nie tylko o wtorkowy wyrok sądowy, ale też o plan KO na końcówkę kampanii, pomysły na naprawę sądownictwa i co zrobić z NIK-iem.

JUSTYNA KOĆ: Minęło już kilka dni od debaty w TVP, po której strona pisowska wylała na pana wiadro hejtu. Czy zdecydowałby się pan na nią ponownie?

BORYS BUDKA: Oczywiście. Pokazałem, że można dyskutować i mieć argumenty, a przedstawiciel PiS-u dał plamę. Stąd po tej debacie wylał się na mnie hejt. Jeżeli niemal natychmiast na antenie TVP Info i na ich portalu internetowym następuje atak na moją rodzinę, to widać, jak moje wystąpienie zabolało PiS-owskich propagandystów. To są najgorsze goebbelsowskie metody: kiedy nie ma się argumentów merytorycznych, to sięga się po atak na rodzinę.

I dlatego wystąpił pan na drogę sądową?
Miarka się przebrała. Nie można bezkarnie kłamać. A właśnie to stało się po debacie. Samuel Pereira skłamał na mój temat, a w ślad za tym poszli inni propagandyści państwowej telewizji. Dlatego złożyłem wniosek w trybie wyborczym. W stosunku do TVP sąd całkowicie podzielił moją argumentację i w I instancji nakazał, by TVP sprostowała kłamliwe informacje. Mam nadzieję, że to orzeczenie utrzyma sąd odwoławczy. Natomiast

PEREIRA BOI SIĘ STANĄĆ PRZED SĄDEM. BYŁY JUŻ 2 TERMINY ROZPRAWY, W ŚRODĘ BĘDZIE KOLEJNY. ROBIMY WSZYSTKO, BY ZDĄŻYĆ PRZED WYBORAMI.

Na pana koncie społecznościowym w jednym ze spotów wyborczych mówi pan:  “Przez 8 lat zrobiliśmy wiele dobrego, ale nie uniknęliśmy błędów, jak każdy. Wyciągnęliśmy z nich wnioski”. Jakie wnioski i o jakich błędach pan mówi?
Te błędy wytknęli nam wyborcy 4 lata temu. Największym błędem było to, że zatraciliśmy kontakt z wyborcami. Szczególnie drugą część naszych rządów zajmowaliśmy się bardziej tworzeniem dobrego prawa w Warszawie, ale zatraciliśmy zdolność komunikacji z wyborcami. Nie umieliśmy rozmawiać i wyciągać wniosków, nie umieliśmy się też chwalić tym, co dobrego robimy.

ZROZUMIELIŚMY TO PO PRZEGRANYCH WYBORACH, DLATEGO RUSZYLIŚMY W POLSKĘ. JA SAM ODBYŁEM KILKADZIESIĄT SPOTKAŃ W RAMACH KLUBÓW OBYWATELSKICH I DRUGIE TYLE W RAMACH AKCJI #POROZMAWIAJMY. WIEMY, ŻE POLACY POTRZEBUJĄ OTWARTEGO, TOLERANCYJNEGO I PRZYJAZNEGO PAŃSTWA, ALE OCZEKUJĄ TEŻ PAŃSTWA UCZCIWEGO.

Jaki macie plan na naprawę sądownictwa i wymiaru sprawiedliwości? W tej chwili ten sektor jest całkowicie upolityczniony, a to ogromna władza, którą ciężko oddać.
Po pierwsze, wyczyścimy wymiar sprawiedliwości z wszystkich ludzi, którzy naruszyli prawo, z wszystkich ludzi, którzy dla kariery zawodowej, dla własnej korzyści sprzeniewierzyli się ślubowaniu sędziowskiemu, którzy sprzedali się tej władzy. Ale chcę zaznaczyć wyraźnie, to nie będzie polityczna zemsta. O tym, czy ktoś złamał prawo, czy nie, zadecydują sądy dyscyplinarne powołane w sposób niezależny i działające niezależnie od polityki. To musi być rzetelna ocena osób, które łamały prawo.

Po drugie, wyeliminujemy narzędzia, którymi politycy mogą wpływać na procesy sądowe, rozdzielimy funkcję prokuratora generalnego od ministra sprawiedliwości. Wprowadzimy niezależną apolityczną prokuraturę, która będzie się zajmowała ściganiem przestępców, a nie politycznych przeciwników. Służby specjalne będą działały efektywniej, ale również nie będą upolitycznione.

POLITYK NIE BĘDZIE MÓGŁ BYĆ MINISTREM FINANSÓW I PROKURATOREM GENERALNYM, A WICEPREZES PARTII NIE BĘDZIE MÓGŁ NADZOROWAĆ SŁUŻB SPECJALNYCH. OCZYŚCIMY TK Z SĘDZIÓW DUBLERÓW, PRZEPROWADZIMY ZGODNY Z KONSTYTUCJĄ WYBÓR PREZESA TK I DOPROWADZIMY DO TEGO, ŻE TK Z POWROTEM BĘDZIE PEŁNIŁ SWOJĄ FUNKCJĘ.

Już słyszę, jaki podniesie się lament, że to zamach i robicie to samo, co PiS. Prawdą jest, że Polska jest podzielona prawie na pół, na zwolenników PiS i opozycji. Jak chcecie tego uniknąć?
Przede wszystkim o tym, czy ktoś złamał prawo, czy nie, będzie decydować sąd, a nie politycy. Po drugie, wykonamy wyrok TK z grudnia 2015 roku, bo przypomnę, że ten wyrok wyraźnie wskazywał, że nielegalne były działania tego Sejmu, kiedy wybrano 3 sędziów dublerów. Przywrócimy skuteczność działania TK i myślę, że przez ten pryzmat Polacy będą oceniać, kto ma rację

Co stanie się z szefem NIK-u Marianem Banasiem? To urząd nieusuwalny.
Niezależna prokuratura niezwłocznie wyjaśni zarzuty, które pojawiły się w przestrzeni publicznej. Później, jeżeli okaże się, że prawo zostało złamane, to niezależny sąd to oceni. Nie będą robić tego politycy.

Zostawicie Małgorzatę Motylow, która została wybrana przez pana Banasia i PiS-owską większość na wiceszefową NIK-u, czy powołacie nowego prezesa?
Doprowadzimy do tego, aby zgodnie z ustawą o NIK dokonać prawidłowego wyboru 3 zastępców.

Jak to możliwe, że służby kontrolowały Banasia, a ten awansował, aż został szefem tak ważnego organu konstytucyjnego?
Tu są dwie możliwości: albo służby były tak zajęte ściganiem politycznych przeciwników, że odpuściły zupełnie tę sprawę, a wtedy to by była kompromitacja służb, albo ktoś nadzorujący służby uznał, że mino tak kompromitujących informacji można nie przeszkadzać panu Banasiowi w karierze.

GDYBY TA DRUGA WERSJA OKAZAŁA SIĘ PRAWDZIWA, TO OZNACZAŁOBY, ŻE KTOŚ CHCIAŁ MIEĆ HAKI NA BANASIA I BYĆ MOŻE ZA ICH POMOCĄ WYWIERAĆ NA NIEGO WPŁYW.

Sędzi Markiewicz, prezes Iustitii, pozywa ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę w sprawie afery hejterskiej. To dobry pomysł?
Tak. Ziobro powinien ponieść odpowiedzialność za to, co działo się w jego resorcie, odpowiedzialność za ludzi, których zatrudniał. To nie tylko polityczna odpowiedzialność, ale – jeśli powództwo sędziego Markiewicza zostanie uwzględnione – odpowiedzialność cywilnoprawna. Pamiętamy doskonale, że to Ziobro rozpoczął wojnę z sędziami, jak manipulował informacjami o nich, w jaki sposób ich szkalował. Wystarczy przypomnieć kampanię Polskiej Fundacji Narodowej za kilkanaście mln zł. Mam wielki szacunek dla tego, co robi sędzia Markiewicz, pomimo wylewanego na niego hejtu. Cieszę się, że zdecydował się na taki ruch. I mocno trzymam kciuki.

Zbigniew Ziobro tłumaczy, że to próba wciągnięcia go w spór między sędziami, a on sam o działaniach wiceministra Piebiaka przecież nic nie wiedział. Czy sprawa w sądzie może coś tu zmienić?
Po pierwsze, to nie jest sprawa między sędziami, bo sędzia Piebiak był zastępcą Ziobry. Przez niego wybranym i na jego wniosek powołanym. Prócz niego, jak wynika z doniesień medialnych, w sprawę zaangażowani byli sędziowie, którzy swoje awanse zawodowe i karierę zawdzięczają obecnej władzy. To ludzie, którzy m.in. byli oddelegowani do pracy w Ministerstwie Sprawiedliwości, a więc w resorcie kierowanym przez Ziobrę.

SZKODA, ŻE ZBIGNIEW ZIOBRO JEST CZŁOWIEKIEM – DELIKATNIE MÓWIĄC – MAŁEJ ODWAGI I TERAZ KRYJE SIĘ ZA PLECAMI BYŁEGO JUŻ ZASTĘPCY. W DODATKU UDAJE NAGLE, ŻE TO NIE JEGO CZŁOWIEK.

Przypomnę, że Ziobro twierdził, że poznał Piebiaka dopiero po wyborach, z kolei Piebiak w 2017 roku w jednym z wywiadów mówił, że Ziobrę poznał przed wyborami. Czy ktoś jeszcze wierzy, że bez wiedzy i zgody Ziobry jego zaufany człowiek wymyślił i zorganizował taką machinę hejterską? No i że od marca Ziobro nie miał wiedzy o tym, co znajduje się w aktach prokuratury regionalnej w Katowicach?

Sędzia Iwanicki 4 razy informował prokuraturę, że wyciekają informację à propos sędziów, do których dostęp ma MS. To nie mógł być przypadek?
To była zorganizowana machina. Informacje wyciekały na hejterskim koncie w mediach społecznościowych. Niektórzy dziennikarze wprost wskazują, że za tym kontem stali ludzie związani z obecną władzą. Ta sprawa ewidentnie obciąża Ziobrę i prędzej czy później on musi ponieść za to odpowiedzialność. Polityczną. A czy karną lub cywilną, zdecyduje sąd.

Jak chcecie zaktywizować wyborców?
Robimy to cały czas, jesteśmy codziennie z wyborcami, co widać w mediach społecznościowych, wpuszczamy kolejne spoty, jesteśmy aktywni, rozmawiamy z ludźmi, staramy się zachęcić do głosowania i pokazujemy wagę tych wyborów.

JESTEM PRZEKONANY, ŻE TAK JAK W WYBORACH SAMORZĄDOWYCH W STOLICY, GDZIE WARSZAWIACY ZOBACZYLI, ŻE ICH MIASTO MOŻE BYĆ ODDANE W RĘCE POPULISTÓW I ZMOBILIZOWALI SIĘ, TAK BĘDZIE I TERAZ.

Będzie pan ministrem sprawiedliwości czy szefem MSW?
Dla mnie najważniejsze jest to, aby Koalicja Obywatelska doprowadziła do tego, by stworzyć większościowy rząd. Sprawy stanowisk są drugorzędne. Skupiamy się na kampanii wyborczej i dla mnie najważniejszy jest wynik wyborczy, co nastąpi później, czas pokaże.

Cham Gliński, szpicel Kamiński i dyktator Kaczyński

8 Paźdź

 „Ale to już jest masakra. Minister kultury sporego europejskiego kraju w telewizorze przyznaje, że nie zna książek swojej rodaczki, która ma spore szanse na Nobla. O nominacji wiadomo od kilku miesięcy. Nie zna, bo jej nie lubi. I się nie wstydzi, a nawet jest dumny” – to tylko jeden z wielu komentarzy internautów po wypowiedzi Piotra Glińskiego na temat twórczości jednej z najlepszych polskich powieściopisarek. – „Próbowałem przeczytać książki Olgi Tokarczuk, nigdy nie dokończyłem” – powiedział wicepremier w TVN 24.

Gliński stwierdził także, że jedna z najbardziej prestiżowych polskich nagród literackich, czyli Nagroda Nike, to też nie jest szczególnie dla niego istotna. – „Ja szczególnie nie śledzę, bo jest środowiskowo zogniskowana. To nie jest moje środowisko, więc mniej się interesuję tymi sprawami” – powiedział minister kultury.

A Olga Tokarczuk znalazła się w ścisłej czołówce pisarzy typowanych do najważniejszej światowej nagrody literackiej. Nazwiska laureatów Nobla za 2018 i 2019 r. zostaną ogłoszone w najbliższy czwartek 10 października.

– „Komitet Noblowski dał radę. Ciekawe dlaczego…?”; – „Czego się spodziewać po gościu, który uważa „Smoleńsk” za arcydzieło kina”; – „A mnie pan minister rozbawił. Ten uśmieszek, gdy próbował zdezawuować nagrodę literacką Nike. Lekceważąco i bez zażenowania ogłasza, że książek Olgi Tokarczuk nie potrafił skończyć czytać. To jakiś partyjny przebieraniec z lamusa PRL! Jak towarzysz z Wydziału Kultury KC”; – Nieumiejętność doczytania może niełatwej książki do końca nie jest chyba największym problemem pana ministra Glińskiego, roboczego premiera, który nigdy nie wyszedł z IPada prezesa. Zapytam o wytransferowane do Lichtenstein 100 milionów euro za Damę z łasiczką. Trudno to obronić!” – komentowali internauci.

Umieszczali także dowcipy dotyczące ministra kultury: – „Wchodzi Gliński do księgarni i mówi: – Chciałbym jakąś książkę dla córki. – Coś lekkiego, czy ciężkiego? – Wszystko jedno, przyjechałem rządową limuzyną!”; – „Wchodzi Piotr Gliński do księgarni i pyta: – Są książki? – Są. – To poproszę jedną”; – „Wchodzi Piotr Gliński do księgarni i pyta: – Jakąś klasykę poproszę – Może Kafkę? – Dziękuję, już piłem”. Nam najbardziej spodobał się ten oto: – „Wchodzi Gliński do księgarni”.

W ostatnich dniach, przy okazji ujawnienia zakupu przez polskie służby programu Pegasus, politycy PiS kilkakrotnie powtórzyli największe kłamstwo wszystkich dyktatur: “Niewinni nie mają się czego obawiać”. Otóż nie. Niewinni mają czego się bać i to nie tylko z powodu tego programu. Mają czego się bać z powodu samego mechanizmu funkcjonowania dyktatury – pisze Krzysztof Łoziński

Przez całe lata, jako dziennikarz polityczny i reporter, zajmowałem się dyktaturami obecnymi i historycznymi. Na podstawie tej wiedzy twierdzę, że dyktatura jest groźna dla wszystkich. Nieprawda, że tylko dla swoich przeciwników, dla wszystkich.

A oto dowód na przykładach:

NASZA MIĘKKA JESZCZE I NIE DO KOŃCA ROZWINIĘTA DYKTATURA JUŻ ZROBIŁA PARĘ KRZYWD ZUPEŁNIE PRZYPADKOWYM LUDZIOM.

Dlaczego rozwalono system szkolny i doprowadzono do takiego chaosu, a w konsekwencji do nieuchronnego obniżenia poziomu nauczania? Odpowiedź już padła z ust minister Zalewskiej: „bo mogliśmy”. Ale ważniejsza jest odpowiedź nie na pytanie „dlaczego”, tylko na pytanie „po co”. Po nic. Banalnie proste. W jakim celu? W żadnym.

Deformę szkół zrobiono, bo tak chciał dyktator, Kaczyński. A czemu? Bo miał taki kaprys. Czy Jarosław Kaczyński chciał zniszczyć polskie szkoły? Ależ skąd! On sobie tak po prostu wymyślił, że tak niby będzie lepiej, a że jest nieukiem niezwykle wszechstronnym, i co gorsza upartym, to nie przewidział skutków.

No dobrze, ale czemu się nie wycofał, gdy widział, co się dzieje? Temu, że wcale nie widział.

PRZYPOMNIJMY SŁYNNE ZDANIE LECHA KACZYŃSKIEGO: „PO CO MI DORADCA, Z KTÓRYM SIĘ NIE ZGADZAM?”. WALDEMAR KUCZYŃSKI PRZYPOMNIAŁ WÓWCZAS STARE POLSKIE SŁOWO „KLAKIER”.

I tu wracamy do Jarosława Kaczyńskiego. On nie wiedział, co się dzieje, bo zamiast doradców ma klakierów. A w dodatku ogląda i czyta klakierskie media. A sygnały krytyczne to „wroga propaganda”. Krytyczne media są „niemieckie” albo „lewackie”.

Każdy dyktator sam buduje wokół siebie kokon kłamstwa i kordon sanitarny broniący go przed prawdą. On robi coś i otrzymuje zawsze informację zwrotną, że zrobił dobrze. Zwróćcie uwagę, jakich karkołomnych argumentów, ocierających się o szczyt absurdu, używają jego podwładni, by bronić za wszelką cenę jego decyzji. Młody rzecznik rządu argumentował, że liceum to były jego najszczęśliwsze lata i dlatego trzeba, by trwało dłużej, nie trzy lata, tylko cztery. Inni, wbrew oczywistym faktom, wprost mówią, że faktów nie ma.

– PANIE MINISTRZE, W SZKOŁACH JEST CHAOS…
– NIE MA.
– ALE KLASY SĄ ZATŁOCZONE.
– NIE SĄ.
RÓWNIE DOBRZE MÓGŁBY NA KAŻDE PYTANIE ODPOWIADAĆ: „POMIDOR”.

Prof. Amartya Kumar Sen otrzymał nagrodę Nobla z ekonomii w 1998 roku za udowodnienie, że demokracja i państwo prawa sprzyjają rozwojowi gospodarczemu oraz utrzymaniu trwałego dobrobytu. Zapobiegają także wielu kataklizmom społecznym, jak np. strukturalna klęska głodu. W państwie demokratycznym i prawnym, w momencie pojawienia się pierwszych symptomów zagrożenia, wolna prasa i partie opozycyjne od razu podnoszą alarm i mobilizują opinię publiczną, zmuszając rząd do przeciwdziałania. Prof. Sen zauważył, że nigdy nie było masowej śmierci głodowej w kraju demokratycznym.

Jak to działa? W cybernetyce jest pojecie sprzężenia zwrotnego. Sprzężenie zwrotne może być dodatnie lub ujemne. Przykładem sprzężenia zwrotnego ujemnego jest termostat. Gdy temperatura w domu spada, termostat włącza ogrzewanie, gdy wraca do normy, wyłącza. Sprzężenie dodatnie działa odwrotnie: zamiast przeciwdziałać odchyleniu, wzmacnia je. Taki antytermostat zamiast ogrzewania włączyłby chłodzenie, a później jeszcze silniejsze chłodzenie i jeszcze silniejsze…

We władzy dyktatorskiej jest właśnie sprzężenie zwrotne dodatnie. Dyktator, zamiast ostrzeżenia, że sprawy źle idą, otrzymuje fałszywą informację, że idą dobrze. W dyktaturze nie ma wolnych mediów, a opozycji się nie słucha. Prawda dociera do dyktatora dopiero wtedy, gdy katastrofa jest już ogromna, a i to nie zawsze. Nie przypadkiem Lenin twierdził, że w miarę postępów rewolucji walka klas się nasila. Czym bardziej pokonuje się wrogów, tym jest ich więcej.

TAK WŁAŚNIE MYŚLI DYKTATOR – OPÓR ROŚNIE, BO WYGRYWAMY! KRYTYKA ROŚNIE, BO MAMY RACJĘ! SPRZĘŻENIE ZWROTNE DODATNIE – CZYM WIĘCEJ SYGNAŁÓW, ŻE ROBIMY ŹLE, TYM BARDZIEJ TAK RÓBMY!

Błędy dyktatury mogą mieć skutki tragiczne. Odejdźmy od przykładów polskich. W Chinach, w latach 1958-60, na skutek kampanii „Tygrys robi wielki skok naprzód”, z głodu zmarło co najmniej 45 milionów ludzi. Tyle już udowodniono na podstawie już jawnych dokumentów. Szacuje się, że mogło to być nawet 64 miliony. Na pewno był to największy głód w historii świata.

Czy Mao Zedong chciał zagłodzić Chiny? Nie, on chciał dogonić Anglię w produkcji stali i ogólnie rozwinąć gospodarkę. Ale był chłopem, bez wykształcenia. O gospodarce nie miał pojęcia, o kierowaniu państwem też. Zdobył władzę dzięki licznym morderstwom i zbudowaniu aparatu terroru. Jego doświadczenie w walce o władzę było nieprzydatne do rządzenia w czasie pokoju. Wbrew peanom jego wielbicieli Mao był nieukiem posiadającym ogromną i niczym nieograniczoną władzę. I właśnie to było najbardziej niebezpieczne.

Ta masowa zbrodnia nie była przez niego zamierzona. Wynikała z kolektywizacji i centralizacji władzy oraz z ignorancji gospodarczej. Każdy powiat, każda prowincja musiały składać sprawozdania z sukcesów. Brak sukcesów karano śmiercią. Wszyscy urzędnicy zawyżali w sprawozdaniach wysokości plonów, a na podstawie zawyżonych wielkości zbiorów centrala nakładała obowiązkowe dostawy. W ten sposób zabierano ludności niemal całą żywność, a w wielu miejscach i całą. Sytuację pogarszała centralizacja. Nie tylko Pekin otrzymywał fałszywą informację o sytuacji (propaganda nazywała głód „wstrzemięźliwością w roku obfitości”), ale i następowało niszczenie ogromnych ilości płodów rolnych, zwożonych na stacje kolejowe, gdzie gniły, jadły je szczury i robaki, bo sieć kolejowa była bardzo słaba i fizycznie było za mało wagonów. Mao wyobrażał sobie, że wszystkie plony trafią do Pekinu i stamtąd zostaną „sprawiedliwie rozdzielone”.

A dlaczego nikt Mao nie informował, jak to wygląda? Bo każdy naczelnik, każdego szczebla, musiał wykonać miesięczną normę donosów. Mao ściągnął to od Lenina, który ustalił dla każdej guberni normę rozstrzelań, ale norma donosów była jeszcze skuteczniejsza. Głód nazywano więc „kampanią uzupełniania jadłospisu warzywami i brukwią”. Dochodziło do tego, że chłopi musieli pracować nawet w nocy, więc rozbierano chaty, by palić nimi ogromne oświetlające pola ogniska. Skutek: co najmniej 45 milionów trupów.

MÓJ NIEŻYJĄCY JUŻ KOLEGA, ZNAKOMITY ALPINISTA ANDRZEJ CZOK, BYŁ PYTANY PRZEZ DZIENNIKARZA, CO JEST NAJBARDZIEJ NIEBEZPIECZNE NA WYPRAWACH: ZWIERZĘTA, KOBRY, TYGRYSY, GÓRY, WYSOKOŚĆ, MRÓZ, LAWINY… CO JEST NAJBARDZIEJ NIEBEZPIECZNE?
ANDRZEJ ODPOWIEDZIAŁ: – IDIOTA.

I to jest święta prawda. Najbardziej niebezpieczny jest idiota. I nie tylko na wyprawie. Wszędzie. A idiota i nieuk dysponujący niekontrolowaną władzą jest niebezpieczny po wielokroć bardziej.

I dlatego niewinni mają czego się bać (na szczęście nasz nieuk nie ma jeszcze takiej władzy jak Mao).

Część 2. Cynizm i bezkarność

Cynizm jest nieodłączną cechą charakteru niemal każdego (a może każdego) dyktatora. Ale cynizm zaczyna być szczególnie niebezpieczny w połączeniu z bezkarnością. Dyktatorzy są, dokąd rządzą, bezkarni, bo to oni, poprzez podwładnych kierują aparatem ścigania, prokuraturą i sądami. Nie przypadkiem Kaczyńskiemu tak zależy na ubezwłasnowolnieniu sądów. To ma mu zapewnić już stuprocentową bezkarność, bo na razie ma (tylko!) policję i prokuraturę.

POŁĄCZENIE CYNIZMU Z BEZKARNOŚCIĄ OWOCUJE KRZYWDZENIEM PRZYPADKOWYCH LUDZI, LUB CAŁYCH GRUP LUDZI, DLA UZYSKANIA WŁASNYCH CELÓW POLITYCZNYCH BĄDŹ OSOBISTYCH. TA MIESZANKA DOTYCZY NIE TYLKO SAMEGO DYKTATORA, ALE TAKŻE JEGO BLISKICH WSPÓŁPRACOWNIKÓW, KTÓRZY NA OGÓŁ SĄ WYKONAWCAMI JEGO POMYSŁÓW.

Tak się bowiem składa, że mało który dyktator zamordował kogoś osobiście. Wyjątkami byli Saddam Husajn (Saddam al Tikritti), Idi Amin i paru afrykańskich watażków wywodzących się z marginesu społecznego. Hitler, Lenin, Stalin, Kim Dżong Il, Bierut, Gomułka nie zabili nikogo osobiście. Większość dyktatorów ma od tego innych, Eichmanna, Himmlera, Kang Shenga, Berię, Różańskiego… Większość dyktatorów wydaje rozkazy tak, by wprost nie powiedzieć „zabij”.

Od tego jest specyficzny język. Generałowie SB nie powiedzieli nigdy: „słuchajcie Piotrowski, zabijcie tego Popiełuszkę”. Nie, oni mówili: „ten Popiełuszko musi zamilknąć”, a Piotrowski sam wiedział, co ma zrobić, bo wiedział, gdzie pracuje. Podobnie Deng Xiaoping, nakazując atak wojska na demonstrantów z placu Tiananmen, nie powiedział „zabić tych studentów”. Powiedział: „na Tianamen nie może być ofiar”, a wykonawcy dobrze zrozumieli: „w obrębie samego placu Tianamen nie może przeżyć żaden świadek”.

Tu zrobimy małą dygresję, by prześledzić, jak gładka mowa polityków, w miarę spływania w dół rozkazów, nabiera prostej kapralskiej interpretacji.

1. Deng Xiaoping mówi: „rebelię trzeba stłumić zdecydowanie”, a później: „na Tianamen nie może być ofiar” („Dokumenty Tananmen”). W specyficznym języku służb znaczy to: „zabić jak najwięcej ludzi, a na samym placu Tiananmen nie może przeżyć żaden świadek”. Wykonawcy dokładnie to zrozumieli.

2. Noc z 3 na 4 czerwca 1989. O godzinie 22.30 agencja Xinhua nadaje komunikat: „Wspaniała Armia Ludowo-Wyzwoleńcza cieszy się zaufaniem ludu. Swoimi wielkimi czynami okazała żarliwą miłość do stolicy, jej mieszkańców i wszystkich przestrzegających prawa studentów. Oficerowie i żołnierze jeszcze raz okazali, że są armią swojego ludu”.

3. Minister obrony Qin Jiwej agituje żołnierzy i oficerów do „skutecznego wprowadzenia stanu wojennego” i „aby siły zbrojne okryły się chwałą” – o godzinie 23.15, w nocy.

4. O godzinie 23.25 telewizja przerywa program. Na ekranie pojawia się napis: „Kwatera główna stanu wyjątkowego”. Anonimowy głos czyta: „Mieszkańcy Pekinu […] chuligani podsycają zamieszki. Na prośbę szerokich mas mieszkańców miasta wojsko podejmie zdecydowane i skuteczne kroki, by rozprawić się z chuliganami. Nie będziemy im okazywać wyrozumiałości…”.

5. O 23.30 w dzielnicy Muxudi, na ulicy Fuxing, dowódca kompanii 27. armii, porucznik Tan Yaobang odbiera radiowy rozkaz: „strzelajcie tak, żeby zabić”. Wchodzi na platformę ciężarówki za tyralierą żołnierzy i mówi przez megafon: „kompania, na moją komendę, krótkimi seriami, kierunek na wprost ognia”. Rozpoczyna się rzeź (ok. 7 tysięcy zabitych i ok. 30 tys. rannych).

A tak ładnie było na początku: „nie może być ofiar” i „żarliwa miłość do studentów”. Pamiętaj, zwykły człowieku, gdy dyktator zaczyna cię „żarliwie miłować”, to uważaj, kogo masz za plecami.

Dyktatorzy bardzo często wcale nie wydają rozkazu zabijania, w żadnej formie. Wystarczy, że szczują i nakazują rozpętanie nagonki w mediach. Hitler nie zabił osobiście ani jednego Żyda. On tylko szczuł: Żydzi roznoszą zarazki i pasożyty. U nas niejaki Kaczyński Jarosław mówił to samo o imigrantach, a żulia sama wiedziała, że ma bić „ciapatych”. On im wcale nie kazał. Przywódcy PiS-u też nie kazali zabić Pawła Adamowicza. Oni tylko zorganizowali ogromną nagonkę w mediach, szczuli, kłamali, siali nienawiść. Wykonawca znalazł się sam.

MOIM ZDANIEM LUDZIE, KTÓRZY SZCZUJĄ, KTÓRZY ORGANIZUJĄ KAMPANIĘ NIENAWIŚCI, PONOSZĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA JEJ SKUTKI. OD CZEGOŚ SĄ W PRAWIE KARNYM TAKIE POJĘCIA JAK PODŻEGANIE I SPRAWSTWO KIEROWNICZE.

Tak jak w części pierwszej przeszliśmy do spraw rodzimych, a przy okazji przytoczę przykłady zagraniczne.

Niejaki Zbigniew Ziobro „nic nie wiedział” o działalności zespołu Piebiaka i „zachował się wręcz modelowo”. To typowa spychotechnika. W dyktaturach, jeśli coś paskudnego się wyda, to zawsze winę ponosi kto inny, albo wykonawca, albo ofiara. Ten, kto kazał, zawsze „zachował się wręcz modelowo”. Oczywiście to „modelowe” zachowanie nie było potrzebne, gdy z inicjatywy i za pieniądze państwa Polska Fundacja Narodowa organizowała bilbordową kampanię nienawiści do sędziów. To nie my, to fundacja. Ziobro nic nie wiedział o szczuciu na sędziów, gdy aż do znudzenia powtarzał przykład sędziego, co „kradł części do wiertarki”. Wtedy nie musiał „zachować się modelowo”.

Niektórzy wykonawcy wiedzą, jak obronić się przed „zachowaniem modelowym”, czyli zwaleniem winy na nich. I tu znów przykład chiński.

Trwający już parę lat konflikt między Mao Zedongiem a Lin Biao (ministrem obrony) znalazł w końcu swój finał. Mao wezwał Kang Shenga (szefa aparatu represji, takiego chińskiego Berię) i kazał mu Lin Biao zabić. Kang Sheng wiedział, że z jednej strony musi rozkaz wykonać, a z drugiej strony, jak go wykona, to Mao „zachowa się wręcz modelowo” i każe zabić jego za zamordowanie głównego dowódcy wojska, bo przecież Mao nie przyzna się, że to on wydał rozkaz. Musiał więc coś wykombinować.

Zaczął od tego, że na czele specjalnej jednostki wkroczył do restauracji, w której Lin Biao balował razem z rodziną i całe towarzystwo z pistoletów maszynowych wystrzelał. Ale wcale o tym nie poinformował. Mao i jego otoczenie usłyszeli, że Lin Biao „zdradził” i ucieka. Ale go gonią. Ale jego samochód ma z tyłu pancerną szybę. Dopadł samolotu i wystartował. Ale w tym samolocie jest mało paliwa.

Następnie Kang Sheng wysłał nad Mongolię dwa samoloty. Pierwszy pilot nie wiedział, po co leci, ale drugi miał rozkaz, by pierwszego zestrzelić. Następnie ambasador ChRL w Mongolii poinformował, że samolot Lin Biao rozbił się na Gobi, a ciało jest tak zmasakrowane, że identyfikacja jest niemożliwa. Gdy premier Chou Enlai zauważył, że przecież Lin Biao nie umiał pilotować samolotu, Kang Sheng spokojnie odparł: „To właśnie dlatego się rozbił”.

W ten sposób Kang Sheng uniknął „wręcz modelowego zachowania” Mao i pozostał na stanowisku (a także przy życiu). Przy okazji zabito niczemu niewinnych członków rodziny Lin Biao i wykonującego rozkazy pilota. Jak widać na przykładzie: „niewinni nie mają się czego obawiać”. Ten drugi pilot podobno popełnił samobójstwo.

Patrzcie Państwo, dyktatura niby egzotyczna, a to samo, co u nas: świadkowie popełniają samobójstwa, akta giną, dowody się psują… i „zachowanie modelowe”.

I tu powróćmy do naszej, jeszcze nieokrzepłej dyktatury.

JAROSŁAW KACZYŃSKI NIE PODPORZĄDKOWAŁ JESZCZE SOBIE SĄDÓW, ALE JUŻ KIEROWANA PRZEZ ZBIORĘ PROKURATURA GO CHRONI. JEST POWIADOMIENIE O TYM, ŻE OSZUKAŁ AUSTRIACKIEGO BIZNESMENA, ŻE ZAŻĄDAŁ I PRZYJĄŁ 50 TYS. ŁAPÓWKI – I NIC. PROKURATURA GO NIE PRZESŁUCHA, NIE WSZCZYNA ŻADNEGO POSTĘPOWANIA. TEN PAN PRAWU NIE PODLEGA. ON TYLKO SOBIE PODLEGA.

Również u nas skutki wybryków dyktatora dotykają przypadkowych ludzi, choć skala jest jeszcze (z naciskiem na: jeszcze) nie ta sama. Jarosław Kaczyński inicjuje kampanie nienawiści wobec różnych grup dla swoich celów politycznych. To z jego ust padają określenia: „gorszy sort”, „ludzie animalni, odzwierzęcy”, „łże-elity”, „lumpeninteligenci”, „ukryta opcja niemiecka” (to o Ślązakach), „komuniści i złodzieje”… On szczuje, a młodzieżówki faszystowskie biją. A jak biją, to prokurator wynajduje nowe techniki walki, jak atak plecami na nogę w wyskoku lub atak włosami kobiet na byczków z ONR.

Warto przypomnieć, że tylko dla celów mobilizacji najgłupszych wyborców szczuje na środowisko LGBT, a skutkiem tego są pobicia, takie jak w Białymstoku.

Poczucie bezkarności dyktatora owocuje tym, że aby coś osiągnąć, krzywdzi on niewinnych ludzi. Obsesja nienawiści Kaczyńskiego do wszystkiego, co prywatne, zaowocowała projektem zniszczenia prywatnej służby zdrowia, o którym otwarcie on mówił przed wyborami w 2015 roku. Stąd fatalny pomysł sieci szpitali, stąd wypowiedzenie umów prywatnym karetkom i prywatnym ratownikom medycznym, stąd ataki na lekarzy, i mamy skutki.

DYKTATOR WYMYŚLIŁ SOBIE, ŻE SŁUŻBA ZDROWIA MA BYĆ WYŁĄCZNIE PAŃSTWOWA, A PRYWATNY SEKTOR TRZEBA ZNISZCZYĆ I POWOLI TO REALIZUJE. A NIEWINNI LUDZIE UMIERAJĄ NA SOR-ACH, NIE MOGĄ SIĘ DOCZEKAĆ NA WIZYTĘ U SPECJALISTY, BRAKUJE LEKARZY, PIELĘGNIAREK, LEKÓW…

I oczywiście winne jest „osiem lat rządów PO-PSL”. Nie. Winny jest PiS. A czy Kaczyński pod wpływem faktów zmienił swoje plany? Nie. Jeszcze wczoraj powiedział, że rząd zwiększy nakłady na służbę zdrowia, ale tak, by nie trafiały do prywatnych kieszeni. Czyli dalej: finansować będziemy tylko państwowe, podczas gdy prywatne jest 95 procent POZ-ów i 60 procent gabinetów specjalistycznych, ale tam „by trafiało do prywatnych kieszeni”.

To jest właśnie zjawisko pomysłów dyktatora na przebudowę państwa bez liczenia się ze skutkami dla obywateli. I oczywiście bez konsultowania z fachowcami, bo przecież uznajemy tylko klakierów. Kilka dni temu Konstanty Radziwiłł, były minister zdrowia z PiS, tłumaczył w telewizji, że ze służbą zdrowia wszystko jest dobrze, tylko pacjentów jest za dużo, a lekarze nie umieją się zorganizować. Czyli jak zwykle winny jest kto inny.

Ale oderwijmy się od kraju i zobaczmy, jakie mogą być uboczne skutki pomysłów i działań dyktatorów, którzy pełnię bezkarności już osiągnęli. Zaznaczam, chodzi o skutki uboczne, o tych niewinnych ludzi, którzy rzekomo „nie mają czego się bać”.

Kim Ir Sen (Kim Il Sun – Kim „Być Słońcem”) po wojnie koreańskiej, którą to on wywołał, bał się amerykańskich nalotów, wiec wymyślił, by cały przemysł przenieść do podziemnych bunkrów. Ale dramatycznie brakowało rąk do pracy przy takim projekcie. Postanowił zapędzić do roboty kobiety. Kim wygłaszał wtedy przemówienia o „ciotkach nierobkach”. Trzeba było jednak coś zrobić z dziećmi. Wymyślono całodobowe żłobki i całotygodniowe przedszkola, a starsze dzieci nawet zabierano rodzicom całkiem. Oczywiście nie wszystkim. „Klasy lojalnej” to nie dotyczyło. Ponieważ państwo jest biedne, część dzieci porzuca. Błąkają się one żebrząc i kradnąc, by przeżyć. Mają swoich biologicznych rodziców, ale nie umieją ich znaleźć.

I na koniec inne przykłady ubocznych skutków bezkarności rozwiniętej dyktatury.

Mao Zedong lubił pływać. Miał ogromny brzuch, a więc dużą wyporność, ale pływać z nim musiała cała świta i nie obchodziło go, czy umie. Pewnego dnia dopłynął do wysepki na rzece, na której mieszkała rybacka rodzina. Wpadli oni w niemal religijny zachwyt widząc Mao. Godzinę później przypłynął motorówką Kang Sheng. Wyjął browninga i całą rodzinę zastrzelił. Powód: widzieli Mao w gaciach.

Ławrientij Beria niemal jawnie i bezkarnie gwałcił kobiety. Oczywiście Stalin doskonale o tym wiedział, całe KC wiedziało, no i co? Nic.

Syn Saddama Husajna (Saddama al Tikritti – „Buntownika z Tiktritu”) Udaj porywał kobiety z ulicy, gwałcił i zabijał. Głowy zabitych kobiet wysyłał rodzinom w paczkach pocztą. Miał całą świtę bezkarnych bandytów – „Lwy Udaja”.

No wystarczy, bo można by długo.

Na szczęście naszej raczkującej dyktaturze do tego daleko. Nasz dyktator tylko zalegalizował korupcję, kumoterstwo i nepotyzm, znosząc konkursy na stanowiska państwowe, zapewnił bezkarność sobie i kumplom, zapewnił bezkarność faszystowskim bojówkarzom. Ale jeszcze nie opanował sądów. Rozprawę z opozycją, wolnymi mediami, dziennikarzami, artystami… już zapowiedział: ostatnie cztery lata to było dopiero udeptywanie ziemi do rozprawy z tymi… (cytuję z pamięci).

Oczywiście wszyscy dyktatorzy robią to wszystko dla ludu i w imię ludu, a lud jak zwykle je kawior ustami swych przedstawicieli.

Szanowny czytelniku, 13 października idź głosować. Nie czekaj, aż niewinni naprawdę będą mieli czego się bać. Ty też.

Małgorzata Kidawa-Błońska – miodzio >>>

W ostatnich dniach wyciekają kolejne „taśmy Sławomira Neumanna”. Jeden z liderów PO i zarazem Koalicji Obywatelskiej stał się dziś chyba wrogiem numer 1 PiS-u. TVP prezentuje coraz to nowsze nagrania, które uderzają w jego osobę. Dlaczego telewizja publiczna to robi? I w jaki sposób zdobyto „taśmy”?

Już poprzednia „afera taśmowa” była pewnym ciosem w rządzącą jeszcze wtedy PO. Odsłoniła kulisy rozmów politycznych, ale w gruncie rzeczy – poza wulgarnym językiem – nie pokazała niczego, czego wyborcy nie mogli się spodziewać. Trzeba to uczciwie powiedzieć: politycy – jak my wszyscy – w prywatnych rozmowach przeklinają. W środowisku są też osoby, które nie zawsze są w pełni czyste moralnie. To smutna prawda i stara jak świat.

Neumann nagrany

W przypadku Sławomira Neumanna mamy „aferę” podobnego kalibru. Wiele przekleństw i parę kontrowersyjnych wypowiedzi. Nikt jednak nie zadaje tu fundamentalnego pytania: KTO NAGRAŁ NEUMANNA? Czy zrobili to lokalni działacze PO? Co dziwne, dziś wyciekły kolejne taśmy, pochodzące z innego miejsca i związane z inną datą. Czy więc wiceszef PO miał przez pewien okres w swoim otoczeniu tzw. „kreta”? Musiałaby być to jakaś zaufana osoba, bowiem wątpliwe, by był tak szczery i otwarty wobec nowo poznanej persony.

Niestety istnieje jednak i inna ewentualność. Czyżby poseł na Sejm był podsłuchiwany? Wiele na to wskazuje i póki nie dowiemy się, skąd TVP wzięło nagrania, nie poznamy na to odpowiedzi. Jeśli jednak byłyby one wynikiem podsłuchu, opozycja powinna szybko poprosić rząd o zbadanie tej sprawy.

Wpływ taśm na wybory

Jak taśmy Neumanna wpłyną na wyniki wyborów? Dziś tego nie wiemy. Mogą jednak zdemotywować część wyborców opozycji w kwestii wzięcia udziału w wyborach. Na to z kolei liczy PiS, którego jedyną obawą dziś jest niezbyt wysoka mobilizacja elektoratu. To zaś może przełożyć się na zbyt słaby wynik partii rządzącej i ostateczne przejęcie sterów władzy przez sojusz KO, PSL i Lewicy. Czy tak będzie? Na odpowiedź poczekamy niecałe siedem dni…

Koszmarna pisowska recydywa, z którą walka jest dziś nowoczesnym patriotyzmem to zmierzenie się z wielokrotnie opisywanymi i powtarzanymi zagrożeniami, obecnymi w kampanii, takimi jak przede wszystkim: zniszczenie demokracji, polityczny wymiar sprawiedliwości, korupcja, rządy nieuków, fałszowanie historii, nadciągający kryzys ekonomiczny, demolowanie samorządów, edukacji, ochrony zdrowia, obronności, rolnictwa, wyprowadzanie Polski z Unii.

Te zagrożenia, chociaż dokuczliwe i w wielu obszarach niezwykle bolesne (np. nikt nie wróci życia ofiarom smogu, braku lekarzy pielęgniarek i lekarstw, zamykanych szpitali, koszmaru na SOR-ach itd.) to jednak w jakimś sensie odwracalne, czasami symboliczne (fałszowanie historii, kult pseudobohaterów) lub dające się odrobić.

Po 45 latach komunizmu demokracja w podstawowym zarysie została odbudowana w kilka miesięcy, znacznie wolniej trwało przezwyciężanie gospodarczego zacofania. I dlatego po zmarnowanym dla Polski przez nieudolne pisowskie rządy dobrej koniunktury, aż strach pomyśleć jak kosztowny długotrwały i bolesny będzie proces przywracania sprawnej gospodarki i odsunięcie nieuków i cwaniaków od rządzenia naszym krajem. Ale to wszystko w jakimś stopniu mieści się w procesie odbudowywaniu kraju po nieszczęściu i katastrofie, jaką były rządy geniuszy w rodzaju pp. Szydło, Morawieckiego, Banasia itp. Natomiast najgroźniejsze spustoszenia wyrządza pisowski reżim w obszarze dewastowania środowiska, zmian klimatycznych, zanieczyszczeń wody, powietrza, aktywnego niszczenia życia na naszej planecie.

Milovan Dżilas napisał, że w komunizmie nawet ziemia i powietrze nie są wolne. Nie przewidział tego, że w Europie po upadku komunizmu pojawią się reżimy, które potrafią niszczyć ziemię i powietrze. Nawet to, co wydawało się niezniszczalne i wieczne.

Wielokrotnie przytaczana wypowiedź prezydenta Macrona, że Polska wszystko blokuje i przeciwstawia się walce z ocieplaniem klimatu jest najlepszym podsumowanie pisowskiej polityki w obszarze ochrony środowiska.

Jesteśmy krajem emitującym w przeliczeniu na mieszkańca gigantyczne ilości spalin, gazów cieplarnianych (głównie CO2), trujących substancji. Jesteśmy krajem, w którym dokonywała się bezsensowna wycinka Puszczy Białowieskiej i w którym w pierwszej połowie 2017 roku wyciętych zostało trzy miliony drzew (każde drzewo odgrywa wielką rolę na rzecz środowiska). Przekraczane są i tak niskie normy zanieczyszczeń i smogu, co ma katastrofalne skutki dla zdrowia ludzi i przyrody.

Zmiany wywołane ociepleniem klimatu zachodzące na naszej planecie są dramatyczne. Topnieją lodowce w górach, Arktyce, na Grenlandii, oznacza to w bliskiej perspektywie podniesienie poziomu wód w oceanach, szereg kataklizmów, zalanie obszarów lądowych, a także wyginięcie wielu gatunków. To ostatnie w najmniejszym stopniu nie obchodzi naszych morderców rysi, wilków, chomików, płazów, motyli.

Według specjalistów, jeśli chcemy zatrzymać ocieplanie klimatu to do 2030 roku świat musi zmniejszyć emisję CO2 do 45% obecnego stanu, a w ciągu kolejnych 20 lat do zera. Dziś podejmujemy decyzję, które oznaczają utrzymanie życia na ziemi w znanej nam formie, bezpieczną przyszłość przyszłych pokoleń, powstrzymanie wymierania gatunków. Odpowiedzią pisowskiego rządu jest importowanie węgla i budowanie nowych elektrowni węglowych, zablokowanie elektrowni wiatrowych, a także innych form rozwoju tzw. czystej energii.

Szkodliwe dla całego świata, Polski, a także Śląska oparcie gospodarki na węglu jest jednym z przekleństw tego, co zgotował i gotuje nam PiS.

Pogarda dla przyrody to nie tylko bezmyślne zabijanie zwierząt, to niszczenie siedlisk i całych środowisk. Coraz trudniej w Polsce spotkać pazia królowej, zawisaka, kraskę, żołnę, dużego chrząszcza i wielobarwnego motyla, płaza, zaskrońca. Za to mamy program regulacji dużych rzek. Gdy cały świat wraca do rzek naturalnych, meandrujących, z bogatą linią brzegową, tarliskami ryb, miejsc gniazdowania ptaków i atrakcyjnymi przyrodniczo starorzeczami pisowscy „specjaliści” od przyrody idą w odwrotnym kierunku. Rzeki mają być wybetonowanymi rynnami, które będą odwadniać i tak bardzo wysuszony i wyjałowiony kraj i wprowadzać duże ilości ścieków do Bałtyku. To wszystko jeszcze bardziej izoluje, ośmiesza i kompromituje nasz kraj, rządzony przez wrogów demokracji oraz wrogów przyrody.

To czy pisowcy będą mieli samodzielną większość i tym samym będą mogli swobodnie kontynuować niszczenie Polski zależy moim zdaniem od tego, czy do Sejmu wejdzie PSL (Koalicja Polska).

PSL może zatrzymać PiS. Oczywiście także lewica co jest już na szczęście przesądzone. Nie wejście lewicy 4 lata temu zaowocowało obecną tragedią. Dlatego proszę wszystkich o uwzględnienie tego faktu.

Kaczyński to żaden Gomułka, czy Gierek, to Goebbels

8 Wrz

Podczas konwencji PiS w Lublinie prezes partii tradycyjnie pełnymi garściami i w pięknych, propagandowych słowach składał kolejne obietnice wyborcze, przedstawiał swoją partię, jako jedynego gwaranta rozwoju i dobrobytu Polski.

Tradycyjnie nie mogło zabraknąć ataku na Donalda Tuska i poprzednie rządy PO-PSL. Tym razem pan prezes w swoim stylu stwierdził, że poprzednicy nie podchodzili rzetelnie do swoich obowiązków, a jedynie bawili się w kierowanie państwem.

Ta władza to była po prostu zabawa we władzę, zabawa w rządzenie – dobre wina, cygara, haratanie w gałę. Nawet nie chcieli chcieć. Cała ta władza lubiła widowiska. Nas to kosztowało zatrzymanie w rozwoju” – grzmiał z mównicy Jarosław Kaczyński.

Niestety, jak można się było spodziewać, w wystąpieniu prezesa PiS zabrakło samokrytyki czy choćby cienia autorefleksji.

Szef partii zapomniał wspomnieć o najmniejszych błędach dzisiaj rządzących. Państwowe samoloty wykorzystywane do prywatnych lotów, nepotyzm, afery korupcyjne, taśmy Kaczyńskiego, trolle w Ministerstwie Sprawiedliwości, milionowe premie, to tylko niewielki procent kosztów, które ponosimy wszyscy w drodze do budowania pisowskiej wizji Polski.

Przypominajmy im codziennie do wyborów, co tak naprawdę uważa ich premier. Kopiujcie to od nas, podawajcie dalej. ZANIM BĘDZIE ZA PÓŹNO. (ja tam wolę ośmiorniczki niż ten jego ryż !!!)

To nie było najlepsze z wystąpień Jarosława Kaczyńskiego. Przydługie, nieco chaotyczne. Lider PiS przedstawił w nim jednak wizję państwa, jakiego chce jego partia. Jasne jest też całkowicie, kto w tym państwie ma być w centrum uwagi, dopieszczany przez władzę, a komu łaskawie pozwala się występować w roli dojnej krowy.

  • Opowieść o postkomunizmie, którą wygłosił Kaczyński na konwencji, pozwala PiS nie zajmować się realnymi problemami organizacji państwa
  • Kaczyński wygłosił płomienną pochwałę państwa wszechmocnego, wszechopiekuńczego, wtrącającego się w każdą dziedzinę życia. Jednocześnie mówił, że PiS jest partią wolności 
  • Z kolejnych socjalnych zapowiedzi jasno wynika, że dla PiS ważni są ci, którzy żyją z transferów socjalnych, a nieważni są ci, którzy się na nie głównie składają

Przemówienie Jarosława Kaczyńskiego miało cztery główne wątki: wartości, postkomunizm, państwo i socjalizm.

W sferze wartości usłyszeliśmy to, co zwykle — nie ma tu żadnego zaskoczenia, ale jest niekonsekwencja. Kaczyński stwierdził, że dla PiS najważniejsza jest ochrona życia, wspominając eutanazję i aborcję.

Tyle że PiS nie spełnił przez cztery lata najbardziej umiarkowanego spośród postulatów środowisk określających się jako pro life, wspieranego przez Kościół, czyli nie zakazał aborcji eugenicznej. Gdy tylko ten temat się pojawiał, PiS zaczynał kluczyć i lawirować.

PiS nie zdecydował się również na wypowiedzenie ratyfikowanej za PO konwencji stambulskiej, operującej lewicowym językiem, gdy idzie o kwestie płci i rodziny – mimo że nie będąc jej stroną, nie bylibyśmy wyjątkiem. W naszej części Europy jest więcej takich państw.

Wygląda więc na to, że odwoływanie się do wartości to element głównie retoryczny, gdy zaś idzie o konkrety, PiS jest po prostu zachowawczy i nie chce zmian ani w jedną, ani w drugą stronę. Trudno więc uznać, żeby realizował tutaj konserwatywną agendę.

Drugi wątek to postkomunizm. Kaczyński opowiedział historię płynnego przejścia od patologii wczesnej III RP do rządów poprzedników PiS, a nawet do czasów dzisiejszych, bo przecież postkomunizm ma być tym zjawiskiem, które dopiero PiS będzie w stanie zlikwidować do końca. Na razie walczy zaciekle, ale postkomunizm jakoś się nie daje.

Opowieść o postkomunizmie jest dla PiS bardzo wygodna. Po pierwsze, pozwala wyznaczyć czytelną granicę: my – w obronie wolnej Polski, oni – postkomuna. Jesteś przeciw PiS – jesteś za postkomuną. Po drugie – odciąga uwagę od realnych problemów. Celem ma być walka z postkomunizmem, a nie jakieś tam organizowanie dobrze działających instytucji. Jeśli coś się natomiast wciąż w Polsce dzieje nie tak, to pewnikiem nie jest to kwestia słabych kompetencji władzy, jej dyletanctwa, przedkładania partyjnych racji nad państwowe czy nepotyzmu, ale złej postkomuny, która czai się wciąż w zakamarkach.

Ta opowieść kiedyś już wybrzmiewała. Wtedy Kaczyński nazywał to „układem”.

O ile diagnoza Kaczyńskiego jest trafna, gdy idzie przynajmniej o pierwszą, częściowo także drugą dekadę III RP, to przywoływanie jej dzisiaj jako jednego z głównych wątków politycznej agendy oraz wyjaśnienia wciąż istniejących problemów jest już wyłącznie sprytnym zabiegiem retorycznym, mającym przemówić do tej części elektoratu, która zafiksowana jest właśnie na haśle walki z postkomuną.

Polskie problemy są obecnie całkiem innego rodzaju. Ich źródłem jest choćby fatalny system legislacji przy braku pełnej transparentności tegoż, a nie jakieś postkomunistyczne układy. Można być jednak pewnym, że skoro ten właśnie wątek został tak mocno wybity, owymi faktycznymi problemami partia rządząca specjalnie zajmować się nie zamierza. Nie było zresztą o nich w ogóle mowy w wystąpieniu Kaczyńskiego. Nie pojawił się temat, mówiąc najogólniej, dobrego rządzenia w sensie instytucjonalnym. To logiczne, skoro założenie jest takie, że PiS rządzi znakomicie z definicji. Instytucje są tu jedynie elementem niepotrzebnie krępującym.

Ogromnie ważny był motyw państwa. Zabawne, że lider najbardziej etatystycznej i paternalistycznej partii, jaka kiedykolwiek sprawowała w III RP rządy, stwierdził, że dla PiS najważniejsza jest wolność. Wolność to pojemne pojęcie. PiS rozumie ją wyłącznie jako wolność w sensie suwerenności państwa oraz wolność polityczną w sensie realizacji konstytucyjnych swobód. Ignoruje całkowicie kwestię wolności w znaczeniu osobistej swobody podejmowania decyzji przez obywateli, brania za nie odpowiedzialności i decydowania o sobie. Co zresztą jest typowe dla ugrupowań lewicowych.

Kaczyński przedstawił w swoim wystąpieniu apologię państwa – wszechpotężnego, wszechopiekuńczego, decydującego za obywatela, co dla niego dobre. Ta wizja została przeciwstawiona lekceważeniu państwa przez poprzedników. To zresztą w dużej mierze celna diagnoza. Tyle że odpowiedzią PiS na słabość państwa za Platformy jest jego wszechmoc. Tym niebezpieczniejsza, że pozbawiona solidnej podbudowy instytucjonalnej.

Kaczyński nie pozostawił złudzeń: państwo ma być w centrum. Ma w swej niezmierzonej mądrości decydować, co jest dla obywateli dobre, a co złe. Ma im urządzać życie. Nie w sensie – jak twierdzą przeciwnicy rządu – narzucania na przykład norm światopoglądowych. W tę stronę PiS nigdy nie poszedł i pewnie nie pójdzie. Chodzi o organizowanie ludziom życia przez mikrozarządzanie ich codziennością poprzez niezliczone regulacje, zakazy, nakazy. Państwo ma być dobrym, mądrym ojczulkiem, który będzie kierował swoje głupiutkie dzieciaczki – obywateli – na właściwą drogę, a w razie czego dawał im po pupie, jeśli zbłądzą.

W trakcie konwencji minister Jadwiga Emilewicz napisała na Twitterze, że Kaczyński nawiązuje do polskiej wolnościowej tradycji. Pani minister powinna chyba lepiej zgłębić historię I Rzeczypospolitej, bo można odnieść wrażenie, że albo jej nie zna, albo nie słuchała Kaczyńskiego.

Wreszcie wątek czwarty, socjalny – najbardziej porażający. Gdyby żył Hugo Chavez — sprawca ruiny, w którą popadła Wenezuela za sprawą jego socjalistycznych eksperymentów — mógłby się z pewnością uśmiechnąć, słuchając zapowiedzi Kaczyńskiego. Wbrew płynącym również z wnętrza Zjednoczonej Prawicy głosom, że dość już rozdawnictwa, dość socjalu, że pora zwrócić się w stronę tych, którzy na ten dobrobyt mają pracować, najwyraźniej w gabinecie na Nowogrodzkiej zapadła jednak inna decyzja kierunkowa. PiS nie tylko nie przyhamował licytacji na socjalne obietnice, ale wręcz dosypał węgla. Można odnieść wrażenie, że za sterami lokomotywy prowadzącej ten pociąg stoi naprawdę szalony maszynista.

Na to, co zostało nazwane „hattrickiem Kaczyńskiego”, składają się trzy obietnice: pełne dopłaty dla rolników, podwójna 13. emerytura w 2021 r. i radykalne podwyżki płacy minimalnej – do 3 tys. zł w 2020 R. i do 4 tys. zł w 2023 r.

O kosztach tych rozwiązań Kaczyński oczywiście nie mówił. Nie bez powodu. Koszt 13. emerytury to dzisiaj około 10 mld zł rocznie, a więc, z grubsza biorąc, mówimy o kolejnych 10 mld zł. Do tego Beata Szydło mówiła o podnoszeniu emerytur, więc zapewne na tej sumie się nie skończy.

Szczególne wrażenie zrobiła jednak zapowiedź podwyższania pensji minimalnej. To bowiem oznacza dla przedsiębiorców radykalnie wyższe koszty pracy, w tym zwłaszcza składki na ZUS. Premier zapowiedział wprawdzie następnie, że rząd będzie pracował nad uzależnieniem tychże od dochodu – to faktycznie od dawna wysuwany przez przedsiębiorców postulat – ale o ile zapowiedź podwyższania pensji minimalnej jest konkretna, to zapowiedź Morawieckiego – nie. Nie bardzo nawet wiadomo, czy miałoby to dotyczyć wszystkich przedsiębiorców, czy tylko wybranych.

Zresztą nawet gdyby sprawa składek ZUS została załatwiona po myśli przedsiębiorców, to i tak ustawowe podwyższanie minimalnego wynagrodzenia będzie miało morderczy skutek dla mniejszych biznesów. Dziś przeciętne wynagrodzenie wynosi ponad 5 tys. zł. Nawet wziąwszy pod uwagę jego ewentualny wzrost – przy założeniu stałej koniunktury, co wcale nie jest pewne – i hipotetyczną inflację, minimalne wynagrodzenie planowane na 2023 r. wygląda na tym tle wręcz absurdalnie – miałoby przecież wynieść ponad 80 proc. obecnej przeciętnej pensji!

Kaczyński nie wspomniał, co zrozumiałe, o dwóch skutkach tych zapowiedzi. Pierwszym musi być nieuchronny wzrost inflacji, która i tak rośnie, zjadając część socjalnych transferów. Drugim jest, że te szczodre plany nie obciążą przecież budżetu państwa, ale przedsiębiorców. Innymi słowy – PiS kupuje sobie wyborców cudzymi pieniędzmi (po raz kolejny zresztą).

Z wystąpienia Kaczyńskiego wynika jasno, kto jest w sferze zainteresowania PiS, a kto nie. Przede wszystkim są w niej osoby, dla których socjal w różnej formie jest dzisiaj głównym sposobem na podwyższenie poziomu życia. PiS hoduje sobie coraz większą grupę wyborców uzależnionych od jego skrajnie socjalistycznego kursu na agresywną redystrybucję. W orbicie zainteresowania mieszczą się także emeryci oraz pracownicy etatowi.

Komu zaś Kaczyński okazuje ostentacyjnie brak zainteresowania? Przede wszystkim przedsiębiorcom, którzy mają jedynie opłacać obietnice partii rządzącej, ale także wszystkim tym, dla których – dzięki ich własnej pracy, wykształceniu, samozaparciu – socjalne prezenty od PiS są jedynie dodatkiem, bez którego mogą się obyć. To grupa, która ma pełną świadomość, że już jest dla rządzących dojnymi krowami, a będzie jeszcze bardziej – nawet jeżeli jakaś część pieniędzy potem do nich wraca.

Gra partii rządzącej jest czytelna. Jak największa grupa wyborców ma zostać zmobilizowana kolejnymi obietnicami. Nie idzie o odebranie elektoratu komukolwiek, ale o to, żeby sympatycy nie pozostali w domach. Niewykluczone jednak, że tutaj rządzące ugrupowanie przesadziło. Może się bowiem okazać, że zapowiedzi Kaczyńskiego będą mieć bardzo umiarkowane działanie mobilizujące – w końcu, z punktu widzenia wyborców PiS, to po prostu kolejne socjalne prezenty – za to jak płachta na byka zadziałają na tych, którzy mają dość bycia traktowani jak skarbonka Prawa i Sprawiedliwości. Tylko kto oferuje im rozsądną alternatywę? Koalicja Obywatelska, mówiąca o darmowym internecie i godzinie oczekiwania na SOR? Wolne żarty.

Kaczyński oznajmił, że celem PiS jest budowa państwa dobrobytu. Lecz państwa dobrobytu – którego trwałość też zresztą budzi wątpliwości – budowały swój kapitał i szacunek dla gromadzących go ludzi przez dziesięciolecia. PiS chce to zrobić na skróty, popychając nas na ścieżkę, która najpewniej skończy się przepaścią. A wtedy pozostanie zrobić krok do przodu…

„Pan minister kultury, profesor doktor habilitowany Piotr Gliński błysnął olśniewającym dowcipem. Jednak do pana prezydenta ciągle mu daleko” – napisał na Twitterze Jarosław Kurski, wicenaczelny „Gazety Wyborczej”. Całą dobę Glińskiemu zajęła analiza wczorajszej konwencji Koalicji Obywatelskiej i oto, do jakiego doszedł wniosku: – „Obejrzałem konwencję pana Schetyny: nie będzie smogu, nie będzie powietrza, nie będzie suszy, nie będzie deszczu, nie będzie niczego…”.

Do „żarciku” Glińskiego odnieśli się też inni internauci: – „Panie Gliński, dla dobra wszystkich powinien Pan zostać w tablecie Kaczyńskiego”; – „Pan ponoć od kultury. Ładnie tak zmyślać?”; – „Nie będzie promów, przekopów, samochodów elektrycznych, szpitali, Janowa. Deszczu też jakby na lekarstwo. Za to są miliony dla Rydzyka, miliardy na propagandę. Lodołamacz sklejony taśmą powinniście mieć w logo”;

„Za to mamy kolekcję Czartoryskich, kosztującą nas podatników 500.000.000 PLN, której i tak nie mogli właściciele sprzedać, i miliony przesłane do toruńskiej sekty”; – „Jednak brat miał rację – idiota”.

Oto krótki i przetestowany w praktyce instruktaż

Będzie to opowieść o nieszczęśliwym, rozdartym kraju, którego ludność, dzieli się na dwie części, różniące się tak, jakby żyły na innych planetach.

Jedna część, na ogół lepiej wykształcona i zamożniejsza, zamieszkuje wielkie miasta, a zwłaszcza stolicę. Ta część populacji od pokoleń stanowiła fundament tutejszej polityki. To z tej właśnie grupy od niepamiętnych czasów wywodziły się elity polityczne i społeczne. Po nastaniu demokracji to jej przedstawiciele zakładali najważniejsze partie polityczne, stawali na ich czele, rywalizowali w wyborach i sprawowali władzę. Nazwijmy tę grupę „obozem żółtych koszul”.

Druga część populacji, w statystycznej większości niewykształcona i biedna, zamieszkuje głównie prowincję. Umówmy się, że dla odróżnienia od wielkomiejskiej klasy średniej jej znakiem rozpoznawczym będą czerwone koszule.

Ten stan trwał przez długie lata: żółte koszule stanowiły elitę, a czerwone koszule – lud. Aż pojawił się w polityce tego kraju człowiek przebiegły, cyniczny i żądny władzy, który postanowił podsycić istniejący od dawna podział i wykorzystać go do swoich celów. Nie chodziło mu o ułatwienie awansu z szeregów ludu do cywilizacji wielkomiejskiej ani o zbudowanie harmonijnie rozwijającego się społeczeństwa, lecz o stworzenie bazy społecznej dla swoich autorytarnych rządów. Jedyną bowiem jego miłością i obsesją była władza i związane z nią benefity. Postanowił więc pogłębić podziały i zaostrzyć antagonizmy klasowe.

Choć sam był typowym przedstawicielem świata żółtych koszul, po zwycięskich wyborach zaczął pozować na wielkiego przyjaciela ludu i zaczął mu dawać hojne prezenty. Łatwo sobie wyobrazić zachwyt prostych i biednych wieśniaków, gdy każdy z nich zaczął od państwa regularnie dostawać worek ryżu. Rozdęte programy socjalne, usługi edukacyjne, służba zdrowia (cóż z tego, że marna – ważne, że darmowa) – wszystko to pozwalało liderowi czerwonych koszul pozować na wielkiego przyjaciela ludu.

Tymczasem w kręgu żółtych koszul narastał bunt. Ta wykształcona, wielkomiejska część społeczeństwa widziała, że populistyczne rządy łamią wszelkie zasady przyjęte w cywilizowanym świecie. Że budżet na dłuższą metę nie wytrzyma takiego rozdawnictwa. Że rządzący tworzą skorumpowaną kastę, która zagarnia coraz więcej władzy, przywilejów i pieniędzy. Że łamią konstytucję. Że bogacą się bez opamiętania. Że rozdają stanowiska krewnym i znajomym Królika. I tak dalej.

Zaogniający się konflikt przybrał wręcz charakter zimnej wojny domowej. Tylko kwestią czasu było jej przekształcenie się w wojnę gorącą. W końcu na ulice wyszło wojsko i odebrało władzę populistom.

Jednak, gdy odbyły się wybory, lud ponownie zagłosował na czerwone koszule. Wprawdzie ich wódz, oskarżony o przestępstwa korupcyjne, uciekł w międzyczasie za granicę, ale na czele nowego rządu stanęła jego siostra, która natychmiast przygotowała projekt ustawy amnestionującej brata. Zdominowany przez czerwone koszule parlament uchwalił tę amnestię – i wtedy żółte koszule ponownie wyszły na ulice. W odpowiedzi czerwone koszule też się zmobilizowały. Doszło do wielotygodniowych demonstracji i ulicznych starć. Po obu stronach były ofiary śmiertelne.

W końcu znowu interweniowała armia, która przejęła władzę. Wojna domowa skończyła się – ale skończyła się też demokracja. Władzę sprawuje wojsko, a kraj jest izolowany na arenie międzynarodowej, bo nikt nie chce się zadawać z państwem rządzonym przez juntę.

No więc właśnie. Taka sytuacja.

Aha, zapomniałem powiedzieć, że ten kraj nazywa się „Tajlandia”.

Kciuk Kaczyńskiego. W górę, czy w dół?

7 Wrz

Sprawa tajemniczej śmierci byłego boksera Dawida Kosteckiego zaczyna być coraz bardziej bulwersująca. Już chyba mało kto wierzy w oficjalną wersję, w ramach której popełnił on samobójstwo, leżąc na więziennej pryczy. Co zdecydowanie zastanawiające, prokuratura zamiast wyjaśniać wątpliwości w tej sprawie, wywołuje coraz więcej pytań, nasilając wręcz wrażenie, że coś w niej ukrywa. Sytuacja, w której jeden ważny świadek, mający olbrzymią wiedzę o kulisach afery, w którą zamieszanych może być szereg VIP-ów z Podkarpacia, w tym prominentnych polityków obozu władzy, kontrolującego przecież prace prokuratury powinna postawić na nogi nawet największych sympatyków PiS. Tak bowiem nie działa państwo normalne, uczciwe i otwarte.

Reporterzy Radia Zet dotarli do listu, jaki do prezesa partii rządzącej Jarosława Kaczyńskiego napisała żona Dawida Kosteckiego. Ujawniła ona w nim bardzo niepokojące wydarzenia z celi swojego męża.

“(…) Od miesiąca robię wszystko co możliwe, by wyjaśnić sprawę śmierci mojego męża. (…) Nigdy nie uwierzę, że Dawid mógł się zabić. Miał niestety wielu wrogów i bał się przeniesienia do Warszawy. Dzisiaj podległa Panu prokuratura traktuje rodzinę i naszych pełnomocników jako zagrożenie związane z tym, że chcemy wyjaśnienia przyczyn śmierci mojego męża. Nie udostępnia się nam akt postępowania, a czasem o dowodach dowiadujemy się z mediów, które otrzymują je wprost z prokuratury, gdyż nikt inny ich wcześniej nie posiada. Czy może Pan panie Prezesie zrozumieć jak czuje się człowiek, który o dowodach ze śledztwa dowiaduje się z mediów, bo prokuratura odmawia wydania ich rodzinie, ale chętnie dzieli się nimi z mediami? Czy Pan jako bliski ofiar katastrofy nie miał dostępu do akt sprawy? Czy gdyby na ciele pańskiego brata znaleziono ślady po użyciu jakiegoś narzędzia to zaakceptowałby Pan to, że nie przeprowadzono badań aby wyjaśnić skąd się wzięły?” – pisze załamana Edyta Kostecka.

Wdowa wymienia szereg zaniedbań śledczych i wytyka im lekceważenie niepokojących śladów możliwego udziału osób trzecich przy śmierci męża. Ujawnia także szokującą wizytę przedstawiciela Ministerstwa Sprawiedliwości (czyżby rząd miał co do ukrycia?) w celi zmarłego boksera.

Edyta Kostecka kończy list słowami: “Mój mąż nie był świętym człowiekiem, ale był obywatelem RP oraz dzielnym sportowcem i zasługuje na wyjaśnienie tego, kto go zabił. Nie jestem politykiem i nie obchodzi mnie to, że ta śmierć nastała w czasie kampanii wyborczej. Chcę sprawiedliwego śledztwa i traktowania mnie uczciwie.”

Na sprawiedliwe śledztwo i uczciwe traktowanie raczej jednak liczyć nie może i próba interwencji u Jarosława Kaczyńskiego zapewne nie przyniesie spodziewanego skutku. Lider PiS nie jest w stanie poskromić Zbigniewa Ziobry, nad którego działaniami już dawno utracił kontrolę. Ta władza tej sprawy nie wyjaśni, bo zbyt wiele ma w niej do stracenia.

„Panie premierze, panie prezesie. Nie jest wcale tak różowo jak w waszych spotach. Nie wystarczy w programach TV pokazywać, że wszystko wygląda wspaniale. Polski nie naprawia się w telewizji. Wyjdźcie z limuzyn, wyjdźcie zza ochroniarzy i posłuchajcie co mówią ludzie”.

Zapowiedziała m.in. ofertę dla seniorów aktywnych, „ale myślimy też mocno o seniorach mniej sprawnych” – mówiła Kidawa-Błońska.

Zadeklarowała 20 tys. zł premii emerytalnej i zwolnienie seniorów z PIT.

W nawiązaniu do polityki podatkowej kandydatka na premiera mówiła: „Przedsiębiorcy są gnębieni. Stworzymy przejrzyste prawo podatkowe. Firmy nie będą opodatkowane podatkiem CIT od zysku firm, o ile zostaną w tych firmach i będą służyć rozwojowi”. Obiecała również zrównać płace kobiet i mężczyzn na tych samych stanowiskach. „Alimenty będą regularnie ściągane. Wprowadzimy dwumiesięczny, płatny urlop macierzyński” – zapewniła

Te obietnice uzupełniła Izabela Leszczyna: „Praca musi się opłacać – zapowiedziała. KO obiecuje 614 zł miesięcznie – to bonus aktywizujący dla najmniej zarabiający. Nie ma być to koszt pracodawcy. Zyskają wszyscy pracujący, bo płaca musi się opłacać. Obciążymy daniny publiczne pracy z 50 do 35 proc.” – zadeklarowała.

Skąd pieniądze na realizację tych deklaracji? Dywidendy z zysków spółek ze Skarbu Państwa mają być wyższe, a ograniczenie wydatków Kancelarii Premiera znacznie większe.

Koalicja Obywatelska obiecuje w swym programie bezpłatne leki i lepszy dostęp do lekarzy. Wypowiada wojnę trudnej sytuacji na SOR-ach. Młodym (do 24 roku życia) proponuje darmowy internet.

A wszystkim naprawę mediów publicznych i likwidację abonamentu. Nie zapomni o nauczycielach i planuje zmiany w szkołach.

Wszyscy musimy pamiętać, że bez dobrej edukacji nie ma co marzyć o Polsce prawdziwie demokratycznej.

Mija pierwszy tydzień nauki w szkołach i co się dzieje? Popatrzmy na szkoły ponadpodstawowe. To ciągnący się koszmar dzieciaków, ich rodziców i nauczycieli. Przystosowanie na wariata każdego pomieszczenia, byle tylko zmieścić nadmiar klas. Do nauczania zaadaptowano magazyny, sklepiki szkolne, pokoje nauczycielskie, stołówki, poradnie pedagogiczne. Sporo takich szkół, gdzie klasy liczą 38 uczniów. Na korytarzach uczniowie ściśnięci jak śledzie, co zagraża ich bezpieczeństwu. Zajęcia na dwie zmiany, często do późnych godzin popołudniowych. Brak nauczycieli, bo co niektórzy spasowali, a ci, co pozostali wiedzą, że będą ciągnąć ostatkiem sił, co również odbije się na jakości nauczania. Nie zapominajmy też, że w klasach pierwszych nauczyciele będą zasuwać w oparciu o dwie podstawy programowe. Jedna będzie obowiązywała absolwentów gimnazjów, druga absolwentów szkół podstawowych. Zapowiada się wiec niezły bajzel.

Ta nieszczęsna podstawa programowa to kolejny kwiatek deformy oświaty, z którym nauczyciele będą musieli sobie poradzić. Wybitni eksperci w dziedzinie nauczania nie pozostawili na niej suchej nitki. Popatrzmy na język polski, przedmiot, którego nauka ma się skupić przede wszystkim na kształtowaniu tożsamości narodowej i stąd m. in. dominacja tekstów z epoki Romantyzmu i pierwszej połowy XX wieku. Na historii kształtowanie postawy patriotycznej w rozumieniu tym archaicznym, martyrologicznym. No i ten pomysł, by w klasie IV dzieci poznawały sylwetki polskich patriotów, nie mając jednocześnie szans na zrozumienie, skąd w ogóle się wzięli, czyli… bezmyślne wykuwanie na pamięć, a co za tym idzie, najlepsza metoda na zniechęcenie uczniów do historii. W biologii ginie gdzieś ewolucja, a geografia ma też uczyć patriotyzmu, czyli co? „System rzeczny w Polsce a moja duma, że jestem Polakiem” czy też „Zasoby surowców naturalnych w Polsce i ich wpływ na kształtowanie postawy prawdziwego patrioty”. Idiotyzm po prostu!

I na takiej to właśnie podstawie zasuwają już od 5 dni nauczyciele. Życie miały osłodzić im podwyżki, ale już rząd mówi, że nastąpi to później, kiedyś. Teraz więc, oczekując na kasę, ci pedagodzy, którzy jeszcze uchowali się w szkołach, mają pracować od rana do wieczora, czasami łącząc etat w dwóch placówkach edukacyjnych, mieć sporo cierpliwości i empatii dla swoich uczniów, zgromadzonych w zbyt licznych klasach i cieszyć się… cieszyć, że jeszcze mogą sobie polatać z tym kagankiem oświaty za marne wynagrodzenie, realizację patriotycznej podstawy programowej, oderwanej od modelu szkoły XXI wieku, brak szacunku i kiepski autorytet.

No i mamy to, co mamy. Dzieciaki na skraju wyczerpania nerwowego, wściekłych rodziców, coraz bardziej „zatopionych” w absurd nauczania nauczycieli. Zalewską, autorkę tego bajzlu, która teraz bryluje na korytarzach Europarlamentu i wciąż wierzy w to, jaka jest wspaniała i super. Ministra Piontkowskiego, który chaos widzi tylko w głowie dziennikarki, zadającej niewygodne pytania. Partię rządzącą, która zaciera łapki z radości, że jej plan się powiódł i uda się wyhodować pokolenia niedouczone, skompleksiałe, znerwicowane, uległe, oddane bezkrytycznie tej „demokracji”, jaką serwuje narodowi prezes Kaczyński.

W tej sytuacji nie można nie zadać sobie pytania, kto ponosi winę za „dobrą zmianę” w edukacji? Partia rządząca, która świetnie wie, dlaczego do tego doprowadziła? Wybaczcie, ale takie wyjaśnienie to nic innego jak pójście na łatwiznę. Gdzie byliśmy my wszyscy przez ten czas, gdy PiS zaczęło rozwalać szkoły? Rodzice zapewne nie starali się patrzeć do przodu i do głowy im nie wpadło, że to właśnie ich dzieci staną się ofiarami. Nauczyciele nie przebili się przez mur obojętności, bo nie mieli odpowiedniego wsparcia, bo znaczna ich część uznała, że jakiekolwiek próby nacisku na rząd mogą być postrzegane zbyt politycznie, a przecież oni w politykę nie wchodzą. Do tego nie potrafili stanąć wszyscy razem i przemówić jednym głosem. No i pozostaje jeszcze ta część społeczeństwa, która niby rozumie, czym dla przyszłości Polski jest dobrze wyedukowana młodzież, ale jakoś nie zareagowała.

Fakt, nauczyciele podjęli działania przeciwko zmianom, jednak nie mieli szans, by cokolwiek wywalczyć. Muszę sprostować, bo nie nauczyciele jako grupa zawodowa, ale część nauczycieli. Protestowali przed Ministerstwem Edukacji Narodowej, owszem, ale… co znaczy protest kilku tysięcy na 702 293 ogólnie zatrudnionych w szkołach? Kilka tysięcy protestujących, a reszta gdzieś się schowała. Nie dojechała, ma problem w nosie, uważa, że jest ok… Odbyły się też pikiety popierające nauczycieli, na których można było doliczyć się ok. setki uczestników. Mniej więcej 300 uczniów również przyjechało przed MEN, solidaryzując się z nauczycielami. Czy takie liczby mogły zrobić jakiekolwiek wrażenie na partii rządzącej? Dla niej to jak przelot komara, którego łatwo przegonić machnięciem ręki. Był też i strajk, który skończył się, jak się skończył i raczej nie ma szans na jego powtórkę.

Nauczyciele, ci, którym zależy na uczniach i wiedzący, że ich praca to misja, przez całe wakacje ciężko pracowali, by podczas organizowanych debat wypracować alternatywne programy nauczania, poukładać priorytety, stworzyć bazę, która powinna być podstawą dobrej edukacji, edukacji przyszłości. Jednak dzisiaj nie przebiją się ze swoimi projektami, bo ten rząd nie jest tym zainteresowany. Nie przebiją się bez wsparcia nas wszystkich, rodziców, uczniów i tej części społeczeństwa, której zależy na Polsce, dalekiej od skansenu, jaki proponuje nam PiS. Nie przebiją się, jeśli nie staną murem za sobą i nie pokonają biernej postawy swoich koleżanek i kolegów. Wszyscy musimy pamiętać, że bez dobrej edukacji nie ma co marzyć o Polsce demokratycznej, więc albo wreszcie się ruszymy albo…